Opinia 1
Skoro zarówno podczas rozmów telefonicznych z okazji testu trzeciej wersji Crosssfire’a, jak i już bezpośrednio – w krakowskiej siedzibie Nautilusa każdorazowo uzyskiwałem od Gerharda Hirta zapewnienia, że ze zintegrowanej platformy nic więcej wycisnąć się nie da to uznałem, iż jest tak jak konstruktor mówi, bo kto jeśli nie on wie to najlepiej. I żyłbym dalej w takim błogim przeświadczeniu, gdyby nie … najnowszy model Ayona ochrzczony jako Spitfire. Oczywiście w pojawieniu się na rynku nowej konstrukcji nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie kilka drobiazgów. Po pierwsze dość zagadkowy i pozorny dysonans pomiędzy pierwszymi newsami a tym, co finalnie znalazło się na oficjalnej stronie. O co chodzi? O to, że w fazie początkowej Spitfire zapowiadany był jako rozwinięcie swojego poprzednika – Crossfire’a by później być „jedynie” konstrukcją o zbliżonej topologii. Cóż, osobiście wychodzę z założenia, że jak się powiedziało „a”, to trzeba powiedzieć „b” a jak się gra o duże stawki, to albo trzeba umieć blefować, albo mieć naprawdę mocne karty. W przypadku tytułowej integry sprawa wydaje się mniej więcej jasna – zbliżony, bo oparty na takich samych potężnych lampach mocy AA62B stopień wyjściowy, nieco uproszczona sekcja przedwzmacniacza i voilà – przepis na sukces gotowy. Tym bardziej, że cenę skalkulowano poniżej … słabszego (przynajmniej na papierze) Mercurego II. Zapowiada się ciekawie? Jak najbardziej. Pytanie tylko, czy rozbudzony strawą teoretyczną apetyt zdoła nasycić szara rzeczywistość. A odpowiedź na nie mam nadzieję da nasza poniższa radosna twórczość.
O aparycji Spitfire’a trudno napisać cokolwiek więcej aniżeli to, że już z daleka wiadomo, że to Ayon i choćby nie wiem jak się starał, to i tak nie wyprze się swojego nader licznego rodzeństwa. Skoro jednak rozpoznawalność jest na takim poziomie trudno oczekiwać od producenta, żeby zmieniał to, co klienci najzwyczajniej w świecie polubili a co za tym idzie po prostu się świetnie sprzedaje. Mamy zatem klasyczne, wykonane ze szczotkowanego aluminium chassis o zaokrąglonych narożnikach z godnością noszące na swym grzbiecie potężne chromowane „rondle” skrywające ciężkie jak diabli transformatory, oraz równie imponującą baterię lamp. Centralny kwadrat okupują dwie pary 12AU7 i 6H30 strzeżone na flankach przez budzące respekt swoimi gabarytami pojedyncze triody AA62B. Nie zabrakło również niezwykle przydatnego oczka ze wskaźnikiem regulacji biasu.
Płyta frontowa jest kontynuacją wypracowanych lata świetlne temu wzorców. W jej centrum umieszczono podświetlane na purpurowo firmowo logo a na obu skrajach umieszczono solidne, radełkowane gałki odpowiedzialne za siłę wzmocnienia, potwierdzaną w umieszczonym nieopodal niewielkim okienku i wybór źródła. Standardowo wyłącznika głównego należy szukać pod spodem, w okolicach lewego przedniego narożnika.
Ściana tylna również nie rozczarowuje oferując cztery wejścia liniowe z czego jedna para jest w standardzie XLR a pozostałe RCA, bezpośrednie wejście na końcówkę, oraz wyjście z sekcji przedwzmacniacza, przełącznik trybu pracy (normal/direct), biasu z niewielkim wyświetlaczem i pojedyncze, acz należące do jednych z moich ulubionych najnowszej generacji terminale głośnikowe WBT akceptujące nawet najszersze widły. Powyższą litanię zamyka zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające.
Przy opisie obudowy warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden, niezwykle istotny w przypadku urządzeń lampowych, a do tej grupy Spitfire niezaprzeczalnie się zalicza zabieg, jakim jest zapewnienie możliwie najlepszej wentylacji ukrytym w korpusie komponentom. Chodzi mianowicie o zwiększenie ilości otworów wymuszających grawitacyjną cyrkulację powietrza wewnątrz masywnej obudowy.
Odsłuchy rozpocząłem od pozornie niezobowiązującej twórczości Blackmore’s Night i albumu „Shadow of the Moon”. Kojące partie gitary do bólu złagodzonego, żeby nie powiedzieć zdziadziałego, wcielenia Ritchiego Blackmore’a i melancholijne zawodzenie Candice Night teoretycznie powinny powodować stany niemalże katatonicznego znudzenia i senności. Tymczasem austriacki lampowiec potrafił z takiej kadzi mieszanki waleriany i pawulonu wykrzesać całkiem sporą dawkę motoryki i drive’u. Podobnie było z rozleniwiającym, pełnym filmowych standardów projektem „Ania Movie”. Niby nadal było słodko i miło, ale na pewno nie nudno. Cały czas, może nie na pierwszym planie, ale gdzieś głębiej, pod skórą pulsował gotowy do skoku mięsień. Coś podobnego można czasem zaobserwować w aż trzeszczących od nadmiaru koni współczesnych muscle-carach po ustawieniu parametrów jazdy w trybie „comfort”, bądź jakkolwiek to dany producent w konkretnym modelu nazwał. Chodzi po prostu o to, że możemy na chwilę zapomnieć o niejednokrotnie wyczynowym zacięciu danego turladełka i dać się otulić luksusem w komfortowych warunkach płynąc po wydawać by się mogło płaskiej jak stół bilardowy drodze. Wróćmy jednak do tematyki audio. Zarówno selektywność, jak i precyzja, z jaką kreślone były poszczególne plany przywodziła na myśl klasyczne wysokomocowe tranzystory w stylu niedawno przez nas testowanego Passa INT-250 aniżeli stereotypowo zaokrąglonej lekko rozmyte lampy. Trzeba jednak pamiętać, że jeszcze nie tak dawno zarówno Ayon, jak i również dystrybuowana przez krakowskiego Nautilusa kolejna lampowa marka, czyli Octave potrafiły z żarzących się baniek wycisnąć taki detal i precyzję, że większość tranzystorowej konkurencji mogła jedynie o niej pomarzyć. I te, zdobyte przez lata doświadczenie po prostu słychać. Nie chcę w tym momencie mówić, że Spitfire gra z wyrachowanym chłodem i laboratoryjną dokładnością, ale precyzji, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, odmówić mu nie sposób. Dzięki temu nie trzeba się niczego w nagraniach domyślać i dopatrywać, dociekać. Jeśli coś zostało zarejestrowane na materiale źródłowym to możemy zakładać z przekonaniem graniczącym ze 100% pewnością, że jeśli tylko reszta toru tego nie spaprze, to z pewnością owe „coś” usłyszymy. Dlatego też spokojnie możemy pozwolić sobie na pewną nonszalancję podczas odsłuchu, gdyż wszystko, co rozgrywa się na niezwykle namacalnej i dostępnej niemalże na wyciagnięcie ręki scenie widoczne jest jak na dłoni. Nic nam nie umyka, nie chowa się w cieniu, czy za plecami pierwszego rzędu muzyków.
Proszę jednak pamiętać, ze cały czas obracamy się w kręgu niewielkich składów i dość utemperowanej, trzymanej na wodzy dynamiki. Cóż zatem dzieję się po popuszczeniu cugli i włączeniu czegoś zdecydowanie bardziej wymagającego? Najogólniej efekt można porównać do jazdy rollercoasterem Formula Rossa w Ferrari World Abu Dhabi, gdzie wagoniki przyspieszają od 0 do 240 km/h w … 4,9 sekundy. Nie wierzycie? Sugeruję zatem sięgnąć po otwierający „The Funeral Album” Sentenced utwór „May Today Become the Day” mocno przytrzymać fotela i wcisnąć Play. Już w pierwszych sekundach na nasze trzewia spadnie grad ciosów gitary basowej, by kompletnego obrazu spustoszenia dokonała wchodząca po chwili stopa perkusji. A to dopiero początek. Jednak Spitfire nie zważa na przerażenie malujące się w waszych oczach i konwulsje targające miotanym kolejnymi uderzeniami ciałem. Jak spuszczony ze smyczy piekielny cerber ani myśli przerwać ten potępieńczy taniec. Szarpie i kąsa gitarowymi riffami wtłaczając w nasze uszy taką ilość informacji, że aż trudno uwierzyć, szczególnie biorąc pod uwagę gatunek, jaki Sentenced z całkiem niezłymi efektami uprawiał, że w ogóle udało się je wszystkie zarejestrować. Jest cholernie szybko, brutalnie i wręcz dziko, co patrząc na pozornie niewielką moc i SET-ową topologię zakrawa na klasyczne recenzenckie science fiction … z naciskiem na „fiction”. (Nie)stety prawda jest nie tylko naga, co swoją muskulaturą przypomina Marit Bjørgen, więc lepiej z nią nie dyskutować. Można więc grzecznie przytakiwać i jeśli tylko thrashowe klimaty wpisują się w nasze gusta, dalej podążać brukowanym czaszkami gościńcem ku totalnemu obłędowi, w czym wielce pomocne będą histeryczne porykiwania Charlesa Rytkönena zarejestrowane na „Aberrations Of The Mind” kapeli Morgana Lefay. Jak z pewnością zdążyli Państwo zauważyć czy to z premedytacją, czy przez zupełny przypadek nie wybierałem do tej pory jakiś specjalnie wyżyłowanych realizacji a i tak dawno nie odczuwałem takiej frajdy z ich odsłuchu. Ich oczywiste ograniczenia i niedociągnięcia realizatorsko-techniczne schodziły bowiem na zdecydowanie dalszy plan. Cały czas mieliśmy świadomość ich obecności, lecz cóż z tego, gdy cała nasza uwaga skupiona była na szaleńczym tempie rozgrywającej się na scenie akcji.
Dla równowagi, niejako już na samo zakończenie sięgnąłem po „Komedę” Leszka Możdżera. Tutaj też było pięknie, lecz pięknem klasycznym, normalnym – pozbawionym zbędnych wodotrysków i zupełnie niepotrzebnego, szaleńczego tempa. Było za to miejsce na grę ciszą, zadumę i skupienie. Górne rejestry lśniły i mieniły się feerią barw, sięgając tam, gdzie zamontowane w Gauderach wysokotonowe AMT niezbyt często się zapuszczają. Cały czas było jednak niezwykle gładko, krystalicznie czysto – olśniewająco. Kontury każdego dźwięku okazywały się na tyle oczywiste, że bez najmniejszego trudu mogliśmy poczuć się jakbyśmy opierali łokieć nie o podłokietnik fotela, bądź kanapy a o fortepian, za którym zasiadł Możdżer grający właśnie temat przewodni z „Prawa i pięści” („The Law and The Fist”).
Ayon Spitfire będąc zdecydowanie tańszym od swojego pierwowzoru – Crossfire’a powinien, a przynajmniej tak nakazywałyby zdrowy rozsądek i prawa rządzące ekonomią, ustępować starszemu i wyżej usadowionemu w firmowej hierarchii, jeśli nie skalą, wolumenem generowanego dźwięku to przynajmniej jego jakością. Problem w tym, że czas nie tylko leczy rany, ale i dość skutecznie zamazuje pewne niuanse wynikające z obserwacji poczynionych podczas minionych odsłuchów. I tak też jest tym razem, więc ręki nie dałbym sobie uciąć, ale mając zamiar nabyć któryś z mocarnych SETów Ayona sesję porównawczą rozpocząłbym przekornie od bohatera niniejszej recenzji.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx; Ayon CD-3sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: Abyssound ASV-1000; RCM Sensor 2
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Pass INT-250
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Jeśli przyjrzymy się nieco dokładniej interesującemu nas z racji pochłaniającego nasz wolny czas hobby rynkowi audio, bez najmniejszych problemów wytypujemy kilka marek bardzo mocno zaangażowanych we wprowadzanie na rynek coraz to nowszych wersji, lub całkowicie zastępujących się w ich portfolio komponentów. Czy to dobrze, czy źle zależy od punktu spojrzenia, ale jedno o wprowadzanych nowościach śmiało można powiedzieć na pewno, raczej nie są zwykłym odcinaniem kuponów, tylko mniejszym lub większym progresem w sferze jakości generowanego dźwięku. Oczywiście można by rzec, że innej alternatywy dla wprowadzania zmian w ofercie nie ma, ale na przestrzeni kilkunastu lat zabawy w tym dziale gospodarki zdążyłem spotkać się z mówiąc delikatnie próbą nabicia klienta w butelkę. Na szczęście dzisiejszy brand jak dotąd unikał takich „zonków”, co po informacji o pojawieniu się następcy znanego szerokiej publiczności modelu Crossfire bez najmniejszych problemów napawało ciekawością, gdzie nastąpiły istotne i spodziewane pozytywne zmiany. Tak tak, dzisiaj mówimy o austriackim Ayonie, który chce pochwalić się najnowszym dzieckiem w segmencie wzmacniania sygnału czyli wzmacniaczem zintegrowanym Spitfire, którego w procesie testowym dzielnie wspierał firmowy odtwarzacz CD-3sx. Nie muszę chyba nikogo uświadamiać, iż od wielu już lat ową marką zajmuje się krakowski Nautilus.
Wygląd produktów z Austrii jest tak dobrze znany, że jakąkolwiek próbę dokładnej wyliczanki każdego z niuansów wizualizacyjnych można by odbierać jako lekceważenie czytelnika, dlatego tylko w skrócie przywołam kilka najważniejszych aspektów wizualnych. I tak., przy całej otoczce związanej z faktem bycia urządzeniami lampowymi najbardziej trafiającym do klienta zabiegiem jest obracająca się w kolorze srebra puszek transformatorów, bursztynu świecących lamp i czerni reszty obudowy paleta użytych barw. Bez względu na czasem usłyszane gdzieś w tłumie utyskiwania, że wieje nudą, zastosowana kolorystyka jest ponadczasowa, co w bardzo prosty sposób otwiera jej drzwi do prawie wszystkich salonów miłośników dobrej jakości muzyki bez względu na ich wystrój. Przyznajcie, zabieg konstruktora jest teoretycznie bardzo prosty, ale co pokazuje rynek nader fantastyczny w swoim działaniu podprogowym. Przynajmniej ja to kupuję. Oczywiście trochę naciągam fakty, gdyż wygląd jest tylko dodatkiem do całości produktu, a nie głównym jego zadaniem, co już kilka razy przybyłe na testy komponenty występującej w roli gościa marki zdążyły mi udowodnić. Idąc dalej tropem obudowy należy wspomnieć o firmowym sznycie, czyli płaskich skrzynkach z zaokrąglonymi dużymi łukami narożnikami, które albo skrywają całość elektroniki łącznie z lampami wewnątrz – odtwarzacze CD i przetworniki cyfrowe, albo zmuszone wielkością zastosowanych szklanych baniek i transformatorów wyeksponować je na będącej swoistą platformą nośną górnej części obudowy – wszelkiego rodzaju wzmacniacze. Front testowanej integry unikając szkodliwego w odbiorze organoleptycznym przeładowania zbędnymi dodatkami uzbrojono jedynie w gałkę głośności na lewej flance, tuz obok niej okienko wartości wzmocnienia, w centrum świecące na czerwono logo marki i na prawej stronie selektor wejść z oznaczonymi diodami sygnalizacyjnymi. Tylny panel może pochwalić się zaś pojedynczymi terminalami głośnikowymi, pięcioma wejściami liniowymi RCA, jednym XLR, jedna przelotką, wejściem na końcówkę, gniazdem zasilania, przełącznikiem masy i BIASU. Włącznik główny umieszczono pod spodem urządzenia w pobliżu frontu. Odtwarzacz kompaktowy jako rasowy top-loader w centralnym miejscu górnej pokrywy otrzymał okrągłe przykrywane akrylowym talerzem okienko czytnika płyt, przed nim zestaw przełączników funkcyjnych, a po obu jego bokach ażurowe otwory wentylacji grawitacyjnej. Sprawa panelu przedniego jest nader prosta, gdyż oprócz nadruków nazwy marki i modelu w jego centralnej części zaimplementowano może nie największy, ale za to bardzo czytelny czerwony wyświetlacz. Tył z racji bycia centrum dowodzenia wszelkimi sygnałami cyfrowymi oprócz wejść analogowych dzierży jeszcze stosowne wejścia do odczytu ciągów zero-jedynkowych, gniazdo zasilania i zestaw przełączników funkcyjnych. Włącznik główny tak jak we wzmacniaczu znajdziemy pod spodem przy przednim panelu. Tak w telegraficznym skrócie przedstawia się sprawa wyglądu i funkcjonalności prezentowanych produktów.
Pierwsze starcie z testowaną dzisiaj elektroniką rozpocząłem od samego wzmacniacza, gdyż planowany do duetu napęd utknął gdzieś w procedurze logistycznej. Co prawda był to bardzo krótki, bo kilkudniowy okres, ale tak prawdę mówiąc dał mi pewne wskazówki dotyczące nieco innego potraktowania sygnału w porównaniu z teoretycznie swoim protoplastą. Główne usłyszane zmiany opierały się o zdecydowanie lepsze wysterowanie moich kolumn, na co nieco kiedyś lekko utyskiwałem, a teraz zostało poprawione. Oczywiście proszę nie odbierać tego jako noc i dzień, gdyż od tamtego starcia trochę wody w Wiśle już upłynęło, a jak wiadomo pewne niuanse brzmieniowe mogły nabrać nieco innej mocy weryfikacyjnej. Gdy w pełni skompletowany set stanął na miejscu odsłuchowym, prawdę mówiąc nie miałem problemów natury kabelkowej, gdyż urządzenia spod jednej ręki prawie z rozdzielnika bezwarunkowo się dogadują. Tak też było i tym razem, co zaowocowało wkroczeniem w świat fajnego koloru przy dobrze prowadzonym basie i ciekawie brzmiącej górze pasma. Całość była na tyle dobrze zestrojona, że już po kilku płytach dałem się całkowicie wciągnąć w świat rysowany dźwiękami austriackiego producenta, a dokładnie mówiąc właściciela marki Gerharda Hirta. I sądzę, że największą zasługę takiego obrotu sprawy można przypisać swobodniejszemu graniu zestawu, ale bez utraty nasycenia. Często zdarza się tak, że dostajemy coś kosztem czegoś, czyli lepsze wysterowanie przy pewnej ułomności kolorystyki dźwięku, tymczasem tutaj, może z powodu sporego rozrzutu procesów testowych, choć akurat nie jestem co do tego argumentu zbyt mocno przekonany, nie zanotowałem. Sądzę, iż konstruktor przyjrzał się głębiej tematowi swobodnego oddania drzemiącej w danej konstrukcji mocy i wprowadziwszy w życie pakiet doświadczeń, podciągnął jej notowania w tym zakresie. To, co przed momentem napisałem, bardzo fajnie przekładało się na odbiór muzyki i to bez względu na jej zadanie, czyli odprężenie lub nawoływanie do buntu. Czy była to twórczość Johna Pottera opierająca się na wokalizie i kilku wymagających nieco koloru od elektroniki instrumentach z epoki, czy wołający o pomstę do nieba brutalny Percival, wszystko w sobie tylko przypisany sposób miało sporo do powiedzenia. Co ważne, ów związany z lepszym wysterowaniem kolumn oddech w muzyce oprócz tego, że dawał pełny wgląd w przecież prawie wykrzyczane folk-metalowe teksty, to wyśmienicie pomagał również w pokazaniu współpracy pojedynczego głosu artysty z otaczającą go kubaturą kościelną przy twórczości Monteverdiego. Oczywistą sprawą jest, że gdy dwa tak oddalone od siebie nurty muzyczne dzięki setowi z Austrii bez najmniejszych problemów otrzymały swoje ciekawe dla mnie pięć minut, to nic innego nie mogło przydarzyć się w takich produkcjach, jak jazz lub elektronika. Gdy tego wymagał materiał muzyczny, raz dostawałem bardzo solidny sztucznie wygenerowany bas od Massive Attack, by przy innym podejściu wtopić się w wybrzmiewające w eterze przeszkadzajki bębniarza na płytach Bobo Stensona. Aby uzupełnić listę informacji o sposobie grania produktów Ayona, trzeba przywołać jeszcze bardzo dobre oddanie informacji o wirtualnej scenie muzycznej, z jej szerokością i głębokością. Panowie nie deptali sobie po piętach, dzięki czemu ich lokalizacja nie sprawiała najmniejszych problemów. I gdy tak pławiłem się przy austriackich specjałach, nadeszła pora refleksji, że niestety wszystko co dobre szybko się kończy i gdy czas zabawy dobiegł końca, miałem niezły orzech do zgryzienia zastanawiając się nad puentą tego spotkania. Przecież Spitfire jest tańszy od Crossfire’a, a na podstawie zapamiętanych aspektów wypadł nieco lepiej. Jednak chcąc być uczciwym powinniśmy skonfrontować je bezpośrednio, dlatego proszę dzisiejszy test wziąć raczej jako dobrą rekomendację dla nowości, a niżeli bezwzględnego położenia poprzednika na łopatki.
Kolejne dziecko Gerharda Hirta i kolejny progres jakościowy. Teoretycznie rzecz biorąc dla niektórych audiofilów tempo zmian może wydawać się nieco za szybkie. Jednak gdy jakiś czasem zasłyszany od użytkownika, ale sensowny pomysł zaiskrzy w głowie tak „płodnego” konstruktora, nie ma takiej siły sprawczej na ziemi, by zablokować owocny w pozytywne zmiany rozwój jego oferty. Dzisiejsze wcielenie integry mimo wydawałoby się drobnych zmian w konsekwencji przyniosło wiele pozytywnych aspektów. Wydaje się, że samo subiektywne wrażenie przyrostu mocy nie powinno tak przewartościować odbioru całości, jednak przypominam o wzięciu poprawki na miniony czas pomiędzy porównywaniem obu komponentów. W High Endzie sowo klucz to „niuanse”, które z racji ułomności na takie drobne artefakty naszego ośrodka dowodzenia – czytaj mózgu – z łatwością mogą gdzieś umknąć. Co by jednak nie mówić, dzisiejszy zestaw zaczarował mnie oddechem w graniu i paletą barw używanych do malowania muzyki, a o takie zauroczenie słuchacza chyba w tej zabawie chodzi. Nie sądzicie?
Jacek Pazio
Dystrybucja: Nautilus / Ayonaudio.pl
Cena: 35 900 PLN
Dane techniczne:
Typ układu: Single-Ended, czysta klasa A
Lampy wyjściowe: 2xAA62B
Zalecana impedancja obciążenia: 8 Ω
Moc wyjściowa: 2 x 30 Watt
Pasmo przenoszenia: 8 Hz – 35 kHz/ 0 dB
Impedancja wejściowa (1 kHz) @ 1 kHz: 100 kΩ
Stosunek sygnał/szum (pełna moc): 98 dB
Wejścia i wyjścia: 3xLine In, 1x XLR In, 1xDirect In, 1x Pre out
Wymiary (SxGxH): 51x39x25 cm
Waga: 36 kg
System wykorzystywany w teście:
– dzielony odtwarzacz Cd: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Oprócz wyjątkowego brzmienia RP-1 oferuje również cały szereg właściwości, które potęgują wrażenia odsłuchowe. Zintegrowany przedwzmacniacz MM/MC posiada regulowane wzmocnienie pozwalające na współpracę z większością wkładek dostępnych na rynku. Zróżnicowane możliwości obciążenia wkładki pozwalają na wyciągnięcie maksimum możliwości brzmieniowych z wybranej wkładki. Wzmacniacz słuchawkowy zbudowany na elementach dyskretnych o mocy 1 W zaskakuje gładkością i wyrafinowaniem. Pozostałe zalety RP-1 to wejścia dla sygnału z procesora kina domowego, dwie pary wyjść sygnałowych o regulowanym poziomie i jedna para wyjść o stałym poziomie sygnału. Pilot zdalnego sterowania pozwala na regulację głośności, balansu, wybór źródła oraz wyciszenie. Na elegancki wygląd składa się również bardzo czytelny wyświetlacz typu OLED podający informacje o głośności, balansie i wybranym źródle. Wyświetlacz można w dowolnej chwili wyłączyć.
Wyposażenie RP-1:
• Wielofunkcyjny pilot zdalnego sterowania
• Przedwzmacniacz MM/MC (45/60dB) z regulowanym obciążeniem
• Wzmacniacz słuchawkowy o mocy 1W
• Dwie lampy 12AU7
• Wyświetlacz OLED z możliwością wyłączenia
• 4 pary wejść sygnałowych
• 2 pary wyjść pre-out
• 1 para wyjść sygnałowych o stałym poziomie
• Funkcja bypass
Cena: 9.100 zł
Dystrybucja: Audio System
Opinia 1
Może i podtytuł zaczerpnięty z recenzji opublikowanej w norweskim „Lyd & Bilde Magazine”, którą na swojej stronie nie omieszka chwalić się producent wydaje się zbyt patetyczny i powiedzmy sobie szczerze lekko na wyrost, to uczciwie trzeba przyznać, że jest też w nim sporo prawdy. O ile, przynajmniej z tego, co mi wiadomo nie ma możliwości zamówienia naszego dzisiejszego bohatera w innej wersji kolorystycznej aniżeli czarna, bądź srebrna a zamiast aerodynamicznego naleśnika bryła wzmacniacza niebezpiecznie przypomina swą kontrowersyjną opływowością Fiata Doblo, albo Multiplę to i tak i tak najważniejsze jest to, co kryje „pod maską”. Tym razem mamy bowiem do czynienia z nie byle jaką, bo 500W jednostką napędową. W dodatku dokonując szybkiej kalkulacji ile u konkurencji kosztuje przysłowiowy Wat bardzo szybko dojedziemy do wniosku, że taniej już raczej się nie da, więc nie ma się co dłużej zastanawiać, tylko brać integrę Musical Fidelity M6 500i, bo to o niej mowa, pod pachę i w te pędy udać się do kasy. Zanim jednak staną się Państwo lżejsi o drobne 20 000 PLN serdecznie zapraszam do lektury poniższych wynurzeń, które mam nadzieję dadzą odpowiedź na pytanie, czy owe brytyjskie 0,5 kW jest rzeczywiście tym, co jest nam do szczęścia potrzebne.
Na początek logistyczne trzy po trzy, czyli coś, co powinno być oczywistą oczywistością a niestety nie jest. Krótko mówiąc kilka słów na temat niezwykle poważnego podejścia dystrybutora do tematu spedycji. Mówię tu oczywiście o sytuacji, gdy siedziba/magazyn centralny nie znajduje się w mieście recenzenta, lecz wymaga nazwijmy to oględnie zaangażowania firm kurierskich. O tym, że niektórzy „fachowcy” potrafią zniszczyć zawartość niemalże pancernych skrzyń mogących nie tylko przetrwać, ale i zachować w wyśmienitym stanie swój drogocenny wsad, upadek z Golden Bridge nawet nie ma co wspominać. Dlatego też skoro jest to wszem i wobec wiadome dziwi czasem błoga beztroska i niefrasobliwość co poniektórych wysyłających dystrybuowane, bądź wytwarzane przez siebie dobra w opakowaniach na tyle iluzorycznych, jakby cały proces dotyczył przeniesienia urządzenia z jednego pokoju do drugiego. Tym razem było jednak inaczej, gdyż pomimo tego, że M6-ka do kolosów zarówno pod względem gabarytowym, jak i wagowym nie należy to pomimo podwójnego kartonu i klasycznych piankowych wytłoczek została dodatkowo solidnie przymocowana do palety i tak nadana. Jak łatwo się domyślić jej „upaletowienie” dość skutecznie utrudniło ewentualne zapędy transportowych pośredników do pyrgania nią na prawo i lewo.
Bryła wzmacniacza jest możliwie prosta i pozbawiona jakichkolwiek udziwnień. W centrum masywnej, aluminiowej lekko ściętej wzdłuż dolnej i górnej krawędzi płycie frontowej pyszni się adekwatne rozmiarami toczone pokrętło głośności. W dostarczonej do testu wersji czarnej ww. gała dość wyraźnie przykuwa uwagę, lecz jeśli zdecydujemy się na szarą opcję Musicala efekt powinien wydawać się bardziej stonowany. Tuż pod wspomnianym „knobem” ulokowano sześć przycisków wyboru wejść i jeden będący włącznikiem. Nad każdym z guziczków przyporządkowanych wejściom znalazła się również błękitna mini dioda informująca o jego aktywacji za to włącznik uhonorowano aż trzema takimi sygnalizatorami, gdyż dzięki nim otrzymujemy przekaz dotyczący nie tylko normalnej pracy, lecz również uśpienia i wyciszenia jednostki. Skoro już jesteśmy przy elementach dekoracyjno – iluminacyjnych to warto wspomnieć, iż w lewym narożniku umieszczono niewielki szyld z nazwą modelu a nad regulatorem głośności trzypolowy rubinowy wyświetlacz wskazujący wybrane natężenie dźwięku z dokładnością do 0,5. Co istotne skala ma zakres 0.0 – 125 i tak naprawdę przy niezbyt skutecznych kolumnach, do grona których niewątpliwie można zaliczyć moje Gaudery wieczorno – nocne odsłuchy spokojnie można było prowadzić przy 50 – 55. Uważam jednak, że to szalenie istotna informacja dla posiadaczy wysokoskutecznych kolumn, gdyż bardzo precyzyjna na niskich wzmocnieniach regulacja jest tym, czego na rynku wcale tak często się nie spotyka. Szkoda tylko, że Anthony Michaelson zamiast zwykłego wyświetlacza nie zdecydował się na, przynajmniej moim zdaniem, bardziej estetyczne rozwiązanie w postaci wianuszka diod okalającego pokrętło. Mniejsza jednak z tym. Jeśli komuś czerwone piktogramy zaburzają atmosferę odsłuchu zawsze może je przyciemnić, bądź całkowicie wygasić z poziomu niezbyt estetycznego, acz intuicyjnego pilota. A właśnie pilot jest, działa i można z jego pomocą sterować wszystkimi funkcjami całego systemu Musicala, lecz jeśli zechcemy ów system, bądź poszczególne urządzenie wybudzić, bądź uśpić to i tak i tak będziemy zmuszeni podnieść się z fotela i pofatygować osobiście w celu wciśnięcia odpowiedniego przycisku na froncie.
Płytę górną odpowiednio ponacinano, aby drzemiący wewnątrz wzmacniacza rezerwuar mocy nie zamienił przypadkiem brytyjskiej integry w dość kosztowny a przy tym jednorazowy grill ogrodowy. Do kultury opiekania nawiązują również najeżone gęstym użebrowaniem radiatorów ściany boczne, co w połączeniu z zaskakująco niskimi nóżkami wymusza wzmożoną czujność podczas ustawiania wzmacniacza. Oczywiście wystarczy o tym szczególe zapomnieć choć raz, by potem przez długie lata podchodzić do tematu z należytą starannością. Chyba, że lubimy co jakiś czas mieć boleśnie miażdżone ostrymi płatami radiatorów opuszki palców, w co szczerze wątpię.
Ściana tylna wygląda za to wprost rewelacyjnie. Podwójne terminale głośnikowe i baterię czterech wejść liniowych rozszerzonych o pętlę magnetofonową i wyjście na zewnętrzną końcówkę (wszystkie RCA) usytuowano w równym rządku w górnej części pleców. Za to dolną przeznaczono na parę wejść zbalansowanych i trójbolcowe gniazdo zasilające IEC.
Wewnątrz tej klasycznej konstrukcji znajdziemy oddzielną sekcję pracującą w klasie A całkowicie dyskretnego, zbalansowanego przedwzmacniacza. Końcówka mocy jest dual mono i to prawdziwym, gdyż zadbano nawet o to, by każdy kanał dysponował własnym trafem, dbającym o to, by 12 tranzystorów bipolarnych pracujących na stronę nie miało powodów do przejścia na niskooktanową dietę. Jedyne, co można poddać wątpliwości to pomysł, aby rezerwuar pojemości ograniczyć li tylko do ośmiu kondensatorów elektrolitycznych o pojemności 6800 μF każdy. Za regulację głośności odpowiada za to cyfrowy tłumik o skoku 0,5 dB.
Pierwsze, co zwraca uwagę po wpięciu 500-ki w tor to bas. Co prawda osoby spodziewające się, że deklarowane przez producenta 0,5 kW po prostu zmiecie je wraz z ciężkim skórzanym „Chesterfieldem”, na którym byli łaskawi spocząć, ale to nie ta estetyka i nie ta bajka. Musical stawia bowiem na umiar i możliwie zgodną z zamysłem twórców muzycznych reprodukcję materiału źródłowego. Nie tylko daleki jest od poprawiania, czy też maskowania ewidentnych niedoskonałości, co praktycznie brzydzi się dodawaniem od siebie czegokolwiek a basu w szczególności. Dzięki temu o możliwościach dynamicznych w skali makro brytyjskiej integry zdołamy przekonać się jedynie wtedy, gdy odpowiedni wsad merytoryczny zostanie mu dostarczony. Przykładowo długo i namiętnie możemy wsłuchiwać się w „Los Pajaros Perdidos” L’Arpeggiaty, Christiny Pluhar i Philippe’a Jaroussky’ego a nijakiego masażu trzewi spodziewać się nie powinniśmy. W zamian za to otrzymamy jednak świetnie rozciągniętą w szerz scenę dźwiękową i precyzyjną gradację poszczególnych planów o dość neutralnej temperaturze barwowej. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że dosładzania i lukrowania też raczej nie ma. Dzięki temu sięgając po dość przebasowione propozycje w stylu „thunderbird” Cassandry Wilson wreszcie nie tylko będziemy mieli problemów z wyłowieniem niuansów ukrytych w dotychczas z byt mrocznych odmętach najniższych składowych, lecz ponad wszelką wątpliwość potwierdzimy informacje o lekko szeleszczącej, czyli najzwyczajniej w świecie sepleniącej manierze wokalistki. Krótko mówiąc wydawać by się mogło, że jak na razie priorytetem jest prawda, która nie zawsze musi być ładna, lecz właśnie przez swoje drobne niedoskonałości niezaprzeczalnie jest piękna. I tak tez jest w istocie, bowiem sięgając po zdecydowanie bardziej skompresowany i pochodzący praktycznie wyłącznie z trzewi komputera repertuar, za jaki można uznać ścieżkę dźwiękową z „Swordfish” zmiksowaną przez Paula Oakenfolda otrzymamy nie tylko właściwą takim, klubowym klimatom surowość, ale również przepotężne i jakże wyczekiwane przez większość melomanów i audiofilów basiszcze. W dodatku niemalże subsoniczna fala uderzeniowa nie ma najmniejszego wpływu na postrzeganie i odbiór pozostałych podzakresów pasma akustycznego. Wspominam o tym, gdyż z reguły, gdy urządzenie, kolumny, bądź przewód, czy dowolne akcesorium charakteryzuje się spontanicznością, bądź faworyzowaniem początkowych Hz napięcie budowane jest niemalże od średnicy. Już na pułapie ludzkich głosów zaczynamy podskórnie, podświadomie czuć, że niżej będzie jeszcze lepiej, że powoli, acz konsekwentnie i nieuchronnie nadciąga apokalipsa, która z rodowych kryształów i miśnieńskiej porcelany zostawi tylko popękane skorupy. Tymczasem w brzmieniu 2/3 pasma reprodukowanego przez 500-kę nic nie zapowiada potęgi i natychmiastowości, z jaką basowe uderzenie może nas zmasakrować. Jeśli tylko kolumny podołają, to gwarantuję, że po odsłuchu, nawet na w miarę akceptowalnych poziomach głośności, „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, czy „BBNG2” formacji BadBadNotGood najdzie Państwa ochota na sprawdzenie, czy wszystkie meble są całe i czy przypadkiem żaden z nich nie wymaga dokręcenia. Mocna rzecz, którą miłośnicy wielkiej symfoniki, wszelkich odmian rocka i elektroniki mogą pokochać od pierwszego wejrzenia. Tym bardziej, że choć różnicowanie jakości dostarczonego materiału będzie oczywiste i podawane do wiedzy słuchaczy bez zbędnych ceregieli, to jednocześnie nie będzie w żaden sposób oceniane, czy piętnowane. Dzięki temu nie będziemy czuć wewnętrznych oporów przed sięgnięcie po takie realizatorskie „perełki” jak „Classic Diamonds”, czy „Fight” Doro.
Musical Fidelity nie jest ani marką znikąd, ani producentem goniącym za najnowszymi trendami i technologicznymi nowinkami. Nie musimy się też obawiać, że jeśli wprowadza jakiś produkt na rynek to za rok – półtora jego miejsce zastąpi kolejna inkarnacja z jakimś fikuśnym dopiskiem. Dodatkowo patrząc na ofertę angielskiego producenta trudno nie odnieść wrażenia, że o ile stara się pokryć przedział cenowy od klasycznego, ogólnodostępnego Hi-Fi po High-End (Nu-Vista), to za każdym razem cena skalkulowana jest na niezaprzeczalnie uczciwym poziomie. Podobnie jest z tytułową, najmocniejszą w katalogu superintegrą M6-500i. Za naprawdę rozsądną kwotę otrzymujemy bowiem 500W na kanał zdolne nie tylko rozruszać, ale i poprawnie wysterować większość, w tym wszystkie z adekwatnego przedziału cenowego, dostępnych na rynku konstrukcji głośnikowych. Aż chciałoby się powiedzieć „mała rzecz a cieszy”, gdyby nie to, że M6-500i waży zdrowe 30kg a przy jego przenoszeniu lepiej uważać na palce. Żarty jednak na bok, bo 500-ka to po prostu świetny wzmacniacz i kropka.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: Abyssound ASV-1000; Trilogy 906
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Alluxity Int One; Accuphase E-470
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Czasem bywa tak, że mimo pełnoprawnej przynależności danej marki do panteonu wyrafinowanego audio nasze drogi z niewiadomych przyczyn nie mogą skrzyżować się w pełnoprawnym, prywatnym i dającym miarodajne wnioski odsłuchu. Niestety, wspomniany przed momentem aspekt chadzającego swoimi drogami losu przytrafił się również reprezentującemu Zjednoczone Królestwo Musical Fidelity. Co prawda niezobowiązujące, bo bardzo krótkie wyjazdowe epizody się zdarzały, ale nie sądzę, bym po tych spotkaniach coś konkretnego na temat dźwięku mógł powiedzieć. Dlatego gdy nadarzyła się okazja bliższych, bo kilkutygodniowych godów we własnym pomieszczeniu i systemie, wprost nie mogłem doczekać się końca „Marcinowego” procesu testowego. Na szczęście wolny czas mam dość mocno wypełniony i dzielące mnie od pierwszego spotkania sam na sam dni minęły zaskakująco szybko, fundując przy tym swoisty prezent gwiazdkowy, gdyż proces poznawczy przypadł w okresie świąteczno-noworocznym. Tak więc, zapraszam na opis walorów bardzo wydajnego, zbudowanego w topologii dual mono, wzmacniacza zintegrowanego Musical Fidelity M6 500i, pochodzącego z dystrybucji białostockiej firmy RAFKO.
Dostarczony do testu wzmacniacz jest słusznej wagi, co już przed-odsłuchowo dobrze rokuje w sprawach sonicznych. To oczywiście nie jest regułą, ale buńczuczne oświadczenie producenta o oddawaniu 500W na kanał tutaj przynajmniej ma odzwierciedlenie w wadze urządzenia i rozmiarach oddających ciepło radiatorów. Bryła M6-ki swoimi gabarytami mocno zbliża się do mojej końcówki mocy, czyli przy standardowej szerokości jest stosunkowo wysoka i głęboka. Front jest płatem grubego aluminium, który w celach designerskich lekko sfrezowano w górnej i dolnej części. Głównym motywem przedniego panelu wizytującego mnie czarnej wersji angielskiego pieca jest centralnie umieszczone duże srebrne pokrętło głośności. Pod nim usytuowano rząd również srebrnych przycisków funkcyjnych, a w górnej części lewej flanki umieszczono logo marki i nazwę modelu. Dla ułatwienia kontroli poziomu zadanej głośności tuż nad wspomnianą gałką volume konstruktor zaimplementował dodatkowo czerwony cyfrowy wyświetlacz. Przechodząc do tylnej ścianki, mijamy ozdobioną ażurowymi otworami wentylacyjnymi górną część obudowy i wspomniane już bardzo duże boczne radiatory. Tył MF wyposażono w podwójne terminale głośnikowe, jedno wejście XLR, cztery wejścia RCA, jedno TAPE REC, jedną przelotkę i gniazdo zasilające. Lista przyłączy może nie przyprawia o zawrót głowy, ale zapewniam, że do współpracy z większością systemów jest całkowicie wystarczająca.
Pierwsze bliskie spotkanie zawsze niesie ze sobą pewną niewiadomą, czego tak naprawdę po danym urządzeniu znanej od dawna, ale tylko zdawkowo słuchanej marki można się spodziewać. Wiadomo nie od dzisiaj, iż dobre wrażenie można zrobić tylko raz, dlatego mimo zapowiedzi Marcina o solidności konstrukcji miałem lekko podniesiony puls przed-weryfikacyjny. Na szczęście kilka pierwszych krążków rozwiało aurę niepewności i gdy angielski wzmacniacz na dobre zapoznał się ze współpracującą z nim elektroniką, przystąpiłem do solidnego sprawdzenia, na co go stać. Z racji zamorskiej podróży mojego przetwornika cyfrowo-analogowego związanej z upgradem, rolę źródła procesu testowego przejął zestaw analogowy. I nie chodzi tutaj o fakt słabości pełniącego rolę rezerwowego DAC-a Norma Audio, tylko zwyczajnie rzecz ujmując jest z innej ligi – w której notabene wypada znakomicie – i nie fair byłoby karmić piec z górnej półki nie do końca referencyjnym dla mnie sygnałem. Na początek starcia zaprosiłem panią Adele z najnowszym materiałem płytowym „25”, a konkretnie mówiąc rozpoczynającym całość kompilacji pierwszym utworem. Niosący solidny pakiet emocji generowany z pełnych płuc głos artystki plus dobra realizacja reszty składowych przekazu muzycznego pozwalała spojrzeć na kilka spraw jednocześnie. Oczywiście zanim podjąłem próbę oceny brzmienia testowanego urządzenia, przesłuchałem obie strony tego wydania. To było dość ważne, gdyż pozwoliło potwierdzić usłyszane walory brzmieniowe. I tak. Najmocniejszym punktem testowanego komponentu jest jego otwartość wyższej średnicy, co wyraźnie skutkuje delikatnym ożywieniem górnych rejestrów. Tylko proszę się nie niepokoić, nie dostajemy krzyku, a jedynie wyraźniejszy akcent krawędzi górnego pasma z delikatnym uwypukleniem zgłosek syczących, jednak bez przekraczania bariery szkodliwości. Co jest bardzo ciekawe, samego wyższego basu wydawało się być nieco mniej, ale ten najniższy mimo naturalnego przesunięcia ciężaru grania nieco w górę był nader soczysty. Konkluzja? W mojej konfiguracji testowany piecyk dodawał rozmachu spektaklowi muzycznemu, odrobinę uszczuplając niższy środek i wyższy bas. Jednak najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że mimo utraty tak mocno preferowanego przeze mnie zakresu sposób podania reszty pasma całkowicie rekompensował ową korektę barwy. Wracając do naszej Adele, przywołany aspekt prowadzenia fraz muzycznych zaowocował wzniesieniem się artystki o oczko wyżej ze swoją tonacją, co bez popadania w manierę krzykliwości pozwoliło jej jeszcze głębiej wryć się w moje skrywane gdzieś głęboko pokłady uczuć . Jeśli miałbym poszukać w tym momencie punktu zapalnego do utyskiwania na temat starcia M6-ki z punktem odniesienia, powiedziałbym, iż to zwiększenie otwartości dźwięku odbyło się kosztem lekkiej jego gładkości. Po prostu dźwięk zrobił się bardziej szorstki. Ale proszę traktować tę wskazówkę jako formę pokazania co kosztem czego dostajemy i dodatkowo przefiltrować to przez sito półki cenowej porównywanych komponentów. Ostateczna w miarę bezstronna diagnoza? Było bardzo dobrze. Przyglądając się budowaniu wirtualnej sceny muzycznej, muszę pochwalić Anglika za bardzo dobrą gradację źródeł pozornych z ich pełnym oddechu rozlokowaniem na podeście. Muzyka bez najmniejszych problemów odrywała się od przecież monstrualnie szerokich kolumn, a to dla wielu odwiedzających mnie produktów z działu elektroniki użytkowej nie było takim łatwym zadaniem. Po muzyce stricte popowej przyszedł czas na elektronikę z repertuaru grupy Massive Attack. Gdy po analizie osiągnięć w sferze wokalno instrumentalnej ten sparing pachniał spektakularną porażką – przypominam o większym otwarciu wyższej średnicy, co przy muzyce komputerowej może powodować krzykliwość, ku mojemu zdziwieniu stało się całkowicie inaczej. Sztucznie generowane instrumentalne dźwięki i modulowane głosy artystów nie zgłaszały problemów z sybilantami, mając je jakby w pakiecie produkcyjnym, a wspomniany kilka linijek wcześniej soczysty najniższy bas fantastycznie trząsł podłogą podczas specjalnie ku temu skomponowanych zapisów nutowych. Na koniec starcia Anglika z Japończykiem na talerzu SME wylądował koncert Keith’a Jarrrtt’a z Garym Peacockiem i Jackiem DeJohnettem w kompilacji „Still Live”. Tutaj przyznam szczerze, byłem już po ładnych kilku dniach zabawy ze wzmacniaczem i o dziwo wcześniejsza zasygnalizowana maniera grania odeszła w całkowity niebyt, dając mi bardzo dobry materiał do uniesień duchowych. To może wydawać się dziwne, ale nawet czuły na zmniejszenie masy dźwięku fortepian nie buntował się szklistością swoich wybrzmień, co jasno dało mi do zrozumienia, iż wszystko, co zaobserwowałem jest pewnym pomysłem na przekaz muzyczny, a nie zbiegiem okoliczności podczas prac projektowych nad tym urządzeniem. Dlatego jedynym konstruktywnym wnioskiem mojego spotkania z tą unikającą mnie dotychczas marką może być stwierdzenie, że nasz bohater grając nieco inaczej niż punkt odniesienia, nie robi tego w estetyce ułomności, tylko swojego punktu widzenia na problem zbliżania się do dźwięku realnego. Koniec kropka.
To były pierwsze moje umizgi z produktem Musical Fidelity przy ulubionej muzyce na własnym podwórku i co ważne przynoszące bardzo pozytywne wnioski końcowe. Prostym wyjaśnieniem może być zajmowanie górnych pozycji w cenniku marki, jednak po tym spotkaniu jestem pełen dobrych przypuszczeń, że nawet w niższych rejonach portfolio dźwięk będzie adekwatny do żądanej za konkretne urządzenie kwoty. Czy tak jest, mam nadzieję, że w niedługim czasie się okaże. Dzisiaj jednak zachęcam wszystkich zainteresowanych do prób na własnym podwórku z tytułowym wzmacniaczem, gdyż ów sznyt grania, czyli otwarty wyższy środek i soczysty bas nawet dla takiego miłośnika barwy jak ja, nie nastręczał najmniejszych problemów. Wszystko jawiło się jako nieco inne niż mam na co dzień oddanie atmosfery podczas sesji nagraniowej słuchanych czarnych krążków, a nie uwierającą wygórowane ego recenzenta manierą. A jak zapewne wiecie, nie tak łatwo mnie zadowolić.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Rafko
Cena: 21 995 PLN
Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 2 x 500 W/8 Ω
Zniekształcenia THD: <0,001 % (20 Hz – 20 kHz)
Stosunek S/N: > 100 dB (‘A’-ważone)
Współczynnik tłumienia (Damping factor): > 250
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 20 kHz (+0/–0,1 dB)
Wejścia: 1 para XLR, 4 pary RCA
Pobór mocy: maks. 0,25 W (Standby) – 2000 W (moc max)
Wymiary (SxWxG): 440 x 160 x 460 mm
Waga: 30 kg
System wykorzystywany w teście:
– Transport CD: Reimyo CDT – 777
– DAC Norma Audio HS-DA1
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinion 1
The game of reviewing all kinds of audio gear, as almost all kinds of human doings, has its brighter and darker aspects. The downsides are for example the aftermath of dragging tenths or hundreds of kilograms, spine problems are almost a professional illness, but this is not the time and space for whining, as it is much better to concentrate on the brighter side of things. And there are many more positive than negative aspects, and this is the main reason we do what we do. Besides the obvious ability to listen to lots of devices and accessories, which are often beyond our reach, there are also moments when we become beta-testers. Having a big, and exponentially growing, number of references from a really wide price spectrum, we can say something about a product, that is to appear on the market, how it fits into the expectations and how it really performs. Here we touch upon a delicate sphere of ambitions and feelings – as sometimes you need to be assertive, and when words would not suffice, invite the father of the project, put him in the listening chair and allow to compare his product with similarly priced competition. As you can imagine, this is not always a very positive experience, and not always such a person is leaving our domicile happy. But there are also moments, when we get something, that we do not know absolutely nothing about. That was also the case this time, when I got a call from the Katowice based RCM, during the heat of Christmas shopping, asking if I would like to audition the newest, nowhere shown before, top loudspeaker cable from Furutech, which would be introduced during the CES, the Nanoflux Speaker Cable. Of course we declared our wish to do so, and after a few days we received two three meter long cables, about which we only knew, that they should dethrone the currently reigning Speakerflux. But it was a mystery, almost till the end, what are they made of, and how much they should cost. On one hand, such situation can be confusing, on the other, it offers ideal listening conditions. No correlation of what we hear with the price tag, or stereotypes of sound related to the materials used for the construction of the cable, so that we can concentrate fully on the sonic values. Shortly speaking we are limited to testing, if the sound of the cable defends itself in absolute terms, or not.
Knowing, that every detail counts, and buying decisions are often based on things like colors and jewel-like shine, so Furutech took great care of the appropriately terminate the cables. On the amplifier end there are the brilliant spades CF-201(R) and on the loudspeaker end the rhodium plated, strut banana plugs CF-202(R). Both kinds of plugs are non-magnetic. If you would need different kinds of terminations, there is a possibility to order it in all possible configurations. There will also two and three meter lengths available.
In contrast to what I wrote in the previous paragraph, the technical description will follow, as we received, one day before publishing the review, an abbreviated description leaflet from Japan. Similar to the Nanoflux Power, which we tested not so long ago (in April – time flows quickly…) the conductors are made from α (Alpha) Nano OCC copper covered with Nano Liquid (Squalene oil), containing molecules with gold and silver particles with size of 8nm (8/1000000mm). Interestingly, the proportions between the gold and silver nano-particles are not random, but chosen based on listening tests, what is another confirmation, that even such “small” things have an influence on sound. Also the seven strand wire setup is the same as in the power cord, however this is the last similarity, as instead of 72 wires in the loudspeaker cables 37 were used. As a result of this, the diameter of each of the conductors is 0.18mm. Both wires are isolated with polyethylene (PE) and further with a layer of cotton. All is shielded with a combination of polyester-aluminum tape and seven copper wires. On the outside we have a very flexible PVC sheath and a jacket from braided nylon. It is also worth mentioning, that the “+” and “-“ wires have different colors at their ends (burgundy and dark graphite), what makes connecting much easier. Another small thing, that makes life easier. There is also the company trademark muff present.
In contrast to its power brethren, you do not need to take any sedatives before plugging-in the Nanoflux Speaker into your system. I am mentioning this in the beginning, to prevent you from taking any medicaments, while you can do much better with enjoying some fermented grape juice (I recommend Uruguay Tannat and Shiraz) or the peat-iodine, Scottish distillate. The reason is obvious, because while the power cable somehow improved the flow and freed the dynamics hidden in the electronics, yet the tested speaker cable works with much more finesse, trying to homogenize everything that happens in the midrange and treble. Those are bands, which do not need widening, as this has been taken care of by the power cord. This does not mean, that the bass or dynamics are not treated well, as they are simply perfect, only that when listening, we are not that shocked. This excellence is also confirmed by the fact, that other aspects of the sound do not stand out. Frankly speaking , I had a thought, that the top speaker cable from Furutech comes close to the climate of the Reference … Organic Audio. Maybe it looks funny, but this is just how it is. We get a very dense and saturated structure, spiced with contours, shining in the light of the setting sun, while at the same time as sharp, as a Samurai katana. Let us take for example the album “TARTINI secondo natura” of the Sigurd Imsen, Tormod Dalen, Hans Knut Sveen trio with only natural instruments and a true, and not computer generated, acoustics or the disc recalling even more ancient times “La Tarantella: Antidotum Tarantulae” L’Arpeggiata and Christina Pluhar. Small ensembles and lack of artificial ornaments pulling attention away from the true and natural, rough beauty of the music show the true face of the Japanese cable. A face that gives testimony to the engineering capabilities and audiophile finesse achieved by its constructors. So on one hand we have sweet, but not sickly, saturation of the timbre, on the other the true harshness of the palpable instruments. It is similar with the acoustics. At first nothing overwhelms us, it does not make every, even the quietest whisper sung by the vocalist, or sound coming from an instrument, have a few seconds of echo. But the longer we listen, the more we get acquainted with the Nanoflux, the more obvious and regular our conclusions are. Such overwhelming airiness of the stage is not real. Not every album is able to generate a climate like “Missa Criolla” Ariel Ramirez with Mercedes Sosa, or the “Cantate Domino”, a master for many people. And yet there are many more pieces, which can bring joy, like for example “Smolik/Kev Fox”, where the information about acoustics of the recording room is non-existent. The Furutech do not favor any of them, but at the same time, do not make them equal. Instead of that, they brilliantly differentiate the individual elements of the musical spectacle, leaving the final assessment to the listener, relying on the listeners taste. This is the reason, that he not always digestible, more brute repertoire, also sounds appealing and interesting. From my list of heavy things I would like to mention two things, that are not too extreme, like the “Survivalist” 4Arm with frenzy drums and percussion runs, or the somewhat quieter “Immortalized” Disturbed with one of the most interesting, if not the most interesting, cover of “The Sound of Silence”. In both cases it is hard to talk about any audiophile aesthetics, or perfect recording, and yet we do not have a feeling, that the cable is torturing itself, that it plays against itself, with visible disgust. Why am I mentioning this? Well, all the time, in our hermetic audio world, there is a stereotype, that the higher we go in the hierarchy of the audio gear, the less recordings we find, that would satisfy us. The Nanoflux Speaker show clearly, that this is absolutely not true. They know, what this all is about, and that in this kind of music it is not about taking care of each and every note separately, but about power and spontaneity close to total madness. The guitar riffs are there to cut the air, like the fiery swords of the arch-angels, and not to soothe our ears like songs of the forest goddesses. The same with drummers. A hit of the base drum should be perceived like the right hook from Mike Tyson, and a double base like a roundhouse kick from Steven Seagal (Chuck Norris is too light for this), and this is how we get it. Without any veiling, without any tries to soften the seemingly cacophonic, at least for people who do not understand this kind of music, chaos, the cable allow pure Watts to be pumped into the speakers and move even the most resistant ones, like my Gauder.
Until this moment, the very end of the test and publication, I do not know how much the Speaker Nanoflux will cost, and frankly speaking, I do not care o much, because I can write with clear conscience, that they are just great. In addition they can easily be compared to top offerings from competitive companies, and the effect of such comparison will depend solely on the preference of the listeners, and not the visible/audible quality differences. I just hope, that Furutech will keep the restraint, known from previous models, and will not try to position his flagship cable with a price tag causing heart attacks. If my expectations will become true, then I feel, that many audiophiles and music lovers, who make their purchase choices based on listening, and do not need to have the most expensive cable in the world, will like to keep the tested cables in their systems.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Network Music Player: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Turntable: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: Abyssound ASV-1000; Trilogy 906
– Integrated amplifier: Electrocompaniet ECI5; Musical Fidelity M6 500i; Alluxity Int One
– Speakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall Socket: Furutech FT-SWS(R)
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinion 2
When I was finishing the test of the new Furutech power cord, what happened not so long ago, in spring, I started to look out for other products from the Nanoflux series, as the changes introduced by the power cord were very positive. I must confess, that even considered very thoroughly the purchase of that power cable, hoping, that I will not need to wait very long before having the opportunity to test the loudspeaker cables from the same series. I am not a fan of “small steps” strategy, I rather do much larger, almost radical, yet very thought through, changes to my system.Life has taught me, that smaller steps generate additional costs, and this is the reason why I do changes in big chunks, and it would be good not to regret hasty moves afterwards. But now my waiting is over, the speaker cables are there, and after thorough listening, I can finally share my observations with you. So I invite you to read on.
The cables received for testing, despite the significant diameter, are absolutely not problematic during connecting, they are flexible enough to be placed even in cramped spaces behind audio racks. It may look like distancing itself from the audiophile hi-end dogma, stating that for placing any cable you need to use brute force, bending them on your knee. Fortunately there are engineers in the world, who do think about such seemingly non-significant things, and making the life of potential buyers easier. When we talk about the looks of those cables, then it is outfitted with a dark blue – light blue braid and a shiny, metal and Kevlar barrel, mounted at about one third length of the cable. But this is not all of the audiophile jewelry, as the cable wires (plus and minus) are terminated with elegant plugs. The supplied cable had spades on one side and banana plugs on the other, but the manufacturer is open for the client, and all kinds of terminators are available on demand.
As usual with loudspeaker wiring, when I receive single wires for testing, my loudspeakers requiring bi-wiring require a few different variants of cabling setups, what is a certain compromise with regard to my listening system. However being thorough with what I am doing, I always try out all possible configurations, so that my conclusions would have any informative value for the reader. And when I finished the sequence of all possible connections, it turned out, that those loudspeaker cables are maybe not ideal, but follow the path set forth by the power cord. What path? The first thing that comes to our ears, is the increased discipline on bass, with slight toning down of the coloring of the world by the midrange, and this all with the treble soothing the whole on the top. So where is the difference to the power cable? The only difference, that I was able to catch clearly, was the treble, toning down the whole sound. But please do not perceive it as choking the volume of the sound phrases, but only as a certain aspect, noticeable in direct comparison with my synergetic reference system. However I would like to remind you, that my test approach is not orthodox about one stable, and some nuances may be different, than they would be if only products from one company were used. It also turned out nicely, that I used an analog sound source for the test, that by chance, but nicely showed the main characteristics of the loudspeaker Nanoflux. In the role of testing material I used the Modern Jazz Quartet with the album (pressed in the previous century) titled “The Legendary Profile”. Slightly overbassed presentation and fantastic vibraphone, reverberating beautifully against the background of other instruments, almost immediately revealed the approach to sound of the Japanese cable. It was here, where the lower registers told me, that the intervention to tame the licentiousness of them is very useful, the midrange did not seem undervalued, however my beloved percussive instrument – vibraphone – did not pass through my ears as it did with the reference set. I would like to add, that this was not an effect of degradation, but you could feel a kind of restraint in the exploitation of ether between the loudspeakers. I can however assure you, that this feeling disappears after a few pieces, and many potential buyers will just pass over this, as this may be just a testing setup coincidence, and not any shortcoming. To make a full assessment of the hero of our test today, we need to check how it approaches the question of the sound stage. And it would absolutely not be anything strange, if not for the fact of using the newest vinyl disc from Adele “25” for this purpose. I still cannot believe, that this disc was among the testing set, but the weirdest thing is my first contact with this music, on CD, which was disastrous. This was to be the last contact, but Saint Nicolas was generous and provided me with the vinyl version as well. I was a bit forced by the ladies in my family, but I put the disc on the platter and I was very surprised. The artist was not shouting, and the recording itself showed solid approach to many aspects important for the audiophile, like positioning of the sounds, what was not present at all with the CD version. And when I played this disc during the test for the second time, it turned out, that the visiting Furutech ideally reproduced the realism of the reference set, without any special ado. The far planes prepared space for Adele’s performance brilliantly. I still claim, that this is disc with only one song, but the amount of emotion flowing from the first piece is still enough to place it on the library shelf. And this is where I leave the sparring of the Japanese cables, leaving further testing to you. If the complete set, of the power cords and loudspeaker cables are for me – I will check, but for now I can clearly recommend the speaker Nanoflux to all people searching for discipline in the sound, without letting it drift to artificial sharpness, what often happens with its competition.
This dozen days spent together were a very nice experience, not only due to the sound of very good quality, but also because it fit almost ideally into my taste. What seems to be important, despite living in the world of strong color every day, I would be able to live with the temperature of the sound as presented by the tested cable without any problems. The mentioned control of the bass is not a brute cut of a butcher’s knife, but just a slightly improvement of its management. Of course I do not need to tell, that everybody will perceive the word “better” differently, this is why I put it in parentheses. The treble, as I mentioned during the test, does also not turn off the light on the stage, it is just a little element re-touching the sound. But whatever I would tell or write, only your own experience with the cable can point you in the right direction, my test can only be a kind of advice, nothing more. Anyway, I really recommend the Nanoflux to listen to, under a crossfire of your discs, as plugging it into your system, will bring some interesting changes to the sound of the host system.
Jacek Pazio
Distributor: RCM
Price: Unknown (official premiere during CES 2016)
System used in this test:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– Preamplifier: Reimyo CAT – 777 MK II
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL ISIS
– Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
– IC RCA: Hiriji „Milion”
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA
Rynek słuchawek wbrew temu, co może wydawać się sporej grupie audiofilów, jest zaskakująco łakomym kaskiem dla większości potentatów branży audio. Oczywiście nie ma się co łudzić i lepiej od razu zdać sobie sprawę, iż gro produkcji dedykowana jest wszelkiego rodzaju źródłom przenośnym, wśród których prym wiodą wszystko-mające smartfony. Jednak szczyt statystyk sprzedażowych okupują głównie niewielkie, a czasem wręcz miniaturowe nauszne lub dokanałowe, modele low-endowe stawiające raczej na zgrubne zaznajamianie użytkowników z reprodukowanym materiałem aniżeli maksymalnie wierne odtwarzanie muzyki. Na szczęście jest też pewien procent słuchaczy, który z różnych względów oczekuje oferty stawiającej na maksimum jakości dźwięku, a to wymusza na producentach poważne podejście do zagadnienia. I myliłby się ten, kto sądziłby, iż karty w tym kawałku toru już dawno zostały rozdane, ponieważ oprócz starych wyjadaczy i sporej ilości stosunkowo młodych, lecz dobrze rozpoznawalnych dalekowschodnich marek co jakiś czas pojawiają się nowe, małe, ale dobrze rokujące manufaktury. Takim przykładem jest właśnie rumuński Meze Headphones będący producentem przedmiotu niniejszego testu – słuchawek 99 Classics Gold.
Dzisiejszy bohater w swych założeniach ma sprostać dwóm zadaniom. Jakim? W obecnych nastawionych na chęć posiadania czegoś nietuzinkowego czasach to przecież jasne. Oprócz generowania wysokiej klasy dźwięku, musi spełniać wymogi dobra luksusowego, co biorąc pod uwagę użyty do wykonania muszli materiał (drewno orzecha) w tym przypadku bezpośrednio wpływa również na same wartości soniczne. Ważną kwestią organoleptyczną opisywanego produktu jest unikanie zatracenia wyrazistości zastosowanego naturalnego drewna, czyli zachowanie jego unikalnego rysunku, połączone z bardzo delikatnym potraktowaniem go podkreślającą piękno matki natury warstwą lakieru. To nie ma być błyszcząca komercyjną sztucznością landrynka, tylko ubrane w wysmakowane dodatki naturalny drzewiec. Koniec, kropka. Projekt plastyczny opiera się na ciepłym, czekoladowym brązie drewna orzechowego użytego do wykonania muszli okalających przetworniki, na których zamontowano czarne stosunkowo niewielkie, a przez to niemęczące przy dłuższych odsłuchach pady ze sztucznej skóry, czerni opierającego się na głowie pasa i cienkich, spinających oba nauszniki pałąków, jak również złota detali zespalających poszczególne podzespoły. Jednym słowem „maestria” design’u. Kończąc akapit poświęcony walorom estetycznym należy również wspomnieć, iż oprócz standardowego, zewnętrznego kartonu transportowego 99-ki dostarczane są dodatkowo w estetycznym, zamykanym suwakiem etui, w którym znajdziemy dwie długości okablowania. Krótsze z regulacją głośności dedykowane użytkownikom smartfonów, oraz dłuższe przeznaczone do odsłuchów w warunkach domowych, gdy podpinając się do stacjonarnego wzmacniacza chcemy wygodnie rozsiąść się w fotelu. Jak widać pełna dbałość o potrzeby klienta. Brawo.
Na wstępie przypomnę, iż podczas kreślenia obserwacji testowych podobnych do dzisiejszego produktów oprócz przywoływania na myśl nieco wcześniejszych zmagań z konkurencją posiłkuję się dodatkowo bezpośrednią konfrontacją z posiadanymi Sennheiserami HD 600. To konstrukcje ogólnie znane i sądzę, że zdecydowana większość słuchawkowców kojarzy ich sposób grania, co z dużą dozą prawdopodobieństwa daje im pewien dodatkowy punkt odniesienia. Biorąc dyżurne „Sennki” za punkt startu przejście z dość analitycznych HD 600 na Meze 99 skutkuje natychmiastową zmianą projekcji pasma przenoszenia w zakresie masy, jak również rozdzielczości górnych rejestrów. Nie odbywa się to kosztem zamulenia, ani rozjaśnienia, tylko w gratisie do dobrego wypełnienia niskich rejestrów dostajemy dodatkową dawkę ilości informacji na górze, a to w prostej linii stawia testowany produkt na staży wyrównania balansu pomiędzy otwartością i ciężarem generowanych dźwięków. Co ważne, wspomniana podbudowa przekazu muzycznego nie wpływa negatywnie na kolorową, ale nie przegrzaną średnicę, unikając takich niechcianych artefaktów, jak zmiana tonacji wokalistyki męskiej z tenoru na bas. Dobrym przykładem takiego zachowania była sesja płytowa Johna Pottera z repertuarem Monteverdiego, która przy bardzo dobrym dociążeniu dźwięku barkowego klarnetu basowego uniknęła mutacji głosu artysty, pozwalając pozostać mu w znanej mi z wcześniejszych odtworzeń tonacji śpiewu. Idąc dalej tropem tego krążka śmiało mogę powiedzieć, że dzięki fantastycznej rozdzielczości również kubatura goszczącego projekt muzyczny obiektu sakralnego zdawała się nieco lepiej niż z HD600 oddawać odbite od ścian i sufitu pogłosy, jednak bez ich sztucznego podbijania, co podczas majstrowania w górnych rejestrach przez niektóre komponenty audio często się zdarza. Tutaj mamy jedynie więcej oddechu w muzyce, co bezpośrednio sprawia, że ilość ważnych dla ucha melomana niuansów brzmieniowych jest na zdecydowanie wyższym poziomie ilościowym i jakościowym. Nie powiem, byłem bardzo pozytywnie tym faktem zaintrygowany. Kolejnym wydawałoby się naturalnym krokiem recenzenckim była przesiadka na frazy muzyki jazzowej, którą reprezentowało nasze rodzime trio Marcina Wasilewskiego z gościnnym udziałem Joakima Mildera na saksofonie. Ten krążek miał dwa zadania. Pokazać jakość, ciężar i długość wybrzmiewania blach perkusisty, jak również czytelność kontrabasu po przesunięciu środka ciężkości generowanego przez testowane słuchawki dźwięku. Od razu uspokajam, że wspomniane „nadmuchane skrzypce” nie zgłaszały zarzutów co do równouprawnienia w spektaklu muzycznym tak strun, jaki i pudła rezonansowego, a przeszkadzajki bębniarza bez problemów dawały upust swej świetlistości, przy dobrym oddaniu swej masy. Na koniec przywołam jeszcze ciekawy sparing z muzyką grupy Sons of Kemet z wydanego przez oficynę Naim Label krążka „Burn”. Dość mocne przedmieścia free-jazzu okraszone ciężkim brzmieniem solidnej dawki bębnów i sporej ilości nisko grających dęciaków dzięki rumuńskim słuchawkom bez najmniejszych problemów przekazały mi fundowany przez wspomniany zespół pakiet emocji. Ważnym elementem tego krążka było fantastyczne radzenie sobie 99-ek z najniższymi rejestrami, unikając w tym zakresie jakiejkolwiek uśredniającej przekaz spowodowanej rachitycznością driverów kompresji. To była nieokiełznana najmniejszymi ograniczeniami sonicznymi feeria soczystych, a przez to bardzo mocno wbijających się w pamięć słuchacza dźwięków. Sądzę, iż największą wartością tego podejścia była właśnie ich solidna, ale bez efektu jednolitej papki masa dźwięku. Niestety podczas przełączenia kontrolnego nieco zwiewniej grające Senheisery nie dały mi już takiej dawki adrenaliny. Jednak nie spisywałbym Niemców na banicję, gdyż pomiędzy nimi, a testowaną dzisiaj konstrukcją jest ponad dekada rozwoju technologicznego, co zdroworozsądkowo rzecz rozpatrując całkowicie usprawiedliwia zaistniałą sytuację. Jak wspomniałem na wstępie, używam ich jako pewnego w miarę rozpoznawalnego dla wielu użytkowników słuchawek punktu odniesienia, a nie jako pełnoprawnego sparingpartnera i nic więcej. Puentując całość dzisiejszego spotkania chciałbym pogratulować konstruktorowi utrzymania stosunkowo niskiej ceny rynkowej za uzyskany dźwięk, mając przy tym nadzieję, że kolejny produkt z jego stajni nie będzie jedynie odcinaniem kuponów, lecz przy ewentualnym, czasem nieuniknionym wzroście ceny konsekwentnym progresem jakościowym.
Jak widać na załączonych fotografiach, do tego testu posłużył mi włoski wzmacniacz zintegrowany Pathos ClassicRemix. To oczywiście nieco zmienia bezpośrednie przełożenie dzisiejszego spotkania do wcześniejszych testów, gdyż tamte dotyczyły pełnych firmowych setów słuchawek z dedykowanymi wzmacniaczami. Jednak użycie w każdym z nich jako punktu odniesienia nauszników naszych zachodnich sąsiadów powinno nieco ułatwić proces wyciągania wniosków. Ponadto nie muszę chyba przypominać, iż tylko rzucenie rękawicy i sparing na własnym podwórku pozwoli podjąć ostateczną decyzję zakupową. Jeśli jednak szukacie słuchawek z dobrym ciężarem dolnych rejestrów, bez ich szkodliwych działań w środku pasma, a przy tym prezentujących doskonalą rozdzielczość, powinniście zapoznać się z dzisiejszą propozycją z Rumunii. Wierzę, że Meze 99 Classics Gold spełnią Wasze oczekiwania.
Jacek Pazio
Producent: Meze Headphones
Cena: 309 € (darmowa wysyłka do Polski)
Dane techniczne:
Średnica przetworników: 40 mm
Pasmo przenoszenia 15 Hz – 25 kHz
Skuteczność: 103dB @ 1KHz, 1mW
Impedancja: 32 Ω
Moc wejściowa: 30 mW
Maksymalna moc wejściowa: 50 mW
Waga: 290 g
Przewód: Odłączny, OFC w koszulce z Kevlaru OFC
Wtyczka: 3.5 mm pozłacana
Muszle: drewno orzecha
System wykorzystywany w teście:
– dzielony odtwarzacz Cd: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– DAC Norma Audio Electronics HS-DA1
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI” , MUSIC TOOLS
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Japan is surely a country, which is seen as the cradle of very refined audio components. Maybe it does not have exclusiveness for the best sound of the world, but if something was at least touched by somebody, who spent half of his life creating electronic pieces of art, then such thing is at least worth listening to. Without special ado, I would also like to say, that any device from that country gets extra points even before listening starts, just from being manufactured there. Do you think this is funny? Absolutely not. Please ask around, and you will see, that I am right. But I do not want to digress about this today, because the country of origin of the manufacturer of the audio gear is one thing, and the possibility to test it is another. And I am not only talking about the distribution of the gear on the Polish market, but about the philosophy of the creator or the brand – often also the constructor of the devices – regarding any kinds of testing. Of course most of them are happy to share their products with reviewers, but it happens, that there are such personalities, that having knowledge of the capabilities of their products, do not need to have those reviewed in different audio magazines. This kind of philosophy is shared by the Japanese manufacturer of the gear tested today – Audio Tekne, or rather Mr. Kiyoaky Imai himself, for whom I needed to present some of my reviews, to be able to show, that I know what to look for, when listening to his work of life in audio. So I will not prolong this introduction too much and invite you for the test of the “Dream System” from Japan, consisting of the top line preamplifier TFA-9501, 300B tube monoblocks, albeit in push-pull setup, TM-8801 and the phonostage TEA-8695, which is situated in the middle of the catalog.
How does Audio Tekne look like? For me it is fantastic, for many others it may be a nightmare. Fortunately you do not discuss taste, but still I will try to describe the Japanese products. Talking about the shapes of the devices themselves – they are fairly standard for tube gear, as they consist of a kind of plinth for the tubes locked below a mesh and transformers sealed with cups. This is how the AT are set-up, with the difference being, that most manufacturers try to “catch” the eyes of the potential buyers with the looks, using tricks like the “old gold” on my Reimyo. Audio Tekne has just -the raw industrial design. The elements of the devices are painted with a grey-pale blue paint, actually quite difficult to describe, but made me love the tested guests from the very beginning. Inside the transformer cups and the plinths the electronic circuitry is equally simple, you may even say it is minimalistic. Also the fronts are following the company idea for simplicity – only the absolutely necessary manipulators are available. So the monoblocks and phonostage only have a power switch and a LED, place on the left hand side of the front. However in the line preamplifier besides the same switch we have also a series of octagonal knobs and two switches, Pre Out and Power Phono. On top of the plinth there are transformer cups and tubes adequate for the function performed by the unit, while the back plates have a set of sockets to match. The power amplifiers have power sockets, single loudspeaker terminals, RCA and XLR inputs selectable with a switch and a grounding screw. The line preamplifier has a battery of RCA and XLR inputs and outputs, IEC power socket and a power socket for the top, two-box phonostage. The gramophone preamplifier we received for testing has a limited compatibility input for two kinds of MC cartridges with RCA input, an RCA and XLR output (selectable), gain switch 0/-10dB, a ground screw and a power socket. So this is how the tested bunch looks like, and below you will find how they performed during listening.
During my reviews, a few times I had some issues with how to begin describing the listening part of it. Those dilemmas were always the result of above average sound of the tested devices and almost unequivocal déclassé of the competition. “Unfortunately” this meeting with the top line preamplifier and the power amplifiers equipped with double 300B tubes, aided by the phonostage, changed my personal point of view so much, that when I would write a banal statement – “after a few weeks of listening to music presented in this way I can die”, faithful readers, who are aware how much I am addicted to my reference set, will immediately know, that my reference has changed. This was not unexpected, I thought that one day it would happen, and it finally came.
I owe you also a small explanation. When I got the set for testing, I wanted to split it into two separate episodes – the amplification and the phonostage. Unfortunately when I started testing the phonostage, it turned out that my electronics was limiting its potential, what I could verify easily using the rest of the supplied components. I still can say, that the TEA-8695 plugged into my system sounded much better than the TEA-2000, which opens the catalog, but it lost a bit of its shine when noble smoothness and saturation were added. And I am not talking about the amount of treble, but about losing breath, what resulted in blurring of the information about the stage. I am writing this fully aware of the consequences, but this is how it was. So after connecting all the visiting components into one system there was no way back and I had to review the system as a whole.
I do not know, if without listening, you will not perceive it as a negative characteristic, but the tested set sounds so natural and close to the truth, that for listeners searching for constant astonishment it may easily become boring. Listening to that sound please forget about any whistles and bells artificially appearing from nowhere before our eyes, or hyper-detail in any of the frequency bands. Music just flows along, it would seem without any care if we listen to it or not, but in fact it is so intriguing, that we cannot forgo, and are following every vocal or musical phrase played by the Audio Tekne. This just happens. However like I already mentioned, for people who like to analyze each and every sound, it may turn out, that they are not yet emotionally grown into listening to music as a whole. However I know, from personal experience, as I went the same way, that reaching such level is only a matter of time. So how does the phenomenon of the Japanese show itself? I will try to describe it as graphically and digestible as I can. The main asset of the tested set is the resolution allowing splendid insight into the recording, offering full information about all, and I repeat all, parts of the sound stage, including very big symphonic orchestras. Somebody might say, that this is easily achievable using acoustic correction or DSP or cables. Unfortunately such artificial revival of the far planes, or increasing the blackness of the environment, results in perceivable affectation coming into the music. I know this very well myself, but I do not fight with people searching for such ways to approach to the musical absolute, and while I am happy to exchange some of the sharpness of the music listened to in favor of its naturalness, I know, that everybody has a different reference and will decide for him or herself what is best. Going further with the considerations about the quality of sound, we come to the question about the way, in which AT reaches pure realism. For sure each one of you, the readers, had a chance to encounter the phenomenon of pure air in the morning, after a snow attack in the night. The snow pushes dust particles to the ground, clearing the air from pollution, resulting in air being absolutely clean and clear. This freshness of a winter morning is the representation of what I heard at home when listening to the AT system. If somebody did not live through such a state, then I do not know, how I should describe this. But if you have had such an experience in your life, then you will know, that during such a morning, even when you are in the middle of nowhere, you can immediately hear a highway, which is kilometers away, and usually it’s noise is hidden within the usual daily sounds. When you transfer a similar way of perceiving sounds onto our audiophile field, then it will turn out, that the far planes do not need to play louder, the environment should also not be dimmed, it is just that the phenomenal resolution cleans the air between us and the musicians, without favoring any of the aspects of the music. When we encounter such presentation of sound, it turns out, that the choir members from the last row swallow saliva, just like the soloists, or the wind instrument players clean their reeds. Incredible? Maybe, but true. To confirm my theory, I will use material, which is ideal for this purpose, with ancient music, “Membra Jesu nosti” The Purcell Quartet. Always, and I will repeat, always when playing this disc, I could feel the quite dense atmosphere within the church hosting the musicians. I perceived that as a way of the microphones recorded the whole, while this, theoretically harmless, fog between the performers disappeared. Of course there was no trace of artificiality, only the 3D imaging improved. I do not even mention such earthly things like positioning of the virtual sources and the gradation in depth and breadth, as any departure from their purity in this ethereal presentation would be a big faux pas. I think it is now obvious, that I needed to listen to all my digital and analog discs with such kind of music, and as this is one of my favorite genres, it took quite some evenings to achieve. Here I must say, that in the tested system, the turntable clearly showed the CD player, where it has its place in the queue, despite the fact, that the player I own, is regarded as being very close to the analog. On the other hand, it should not be very surprising, as the tested phonostage alone costs three times as much as the CD player, and together with the drive even five times as much. The verification process showed clearly, how the price should follow the increase in quality, so I do not have any discomfort with that. When something is cheaper, there is no dishonor to succumb to the better. Interestingly, when we think about the tubes employed by Audio Tekne, we could have expected something related to the vacuum valves, like some artificial smoothness, yet besides the slightly darker aura, it does not even come close to the “tubey” sound, showing its class in reproduction of the timbres of all sounds, from wooden instruments to the human voice. When I saturated my ears with music from the time of Monteverdi, time came for ECM jazz. Unfortunately it is 1:30 AM, and tomorrow I need to work, so I will continue my description tomorrow.
OK, I have rested, I got some distance to what I heard, so let us start with the second part of the review, actually coming a bit closer to its end. Listening to ancient music, which is usually played with instruments from the era, which color the sound quite heavily, and I was not really able to have a look at the edges of instruments like contrabasses, or on the weight and sustain of the hihat and ride, what is absolutely standard when I listen to jazz. Also I had the 300B tubes in the sound path now, tubes which are regarded as not very good at drawing sharp images of the instruments – more reason to change the repertoire. Well, after all the praises I wrote before this paragraph, it will be foreseeable, that when I put the disc of Bobo Stenson on the player, I did not register any surprises, which I did also not expect, by the way. I received information about the full cooperation of the strings with the body of the contrabass, as well as clear information about the thickness of the cymbals used by the percussion player, together with all the sustain they had after receiving hits with the sticks. Confirming my previous observations, I am not even mentioning the depth, width and projection of the musical spectacle, because the music generated by the Japanese was so involving, that I needed to force myself to watch out for the most prosaic elements. Unfortunately for lovers of more heavy repertoires, I did not listen to such kind of music much. Any observations from those short moments? It was surprisingly good, but I was rather concentrating on things, that brought me joy, what I compensated by inviting a good friend with a collection of symphonic music on vinyl. Due to this, despite not often listening to classical music, I had a chance to learn a very big lesson, which showed me a problem with such music, not allowing to go over it easily. I am talking about the way it is reproduced, as usually due to lack of resolution of the system, the number of musicians are somewhat unified, what compared to the very closely and thus cleanly recorded jazz, turned me away from this fantastic kind of music. Now it turned out, that the system can be the problem. For people, who live with classical music “from birth” this is not an issue, but for somebody just trying to enter this world it may pose, and often poses, a kind of a barrier. This is just how things are. When we were discussing the buildup of the virtual stage, containing a few dozen of people, I had no problems with perceiving the contrabass section as a set of a few instruments, and not just as a contrabass blur. Important is also, that the whole presentation did not favor any of the planes, all of them are equally important. This may turn boring for listeners, who expect musicians from the last rows perform equally loud as those from the front – something non-existent in reality. Unfortunately, like I mentioned in the beginning, only educated listeners will appreciate this natural truth provided by Audio Tekne. In other cases, the evaluation of the presented system may not be perceived as positive as it was for me. This is the reason, that you should really consider, if you are ready for this “dream system”.
Summarizing those weeks spent with the Audio Tekne electronics, I must say, that after my first meetings with the company, I expected such kind of experience. What I did not expect, is that they will leave such a lasting impression, that I asked for a long term loan on facebook… I am however happy, that the loudspeakers I own were an equal partner for the test, and I did not need to search for an alternative there. The two 300B in push-pull turned out to be perfectly capable to reign the big bass drivers of my boxes without the smallest problems. Of course I happened to hear them better controlled, but with this kind of approach to music, too technical approach to bass control would be disastrous for the final perception. It will take a while for me to return to the pre-review state of mind. Usually I required only a few days of reset. How it will be this time? Who knows… Finishing this encounter I can tell only one thing – if you are financially capable to afford this Japanese set, then do not wait; life is too short to lose it for anything else than this phenomenal sound.
Jacek Pazio
Distributor: NATURAL SOUND s.r.o.
Prices:
TFA 9501: 69 000 €
TM 8801: 60 000 €
TEA 8695: 69 000 €
Technical details:
TFA 9501
Type: Vacuum tube stereo flat amplifier
Input terminals: Phono, CD, Tuner, Tape, AV, Aux.
Maximum Inputs: 3 Vrms
Output terminals: Rec Out; Pre Out XLR i RCA
Frequency response: 20 Hz – 20 kHz (+/- 1 dB)
Dimensions (W x H x D): 445 x 225 x 346 mm
Weight: 55 kg
TM-8801
Type: Vacuum tube monaural main amplifier
Inputs: RCA, XLR
Input impedance: 1 V/3,3 kΩ
Power output: 15 W
Harmonic distortion: < 0,3% (10 W/1 kHz)
Frequency response: 10 Hz – 20 kHz (- 1 dB/- 3 dB)
Residual noise: < 1 mV (8 Ω)
Power consumption: 100 VA
Dimensions (W x H x D): 445 x 225 x 250 mm
Weight: 28,0 kg/szt.
TEA 8695
Type: Stereo phono equalizer amplifier (LC type RIAA)
Inputs: PHONO (MC dedicated LOW & HIGH)
Maximum Inputs: PHONO (LOW 25 mVrms, HIGH 85 mVrms)
Outputs: 1.6 Vrms (std) 11 Vrms (max), Balance (Canon), unbalance (RCA pin Jack)
RIAA accuracy: ±1.5 dB (20Hz – 15000 Hz)
Power consumption: 70 VA
Dimensions (W x H x D): 460 x 170 x 410 mm
Weight: 43,5 kg
System used in this test:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– Preamplifier: Reimyo CAT – 777 MK II
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL ISIS
– Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
– IC RCA: Hiriji „Milion”
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA
Najnowsze komentarze