Opinia 1
Pół żartem, pół serio część naszych czytelników po teście „małego” StromTanka S-1000 uznała, że spokojnie możemy sobie darować dalsze poszukiwania i eksplorację segmentu ustrojstw prąd filtrujących. I pewnie coś w tych radach było na rzeczy, tym bardziej, że niemiecki kondycjoner i my bardzo miło wspominamy. Jednak chcąc mieć możliwie pełne rozeznanie w rynku nawet jeśli coś nam ewidentnie podpasuje wcale nie oznacza to, że definitywnie kończymy temat i nie mamy ochoty zakosztować alternatywnych rozwiązań. Dlatego też, gdy tylko nadarzyła się okazja do pozyskania na testy wyrób niedawno debiutującego na naszym rynku hongkońskiego Sine czym prędzej wyraziliśmy chęć przyjęcia go pod swoje dachy. O czym mowa? O najnowszym i zarazem najmniejszym z „pełnowymiarowych” kondycjonerów zasilania o symbolu MC40.
Wracając jedynie na chwilę do wstępniakowej charakterystyki naszego gościa pozwolę sobie nieco ją doprecyzować, bowiem reprezentujący tytułową markę rodzimy dystrybutor (AudioPhase Select) na chwilę obecną dysponuje ww. 40-ką, oraz usytuowanym oczko wyżej S-60A Pt Edition, gdy tymczasem w azjatyckim portfolio znajdziemy zarówno flagowy Gateway 3, jak i listwopodobne propozycje w stylu MC30, MC25 oraz minimalistyczną „kostkę” S-2X. Jakby tego było mało w ofercie jest jeszcze pięć modeli „zwykłych” listew oraz dwa potężne regulatory napięcia SRT-5KV Pt i SRT-3KV Pt a to jedynie niewielki wycinek imponująco szerokiego asortymentu oferowanego przez Sine, co jasno daje zainteresowanym do zrozumienia, że mamy do czynienia z poważnym graczem a nie efemerydą, która po jednym rozbłysku zniknie za horyzontem.
Wracając do MC40 nie da się ukryć, iż już w trakcie unboxingu jego wartość postrzegana wyraźnie wykracza poza widniejącą na metce cenie oscylującej w okolicach 8 kPLN. Uwagę zwraca masywny, precyzyjnie obrobiony centymetrowy aluminiowy front z podświetlonym firmowym logotypem i mający mniej więcej połowę standardowej głębokości komponentów Hi-Fi równie solidny, czerniony korpus. Dzięki temu 40-kę z powodzeniem można ustawić na półce audio-stolika a podłączone na jego „plecach” przewody nie będą kłębić się za szafką, zajmując dodatkowe miejsce. A właśnie, przy chociażby przelotnym zerknięciu na zakrystię 40-ki z lekkim smutkiem wypada stwierdzić, iż przeznaczona na rynek europejski (zarówno „kontynentalny” , jak i UK) wersja dysponuje jedynie sześcioma gniazdami wyjściowymi – dwoma przeznaczonymi dla reprezentantów domeny cyfrowej i czterema dla urządzeń „analogowych”, w przeciwieństwie do amerykańskiej (US Nema) edycji, które mogą pochwalić się gniazdami ośmioma (oprócz ww. „europejskiego” zestawu dochodzi jeszcze para High-Current). Jeśli zatem dla kogoś sześć przyłączy to za mało, to do wyboru ma jeszcze ww. 60, która dysponuje siedmioma gniazdami Schuko. Na otarcie łez wypada wspomnieć, iż wszystkie gniazda nie dość, że posiadają platynowane pin-y, to dodatkowo poddano je obróbce kriogenicznej, czyli schłodzono je do -196°C na okres 48h, dzięki czemu wg. producenta, zmianie ulega struktura molekularna metali, zmniejsza się wewnętrzny opór elektryczny a tym samym minimalizowane są straty przepływu. Kriogenizacji poddano również wewnętrzne okablowanie, w tym dwie główne miedziane żyły solid-core o średnicy 13AWG (1.828 mm / 2.62 mm²) i wysokiej klasy 20A wyłącznik automatyczny. Masywną, stalową płytę spodnią uzbrojono w cztery firmowe aluminiowe, antywibracyjne stopy podklejone od spodu miękkim filcem. A jeśli kogoś najdzie ochota, skłoni go do tego deficyt miejsca, z powodzeniem może 40-kę ustawić w pionie.
Jeśli chodzi o trzewia, o których już co nieco zdążyłem wspomnieć, to każda z par gniazd wyjściowych posiada własną sekcję układów kompensacyjnych poprawiających przepływ i dostarczanie energii elektrycznej a rolę dodatkowych oczyszczaczy pełnią dwa 40A przewody magnetyczne ze stopu aluminium (charakterystyczne czarne cylindry). Z kolei umieszczone w dolnej komorze antyrezonansowe, pieszczotliwie określane przez „życzliwych” mianem „kociego żwirku”, grafitowe wypełnienie dodatkowo pochłania wewnętrzne zakłócenia elektromagnetyczne. O izolację przed zewnętrznymi RFI dba odpowiednio solidny korpus.
Zgodnie z zapewnieniami producenta maksymalną, ciągłą obciążalność Sine MC40 ustalono na poziomie 6 000 W.
Tyle teorii, solennych zapewnień wytwórcy i wrażeń czysto organoleptycznych. Najwyższa pora na odsłuchy, podczas których poza Sine znalazła się jedynie 300W integra Vitus Audio RI-101 MkII która na 99,9% tego typu uzdatniaczy reaguje ciężką alergią. Efekt zastąpienia mojego dyżurnego „nicniemającego” Furutecha e-TP60ER? Zaskakujący, bowiem zazwyczaj zastąpienie japońskiej listwy dysponującą bardziej zaawansowaną filtracją konkurencją bądź kondycjonerem zazwyczaj objawia się obniżeniem równowagi tonalnej, delikatną limitacją góry i okazjonalnym majstrowaniem przy głębokości sceny, barwach i wysyceniu przekazu. Tymczasem MC40 wniósł powiew energetycznej witalności i blasku. Zero spodziewanego zaokrąglenia, zero „misia” na basie a w zamian za to soczysta świeżość i świetny drajw. Co ciekawe, choć najniższe składowe zyskały na zróżnicowaniu i crossfitowej żylastości trudno było powiedzieć, że basu jest faktycznie mniej. Po prostu był lepiej kontrolowany i bardziej żwawy, więc finalnie przy takim samym wolumenie oferował większy, bogatszy pakiet informacji.
Zacznijmy jednak od początku, czyli od rozgrzewkowego „Love, its longing. Vol.4” Woongsan gdzie nie tylko wokal artystki został z iście zegarmistrzowską precyzją zdefiniowany tuż przed słuchaczami, co i ona sama zmaterializowała się w przestrzeni międzykolumnowej. Przesadzam? Cóż, niewykluczone, lecz jeśli znacie anegdotę o takim poziomie realizmu, kiedy podczas odtwarzania repertuaru znanych rockowych kapel z barku znikają co mocniejsze trunki, a jeśli tylko gospodarz dysponował jakimiś innymi substancjami psychoaktywnymi, to poodsłuchowy remanent również wykazywał pewne braki, to Sine podąża właśnie w tym kierunku. Całe szczęście azjatycka Diva nijakich ciągot do używek nie wykazywała, więc ograniczyła się li tylko do nieco ponad trzech kwadransów obecności w moim pokoju i wielce zmysłowego, kameralnego recitalu. Ponadto świetna rozdzielczość i wspomniana świetlistość wprowadzona przez MC40 nie spowodowały męczącego na dłuższą metę podkreślenia sybilantów, więc pomimo ewidentnie „szeleszczących” partii wokalnych komfort odsłuchu był wyborny. Idąc za ciosem i chcąc na własnej skórze przekonać się o ww. znikaniu bursztynowych eliksirów sięgnąłem po „Empire” Qeensrÿche i choć stan barku nie uległ zauważalnemu uszczupleniu, przynajmniej przez ekipę z Seattle, to prawdę powiedziawszy dawno stary dobry rock (dla niewtajemniczonych ten krążek ma … 36 lat) nie zabrzmiał u mnie z takim rozmachem i swobodą a jednocześnie zaraźliwym timingiem, unikając jednocześnie „kuracji odchudzającej”. Nie problem bowiem „zrobić” przestrzeń kastrując nagranie z basu, jednak efekt takowych działań zazwyczaj przypomina „symulację” głośnika tubowego za pomocą metalowego wiadra a takich atrakcji nasz dzisiejszy gość mi oszczędził. I tu kolejna ciekawostka, bowiem zarówno pedantyczne zaczernienie tła i oczyszczenie przekazu nie spowodowało ani efektu zbytniej sterylności, ani wręcz przeciwnie – utraty otwartości góry i redukcji aury pogłosowej, gdyż te składowe zostały wręcz dopieszczone i podkreślone. Wszelkie mikro wybrzmienia mogły dłużej „gasnąć” w tle, gdyż nie przykrywały je żadne pasożytnicze artefakty. Podobne adnotacje poczyniłem przy wokalu Geoffa Tate’a, który choć odważnie zapuszczał się w wysokie rejestry ani razu nie spowodował grymasu na mej twarzy. Po prostu całość brzmiała nie tylko dobrze, co realistycznie a to, przynajmniej przy starszych i w dodatku rockowych nagraniach niezbyt często spotykane połączenie. Przypadek, nie sądzę, gdyż dalsze próby z coraz cięższym materiałem za każdym razem dowodziły genialności hongkońskiego uzdatniacza. Jeśli ktoś w tym momencie sceptycznie podchodzi zarówno do kwiecistości, jak i słuszności moich komplementów dotyczących MC40, to polecę mu wypożyczenie tytułowego filtra, wpięcie weń posiadanego systemu i włączenie na niemalże koncertowych poziomach głośności „Hymns in Dissonance” Whitechapel. Następnie wystarczy, że uda się po sąsiadach z przeprosinami, a wiedzę podczas odsłuchów zdobytą zachowa dla siebie. Sine pewnie też, ale to już zupełnie inna historia …
Prawdę powiedziawszy za bardzo nie wiem, jak podsumować odsłuchy Sine MC40, gdyż z jednej strony mamy do czynienia z niezwykle skutecznym i w dodatku nader rozsądnie wycenionym akcesorium uzdatniającym prąd zasilający nasze urządzenia a z drugiej cały czas z tyłu głowy mam świadomość, iż to przecież dopiero jeśli nie początek, to co najwyżej półmetek możliwości azjatyckiego wytwórcy. Jeśli więc już na starcie wypstrykam się z samych ochów i achów jak poradzę sobie z dalszym stopniowaniem zachwytów w ramach kolejnych testów? Dlatego też w ramach dzisiejszej puenty pozwolę sobie jedynie stwierdzić, że dysponując przysłowiową „dyszką” na zasilanie i zarazem przejawiając oznaki niecierpliwości z powodzeniem można zdecydować się na Sine MC40 z jakimś możliwie wydajnym prądowo przewodem w stylu firmowego Nidas HC+ i na dłuższy czas zapomnieć o temacie. Jeśli jednak ktoś celuje „wyżej”, to z pewnością powinien przyjrzeć i przysłuchać się starszemu rodzeństwu naszego bohatera.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jestem pewny, że tak ja, także znakomita większość Was w jakimś momencie zabawy w hobby związanym z tematyką audio spotkała się z problemem braku gniazd pozwalających zasilić rozbudowany system. Temat jest stary jak świat, jednak w błędzie jest ten, kto sądzi, że łatwy do ogarnięcia. Mam oczywiście na myśli stanięcie przed wyborem, czy decydujemy się na pozbawioną jakichkolwiek systemów filtrujących energię elektryczną przed dostarczeniem jej do urządzeń zwykłą listę zwaną potocznie „złodziejką”, czy idziemy w stronę bardziej lub mniej zaawansowanych technicznie kondycjonerów. Naturalnie z uwagi na brak szans na jednoznaczną odpowiedź co jest lepsze, a co gorsze, nie będę drążył tego tematu, tylko zainteresowanych zapraszam do zapoznania się z opinią na temat zasilenia w moim zestawie sekcji przedwzmacniacza liniowego pochodzącym z Hong Kongu kondycjonerem marki Sine, z portfolio której stacjonujący w Sukowie dystrybutor AudioPhase Select dostarczył nam model MC40.
MC40-ka to średniej wielkości, z uwagi na ładne wykończenie wyglądająca jak komponent audio skrzynka z grubym aluminiowym panelem, w trzewiach której konstruktorzy umieścili efekty wieloletnich doświadczeń. Idąc za informacjami producenta należą do nich: zastosowanie 40-amperowych przewodów magnetycznych ze stopów aluminium do kondycjonowania napięcia, zastosowanie gniazd wysokoprądowych, platynowane gniazda i wtyki poddane obróbce kriogenicznej, niedziane okablowanie wewnętrzne osiągające poziom średnicy o wartości 13 AWG, 3 zestawy układów kompensacyjnych, wytłumienie dolnej części obudowy materiałami bitumicznymi działającymi antywibracyjne oraz 20A włącznik główny poddany obróbce kriogenicznej. Jak widać, panowie się przyłożyli. I to nawet bardzo, bowiem na tylnym panelu nie dość, że znajdziemy 6 kondycjonowanych gniazd, to jeszcze zgrupowano je w dwóch sekcjach dedykowanych osobno dla komponentów analogowych i cyfrowych. Czyli śmiało można powiedzieć, iż jest na bogato. A jak w temat wygląda od strony wpływu na wykorzystujące naszego bohatera urządzenia? Po odpowiedź naturalnie zapraszam do kolejnej części tekstu.
Zanim przejdę do konkretów, wspomnę, iż wyniki testu tytułowego kondycjonera w dzisiejszym przypadku są tak naprawdę różnicami pomiędzy wykorzystaniem jego zaraz po wypięciu elektroniki ze zwykłej listwy bez żadnych układów poprawiających jakość energii elektrycznej. Osobiście używam tylko prostych rozgałęziaczy, dlatego bardzo łatwo jest mi zorientować się, co dzieje się, gdy zastosuję jakiś aktywnie działający terminal prądowy Jak zatem odebrałem będącego punktem dzisiejszego zainteresowania przedstawiciela z Azji Sine MC40? Otóż od pierwszych taktów słychać było, że przekaz nabrał płynności. Muzyka brzmiała bardziej gładko i jakby cieplej. Nie nabrała masy, a nawet jakby lekko zgubiła parę dekagramów, dzięki czemu stała się bardziej angażująca w odbiorze. A powodem takiego stanu rzeczy było lekkie podniesienie tonacji dźwięku, co zafundowało mu ciekawy w odbiorze zastrzyk ekspresji. Ekspresji, która poprawiła drive muzyki i żywiołowość kreowania wydarzeń na wirtualnej scenie. Efekt wypadał naprawdę ciekawie, bowiem mimo mojego codziennego optowania za solidniejszym przestawianiem ścian podczas słuchania mocnych kawałków rockowych, w tym przypadku minimalnie delikatniejsze walnięcie dźwiękiem z powodzeniem rekompensowała dawka płynnie podanej ekspresji. Bez zabiegu ukulturalniania byłoby to pewnie męczące, tymczasem dobrze, bo okraszone plastyką doświetlenie średnicy spowodowało, że rockmeni w swoim szaleństwie szli na tak zwanego maksa. Reasumując powyższy przykład mocne granie mimo minimalnej kuracji odchudzającej może nieco inaczej, ale nadal pokazywało swoje rogi. Podobną drogą odbioru szła także muzyka jazzowa. Brzmiała niby lżej, jednak przy okazji pokazywała większe rozwibrowanie, co w tym gatunku jest bardzo istotnym elementem w docieraniu do serca melomana. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, owo odchudzenie było symboliczne, dlatego nie było kosztów ubocznych, tylko inne podejście pokazania odbiorcy innego sposobu na muzykę. A piszę o tym z uporem maniaka, gdyż bez dwóch zdań ten aspekt było słychać. Aspekt, który jak wynika z powyższych przykładów, nie dość, że nie był jakimkolwiek problemem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby był pewnego rodzaju ratunkiem. I powiem szczerze, że gdy nie przepadam za kondycjonerami, bo zazwyczaj tylko zwiększają nutę gładkości, to takie z jednej strony upłynnienie przekazu, a z drugiej ożywienie go przyjąłem z wielkim pozytywnym zaskoczeniem. A jak zaznaczyłem, nie jestem entuzjastą stosowania kondycjonerów.
Czy bazując na powyższych wnioskach Sine MC40 mogę zaproponować każdemu? Otóż, jeśli tylko nie macie nazbyt stonowanego w prezentacji systemu, jak najbardziej tak. Dostaniecie fajne, bo żywe i przyjemnie w odbiorze granie, które odda ducha każdego rodzaju muzyki. I nie będzie miało znaczenia, że z minimalnie podniesiona tonacją, gdyż to zmiany na poziomie drobnej korekty, które w zderzeniu z przyjemnością odbioru na początku okażą się nieistotne, a po krótkim czasie całkowicie niezauważalne. A to dopiero pierwsza dobra informacja, bowiem drugim aspektem przemawiającym za testowanym kondycjonerem jest bardzo ciekawie skorelowana z jakością brzmienia cena. Banał? Zapewniam, że nie, czego biorąc go na testy sami możecie doświadczyć.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: AudioPhase Select
Producent: Sine
Cena: 7 990 PLN
Dane techniczne
Maksymalna moc ciągła: 6 000 W (220 V)
Łączna moc chwilowa (impulsowa): 10 600 W (220 V)
Wymiary (S x G x W): 372 × 180 × 160 mm
Masa netto: 10 kg
Opinia 1
Jak z pewnością większość trzymających rękę na pulsie światowego audio pasjonatów i zarazem naszych stałych czytelników zdaje sobie sprawę, dzisiejszy gość nie jest ani debiutantem tytułowej marki na łamach SoundRebels, ani tym bardziej gorącą „świeżynką” o której test bezpardonowo walczą poszczególne redakcje. Pojawił się bowiem na rynku na jesieni 2020 r, więc trudno uznać, iż nosi jakiekolwiek znamiona nowości. Skoro jednak nadal pozostaje w norweskim katalogu, to zasadnym wydało nam się własnouszne zweryfikowanie jego możliwości funkcjonalno-brzmieniowych, bowiem zgodnie z tym, co podpowiada nasza wyszukiwarka jeszcze nie mieliśmy do czynienia z żadnym wzmacniaczem zintegrowanym … Electrocompanieta, więc czym prędzej postanowiliśmy owe zaległości nadrobić. Tzn., żeby była pełna jasność sytuacji – to, że recenzja żadnej z odsłon charakterystycznych integr nie pojawiła się na naszych łamach bynajmniej nie oznacza nieznajomości tematu, bowiem sięgając do archiwaliów nie będę ukrywał, że niejaki ECI 5 trafił do mnie w styczniu 2012 r a na przełomie marca i kwietnia 2018 opuścił mój skromy system, czyli jak łatwo można policzyć przez ponad sześć lat cieszył tak oczy, jak i przede wszystkim uszy. W tzw. międzyczasie przez nasze redakcyjne podwoje przewinęły się reprezentujące norweskie portfolio zarówno analogowe źródła, kompletne systemy, jak i same sekcje wzmacniające począwszy od kompaktowych AW180, na topowych AW 800M kończąc. Krótko mówiąc stosowny „podkład” mamy a tym samym bez zbędnej zwłoki możemy przejść do meritum, czyli de facto obecnie topowej i zarazem najlepiej wyposażonej wersji (dostępna jest również w pełni analogowa – pozbawiona sekcji DAC-a i streamera ECI 6 MKII) integry Electrocompaniet ECI 6 DX MKII.
Jak doskonale na powyższych zdjęciach widać ECI 6 DX MKII jest rasowym przedstawicielem norweskiego mainstreamu, czyli serii Classic Electrocompanieta. Mamy zatem wszechobecną, dystyngowaną czerń, z którą wybornie koresponduje zarówno akrylowa tafla frontu, jak i złota ornamentyka. Szkoda jedynie minionych (znanych z „pierwszej” 5-ki) piktogramów źródeł, które zastąpił co prawda bez porównania bardziej czytelny, lecz zarazem, przynajmniej z mojego punktu widzenia, bez porównania mniej elegancki, okupujący lewą flankę błękitny wyświetlacz. Całe szczęście zarówno centralnie umieszczony logotyp z charakterystyczną niebieską aureolką informującą o wybranym poziomie głośności, jak i włącznik główny oraz typowy dla Skandynawów zlokalizowany po prawej stronie czteroprzyciskowy krzyżak wyboru źródła i siły głosu są od lat takie same i mają postać solidnych złotych przycisków. Zarówno boki korpusu, jak i płyta górna w swych tylnych połaciach są gęsto perforowane i z racji, iż urządzenie dość zauważalnie się nagrzewa lepiej zapewnić mu tak po bokach, jak i od góry nieco miejsca.
Widok ściany tylnej w pełni odzwierciedla wspominaną we wstępie deklarację niemalże pełnej samowystarczalności dzisiejszego gościa, bowiem jeśli do pełni szczęścia wystarczą nam zaimplementowane w jego trzewiach sekcje streamera, DAC-a i platforma bazowa w postaci rasowej, legendarnej w pewnych kręgach norweskiej integry, to praktycznie wypada tylko zadbać o jakieś kolumny, ewentualnie podpiąć jeszcze smart TV i temat mamy zamknięty. Dlatego też lewą połowę zgodnie ze sobą dzielą tak cyfrowe, jak i analogowe interfejsy, z których pierwszą grupę reprezentują port Ethernet RJ45, gniazdo USB A do podpięcia zewnętrznych pamięci masowych, antenę Wi-Fi, po parze wejść optycznych i koaksjalnych oraz port USB B. Z kolei sekcja analogowa to para wejść XLR, trzy pary wejść RCA oraz zestaw wyjść – po parze RCA i XLR. W zestawie nie zabrakło przelotki triggera i przeznaczonego do integracji z domową inteligencją terminalu RS232. Terminale głośnikowe są pojedyncze i otulone plastikowymi kołnierzami zabezpieczającymi przed przypadkowym zwarciem a listę zamyka zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC. I tu pozwolę sobie na małą dygresję, bądź jak kto woli osobistą wycieczkę, ale odkąd Norwegowie w inkarnacji Mk2 popularnej integry ECI5 zastąpili solidne WBT-y podobnymi do widniejących powyżej zamiennikami i kultywują owe praktyki najdelikatniej rzecz ujmując ręce opadły mi z szelestem a w głowie zaczęły rodzić się pytania odnośnie powodów przeprowadzenia takowego auto-sabotażu. No bo jak, chociażby z logicznego i ergonomicznego punktu widzenia, wytłumaczyć taką orientację gniazd, że jeśli tylko uda się w nich umieścić (co jak pokazuje praktyka wcale nie jest takie oczywiste) zakonfekcjonowane widłami wtyki, to niejako z automatu blokujemy sobie dostęp do wyjść XLR z sekcji przedwzmacniacza, co teoretycznie da się jakoś przeboleć, oraz … gniazda zasilającego, co jak łatwo się domyślić może nastręczać pewne problemy. Krótko mówiąc chciał, nie chciał zamiast kopać się z przysłowiowym koniem lepiej zacisnąć zęby i jeśli tylko, nie uprzedzając faktów, ECI 6 DX MKII przypadnie nam brzmieniowo do gustu, zaopatrzyć się w okablowanie, przynajmniej od strony wzmacniacza zakończone bananami/BFA.
Wraz z wzmacniaczem otrzymujemy systemowy pilot zdalnego sterowania, który swoją plastikowością niestety niezbyt koresponduje z elegancją jednostki głównej. Całe szczęście wybawieniem jest firmowa, dostępna zarówno na Androida, jak i iOSa apka EC Play, którą z powodzeniem daje się zawiadywać 6-ką. W dodatku 6-ka „dogaduje się” z popularnymi serwisami streamingowymi w ich odmianach „connect”, więc nawet bez ww. apki możemy cieszyć się ich nieprzebranymi zbiorami bez instalacji dodatkowego oprogramowania.
W sekcji cyfrowej znajdziemy kości Texas Instrument 4392 (konwerter częstotliwości) oraz DAC Cirrus logic 4392, z kolei stopień wyjściowy przedwzmacniacza pracuje w klasie A. W zasilaniu uwagę zwraca klasyczny 650 VA toroidalny transformator współpracujący z baterią kondensatorów o łącznej pojemności 88,000 µF. Deklarowana przez producenta moc to 125W przy 8Ω, 200W przy 4Ω i aż 370W przy 2Ω obciążeniu na kanał. Warto również podkreślić fakt zbalansowaną topologię sekcji wzmocnienia, więc obecność XLR-ów tak na wejściu, jak i wyjściu nie jest dziełem przypadku a rekomendowanym interfejsem komunikacji z urządzeniami peryferyjnymi.
A jak nasz dzisiejszy gość gra? Jeśli powiem, że po swojemu i zarazem jak na Electrocompanieta przystało, to z jednej strony będę miał rację a z drugiej pozostawię na tyle szerokie pole manewru do interpretacji, że niemający jeszcze do czynienia ze skandynawską myślą techniczną melomani i audiofile mogą poczuć się lekko zdezorientowani. W dodatku 6-ce pod względem charakterystyki, przynajmniej w dolnej części skali głośności bliżej do EC 4.8 aniżeli którejkolwiek z ww. końcówek. Chodzi bowiem o to, iż przy cichym odsłuchu równowaga tonalna przesuwa się zauważalnie ku górze, przez co zaczyna dominować wyższa średnica i góra. W dodatku powstałą „lekkość” dźwięku intensyfikuje lekkie wycofanie prezentacji. Jednak wraz ze wzrostem głośności sytuacja ulega wyraźnej normalizacji, by przy standardowych, codziennych dawkach decybeli oferować właściwą marce muzykalność i żywiołowość. Co prawda nawet do 180-ek brakuje nieco ciepła i krągłości, jednak 6-ka rekompensuje to delikatnie podbitym przełomem niższej średnicy i wyższego basu, przez co przekaz charakteryzuje zaraźliwa motoryka. Jak łatwo się domyślić taka sygnatura jest niezwykle korzystna dla wszelkich rockowych i metalowych porykiwań, choć dobierając repertuar warto pamiętać o odważnej górze, która w przypadku nazbyt euforycznie smaganych blach, bądź ognistych riffów potrafi o sobie tu i ówdzie przypomnieć. O dziwo, na bardziej cywilizowanym materiale, jak chociażby „Brotherhood Of Brass” Frank London’s Klezmer Brass Allstars wszechobecne dęciaki zamiast popadać w ofensywną jazgotliwość uległy jedynie uatrakcyjniającemu rozświetleniu i minimalnemu utwardzeniu, przez co nawet nie zbliżając się do granicy komfortu oferowały ponadprzeciętną ekspresję i wzorową rozdzielczość. Równie pozytywne noty zebrały najprzeróżniejsze starocie w stylu radosnego „Rides Again” James Gang, gdzie gitarowych, nieśmiało puszczających oko ku psychodelii riffów Joe Walsha jest sporo, a i Jim Fox swoich garów nie oszczędza a jednak oferowany przez 6-kę sposób prezentacji zamiast pastwić się nad dość archaiczną realizacją podkreśla spontaniczność i melodykę kompozycji.
Zdolność kreowania przestrzeni Electrocompaniet opanował na wielce satysfakcjonującym poziomie, przy czym warto mieć na uwadze, że scena budowana jest zazwyczaj za linią kolumn, więc jeśli ktoś liczy na „lap dance” w wykonaniu J.Lo, to bardzo mi przykro, ale ECI 6 DX MKII to zły adres. Nie ma jednak w tym nic złego, gdyż dzięki temu zyskujemy szersze pole widzenia i tego co dzieje się w dalszych planach nie przesłaniają nam frontmeni.
A na koniec jedna drobna uwaga a nawet dwie natury użytkowej. Otóż pierwsza dotyczy sekcji streamera, która gra nieco ciszej od pozostałych wejść tak cyfrowych, jak i analogowych, a druga dość zgrubnej regulacji głośności dostępnej zarówno z pilota, jak i wybieraka na froncie wzmacniacza, więc warto o tym pamiętać tak podczas zmiany źródła, jak i dopasowania siły wzmocnienia (np. w trakcie seansów filmowych, gdzie dialogi przeplatają się z jakimiś bardziej spektakularnymi efektami specjalnymi) szczególnie gdy przełączamy się późnym wieczorem, gdy reszta domowników już smacznie śpi.
Jak mam cichą nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika Electrocompaniet ECI 6 DX MKII ma całkiem spore szanse zagościć tam, gdzie przede wszystkim liczy się przyjemność obcowania z ulubioną muzyką i emocje a nie analityczne dzielenie włosa na czworo. Ponadto w swej topowej odsłonie 6-ka jest praktycznie samowystarczalnym centrum multimedialnym, więc praktycznie uwalnia swojego nabywcę od plątaniny kabli i bezliku peryferyjnych przystawek. Co prawda nie może się (jeszcze) pochwalić HDMI Arc, ale i po optyku świetnie dogaduje się ze współczesnymi Smart TV a jeśli chodzi o optymalny dobór kolumn, to z racji opisywanych uwag, co do charakterystyki brzmienia przy niskich poziomach głośności sugerowałbym konstrukcje o niezbyt imponującej skuteczności i mówiąc wprost trudne do napędzenia, żeby przy cywilizowanych dawkach decybeli potencjometr mógł minąć początkowy zakres a tym samym w pełni pokazać drzemiący w ECI potencjał.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Zakładam, że pamiętacie, jak we wstępniaku do testu zestawu źródła i wzmocnienia włoskiego Lector-a nieco deprecjonowałem rozwiązania oferujące wielozadaniowość komponentów audio. Otóż zapewniam, iż tak naprawdę nic do takich pomysłów nie mam, bo to wielu z nas ułatwia życie, a jedynie lekko utyskiwałem z chęci pokazania determinacji Włochów w procesie zaproponowania melomanom czegoś idącego w poprzek ogólnym trendom. Trendom, które prawdopodobnie są nieodwracalne, czego potwierdzeniem jest wielkie zainteresowanie nim mainstreamowych marek, jak choćby będącego dzisiejszym bohaterem norweskiego Electrocompanieta. Co takiego „zmajstrował” i dzięki staraniom warszawskiego Hi-Fi Clubu trafiło w nasze ręce? Oczywiście potwierdzenie tezy o pewnego rodzaju standaryzacji coraz częstszego proponowania klientom multi-funkcyjnego produktu, którym w tym przypadku jest wzmacniacz zintegrowany z opcją wewnętrznego przetwornika D/A oraz streamera Electrocompaniet ECI 6 DX MkII.
Nasz bohater to średniej wielkości integra, aparycji, której, jeśli choć raz miało się kontakt z konstrukcją tej marki, widząc coś spod tego znaku towarowego nawet po latach nie da się nie rozpoznać. Mam na myśli oczywiście typowy pomysł na design norweskich urządzeń, jakim jest zwieńczenie frontu obudowy płatem grubego czernionego akrylu ozdobionego złotymi akcentami. To zaś w tym przypadku oznacza cztery guziki funkcyjne ułożone w postaci krzyża na prawej flance, w centrum frontu w dolnej jego części taki sam jako włącznik uruchamiający wzmacniacz, cztery ozdobne śruby w narożnikach oraz wykonane w złotym kolorze wszelkie opisy z nazwą marki i jej logo na czele. Oczywiście jako uzupełnienie funkcyjności wzmacniacza na przednim panelu znajdziemy jeszcze mieniący się błękitem wyświetlacz i diodę informującą o stanie urządzenia. Jeśli chodzi tylny panel przyłączeniowy, ten realizując założenia multi-funkcyjności oferuje użytkownikowi zestaw wejść liniowych, cyfrowych i zestaw zacisków kolumnowych. Nie zapomniano także o gnieździe zasilania IEC. Tak prezentujący się piecyk według zapewnień konstruktorów oferuje 125 W przy obciążeniu 8 Ohmów i 200 W przy 4 Ohmach. Na koniec dodam, iż w komplecie startowym, aby nie trzeba było wstawać z kanapy w celu nawigacji po menu urządzenia, dostajemy także pilota zdalnego sterowania.
Jaką estetyką brzmieniową zakończyło się maksymalne doposażenie będącego przedstawicielem segmentu ze średniej półki cenowej tytułowego wzmacniacza? Na początku wydawało mi się, że idzie idealnie od dawna wytyczoną przez poprzedników drogą mocnego nasycenia i krągłości dźwięku. Od zarania dziejów jest to sprawdzony sposób marki na rozkochiwanie w sobie melomanów i chyba nikt nie zaprzeczy, że skądinąd bardzo skuteczny. A jeśli tak, to przyznam, iż poczucie powielania firmowego pomysłu miałem jedynie na początku. Otóż chodzi o względem poprzedników co prawda minimalne, ale jednak odejście od nasycenia jako główny punkt kreowania muzyki. Owszem, przekaz nadal obracał się wokół płynności i dobrej wagi, ale ogólnie nosił znamiona większej świeżości jako przeniesienie punktu ciężkości o pół oczka wyżej. Jak odbiorą to potencjalni nabywcy? Powiem szczerze, że zważywszy na naprawdę symboliczne działania na wspomnianym polu nasycenia, wielu może nawet tego nie zauważyć. A gdy nawet coś, to bez problemu będzie w stanie skorygować na swoją modłę stosownym okablowaniem. Jednak bez względu na wspomniane potencjalne ruchy szczęśliwy nabywca zauważy na pewno dużą funkcjonalność konstrukcji – oprócz samego wzmacniania sygnału w roli zwykłej integry dysponuje również sekcją przetwornika i streamera. Jak wypadał na tych trzech polach? Ze zrozumiałych względów podłączenie do ECI 6 DX MkII wysokiej jakości transportu w postaci posiadanego Gryphona Ethos-a muzyka brzmiała najbardziej płynnie, ale przy tym z bogatym pakietem informacji, oddechem i poczuciem swobody. To oczywiście było tylko próba, co tak naprawdę ECI potrafi, gdyż nikt przy zdrowych zmysłach do urządzenia za ca 30 tys. zł. nie podłączy źródła za sześciokrotność jego ceny, Ale nie oszukujmy się, dało idealne przedpole do oceny, co oferuje w oparciu o swoje wewnętrzne układy. Te zaś tak w przypadku tak samego DAC-a, jak i streamera brzmiały w bardzo zbliżony sposób, dlatego opiszę oba w jednej opinii. A chodzi o pokazania muzyki w fajnym, z płynnym motywem projekcji, jednak z oznakami mniejszego podkręcania jej soczystości. I nie chodzi o to, że brakowało nasycenia, tylko impuls był bardziej zwarty. Zwarty, czyli nie tak tłusty i rozciągnięty, ale przez to jakby szybszy. To o tyle ważne, że gdy soczystość na wysokich pułapach cenowych u tego producenta rekompensuje znakomita rozdzielczość, to na dole oferty mocna jej odmiana może serwować nam pewnego rodzaju uśrednienie przekazu. Tymczasem zebranie się dźwięku w sobie powoduje – ale zaznaczam, iż to tylko drobna korekta, że muzyka unika efektu utraty timingu. Owszem, to wielu z Was może się podobać, jednak w wartościach bezwzględnych jest miłym oszukiwaniem słuchacza. Dlatego mimo faktu lekkiej korekty brzmienia naszego bohatera w odniesieniu do starszych braci sadzę, że to fajny, bo jedynie lekki i jeśli ktoś będzie miał taką ochotę, całkowicie do skorygowania aspekt. I oczywiście przypominam, że tylko w przypadku wykorzystywania zaimplementowanych w tym modelu opcji źródła sygnału. Bez względu jednak na wszystko nawet w opcji streamera muzyka oferowała fajną barwę, ciekawe wypełnienie masą i odpowiedni pakiet luzu w kreowaniu szerokiej i głębokiej wirtualnej sceny.
Tym sposobem muzyka mająca ukoić romantyczne dusze w rozumieniu barokowych interpretacji twórczości Jordi Savalla „El Cant De La Sibil-La: Mallorca / València, 1400-1560” bez problemu czarowała płynnością i donośnością pełnego ekspresji wokalu tak solistki, jak i wtórującego jej wielogłosowego składu chóralnego. A gdy do tego dodamy dobre oddanie wielkości goszczącej muzyków kubatury kościelnej i bardzo czytelne rozlokowanie poszczególnych źródeł dźwięku w domenie głębokości, miałem pełny wgląd kto, w jakim pomieszczeniu i gdzie w nim stojąc serwował mi tak przyjemne dla ucha pasaże muzyki sakralnej.
Pisząc o rockowych opowieściach, a tak naprawdę buntowniczych manifestach w kontekście wypadkowej wykorzystania wewnętrznych dodatków do „piecyka” najważniejszą jest informacja, że bez problemu dostałem dobrze osadzenie w masie drapieżną wokalizę i energetycznie popisujące się instrumentarium, ale bez zachwiania kwestii szybkości narastania sygnału. Nie powiem, mimo pewnych obaw, że ten ostatni temat może nosić znamiona niedoborów, w sobie tylko znany sposób na miarę sznytu grania i ceny urządzenia wypadł dobrze.
Gdzie sytuowałbym tytułowy wzmacniacz kultowego producenta z Norwegii? Naturalnie bez naciągania faktów w pierwszej kolejności wszędzie tam, gdzie brakuje dźwiękowi fajnej barwy i odpowiedniej wagi. To mimo wspominanej lekkiej korekty nadal rasowy ECI i nadal jest ostoją wypracowanych przez lata aspektów prezentacji. jednak to nie jedyna opcja jego ciekawej aplikacji. Chodzi o to, że powinien także bardzo dobrze poradzić sobie nawet w przypadku poszukiwania w miarę neutralnego dźwięku. A dlatego, że po podłączeniu w tor to co zrobi, zrobi z klasą – oczywiście chodzi o pokolorowanie przekazu – a nie jako siłowe naciąganie faktów na swoją modłę i tylko od konkretnych oczekiwań takich działań przez potencjalnego nabywcę będzie zależeć, czy zostanie na lata. I trzeba pamiętać, że owe ewentualne lata pozwoli wypełnić posiadaczowi muzyką nie tylko na bazie zewnętrznego źródła w postaci odtwarzacza CD lub czystych transportów zero-jedynkowego sygnału, ale także stacjonującego na pokładzie ECI 6 DX MkII, obecnie bardzo ważnego dla większości populacji melomanów streamera.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: Electrocompaniet
Cena: 32 800 PLN
Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 125W (8Ω), 2 x 200W (4Ω), 2 x 370W (2Ω)
Pasmo przenoszenia: 1Hz -150kHz
Separacja kanałów: > 120 dB
Zniekształcenia THD: < 0,004%
Impedancja wejścia liniowego: 47kΩ
Impedancja wyjściowa: < 0,02 Ω
Maksymalny prąd wyjściowy: > 100A
Współczynnik tłumienia: > 350 (przy obciążeniu 8Ω)
Czułość wejściowa: 1,3Vrms (125W na wyjściu)
Czułość dla wejścia HT: x 36 (31 dB)
Rozdzielczość konwertera D/A: 192kHz/24bity
Obsługiwane formaty plików: WAV/WAVE, MP3, AAC+, Vorbis, ALAC, FLAC, APE, WMA
Obsługiwane serwisy streamingowe: Tidal, Qobuz, Spotify
obór mocy: 110W bez sygnału (tryb czuwania 1W)
Wymiary (S x W x G): 470 x 128 x 430 mm
Masa: 20,5 kg
Opinia 1
Po przypadającym mniej więcej na okres przełomu wieków istnym boomie rodzimej myśli technicznej ukierunkowanej na przewody audio obecnie sytuacja wygląda zdecydowanie spokojniej. Większość święcących wtenczas triumfy marek odeszło w niebyt a ci szczęśliwcy, którym udało utrzymać się na powierzchni zamiast skupiać się na lokalnym i jak dowodzi praktyka niezwykle niestabilnym a zarazem dość płytkim rynku swoją uwagę skierowali ku eksportowi. Do owego elitarnego grona z pewnością można zaliczyć zarówno bydgoskie Albedo, gorlicką Audiomicę, wrocławskie David Laboga Custom Audio jak i łódzkie WK Audio a z nieco młodszego i celującego w ogólnodostępną półkę pokolenia białostocką Melodikę. Nie oznacza to bynajmniej, że wśród rodzimych „kablarzy” panuje stagnacja i nikt nie próbuje uszczknąć możliwie dużego kawałka wielce smakowitego tortu, gdyż dość regularnie docierają do nas wieści o pojawianiu się nowych, operujących w tejże niszy wytwórcach. I właśnie dzięki uprzejmości pabianickiego 21Distribution w nasze skromne progi trafił topowy sygnałowo-głośnikowy set dotychczas nam nieznanej manufaktury Age Reborn Cables. Od razu jednak zaznaczę, iż topowość w przypadku naszych dzisiejszych gości jest nad wyraz zdroworozsądkowo wyceniona, gdyż zespół za nimi stojący zamiast pozycjonować się li tylko za pomocą widniejących na metkach kwot zagrał va banque i postawił na … brzmienie. Panie i panowie oto Age Reborn Cables 70’s.
Jak już zdążyliśmy w ramach unboxingu uchylić rąbka tajemnicy tytułowe pabianickie przewody do odbiorcy końcowego docierają w eleganckich, przywodzących na myśl swojego czasu wykorzystywane przez Audiomicę drewnianych skrzynkach ze złotym grawerunkiem na wieku i stosowną tabliczką znamionową na ścianie bocznej. Samo okablowanie przyodziano w pstrokate koszulki ViaBlue (sleeve stone?) a jeśli chodzi o konfekcję to w XLR-ach znajdziemy podstawowe Neutriki a w głośnikowcach złocone BFA i drewniane splitery. Zgodnie z materiałami firmowymi 70s Speaker posiadają „pionierską konfigurację przewodników „Mulicore” starannie dobranych izolatorów, powłok oraz rodzajów wtyków”, przy czym przewodniki mają łączną średnicę 2×6,5mm². Z kolei interkonekty również kuszą „pionierską konfiguracją geometrii w układzie podwójnego trójkąta. Jeden to bufor przestrzeni, kolejny to żyły robocze „stranded conductor”. Starannie dobrane izolatory typu FEP i Neopren oraz powłoki i rodzaje wtyków”. Niewiadomą pozostaje sam „surowiec” z jakiego wykonano przewodniki, ale skoro sam wytwórca nie raczył był się w tym temacie ujawnić, to i nam nic do tego. Całe szczęście kwieciste opisy nie przekładają się na ponadnormatywne średnice, bądź też utrudniającą aplikację sztywność. Generalnie można uznać, iż ewidentny minimalizm formy, wrażenia organoleptyczne i poniekąd, nieco uprzedzając fakty, również walory brzmieniowe przywodzą mi na myśl wyroby działającej ponad dekadę (premierowe modele światło dzienne ujrzały w 2011r) temu rodzimej manufaktury Sevenrods Tomasza Ferszta.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu od razu pozwolę sobie zaznaczyć, iż deklaracje producenta jakoby 70s „zostały stworzone dla najlepszych systemów klasy hi-end” może nie tyle puściłem mimo uszu, co uznałem, za pobożne życzenia, żeby nie powiedzieć nazbyt wybujałe ambicje. Oczywiście można wyjść z założenia, że kable nie grają, więc i high-endowe systemy wystarczy okablować asortymentem dostępnym w wielkopowierzchniowych marketach, jednak jak mam cichą nadzieję zdążyliście się Państwo zorientować dawno temu z tak karkołomnych pomysłów wyrośliśmy. Dlatego też zamiast robić Age Robornom „kuku” porównując je ze stricte high-endową konkurencją po prostu skupiłem się na tym jak one same na mój system wpłynęły.
I tu od razu kolejna dygresja, gdyż po zalecanej 24h rozgrzewce w przypadku interkonektów i 22h w przypadku głośnikowych oba typy okablowania wykazywały na tyle tożsame cechy, że pisząc o nich w dalszej części potraktowałem je jako „podmiot zbiorowy”. I to podmiot nad wyraz żywiołowy, gdyż nawet jubileuszowa, zremasterowana edycja „Superunknown” Soundgarden, choć w naturze dość „głucha i stępiona” z rodzimymi przewodami w torze zyskuje na żywiołowości i garażowym pazurze. Przekaz zostaje bowiem zauważalnie utwardzony, lecz bez podnoszenia równowagi tonalnej, więc bas ma czym kopnąć i szarpnąć a jednocześnie pozbawiony zostaje asekuracyjnej miękkości, przez co skuteczniej łapie za ucho i nie pozwala spokojnie usiedzieć w fotelu. Wokal Chrisa Cornella ma właściwą sobie dzikość i moc a na „Spoonman” mamy szaleństwo w najczystszej postaci i prawdziwą rockową jazdę bez trzymanki.
Zmieniając repertuar na nieco bardziej cywilizowany, czyli dajmy na to oniryczny „The Line” Kalandry z niekłamaną satysfakcją odnotowałem ponadprzeciętną, przynajmniej jak na reprezentowaną półkę cenową, zdolność kreowania trójwymiarowej i zarazem cechującej się niezwykłą precyzją w ogniskowaniu źródeł pozornych sceny. Dostajemy bowiem pełen pakiet informacji co do szerokości, głębokości i wysokości a jednocześnie każdy z dźwięków jest z laserową dokładnością zawieszony w owym układzie i jakby tego było mało ma własną aurę, która przenika się z aurami sąsiadujących źródeł. Czyli jest i detal, i koherencja, co wcale nie jest takie oczywiste. Średnica jest mocna, komunikatywna i o dziwo nieprzesaturowana, więc nie ma obaw o jej ewentualne „przegrzanie” w nazbyt faworyzujących ten podzakres systemach. Jest co najwyżej delikatnie podkreślona, co wraz z równie dyskretnym przybliżeniem pierwszego planu daję wrażenie przyjemnie intensyfikującej odbiór namacalności. Podobnie potraktowano najwyższe składowe, które jak już przy okazji „Spoonman”-a zdążyłem w pełni zasłużenie skomplementować, gdyż dają blask i świeżość, lecz bez irytującej na dłuższą metę ofensywności. O ile jednak niespieszne tempa nie stanowią dla nich najmniejszego problemu, to jednak nawet w ich przypadku słychać, że topowe Age Reborn lubią timing i rytm, więc niejako same z siebie go szukają, by nawet z zazwyczaj sennych nagrań wycisnąć nieco pulsującej energii. Nie oznacza to bynajmniej przejawów jakiejś podskórnej nerwowości, bądź ADHD, lecz jedynie fakt, że jeśli tylko pojawi się drajw, jak np. w „Ensom”, to 70-ki nie będą się ani chwili zastanawiały co z tym fantem zrobić, tylko od razu pójdą na żywioł.
No i mamy nie lada niespodziankę, gdyż przy dalekich od stricte high-endowych ekstremów Age Reborn Cables 70’s potrafią dostarczyć podczas odsłuchu potężną dawkę frajdy i ożywczej energii. Dlatego też wydają się nad wyraz ciekawą propozycją dla wszystkich tych, którzy chcą tchnąć we własne systemy nieco swobody i drajwu a jednocześnie nie majstrować przy ilości a jedynie poprawie definicji basu. A co do ich „dedykacji najwyższej klasy systemom”, to może nie byłbym aż takim optymistą, choć kierunek, jaki obrała ekipa za nimi stojąca jest ze wszech miar słuszny.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
To, że już od dłuższego czasu Polska potrafi zaproponować ciekawe okablowanie audio, wiadomo nie od dziś. A pierwszymi z brzegu przykładami potwierdzającymi ten fakt mogą być z powodzeniem zdobywające zagraniczne rynki choćby marki Audiomica, David Laboga Custom Audio i WK Audio. Temat dla nas jest bardzo ważny, bowiem dzięki szerokiej i znakomicie konkurującej ze światowym mainstreamem rodzimej ofercie nie musimy daleko szukać w pełni spełniającej nasze jakościowe i soniczne potrzeby oferty, tylko posilić się rodzimym zapleczem. Dlatego też zawsze cieszy mnie test rozpoczynających swoje podboje tego trudnego rynku, tak jak w dzisiejszym przypadku polskich produktów. Produktów tym razem na naszym portalu mającej swoje pierwsze pięć minut, stacjonującej w Pabianicach marki Age Reborn Cables, spośród której oferty w nasze progi trafił kabel sygnałowy XLR oraz głośnikowy z serii 70’s.
Co wiemy o budowie tytułowych drutów? Niestety panowie w celach ochrony swoich pomysłów konstrukcyjnych takich jak; użyte materiały na przewodniki, ich przekroje i średnice oraz izolatory wespół z ekranowaniem o splocie żył roboczych nie wspominając, poza zdawkowymi informacjami niczym wiążącym nie chwalą się zbytnio na swojej stronie. Dlatego też z braku konkretnych danych po wspomniane symboliczne ciekawostki odsyłam zainteresowanych do odwiedzenia ich internetowego adresu. Ale tak naprawdę to i tak nie ma znaczenia, gdyż nas najbardziej interesuje, co tak naprawdę potrafią po wpięciu w konkretny tor audio. Dlatego też, jeśli ktoś chce poznać garść informacji na ten temat, zapraszam do kolejnego akapitu.
Co mogę powiedzieć o rzeczonych kablach? Otóż zauważyłem 3 bardzo ciekawe, bo wyraziste, ale mimo mocnego sznytu brzmienia fajnie wypadające w moim systemie cechy. Po pierwsze grają mocnym osadzeniem muzyki w masie. To oznacza soczysty i energetyczny dół i niższy środek. Naturalną koleją rzeczy nieco tracimy ostrość krawędzi brylujących w tych zakresach instrumentów, ale nie przekształca się to w męczące buczenie, tylko impuls o nieco pogrubionych konturach, który nadal zapewnia odpowiednią szybkość ataku. Po drugie mimo nasycenia średnicy, ta nie traci na czytelności, co pozwala uzyskać wrażenie utrzymania czystego tła, a przez to dobrej namacalności wydarzeń scenicznych. Oczywiście dobrze przy tym wypada prezentacja rozmiarów wykreowanego pomiędzy kolumnami wirtualnego świata muzyki. A po trzecie góra choć raczej złota, a nie srebrna nie gasi wybrzmień, tylko nie wyskakując przed szereg dba o stosowną długość i błyskotliwość wybrzmień nawet najbardziej wyczynowych instrumentalnych popisów. Reasumując powyższą listę zalet powiem tak, aplikacja rodzimych kabli spowodowała lekkie dociążenie słuchanej przeze mnie muzyki, jednak otwarcie środka i zapewnienie oddechu przez wysokie tony nie pozwoliły na bolesne spowolnienie jej prezentacji i zabicie drzemiącej w niej radości. Po prostu było bardziej soczyście, ale nadal z odpowiednim timingiem oraz swobodą. Taki stan rzeczy powodował, że muzyka jazzowa choć cięższa w brzmieniu nie traciła boleśnie na lotności i rozwibrowaniu. Owszem, symptomy mocniejszego dociążenia przekazu było słychać, jednak dzięki zachowaniu dobrego drive’u opierała się jednie o atak bardziej soczystymi akordami. Za sprawą „ozłocenia” wysokich tonów było również minimalnie ciemniej na wirtualnej scenie niż mam na co dzień. Jednak sumarycznie nie odbierałem tego jako problemu, tylko inne spojrzenie na ten sam materiał. A tym bardziej wytłumaczalny, że zderzałem polskie kable z Japończykami za wielokrotnie wyższe kwoty. Jeśli zaś przyjrzymy się muzyce rockowej, ta oprócz słyszalnego, naturalnie z racji estetyki grania tytułowych przewodów złagodzenia agresji prezentacji, we wszystkich innych aspektach zyskiwała. A dlatego, że wokal oraz wszelkiej maści instrumentarium zyskiwały na energii i esencjonalności, przez co były bardziej wyraziste. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że rock zawsze cierpi na serwowanie słuchaczowi większego lub mniejszego jazgotu, co zestaw Age Reborn Cables 70’ bardzo udanie korygował.
Jakiej grupie dedykowałbym testowany zestaw kabli? Na bank wszystkim, którzy odczuwają braki w nasyceniu i płynności swojej układanki. Age Reborn 70’s z fajnym umiarem bez problemu sobie z tym poradzą. Ale to nie jedyna formacja audiomaniaków mogących skrzyżować z nimi przysłowiowe szpady. Chodzi o to, że nawet neutralnie skonfigurowane sety w wielu przypadkach na mariażu z polskimi drutami mogą sporo zyskać. I nie chodzi o to, że coś przegapiliście, tylko zwyczajnie tak jak u mnie ewoluował Wam gust i oczekiwania poszły w stronę lepszej płynności słuchanej muzyki. Dlatego też, jeśli utożsamiacie się z którymś ze wspomnianych obozów i jesteście na etapie drobnych roszad w systemie, nie zapominajcie o polskich kablach podczas formowania listy potencjalnych odsłuchów. To naprawdę fajne konstrukcje za relatywnie nieduże pieniądze i do tego rodzimej produkcji.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: 21Distribution
Producent: Age Reborn Cables
Ceny
70s XLR: 4 640 PLN / 1m
70s Speaker: 5 100 PLN / 2 x 2m; 5 900 PLN / 2 x 2,5m; 6 600 PLN / 2 x 3m
Opinia 1
Jak z pewnością zdążyliście Państwo zauważyć kulinarna metaforyka w kontekście Hi-Fi i High-Endu przewija się w naszych subiektywnych wynurzeniach równie często co motoryzacyjna. I jest to zabieg z naszej strony tyleż nieprzypadkowy, co wręcz w pełni świadomy – mający na celu uświadomienie zainteresowanym, że po pierwsze audio-hobby to przede wszystkim zabawa, po drugie okazja do realizacji własnych, nieraz totalnie odjechanych pomysłów i po trzecie możliwość podejmowania czasem przeczących racjonalnym przesłankom decyzji zakupowych. Krótko mówiąc „kuchenne rewolucje” w audiofilskim wydaniu i to z krucjatami krzyżowymi i świętymi wojnami włącznie. Nie wierzycie? Cóż, widocznie nigdy nie byliście świadkami, o uczestnictwie nawet nie wspominając, „ustawek” pomiędzy ortodoksyjnymi wyznawcami pomidorowej z ryżem i makaronem, bądź sernika z i bez rodzynek. A co z miłośnikami japońskich noży ze stali damasceńskiej i akolitami porcelanowej alternatywy spod znaku Kyocery, konsumentami wołowiny Wagyu i Black Angus? Do tego dochodzi jeszcze nieraz obsesyjne przywiązanie do wybranej kuchni regionalnej i mamy wypisz, wymaluj obraz naszego audio-piekiełka. Można jednak do tematu a dokładnie obu, czyli tak kulinariów, jak i audio podchodzić na totalnym luzie i z radosną spontanicznością stawiając na kuchnię Fusion i autorskie kompozycje przypraw łącząc przysłowiowy ogień z wodą by finalnie osiągnąć pełną harmonię rodem z symboliki yin i yang. I zazwyczaj taką filozofią kierują się doświadczeni dystrybutorzy kompletując własne portfolio z marek, urządzeń i akcesoriów, które dopiero zestawione razem potrafią oczarować potencjalnego konsumenta/nabywcę wyrafinowanym smak … znaczy się brzmieniem. I tak, jak odwiedzając polecaną restaurację warto podpytać kelnera o niekoniecznie widniejące w menu spécialité de la maison tak my co jakiś czas pytamy naszych dostarczycieli „zabawek” o rekomendowane przez nich zestawienia, które następnie co jakiś czas testujemy w ramach serii „systemy marzeń”. A tym razem padło na Lector Audio Poland, które wzorem kuchni tak włoskiej, jak i japońskiej postanowiło udowodnić, że z zaskakująco przystępnych finansowo ingrediencji da się stworzyć coś niebanalnie smakowitego. O czym zatem będzie dzisiaj mowa? O systemie w skład którego weszła włoska elektronika LECTOR Strumenti Audio pod postacią odtwarzacza CD CDP 603 i wzmacniacza zintegrowanego ZXT 70 mk2 uzupełniona japońskim okablowaniem Tiglon Azure Dragon, czyli dwoma przewodami zasilającymi MS-DR20A, łączówką RCA MS-DR20R i głośnikowcami MS-DR20SP.
Od razu zaznaczę, iż naszą dzisiejszą układankę niezwykle trudno byłoby nazwać nowością chociażby z racji faktu, iż odtwarzacz miał swoją premierę na początku 2014 r. a pierwsza wersja integry obecna jest na rynku od co najmniej października 2016, przy czym wynikający z delikatnego upgrade’u zasilania (dodanie czterech kondensatorów) sufiks mk2 pojawił się w 2023r.. Wygląda zatem, że stojący za włoska marką Claudio Romagnoli wyszedł z całkiem słusznego założenia, że jeśli coś działa i w dodatku działa dobrze, to nie ma co zbytnio w tym grzebać, bo lepsze jest wrogiem dobrego. Ponadto trudno nie zauważyć, iż zarówno opracowany wtenczas design, jak i funkcjonalność przez ponad dekadę nic a nic nie straciły z aktualności, gdyż od swoich narodzin nie aspirowały do czegoś, czym z założenia miały nie być. Charakterystyczne obłe korpusy wykonane z solidnych, giętych blach zdobią eleganckie fronty z czernionego akrylu. Uwagę zwraca umiejscowienie przycisków włączenia, które zlokalizowano na lewych ściankach, co warto mieć z tyłu głowy planując ustawienie obu urządzeń w docelowej szafce/na stoliku.
W CDP 603 w lewej części frontu umieszczono szufladę klasycznego napędu z tacką a po prawej niebieski (podobno istnieje możliwość zamówienia również wersji zielonej i czerwonej) wyświetlacz i rządek pięciu przycisków do obsługi odtwarzania. Szybki rzut oka na plecy jasno daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z klasyka gatunku – „purystycznym” odtwarzaczem CD dysponującym jedynie parą wyjść RCA i gniazdem sieciowym, który opcjonalnie można doposażyć w wyjście SPDIF. Koniec kropka.
Z kolei ZXT 70 mk2 również stawia na elegancję i minimalizm, przez co akrylowa taflę jego frontu zdobią jedynie dwie zlokalizowane po prawej stronie chromowane gałki – lewa odpowiedzialna za regulację głośności i prawa pełniąca rolę selektora wejść. Widok pleców potwierdza, znane z CD-ka, purystyczne podejście do tematu, czyli skoro mamy do czynienia z na wskroś analogowym wzmacniaczem zintegrowanym, to próżno szukać tu interfejsów sekcji DAC-a, bądź streamera. Zamiast tego mamy pięć wejść liniowych RCA, dwie pary wyjść na zewnętrzne rejestratory plus parę z regulowanym poziomem wyjściowym do opcjonalnej końcówki mocy. Terminale głośnikowe są pojedyncze a listę zamyka zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC.
Z czysto kronikarskiego obowiązku wspomnę, iż oprócz standardowego pilota z membranowymi przyciskami otrzymaliśmy również opcjonalny, w pełni aluminiowy sterownik Alu RCH X i to właśnie z niego podczas testów korzystałem.
A co do japońskiego okablowania Tiglon Azure Dragon (zasilające MS-DR20A, RCA MS-DR20R, głośnikowy MS-DR20SP), to zgodnie z nomenklaturą jest ono może nie tyle przyodziane w lazurowe, co po prostu granatowe koszulki PVC i w przypadku zasilających utrzymane w tej samej tonacji solidne wtyki Furutech FI-11-N1(R). Niezależnie od przydzielonej funkcji każdy z egzemplarzy charakteryzuje się nieprzesadną średnica i wielce przyjemną wiotkością przez co ich układanie i aplikacja w nawet ciasnych przestrzeniach zaszafkowych jest całkowicie bezproblemowe. W roli przewodników wykorzystano poddawaną autorskiemu procesowi Hyper Saturated Energizer miedź DF-OFC i magnezowe ekranowanie. W zasilającym mamy trzy żyły o przekroju 2mm² każda, w głośnikowych dwie żyły po 3mm² a w interkonektach producent owymi wartościami niestety się nie chwali.
Jeśli chodzi o technikalia, to CDP 603 bazuje na mechanizmie Sanyo z laserem SF101N tegoż samego producenta zamontowanych na stalowej ramie odseparowanej od podstawy elastomerowymi przekładkami, przetworniku Burr Brown 1794 A i parze pracujących w stopniu wyjściowym lamp ECC81. Oprogramowanie transportu jest autorstwa Lector-a a w sekcji zasilania znajdziemy klasyczny transformator toroidalny. Toroid znajdziemy również we wzmacniaczu , w którym za regulację głośności odpowiada błękitny Alps współpracujący z sekcją przedwzmacniacza z parą ECC-88 na pokładzie, które pracując w klasie A sterują
stopniem wyjściowym gdzie przymocowane do radiatora tranzystory MOSFET oddają po 70W na kanał.
Pod względem brzmieniowym tytułowa układanka stawia akcent głównie na muzykalność i swobodę prezentacji z sugestywnie przybliżonym pierwszym planem, dyskretnie podbitym przełomem niższej średnicy i wyższego basu oraz słodką górą. To dźwięk na wskroś … „analogowy”, naturalnie „organiczny” i od pierwszych taktów sprawiający, że z zakładanego trybu analizy mimochodem przełączmy się w stan zaangażowania w wir wydarzeń a zarazem bezwysiłkowej absorbcji docierających naszych uszu dźwięków. W rezultacie czego zarówno „Symphonica” George’a Michaela zachwycała płynnością i elegancją aranżacji, jak i „Legacy” Five Finger Death Punch pozwalały na kontrolowane szaleństwo (ekstatyczne podrygiwanie w fotelu) i wystawianie się na basową kanonadę basowych szarpnięć i podwójnej stopy. I gdy wydawać by się mogło, że włosko/japoński zestaw z racji swej muzykalności preferować będzie raczej łagodniejszy repertuar, to bardzo szybko okazało się, że i z ostrym rockiem mu za pan brat a z racji wspomnianej muzykalności wszelakiej maści przejawy ofensywności i zbytniej napastliwości są może nie tyle całkowicie tonizowane, co po prostu cywilizowane. Zachowują swą natywną dynamikę i rozmach, lecz przy okazji już nie ranią i nie męczą nawet przy iście stadionowych poziomach głośności. A właśnie, patrząc na niezbyt imponującą moc ZXT 70 mk2 można byłoby domniemywać, iż nie będzie on skory do oddawania natychmiastowości dynamicznych skoków obecnych czy to w wielkiej symfonice, czy ciężkim metalu. Tymczasem włoska integra zarówno na 5FDP, jak i jeszcze bardziej wymagającym „Hymns in Dissonance” Whitechapel zachowywała się niczym Maserati Quattroporte Levante Trofeo pokonujące Passo dello Stelvio. I choć efekt „wow” robił tu dźwięk silnika/praca wydechu, czyli wspomniana górka na przełomie średnicy i basu, oraz wyższy, kreślony nieco grubszą i mocniejszą kreską bas aniżeli jego faktyczne zejście w samą otchłań Hadesu, to bądźmy szczerzy – tu liczy się frajda z jazdy i adrenalina a nie pozbawione emocji dzielenie włosa na czworo. I ową frajdę goszczący u mnie zestaw dawał.
Na osobny akapit zasługuje CDP 603, który pod względem tak wysycenia, jak i wielkości kreowanych źródeł pozornych przywodził na myśl bardzo miło przeze mnie wspominanego, w końcu razem spędziliśmy blisko osiem lat, również lampowego Ayona CD-35 ustępując Austriakowi jedynie pod względem rozdzielczości i dynamiki. Rekompensował to ponadprzeciętną muzykalnością i „lampową” gładkością, dzięki której do głosu dochodziła pobłażliwość dla niekoniecznie referencyjnie, bądź chociażby przyzwoicie zrealizowanych nagrań. A jeśli komuś nadal byłoby za mało „cukru w cukrze” i zależałoby mu na dalszym „dopaleniu” dźwięku, to w tym momencie na ring wchodzą D Ren Pro i o jakichkolwiek szpilkach, czy „latających żyletkach” możemy zapomnieć.
Podobnie pozwolę sobie ocenić solowe występy Tiglonów, które odebrałem jako niezwykle swobodne, wręcz z rozmachem, lecz zarazem dobrze zagnieżdżone w basie i z przyjemnie zaakcentowaną średnicą. Uwaga kierowana jest w nich na pierwszy plan a pozostałe rzędy i aura pogłosowa, choć słyszalne i obecne przyjmują tu rolę uzupełniającą i dopełniającą spójność prezentacji. Jest to również granie jedwabiście gładkie i wyrafinowane, świetnie operujące emocjami, lecz unikające zapuszczania się w jakieś ekstrema po obu skrajach pasma.
Jak mam cichą nadzieję z powyższego opisu jasno wynika, iż okablowany podstawowymi modelami Tiglon Azure Dragon duet Lectora jest wprost idealną propozycją dla wykazujących melomańskie podejście do życia miłośników wysokiej próby dźwięku. Nie jest to pod żadnym pozorem analityczne i nastawione na prosektoryjną wiwisekcję granie, lecz sposób na obcowanie z muzyką na poziomie emocji i to tych zazwyczaj pozytywnych. Ponadto z racji wielce przystępnych cen stanowi „ulgowy bilet” wstępu na audiofilskie salony, gdyż z powodzeniem może współpracować ze zdecydowanie droższymi od siebie kolumnami. A szukając mu odpowiedniego towarzystwa sugerowałbym zainteresować się „lokalnymi”, znaczy się włoskimi propozycjami z katalogu Chario, Gold Note (upolowanie Goldenote X-96 z pewnością zamknęłoby temat na długie lata), czy Opery.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jak zapewne z własnego doświadczenia wiecie, ostatnimi czasy niemalże standardem jest, że urządzenia audio są wielofunkcyjne. To oznacza, że źródła nie tylko są dawcami sygnału, ale także go przyjmują na wewnętrzny przetwornik, a wzmacniacze oprócz posiadania w sobie zbędnego dla jego podstawowych funkcji DAC-a, to jeszcze nierzadko potrafią mieć streamer. Cel? Naturalnie konstruktorzy pakują do każdego rodzaju konstrukcji co się da w imię tak lubianej przez klientów wielofunkcyjności, a co za tym idzie większej sprzedawalności swoich zabawek, jednak w swoich odezwach pomijają fakt częstego szukania oszczędności wpływających na ostateczny dźwięk urządzenia. To ostatnie stwierdzenie jest oczywiście naturalną koleją rzeczy, gdy musimy zmieścić się w danym budżecie z nadmiernie rozbudowanym od strony wyposażenia produktem. Po co o tym wspominam? Chyba jasne, że jako zachętę do zapoznania się z dzisiejszym opisem zestawu marzeń, który od początku do końca idzie pod prąd opisanego przed momentem trendu, gdzie każdy komponent jest samowystarczalny. O czym mowa? Otóż Panie i Panowie oto dostarczony przez rodzimego przedstawiciela na Polskę włoski Lector i japoński Tiglon, czyli zestaw stosunkowo niedrogiego odtwarzacza płyt kompaktowych CDP 603 i wzmacniacza zintegrowanego ZXY 70 Mk2 (oczywiście w imię utrzymania fajnego brzmienia przy skromnym budżecie bez dodatkowych funkcji), które w testowym boju wspierać będzie także niedrogi komplet okablowania spod znaku Tiglon Dragon.
Wspomniana elektronika Lector to typowych rozmiarów konstrukcje, których trzewia w celach ciekawego designu spakowano w obudowy z mocno zaoblonymi bokami i od frontu zaślepionymi grubymi płatami czarnego akrylu. Nie powiem, efekt mimo dość neutralnego odbioru na podstawie zdjęć, na żywo nabiera znacznych rumieńców. Ale to nie jedyny zabieg wizualny, gdyż dla uzyskania pełnego wzrokowego sukcesu inżynierowie dodali na awersach chromowane akcenty w postaci stosownego dla każdego komponentu wyposażenia. I tak wzmacniacz z przodu może pochwalić się wielkimi srebrnymi gałkami funkcyjnymi (wzmocnienie i selektor wejść liniowych) oracz czterema ciekawie uzupełniających wizerunek śrubami ze srebrnymi główkami w narożnikach, zaś odtwarzacz oprócz okienka na szufladę dla płyt CD oraz zielonego wyświetlacza z informacjami o stanie urządzenia i danych dotyczących słuchanego materiału, dodatkowo pięcioma guzikami sterującymi CD-kiem i podobnie do wzmacniacza srebrnymi śrubami w narożnikach. Jeśli chodzi o rewersy, te z uwagi na bardzo proste zdania nie są obarczone zbędną ilością przyłączy, tylko podstawowymi terminalami. A są nimi w odtwarzaczu jedynie wyjście analogowe RCA oraz gniazdo zasilania, zaś w piecyku pakiet wejść liniowych RCA, gniazda głośnikowe, zacisk masy i oczywiście gniazdo zasilania. Co ciekawe, a dla wielu z Was może być w tym przypadku najważniejszą kwestią, oba urządzenia nie tylko są purystami w kwestii swojego działania, ale jeszcze na przekór tendencjom upraszczania układów elektronicznych mogą pochwalić się ciekawie brzmieniowo zaaplikowanymi lampami elektronowymi. Tak tak, nie dość, że są jednofunkcyjne, to jeszcze z lampami na pokładzie, co obecnie naprawdę jest wielką rzadkością, na którą często próżno czekają miłośnicy muzyki przez duże „M”. Zbliżając się do końca opisu Lector-ów dodam jeszcze, że oba urządzenia uruchamiamy znajdującymi się po lewej stronie obudowy włącznikami, zaś ciekawostką konstrukcyjną wpływającą na odpowiednie rozłożenie masy urządzeń na podłożu jest posadowienie ich na trzech stopach. Jak widać na zdjęciu wzmacniacza, w teście zastosowałem pod nim dodatkowo nieco poprawiające płynność prezentacji sześciokątne miękkie podkładki Tiglon-a.
Idąc za informacjami ze wstępniaka w teście wykorzystałem także zaproponowane przez dystrybutora niedrogie okablowanie Tiglon Azure Dragon, w skład którego wchodziły dwie sieciówki, sygnałówka RCA oraz przewody głośnikowe. Co jest w nich interesującego? Banał, ale dla sporej grupy melomanów istotny, bowiem chodzi o znakomity bilans zderzenia ceny produktu do oferowanej jakości. A, że sama elektronika także była bardzo przystępna cenowo, nie zdziwiłem się, gdy wybór dystrybutora padł na tak dobrze uzupełniający się tandem.
Jak zabrzmiał tak bardzo purystyczny, bo korzystający z płyt CD, a nie modnych ostatnio plików, zestaw odtwarzacza z równie prostym wzmacniaczem wspartych w układach wewnętrznych lampami elektronowymi? Oczywiście płynnie, z fajną barwą i przyjemnym podkręceniem emocji w wyższej średnicy. Co ciekawe, przekaz nie był ospały, ani zwalisty, jak to w imię zbliżania się maksymalizacji ilości muzyki w muzyce bywa w podobnych, posiadających bańki z wolnymi elektronami konstrukcjach. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu oferował dobry timing oraz zwarcie dolnego zakresu, a wszystko doprawiała lekko ożywiona wyższa średnica. jednak nie było to szkodliwe rozjaśnianie przekazu, tylko jakby tchnięcie w nią szczypty powietrza i doświetlenia, co zwiększało poziom jej rozwibrowania i przez to łatwiejszego docierania do zawartych w muzyce emocji. W zależności od słuchanego materiału raz była to radość, innym razem wściekłość, jednak w obu przypadkach opisane zalety brzmienia tytułowego zestawu były pomocne w pokazaniu ekspresji muzyków. Ekspresji bez problemu wypełniających mój pokój w 3 wymiarach i z bezproblemowym znikaniem kolumn z pokoju. Naturalnie, aby być uczciwym, trzęsień ziemi rodem z wielkich końcówek mocy i oferowanej przez nie ostrości rysunku źródeł pozornych nie dostałem, ale nie oszukujmy się, opisywany set miał sprawiać maksimum przyjemności za relatywnie niewielkie pieniądze i podpisuję się obiema rękami, iż taki stan od pierwszych traktów zaliczyłem. Było spokojnie i lotnie, ale z pełnym zaangażowaniem zestawu w pokazanie raz pazura, zaś innym razem elegancji zawartej w lądującym w CD-ku materiale.
Jako pokazanie optymalizacji przyjemności podczas słuchania muzyki dla duszy posłużę się krążkiem Gary’ego Peakocka „Tangents”. To typowy melancholijny jazz, który dzięki pracy ciekawie wkomponowanych w tor lamp elektronowych znakomicie oddawał emocjonalny stan tej muzyki oparty o emocje grania tak zwaną ciszą. Muzyka płynęła niespiesznie, jednak dzięki zachowaniu dobrego rytmu, przyjemnej dla ucha gładkości i swobody wybrzmiewania nie tylko nie powodując efektu zmęczenia niechcianą monotonią, ale dzięki drobiazgowemu pokazywaniu zawartych w niej informacji pozwalała mi wejść w zamierzenia artystów dosłownie i w przenośni bez opamiętania. Bardzo lubię, gdy artyści cyzelują pojedyncze nuty, jednak wiem, że jeśli tylko spadnie drive ataku i serwowanej przez nie energii, natychmiast włącza się u mnie czerwona lampka z informacją, że panowie jakby „przynudzają”. Naturalnie nie oni, tylko system, ale chciał, nie chciał, nie mogę dalej tego słuchać i zmieniam materiał. W tym przypadku niczego takiego nie było. A powiem więcej. Dzięki pracy podkręconej wyższej średnicy było nader świetnie, bo z fajną iskrą dającą lepszy wydźwięk radości zwartej w tym projekcie.
Kreśląc coś o próbie z mocniejszym uderzeniem w postaci Black Sabbath „Vol.4” przyznam, że także słychać było pracę inżynierów nad ożywieniem górnego środka pasma, jednakże dzięki gładkości i płynności prezentacji nie przeistaczało się to w męczący krzyk. To w przeciwieństwie do jazzu muza zazwyczaj cierpiąca na słabość realizacji i zabiegi ożywiające już jasno grające płyty zazwyczaj kończą się sromotną porażką. Na szczęście zazwyczaj nie oznacza zawsze i kolejny raz przekonałem się, dlaczego. Chodzi oczywiście o udane doprawienie tej kultowej płyty przez system Lectora zaletami szklanych baniek. I choć zabrzmiała nieco jaśniej, była daleka od szkodliwej nachalności. Za to na tyle fajnie otwarta, że kawałkiem „Changes” zauważalnie mnie poruszyła. Zawsze słucham tego z wolumenem głośności na pograniczu bólu ucha i dotychczas wydawało mi się, że dalsze otwieranie się tego wokalu wypadnie fatalnie. Tymczasem z włosko-japońskim tandemem zabrzmiał prawdziwiej. Nie wiem, jak to się stało, pewnie to sprawka lampowego sznytu w odtwarzaniu wokalizy przez system, ale kolokwialnie mówiąc kawałek wszedł mi lepiej niż zwykle.
Czy tytułowy zestaw za rozsądne pieniądze jest ofertą dla każdego melomana? Dla mnie, jeśli chodzi o melomana, jak najbardziej. Tacy osobnicy nie szukają wyczynowości, tylko skupiają się na muzyce, która w tym przypadku daje wiele radości. Co innego audiofile cierpiący na syndrom notorycznego szukania dziury w całym. Ci zapewne do czegoś się przyczepią. Jednak nie będzie to skutek jakiegokolwiek problemu z elektroniką, tylko ich rozbujałych oczekiwań od czegoś, co za przyzwoitą kasę ma dać nam fun z obcowania z muzyką. Jeśli zatem nie jesteście chorzy na audiophilię nervosę, tytułowy zestaw Lectora z okablowaniem Tiglona jest świetnym pomysłem do odsłuchu przed najprawdopodobniej nabyciem go na długie lata.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Lector Audio Poland
Producenci
– LECTOR Strumenti Audio
– TIGLON
Ceny
LECTOR CDP 603: 12 500 PLN
LECTOR ZXT 70: 12 800 PLN
LECTOR Pilot Alu RCH X: 925 PLN
Tiglon Dragon Power MS-DR20A: 2 350 PLN / 2m
Tiglon Dragon RCA MS-DR20R: 1850 PLN / 1,5m
Tiglon Dragon Speaker MS-DR20SP: 2 850 PLN / 2 x 3,5m
Tiglon D Ren Pro: 345 PLN
Dane techniczne
LECTOR CDP 603
Pasmo przenoszenia: 20-20Khz +/- 1 db
Zniekształcenia THD: < 0.1 %
Jitter: < 20 ps
Zastosowane lampy: para 12AT7/ECC-81
Wyjścia: para RCA
Wymiary (S x G x W): 430 x 300 x 100 mm
Waga: 12 kg
LECTOR ZXT-70
Moc wyjściowa: 2 x 70W / 8Ω; 2 x 100W / 4Ω
Zastosowane lampy: para 6922/ECC-88
Wejścia: 5 par RCA
Wyjścia: 2 pary RCA (line out), para RCA (pre-out)
Pasmo przenoszenia: 15 – 150 kHz +/- 1 dB
Współczynnik tłumienia: > 100
Zniekształcenia THD: < 0.1 %
Odstęp sygnał/szum: 100 dB
Wymiary (S x G x W): 430 x 300 x 105 mm
Waga: 8 kg
Na rynek trafia Dual CS 718Q — gramofon rozwijany w niemieckim centrum konstrukcyjnym marki, kontynuujący tradycję kultowej serii 7. Model łączy napęd bezpośredni z bezżelaznymi cewkami, ramię typu carbon-aluminium sandwich z regulacją wysokości oraz mechanizm masowo niezależnego docisku, oferując referencyjne osiągi w klasycznej, sprawdzonej konstrukcji. Seria 7 marki Dual przez dekady wyznaczała standard jakości i niezawodności w świecie gramofonów analogowych, zdobywając status ikony w historii hi-fi. CS 718Q kontynuuje tę tradycję, łącząc rozpoznawalną estetykę z aktualną technologią i precyzyjnym wykonaniem podzespołów.
Gramofon powstał w niemieckim centrum projektowym Dual, gdzie każdy egzemplarz przechodzi kontrolę na precyzyjnej aparaturze pomiarowej. Konstruktorzy postawili na sprawdzone rozwiązania mechaniczne — beznapięciowy docisk igły, podwójne łożysko gimbalowe ramienia oraz cichy silnik bez części ulegających zużyciu.
TECHNOLOGIA I KONSTRUKCJA
NAPĘD BEZPOŚREDNI
Cichy silnik bezszczotkowy z bezżelaznymi cewkami eliminuje efekt cogging i drgania, nie przenosząc żadnych wibracji na talerz ani ramię. Konstrukcja pozbawiona pasków, szczotek i innych elementów eksploatacyjnych zapewnia długoletnią, niezawodną pracę.
DYNAMICZNY DOCISK IGŁY
Podczas poziomego ruchu ramienia sprężyna utrzymuje niemal stały docisk igły, niezależnie od siły grawitacji. Dzięki temudocisk pozostaje stabilny nawet przy nierówno ustawionym gramofonie, poprawiając odczyt zniekształconych płyt. Precyzyjna sprężyna spiralna produkowana jest w Niemczech, z gwarantowaną grubością materiału i zaawansowaną obróbką cieplną.
ANTISKATING NA SPRĘŻYNIE
Bezstopniowa regulacja pokrętłem, bez wcześniej ustalonych skoków, pozwala na precyzyjne dostrojenie kompensacji siły skoszenia w całym zakresie odtwarzania płyty.
KLASYCZNE RAMIĘ DUAL
Podwójne łożysko gimbalowe rozmieszczone wokół rury ramienia minimalizuje momenty przechyłu. Precyzyjne łożyska igiełkowe w połączeniu z dokładnie obrobionym czopem osi obrotu zapewniają niemal bezoporową pracę i wysoką stabilność dźwięku.
WYMIENNA GŁOWICA
Mechanizm śrubowy umożliwia wymianę głowicy w niecałą minutę, bez konieczności ponownej regulacji docisku i antiskatingu — raz ustawiony wkładek pozostaje poprawnie skalibrowany przy kolejnych zmianach.
MATERIAŁY I WYKONANIE
OBUDOWA
Korpus z płyty MDF, w wykończeniu satynowej czerni lub naturalnego forniru orzecha włoskiego. Wysokość nóżek jest regulowana, a wbudowane elementy elastomerowe tłumią rezonanse.
TALERZ
Precyzyjny odlew aluminiowy o wadze 2200 g (z matą), z gumowym pokryciem na spodzie oraz ciężką matą Dual tłumiącą rezonanse. Łożysko oparte na hartowanym stalowym trzpieniu z tuleją mosiężną.
RAMIĘ
Rura ramienia w konstrukcji kanapkowej aluminium-carbon, z precyzyjnie frezowaną głowicą z zaciskiem azymutu.
Gramofon wyposażono w gniazda RCA oraz XLR z wyjściem do wejścia phono. Funkcja auto-stop z automatycznym unoszeniem ramienia po zakończeniu odtwarzania płyty ułatwia codzienną eksploatację. Wymiary przy zamkniętej pokrywie wynoszą 435 x 367 x 155 mm, a całkowita waga urządzenia to 10 kg.
Dual CS 718Q adresowany jest do miłośników analogowego brzmienia, którzy cenią sobie klasyczną, sprawdzoną konstrukcję połączoną z aktualną technologią napędu i precyzją regulacji. Gramofon jest już dostępny w sprzedaży i nie jest fabrycznie wyposażony we wkładkę gramofonową — użytkownik dobiera ją samodzielnie, zgodnie z własnymi preferencjami dźwiękowymi. Dzięki wymiennej głowicy z regulacją azymutu ramię przyjmuje wkładki o wadze od 3 g do 13 g, przy zakresie regulacji docisku igły od 0 g do 3 g, co pozwala na dopasowanie szerokiej gamy dostępnych na rynku wkładek o odpowiedniej masie.
Cena rynkowa: 11 499 zł
Hegel rozszerza ofertę wzmacniaczy zintegrowanych o dwa nowe modele – H200 i A200. Nowości zostały zaprojektowane z myślą o różnych sposobach budowania systemu stereo: od nowoczesnych konfiguracji sieciowych po klasyczne zestawy analogowe.
Dwa spojrzenia na hi-fi
Nowe modele pokazują dwa różne kierunki rozwoju współczesnych systemów stereo. Hegel H200 powstał z myślą o użytkownikach, którzy oczekują kompletnego centrum audio, integrującego wzmacniacz, odtwarzacz sieciowy, przetwornik cyfrowo-analogowy (DAC) oraz przedwzmacniacz gramofonowy MM w jednym urządzeniu.
Model A200 kierowany jest natomiast do osób preferujących klasyczną konfigurację hi-fi. Wzmacniacz nie posiada wbudowanego streamera ani sekcji cyfrowej, pozostawiając pełną swobodę wyboru zewnętrznych źródeł sygnału, takich jak odtwarzacz sieciowy, DAC czy odtwarzacz CD.
Wspólna platforma wzmacniająca
Oba urządzenia wykorzystują tę samą konstrukcję wzmacniającą, oferując moc 2 × 150 W przy 8 Ω oraz autorską technologię SoundEngine2, opracowaną przez Hegla w celu redukcji zniekształceń sygnału w czasie rzeczywistym.
Zarówno H200, jak i A200 charakteryzują się stabilną pracą z obciążeniem do 2 Ω oraz współczynnikiem tłumienia przekraczającym 4000, co przekłada się na skuteczną kontrolę kolumn głośnikowych, także bardziej wymagających konstrukcji.
Oba modele wyposażono również we wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy MM wykorzystujący rozwiązania opracowane dla referencyjnego modelu Hegel V10.
Hegel H200 – nowoczesne centrum systemu stereo
H200 został wyposażony w rozbudowaną platformę sieciową obsługującą m.in. Spotify Connect Lossless, TIDAL Connect, Qobuz Connect, Apple AirPlay, Google Cast oraz Roon Ready. Wzmacniacz posiada także wysokiej klasy przetwornik cyfrowo-analogowy, szeroki zestaw wejść cyfrowych i analogowych oraz funkcje ułatwiające integrację z nowoczesnymi systemami audio i inteligentnym domem.
To propozycja dla użytkowników poszukujących jednego urządzenia, które stanie się centrum domowego systemu stereo.
Hegel A200 – klasyczne stereo bez kompromisów
A200 pozostaje wierny tradycyjnej koncepcji wzmacniacza zintegrowanego. Koncentruje się wyłącznie na analogowym torze sygnałowym, oferując bogaty zestaw wejść analogowych, w tym zbalansowane XLR, oraz przedwzmacniacz gramofonowy MM.
Brak wbudowanych funkcji cyfrowych jest świadomym założeniem konstrukcyjnym, skierowanym do użytkowników, którzy chcą samodzielnie dobierać poszczególne elementy swojego systemu hi-fi.
Dostępność
Nowe wzmacniacze Hegel H200 i Hegel A200 pojawią się w ofercie naszych autoryzowanych partnerów na przełomie sierpnia i września br.
Opinia 1
Jak z pewnością nasi wierni Czytelnicy zdążyli zauważyć dziwnym zbiegiem okoliczności choć to zazwyczaj pokaźnej postury urządzenia i kolumny są motywem przewodnim naszych niezobowiązujących i wybitnie subiektywnych refleksji a wszelakiej maści okablowanie i audio-akcesoria pełnią rolę swoistych przerywników dających wytchnienie naszym plecom, to popularność postów z linkami do naszych wynurzeń wydaje się ową prawidłowość odwracać. Okazuje się bowiem, że zdecydowanie więcej do powiedzenia nt. takowych akcesoriów i okablowania mają jednostki nimi zupełnie niezainteresowane, aniżeli stanowiące grupę docelową – obeznane, osłuchane z wielkogabarytowymi i górnopółkowymi komponentami w stylu high-endowych źródeł, przetworników, wzmacniaczy, czy wspominanych kolumn. Pomijając jednak modelowy wręcz przykład efektu Dunninga-Krugera, gdzie tego typu publikacje ściągają niczym płomień świecy ćmy jednostki wychodzące z założenia, że skoro się nie znają – nie miały obiektu dyskusji w ręku, o „przesłuchaniu” nawet nie wspominając, to się wypowiedzą, zastanawiający jest brak choćby śladowego pragnienia organoleptycznego – nausznego potwierdzenia głoszonych przez nich negacji wpływu „bibelotów” na cokolwiek z dźwiękiem związanym. Rozumielibyśmy, że nikt przy zdrowych zmysłach nie porywałby się na szarpanie się z ćwierćtonowymi kolumnami, bądź 150 kg wzmacniaczem, ale czemuż nie zbudować odpowiedniej narracji na własnych doświadczeniach z niepozornym, mieszczącym się w pudełku po małej pizzie kabelkiem. Najwidoczniej wystarczy im wiara, która podobnie jak cena podobno czyni cuda. My jednak do wszelakich zjawisk nadprzyrodzonych podchodzimy z daleko idącym sceptycyzmem i nawet jeśli ktoś takowe prawdy objawione nam oznajmia kurtuazyjnie kiwamy głową a następnie, jeśli nadarza się ku temu okazja owemu czemuś uważnie przysłuchujemy. I właśnie z takim przypadkiem przyszło nam się zmierzyć, bowiem dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu dotarł do nas przewód … Ethernet Stealth Audio Black Magic Ultra T-Select, na którego test serdecznie zapraszamy.
Choć zarówno dostępne na stronie producenta oraz dystrybutora zdjęcia a poniekąd i sama nazwa mogą sugerować, iż tytułowy przewód jest, bądź przynajmniej powinien być czarny, to jak unaocznia powyższa galeria Stealth Audio Black Magic w swej topowej inkarnacji Ultra T-Select jest … biały. W dodatku o domniemanej „magiczności” świadczyć może jedynie charakterystyczna ruchoma carbonowa tuleja nanizana na jego przebieg, bo i samą średnicą, jak i bizantyjskością aparycji pochwalić się nie może. Ot tytułowy Stealth ma w pełni akceptowalną grubość, białą plecionką koszulki ochronnej niczym specjalnym się nie wyróżnia a pod względem podatności na zginanie i układanie mamy do czynienia z w pełni ergonomiczną wiotkością. A właśnie, skoro o ergonomii mowa to nie sposób nie wspomnieć, iż zastosowane przez Serguei’a Timacheva RJ-ki mają praktycznie całkowicie chowające się w gniazdach „zatrzaski”, więc wypinanie przewodu w sytuacji, gdy dostęp do gniazda jest utrudniony, jak chociażby w Lumïnach z racji „cofnięcia” ściany tylnej względem nawisu płyty górnej może wymagać nieco wprawy.
Pod względem budowy nasz dzisiejszy gość składa się z czterech skręconych ze sobą przewodów koncentrycznych w izolacji teflonowej. Ponadto zamiast ogólnodostępnego asortymentu producent zdecydował się na opatentowane własne złącza RJ45 w powłoce z włókna węglowego.
Dla jednych stety, dla innych niestety, ale inaczej wyjść mi nie chciało i nie dało się ukryć, iż apllikacja Stealth Audio Black Magic Ultra T-Select była … zauważalna. Znaczy po przesiadce z własnego punktu odniesienia coś się zmieniło. Co? Otóż amerykański interkonekt „gra” niezwykle płynnie, koherentnie i niemalże krągło, lecz bez wyraźnej utraty rozdzielczości, gdyż zarówno definicja planów, ich gradacja oraz rozlokowanie źródeł pozornych są na bardzo wysokim poziomie. Jednak od pierwszych taktów „Eternal Blue” Spiritbox wyraźnie słychać, iż w porównaniu z moim dyżurnym TIGLON-em TPL-3000L-WT (White Tiger) amerykańska łączówka nieco inaczej rozkłada akcenty, czyli w tym wypadku przesuwa je w kierunku spójności i soczystości tkanek wypełniających bryły, czy też kluczowości harmonii w przekazie. W rezultacie początkowo można odnieść wrażenie delikatnego spowolnienia przekazu i złagodzenia ataku. Jakby natychmiastowość zmian ewoluowała w kierunku płynności ich następowania niczym przy przesiadce z Vitus Audio SCD-025 Mk.II na któryś ze starszych modeli C.E.C-a. Jednak bardzo szybko okazuje się, że wszystko przebiega z właściwym sobie timingiem a jedynie wspomniane koherencja i gładkość a tym samym brak ostrości, szorstkości i podskórnej nerwowości powodują pozorne uspokojenie. A to z kolei bynajmniej nie objawia się niczym następstwa przyjęcia pavulonu a brakiem zazwyczaj zupełnie niepotrzebnej ofensywności, jak przykładowo nazbyt szorstkich górnych rejestrów w „Negative Spaces” Poppy. W rezultacie drącej się wokalistki można było słuchać nie tylko głośniej, co przede wszystkim dłużej bez wyraźnego zmęczenia. Całe szczęście amerykańska łączówka nie próbowała w ten sam sposób „uszlachetniać” dołu reprodukowanego pasma, więc tutaj różnicowanie konsystencji, faktur było pełne, praktycznie nienaruszone. Jedynie wspomnianą wcześniej „krągłość” śmiało można było uznać za „znak firmowy”, więc jeśli ktoś lubi być „golony” w trakcie odsłuchu niczym podczas wizyty w profesjonalnym barber shopie, to sygnatura Stealtha może wydać się mu nazbyt uładzona. Jednak jak to mówią de gustibus …, więc generalnie nie ma co gdybać, tylko wypożyczyć i posłuchać we własnym przewodzie
Nijakich uwag nie powinno być za to na leniwie sączącym się repertuarze w stylu „Diavola” Gabrielle Cavassa’y, gdzie blisko „ujęta” mikrofonem artystka jedynie roztacza wokół siebie aurę zmysłowego seksapilu i pewnej tajemniczości a Stealth jedynie pozwala sobie ów nastrój intensyfikować. Nie podaje wszystkiego na srebrnej tacy i nie dokonuje beznamiętnej analizy, lecz budując scenę nieco dalej niż mam na co dzień pozostawia miejsce na pewne niedopowiedzenie i własną, znaczy się słuchacza, interpretację.
Jak na high-endowe standardy Stealth Audio Black Magic Ultra T-Select jest niezwykle dyskretną, żeby nie powiedzieć „skromną” wizualnie propozycją. Jednak jego siła nie tkwi w iście bizantyjskim przepychu opakowania a wyrafinowanym i niezwykle zrównoważonym brzmieniu, które ani się nie narzuca, ani nie próbuje niejako na nowo zdefiniować naszych ulubionych i niemalże znanych na pamięć nagrań. Po prostu sprawia, że brzmią one nieco dojrzalej i atrakcyjniej, co szczególnie w przypadku ciężkiego rocka wydaje się wielce pożądaną cechą.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Z uwagi na fakt braku akceptacji pewnych aspektów w naszej zabawie przez wielu moich pobratymców powiem wprost, temat tego spotkania jest bardzo gorący. Chodzi oczywiście o będące zarzewiem wielu sporów pośród audio-freaków okablowanie cyfrowe. Okablowanie, które w rozumieniu oponentów z racji przesyłania uporządkowanych pakietów zer i jedynek ma być wolne od jakiegokolwiek wpływu na brzmienie wykorzystującej je elektroniki. Niestety z doświadczeń nie tylko moich, ale zapewne także wielu z Was wynika, iż kolokwialnie mówiąc ta teoria nie trzyma się kupy, bo zamiany znakomicie słychać. Z jakich powodów to nie miejsce do rozkminiania tak polaryzującej kwestii, jednak nie mogę nie wspomnieć, iż nie raz i nie dwa gościłem u siebie zatwardziałego piewcę braku takiej możliwości, któremu po usłyszeniu różnic dotychczasowy techniczny świat wykonywał przysłowiowego fikołka. Ale zostawmy niewierzących w spokoju i przyjrzyjmy się tematowi tej epistoły. A będzie nim próba określenia cech brzmienia kabla zza wielkiej wody w postaci dostarczonego przez łódzkiego dystrybutora Audiofast Stealth Audio Black Magic Ethernet.
Jeśli chodzi o garść informacji na temat rzeczonego przewodu, w pierwszej kolejności spieszę donieść, że jak to u inżynierów tego podmiotu jest standardem, wszystko jest albo opatentowane, albo co najmniej firmowym pomysłem. Idąc za danymi ze strony Stealth Audio konstrukcja opiera się o firmowy splot 4 teflonowych przewodów koncentrycznych tworzących jedną zwartą wiązkę. Tę zaś wieńczą opatentowane przez Amerykanów wtyki RJ45 na bazie obrabianego maszynowo włókna węglowego. Ostatnią istotną informacją – przynajmniej dla sporej grupy z nas, jest zapewniający najwyższą jakość produktu ręczny proces produkcyjny każdej sztuki i przed spakowaniem w estetyczne opakowanie poddanie procesowi testowemu na specjalnie zaprojektowanej do tego celu maszynie. Jak widać, informacje, mimo że jest ich kilka, są jednak bardzo zdawkowe, jednak tak naprawdę najważniejszy jest efekt soniczny oferowany przez naszego bohatera, o czym skreślę kilka zdań w kolejnym akapicie.
Co mogę powiedzieć o tytułowej cyfrówce spod znaku Stealth Audio? Otóż najważniejszą jej cechą jest bardzo lubiana przez wielu melomanów muzykalność. Bez poszukiwania nadmiernej ekspresji, jednak z zachowaniem pełnej palety informacji, co wespół ze świetną barwą i esencjonalnością słuchanej muzyki podnosi namacalność jej odbioru. Naturalnie efektem jest minimalne ugładzenie krawędzi dźwięku i agresji ataku, ale myli się ten, kto sądzi, że muzyka jakoś dramatycznie zwolniła tempo. Co to, to nie, gdyż konsekwentnie serwowała mi ofensywne basowe impulsy, ciekawie rozwibrowaną średnicę – mimo sporej soczystości i co prawda ocieplone, ale nadal dźwięczne wysokie tony. Po prostu po kablowej roszadzie z mojego codziennego kabla LAN duńskiej marki Dyrholm na Amerykanina zmianie uległy tylko priorytety brzmienia systemu, a nie jakość prezentacji. Przekaz wzmocnił się w domenie masy i płynności, co spowodowało przyjemne w odbiorze ukulturalnienie słuchanej muzyki. Nadal oferującej odpowiedni pakiet ekspresji, jednak tym razem z wyczuwalnie większą nutą gładkości oraz przyjemnej w odbiorze, bo dobrze rozumianej krągłości. A co w tym wszystkim było najistotniejsze, to fakt, że gdy twórczość ukierunkowana na docieranie do głębi duszy melomana romantyka zjawiskowo na tym w zrozumiały sposób tylko zyskiwała, to ta z puli buntu mimo lekkiego utemperowania bezpośredniości specjalnie niczego nie traciła, a jedynie przyjemniej wybrzmiewała. Efektu działań kabla Black Magic na polu jazzu ze zrozumiałych względów nie będę przywoływał, bo szczypta płynności przy dobrym pakiecie informacji zawsze jest mile widziana. Warto natomiast nieco przyjrzeć się przykładowym rozszalałym pasażom rockowym. Chodzi o to, że w pierwszym momencie wyczuwalne minimalne uspokojenie prezentacji natychmiast z wielką przyjemnością kompensowałem głośnością słuchania. Kocham ten rodzaj muzyki i bez problemu biorę na przysłowiową klatę słabą jakość realizacji. Jeśli jednak podczas podobnego do testowego odsłuchu wirtualny świat pomiędzy kolumnami jest udanie pokolorowany, natychmiast łapię za pilota i podnoszę dawkę wypełniających mój pokój decybeli. Chyba nikogo nie muszę przekonywać, że wówczas rockowe popisy odbiera się inaczej. Naturalnie w tym przypadku tylko i wyłącznie lepiej.
Gdzie sytuowałbym punkt zapalny naszego spotkania? Ze zrozumiałych względów w pierwszej kolejności w systemach cierpiących na zbytnią oschłość, chłód oraz niedowagę projekcji muzyki. Stealth Audio Black Magic jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki sprawi, że muzyka nabierze odpowiednich proporcji w domenie wagi i gładkości, a przez to muzykalności. Ale tak naprawdę bez problemu spróbowałbym również zastosować go w zestawach neutralnych. Wiem, że teoretycznie dają Wam wszystko. Jednak czasem może okazać się, że nie do końca lub najzwyczajniej w świecie zmieniły się Wasze preferencje i doprawienie brzmienia posiadanej układanki audio dobrze rozumianą muzykalnością będzie trafieniem w nowy punkt oczekiwań znudzonej starym brzmieniem duszy. Czy tak finalnie będzie, nie wiem. Wiem jednak, że w obu przypadkach warto podnieść testową rękawicę.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Stealth Audio Cables
Cena: 16 360 PLN / 1m + 2 3640 PLN / 0,5m
Opinia 1
Gdy spojrzymy na serię fotografii, od pierwszego kontaktu wzrokowego widać, iż ta marka to typowy przedstawiciel tak zwanego nurtu Hi-Tech. A to zazwyczaj oznacza nowoczesny trend gwarantujący wysoką jakość wykonania, zaawansowanie techniczne użytych komponentów, często kojarzoną z tego typu produktami pewnego rodzaju smukłość konstrukcji, a także bardzo często – z czego notabene po trosze nasz bohater się lekko wymyka o czym za chwilę – dobrze rozumianą żywiołowość prezentacji. Kojarzycie już z czym mamy do czynienia? Tak tak, to mający już swoje dwukrotne pięć minut na naszym portalu z modelami MB5B oraz MB8B rasowy Scansonic HD. Co tym razem z portfolio tego producenta nas odwiedziło? Otóż za sprawą działań logistycznych warszawskiego Hi-Fi Systemu w moich skromnych progach pojawił się już pokaźny gabarytowo model Q10. Jak widać, jest co postawić w pokoju i przed czym zasiąść do słuchania ulubionej muzyki, zatem nie pozostaje mi nic innego, jak opisać, co tak naprawdę czeka nas po jego aplikacji z posiadany tor audio.
Jak wspominałem, nasze bohaterki są wzorowym przedstawicielem nurtu Hi-Tech, dlatego w pierwszej kolejności są bardzo smukłe, w drugiej w tym przypadku stosunkowo wysokie, zaś w trzeciej wykorzystują nowoczesne węglowe przetworniki. Ale to nie wszystkie ciekawe aspekty tej konstrukcji. Otóż jako efekt walki ze szkodliwymi falami stojącymi wewnątrz obudowy jedynymi równoległymi i z tego względu płaskimi płaszczyznami są w niej podstawa i górna połać kolumny. Reszta w postaci zbiegających się ku bardzo wąskiemu tyłowi boków, frontu i rewersu są łukowate lub lekko zaoblone. To natomiast sprawia, że bryła jest nie tylko nowoczesna, ale także bardzo przyjazna dla oka. Jeśli chodzi o ich wyposażenie, w przypadku zastosowanych przetworników, mamy do czynienia z zagłębioną w lekkim falowodzie wstęgową wysokotonówką, jednym węglowym średniakiem i dwoma także na bazie węgla basowcami, w temacie strojenia dolnego zakresu pięć portów bas-refleks, w kwestii stabilizacji jednak narażonych na łatwe przewrócenie konstrukcji dwoma aluminiowymi poprzeczkami z regulowanymi stopami, zaś w zagadnieniu podłączenia do zastanego systemu pojedynczym zestawem zacisków. Tak prezentujący się zestaw smukłych panien obsługuje zwrotnica zapewniająca 3-drożność konstrukcji, która przy obciążeniu 4 Ohmów i skuteczności 88 dB pozwala im pokryć pasmo w zakresie 41 Hz – 20 kHz. Jeśli chodzi o podstawowe informacje w rozumieniu gabarytów, ich szerokość to 240 mm, wysokość 1395 mm, głębokość 500 mm, a waga jednej sztuki osiąga wartość 37.5 kg.
Jak brzmią Q10-ki? Już we wstępniaku wspominałem, iż nie powielają typowych standardów brzmienia kolumn z puli Hi-Tech, czyli nie stawiają na bezkompromisową szybkość narastania sygnału, często kosztem wagi i odpowiedniej kolorystyki kreowanego przez siebie dźwięku. Otóż będące punktem dzisiejszego zainteresowania konstrukcje w głównej mierze skupiają się na docieraniu do sedna muzykalności prezentacji. To zaś gwarantuje mocne osadzenie w masie, odpowiednie nasycenie środka pasma i unikanie nadmiernej ekspresji w jego górnych partiach. Czy to oznacza utratę witalności i radości słuchanej muzyki? Naturalnie nie. Owszem, dla typowych poszukiwaczy doznań w rodzaju zarzucania słuchacza efektami kojarzonymi z syndromem ADHD, czyli szybko i wyraziście ponad wszystko, tytułowe Scansonici mogą wydać się nieco wolniejsze. Jednak nie będzie to żaden problem, tylko efekt wyborów sekcji inżynierskiej podczas ich projektowania, gdyż naturalnym feedbackiem zwiększania masy i lekkiego uplastyczniania brzmienia najwyższych rejestrów jest pojawienie się w przekazie większej nutki spokoju, co przecież jest swoistym antonimem szaleństwa. Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nadal jest wyraziste granie, jednakże z mocniejszym naciskiem na soczystość, a przez to większą namacalność rozgrywanych w naszych domostwach popisów scenicznych. Dzięki temu dostajemy bardziej dosadny w ilość kontrolowanej energii bas, kolorowy środek i dźwięczne, jednak bez prób samodzielnego brylowania w eterze wysokie tony, jednym słowem muzykę przez duże „M”, co notabene uwielbia znakomita większość z nas.
Dzięki takiemu postawieniu sprawy świetnie wypadł choćby krążek naszych jazzowych tuzów w postaci duetu Adama Bałdycha wespół z Leszkiem Możdżerem na płycie „Passacaglia”. To tak naprawdę dość trudny materiał, gdyż w przypadku choćby delikatnego przekroczenia przez system odpowiedniego poziomu nasycenia i ukulturalnienia dźwięku oba wykorzystywane w materiale instrumenty najzwyczajniej w świecie w swej ekspresji zgasną. Skrzypce mają być nośne i dźwięczne, a fortepian dostojny i lotny, co przy optowaniu systemu raczej za płynnością nie jest tak łatwe do wykreowania. Na szczęście kolumny dzięki pracy w układzie trójdrożnym, mimo jak wspominałem grania bardziej barwą i soczystością, aniżeli rozmachem, bez problemu zadbały o rozdzielczość każdego zakresu, co pokazało raz intymność, a raz werwę zawartą w każdym z zarejestrowanych utworów. Dzięki temu dostałem wszelkie odmiany zawartego w tej muzie piękna.
A co wydarzyło się na drugim biegunie wyrazistości sonicznej? Tutaj nie będę oryginalny i kolejny raz podeprę się uwielbianym AC/DC z materiałem pod nazwą „Power Up”. O dziwo mimo nieco większego pakietu wagi i nasycenia dźwięku panowie nadal emanowali odpowiedną dawką elektryczności. Naturalnie teraz z nutą mocniejszego udziału energii gitar i mocniejszej w tej samej domenie wokalizy, ale mimo delikatnego utemperowania agresji ataku i wyrazistości przekazu cały czas bez problemu bawiłem się ma maxa, a czasem nawet bardziej. Co mam na myśli? Oczywiście fakt możliwości mocniejszego podkręcenia gałki wzmocnienia jako efekt uboczny nadania przekazowi większej nutki kultury. Po takim działaniu przekaz zyskał na intensywności wpływania na moje emocje, a zawarte w muzyce przekaz bez problemu dotarł w głębsze pokłady zawsze wściekłej wewnątrz mnie duszy.
Gdzie widziałbym testowane kolumny spod znaku Scansonic HD Q10? Naturalnie wszędzie tam, gdzie potencjalny nabywca nie wymaga od dźwięku co prawda czasem lubianej, ale w wartościach bezwzględnych męczącej większość populacji melomanów nachalności projekcji słuchanej muzyki. W tym aspekcie nasze bohaterki są bezwzględne i pokażą muzykę z jej bardziej ludzkiej strony. Czy swoją ofertą zadowolą każdego? Naturalnie z przyczyn różnego wpływu każdego ze współpracujących z nimi komponentu w danym torze audio nie ma na to szans. Jednak, jeśli nie szukacie ekstremów w prezentacji, tylko możliwości łatwego zatopienia się w ulubionym materiale muzycznym, będące tematem tej epistoły konstrukcje to bardzo dobry trop do prób na własnych warunkach. Kolejny raz dodam, że trop muzykalny.
Jacek Pazio
Opinia 2
O tym, że „skojarzenia to przekleństwo” wspominaliśmy nie raz i to głównie w formie przestrogi przed zbyt bezrefleksyjnym przypinaniem łatek bazując li tylko na pozorach i właśnie skojarzeniach. Jak się jednak okazało zgodnie z klasycznym „niech pierwszy rzuci kamieniem …” (wiadoma scena ukamienowania z „Żywota Briana” jest do nieodzobaczenia) okazało się, że i sam dałem się takowym mechanizmom zwieść. Na swoją obronę mam jedynie to, że winę za ów stan ponosi poniekąd wytwórca dzisiejszego obiektu naszego zainteresowania, bowiem rekomenduje swoje kolumny jasko „szczególnie dobrze nadające się do dużych pomieszczeń, lub kina domowego”. O ile bowiem pierwszą część rekomendacji bez popijania jestem w stanie strawić, bo w końcu mamy do czynienia z pokaźnymi podłogówkami, więc nikt przy zdrowych zmysłach do 20-metrowego nano-apartamentu raczej nie powinien próbować ich wstawiać, o tyle będąca niemalże audiofilskim oksymoronem „kinodomowa rekomendacja” na poziomie blisko 65 kPLN wydaje się przysłowiowym strzałem nie tyle w stopę, co przynajmniej w kolano. To tak jakby w salonie BMW doradca klienta o 530 konnym M4 Competition w ramach zachęty potencjalnym nabywcom niezobowiązująco wspomniał, że jest to propozycja idealna dla pardon my French „bezkarkiego dresa” wrzucającego swoje drogowe ekscesy na Tik-Toka. O czym mowa? O kolejnym przejawie duńskiej myśli technicznej, czyli podłogowych kolumnach Scansonic HD Q10, którymi raczył był uszczęśliwić nas stołeczny Hi-Fi System perfidnie nic a nic o powyższych rekomendacjach nie wspominając. Skoro jednak nasze dotychczasowe kontakty w ww. marką nijakich problemów nie rodziły, to i tym razem pomimo początkowego „zdziwienia” wskazaną grupą odbiorców postanowiliśmy wziąć je na redakcyjny tapet.
Pomijając wstępniakowe dywagacje o zalecanej konfiguracji patrząc na tytułowe gościnie śmiało można uznać, że jeśli dla kogoś opisywana przez nas wcześniej propozycja w postaci majestatycznych MB8B wydawała się nazbyt przytłaczająca gabarytowo, to w firmowym portfolio Duńczyków znajdą wielce intrygującą i wyraźnie lżejszą optycznie alternatywę. 10-ki są bowiem nie tylko wyraźnie smuklejsze od swoich poprzedniczek, co właśnie dzięki „wrzecionowatej” bryle o wiele bardziej „zwiewne”. Ich zwężające się ku dołowi, górze i tyłowi korpusy z powodzeniem znikają nawet w dalekich od „halowych” metrażach a czarne umaszczenie dostarczonej na testy parki dodatkowo je „wyszczupla”. Patrząc od góry pozbawione, nawet w formie płatnej opcji, maskownic fronty mieszczą schowane w niewielkim falowodzie firmowe wstęgowy wysokotonowiec z zabezpieczoną metalową siateczką kaptonową membraną. Pod nim znajdziemy 5,25″ (15 cm) przetwornik średniotonowy a następnie duet 8″ (20cm) basowców, których membrany wykonano z włókna węglowego. Na będącej w zaniku ścianie tylnej tuż przy podstawie umieszczono w pionie klasyczne, pojedyncze terminale głośnikowe a nieco poniżej połowy wysokości imponującą baterię pięciu (!!) ujść kanałów bas-refleks o średnicy 4cm i długości 15cm każdy. Dla poprawy stabilności blisko 140 cm kolumn, które u swej podstawy mają zaledwie 19 cm wyposażono w wykonane z aluminium poprzeczki zakończone antywibracyjnymi stopami.
Pod względem elektrycznym mamy do czynienia z układem trójdrożnym o skuteczności 88 dB, 4 Ω impedancji oraz częstotliwościach podziału ustawionych na 400 Hz i 2800 Hz. Czyli na upartego można próbować napędzić je lampą, ale raczej, zgodnie z zaleceniami producenta o mocy przynajmniej 50W.
Jak już podczas wcześniejszych spotkań ze Scansonicami nadmieniałem, choć Duńczycy nader odważnie eksperymentują zarówno z formą, jak i nomenklaturą swoich kolumn, to praktycznie niezależnie od serii (może poza budżetowymi L-kami) konsekwentnie trzymają się wypracowanego, firmowego brzmieniowego wzorca. I taką też szkołę reprezentują Q10-ki nader udanie łącząc obszerność i swobodę prezentacji z koherencja przekazu i nienachalnym wyrafinowaniem. Mamy zatem do czynienia z dźwiękiem nie tylko mówiąc lapidarnie „dużym”, ale i przy zachowaniu świetnej rozdzielczości kojącym. Jednak pierwszą cechą 10-ek, która niejako na starcie ustawia ich postrzeganie jest pokłosie usytuowania przetworników wysokotonowych na wysokości 130 cm i średniotonowców na 115 cm, przez co, przynajmniej na początku, trzeba przyzwyczaić się do wyraźnie … podniesionej sceny. Nie jest to jednak jakaś kuriozalna aberracja a jedynie efekt porównywalny do zajmowania miejsc w pierwszych rzędach widowni, przez co zarówno „aparaty paszczowe”, jak i dzierżone w dłoniach instrumentarium pojawiających się na scenie artystów znajdować się będzie ponad linią naszych uszu. Jak łatwo się domyślić taki sposób narracji jest niczym woda na młyn wszelakich nagrań koncertowych i operowych. Dlatego odsłuch czy to „Il Trovatore” Verdiego , czy „Symphonica” George’a Michaela na Scansonicach niebezpiecznie zbliża się do poziomu realizmu godnego, jeśli nie osobistego uczestnictwa w ww. rejestracji, to przynajmniej seansu w IMAX-ie. Dostajemy bowiem iście „kinowy” rozmach, swobodę i co charakterystyczne niezwykle intensywną prezentację wymiaru wysokości. Jak łatwo się domyślić oczywistymi beneficjentami są również nagrania dokonane w przestrzeniach sakralnych i charakteryzujących się wysokimi sklepieniami, jak daleko nie szukając „In My Solitude: Live at Grace Cathedral” Branforda Marsalisa.
Całe szczęście również i normalnym realizacjom ze Scansonicami, bądź w zależności od punktu widzenia, Scansonicom z takowym repertuarem po drodze, gdyż duńskie podłogówki z wyraźną radością lubią robić użytek z posiadanego potencjału dynamicznego, więc bujający latynoskimi rytmami „Dios Bendiga” Cypress Hill niejako z automatu powodował zwiększenie poziomu głośności do poziomów pozwalających dokładnie poznać nasze gusta okolicznym mieszkańcom. Co ciekawe nawet przy operujących tuż przy granicy komfortu dawkach decybeli ani razu nie udało mi się przyłapać Q10-ek zarówno na kompresji, jak i przede wszystkim ofensywności góry pasma. Wręcz przeciwnie, najwyższe składowe cały czas pozostawały gładkie, lekko dosłodzone i niezwykle wyrafinowane, kojące. Nie oznacza to bynajmniej braku rozdzielczości, gdyż ta była wyborna (vide Marsalis), lecz brak jakichkolwiek oznak szklistości czy ziarnistości sprawiał, że dostarczając pełen pakiet informacji nie raniły naszych zszarpanych codziennymi zmaganiami nerwów.
Na sam koniec, z kronikarskiego obowiązku, wspomnę jedynie o cesze niejako oczywistej dla Scansoniców, czyli zdolności całkowitego znikania ze sceny wzorem klasycznych monitorów, więc jeśli ktoś chciałby zostać sam na sam z Carlą Bruni i jej gitarą na „Quelqu’un m’a dit”, to tytułowe kolumny nie będą stały mu na drodze, dyskretnie usuwając się w cień i dokonując wielce skutecznej dematerializacji.
W ramach podsumowania pozwolę sobie określić Scansonici HD Q10 mianem niezwykle elegancko i przyjemnie grających kolumn, które nie wykazując ambicji operowania w ekstremach tak dynamiki, jak i wyrazistości, przedkładają nad nie komfort odsłuchu i swobodę prezentacji. Ponadto z racji swoich gabarytów a przede wszystkim wysokości na jakiej zamontowano w nich wysokotonówki warto zapewnić nie tyle im, co sobie odpowiedni dystans do miejsca odsłuchowego, żeby nie musieć przy każdym odsłuchu zbytnio zadzierać głowy.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi System
Producent: Scansonic HD
Cena: 64 500 PLN (Black); 73 100 PLN (Walnut)
Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, podłogowa, wentylowana
Pasmo przenoszenia (-6 dB): 41 Hz – 20 kHz
Impedancja: 4 Ω
Skuteczność: 88 dB
Częstotliwości podziału zwrotnicy: 400 Hz, 2800 Hz
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: wstęgowy
– średniotonowy: 5,25″
– basowy: 2 x 8″
Zalecana moc wzmacniacza: min. 50 W
Wymiary (S x W x G): 240 x 1395 x 500 mm
Waga: 37,50 kg
Najnowsze komentarze