Opinia 1
Umiejętność „słyszenia” kabli, a raczej odwaga, by przyznać się przed samym sobą, że coś tak z pozoru nieistotnego jak przysłowiowy kawałek druta może zmieniać i oczywiście zmienia brzmienie systemu, w którym się znajduje staje się dla części okazją do tzw. poszerzania horyzontów, bądź w drastycznych przypadkach początkiem audiophilii nervosy. Kolejnym stopniem wtajemniczenia jest wpływ konfekcji, czyli czegoś, co może być zarówno zwykłą „wtyczką”, jak i niemalże jubilerskim majstersztykiem. Biorąc jednak pod uwagę temat niniejszej recenzji skupmy się na … zasilaniu. Powyższy obszar można zgłębiać sukcesywnie, czyli startując od dołączanych do urządzeń standardowych przewodów, poprzez DIYowy ‘high-end’ w postaci Lapa zakonfekcjonowanego IECem Shurter’a i wprost idealnie pasującym do betoniarki, bądź innej budo-maszyny Bals’em, po prawdziwe, dedykowane audio dzieła audiofilskich mistrzów metalurgii.
Z oczywistych, wynikających między innymi z profilu naszego portalu, względów zajmiemy się jednak czymś po pierwsze powtarzalnym a po drugie możliwym do nabycia u większości przedstawicieli japońskiego Furutecha. Panie i Panowie, oto Furutech FP-3TS20 i FP – ALPHA 3 uzbrojone w przepiękne wtyki FI-48R (IEC) i FI-E 48R.
We własnym systemie od dłuższego czasu do zasilania amplifikacji z powodzeniem używam przewodu FP-3TS762 zakonfekcjonowanego wtykami FI-28R i FI-E38R. Powodem takiego stanu rzeczy jest jego budowa – przy średnicy przewodników 3×5,2mm (4,93 mm2) bezproblemowo można nim podpinać 1,5kW smoki i jeśli jakiś wzmacniacz cierpiałby na jakiekolwiek dolegliwości natury wydajnościowo/prądowej to na pewno nie byłaby to wina Furutecha. Obiekty niniejszego testu, pomijając ich zdecydowanie atrakcyjny design, należą do tego samej „bulk’owej” grupy, czyli sprzedawane są ze szpuli a konfekcja odbywa się u dealera, bądź można przeprowadzić ją we własnym zakresie, reprezentują trochę inne podejście do tematu. Niebieski FP-3TS20 zbudowano w oparciu o przewodniki o przekroju 2,16 mm2 a ciemno zielony FP – ALPHA 3 o zdecydowanie grubsze – 3,94 mm2. Delikatnie mówiąc „zauważalna” różnica przekrojów przewodników nie ma jednak przełożenia na proporcjonalną różnicę „grubości” danych przewodów, gdyż FP-3TS20 o średnicy ok. 14,3mm niewiele brakuje do 15mm FP – ALPHA 3. Powód jest dość prozaiczny – 3TS20 oprócz standardowej izolacji teflonowej posiada jeszcze izolację bawełniana, której Alphy, podobnie jak ekranowania pozbawiono. Jednak o ile same ww. przewody w ofercie dostępne są od dawna, o tyle główny powód niniejszej recenzji, czyli konfekcja w postaci wtyków FI-48R (IEC) i FI-E 48R na rynek trafiły stosunkowo niedawno. Wszystkie elementy przewodzące wykonano z miedzi PCOCC powlekanej rodem a następnie poddawanej obróbce kriogenicznej i demagnetyzującej noszących wspólną nazwę procesów α (Alpha). Jak wszystkie wtyki z serii Piezo Ceramic, tak i 48-ki zawierają nano technologię, carbon, nylon i wkłady z poliwęglanu do tłumienia drgań a korpusy wykonane z niemagnetycznej stali szlachetnej, co zapobiega powstawaniu rezonansów obudowy. Czy to ma znaczenie? Śmiem twierdzić, że tak. Moje wcześniejsze próby zarówno z antywibracyjnym pierścieniem Furutecha CF-080, jak i przewodami Oyaide Tunami, które dostępne w dwóch wersjach – GPX i GPX-Re różnią się, oprócz oczywiście ceny, wyłącznie wtykami na to jednoznacznie wskazywały. Krótko mówiąc diabeł tkwi w szczegółach.
Dysponując zarówno własną integrą Electrocompanieta, jak i testowanym równolegle dzielonym zestawem Alluxity plus dwoma źródłami cyfrowymi mogłem na spokojnie próbować znaleźć bądź to klucz do sukcesu, bądź też dążyć do sytuacji, gdy wpływ testowanego okablowania można byłoby uznać za pomijalny. Pech jednak chciał, że pomimo usilnych prób drugi scenariusz odkąd pamiętam cały czas pozostaje rozwiązaniem czysto hipotetycznym, gdyż zmiany wprowadzane przez żonglerkę okablowaniem słyszalne są bezdyskusyjnie a jedynie ich intensywność przybiera większe, bądź mniejsze natężenie. Tak też było i tym razem.Mając pewność, że dostarczone na testy przewody zostały przez dystrybutora odpowiednio wygrzane dałem im około doby na akomodację w nowym środowisku i sukcesywnie, dzień po dniu notowałem swoje obserwacje.
O ile mój dyżurny FP-3TS762 bardzo rzadko jest wpinany w urządzenia o niezbyt dużym apetycie na energię o tyle oba testowane modele, które dopiero czekało w pewnym sensie „sprofilowanie” nie charakteryzowały się żadnymi genetycznymi uwarunkowaniami narzuconymi bądź to przez producenta, bądź dystrybutora. Przy potężnej, choć niepozornej gabarytowo, lecz ciężkiej jak diabli końcówce Alluxity zastąpienie mojej sieciówki ciemnozieloną Alphą 3 zaowocowało delikatnym zmniejszeniem wolumenu dźwięku przy jednoczesnym przesunięciu akcentu z dołu pasma na przełom średnicy i basu. Ograniczenie spektakularności nadawało całości większego spokoju, nie było tak nabuzowane adrenaliną, lecz nadal pozostawało po energetycznej stronie mocy. Nie traciła na tym motoryka a jedynie w niewielkim stopniu makro-dynamika, co przy wielkiej symfonice w stylu „Bolero! – Orchestral Fireworks” (Ravel/ Eiji Oue; Minnesota Orchestra), czy wydanym na złocie japońskim remasterze ścieżki dźwiękowej „Gladiatora” (Hans Zimmer / Lisa Gerrard) powodowało zmniejszenie szerokości sceny. Rozdzielczość najwyższych składowych była ze wszech miar poprawna, aczkolwiek bez specjalnych fajerwerków mogących oszołomić słuchacza ilością niesłyszanych do tej pory detali. Warto w tym momencie wspomnieć o świetnym, aksamitnie czarnym tle, które nadawało całości przekazu większej czystości a dzięki temu powodowało, że poszczególne źródła pozorne były rysowane wyraźniejszą kreską. Wpięcie Alphy w przedwzmacniacz okazało się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę – wrócił rozmach, swoboda a scena osiągnęła wcześniejsze gabaryty. Konturowość nie uległa zmianie, dzięki czemu równowaga pomiędzy detalicznością a muzykalnością została zachowana. Generalnie można było mówić o dość płaskiej charakterystyce z delikatnym zaokrągleniem najwyższych składowych, co może się sprawdzić w cierpiących na zbyt ofensywną górę systemach. Dzięki temu dźwięk pozbawiony nerwowości i irytujących pików, oraz sybiliantów wreszcie zacznie sprawiać przyjemność a nie wywoływać stany nerwicowe (zasyczy / nie zasyczy).
Próby ze źródłami cyfrowymi (Ayon/CEC) nie przyniosły Alphie ujmy na honorze, jednak jak się miało za chwilę okazać akurat w tej roli, po iście bratobójczej walce lepiej wypadł niebieski 3TS20.
Nawiązując do wcześniejszego akapitu, o ile Alphę testowałem od końcówki mocy i sukcesywnie szedłem w górę, ku źródłom dźwięku, o tyle testy 3TS20 rozpocząłem właśnie od odtwarzaczy. Pierwsze takty „Bolero! – Orchestral Fireworks” od razu wyłożyły karty na stół prezentując … piękną karetę asów. Góra uległa rozświetleniu i delikatnemu utwardzeniu. W muzyce do głosu zaczęły dochodzić przebłyski, kryształki lśniącej słodyczy i to bez zauważalnego ochłodzenia reszty pasma, rączo podążającej za wysuwającą się na prowadzenie górą. Niemalże łeb w łeb szła z nią średnica, która po odpowiednim dosaturowaniu i wypchnięciu nie pozwalała przejąć najwyższym tonom całej uwagi słuchaczy. Wokalistom i instrumentom solowym zafundowano dzięki temu dodatkowe źródło światła, pomagające niejako wyciąć je z tła dźwięków pozostałych uczestników spektaklu. Całość zyskała zarówno na trójwymiarowości, jak i holograficzności przekazu a faworyzowane do tej pory niskie tony zostały wzięte w ryzy. Charakter powyższych zmian powtarzał się zarówno w przypadku przedwzmacniacza, jak i końcówki, choć akurat na Alluxity Power-amp One uzda założona przez 3TS20 wydawała się ciutkę zbyt ciasna, co na dłuższą metę skutkowało delikatnym limitowaniem osiągów urządzenia. Gdybym testy rozpoczął od tej sieciówki pewnie powyższe obserwacje mogłyby mi gdzieś umknąć po drodze, jednak przesiadając się z przewodów charakteryzujących się zdecydowanie większą spektakularnością przy bardziej apokaliptycznym repertuarze („The Planets” Holst/Zubin Mehta; LA Philharmonic) czułem się tak jakby ktoś w Mitsubishi Evo, choć biorąc pod uwagę kraj pochodzenia Furutechów zdecydowanie poprawniej politycznie byłoby napisać o Nissanie GT-R, założył elektroniczna blokadę zdecydowanie poniżej zdrowego rozsądku, jak i możliwości samej jednostki napędowej. Jednak wszędzie tam, gdzie kontrola basu wymaga korekty i zdyscyplinowania, a proszę mi wierzyć sporo jest na rynku konstrukcji mających właśnie z powyższymi aspektami pewne problemy, kuracja w postaci 3TS20 może okazać się wielce pożądana.
Przy zintegrowanym ECI-5 różnice nie były aż tak wyraźne, jednak bezapelacyjnie lepiej w moje gusta wpisał się w roli dedykowanego przewodu zasilającego FP – ALPHA 3 wspaniałomyślnie, a przy tym z pożytkiem dla efektu finalnego, pozostawiając zasilanie Ayona ciemnobłękitnemu 3TS20.
Jak z powyższego tekstu jasno, a przynajmniej mam taką nadzieję, wynika podczas blisko dwutygodniowych testów udało mi się tak ulokować dostarczone przewody, by po pierwsze jak najlepiej zaprezentować ich atuty, bądź jak kto woli przede wszystkim dopasować je do moich prywatnych upodobań i gustów. W końcu cała zabawa w Hi-fi polega nie na tym, by konfigurować system zgodnie z opiniami wyczytanymi, zasłyszanymi w internecie, bądź drukowanymi (puki co) w fachowych periodykach, lecz by na ich podstawie samemu dokonywać jedynie wstępnej selekcji a decyzję o zakupie podjąć tylko i wyłącznie po odsłuchu we własnym systemie. A jeśli chodzi o bohaterów niniejszego testu – Furutech pozornie dość przewrotnie oferuje w podobnej cenie modele o różnej sygnaturze brzmieniowej, lecz patrząc na to z boku widać, że w tym szaleństwie jest metoda. Budując dźwięk na firmowej dynamice daje potencjalnemu nabywcy dwie opcje, tym samym pozwalając dokonać świadomego i samodzielnego wyboru, gdzie dany przewód powinien trafić i jakie stawiane są przed nim cele.
Tekst i zdjęcia Marcin Olszewski
Dystrybucja: RCM
Ceny:
– Furutech FP-3TS20: 1,0 m – 2 230 PLN; 1,5 m – 2 415 PLN; 1,8 m – 2 530 PLN; 2,0 m – 2 600 PLN
– FP – ALPHA 3: 1,5 m – 2 665 PLN; Dodatkowe 0,5mb – 295 PLN
System wykorzystany w teście:
– CD: CEC CD3N
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Lumin
– Wzmacniacze zintegrowane: Electrocompaniet ECI 5, Ayon Crossfire III
– Przedwzmacniacz: iFi iTube; Alluxity Pre-amp One
– Wzmacniacz mocy: Alluxity Power-amp One
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Neyton Neurnberg NF
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Argento Serenity „Signature” XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Neyton Hamburg LS; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; GigaWatt LC-1mk2; Furutech FP-3TS20 & FP – ALPHA 3 z wtykami FI-48R (IEC) i FI-E 48R
– Listwa: GigaWatt PF-2 + kabel LC-2mk2; Amare Musica Silver Passive Power Station
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Mająca wielu przeciwników w świecie audio „kablologia”, zwana potocznie voodoo, jest dla recenzenta dość kontrowersyjnym tematem, ponieważ jedyne co rzeczeni oponenci dopuszczają to fakt, że bez nich nie popłynie sygnał do urządzenia. Wszystkie teorie o ich różnorodnym wpływie na efekt końcowy, każą włożyć między bajki. Jednak jest spora grupa audiofilów, którzy wielokrotnie przekonali się na własne uszy, że to nie do końca prawda i właśnie dla nich podejmujemy się wyłapania owego wpływu na system odsłuchowy. Zdaję sobie sprawę, że nie w każdym zestawieniu da coś się zaobserwować, ale mając dość transparentny i dogłębnie osłuchany tor audio, takie różnice najczęściej da się określić, o czym świadczy mnogość firm kablarskich na rynku.
Jednym z bardziej rozpoznawalnych na świecie producentów kabli wszelakiej maści jest japoński Furutech, który w swojej ofercie posiada również wiele innych gadżetów z pogranicza zdrowego rozsądku jak: prostownice i demagnetyzery do płyt winylowych, jonizatory uwalniające sprzęt od zbędnych ładunków elektrycznych czy całą gamę gniazd i wtyków. Dotychczasowy kontakt z produktami kraju kwitnącej wiśni miałem jedynie za pośrednictwem przewodów głośnikowych i interkonektów serii Rerefence III a chcąc nadrobić zaległości, przyjąłem na testy dwa kable sieciowe, zaterminowane wtykami najnowszej, właśnie wchodzącej na rynek linii. Zastosowanie wspomnianych nowości, zaowocowało powstaniem dwóch dodatkowych pozycji w cenniku z drutami pod następującymi nazwami: Furutech FP-3TS20 +FI-48R (IEC) i FI-E 48R ubrany w niebieską koszulkę i Furutech FP-ALPHA3 +FI-48R (IEC) i FI-E 48R otulony na zielono. Oprócz zastosowania różnych procesów technologicznych w obróbce przewodników wewnętrznych poszczególnych produktów, o czym można przeczytać na stronie dystrybutora – RCM Audio, w kontakcie organoleptycznym daje się usłyszeć charakterystyczny dźwięk wykorzystanej, jako izolator (wraz z teflonem) bawełny w konstrukcji w niebieskiej odsłonie. Jeśli chodzi o walory użytkowe, z zadowoleniem przyjąłem fakt dużej podatności obu modeli na ułożenie za szafką ze sprzętem. Dostarczone propozycje zajmują podobną pozycję w cenniku i oscylując w granicach 2000 -2500 złotych za odcinek 1.5 metrowy, dla audiofila wyjadacza wydają się być ofertą daleką od szaleństwa.
Dwa sąsiadujące cenowo produkty i do tego po jednej sztuce, gdy cały system mam dzielony, zafundowały mi przyprawiającą o ból głowy mnogość kombinacji. Na szczęście szybko udało się ustalić obszar największego i najmniejszego wpływu, którym okazały się być: końcówka mocy i DAC. Oczywiście reszta urządzeń również zauważała ich ingerencję, ale dwa wymienione posłużą, jako najbardziej reprezentatywne króliki doświadczalne. Sieciówki wpinałem pojedynczo, najpierw do końcówki potem do przetwornika, co na przemian z referencyjnymi Harmonixami dawało pełny obraz wprowadzanych zmian. Nie będę nadmiernie rozpisywać się nad tak kontrowersyjnymi produktami, biorąc pod uwagę kilometry byle jakich kabli na odcinku od fabryki do naszych domów, jednak to co udało mi się wychwycić, przekażę jak na spowiedzi. Sceptyków tymczasem zapraszam do recenzji innych produktów, w których ich zdaniem jakiekolwiek zmiany mają prawo zaistnieć.
Zastanawiając się, jak mogą różnić się między sobą produkty z podobnego pułapu, zacząłem od napawającego optymizmem (że jakieś zmiany usłyszę) przewodu wykończonego w kolorze ciemnej zieleni. Dla przypomnienia referencji zapuściłem kilka taktów reprezentatywnego i znanego mi na wskroś utworu na posiadanych Harmonixach, by po kilku minutach zasilić końcówkę mocy bohaterem testu w zielonym ubranku. Wstępne obawy na szczęście szybko ustąpiły, gdyż wpływ był zauważalny od pierwszego momentu. Mój piec jest dość czuły na majstrowanie przy dostarczaniu zasilania, pokazując to wyraźnie przy niedawnym teście listwy zasilającej i tym razem również szybko oznajmił mi, że coś się dzieje. A czy to dobrze, czy źle zależy już od docelowego systemu, w jakim znajdzie się owa sieciówka. Niemniej usłyszane zmiany szły w kierunku dociążenia i lekkiego poluzowania basu. Nie robiła się przepastna buła, jedynie dźwięk stawał się zauważalnie cięższy, co przy wielu „cherlawych” realizacjach będzie lekiem na całe zło. Innym aspektem, jaki momentalnie rzucił mi się dosłownie w twarz, było przysunięcie sceny na linię kolumn, z lekkim zbliżeniem do siebie grających formacji. Aby całość pomysłu na dociążony przekaz miała sens, lekko przyciemniono górne pasmo. Jest nadal bardzo czytelne, jednak pojawiła się lekka mgiełka, która po kilkunastu minutach przestaje być zauważalna i często okazuje się, że nie pozwalając wysokim tonom wychodzić przed szereg, jest bardzo wskazana. Swawolność na górze mogłaby zaburzyć idealnie skrojony pod konkretnego klienta sposób na poprawę brzmienia. Takim postawieniem sprawy przez Furutecha, mamy możliwość lekkiego podkręcenia systemu w dolne składowe przekazu muzycznego, a że często z brakiem dociążenia wiąże się lekka krzykliwość, przygotowujemy dwie pieczenie na jednym ogniu. Ten sam przewód ( FP-ALPHA3) podłączony do przetwornika cyfrowo-analogowego, zachowywał się podobnie, ale z trochę innym rysem efektu końcowego. Przy podobnej masie dolnego pasma, zdecydowanie luźniej zrobiło się na scenie i artyści przestali deptać sobie po piętach. Do tego, jako bonus otrzymałem większą rozdzielczość i trochę oddechu muzyce. Na szczęście nie było to na tyle spektakularne, żeby zmasakrować zrównoważenie pasma, ale odczuwalna zdecydowana poprawa czytelności przekazu w porównaniu do połączenia z końcówką mocy, dawała większy wgląd w nagranie. Dwa różniące się poborem prądu urządzenia, pokazały inne oblicza jednego produktu jakim był Furutech FP-ALPHA3 +FI-48R (IEC) i FI-E 48R. To potwierdza powszechnie uznawaną maksymę – zawsze przeprowadzać docelowe próby we własnym zestawie odsłuchowym, ponieważ kupowanie w ciemno (a to się często zdarza) może wywołać rozczarowanie potencjalnego nabywcy.
Po tych zaskakujących obserwacjach, z zaciekawieniem wpiąłem w swój system, zakończony identycznymi wtykami (FI-48R (IEC) i FI-E 48R) jak pierwszy bohater tego testu, mile szeleszczący wewnętrznym wypełnieniem koszulki izolacyjnej niebieski kabelek. Teoretycznie ten sam materiał przewodzący, jedynie poddany innemu procesowi obróbki technologicznej podczas produkcji – i co, wywrze inny wpływ na zestaw audio niż poprzednik? Niestety muszę sceptyków zasmucić, ale efekt mariażu sieciówki FP-3TS20, z obydwoma elementami Reimyo poddanymi próbie, jest całkowicie inny od przewodnika ALPHA. Gdy tamten dociąża przekaz, ten idzie w inną stronę i podąża w kierunku rozświetlenia średnicy z lekkim otwarciem górnych rejestrów, przy minimalnym poluzowaniu konturu dźwięku. Taki zabieg zwiększa nam czerń tła, dając więcej informacji i powietrza w muzyce. Zyskuje na tym również głębokość sceny, która teraz sięga dalej niż u poprzednika. Najdziwniejsze jest to, że ten wykończony w kolorze nieba przewód zasilający, nie różnicuje swojego wpływu w zależności od obciążenia pobieranego przez zasilane urządzenie, cały czas pozostając niewzruszony na takie sprawy. Czy to DAC, czy końcówka, jest stały w uczuciach i w obu przypadkach podkreślał brzmienie wokalu, przearanżowując wyższą średnicę. Całość grania była trochę lżejsza, ale to konsekwencja dążenia konstruktorów do zrównoważenia pasma, kierując produkt do trochę innego klienta. Wiadomo od zawsze, że co system to inne potrzeby i wychodząc im naprzeciw Furutech proponuje kilka modeli w podobnym przedziale cenowym z całkowicie różnym pomysłem na dźwięk. Dla utwierdzenia się w wyrobionej opinii, przesłuchałem spory zestaw krążków CD, przepinając na zmianę bohaterów testu i z ulgą przyjąłem fakt, iż każda płyta pokazywała słuszność obserwacji opisanych zmian.
Te kilka dni z produktami z Japonii było pasmem zaskoczeń w pozytywnym tego słowa znaczeniu, gdyż pokazało jak różny sposób produkcji przewodnika, może zmienić jego wpływ na zasilany system. Co prawda zastosowano inne materiały izolacyjne i prawdopodobnie inna jest geometria wewnętrzna, ale dla ateistów w tej dziedzinie to jest nadal zwykły miedziany kabel, mający dostarczyć życiodajny prąd do urządzenia i nic ponadto. Tymczasem w zbliżonym obszarze cenowym mamy możliwość doszlifowania swojej układanki, która w założeniach powinna być neutralna, a w realnym świecie często potrzebuje drobnych korekt. Dlatego znając swój system, potencjalny nabywca powinien zastanowić się czego oczekuje i skierować swoje zainteresowanie na konkretny model z port folio Furutecha. Przeglądając jego ofertę, możemy przekonać się, iż nawet najbardziej wymagający audiofil znajdzie coś dla siebie. Jeśli nie do końca zdaje sobie sprawę z konkretnej ułomności posiadanego seta, bezproblemowo może przetestować kilka modeli na swoim podwórku. Nawet gdy nic nie wybierze, będzie bogatszy o nowe doświadczenia, które w przyszłości pozwolą uniknąć wielu niepotrzebnych wydatków, spowodowanych błędnymi decyzjami podczas doboru komponentów.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Opinia 1
Po nadwyrężaniu kręgosłupa przy taszczeniu dzielonych zestawów Hegla (55 kg – link) i Alluxity(56 kg – link) perspektywa dźwigania kolejnej „dzielonki” niespecjalnie napawała mnie radością. Jednak podczas tegorocznego Audio Show moją uwagę zwróciła świetnie grająca i pomimo, że dzielona, to można by rzec, iście kompaktowa amplifikacja pochodzącego z Hong Kongu Auralica. Dynamika, czystość i jakaś naturalna swoboda dźwięku spowodowały, że kilkukrotnie zaglądałem do pokoju JPlay’a (polskiego dystrybutora marki), by po prostu posłuchać w ramach odpoczynku od wystawowego szaleństwa, dla własnej przyjemności. Nietrudno się domyśleć, że skoro dystrybutor był na miejscu a same urządzenia charakteryzowała nad wyraz korzystna relacja jakości brzmienia do wagi nie omieszkaliśmy dokonać wstępnych ustaleń związanych z testami tego uroczego zestawu na łamach SoundRebels.com.
Nawiązująca gabarytowo do segmentu midi obudowa przedwzmacniacza TAURUS PRE pod względem designu jest ucieleśnieniem połączenia minimalizmu formy z wzorową ergonomią. Z pozoru surowa bryła zyskuje przy dłuższym spojrzeniu na finezji dzięki tak z pozoru nic nieznaczącym detalom jak półkolista, schowana w podfrezowaniu grubego, aluminiowego frontu gałka regulacji głośności, przełamujące monotonię podłużne nacięcie, na linii którego osadzono podwójne gniazda słuchawkowe. Symetrycznie, po jej obu stronach umieszczono dwa niewielkie przyciski – górny umożliwiający wybór trybu przedwzmacniacza i wzmacniacza słuchawkowego, oraz dolny, pełniący funkcję selektora źródeł. Przy każdej z pozycji, w nawierconych otworach schowano dyskretne diody potwierdzające ich aktywność. Ściana tylna to również wzór porządku i elegancji. Umieszczone centralnie zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo sieciowe dzieli dostępna powierzchnię na znajdujące się po swojej lewej stronie gniazda wejściowe w postaci pary XLRów i trzech par RCA, oraz sekcję wyjściową w składzie pary XLR’ów i pary złoconych RCA. Z detali podnoszących ciśnienie uwagę zwraca adnotacja informująca o zalecanym napięciu (115V), jednak biorąc pod uwagę, że do testów otrzymaliśmy egzemplarze demonstracyjne niekiedy opisy niewiele mają wspólnego z rzeczywistością i tym razem było podobnie – zasilany 230V Auralic ani myślał grymasić. Standardowo w komplecie powinien być również pilot, lecz dziwnym trafem nie odnaleźliśmy go w kartonie. Powód okazał się równie prozaiczny, jak w przypadku napięcia – do „demówki” nie dorzucili w fabryce. Nic to. „Cywilnego” klienta końcowego tego typu atrakcje dotyczyć nie powinny.
Monobloki Merak to w porównaniu z pre przysłowiowo nie mają absolutnie niczego, bo i niby z jakiego powodu miały by mieć. W końcu to końcówki mocy a nie stół mikserski w Abbey Road Studios. Elegancki, delikatnie podfrezowany gruby aluminiowy front zdobi jedynie niewielki włącznik ze schowaną tuż nad nim mikroskopijną czerwoną diodką, logiem producenta i nazwą modelu. Koniec. Tył również nie wykracza poza ramy wszechobecnego minimalizmu. Gniazdo sieciowe zintegrowane z bezpiecznikiem i włącznikiem głównym po lewej, dość rzadko spotykany na naszym rynku zakręcany terminal głośnikowy Cardasa (ostatni raz miałem z czymś takim do czynienia przy okazji recenzowania kolumn Zu Essence) a po prawej wejście zbalansowane i wyjście (odwrócone) do podpięcia kolejnej końcówki do pracy w bi-ampingu.
Podobnie jak w przypadku konstrukcji „konwencjonalnych” sama próba określenia brzmienia jedynie ma podstawie tego, że dany wzmacniacz pracuje w klasie D jest równie precyzyjna i sensowna, jak stereotypowe sądy o charakterystycznych „sygnaturach” przypisywanych lampom, bądź tranzystorom. Przecież klasę D reprezentują popularne T-Ampy, konstrukcje oparte na gotowych modułach Ice Power, czy też rozwiązania promowane przez Lyngdorfa, bądź Linna. Pomijam już fakt, czy dany producent idzie na całość i wstawia zasilanie impulsowe, czy czekając na rozwój wypadków, bądź kierując się rozsądkiem i własnym słuchem wybiera „oldschoolowe” trafa. Podobnie jest z monoblokami Merak Auralica, które, tak przynajmniej zapewnia producent, łączą to, co najlepsze z przeszłości z możliwościami, jakie przed ambitnymi twórcami otwiera teraźniejszość. Dzięki temu w każdym z monobloków znajdziemy potężne 500W toroidalne trafo Plitrona, baterię kondensatorów o łącznej pojemności przekraczającej 56.000 μF, transformatory wejściowe Lundhala a ze wspomnianych nowości poważnie zmodyfikowane moduły Hypex UcDm, oraz moduły wyjściowe ORFEO Class A.
Sprawa z przedwzmacniaczem przedstawia się za to trochę inaczej. Jako bazę do powstania Taurusa Pre wykorzystano dostępny już wcześniej zbalansowany wzmacniacz słuchawkowy Taurus dokonując poważnych jego modyfikacji. W efekcie uzyskano niższe szumy bufora wejściowego, obniżono wzmocnienie, zniekształcenia, oraz inaczej ustawiono poziom biasu w module wyjściowym Orfeo. Nie ma jednak nic za darmo – poprawa parametrów na wyjściach liniowych, czyli tego, co w przedwzmacniaczach jest najważniejsze, ograniczyła w pewnym stopniu pierwotne możliwości Taurusa, więc miłośnicy bezkompromisowych rozwiązań i tak i tak powinni pomyśleć nad zakupem dedykowanej słuchawkom amplifikacji.
Czasem bywa tak, że usłyszany gdzieś system, urządzenie, czy nawet akcesorium powoduje tzw. efekt „Wow!”. Sprawia, że gdzieś tam w głowie przyporządkowany zostaje mu epitet „referencja” a niczego nieświadoma ofiara dzień po dniu buduje w sobie przeżytym niemalże metafizycznym doznaniom swoisty ołtarzyk. Wiedząc o powyższym starałem się przed domowym odsłuchem dokonać swoistego resetu, by do testu podejść bez zbytnio rozbudzonych oczekiwań. Swoje Gaudery lubię nad wyraz, lecz nie przeszkadza mi to pozostać przy okazji realistą – do grających z Auralicami monitorów Kaiser Acoustics Chiara za drobne 16 k€ „trochę” im brakuje. Tak więc na miarę własnych możliwości zastosowałem kilka technik wyparcia, dzięki którym liczyłem, że choć przez jakiś czas będę, zgodnie z psychosłownikiem „chroniony przed myślami, impulsami i wspomnieniami, które mogłyby wywołać lęk, obawę albo poczucie winy, gdyby stały się świadome”. No dobra, żarty na bok. Rozstawienie i podpięcie trzech niedużych urządzeń o łącznej wadze z ledwością przekraczającej 20 kg zajęło dosłownie chwilę, proces akomodacji termalnej całe szczęście minął podczas poglądowo – zajawkowej, przewidzianej na facebooka sesji fotograficznej. W odtwarzaczu wylądował ostatni remaster „Misplaced Childhood” Marillion i … nawet „zimne” Merak’i dały czadu. Głośniki zostały złapane w stalowe 400W kleszcze skośnookiej amplifikacji i nawet nie śmiały oponować. Zero dyskusji – pełne poddaństwo. No, no, pomyślałem zapowiada się nieźle. Kolejny krążek, tym razem coś mniej surowego – „Swings Both Ways” wymuskanego jak nigdy Robbie’go Williams’a i nadal wciągający bardziej niż chodzenie po bagnach drive. Zmuszające do podrygiwania, przytupywania, bądź choćby bujania stopą energetyzujący i ożywczy swing dzięki amplifikacji Auralica sprawdzał się lepiej niż popołudniowa „mała czarna”. Gładkości i soczystości dźwięku tez nie można było nic, na pierwszy rzut ucha wytknąć. Patrząc na przedział, w jakim lokuje się Taurus Pre z bliźniakami Taurus, to można nawet uznać, że było wręcz świetnie. Gęste, orkiestrowe aranżacje czarowały szeroką, niezwykle stabilną i zaprezentowaną z rozmachem sceną, na której zarówno soliści, jak i grający w orkiestrze muzycy mieli wokół siebie naprawdę sporo miejsca i nawet ostatnie rzędy, dalsze plany nie traciły nic ze swojej ostrości i precyzji. Całość była lekko ciemniejsza, bardziej karmelowa a jednocześnie bardziej klarowna niż innych D-klasowych konstrukcji, jakie miałem okazję odsłuchiwać. Charakteryzując się świetną selektywnością i nienarzucającą analitycznością Auralic’i stawiały jednak głównie na warstwę emocjonalną odtwarzanego materiału, na muzykalność. Starały się porwać słuchacza w wir wydarzeń i nie wypuszczać z objęć do ostatniego taktu. Taki zabieg może się podobać, jednak śmiem podejrzewać, że został on zaimplementowany celowo, gdyż o ile przedwzmacniacz podpięty pod mojego ECI nie wykazywał pewnej przypadłości o tyle monobloki nad wyraz umiejętnie pewien wstydliwy sekret starały się pod warstwą entuzjazmu, dynamiki i wręcz magnetycznej muzykalności ukryć. Chodzi mianowicie o barwę, a raczej o jej delikatne zmatowienie, delikatną patynę pokrywająca ledwie niewidoczną warstwą te fragmenty, do których lśnienia zdążyliśmy się już z inną amplifikacją przyzwyczaić. I to nie chodzi o brak powietrza, aury otaczających muzyków, bo tej, dajmy na to na „Antiphone Blues” Arne Domnerus, czy „Carmina Celtica” Canty było akurat tyle ile trzeba, baz sztucznego rozdmuchiwania i pompowania sceny, lecz o tą iskierkę jaka zwykle towarzyszy najwyższym składowym, blachom, czy gitarowym riffom. Brakowało przysłowiowej kropki nad „i”, dzięki której ze spokojnym sumieniem można byłoby testowanemu setowi wystawić ocenę bardzo dobrą. Oczywiście wszystko zależy od konkretnego systemu i jeśli tylko ktoś posiada delikatnie mówiąc zbyt analityczny i wręcz epatujący laboratoryjną hiperdetalicznością system, gdzie po pięciominutowym odsłuchu można się poszczycić bardziej olśniewającym uśmiechem niż niejedna hollywoodzka gwiazda i tylko niewielkie wybroczyny w okolicach uszu i porysowane okulary psują humor, to zaaplikowanie tytułowego 2+1 Auralica może okazać się nader sensownym posunięciem. Detaliczność osiągnie rozsądny, acz nadal bardzo wysoki poziom, lecz zamiast iskier idących spod kamienia szlifierskiego na górze pojawi się odrobina cywilizowanej muzyki. Z drugiej strony przesycone, aż lepkie od muzykalnej soczystości zestawy też mają szansę na delikatny tuning. O ile Taurus Pre stara się znikać z toru i jak najmniej ingerować w sygnał, to już monosy Merak mogą zdziałać wiele dobrego na polu zdyscyplinowania zbyt spontanicznie reagujących na otrzymane elektryczne ipulsy przetworników.
Krótko mówiąc Taurus Pre z monoblokami Merak to niezwykle ciekawa alternatywa nie tylko dla tzw. „superintegr”, jak i nieraz sporo droższych konstrukcji dzielonych bardziej hołubionych przez prasę i rynek „sławnych” konkurentów. Przy nader nieabsorbujących gabarytach, a przede wszystkim zupełnie nieadekwatnej do posiadanych możliwości mocowych wadze mają szansę sporo namieszać na rynku audio. A co do brzmienia … z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że nie dość, że można się do niego przyzwyczaić i z nim żyć, to z łatwością przychodzi zwykła sympatia, a odpowiednio dobrane źródło okablowanie i kolumny mogą pomóc w osiągnieciu audiofilskiej nirwany. Czyżbyśmy mieli zatem przykład na High-End za rozsądną kwotę? Zdecydowanie tak, tym bardziej, że zaoszczędzone środki ze spokojnym sumieniem można wtedy wydać na bliska sercu osobę, bądź odpowiednio wysublimowane pozostałe elementy toru.
Ps. Odsłuch z Luminem wydaje się być obowiązkowy ;-)
Tekst i zdjęcia: Marcin Olszewski
Dystrybucja: JPLAY / Auralic.pl
Ceny:
– AURALiC TAURUS PRE: 8500 PLN
– AURALiC MERAK: 10 000 PLN / sztuka
Dane techniczne :
TAURUS PRE
Pasmo przenoszenia: 3Hz – 300KHz, +/- 3dB 20Hz – 20KHz, +/- 0.1dB
THD+N: <0.001%, 20Hz-20KHz
Zakres dynamiki: >130dB, 20Hz-20KHz,
Crosstalk: <-80dB @ 1KHz
Gain: 10dB/16dB (XLR Input/RCA Input)
Wejścia: 3 x RCA: max. poziom bez zniekształceń 6Vrms 1 x XLR: max. poziom bez zniekształceń 12Vrms
Wyjścia: 1 x RCA wyjście przedwzmacniacza ;1 x XLR wyjście przedwzmacniacza; 2 x 6.35mm wyjścia słuchawkowe
Maximum Swing Voltage: 12Vrms/24Vrms(RCA output/XLR output)
Pobór mocy: 25W at max.
Wymiary: 33cm x 23cm x 6.5cm (szer. x głęb. x wys.)
Waga: 4.4kg
AURALiC MERAK
Moc wyjściowa 200W/400W (8ohm/4ohm) >16 amp (40 ms)
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20KHz, +/- 0.5dB
THD+N: <0.01%,20Hz-20KHz @1W
IMD: <0.01%,20Hz-20KHz@1W
Wejścia: 1 x XLR, Czułość: 2.2Vrms (RCA wymaga zastosowania adaptera)
Impedancja wejściowa: 10K Ohm
Wyjścia: 1 x XLR odwrócone (dla trybu bi-amp); 1 x terminal głośnikowy Cardas
Współczynnik tłumienia: >800, 8ohm@1Khz
Pobór mocy: warm-up mode: 5W; playback mode: 15W/450W (idle/max. output)
Wymiary: 33cm x 33cm x 7.0cm (szer x głęb x wys)
Waga: 8.5kg
System wykorzystany w teście:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center;Meridian Control 15
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; AudioSolutions Rhapsody 130; Dynaudio Excite X34
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Harmonix CI-230 Mark-II; Neyton Neurnberg NF
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Neyton Hamburg LS
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; GigaWatt LC-1mk2; Harmonix X-DC2
– Filtr sieciowy: IsoTek Aqauarius Evo3+ przewód Evo 3 Elite
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód LC-2mk2
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Tegoroczna wystawa AS 2013 była dla nas bardzo owocna nie tylko ze względu na doznania czysto nauszne, lecz również pod kątem nawiązania nowych kontaktów z branżą audio, czego efektem jest propozycja przetestowania dzielonego wzmocnienia, wyprodukowanego na terenie azjatyckiego giganta dynamicznie zdobywającego rynki świata, jakim niewątpliwie są Chiny. Czasy, gdy wszystko, co robili uważano za tandetę, jeszcze całkowicie nie minęły, ale że są w stanie skonstruować coś bardzo dobrego, wie już cały świat. Oni sami doszli już do wniosku, że nadszedł moment, by pokazać wszystkim, co potrafią i coraz więcej pochodzących z państwa środka firm, wypływa na międzynarodowe wody z urządzeniami zbierającymi znakomite recenzje. Tak właśnie było z bohaterem tego spotkania, czyli firmą Auralic, która swoje podboje zaczęła za „wielką wodą” i zdobywszy tam dobrą prasę, zaczęła ekspansję na resztę świata. Dystrybucją na terenie Polski zajęła się firma JPlay z Wrocławia, a do recenzji dostarczyła: przedwzmacniacz liniowy TAURUS PRE i dwie monofoniczne końcówki mocy MERAK.
Zestaw Auralic’a przyodziano w zgrabne obudowy, których rozmiar zbliżony jest do gabarytów „midi”. Fronty to grube – centymetrowe płaty piaskowanego aluminium, a zewnętrzną również aluminiową stanowiącą całość wraz z bocznymi ściankami pokrywę, wykończono w technice szczotkowania. Dla przełamania monotonii frontów, wszystkie urządzenia zostały poddane artystycznemu podfrezowaniu. Dzięki temu zabiegowi nie otrzymujemy prostych rodem ze sklepów internetowych skrzynek, tylko produkt spełniający konkretne założenia stylistyczne. Przyglądając się wyposażeniu, należy zwrócić uwagę, iż końcówki mocy przyjmują sygnał jedynie w formacie XLR. Tylna ścianka otrzymała również wyjścia XLR, sprawiające sporo trudności w podłączeniu biwiringowym terminale głośnikowe Cardasa i zintegrowane z głównym włącznikiem gniazdo sieciowe IEC. Na typowym dla monobloków przednim panelu w centralnej części znajdziemy jedynie przycisk inicjujący załączenie, diodę sygnalizującą pracę i stosowne logo z nazwą modelu. Przedwzmacniacz jest bardziej uniwersalny i przyjmuje dwa formaty- trzy wejścia RCA i jedno XLR, a oddaje po jednym z nich. Front wyposażono w gałkę wzmocnienia z prawej strony, niezbędne manipulatory z diodami w środkowej części, przycisk inicjacji włączenia na skraju prawej flanki i dwa gniazda słuchawkowe w lewej części. Mała powierzchnia przedniej ścianki jest dość mocno zagospodarowana, jednak gdyby nie wielgachne, czarne dziury do zasilania nauszników, ocena za „dizajn” byłaby bardzo dobra. Niestety ktoś tak to zaprojektował i albo nam się spodoba i przechodzimy nad tym do porządku dziennego, albo cierpimy przy każdorazowym spojrzeniu. Na uspokojenie dodam, iż czas koi nerwy i nawet do takich „kwiatków” można się przyzwyczaić.
Logistyka i ustawianie na docelowym miejscu była sielanką, gdyż rzeczeni bohaterowie swoją monstrualną, jak na takie maleństwa moc osiągają dzięki zaprzęgnięciu do pracy klasy „D”, a ta pozwala drastycznie zmniejszyć przedział wagowy danego urządzenia. To jest jeszcze dość kontrowersyjne, mające wielu przeciwników rozwiązanie, ale kolejne aplikacje takich wzmacniaczy pokazują spory progres w efektach brzmieniowych. Procedura podłączeniowa była wprost proporcjonalnie trudniejsza do transportowej za sprawą wspomnianych gniazd głośnikowych Cardasa. To dość specyficzne rozwiązanie i pozwala na podłączenie bananków lub widełek, ale nie obu naraz. Z lekką gimnastyką udaje się upchnąć dwie pary nałożonych na siebie wideł. W przypadku, gdy moje kolumny wymagają podwójnego okablowania, musiałem zaopatrzyć się w stosowne przejściówki ze szpilek na widły. Jakoś udało mi się to wszystko skręcić i miałem tylko nadzieję, że umiejętności soniczne zestawu warte są takiej gimnastyki . Wieści o mnogości zbieranych pochwał złagodziły trud uruchamiania i po trzech kwadransach popłynęła muzyka.
Przyznam się bez bicia, że to moje pierwsze tak długie obcowanie z tego typu konstrukcjami. Nie żebym miał jakieś uprzedzenia, tylko większość urządzeń z interesującego mnie pułapu cenowego omija takie rozwiązania szerokim łukiem. Oczywiście miałem kilka niezobowiązujących kontaktów z klasą „D”, ale nie na tyle, żeby formować jakieś głębsze diagnozy. Świat ortodoksyjnych audiofilów uważa ten wytwór, jako zło w czystej postaci, ale nie przekonawszy się na własnej skórze, starałem się wymijająco odpowiadać na pytania w tym temacie. I w takim swoistym „rozkroku” przystąpiłem do wnikliwej oceny zestawu pre-power firmy Auralic.
Pierwszy krążek, a raczej pierwsze jego takty, to potwierdzenie niebagatelnej mocy amplifikacji, gdyż dotychczasowy poziom słuchania na zestawie referencyjnym – godzina 10.30, z monoblokami kraju środka maltretował moje bębenki nadmiarem decybeli. Większość odsłuchów przeprowadziłem więc z gałką „volume” ledwo dochodzącą do godziny dziewiątej trzydzieści. Znam kilka osób twierdzących, aby nie bać się głośności koncertowych, które testowy zestaw spokojnie by zaprezentował, ale w moim wieku każdy dzień nawet cichego plumkania przybliża mnie do aparatu słuchowego i nie mam zamiaru przyspieszać tego procesu. Muzyka służy mi do relaksu, a nie testowania wytrzymałości istotnego w życiu zmysłu. Ale do rzeczy. Doszedłszy do wprawy delikatnego obchodzenia się z pokrętłem wzmocnienia, jako grę wstępną przesłuchałem kilka rzadziej puszczanych płyt. Planowałem osłuchać się z ogólnymi umiejętnościami sonicznymi bez wytykania różnic, aby nie dać ponieść się ogólnej nagonce na produkty pracujące w tej klasie. Punktowanie już na samym początku byłoby ciosem poniżej pasa, a dodatkowa dłuższa rozgrzewka pozwalała Chińczykom zapoznać się z zapotrzebowaniem na prąd, jakiego oczekują moje kolumny.
Zwykle pierwszym ocenianym przeze mnie aspektem jest barwa i otwartość grania, jednak tym razem było inaczej. Kika taktów i set Auralic’a wciąga słuchacza w konturowy i czytelny spektakl, na zjawiskowo czarnym tle. Mimochodem bardziej zwracałem uwagę gdzie grają źródła pozorne niż jak to im wychodzi. Ich namacalność tak angażuje zmysł słuchu, że potrzeba kilkunastu minut na przyzwyczajenie się do takiej prezentacji, aby zacząć przyglądać się reszcie składowych przekazu. To przymusowe wodzenie nosem za muzykami, wykorzystałem na weryfikację rozpiętości sceny i muszę powiedzieć, że każdy z nich ma sporo swobody. Może nie są to hektary głębi rodem z kolumn Harbeth 40.1, które o mały włos nie zostałyby moimi kolumnami referencyjnymi, jednak szerokość i gradacja planów były na wysokim poziomie. Do tego celu posłużyła mi płyta Cassandry Wilson zat. „New Moon Daughter”, gdzie porozrzucani pomiędzy głośnikami kolumn instrumentaliści, akompaniowali śpiewającej niskim głosem jazzowej Diwie. Całość podana była w bardzo angażujący sposób, który swym realizmem czarował do końca materiału zarejestrowanego na krążku.
Taki otwarty sposób prezentacji materiału muzycznego, podsunął mi pomysł weryfikacji tych umiejętności w starciu z sygnałem analogowym. Kontur często przydaje się w słabych realizacjach, ale równocześnie może wypaść trochę sztucznie. Obyty z tym formatem słuchacz z miejsca wyłapie próbę nadmiernego wyostrzenia krawędzi, które są domeną zapisu zero-jedynkowego. Nie ułatwiając Auralic’owi zadania, sięgnąłem po nowotłoczone, dwupłytowe wydawnictwo ECM-u (2009r.) Enrico Ravy z projektem pt. „New York Days”. Ta wytwórnia od zawsze przykłada się do realizacji, podając źródła pozorne w rozdzielczy sposób. Wspomniany Enrico – trumpet, zrealizował swój materiał ze znanymi tuzami jazzowymi: Stefano Bollani -piano, Mark Turner -tenor saxophone, Larry Grenadier –double-bas, Paul Motian – drums, w którym każdy z nich otrzymał swoje „pięć minut”, udowadniając tym słuszność zbierania pochwał za umiejętność czarowania wykorzystywanymi w grze instrumentami. Moje obawy o zbyt ostrą kreskę w rysowaniu obrazu muzycznego, całkowicie się rozwiały już przy pierwszym utworze, gdyż nie zanotowałem sztucznego dla formatu drapiącego płytę zbyt ostrego konturu. Uspokojony tym faktem, co jakieś dwadzieścia minut wstawałem na chwilę z fotela by zmienić stronę winylu, a że jest to pewnego rodzaju sprawiający mi przyjemność rytuał, ostatnie odłożenie ramienia na miejsce spoczynku, nie było miłą czynnością. Zaskoczony jednak gładkością dźwięku, powróciłem do napędu cyfrowego i swój zmysł obserwatora skierowałem na inne, jeszcze nieanalizowane obszary reprodukcji obrazu muzycznego.
Tym razem byłem bezwzględny i na laserze kompaktu wylądowały doskonale znane mi płyty. Scena, konturowość, czytelność były ok., ale jak z barwą, ciężarem, oddechem i swobodą całości. Testowany zestaw pre-power tak czarował swymi atutami, że zdawał się nie mieć słabych stron. Ale zestaw krążków testujący oddech i rozdzielczość górnego pasma, pokazał lekkie zmatowienie w tym aspekcie. Nie jest to bardzo odczuwalne i rzekłbym, że nawet trudne do natychmiastowego wychwycenia, a po kilkunastu przesłuchanych pozycjach płytowych nawet pomijalne. Ktoś kiedyś powiedział, że recenzent słucha dotąd, aż spodoba mu się dane urządzenie, ale nie jest to ten przypadek. Stawiam nawet tezę, że przy mniej rozdzielczych kolumnach, wspomniane lekkie zgaszenie może w ogóle być niezauważalne. Ba nawet inny rodzaj muzyki pominie to, jako zbędne rozkminianie pasma na drobne. Ja jestem trochę skrzywiony na tym punkcie, z czego śmieją się znajomi z klubu KAiM, ale jest to pochodna muzyki jakiej słucham, gdzie muśnięcie talerzy ma trwać w nieskończoność pośród wszechobecnej ciszy. W celu potwierdzenia tej tezy małej szkodliwości usłyszanej woalki, na tapecie wylądowała grupa Coldplay z materiałem pt. „Parachutes”. To ciekawa rockowa kapela, która niestety z krążka na krążek wypada coraz gorzej i na mojej półce stoją tylko dwa pierwsze albumy. Niemniej przesłuchane ich materiału w japońsko-chińskim mariażu, nie zdradzały braków we wspomnianej otwartości. Jeśli ktoś w większości słucha takiego repertuaru, ma ten problem z głowy. Jak detektyw konsekwentnie przyglądałem się dalej możliwościom wytworu inżynierów z Chin. Pierwsze symptomy dalszych odstępstw dały się we znaki właśnie w materiale angielskiej grupy- chodzi o ciężar grania. Ich realizacje zawsze cierpią na słabe dociążenie i wypadają dość zwiewnie, a w tej odsłonie to się pogłębiło. Gitary trochę za lekkie, perkusja jakby bardziej płaska. Totalnej porażki nie było, ale słyszałem ten materiał w lepszej odsłonie. I znowu zaliczyłem powrót do pewniaków płytowych, które pokazały sposób na granie testowanego zestawu. Delikatnie podnosimy ciężar tonacji , przy jednoczesnym zmatowieniu najwyższego zakresu, aby całość nie była zbyt krzykliwa. Takie postawienie sprawy skieruje uwagę słuchacza na wgląd w nagranie, pokazując wiele ważnych informacji w środku pasma, a kontur wytnie źródła pozorne z tła, zwiększając realizm odbioru. Ja zestawiłem dość równo grający system z lekko dociążoną średnicą i jakiekolwiek manipulacje przy masie materiału muzycznego, wychodzą u mnie jak na dłoni. Jednak ktoś mający lekki nadmiar tych częstotliwości odbierze to jako wartość dodaną i lek na monotonię niskich tonów. Poznawszy zalety i manierę zestawionego seta, przeczesałem płytotekę pod kątem przypomnienia zapomnianych, ze zbytnio podkręconymi najniższymi rejestrami krążków. Zapomniałem już, ile fajnego materiału czeka na takie okazje tylko ze względu na nadgorliwość realizatorów, a które powracają do play listy dzięki takim jak tytułowe urządzeniom.
Próbując zająć jakieś stanowisko określające możliwości dostarczonego przez wrocławską firmę JPlay zestawu: TAURUS + MERAK, ze zdziwieniem przyznam, że jestem pozytywnie zaskoczony rozwojem sytuacji podczas testów. Musiałem wrócić kilka razy do swoich pewniaków, by wyłapać sposób obróbki dostarczonego sygnału, a to co zauważyłem, w innym zestawieniu lub pomieszczeniu albo będzie w ogóle niezauważalne, albo okaże się zbawienne w skutkach. Mimo, że to przedstawiciel dość mocno wyśmiewanego w kręgach audiofilów kraju centralnej Azji, radziłbym posłuchać i sprawdzić, co ma do zaoferowania, a nie podążać na ślepo jak owca w stadzie, za przeczytanymi w sieci opiniami.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC XLR: Furutech FA-13 701+702G
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Firma Stella Inc. to właściciel marki TECH DAS, która w ubiegłym roku zaprezentowała gramofon analogowy o nazwie AIR FORCE ONE. Projekt przygotowany przez byłego inżyniera Micro-Seiki pana Hideaki Nishikawa oraz techników firmy Stella to jeden z najbardziej zaawansowanych technologicznie gramofonów analogowych na rynku. Jak powiedział pan Hideaki Nishikawa:„Jako inżynierowie i naukowcy wiemy że „dźwięk cyfrowy” wypada lepiej w pomiarach, lecz wielu melomanów traktuje dźwięk analogowy jako bardziej przyswajalny dla ucha. Dźwięk cyfrowy jest coraz lepszy więc zaprojektowałem gramofon, który stawia jeszcze wyżej poprzeczkę dla „cyfry”. Celem było stworzenie gramofonu analogowego, który odczyta 100% informacji zapisanej w rowku płyty winylowej”. W tym celu firma ma w swojej ofercie również wkładkę gramofonową o nazwie TDC01.
Wróćmy do gramofonu. chassis zbudowane z kilku rodzajów aluminium obrabianego na CNC, talerz o budowie typu „sandwich” z możliwością zmian górnej części talerza to tylko niektóre z cech tego wyjątkowego urządzenia. Podstawowym „medium” szeroko wykorzystanym w tym projekcie jest powietrze. Zastosowano je w łożysku (talerz unosi się ma poduszce powietrznej), podciśnieniowym talerzu (przysysanie płyty) oraz w „zawieszeniu” gramofonu. Urządzenie było prezentowane na wystawie w Monachium, a amerykański magazyn Absolut Sound nadał mu nazwę „State of the Art”. W ofercie znajdują się dwa modele, to wspomniany Air Force One oraz nieco prostszy Air Force Two, który ma być dostępny w drugim kwartale 2014 roku. Konstrukcja gramofonu pozwala na zastosowanie różnych ramion, wymianie podlega podstawa ramienia. Wyłącznym przedstawicielem na polskim rynku jest firma RCM Audio.
Od jakiegoś czasu w ofercie firmy RCM Audio są produkty niemieckiego Audio Desk’a. Urządzenia służące do mycia płyt winylowych (Vinyl Cleaner) i do „poprawy” srebrnych krążków (CD Sound Improver) były prezentowane na tegorocznym Audio Show. Od grudnia 2013 RCM jest wyłącznym przedstawicielem na Polskę firmy AUDIO DESK SYSTEME GLASS.
Kontakt: RCM
Drugi w dorobku, próbującej znaleźć swoje własne miejsce gdzieś pomiędzy thrashem a stoner rockiem, krakowskiej formacji Heart Attack niesie ze sobą sporo pozytywnej energii. Sam zespół anonsuje się jako „grupa dźwiękowo-poetycka łącząca wytrwale wdzięk Johnny’ego Casha z nostalgią Pantery + lekką nutką dekadencji”.
Pierwsze takty otwierającego album tytułowego „Focus’a” wywołały najpierw moje lekkie zdziwienie, a później delikatny uśmiech. Czyżby właśnie na moje biurko trafiła jakaś zapomniana przez Boga i ludzi ep-ka Illusion? Nie, jednak to tylko podobieństwo i nic więcej. Maniera wokalisty przypomina, co prawda Lipę, jednak brakuje poweru i ataku pierwowzoru. Nie jest to jednak zarzut do Mateusza 'Drzewo’ Chmielnickiego, lecz do realizatorów („RedShift Studio”/mastering Kovy), gdyż na całej płycie całą frajdę z odsłuchu w pewnym sensie gasi płasko i matowo zarejestrowany wokal. Chyba, że taki był zamysł twórców i zamiast prawdziwego wyrykiwania ma być ono jedynie sygnalizowane. Jest to o tyle dziwne, że zarówno partie gitar, jak i perkusji nie cierpią na powyższe dolegliwości. Oczywiście nie ma mowy o finezji i wysublimowaniu brzmienia znanego np. z ostatnich dokonań Dream Theater, szczególnie ich „gęstych” wersji, ale w końcu to inna estetyka i nie ma się co czepiać. Widocznie jeszcze nie czas na thrashową progresję, mikrofony Neumanna, albo Nordic Audio Labs, jeszcze …
Wracając jednak do samego krążka – szybkie, energiczne i pulsujące utwory nie pozwalają się nudzić a co najważniejsze nie ma problemu z odróżnieniem ich od siebie. Dzięki temu płyta nie jest nudna, cały czas coś się na niej dzieje a kończyny same podrygują przy jej słuchaniu. Płynne przejścia „Drzewa” od czystego śpiewu po growl, czy krzyk i to wszystko w naszym ojczystym języku zasługują na pewno na gromkie brawa. Z resztą cała płyta jest zaśpiewana, tak zaśpiewana, bo growl to też jakby nie było śpiew, po polsku co z jednej strony znacząco podnosi jej czytelność dla „lokalersów” a z drugiej ogranicza międzynarodową ekspansję. Sam zespół jednak uważa, że na międzynarodowe wojaże jeszcze przyjdzie czas, a na razie Panowie skupiają się na polskim słuchaczu i zgodnie z lekko pokrytym patyną hasłem „polska młodzież śpiewa polskie piosenki” komunikują się właśnie po polsku. W tekstach czuć autentyczność, brak jakiś wydumanych i pseudomesjanistycznych wizji. Dzięki temu surowość brzmienia idealnie się z nimi komponuje.
Krótko mówiąc muzycznie „Focus” broni się doskonale, a że realizacyjnie nie jest już tak różowo… Jesteśmy w końcu magazynem na wskroś audiofilskim i do czegoś musieliśmy się przyczepić ;-)
Marcin Olszewski
Członkowie:
Drzewo – wokal
Biały – gitara
Rudy – gitara
Dźwiedziu – bas
Hevi – perkusja
tracklista:
1. Focus
2. Czas nowego życia
3. W mojej głowie
4. Nie zmieni to nic (uparcie przez zespół nazywany Klepsydrą)
5. Jestem wszystkim!
6. Tu i teraz
7. Ciemna strona
8. Ruchy ziemi
9. Przepowiednia półcienia
Kiedy w marcu b.r. recenzowałem model AK100 za blisko 2300 zł dla części czytelników była to górna kwota, jaką byliby w stanie wydać za przenośny odtwarzacz audio. Całe szczęście w testach wyszło, że Iriver oferował brzmienie i możliwości warte każdej wydanej złotówki. Krótko mówiąc sytuacja idealna zarówno dla nabywców, jak i producenta, który wylegując się gdzieś na plaży przypominającej reklamę jednego z batoników spokojnie może do późnej starości odcinać kupony. Jest tylko jeden szkopuł. Powyższa scenka rodzajowa mogłaby się zdarzyć jeszcze jakieś 15 – 10 lat temu. Niestety obecnie zamiast grzać się w blasku chwały trzeba dzień, bądź dwa po premierze (w zależności od tego jak huczna była uroczystość) zakasać rękawy i brać się z powrotem do roboty udowadniając sobie i innym, że poprzedni sukces nie był tylko wypadkiem przy pracy.
Z podobnego, jakby nie było ze wszech miar słusznego, założenia musiał też wyjść CEO Iriver’a – Pan Henry Park, gdyż nie trzeba było długo czekać, by światło dzienne ujrzał Astell&Kern AK120 – o centymetr wyższy, 20g cięższy, i podobno, … jeśli nie „o niebo”, to chociaż „o wiele” lepszy od poprzednika. W dodatku, w przeciwieństwie dajmy na to do telefonów Vertu cena nie wynika jedynie z chęci pozycjonowania produktu wyłącznie z jej pomącą i designerskich obudów, lecz przede wszystkim z technicznego zaawansowania samej konstrukcji. Przykładowo, zamiast jednego zastosowano dwa przetworniki Wolfson’a WM8740 pracujące w niezależnych torach dla lewego i prawego kanału (dual mono). Konsekwencją takiego rozwiązania jest widoczna poprawa parametrów (odstęp S/N: 113dB vs 110dB i THn+D: 0,0008% vs 0,0009%).
Topologia przycisków i intuicyjność obsługi została przeniesiona praktycznie 1:1 z tańszego modelu, jednak udało się w międzyczasie poprawić jeden z detali, na który poprzednio zwróciłem uwagę. Dotychczas odsłonięte, znajdujące się na prawym boku pokrętło głośności doczekało się wreszcie dedykowanego „kołnierza” w znacznym stopniu zabezpieczającego nie tylko przed mimowolnym pogłośnieniem/ściszeniem, lecz również minimalizującego ryzyku wyłamania tego, jakże istotnego elementu. Precyzja regulacji siły głosu również pozostała bez zmian i cały czas można ją uznać za wzór godny naśladowania. Trzy pozostałe przyciski nawigacyjne okupują lewy bok odtwarzacza a ich funkcje zdublowane zostały na 2,4” dotykowym wyświetlaczu o całkowicie zadowalającej rozdzielczości 320X240 pix. W końcu nikt na nim filmów oglądać nie będzie a do nawigacji po prostym i czytelnym menu, oraz wyświetlania okładek i informacji o odtwarzanym materiale w zupełności wystarczy.
Dolną krawędź zajmuje gniazdo Micro USB, oraz zasuwany, podwójny bank na karty pamięci microSD (do 64GB każda).
Górę urządzenia podzieliły między siebie włącznik, oraz interfejsy audio, z których do dyspozycji mamy dwa 3,5 mm gniazda (standard mini-jack), z których jedno pełni rolę wyjścia słuchawkowego i optycznego a drugie cyfrowego wejścia optycznego.
Ponieważ AK120 jest bezdyskusyjnie produktem luksusowym, w opakowaniu nie mogło zabraknąć nie dość, że miłego, to i nad wyraz funkcjonalnego a przy tym nieodstającego a wręcz dodającego klasy gadgetu w postaci stylowej skórzanej kabury. I to nie byle jakiej, lecz wykonanej przez włoską, położoną wśród toskańskich wzgórz i założoną w 1974r. przez Mauro Sani’ego, specjalistyczną firmę obuwniczą Buttero. A o tak oczywistych akcesoriach, jak komplet folii umożliwiających zabezpieczenie samego wyświetlacza, bądź całego urządzenia wspominam tylko z recenzenckiego obowiązku. W końcu przy tej cenie oszczędności na tego typu dodatkach nie są mile widziane.
Zanim przejdę do części związanej z głównym przeznaczeniem 120-ki prosiłbym jeszcze o chwilę uwagi, gdyż … chciałbym nieśmiało napomknąć, iż Astell&Kern może również pełnić rolę pełnoprawnego przetwornika w stacjonarnych systemach Hi-Fi, oraz tych związanych z PC-audio. O tym, jak podłączać przewód optyczny chyba nikogo nie muszę uczyć, więc od razu zajmę się współpracą ekskluzywnego plikograja z komputerem. Za pomocą znajdującego się w komplecie przewodu USB należy spiąć 120-kę z PCtem/laptopem/Mac’iem (niepotrzebne skreślić) i … Nie, nie. Proszę się nie obawiać, nic strasznego się nie dzieje, a jedynie na wyświetlaczu pojawiają się trzy opcje. Do wyboru są tryby: samego ładowania baterii (tego mam nadzieję wyjaśniać nie trzeba), przetwornika (o czym za chwilę) i wymiennej pamięci, który to tryb całe szczęście nie wymaga żadnych dodatkowych narzędzi i aplikacji, zatem do przenoszenia plików spokojnie wystarcza standardowy eksplorator i zasada przeciągnij i upuść (drag&drop). A co ze wspomnianą opcją USB DACa? Jest, działa i w dodatku robi to nie dość, że świetnie, to w dodatku niemalże bezobsługowo. Wybieramy tryb przetwornika a po dosłownie kilku sekundach (przynajmniej na maszynach pracujących pod kontrolą systemów Windows 7 i 8) jesteśmy informowani, że urządzenie jest gotowe do użycia. Zero sterowników, zmiany ustawień i innych komplikacji. Prawdziwe plug&play.
Oprócz obecnej w 100-ce obsługi plików audio o parametrach 24bit/192kHz w topowym, jak na tę chwilę, modelu dodano również kompatybilność z formatem DSD zapisanym w postaci plików dff i dsf o częstotliwości 2.8MHz. Pliki grane/dekodowane są w natywnej rozdzielczości i nie ma możliwości włączenia. Teraz już wiadomo, w jakim celu przygotowano 192 GB miejsca na dane.
Z funkcji czysto ułatwiających życie nie zapomniano też o firmowej opcji MQS (Mastering Quality Sound), dzięki której można wyselekcjonować jedynie „gęste”, 24-bitowe pliki i przy okazji odkryć, że producent był na tyle miły, iż zamieścił na wbudowanej pamięci blisko 1GB sampler w takimiż plikami. Na koniec części technicznej jeszcze tylko dodam, że posiadacze słuchawek bezprzewodowych mogą spróbować sparować swoje nauszniki ze 120-ką, gdyż ten uroczy maluch wyposażony został również w Bluetooth 3.0. Jeśli kogoś swędzą palce może tez pobawić się dostępnym z poziomu menu equalizerem, ale efektu takiej działalności raczej nie należy rozpatrywać w kategoriach sukcesu, więc polecam wyłączyć i zapomnieć o tego typu wodotryskach. Z rozpędu zapomniałbym jeszcze o najważniejszym – testując wcześniejszy model narzekałem na brak gapless, przynajmniej z ówczesną wersją firmware’u. Jak to wygląda teraz nie mam bladego pojęcia, ale … 120-ka gapless wspiera.
Najwyższy czas zająć się brzmieniem, a proszę mi wierzyć jest czym. O ile 100-ka wydawała się niemalże ideałem i wzorcem przenośnego High-endu. Tam, gdzie AK100 łapał lekką zadyszkę, czyli np. w kulminacyjnych momentach „Bolero!” Eiji Oue/Minnesota Orchestra [16Bit /44,1kHz] 120-ka szła, jakby to był niedzielny spacer po sopockim molo. Zero nerwowości, kompresji, problemów. Ma być dynamicznie? Proszszsz…. Jaśnie Pan życzył sobie tutti? Proszszsz….. Za cywilizowanie i zbyt konserwatywnie? Nie ma najmniejszego problemu – „BBNG2” BADBADNOTGOOD [24Bit/96kHz] i … Oczka z orbit wyszły? W telegraficznym skrócie – efekt, na odpowiednio przygotowanej playliście może być podobny, jakby po wypiciu 15 espresso wyskoczyć z samolotu spadochron mając do odebrania u skoczka, który opuścił naszą „powietrzną taksówkę” jakieś 15 sekund wcześniej. Jeśli coś z AK120 nie gra to nie jest to wina odtwarzacza i winnego należy szukać zupełnie gdzie indziej. Chodzi mianowicie o to, że przy zabawie w Hi-Fi a szczególnie na tym pułapie jakościowym całość gra tak, jak jej na to pozwala najsłabszy element, z materiałem źródłowym włącznie. W związku z powyższym, jeśli załadujemy do Iriver’a jakieś zmasakrowane mp3-ki, to zamiast spodziewanej ambrozji możemy spożyć co najwyżej mętną breję wyżętą ze szmaty, którą dopiero co umyto koszary. Cudów nie ma. Nawet plikograj za 4,5kzł z za przeproszeniem g***a bata nie ulepi, a stara jak świat prawda „s**t in, s**t out” okaże się jeszcze bardziej bolesna. Nie ma się jednak co łudzić i zakładać, że ktokolwiek przy zdrowych zmysłach będzie próbował katować się taką wykastrowaną ze wszelkich wartości odżywczych papką. Zdecydowanie przyjemniej jest za to wgrać na AK-120 coś równie finezyjnego i wyśmienicie nie tylko zagranego, ale i zrealizowanego jak „Carmina Celtica” Canty [24Bit/192kHz], by móc z wyrazem błogości na twarzy kontemplować w skupieniu iście anielskie pienia wypełniające nad wyraz realnie kreowane katedralne wnętrza. Długi, naturalny pogłos, delikatne wygaszanie podkreślające głębię sceny będą dokładnie takie, jakich można byłoby oczekiwać od sytemu za dobre … kilkadziesiąt tysięcy PLN!
Oczywiście im wyższej klasy słuchawki się pod topowego Astell&Kern’a podpięło, tym efekt finalny był lepszy. Zazwyczaj, przez wzgląd na otoczenie najczęściej korzystam z zamkniętych i pomimo, ze niedrogich, to spełniających większość moich wymagań Brainwavz’ów HM5, jednak mając na stanie przez kilka tygodni obiekt niniejszej recenzji nie omieszkałem odbyć kilku nasiadówek ze zdecydowanie bardziej renomowanymi Sennheiser’ami HD 600. 600-ki zaoferowały czysty, rozdzielczy a jednocześnie niezwykle gładki dźwięk charakteryzujący się zdecydowanie większą swobodą i naturalnością od tego, co mogłem, nawet z pomocą tak zaawansowanego i wydajnego prądowo źródła wycisnąć z HM-5’ek. Iście zjawiskowa natychmiastowość w oddawaniu transjentów, unaoczniania wirtuozerii gitarowych wymiataczy pozwalała mi z wypiekami śledzić poczynania szaleńców z 4ARM („Submission for Liberty”), czy DragonForce („Inhuman Rampage”). Przy tego typu repertuarze z większości systemów, zaznaczam systemów, mając w domyśle te pełnowymiarowe, na wskroś stacjonarne, gdyż inne przenośne grajki mają z Astell&Kern AK120 tyle wspólnego, co szyba z szybowcem, do uszu słuchacza dobiega zazwyczaj jeden wielki jazgot. Jednak nie tym razem. Rytmiczna, piekielnie szybka stopa, idealnie zarysowane i usytuowane na stabilnej scenie tnące powietrze gitary i opętańczo drący się wokaliści byli niemalże na wyciagnięcie ręki. A właśnie scena, o ile tylko realizator czegoś nie spaprał budowana jest nie w głowie a przed „nosicielem” słuchawek. Delikatny, szeroki półokrąg daje uczucie swobody i oddechu. Nikt i nic nie próbuje nam wtłoczyć między uszy wielkiej orkiestry symfonicznej. Nie są to może kojarzone z elektrostalami hektary przestrzeni, ale prawdę powiedziawszy wolę to, niż elektrostatyczną eteryczność uzyskiwaną kosztem, tak potrzebnej przy bardziej brutalnych gatunkach muzycznych, oraz wielkiej symfonice nieskrępowanej nie tylko mikro, ale i makro dynamiki. A to wszystko AK120 oferuje, wystarczy tylko zapewnić mu ku temu odpowiednie towarzystwo.
Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z urządzeniem idealnym i pozbawionym wad? Po chwili, dwóch a nawet trzech zastanowienia i kilku tygodniach użytkowania śmiem twierdzić, że i owszem. Niestety w audio, jak chyba w każdej dziedzinie życia ideał kosztuje. Jeśli tylko jesteśmy w stanie przełknąć tę gorzka prawdę nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Państwa do umówienia się na odsłuch a później do kasy. Jednak, jeśli tylko wydatek rzędu 4,5 kzł na samo źródło wydaje się zbyt dużym, bądź tez wręcz irracjonalnym obciążeniem domowego budżetu i pamiętając, że podobną kwotę rozsądnie byłoby przeznaczyć na dedykowane AK120 słuchawki na wszystko Państwa proszę – nie słuchajcie tego odtwarzacza.
Tekst i zdjęcia: Marcin Olszewski
Dystrybucja: MIP
Cena: 4499,00 zł
Dane techniczne:
CPU: TCC9201 (720 MHz)
DAC: 2 x Wolfson WM8740 24Bit 192kHz
Wyświetlacz: Dotykowy, pojemnościowy IPS 2,4″ QVGA (320X240)
Obsługiwane formaty: WAV, AIFF, FLAC, ALAC, APE, MP3, AAC, WMA, OGG, DSD (dff, dsf 2.8MHz)
Obsługiwane częstotliwości próbkowania: WAV, AIFF, FLAC, ALAC: 8kHz ~ 192kHz (8/16/24-bits per sample)
Pasmo przenoszenia: 20Hz~20kHz ±0.0 dB / 10Hz~70kHz ±0.2dB
Odstęp S/N: 113dB
THn+D: 0,0008%
Impedancja wyjściowa: 3 Ω
Pamięć wbudowana: 64GB
Sloty kart pamięci: 2 x do 64GB
Akumulator: 2,350mAh 3.7V Litowo – Polimerowy
Czas pracy: do 14h FLAC
Złącza: micro USB, wejście/wyjście cyfrowe 3,5mm, optyczny/usb DAC zewnętrzny
Łączność bezprzewodowa: Bluetooth 3.0
Wymiary (mm): 59.2 x 89.0 x 14.4
Waga: 143g
Wspierane systemy operacyjne: Windows XP, Windows Vista,7,8 (32/64bit), MAC OS X 10.6.5 i nowsze
Słuchawki użyte podczas testów: AKG Q460; AKG K142 HD; Brainwavz HM5; Steelseries Flux In-ear Pro; Sennheiser HD 600
Model Proxima to dwudrożne kolumny wolnostojące o obudowie zamkniętej, polskiej manufaktury Divine Acoustics. Nietypowe Eestetyka, proporcje, oraz kształt obudowy wyróżniają je na tle standardowych modeli konkurencji. Przyjazna skuteczność pozwala na współpracę z większością dostepnych na rynku wzmacniaczy.
Proximy zdobyły uznanie magazynu High Fidelity, który przyznał im wyróżnienie Best Product 2013: „Kolumny, które reprodukują przestrzeń w tak wyrafinowany sposób powinny być monitorami, bo to one są “posądzane” o takie czarcie umiejętności. Drugą wspólną cechą jest sposób reprodukcji wokali. Nowe Proximy kochają je odtwarzać. Ale nie dlatego, że reszta pasma jest obcięta i skupiamy się na tym wycinku, a dlatego, że skraje pasma we właściwy sposób – to, co się dzieje pomiędzy nimi- uzupełniają, dopełniają. Niezwykły wygląd i wysoka jakość wykonania są równie ważne, ponieważ dają w efekcie prawdziwy PRODUKT, bez niedomówień. Nie trzeba im żadnego tłumaczenia, żadnego gdybania, po prostu grają. WP”
Zapraszamy na odsłuchy
HiFi Ja i TY
ul. Al. Grunwaldzka 487 A
80-309 Gdańsk – Oliwa
Opinia 1
Właśnie mija tydzień od zakończenia trzeciej edycji Europejskich Targów Muzycznych „Gazety Co Jest Grane”. Poprzedni weekend obfitował w istne maratony koncertów, spotkania z gwiazdami, oraz cieszącymi się coraz większa popularnością konferencjami, na których poruszano ważkie i nurtujące przemysł muzyczny, oraz melomanów tematy. Nie zabrakło również części wystawienniczej zajętej przez stoiska mniejszych i większych wydawnictw, producentów muzycznych i dostawców profesjonalnej aparatury, choć w porównaniu z zeszłym rokiem można było zauważyć delikatne ograniczenie zajmowanej przez branżę powierzchni, którą skrzętnie wykorzystała frakcja modowa oferująca niebanalne i unikalne zarówno dodatki, czy bibeloty, jak i prawdziwe kreacje dla odważnych trendsetterów.
O największej gwieździe – Alu Di Meoli zdążyliśmy już napisać praktycznie od razu po koncercie, ale Jacek z pewnością nie omieszka w swojej części podzielić się swoimi wrażeniami dorzucając na deser jeszcze kilka zdjęć.
Zacznijmy jednak chronologicznie, czyli od piątkowych, rozpoczynających targi koncertów. Niemalże równolegle odbywające się na głównych scenach teatrów Dramatycznego i Studio, uzupełniane występami początkujących artystów, nad którymi piecze objęła platforma streamingowa WiMP spowodowały, że czasem z jednego koncertu lecieliśmy pędem na drugi.
Zaszczyt otwarcia przypadł Dawidowi Podsiadło, który zagrał parę utworów z dość mocno promowanego w mediach debiutanckiego albumu „Comfort and Happinesss”. Całe szczęście zamiast katowanych do znudzenia przez „popularne stacje radiowe” można było usłyszeć wersje pełne rockowej zadziorności. Uczciwie przyznam, że choć do laureatów, jak i samych „talent show” podchodzę delikatnie mówiąc z pobłażaniem to poziom jeki zaprezentował Podsiadło bardzo mile mnie zaskoczył. Nie krygując się na gwiazdę dał po prostu świetny i równy występ, przy czym wielkie brawa należą się również ekipie odpowiedzialnej za nagłośnienie, bo tak punktowego basu, czystego dźwięku i porządku na scenie nie słyszałem nawet na paru koncertach Riverside w Progresji.
Po feerii świateł przyszedł czas na minimalizm i mrok zaserwowany przez duet Rebeka w składzie Iwona Skwarek i Bartosz Szczęsny. Zamiast ściany gitarowych brzmień zaczęły królować zimne, urywane syntezatorowe brzmienia, na tle których mocny wokal Skwarek nadawał całości bardziej humanitarnego wyrazu. Niemalże egipskie ciemności, jakie panowały na scenie nie przeszkadzały zgromadzonej na widownie publiczności żywiołowo reagować po każdym z zupełnie mi nieznanych utworów. Cóż, jakoś niespecjalnie ostatnimi czasy śledziłem scenę polskiego electro-popu, jednak to, co przez kilkadziesiąt minut dobiegało z głośników na pewno nie odbiegało od tego czym karmią obecnie dorastającą młodzież zachodni wykonawcy.
Potem uskuteczniliśmy z Jackiem szaleńczy sprint, by nie przegapić koncertu Gaby Kulki, na który od dawna ostrzyliśmy sobie zęby i ni stąd, ni z owąd wbiliśmy się w dość zaawansowany wiekowo tłumek w strojach co najmniej wieczorowych. Panie w perłach, panowie pod muchą … Ekhm czyżbyśmy pomylili imprezy? Po chwili konsternacji okazało się, że to głównie publiczność przybyła na koncert kolektywu, w skład którego weszli Sylwester Ostrowski (saksofon), Piotr Wojtasik (trąbka), Makoto Kuriya (fortepian), Essiet Okon Essiet (kontrabas) i Newman T.Baker (perkusja) prezentującego swój najnowszy projekt „Just Music”. Wróćmy jednak do Gaby. Ta drobna blond istotka wspomagana przez Roberta Rasza (perkusja) i WojciechaTraczyka (bas) ww sposób nad wyraz przewrotny promowała swój najnowszy album „Wersje” grając głównie utwory, których … na nowym wydawnictwie nie ma, bądź prosząc o oddawanie głosów na artystów, których utwory gra, jak np. Queens of the Stone Age „…Like Clockwork”. Całe szczęście nie zabrakło mistrzowskiego wykonania „Sexy Doll” Republiki, które publiczność nagrodziła gromkimi brawami. Dla mnie osobiście, zarówno operowanie głosem, jak i proponowane przez Kulkę, czasem dość zaskakujące aranżacje idealnie kontynuują, wpisują się w estetykę utożsamianą z Kate bush, Tori Amos, czy uwielbianą przeze mnie, a niezbyt znaną szerszemu gronu Youn Sun Nah. Cały, blisko godzinny koncert upłynął w szalenie miłej atmosferze. widać było, że zarówno muzycy dając z siebie wszystko czuli wyraźną satysfakcję z osiąganych rezultatów brzmieniowych, jak i niesamowitego kontaktu z niezwykle zróżnicowaną, lecz spontanicznie reagującą publicznością.
W drodze powrotnej do Dramatycznego zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę przy scenie WiMPa, gdzie fenomenalny występ dały Południce serwując energetyczny koktajl polskiego, białoruskiego i ukraińskiego folkloru doprawionego sporą dozą elektronicznych brzmień.
Był to niezwykle odpowiedni wstęp do tego, co rozgrywało się na głównej scenie, na której rozbrykana ekipa Łąki Łan nader skutecznie wprawiała ponure gmaszysko PeKiNu w rytmiczne podrygiwania. Takiej ilości pozytywnych wibracji (i decybeli) dawno nie mieliśmy okazji przyjąć a zatłoczona niczym pekaes do Grójca widownia po prostu szalała. Wspaniały antydepresant na właśnie rozpoczynający się weekend.
Nas jednak najbardziej interesował ostatni tego wieczoru koncert, rockowo – bluesowy rodzinny projekt Waglewski Fisz Emade. Panowie dali świetny koncert przepełniony surowością prostego bluesa i zadziornością prawdziwego rock’a. Proste, dosadne teksty o zwykłym życiu, szorstkie brzmienie gitar i nader oszczędne oświetlenie sceniczne dało w rezultacie świetny efekt. Nic nie odwracało uwagi od tego, co najważniejsze – od muzyki. Od strony technicznej też było co najmniej dobrze. Obsłudze udało się zapanować nad akustyka sali i nawet stojąc tuż pod sceną nie mogliśmy narzekać ani na zbytnią głośność, ani na brak precyzyjnej prezentacji muzyków. Nic się nie zlewało i jedynie w kulminacyjnych momentach bas tracił trochę na czytelności.
Tak jak już dążyłem wspomnieć na wstępie tegoroczna część wystawienniczo ekspozycyjna została niemalże w równi podzielona pomiędzy szeroko rozumianą branżę muzyczna, oraz stoiska modowe- designerskie. O ile te pierwsze staraliśmy się zwiedzić dość dokładnie, o tyle do oceny atrakcyjności oferty tekstylnej, oraz jubilerskiej przydałyby się nasze piękniejsze „Połówki”, których tym razem ze sobą nie zabraliśmy.
Platformy streamingowe reprezentował coraz raźniej poczynający sobie na naszym rynku WiMP, oraz muzodajnia.pl, co prawda obecna od dawna, lecz mająca zdecydowanie mniejszą siłę przebicia w porównaniu z konkurencją. Nie ma się jednak czemu się dziwić, mając w ofercie 3 mln utworów trudno mierzyć się z tymi, co mają 20 mln (WiMP, Spotify) czy 30 mln (Deezer), o możliwości zapisywania ulubionych albumów np. w pamięci telefonu (tryb offline) w ilościach limitowanych jedynie pojemnością karty nie wspomnę. Niestety niezwykle dynamicznie rozwijający się rynek usług multimedialnych, w tym właśnie szybkiego i nielimitowanego dostępu do ulubionej muzyki nie wybacza błędów i zachowawczości.
Nie zabrakło również akcentów stricte audiofilskich. Honoru złotouchych bronił warszawski Audiomagic – specjaliści od słuchawek (również profesjonalnych – dedykowanych muzykom) i wszelkiej maści grających urządzeń przenośnych, oraz krakowski Eter Audio – prezentujący najnowszy model kolumn Avantgarde Zero 1, którym do pełni szczęścia wystarczył jedynie streamer Ayon S3. Nowoczesny design, niezwykła funkcjonalność i w pewnym sensie minimalizm z tego co zdołaliśmy się dowiedzieć budziły spore zainteresowanie wśród zwiedzających poszukujących rzeczy niebanalnych a przy tym oferujących wysoką jakość dźwięku. A prawde powiedziawszy jak na targi muzyczne to trochę szkoda, że tylko na stoisku Etar’a można było po prostu posłuchać dobrze odtwarzanej muzyki. Widok plastikowych komputerowych pierdziawek po prostu odstraszał.
Udało nam się też trafić na całkiem przyjemny, akustyczny koncert zupełnie nieznanej nam formacji Heroes Get Remembered.
Niestety nie wiedzieć czemu budzący nasze żywe zainteresowanie projekt zbliżony do audiofilskiego DIY, czyli wykonanie podczas targów skrzypiec nie doszedł do skutku i na stoisku Sinfonii Varsovii można było jedynie przyjrzeć się narzędziom lutniczym i gotowym produktom.
Oczywiście, jak to na tego typu imprezach bywa nie udało nam się dotrzeć i zobaczyć a przede wszystkim usłyszeć wszystkich wykonawców, co oczywiście postaramy się jakoś nadrobić w przyszłości.
Serdeczne podziękowania dla Organizatorów i wystawców. Miejmy nadzieję, że zobaczymy się najpóźniej za rok.
Tekst i zdjęcia Marcin Olszewski
Opinia 2
Kontynuując proces rozwoju portfolio portalu SOUNDREBELS, ostatni listopadowy weekend zarezerwowaliśmy z Marcinem, na odwiedzenie imprezy sprofilowanej na naszą działalność w sieci, odbywające się w dniach 29.11-01.12 w warszawskim Pałacu Kultury Europejskie Targi Muzyczne, pod intrygującą nazwą „Co Jest Grane”. Całe wydarzenie podobnie do znanego w naszym środowisku Audio Show, to męczący maraton. Niestety ilość zaplanowanych paneli dyskusyjnych, koncertów i mnogość stoisk wystawienniczych była nie do ogarnięcia w całości, dlatego otrzymawszy stosowny terminarz spotkań i występów, wybraliśmy tylko smakowite z naszego punktu widzenia kąski. Z uwagi na bardzo szerokie spektrum luźno powiązanych ze sobą, a chcących zaistnieć w tym wydarzeniu podmiotów wystawowych, zastanawiałem się jak to wszystko zebrać w jakąś w miarę ciekawą całość. Po burzy mózgów, postanowiłem opisać swoje spostrzeżenia, jako opowieść zatytułowaną „Przychodzi audiofil na wystawę muzyczną”. A co i jak przeżyłem, postaram się wyłożyć w dość strawny sposób w poniższym tekście.
Co prawda targi zaczęły się w piątek serią koncertów, ale na początek chcąc przedstawić moje nastawienie przed całą imprezą, zaczerpnę dwie fotki z niedzielnych odwiedzin u wystawców. W jednym z korytarzy obszerną galerię zdjęć z odbytych już tegorocznych koncertów zaprezentowała witryna „eBilet.pl”. Z całej serii najbliższe mojego przed wystawowego ducha były dwa plakaty: Patricii Kass i Leszka Możdżera, w niedwuznacznych pozycjach. Sądzę, że dalsze komentarze są zbędne.
Pracując u siebie, tak układam sobie życie, by w piątek specjalnie się nie natrudzić. Trzeba przecież odpocząć przed zbliżającym się weekendem. Niestety jak to bywa w życiu, złośliwość rzeczy martwych sprawiła, że piętrzące się z pozoru błahe problemy mocno opóźniły moje dotarcie do celu, gdzie od dwóch godzin czekał Marcin. Jakoś zdążyliśmy na pierwszy występ, jednak lekko zmącony obsuwą czasową, nie dotarło do mnie na jakiego wykonawcę idziemy. Gdzieś w zakamarkach fałd mózgowych tliła mi się informacja wiążąca nazwisko z osobą, ale dumne wkroczenie Dawida Podsiadło na scenę, natychmiast wszystko wyjaśniło. No cóż pomyślałem: „Zachciało ci się być paparazzi, to masz”. Na szczęście służba dla Ojczyzny nauczyła mnie radzić sobie w różnych sytuacjach i średnio wnikając we wkład emocjonalny – choć ten ku mojemu zadowoleniu był na dobrym poziomie, przyjrzałem się jakości nagłośnienia. O dziwo byłem bardzo pozytywnie zaskoczony czystością wokali, separacją instrumentów i konturową stopą perkusji. Dźwiękowcy bardzo dobrze wszystko ustawili, a finałowy kawałek, mimo bardzo dużego natężenia decybeli, brzmiał rytmicznie nie zlewając się w jeden tumult. Brawa dla dźwiękowców.
Następny pokaz nie był już tak udany od strony brzmieniowej, ale muzyka elektroniczna, będąca kiedyś moim konikiem, pozwalała przetrwać lekko dudniący przekaz ze sceny. Artyści (Pani i Pan) pod pseudonimem scenicznym „Rebeka” korzystali z kilku syntezatorów i natychmiast słychać było lekkie obniżenie jakości prezentacji dźwięku – tak jak w Hi Endzie, jakość musi kosztować. Ale chyba nikomu oprócz nas z Marcinem to nie przeszkadzało i młodzi ludzie ze sceny mogą uznać ten występ za sukces. Niestety nie wyszli nawet na chwilę z dymów i różnokolorowych poświat, dlatego mogę zaprezentować ich tylko w mrocznych odsłonach.
Po występie duetu „Rebeka”, szybkim tempem przez dziedziniec łączący teatr Dramatyczny z teatrem Studio, w samych koszulach przy zerze stopni i padającym deszczu przemknęliśmy na występ Gaby Kulki. Z lekkim niedowierzaniem czy to właściwa kolejka – goście ubrani dziwnie wieczorowo jak na publiczność tej artystki, zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie. W międzyczasie okazało się, że po niej – Gabie, odbywał się koncert quintetu Sylwestra Ostrowskiego, stąd wizytowe stroje publiczności. Z uwagi na zdecydowanie stonowaną ilość generowanych decybeli, tę wizytę wspominam najmilej z całej piątkowej eskapady. Tutaj stawiano na bezpośredni kontakt ze słuchaczami i umiejętności wokalne, a nie wywołanie emocji poprzez bezpardonowe wbijanie się w mózg. Umiejętne dozowanie dowcipów w połączeniu z repertuarem były majstersztykiem. A dla takiego dinozaura jak ja, aranżacja znanego przeboju zespołu Republika zatytułowanego „Sexy doll” , była uwieńczeniem mile spędzonego czasu.
W powrotnej drodze na scenę rockową do Teatru Dramatycznego, zaliczyliśmy ubrany na ludowo zespół „Południce vs. Liquid Molly”. Klika młodych pań śpiewało piosenki ze wschodnich rubieży naszego kraju. Nie podejmuję się opisać przekazu merytorycznego, ale całość prezentowała się bardzo kolorowo, a każdy zakończony utwór otrzymywał burzę braw.
Tego wieczoru mieliśmy jeszcze jedną obowiązkową pozycję, jakim był występ legendy rockowej- Wojciecha Waglewskiego, który miał zaprezentować projekt wespół ze swoimi synami: Fisz i Emade. Tymczasem w oczekiwaniu na owych muzyków, dostaliśmy dawkę ciężkostrawnej jak dla nas głośnej ni to popowej, ni to rockowej ferii dźwięków. Ja cierpiałem, ale muszę oddać honor zespołowi „Łąki Łan”, bo tak pełnej sali i wybuchów uwielbienia, nie miało nawet oczekiwane przez nas rodzinne rockowe trio. Jednak dziwny jest ten świat.
I wreszcie z półgodzinnym opóźnieniem doczekaliśmy do smakowicie zapowiadającego się punktu dnia. W. Waglewski żonglując przywiezionym na koncert zestawem gitar, popisywał się wspaniałymi solówkami. Synowie na basie i perkusji wraz z resztą zespołu- klawisze, przeszkadzajki i skrzypce, dzielnie akompaniowali seniorowi rodu Waglewskich. Niestety muszę trochę skarcić dźwiękowców, gdyż przy dość dobrym ustawieniu suwaków zbierających instrumenty, wokale nie wypadały zbyt dobrze, potrafiąc w głośniejszych partiach generować zniekształcenia. Tak wiem, to jest koncert i takie rzeczy mogą się zdarzyć, ale na przykładzie Dawida Podsiadło słychać było, że można to dopracować. Wspominam o tym tylko z audiofilskiego obowiązku i większość szalejącej widowni tego nie usłyszała- co ja piszę, nikt oprócz nas z Marcinem tego nie słyszał. Tak zakończył się pełen wrażeń i przyjętych decybeli dzień wrażeń. Nieustający szum w uszach doskwierał mi jeszcze przez pół nocy, ale rankiem byłem przygotowany na kolejna dawkę emocji, a zapowiadało się obiecująco.
Sobota miała być dniem równie obfitym w zdarzenia jak piątek, jednak dzięki miłej pani zajmującej się akredytacją mediów – jak to dumnie brzmi, dostaliśmy się na koncert Ala Di Meoli i po tej wisience na torcie, postanowiliśmy zrobić naszym drugim połówkom niespodziankę jaką był wczesny powrót do domu w ten andrzejkowy wieczór. Ja chcąc podnieść rangę tego dnia, zaliczyłem jeszcze wypad na kolację w towarzystwie mile zaskoczonej małżonki. Muszę się przyznać, że zapunktowałem tym ruchem, gdyż wstępne plany wieczoru były całkowicie podporządkowane odwiedzanym przez nas targom. Wracając do wirtuoza gitary, jakim jest Meola, jako prasa mieliśmy najlepsze miejscówki pod samą sceną. Co prawda akredytacja pozwalała na wysłuchanie tylko trzech utworów, jednak nawet te kilka zagranych kawałków wywołało na naszych ustach zarys banana, a płyta, którą promował na pewno pojawi się na mojej półce.
Ostatni dzień, jakim była niedziela, zatytułowałbym: „ Nasi tam byli”. Co prawda tylko dwóch wystawców, ale było z kim zamienić kilka zdań. Broniący naszych racji to Eter Audio i Audiomagic. Pierwsi prezentowali najnowsze dziecko Avantgarde’ów – model Zero, zasilanych jednopudełkowym plikograjem Ayona. Drudzy zaś postawili na klientelę grajków przenośnych, czyli populację słuchawkowców. Obaj przedstawiciele bliskiej nam branży cieszyli się sporym zainteresowaniem.
Przechadzając się po korytarzach wystawowych, natrafiliśmy na dwie znane w środowisku muzycznym postacie, jakimi bez dwóch zdań są: Marek Gaszyński i Kayah. Proszę nie obrażać się za kolejność przedstawiania, ale pan Marek jest znamienitszą osobą i w dobie lansowanego równouprawnienia kobiet i mężczyzn, nie powinno to razić. Ten proces trochę wypaczył postrzeganie kontaktów damsko-męskich i nastały czasy, że człowiek – w tym przypadku szarmancki mężczyzna, często zastanawia się, czy może pocałować dłoń kobiety przy powitaniu, aby jej nie obrazić. To wróży koniec świata, ale trzeba z tym żyć.
O reszcie targów wspomnę z dziennikarskiego obowiązku i raczej skrótowo, gdyż był to całkowity „misz masz”. Niewielkie boxy nie pozwalały wystawcom na wiele, ale biorąc pod uwagę całkowicie niezwiązane z muzyką towary może to i dobrze. Chociaż z drugiej strony wszelkiego rodzaju ubrania, gadżety biżuteryjne, stoły mikserskie, firmy produkujące instrumenty, nadruki na płyty z wyeksponowanymi odblaskowymi elementami zdjęcia, różnego rodzaju zespoły grające całkowicie obce mi gatunki muzyki – jeden nawet podarował mi swoją płytę, czy niszowe wytwórnie płytowe, to szeroko rozumiana branża muzyczna. Czasem potrzeba sporej wyobraźni do skojarzeń danego produktu z tematem targów, ale nasz organ odpowiedzialny za myślenie, na pewno sobie z tym poradzi.
Próbując spuentować nasz weekendowy wypad, cieszę się, że wzięliśmy udział w tym przedsięwzięciu. Choćby z uwagi na pierwszy koncert, który w codziennym życiu omijałbym z daleka, a przypadkowa wizyta pokazała kilka pozytywnych aspektów. Dlatego zachęcam do bywania na takich tragach, na których kupując bilet za 60 pln dostajemy dawkę pięciu odbywających się po sobie koncertów, z różnych gatunków muzycznych. To mimo wszystko jest ciekawe przeżycie, jakiego miałem okazję sam zakosztować. Tak więc zachęceni tegoroczną edycją, za rok postaramy się w zajawkach na fejsie, przypomnieć o tym zdarzeniu odpowiednio wcześniej, aby zainteresowani mogli zarezerwować sobie niezbędny czas. Naprawdę warto. To mówię ja rasowy audiofil.
Jacek Pazio.
Music Photographers Collective (MPC – Kolektyw Fotografów Muzycznych) to wirtualna grupa fotografów, skupiona wokół muzyki. Ideą, która przyświecała twórcy, Krzysztofowi Grabowskiemu, było przeciwstawienie się wszechobecnej, masowo wpuszczanej do sieci marnej fotografii, która także dotyka sfery koncertowej. Krzysztof Grabowski oprócz głównego nurtu swojej działalności zawodowej, jakim jest produkcja wzmacniaczy lampowych marki Egg-Shell o unikalnym, charakterystycznym wyglądzie, zajmuje się także właśnie fotografią z naciskiem na reportaż. Niemalże na co dzień dokumentuje wydarzenia muzyczne. Z racji zamieszkania w Bielsku-Białej, które można pomału nazywać „stolicą polskiego jazzu” ma dostęp do takich festiwali jak Lotos Jazz Festiwal Bielska Zadymka Jazzowa (najlepszy od kilku lat festiwal wg magazynu JazzForum), Jesień Jazzowa Tomasza Stańki czy festiwale odbywające się na Śląsku (np. Okolice Jazzu i inne) oraz pojedynczych koncertów. Niestety bardzo powszechną praktyką jest fotografowanie podczas koncertów przez publiczność aparatami kompaktowymi czy komórkami. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby zdjęcia zapełniały prywatne archiwa stając się pamiątką. Ale takie zdjęcia trafiają masowo do Internetu przez portale społecznościowe, nie oddając klimatu i umniejszając swą jakością przekazu wielkości występujących na scenie artystów. W dodatku spychając na margines profesjonalną fotografię. A profesjonalizm nie jest postrzegany tu, jako zawodowe robienie zdjęć, lecz jako fotografia kreatywna, świadoma i emocjonalna.
Wykorzystując środki z głównego nurtu działalności, zafundowana została strona http://mpc.encore7.com/ prowadzona w j. angielskim, by nie ograniczać się tylko i wyłącznie do obszaru Polski zarówno pod względem fotografowanych artystów jak i fotografów należących do kolektywu. Chociaż projekt ruszył niedawno, to już udało się namówić do współpracy interesujące osoby. Jedną z nich jest Paweł Korbut, rosyjski fotograf, który za zdjęcie przedstawiające Chicka Coreę otrzymał nagrodę najlepszej fotografii roku od amerykańskiego stowarzyszenia Jazz Journalists Association. Wśród członków jest także Janusz Różański, który oprócz fotografii zajmuje się grafiką, projektując między innymi plakaty i wydawnictwa muzyczne w tym wielokrotnie nagradzane nominacjami i nagrodami Fryderyków oraz tytułami Złotych i Platynowych Płyt. Przy okazji minionej Zadymki Jazzowej prezentował swoją wystawę zdjęć „3xJazz (three times in jazz) – listen, see & feel!” pięknie przygotowanych w ogromnym formacie na przezroczystym materiale umieszczonym między szklanymi płytami.
Grupa MPC jest otwarta. Może dołączyć każdy, bo nie zawodowstwo jest przepustką, lecz jakość portfolio. Po akceptacji dorobku fotografa, nawet amator może stać się członkiem MPC i prezentować w tym zacnym gronie swoje zdjęcia koncertowe. Wkrótce w kolektywie pojawią się nowe nazwiska i kolejne dobre zdjęcia.
Założeniem projektu jest promocja dobrej fotografii, samych fotografów oraz artystów i zespołów. Rośnie także lista polecanych festiwali i miejsc przyjaznych muzyce, w których odbywają się koncerty. Głównym nurtem jest muzyka jazzowa. „Zdjęciami chcemy przenieść klimat sali koncertowej i emocji panujących podczas gry na żywo do domów. W taki sposób chcemy zachęcać do bywania na koncertach i słuchania muzyki na żywo, bo to najlepiej podnosi świadomość muzyczną i ocenę dobrego, naturalnego brzmienia”. Dlatego też fanpage na Facebooku nosi nazwę „Live & home music”. Chcemy, by polskie społeczeństwo goniło pod tym względem nawet Brytyjczyków, świadomych muzycznie, kupujących miliony egzemplarzy płyt.
Opinia 1
Początkowo, a przynajmniej tak sobie założyłem, do tematu „Polonium” Motion Trio miałem podejść w sposób nazwijmy to konwencjonalny. Jednak kurtuazyjną wzmiankę o Piotrze Curie i Marii Skłodowskiej-Curie – odkrywcach polonu, czyli pierwiastka chemicznego o liczbie atomowej 84 i nazwanego na cześć Polski za przeproszeniem szlag jasny trafił zanim powstał chociażby jej zarys. Powodem był nagłówek artykułu, który ujrzał światło dzienne 11.07.2012 na łamach Gazety Wyborczej a traf chciał, że wypluła go w czasie zbierania informacji jedna z popularniejszych wyszukiwarek internetowych– „Polon – broń wyrafinowanych zabójców”. Błyskawiczna lektura przypomniała medialną apokalipsę, jaka rozpętała się po otruciu właśnie polonem Aleksandra Litwinienki i późniejsze spekulacje dotyczące zagadkowej śmierci Jasera Arafata. Chciał nie chciał, dość przykre skutki spożycia soli polonu (czyli środka „produkowanego” współcześnie) gdzieś tam podświadomie zaczęły kłębić się w zakamarkach mojej mózgownicy i z pewnością odcisnęły piętno na moim postrzeganiu twórczości największych polskich kompozytorów XX i XXI w., w dość niekonwencjonalnym ujęciu akordeonistów z Motion Trio wspieranych w dwóch pierwszych utworach przez Leszka Możdżera.
Na wstępie chciałbym od razu zaznaczyć, że podobnie jak podczas recenzji urządzeń audio, poniższy tekst stanowi moją własną a przez to na wskroś subiektywną próbę zmierzenia się z nowym tematem Pierwsze przesłuchanie było rzekłbym wymagające ode mnie sporej dozy samozaparcia i chęci poznania, wgryzienia się w niemalże całkowicie nieznany mi obszar. Z przykrością muszę stwierdzić, że niestety niezbyt często sięgam po muzykę współczesną i oprócz poleconego przez bardziej „obytego muzycznie” znajomego albumu „Orchestral Works, Vol. 2” Witolda Lutosławskiego, nabytego zapewne w przypływie czystego szaleństwa, bądź ciężkiej depresji (okładka mogła sugerować mniej lub bardziej formalne powiązania z metalową formacją Testament) „Songs, Drones and Refrains of Death” George’a Crumb’a, oraz otrzymanego w ramach poszerzania horyzontów „String Quartets Nos. 1 and 2 and Mezzo Saxophone Quintet” Andersa Koppel’a nie za bardzo mam czym nawet nie tyle pochwalić, co wesprzeć merytorycznie, szukać porównań, czy też analogii.
Postanowiłem jednak nie dać za wygraną i każde kolejne przesłuchanie otwierało przede mną furtkę do następnego poziomu umożliwiającego docenienie kompozytorskiego kunsztu i wykonawczej wirtuozerii.
Otwierający album „Koncert na klawesyn (lub fortepian) i orkiestrę smyczkową op. 40” Henryka Mikołaja Góreckiego to trwający blisko 7 minut utwór. Utwór określany przez samego kompozytora „wybrykiem” a przez znawców tematu uznawany, jako „lekki, przyjemny do słuchania” (wg. Teresy Maleckiej) a jednocześnie rodzący pytania „Dokąd zmierza Górecki ze swymi 'dwoma akordami na krzyż’?”( Małgorzata Gąsiorowska). Nie mam zamiaru, ani tym bardziej odwagi spierać się z powyższymi tezami, jednak z punktu widzenia dyletanta w tematyce muzyki współczesnej taka miniaturowa forma wydaje się wprost idealnym wstępem do dzieł bardziej rozbudowanych, patetycznych i zawiłych. Oszczędność środków wyrazu potęguje okrojone, w porównaniu z do przewidzianej pierwotnie orkiestry smyczkowej, instrumentarium. Całe szczęście nie cierpi na tym aspekt dynamiczny, gdyż mroczne „Allegro molto” niesie ze sobą solidny ładunek emocjonalny. Potęgi i rozmachu dodają bardzo wyraziste partie fortepianowe świetnie odnajdującego się w takich klimatach Leszka Możdżera. „Vivace” jest już decydowanie skoczniejszym, weselszym fragmentem, w którym „redukcyjność” wydaje się być jedną z prób oddania charakterystycznej dla podhalańskiego folkloru rytmiki. Dotarcia do sedna pozbawionego przesłaniających je zbędnych ozdobników.
Jako swoistego przerywnika pomiędzy dziełami narodowych Mistrzów użyto „Sounds of War” Janusza Wojtarowicza i Jacka Hołubowskiego. Odgłos maszyny do pisania, niepokojący „oddech bestii” i kojarzące się z granymi po lasach przez partyzantów, oraz podczas wędrówki polskich wojsk utworami linie melodyczne przypominają o tragicznych latach II W.Ś.
„Bukoliki” Witolda Lutosławskiego są niejako kontynuacją wątku folklorystycznego zapoczątkowanego przez miniaturę Góreckiego. Kurpiowska skoczność („Allegro vivace”) przeplata się w nich z bardziej melancholijnymi tematami („Allegretto sostenuto”). W porównaniu z Góreckim Lutosławski zdecydowanie czytelniej odwołuje się do estetyki ludowej, łatwiej wychwycić poszczególne, charakterystyczne melodie, harmoniczne, trafiające prosto do serca nuty, wśród których w mniejszym, bądź większym stopniu dorastaliśmy. Linia melodyczna nie jest tak poszatkowana, nie tak przetworzona.
Należący po „Polskiego Requiem”, powstały na wieść o śmierci Jana Pawła II „Chaconne in memoriam John Paul II” Krzysztofa Pendereskiego to utwór niezwykle wzruszający a w niezwykle oszczędnej formie zaprezentowany przez Motion Trio. Podczas odsłuchów porównywałem go z wykonaniem udostępnionym prze Naxos – Orkiestra Filharmonii Narodowej w Warszawie/Antoni Wit, na którym orkiestra brzmi zdecydowanie bardziej dostojnie, potężniej. Akordeonowe trio za to w sposób bardziej szorstki, surowy, a przez swoją prostotę bardziej ludzki.
„Orawa” Wojciecha Kilara to ponowny powrót do żywiołowej muzyki Podhala, z wszechobecnym, niemalże rockowym, drivem i skocznymi tempami. Nawet, jeśli jeden z instrumentów zwalnia, by „uderzyć” w bardziej liryczną nutę, to pozostałe nie zaprzestają utrzymywania odpowiedniej motoryki.
Album zamyka dedykowany Motion Trio „The last Waltz in Vienna” Marty Ptaszyńskiej, który osobiście określiłbym mianem odważnej wariacji nt. walców, do jakich przywykli miłośnicy twórczości rodziny Straussów. Niby można się doszukać pewnej śladowej płynności, jednak przynajmniej dla mnie związki z muzycznym pierwowzorem były nad wyraz symboliczne i umowne.
Pod względem stylistycznym „Polonium” urzeka spójnością i tematyczną homogenicznością, gdzie pomimo nieraz trudnych, przy pobieżnym przesłuchaniu, fraz czuć tą „naszą słowiańską” fantazję z piętnem tragicznej historii („Sounds of War”, „Chaconne in memoriam John Paul II”). Jakość realizacji stoi na bardzo wysokim poziomie. Pomimo niemalże (gościnny udział fortepianu) całkowicie ujednoliconego instrumentarium nie słychać monotonii, uśrednienia zarówno środków wyrazu, jak i separacji poszczególnych muzyków. Jest to niejako potwierdzeniem słów Janusza Wojtarowicza uważającego, „że trio akordeonowe jest klasycznym składem wykonawczym, podobnie jak orkiestra kameralna czy kwartet smyczkowy.” Co prawda, dla osoby niewprawionej i nieprzyzwyczajonej zarówno do takiej estetyki wykonawczej, jak i repertuarowej , początkowo może się zdawać, że ten z pozoru skromy skład może nie spełnić pokładanych w nim nadziej, szczególnie przy dziełach pisanych na „pełnowymiarowe” orkiestry, to po wielokrotnym odsłuchu musze przyznać, że powyższe obawy były całkowicie nieuzasadnione. Duża w tym zasługa wirtuozów z Motion Trio, którzy w iście mistrzowski sposób pokazali możliwości używanych akordeonów. Uniknięto też cukierkowych aluzji, do mogłoby się wydawać cepeliowskiej tematyki albumu. Zamiast tego osiągnięto wysublimowane, pomimo, że wcale nie najłatwiejsze, poszarpane frazy, w których więcej niemalże progresywno –jazzowych zawiłości aniżeli lapidarności ludowej lapidarności. Mało w tej muzyce gry ciszą, za to aż kipi od mistrzowsko oddanych emocji okraszonych kilkoma audiofilskimi smaczkami w postaci słyszalnej pracy instrumentów, które nie przeszkadzają a jedynie podnoszą realizm tego świetnego nagrania.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Polonium Motion Trio to trzech panów grających na akordeonach akustycznych, którzy zmierzyli się z polską muzyką współczesną. Owa „muzyka współczesna” w niektórych kręgach potocznie zwana „Współczechą”, swoimi sporymi wymaganiami w jej zrozumieniu, często odstrasza już po pierwszych taktach. Wielu słuchaczy już na samą myśl o niej dostaje gęsiej skóry, a bezpośredni kontakt stara się ograniczać do niezbędnego minimum. Kika razy próbowałem podejść do takiego repertuaru, ale usłyszawszy znaną mi wcześniej z innych wykonań najstarszą polską pieśń „Bogurodzica” w interpretacji Wojciecha Kilara wiedziałem, że jeszcze nie czas. Od tamtego momentu minęło kilka ładnych lat, podczas których nie tylko przyswoiłem, ale i polubiłem m.in. freejazz, a to już zdecydowanie ułatwia znalezienie nici porozumienia z materiałem muzycznym, jakim jest kompilacja wspomnianego na wstępie trio akordeonowego – Janusz Wojtarowicz, Paweł Baranek, Marcin Gałażyn, które w rozpoczynającym krążek tracku, swym akompaniamentem fortepianu wspomógł Leszek Możdżer. Bohaterowie wydawnictwa wybrali najciekawsze ich zdaniem dzieła najznakomitszych polskich kompozytorów – Henryk Mikołaj Górecki, Janusz Wojtarowicz, Jacek Hołubowski, Witold Lutosławski, Krzysztof Penderecki, Wojciech Kilar, Marta Ptaszyńska i przearanżowali oryginalne partytury na swoją modłę. Wydaniem krążka zajęła się oficyna z pod znaku WARNER CLASSICS.
Zapoznawszy się z instrumentarium wykorzystanym do tych interpretacji, wiedziałem, że jest szansa na dość szybkie i gładkie przyswojenie całości. O dziwo, już pierwsze odtworzenie pozwoliło na przyjemną konsumpcję albumu. Teoretycznie drugie przesłuchanie było jedynie utwierdzeniem się, że stało się to, na co czekałem już od dłuższego czasu – ta z pozoru ciężkostrawna muzyka była świetnym tłem do relaksu i odpoczynku po pracy. Sądzę, że spory wkład w taki odbiór mają muzycy ze swoimi pomysłami na aranżację, sposób grania, ale też jakość realizacji – o tym za chwilę. Położywszy krążek w napędzie, z lekkimi obawami czekałem na pierwsze wydobywające się z kolumn dźwięki i z pozytywnym zaskoczeniem usłyszałem pięknie układające się w melodyjną całość ciągi zapisanych na pięcioliniach nut. Wszystko grane w tempie zapisanym w oryginałach – Allegro Motto, Vivace, Andantino…., jednak zauważalny feeleeng pomiędzy muzykami, powodował jakbym słuchał zwykłej muzyki jazzowej, a to pozwalało oderwać się od rzeczywistości i spróbować poczuć intencje kompozytorów. Całość zaczyna się dość energetycznie, ale przetrwanie pierwszego utworu, odwdzięczy się swoim przekazem nawet początkującemu słuchaczowi. Poszczególnych zagranych tematów nie będę rozbierać na czynniki pierwsze, bo co potencjalni nabywcy mieliby do roboty, ale jako miłośnik „plumkającego” ECM-owskiego jazzu, zachęcam do nabycia prezentowanego krążka, właśnie z powodu wkładu emocjonalnego, jaki ze sobą niesie. Wstępne obawy o ogólny chaos dźwiękowy pryskają już w pierwszych minutach, a chwila zadumy wciąga w zawartą na płycie opowieść. Miałem tego nie robić, ale polecam utwór z numerem 3, Janusza Wojtarowicza i Jacka Hołubowskiego zatytułowany „Sounds of War” i jeśli nie wywoła on pozytywnych odczuć, znaczy, że nie nadajemy na takich samych falach. Jednak jak napisałem, całość jest tak dobrana i zagrana, że włożenie płyty do odtwarzacza przykuje słuchacza do ostatniej brzmiącej nuty.
Na koniec kilka obiecanych słów o realizacji, która jest dla mnie równie ważna jak wsad emocjonalny. Dużą rolę w pozytywnym odbiorze całości ma otwartość i czytelność gry instrumentów. Każdy akordeon wycięty jest idealnie z tła i punktowo pozycjonowany na wirtualnej scenie. Nasycenie i dociążenie dźwięku sprawia wiele przyjemności przy niskich rejestrach akordeonów. Jedyne na co zwróciłem uwagę, jest fakt umiejscowienia skrajnych muzyków idealnie w głośnikach kolumn. Dla urealnienia przekazu powinni być trochę zbliżyć się do środka, przy lekkim wycofaniu centralnego akordeonu, co zwiększyłoby głębię i stało się majstersztykiem pod względem audiofilskim. Jednak proszę nie brać za bardzo moich uwag do serca, ponieważ to jest dobrze zrealizowana płyta i wielu odbiorców nie zwróciwszy na takie rzeczy uwagi popuka się w głowę, ale z racji profilu naszego portalu wspominam o takich niuansach.
Jeśli ktoś jest otwarty i chciałby zakosztować uniesień emocjonalnych w obcym dla siebie repertuarze, powinien zacząć od tej pozycji, a jeśli coś zaiskrzy, oznaczać będzie, że rozwija się w postrzeganiu muzyki. A przecież nie od dziś wiadomo, że brak rozwoju oznacza ….
Jacek Pazio.
—
TRACK LIST :
HENRYK MIKOŁAJ GÓRECKI
Concerto for hapsichord and string orchestra op.40
1. Allegro molto
2. Vivace
Leszek Możdżer – piano
JANUSZ WOJTAROWICZ/JACEK HOŁUBOWSKI
3. Sounds of War
WITOLD LUTOSŁAWSKI
Bucolics
4. Allegro vivace
5. Allegretto sostenuto
6. Allegro molto
7. Andantino
8. Allegro marciale
KRZYSZTOF PENDERECKI
9. Chaconne in memoriam John Paul II
WOJCIECH KILAR
10. Orawa
Special track :
MARTA PTASZYŃSKA
The last Waltz in Vienna.
Dedicated to Motion Trio
MUZYKA POLSKA XX/XXI WIEKU
Płyta zespołu Motion Trio zawierająca muzykę kompozytorów polskich XX/XXI wieku:
Witolda Lutosławskiego, Krzysztofa Pendereckiego, Wojciecha Kilara, Henryka Mikołaja Góreckiego oraz Marty Ptaszyńskiej (utwór napisany dla Motion Trio).
Aranżacje na trio akordeonowe – Janusz Wojtarowicz.
Gościem specjalnym projektu jest Leszek Możdżer, który wykonał partię solową KONCERTU NA KLAWESYN LUB FORTEPIAN I ORKIESTRĘ SMYCZKOWĄ OP.40 H.M. Góreckiego.
Producent – AKORDEONUS/IAM
Wydawca – WARNER CLASSICS, Parlophone Music Polska
Partner – Instytut Adama Mickiewicza
Patron medialny – RMF Classic
Dystrybucja – Parlophone Music Poland
Czas trwania płyty ok 41′
Najnowsze komentarze