Monthly Archives: listopad 2019


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

W poszukiwaniu hipnotyzujących „wycieraczek” większość złotouchej braci podąża ku trzem głównym źródłom tego typu atrakcji wizualnych, czyli McIntosha, Accuphase’a i właśnie bohatera niniejszej epistoły. Oczywiście na rynku, poza sprzętem z półki vintage, gdzie wszelakiej maści wychyłowe wskaźniki były równie powszechne jak dzisiaj układy DAC-a, czy stremera, warto wspomnieć o niemieckim Restku, T+A, czy Audio Researchu. Jednak tym razem skupimy się na marce na polskim rynku rozpoznawalnej, lecz od dłuższego czasu mającej dość nieustalony status dystrybucyjny. Bowiem choć jej produkty pojawiały się na sklepowych półkach, to każdorazowo wici prowadziły za naszą południową granicę. Niby świat od dawien dawna można uznać za globalną wioskę i to, czy dany przewód idzie do nas z Radomia, czy np. Bali nie ma praktycznie większego znaczenia, jednak jak pokazuje nasze doświadczenie dla znacznej części nabywców świadomość istnienia „fizycznego opiekuna” marki i związana z nią ewentualna obsługa posprzedażna ma niebagatelne znaczenie. Dlatego też z niekłamaną satysfakcją informujemy, iż od czerwca b.r. oficjalnym dystrybutorem marki Luxman został Audio Klan, a tym samym ww. urządzenia na stałe zagościły w Sieci Salonów Top HiFi & Video Design. Jak to jednak bywa od papierologii do fizycznego pojawienia się egzemplarzy demonstracyjnych i „zatowarowania” salonów trochę wody w Wiśle upłynąć musiało. Jednak przysłowiowym rzutem na taśmę, tuż przed samym rozpoczęciem dwudziestej trzeciej edycji stołecznego Audio Video Show, możemy się z Państwem podzielić wrażeniami z kilkutygodniowych testów najnowszego i zarazem topowego (przez ramię zagląda mu A-klasowy L-590AXII) wzmacniacza zintegrowanego Luxman L-509X.

Nie ukrywam, że we wstępniaku aż musiałem kilkukrotnie ugryźć się w język, gdyż niemalże automatycznie na klawiaturę cisnął mi się w stosunku do Luxmana przymiotnik „japoński”. Po prostu cały czas w mych mózgowych zwojach zakodowane tkwiło przeświadczenie, iż ta powstała w 1925 r. w Osace marka, nosząca wtenczas nazwę Kinsuido, nadal znajduje się w japońskich rękach, na co wskazywałby nawet dostępny na stronie producenta adres korespondencyjny (1-3-1,Shinyokohama, Kouhouku-Ku Yokohama-Shi Kanagawa 220-0033 Japan). Jednak realia współczesnego rynku są bezlitosne a słowem kluczem staje się konsolidacja, czyli przekładając z marketingowej nowomowy na język zrozumiały dla ogółu – wchłanianie / przejmowanie mniejszych firm przez większe grupy kapitałowe/koncerny. I taki też los spotkał Luxmana, który w 1987 r. został kupiony przez Alpine, by w 2009 r. trafić pod skrzydła chińskiej grupy IAG – właściciela takich marek, jak Wharfedale, Quad, Mission, Audiolab i Castle Acoustics (kolejność zgodna ze stroną Grupy). Jak się jednak okazało powyższy zabieg miał charakter jedynie finansowy a linie produkcyjne, jak i cała firma, nadal mieszczą się pod ww. adresem, więc ze spokojnym sumieniem mogę stwierdzić iż w przypadku L-509X nadal mamy do czynienia z rasowym produktem „Made in Japan”.

Abstrahując jednak od ekonomicznych zawirowań L-509X prezentuje się wprost wybornie już na starcie jasno dając do zrozumienia, że jest oczywistą konkurencją dla szampańsko-złotych Accuphase’ów. Jego konstruktorzy idą jednak własną drogą bowiem kolorem przewodnim jest naturalne srebro szczotkowanego aluminium masywnego frontu. Ponadto tak charakterystyczne centralnie umieszczone okna VU-meterów mają białe/neutralne podświetlenie, które jak widać na załączonych zdjęciach potrafi, przy długim czasie nświetlania, wpadać w lekki błękit. Po obu stronach modułu „wycieraczek” zlokalizowano masywne, toczone gałki, z których lewa odpowiada za wybór źródła a prawa za regulację siły głośności. Wbrew pozorom opór, jaki napotykamy przy jej ruchu co prawda wynika z obecności potencjometra, na osi którego jest zamontowana, lecz nie pełni on roli tłumika, lecz sterownika do właściwego układu kontroli głośności – 88-krokowego skomputeryzowanego tłumika LECUA1000 (Luxman Electronically Controlled Ultimate Attenuator). Za główne zalety LECUA1000 można uznać zmianę siły głosu bez pogarszania jakości sygnału, co jest pochodną faktu iż w każdym z owych 88 kroków sygnał przepływa jedynie przez dwa oporniki a niezrównoważenie kanałów spowodowane np. starzeniem elementów go po prostu nie dotyczy.
Pod prostokątnym oknem chroniącym VU-metery w równym rządku przycupnęły niewielkie, obrotowe regulatory, które odpowiedzialne są, patrząc od lewej, za wybór typu wkładki (MM/MC), aktywację pętli magnetofonowej, wybór wyjść głośnikowych, regulację niskich i wysokich tonów oraz ustawienie balansu. Całości dopełniają okupujące lewą flankę włącznik główny i monitor rejestracji a z prawej Line straight (skrócenie ścieżki sygnału/ominięcie sekcji regulatorów), Separate (rozłączenie sekcji przedwzmacniacza i końcówki mocy), oraz wyjście słuchawkowe.
Aluminiowa płyta górna jest zaskakująco masywna (6 mm grubości robi swoje) i wzdłuż znajdujących się pod nią odlewanych radiatorów misternie ponacinana w przepięknie mieniące się lusterkami podfrezowań zabezpieczonych drobną siatką otworami wspomagającymi cyrkulację powietrza wewnątrz urządzenia. Dzięki powyższemu zabiegowi boki wykonano w formie solidnych blaszanych profili nadając całości swoistej delikatności, czy wręcz laboratoryjnej sterylności.
Z powyższymi – jasnymi szarościami wyraźnie kontrastuje czerń tylnej ściany, gdzie panuje wręcz wzorowy porządek. Górna część pleców przypadła bowiem przyłączom niskopoziomowym, czyli wejściu phono z dedykowanym zaciskiem uziemienia, czterem wejściom liniowym, pętli magnetofonowej i wyjściu z przedwzmacniacza, bezpośredniemu wejściu na końcówkę mocy (wszystkie w standardzie RCA), oraz dwóm parom zbalansowanych wejść XLR z przełącznikami fazy. Dół zajmują natomiast zdublowane terminale głośnikowe bez większego grymaszenia akceptujące nawet masywne widły. Wyliczankę kończy dwubolcowe gniazdo zasilające IEC. Całość posadowiono na czterech masywnych żeliwnych nóżkach a w komplecie nie zabrakło eleganckiego aluminiowego pilota zdalnego sterowania o symbolu RA-17A.
Podobną dbałość o detale widać również w podzielonym na sześć komór stalowym chassis, w którym centralna i zarazem największa sekcja przypadła zasilaniu, czyli potężnemu 600VA trafu El i baterii ośmiu solidnych kondensatorów o łącznej pojemności 80 000 µF. Boki należą do podwójnych stopni wzmocnienia – drajwerów z układami Darlingtona i wyjściowych – złożonych z ośmiu (na kanał) tranzystorów pracujących w push-pullu. Warto też wspomnieć, iż tytułowy wzmacniacz pracuje w klasie AB a nad sprzężeniem zwrotnym czuwa autorski układ ODNF (Only Distortion Negative Feedback) czwartej generacji. Podstawą działania ODNF jest przesyłanie jedynie różnicy między sygnałami wejściowymi a wyjściowymi a nie jak to zazwyczaj bywa pełnego sygnału. Dlatego też, choć wzmocnienie L-509X wynosi 29,3dB, to samo sprzężenie zwrotne wynosi jedynie 0,3dB.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu tytułowej bądź co bądź superintegry warto uświadomić sobie fakt, iż oprócz silnie zakorzenionej w XX-wiecznych realiach sekcji przedwzmacniacza gramofonowego tak naprawdę L-509X nie ma czym z wyposażoną w rozbudowane sekcje cyfrowe konkurencją powalczyć oprócz … brzmienia. Może to dla części z Państwa wydawać się dziwne, ale tak właśnie jest i jest to jak najbardziej zgodne nie tylko z logiką, lecz i zdrowym rozsądkiem, o polityce firmy nawet nie wspominając. Trzeba mieć bowiem na uwadze, iż w katalogu Luxmana znajdziemy aż trzy zewnętrzne przetworniki cyfrowo-analogowe, pięć odtwarzaczy i trzy gramofony, więc nawet przy minimalnym wysiłku i odrobinie dobrej woli jesteśmy w stanie skonfigurować kompletny i w pełni „kompatybilny” z XXI-wiecznymi oczekiwaniami system. Skoro jednak naszą uwagę skierowaliśmy ku integrze, to oczywistym wydawać się powinien fakt, iż żywo zainteresowani jesteśmy wzmocnieniem sygnałów z już posiadanych źródeł a nie ich dodatkową konwersją do „zjadliwej” (czytaj nadającej się do konsumpcji) analogowej postaci.
I to właśnie L-509X robi i robi to nie tylko wybornie, co w na swój sposób unikalny. Nie stawia bowiem na miłe dla ucha eufonię, kojącą łagodność i rozleniwiającą słodycz, lecz już od pierwszych taktów reprodukowanego materiału stawia na neurochirurgiczną wręcz precyzję i laboratoryjny profesjonalizm. Tutaj dźwięki nie są „robione” ku uciesze zmanierowanej gawiedzi, lecz niemalże rozbijane na atomy i nie tyle analizowane, bo ich analiza pozostawiana jest słuchaczom, co prezentowane w świetle i z pietyzmem niepozwalającym na ukrycie najdrobniejszych niuansów czy mikrodetali. W dodatku bezpardonowo pokazuje wszystkie cechy systemu w jakim przyjdzie mu pracować. Upodabnia się w tym do aparatury pomiarowej, którą trzyma się w firmowym laboratorium nie po to, by było ładnie i miło, lecz by pokazywała prawdę taką, jaka ona w rzeczywistości jest, jaka by ona nie była. Nie sposób jednak zarzucić 509-ce jakichkolwiek oznak bezduszności, czy zbytniego nacisku na analityczność, chyba, że w ten właśnie sposób interpretujemy wzorcową wręcz liniowość i rozdzielczość, bądź gustujemy w produkcjach Stockfisch-Records. Jednak aby to wszystko usłyszeć trzeba uzbroić się w cierpliwość, zlecić mozolny proces wygrzewania i akomodacji np. zaprzyjaźnionemu salonowi audio, lub po prostu na jakiś tydzień pozostawić go (najlepiej na strychu, bądź garderobie) pod prądem z jakimś ekologicznym źródłem sygnału i ledwo brzęczącymi kolumnami, bowiem fabrycznie nowy egzemplarz charakteryzuje się co najwyżej dwuwymiarową sceną i praktycznie całkowitym brakiem basu. Dopiero po kilku dniach powolnej ewolucji całość przybiera odpowiednie wyrafinowanie i z szarej, anorektycznej poczwarki przemienia się w olśniewającego misterną tkanką skrzydeł motyla.
Co ciekawe, im dłużej słucha się Luxmana, tym mocniej utwierdzamy się w przekonaniu, iż jego brzmienie wcale nie jest nazbyt hiperdetaliczne, lecz owa natywna rozdzielczość jest w pełni naturalną pochodną jego nieingerowania w reprodukowany sygnał. Jest przy tym niezwykle jedwabiste i spójne, przez co nie sposób przyłapać go na ziarnistości, granulacji, czy nadmiernej kanciastości. Jest za to w nim stoicka niespieszność shodō (japońskiej kaligrafii) a prezentacja rozgrywających się na scenie wydarzeń odbywa się z pewnej perspektywy – bez sztucznego przybliżania pierwszego planu.
Jednak proszę się nie spodziewać, iż powyższa charakterystyka niejako predestynuje Luxmana do eksploracji wszelakiej maści szerokorozumianej muzyki relaksacyjno – ilustracyjnej w stylu „Sacred Journey of Ku-Kai, Volume 5” Kitaro. Tzn. i w takich klimatach sprawdzi się świetnie, gdyż walory przestrzenne tego typu produkcji są tylko przez japońską integrę potęgowane, choć wcale nie należy się w jakikolwiek sposób ograniczać. Przykładowo niezwykle intrygująco wypadł wymykający się łatwemu zaszufladkowaniu folkowo-rockowo-psychodeliczny album „Masterless Samurai” Osamu Kitajimy, gdzie np. świdrujące brzmienie fletu Shakuhachi i przywodzące na myśl odgłosy jakie wydaje zrzucany po betonowych schodach worek z rodowymi srebrami perkusjonalia łagodzi krągły bas nadający całości iście funkowej pulsacji.
Nieco bardziej drapieżne oblicze 509-ka pokazała na symfoniczno-metalowym „Until the End” Eleine, gdzie pozorny, przynajmniej dla niezorientowanych w temacie słuchaczy, chaos zyskał na wieloplanowości, precyzyjnej lokalizacji źródeł pozornych i niemalże industrialnym utwardzeniu. Bez najmniejszego trudu można było wskazać skąd dobiega melodyjny wokal Madeleine 'Eleine’ Liljestam a skąd szczekliwy growl Rikarda Ekberga. Różnice w ładunku emocjonalnym i sile emisji wokalistów były na tyle oczywiste, iż praktycznie każdorazowo, gdy przed mikrofonem stawał Ekberg słuchacz miał mimowolny odruch cofnięcia się i to wraz z fotelem. Warto przy tym pamiętać, iż artyści cały czas trzymani byli na bezpieczny dystans, więc daje to, bądź przynajmniej powinno dawać, wyobrażenie o realizmie jaki jest w stanie zaoferować tytułowy wzmacniacz. Dodając do tego niezwykle obszerną nie tylko w domenie szerokości, co przede wszystkim głębi scenę nietrudno zrozumieć popularność Luxmana w jego ojczyźnie. Pól żartem, pół serio mozna bowiem stwierdzić, iż zakup takiej daleko nie szukając 509-ki jest zdecydowanie mniej bolesną inwestycją aniżeli zmiana na 5, czy 10 metrów większe lokum.
Na koniec pozwolę sobie jeszcze w dosłownie kilku słowach wspomnieć o fabrycznym wyposażeniu, jakim jest wbudowany phonostage. Okazało się bowiem, iż zamiast spodziewanej namiastki tego, co z reguły oferują zewnętrzne urządzenia, układy zaimplementowane w 509-ce bynajmniej nie wypadły sroce spod ogona. Zachowując firmową sygnaturę, czyli stawiając raczej na transparentność i znikanie z toru, aniżeli podkreślanie własnej obecności, przedwzmacniacz gramofonowy cechuje zaskakująca kultura pracy objawiająca się w momencie braku sygnału muzycznego praktycznie całkowitą ciszą w głośnikach, jeśli natomiast takowy sygnał się pojawi to intensywność doznań jest najdelikatniej rzecz ujmując nad wyraz satysfakcjonująca. Kontury źródeł pozornych kreślone są nieco grubszą, aniżeli z wejść liniowych, kreską a sam dźwięk wydaje się być nieco bardziej skupiony na średnicy, jednak ani przez myśl mi nie przyszło uznawać tego za wadę, skoro zarówno Leonard Cohen z „You Want It Darker”, jak i pulsująca gorącym rytmem Selah Sue z białego winyla „Rarities” zabrzmieli wprost wybornie i w sposób na tyle organicznie homogeniczny, że trudno byłoby ze źródła cyfrowego w rozsądnej kwocie, ową sztukę osiągnąć.

Podsumowując powyższą epistołę śmiem twierdzić, iż Luxman L-509X okazał się urządzeniem zaskakująco udanie łączącym fenomenalną rozdzielczość z jedwabistą gładkością i umiejętnością znikania w torze. Oczywiście zarówno właśnie wyartykułowane résumé, jak i nieco bardziej rozwlekłe opisy zdobytych z 509-ką doświadczeń, dotyczą odsłuchów w trybie Line straight, gdyż jakakolwiek ingerencja pokładową equalizacją w równowagę tonalną przynosiła może i ciekawe, aczkolwiek całkowicie nieprzewidywalne i zależne od konkretnych nagrań rezultaty. Dlatego też skupiłem się na dźwięku w wersji sauté ewentualne modyfikacje pozostawiając już docelowym nabywcom. Ze swojej strony pozwolę sobie jedynie dodać, iż biorąc pod uwagę wrażliwość japońskiej integry na wszelakiej maści okablowanie, z zasilającym włącznie, oraz akcesoria antywibracyjne sugerowałbym porzucić myśli o ewentualnych oszczędnościach. Nie popadałbym jednak w jakieś ekstremalne szaleństwo, gdyż nawet korzystając z oferty dystrybutora, całkiem rozsądnym wyborem wydają się np. AudioQuest Hurricane i stopki IsoAcoustics, które nadadzą dźwiękowi Luxmana odpowiedniego wypełnienia i dynamiki.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Chyba zgodzicie się ze mną, iż japońska marka Luxman od jakiegoś czasu miała u nas trochę pod przysłowiową górkę. Teoretycznie znakomicie rozpoznawalna przez praktycznie każdego miłośnika dobrej jakości dźwięku, lecz z braku oficjalnego polskiego dystrybutora stosunkowo trudno można było jej wyrobów nawet nie tyle posłuchać, ale nawet zakupić w ciemno. Oczywiście ktoś wytrwały mógł dopiąć swego i po osobistym zapoznaniu się z jej portfolio przy niewielkiej ilości szczęścia upolować w sieci / na telefon odpowiedni model. Jednak nie była to obsługa z prawdziwego zdarzenia, tylko coś na kształt wolnej amerykanki organizujących takie zakupy podmiotów audio. Na szczęście w ostatnie wakacje nadszedł nie tylko dla niej, ale również dla nas, czyli potencjalnych zainteresowanych, ważny moment, bowiem oficjalnej opieki nad wspomnianym brandem podjął się warszawski dystrybutor Sieć Salonów Top Hi-Fi & Video Design, który w pierwszym recenzenckim rozdaniu zaproponował nam starcie ze wzmacniaczem zintegrowanym Luxman L-509X. Zatem jeśli ktoś na będącą clou tego testu integrę miał przysłowiową chrapkę, to zapraszam do zapoznania się z poniższymi akapitami.

Aparycja rzeczonego modelu Luxmana jest zjawiskowa. To bardzo dobrze odbierana organoleptycznie nie tylko za sprawą wykorzystanych do wykonania obudowy świetnie prezentujących się grubych płatów aluminium, ale również z racji ciekawego designu, konstrukcja. Jej epatujący radosnym bogactwem wyposażenia front, jak niewiele konstrukcji na rynku, może pochwalić się uwielbianymi przez wielu melomanów, zlokalizowanymi w sporych rozmiarów okienku wskaźnikami wychyłowymi. Po ich obydwu stronach znajdziemy dwie duże gałki – lewa selektor wejść liniowych, prawa Volume, a pod wspomnianymi mówiąc żargonem samochodziarzy wycieraczkami producent osadził sześć małych pokręteł typu: wybór wkładki MM/MC, REC OUT, wybór wyjścia terminali kolumnowych A, B. A+B i typowe dla konstrukcji z kraju kwitnącej wiśni regulatory – tony wysokie, tony niskie, balans. Wieńcząc dzieło na zewnętrznych flankach wspomnianej serii pokręteł konstruktorzy zaaplikowali jeszcze patrząc od lewej okrągły włącznik pracy wzmacniacza, trzy małe guziki funkcyjne ( MONITOR, LINE STRAIGHT, SEPARATE) i gniazdo słuchawkowe. Przemieszczając się z opisem ku tylnemu panelowi nie sposób przeoczyć czterech pasm kwadratowych z mocno zaokrąglonymi rogami, dodatkowo wypełnionych ciekawie wyglądającą siatką, otworów wentylujących układy wewnętrzne wzmacniacza. Zaś same plecy potwierdzając sygnalizowane włącznikiem istnienie phonostage’a na pokładzie 509-ki utwierdzają nas w tym stosownym wejściem RCA i tuż obok niego zaciskiem masy. Do tego znajdziemy na nich bogactwo wejść i wyjść liniowych RCA z przelotką dla nagrywania z gniazdami wejście/wyjście na pre włącznie, a także podwójne wejścia liniowe XLR, dwa zestawy terminali kolumnowych i niezbędne do ożywienia piecyka gniazdo zasilania. Z uwagi na sporą wagę przybliżanej integry konstrukcję posadowiono na czterech solidnych stopach. A dla leniwych melomanów producenci przewidzieli standardowo dostarczanego do każdej sztuki Luxmana pilota zdalnego sterowania.

Przyznam szczerze, że bliskie spotkanie z tytułową marką we własnym zestawie miałem tylko raz i to jakieś dziesięć lat temu. Dlatego też stawiając na miejscu kaźni tytułową 509-kę po tak długim czasie w kwestii sznytu grania praktycznie miałem czystą kartę. Gdzie zatem na wykresie pozycjonuję sznyt grania nowej wizji Luxmana? Bez dwóch zdań lokalizuję go po stronie neutralności z lekkim wskazaniem na szybkość i atak generowanej muzyki. Naturalnie przy odrobinie pracy drobnymi korektami kablowymi i akcesoriami antywibracyjnymi bez szkody dla końcowego efektu da się go przekonać go do pokazania większej dawki plastyki, jednak nie będzie to granie w stylu norweskiego Electrokompanieta, czy starych modeli japońskiego Accuphase. Po prostu będzie przyjemniej, jednak nadal w estetyce solidnego drive’u, na co z pewnością czeka co najmniej połowa z miłośników muzyki. Aplikacja w tor rzeczonego wzmocnienia spowodowała znaczne energiczniejszą pracę zakresu niskotonowego i większą ochotę do pokazywania najdrobniejszych szczególików moich kolumn. Naturalnie natychmiast to wykorzystałem i w napędzie CD-ka lądowały wyśmienicie wykorzystujące owe cechy płyty. Począwszy od mocnego uderzenia materiałem zespołu Dream Theater „The Astonishing”, gdzie szybkość w połączeniu z energią są pierwszymi niezbędnymi warunkami do oddania szaleństwa tego wydawnictwa, a co Luxman bez problemu potrafił zapewnić, przez sztucznie generowane, a nawet często zniekształcane nutowe pasaże formacji Yello „Toy”, po rasowy free-jazz Petera Brotzmanna, z racji brylowania jak ryba w wodzie testowanego Japończyka w podobnych realiach nie mogłem przerwać żadnej z płyt, tylko czasem nawet pogłaśniając z przyjemnością odbębniłem każdy ich krążek od dechy do dechy. To było szaleństwo najczystszej postaci, jakiego z pewnością spodziewaliby się słuchani artyści, a co również mnie, raczej lubiącemu plumkanie o dziwo sprawiło wiele przyjemności. Powód? Panowie, ile można słuchać melancholijnej muzy. Czasem trzeba się obudzić, na co z powodów słabego radzenia sobie z takim materiałem konkurencji nie zawsze mam szansę, a co swoim sposobem na przybliżanie tego rodzaju świata muzyki bohater dzisiejszego spotkania w najlepszym wydaniu mi pozwolił.
To była pierwsza odsłona testu, bowiem idąc za początkiem tego akapitu po przywołanych krążkach lekko przearanżowałem okablowanie systemu, co tchnęło w muzykę szczyptę esencjonalności. Nie mocnego koloru, tylko lekkiego posmaku plastyki, a to wystarczyło, aby bez najmniejszych problemów napawać się emocjami w stawiających na nieco większy udział ducha stricte jazzowych i barokowych nurtach muzycznych. Efekt? O dziwo jedynym na co ja, lubiący mocy posmak barwy osobnik może nie ponarzekał, ale zwrócił podobnym melomanom uwagę, to niedogrzanie przekazu. Było kolorowo, ale nieco zbyt zwiewnie. Jednak w całej rozciągłości reszty aspektów w stylu rozmach muzyki kościelnej w kubaturze klasztoru „A Trace Of Grace” Michela Godarda, czy granie ciszą w typowym dla wytwórni ECM materiale Tomasza Stańki „Lontano”, srebrny piecyk zasługiwał na największe pochwały. Powód? Czarne tło i lokalizacja źródeł pozornych na dobrze wykreowanej scenie nie pozawalały na inną niż dobrą ocenę. Cóż z tego, że osobiście chciałbym inaczej, ale to nie oznacza problemów jako takich, tylko pokazuje sznyt grania. Naciągam fakty? Bynajmniej, gdyż zdając sobie sprawę ze swoich preferencji sonicznych wiem również, że nie jestem alfą i omegą i wielu z Was ten sam materiał widzi w innej estetyce. Dlatego też zawsze nakreślam swój punkt widzenia, nie zapominając o innych poglądach, co w stosunku do ogółu czytelników według mnie jest fair.

Mniemam, iż w poprzednim akapicie nie przegapiliście tematu związanego z dodatkowym wyposażeniem recenzowanego egzemplarza wzmacniacza Luxman L-509X, jakim oprócz obsługi słuchawek jest opcja wbudowanego przedwzmacniacza gramofonowego. Co prawda z powodów opiniowania głównie zalet piecyka nie pastwiłem się nad phono zbyt długo, jednak spieszę donieść, że zaaplikowany moduł grał w podobnym, jednak nieco łagodniejszym tonie, co cała konstrukcja. To znaczy jak? Z werwą, energią i otwartością, ale dzięki nieco innej specyfice sygnału z wkładki gramofonowej bardziej plastycznie, przekładając się tym sposobem na wzrost muzykalności materiału z tego nośnika. Oczywiście w tym przypadku należy wziąć również pod uwagę sam rylec w moim drapaku, który jako wspornika używa drzazgi bambusa, dzięki czemu nastąpiła lekka zmiana barwowego kursu. Jednak według mnie, jeśli nie nakarmicie rzeczonego samuraja sygnałem ze zbyt analitycznej wkładki – zapewniam, są takowe, usłyszany przeze mnie efekt powinien wystąpić również podczas Waszej przymiarki. Jednak to jest do dokładnej, z racji miłego dodatku od producenta już końcowej weryfikacji.

Jak wskazują wyłapane przeze mnie akcenty brzmieniowe Luxmana L-509X, decydując się nań nie spodziewajcie się lejącej się z kolumn, co prawda przez wielu uważanej za miłą dla ucha, ale w wielu rodzajach muzyki szkodliwej, dźwiękowej soczystości ponad wszystko. To jest wzmacniacz dla osobnika unikającego przegrzania i spowalniania dźwięku. Jak wykazałem w tekście, stosunkowo łatwo da się nieco przesunąć jego brzmienie w stronę większej plastyki, ale nadal energia grania będzie ważnym elementem budowania dobrze wizualizowanych realiów wirtualnej sceny muzycznej w naszych samotniach. Do kogo skierowałbym naszego bohatera? Powiem tak. Jeśli nie jesteście orędownikami sztucznego podgrzewania atmosfery słuchanej muzyki, próba osobistego zderzenia się z nim, jeśli nie pozostawieniem go w systemie, może skończyć się co najmniej miłym zaskoczeniem. To jest solidne, unikające szkodliwych podbarwień granie, czego w takim wydaniu często próżno szukać u konkurencji.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Audio Mephisto
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
Step-up: Thrax Trajan
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Cena: 33 999 PLN(promocja), cena regularna – 39 999 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 120W + 120W (8Ω), 220W + 220W (4Ω)
Pasmo przenoszenia: PHONO: 20Hz – 20kHz (±0.5dB); LINE: 20Hz – 100kHz (-3dB)
Stosunek sygnał/szum: PHONO (MM): >91dB; PHONO (MC): >75dB; LINE: >105dB
Zniekształcenia THD: <0.007% (8Ω, 1kHz); <0.06% (8Ω, 20Hz – 20kHz)
Regulacja głośności: LECUA1000
Współczynnik tłumienia: 370
Pobór mocy: 380W; 150W w spoczynku; 0,5W standby
Wymiary (S x W x G): 440 x 193 x 463 mm
Waga: 29.3 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Gryphon Mephisto Stereo

Opnia 1

Nie od dzisiaj wiadomo, iż w żargonie konstruktorów związanych z praktycznie każdą dziedziną naszego życia bardzo popularne jest powiedzenie „lepsze jest wrogiem dobrego”. Naturalnie założenia pchające pomysłodawcę do zmian zazwyczaj związane są z poprawą istniejącego stanu rzeczy, jednak w zderzeniu z prozą życia owa ewolucja często ma się nijak do samej idei zmiany na lepsze w stosunku do stanu wyjściowego. Tak też bardzo często dzieje się na naszym, audio podwórku, gdzie następca konkretnego modelu w imię nieco lepszego wyniku w jednej kwestii potrafi stracić na wielu innych obszarach. I nie ma znaczenia na jakim pułapie cenowym przyjrzymy się temu procederowi, zawsze znajdziemy idealnie wpisujący się w powyższy wywód przypadek. W jakim celu wplatam tę ogólnie znaną prawdę w dzisiejszy tekst? Trochę na przekór zaistniałej sytuacji, bowiem ta recenzencka batalia nie będzie mierzeniem się z próbą poprawiania czegokolwiek, tylko zderzeniem z powstałym jako punkt odniesienia dla stereofonicznych końcówek mocy duńskiej marki, Gryphonem Mephisto. Będzie to też okazja do weryfikacji co i w jakim stopniu inżynierowie wspomnianego brandu poświęcili z wzorca w imię zaproponowania klientom stojącego oczko niżej w portfolio, jednak jak można przekonać się po analizie niedawno przeprowadzonego testu, fantastycznie prezentującego się sonicznie Antileona. Reasumując, na bazie dzisiejszego spotkania przyjrzymy się nie ewolucji – będąca zarzewiem niniejszej recenzji topowa konstrukcja powstała jako pierwsza, tylko sumie drobnych strat w obszarze jakości dźwięku tańszego Antileona w stosunku do opisywanego dzisiaj, nieco wyprzedzając fakty w moim odczuciu w każdym calu fenomenalnego Mephisto. Jak można się domyślić, urządzenie do testu wraz z niezbędną ilością rąk dbających o bezpieczną logistykę zapewnił stacjonujący w Łodzi Audiofast.

Zakładam, iż większość czytelników obserwujących nasz portal już od pierwszego rzutu okiem zorientowała się, że Gryphon Mephisto jest prawdziwym monstrum. 108 kilogramów wagi, przy niebagatelnych wartościach szerokości, wysokości i co najważniejsze głębokości, czyni go potworem sprawiającym problem nie tylko podczas procesu aplikacji w systemie, ale samego miejsca spoczynku. Co prawda z racji przymiarki do swojego zestawu codziennego, po kilkuletnim nabieraniu zaufania do stacjonującego u mnie stolika i niezbędnym wykonaniu znaku krzyża, posadowiłem go na górnej półce. Jednak Was, jako potencjalnych klientów, lojalnie ostrzegam – z Duńczykiem nie ma żartów i lepiej przygotować dla niego miejsce na uzbrojonej w platformę antywibracyjną podłodze.
Przechodząc do opisu wyglądu rozpoczniemy od awersu, który będąc nieco spokojniejszym wizualnie aniżeli u młodszego brata (Antileona) ozdobiono ulokowanymi na bokach dwoma grubymi płatami czernionego akrylu, pomiędzy nimi pionowo użebrowanym panelem z aluminium, a całość przełamano poprzeczną belką z ukrywającymi się w jej centrum nie tylko sensorami uruchamiającymi daną funkcję typu: ON/OF, MUTE, CHECK i trzy rodzaje BIAS’u, ale również kilkoma migającymi podczas uruchamiania końcówki mocy piktogramami typu zgodność fazy i potwierdzenie prawidłowości procesu testu wszelkich sekcji urządzenia przed startem. Lot ptaka nad głównym tematem dnia odkrywa przed nami zajmujące całe połacie bocznych ścianek, do tego głębokie radiatory – urządzenie podczas wykorzystywania największego podkładu biasu dla tranzystorów wyjściowych znacznie się nagrzewa, a także przedzielone wertykalnie lekko użebrowanym półwalcem, oferujące podłużne otwory wentylacyjne dla zawartej we wnętrzu elektroniki wykonane w technice drapanego aluminium dwa płaty górnej części obudowy.
Tył spełniając zadania typowej końcówki mocy oprócz solidnych rączek ułatwiających proces przenoszenia proponuje nam jedynie symetrycznie rozlokowane – konstrukcja pełne dual mono, co przy purystycznym podejściu konstruktorów wymusza na posiadaczu użycie dwóch kabli zasilających – pojedyncze wejścia liniowe XLR, również jeden komplet terminali kolumnowych i w odpowiedzi na konstrukcję dwóch wzmacniaczy w jednej obudowie podwojone włączniki główne, dwa gniazda bezpieczników i tyleż samo gniazd zasilania. Tak prezentujący się przedmiot pożądania przez wielu melomanów spoczywa na czterech solidnych stopach. Ok. Tak Mephisto wygląda, jednak nie mniej intrygująco prezentująsię jego trzewia. Oczywiście z racji dostępności wszystkiego w sieci od ręki nie będę przelewał na klawiaturę pełnego pakietu danych, tylko odsyłając po dokładne dane na stronę dystrybutora przywołam na tapet kilka najważniejszych atutów. Jakich? Pierwszym i w moim odczuciu w tym przypadku najistotniejszym jest praca w zdecydowanej większości mocy w klasie „A”. Kolejnym jest brak globalnego sprzężenia zwrotnego. Następnym przy oddaniu mocy w tak zwanym piku na poziomie 6 000W przy 0.5 Ohm na kanał, oferta normalnej pracy to 175W/8 Ohm na kanał. I na tych kilku punktach zakończę moją wyliczankę. Powód? Znający się choćby zdawkowo na rzeczy miłośnicy muzyki zrozumieją, iż mamy do czynienia z produktem z wysoko postawioną technologiczną poprzeczką. Jednak zapewniam wszystkich zainteresowanych nieznających meandrów tego typu rozwiązań, nie są to jedyne atuty rzeczonej konstrukcji, bowiem idąc za informacjami producenta założona już podczas procesu projektowania wyjątkowość produktu pod każdym względem od wyglądu, przez jakość wykonania, po bezkompromisowy dźwięk, zmusiła go do wykonania całości przy użyciu spełniających najwyższe standardy specjalnie wyselekcjonowanych podzespołów.

Będąc konsekwentnym w oddaniu pełnego pakietu istotnych dla Was danych na temat Mephisto nie mogę nie odnieść się do akapitu rozbiegowego i wspominanego w nim Antileona. Jak wynika z niedawno opublikowanego testu, młodszy brat grał zjawiskowo, czyli swobodnym, z dobrym timingiem, barwą, masą i pełnym pakietem informacji dźwiękiem. To było bardzo rzadko występujące u mnie zjawisko. I bez znaczenia był fakt posiadania łatwych do wysterowania kolumn, bowiem zazwyczaj mimo wyśmienitych wyników całości prezentacji, konkurencji brakowało kropki nad „i” w domenie basu. Tymczasem Antileon nad wszystkim wydawał się panować bez najmniejszych problemów i grał zjawiskowo w każdym aspekcie. Dlaczego w poprzednim zdaniu mimo świetności opisanych występów padł zwrot „wydawał się”? Otóż jak to zwykle bywa, nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Co to oznacza w przypadku porównywanych końcówek mocy? Otóż gdybym miał obrazowo opisać sposób prezentacji słabszego piecyka, powiedziałbym, iż Antileon przy całej fantastyczności jawił się w moich oczach jak kogucik. Do czego piję? Otóż zawsze szukał okazji, aby mnie do siebie przekonywać. Raz pociągnął trochę dłużej bas, by innym razem z tylko znanych mu powodów mocniej zaświecić w górze pasma. To naturalnie w konsekwencji odbierałem jako fantastyczne artefakty soniczne, ale było to usilne szukanie mojego poklasku, za co zazwyczaj w duchu go chwaliłem, jednak co dla niektórych mogło być powodem do kręcenia nosem. Tymczasem Mephisto pokazał to wszystko w sposób znacznie bardziej wyrafinowany. Bas schodził niżej, przy o dziwo jeszcze lepszej kontroli, średnica okazała się być nieco masywniejsza, ale ze znanych tylko konstruktorom przyczyn bardziej informacyjna, a najwyższe rejestry w przypisany najlepszym konstrukcjom sposób mimo unikania szukania poklasku wyskakującymi z kapelusza ćwierkaniami, dawały pokaz niedoścignionej maestrii w zakresie rozdzielczości i napowietrzenia przekazu. Reasumując grał ciemniej, a przez to bardziej dumnie, jednak znacznie wyraziściej, z lepszą kontrolą, a przez to z większą klasą od młodszego brata. Robił to na tyle zjawiskowo, że mimo niechętnego odkrywania swoich słabych kart jestem w stanie stwierdzić, iż bez najmniejszego problemu obnażał ograniczenia moich kolumn w reprodukcji basu. Jednak nie uwypuklał ich braków – wszystko wypadało fenomenalniej, tylko przy odpowiednim materiale muzycznym wręcz pokazywał palcem, na jakie kompromisy zdecydowali się austriaccy producenci moich ISIS-ów w walce o ich wysoką skuteczność, czyli ustalenie maksymalnego poziomu zejścia kolumn w dolnym zakresie. Ale zapewniam, takiej muzy jest niewiele, dlatego też dla mnie nie miało to najmniejszego znaczenia,

A jak tajemniczy Mephisto wypadał z konkretnymi przykładami muzycznymi? Ów przegląd rozpocznijmy od najnowszego krążka Adama Bałdycha „Sacrum Profanum”. Zwyczajowo dla tego artysty mamy aranżacje jazzowe za to z dużym udziałem kolokwialnie mówiąc świetnie obsługiwanych przez niego skrzypiec. Jednak nie barwa skrzypiec, czy innego instrumentarium z ich bardzo czytelną lokalizacją na scenie były czarnym koniem tego materiału. Otóż dotychczasowe kilkunastokrotne odtworzenia tej płyty, wkomponowany w otwierający tę kompilację utwór wielki bęben pokazywały jako bliżej nieokreśloną feerię pomruków ze znikomym pakietem danych o ich przyczynie. Tymczasem punkt zapalny naszego spotkania przy muzyce nie dość, że pokazał krotność i z jaką częstotliwością bębniarz walił w membranę bębniszcza, to jeszcze przybliżył mi materiał osnuwający pałkę i zjawiskowo pokazał owe ataki pałki na membranę jako w pełni kontrolowane, a przez to ciekawie rozebrane na pojedyncze fale dźwiękowe artefakty. Zapewniam Was, tę prezentację pierwszy raz odebrałem jako muzyczne zjawisko, a nie jako nadającą nagraniu mistyczności perkusyjną przeszkadzajkę. Kolejnym przykładem umiejętności przybliżania słuchacza do absolutu była twórczość znanej z moich tekstów Koreanki Youn Sun Nah z płyty „Lento”. Z tej pozycji również wybiorę pierwszy kawałek, bowiem tak fenomenalnie naszpikowanego informacjami mimiki twarzy i gardła artystki, przy uniknięciu najmniejszego przerysowania ich w odbiorze dotychczas nie udało mi się usłyszeć. Gdy zaistniała taka potrzeba, piękna diva czarowała mnie fenomenalną soczystością każdej frazy, by za moment wyposażonym w najdrobniejszy niuans dźwiękowy, będącym wariacją harfy instrumentem, zostać brutalnie smagniętym wyrazistym szarpnięciem jednej ze z jego strun. To było połączenie wody z ogniem, czyli na przemian otulanie mnie gładkością, soczystością i namacalnością wokalu z ostrą kreską bardzo długo wybrzmiewających w czasie, wyrazistych w domenie krawędzi strunowych alikwot. A to tylko przedbiegi oferowanego przez Duńczyka soundu, gdyż w przeciwieństwie do wielu piecyków konkurencji znakomicie radził sobie również w ciężkiej muzie i elektronice. Nie było znaczenia, czy mierzyłem się z rasowym metalem spod znaku Slayera, czy Metallicy, wszystko podane było na tacy. Nagrania studyjne przy pełnej kontroli i znakomitej czytelności każdego z podzakresów bez najmniejszego problemu potrafiły pokazać wizję realizatora w kwestii wyimaginowanej w jego głowie lokalizacji artystów pomiędzy kolumnami, zaś płyty stricte koncertowe wykorzystując najważniejszy atut opiniowanej końcówki mocy w postaci kreowania bezkresnej głębi z trudem mieściły się w moim, przecież sporym pomieszczeniu. Nie znalazłem płyty, która zabrzmiałaby w inny niż fantastyczny sposób. Podobnie było z muzą elektroniczną, z tą tylko różnicą, że ta z racji generowania sztucznych, często nieosiągalnych dla zwykłego instrumentu niskich poziomów basu, czasem pokazywała wspomniane przeze mnie wcześniej ograniczenia kolumn. Ale i w tym przypadku były to sporadyczne dźwięki, które notabene tak jak wszystkie wyszczególnione w tekście aspekty udowadniały fantastyczność grania wzmocnienia z Danii, a nie braki w jego zejściu. Owszem, sztucznie, czyli przedłużając bas można byłoby coś w tej materii powalczyć, jednak to byłoby ze szkodą dla jego szybkości i rozdzielczości, na co nie mogli pójść tworzący wzorzec dźwięku dla marki duńscy konstruktorzy Mephisto.

Wiem, rozpisałem się na maxa. Ale gdy zderzam się z czymś wyznaczającym dotychczas nieosiągalne standardy, nie mogę inaczej podejść do tematu, jak zdać czytelnikom pełną emocji relację z odsłuchów. Tak tak, pełną emocji, czego ewidentnym dowodem jest wielokrotne używanie superlatyw, a nie pozbawionych głębszych uczuć – bez względu jak to odbierzecie – przymiotników. Czy przedstawiona w powyższych akapitach stereofoniczna końcówka mocy Gryphon Mephisto jest dla każdego melomana? Bez najmniejszych oporów powiem tak. Powód? Na tle Antileona jest do bólu równa, nieco ciemniejsza, ale bardziej rozdzielcza, co czyni ją pewnego rodzaju pewniakiem w praktycznie każdej konfiguracji. Naturalnie zdaję sobie sprawę, iż na tym pułapie cenowym do głosu dochodzą naprawdę drobne niuanse, co w przypadku prób na własnym podwórku może być ewentualnym powodem do decyzji innej niż zakupowa. Ale z pełną odpowiedzialnością zapewniam Was, spędzony z Mephisto czas nie tylko w moim przypadku, ale również w Waszym pozostanie czymś, czego próżno spodziewać się u wielu konkurentów, a sama decyzja zakupu lub rezygnacji będzie pokłosiem oczekiwań nie tylko Waszych, ale również posiadanej układanki, na co Duńczyk nie ma już wpływu.

Jacek Pazio

Opinia 2

Kiedy recenzowaliśmy Antileona wydawało nam się, że złapaliśmy samego Pana Boga za nogi i śmiało mogę przyznać, że w 100% mieliśmy rację. Rację odnośnie tego, że jedynie nam się wydawało, gdyż po prostu i najzwyczajniej w świecie brakowało nam odpowiedniego punktu odniesienia. Okazało się bowiem, iż pomimo pławienia się w nieraz ekstremalnych odmętach High-Endu, cały czas może nie tyle ślizgaliśmy się po powierzchni, co nie zdawaliśmy sobie sprawy, co tak naprawdę owa referencja powinna znaczyć. Kolejne odsłuchy, wystawy i testy podnosiły poprzeczkę naszych oczekiwań, budowały bazę doświadczeń i poniekąd ugruntowywały naszą wiarygodność (nietrudno przecież popaść w zachwyt nad czymś z pułapu 50 kPLN mając do tej pory doświadczenie jedynie z budżetowymi urządzeniami), jednak cały czas brakowało przysłowiowej kropki nad „i”, czegoś co moglibyśmy jednogłośnie z Jackiem uznać za swoistą referencję i punkt odniesienia dla dalszych eksploracji. Całe szczęście błysk w oku dystrybutora marki – łódzkiego Audiofastu, po tym jak skomplementowaliśmy Antileona miał swój ciąg dalszy i tym oto sposobem, po nieco ponad trzech miesiącach, mamy przyjemność zaprezentować Państwu nasze refleksje związane z eksploatacją topowego stereofonicznego wzmacniacza mocy Gryphon Audio Mephisto. Serdecznie zatem zapraszamy na pierwszy polski test tej duńskiej referencji.

Odkąd sięgam pamięcią, przynajmniej jeśli chodzi o elektronikę, zarówno pod wodzą Flemminga Erika Rasmussena, jak i obecnie, Gryphony dostępne były (bodajże jedynie z wyjątkiem Head Amplifiera z 1987r) i są, podobnie jak w swej początkowej fazie produkcji Tin Lizzy w jedynie słusznym kolorze. Wszystkim nieobeznanym w arkanach motoryzacji winien jestem wyjaśnienie, iż przydomek „Tin Lizzie” (blaszana Elżbietka) nosił legendarny Ford T, który zgodnie z mottem Henry’ego Forda „dostępny jest w każdym kolorze, pod warunkiem że będzie to kolor czarny”. I tak też jest z Mephisto, z jednym drobnym wyjątkiem, o czym dosłownie za chwilę.
Niby zwykło się mawiać, że czarny wyszczupla, lecz nie da się ukryć iż korpus tytułowej końcówki mocy jest po prostu monstrualny i jakby się nie starać będzie absorbować uwagę swoją obecnością. Jednak w przeciwieństwie do Antileona tym razem jego konstruktorzy już nie silili się na designerskie smaczki w postaci ozdobnego wieka trafa, czy misternie wkomponowanego we front trapezoidalnego panelu sterowania. O nie, Mephisto to prawdziwa, dzika bestia, która jedynie dziwny zbiegiem okoliczności opuściła laboratorium w Ry, gdzie pełniła pozornie niewdzięczną rolę aparatury badawczej. Jej front, zgodnie z odwieczną tradycją zdobią masywne płaty czernionego akrylu, które tym razem przedzielono pionowym grzebieniem radiatorów a prawdopodobnie dla zachowania firmowej spójności, wzorem Diablo 300, ekran i stosowne sensory umieszczono na poprzecznej masywnej aluminiowej sztabie z precyzyjnie wkomponowanym kolejnym płatem akrylu skrywającym wspomniane interfejsy. Za jedyną wzorniczą ekstrawagancję można uznać biegnący przez środek pokrywy górnej swoisty „wał”, bądź coś na kształt sklepienia tunelu rozdzielającego dwa całkowicie niezależne moduły prawego i lewego kanału. Ściany boczne zastąpiono potężnymi radiatorami, co biorąc pod uwagę oddawaną w czystej klasie A przez 40 wysokoprądowych tranzystorów moc 175W na kanał nie powinno dziwić.
Przechodząc na zaplecze napotykamy wspomniany na wstępie wyjątek od reguły, czyli nie czarny a satynowo – srebrny płat aluminium mieszczący szalenie przydatne przy przenoszeniu i przestawianiu tytułowego, bagatela 108 kg monstrum, uchwyty pomiędzy którymi umieszczono wejścia sygnału XLR i pojedyncze, przepięknie wykonane, masywne zakręcane terminale głośnikowe. Dół „zakrystii” przypadł natomiast dwóm włącznikom głównym z dedykowanymi śluzami bezpieczników i gniazdami zasilania IEC. Całości dopełniają terminale triggera.
Mam cichą nadzieję, iż konieczność użycia dwóch przewodów zasilających nie wprowadziła Państwa w konsternację, gdyż jak już zdążyłem nadmienić w trzewiach Mephisto zaimplementowano dwa całkowicie niezależne, pracujące w klasie A, bez sprzężenia zwrotnego bloki wzmocnienia. W dodatku owe dekoracyjne, biegnące przez środek pokrywy górnej wybrzuszenie nie jest bynajmniej sklepieniem tunelu wspomagającego chłodzenie, lecz schronieniem dla ośmiu głównych kondensatorów o łącznej pojemności 500 000 µF, oraz częściowo potężnych dwóch traf, które podczas spoczynku zadowalają się „zaledwie” 700W pobieranymi z gniazdka. A właśnie. Przed próbami uszczęśliwienia Gryphona jakimiś uzdatniaczem prądu warto, chociażby z przyzwoitości, zerknąć do instrukcji obsługi, gdzie Duńczycy takie działania szczerze odradzają, gdyż ze świecą szukać takowych rozwiązań, które nie limitowałyby dynamiki przy chwilowych poborach mocy rzędu 2650W. Stawiając się jednak na miejscu typowego „Janusza”, który nie dość, że nie czyta, i to nie tylko instrukcji, co czegokolwiek i zawsze wie lepiej, spróbowaliśmy Mephisto wpiąć nie tyle w kondycjoner, co w pozornie transparentną listwę i tak szybko jak go wpinaliśmy, z takim samym entuzjazmem powracaliśmy do zakończonej boxem Furutecha linii poprowadzonej prosto z tablicy.

Skoro niejako mimochodem poruszyłem tematykę dotyczącą walorów sonicznych dzisiejszego gościa, już na samym wstępie czuję się w obowiązku posypać głowę popiołem i dokonać w pełni zrozumiałej samokrytyki. Okazuje się bowiem, że to, co oferował Antileon nie jest celem / absolutem, a jedynie wstępem do tegoż. Bezlitosna apodyktyczność i wydawać by się mogło, że bezdyskusyjna kontrola stanowią jedynie przedsmak do tego, co jest w stanie zaoferować Mepihsto. Antileon dźwięk na swój sposób podkręcał, uatrakcyjniał i dopalał energetycznie, przez co nie da się ukryć przekaz zyskiwał na atrakcyjności. Jednak przesiadka na wyższy model duńskiej amplifikacji dość boleśnie pokazuje, że to wszystko, co wydawało się referencją było jedynie preludium do niej, gdyż prawdziwej referencji po prostu … nie słychać. Tak, tak mili Państwo, Mephisto w torze, w którym się pojawia dokonuje swoistej dematerializacji stając się przysłowiowym „drutem ze wzmocnieniem”. Z jego pomocą z dzieciną łatwością jesteśmy w stanie określić manierę źródła, zastosowanego okablowania, czy też charakter kolumn, a nawet jakość dostępnego w danym momencie prądu, jeśli zaś chodzi o samo wzmocnienie, to poza tym, do czego Gryphon został stworzony trudno przyłapać go na czymkolwiek innym. Wbrew pozorom góra wcale nie jest bardziej rozdzielcza aniżeli być powinna, średnica nie stała się lepiej zrozumiała i komunikatywna, czy też nie przybyło najniższych składowych. Wszystkie owe aspekty cały czas tam były, jednak zniwelowaniu uległ element je limitujący. Bowiem warto uświadomić sobie pewien dość istotny fakt. Otóż zarówno w Hi-Fi, jak i High-Endzie ideą nadrzędną jest dążenie do ideału, którym jest muzyka na żywo, czyli im lepiej – bliżej owemu ideałowi, tym degradacja wprowadzana przez tor audio powinna być mniejsza. I właśnie obecność w torze Mephisto można uznać za … pomijalną.
Okazuje się bowiem, iż pomimo iście absurdalnej mocy 1400 W i pełnej stabilności przy 1Ω obciążeniu Gryphon równie świetnie, co przy awangardowym black metalowym „True North” Borknagar sprawdzał się na minimalistycznych i odartych z wszelakich ozdobników surowych nagraniach w stylu „Tomba sonora” Stemmeklang, czy „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen. To swoisty amalgamat wszystkich znanych ludzkości zalet technik reprodukcyjnych. Mamy bowiem do czynienia z iście triodową holografią przekazu, planarną przestrzennością i tranzystorowo-D-klasowym basem zdecydowanie schodzącym poniżej umownych 20 Hz. Z takim samym pietyzmem oddawane są bowiem niuanse skrzypcowych treli w niewielkiej kaplicy i eteryczne wokalizy w kamiennym grobowcu, co iście zwierzęcy growl przebijający się przez ścianę gitarowych riffów.
Kreowanie przestrzeni przez Gryphona również wymyka się jednoznacznym ocenom, gdyż wprost proporcjonalnie zleży ono od materiału źródłowego a nie samej amplifikacji. Skoro bowiem podczas jednej sesji odsłuchowej jesteśmy w stanie przenosić się pomiędzy Muzeum Emanuela Vigelanda w Oslo a dajmy na to Opactwem Noirlac (gdzie zarejestrowano m.in. „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda), gdzie niby w obu przypadkach mamy do czynienia z kamiennymi ścianami, jednak różnica pomiędzy nimi jest oczywista. W pierwszej sytuacji panujący tamże mrok, rozświetlony jedynie niewielkimi lampkami, daje się niemalże pokroić a w drugiej aż widać drobinki kurzu wirujące w promieniach wpadającego przez wykute w grubych murach okna słońca.
Tak samo koncertowa rejestracja „MTV Unplugged” Kasi Kowalskiej z Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku w sposób całkowicie oczywisty zawierała diametralnie różny materiał dotyczący akustyki wnętrza od „An Acoustic Night At The Theatre” Within Temptation z Muziekcentrum Frits Philips w Eindhoven. Tak samo było z nagraniami studyjnymi, gdzie pomimo faktu wykorzystania podobnych technik realizacyjnych każda z ekip korzystała z własnych, wypracowanych rozwiązań i „presetów”. Taka obsesyjna wręcz wierność oryginałowi ma jednak też drugą, niekoniecznie pozytywną stronę medalu. Wystarczy bowiem sięgnąć po dowolną składankę, bądź dość przypadkowo skleconą playlistę by poczuć się jak na kolejce górskiej z lekkimi zawrotami głowy i niestrawnością. Nie wiem, jak Państwo, ale osobiście w tego typu muzycznych „bajaderkach” niespecjalnie gustuję a Mephisto skutecznie do nich mnie po raz kolejny zniechęcił.
Dochodzimy w tym momencie co clue, czyli do tego, o czym wspomniałem już w wcześniej. Otóż Mephisto, będąc aparaturą sensu stricte laboratoryjną miał być z założenia na wskroś transparentny i wzorcowo liniowy, co nie da się ukryć mu się udało. Jednak w „jego brzmieniu” (pojęcie czysto teoretyczne i pomocnicze, skoro właśnie ustaliliśmy, że nijakiej sygnatury nie posiada) próżno szukać kojarzonego z laboratorium osuszenia, czy emocjonalnego wyjałowienia. Dzięki czemu uzyskaliśmy pełen wgląd w nagranie takim, jakim zostało ono stworzone. Tylko tyle i aż tyle.

Gryphon Audio Mephisto jest irracjonalnie wielki, piekielnie ciężki i boleśnie drogi. Jednak nie sposób mieć o to do niego pretensji, gdyż będąc klasą samą dla siebie i niedoścignionym wzorem dla konkurencji po prostu może sobie na to pozwolić. Nie dość, że drzemie w nim pierwotna moc, przez co zdolny jest wysterować praktycznie dowolne, osiągalne na światowych rynkach, konstrukcje głośnikowe, to możemy żywić przekonanie graniczące z pewnością, że efekt finalny jego działalności przekroczy nasze najśmielsze oczekiwania. W dodatku będąc uosobieniem jakże znienawidzonego przez znaczną część populacji ultra High-Endu, gdzie typowe voodoo miesza się ze zwykłą ściemą i pozycjonowaniem li tylko poprzez cenę a nie walory brzmieniowe, wydaje się być urzeczywistnieniem faustowskiej (pojawiającej się również w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa) maksymy, iż „wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni.” Jest bowiem najczystszej krwi absolutem podającym prawdę o naszych ukochanych nagraniach na kruczoczarnej tacy, a że absolutem nazwanym ku czci upadłego anioła … Cóż, najwidoczniej Najwyższy wcale nie ma monopolu na doskonałość.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
Step-up Thrax Trajan
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Cena: 238 000 PLN

Dane techniczne
Moc RMS: Czysta klasa A (2 x 175 W/8Ω), 2 x 350 W/4Ω, 2x 700 W/2Ω, 2x 1400 W/1Ω
Moc szczytowa: 6000W przy 0,5 Ω / kanał
Ustawienia prądu podkładu: 3 nastawy prądu podkładu: wysoki, średni i niski lub BIAS automatyczny poprzez układ Green Bias
Odstęp od zakłóceń nieważony w paśmie 20Hz-20kHz: < -80dB
Odstęp od zakłóceń średnio-ważony: < -83dB
Dynamika: 111dB
Poziom zniekształceń (THD+N): < 0,06% przy 50W, < 1% przy 175W / 8Ω
Czułość wejściowa: 1,055V
Wzmocnienie: +31dB
Pasmo przenoszenia: 0-400 kHz
Separacja kanałów: nieskończona
Impedancja wejściowa: 20 kΩ
Impedancja wyjściowa: < 0,025Ω
Wejścia: para pozłacanych gniazd XLR, gniazdo triggera 12V
Wyjścia: 2 pary pozłacanych terminali głośnikowych
Pobór mocy w stanie gotowości: < 1W
Pobór mocy w stanie jałowym: 700W na kanał (bias wysoki), 250W na kanał (bias średni), 100W na kanał (bias niski)
Pobór mocy maksymalny: 2650 W na kanał
Pojemność kondensatorów: 250 000 µF na kanał
Rodzaj wtyczki zasilania: 2 gniazda 15A C13 – po jednym na kanał
Wymiary (S x W x G): 52 x 34 x 71 cm
Waga: 108 kg