Monthly Archives: październik 2016


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Kiedy wiosną tego roku warszawski Hi-Fi Club uszczęśliwił nas (i piszę to bez najmniejszego cienia złośliwości) dzielonym, wycenionym na niemalże okrągłe 100 000 PLN zestawem VTLa w składzie TL-5.5 Series II Signature + S-200 Signature uznaliśmy jednogłośnie z Jackiem, że po takim wstępie trzeba uzbroić się w cierpliwość i tylko wypatrywać okazji, by w możliwie sprzyjających okolicznościach przyrody wstawić do naszego OPOSa topowe TL-7.5 SERIES III z S-400 SERIES II, bądź … SIEGFRIED SERIES II. Niby High-End to nie wyścigi, ani konkurs piękności, ale po prostu byliśmy, i nadal jesteśmy ciekawi (to z kolei niezobowiązująca aluzja w kierunku dystrybutora), jak te amerykańskie smoki wypadłyby na tle równie imponującego seta Octave Jubilee. Traf jednak chciał, że w międzyczasie zaczęliśmy uważnie przyglądać się segmentowi konstrukcji zintegrowanych i po kilku przykładach opartych na tranach postanowiliśmy wziąć na warsztat jakąś lampę i … wzięliśmy – jedyną w ofercie VTLa integrę o symbolu IT-85. Może nie jest to konstrukcja nowa i w jakimś stopniu przełomowa, ale warto czasem zejść na ziemię i posłuchać „klasyki”, która może niepostrzeżenie, ale jednak sukcesywnie poddawana jest delikatnym zmianom.

Pierwsze wzmianki o IT-85 kojarzę gdzieś z okolic 2001 r. Jak na tamte czasy dość brutalne wzornictwo z masywnym, przypominającym opiekacz / piecyk gazowy frontem robiło naprawdę imponujące wrażenie. Jak jednak widać na załączonych zdjęciach integra przeszła dość gruntowny lifting i obecnie prezentuje się zdecydowanie mniej kontrowersyjnie. Jednak pomimo swoich niezaprzeczalnie kompaktowych gabarytów nie zatraciła nic z firmowej linii wzorniczej i nadal jest … zaskakująco ciężka. Niemalże trzydzieści kilogramów w tak zwartej bryle upodabnia ją do małego pitbulla i uprzedzając nieco fakty jedynie nieśmiało napomknę, że owo „napakowanie” również słychać. Ale skupmy się, przynajmniej na razie, na walorach czysto wizualnych i wrażeniach organoleptycznych.
Płyta czołowa jest jedną z natywnych cech amerykańskich pieców i wystarczy dosłownie jeden rzut oka, aby wiedzieć, że właśnie z rasowym VTLem mamy do czynienia. Elegancko wymodelowany płat szczotkowanego aluminium dostępny w czerni, bądź naturalnej szarości w swej centralnej części mieści pokaźnych rozmiarów panoramiczne, lekko przydymione okno z firmowym nadrukiem chroniące ukryte ze nim szklane bańki.
Tuż pod nim wygodnie umościły się ułatwiające obsługę: obrotowy selektor wejść, gniazdo słuchawkowe ze stosownym przełącznikiem hebelkowym odcinającym wyjścia głośnikowe, gałkę regulacji głośności, kolejne dwa hebelki odpowiedzialne za uaktywnienie wejścia na procesor, oraz wyciszenie, oczko czujnika IR i masywny włącznik główny. Krótko mówiąc mamy wszystko to, co 99.9% populacji jest potrzebne do szczęścia. Patent z lampami ukrytymi za szybą docenią nie tylko rodzice małoletnich szkrabów, ale i posiadacze wszelakiej maści zwierzaków, bo choć rozżarzone bańki widać, to krzywdy ani im, ani tym bardziej sobie dać się nie za bardzo da. To tak jakby znaleźć sposób, żeby zjeść ciastko i cały czas mieć ciastko.
Pokrywa górna a dokładniej klasycznie pozaginany, gęsto perforowany profil stanowiący solidny „klosz” dla płaszczyzny nośnej z zamontowanymi trafami, kondensatorami i oczywiście ukochaną szklarnią utrzymują na miejscu po dwie śruby z każdego boku i kolejne dwie, tym razem ze łbami imbusowymi na froncie. Ściana tylna, czyli tak naprawdę jak to w lampowcach bywa dość wąski pas wzdłuż dolnej krawędzi wręcz oszałamia bogactwem oferowanego asortymentu. Znajdziemy tam bowiem nie tylko masywne zakręcane terminale głośnikowe (zero irytujących kołnierzy i innych tego typu wynalazków, które jeszcze niedawno w przypadku 85-ki miały miejsc), ale i pięć par wejść liniowych, pętlę magnetofonową, wejścia na procesor i wyjście z przedwzmacniacza. Oczywiście wszystko w standardzie RCA, bo XLRy w VTLu pojawiają się dopiero na nieco wyższej półce, ale nie ma co rozpaczać, bo całość rozplanowana jest naprawdę z rozmysłem, dzięki czemu przewody głośnikowe nie plączą się z wpiętym w umieszczone na przeciwległym skraju gniazdo kablem zasilającym a i interkonekty nie powinny narzekać na zbytni tłok. W dodatku górna część płyty tylnej, na której umieszczono terminale głośnikowe nachylona jest pod kątem 45 stopni, dzięki czemu bez problemu podpiąć można nawet ciężkie i masywnie zakończone przewody. Co ciekawe, zamiast, jak to zwykle w lampowcach bywa, zastosować odrębne odczepy dla kolumn 4 i 8 Ω zdecydowano się na pojedyncze wyjścia zoptymalizowane dla obciążenia 5 Ω. Słowem jest nieco inaczej niż u konkurencji, ale zapowiada się dobrze.
Po zdjęciu ochronnej klatki zyskujemy dostęp nie tylko o samych lamp, o których za chwilę, lecz również do manualnych pokręteł do ustawiania prądu spoczynkowego lamp mocy. Jeśli zaś chodzi o wspomnianą szklarnię to reprezentują ją cztery pentody EL34 Electro Harmonixa, dwie podwójne triody ECC82 (pierwszy stopień wzmocnienia) i cztery ECC81 (sterujące i odwracacz fazy). Wszystkie maluchy pochodzą od JJ-a. Jak widać nikt w Stanach nie silił się na oryginalność i wysublimowane NOS-y, implementując powszechnie dostępne a przy tym możliwie budżetowe lampy, więc i pole do popisu dla domorosłych tweakerów jest naprawdę spore.
Na wyposażeniu nie zabrakło za to prostego pilota umożliwiającego jedynie regulację głośności i wyciszenie.

Przechodząc do brzmienia pragnę odwołać się do wcześniej nadmienionej kynologicznej analogii. Otóż 85-ka pomimo klasycznych i będących symbolem nie tylko muzykalności, ale po prostu „ładnego grania” EL34-ek na pokładzie przejawia cechy właściwe wspomnianym młodym pitbullom. Jest zarazem spontaniczna, muskularna i zaskakująco zwinna, szybka. To nie jest rozmemłane, wręcz lepkie granie do puszczania audiofilskich smętów i repertuaru jaki można usłyszeć w hotelowych windach. Oczywiście i takie „muzaki” VTL zagra, ale zdecydowanie lepiej poczuje się w swoich rodzimych klimatach. W celu weryfikacji z pełnym przekonaniem polecę „La Futura” ZZ Top lub „Dust Bowl”, gdzie na wiośle przepięknie szyje Joe Bonamassa. To takie surowe, wręcz szorstkie – męskie granie, jednak podszyte niesamowitym ładunkiem emocjonalnym, co tytułowa integra z niezwykłą swobodą nie tylko oddaje, ale i dodatkowo podkręca nieco drajw. Jest nieco twardziej niż zazwyczaj, ale przez to bardziej autentycznie. W damskich wolakach z Beth Hart („Bang Bang Boom Boom”), czy  Sharon den Adel (Within Temptation – „An Acoustic Night At The Theatre” ze szczególnym akcentem na fenomenalny duet z Anneke van Giersbergen na „Somewhere”) na czele sporo zyskuje „charakterność”, słychać, że przy  mikrofonie stoi kobieta z krwi i kości, co z niejednego pieca chleb jadła i życie zdążyło odcisnąć na niej i jej głosie swoje piętno a nie plastikowa wydmuszka stworzona przez dział marketingu któregoś z koncernów wydawniczych.
Skupiając się na średnicy nie sposób nie zauważyć, że VTL nie jest tak gęsty, nasycony, jak oparty również na EL34 Air Tight ATM-1s. Niby różnica między obiema konstrukcjami nie jest może jakaś kolosalna, ale Japończyk potrafi nieco lepiej stworzyć klimat, poczarować barwą, czy tu i ówdzie kapnąć nutkę słodyczy. VTL jest bardziej bezpośredni, idzie na żywioł nie siląc się w nawet najmniejszym stopniu na próby doszukiwania się w reprodukowanym repertuarze drugiego dna. Po prostu gra to, co dostaje i jeśli pomiędzy „złapanymi” w ramach projektu muzykami nie było chemii, to i z głośników jej nie usłyszymy. Co ciekawe taka bezpośredniość wcale nie oznacza piętnowania jakości materiału źródłowego, gdyż nawet ewidentnie spaprane technicznie płyty, ale mające w sobie „to coś” potrafiły przykuć mnie na długie minuty do fotela, a za to komercyjne muzaki odrzucały już po pierwszych kilku taktach. Dlatego też zdecydowanie częściej podczas bytności 85-ki usłyszeć można było u mnie „The Joshua Tree” U2 niż promowane obecnie w największych rozgłośniach pseudo gwiazdki. A tak swoją drogą coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że w czasach, gdy do mikrofonu dopuszczani ludzie o jak to się ładnie mówi „radiowej urodzie” muzyka była zdecydowanie lepsza. Państwo też tak mają?
Niuanse odpowiedzialne za odwzorowanie akustyki pomieszczeń, w jakich dokonano nagrań może nie są marginalizowane, ale trudno uznać je za jakoś specjalnie traktowane, co przy części repertuaru barokowego, czy generalnie bazującego na tego typu efektach może nieco osłabiać ich przekaz.
Można również uznać, że 85-ka, jak na lampowca gra niezwykle liniowo. Żaden z podzakresów nie wyrywa się przed szereg i nie próbuje zbytnio skupiać na sobie uwagi, przez co dość łatwo można uznać, że jest konstrukcją na tyle uniwersalną, że z powodzeniem powinien odnaleźć się praktycznie w każdych warunkach. Nie poraża może rozdzielczością i holograficzną przestrzennością rodem z SETów opartych na 300B, czy też 2A3 i nie potrafi złapać tak żelaznym uściskiem jak konstrukcje czerpiące moc z coraz popularniejszych KT150, ale z tymi ostatnimi z powodzeniem nawiązuje równorzędną walkę jeśli chodzi o szerokorozumianą muzykalność. Owe lekkie poluzowanie najniższych składowych słychać szczególnie przy gęstych i ciężkich aranżacjach, jakich np. nie brakuje na „Endless Forms Most Beautiful” Nightwish, czy „In Requiem” Paradise Lost, lecz czytając powyższe uwagi warto brać pod uwagę, że VTL miał u mnie mocno pod górkę, gdyż do wysterowania były Gaudery Arcona 80, których efektywność sam producent określa mianem „wystarczającej”.

Wbrew pozorom, a przede wszystkim wbrew nieco krytycznym uwagom końcowym uczciwie muszę stwierdzić, że najmniejszy z VTL-i sprawił mi nie lada niespodziankę i wiele radości. Spokojnie bowiem można uznać, że przy zupełnej bezobsługowości oraz świetnej ergonomii wystarczy tylko dobrać odpowiednie kolumny do ulubionego repertuaru, warunków lokalowych i zmysłu estetycznego Małżonki a potem cieszyć się muzyką przez długie lata. Natomiast jednostki lubiące eksperymentować mają w tym momencie całkiem spore pole do popisu, gdyż standardowo zamontowane lampy aż proszą się o jakieś bardziej zacne zamienniki, co całe szczęście w przypadku IT-85 wcale nie oznacza konieczności wyłożenia małej fortuny.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Bryston BDP-π
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Przedwzmacniacz liniowy: Chord CPA 3000
– Końcówka mocy: Chord SPM 1200 MkII; Ayon Spirit PA
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Są takie marki w naszym audiofilskim światku, które bez względu na pułap cenowy w jakim pozycjonują swój produkt, kolokwialnie mówiąc zawsze spadają na cztery łapy. Co to oznacza? Nic innego, jak pewien spokój potencjalnego klienta o końcowy efekt soniczny nieraz w dość przypadkowych okolicznościach. Jest to o tyle ciekawe, że jeśli nawet w konfiguracji z już posiadaną układanką nie zaliczymy pełnego rodem z bajek Disneya synergicznego szczęścia, to uzyskany wynik będzie co najmniej dobrych, żeby nie powiedzieć wysokich lotów. Owszem, czasem porażki mogą się zdarzyć, ale zwalałbym to  raczej na kark bezmyślnej nonszalancji połączeniowej początkującego melomana, że wszystko co drogie musi zagrać ze wszystkim, aniżeli na błąd konstrukcyjny produktu danego brandu. I wiecie co? Właśnie z podobnym, z większości bojów wychodzącym z tarczą producentem będziemy mieli przyjemność się dzisiaj bliżej zaznajomić. O kogo chodzi? Miło mi przedstawić przybysza zza wielkiej wody, czyli znaną wszystkim przynajmniej średnio zaawansowanym słuchaczom muzyki w dobrej jakości amerykańską markę VTL ze swoim otwierającym portfolio modelem IT – 85, której dystrybucją na naszym rynku zajmuje się  nie kto inny, jak warszawski Hi-Fi Club.

Spoglądając na prezentowane zdjęcia łatwo zauważyć, że gość zza oceanu trochę przecząc utartej przez rodaków megalomanii gabarytowej jest stosunkowo niewielki. Jednak gdy zapragniemy bez przygotowania psychicznego dokonać swawolnego przestawienia go w inne miejsce, okaże się, że może duży nie jest, ale nie oddając pola europejskiej konkurencji swoje waży. Ważnym aspektem wizualnym jest udana próba ubrania lamp w nadającą ciekawy efekt obudowę. Jej front jest czymś w rodzaju okalanego srebrną ramką sporej wielkości wizjera, za którym widać zastosowane w układzie elektrycznym lampy elektronowe. Niestety, owe okienko jest na tyle mocno przyciemniane, że dopiero nocą bursztynowe szklanki są w stanie oddać nam co nieco ze swoich walorów wizualnych. Dobrym posunięciem producenta jest również unikanie przeładowania przedniego panelu serią manipulatorów. Dlatego też znajdziemy na nim jedynie dwie gałki (lewa selektor wejść, prawa głośności), gniazdo z włącznikiem inicjującym ścieżkę dla słuchawek, przełącznik aby tę z założenia  integrę wykorzystać w trybie końcówki mocy, hebelek MUTE i prostokątny włącznik. Z uwagi na bardzo gęste wykorzystanie wnętrza wzmacniacza przez układy elektryczne wszystkie ścianki obudowy (tylna , boczne i dach) są mocno ażurowymi, oddającymi ciepło płaszczyznami. Tylny panel zaś, trochę nietypowo wykorzystujący jedynie najniższe parcele pleców oferuje naprawdę imponujący  zestaw wejść analogowych. Co prawda wszystkie są w standardzie RCA, ale oprócz nich dostajemy jeszcze przelotkę  PRE OUT, TAPE OUT i PROC AMP IN. Ale to nie koniec wyliczanki, gdyż oferta zaplecza przyłączeniowego obejmuje dodatkowo – po osobistym aplikowaniu urządzenia w tor śmiało mogę powiedzieć  – usytuowane trochę zbyt blisko siebie pojedyncze terminale głośnikowe i gniazdo zasilające. Jak widać, niby mała powierzchnia, a propozycji mnóstwo.

Proces testowy odbył się dość standardowo, gdyż nasz IT-85 był tak pożądanym przez kolegów z klubu urządzeniem, że jego start w moim zestawie poprzedziła sesja wyjazdowa. Ostatnimi czasy zmieniliśmy lokum i co za tym idzie całkowicie tor porównawczy. Co prawda zdążyliśmy się już go „nauczyć” – czytaj poznaliśmy jego sposób prezentacji, ale gdy poprzednia konfiguracja stawiała pretendentów do laurów przed spotkaniem z zestawem przetworników aluminiowych, to tym razem ze wzrostem wyrafinowania zestawienia zmieniły się również kolumny, które teraz są ostoją muzykalności za cenę skrajów pasma – trochę przejaskrawiam, ale tak mniej więcej to odbieram. Zatem z jakiej strony pokazał się VTL w nowym dla nas towarzystwie? Pierwsze co rzuciło się wszystkim w ucho, była wstrzemięźliwość w przypisanemu lampom EL34 przesłodzeniu muzyki. Zgromadzone tego wieczora gremium rzekło nawet, iż w porównaniu do swoich braci z podobnymi szklanymi bańkami Amerykanin jest pewnego rodzaju suchotnikiem. Oczywiście było to zamierzone przewartościowanie sytuacji, ale z pewnością zdradzał duże tendencje ucieczki przed zaszufladkowaniem go do worka zatytułowanego: „Lejący się z kolumn lukier”. Jeśli chodzi zaś o ogólny sposób generowania sceny muzycznej, zgodnie stwierdziliśmy, że gra ciemnymi, trochę nieśmiałymi w oddaniu ilości informacji wydarzeniami muzycznymi. To w wielu przypadkach będzie ratunkiem dla potrzebującego nieco uspokojenia w swoim systemie audiofila, ale mimo, iż w tej konfiguracji był zbędny, przekaz nadal wypadał co najmniej ciekawie. Dlatego niejako puentując spotkanie wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, iż piecyk z tej znamienitej manufaktury w stosunku jakość-cena grał dobrze. Dlaczego? Oczywiście w klubie jest kilku lampiarzy i gdy we wnętrzu 85-ki zobaczyli będące ofertą startową rosyjskie lampy, wiedzieli, że przy takim podaniu dźwięku i tak maluch poszalał z jakością, co po implementacji zdecydowanie lepszego seta bursztynowych słoików z pewnością pozwoliłoby mu nawet nas zaczarować.

Gdy nadszedł czas spotkania z moimi zabawkami, okazało się, że owszem rozjaśnić bardzo się nie rozjaśnił, ale trochę zadziorniej grające na skrajach pasma kolumny TRENNER&FRIEDL i dzielony CDek Reimyo pozwoliły mu pokazać kila fajnych szczegółów muzycznych.  Zacząłem z wysokiego „C” i w napędzie wylądowała włoska muzyka dawna „Dialoghi a Voce Sola”. To ciekawe, ponieważ przy niezbyt dobrym naświetleniu proporcjonalnie rozbudowanej tak  wszerz, jak i w głąb sceny muzycznej, podczas przekazu muzycznego cierpiały jedynie nadające intymności słuchanym utworom efekty związane z kubaturą kościelnego wnętrza. Z jednej strony nie ma się co dziwić, że pokazał pewne niedociągnięcia,  gdyż to zaledwie początek oferty, jednak z drugiej, gdyby w owych niedostatkach był zdecydowanie swobodniejszy w górnych rejestrach, może echo podszyte byłoby lekkimi zniekształceniami, ale wolałbym tak, niż domyślać się, czy mam do czynienia z nagraniem studyjnym, czy w realnej budowli. Naturalnie trochę przewartościowuję sprawę, ale jak inaczej niż lekko wynaturzając daną sytuację pokazać Wam w czym rzecz? I gdybym na zakończenie spotkania z tą płytą miał znaleźć inne minusy, to chyba jedynie wspomniana lekka utrata znanego z codziennego życia oddechu dobiegających do mnie fraz dźwiękowych była aspektem, nad czym mógłbym pomarudzić, ponieważ znane wszystkim lampiarzom EL34 bez względu na fakt unikania przesłodzenia i tak w kwestii kolorytu przekazu zrobiły dobrą robotę. Kolejnym krążkiem był materiał stricte elektroniczny spod bandery Massive Attack „Mezzanine”. Rozpoczynający płytę kultowy kawałek „Angel” swoim pulsującym basem bez problemów masował moje wnętrzności i w tym momencie muszę przyklasnąć jankesowi, gdyż bez względu na poziom głośności robił to bez większej zadyszki. Może tracił lekko na wyrazistości wszelkich przesterów – przypominam o nadaniu dźwiękowi gładkości i lekkiego przygaszenia światła i ostrości rysowania niskich tonów, ale po przekroczeniu punktu „G” z gałką VOLUME wszystko i tak było mi już obojętne. Ważne, że się nie dusił, tylko z radością wbijał mi w mózg bębenki uszu. Nie wiem, skąd on miał w sobie tyle życia, ale Watt-y z lampy to inny świat niż z tranzystora, o czym w tym momencie miałem okazję się przekonać. Aby zakończyć test w miarę spokojnym, ale jednak konsekwentnie wyrafinowanym materiałem muzycznym swój wzrok skierowałem w stronę Larsa Danielsona i jego kompilację „Libera Me”. Efekt? Osadzenie w masie i koloryt poszczególnych instrumentów idealnie wpisywały się w mój zakres tolerancji. Co prawda ostatnimi czasy w konsekwencji zderzania się z topowymi konstrukcjami audiofilskiego świata lekko skręcam w stronę równowagi tonalnej, ale na chwilę obecną nie oddaję jeszcze zbyt ochoczo przyjemności słuchania, jaką daje mi barwa na rzecz trącającej bezdusznością poprawności politycznej. Dlatego też w tym aspekcie bez problemów emocjonalnych stawiam VTL-owi oceną pozytywną. Zatem gdzie widzę niedociągnięcia? Może nie są to niedociągnięcia, tylko pewien sznyt brzmieniowy, ale brakowało mi tego zdiagnozowanego już w pierwszym klubowym odsłuchu blasku. Nie było źle, ale ta płyta aż kipi od przeszkadzajek i tego typu dodatków a delikatne ostudzenie górnego zakresu niestety odciskało swoje piętno. Innym maleńkim minusikiem był kontur niskich rejestrów. Jednak co ciekawe, gdy niespecjalnie cierpiał na tym fortepian, to już kontrabas grał bardziej pudłem niż struną. Dlaczego akurat przy tej płycie tak się pastwię? To jest majstersztyk realizacyjny i gdy w muzyce dawnej nie wycina się instrumentów z tła tak ostrą kreską, to już wycyzelowany ECM-owski jazz jest w tym mistrzem świata – oczywiście daleko mu do Stockfischa i innych tego typu wytwórni. Puentując ten krążek i patrząc na przekaz całościowo nie widzę większych odstępstw od tego, co w ogóle jest w stanie wskórać z kilkukrotnie droższym piecem  każdy chcący błysnąć w procesie testowym tak nisko pozycjonowany sparingpartner. Dlatego też jednym zdaniem rzekłbym, że wzmacniacz zza oceanu jest bardzo spójnie grającym klockiem, a wszelkie wyartykułowane za i przeciw opisane są po to aby dać Wam bardzo dużą paletę informacji z czym go konfigurować.

Ciekawe, taki maluch, a w muzyce elektronicznej pokazał tyle ducha. Co więcej, w dawnej kameralistyce również walczył bardzo dzielnie. Oczywiście miał pewne niedoskonałości, ale nie oszukujmy się, w takim repertuarze wykładało się wielu i to zdecydowanie droższych konkurentów. I gdy na koniec w kontrze do dwóch poprzednich przytoczę płytę kontrabasisty (Lars Danielson), trzeba powiedzieć, że grający pierwsze skrzypce instrument  stawia tak wysoko zawieszoną poprzeczkę, że lekki poślizg na tym pułapie cenowym jest czymś naturalnym. Gdzie zatem widzę 85-kę? Proszę bardzo. Jeśli nie macie zbyt ociężałego dźwiękowo systemu, z pewnością nie zaszkodzi zapoznać się z jego możliwościami sonicznymi. Natomiast, gdy codzienne słuchanie muzyki powoduje u Was pękanie szkliwa na zębach, VTL jest wręcz panaceum na całe tnące powietrze żyletkami zło. Niestety, aby dostać wiarygodną odpowiedź, czy ożenek z zaoceanicznym dżentelmenem jest wam po drodze, musicie skontaktować się z dystrybutorem. Ja ze swojej strony mogę powiedzieć tylko jedno, naprawdę warto spróbować, gdyż gra jest warta świeczki.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Hi-Fi Club
Cena: 22 000 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 2 x 60 W / 8Ω, 2 x 80 W / 4Ω
Lampy: 2 x 12AU7, 4 x 12AT7, 4 x EL34
Pasmo akustyczne: 1 – 75 kHz, -3dB
Czułość wejściowa: wejścia liniowe: 180mV; Amp in: 575mV
Impedancja wejściowa: wejścia liniowe: 20 kΩ, Amp in: 135kΩ
Impedancja wyjściowa:
    Amp out: 1.55 Ω,
    Słuchawki: 16 Ω,
    Preamp out: 400 Ω
Zalecana impedancja słuchawek: 50-500Ω
Pobor mocy: 200W w spoczynku, 600W przy pełnej mocy
Wejścia: 5 par gniazd RCA
Wymiary (Sz. x Gł. x Wys.): 40 x 28 x 17.75 cm
Waga: 29.5 Kg

 System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
– Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Choć tytułowy terminal zasilający o jakże elektryzującej i działającej na zmysły nazwie FP-SWS-D Box R od dawna jest na rynku a tuż za miedzą czai się jego najnowsza wersja, w której gniazda rodowane zastąpiono odpowiednikami wykonanymi w technologii NCF teoretycznie powinniśmy albo odgrzewać stary kotlet, albo ze stoickim spokojem czekać na pachnącą fabryką świeżynkę. Traf jednak chciał, że dzięki uprzejmości zarówno samego producenta, jak i operatywności polskiego dystrybutora – katowickiego RCM-u, dotarł do nas testowo – ptototypowy egzemplarz posiadający oba typy gniazd. Jeśli w tym momencie zastanawiają się po co komu taka dziwaczna hybryda to na potrzeby niniejszego, jak i jemu podobnych testów uważam, że Japończycy powinni wraz z boxem dołączać również zaczerpniętą z polskiej klasyki komedii parafrazę: „To jest box na miarę naszych możliwości. My tym boxem otwieramy oczy niedowiarkom! Mówimy: to jest nasz box, przez nas zrobiony, i to nie jest nasze ostatnie słowo!”. Piszę to całkowicie na serio a żartobliwy cytat został użyty jako wręcz idealnie pasujący do zaistniałej sytuacji, gdyż w tym wypadku usłyszeć znaczy uwierzyć a mając w jednej obudowie „stare”  – standardowe gniazdo i jego nowszą wersję wystarczy się przepiąć i wszystko powinno być jasne. Z resztą ekipa Furutecha najwidoczniej uwielbia takie bratobójcze pojedynki, gdyż zaledwie rok temu uznała, że dobrze byłoby pokazać, co tak naprawdę znaczy i ile do dźwięku wnosi sama konfekcja zamieniając na jednym z moich dyżurnych  FP-3TS762 standardowe wtyki FI-28R / FI-E38R na przewyższające wartość samego przewodu FP-3TS762 / Fi-50 NCF. Z rezultatu tych działań zdążyłem się już wyspowiadać, więc tym razem powtarzać się nie będę  i jedynie zaproszę do lektury kilku uwag o tym, co technologia NCF ma do zaoferowania w segmencie gniazd zasilających.

Opis zarówno wrażeń organoleptycznych, jak i zawiłości technologicznych tym razem nie będzie zbyt rozwlekły, ale uznałem, że na kilka niuansów warto zwrócić uwagę. Jak widać,  przynajmniej mam taką cichą nadzieję, na załączonych zdjęciach iż dostarczona na testy wersja D Boxa różni się i to w dodatku na korzyć od ogólnodostępnej. Pierwsze co przyciąga uwagę to poprawienie walorów wizualnych aluminiowego korpusu poprzez dodanie na górnej płaszczyźnie roboczej eleganckiej ramki wykonanej ze stopu aluminium pokrytego karbonem. Patrząc na ten aspekt od strony obecnego portfolio Furutecha można domniemywać iż po prostu wykorzystano nie tylko „wsad” świetnego, podwójnego gniazda FT-SWS-D (R), w którym jeden terminal przyłączeniowy zastąpiono wersją NCF, lecz również jego przepiękny szyld. Sam terminal jest oczywiście wyposażony w pasywny filtr wykorzystujący autorską ”Formułę GC-303″, redukującą fale elektromagnetyczne generowane wewnątrz obudowy.
Dla osób chcących potraktować temat jeszcze poważniej i do minimum zredukować ilość zbędnych połączeń przewidziano również wersję przeznaczoną do montażu natynkowego – pozbawioną zasilającego gniazda IEC i przystosowaną do założenia na „gołym” przewodzie. Nosi ono symbol FP-SWS-D WallBox R i jest przy okazji nieco tańsze. Można też po prostu pójść na całość i po prostu założyć topowe gniazdo podtynkowe FT-SWS(R) NCF.

Przechodząc do części poświęconej walorom brzmieniowym tytułowego ustrojstwa warto mieć na uwadze, że nie startujemy z poziomu zero, czyli bardzo często wręcz podeweloperskiej spuścizny w postaci zwykłego, ordynarnego hipermarketowego gniazdka, lecz do niedawna topowego Furutech FT-SWS(R). Z premedytacją piszę „do niedawna”, gdyż obecna wersja posiada już zaimplementowaną technologię NCF, czym moje pochwalić się nie może.  Jednak nie wchodząc bardziej w szczegóły warto mieć po prostu świadomość z jakiego pułapu startujemy i tyle. Niby drobiazg a już na tym etapie dokonuje się samoistnej eliminacji tych, którzy po prostu nie wierząc, bo jeśli również nie słysząc, to wizyta u laryngologa wydaje się koniecznością, klikają krzyżyk zamykający stronę i pozostałą część naszych czytelników, którzy nawet jeśli do tej pory nie słyszeli, to z dużą doza prawdopodobieństwa, by ten stan możliwie szybko zmienić poczynią stosowne kroki. Jednak ad rem. Od wspomnianego gniazda ściennego do tytułowego Boxa biegł zakonfekcjonowany wtykami Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) przewód Furutech FP-3TS762 a dalej już to co w stopce.
W ramach rozgrzewki zamiast audiofilskich usypiaczy sięgnąłem po „Edge Of Thorns” Savatage, gdzie melodyjny metal przeplata się z lirycznymi balladami w starym, bądź co bądź album ma prawie 25 lat, dobrym stylu. Zdając sobie sprawę z dość mało referencyjnej jakości materiału źródłowego skupiałem się jednak nie na jakości jako takiej, lecz zdolności, umiejętności w oddaniu, klimatu, nastroju i przede wszystkim dynamiki zapisanych na tym krążku. Nie wiem jak to wygląda u Państwa, ale ostatnimi czasy zaobserwowałem u siebie pewne reakcje alergiczne na coś, co powszechnie i potocznie określane jest mianem „mulenia”, czyli utraty drajwu i motoryki, zwolnienie tempa a czasem również rozmazaniem, rozmyciem konturów. Nie muszę zatem dodawać, że tego typu materiał wydaje się być do weryfikacji ewentualnych zmian o opisanym powyżej charakterze całkiem przydatny. Dlatego też dla uwiarygodnienia wyników oprócz powyższego starocia wykorzystałem o niebo lepiej zrealizowany i dostępny również w postaci plików 24 bit/96 kHz „House of Gold & Bones Part 1” Stone Sour. Pierwsze odsłuchy prowadzone na gnieździe „zwykłym” nie przyniosły znaczących różnic ponad to, czego można było spodziewać się po wpływie samego przewodu i zdublowaniu ilości gniazdek, które również co nieco do poprawy walorów sonicznych poprzez wrodzoną swobodę i naprawdę świetną dynamikę wnoszą.
Przepięcie się na NCFa w pierwszej chwili wywołało moją delikatną konsternację, gdyż na pierwszy rzut ucha przekaz uległ delikatnemu, ale jednak zauważalnemu przyciemnieniu. Jednak po chwili akomodacji ocenę zmian zmuszony byłem zredefiniować. Przede wszystkim wstępnie określone mianem przyciemnienia zjawisko objawiało się teoretycznie oczywistym zmniejszeniem nieczytelnego obszaru w górze pasma, jednak sam proces odbył się nie poprzez obcięcie, wygaszenie najwyższych składowych, lecz poprzez wyciągnięcie ze „świateł” niedostrzegalnych wcześniej detali. W rezultacie słychać było de facto więcej a jedynie strefa nieczytelności uległa zawężeniu. Może na „papierze” nie wygląda to zbyt logicznie a wręcz może sprawić wrażenie mocno zagmatwanego, ale tak właśnie było. Fotograficzną analogią powyższego zjawiska jest różnica pomiędzy zdjęciem (prawidłowo) wykonanym/wywołanym w technice high key a po prostu prześwietlonym. Prześwietlone będzie na pewno jaśniejsze, lecz widać na nim będzie mniej aniżeli na high key’owym.
Podobnie sprawy mają się z przeciwległym skrajem pasma. Graniczna linia poniżej której bas jest li tylko bezkształtna, ale wręcz bardziej odczuwalnym aniżeli słyszalnym zjawiskiem została przesunięta o całkiem ładny „kawałek w dół”. Czyli znów szukając fotograficznych analogii obcujemy z techniką low key a nie ze zwykłym niedoświetleniem. W dodatku i jest to raczej celowy zabieg konstruktorów a nie efekt przypadku, pozbywamy się zwyczajowej granulacji, szumu w których giną detale, niuanse, kontury.
Słyszymy zatem więcej tam gdzie do tej pory wydawało się, że nie ma niczego oprócz czarnej otchłani. Szalenie zyskują na tym nagrania w stylu morderczego dla większości systemów „BBNG2” BadBadNotGood, czy „Mondo Head” Kodō.
I jeszcze jeden, mający niebagatelny wpływ na globalny charakter zaobserwowanych zmian szczegół. Chodzi mianowicie o przestrzeń, jednak nie o sposób jej kreowania, bo to pozostaje bez zmian a tzw. głębokość sceny. Niby poprawienie czytelności i zwiększenie ilości elementów widocznych, rozpoznawalnych w dalszych planach wydaje się być oczywiste przy wspomnianej ewolucji skrajów pasma, ale moim zdaniem warto opisać to osobnym zdaniem. Ot dla pewności, żeby przypadkiem nie umknęło, bo gdy usiądziemy wreszcie wieczorem i wsłuchamy się w nasze ulubione nagrania nagle okaże się, że dystans dzielący ostatni rząd muzyków od ściany jest nieco większy niż dotychczas, dzięki czemu dźwięki wygasają odrobinę dłużej, płynniej, bardziej naturalnie.

Na pytanie kiedy tytułowy FP-SWS-D Box w pełnej wersji NCF trafi na sklepowe półki niestety nie znam odpowiedzi. Jednak jeśli nie chcecie Państwo czekać, na początek i praktycznie „na już” proponuję inwestycję w choćby jedno podtynkowe gniazdo FT-SDS(R) NCF, co niejako powinno już na starcie ustawić kierunek dalszych zmian w zasilaniu Waszych drogocennych systemów. Może zmiany nie będą aż tak spektakularne, żeby zacytować Neila Armstronga („To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”), lecz na pewno nie tylko je usłyszymy, ale zapragniemy więcej.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Einstein The Amp Ultimate
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; DoAcoustics 202
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
–  Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Jeśli umknęło to Waszej uwadze, chciałbym przypomnieć, iż od jakiegoś czasu wespół z Marcinem staliśmy się pewnego rodzaju beta-testerami znanego na całym świecie japońskiego koncernu kablarskiego. Nie wierzycie? Weryfikacja jest prosta. Nie będę zbyt daleko sięgał pamięcią, gdyż wystarczy rzut okiem na aktualną ofertę polskiego dystrybutora i gdy spojrzycie na najnowsze wcielenie topowego kabla sieciowego POWER FLUX w odmianie NCF, którego nie było jeszcze w ofercie podczas wystawy w Monachium, mogę zdradzić Wam, iż my testowaliśmy go już wczesną wiosną. Powiem więcej, nie było go nawet w rozdawanych na wspomnianej imprezie folderach reklamowych, o opiniach w światowych periodykach nie wspominając. Jak to się stało? Tak prawdę mówiąc nie mam najmniejszego pojęcia co zaważyło na takiej decyzji. Może siła perswazji naszego dystrybutora, może unikanie wystawiania w dłuższym terminie rozliczeniowym często szkodzących laurek, a może najnormalniej w świecie fakt sporej ilości recenzji sprzętu z najwyższej półki. Nie wiem, zdecydujcie sami. Ale wystarczy autopromocji, przechodzimy do konkretów, czyli porównania dwóch wersji topowego gniazdka przywołanej przed momentem marki w dotychczas dostępnej wersji FT-SDS(R) z jego najnowszym niebędącym jeszcze w ofercie wcieleniem FT-SDS(R) NCF. Oczywistą sprawą jest, iż całe przedsięwzięcie odbyło się dzięki katowickiemu RCM-owi, który specjalnie do tego celu przygotował dwu-gniazdkowy moduł FP-SWS-D Box.

Jak widać na załączonych fotografiach, użyty dla celów porównawczych, będący pewnego rodzaju rozgałęziaczem, wykonany z aluminium box szalenie ułatwia procedurę testową, gdyż każdorazowa wymiana gniazdka w ścianie wiązałaby się z dużym obciążeniem procesu oceny w domenie pamięciowej, a tak jednym szybkim ruchem przeskakujemy do znajdującego się obok sparingpartnera i dosłownie po kilkunastu sekundach siadamy do porównania. Jakich dokładnie zmian konstrukcyjnych dokonano w zaproponowanym do oceny gniazdku, na chwilę obecną mogę się tylko domyślać, ale z pewnością idąc za tendencją wdrażania do produkcji swoich produktów Nano-technologii, literka „N” zdaje się zdradzać ów trend. Nie deliberując zbytnio powiem tak, po odkręceniu górnego szyldu, gołym okiem wszystko wydaje się być podobne, a rzekłbym nawet identyczne, jednak weryfikacja nauszna stanowczo przeczy takiej teorii. To czym różnią się obie propozycje? Z pewnością walorami sonicznymi, które we w miarę przystępny sposób postaram się wyłożyć w poniższym tekście.

Ocenę spraw około-dźwiękowych rozpocznę od wizyty z naszymi bohaterami w warszawskim klubie KAIM. Co prawda raczej unikam nakłaniania klubowiczów do weryfikacji tak awanturogennych, jak gniazdka sieciowe komponentów, ale tym razem nie miałem nic z elektroniki. To była tylko awaryjna propozycja i gdzieś w duchu nie sądziłem, że temat mówiąc kolokwialnie zaskoczy, a tym bardziej, że spowoduje powstanie dwóch mających odmienne zdanie obozów. Ale nie różniliśmy się na zasadzie słyszę – nie słyszę, gdyż ów fakt zmian był może nie diametralnie zmieniający sygnaturę systemu, ale oczywisty. Wnioski? Występujące jeszcze jako flagowe w cenniku gniazdko rodowane zdecydowanie lepiej radziło sobie w skrajach pasma, gdy tymczasem jego następca stawiał na zwiększenie energii nieco masywniejszego, ale przy tym zdecydowanie bardziej rozdzielczego środka, porządkując tym sposobem oferowany w tym zakresie pakiet informacji. To wiązało się z odczuciem lekkiej temperacji iskry w blachach perkusji, ale zwolennicy nie odbierali tego jako degradację, tylko usunięcie pewnych zniekształceń. Ważnym aspektem takiego postawienia sprawy było budowanie tylnych planów. Scena mimo, że wydawała się mniej doświetlona, nagle dostawała więcej oddechu, a to sprawiało iż wyraźnie nabierała rozmachu w wektorze głębokości, co zawsze jest bardzo pożądane. I chyba taki obrót spraw spowodował, że oba obozy chwaląc gniazdo NCF za wspomniane dociążenie przekazu i łącząc się we wnioskach sugerowały, iż konsolidacja obu cech, byliby ukontentowaniem całej rzeszy melomanów bez względu na potrzeby ich zestawień. I na tym mógłbym zakończyć tę wyjazdową wizytę Japończyków, gdyby nie obowiązkowa wizyta u mnie. Przywołując tę część testu muszę zdradzić, iż do klubu pojechałem z pełną wiedzą o różnicach pomiędzy obydwoma gniazdkami. I gdy bardzo często zdarza się, że moje podejście testowe ma się nijak do KAIM-owego, to ten ostatni epizod całkowicie potwierdzał się w obu konfiguracjach sprzętowych, czyli stawianie na informacje w środku pasma przez nowy produkt. To zaś nausznie potwierdziło mi, że bez względu na pułap cenowy podłączanych urządzeń zmiany szły w tym samym, nawet z punktu widzenia klubowych oponentów dobrym kierunku, co w naszym świecie zdarza się niezwykle rzadko. Fakt, na pierwszy rzut ucha możemy odczuć cofnięcie się górnego zakresu, ale ilość dodatkowych informacji na średnicy powoduje, że mimo przygaszenia światła na scenie dzieje się na niej zdecydowanie więcej. Nie wiem, czy słuchaliście u siebie najnowszych interkonektów HIRIJI. Jeśli tak, to wiecie co mam na myśli. Jeśli jednak nie, to w prostych słowach powiedziałbym: „Dociążamy ale i otwieramy środek, w pierwszym momencie powodując odczucie mniejszego blasku górnego zakresu, co po upływie kilku płyt dla wielu okazuje się być bardzo pożądanym, bo zmniejszającym zniekształcenia efektem sonicznym. Oczywiście całość zmian należy przefiltrować przez sito zdecydowanie mniejszych skutków niż wymiana elektroniki, ale sama tendencja jest identyczna. Jak to wypada w codziennym użytkowaniu? Prawdopodobnie się zdziwicie. Najczęściej  dostajemy coś kosztem czegoś, gdy tymczasem w przypadku testowanego gniazda sprawa naprawdę rozbija się o eliminację brudów w górnych rejestrach, nic poza tym. Jeśli nie wierzycie, sprawdźcie dzisiejszego bohatera na nagraniach z lekką mgłą bez udziału pracujących w górze blach, a przekonacie się, że nagle woalka na średnicy zniknie i artysta postara się nie razić Was już więcej męczącymi sybilantami. Jasne, zawsze może zdarzyć się odczuwalna utrata w obydwu zakresach, ale po przywołanych w teście następujących po sobie dzień po dniu odsłonach raczej zwalałbym to na kark dużej ułomności danej układanki, a nie szkodliwości produktu oznaczonego symbolem NCF.

Na tym zakończę opis mojej przygody z kolejnym, stosunkowo niedawno wprowadzonym do oferty produktem Furutecha. Wszystkich posiadających już poprzedni wyrób wspomnianej marki nie będę namawiał do natychmiastowej wymiany całego „ogniazdkowania”, ale nawet dla spokoju ducha choć jedno powinniście sobie sprawić. Nie sądzę, żebyście coś na tym stracili, a może okazać się to strzałem w dziesiątkę. Jeśli jednak jesteście w trakcie decyzji o inwestycji sieciowej, warto spróbować obu opcji, a nie zdziwię się, gdy właśnie najnowszy japoński wyrób pchnie posiadaną wydawałoby się wręcz idealnie zestawioną układankę audio na nowe dźwiękowe tory. Kto wie?

Jacek Pazio

Dystrybucja: RCM
Ceny:
FT-SWS(R) NCF: 860 PLN
FP-SWS-D Box R: 2 145 PLN
FP-SWS-D WallBox R: 1 830 PLN
FP-SWS-D Box (R)NCF: w momencie publikacji jeszcze nieznana

System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Jak to zwykle w U22 bywa czwartki zarezerwowane są na cykl spotkań „Wieczór z Czarną Płytą”. Co prawda powyższe założenia są czysto teoretyczne, gdyż „winylowe czwartki” w Alejach Ujazdowskich potrafią wypadać praktycznie w dowolny dzień tygodnia. Tym razem jednak nie dość, że czwartek wypadł w czwartek, to i winylowa płyta była klasycznie, wręcz ortodoksyjnie czarna. W dodatku wraz z płytą pojawił się Gość i to wybitny.

Zacznijmy jednak od początku. Okazją do spotkania był uroczysty odsłuch albumu „Tutu” Milesa Davisa z w ramach „obchodów” trzydziestej rocznicy jego wydania. I w tym momencie dochodzimy do gościa z ww. albumem związanym. Z oczywistych i bezsprzecznie smutnych względów nie mógł być nim sam Miles, lecz mieliśmy to niewątpliwe szczęście, że organizatorom udało się nie tylko zaprosić ale i sprawić, że w U22 pojawił się Michał Urbaniak mający swój niewątpliwy udział w powstaniu „Tutu”.

Z perspektywy czasu i poniekąd częstotliwości naszych wizyt w U22 muszę przyznać, że większość zapraszanych gości po chwilowym, początkowym usztywnieniu dość szybko przestawia się z „trybu oficjalnego” na „domowy” i tym razem było podobnie. Pierwsze, kurtuazyjne pytania zadawane przez gospodarza – Piotra Welca niepostrzeżenie przeszły w coś, co z powodzeniem miałoby szanse stać się wielce intrygującym zaczynem do tzw. „wywiadu rzeki”. Po prostu Michał Urbaniak mogąc podzielić się swoim doświadczeniem, wiedzą i refleksjami czynił to w sposób niezwykle ciepły i naturalny a przy tym raz odblokowane wspomnienia płynęły na tyle wartkim strumieniem, że prawdę powiedziawszy można było słuchać  i słuchać, a samej, tytułowej płyty … posłuchać innym razem. No może bez przesady, ale patrząc na ilość dykteryjek i ciekawostek dotyczących największych legend światowego jazzu wczorajszy wieczór powinien mieć zdecydowanie szersze ramy czasowe, bo ani Michałowi Urbaniakowi przerywać, bądź nakłaniać do chwili oddechu przy muzyce nie wypadało a i samej  – oczywiście  genialnej muzyki nikt nie śmiał zagadywać.

Rozpieczętowane tuż przed spotkaniem, podwójne, jubileuszowe wydanie „Tutu” spoczęło na talerzu topowego EAT-a FORTE S uzbrojonego w 12” ramię C-Note i wkładkę Sumiko BLUE POINT SPECIAL EVO III, za wzmocnienie odpowiadała zaskakująco budżetowa w tym towarzystwie, niemniej jednak topowa, integra Denona PMA-2500NE a magiczne dźwięki płynęły ze zjawiskowych kolumn Sonus faber Elipsa. W tym pozornym mezaliansie był jednak głębszy sen, gdyż włoskie ślicznotki  wyciskały z japońskiej amplifikacji może nie siódme poty, ale wszystko co najlepsze.

Oprócz strawy duchowej nie zabrakło również doznań natury kulinarnej, o które zadbał Sakana Sushi Bar.

W międzyczasie odbyła się loteria wizytówkowa wielce atrakcyjnych nagród ufundowanych przez Horna a kulminacją wieczoru był pamiątkowy autograf.

Serdecznie dziękując za zaproszenie i gościnę szalenie cieszymy się, że „winylowe czwartki” tak pięknie ewoluują.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Tak na temat swojego dzieła wypowiada się producent: „Od dwudziestu lat zajmujemy się projektowaniem i budową produktów audio. Zawsze słuchamy opinii i uwag naszych klientów na całym świecie. Z biegiem czasu zauważyliśmy, że niektóre potrzeby klientów ulegają zmianie. W odpowiedzi na zapotrzebowanie audiofilów spojrzeliśmy innym okiem na wiele naszych produktów. Zaktualizowaliśmy niektóre z naszych najbardziej ukochanych i klasycznych wzorów. W najnowszej wersji legendarnego, zintegrowanego wzmacniacza PERFORMANCE  zwiększyliśmy moc, co razem z jego wyglądem stworzyło prawdziwą ikonę elegancji i nieprzeciętnych muzycznych przyjemności. Zarówno ten, jak i pozostałe produkty wywodzą się z dwóch dekad doświadczeń Unison Research, i gwarantują, że nowy PERFORMANCE to rzeczywiście znakomity wzmacniacz zintegrowany, który jest naszą dumą i może stać się dumą Użytkownika.”

SPECYFIKACJA TECHNICZNA:
· Stereofoniczny, lampowy wzmacniacz zintegrowany w układzie dual mono
· Stopień wyjściowy wzmacniacza w układzie single-ended paralel, ultralinearnym
· Wzmacniacz pracuje w czystej klasie A
· Moc wyjściowa: 45 W na kanał
· Impedancja wyjściowa: 4 – 8 Ohm
· Impedancja wejścia: 47 kOhm/50pf
· Wejścia liniowe: 4 x RCA, 1 x magnetofonowe
· Podwójne terminale głośnikowe
· Współczynnik sprzężenia zwrotnego: 16dB
· Pasmo przenoszenia: 20 – 30000 Hz
· Lampy sterujące: 2 x ECC82 (12AU7) oraz 2 x ECC83 (12AX7)
· Lampy mocy: 6 x 6550 wymienne z KT88 lub KT90
· Pilot zdalnego sterowania: tak
· Pobór mocy: 500 W
· Wymiary: 23,5 cm wysokości , 60 cm szerokości, 48 cm głębokości
· Masa netto: 50 kg

CENA DETALICZNA: 43 690 PLN

Dystrybucja: Trimex

  1. Soundrebels.com
  2. >

Z niekłamaną niecierpliwością oczekując na pojawienie się w Polsce pierwszych egzemplarza, bądź chociażby pierwszej, pojedynczej, testowo – demonstracyjnej sztuki od dłuższego czasu zapowiadanego najnowszego transportu cyfrowego (plików) Brystona cały czas zachodziłem w głowę co podkusiło bardzo mocno zakorzenionych w rynku pro-audio Kanadyjczyków do wejścia w ten segment rynku … tym razem kuchennymi drzwiami. Frontowymi przecież już dawno weszli oferując klasyczny odtwarzacz BDP-2, który z tego co mi wiadomo cały czas cieszy się w pełni zasłużonym uznaniem. W dodatku spodziewana nowość miała być nie tylko o wiele mniejsza, lecz oparta o całkowicie inną platformę, co automatycznie powodowało kolejne znaki zapytania. Skoro bowiem wcześniejszy model zbudowano na bazie odpowiednio spreparowanej do zastosowań audio płyty główna z Atomem na pokładzie i zainstalowanym na 4 GB karcie CF Linuxem z MPD (Music Player Daemon) to jaki sens jest rozpoczynanie wszystkiego od nowa i pakowanie się w maliny a dokładnie w platformę Raspberry. Najwidoczniej jednak taki sens był, bo nie sądzę, aby James Tanner cokolwiek zrobił ot tak, bez głębszych przemyśleń. Jeśli więc i Państwa ciekawi cóż takiego „w malinowym chruśniaku” gra serdecznie zapraszam do lektury.

Jak już zdążyłem wspomnieć we wstępie BDP-π do dużych nie należy, jednak nie od dziś i nie od wczoraj w ofercie Brystona znaleźć można podobne mu maluchy w stylu phonostage’a BP-2, czy konwertera USB BUC-1, więc akurat to nie dziwi, Dziwi i cieszy zarazem za to umieszczony na masywnym, szczotkowanym, aluminiowym froncie niewielki, bo niewielki, ale pozwalający od biedy obsłużyć urządzenie kolorowy wyświetlacz. Oprócz niego mamy oczywiście elegancko wyfrezowane firmowe logo, pod którym umieszczono trzy przyciski nawigacyjne, oczko czujnika IR (pilot BR2 nie znajduje się w standardowym wyposażeniu) i niewielką diodę sygnalizującą stan urządzenia. Korpus jest solidnym, pokrytym czarnym lakierem profilem i przy takich gabarytach zapewnia wysoce satysfakcjonującą sztywność. Jak na takiego malucha ściana tylna prezentuje się nad wyraz bogato. Do dyspozycji mamy bowiem cztery wejścia USB 2.0 oraz port Ethernet a i wyjść nie poskąpiono, gdyż umieszczono tam zarówno standardowe SPDIF (RCA) i optyczne (Toslink), jak i „musowe”  w dzisiejszych czasach USB 2.0 wraz z niezbyt powszechnym w streamerach HDMI. Co ciekawe ostatni interfejs obsługuje sygnały jedynie do 16bit/48 kHz. Zasilacz jest niestety zewnętrzny a co gorsza ma postać niskich lotów wtyczkowego plastikowego OEM-u, co niejako na dzień dobry sugeruje, że warto byłoby zaopatrzyć się w coś wyższej klasy.
Jeśli chodzi o trzewia, to jest jeszcze ciekawiej, gdyż tym razem Bryston swój najnowszy produkt oparł o platformy Raspberry Pi® i HifiBerry®, co niejako od razu rodzi pytania cóż takiego z gotowymi, ogólnodostępnymi modułami po max. 40€ zrobił, że winszuje sobie za to ponad 5,5 kPLN. Nie mi to jednak osądzać i jak sądzę sporo osób będzie wolało zapłacić więcej za coś, co po pierwsze zostało przed opuszczeniem fabryki sprawdzone, że rzeczywiście działa, po drugie ubrane w całkiem eleganckie wdzianko a po trzecie mające firmowe update’y i pełen serwis posprzedażny zamiast ślęczeć nocami nad rozbabranymi płytkami a potem jeszcze walczyć z oprogramowaniem.

Jednak, żeby nie było zbyt różowo, wbrew temu, co podaje na swojej stronie producent, przynajmniej na chwilę obecną, do obsługi Pi przyda się nieco bardziej zaawansowana znajomość zagadnień około-komputerowych, czy wręcz informatycznych niż można byłoby na początku przypuszczać. Nie chcę w tym momencie straszyć osoby nieobyte z ww. tematyką, ale w porównaniu z obecnymi już od jakiegoś czasu na rynku konkurencyjnymi urządzeniami Auralica (np. Ariesa Mini), czy Lumina D1 a przede szystkim zdobywającymi coraz większą popularność rozwiązaniami proponowanymi przez Bluesounda ergonomia, intuicyjność i generalnie zdolność szybkiej a przy tym bezproblemowej konfiguracji stawia Brystona w dość kłopotliwej sytuacji. Tutaj trzeba na spokojnie usiąść, gruntownie zapoznać się z instrukcją i to tą ściągniętą w PDF-ie ze strony www, gdyż z wersji papierowej nawet jednostki o daleko posuniętej nadwzroczności zbyt wiele nie wyczytają, przynajmniej jeśli chodzi o schematy kolejnych podpoziomów menu. Następnie powłączać odpowiednie usługi a jeśli czujemy się na siłach również dodać własne ustawienia do skryptów startowych. Krótko mówiąc idealne zajęcie na długie zimowe wieczory. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ewentualne anomalie można z powodzeniem, przynajmniej przez jakiś czas kłaść na karb „chorób wieku dziecięcego”, ale skoro w przypadku pełnowymiarowego BDP-2 wszystko działało nie dość, że od pierwszego strzału i jak w szwajcarskim zegarku, to w dodatku zostało podane na tyle „po ludzku”, że nawet zapierający się przed plikami oboma kompletami kończyn Jacek nie tylko dał sobie z nim radę, ale i chwalił za prostotę obsługi. Dość jednak marudzenia, bo π ma też niezaprzeczalne zalety. Główną z nich jest uniezależnienie się od platformy urządzenia sterującego, gdyż dostęp do panelu obsługi, jak i pełnej konfiguracji uzyskujemy nie poprzez dedykowaną appkę na któryś z systemów operacyjnych, lecz z poziomu przeglądarki – wprowadzając bądź to stosowne IP (widoczne na wyświetlaczu), bądź, jeśli tylko mamy zainstalowany (MacOs, iOs, Windows) Bonjour adres http://bryston-bdp-pi.local , słowem prościej się nie da. Przy używaniu „surowego” IP warto zapobiegliwie ustawić je jako statyczne, aby w przypadku jakiś zmian/dodawania kolejnego urządzenia w sieci nie musieć szukać Brystona na nowo. Kolejnym plusem jest obsługa pamięci masowych – zarówno pendrive’ów, jak i oczywiście dysków twardych o których napiszę nieco więcej. Głównym problemem przy wielkopojemnościowych, w warunkach domowych możemy uznać za takie modele powyżej 1 TB, zewnętrznych jednostkach 2,5” jest kwestia zasilania, więc część producentów idzie po prostu na łatwiznę i zaznacza, że pamięci bez własnego zasilania powyżej 250, czy też 500 MB są bądź nieobsługiwane, bądź mogą działać niestabilnie. Tymczasem do Brystona podpinałem 2TB WD MyPassporta i śmigał aż miło. Podobnie jest z formatem samych pamięci. O ile z FAT32 nie ma problemu, to z innymi nie zawsze jest tak różowo a dla π nie ma znaczenia, czy system plików to wspomniany FAT32, xFAT, NTFS, lub EXT3. Jedynie dyski sformatowane w HFS-ie dostępne są, przynajmniej na razie, jedynie w trybie odczytu, co przy odtwarzaniu z nich muzyki nie powinno być zbyt uciążliwą dysfunkcją, choć w instrukcji jasno zakomunikowano, że np. sortowanie po wykonawcach (Artist View) może nie działać poprawnie. Biorąc jednak pod uwagę częstotliwość udostępnianych poprawek można mieć nadzieję, że i ta niedogodność możliwie szybko zostanie usunięta. Jednak tym, na czym mi najbardziej zależało była obsługa TIDALa i choć w menu wyświetlała się informacja, że zaimplementowana funkcjonalność ma na razie status wersji Beta, to podczas ponad dwutygodniowych testów nie odnotowałem związanych z nią większych problemów, poza nie zawsze tak szybko jak na wersji „stacjonarnej” pojawiającymi się nowościami repertuarowymi.

Kiedy mój domowy NAS został w końcu przez BDP-π zauważony, dysk USB „zamontowany” a konto z TIDALa zapisane wreszcie mogłem przystąpić do odsłuchów i muszę Państwu powiedzieć, że od razu zapomniałem o wspominanych przed chwilą zarzutach. Może i konfiguracja i ustawienie plikograja Brystona zajmuje nieco więcej czasu niż u konkurencji, ale warto, naprawdę warto nad nim posiedzieć. Bowiem brzmienie  π jest jednocześnie ciemne, gęste, ale i niezwykle rozdzielcze – selektywne.
Słuchając barokowego repertuaru z moim dyżurnym „TARTINI secondo natura” i tegoż samego autora referencyjnym, wydanym na hybrydowym SACD (i oczywiście plikach) „The Devil’s Trill” Palladians czułem, po prostu czułem, jak podane na złotej tacy dźwięki pieszczą me uszy spokojnymi, wyważonymi frazami o niezwykłej głębi i soczystej barwie z organiczną wręcz wiernością oddaną charakterystyką smyczkowego misterium. Czuć było oddech, swobodę w wybrzmiewaniu poszczególnych dźwięków i precyzję w kreśleniu konturów, oraz pozycjonowaniu źródeł pozornych na scenie. Co ciekawe o ile przy BDP-2 zwracaliśmy poprzednio uwagę na pewne charakterystyczne „tonizowanie” najwyższych składowych to tym razem nic takiego nie odnotowałem. Tam gdzie miał być blask tam był i to nie tylko z klasycznego punktu widzenia, ale i w zdecydowanie bardziej ofensywnych klimatach. Poczynając od mikro – furii, czyli Youn Sun Nah z „Same Girl” poprzez garażowe „St. Anger” Metallicy na „Illud Divinum Insanus” Morbid Angel skończywszy z powodzeniem zapuszczały się w rejony, gdzie granica pomiędzy przyjemnością o bólem jest naprawdę cienka. W dodatku, jeśli tylko w samym procesie realizacyjnym i materiale źródłowym nie pominięto dbałości o jakość, to i granulacji z samych kolumn uzyskać było nie sposób. Tam gdzie miała być słodycz takowa była, lecz jeśli szatańskie frazy miały być nie tylko wyrykiwane z głębi trzewi, ale i podkreślone odpowiednio ognistymi riffami to nie było zmiłuj – uszy paliły żywym ogniem.
Trudno również wychwycić w sygnale wychodzącym z tytułowego transportu nawet najmniejszą oznakę, nalot cyfrowości. Wszystko jest spójne, homogeniczne i jakoś tak po analogowemu ulepione w wielce smakowitą całość. Nic nie chrzęści, nic nie cyka i nic nie razi zbytnią kanciastością właściwą dla hiper detalicznych przedstawicieli domeny cyfrowej. Tutaj wszystko jest akuratne, właściwe, a czy na studyjną modłę to już nie mi osądzać. Jedyne co warto wiedzieć, to to, że Bryston dźwięk, czy jak kto woli strumień danych, reprodukuje/dekoduje a nie interpretuje. To nie jest typ urządzenia daną estetykę, manierę, czy wręcz gotowy spektakl „robiącego”. To jest narzędzie, element toru mający za zadanie dostarczyć nam dokładnie to, co w materiale źródłowym zapisano. I to właśnie robi.

Jeśli nie gonicie za technologicznymi nowinkami, coraz bardziej wyżyłowane formaty audio znajdują się przynajmniej na razie poza kręgiem Waszych zainteresowań i do pełni szczęścia wystarczy Wam poczciwy PCM 192kHz / 24 bit  to Bryston BDP-π powinien znaleźć się na liście do przesłuchania. To niewielkie urządzonko nie dość, że bardzo umiejętnie pokazuje potencjał drzemiący w do niedawna uznawanych za gęste formatach, ale i sprawia, że po włączeniu playlisty zapominamy o otaczającym nas, pędzącym nie wiadomo dokąd świecie. Zostajemy tylko my i muzyka, a przecież o to właśnie w Hi-Fi chodzi.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: MJ AUDIO LAB
Cena: 5 650 PLN

Dane techniczne:
Obsługiwane formaty: AIFF, FLAC, WAVE, APPLE LOSSLESS, etc.
Obsługiwane sygnały: do 192kHz / 24 bit PCM
Wejścia: 4 x USB 2.0, 1x Ethernet (10/100 Mbps)
Wyjścia: SPDIF (RCA), Optical (TOSLINK), HDMI, USB 2.0
Wymiary (W x S x G): 7 cm  x 14,5 x 21,6
Waga: 1,2 kg

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000; Audion Premier MM
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; VTL IT-85
– Przedwzmacniacz liniowy: Chord CPA 3000
– Końcówka mocy: Chord SPM 1200 MkII
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; DoAcoustics 202
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF
(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

  1. Soundrebels.com
  2. >

Bowers & Wilkins z dumą przedstawia P9 Signature, najlepsze brzmieniowo i najbardziej luksusowe słuchawki w historii tego brytyjskiego producenta. Opracowane przez ten sam zespół, który stworzył wiodące zestawy głośnikowe 800 D3, P9 Signature są największymi wokółusznymi słuchawkami Bowers & Wilkins i urzeczywistniają wszystkie akustyczne i wzornicze innowacje wprowadzone podczas 50 lat działalności firmy

P9 Signature wykorzystują specjalnie opracowane rozwiązania techniczne, dzięki czemu zapewniają spektakularne emocje dźwiękowe, niedoścignione w klasie słuchawek mobilnych. Krystalicznie czyste średnie tony współgrają z głębokim, ale zwinnym basem i precyzyjnymi, przyjemnymi sopranami, przedstawiając użytkownikowi zapierający dech w piersiach spektakl. Ponadto, dzięki nowatorskiemu podejściu do umiejscowienia  przetworników w obudowie nowy model gwarantuje obrazowanie, jak żadne inne słuchawki na rynku.

Zazwyczaj membrany słuchawek wykorzystują połączoną z resorem konstrukcję oraz oddzielne zawieszenie. W P9 Signature pracuje podobna do tłoka membrana, analogiczna do tej, która stosowana jest w zestawach głośnikowych. Projekt ten ma wiele zalet, ale głównie rozwiązuje problem przeciwstawnych wymagań dotyczących wysokiej elastyczności przy niskich częstotliwościach, co jest korzystne przy odtwarzaniu basu, i wysokiej sztywności przy wysokich tonach, co jest kluczowym elementem umożliwiającym dostarczenie najlepszego brzmienia sopranów.

Obudowa P9 Signature wykonana została z materiału kompozytowego. Wykorzystując analizę elementów skończonych projektanci zoptymalizowali całą konstrukcję poprzez zwiększenie jej sztywności, co pozwoliło przesunąć częstotliwość drgań własnych poza słyszalny zakres. Ponadto projektanci zastosowali zoptymalizowane w analogiczny sposób talerze przetworników, które są wystarczająco sztywne, aby przenieść niepożądany rezonans poza możliwe do wychwycenia częstotliwości.

Znacząca część dźwiękowych emocji, jakie zapewniają P9 Signature, jest konsekwencją innowacyjnego umiejscowienia przetworników – ich niewielkie odchylenie zapewnia jeszcze bardziej naturalne brzmienie. W efekcie użytkownik słyszy dźwięk w taki sposób, jakby słuchał stereofonicznego zestawu głośnikowego, a nie słuchawek, z poziomem obrazowania, głębi i przejrzystości, który rzeczywiście zapiera dech w piersiach.
Pałąk nagłowny zastosowany w P9 Signature zwiększa sztywność całej konstrukcji i gwarantuje niesamowity komfort użytkowania. Ponadto element ten pozostaje pomysłowo oddzielony od muszli nauszników, zatrzymując niepożądane wibracje przekazywane z jednej strony na drugą i tym samym zniekształcające dźwięk. Kołnierze nauszników wypełnione są pianką z funkcją pamięci, dzięki czemu wraz z upływem czasu dostosowują się do kształtu głowy użytkownika i zapewniają lepszą izolację dźwiękową od otoczenia oraz mniejsze podbarwienie brzmienia.

Wszystkie elementy P9 Signature zostały zaprojektowane przez inżynierów Bowers & Wilkins tak, aby działały perfekcyjnie i zapewniały najwyższej jakości emocje muzyczne. Dotyczy to także wyboru materiałów. Słuchawki wykończone są włoską skórą Saffiano, przy zastosowaniu techniki „stemplowania”, która nadaje materiałowi charakterystyczny kraciasty wzór. Aluminiowe ramiona P9 Signature sprawiają, że słuchawki idealnie sprawdzają się podczas słuchania muzyki poza domem, co zawdzięczają innowacyjnej i wytrzymałej składanej konstrukcji. Dołączone luksusowe etui jest idealnym towarzyszem dla tego flagowego modelu. Pokryte alcantarą, przypominającą w dotyku zamsz, oraz detalami ze skóry Saffiano, chroni słuchawki, jednocześnie odzwierciedlając ich piękno.

Wraz z P9 Signature dostarczane będą wysokiej jakości przewody, idealnie sprawdzające się zarówno w domu, jak i poza nim. Ponadto projektanci opracowują kabel Lightning, który na początku 2017 r. zostanie bezpłatnie udostępniony wszystkim użytkownikom, którzy zarejestrowali swoje słuchawki P9 na stronie internetowej www.bowers-wilkins.com.

P9 Signature jest odważnym manifestem. Model ten zapewnia poziom głębi i przejrzystości brzmienia, który na nowo tworzy reguły mobilnego słuchania muzyki i jest idealnym uświetnieniem pięciu dekad akustycznej doskonałości firmy Bowers & Wilkins.

Specyfikacja techniczna

Przetworniki 2 x ø40 mm, pełnozakresowe
Pasmo przenoszenia 2 Hz-30 kHz
Impedancja 22 Ω
Zniekształcenia (THD) <0,2% (1 kHz/10 mW)
Czułość 111 dB/V przy 1 kHz
Maksymalna moc wejściowa 50 mW
Wejścia 3,5 mm stereo mini-jack
Waga 413 g

Dystrybucja: Audio Klan

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Angielski Chord Electronics to marka, która od dawien dawna powoduje przyspieszone bicie audiofilskich serc nie tylko niezwykle charakterystycznym, wręcz unikalnym designem, co głównie bezkompromisowym podejściem do tematu dźwięku od strony czysto technologicznej. Autorskie rozwiązania i wyżyłowane parametry niby same z siebie nie grają, ale ilekroć spotykaliśmy się z prezentacjami Chorda, to za każdym razem byliśmy niezwykle mile zaskakiwani tym, że zamiast okołosamplerowych smętów z głośników nie tyle leniwie sączyły się naszprycowane walerianą i pawulonem dźwięki, co dobiegała radosna i dynamiczna muzyka. I nie miało znaczenia, czy w źródle lądowała elektronika w stylu Krafterk, czy prog-metal autorstwa Drem Theater, gdyż zgodnie z wyznawaną przez Johna Franksa (założyciela Chorda) maksymą, dobra elektronika ma dobrze grać każdy rodzaj muzyki i kropka. Sami Państwo przyznacie, że trudno się z takim punktem widzenia nie zgadzać, więc tym milej nam jest niniejszym zaanonsować pojawienie się w OPOSie kolejnych, powstających w budynku … XIX-wiecznej przepompowni wody w East Farleigh (hrabstwo Kent) audio – zabawek.
Po teście kompletnego systemu Chord DSX1000 + CPA 5000 + SPM 5000 mkII przyszedł jednak czas na zdecydowanie skromniejszy wzmacniający zestaw dzielony pod postacią przedwzmacniacza liniowego CPA 3000 i stereofonicznej końcówki mocy SPM 1200 MkII. Co prawda ceny nadal utrzymują się w wyższych stanach średnich, zahaczając niemalże o mainstreamowy High-End i przymierzając się do zakupu warto mieć około 80 tysięcy PLN, ale za to gabarytowo jest już całkiem normalnie. Jeśli zatem prezentowane do tej pory na naszych łamach angielskie propozycje wydawały się dla Państwa zbyt absorbujące to dzisiejsi bohaterowie już takich sprzeciwów wywoływać nie powinni, tym bardziej, że do ich wniesienia wcale nie będziecie potrzebowali ekipy pryszczatych młodzieńców z pobliskiej siłowni.

No dobrze. Żarty żartami ale CPA 3000 i SPM 1200 MkII pomimo pozornie całkiem normalnych wymiarów tak naprawdę należą do segmentu midi a standardową szerokość uzyskują dzięki masywnym płytom frontowym ze szczotkowanego aluminium, tylnym i łączącym ich barierkom z osadzonymi na nich toczonymi, chromowanymi walcami stanowiącymi charakterystyczne dla marki kolumny nośne. Wspólnym mianownikiem dla obu konstrukcji są zaimplementowane w nich zasilacze impulsowe, co ma swoje odzwierciedlenie w dość niepozornej wadze – 10 kg w przypadku przedwzmacniacza i 18 kg przy końcówce. Jeśli zaś chodzi o detale, to zgodnie z logiką i kierunkiem przepływu sygnałów audio w pierwszej kolejności zajmiemy się CPA 3000, który jak przystało na rasowego Chorda cieszy oczy mocno industrialnym designem. Na ozdobnym, bo trudno go nazwać skromnym, czy też utylitarnym, froncie uwagę skupiają na sobie dwie umieszczone nieco po lewej stronie chromowane gałki – mniejsza balansu i większa odpowiedzialna za regulację głośności. Nieopodal misternie wyfrezowano okienko skrywający świetnie widoczny i czytelny nawet z większej odległości błękitny wyświetlacz, pod którym skromnie przycupnęły trzy niewielkie przyciski funkcyjne i oko czujnika podczerwieni. Mocno perforowana płyta górna płynnie przechodzi ku ścianie tylnej, której naroża, od strony kolumn nośnych stanowią niewielkie radiatory pełniące głównie funkcje czysto dekoracyjne. Za to sam widok mnogości dostępnych przyłączy powinien udobruchać nawet największego malkontenta. Do wyboru bowiem mamy 4 pary XLRów, 3 pary RCA (w tym tape in), wejście AV Bypass w formie pary XLRów i wyjścia, oczywiście w obu formatach. Całości dopełnia włącznik główny ulokowany tuż nad gniazdem IEC. Ponieważ mamy do czynienia z urządzeniem zbalansowanym nie dziwi fakt, iż producent zaleca łączenie go po XLRach. Trudno mi jednak przejść do porządku dziennego w innej kwestii. Chodzi mianowicie o włączanie i wyłączanie przedwzmacniacza. Chociaż na pilocie znajduje się przycisk włączenia/wyłączenia to w przypadku CPA 3000 on po prostu nie działa a skoro sami twórcy w instrukcji obsługi wyraźnie zaznaczyli, że „There is no need to leave the CPA3000 permanently switched on”, czyli już po naszemu, że nie ma potrzeby trzymania preampu cały czas włączonego to … za każdym razem trzeba pakować łapsko „od zakrystii” i szukać na oślep, w plątaninie kabli, pstryczka elektryczka. Sami Państwo przyznacie, że to mocno poroniony pomysł a jego irracjonalność wzrasta jeszcze bardziej, jeśli najdzie nas ochota na umieszczenie Chorda w jakiejś szafce o czysto iluzorycznym dostępie do pleców ustawionych tamże urządzeń. A właśnie, oberwie się też wspomnianemu „leniuchowi”.
Do standardowego wyposażenia należy również dość pośledniej jakości, uniwersalny plastikowy pilot, którego zarówno design, jak i postrzegana wartość nijak się mają do żądanej za CPA 3000 przez producenta ceny. Jeśli wychodzimy z założenia, że to pierwsze wrażenie decyduje o decyzji dokonania zakupu to w Chordzie tego typu gadżety powinny być pochowane możliwie głęboko. Na otarcie łez i możliwe, że w ramach rekompensaty, okazało się, że kody Chorda i mojego odtwarzacza Ayona są ze sobą częściowo zgodne, więc podczas testów mogłem jeden z leniuchów odłożyć spokojnie na półkę. Mała rzecz a cieszy.
Końcówka mocy idealnie wpisując się w firmowy design prezentuje się w zdecydowanie spokojniejszej estetyce. Centralnie umieszczony ozdobny szyld i mieniąca się różnokolorową poświatą mlecznobiała kulka pełniąca rolę włącznika to wszystko, oprócz wygrawerowanej nazwy urządzenia, co możemy znaleźć na jej masywnym, aluminiowym froncie. W przeciwieństwie do przedwzmacniacza płyta górna ma budowę dwuwarstwową, której wierzch stanowi gruby płat finezyjnie ponacinanego aluminium a spód gęsta metalowa siateczka nie tylko ułatwiająca cyrkulację powietrza wewnątrz trzewi wzmacniacza i, a może raczej przede wszystkim pozwalająca swobodnie rozchodzić się prawdziwej łunie pochodzącej od umieszczonych na płycie głównej błękitnych diod. Powiem szczerze, że tego typu atrakcje natury wizualnej trzeba lubić, ale zarówno pierwsze, jak i każde następne wrażenie, jakie robi Chord na słuchaczach/oglądaczach jest po prostu piorunujące. Równie intensywnie działającym na wyobraźnię i oczekiwania jest fakt, iż w takich niemalże lunaparkowych warunkach zaimplemetowano po szesnaście (!!!) i to na kanał 150W MOSFETów pracujących w klasie AB z „pływającym” prądem podkładu, co owocuje sporą mocą początkową serwowaną w klasie A.
Ściana tylna to nic innego jak jeden, gęsto użebrowany radiator z centralnie ulokowaną niewielką płytką z ledwością mieszcząca pojedyncze, ale mocno biżuteryjne terminale głośnikowe i wejścia w standardzie RCA i XLR uzupełnione gniazdem zasilającym. I tutaj od razu uwaga natury użytkowej – wzmacniacz posiada „prostokątne” gniazdo C20 wymagające dedykowanej wtyczki C19, niekompatybilnej ze standardową IEC.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu wizytującego nas zestawu z jednej strony w cichości serca liczyłem na możliwie jak najwyższą procentowo namiastkę spektaklu, jaki zaserwował nam duet CPA 5000 z SPM 5000 mkII a z drugiej obawiałem się dość bolesnej powtórki z rozrywki jaką po fenomenalnej Innamoracie z dość mizernym rezultatem próbował naśladować Wells Audio Majestic. Od razu pragnę jednak Państwa uspokoić, że aż tak spektakularnego downgrade’u jak w przypadku amerykańskiego wzmocnienia tym razem nie było, ale jakby na całość nie patrzeć nijak nie dało się ukryć, że obracamy się na dwukrotnie niższym pułapie cenowym, co przy różnicy 160 vs. 80 tys. PLN jest niestety gołym uchem słyszalne. Z zapamiętanych, wręcz epatujących i natywnych cech jak potęga oraz nasycenie niestety nie zostało zbyt wiele. Nie wiem, czy to poprzedni set tak wysoko ustawił poprzeczkę, czy też moje oczekiwania po tamtejszych odsłuchach były zbyt wygórowane, ale przez kilka pierwszych dni, gdy gościłem „małe” Chordy proces akomodacji w głównej mierze dotyczył mnie a nie wizytującej moje skromne progi elektroniki. Roszady kablami, oraz kolumnami niespecjalnie zmieniały całą sytuację, więc koniec końców uznałem iż najwidoczniej ten typ tak ma, przestałem kombinować a zacząłem po prostu słuchać.

Jeśli powyższy akapit zapalił u Państwa pomarańczowe, bądź nawet czerwone światło, to proszę jeszcze o chwilę cierpliwości i niewylewanie dziecka z kąpielą, bo jak to zwykle przy recenzowaniu bywa wszystko to, co w normalnym życiu jest li tylko niuansami, w bajkopisarstwie jakie na łamach SoundRebels uskuteczniamy jest poddawane swoistej hiperboli, lub żeby zabrzmiało to „po audiofilsku” amplifikacji, a po ludzku wyolbrzymieniu. I tak jest też tym razem. Po prostu mając świadomość, co potrafi „starsze rodzeństwo” a przy tym biorąc pod uwagę, że deklarowana przez producenta imponująca moc 620 W na kanał (Gaudery są 4 Ω, więc dla takiego obciążenia podaję wartości) nie wzięła się znikąd i nie jest zabiegiem czysto marketingowym, lecz rzeczywistą cechą tytułowej amplifikacji, spodziewałem się nieco innej estetyki prezentacji. Najwidoczniej jednak ktoś w dziale R&D uznał, że gradacja oferty ma się odbywać nie tylko w cenniku, ale i powinna być od razu słyszalna, co niniejszym potwierdzam. Skupmy się jednak na szczegółach.
Jak z pewnością się Państwo domyślają pomimo najszczerszych chęci nie udało mi się wycisnąć z Chordów ani oczekiwanej soczystości ani bogactwa barw, za to z pełną odpowiedzialnością jestem w stanie stwierdzić, że to, co zaserwował duet CPA 3000 z SPM 1200 MkII można nazwać rzetelnym graniem. W dodatku w dość jasny sposób sygnalizował w jakim repertuarze czuje się zdecydowanie swobodnie a jaki niespecjalnie mu pasuje. Na początek coś, na czym Chordy potrafiły bardzo pozytywnie zaskoczyć, czyli elektronika. Zarówno liryczny i rozmarzony Moby na „Wait for Me”, jak i iście potępieńcze pląsy The Prodigy z „The Fat Of The Land” zabrzmiały całkiem intrygująco. Zgrabnie wykonturowane źródła pozorne otaczał świetnie podkreślony ambientowy pogłos a i sama motoryka, przynajmniej na pierwszy rzut ucha nie dawała nawet najmniejszych powodów do narzekania. Jednak nieco wnikliwej przyglądając się niuansom i głębiej sięgając pod powierzchnię okazywało się, że za wierzchnią skorupą nader udanie sugerująca potęgę i masę dźwięku niestety owej, bądź co bądź, spodziewanej masy nie ma. To tak jakby dany dźwięk, częstotliwość się zaczynały, lecz za pierwszym uderzeniem nie szła adekwatna do niego masa, lecz urządzenie, niejako po cichu – odwołując się do naszej podświadomości próbowało umysł słuchacza do dopowiedzenia sobie brakującego wypełnienia nakłonić. Czyżby socjotechnika? Jeśli tak to w wybitnie audiofilskim wydaniu.
Nieco inaczej sprawy się miały ze zdecydowanie bardziej naturalnym instrumentarium, gdyż o ile mocno dynamiczne, rockowe gitarowe granie prezentowane przez duet Rodrigo y Gabriela na albumie „9 Dead Alive” jeszcze się broniło, choć górze nieco brakowało blasku to już na referencyjnej kameralistyce – „TARTINI secondo natura” efekt finalny wypadł dość kuriozalnie. Może dla osoby po raz pierwszy słuchającej tego materiału wszystko byłoby OK, ale katując ten album od ładnych paru miesięcy tym razem odnosiłem nieodparte wrażenie jakby całe trio (Sigurd Imsen, Tormod Dalen, Hans Knut Sveen) zamiast swojego „barokowego” instrumentarium na czas sesji nagraniowej otrzymało mocno wyeksploatowane zmienniki z pobliskiej szkoły muzycznej. Podobna sytuacja miała miejsce na „Sketches Of Spain” Milesa Davisa, gdzie zamiast momentami przeszywających dusze fraz do naszych uszu docierał dość mocno zubożony o pierwiastek barwy i witalności przekaz. Sytuację ratowały nieco przetworniki wysokotonowe w wykorzystywanych podczas testów kolumnach – AMT w moich Gauderach i wstęgi w DoAcoustics 202, jednak poprawa dotyczyła jedynie ilości a nie jakości najwyższych składowych, bo jeśli blasku nie było na terminalach głośnikowych, to nawet najlepszy wysokotonowiec sam z siebie by go nie wyczarował.
Czy jednak taka nieco matowa i limitująca propagację najwyższych częstotliwości estetyka nie ma szans wypaść dobrze i niemalże od pierwszych minut zjednać sobie dozgonnie wierne rzesze fanów? Wbrew pozorom okazuje się, że jak najbardziej taka sytuacja jest do wyobrażenia i co ciekawe nawet ma miejsce. Wystarczy bowiem przed Chordami usadzić jakiegoś miłośnika ciężkiego i niestety w większości przypadków niezbyt referencyjnie zarejestrowanego, a następnie obrobionego materiału. To właśnie wszędzie tam, gdzie do tej pory gitarowe riffy cięły nasze uszy niczym odgłos paznokci drapiących szkolną tablicę a perkusyjne blachy ordynarnie cykały jakby ulepiono je z kapsli z butelek po mleku nagle okazuje się, że może być co najmniej OK. Nic nie trzeszczy, nic nie rzęzi (i nie mówimy w tym momencie o wokalistach), a przy tym daje się słuchać zdecydowanie głośniej niż dotychczas. Wystarczy tylko nakarmić tytułowy duet takimi jadowitymi smakowitościami jak „Countdown to Extinction” Megadeth a jeszcze lepiej zdecydowanie bardziej ekstremalną twórczością  Morbid Angel  w stylu „Illud Divinum Insanus”. Dopiero tutaj słychać, że wszystko wreszcie jest na swoim miejscu i układa się w logiczną całość. Szybkość a właściwie obłąkańczy pęd, atak, garażowa szorstkość i brak nawet najmniejszych oznak słodyczy połączone w jedną potężną, apokaliptyczną kakofonię czynią z Chordów niekwestionowanych władców czarnych serc. Hell yeah!

No to najwyższy czas na podsumowanie. Tytułowy duet Chord CPA 3000 i SPM 1200 MkII z jednej strony jest w stanie nakłonić do zakupu samym swoim wyglądem i jeśli tylko sprzedawca odpowiednio dopasuje materiał na demonstracyjnym odsłuchu to również brzmieniem. Nie ma się co oszukiwać – amatorów takiego, dość „kosmicznego” designu, jak i szeroko rozumianej elektroniki, oraz ostrego „łojenia” jest całkiem sporo i właśnie oni będą w towarzystwie ww. Chordów po prostu przeszczęśliwi, a większość z nich poczuje się niemalże jak w audiofilskim siódmym niebie. Pozostałej części populacji polecamy za to bądź wyasygnowanie dodatkowych 80 kPLN na CPA 5000 z SPM 5000 mkII, bądź własnouszne przekonanie się, czy ich spostrzeżenia pokryją się z moimi.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000; Audion Premier MM
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; VTL IT-85
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; DoAcoustics 202
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF
(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Gdy zagłębimy się w nieprzebraną otchłań brylujących na naszym rynku marek audio, okaże się, że może nie jest ich zatrważająca ilość, ale sporo z nich (B&W, BRYSTON, PMC itd.).dzięki swoim wartościom sonicznym bez problemu podbiją przeciwstawne z punktu widzenia spojrzenia na materiał muzyczny rynki. Jakie? Oczywiście profesjonalny i konsumencki. A dlaczego od razu przeciwstawne? Choćby z powodu nieprzywiązywania uwagi, a nawet lekceważenia przez fachowców zza konsolet ważnych dla świata audiofilów akcesoriów od kabli poczynając, a na podstawkach kończąc. Na szczęście nie jest to trwałą jak skała regułą – choćby przykład ostatnio recenzowanych kabli sieciowych Bauta Power Cable, ale do wspólnego postrzegania wspomnianych atrybutów z działu audio-voodoo przez obydwa obozy jeszcze jest daleko. Ale nie mam zamiaru rozprawiać o tym co nas dzieli, tylko łączy. A wbrew pozorom jest tego sporo z urządzeniami do generowania dźwięku włącznie. I właśnie z komponentami audio, które potrafią odnaleźć się w obu przywołanych światach spod znaku angielskiego Chorda będziemy mieli przyjemność się dzisiaj zapoznać. Tak więc po krótkim, próbującym naświetlić sytuację bytu w świecie audio dzisiejszego bohatera wstępie zapraszam na spotkanie ze znakomicie rozpoznawalną zarówno w naszym, jak i profesjonalnym rynku marką Chord, która za sprawą cieszyńskiego Voice’a  tchnęła w moje progi zestaw pre-power CPA3000 + SPM1200 MK II.

Gdybym akapit wizualizacyjny pisał w latach osiemdziesiątych, bez najmniejszych problemów stwierdziłbym, że angielski zestaw przybył do mnie wprost z planu filmu „Kosmos 1999” („Space: 1999”) – ciekawe ile z Was jeszcze go pamięta? Patrząc z lotu ptaka, widzimy zawieszone na czterech połączonych podłużnymi walcami filarach zasobniki elektroniki, które z racji spełnianej funkcji nieznacznie się różnią. Zaczynając od przedwzmacniacza należy zauważyć, że na wykonanym z grubego płata aluminium froncie znajdziemy dwie różniące się średnicą gałki (duża to głośność, a mała balans), delikatnie z prawej strony sporej wielkości wyświetlacz, a pod nim zestaw przycisków funkcyjnych.  Oprócz wspomnianych akcesoriów znajdziemy jeszcze mieniące się srebrem logo marki i będący wycinkiem koła wokół pokrętła wzmocnienia wykonany techniką zagłębień akcent wzorniczy. Nie powiem, ów wzór według mnie idealnie pasuje do przywołanego na wstępie tego akapitu filmu. Podążając ku tyłowi urządzenia widzimy mocno wentylowaną seriami otworów górną płaszczyznę obudowy, tył zaś z racji funkcji przyjmowania i oddawania sygnałów analogowych wyposażono w zestaw wejść i wyjść w standardzie XLR i RCA włączając w to wejście i wyjście TAPE, a także gniazdo zasilające i główny włącznik. Natomiast jeśli chodzi końcówkę mocy, ta wizualnie jest zdecydowanie bardziej okazała. Jej dach zdobi będący sposobem na wentylację grawitacyjną zaczerpnięty z deski rozdzielczej samochodów piktogram zużytych klocków hamulcowych designerski motyw, który w zależności od stanu w jakim wspomniany piec się znajduje początkowo podświetlany jest na zielono, by po rozgrzewce mienić się błękitem. To jest dość kontrowersyjna wizualnie sprawa, ale nie przeczę, ta swoista lampka nocna może się podobać. Spoglądając na przedni panel nie mamy zbyt wiele do opisywania, gdyż znajdziemy na nim jedynie przypominający piłeczkę pingpongową inicjujący działanie świecący w dwóch kolorach włącznik (czerwień – stan spoczynku po włączeniu do sieci, zieleń – urządzenie pracuje) i umieszczone nad nim w formie sporej gabarytowo srebrnej metalowej plakietki logo producenta. Gdy sprawę frontu i górnego panelu mamy już za sobą, czas zdradzić, co oferują plecy naszej końcówki mocy. Te zaś będąc elementem oddawania wygenerowanego przez urządzenie ciepła są wielkim radiatorem , w centrum którego zaimplementowano płaski panel z pojedynczymi terminalami kolumnowymi, wejściami sygnału XLR i RCA, a także 20A gniazdo zasilające.
         
Prezentowany dzisiaj zestaw wzmacniający podczas mojego procesu testowego miał dwie odsłony. Pierwsza odbyła się w znakomicie znanym Wam warszawskim klubie KAIM, a druga weryfikująca wynik wyjazdowy u mnie. Co zatem stało się w klubie? Nadrzędną cechą owej prezentacji było lekkie wycofanie górnych rejestrów. Może nawet nie samo wycofanie, tylko dziwny, powodujący zmniejszenie oddechu w muzyce wpadający w lekką szarość nalot. Owszem, podjęliśmy próbę pobudzenia tego zakresu poprzez wpięcie w tor srebrnej sygnałówki, ale w efekcie zrobiła więcej złego niż dobrego, gdyż przy okazji majstrowania w górze pasma oberwał również środek, co poskutkowało tendencją do mocnego eksponowania sybilantów i wyraźnie słyszalne objawy anoreksji dobiegającego do słuchaczy dźwięku. Na szczęście tym razem byłem przygotowany i w zanadrzu miałem ze sobą interkonekt japońskiego Fututecha. Nagle świat nabrał odpowiedniego wypełnienia i pewnej muzykalności, jednak konsekwentnie pozostawał w estetyce zmniejszenia przejrzystości powietrza na scenie. Z pewnością sprawy nabrałyby większych rumieńców, gdybyśmy podjęli próbę zmiany kolumn na oparty o przetworniki aluminiowe zestaw rezerwowy, ale to inna liga jakościowa i biorąc poprawkę na ogólny sznyt grania będącego w gościnie zestawu Chorda nie chcąc tracić na ogólnej prezentacji  w takiej konfiguracji pozostaliśmy do końca tego wieczora. Puenta? Należy bardzo uważać podczas doboru okablowania i nie zapominać o rozsądnym dobieraniu docelowych kolumn.

A jak Anglik zagrał u mnie? Powiem tak. Pod względem zakresu przekazywanych informacji i spójności pasma było zdecydowanie lepiej, jednak nawet w ten sposób malowany pędzlem Chorda świat przez cały czas zdradzał braki w napowietrzeniu sceny muzycznej. Co więcej, również u siebie podjąłem próbę ożenku testowanego zestawu ze srebrem w łączówkach, ale nawet gdy wypadło to lepiej niż w klubie, nie pozbyłem się dręczącej naszego bohatera pewnej szarości. I gdy w recenzenckiej desperacji miejsce moich ISIS-ów zajęły stojące z boku i oczekujące na test, będące nowością marki Audio Physic kolumny CODEX, okazało się, że ów sznyt bardzo mocno da się zmarginalizować, co wyraźnie świadczyło o braku synergii z ciemnawą estetyką generowania dźwięku przez Austriaków, przy już mrocznym podaniu przekazu muzycznego przez Chorda. I chyba z tych trzech opisywanych zestawień angielsko-niemiecki (Chord plus Audio Physic) tandem był tym, czego oczekiwali konstruktorzy bohatera testu, czyli jasnych i szybkich kolumn wespół z dbającym o barwę bez utraty przejrzystości okablowania – w tym połączeniu Wziął udział japoński set  Hijiri. Próbując przybliżyć sposób prezentacji muzyki przez tak skonfigurowany zestaw na początek wybrałem jazzową płytę Bobo Stenson Trio „Indicum”. Wiem, że wielu z Was zna ten krążek i gdy powiem, iż mimo naleciałości w górze pasma – przypominam, że marginalizacja nie oznacza eliminacji – wirtualna scena  muzyczna była czytelna i zaskakująco obszerna w obu – szerokość i głębokość – wektorach. Co ważne, przy dobrym ciężarze grania ciekawie pod względem masy wypadała stopa perkusji i operujący w środku pasma kontrabas, a jedynym aspektem gdzie chciałbym większych przeżyć, były cierpiące na zbyt szybkie wygaszanie blachy perkusji. Jednak nie była to maniera trzymania ich jedną ręka i uderzania pałką drugą, tylko brak przekładającej się na informacje o nich iskry.  Nie wiem, czy Wy również tak to odbierzecie, ale w moim zestawieniu wyraźnie stawiam na wyczynowość takich artefaktów, dlatego odmienność od posiadanego wzorca trochę punktując konstrukcje z Anglii muszę wyartykułować. Kolejnym tematem muzycznym był, koncert trzech saksofonów barytonowych w oparciu o perkusję. I gdy w domenie masy, barwy i oddania energii podczas strzelania z saksofonowych wentyli było dobrze, to idąc za blachami bębniarza nieco więcej informacji o pracy owych wentylach z pewnością by nie zaszkodziło. Ale po raz kolejny oznajmiam, Ja prawie zawsze do testu  schodzę z góry i takie niuanse są pierwszymi, jakie natychmiast jestem w stanie wyłapać, podczas gdy Wy pnąc się ku górze prawdopodobnie uznacie, że się czepiam. Na zakończenie mojej przygody z prezentowanymi statkami kosmicznymi do napędu Reimyo powędrował „Svantevit” formacji Percival Schuttenbach. W tym przypadku przynajmniej dla mnie pewne uśrednienie darcia się wokalistów było ratującym moje narządy słuchu balsamem i pozwalało mi przyjrzeć się pracy gitarom z ich fantastycznie ciężkimi riffami, a także dobrego oddania walki perkusisty. Nie wiem, jak Marcin odebrałby tak podanego Percivala, ale ja jestem w stanie zaliczyć go do co najmniej dobrych odtworzeń. Moja ocena może być wynikiem przewijającego się przez cały test sznytu górnych rejestrów. To zazwyczaj mnie drażni, ale w tym przypadku chyba właśnie owa maniera pozwoliła mi przesłuchać ten krążek od dechy do dechy.

Gdybym miał porównać dzisiejszy zestaw z bliźniaczym ze zdecydowanie wyższej półki – owszem, mieliśmy taki w redakcji, powiedziałbym, że oprócz zrozumiałego ogólnego wyrafinowania najbardziej różniącym oba sety artefaktem jest górne pasmo. Tam również dało się wyłapać delikatny nalot, jednak u starszego brata naprawdę trzeba byłoby mocno się czepiać, a w tym przypadku słychać go ewidentnie. To jak zaprezentowałem, da się bardzo mocno zniwelować kolumnami, ale ostrzegam przed zbyt bezdusznymi konstrukcjami, gdyż mogą wyssać ducha z prezentowanej przez zestaw Chorda muzyki, a wtedy nawet ciepłe kable nic nie pomogą. Gdzie zatem widzę nasz bohaterski zestaw pre-power? Z pewnością u wszystkich posiadaczy co najmniej stojących po neutralnej stronie grania kolumn, gdyż kroczące ku nasyceniu konstrukcje mogą mieć już problemy natury przesilenia barwowego. Oczywiście to są pewnego rodzaju dywagacje, gdyż każdy osobnik homo sapiens ma swój punkt „G” w dziedzinie balansu tonalnego, jak i doświetlenia sceny muzycznej. Dlatego też, tylko własne próby mogą dać odpowiedź, czy Wasza audiofilska droga ma szansę skrzyżować się z angielskim Chordem. Zatem Wasz ruch.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Voice
Ceny
Chord CPA 3000: 35 790 PLN (czarny), 37 690 PLN (tytanowy)
Chord SPM 1200 MkII: 48 290 PLN (czarny), 48 990 PLN (tytanowy)

Dane techniczne
Chord CPA 3000
Wejścia: 4 pary XLR, 3 pary RCA (w tym tape in),
Wejścia AV Bypass: 1 para XLR
Wyjścia: 1 para RCA, 1 para XLR
Zniekształcenia intermodulacyjne: -100 dB
Odstęp sygnał/Szum: -93 dB
Pasmo przenoszenia: 2,5 Hz – 200 kHz (-3 dB)
Zniekształcenia harmoniczne THD: 0.002% (20 Hz – 20 kHz)
Zbalansowanie kanałów: 0,01 dB
Impedancja wejściowa: 47 kΩ (RCA), 94 kΩ (XLR)
Impedancja wyjściowa: 100 Ω
Max. napięcie wejściowe: 10 V rms XLR, 5V rms RCA
Max. napięcie wyjściowe: 15 V rms XLR, 7,5V rms RCA
Wymiary (S x G x W): 420 mm x 355 mm x 88 mm
Waga: 10 kg

Chord SPM 1200 MkII
Moc wyjściowa: 2 x 350 W RMS / 8 Ω, 2 x 620 W RMS / 4 Ω, 2 x 750 W RMS / 2 Ω
Wejścia: pra RCA, para XLR
Wyjścia: Pojedyncze pary złoconych gniazd głośnikowych WBT
Wymiary (S x W x G): 420 mm x 140 mm x 355 mm
Waga: 18 kg

System wykorzystywany w teście:
-Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– Końcówka mocy: ABYSSOUND ASX-2000
– Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

InPol – (Indeguitore Pompa Lineare) – Liniowy Wtórnik Wzmacniający jest opatentowanym przez Pathos Acoustic systemem, który osiągnął wielki sukces i zdobył wiele nagród.

Urządzenia Inpol mają swoją niepowtarzalną sygnaturę dźwiękową uzyskaną jedynie poprzez odpowiednie zaprojektowanie elektroniki – w pełni zbalansowana klasa A, gdzie użyto wyłącznie dyskretnych elementów w obwodzie wtórnika uzyskując wysokie wzmocnienie napięciowe i prądowe jednocześnie. Wzmacniacz lampowy wzmacnia sygnał wejściowy a InPol dostarcza prądu do wysterowania i zasilenia kolumn bez dalszej amplifikacji sygnału. W ten sposób sygnał wejściowy powierzony wzmacniaczowi lampowemu staje się na wyjściu jego dokładną kopią, zachowując jakość, czystość i zawartość harmonicznych sygnału oryginalnego.

Ta technologia pozwala w teorii na zwiększenie mocy wyjściowej czystej klasy A od 25% do 50% zachowując jednocześnie niską impedancję wyjściową, która jest fundamentalna dla zachowania współczynnika tłumienia (Damping Factor) i dalszego polepszenia parametrów dzięki podwójnemu układowi InPol.

InPol Ear jest zintegrowanym wzmacniaczem słuchawkowym w pełni zbalansowanym pracującym w czystej klasie A wykorzystującym najnowszej generacji podwójne układy InPol. Dobierane w pary lampy małej mocy, typowe dla wzmacniaczy słuchawkowych, zapewniają najwyższą jakość dźwięku. Muzyka odtwarzana na tym wzmacniaczy słuchawkowym zabiera nas w podróż do pełnego dźwięku serwowanego przez InPol w jakości Hi-End dzięki mocy jaką otrzymujemy na dwóch zbalansowanych wyjściach (10W przy 16Ω) i jednemu niezbalansowanemu wyjściu (6W przy 16Ω).

Dzięki (opcjonalnemu) przetwornikowi HiDac EVO miłośnicy muzyki, którzy odtwarzają ją z najnowszych nośników cyfrowych i chcą to robić w najlepszy z możliwych sposobów kontrolując wszystko ze smartfona lub tabletu poprzez odpowiednią aplikację teraz w pełni spełnią swoje oczekiwania.

Kompaktowy, dobrze zaprojektowany i mocny InPol Ear jest idealnym wzmacniaczem słuchawkowym dla fanów słuchawek. Centralna część obudowy jest pieczołowicie wykończona a boczne radiatory w kształcie firmowego logo tworzą niezwykle atrakcyjne dla oka wykończenie i podkreślają misternie zabezpieczone lampy umieszczone pośrodku obudowy.

Produkt jest całkowicie wykonany ręcznie we Włoszech z wykorzystaniem najlepszych komponentów. Ten wzmacniacz to designerski majstersztyk.

InPol Ear jest dostępny w wieku kolorach i wykończeniach wg życzenia klienta.

Specyfikacja techniczna:

Typ:                         referencyjny zintegrowany wzmacniacz

                               słuchawkowy pracujący w klasie A

                               w pełni zbalansowany wykorzystującym               

                               technologię podwójnego układu InPol

Moc wyjściowa:          Impedancja       Zbalansowane    Niezbalansowane

                                32Ω                  3W                   10W

                               50Ω                  1,9W                 6,4W

                               120Ω                800mW             2,7W

                               300Ω                320mW             1W

                               600Ω                160mW             533mW

Impedancja wyjściowa:       zbalansowane     0,9Ω

                                       niezbalansowane 0,45Ω

Pasmo przenoszenia:   2Hz – 200kHz ±0,5dB

Czułość wejściowa:     2,2V RMS

Impedancja wejściowa:       100kΩ

Polaryzacja wyjścia:    regulowana z pilota

Regulacja głośności:    2 x Burr Brown PGA2310 (180 kroków co 0,5dB)

THD:                         0,1% przy 11W

Stosunek sygnał/szum:        >100dB

Maks. Napięcie we:     4,4V RMS

Maks. Napięcie wy:     zbalansowane     20V RMS

                               niezbalansowane 10V RMS

Podłączenia:

Wejścia analogowe:    1 x zbalansowane XLR

                               4 x niezbalansowane RCA

                               Instalacja (opcjonalnego) modułu HiDac EVO umożliwia

                               – 1 x USB B

                               – 1 x SPDIF koaksjalny

                               – 1 x SPDIF optyczny

                               – 1 x Ethernet RJ45

                               – 2 x USB A

Wyjścia:                    1 x pre out stereo RCA (faza sygnału ustawiana)

                               1 x pre out stereo zbalansowane XLR

                               1 x stereo jack 6,3mm wyjście słuchawkowe

                               2 x złącze 4 pinowe XLR

Pobór mocy:              110W

Wymiary:                  Wzmacniacz (G)370mm x (S)280mm x (W)180mm

Waga:                       12,5 kg

Dystrybutorem jest Audio Anatomy, sprzedaż prowadzi Premium Sound

Produkt powinien się pojawić w Polsce najpóźniej podczas najbliższego AVShow.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, gdy od mojej owocnej w doznania organoleptyczne wizyty podczas otwarcia świeżo wyremontowanego salonu Top Hi-Fi & Video Design na Gen. Andersa 12 w Warszawie zdążyły upłynąć prawie dwa tygodnie. Niestety nastały czasy, że dzień z nocą niebezpiecznie zaczynają się przenikać i czasem jedynie leżące i posegregowane gdzieś na półce notatki pozwalają utrzymywać mi jako taki, kontakt z rzeczywistością i prozą życia codziennego. Ale wystarczy tego tłumaczenia, gdyż głównym celem naszego spotkania przy związanych z zabawą w audio wersetach jest pachnący jeszcze świeżością, wspomniany przed momentem przybytek audio. I gdy wydawałoby się, że będzie to zwykłe poremontowe lokowanie produktu, to po lekturze tego tekstu przekonacie się, iż obecne tendencje w branży i co ważniejsze oczekiwania potencjalnego klienta powodują, a wręcz zmuszają kroczące ścieżką sprzedaży produktów audio podmioty do przeorganizowywania całości swojej oferty. Ale nie chodzi li tylko o sam ogólny wystrój – powiem szczerze sale odsłuchowe prezentują się fantastycznie – czy towar na półkach – to oczywiście również ewoluuje, ale również hierarchię ważności ekspozycji. Śmieszne? Bynajmniej, o czym za moment na przykładzie flagowego salonu przywołanej sieci mam nadzieję się przekonacie.

Początek tego miłego spotkania był właśnie jak gdyby wprowadzeniem w anonsowany we wstępniaku temat, czyli co, gdzie i jak wyeksponować, by raz – iść z duchem nowoczesności naszych gospodarstw domowych, a dwa –  zaciekawić klienta spełniającą owe oczekiwania ofertą. I takim to sposobem niegdyś zastawione sprzętem stricte audio-video witające gości Atelier zmieniło się w strefę systemów multi-room spod znaku Yamaha Music Cast i Bluesound. To teoretycznie bardzo podobne w aplikacji domowej propozycje, ale wiadomym jest, że diabeł tkwi w szczegółach, dlatego też chcąc być elastycznym, a raczej w pełni przygotowanym mówiąc kolokwialnie na każde widzimisię klienta gospodarze salonu zdecydowali o prezentacji dwóch spełniających wszystko, co w tym momencie proponuje rynek sposobach nagłośnienia domu producentów. Oczywistym jest, że grające w każdym pomieszczeniu, czy to zestawy stacjonarne, czy schowane gdzieś w specjalnie przygotowanych do tego aneksach systemy audio nie są jedynymi potrzebami nowoczesnego melomana, dlatego też w centrum tego pomieszczenia zorganizowano stosowną wyspę z bardzo mocno związanymi z trendem designu wymyślnymi przenośnymi grajkami.

Gdy po oficjalnym otwarciu imprezy dumnie kroczyliśmy ku głębi salonu, okazało się, że w obecnych czasach nie ma miejsca na kubaturowe pustki. Co to oznacza?  Ni mniej ni więcej, tylko tyle, że każdy skrawek salonu obfituje w dobrze ułożoną dla docelowego klienta ofertę. I gdy wydawałoby się, że szybkim krokiem udamy się do głównego holu, po drodze mijaliśmy dwa bardzo ważne działy. Jeden obfitował w mnogość rozwiązań słuchawkowych od poczciwego Audioquesta DragonFly – (DAC uszlachetniający dźwięk zapisanych w telefonie lub innych tego typu odtwarzaczach plików muzycznych), po pełnoprawne w wielu audiofilskich przybytkach audio zestawy: wzmacniacz plus słuchawki. Wyliczanka pełnej oferty zajęłaby ładnych kilka szpalt tekstu, dlatego poglądowo zapraszam do zdjęć, a w celach bliższego poznania w progi sklepu. Drugi okupujący owo przejście temat – proszę nie brać tego określenia zbyt dosłownie, gdyż wystrój tego kawałka kubatury na Andersa pozwala lokować je w czołówce branży  –  jest hołdem dla bardzo mocno osadzonej w nowoczesności naszych domów francuskiej marki Devialet, o której kilka linijek informacji obiecuję w dalszej części tekstu. I tak zapoznawszy się z ogólną wizją świata według Audio Klanu, a konkretnie ich tematycznymi działami nie tylko dla samych melomanów, ale również dla spełniających ich wymagania pełnej kompatybilności domostwami, podzieleni na grupy udaliśmy się do wyremontowanych i odpowiednio przygotowanych akustycznie pomieszczeń odsłuchowych po nieco bardziej szczegółowe prelekcje.

Jedną z nich było wprowadzenie w świat wspomnianego nieco wcześniej systemu Yamaha Music Cast. Jak wiadomo, to nic innego jak potocznie zwany Multi-Rooom, ale na tyle dobrze przemyślany, że każde nowo produkowane przez ów brand urządzenie w standardzie wyposażone jest w sterownik umożliwiający wpięcie go w ten będący obecnie standardem Yamahy system. Ktoś powie, że to zbędne. Ale sądzę, że tylko do momentu gdy tego zasmakuje, a jak złapie się bakcyla, praktycznie nie ma już odwrotu. Oczywiście zapoznaliśmy się również z najnowszą, bardzo rozbudowaną, sukcesywnie powiększającą swoją uniwersalność w sterowaniu wszystkim z jednego tabletu ofertą marki, ale chyba ważniejszym jest fakt, że Japończycy nie zapominają o potrzebach klientów mających swoje ukochane, ale  jeszcze nie komunikujące się ze sobą komponenty. Chodzi mianowicie o to, że nie zmuszają ich do kosztownej wymiany owych zestawów, tylko zaproponowali serię urządzeń w prosty sposób umożliwiających włączenie tych  z punktu widzenia Music Cast-a ułomnych  komponentów do będącej w przyszłości jedyną formą obsługi wszelkich dóbr domowych sieci. I w taki oto sposób bez większych wydatków nawet z vintage’owymi komponentami audio – jeśli takie posiadamy – jesteśmy w stanie wkroczyć w 21 wiek z podniesiona głową.

Mógłbym się rozpisywać nad wielotorowością oferty Yamahy, ale chyba najciekawszym tematem tego wykładu był  wyprodukowany przez nią, wyeksponowany w centrum salonu, oczywiście w pełni kompatybilny z systemem Music Cast fortepian. Co to cudo potrafi? Po pierwsze gra jak zwykły instrument klawiszowy. Ale to nie jest jego jedyną zaletą, gdyż wszystko co na nim zagramy, możemy nagrać i potem naszą twórczość  odtworzyć  w dowolnym, wybranym przez nas na panelu tabletu spiętym systemowo z opisywanym MC pomieszczeniu domu. Mało tego, ten fortepian pozwala grać ze słuchawkami na głowie nie wydając na zewnątrz żadnych dźwięków. Oczywiście przy tej okazji było kilka pytań o ich jakość, ale z racji pewnej tajemnicy firmy dostaliśmy jedynie informację, że dźwięk jest bardzo bliski prawdzie, co biorąc pod uwagę sporadyczność takiego wykorzystywania klawiszowca w zupełności nam wystarczyło.

Ostatnią ciekawostką dnia była prezentacja najnowszych kolumn Magico S5 MK II, które w sonicznym boju wspierał artykułowany kilka linijek wcześniej, również prezentujący obecnie swoje najnowsze dzieło  – Expert Pro – francuski Devialet. Najpierw padło kilka zdań o Francuzach z pakietem informacji o historii powstania i filozofii firmy. Nie zabrakło również bliższego opisu wspomnianej nowości w ofercie, czyli udoskonaleniu jej w zakresie jakości generowanego dźwięku, jak i zapoznania się z możliwościami sprzęgania jej ze sobą w prawie dowolnych ilościach krocząc tym sposobem ku standardowi Multi-Room. Kolejny pakiet danych związany był już z przepięknie prezentującymi się kolumnami Magico. W tym przypadku kolejność zdarzeń nie dobiegała od prezentacji Devialeta, dlatego też nie będę sztucznie rozwadniał tekstu.  Nie mogę jednak nie wspomnieć, że na koniec tego mitingu gospodarze uraczyli nas kilkoma mającymi pokazać drzemiący w kompilacji obu konstrukcji potencjał High End-owego dźwięku, z wykorzystaniem będącego na pokładzie Devialeta systemu optymalizującego pracę kolumn SAM. I powiem Wam, że mimo mojego usytuowania pod tylną ścianą, a trzeba dodać, że samo pomieszczenie nie jest przesadnie wielkie, nawet przy sporej dawce decybeli nie zanotowałem najmniejszych problemów tak w zakresie pracy niskich rejestrów, jak i samej jakości dobiegających do mnie fraz muzycznych. Słychać było, że gospodarze dobrze się do tego pokazu przygotowali. Jednak najciekawsze z tego spotkania jest to, że są duże szanse na wizytę najnowszych S piątek w naszej redakcji, o czym jeśli miałoby się to ziścić, skrupulatnie wszystkich poinformujemy.
Zbliżając się do końca naszego dzisiejszego spotkania skłamałbym, gdybym powiedział, że to był koniec tego pokazu, gdyż panowie z Andersa wspomnieli jeszcze o świeżutkim produkcie francuzów z działu Lifestyle, czyli produkcie  Phantom, teraz w odmianie Gold. To jest ewidentny ukłon w stronę młodego pokolenia, ale trzeba przyznać, że mimo dużego nacisku na design i nowe technologie, to co produkty spod znaku Phantom oferują w domenie fonii, również można określić jako dźwięk z dużym potencjałem, którym już na koniec tego wykładu zostaliśmy uraczeni. Słowem, może to nie jest High End, ale z pewnością na początek przygody z wyrafinowanym audio bardzo dobre granie.

Kończąc tę relację z otwarcia salonowego flagowca spod bandery TOP HIFI & VIDEO DESIGN na Gen. Andersa 12 w Warszawie chciałbym podziękować gospodarzom za zaproszenie i panującą miłą atmosferę. Moje podziękowania dotyczą również w pełni profesjonalnego przygotowania merytorycznego załogi, co w dobie szybko zmieniającego się rynku pod względem tak oferty, jak i jej możliwości jest jednak pewnym wyzwaniem. Tego dnia i mam nadzieję, że tak pozostanie, wszystko zapięte było na ostatni guzik.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Zanim przystąpię do wprowadzania Was w temat dzisiejszego spotkania, chcę wszystkich lojalnie ostrzec. Przed czym? Nie spoglądajcie jeszcze na fotki, tylko zapoznajcie się z co prawda tylko wzrokowymi, ale pochodzącymi od jadających chleb z niejednego pieca mocno zaangażowanych w sprawy audio audiofilów opiniami na clou programu. „To jest chore”, „Przerost formy nad treścią”, „Szaleństwo w czystej postaci”, „Całkowity idiotyzm” to tylko krótki wycinek pojawiających się opinii czy to w Internecie, czy w rozmowach kuluarowych ze znajomymi. Nie będę owijał w bawełnę, może nie byłem tak drastyczny w określeniu własnych refleksji – przecież zabawa w ekstremalny High End dawno już nauczyła mnie wstrzemięźliwości w ferowaniu wyroków czy, coś jest lub nie jest niemożliwe, ale lekki wewnętrzny ubaw udało mi się zaliczyć. Wewnętrzny dlatego, że pierwszy kontakt z – ok, zdradzę bohatera dzisiejszego  przedprodukcyjnego testu – z prezentowanymi kablami zasilającymi, zaliczyłem będąc w gościnie u producenta, a kindersztuba jaką wyniosłem z domu, nie pozwalała na zbytnią emanację kłębiących się w moim wnętrzu radosnych myśli. Jednak mimo to, w naszej rozmowie moje szare komórki prawie natychmiast wygenerowały ofertę testu. Kalkulując zmierzenie się z rzeczonymi drutami oczywiście spodziewałem się lekko prześmiewczego odzewu świata audio, ale będąc zaprawiony w bojach, bez problemu zaproponowałem swoje recenzenckie zaangażowanie. Ustaliliśmy, że gdy tylko przewody, a tak szczerze mówiąc dwumetrowe, około 12 kilogramowe anakondy o średnicy nadgarstka Mariusza Pudzianowskiego, się wygrzeją, odwiedzą moją samotnię. Tak więc po tej krótkiej historii jak doszło do naszego zderzenia się ze wspomnianym wcześniej w opiniach „szaleństwem w czystej postaci”, mam przyjemność oświadczyć, że ową zemstę przemysłu kablarskiego na moim systemie audio wdraża do produkcji i dostarczył do testu nie kto inny, jak twórca zbierających pozytywne opinie kolumn BAUTA. Ale najbardziej intrygujące w tym wszystkim jest to, że za wspomnianą marką stoi znany szerokiej rzeszy kochających muzykę przedstawicieli gatunku homo sapiens laureat nagrody Grammy Jacek Gawłowski. To zaś wyraźnie pokazuje, że tylko odrobina dobrej woli dzieli każdego producenta muzycznego  od momentu zrozumienia faktu, iż każdy element toru audio (elektronika, okablowanie i wszelakie akcesoria) mają kolosalny wpływ na wynik dźwięku naszej domowej układanki. Ale OK. Nie drażnijmy branży produkcyjnej, bo zemszczą się przy konsoletach mocniej podkręcając gałkę „loudness” i całkowicie odetną nas od dobrze zrealizowanej muzy. Puentując ten trochę rozrywkowy w przekazie wstępniak zapraszam Was na spotkanie z naprawdę robiącymi piorunujące wrażenie organoleptyczne prototypowymi kablami zasilającymi BAUTA POWER CABLES.

Strofa wizualizacyjna z racji bardzo prostej funkcji i równie prostego, jeszcze przed-produkcyjnego stanu testowanych kabli będzie niezwykle krótka. Z tego co udało mi się dowiedzieć, wewnątrz znajdują się wykonane na indywidualne zamówienie w ściśle zaprojektowanym splocie trzy ekranowane żyły. Ale proszę się nie obawiać, zostałem zapewniony również, że ocierająca się o szaleństwo średnica sieciówki nie jest fundującym nam ponadczasowe wrażenia organoleptyczne ubraniem jej w wąż ogrodowy, tylko wynikiem zastosowania jak wspomniałem trzech, mających średnicę kciuka miedzianych, ekranowanych splotów, na które naciągnięto widniejącą na fotografiach czerwoną koszulkę, co oznacza, że gro wagi stanowi sama miedź. Jeśli chodzi o biżuterię przyłączeniową, w modelu testowym zastosowano topowe wtyki japońskiej marki Oyaide. Na koniec bardzo ważna z punktu widzenia potencjalnego klienta informacja. Chodzi mianowicie o fakt ich implementacji. Tak się złożyło, że jestem pierwszym  użytkownikiem testowanych tworów, który nie zestawiając urządzeń ze stolika podjął się próby ujarzmienia anakond w istniejącym już środowisku sprzętowym. I wiecie co?  Nie jest to łatwe, ale jak widać na prezentowanych zrzutach z aparatu da się zrobić. Jest tylko jeden warunek. Od strony podłączenia do sieci kable marki Bauta żyją swoim życiem, co oznacza, że do każdego z osobna musicie doprowadzić indywidualne gniazdo. Niestety nie ma szans wpięcia kilku w jedną listwę. Ale kto powiedział, że w High Endzie będzie łatwo.

Gdy prześledzicie moje zmagania z opisywaną miedzianą materią od pierwszego kontaktu do momentu wpięcia drutów w system, z pewnością zrodzi się u Was co najmniej jedno zasadnicze pytanie: „Czy było warto?”. Cóż. Przyznam się szczerze, że mając już spore doświadczenie w dziedzinie przesyłu prądu padające czy to od dystrybutorów, czy też producentów stwierdzenie, że ich podopieczni są muzykalni, natychmiast lokuję to w sferze co prawda bardzo przyjemnego, ale jednak uśredniania przekazu muzycznego. Najczęściej tracimy kontur na basie, rozdzielczość w środku pasma i lekkie temperowanie górnego zakresu. Oczywiście wszystkie zmiany zależą od tego, jak „muzykalne” owe druty są, ale spokojnie mogę powiedzieć, że opisywany aspekt tracenia czegoś jest standardem. I gdy podobny tekst usłyszałem od Pana Jacka Gawłowskiego, trochę obawiałem się doświadczanej dotychczas prawdy. Na szczęście gdy dla jednego prawda tonizująca jest niedopuszczalna, dla innego jest ratunkiem, dlatego też nie maiłem większych obaw, jak wybrnąć z tematu podczas testu. I co? Niestety nie przychodzi mi do głowy inne określenie jak pozytywny „Zonk”. Cały włożony w aplikację bohaterów testu w system wysiłek został wyśmienicie zrekompensowany, a dodam, że proces wdrażania czerwonych mieczy świetlnych do poziomów gniazd poszczególnych urządzeń zajął mi prawie trzy godziny. Bauta Power Cables grają w estetyce swojej aparycji. A to oznacza, że niosą ze sobą niespotykaną ilość wypełnienia na środku i basie. Ale nie odbywa się to na zasadzie pogrubiania obu zakresów – to właśnie kończy się zaokrąglaniem, tylko oferują cos na zasadzie wypełnienia tego samego pojemnika ołowiem zamiast dotychczasowej stali. Nie wiem, czy dobrze to odbieracie, dlatego próbując uświadomić Wam ów efekt, posłużę się przykładem. Nie pierwszym z brzegu, gdyż jego mankamenty realizacyjne mogły by zaburzyć mój przekaz, tylko majstersztykiem produkcyjnym, którego notabene słuchałem podczas wizyty u producenta. Chodzi mi o płytę Michela Godarda „A Trace Of Grace”. Pierwszym co zapragnąłem sprawdzić była prezentacja elektrycznej gitary basowej .Tak, tak, Godard połączył muzykę dawną z instrumentarium współczesnym i powiem Wam, wyszło to znakomicie. Ale ad rem. Gdy słucham jej na swoim okablowaniu, dostaję bardzo mocno zarysowaną frazę dźwiękową z pełną informacją o ataku, twardości strun i ich wybrzmieniach. To jest idealnie wycięty z tła instrument z fantastyczną według mnie masą. I gdy bardzo obawiałem się o końcowy efekt zwiększenia jej wypełnienia, okazało się, że konstruktor w pełni nad nią panuje. Nie odczułem jej zmiękczenia, tylko przy głośniejszym graniu coś na zasadzie wyginania się ścian jak w jednej z części kultowego filmu  „Matrix”. Bardzo ciekawe, ale pokazujące, że da się dociążyć dźwięk bez zamulania uczucie. Idźmy dalej. Wokal. Śpiewająca w tej kompilacji pani bez względu na fakt, jak infantylnie to odbieracie, produkuje się z pełnego gardła i gdy najczęstszym efektem majstrowania przy ciężarze grania danej układanki jest zejście tonacji artystki o oczko niżej, w tym przypadku uzyskałem jedynie wygładzenie jej przekazu, nic więcej. A najlepsze jest w tym wszystkim to, że instrumenty pracujące w tym paśmie w przeciwieństwie do diwy czerpały z dobrodziejstw inwentarza Bauty pełnymi garściami, tylko w sposób podobny do opisywanego przed momentem nadającego rytm muzyce wiosła. Ciekawe? Dla mnie owszem. Ale, ale, mam jeszcze jednego asa w rękawie. Chodzi mi o górne rejestry i ogólny oddech generowanej muzyki. Na pierwszy rzut ucha wydaje się, że wysokie tony jakby się cofały, jednak po kilku nagranych w kubaturze kościelnej, ale słabiej zrealizowanych płytach okazało się, że owe wycofanie spowodowane jest nabraniem dosadności przekazu. Seria utworów wyraźnie uświadomiła mi, że przy opisanym sznycie grania rozdzielczość nie została nawet dotknięta, a pierwszym co za nią odpowiada jest regulująca ilość światła na scenie jakość górnych rejestrów, dlatego staję po ich stronie. To jak odebrałem cały materiał? Dostałem swój codzienny wzorzec, tylko w nieco ciemniejszym i w gęstszym wydaniu. I patrząc na całość testu z perspektywy plusów i minusów, owa gęstość jest jedynym, na co należy zwrócić uwagę podczas szukania synergii swojego zestawiania. Reszta w stu procentach spełnia wymogi jakości sonicznej pułapu cenowego, na jakim producent pozycjonuje testowane kable. Na tym zakończę ten test. To jednak są kable i do tego sieciowe. Dlatego to, co napisałam, proszę filtrować przez pryzmat wolumenu występowania zmian. Przeciwnicy po przeczytaniu mojego tekstu z pewnością popukają się w głowę, jednak jeśli macie jakieś pozytywne doświadczenia w tej materii – chodzi mi jedynie o sam fakt występowania zmian, zapewniam, że powinniście pozytywnie się zaskoczyć.

Czy widzę jakiś potencjalnych klientów na testowane kable? Owszem, ale są pewne obwarowania. Raz – w swym audiofilskim szaleństwie muszą być otwarci na wszystko, a dwa – za szafką ze sprzętem powinni mieć sporo miejsca. I gdy sądzicie, ze to wyklucza zdecydowaną większość populacji melomanów, jesteście w błędzie, gdyż producent już przed spotkaniem ze mną gościł kilku zainteresowanych swoim produktem osobników. Jak to możliwe? Powiem tak – to co oferuje produkt BAUTA POWER CABELS i co osobiście miałem przyjemność przeżyć, warte jest poświęcenia każdego wysiłku, by te monstrualne sieciówki wylądowały w okowach ich samotni.

Jacek Pazio

Opinia 2

Początkowo podtytuł tej mini recenzji miał brzmieć „czy jest na sali lekarz”, ale po dłuższym namyśle uznaliśmy, ze skoro zajmujemy się tytułowymi przewodami to dla większości nieskażonej audiofilsko populacji niezaprzeczalnie nadajemy się do hospitalizacji w którymś z zamkniętych zakładów dla obłąkanych i nerwowo-chorych. Cóż … po pierwsze nikt nie obiecywał nam, że ścieżka, którą obraliśmy będzie usłana różami a po drugie, my również nigdy nie deklarowaliśmy, że jesteśmy do końca normalni. Dlatego też w ramach rozluźnienia proponujemy Państwu spotkanie z prototypowymi wersjami rodzimych przewodów zasilających Bauta Power Cable.

Z reguły wszelakiej maści audiofilskie okablowanie i inne voodoo gadżety wychodzą spod rąk osób, które słyszą, niekoniecznie głosy, ale słyszą to, czego inni usłyszeć nie są w stanie. W dodatku ich objawieniami emocjonuje się wyłącznie segment konsumencki Hi-Fi i High-Endu a branża pro-audio jedynie z politowaniem kiwa głową, stwierdza, że głupich nie sieją i wraca do swoich codziennych zajęć. Jeśli jednak przestaniemy ślizgać się jedynie po powierzchni stereotypów bardzo szybko okaże się, że i po drugiej stronie umownej szyby są ludzie, dla których każdy, nawet najmniejszy detal ma znaczenie i jeśli coś można poprawić, to najlepiej zrobić to na samym początku ścieżki produkcyjnej a nie próbować potem szukać lekarstwa post factum – walcząc ze spapranym materiałem źródłowym w domowym zaciszu. Tak też było w przypadku Jacka Gawłowskiego – reżysera dźwięku, laureata nagrody Grammy (za mix Randy Brecker plays Włodek Pawlik’s „Night in Calisia”), czyli pełnokrwistego przedstawiciela grupy profesjonalistów za realizację i mastering dźwięku odpowiedzialnych. Pierwszą próbkę jego „mrocznego” – audiofilskiego  ater-ego mogliśmy poznać na przykładzie monumentalnych kolumn Bauta będących konstrukcjami trójdrożnymi wspomaganymi aktywną sekcją basową. Choć z drugiej strony, patrząc na ww. projekt czysto obiektywnie, to i na rynku pro bez problemu można znaleźć równie imponujące, wielogłośnikowe monstra i żeby zbyt daleko nie szukać wspomnę tylko o ponad dwumetrowych Lipinski Sound L-707A Signature. Kolumny to jednak dość bezpieczny temat a my tym razem zajmiemy się czymś co nawet dla części złotouchej braci na kilometr pachnie robieniem naiwnych w balona, czyli kablami zasilającymi i to w najbardziej ekstremalnym wydaniu.

Szczerze powiedziawszy, kiedy Jacek przywiózł tytułowe kabliszcza do OPOSa i podesłał mi poglądowe zdjęcia najpierw dostałem ataku śmiechu, jednak już po chwili zastanawiałem się nad zagadnieniami natury ergonomiczno-logistycznej, bo patrząc na ich dość niestandardową średnicę i niechęć do układania trudno było wyobrazić sobie jak można byłoby je wpiąć do naszego dyżurnego systemu i to biorąc pod uwagę, że za nim mamy jeszcze prawie dwa metry luzu. Jak jednak sami Państwo widzicie na powyższych zdjęciach nie ma dla nas rzeczy niemożliwych, no może poza mówieniem „F” z otwartymi na oścież ustami. Kilka ostreczowanych mebli użytkowych, paczka samoblokujących się opasek i voilà. Co prawda podczas aplikacji jeden z trzech przekazanych nam prototypów uległ drobnej kontuzji (jedna z wiązek opuściła swoje miejsce wewnątrz wtyczki), ale tak jak zaznaczyłem na wstępie mieliśmy do czynienia z egzemplarzami przedprodukcyjnymi i lepiej, że tego typu anomalie miały miejsce w naszych, kontrolowanych warunkach aniżeli u odbiorcy końcowego. Całe szczęście ostały nam się dwa sprawne egzemplarze i to właśnie nad nimi mieliśmy i dokonaliśmy sądu.

Zanim jednak przejdę do opisu walorów sonicznych pozwolę sobie na kilka uwag natury użytkowej. Po pierwsze wykorzystana w Bautach konfekcja Oyaide okazała się może nie tyle zbyt delikatna, co nieprzemyślanie zaimplementowana. Po prostu przy takim oporze materii i braku możliwości jakiegokolwiek skręcenia przewodu należy już na etapie produkcji zsynchronizować ze sobą orientację wtyku męskiego z żeńskim, tak, aby po włożeniu do gniazdka dało się później przewód podłączyć do urządzenia, które mamy zamiar Bautą zasilać. Można też pójść też nieco na skróty i wykorzystać rozwiązania oferowane np. przez Furutecha w jego obrotowych wtykach FI-12L-R / FI-E12L-R. Oczywiście zamiast inteligencją można też wykazać się również bezmyślną siłą, jednak po pierwsze staniemy przed wyzwaniem zbliżonym do prób zginania dyszla od dyliżansu albo przewodu przesyłu wysokich napięć (36 – 150 kV), a po drugie szanse na wyrwanie gniazda ściennego i/lub jednoczesnego uszkodzenia gniazda IEC są niemalże pewnikiem.

No to najwyższy czas na wpływ przewodów Bauta na brzmienie naszego dyżurnego systemu. Pomimo tego, że na widok ułożonych za stojącymi na stoliku SOLID BASE VI urządzeniami jaskrawoczerwonych przewodów chciało nam się zarówno śmiać, jak i płakać uznaliśmy, że warto podzielić się z Państwem własnymi wrażeniami. W miarę szybko opanowaliśmy zatem emocje i w ramach eksperymentu, lub jak kto woli możliwości technicznych, podłączyliśmy tytułowe węże pod końcówkę mocy Abyssound ASX-2000 oraz przetwornik Reimyo DAP – 999 EX Limited i … jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki żarty się skończyły. W tym, jak „zagrały” Bauty nie było nawet krztyny niepoważności, czy próby złapania niewprawionego słuchacza na któryś z ogranych do bólu chwytów marketingowych. Nie odnotowaliśmy bowiem ani miażdżącego, przytłaczającego basu, czego pewnie część naszych Czytelników patrząc na przekrój przewodów się spodziewała, ani jakiegoś drastycznego wzrostu wolumenu prezentowanego dźwięku. Nic z tych rzeczy. To było rasowe, audiofilskie granie i to granie z górnej półki. Szukając bardziej znanych analogii mógłbym porównać rodzime przewody do Acoustic Zen Absolute a raczej dwóch, albo trzech Absolute’ów splecionych ze sobą i zespolonych na skrajach – tuż przy wtyczkach. Otrzymaliśmy bowiem bardzo podobne doładowanie energią i nasycenie średnicy z delikatnym przesunięciem środka ciężkości ku dołowi. Jednak przy całej tej kosmetyce bas ani nie został pogrubiony, ani tym bardziej nie utracił nic ze swojego zróżnicowania, a jedynie otrzymał solidną dawkę adrenaliny. Całe szczęście nie próbował przy całej swojej spontaniczności przekraczać granic dobrego smaku i podporządkowywać sobie pozostałych podzakresów. Damskie wokale nadal brzmiały kobieco i nawet całe zastępy speców z WADA nie znalazły by w pozyskanych od nich próbkach najmniejszych śladów zakazanych (przynajmniej w sporcie) substancji. Niezwykle realistycznie wypadła „Misa Criolla” Ramireza, choć porównując do X-DC SM Milion Maestro i Furutecha NanoFlux – NCF można było zauważyć delikatne zmniejszenie ilości powietrza w górze pasma, choć już tempo wygaszania dźwięków i pogłos towarzyszący wokalistom był na zbliżonym poziomie.
Równie przekonująco zabrzmiał w pełni syntetyczny „Exciter” Depeche Mode a basowe pomruki zarejestrowane na tym krążku wprawiały w drżenie całego OPOSa. Oczywiście nie było to zjawisko permanentne, lecz towarzyszące jedynie naszym próbom weryfikacji, czy przy niemalże „koncertowych” poziomach głośności nic niepokojącego się nie dzieje.
Jak sami Państwo widzą od strony brzmieniowej Bauty prezentują się całkiem normalnie, nie powalają, nie oszałamiają a wręcz idealnie wpisują się w towarzystwo high-endowych konkurentów. Stawiają na organiczną wręcz spójność i homogeniczność idące w parze z naprawdę wysokich lotów rozdzielczością. Wspomniane wcześniej różnice w „napowietrzeniu” wynikały głównie z nieco innego niż wymienieni sparingpartnerzy doświetlenia przekazu i to co u nas zabrzmiało tak, jak zabrzmiało u Państwa może okazać się balsamem na uszy i czynnikiem tonizującym zbytnią euforyczność i ofensywność górnych rejestrów.

Nie ma się co oszukiwać, silić na okrągłe uprzejmości i przyjacielsko poklepywać po plecach. Bauta Power Cable, jeśli tylko po koniecznych poprawkach, wejdzie do „seryjnej” produkcji nadal będzie niezwykle irytującym i niewygodnym przewodem adresowanym do dość nielicznej garstki szalonych audiofilów, którzy zdolni są poświęcić naprawdę wiele w drodze ku upragnionej nirwanie. A czy Wy znajdziecie się w ich gronie to już zależy wyłącznie od Was samych, chociaż zapobiegliwie już teraz zacząłbym przygotowywać Panią Domu do faktu, że któregoś pięknego dnia zawita u Was dwunastokilogramowe kabliszcze o dość trudnej do ukrycia aparycji.

Marcin Olszewski

Producent: Bauta
Cena: ok. 5 000 €

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Abyssound ASX-2000
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA