Monthly Archives: luty 2015


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Wierzą Państwo w miłość od pierwszego wejrzenia? No dobrze, a chcieliby Państwo w nią wierzyć? Jeśli w życiu codziennym takie cuda rzadko, bo rzadko, ale jednak się zdarzają, to czemu nie przenieść tego trudnego do racjonalnego wytłumaczenia zjawiska na grunt audio.  To wcale nie powinno być takie trudne – widzimy/słyszymy coś, zaczynamy pałać do tego nieopartą chęcią zdobycia, zdobywamy i żyjemy długo i szczęśliwie, bądź też, kiedy uczucie minie a rozum wróci każde pójdzie w swoją stronę. Ten dość romantyczny i powstały najprawdopodobniej na skutek nieuchronnie zbliżającego się święta obłąka …, znaczy się zakochanych wstęp wbrew pozorom wcale nie jest całkowicie oderwany od audiofilskich realiów, gdyż będący bohaterem niniejszego testu – stereofoniczny wzmacniacz mocy, stworzony przez Jeffa Wellsa o nazwie Innamorata, co po włosku znaczy powodujący stan zakochania, kobietę, w której ktoś jest zakochany, a nawet kochankę. Tak też było w naszym przypadku – mając dość przypadkowy, za przeproszeniem niemalże przelotny kontakt z końcówką Wellsa jednogłośnie uznaliśmy, że północnoamerykańską konstrukcję trzeba koniecznie zaprosić w nasze skromne progi i poznać się lepiej, o wiele lepiej.

Mając na uwadze fakt, iż o gustach się nie dyskutuje pozwolę sobie na małą prywatę i czysto subiektywny osąd projektu plastycznego końcówki Wellsa. Z mojego punktu widzenia Innamorata jest zjawiskowo piękna, pięknem prostym, lecz ponadczasowym. Ma w sobie mroczną, minimalistyczną elegancję grubego płata czarnego akrylu w stylu mojego dawnego Densena DM10 i zegarmistrzowskie umiłowanie do detali pod postacią uroczej retro – wskazówki a’la Momentum D’Agostino. Wspomnianą wskazówkę umieszczono na białym cyferblacie otoczonym solidnym, mosiężnym pierścieniem i zabezpieczono okrągłą szybką. Powyższy a zarazem jedyny interface (dostarczający informacji o wartości napięcia, jakim raczymy urządzenie) umieszczono centralnie na froncie wzmacniacza ozdobionego jedynie finezyjnie wykaligrafowanymi nazwą producenta i modelu. Włącznik główny ulokowano z lewej strony płyty czołowej, co z jednej strony szalenie poprawia ergonomie, lecz jednocześnie – patrząc na obecną modę dziwi, że nikt nie postanowił przenieść go w mniej widoczne miejsce. A właśnie – ergonomia. Okrągły cyferblat jest oczywiście podświetlany, nadającą całości lekko oldschoolowo – steampunkowy klimat żaróweczką o ciepłej, żółtej barwie. Warto również podkreślić, iż natężenie iluminacji można regulować dedykowanym, umieszczonym na ścianie tylnej pokrętłem w sposób całkowicie płynny, bądź zupełnie je wyłączyć, co prawdę powiedziawszy, podczas kilkunastodniowego odsłuchu ani razu nie przeszło mi nawet przez myśl. Tył wzmacniacza również nie odbiega od idei minimalizmu. Pojedyncze, solidne terminale głośnikowe umieszczono na przeciwległych skrajach urządzenia a tuż pod nimi znalazło się miejsce dla wejść RCA, co jest dość karkołomnym rozwiązaniem. Przecież w większości przypadków kable głośnikowe są cięższe od interkonektów a końcówkę mocy stawia się na najniższej a nie najwyższej półce, więc przewody głośnikowe biegną w dół a nie w górę. Mniejsza jednak z tym. Całości dopełniają wspomniane wcześniej – centralnie umieszczone pokrętło odpowiedzialne za regulację natężenia podświetlenia frontowego „bulaja” i gniazdo zasilające.
Nie sposób oczywiście pominąć potężnych, stanowiących boki wzmacniacza radiatorów, które będąc dość istotnym elementem natury dekoracyjnej znalazły się tam jednak nie po to by wyglądać, lecz działać zgodnie ze swoim przeznaczeniem, czyli oddawać do otoczenia ciepło z przymocowanych do nich od wewnątrz tranzystorów. Jeśli chodzi o budowę wewnętrzną, to nie będę się wymądrzał i rozpisywał na tematy, w których poruszam się z gracją przysłowiowego słonia w składzie porcelany. Skupię się zatem na mocno lakonicznych, wręcz podstawowych informacjach.
Innamorata jest pracująca w klasie A/B konstrukcją dual mono o niewielkim sprzężeniu zwrotnym oferującą 120W przy 8 i 200W przy 4 Ω. Z ciekawostek mogących skłonić domorosłych mistrzów lutownicy do dalszej eksploracji odmętów internetu dodam tylko, że tytułową końcówkę mocy wyposażono w kwantowy filtr AC Bybee a także w rewolucyjne rozwiązanie Bybee Labs o nazwie „Music Rails” redukujące szum DC aż do -45dB.  Powyższa sentencja brzmi dla mnie równie enigmatycznie jak temat pracy doktorskiej w stylu „Wpływ „Gwiezdnych Wojen” George’a Lucasa na szerokość rzazu podczas laserowej obróbki skrawaniem Sekwoi wieczniezielonej”, więc nad tą nader tajemniczą nomenklaturą przejdę do porządku dziennego a przydatność kosmicznych technologii określę jedynie na podstawie odsłuchów.

Brzmienie Innamoraty jest niesamowicie spójne, koherentne i wprost niewyobrażalnie niewymuszone. Ma w sobie wszystkie zalety najlepszych SETów (Single Ended Triode), a zarazem jednoznacznie nawiązuje do potężnych końcówek tranzystorowych. Pomyślicie Państwo, że to niemożliwe, przynajmniej na tym pułapie cenowym? Też się na takiej właśnie auto negacji tego, co słyszę złapałem, jednak tak właśnie było. Iście triodowa przestrzenność, eteryczność i namacalność szły bowiem w parze z nieskrępowaną dynamiką oraz nisko schodzącym świetnie kontrolowanym basem. W rezultacie, bez jakichkolwiek modyfikacji w torze audio można było cieszyć się niuansami generowanych za przeproszeniem „paszczowo” dźwięków z „I Wish” Tok Tok Tok, by po chwili, w sposób całkowicie naturalny przyjść na wydobywające się z iście kakofonicznego rozgardiaszu partie growlu zarejestrowane na „Alpha Orionis” Tenebris. Powyższa rozpiętość repertuarowa powinna jasno dać do zrozumienia, że mamy do czynienia z konstrukcją nie tyle uniwersalną, co wręcz wszechstronnie uzdolnioną. Utarło się przecież stwierdzenie, że tzw. „audiofilskie smęty”, czyli niewielkie, a wręcz minimalistyczne składy skupiające się głównie na „grze ciszą” nawet na boomboxie mogą zabrzmieć całkiem nieźle. Gorzej jest za to ze zdecydowanie cięższym a więc o wiele bardziej wymagającym repertuarem. Nie chcąc jednak bazować wyłącznie na, nomen omen wybornym, aczkolwiek wcale niedającym się tak łatwo określić progresywno – thrashowo – psychodelicznym wsadzie stanowiącym dość poważne wyzwanie dla niewprawionych słuchaczy sięgnąłem po … kipiący dynamiką i zaskakującymi zwrotami akcji album „An American Panorama” w wykonaniu Dallas Symphony Orchestra. Krótko mówiąc amerykańska „niemalże współczecha” napisana przez Leonarda Bernsteina, Roy’a Harrisa i Aarona Coplanda zagrana z taką werwą i iście hollywoodzkim rozmachem, że jakiekolwiek dolegliwości natury dynamicznej byłyby ewidentnie słyszalne i jednoznacznie wskazywały na winowajcę całego zamieszania. Całe szczęście, pomimo zupełnie niezrozumiałych, przynajmniej z mojego punktu widzenia, utyskiwań internetowych malkontentów na niezbyt imponującą moc Wellsa nijakich problemów i to pomimo niemalże koncertowych poziomów głośności nie odnotowałem. W całym paśmie dźwięk był zwarty, gładki i pozbawiony nawet najmniejszych oznak nerwowości a przy tym czarował ponadprzeciętną, rzekłbym nawet, że referencyjną przestrzennością. Gradacja planów, precyzja ogniskowania źródeł pozornych przywodziła na myśl wyrafinowanie wybornych konstrukcji lampowych mając zarazem niemalże nieograniczone zaplecze mocowe. Na papierze i w teorii może wcale to tak nie wygląda, ale waty deklarowane przez Wellsa z pewnością można określić mianem jeśli nie lampowych (nie ma co drażnić próżniowych ortodoksów), to chociaż A-klasowych.
W tym momencie dochodzimy do clue, istoty, sedna brzmienia amerykańskiej końcówki. Chodzi mianowicie o to, że konstruktorowi wybornie udał się pewien zabieg sprawiający, że o dźwięku Innamoraty można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest stereotypowo tranzystorowy. Chodzi mianowicie o to, że faworyzowane, dominujące są parzyste harmoniczne, czyli w efekcie otrzymujemy brzmienie zdecydowanie łatwiej przyswajalne przez ludzki słuch, a przy tym odbierane jako milsze, lapidarnie rzecz ujmując ładniejsze, choć nie jest to uroda prosta, powierzchowna i niekomplikowana. Nie ma w jej definicji miejsca na uproszczenia, ordynarną, cukierkową pocztówkowość i trącącą tandetą sztuczność. To nie jest nadmuchany, fast-foodowy burger, w którym wszystko ładnie wygląda na odpicowanym w Photoshopie zdjęciu a w rzeczywistości otrzymujemy śmieciową jedzenio – podobną wydmuszkę niewiadomego pochodzenia, od której w najlepszym razie dostaniemy wzdęcia a w najgorszym ciężkiej niestrawności. W przypadku Innamoraty możemy mówić tylko i wyłącznie o soczystym, kruchym i co najmniej 500g T-Bone steaku przyrządzonym przez … Anthony’ego Bourdaina.
Przesada? Niekoniecznie. Po pierwsze takiej klarowności i czystości brzmienia przy jednoczesnym zachowaniu dojrzałości i bogactwie barw na tych pułapach cenowych nie sposób oczekiwać, ba nawet o nich marzyć a tu proszę – są i to praktycznie w nielimitowanych ilościach. Dynamika, rozmach, szybkość narastania/wygaszania, atak też są? Oczywiście – w komplecie i pełnej mobilizacji. Całe szczęście jest jeszcze zdrowe umiarkowanie i wierność rzeczywistym, realnym gabarytom instrumentów, więc jeśli tylko nie nakarmimy końcówki przerysowanym i karykaturalnym materiałem z samplera wszystko będzie akurat takie, jakie być powinno – al dente.
Na zakończenie jeszcze tylko uwaga natury użytkowej. W momencie, gdy piszę te słowa jeszcze nie wiem, jak Wells wypadł w systemie Jacka, lecz w moim, zarówno w minimalistycznej konfiguracji – z bezpośrednio wpiętym, posiadającym regulowany poziom wyjściowy Ayonem CD 1sx, jak i ze świetnym, rodzimym przedwzmacniaczem Abyssound ASP-1000 było świetnie. Co prawda zewnętrzny preamp sprawiał, że definicja dźwięku była bardziej realna i lepiej osadzona na basowym fundamencie a cały tzw. audiofilski plankton, szczególnie w podkreślających przestrzeń nagraniach w stylu „Antiphone Blues” Arne Domnerusa wywoływał tzw. „efekt Wow” – pełnej holografii i trójwymiarowości.

Ne będę ukrywał, że Wells Innamorata bardzo mi się spodobał. Ba stan ten trwa nadal i obawiam się, że ma on charakter długotrwały i chroniczny niczym nieleczone zatoki. Podoba mi się tak, jak podobały się Jeff Rowland 625, czy Moon EVO 870A a biorąc pod uwagę, że jest wśród tego nader zacnego towarzystwa najdelikatniej rzecz ujmując zauważalnie najtańszy to … mamy do czynienia z ewidentną sensacją. Choć z drugiej strony … jest to ewidentny przypadek rasowego High-Endu, ale High Endu starej daty, w którym płacimy tylko i wyłącznie za brzmienie a nie marketingową otoczkę i wyblakłe wspomnienie dawnej świetności mocno zdewaluowanej „legendy”. Oby więcej takich niespodzianek. Chapeau bas!

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Audio-Connect
Cena: 33 000 PLN

Dane techniczne
Moc: 120W / 8 Ω, 200W / 4 Ω
Pasmo przenoszenia: +/- 0,25dB w zakresie 10 – 50 000 Hz
Stosunek sygnał/szum: -103dB, poziom odniesienia przy pełnej mocy
THD: <0,025% przy 1kHz/100W/8 Ω
Wzmocnienie: 30dB
Impedancja wejściowa: 50kΩ
Współczynnik tłumienia: 200 przy impedancji 8 Ω
Zużycie energii: 350W w trybie spoczynkowym, max. 1000W
Wejścia: 1 para niezbalansowana RCA
Wyjścia głośnikowe: 1 para WBT na kanał
Wymiary: 483 x 152 x 432mm

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sx; CEC CD5
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5
– Przedwzmacniacz liniowy: Abyssound ASP-1000
– Wzmacniacz mocy: Abyssound ASX-1000
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Organic Audio Power Reference; Furutech Nanoflux
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Stillpoints Ultra Mini

Opinia 2

Najczęstszym powodem pojawienia się danego urządzenia w teście, jest oczywista chęć prezentacji wprowadzanej na rynek nowości, która w starciu oko w oko z recenzentem ma wypracować sobie odpowiednio wysoką pozycję marketingową chwaląc się zdobytymi gwiazkami na półce w salonie. Jednak czasem zdarzają sie przypadki, gdy mimo chęci obu stron coś gdzieś się nie zazębia i nawet najambitniejsze plany mocno przeciągają się w czasie. Tak też było i tym razem, gdyż już jakieś półtora roku temu prowadzone konsultacje na temat wizyty w naszych systemach będącego tematem dzisiejszego spotkania komponentu audio, nie mogły doczekać się finalizacji. Co więcej, dochodzące do naszych uszu słuchy o wysublimowaniu generowanego dźwięku, konsekwentnie podsycały płomień niecierpliwości, aż nadszedł moment, gdy koniunktura zaczęła nam sprzyjać i z lekkim poślizgiem test amerykańskiej końcowi mocy Wells Audio, szczęśliwie doszedł do skutku. I takim to sposobem dzięki bydgoskiemu dystrybutorowi Audio-Connect po pokonaniu wielu przeciwnych wiatrów, w progi redakcji trafiła stereofoniczna końcówka mocy wspomnianego producenta o bardzo intymnej nazwie Innamorata.

Bohater dzisiejszego testu – amerykański przedstawiciel z działu wzmacniania sygnału – jak przystało na konstrukcję zza wielkiej wody, jest sporym gabarytowo i wagowo urządzeniem, osiągając bardzo zbliżone do mojego pieca wymiary, przy nieco mniejszej wadze. Front z grubego płata czernionego akrylu nadaje całości szyku, a dla podkreślenia elegancji i ekskluzywności, w centralnej jego części umieszczono wyśmienicie prezentujący się, oprawiony w mosiężną ramkę okrągły wskaźnik napięcia, jakie w danym momencie dostarczane jest do urządzenia. Bardzo dobrym marketingowo pomysłem jest płynna regulacja jasności ciepłej barwowo poświaty i minimalizacja wokół niego innych manipulatorów do niezbędnego minimum, czyli dyskretnego, również okrągłego włącznika z lewej strony. Jako rodzynek na torcie dostajemy napisaną stylizowaną czcionką nazwę marki nad i modelu pod cieszącą oko tarczą woltomierza. Nic dodać, nic ująć, po prostu cymes. Boki urządzenia uzbrojono w potężne radiatory, a dla ułatwienia procesu chłodzenia dość mocno nagrzewającej się konstrukcji, na górnej płaszczyźnie wycięto cztery ażurowe – po dwa z każdej strony – prostokątne zestawy grawitacyjnych otworów wentylacyjnych. Przejście na tylny panel ujawnia symetryczne rozlokowanie wejść w standardzie RCA i terminali głośnikowych, a także centralne umieszczenie gniazda zasilania i pokrętła poziomu jasności wspomnianego informatora napięciowego. Jak widać, mamy proste amerykańskie podejście do tematu, czyli bez fajerwerków, ale solidnie i w nietuzinkowej oprawie. Dla mnie majstersztyk.

Na początek rozważań natury brzmieniowej wtrącę, że ta od dłuższego czasu oczekiwana przez nas konstrukcja zdążyła już zebrać pewien bagaż pozytywnych opinii z kliku wystawowych prezentacji. Ale co innego jest przypadkowy, nawet udany występ, a co innego starcie na ubitym recenzenckim polu. Jakby na to nie patrzeć, Innamorata zasługiwała na większe grono słuchaczy i pierwsze starcie zaliczyła w warszawskim klubie KAIM. Marudni opiniodawcy często pomagają snuć całkowicie odmienne niż bym się tego spodziewał wnioski, a że bywalców piątkowych spotkań znam na wskroś, zawsze mam pewien materiał do głębszych przemyśleń. Co by jednak nie mówić, przed wyjazdową konfrontacją obawiałem się dość niskiego osadzenia dźwięku amerykańskiego pieca. Nie pod kątem degradacji spowodowanej zamuleniem, tylko korelacji z cierpiącym na podbicie przy 50 Hz pomieszczeniem, często powodującym powstawanie męczących fal stojących i w konsekwencji zrzucanie tej przypadłości na goszczący sprzęt. Oczywiście, jeśli panowie w swych utyskiwaniach nieco się zagalopują, ruszam na ratunek przywożonym komponentom, punktując zastane w klubie sprzętowo – nawykowe realia. Chodzi mi o fakt dostrojenia do siebie stacjonujących tam na co dzień urządzeń, z którymi ma konkurować przypadkowy pretendent do laurów, jak również mocnego przyzwyczajenia się do wypracowanego przez lata wzorca dźwięku, co przy jakiejkolwiek zmianie percepcji czasem automatycznie i bezwiednie odbierane jest jako nie do końca dobre. Ale jedno jest pewne, klubowicze są osłuchani i raczej niezłośliwi a jeśli tylko mam rację, nie kruszą kopii o swoje pierwsze wrażenia. Wracając do naszego Wells Audio, z ulgą spieszę wyznać, że wszystkie moje przedwyjazdowe początkowe obawy całkowicie się nie sprawdziły. Tak, wzmocnienie miało tendencję do dociążenia sygnału, ale nie kosztem czytelności i oddechu. To było mocne, ale dynamiczne i bogate w artefakty górnych rejestrów obcowanie z muzyką. O dziwo, bez względu na repertuar – czy to rockowy, czy muzykę dawną, wszyscy w grze końcówki znajdowali coś dla siebie, oddając swoje uznanie tej niepozornej jak na Amerykę konstrukcji. Wieczór jak nigdy minął bardzo szybko, a i ja widząc pozytywne wrażenia kolegów, nie musiałem wykładać ratunkowych, często pomijanych we wnioskach oponentów, a usłyszanych przeze mnie pozytywnych obserwacji. Pierwsze starcie i sukces, a jak było w zdecydowanie bardziej wymagającym środowisku sprzętowym? Uspokajam zawczasu, że mimo zdecydowanie cięższych dział Innamorata swobodnie przechodziła kolejne szczebelki wtajemniczenia w napędzaniu zestawów kolumn. Początek domowego procesu testowania oparłem o bardzo wymagające prądowo kolumny Gauder Akustik Cassiano. Bateria ceramicznych głośników nie zrobiła większego wrażenia na testowanej konstrukcji i bez względu na zaimplementowany repertuar – elektronika, folk-rock, czy jazz – swoboda i oddech grania połączone z kontrolą niskich rejestrów dawały bardzo dużo przyjemności podczas kontemplacji przy muzycznych taktach. Cieszył mnie również fakt głębokiej i czytelnej wirtualnej sceny, która w starciu z muzyką dawną nie miała najmniejszych problemów w zakresie jej fantastycznego kreowania, a to jest bardzo ważny aspekt tego gatunku muzycznego. Analizując zalety testowanego piecyka, czyli: mocny i trzymany na wodzy bas, ciepły, ale naładowany informacjami środek i skrzące górne rejestry, pozwoliły mi zrozumieć, dlaczego jakiś rok temu goszczący u mnie znajomy posiadacz lampowej końcówki mocy 300B SE, zamienił ją właśnie na ten tranzystor. To czyste „wpompowanie” najbardziej pozytywnych walorów lampowych w urządzenie tranzystorowe, bez utraty właściwości tych drugich – czytaj mocy i kontroli. Oczywiście dźwięk jak na „trana” był nieco posłodzony, ale na tyle strawnie, że w najmniejszym stopniu nie powodował uczucia przegrzania atmosfery. To był niuans odbierany w kategoriach zalet, a nie szkodliwych naleciałości, dlatego dysponując kilkoma parami kolumn, w kolejnym kroku testowym sięgnąłem po wysoko skuteczne, oparte o papierowe głośniki kolumny Trenner & Friedl Pharoah. Analizując ten tekst, można by wstępnie stwierdzić, że będące już po ciepłej stronie granie z ceramicznych głośników, po przesiadce na jeszcze bardziej czułe na takie naleciałości papierowe przetworniki stanie się pozbawioną pozytywów dźwiękopodobną papką, gdy tymczasem po stosunkowo niedługiej akomodacji doznałem kolejnego miłego zaskoczenia. Wiemy przecież, jak wypadają instrumenty drewniane odtwarzane przez celulozę, a w tej konfiguracji mamy zalety tranzystora i lampy w jednym, co tylko wzmocniło efekt czarowania mnie dobiegającym z przestrzeni międzykolumnowej dźwiękiem. Teoretycznie górnych rejestrów było nieco mniej, ale o dziwo nie niosło to za sobą utraty ilości informacji, tylko zmieniało jaskrawość iskry w wybrzmieniach perkusjonaliów, co po kilkupłytowej serii, całkowicie odchodziło w niepamięć, poddając w wątpliwość słuszność ich obfitości z poprzedniego zestawienia. Niezłe, nie sądzicie? Ale zapewniam, że prawdziwe i to nie tylko na podstawie swoich wydumanych wieczorno-nocnych obserwacji, ale również przypadkowego spotkania, gdzie gość początkowo narzekając na braki w górze pasma, poprosił o wpięcie Gauderów, by przesyciwszy się ich ilością (na co dzień używa kolumn Dynaudio), w drugim podejściu do Austriaków z przyjemnością zasmakować tego wszechobecnego, ale nadal rozdzielczego spokoju. Oczywiście nie deprecjonował brzmienia ceramicznych przetworników, tylko poproszony o próbę weryfikacji swoich wstępnych nieprzychylnych dla Pharoah T&F wniosków, oddał im to, co się słusznie należało. I muszę się przyznać, że taka właśnie dla wielu okrojona z wyczynowości konfiguracja pozostała do końca testowych dni. Po trzech wymagających występach wiedziałem praktycznie wszystko, dlatego resztę czasu wykorzystałem na spijanie śmietanki recenzenckiej przy repertuarze jazzowym i szeroko rozumianej muzyce dawnej, które odwdzięczały mi się w dwójnasób. Po pierwsze poprzez ogólnie pożądany przeze mnie spokój w reprodukcji dźwięków, jak również barwę tak uwielbianych instrumentów drewnianych. Celulozowe przetworniki dla wielu podobnych mi słuchaczy są kwintesencją obcowania z muzyką, często cisnąc na usta frazę: „Chwilo trwaj w nieskończoność”, dlatego z lekkim smutkiem ooczekuję telefonu z prośbą o odesłanie Innamoraty do dystrybutora.

To spotkanie z amerykańską myślą techniczną było na wskroś innym niżbym się tego spodziewał doznaniem. Wells Audio zdaje się przeczyć ogólnie panującemu przekonaniu o potędze i bezkompromisowej energii grania pochodzących z tamtych rejonów konstrukcji. Innamorata czarowała ciepłem, ale również masą i rozdzielczością dźwięków, bez względu na podłączone do niej zestawy kolumn. Oczywiście każda kompilacja miała swoje maniery, ale z każdej Wells Audio wyciągał maksimum pozytywnych doznań, nie kładąc na nie nawet najmniejszego cienia. Czy to jest brzmienie dla każdego? Na podstawie tych kilku opisanych i wydawałoby się karkołomnych połączeń, z dużym prawdopodobieństwem twierdzę, że tak. Oscylowanie po ciepłej stronie muzykalności, nie powinno zaszkodzić nawet mocno osadzonym w barwie zestawom, a w pełni kontrolowane nieco dociążone granie prawdopodobnie pozwoli usłyszeć, jak brzmi dobrze odtworzona stopa perkusji. Ze szczerego serca polecam zaznać na swoim podwórku takiej prezentacji, a może się okazać, że dotychczas stacjonujące u Was lampowe wzmocnienie przegra z kretesem w starciu z Amerykaninem. Jednak lojalnie ostrzegam, u mojego znajomego to się zdarzyło i niewykluczone, że u Was historia może się powtórzyć.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
– wzmacniacz zintegrowany Vitus Audio RI – 100
Kolumny: GAUDER AKUSTIK CASSIANO, Trenner & Friedl Pharoah
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa zasilająca POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Furutech ADL GT40α (następca znakomitego GT40) to wysokiej klasy przetwornik cyfrowo-analogowy USB z funkcją wzmacniacza słuchawkowego i przedwzmacniacza gramofonowego MM / MC, umożliwiający również rejestrowanie sygnału analogowego do postaci plików audio. To niewielkie pudełeczko jest prawdziwym kombajnem medialnym opartym na najwyższej klasy podzespołach.

GT40α to 24bit/192kHz przetwornik USB, wzmacniacz słuchawkowy oraz przedwzmacniacz gramofonowy w jednym! GT40α umożliwia odsłuch cyfrowy z komputera w jakości, jakiej w tej cenie dotychczas nie było na rynku. Urządzenie ponadto daje możliwość zgrywanie płyt gramofonowych na dysk twardy komputera zachowując najwyższą jakość, wierną oryginałowi. GT40α stworzony został specjalnie dla entuzjastów najwyższej klasy brzmienia,  przechowujących lub chcących przechowywać swój materiał muzyczny na dyskach komputerów i często korzystających z niego jako źródło muzyki.
Ten wzmacniacz słuchawkowy zadowoli posiadaczy wszystkich, nawet tych najwyższej klasy, słuchawek. Bez problemu poradzi sobie ze słuchawkami o oporności 300 Ω wprowadzając nas w zaczarowany świat muzyki, dostępny obecnie tylko dla użytkowników najlepszych konstrukcji audio. Niebanalny, dopracowany wygląd, dopełnia całości owemu wrażeniu.
Za słowami pochwał idą też zdobyte nagrody. GT40α otrzymał wiele nagród, między innymi jako produkt roku magazynu „What Hi-Fi?” Nie czekaj wypróbuj już dziś niesamowity ADL GT40α! Produkt dostępny jest już w sprzedaży w Polsce w cenie 1449 zł

Główne cechy GT40α:
• wysokiej jakości chip 192kHz/24bit
• wysoka jakość audio 192kHz/24bit deklasująca standardowe 44.1kHz/16bit
• współpracuje z najbardziej profesjonalnymi sterownikami audio dla odtwarzania i nagrywania w 24bit/192kHz
• zasilanie zasilaczem zewnętrznym – dzięki czemu nie ma problemów z mocą urządzenia
• wzmacniacz słuchawkowy wysokiej jakości dla słuchawek od 16 do 300 Ω
• przedwzmacniacz gramofonowy MM i MC – rejestrowanie winyli na dysku komputera
• możliwość rejestrowania sygnału audio ze źródeł analogowych takich jak radio, gramofon itp.
• najwyższej klasy złącza audio – pozłacane

GT40α USB DAC Specyfikacja techniczna:
• USB i analogowy system odtwarzania i nagrywania mediów audio
• Łącza: USB 2.0, analogowe złącze wyjścia/wejścia.
• Odtwarzanie USB : 24bit/192KHz (Max)
• Nagrywanie USB: 24bit/192kHz  (Max) supports 44.1/48/88.2/96/176.4/192kHz
• Pasmo przenoszenia: 20Hz ~ 20kHz (+/-0.5 dB)
• SN ratio:-90dB (A-wtd) / Line Output
• Wyjście liniowe: 5 Vrms
• Wejście liniowe: MC 0.4mV / MM 4.0mV / Line 2V
• Moc wyjścia słuchawkowego: 1% THD 1kHz (Max) 94mW (16 ohm), 110mW (32ohm), 98.6mW 9 ohm), 23mW (300ohm)
• Zasilanie: zasilacz sieciowy pod Erp step2, wyjścia 2Wire typu AC, klasa II, rozgałęźnik AC/DC z wymiennym wejściem DC 15V / 0.8A / 12W
• Wymiary: 150 (W) x 111 (D) x 57 (H) mm
• Waga: 650g
GT40α obsługuje słuchawki o rekomendowanej oporności od 16 do 300 Ω

Dystrybutor: MIP

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Ostatni, choć z racji jego trwania zdecydowanie bardziej poprawną formą byłoby „właśnie mijający” weekend obfitował w moc audiofilskich atrakcji. Dla tych, którym chciało się ruszyć krakowski Nautilus przygotował prawdziwą ucztę natury nie tylko sonicznej, lecz przede wszystkim towarzyskiej. Ten znany z szerokiego portfolio i rok w rok znajdujący się na ustach wszystkich zainteresowanych tematyką audio z racji oblężenia organizowanych podczas listopadowych Audio Show prezentacji dystrybutor postanowił tym razem niejako „wyjść do ludzi” i zgodnie z wielowiekową tradycją zaoferować … metaforyczny chleb, oraz igrzyska. Proszę wybaczyć dość luźne metafory, lecz wyjasnie je poniżej a patrząc z punktu widzenia osoby zupełnie niezaznajomionej z charakterystyką naszego hobby tak to właśnie może wyglądać. Przecież, zgodnie ze stereotypami i krążącymi legendami, w salonach audio powinna panować atmosfera skupienia, klimaty bliskie okultyzmowi, voodoo a pracownicy/doradcy/sprzedawcy niczym starożytni magowie i alchemicy rzucając zagadkowe frazy i traktując z góry stremowanych, bądź czasem wręcz onieśmielonych odwiedzających oferują najnowsze zdobycze techniki powtarzając niczym mantrę „Będzie Pan zadowolony …..”. Jednak tego typu praktyki nie pasują do stylu Roberta Szklarza, który prowadząc Nautilusa zdecydowanie bardziej woli bezpośrednio konfrontować z otoczeniem własne wizje i dlatego też, zamiast pociągać za sznurki siedząc za mahoniowym biurkiem w zaciszu gabinetu, zawsze jest tam, gdzie coś się dzieje.

Tak też było i tym razem. Znajdujący się na ul. Malborskiej 24 w Krakowie budynek już od piątkowego poranka wypełniał gwar rozmów, nieustanna krzątanina i nieprzerwany strumień odwiedzających chcących nie tylko rzucić okiem i uchem na wyroby austriackiej manufaktury, lecz również podzielić się własnymi doświadczeniami i wrażeniami z samym Gerhardem Hirtem – właścicielem i konstruktorem Ayon Audio. Dwa dyżurne, niezwykle przytulne, choć profesjonalnie zaadaptowane akustycznie pokoje odsłuchowe dla wszystkich zainteresowanych stały otworem i tylko od tzw. widzimisię zależało, w którym z nich spędziło się, bądź chciało się spędzić (czas niestety nie stał w miejscu) dłuższą chwilę.

Dolna, większa sala odsłuchowa to odkąd pamiętam królestwo Avantgardeów i tak też było tym razem. Czarujące metalicznie burgundowymi tubami Duo Mezzo napędzała stereofoniczna końcówka mocy Ayon Crossfire współpracująca z monstrualnym przedwzmacniaczem liniowym Spheris III i m.in. firmowymi źródłami pod postacią transportu CD-T i odtwarzacza plików S-5. Dodając do tego wysublimowany gramofon Transrotora i phonostage Phasemation widać było, że starano się, i to nader udanie, wdrożyć w życie złotą zasadę „czym chata bogata, tym rada”.

To jednak nie wszystko, gdyż wystarczyło udać się na piętro, by w zdecydowanie bardziej kameralnym otoczeniu na własne uszy przekonać się co udało się Gerhardowi Hirtowi wyczarować ze zdobywających coraz większą popularność lamp KT150 zaimplementowanych w zgrabnej i stanowiącej niejako prawdziwy hit sprzedaży integrze Spirit III napędzającej po mistrzowsku wykonane monitory Dynaudio. Oczywiście tam również słuchacze mieli możliwość wyboru pomiędzy czarnymi i srebrnymi (Ayon CD-1sx) krążkami a miłośnicy najnowszych formatów również plikami (Ayon S-3 + DAC Sigma).

Oczywiście nie sposób było w ww. pomieszczeniach zgromadzić całą ofertę austriackiego producenta, dla tego też również w salach ekspozycyjnych i tzw. ciągach komunikacyjnych nie tylko stały, lecz również grały najprzeróżniejsze modele i konfiguracje. Dzięki temu niestrudzenie krążący Gerhard Hirt mógł odpowiadać na zadawane pytania, oraz przede wszystkim niejako na żywym organizmie wyjaśniać nurtujące odwiedzjących krakowski salon wątpliwości natury użytkowo-konstrukcyjnej.
Całe szczęście udało mi się kilkukrotnie uciąć z honorowym gościem dłuższe pogawędki, na co z reguły podczas Jego wizyt w ramach warszawskiego Audio Show z reguły nie ma wystarczająco dużo czasu. Tym razem jednak nie mając zbyt ściśle wyznaczonego harmonogramu, przy lampce wybornego włoskiego wina mogliśmy na spokojnie porozmawiać i niejako na gorąco wymieniać nasze spostrzeżenia co do trwającej imprezy. Było to o tyle istotne, że pan Hirt każdą uwagę, nawet jeśli nie była w pełni, bądź nawet całkowicie pozytywna, ale przekazana szczerze i mająca zarazem podstawy merytoryczne przyjmował z uwagą i starał się interlokutora, bądź to przekonać do własnej wizji, bądź też zgłębić temat i poznać różny od swojego punkt widzenia. Pełna otwartość, zero zadęcia i negatywnych emocji. I właśnie obserwując jego empatię i ciekawość reakcji polskiej klienteli a następnie rozmawiając w kuluarach podpytałem jak odbiera tego typu dyskusje. Okazało się, że szalenie lubi pojawiać się w Polsce, gdyż właśnie u nas może usłyszeć szczere (czasem do bólu) opinie i wziąć je pod uwagę w swoich dalszych pracach. A właśnie, czas na zakładam, że dość istotną, dla posiadaczy urządzeń Ayona, bądź pretendujących to powyższego miana Czytelników. Po latach niezwykle dynamicznego rozwoju i nieraz zaskakująco szybkiej ewolucji (czytaj pojawiania się co i rusz nowych wersji) większości modeli nadszedł czas upragnionego spokoju i stabilizacji. Gerhard Hirt kilkukrotnie powtórzył, że to, co do tej pory udało mu się uzyskać z obecnie dostępnych modeli jest równoznaczne z osiągnięciem granicznych możliwości zastosowanych w nich rozwiązań technicznych. W związku z powyższym nie będzie kolejnych zmian, poprawek, etc., gdyż byłyby one nie krokiem w górę, lecz co najwyżej w bok. Czy pojawi się coś nowego, tego niestety Gerhard Hirt nie zdradził, lecz patrząc na aktualne portfolio Ayona trudno czuć niedosyt, gdyż praktycznie na każdym pułapie cenowym większość zainteresowanych powinna znaleźć coś dla siebie a mając świadomość stabilności oferty nie ma większego sensu odwlekania zakupów w nieskończoność.

Niejako na koniec, w ramach niewinnej dygresji, nieśmiało wspomnę, iż wśród pyszniących się chromem i szczotkowaną czernią Ayonów stał sobie skromnie i cichutko przygrywał w tle kuluarowych rozmów, spięty z klasycznymi Spendorami nowy wzmacniacz zintegrowany w ofercie Accuphase, czyli E-470. Nie może też zabraknąć choćby jednozdaniowej wzmianki o gramofonach Transrotora, które swoją stylistyką i szata wzornicza idealnie uzupełniają elektronikę Ayona.

Serdecznie dziękując za zaproszenie i gościnę Organizatorom, oraz cierpliwość i poświęcony czas Gerhardowi Hirtowi mam cichą nadzieję, że będzie jeszcze nie jedna i nie dwie okazje do spotkania, tym bardziej, że już w maju Gerhard Hirt w Monachium zaprezentuje swoje urządzenia z kolumnami, o których niemalże krążą legendy. Co to będzie na razie nie zdradzę, ale jeśli ktoś właśnie jest na etapie ustalania harmonogramu na 14 -17 maja, to powinien poważnie się zastanowić, czy przypadkiem nie warto odwiedzić monachijskie hale MOC i oko w oko zmierzyć się z ogromem High Endu 2015.

Marcin Olszewski

Opinia 2

W pierwszy lutowy weekend 6-7 lutego 2105 roku wierna marce Ayon Audio brać audiofilska miała możliwość spotkania właściciela, konstruktora i producenta rzeczonej manufaktury. Gerhard Hirt – gdyż o nim mowa – z dużą chęcią skorzystał z zaproszenia krakowskiego Nautilusa (dystrybutora marki) i ku uciesze przybyłych w tych dniach gości wdawał się w niekończące się konwersacje na wszelkie poruszane tematy natury konstrukcyjnej, jak i użytkowej. Co ciekawe, bohater tej dwudniówki zawsze chętnie słucha wszelkich uwag na temat sprawowania się jego myśli technicznej w boju z wymagającymi słuchaczami, by w kolejnych konstrukcjach uwzględnić – jeśli jest do tego przekonany – zaproponowane przez nich rozwiązania. Oczywistym jest fakt przefiltrowania pobożnych życzeń audiofilów przez sens wdrożenia ich w życie, jak również zbilansowania całości projektu pod kątem uniwersalności dla większej grupy docelowej. Każdy ma swoje preferencje, ale jak to w życiu bywa, zaproponowany dla szerokiej grupy klientów produkt musi być w pewnym stopniu uniwersalny, ale spełniający zarazem podstawowe założenie: dobry, korelujący z zajmowaną półką cenową dźwięk. Nie da się jednym urządzeniem zadowolić wszystkich, dlatego też idąc naprzeciw zapotrzebowaniom, austriacka marka ma swoim portfolio bardzo szeroką ofertę od klasy średniej po Premium, pozwalając „zakochanym” w danym producencie szczęśliwcom, kroczyć ku lepszej jakości dźwięku w obrębie jednej stajni. Słuszna i bardzo pożądana przez rynek koncepcja.

Z uwagi na ukierunkowanie spotkania pod kątem wspomnianej marki, głównymi bohaterami w obu profesjonalnie przygotowanych akustycznie pomieszczeniach odsłuchowych były produkty z Austrii – od źródeł cyfrowych (CD i pliki), po różnorodnie skonfigurowane wzmocnienia. Innymi podmiotami prezentowanych zestawów byli równie znani przedstawiciele świata audio, jak Transotor, Avantgarde i Dynaudio. Okablowanie z racji ogólnej relacji z imprezy pozwolę sonie pominąć, aczkolwiek nie od dzisiaj wiadomo, że ten dział dla krakowskiego dystrybutora jest równie ważny jak elektronika i wyroby Siltecha, Acrolinka czy Oyaide są ogólnie dostępne w pełnej ofercie praktycznie od ręki. Ale zostawmy wyliczankę i przejdźmy do choćby skrótowej wizualizacji świątyń generujących dźwięk. I tak na dole mieliśmy okazję zapoznać się z możliwościami zestawu Ayona wspomaganego gramofonem Tranrotora (Turbilion) i kolumnami Avantgarde, by w usytuowanym na piętrze nieco mniejszym pokoju, przy muzyce generowanej z austriacko-niemiecko-duńskiej układanki (Ayon, Transrotor, Dynaudio) zaznać nieco innej, ale równie emocjonującej strawy dla ucha melomana. Drobiazgowego rozbierania wartości sonicznych poszczególnych zestawów się nie podejmuję – to był tylko dodatek do całości, a nie cel sam w sobie, ale nie muszę chyba nikogo uświadamiać, że te dwie odsłony były z całkowicie innych światów. Oba mają swoich dozgonnych wielbicieli, ale ciężko jest powiedzieć, że z marszu jesteśmy w stanie przestawić się z jednego na drugi. To naturalnie nawet w niedługim czasie jest możliwe, ale raczej determinowane często zmieniającymi się warunkami lokalowymi, resztą posiadanej elektroniki lub najzwyczajniej w świecie zmianą preferencji słuchacza, która jest bardo częstym i po tych kilkudziesięciu latach zabawy z audio wiem, że normalnym zjawiskiem. Oczywiście głównymi dla celów zobrazowujących powiem „winowajcami” takiego postrzegania zestawów były kolumny, a nie urządzenia je zasilające. Decydując się na produkty oparte o tubę (Avantgarde), wkraczamy w świat bezkompromisowej swobody, szybkości i otwartości grania, czego lekkim przeciwieństwem jest nastawiony na barwę, koherentność i homogeniczność dźwięk Duńczyków (Dynaudio). W swoich kategoriach to pionierzy list rankingowych, ale zestawieni razem podczas jednego spotkania, zmuszają słuchacza do kilkuminutowej adaptacji, by docenić drzemiące w owych konstrukcjach wyrafinowanie. Jakakolwiek negacja po pierwszych taktach muzyki świadczy jedynie o braku osłuchania i wyciągania konstruktywnych wniosków opiniodawcy, a nie ułomności któregoś ze sposobów generowania dźwięku. Sądząc po oblężeniu obydwu pomieszczeń przez przybyłych gości, propozycje były dobrze przygotowane i jeśli ktoś nie dotarł na spotkanie z mało racjonalnego powodu, niech żałuje podwójnie, gdyż możliwość spotkania z rozpoznawanym w świecie producentem audio na rodzimym podwórku i weryfikacja jego twórczości w życiu codziennym – w dwóch całkowicie różnych systemach, zdarza się niestety nieczęsto.

Kończąc tę relację, chciałbym podziękować krakowskiemu dystrybutorowi Nautilus za zaproszenie na owe spotkanie, gdyż takie nieograniczone czasowo rozmowy pozwalają nieco zbliżyć się do filozofii dźwięku konstruktora, a przekazując jemu swoje zebrane przez lata obserwacje, możemy choćby w minimalny sposób wpłynąć na udoskonalenie często iskrzących już w głowie pomysłów inżynierskich. Nasza wiedza jest bardzo ważnym elementem wsadowym dla kolejnych produktów, gdyż tylko bezpośrednie starcie u zwykłego Kowalskiego daje producentowi obraz wartości jego pracy. Dziękuję Panu Gerhardowi Hirtowi i jego małżonce za przybycie i uświetnienie tej owocnej w kameralne konwersacje krakowskiej imprezy, już teraz zapraszając, jeśli to tylko będzie możliwe, na jesienną wystawę w Warszawie.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Już po raz trzeci mamy przyjemność gościć na naszych łamach przedstawiciela nader charakterystycznej marki reprezentującej niemiecki przemysł ciężki, a dokładnie jego gałąź odpowiedzialną za sektor audio, czyli … Transrotora. Po potężnym i rozłożystym niczym akrylowa płaszczka dwuramiennym i dwusilnikowym modelu Zet-3, oraz kuszącym wszechobecnymi krągłościami, niemalże podstawowym Fat Bobie S przyszła pora na powrót do klasycznych kształtów i chyba tylko kształtów, gdyż klasyki w przypadku La Roccia Reference można jedynie doszukać się w samej bryle. Powód jest prozaiczny – prostokątną, a więc pozornie normalną, cokolwiek miałoby to na tym poziomie audiofilizmu znaczyć, plintę wykonano z grafitowo – czarnego naturalnego łupka. Krótko mówiąc mamy do czynienia z mass-loaderem do kwadratu a w dodatku z trzecim pomysłem na minimalizację drgań tak szkodliwych podczas odtwarzania winyli w ramach portfolio jednego producenta. Pytanie, czy po aluminiowo-akrylowym sandwichu Zet-ki i niemalże szczątkowej, aluminiowej plincie Fat Boba również po kamieniu można się spodziewać tzw. firmowego brzmienia. I właśnie na to pytanie postaramy się w niniejszym tekście odpowiedzieć. Zapraszamy do lektury.

Samo rozpakowanie i złożenie gramofonu, po wcześniejszym wtaszczeniu dwóch pokaźnych skrzyń przebiegło błyskawicznie i całkowicie bezproblemowo. Warto jednak pamiętać o jednym drobiazgu, a mianowicie o tym, że najpierw należy ustawić silnik a dopiero potem kamienne chassis kalibrując nim tak, aby napęd znalazł się w dedykowanym dla niego wyciętym w kamieniu otworze. Przy moich gabarytach nie był to problem, lecz osoby zdecydowanie bardziej wiotkie, oraz przedstawicielki płci pięknej powinny w tym momencie zdać się na pomoc osób trzecich, bądź sprzedawcy, gdyż 20 kg płytą dłuższa ekwilibrystyka może okazać się nie tylko dość męcząca, lecz również zgubna dla wykonanej z polerowanego aluminium obudowy silnika. Oczywiście średnica wycięcia jest trochę większa niż średnica korpusu silnika, co z jednej strony zapewnia prawidłowe naprężenie paska a z drugiej zapobiega przenoszeniu ewentualnych drgań z motoru na plintę. Zakładam jednak, że z założeniem paska na subplaterze i umieszczeniem na nim 16 kg talerza już większość osób sobie poradzi. Tym bardziej, że metodyka jest nie tylko niemalże identyczna jak w Fat Bobie, lecz nawet prostsza i nie trzeba martwić się o prawidłowe napięcie paska napędowego – dystans pomiędzy wrzecionem silnika a subplaterem jest stały i wyznaczony przez dedykowany otwór o czym już zdążyłem wspomnieć. Proszę mi wierzyć, ale źle, bądź w innym miejscu silnika nie da się zamontować. Całość ustawiona jest na trzech (dwóch z przodu i jednej z tyłu) wygodnie regulowanych za pomocą ozdobnych polerowanych aluminiowych krążków nóżkach, pod które należy podłożyć dedykowane podstawki wielkości niewielkich spodków. Do zmiany obrotów (33/45) również nie potrzeba kończyć Politechniki – wystarczy użyć centralnie umieszczonej na froncie zasilacza Konstant M1 Reference gałki. Dodatkowo La Roccia, obok Fat Boba stanowi wyjątek w ofercie Transrotora zapewniający pełen komfort, jeśli chodzi o elektrostatykę, czyli przekładając to na ludzki język nie przyciąga kurzu jak nie przymierzając dawne ekrany CRT.
Nie bylibyśmy jednak do końca fair, gdybyśmy nie wspomnieli, iż fabryczna wersja, w ramach pospedycyjnego audytu w siedzibie dystrybutora – krakowskiego Eter Audio, została delikatnie stuningowana i w zamian za będącą na wyposażeniu wkładkę MC Merlo Reference zamontowano zdecydowanie wyższej klasy cartridge – japońskiego ZYXa 4D, oraz biżuteryjnie zakonfekcjonowany przewód Siltech Classic Anniversary Phono. Krok ten z perspektywy czasu i doświadczeń z Zet-3, w którym Merlo Reference w trakcie użytkowania wymieniliśmy na ZYXa Airy3 uznaję za zdecydowanie wskazany, gdyż w całej tej zabawie chodzi nam przede wszystkim o dotarcie do jak najgłębszych pokładów potencjału drzemiących w danej konstrukcji a nie ograniczanie jej możliwości zgodnie z zasadą najsłabszego ogniwa. A że wkładki ZYXa są po prostu świetne i trudno się dystrybutorowi dziwić, że dostarczając posiadane w swojej ofercie urządzenia stara się je zaprezentować w jak najlepszej kondycji i jak najkorzystniejszej konfiguracji. Mam cichą nadzieję, że powyższy opis stanowiący niejako uzupełnienie materiału fotograficznego oddaje choćby część rzeczywistej urody dostarczonego do testów gramofonu. Połączenie skalnej surowości z połyskliwą gładkością polerowanego aluminium i satynową czernią ramienia stanowi przykład niezwykle naturalnej, ponadczasowej elegancji i dobrego smaku. Bardzo możliwe, że to, co teraz napiszę nie do końca przypadnie do gustu dystrybutorowi, ale przecież o gustach się nie dyskutuje a właśnie La Roccia z całego katalogu Transrotora uzyskała w mojej prywatnej i absolutnie subiektywnej skali ocen maksymalne noty za wygląd i wykonanie.

Przejdźmy jednak od wrażeń czysto organoleptycznych do sfery bardziej ulotnej, czyli do odsłuchów. Okresu akomodacyjnego tym razem postanowiliśmy nie ograniczać do niezbędnego minimum wynikającego tylko i wyłącznie z bliżej nieokreślonego przebiegu samej wkładki, lecz pozwoliliśmy otrzymanemu gramofonowi spokojnie osiągać pełnię swoich możliwości. Ponadto mając niezwykły komfort psychiczny wynikający z braku jakiegoś konkretnego deadline’a mogliśmy do woli żonglować pozostałymi elementami naszych torów audio bądź to poszukując optymalnych konfiguracji, bądź podążając za jednostkowymi impulsami, czy też czasem zupełnie irracjonalnym przeczuciem, że akurat ten, bądź inny phonostage, czy nawet przewód w danym repertuarze sprawdzi się po prostu lepiej.
Zacznijmy jednak od początku, gdyż pojawienie się Transrotora La Roccia w moim systemie zbiegło się końcem testów przedwzmacniacza Octave Phono Module, który praktycznie tylko czekał na ostateczny werdykt i spięcie z czymś wyczynowym a będąca bohaterem niniejszej recenzji konstrukcja wydawała się całkiem nieźle (możliwie delikatnie rzecz ujmując) powyższe kryterium spełniać. Z niemieckim phonostagem dźwięk rockowej klasyki w postaci dopieszczonych reedycji pierwszych albumów Led Zeppelin, „The Wall” i „The Endless River” Pink Floyd, „Misplaced Childhood” Marillion, czy też „Machine Head” Deep Purple po prostu porywał spontanicznością i dynamiką. Odkurzone i pozbawione większości niedoskonałości wcześniejszych wydań kamienie milowe rocka zaskakiwały czystością brzmienia i świeżością a kreowana przestrzeń pozwalała muzykom nawet na najbardziej opętańcze harce bez obawy o potrącenie wykonującego podobne wygibasy współgracza. Jednocześnie udało się zachować autentyczną i wielce sugestywną surowość nagrań z lat 70-ych i wczesnych 80-ych, by płynnie przejść do dojrzałych i soczystych brzmień właściwych współczesnej obróbce („The Endless River”). Obyło się jednak bez rewolucji a zmiany w brzmieniu wydawanych w kolejnych latach albumów układały się w spójny i naturalny proces ewolucji. Warstwa muzyczna świetnie zespolona z aspektem jakościowo – realizatorskim z jednej strony pozwalała poczuć realia coraz bardziej odległych czasów a z drugiej docenić możliwości współczesnych technologii. Co ważne i nader istotne, zachowana została możliwie największa wierność odtwarzanemu materiałowi i brak nawet najbardziej nieśmiałych prób uśrednienia. Oczywiście w efekcie nie wszystkie realizacje brzmiały tak samo „ładnie”, ale coś za coś. Bardzo dobre i dobre nagrania zachwycały, a te „dobre inaczej”, bądź po prostu ewidentnie nierówne, co z reguły dotyczy wszelakiej maści składanek w stylu „Nothing Has Changed” Davida Bowie, przypominały jazdę po polskich drogach i wcale nie mam na myśli ostatnio oddanych do użytku autostrad. Niezaprzeczalnie jednak elementem łączącym, wspólnym mianownikiem dla wszystkich odsłuchiwanych w powyższej konfiguracji nagrań było delikatne, acz permanentne dociążenie przełomu średnicy z niskimi tonami. Dzięki temu zabiegowi prym wiodła motoryka a pozbawione krzykliwości i jazgotliwości wydania sprawiały zdecydowanie więcej radości.
Przesiadka na 907-kę Trilogy ukazała niemiecki gramofon w zupełnie innym, bardziej romantycznym świetle. Nagrania Manciniego, czyli jubileuszowe wydanie „Różowej Pantery” i „Hatari”, oraz z pozoru całkowicie niepoważne „Fiddle Faddle” Leroya Andersona czarowały mocnym, opartym głównie na barwach i emocjach dźwięku, który swą kremową konsystencją otulał słuchacza na tyle szczelnie i skutecznie, że nie sposób było poprzestać na jednym albumie, lecz po wysłuchaniu jednej płyty czym prędzej sięgało się po kolejną, by tylko kontynuować tą nieprzyzwoicie hedonistyczną muzyczną podróż. Czar wydobywający się z głośników całe szczęście nie obejmował swoim zasięgiem tylko nagrań instrumentalnych, lecz w równym stopniu działał również na zarejestrowane na niekoniecznie czarnych krążkach głosy ludzkie. Począwszy od pulsującego gorącym, klubowym rytmem „Rarities” Selah Sue a skończywszy na referencyjnie nagranym i firmowanym przez Sheltera „Standards” Kellye Gray namacalne, niemalże z krwi i kości, wokalistki zostały niezwykle sugestywnie oświetlone ciepłym, miękkim blaskiem zachodzącego słońca a towarzyszący im muzycy stali o krok głębiej aniżeli zazwyczaj. Powyższa uwaga jest o tyle istotna, że sposób budowania sceny, kreowania przestrzeni, na której rozgrywały się wydarzenia muzyczne nie polegał na przybliżaniu pierwszego planu do słuchacza, lecz właśnie na odpowiedniej gradacji w głąb. Dzięki temu nawet wielogodzinne odsłuchy nie okazywały się nużące, a co ważne z łatwością można było zachować świeżość i skupienie podczas reprodukcji oper („Nabucco”, „Il Trovatore”), gdyż akcja rozgrywająca się na wielu planach dodatkowo uatrakcyjniała i dynamizowała przekaz. Nie przeczę, że spora w tym zasługa świetnej wkładki i prawdę powiedziawszy mając La Roccię na stałe z pewnością prędzej, czy później pozostając wiernym ZYXowi zdecydowałbym się na Premium Omegę. Powód jest, przynajmniej dla mnie oczywisty – napęd jest na tyle solidny i transparentny sonicznie, że końcowe brzmienie w znaczącej części zależy właśnie od wkładki a akurat w tym konkretnym wypadku na niej oszczędzać nie wypada.

Dłuższe obcowanie z urządzeniami tej klasy, co tytułowy Transrotor La Roccia Reference niesie ze sobą pewne ryzyko – ryzyko uzależnienia i tak też było w moim przypadku. Kilka tygodni w torze i poziom reprezentowany przez kamienno – aluminiowy gramofon stał się dla mnie oczywistą oczywistością. Każda płyta, jaka lądowała na jego talerzu pokazywała jeśli nie 100, to przynajmniej 95% drzemiącego w niej potencjału a ja ze stoickim spokojem przechodziłem nad tym faktem do porządku dziennego. I tkwiłbym w takim błogostanie pewnie do dzisiaj, gdyby nie poczucie obowiązku i konieczność przekazania niemieckiej szlifierki Jackowi. Traf chciał, że po Transrotorze mogłem zrobić sobie krótkie „wakacje” od winylu, bo nawet teraz, po kilku tygodniach analogowej abstynencji przesiadka na coś niższych lotów mogłoby wywołać u mnie reakcję alergiczną i ciężką depresję. Całe szczęście są też niezaprzeczalne plusy całej tej sytuacji. Chodzi o oparte na własnym doświadczeniu, osobistym poznaniu zaprzeczenie pewnym legendom, krążącym w środowisku pustym frazesom i półprawdom.  Okazało się bowiem, że tak mało popularny materiał, jakim niewątpliwie jest kamień również potrafi być niezwykle muzykalny i całkowicie pozbawiony stereotypowo przypisywanego mu chłodu i ostrości. Przecież budulec to jedno a umiejętności i wiedza konstruktora stojącego za danym produktem to drugie a zarazem najważniejsze kryterium do osiągnięcia spektakularnej porażki, bądź sukcesu. W przypadku tytułowego Transrotora mamy całe szczęście do czynienia z tym drugim przypadkiem – bezdyskusyjnym sukcesem.
Szukając poza audiofilskich analogii śmiem twierdzić, iż La Roccia Reference jest niczym „mała czarna” stworzona przez Coco Chanel – dobrze wygląda (gra) zawsze i u każdego.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Eter Audio / Transrotor.pl
Ceny:
– La Roccia Reference: 29 900 PLN (z ramieniem TR SME 5009, wkładką MC Merlo Reference i zasilaczem Konstant M1 Reference)
– ZYX 4D: 13 900 PLN
– Przewód Siltech Classic Anniversary Phono: 5 490 PLN / 1,5 m

Dane techniczne:
– Chassis: naturalna skała łupkowa o grubości 40 mm
– Talerz: polerowane aluminium o wysokości 60 mm i wadze 16 kg, z nakładką akrylowo-węglowo-winylową
– Łożysko: hydrodynamiczne, ze sprzęgłem magnetycznym TMD
– Ramię: SME 5009
– Wyposażenie: aluminiowy docisk płyty, zasilacz Konstant M 1
– Wymiary (S x G x W): 46 x 40 x 20 cm
– Masa gramofonu: 40 kg

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc; Ayon 1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Avid Acutus SP + SME IV + EMT Studiotechnik TSD 15N; Pro-Ject Xtension 9 EVO z ramieniem PJ 9ccEVO i wkładką Ortofon Quintet Black
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Sensor Prelude; Trilogy Audio 907; Octave Phono Module
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Copland CTA 405-A; Trilogy 925
– Przedwzmacniacz liniowy: Accuphase C-2120
– Wzmacniacz mocy: Accuphase A-36
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Audio Solutions Rhapsody 80; Lawrence Audio Violin;
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Mnogość modeli w port folio marki będącej dawcą dzisiejszego tematu jest tak znacząca, że szczegółowa wyliczanka z wyodrębnieniem najdrobniejszych upgrade’ów zajęłaby ładnych kilkanaście szpalt tekstu. Nie zdradzając jednak jeszcze jej nazwy wspomnę, iż paleta barw, jaką proponuje, oparta jest głównie na czerni i połyskującym srebrze, czasem tylko dopuszczając do głosu przeźroczysty lub zmatowiony akryl, by jako wisienkę na torcie dać potencjalnemu nabywcy możliwość zamówienia złotego odcienia niektórych dodatków. Owe ornamenty są naprawdę znikomym odsetkiem wizualizacji, ale w pełni pokazują profesjonalne podejście producenta – frontem do klienta. Innym ważnym aspektem dbałości o rynek są wspomniane na wstępie udoskonalenia techniczne, które będąc dostępnymi praktycznie od najprostszego modelu, pozwalają trwać zakochanemu winylomaniakowi z uwielbionym od pierwszego kontaktu werkiem przez długie lata. Ze swojego doświadczenia wiem, że takich przywiązujących się do wszelkiego rodzaju z trudem zakupionych dóbr osobników jest spora grupa, dlatego w tym, co by nie mówić problematycznym utrzymywaniu szerokiego wachlarza możliwości zmian, widzę bardzo sensowne działania, mające zapewnić lojalność wszystkich zainteresowanych winylem, od dopiero początkujących, do starych wyjadaczy. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, iż w tych trudnych rynkowo czasach jest to słuszna koncepcja. Tak więc puentując ten akapit ogłaszam: Panie i Panowie mam przyjemność zdradzić – oczywiście jeśli ktoś się jeszcze nie domyślił, że dzisiejszym bohaterem będzie pochodząca zza naszej zachodniej granicy, niemiecka, specjalizującą się w produkcji gramofonów manufaktura Transrotor z modelem La Roccia Reference, wyposażonym w ramię angielskiej myśli technicznej SME 5009, japońską wkładkę ZYX 4D i kabel sygnałowy holenderskiego Siltecha, której pełną ofertą dystrybucyjną zajmuje się krakowski Nautilus.

Jak zdążyłem zaanonsować, głównym budulcem werków Transrotora jest polerowane aluminium i akryl. Tymczasem do testów trafił rodzynek, z chassis wykonanym ze skalnego łupka, przełamując w ten sposób, mogącą nudzić co poniektórych sztampowość pomysłów konstrukcyjnych, a co za tym idzie również wizualnych. Wycięta w kształcie prostokątnej platformy podstawa nośna jest nieobrobionym, mającym nieregularną strukturę powierzchniową kawałkiem skały, który dla ułatwienia stabilizacji posadowiono na trzech (jedna z tyłu i dwie z przodu) regulowanych stopach. W lewej tylnej części tej konstrukcji wycięto sporej wielkości pozycjonujący silnik otwór, jednak jego nieco większa średnica pozwala na ustawienie zasilanego zewnętrznym modułem motoru na półce nośnej całego gramofonu bez fizycznego (oprócz paska napędowego) kontaktu z nim samym. Unikamy w ten sposób przenoszenia się szkodliwych drgań na czuły zespół odczytujący co prawda właśnie drgania, ale o zdecydowanie mniejszej amplitudzie. Chodzi mianowicie o delikatną i bardzo podatną na zakłócenia mechaniczne wkładkę gramofonową, która otrzymawszy jakiekolwiek szkodliwe niezapisane na płycie winylowej impulsy, bez ogródek przekaże je do dalszego wzmocnienia przez resztę systemu, powodując tym mocno okaleczony jakościowo dźwięk. Patrząc na gramofon z lotu ptaka, w drugim tylnym narożniku widzimy usadowione na aluminiowej podstawie, uzbrojone we wspomniany czytnik drgań (wkładkę) ramię. Centrum całej konstrukcji zarezerwowane jest dla łożyska dźwigającego masywny, napędzany gumowym ringiem, wyposażony w przytwierdzoną na stałe grubą matę winylową talerz. Ostatnim mającym za zadanie stabilizację płyty na talerzu akcesorium, jest nakładany i niezbyt ciężki docisk. Jako ozdobnik spełniający zadanie wizytówki, producenci zza Odry na froncie czarnej kamiennej konstrukcji umieścili swoje błyszczące srebrem logo, co bez ogródek można uznać za dopięcie całości pomysłu wizualnego na ostatni guzik. Tak jak w wielu wcześniejszych modelach gramofonów tak i w La Rocci cel trafienia pod jak największą ilość strzech, marka Transrotor realizuje ponadczasową czarno-srebrną kolorystyką, do której złośliwy malkontent mógłby się czepiać, argumentując to monotonnością oferty, ale powiem szczerze, gramofon wygląda fantastycznie i kropka.

Lądowanie na specjalnie przygotowanej i wypoziomowanej platformie, kilka działań kontrolnych zespołu czytająco – zdawczego (ramię – wkładka), rozgrzewkowa seria czarnych krążków i możemy zaczynać. Zanim jednak wystartuję, przypomnę, iż źródło zwane gramofonem jest wypadkową wielu czynników, od napędu, poprzez ramię, wkładkę, po phonostage. Pewne symptomy zarezerwowane dla konkretnych konstrukcji i producentów jesteśmy w stanie wyodrębnić, ale w ogólnym rozrachunku bezpośrednie oddziaływanie na siebie wielu zmiennych, zmusza nas do odbioru danej propozycji testowej jako całości, a nie poszczególnych składowych zestawu. Dlatego jeśli moje obserwacje nie do końca współgrają z doświadczeniami oburzonego takim obrotem sprawy właściciela podobnej zabawki, proszę zrzucić to na kark będącego solą życia każdego audiofila środowiska sprzętowego (o którym z szacunku dla czytelników nie wspominam), gdyż zawsze bardzo mocno determinuje efekt końcowy nawet najbardziej wyrafinowanych zestawów.  Ale do rzeczy. Zapoznawczy zestaw płyt zawsze daje pewne wskazówki, od czego należałoby zacząć drobiazgową ocenę. A że La Roccia pokazała to, co najlepsze w analogu, nawet przez moment nie zawahałem się sięgnąć po jazz lat siedemdziesiątych w wydaniu z epoki. Wiem, wiem, puszczam sampler i wszystko mam jak na dłoni, ale to ja decyduję, czego będę słuchał, dlatego na występy zaprosiłem Keitha Jarretta w kwartecie ze znakomitościami tamtych i obecnych czasów, czyli: Deweyem Redmanem, Charlie Hadenem i Paulem Motianem.  Owych czterech panów w 1976 roku popełniło projekt zatytułowany „The Survivors’ Suite”, którego realizacji na szczęście podjęła się oficyna ECM. Nienaganny mastering, perfekcja umiejętności artystów, ich fantastycznie współbrzmiąca energia grania, plus dobrze skonfigurowany testowany zestaw analogowy, stworzyły oczekiwany przez mnie wciągający spektakl muzyczny. Co ciekawe, jak na tamte lata był idealnie osadzony w niskich rejestrach – często zbyt oszczędne niskie tony nieco zubożają wartość brzmieniową niektórych instrumentów, co tylko utwierdzało mnie w słuszności zabawy z tym formatem.  Wydobywający się z kolumn jazz jawił się jako dość luźna nosząca znamiona free sesja, w której każdy z muzyków miał swoje pięć minut na ekwilibrystykę przy użyciu obsługiwanego instrumentu. Nie były to jakieś szaleńcze rytmy, dlatego pozwalały na punktowe odzwierciedlenie wirtualnej sceny tak w szerz, jak i w głąb. Przyglądając się poszczególnym pasmom częstotliwościowym, muszę stwierdzić, że dostarczony przez krakowskiego dystrybutora zestaw – tak kompletny gramofon ma pełne prawo występować w nazewnictwie, jako set – był bardzo zrównoważony, czyli żadne widmo akustyczne nie odstawało od całości pomysłu na dźwięk, idealnie trafiając w punkt pełnej synergii. Jednak natychmiast spieszę dodać, że przy tym zbilansowaniu zakresów, masa przekazu leżała nieco po stronie dociążenia, potęgując tym sposobem przyjemność percepcji dźwięku pochodzącego ze starych tłoczeń winylowych. Ale proszę się nie martwić, gdyż ta tendencja nawet w najmniejszym stopniu nie determinowała przeciążenia nowych, nawet samplerowych wydań, które ostatnimi czasy stały się mocnym punktem zbiorów wielu wielbicieli czarnych placków. Czyli, kiedy trzeba La Roccia pomagała mi nadrobić braki masy tłoczeń z epoki, by podczas drapania współczesnych krążków nie powodować ich zbytniej nadwagi. To jest dość trudne do wykonania, ale jak widać nie niemożliwe, co zdaje się być skutkiem massloaderowej budowy napędu, która swoim ciężarem daje pewne wykonturowanie  niskich rejestrów. Oczywiście w takim sznycie grania swoje trzy grosze ma również wkładka i po tych kilu tygodniach obcowania z produktem z Niemiec, wszystkim właścicielom miękko zawieszonych drapaków radzę przed zakupem cartridge’a sprawdzić na żywym organizmie, czy nie dostaniemy za dużo cukru w cukrze (wstępne dociążenie wkładki plus pływająca stabilizacja całości), choć nie jest to regułą i mocno zależy od reszty toru. Ale zostawmy pojedyncze elementy, gdyż rozpatrując je osobno, nie dotrwamy do zakończenia tej opowieści. Dobrze rozciągnięta we wszystkich kierunkach wirtualna scena muzyczna, nasycony bez oznak przesłodzenia dźwięk, całość zwarta w jeden homogeniczny głos dały poczucie bezpieczeństwa o efekt końcowy. Ale jak to wszystko wypadło podczas nawałnicy różnorodnego z naciskiem na kilka dęciaków instrumentarium? Tym razem padło na inne niż zawsze stawiam wydawnictwo Kena Vandenmarka zatytułowane „Resonanse”, nagrane przez sporą grupę muzyków (10) na Ukrainie, którego wydaniem zajęła się oficyna Not Two. Jak przystało na trupę free jazzową, gdzie siedem instrumentów to wszelkiego rodzaju instrumenty dęte, otrzymałem stanowiącą spore wyzwanie dla niewtajemniczonych nawałnicę muzyczną, która przy najmniejszym uśrednieniu przekazu powinna zlać się w jeden niekontrolowany jazgot, gdy tymczasem niemiecka maszyna przez cały czas pozwalała kontrolować poczynania wybranego z tłumu w danym momencie artysty. Może scena nie była tak okazała jak na wydaniu ECM-u – niestety inne nakłady i podejście masteringowca (uspokajam, nie było źle, tylko inaczej), ale czytelność poszczególnych fraz dźwiękowych była imponująca. W tym podejściu ponownie dały znać o sobie umiejętności bohatera testu w zakresie dociążenia przekazu bez ograniczeń rozdzielczości, co dało mnogość informacji w bardzo aksamitnej postaci mimo sporych pokładów wysycenia. Po kolejnym pozytywnym starciu z ciężkim materiałem muzycznym, na talerz Transrotora powędrował krążek zespołu Massive Attack z jego kompilacji „Collected UK 3-LP”. Modulowane i nienaturalne basowe dźwięki nie zachwiały wypracowanej wcześniej pozycji La Rocci w zakresie konturowości, co więcej, mocno obrobiona komputerowo wokalistyka również nie nastręczała problemów percepcyjnych, a sztucznie generowane wysokie tony, dzięki dawce homogeniczności nie kłując w uszy, ale również bez uszczerbku na dźwięczności zdawały się spełniać powierzone im zadania. Reasumując, sztuczna muzyka okraszona dobrem formatu analogowego w dobrym wydaniu, nawet dla mnie stała się zjadliwa, a muzę przyznać, że przy dość stonowanym podejściu do niej obawiałem się zbytniego ugładzenia. A tutaj miły dla ucha „Zonk”. Nic tylko bić brawa.

Kończąc test kolejnego w mej przygodzie recenzenckiej produktu z rodziny Transrotora, chciałbym pochwalić konstruktorów za utrzymanie wcześniej wypracowanego poziomu jakości generowanego dźwięku. Nie mogę dokładnie określić, co przyniosła zmiana budulca głównej podstawy napędu w porównaniu do modelu Zet 3 – przywołuję tutaj początek opisu brzmienia pod kątem całości zestawu, ale jedno wiem na pewno: nie jest gorzej, a organoleptycznie i użytkowo jak dla mnie zdecydowanie lepiej. Jednak biorąc pod uwagę fakt różnego postrzegania piękna przez poszczególnych klientów, moja ocena w tym temacie jest najmniej istotna i dlatego jeszcze raz przypomnę, że główną zaletą występującej u mnie La Rocci, to spójny, z tendencją do dociążenia, ale bardzo rozdzielczy dźwięk. Ja stawiając na barwę w swoim secie, nie odczułem najmniejszych problemów wagowych i szybkościowych dobiegających do mych uszu dźwięków, co świadczy tylko o wyrafinowaniu konstrukcji. Idąc dalej moimi obserwacjami, przywołam jeszcze fakt bardzo pozytywnego wpływu na nieco odchudzone wiekowe tłoczenia, przywracając nam radość podczas ich słuchania, nie tylko za sprawą wsadu merytorycznego, ale również na ile to możliwe jakościowego. Tak więc niemiecka propozycja skierowana jest dla szerokiego spektrum klientów i jeśli tylko Wasz system nie cierpi na notoryczną ociężałość, z powodzeniem powinniście posmakować szkoły zza Odry.

Jacek Pazio

Elektronika Reimyo: System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy ABYSSOUND ASX-1000
Kolumny: THRAX LYRA
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa zasilająca POWER BASE HIGH END plus kabel sieciowy Acrolink 9500
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Japoński Furutech to firma znana z produkcji różnego rodzaju komponentów służących do łączenia segmentów systemów audio i video. Wśród wielu produktów na uwagę zasługuje nowy przewód zasilający, NANO POWER FLUX. Przewód który można opisać w skrócie: płynność, gładkość i wyjątkowa spójność brzmienia w całym zakresie pasma. Duża uniwersalność zastosowania. Nie ma znaczenia czy wpięty do wzmacniacza czy do źródła, jego wpływ na brzmienie jest doskonale definiowalny. Przewód jest zakończony wtykami z najwyższej serii FI-50 R wykonano z miedzi OCC z wykorzystaniem molekuł złota i srebra o wielkości 8 nanomertów (8/1000000mm!). Przewód o długości 1,8m kosztuje 15 050 PLN. Dystrybucja RCM

  1. Soundrebels.com
  2. >

Aktywne monitory Dynaudio BM6 mkIII.

Monitory BM6 mkIII zostały zbudowane na udanej konstrukcji BM6A MKII i przeprojektowane pod nową generację falowodów Dynaudio. Zostały zaprojektowane i są często wybierane jako łącznik ze średnim polem. Mimo niewielkich rozmiarów dostarczają wysoki poziom SPL i szerokie pasmo przenoszenia, a ręcznie wytwarzane przetworniki zapewniają wyjątkową wydajność.
– 7-calowy głośnik średnio-niskotonowy ze zwiększonym wychylaniem membrany i w pełni aluminiową cewką.
– 1,1-calowy głośnik wysokotonowy z w pełni aluminiową cewką.
– 100-watowy wzmacniacz niskotonowy i 50-watowy wzmacniacz wysokotonowy – pracujące w klasie AB.
W zestawie statyw głośnikowy IsoAcoustics ISO-L8R155, separujący od podłoża i pozwalający na ustawienie głośnika pod odpowiednim kątem. Opcjonalnie TC Electronic Level Pilot lub BMC-2 do precyzyjnego ustawiania głośności
Wyprodukowany w Danii.

Cechy:
119 decybeli poziomu szczytowego SPL
Pasmo przenoszenia od 40 Hz do 21 kHz
Poszerzone pasmo niskich częstotliwości z precyzyjnym subwooferem BM14S II
Analogowe filtry HF, MF, LF, dostosowujące trzy zakresy częstotliwości do charakterystyki pomieszczenia
Filtry górnoprzepustowe przy 60/80Hz do idealnego dopasowania subwoofera
Przełącznik czułości wejścia (-10/+4dB)
Dane techniczne
Typ: Dwudrożny, aktywny, precyzyjny monitor bliskiego pola
Pasmo przenoszenia od 40 Hz do 21 kHz
Poziom wejściowy, umożliwiający uzyskanie 85 dB SPL w odległości 1 m – 119dB szczytowy
Pobór mocy – standby: 0,3W, stan bezczynności: 5,8W, maksymalnie: 94W
Moc wzmacniaczy – dla głośnika wysokotonowego – 50W, dla głośnika niskotonowego – 100W
Częstotliwość rezonansowa – 37 Hz
Sposób przenoszenia niskich częstotliwości – Bass reflex
Częstotliwość zwrotnicy – 1500 Hz
Nachylenie zbocza zwrotnicy – 6dB / oktawę
Głośnik wysokotonowy Esotec – 28-milimetrowa/1,1-calowa miękka kopułka, tylna komora, chłodzony ferrofluidem z aluminiową cewką i koszem
Głośnik średnio – niskotonowy – 175-milimetrowa/7-calowa membrana z polipropylenu, 75-milimetrowa/3-calowa cewka z czystego aluminium
Waga – 11,05 kg
Wymiary (szerokość x wysokość x głębokość) 202 x 334 x 380 mm / 7,9 x 13,1 x 14,9 cali
Cena za parę 7100 zł