Zmiany w przyrodzie to rzecz oczywista i trudno się dziwić, że dotykają również z pozoru tak nieistotną, choć bliską naszemu sercu dziedzinę jak audio a dokładnie jej newralgiczny obszar związany z lokalną dystrybucją. Częstotliwość zmian w portfolio poszczególnych dystrybutorów częstokroć wynika z rozszerzania obszaru wpływów, budowania spójniejszej oferty, bądź pozyskiwania coraz to bardziej prestiżowych marek. Taki właśnie los spotkał obecnego od dawna na naszym rynku, lecz dość dyskretnie promowanego i rzadko goszczącego na wystawach, wielce zasłużonego dla branży audio Meridiana.
Przejęcie dystrybucji przez krakowski 3Logic zaowocowało m.in. obecnością produktów tej szacownej marki podczas tegorocznego Audio Show, a niecały miesiąc od tego, jakże elektryzującego audiofilskie środowisko, wydarzenia pojawieniem się w naszej redakcji intrygującego serwera muzycznego Control 15.
W dobie wszechobecnej miniaturyzacji i unifikacji Meridian Control 15 jawi się jako idący pod prąd buntownik. Co prawda konkurują z nim pełnogabarytowe urządzenia w stylu ReQuest Audio The Beast, M.U.S.A, jednak tak naprawdę jedynie zbliżony, przynajmniej jeśli chodzi o design, Pathos Musiteca wydaje się być odpowiednim współtowarzyszem. Chodzi o jedną, acz nader istotną cechę – wielkość, a co za tym idzie czytelność wyświetlacza. Do tej pory normą były kilkucalowe ekrany, które już z odległości 3-4 metrów charakteryzowały się przydatnością porównywalną ze standardowymi, znanymi z konwencjonalnych odtwarzaczy displayów. W Meridianie jest inaczej. Nawet bez okularów taki astygmatyk jak ja bez trudu mógł odczytać odtwarzany w danym momencie tytuł utworu, o 1000 pikselowej okładce nawet nie wspominając. Oczywiście 17” „telewizor” można bez problemu wygasić a całą obsługę przenieść na iPada (o czym dalej). Zacznijmy jednak od początku.
Meridian Control 15 to elegancka jednostka centralna wyposażona w 17” ciekłokrystaliczny, dotykowy ekran, oraz stanowiący jego podstawę korpus z umieszczonym na froncie napędem szczelinowym umożliwiającym bezpośrednie zgrywanie posiadanej płytoteki na ukryty wewnątrz dysk twardy. Satynowe aluminium na froncie i dostojna czerń radiatorów ukrytych na „plecach” wyświetlacza nadają całemu projektowi, pomimo dość absorbujących gabarytów, niewymuszonej elegancji i intrygującego a przy tym zaskakująco lekkiego optycznie wyglądu. Włącznik główny ukryto na tylnej krawędzi w okolicach prawego dolnego rogu.
Panel tylni ulokowano we wgłębieniu podstawy, dzięki czemu widok kabli nie powinien przykuwać uwagi postronnych obserwatorów. Jak na cyfrowy transport przystało próżno szukać tu wyjść analogowych, w zamian za to, oprócz złoconego „coaxiala” nabywca kuszony jest dedykowanym dla systemów Meridiana złączem SpeakerLink umożliwiającym bezpośrednie połączenie np. z aktywnymi kolumnami DSP 7200. Nie zapomniano również o interfejsach Triggera /zewnętrznego czujnika IR, Meridian Comms, 12V gnieździe zasilania (zewnętrzny zasilacz jest zaskakująco masywny i solidny), oraz niezbędnym przy tego typu urządzeniach portowi Ethernet.
Po wypakowaniu, znalezieniu odpowiedniego miejsca, ustawieniu i podpięciu koniecznego okablowania Control 15 był gotowy do uruchomienia. Postanowiłem jednak odczekać parę godzin, dając przyciągającemu wzrok obiektowi niniejszej recenzji czas na osiągnięcie tzw. temperatury pokojowej. Po ustabilizowaniu termicznym wystarczyło delikatne kliknięcie ukrytym na tylnej krawędzi włącznikiem i ciekłokrystaliczny monitor ożył. Delikatny świst ukrytego wewnątrz korpusu dysku umilkł po kilku sekundach a ekran poprosił o wstępną kalibrację a następnie rejestrację, którą można było pominąć. Później było już z górki, dostęp do wgranych przez moich poprzedników płyt i listy ulubionych stacji radiowych stał przede mną otworem. Dodawanie nowych pozycji do obu list nie nastręczało żadnych problemów a samo zgrywanie płyt zajmowało nie więcej niż 5 min/ szt.
Jak sami Państwo widzą uruchomienie Meridiana nie powinno sprawić żadnych problemów nawet kompletnemu laikowi, jednak warto poświęcić chwilę dodatkowym funkcjom, jakie oferuje to przesympatyczne urządzenie. Po pierwsze, wraz z jego zakupem, nie jesteśmy do końca naszych dni skazani na zgrywanie posiadanych, bądź sukcesywnie nabywanych srebrnych krążków wyłącznie w jednostce centralnej, gdyż producent przygotował zarówno stosowny plug-in, jak i nad wyraz szczegółową instrukcje jego instalacji do jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego programu do tzw. „ripowania” – dBpoweramp. Nie będę się w tym miejscu zbytnio rozpisywał, ale idąc krok po kroku uzyskamy możliwość osiągnięcia pełnej zgodności przenoszonej na twardy dysk płytoteki z zaleceniami Meridiana, dzięki czemu zaimportowane (z małą pomocą dedykowanej aplikacji Control:PC) na Control 15 dane nie powinny odbiegać od tego, co zgralibyśmy poprzez frontową szczelinę. Powyższa funkcjonalność jest o tyle istotna, że podczas pracy na dBpoweramp’ie zdecydowanie łatwiej jest wprowadzać dane nawet zupełnie nieznanych szerszemu gronu, w tym internetowym bazom danych, pozycji. Za przykład niech posłuży „jeszcze ciepły” album „Polonium” Motion Trio – na razie całkowicie anonimowy zarówno dla Meridiana, jak i baz, z których korzysta dBpoweramp, jednak o niebo szybciej i wygodniej uzupełnia się brakujące tagi (włącznie z okładką) na komputerze niż stojąc/kucając przed systemem audio i palcujac 17” ekran.
W podobnie komfortowej sytuacji są użytkownicy NASów QNAPa – niewielka appka, kilka minut klikania i zapisane na dyskach sieciowych dane stają się w pełni dostępne z poziomu jednostki centralnej.
Dla mniej i bardziej zaawansowanych użytkowników pomocny będzie jeszcze jeden, acz całkiem przydatny drobiazg. Otóż, żeby za każdym razem nie musieć podrywać się z kanapy, gdy najdzie nas ochota na zmianę utworu, stacji radiowej, etc., lepiej zawczasu zainstalować na komputerze będącym w tej samej sieci, co Sooloos niewielki program Meridian Sooloos Configure, który pozwoli nam nie tylko odczytać IP jednostki głównej (normalnie niewidocznej w sieci), ale i jej konfigurację. IP jest o tyle istotne, że trzeba je podać podczas pierwszego uruchomienia na izabawkach app-ki Core Control, dzięki której uzyskamy pełną władzę nad 15-ką. Sama appka działa szybko i stabilnie nawet na tak wiekowych urządzeniach jak mój iPad pierwszej generacji. Zero irytujących lagów, czkawek przy przewijaniu i wyszukiwaniu, etc. Zamiast tego, jeśli materiał zindeksowany na Sooloos’ie został prawidłowo i starannie otagowany, to gdy tylko najdzie nas ochota możemy wybierać wykonawców niemalże według koloru oczu. Cóż, w porównaniu z możliwościami i intuicyjnością aplikacji Meridiana, moja dedykowana Olivce wypada nader skromnie. Już nawet nie chodzi o możliwość sortowania wg, częstotliwości przesłuchań, ale klucz jakościowy (hi-res, CD, stratne) powinien być obowiązkowym elementem każdego tego typu software’owego pilota. Oczywiście miłośnicy i posiadacze innych urządzeń tej marki z pewnością uzieszą się z możliwości sterowania Control 15 z poziomu systemowego pilota Meridian MSR+.
I jeszcze jedna uwaga. Najlepiej od razu przy pierwszym uruchomieniu warto za pamięci zaklinać w opcjach eksportu, żeby mozolnie gromadzone na dysku 15-ki pliki były eksportowane w jakości natywnej a nie w MP3, jak to jest fabrycznie, bądź jedynie w dostarczonym do mnie egzemplarzu, ustawione.
Z uprzyjemniających życie dodatków warto jeszcze wspomnieć o funkcji „Swim”, dzięki której, po wybraniu interesujących nas kryteriów system sam zadba o odpowiednio wyselekcjonowaną playlistę. Mała rzecz a jaka przydatna.
Od strony czysto technicznej Meridian również nie daje powodów do marudzenia. Dzięki zaimplementowanej technologii DSP dokonuje upsamplingu odtwarzanego materiału CD oferując na wyjściach cyfrowych sygnał o parametrach 24bit/88.2 kHz. Nie ma również problemu z odtwarzaniem plików w rozdzielczości 24bit/96kHz, oraz jeszcze gęstszych, które są jednak resamplowane – 192kHz do 96kHz a 176.4kHz do 88.2kHz. Nie sposób również nie wspomnieć o tak oczywistych rzeczach jak możliwość tworzenia stref i współdzielenia zasobów przez wpiętych w jedną sieć kilku urządzeń Meridiana (kolejne Control 15, Media Drive 600, Media Core 600 etc.)
Przejdźmy zatem do rzeczy najważniejszej, czyli brzmienia. Na podstawie odsłuchu na wystawie nie próbowałem nawet budować żadnych oczekiwań, ani tym bardziej wyciągać zbyt pochopnych wniosków, w związku z czym 15-ka startowała u mnie z całkowicie czystą kartą. Kiedy z głośników popłynęły pierwsze poszarpane takty „Allegro molto” Henryka Mikołaja Góreckiego („Concerto for hapsichord and string orchestra op.40”) w wykonaniu akordeonowego Motion Trio wspieranego przez Leszka Możdżera („Polonium”) pomimo wymagającego skupienia repertuaru na mej twarzy zagościł uśmiech. Powód był oczywisty, a nawet rzekłbym prozaiczny – do mych uszu docierała niezbyt łatwa, ale jednak muzyka a nie zlepek wielu, podanych z laboratoryjną precyzją, lecz pozbawionych emocji dźwięków. To, co zaoferował na dzień dobry Meridian idealnie wpisywało się w tendencję, jaka wśród testowanych przeze mnie za przeproszeniem „plikograjów” zapoczątkował Trigon Chronolog, rozwinął Ayon NW-T a do perfekcji opanował niesamowity Lumin. Również niepokojące i przygnębiające „Sounds of War” Janusza Wojtarowicza i Jacka Hołubowskiego ze wspomnianego albumu skupiły się w większej mierze na dotarciu do sfery emocjonalnej słuchacza aniżeli kaleczenia jego uszu kakofonicznymi popisami akordeonowego trio. Dźwięk był przede wszystkim sugestywny, wciągający w wir wydarzeń i daleki od zdystansowanych prezentacji znanych np. z tzw. „audiofilskich” samplerów.
Sięgając po niesamowicie „bujający” album „A Joyful Noise Unto The Creator” Galliano nie sądziłem, że ten angielski dżentelmen da się ponieść acid jazzowo – funkowym rytmom, jednak czekała mnie nad wyraz miła niespodzianka. Tłusty, mięsisty i masujący trzewia bas stanowił solidną podstawą, na której Meridian budował gęsty, pulsujący spektakl muzyczny. Partie wokalne zostały lekko uprzywilejowane i zgrabnie otoczone syntetycznymi dźwiękami.
Kontury źródeł pozornych rysowane były trochę grubszą kreska aniżeli w Ayonie, za to nasycenie barw nie było aż tak rzeczywiste jak w Luminie, jednak sporo do powiedzenia miałyby w tym momencie odpowiednio wysublimowane łączówki i obserwując jakie zmiany wprowadzały roszady pomiędzy Fadelem, Harmonic Technology i Apogee uważam, że warto byłoby sięgnąć choćby po Acoustic Revive DSIX-1.0PA.
Na „W Hołdzie Mistrzowi” Stanisława Soyki (przy wgrywaniu bezpośrednio na jednostkę centralną brak poprawnego wyświetlania polskich znaków) akustyka sali, rozlokowanie muzyków w przestrzeni i ich pozorna (zaraz wyjaśnię, o co chodzi) separacja były na bardzo wysokim poziomie. A teraz spieszę z wyjaśnieniami dotyczącymi owej pozornej separacji. Podczas nagrywania/masteringu realizator musi znaleźć złoty środek pomiędzy stabilnym ogniskowaniem danego instrumentu a dźwiękami pozostałych uczestników nagrania. Jeśli zbytnio wyalienuje dane źródło efekt finalny będzie nie dość, że sztuczny, to niespójny, jeśli natomiast, za przeproszeniem, przegnie w drugą stronę zamiast konkretnych, wyraźnie zarysowanych instrumentów usłyszymy impresjonistyczne plamy dźwiękowe. Płyta Soyki wydaje się być przykładem właśnie takiego umiarkowania i wszystkie zarejestrowane na niej instrumenty, oraz głos wokalisty, choć są wyraźne i posiadają niemalże realne, choć nieprzeostrzone kontury, to świetnie się między sobą przenikają. I właśnie te wzajemne interferencje Meridian z wielkim wdziękiem i taktem był w stanie ukazać. Zamiast zamkniętych w swoich „budkach” dziewięciu muzyków grał cały zespół. Głos Soyki był mocny, lekko zaokrąglony, z akcentem położonym na barwę a dopiero w dalszej kolejności na krawędzie zgłosek, sybilanty.
Podobnie było na klasycznej „Opera Proibita” Cecilii Bartoli, gdzie przykładowo „Aria di Ismaele. Caldo sangue” Alessandro Scarlatti’ego („Il Sedecia, re di Gerusalemme, oratorio for soloists, chorus, instruments & continuo”) czarowało dostojeństwem, skupieniem a jednocześnie przepiękna barwą, od której uwagi nie odwracały lekko “zgaszone” sybilanty. Rozdzielczość góry niewiele na tym traciła za to znacząco wzrastał współczynnik przyjemności odbioru. Scena posiadała bardzo sugestywną głębię, z precyzyjnie zarysowanymi dalszymi planami i wykraczającą poza bazę wyznaczona przez kolumny szerokością. Na bardziej skocznych i dynamicznych fragmentach – „Ahi! Qual Cordoglio … Doppio Affetto” („Sedecia, Re Di Gerusalemme” /A. Scarlatti) natychmiastowość i precyzja w oddawaniu szarpnięć strun, popisów wokalnych Bartoli, czy też wejść całej orkiestry, czuć było potencjał zarówno pod względem mikro, jak i makrodynamiki.
Mając Meridiana przez blisko dwa tygodnie ustawionego na honorowym, przewidzianym docelowo na gramofon, miejscu z przykrością musze przyznać, ze nie dość, że zdążyłem się do niego przyzwyczaić, co po prostu polubić. Niejako w nawyk weszło mi od razu po przekroczeniu progu domu włączanie jednej z ulubionych internetowych rozgłośni radiowych, by po standardowej krzątaninie przełączać się na bardziej wymagający repertuar, bądź to z radia, bądź z zapisanych na dysku Control 15 płyt. Intuicyjna obsługa, wyśmienite brzmienie i niebanalny, a przy tym stojący w opozycji do niepotrafiących się obejść bez tabletu, bądź smartfonu konkurentów, design powinien zjednać sobie przychylność nie tylko miłośników wysokiej klasy dźwięku, ale również pozostałych domowników. Jest to przykład, jak wydawałoby się zapomniana dziedzina nauki, jaką jest ergonomia może nie tylko ułatwić życie, ale i sprawić, że nawet początkujący i nieufni, jeśli chodzi o granie z plików audiofile bezstresowo wejdą w świat FLACów, ALACów i materiałów wysokiej „gęstości”. Kiedyś Hi-Fi było dla normalnych ludzi, a Meridian swoim Control 15 stara się tę tendencję przywrócić. Oby tak dalej.
Tekst i zdjęcia Marcin Olszewski
Dystrybucja: 3Logic
Cena: 25 000 zł
Dane techniczne:
Wbudowany dysk: 500GB (ok. 1000płyt CD zgranych do formatu FLAC)
Gniazdo Ethernet : RJ45 / Neutrik EtherCon
Wyjścia audio: Meridian SpeakerLink (RJ45); 1 S/PDIF coaxial ( RCA type)
Dodatkowe terminale: Meridian Comms (DIN); IR input (3.5mm jack); Trigger out (3.5mm jack)
Ekran: 17”; rozdzielczość 1280 x 1024 pikseli, jasość 350 cdm2, kąt widzenia 150º
Zasilanie: 12V DC 12.5A, 150W (mini-DIN) z zewnętrznego zasilacza 110-230V
Wymiary ( SxWxG): 457 x 345 x 185 mm
Waga: 10.75 kg
Dostępne kolory: srebrny, czarny
System wykorzystany w teście:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5
– Przedwzmacniacz: Auralic Taurus Pre
– Monofoniczne końcówki mocy: Auralic Merak Power Monoblock
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; AudioSolutions Rhapsody 130; Dynaudio Excite X34
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Harmonix CI-230 Mark-II; Neyton Neurnberg NF
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Neyton Hamburg LS
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; GigaWatt LC-1mk2
– Filtr sieciowy: IsoTek Aqauarius Evo3+ przewód Evo 3 Elite
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód LC-2mk2
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Kablologia nadal jest dość kontrowersyjnym tematem, ale na szczęście coraz trudniej znaleźć ogniska zapalne i jeśli tylko nie będziemy na siłę szukać oponentów, wówczas możemy spokojnie wymieniać się spostrzeżeniami w tym temacie. Oczywiście zawsze znajdzie się oburzony ateista audio-voodoo, jednak rozsądny rozmówca nie da się wciągając w zaplanowaną prześmiewczą intrygę słowną i taki pomijany w rozmowie niedowiarek, a raczej jego cel umrze śmiercią naturalną, podczas konsekwentnie rozwijającej się konwersacji. Przerabiałem to nie raz i wiem, że działa. Z technicznego punktu widzenia powinien mieć rację, tylko jak wytłumaczyć fakt, że ja co nieco słyszę. Na ślepe testy dałem się raz namówić i tylko z powodu braku treningu, trafiłem jedynie 9 na 13 razy, z czego ostatnie 7 z rzędu. A, żeby trochę podkręcić atmosferę dodam, że kable to przy tym „pikuś”. Ale nie o tym chciałem napisać. Mam lepsze rzeczy do roboty niż udowadnianie komukolwiek swoich racji, a takim zajęciem jest słuchanie i wyrażenie opinii o zestawie przewodów: interkonektów RCA i głośnikowych w dwóch konfekcjach: szpilki i widły, wymaganych do zasilenia moich kolumn. Nareszcie ktoś pomyślał i dostarczył niezbędny komplet. Dotąd otrzymywałem pojedyncze sztuki i miałem do rozwiązania rebus, gdzie pojawią się największe zmiany. Tym razem wspomniany KBL Sound z Warszawy, poproszony o wymagany set, stanął na wysokości zadania i komfortowo przygotowany do odsłuchu, okablowałem swój set modelami Red Eye.
Testowana seria Red Eye warszawskiego KBL Sound, to solidnie zakonfekcjonowane i ubrane w opalizującą bordowo-czarną plecionkę przewody. Zastosowane wtyki, widły i szpilki nie pochodzą od żadnego z dużych graczy na rynku, ale są bardzo solidne. Odbiór wizualny całości jest bardzo pozytywny, a podatność na dowolne formowanie podczas układania za sprzętem, dla większości zainteresowanych klientów jest nie do przecenienia. Stacjonujące u mnie na stałe Harmonixy, są przeciwtezą produktu z pod szyldu KBL – sztywne i niewspółpracujące z właścicielem podczas podłączania, bronią się jedynie wartościami sonicznymi. W przypadku bohaterów tego spotkania mamy pełną uległość przy spinaniu zestawu, a jak wypadły w najważniejszym aspekcie swojego bytu, postaram się bezstronnie, jak tylko to jest możliwe opisać. Dla wstępnego zapoznania się gości z moim zestawem audio, na początek wykorzystałem cały dostarczony komplet i wcisnąwszy guziczek „replay” na ok. dwie godziny opuściłem stanowisko recenzenta. Wszystko powinno popracować ze sobą przed krytycznym odsłuchem, nawet jeśli są to tak niewinne części układanki jak określany przez złośliwców: „ zwykły drut ze szpuli w ładnej koszulce”. Z uwagi na wcześniejsze wygrzanie kabli przez producenta podczas różnych prezentacji, zaplanowany czas rozgrzewki spokojnie wystarczył na dopasowanie się całości.
Po okresie aklimatyzacji, celem określenia jakie zmiany wniosą poszczególne grupy kabli, w systemie pozostał tylko interkonekt. Głośnikowe (kierunkowe) zostawiłem na drugie danie, a jako deser zakosztowałem pełnego seta mieniących się jak jadowite żmije sznurków. Cała ta procedura pokazała gości z bardzo dobrej strony oferujących podobny do siebie i często pożądany rys brzmieniowy. Jak wieść gminna niesie Harmonix, z którym rywalizował KBL, jest ucieleśnieniem gry wyeksponowanym środkiem, przy zachowaniu czytelności reszty pasma. Do tej pory nie słyszałem gęściej podających muzykę kabli, no może cięższych w dole pasma, ale za to twardszych, co nie zawsze jest mile widziane. Tymczasem Warszawiacy pokazali, że da się jeszcze gęściej, barwniej i cieplej. Przekaz muzyczny nabiera nieprawdopodobnych „rubensowskich” kształtów, nie popadając przy tym w ociężałość w stylu wszechobecnej „buły”. Owszem, dźwięk staje się trochę cięższy, ale jest to na tyle wyważone, że po kilku płytach, staje się nawet pożądane, a jeśli na półce stoją poszkodowane przez realizatorów, a uwielbiane przez nas pozycje płytowe, w pełni docenimy ich możliwości. Poszczególne dźwięki są czytelne, ale wycięte z tła obfitszą kreską. Jednak najważniejszym aspektem jest brak jakiegokolwiek zmniejszenia otwartości i swobody grania, a to jest częstą konsekwencją podobnych zabiegów. Tutaj dostajemy umiejętnie zestrojony zestaw zalet. Próbując określić jak zachowują się poszczególne podzakresy pasma, to oprócz nasyconej ale czytelnej środkowej części widma dźwięku, dostajemy dociążony ale kolorowy bas, a całość dopełnia nie wychodzący przed szereg, jednak kiedy potrzeba popisujący się iskrą górny zakres. Przyglądając się umiejętnościom budowania sceny, ta jest fantastycznie odwzorowana w głąb i szerz, jednak z lekką tendencją skupienia drugiej linii muzyków do środka. To może być pochodną ich nasycenia, ale proszę się nie niepokoić, nie siedzą sobie na kolanach i tylko bezpośrednie porównanie z zestawem referencyjnym pokazuje powyższą tendencję. Ma to swoje dobre strony w przypadku problemów zestawu kolumn ze zniknięciem z pokoju słuchacza, z czym często się spotykam. Dźwięk nie chce się oderwać się od głośników i zaburza pozycjonowanie źródeł pozornych, tymczasem umiejętności bohaterów testu w pogłębianiu i lekkim skupianiu sceny, pomagają zbudować ją w oczekiwanych proporcjach. Ja mam set szyty na miarę i takich zabiegów nie potrzebuję, ale sporo wydawałoby się skończonych zestawów, nie do końca sobie z tym radzi.
Sprawdziwszy co mają do zaoferowania produkty o wdzięcznej nazwie Red Eye, wykorzystałem z premedytacją ich możliwości i do napędu powędrowała płyta z pianistą w roli frontmana. Gęsty i barwny z dobrą podstawą basową fortepian, jest czymś, co bardzo lubię. Co prawda można uznać, że to odejście od neutralności, tylko kto wie jak on dokładnie brzmiał podczas sesji nagraniowej, która w dodatku była koncertem w klubie jazzowym. Mowa o materiale naszego znanego „klawiszowca” Krzysztofa Herdzina, który w narodowym trio wespół z nieżyjącym już nieodżałowanym Zbigniewem Wegehauptem – acoustic bass i Cezarym Konradem – drums, w 2004 roku zarejestrował koncertowy krążek w warszawskim klubie Tygmont, zatytułowany „Live In Tygmont”. Płyta ta jest popisem umiejętności muzyków i realizatorów. Pierwszych nie trzeba dowartościowywać, gdyż sami zadbali o zasłużone laury na polskiej scenie muzycznej, ale drudzy powinni wiedzieć, że wykonali kawał dobrej roboty. Oczywiście takie wrażenie ma każdy siedzący przy suwakach „majster”, jednak wizyta wytworów owych popadających w samo-zachwyt dźwiękowców w dobrym zestawie audio, często przynosi rozczarowanie słuchacza. A ten biedak jako ostatnie ogniwo życia płyty, pokiwa głową i odstawi ją w niebyt na najniższą półkę, mimo że swoim wkładem muzycznym niesie wiele dobrego. Na szczęście tę pozycję kupowałem w antykwariacie, gdzie przesłuchanie zawartości jest nieodłącznym rytuałem, i wiedziałem jak wypada w ważnym dla mnie aspekcie, jakim jest jakość realizacji. Tak, tak, najważniejszy jest wsad emocjonalny, ale dlaczego nie poszukać czegoś, co niesie ze sobą wszystkie wymagane przez audiofila elementy. Wracając do płyty, już w pierwszym utworze kompilacji otrzymujemy popis umiejętności K. Herdzina, co dodatkowo uatrakcyjnia paleta wspomnianych zalet okablowania – barwa, dociążenie niezaburzające czytelności i dźwięczna góra. Kontynuując słuchanie tego koncertu, każdy muzyk ma swoje pięć minut, w których docenimy proponowany przez KBL Sound pomysł na uprzyjemnienie słuchania. Nasycenie sprawia, iż mamy więcej muzyki w muzyce, a solówki kontrabasu i perkusji udowadniają, że nie gubimy niezbędnej dla całości detaliczności i czytelności. Szybkie pasaże dźwiękowe pozwalają na weryfikację tych niuansów i jak dla mnie całość prezentowała była na bardzo dobrym poziomie. Oczywiście znajdzie się osoba dzieląca włos na czworo, która uzna taki przekaz za spowolniony, dlatego zawsze planowany zakup należy skonfrontować w posiadanym zestawie.
Zachęcony popisem K. Herdzina, przyjaznym okiem spojrzałem na półki z winylami i zatrudniłem do pracy zestaw analogowy. Dość często torturowany ostatnimi czasy phonostage z Katowic, jest ucieleśnieniem muzykalności i barwy, ale dlaczego nie spróbować jeszcze podgrzać atmosfery. To jest idealny partner do takich zabaw, gdyż umiejętnie różnicuje kładzione na talerzu krążki, a wiele z nich potrzebuje dodatkowego wypełnienia. Kiedyś robiło się to pokrętłami – obecnie rzadko spotykanymi, teraz takie dodatki są „passe” i musimy jakoś sobie z tym radzić. Z uwagi na pierwszy dość spokojny koncert (trio) na nośniku cyfrowym, wydłubałem z półki oznaczonej free-jazz, stary również koncertowy japoński krążek, zrealizowany przez znaną oficynę ENJA, w składzie Manfred Schoof, Akira Sakata, Yosuke Yamashita, Takeo Moriyama zatytułowany „Distant Thunder”. Po przesłuchaniu tego projektu stwierdzam, iż takiej dawki masy i koloru ów krążek wymaga przy każdorazowym odtworzeniu. Każdy instrument został pokazany w pełnej palecie swoich barw, a umiejętności masteringowców z tamtych lat zwiększały przyjemność percepcji ferii dźwięków. Muszę przyznać, że pierwsze chwile z marką KBL Sound, nie zapowiadały takich wrażeń, ale mile mnie zaskoczyły. Oczywiście chcąc udowodnić porażkę zestawu z Warszawy, na upartego znalazłbym jakiś całkowicie skopany materiał, ale chyba nie na tym polega testowanie, żeby złośliwie położyć prezentację. Należy puszczać wymagające utwory, ale strzał po niżej pasa całkowicie złą realizacją nie jest w mojej naturze. Posiadam sprzęt dobrej klasy i staram się kupować płyty pokazujące jego walory. I tak z wielką przyjemnością można by przesłuchać całość zasobów muzycznych, gdyby nie drobny fakt, jakim jest spowodowany rozwojem cywilizacji notoryczny brak czasu.
Zaproponowana przez firmę KBL Sound linia okablowania Red Eye, mocno mnie zaintrygowała. Pierwszy kontakt zrodził lekką niepewność o czytelność całości po firmowym dociążeniu przekazu, co w konfrontacji z posiadaną płytoteką całkowicie się nie sprawdziło i w efekcie zaznałem wiele zadowolenia z odsłuchów. Bohaterowie spotkania są raczej propozycją dla systemów cierpiących na nadmierną detaliczność, jednak już w zrównoważonych zestawach pokażą właścicielom, gdzie tkwią jeszcze niewykorzystane i często pożądane pokłady barwy przy odtwarzaniu muzyki. Słuchacze szukający cięcia powietrza ultradźwiękami, raczej nie skuszą się na opisywane produkty, ale niezobowiązująca próba we własnym systemie podczas dalszych poszukiwań, może czasem skierować ich w stronę głębszego kolorytu grania. Kto wie, posłuchać nie zaszkodzi, tym bardziej, że producent jest pod tym względem bardzo elastyczny.
Jacek Pazio
Dystrybucja/Producent: KBL Sound
Ceny:
– Głosnikowy: 2×2.5m – 7800 zł
– Interkonekt RCA: 2x1m – 6400 zł
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Gdy pierwsze egzemplarze S700 schodziły z taśmy produkcyjnej, inżynierowie Harmana mieli powód, by świętować sukces. Konstrukcja tych słuchawek zamknęła bowiem żmudne prace nad modelem referencyjnym dla wszystkich słuchawek JBL – czyli takim, którego parametry byłyby dla nich wzorcowe.
Jak zbudowano takie słuchawki? W tym celu w laboratoriach Harmana przeanalizowano sposób, w jaki człowiek odbiera dźwięki. Na tej podstawie zbudowano model pomiaru akustycznego, z którego wkrótce wyrosła technologia cyfrowego przetwarzania dźwięku JBL LiveStage. Pozwala ona tworzyć urządzenia, które nie tylko gwarantują najwyższą jakość dźwięku, ale też budują scenę muzyczną, dającą słuchaczowi złudzenie, że źródło dźwięku, którego słucha, znajduje się przed nim, jak podczas koncertu na żywo. Właśnie ta technologia posłużyła za podstawę do prac nad słuchawkami Synchros S700, które stanowią ucieleśnienie całej JBL-owskiej wiedzy o akustyce i audio.
S700 to najwyższej klasy stereofoniczne słuchawki wokółuszne. Własne zasilanie w postaci baterii litowo-jonowej gwarantuje im nieprzerwany odsłuch przez 28 godzin. Do kompletu dodawane są dwa odłączalne przewody z mikrofonem i pilotem. Jeden z nich służy do sterowania urządzeniami iOS (Apple), natomiast drugi jest bardziej uniwersalny (dla urządzeń z systemem Android i innymi). Sercem słuchawek są oczywiście nausznice z zawartością. Coż więc tam mamy? Na pierwszy rzut oka – solidne, miękkie muszle ze skóry i 50-milimetrowy przetwornik, osadzony w konstrukcji z odlewu aluminium. Przy bliższym poznaniu okazuje się, że nowoczesny przetwornik po mistrzowsku radzi sobie w całym zakresie częstotliwości (od 10 Hz do 22 kHz), budując koncertowy realizm, a aluminiowy kosz, w którym pracuje, zaprojektowano precyzyjnie niczym szwajcarski zegarek. Ta dwójka, plus muszle o starannie wyważonej akustyce, realizuje JBL-owską technologię PureBass, która wyposaża dźwięk w nieskrępowaną moc i przejrzystość impulsów niskotonowych o rewelacyjnej charakterystyce. Zresztą, bądźmy szczerzy –czego innego się spodziewać po produkcie marki, odpowiedzialnej za nagłośnienie najsłynniejszych światowych koncertów?
Słuchawki otrzymały masywny, stalowy pałąk oraz wykończenia z cordury, które dopełniają profesjonalnej prezencji. Dostępne są w jednolitym kolorze białym lub czarnym.
Cena JBL Synchros S700 – 1499 zł
Najnowsze komentarze