Monthly Archives: sierpień 2026


  1. Soundrebels.com
  2. >

O ile w butikowym, wyrosłym z DIY segmencie niemalże jednostkowych wypustów customizacja jest niejako tak oczywista jak szycie na miarę w dobrym domu mody, to w przypadku produkcji masowej na ewentualne zmiany i modyfikacje zazwyczaj, o ile sprawa nie dotyczy błędu konstrukcyjnego, czeka się przynajmniej do kolejnej inkarnacji danego modelu. Oczywiście historia zna przypadki umożliwiające komponowanie może nie tyle konkretnego urządzenia, co zestawu dostępnych we/wyjść niczym z klocków znanej duńskiej marki (vide Trigon Epilog), ale śmiało możemy uznać, iż jest to swoisty wyjątek potwierdzający regułę. Nieco inaczej sprawy mają się z reprezentantami domeny cyfrowej, czyli wszelakiej maści transportami i plikograjami, gdzie zmian dokonuje się w warstwie programowej a nie sprzętowej, więc o ile tylko producent raczył był wypracować sobie sprawny kanał komunikacji z odbiorcami i słucha spływającego do niego feedbacku (jak daleko nie szukając czyni to Lumin), to stosowne usprawnienia mogą być wdrażane w ramach kolejnych upgrade’ów firmware’u. Jak jednak nadmieniłem owa elastyczność dotyczy przede wszystkim oprogramowania a tymczasem w ramach dzisiejszego spotkania zmierzymy się z przypadkiem niemalże błyskawicznej reakcji producenta nie dość, że sprzętowego, co „globalnego”. Mowa bowiem o japońskim Furutechu, który praktycznie dopiero co zdążył pochwalić się swoją flagową łączówką Project V1-LAN a właśnie otrzymaliśmy na testy jej prototypową, w dodatku przez nas „sugerowaną” wersję, w której firmowe, acz o „cywilnej” funkcjonalności RJ-ki zastąpiono profesjonalnymi, zdecydowanie bardziej wytrzymałymi mechanicznie wtykami Telegärtner-a. I o ile dla twardogłowych wyznawców datasheetów w tym momencie część merytoryczna dobiega końca, to dla nas dopiero zabawa się zaczyna. Jeśli zatem macie Państwo na ową zabawę chęć, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was do lektury moich obserwacji z następstw dokonanej przez Furutecha zmian konfekcji.

Jeśli chodzi o aparycję, to jak doskonale na zdjęciach widać oprócz wspomnianych Telegärtner-ów (MFP8 T568B kat. 8.1?), które zastąpiły firmowe stalowo-carbonowo-NCF-owe wtyki nic się nie zmieniło. Dlatego też zainteresowanych anatomicznymi szczegółami odsyłam do naszych wcześniejszych wynurzeń a pozostałej części czytelników jedynie nadmienię, iż tytułowe przewody pokrywa czarna polipropylenowa plecionka spod której przeziera miedziany ekran. Ponadto na V1-kę nanizano dwie baryłkowate aluminiowo-NCFowo-carbonowe mufy z logotypem producenta oraz oznaczeniem kierunkowości.

No dobrze, kwestie aparycyjne mamy za sobą, więc sprawdźmy jak prototypowa wersja radzi sobie z prozą życia. I tak o poprawie ergonomii, jak i komforcie pracy (podczas wielokrotnego wpinania/wypinania) nawet nie ma co wspominać, bo wreszcie nie trzeba martwić się ryzykiem wyłamania zatrzasku, jak i dostępem do niego, gdy w spinanym nim urządzeniu dostęp do portu Ethernet jest utrudniony.
To jednak jedynie niewinna przystawka do części odsłuchowej, bowiem nie da się ukryć, iż wymiana wtyków nader wyraźnie wpłynęła również na … brzmienie V1-ki. W dodatku owa zmiana bynajmniej nie nosiła znamion spodziewane ewolucji w stosunku do wersji bazowej, lecz śmiało zasługiwała na miano … transformacji. O ile bowiem protoplasta stawiał na, jak to wcześniej ująłem „bezpardonowość i brak zahamowań przed pokazywaniem „szorstkiej” prawdy zawartej w materiale źródłowym”, to tytułowy prototyp nawet nie tyle dodał do powyższego pakietu solidną dawkę wyrafinowania, co niejako na nowo zdefiniował oferowane walory soniczne. Walory, w których pierwsze skrzypce grały onieśmielająca rozdzielczość i otwartość dźwięku a pozostałe składowe nie mając zbytnio wyjścia zostały im podporządkowane. Nie oznacza to bynajmniej, że Furutech Project V1-LAN popadł w bezduszną analityczność i prosektoryjny chłód bestialsko sypiąc wokół żyletkami, co po prostu wspinając się na wyżyny wspomnianej rozdzielczości oferuje taki ogrom (co de facto możemy utożsamiać z pełnią) informacji, że pierwotna inkarnacja może jawić się przy nim jako li tylko … detaliczna i wręcz nieco „kwadratowa”. Mam tylko cichą nadzieję, że rozumiecie państwo skalę zastosowanej przed chwilą hiperboli, gdyż protoplasta niniejszego prototypu nadal w pełni zasługuje na miano konstrukcji wybitnej, co wcale nie oznacza, że nie można było i koniec końców zostało to zarobione, go poprawić żeby zagrał jeszcze lepiej. I właśnie ucieleśnieniem owego „lepiej” jest jego wersja z wtykami Telegärtner-a.
Nie chcę w tym momencie popadać w jakąś pensjonarską ekscytację, ale mówiąc zupełnie serio skala zmian wynikająca z wymiany konfekcji z powodzeniem dorównywała tym swojego czasu opisywanym przez nas w ramach testu topowych zasilających 50-ek. Przypadek? Nie sądzę. Skoro bowiem odsłuch „Bad Blood” SETYØURSAILS niebezpiecznie zbliżał się dynamiką, ekspresją i „fizycznością” do ich styczniowego występu w Proximie, to trudno było uznać to tylko za chwilowe zauroczenie i przejaw myślenia życzeniowego, tym bardziej, że z tego co mi wiadomo zmiany wtyków nie powinny wpłynąć na cenę końcową przewodu, więc argument o tym, że skoro coś jest droższe, to musi być lepsze śmiało możemy uznać za nietrafiony. Idąc za ciosem sięgnąłem po jeszcze pachnący studiem i tłocznią album „Witch” autorstwa operującej w klimatach podobnych w ww. kapeli, pochodzącej z „miasta aniołów” formacji In This Moment. Chodziło bowiem o to, by mieć pewność, że wspomniane wszelakiej maści szorstkości i bezpardonowość przypadkiem nie szły w kierunku męczącej na dłuższą metę ofensywności, co przy zaledwie półgodzinnej nasiadówce z „Bad Blood” mogłoby nie wyjść „w praniu”. I … całe szczęście żadnych anomalii nie odnotowałem, za to utwierdziłem się we wcześniejszych wnioskach dotyczących ponadprzeciętnego realizmu japońskiej łączówki.
Zmiana repertuaru na oparty na naturalnym instrumentarium „Michael Daugherty: Harp of Ages” w wykonaniu Courtney Hershey Bress / Andrew Litton / Colorado Symphony okazała się istną wodą na młyn Furutecha, który nie tylko z dziecinną łatwością oddawał złożoność aparatu wykonawczego, lecz również z nie mniejszym pietyzmem skupiał się na barwie, strukturze dźwięków i zarazem mechanice każdego z instrumentów, a zamiast atakować słuchacza bezlikiem pojedynczych, niekoniecznie powiązanych z sobą detali spajał je w logiczną i niezwykle koherentną, homogeniczną całość. Jest to o tyle karkołomne wyzwanie, że zazwyczaj homogeniczna gładkość wyklucza zdolność budowania misternych struktur przestrzennych a tymczasem V1-ka oba powyższe aspekty traktowała jako równorzędne, dzięki czemu poczynania Colorado Symphony jawiły się niczym utkany ze stali szkła wieżowiec Leeza Soho autorstwa Zahy Hadid, w którym przez mierzące 194 m wysokości skręcone atrium dostępny jest nie tylko przepiękny widok na okolice, lecz przede wszystkim wpada dzienne światło za którego synonim można ująć partie harfy Courtney Hershey Bress.

Reasumując powyższe, wybitnie subiektywne, wynurzenia śmiem twierdzić, iż prototypowy egzemplarz interkonektu Furutech Project V1-LAN z wtykami Telegärtner-a jest bezdyskusyjnie namacalnym dowodem na to, że w High-Endzie każdy, nawet pozornie błahy detal ma znaczenie i tak naprawdę to właśnie w owych szczegółach tkwi przysłowiowy diabeł. Okazało się bowiem, że z założenia mająca poprawić jedynie funkcjonalność i żywotność przewodu zmiana konfekcji pociągnęła za sobą wręcz dramatyczną poprawę jego brzmienia, co z jednej strony jest w pełni zgodne z naszymi doświadczeniami z domeny analogowej, lecz z drugiej rzuca nowe światło na świat cyfrowy, gdzie po dziś dzień pokutują tezy jakoby bitperfekcyjność, zgodność sum kontrolnych i generalnie mechanizm przesyłu danych w sieci Ethernet uniezależniały ową transmisję od wpływu „wyrafinowania” przewodnika, czy konektorów. A jak widać i przede wszystkim słychać na powyższym przykładzie suche książkowe teorie niekoniecznie mają odzwierciedlenie w praktyce. Dlatego też mając świadomość technicznych podstaw, dzięki którym sam streaming audio się odbywa, warto na fakcie jego zadziania nie poprzestawać, lecz nawet z czystej ciekawości sprawdzić, czy pozornie kosmetyczno-użytkowe zmiany nie mają następstw brzmieniowych, jak to miało miejsce w V1-ce.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Dystrybucja: RCM
Producent: Furutech
Cena: 17 800 PLN / 1,2m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Warszawski Hi-Fi Club dołączył do swojej oferty urządzenia amerykańskiej firmy Playback Designs, która należy do najściślejszej czołówki producentów źródeł cyfrowych.

Założycielem firmy jest Andreas Koch, który wniósł ogromny wkład w rozwój cyfrowego audio. Jego zawodowa kariera zaczęła się w 1982 roku w firmie Studer Revox w Szwajcarii, gdzie zaprojektował pierwszy na świecie w pełni asynchroniczny konwerter częstotliwości próbkowania opatentowany w 1984. Następnie projektował też filtry cyfrowe, a opracowane przy tej okazji rozwiązania wykorzystano później w algorytmach kompresji takich jak MP3, AC-3 i inne. Kolejny etap kariery to praca dla Dolby Labs w San Francisco, gdzie Koch zaprojektował system cyfrowego przetwarzania dla profesjonalnego enkodera/dekodera AC-1 i sprzęt do kompresji AC-3. W 1987 Andreas wrócił do Studer Revox i zajął się projektowaniem cyfrowego magnetofonu DASH oraz technologią zapisu audio na dyskach w zastosowaniach profesjonalnych, nawiązując przy okazji wiele kontaktów z czołowymi studiami nagrań. Kolejna przeprowadza miała miejsce w 1989 i była związana z pracą dla Studer Editech w Kalifornii. Koch kierował zespołem, który stworzył zaawansowany, profesjonalny system zapisu na twardych dyskach – Dyaxis. Od 1993 pracował dla Sony na Florydzie i nadzorował projektowanie produktów pro-audio. Firma Sony doceniła jego umiejętności i skierowała w 1997 do San Francisco do projektu pierwszego na świecie 8-kanałowego systemu nagrywania, montażu i miksowania DSD o nazwie Sonoma. Andreas zaprojektował też wszystkie cyfrowe części konwerterów C/A i A/C. Jego praca była kluczowa dla jakości dźwięku formatu SACD. Andreas uczestniczył we wszystkich komisjach standaryzacyjnych SACD razem z Philipsem. Od 2003 Andreas rozpoczął pracę na własny rachunek jako niezależny projektant. Przez cztery lata projektował urządzenia i algorytmy dla EMM Labs, zarówno na rynek pro jak i domowego audio. Powstały wówczas rewolucyjne algorytmy konwersji częstotliwości próbkowania, dyskretny konwerter CA i unikalny system zarządzania sygnałem zegara. W 2008 Andreas Koch założył Playback Designs i wprowadził na rynek odtwarzacz SACD/CD z wejściami cyfrowymi wykorzystując całą swoją wiedzę zdobytą przez wcześniejsze 25 lat.

Projektowaniem układów analogowych Playback Designs zajmuje się Bert Vogt, inżynier, a także audiofil i muzyk, z bogatym doświadczeniem w odsłuchach w studiach nagraniowych. Vogt ukończył studia medyczne i elektryczno-inżynierskie co zapewnia mu zarówno znajomość funkcjonowania narządu słuchu jak i układów elektronicznych. Z Andreasem Kochem pierwszy raz pracował jeszcze w 2004 roku jako praktykant w czasie studiów. Po ukończeniu studiów zaczął projektować własne urządzenia audio, jak przedwzmacniacz Puralio zaprezentowany w 2007 na High-End w Monachium. Andreas Koch także odwiedził wystawę i był pod wrażeniem Puralio. Kiedy zapadła decyzja o założeniu Playback Designs, Andreas wciągnął do współpracy Berta, który projektował stopnie wyjściowe i udoskonalał wyjściowe układy konwerterów C/A. Projektowane przez Berta układy dyskretne pozwalają na pełną kontrolę wszystkich parametrów. Oprócz tego od 2005 roku Bert Vogt pracuje też jako szef projektowania elektronicznego w firmie ILA w Jülich, gdzie powstają optyczne mierniki przepływu wymagające zaawansowanych, analogowych układów elektronicznych.

Urządzenia Playback Designs wykorzystują autorskie technologie do obróbki cyfrowej i konwersji. Opracowana przez Andreasa Kocha technologia PDFAS (Playback Designs Frequency Arrival System) eliminuje stosowane do redukcji jittera pętle PLL. Technologia ta pozwala całkowicie wyeliminować powstały w transmisji jitter. Zamiast układów scalonych od zewnętrznych dostawców do konwersji stosowane są własnego projektu układy dyskretne. Wykorzystywane są też programowalne układy bramek logicznych (FPGA) działające pod kontrolą samodzielnie opracowanych algorytmów. Dzięki temu firma udostępnia aktualizacje wewnętrznego oprogramowania.

Główna część oferty Playback Designs jest podzielona na dwie rodziny. Flagowa seria Dream Series zawiera:
MPD-8 DAC – konwerter C/A z wbudowaną regulacją głośności
MPD-8 AI DAC – konwerter C/A z wbudowaną regulacją głośności i wejściami analogowymi
MPT-8 Transport – transport CD/SACD z opcją streamera
MPS-8 Integrated Player – odtwarzacz CD/SACD z opcją streamera
Do Dream Series należy też dostępny na specjalne zamówienie gigantyczny wzmacniacz mocy SPA-8.

Przystępniejsza seria Edelweiss Series zawiera:
MPD-6 DAC – konwerter C/A z wbudowaną regulacją głośności
MPS-6 Integrated Player – odtwarzacz CD/SACD z opcją streamera
MPS-X Streaming Interface – streamer z wejściami cyfrowymi

Ofertę uzupełniają jeszcze dwa modele:
Stream -X2 – opcjonalny moduł streamera dla MPS/T-8, MPD/S-6
USB-X4 – cyfrowy interfejs anty-jitterowy.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Usher SD-502

Opinia 1

Choć to w naszym kraju bardzo dobrze znana i bez większych problemów radząca sobie na trudnym rynku marka, w swej wieloletniej zabawie w opisywanie brzmienia konstrukcji związanych z naszym hobby jeszcze nie mieliśmy okazji się jej przyjrzeć. Powód jest banalny. Najzwyczajniej w świecie dystrybutor nie zaproponował, my mając ręce pełne ciekawej pracy nie zapytaliśmy i takim to sposobem nasze drogi nie miały okazji się skrzyżować. Na szczęście do czasu. Dlaczego na szczęście zdradzę w dalszej części testu, bowiem wstępniak jest miejscem poinformowania Was, z czym będziemy mieli przyjemność się spotkać. Otóż będą to dostarczone przez łódzki Audiofast nieduże kolumny podłogowe dobrze znanej u nas dalekowschodniej marki Usher, z portfolio której opiekun tego podmiotu na dobry początek zaproponował nam ciekawy model z diamentowym przetwornikiem wysokotonowym SD-502.

Azjatyckie panienki są z puli małych podłogówek. Ale nie w rodzaju monitorów z dwoma głośnikami w dużej obudowie, tylko zostały zaprojektowane jako pełnoprawne kolumny 3-drożne. A owe drogi obsługuje świetnie wypadający diamentowy przetwornik wysokich tonów, poniżej niej średniak, zaś na samym dole dwa basowce. Co dla wielu z potencjalnych użytkowników może być istotne, to fakt strojenia dolnego zakresu dmuchającym w podstawę kolumny bas-refleksem. To często jest ratunek w przypadku braku możliwości odstawienia kolumny od ściany, która zazwyczaj podbija bas regulowany portem skierowanym do tyłu. Idąc dalej tropem technikaliów warto wspomnieć jeszcze, iż kolumny w celu wyrównania czasowego propagacji każdego z podzakresów zostały pochylone ku tyłowi. Tak prezentujące się Ushery obsługuje zwrotnica zapewniająca pokrycie pasma w zakresie 42 Hz – 40 kHz z poziomem skuteczności 89 dB przy obciążeniu 4 Ω. Wieńcząc opis budowy dodam, że każda z nich osiąga wysokość 122 cm, wazy 25.5 kilograma i występuje w dwóch wykończeniach Walnut oraz High Glos Walnut.

Jak wypadły te niepozorne kolumienki? Powiem szczerze, że od pierwszego taktu muzyki biorąc pod uwagę cenę, rozmiar i ofertę soniczną w dobrym znaczeniu słowa zwaliły mnie z nóg. Jak to możliwe? Już tłumaczę. Powodem było unikanie pogoni za wyczynowością prezentacji, w zamian za to umiejętne dozowanie każdego z podzakresów w służbie uzyskania przyjemnej w odbiorze muzykalności z efektem fajnej swobody wypełniania pomieszczenia. A co najważniejsze, w żaden aspekt całości nie chodził swoimi drogami ani nie nosił oznak przekroczenia dobrego smaku. Nie wiem, jak na bazie tak niedużych konstrukcji inżynierowie to zrobili, ale mimo wszystko był dobrze osadzony w masie i ilości bas, nasycona średnica oraz dzięki diamentowemu przetwornikowi dźwięczna góra. Do tego każdy sąsiadujący ze sobą zakres częstotliwości działał w pełnej spójności z sąsiednim, co pozwalało uzyskać muzyce efekt świetnej spójności i przez to płynności. I chyba to połączenie nienachalności podania ulubionej muzy w służbie przyjemności odbioru z oddechem jej wizualizowania były największymi zaletami tych kolumn. Naturalnie w ten sposób podawana muzyka oczywiście nie szczędziła mi dodatkowo dobrze rozbudowanej, głebokiej i szerokiej wirtualnej sceny budowanej przez znikające z pomieszczenia zespoły głośnikowe.
Efekt obcowania z Usherami SD-502 był bardzo uniwersalny, gdyż patrząc na testowany zestaw przez free-jazzowe szaleństwo spod znaku Johna Zorna „Masada Live in Sevilla 2000” nie miałem problemów odebraniem tego szalonego koncertu z najważniejszymi dla niego kwestiami. Mowa oczywiście o szybkości narastania sygnału, czytelności rozlokowania źródeł pozornych, ich wagi oraz wielobarwności. Bez tego ta energetyczna muzyka nie miałaby szans na wprowadzenie mnie w trans spowodowany choćby charyzmatyczną rozmową saksofonu z trąbką na tle wtórującego im reszty składu o szalonym timingu popisów każdego z muzyków nie wspominając. Na szczęście tytułowe kolumny dzięki swobodzie i rozmachowi prezentacji poradziły sobie z tym materiałem bardzo dobrze. Wypadł z fajną jak na takie maluchy ekspresją, co dało mi szansę na pełne wejście w nagranie.
Równie ciekawie, bo z wielkim szacunkiem do utrzymania konwencji realiów muzycznych wpadła także twórczość choćby Claudio Monteverdiego w interpretacji Jordi Savalla „El Cant De La Sibil-La: Mallorca / València, 1400-1560” . To bardzo uduchowione zapisy sakralne, do tego zarejestrowane w wielkich kubaturach kościelnych, co wbrew pozorom stawia systemowi spore wyzwania. Pierwszym jest oczywiście utrzymanie odpowiedniego poziomu bazujących na muzykalności przekazu emocji, drugim zapewnienie źródłom pozornym stosownej dźwięczności, a trzecim oddanie realiów gabarytów goszczącej muzyków budowli. I wiecie co, te niewielkie kolumienki także z tym nie miały problemu. Powiem więcej, z uwagi na unikanie pogoni za nadmiernym cyzelowaniem każdej aspektu prezentacji zabrzmiały bardzo płynnie, co ciekawie wypadającą wodą na młyn tej płyty. Na tym poziomie cenowym szukanie wyczynowości zapewne skończyłoby się zbytnim akcentowaniem jakiegoś wycinka pasma, a to zaburzeniem tak ważnej dla zapisów barokowych płynności. Dlatego dobrze, że konstruktorzy poszli droga ogólnego spokoju prezentacji z dużym nastawieniem na jej spójność. Dzięki temu omawiana płyta zabrzmiała bardzo prawdziwie.

Komu dedykowałbym tytułowe kolumny? To chyba oczywiste, że wszystkim poszukującym muzyki przez duże „M”. Dostajemy swobodne, bardzo dźwięczne i soczyste granie, które spodoba się znakomitej większości melomanów. Czy rozkocha ich w sobie do cna, naturalnie będzie zależeć od ich bardzo osobistych potrzeb. Ale nie ma się co oszukiwać, w wartościach bezwzględnych za żądane pieniądze to znakomita oferta brzmieniowa. Na tyle, że wszystkich poszukujących fajnej prezentacji każdego rodzaju muzyki bez najmniejszych problemów zachęcam do prób z nimi we własnym środowisku sprzętowym. Zapewniam, nie będzie to zmarnowany czas.

Jacek Pazio

Opinia 2

Choć od blisko osiemdziesięciu lat panuje powszechne przekonanie, iż „najlepszymi przyjaciółmi kobiet są diamenty”, co swojego czasu raczyła była uroczo wyśpiewać pewna platynowa blondynka, to zazwyczaj na drodze takowej przyjaźni zainteresowanym stawał pewien dość przyziemny szkopuł. Mowa oczywiście o cenie, gdyż nie da się ukryć, iż owe diamenty do najtańszych błyskotek nigdy nie należały, nie należą i należeć raczej nie będą. Chociaż … w ramach dzisiejszego spotkania autorytatywność powyższego stwierdzenia z niewyjaśnionych, przynajmniej pod względem marketingu, względów może ulec pewnej dezaktualizacji, bowiem stanowiące przedmiot naszego zainteresowania azjatyckie gościnie nie dość, że w diamenty odziano, to wyceniono na tyle rozsądnie, że z powodzeniem można w ich przypadku mówić o ogólnodostępnej budżetowości. Nad czym zatem będziemy się dzisiaj pastwić? Nad wielce urodziwymi, podłogowymi kolumnami Usher SD-502, których wizytę zawdzięczamy łódzkiemu Audiofastowi.

Jak na powyższych zdjęciach widać Ushery SD-502 to uroczo kompaktowe, mierzące zaledwie 122 cm podłogówki o wielce urodziwej aparycji i ciekawej, lekko odchylonej ku tyłowi bryle. Ich wykonane z 21mm MDF-u korpusy pokrywa satynowy bądź lakierowany na wysoki połysk (opcje do wyboru) naturalny orzechowy fornir a fronty dodatkowo wzmacnia dyskretnie zaoblona na krawędziach kolejna, tym razem polakierowana na fortepianową czerń, płyta z MDF-u stanowiąca bazę dla baterii firmowych przetworników. I to nie byle jakich, gdyż patrząc od góry napotkamy „gwóźdź programu”, czyli firmową „diamentową” kopułkę 9980-20 z membraną DMD (diament-metal-diament), której metalowy rdzeń z obu stron otrzymał napyloną warstwę diamentu. Poniżej tweetera za oko łapie uzbrojony w metalowy korektor fazy zgrabny kanapkowy (celuloza wzmacniana rdzeniem z włókna szklanego) 11,5-cm średniotonowiec a listę zamyka duet 14 cm basowców 0535K ze wzmacnianymi włóknem szklanym celulozowymi membranami. Oględziny pleców przynoszą jedynie widok podwójnych terminali głośnikowych umieszczonych na eleganckiej złotej płytce znamionowej. Ujście układu bas-refleks umieszczono w podcięciu podstawy, dzięki czemu opuszczające obudowę powietrze „dmucha” w uzbrojoną w mosiężne kolce płytę cokołu. W zestawie znajdziemy montowane magnetycznie tekstylne maskownice, lecz jeśli tylko po naszym lokum nie kręcą się małoletnie „bąbelki”, czy też inna wścibska zwierzyna, to spokojnie można owe osłony pozostawić w kartonach, gdyż przykrywają one jedynie czarną płytę nośną z przetwornikami a tym samym ich obecność bądź jej brak nie będą wpływały na równomierność wybarwiania się pod wpływem światła ściany przedniej kolumn.
Pod względem elektrycznym mamy do czynienia z konstrukcjami trójdrożnymi o częstotliwościach podziału ustawionych na 420 Hz i 2,4 kHz. Z kolei, zgodnie z danymi producenta ów układ może pochwalić się skutecznością na poziomie 89 dB i 4 Ω impedancją, co może nie wskazuje na jakąś problematyczną trudność wysterowania, lecz odsłuchy proponowałbym rozpocząć od mocnych lamp i nie mniej umięśnionych konstrukcji tranzystorowych/d-klasowych.

Przechodząc do opisu walorów sonicznych naszych dzisiejszych bohaterek od razu się przyznam, że przynajmniej do tej pory portfolio Tajwańczyków eksplorowałem tyleż okazjonalnie, co nad wyraz wybiórczo, gdyż choć po wielokroć miałem okazję słuchać, czy też konfigurować systemy oparte zarówno na kompaktowych S-520, jak i potężnych Dancer-ach, to tzw. oferta środka niespecjalnie przykuwała moją uwagę. Krótko mówiąc tytułowe SD-502 stanowiły dla mnie ewidentną niewiadomą, co miało swoje dobre strony, gdyż brak jakichkolwiek skojarzeń i oczekiwań dawał im praktycznie wolną rękę co do sposobu i pomysłu na własne brzmienie. A to okazało się nad wyraz atrakcyjne i patrząc na widniejącą w cenniku kwotę wręcz zaskakująco wysokich lotów. Ushery pokazały bowiem, że nawet na tym pułapie finansowym da się zaoferować iście zjawiskową rozdzielczość, nie mylić z detalicznością, swobodę prezentacji, gładkość i wysycenie barw, a jakby tego było mało również zaraźliwą motorykę i budzący respekt, jak na mało imponujące gabaryty zejście basu. I bynajmniej nie chodzi tu o niezobowiązujące stukanie w tamburyn bądź werbel, lecz operowanie pełnią skali syntetycznych tąpnięć, jak daleko nie szukając na mrocznym i szorstkim „She Reaches Out to She Reaches Out to She” Chelsea Wolfe. Jak łatwo się domyślić nie jest to najłatwiejszy repertuar a 502-ki nic nie robiąc sobie ze złożoności i „gęstości” reprodukowanych kompozycji z wrodzonym wdziękiem i wyrafinowaniem budowały obszerną i koronkowo utkaną scenę, gdzie każdy z zawieszonych w przestrzeni dźwięków cechowała wzorowa definicja i perfekcyjne ogniskowanie. Uwagę zwracała również zdolność połączenia natywnego nagraniom mroku z niezwykłą rozdzielczością a tym samym wglądem nie tylko w pierwszy, ale i dalsze plany. Do tego dochodziła iście zjawiskowa czystość najwyższych składowych, które nawet operując na granicy komfortu ani razu nie dały się przyłapać na najmniejszych oznakach ziarnistości, czy też szklistości, co przy twórczości Wolfe wcale nie jest takie oczywiste.
Zmiana repertuaru na minimalistyczny „La finestra di Puccini” Michela Godarda i Danilo Rea unauszniła, że Ushery równie dobrze co z mroczną i surową elektroniką radzą sobie z naturalnym instrumentarium, oraz z grą … ciszą. Malując czarne tło skupiają się na pojedynczych dźwiękach oraz otaczającej je aurze pogłosowej same usuwając się przy tym w cień i znikając ze sceny niczym rasowe monitory. Oczywiście warto odpowiednio dogiąć je do zajmowanego miejsca i poeksperymentować z odległością od ścian, ale z tego co dane nam było usłyszeć w redakcyjnym OPOS-ie tytułowym kolumnom bliskość ścian do szczęścia zupełnie nie jest do szczęścia potrzebna, gdyż nijakiego wspomagania z ich strony nie wymagają. Całe szczęście dolne wyprowadzenie bas-refleksów sprawia, że najniższe tony w większości przypadków dalekie są od życia własnym życiem i zbytniej dominacji nad resztą pasma, choć trudno uznać je za nazbyt chrupkie, czy też odchudzone. O nie, jeśli tylko wymaga tego materiał źródłowy woofery dziarsko biorą się do roboty i pomimo mało imponujących średnic pompują powietrze aż miło, więc o ile tylko nie przesadzimy z metrażem, to w 20-25 metrach kwadratowych nie powinniśmy czuć niedosytu zarówno, jeśli chodzi o wolumen, jak i zejście basu. Podobnie sprawy mają się z dynamiką, która przy odpowiednio wydajnym napędzie pokazuje, że Ushery mają wielkie serce do grania praktycznie dowolnego gatunku muzycznego od wysublimowanej klasyki poprzez elektronikę i ciężkiego rocka.

Coś czuję w kościach, że jeśli tak dalej pójdzie i świadomość istnienia Usherów SD-502 dotrze do szerszego grona odbiorców, to z tajwańskimi kolumnami może być jak z azjatyckimi markami motoryzacyjnymi, które po początkowym, nieśmiałym badaniu europejskich rynków powoli pokazują swój prawdziwy potencjał i może jeszcze nie dyktują warunków, lecz z pewnością ciężko pracują nad urealnieniem cen. A502-ki są niezaprzeczalnym dowodem na to, że na świetnie wykonane i jeszcze lepiej grające kolumny uzbrojone w zaawansowane („diamentowe”!) przetworniki wcale nie trzeba wydawać równowartości kawalerki w centrum W-wy.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Usher
Cena: 23 460 PLN (Mat Walnut); 25 620 PLN (Glossy Walnut)

Dane techniczne
Konstrukcja: Podłogowa, wentylowana, trójdrożna
Zastosowane przetworniki
– wysokotonowy: 1,25″ membrana DMD (diamond-dome)
– średniotonowy: 4.5″ membrana kompozytowa z włókna papierowego
– niskotonowy: 2 x 5,5″ membrana kompozytowa z włókna papierowego
Skuteczność: 89 dB/w/m
Impedancja: 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 42 Hz-40 kHz
Moc: 100W (ciągła)
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 420 Hz / 2,4 kHz
Wymiary (S x W x G): 23,5 x 122 x 38,0 cm
Waga: 25,5 kg/szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Jeszcze dobrze nie opadł kurz po premierowym teście przewodu Furutech Project V1-LAN a ekipa z Tokyo, po wysłuchaniu naszych uwag postanowiła podesłać nam do weryfikacji prototypowy egzemplarz ww. łączówki wyposażony w … nieśmiało sugerowane w ww. recenzji wtyki Telegärtnera. Krótko mówiąc mamy za swoje, więc nie pozostaje nam nic innego jak brać się za porównania czy, a jeśli tak, to co i jak zmieniło pojawienie się alternatywnej konfekcji.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Kiedy ponad siedem lat temu gościliśmy u siebie poprzednią odsłonę naszego dzisiejszego gościa, było to dla nas doświadczenie tyleż ekscytujące, co potwierdzające możliwości produkcyjne i know-how stojącego za nim wytwórcy. Wbrew bowiem pozornemu alokowaniu przedmiotowej marki w „marketowym” segmencie rynku audio nie były to „zwykłe” pardon my French budżetowe „druty”, lecz misterne pajęczo-podobne high-endowe instalacje o skomplikowaniu budowy nie tylko onieśmielającym swym zaawansowaniem, co budzącym zaufanie niezwykle logicznym wyjaśnieniem co i po co w nich się znajduje, czyli raczej przejaw inżynierskiej wiedzy a nie kreatywności działu marketingu, co mówiąc szczerze na stricte high-endowych pułapach nie zdarza się zbyt często. Ponadto, jeśli pamięć mnie nie myli miały one wtenczas również status flagowców, więc niejako dostąpiliśmy zaszczytu obcowania z prawdziwym opus magnum niemieckiej myśli technicznej. Czas jednak w miejscu stać nie chce, co wbrew pozorom ma też swoje dobre strony, gdyż wraz z jego upływem można zdobywać kolejne doświadczenia a tym samym wykorzystywać je nie tylko do tworzenia rzeczy nowych, co i poprawiania wcześniejszych dokonań. I tak też zrobił in-akustik wprowadzając na rynek piątą generację swojego referencyjnego okablowania, z której to puli, dzięki uprzejmości Stratos International trafiły w nasze skromne progi przewody głośnikowe in-akustik Reference LS-4005 AIR Pure Silver.

Jak już zdążyliśmy zaprezentować w ramach unboxingu do odbiorcy końcowego docierają w pokaźnych rozmiarów czarnym pudle, w którym ułożone warstwowo – na stosownych przekładkach i zabezpieczone przed niekontrolowanym przemieszczaniem szerokimi rzepami oa elementy mogące ulec zarysowaniu otrzymują eleganckie pokrowce. Wymienne końcówki sprytnie przymocowano do pokrywy, więc jeśli tylko nie posiejemy samego pudła, to i one powinny być zawsze pod ręką. Co do aparycji, to nie będę silił na kolejne metafory, tylko pozostanę przy „wężowej wylince”, gdyż właśnie ową gadzią pozostałość in-akustiki na myśl mi przywodzą. Wrażenie potęguje ażurowy rękaw zewnętrzny w postaci dość rzadkiej, białej plecionki polietylenowej. Czyli wszystko pozornie po staremu, choć jak nieśmiało nadmieniłem to jedynie pozory, bowiem o ile w LS-4004 zmiana (własnym sumptem) wtyków wymagała użycia znajdującego się na wyposażeniu małego torxa, to w aktualnej odsłonie cały proces już żadnego oprzyrządowania nie potrzebuje, bowiem stosowne wtyki BFA, bądź widły po prostu nakręca się na nagwintowane trzpienie. Ponadto sama mechanika połączenia przewodu z korpusem wtyku uległa poważnej metamorfozie, gdyż dość prosty i pracujący w jednej płaszczyźnie przegub/zawias zastąpiono osadzonym w dokręcanym kołnierzu przegubem kulowym, dzięki czemu uzyskano zdecydowanie większy – 360° zakres nastaw a tym samym zauważalnie poprawiono ergonomię podłączania tytułowych przewodów. Wystarczy tylko lekko poluzować pierścień, dopasować ustawienie wtyku do gniazda, podłączyć przewody i po zablokowaniu ich w gniazdach dokręcić kołnierze. Jak łatwo zauważyć w piątej generacji Air-ów również końcowe, wychodzące z baryłkowatych spliterów odcinki zachowują geometrię Air Helix. Wiązki przewodów na swych końcach zaciskane są z siłą 1,5 tony a wtyki są z rodowanej miedzi tellurycznej.
Same przewody wykonano z lakierowanych srebrnych żył o wysokiej czystości zaplecionych zgodnie z firmową geometrią AIR Helix, czyli prowadzeniu ich w precyzyjnym swoistym egzo-szkielecie złożonym z perforowanych przelotek. Jest to szalenie istotne, bowiem nawet podczas zginania i układania przewodów za systemem ułożenie wiązek biegnących wewnątrz nich przewodników nie ulega zmianie. Lakier zabezpiecza srebro nie tylko przed utlenianiem, lecz również powstawaniu prądów wirowych, którym przeciwdziała również ich bifilarna geometria.
W każdym przewodzie biegnie 16 wiązek o przekroju 1,2 mm² każda, przy czym na wiązkę składa się 24 srebrnych zaplecionych wokół rdzeni PE przewodników o średnicy 0,25 mm. O poziomie skomplikowania najlepiej świadczy fakt, iż choć produkcja in-akustików odbywa się ręcznie, to LS-4005 w wersji SBW i długości 3m składa się z 406 elementów, do produkcji każdej pary zużywa się srebrne przewodniki o długości 2 688m i 1 967m monofillamentu a wspomniane wcześniej przelotki mają 2 379 otworów, więc jest co i przez co przewlekać.

A jak LS-4005 „grają”? Przewrotnie powiem, że na pewno nie gorzej od swoich protoplastów i zarazem na tyle zjawiskowo, by z w pełni uzasadnioną nieufnością podchodzić do cierpliwie czekającego na swoje przysłowiowe pięć minut ich starszego rodzeństwa, czyli monstrualnych LS-8005. Tym razem mamy jednak pewne odwrócenie ról, gdyż podczas wcześniejszego spotkania LS-4004 były nawet nie daniem głównym, co deserem a tym razem przypadła im, znaczy się aktualnej inkarnacji, rola, jeśli nie przystawki, to co najwyżej, pozostając przy kulinarnych metaforach … zupy, bądź z racji swej lekkości intermezzo. Żarty jednak na bok. Nie da się bowiem ukryć, iż będące obiektem naszego zainteresowania tytułowe przewody nader zgrabnie wymykają się większości związanych zarówno z użytymi do ich budowy przewodnikami, jak i nawet pochodzeniem stereotypami. Po pierwsze nie sposób w ich brzmieniu odnaleźć nawet śladowych ilości przypisywanego srebru odchudzenia i nazbyt dominującej analityczności, czy też niemieckiej może nie tyle, znanej z desek rozdzielczych Volkswagenów, siermiężności, co pragmatycznej prostoty. Mówiąc wprost LS-4005 są ucieleśnieniem wyrafinowania, misternej złożoności i zarazem niezwykłej swobody prezentacji łączącej iście holograficzną przestrzenność z imponującą dynamiką i rozmachem. Jeśli jednak miałbym określić je jednym słowem, to pewnie zdecydowałbym się na „niewymuszoność”, gdyż w sposobie prezentacji in-akustików właśnie ów aspekt, przynajmniej w moim systemie, grał pierwsze skrzypce. Nie dość bowiem, że niemieckie głośnikowce stawiały raczej na dematerializację aniżeli epatowanie własną obecnością, to niezależnie od złożoności i brutalności reprodukowanego materiały wykazywały się godną podziwu może nie tyle nonszalancją, co zadziwiającym, stoickim spokojem. I nie, nie oznaczało to bynajmniej zdystansowania, jakiejś emocjonalnej ułomności, czy wręcz zgaszenia i spowolnienia przekazu, lecz w ramach wręcz wzorowej transparentności unikania ingerencji w serwowany materiał muzyczny. Im dłużej ich słuchałem, tym lepiej rozumiałem podejście stojącego za nimi zespołu i nadrzędną ideę „minimalizacji strat”. Chodzi bowiem o to, że ekipa in-akustika twardo stąpając po ziemi nie traktuje grona swych odbiorców niczym „zaćmionych” widzów TV Republika i otwarcie przyznaje, że każde połączenie, komponent w torze audio, w tym oczywiście również okablowanie jest elementem stratnym, więc cała zabawa polega na tym, by owe straty jak najbardziej ograniczyć. I to właśnie Reference LS-4005 AIR Pure Silver robią – nic, bądź prawie nic od siebie nie dodając również (prawie) nic nie tracą. Dlatego też z niezwykłą satysfakcją odnotowałem obecność zjawiskowej swobody, rozmachu, rozdzielczości i wgniatającej w fotel dynamiki jakie towarzyszyły odsłuchowi metalcore’owego „Where The Light Begins To Fade”, na którym nie tylko niezwykle trudno o dłuższą chwilę względnego spokoju, gdyż zazwyczaj po kilku czysto wyśpiewanych frazach od razu wchodzi scream/growl a i pozornie „normalne” wokalizy bardzo często traktowane są wszelakiej maści efektami, to o jakiś dający się zanucić przy goleniu refren . W rezultacie zazwyczaj owo wydawnictwo wypada tyleż ekscytująco, co niezaprzeczalnie ofensywnie wystawiając na próbę co słabsze emocjonalnie jednostki. A z LS-4005 w torze emocjonalność i ekspresja prezentacji z jednej strony wyrywała z butów a z drugiej dzięki niezwykle jedwabistej gładkości i wyrafinowaniu ani razu nawet nie zbliżyła się do granicy pomiędzy żywiołowością a napastliwością. Ponadto nawet przy najbardziej szaleńczych galopadach nie udało mi się przyłapać niemieckich przewodów na próbie upraszczania, czy też pewnej zgrubności w oddawaniu złożoności aranżacji. O nie, tu niezależnie od tempa, połamanych rytmów i gwałtowności spiętrzeń dźwięków zarówno gradacja planów, jak i ogniskowanie źródeł pozornych było na bardzo wysokim poziomie, było niezmienną stałą wokół rozgrywały się kolejne wydarzenia i prowadzona była niezaprzeczalnie kakofoniczna narracja.
Oczywiście również na bardziej cywilizowanym wsadzie muzycznym in-akustiki udowadniały zasadność swej obecności w torze. Ot chociażby surowy, wikiński „Huldufólk”  formacji SKÁLD, gdzie naturalne, wzorowane na historycznym instrumentarium oraz polifoniczne, śpiewane po staronordycku partie wokalne tworzą tajemniczy i baśniowy klimat pokazał zdolność LS-4005 do budowania niezwykle przestrzennych prezentacji, przy czym otwartość dźwięku bynajmniej nie wynikała z jego rozjaśnienia, co mogłoby sugerować użyte srebro, lecz wręcz dyskretnego przyciemnienia idącego w parze z ponadprzeciętną rozdzielczością pozwalającą dostrzec najdrobniejsze niuanse nawet w mrocznych zakamarkach sceny. Do tego doszła jeszcze równie naturalna gra ciszą, którą potęgowało atłasowo czarne tło oraz brak nawet najsłabszych oznak granulacji. Dlatego też, gdy tylko zadana playlista nieuchronnie zbliżała się ku swemu końcowi czym prędzej wzbogaciłem ją o nie mniej klimatyczny „Vanheimr” Rúnfell, na którym czekała prawdziwa perełka – pełen ptasich szczebiotów „Frejas Forest”, czyli utwór, który w optymalnych warunkach potrafi przenieść słuchacza do mitycznego lasu. I chyba nie muszę dodawać, że z LS-4005 ta „teleportacja” odbyła się w tzw. okamgnieniu i z takim realizmem, że niemalże czułem się w obowiązku szukać kasy, gdzie mógłbym uiścić opłatę klimatyczną.

Zamiast po raz kolejny dublować i mnożyć superlatywy w ramach podsumowania pozwolę sobie jedynie stwierdzić, że in-akustik Reference LS-4005 AIR Pure Silver to przewody tyleż wybitne, co skierowane do wyrafinowanego i świadomego istoty High-Endu odbiorcy. Chodzi bowiem o to, że jeśli ktoś spodziewa się po ich wpięciu szoku, wywrócenia wszystkiego na lewą stronę i swoistego oszołomienia na miarę udania się po zakropleniu atropiny do lunaparku, to spokojnie może je sobie odpuścić. Jeśli jednak zależy nam na transparentności, prawdzie i wyrafinowaniu, gdzie pomiędzy nami a muzyką tor audio pełni rolę nazwijmy to „służebną” a nie narzucającą własną sygnaturę i interpretację, to tytułowe głośnikowce wpiszą się w owe oczekiwania wprost idealnie.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Zapewne wielu z Was znakomicie się orientuje, iż tytułowy producent okablowania audio, jeśli nie był pierwszym, to z pewnością jednym z pionierów ciekawego prowadzenia sygnału. Otóż w swoich konstrukcjach podszedł do tego tematu nie w formie typowej, od zarania dziejów stosowanej ciasnej skrętki, tylko przestrzennego, co ważne, mimo że z tendencją spiralnego wirowania wokół osi, to konsekwentnie w miarę równoległego ułożenia poszczególnych żył od siebie na stelażu zbudowanym z wykorzystaniem okrągłych, wielootworowych dysków. I zapewniam, nie chodziło o to, że taka konstrukcja będąc odmienną wizualnie od typowego okablowania łatwiej łapie klienta za oko, tylko precyzyjne prowadzenie danych poprzez każdą z żył względem siebie na całej długości kabla daje wymierne wyniki soniczne. Wyniki, których jedną z wersji mieliśmy już okazję poznać podczas pierwszego naszego zderzenia z wdrożonym w życie takim pomysłem w sieciówce Reference AC-2405 Air. Efekt był na tyle ciekawy, że chcąc przypomnieć sobie tamte doznania, podczas tegorocznej wystawy w Wiedniu zapytaliśmy dystrybutora o coś w podobnym stylu, tylko z wyższej serii. Takim to sposobem w wyniku rozmów ze Stratos International tym razem dotarł do nas zajmujący drugi miejsce w cenniku zestaw okablowania głośnikowego in-akustik Reference LS-4005 Air Pure Silver.

Jeśli chodzi o budowę naszych bohaterów, nie będę się zbytnio rozpisywał, bowiem wszystko dokładnie zostało nie tylko opisane, ale także okraszone serią zdjęć na stronie producenta. Jednak jestem Wam winny skreślenia choćby zdawkowego pakietu informacji. Otóż jak sugeruje nazwa modelu, przewodnikiem jest wysokiej czystości srebro. Srebro, które w celu przesłania sygnału najpierw skręcono z drobnych, lakierowanych nitek w grubsze linki, poprowadzono spiralnie za pomocą specjalnie zaprojektowanych wielootworowych teflonowych stelaży. Finał takiego pomysłu jest taki, że sygnał jest izolowany najbardziej neutralny, czyli w pozbawiony skutków ubocznych sposób jakim jest powietrze, a przy okazji okablowanie wygląda jak przysłowiowy milion dolarów. I nie mówcie, że bawiąc się w nasze hobby nie interesuje Was wygląd posiadanych zabawek, bo sam tak twierdząc lubię, gdy aplikuje w swoją zbieraninę coś ładnego. Reasumując powyższy skrót opisu budowy w momencie decyzji zakupowej dostajemy produkt w każdym calu dopracowany do perfekcji z estetyką brzmienia z segmentu ekstremalnego High End-u. O jaką estetykę w tym przypadku chodzi, postaram się przybliżyć zainteresowanym w kolejnej części tekstu.

Co mogę powiedzieć o rzeczonym zestawie okablowania kolumnowego? Otóż z wielką przyjemnością wspomnę o kilku ciekawych obserwacjach. Tym bardziej istotnych, że bazujące na srebrze in-akustiki podczas testu zastąpiły miedziane Furutech-y. Co zatem wydarzyło się po testowej zamianie miejsc? Naturalnie zmiany szły typową drogą dla srebra, jednak robiąc wszystko z wielkim, co ważne, fajnie wypadającym brzmieniowo w wykonaniu mojego zestawu umiarem. Po pierwsze dźwięk lekko przyspieszył. Po drugie choć przekaz nadal był daleki od niedowagi, to jednak nieco zebrał się w sobie. A po trzecie na transparentności zyskał wyższy środek. Nie powodował efektu ogólnego rozjaśnienia wizualizowania wydarzeń scenicznych, jednakże ewidentnie w tym zakresie było nieco żywiej. A jakieś straty? Otóż nie nazwałbym tego jakimikolwiek mankamentami, tylko efektem zastosowania szlachetnego półproduktu na żyły sygnału. Po pierwsze chodzi o to, że kolorystyka prezentacji ze słodkiego złota podryfowała w stronę koloru wykorzystywanego kruszcu, czyli srebra. Zaś po drugie impuls zmienił wysoki poziom soczystości i dobrze rozumianej krągłości w bardziej wyczynową szybkość narastania sygnału oraz atakowanie mnie bardzo dobitniej zdefiniowaną w domenie krawędzi energią. Próbując zebrać powyższe aspekty w jedną myśl powiedziałbym, iż mój system udanie, bo bardzo ciekawie w odbiorze zmienił priorytety z cyzelowania barwy i krągłości podbudowanych soczystym, ale w pełni kontrolowanym impulsem, na konkretne uderzenie słuchacza wyraźną krawędzią szybciej reagującej na realia muzyczne, bo bardziej zwartą i twardszą energią. Efekt podmianki był na tyle udany, że mimo obecnego obstawiania raczej solidnej muzykalności, aniżeli wyrazistej bezpośredniości, bez problemu chłonąłem każdy rodzaj muzyki z pełnym wejściem w nagranie tak od strony zawartych w niej artystycznych emocji, jak i brzmienia wykorzystywanego instrumentarium.
Pierwszym z brzegu i zaznaczam, że niełatwym materiałem sprawdzającym powyższe spostrzeżenia był Eric Bib ze swoim krążkiem „Spirit & The Blues”. Jego zdradliwość w kwestii trudności fajnego odtworzenia naturalnie powoduje wykorzystywana przez niego gitara. Gitara, która jest wręcz synonimem tego rodzaju twórczości i jakiekolwiek limitowanie długości oraz wielobarwności wybrzmień strun z automatu zabija ważny aspekt odbioru takiej muzy. Oczywiście mam na myśli kwestię dotarcia do słuchacza poprzez czarowanie pięknem pracy tego instrumentu. To nie jest rockowe szaleństwo, które nawet słabo zrealizowane swoją ekspresją zawsze przebije się do naszego wnętrza. Blues to magia wokalu, użytych instrumentów i naturalnie jakości projekcji. I musze powiedzieć, że gdy nieco obawiałem się zderzenia tej muzy ze srebrem, finał wypadł. bardzo dobrze. Ze zrozumiałych względów było nieco mniej płynnie i kolorowo, ale za to jakby bardziej dokładnie w pokazywaniu najdrobniejszych niuansów, co w najmniejszym stopniu nie spowodowało utraty odpowiedniego poziomu muzykalności. Materiał mimo lekkich zmian przedroszadowych priorytetów bez problemu mnie w pełni angażował.
Z innej muzycznej beczki na tapecie wylądował materiał Linkin Park „From Zero”. To po śmierci Chestera Beningtona nowe rozdanie tego zespołu i muszę powiedzieć, że ze względu na ekspresję śpiewu zastępującej go niewiasty tak jak wcześniejsze produkcje nadal konsekwentnie mnie kręci. Dlatego też chcąc podłożyć przysłowiową kłodę testowanym kablom zaryzykowałem skonfrontowanie damskiego „krzyku” z fundującym lekką kurację odchudzającą przekazowi srebrem w in-ukustikach. Efekt? Po pierwsze wokal nie cierpiał. Nie był już tak soczysty, ale nadal nie męczył. Ale za to bardzo zyskał drive muzyki. Stała się jeszcze bardziej nieprzewidywalna od strony ataku i bezpośredniości, co pokazało ją z innej, niż mam na co dzień, ale równie ciekawej strony. Takim to sposobem kolejny raz strach miał jedynie wielkie oczy.

Czy potencjalne nabycie niemieckich kabli to idealne rozwiązanie dla każdego? Naturalnie nie, gdyż znam wiele systemów już na starcie oferujących tak napięty poziom wyrazistości prezentacji muzyki, że dodatkowe trzy grosze od in-akustika może się nie sprawdzić. Ale w moim odczuciu już neutralne systemy mogą na takim połączeniu wiele zyskać. Punkt ciężkości nieco się przesunie, jednak w pakiecie zmian dostaną nienachalną szczyptę agresji. A jeśli tak, chyba nikt nie podniesie larum, gdy dodam, iż dla lekko ocieplonych oraz „zamulonych” systemów będzie to jeśli nie ratunek, to powiew niezbędnej świeżości projekcji. Muzyka nabierze odpowiednich proporcji, co sprawi, że będzie ciekawsza w odbiorze. Zatem jeśli kręci Was jakaś zmiana okablowania głośnikowego w posiadanej układance, musicie wziąć pod uwagę, z jaką grupa mniej więcej się utożsamiacie. Po trafnym postawieniu diagnozy będzie tylko z górki.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Stratos International
Producent: in-akustik
Cena: 27 467€ / 2 x 2m; 34 144€ / 2 x 2,5m; 40 790€ / 2 x 3m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Sine MC40

Opinia 1

Pół żartem, pół serio część naszych czytelników po teście „małego” StromTanka S-1000 uznała, że spokojnie możemy sobie darować dalsze poszukiwania i eksplorację segmentu ustrojstw prąd filtrujących. I pewnie coś w tych radach było na rzeczy, tym bardziej, że niemiecki kondycjoner i my bardzo miło wspominamy. Jednak chcąc mieć możliwie pełne rozeznanie w rynku nawet jeśli coś nam ewidentnie podpasuje wcale nie oznacza to, że definitywnie kończymy temat i nie mamy ochoty zakosztować alternatywnych rozwiązań. Dlatego też, gdy tylko nadarzyła się okazja do pozyskania na testy wyrób niedawno debiutującego na naszym rynku hongkońskiego Sine czym prędzej wyraziliśmy chęć przyjęcia go pod swoje dachy. O czym mowa? O najnowszym i zarazem najmniejszym z „pełnowymiarowych” kondycjonerów zasilania o symbolu MC40.

Wracając jedynie na chwilę do wstępniakowej charakterystyki naszego gościa pozwolę sobie nieco ją doprecyzować, bowiem reprezentujący tytułową markę rodzimy dystrybutor (AudioPhase Select) na chwilę obecną dysponuje ww. 40-ką, oraz usytuowanym oczko wyżej S-60A Pt Edition, gdy tymczasem w azjatyckim portfolio znajdziemy zarówno flagowy Gateway 3, jak i listwopodobne propozycje w stylu MC30, MC25 oraz minimalistyczną „kostkę” S-2X. Jakby tego było mało w ofercie jest jeszcze pięć modeli „zwykłych” listew oraz dwa potężne regulatory napięcia SRT-5KV Pt i SRT-3KV Pt a to jedynie niewielki wycinek imponująco szerokiego asortymentu oferowanego przez Sine, co jasno daje zainteresowanym do zrozumienia, że mamy do czynienia z poważnym graczem a nie efemerydą, która po jednym rozbłysku zniknie za horyzontem.
Wracając do MC40 nie da się ukryć, iż już w trakcie unboxingu jego wartość postrzegana wyraźnie wykracza poza widniejącą na metce cenie oscylującej w okolicach 8 kPLN. Uwagę zwraca masywny, precyzyjnie obrobiony centymetrowy aluminiowy front z podświetlonym firmowym logotypem i mający mniej więcej połowę standardowej głębokości komponentów Hi-Fi równie solidny, czerniony korpus. Dzięki temu 40-kę z powodzeniem można ustawić na półce audio-stolika a podłączone na jego „plecach” przewody nie będą kłębić się za szafką, zajmując dodatkowe miejsce. A właśnie, przy chociażby przelotnym zerknięciu na zakrystię 40-ki z lekkim smutkiem wypada stwierdzić, iż przeznaczona na rynek europejski (zarówno „kontynentalny” , jak i UK) wersja dysponuje jedynie sześcioma gniazdami wyjściowymi – dwoma przeznaczonymi dla reprezentantów domeny cyfrowej i czterema dla urządzeń „analogowych”, w przeciwieństwie do amerykańskiej (US Nema) edycji, które mogą pochwalić się gniazdami ośmioma (oprócz ww. „europejskiego” zestawu dochodzi jeszcze para High-Current). Jeśli zatem dla kogoś sześć przyłączy to za mało, to do wyboru ma jeszcze ww. 60, która dysponuje siedmioma gniazdami Schuko. Na otarcie łez wypada wspomnieć, iż wszystkie gniazda nie dość, że posiadają platynowane pin-y, to dodatkowo poddano je obróbce kriogenicznej, czyli schłodzono je do -196°C na okres 48h, dzięki czemu wg. producenta, zmianie ulega struktura molekularna metali, zmniejsza się wewnętrzny opór elektryczny a tym samym minimalizowane są straty przepływu. Kriogenizacji poddano również wewnętrzne okablowanie, w tym dwie główne miedziane żyły solid-core o średnicy 13AWG (1.828 mm / 2.62 mm²) i wysokiej klasy 20A wyłącznik automatyczny. Masywną, stalową płytę spodnią uzbrojono w cztery firmowe aluminiowe, antywibracyjne stopy podklejone od spodu miękkim filcem. A jeśli kogoś najdzie ochota, skłoni go do tego deficyt miejsca, z powodzeniem może 40-kę ustawić w pionie.
Jeśli chodzi o trzewia, o których już co nieco zdążyłem wspomnieć, to każda z par gniazd wyjściowych posiada własną sekcję układów kompensacyjnych poprawiających przepływ i dostarczanie energii elektrycznej a rolę dodatkowych oczyszczaczy pełnią dwa 40A przewody magnetyczne ze stopu aluminium (charakterystyczne czarne cylindry). Z kolei umieszczone w dolnej komorze antyrezonansowe, pieszczotliwie określane przez „życzliwych” mianem „kociego żwirku”, grafitowe wypełnienie dodatkowo pochłania wewnętrzne zakłócenia elektromagnetyczne. O izolację przed zewnętrznymi RFI dba odpowiednio solidny korpus.
Zgodnie z zapewnieniami producenta maksymalną, ciągłą obciążalność Sine MC40 ustalono na poziomie 6 000 W.

Tyle teorii, solennych zapewnień wytwórcy i wrażeń czysto organoleptycznych. Najwyższa pora na odsłuchy, podczas których poza Sine znalazła się jedynie 300W integra Vitus Audio RI-101 MkII która na 99,9% tego typu uzdatniaczy reaguje ciężką alergią. Efekt zastąpienia mojego dyżurnego „nicniemającego” Furutecha e-TP60ER? Zaskakujący, bowiem zazwyczaj zastąpienie japońskiej listwy dysponującą bardziej zaawansowaną filtracją konkurencją bądź kondycjonerem zazwyczaj objawia się obniżeniem równowagi tonalnej, delikatną limitacją góry i okazjonalnym majstrowaniem przy głębokości sceny, barwach i wysyceniu przekazu. Tymczasem MC40 wniósł powiew energetycznej witalności i blasku. Zero spodziewanego zaokrąglenia, zero „misia” na basie a w zamian za to soczysta świeżość i świetny drajw. Co ciekawe, choć najniższe składowe zyskały na zróżnicowaniu i crossfitowej żylastości trudno było powiedzieć, że basu jest faktycznie mniej. Po prostu był lepiej kontrolowany i bardziej żwawy, więc finalnie przy takim samym wolumenie oferował większy, bogatszy pakiet informacji.
Zacznijmy jednak od początku, czyli od rozgrzewkowego „Love, its longing. Vol.4” Woongsan gdzie nie tylko wokal artystki został z iście zegarmistrzowską precyzją zdefiniowany tuż przed słuchaczami, co i ona sama zmaterializowała się w przestrzeni międzykolumnowej. Przesadzam? Cóż, niewykluczone, lecz jeśli znacie anegdotę o takim poziomie realizmu, kiedy podczas odtwarzania repertuaru znanych rockowych kapel z barku znikają co mocniejsze trunki, a jeśli tylko gospodarz dysponował jakimiś innymi substancjami psychoaktywnymi, to poodsłuchowy remanent również wykazywał pewne braki, to Sine podąża właśnie w tym kierunku. Całe szczęście azjatycka Diva nijakich ciągot do używek nie wykazywała, więc ograniczyła się li tylko do nieco ponad trzech kwadransów obecności w moim pokoju i wielce zmysłowego, kameralnego recitalu. Ponadto świetna rozdzielczość i wspomniana świetlistość wprowadzona przez MC40 nie spowodowały męczącego na dłuższą metę podkreślenia sybilantów, więc pomimo ewidentnie „szeleszczących” partii wokalnych komfort odsłuchu był wyborny. Idąc za ciosem i chcąc na własnej skórze przekonać się o ww. znikaniu bursztynowych eliksirów sięgnąłem po „Empire” Qeensrÿche i choć stan barku nie uległ zauważalnemu uszczupleniu, przynajmniej przez ekipę z Seattle, to prawdę powiedziawszy dawno stary dobry rock (dla niewtajemniczonych ten krążek ma … 36 lat) nie zabrzmiał u mnie z takim rozmachem i swobodą a jednocześnie zaraźliwym timingiem, unikając jednocześnie „kuracji odchudzającej”. Nie problem bowiem „zrobić” przestrzeń kastrując nagranie z basu, jednak efekt takowych działań zazwyczaj przypomina „symulację” głośnika tubowego za pomocą metalowego wiadra a takich atrakcji nasz dzisiejszy gość mi oszczędził. I tu kolejna ciekawostka, bowiem zarówno pedantyczne zaczernienie tła i oczyszczenie przekazu nie spowodowało ani efektu zbytniej sterylności, ani wręcz przeciwnie – utraty otwartości góry i redukcji aury pogłosowej, gdyż te składowe zostały wręcz dopieszczone i podkreślone. Wszelkie mikro wybrzmienia mogły dłużej „gasnąć” w tle, gdyż nie przykrywały je żadne pasożytnicze artefakty. Podobne adnotacje poczyniłem przy wokalu Geoffa Tate’a, który choć odważnie zapuszczał się w wysokie rejestry ani razu nie spowodował grymasu na mej twarzy. Po prostu całość brzmiała nie tylko dobrze, co realistycznie a to, przynajmniej przy starszych i w dodatku rockowych nagraniach niezbyt często spotykane połączenie. Przypadek, nie sądzę, gdyż dalsze próby z coraz cięższym materiałem za każdym razem dowodziły genialności hongkońskiego uzdatniacza. Jeśli ktoś w tym momencie sceptycznie podchodzi zarówno do kwiecistości, jak i słuszności moich komplementów dotyczących MC40, to polecę mu wypożyczenie tytułowego filtra, wpięcie weń posiadanego systemu i włączenie na niemalże koncertowych poziomach głośności „Hymns in Dissonance” Whitechapel. Następnie wystarczy, że uda się po sąsiadach z przeprosinami, a wiedzę podczas odsłuchów zdobytą zachowa dla siebie. Sine pewnie też, ale to już zupełnie inna historia …

Prawdę powiedziawszy za bardzo nie wiem, jak podsumować odsłuchy Sine MC40, gdyż z jednej strony mamy do czynienia z niezwykle skutecznym i w dodatku nader rozsądnie wycenionym akcesorium uzdatniającym prąd zasilający nasze urządzenia a z drugiej cały czas z tyłu głowy mam świadomość, iż to przecież dopiero jeśli nie początek, to co najwyżej półmetek możliwości azjatyckiego wytwórcy. Jeśli więc już na starcie wypstrykam się z samych ochów i achów jak poradzę sobie z dalszym stopniowaniem zachwytów w ramach kolejnych testów? Dlatego też w ramach dzisiejszej puenty pozwolę sobie jedynie stwierdzić, że dysponując przysłowiową „dyszką” na zasilanie i zarazem przejawiając oznaki niecierpliwości z powodzeniem można zdecydować się na Sine MC40 z jakimś możliwie wydajnym prądowo przewodem w stylu firmowego Nidas HC+ i na dłuższy czas zapomnieć o temacie. Jeśli jednak ktoś celuje „wyżej”, to z pewnością powinien przyjrzeć i przysłuchać się starszemu rodzeństwu naszego bohatera.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jestem pewny, że tak ja, także znakomita większość Was w jakimś momencie zabawy w hobby związanym z tematyką audio spotkała się z problemem braku gniazd pozwalających zasilić rozbudowany system. Temat jest stary jak świat, jednak w błędzie jest ten, kto sądzi, że łatwy do ogarnięcia. Mam oczywiście na myśli stanięcie przed wyborem, czy decydujemy się na pozbawioną jakichkolwiek systemów filtrujących energię elektryczną przed dostarczeniem jej do urządzeń zwykłą listę zwaną potocznie „złodziejką”, czy idziemy w stronę bardziej lub mniej zaawansowanych technicznie kondycjonerów. Naturalnie z uwagi na brak szans na jednoznaczną odpowiedź co jest lepsze, a co gorsze, nie będę drążył tego tematu, tylko zainteresowanych zapraszam do zapoznania się z opinią na temat zasilenia w moim zestawie sekcji przedwzmacniacza liniowego pochodzącym z Hong Kongu kondycjonerem marki Sine, z portfolio której stacjonujący w Sukowie dystrybutor AudioPhase Select dostarczył nam model MC40.

MC40-ka to średniej wielkości, z uwagi na ładne wykończenie wyglądająca jak komponent audio skrzynka z grubym aluminiowym panelem, w trzewiach której konstruktorzy umieścili efekty wieloletnich doświadczeń. Idąc za informacjami producenta należą do nich: zastosowanie 40-amperowych przewodów magnetycznych ze stopów aluminium do kondycjonowania napięcia, zastosowanie gniazd wysokoprądowych, platynowane gniazda i wtyki poddane obróbce kriogenicznej, niedziane okablowanie wewnętrzne osiągające poziom średnicy o wartości 13 AWG, 3 zestawy układów kompensacyjnych, wytłumienie dolnej części obudowy materiałami bitumicznymi działającymi antywibracyjne oraz 20A włącznik główny poddany obróbce kriogenicznej. Jak widać, panowie się przyłożyli. I to nawet bardzo, bowiem na tylnym panelu nie dość, że znajdziemy 6 kondycjonowanych gniazd, to jeszcze zgrupowano je w dwóch sekcjach dedykowanych osobno dla komponentów analogowych i cyfrowych. Czyli śmiało można powiedzieć, iż jest na bogato. A jak w temat wygląda od strony wpływu na wykorzystujące naszego bohatera urządzenia? Po odpowiedź naturalnie zapraszam do kolejnej części tekstu.

Zanim przejdę do konkretów, wspomnę, iż wyniki testu tytułowego kondycjonera w dzisiejszym przypadku są tak naprawdę różnicami pomiędzy wykorzystaniem jego zaraz po wypięciu elektroniki ze zwykłej listwy bez żadnych układów poprawiających jakość energii elektrycznej. Osobiście używam tylko prostych rozgałęziaczy, dlatego bardzo łatwo jest mi zorientować się, co dzieje się, gdy zastosuję jakiś aktywnie działający terminal prądowy Jak zatem odebrałem będącego punktem dzisiejszego zainteresowania przedstawiciela z Azji Sine MC40? Otóż od pierwszych taktów słychać było, że przekaz nabrał płynności. Muzyka brzmiała bardziej gładko i jakby cieplej. Nie nabrała masy, a nawet jakby lekko zgubiła parę dekagramów, dzięki czemu stała się bardziej angażująca w odbiorze. A powodem takiego stanu rzeczy było lekkie podniesienie tonacji dźwięku, co zafundowało mu ciekawy w odbiorze zastrzyk ekspresji. Ekspresji, która poprawiła drive muzyki i żywiołowość kreowania wydarzeń na wirtualnej scenie. Efekt wypadał naprawdę ciekawie, bowiem mimo mojego codziennego optowania za solidniejszym przestawianiem ścian podczas słuchania mocnych kawałków rockowych, w tym przypadku minimalnie delikatniejsze walnięcie dźwiękiem z powodzeniem rekompensowała dawka płynnie podanej ekspresji. Bez zabiegu ukulturalniania byłoby to pewnie męczące, tymczasem dobrze, bo okraszone plastyką doświetlenie średnicy spowodowało, że rockmeni w swoim szaleństwie szli na tak zwanego maksa. Reasumując powyższy przykład mocne granie mimo minimalnej kuracji odchudzającej może nieco inaczej, ale nadal pokazywało swoje rogi. Podobną drogą odbioru szła także muzyka jazzowa. Brzmiała niby lżej, jednak przy okazji pokazywała większe rozwibrowanie, co w tym gatunku jest bardzo istotnym elementem w docieraniu do serca melomana. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, owo odchudzenie było symboliczne, dlatego nie było kosztów ubocznych, tylko inne podejście pokazania odbiorcy innego sposobu na muzykę. A piszę o tym z uporem maniaka, gdyż bez dwóch zdań ten aspekt było słychać. Aspekt, który jak wynika z powyższych przykładów, nie dość, że nie był jakimkolwiek problemem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby był pewnego rodzaju ratunkiem. I powiem szczerze, że gdy nie przepadam za kondycjonerami, bo zazwyczaj tylko zwiększają nutę gładkości, to takie z jednej strony upłynnienie przekazu, a z drugiej ożywienie go przyjąłem z wielkim pozytywnym zaskoczeniem. A jak zaznaczyłem, nie jestem entuzjastą stosowania kondycjonerów.

Czy bazując na powyższych wnioskach Sine MC40 mogę zaproponować każdemu? Otóż, jeśli tylko nie macie nazbyt stonowanego w prezentacji systemu, jak najbardziej tak. Dostaniecie fajne, bo żywe i przyjemnie w odbiorze granie, które odda ducha każdego rodzaju muzyki. I nie będzie miało znaczenia, że z minimalnie podniesiona tonacją, gdyż to zmiany na poziomie drobnej korekty, które w zderzeniu z przyjemnością odbioru na początku okażą się nieistotne, a po krótkim czasie całkowicie niezauważalne. A to dopiero pierwsza dobra informacja, bowiem drugim aspektem przemawiającym za testowanym kondycjonerem jest bardzo ciekawie skorelowana z jakością brzmienia cena. Banał? Zapewniam, że nie, czego biorąc go na testy sami możecie doświadczyć.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: AudioPhase Select
Producent: Sine
Cena: 7 990 PLN

Dane techniczne
Maksymalna moc ciągła: 6 000 W (220 V)
Łączna moc chwilowa (impulsowa): 10 600 W (220 V)
Wymiary (S x G x W): 372 × 180 × 160 mm
Masa netto: 10 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Electrocompaniet ECI 6 DX MKII

Opinia 1

Jak z pewnością większość trzymających rękę na pulsie światowego audio pasjonatów i zarazem naszych stałych czytelników zdaje sobie sprawę, dzisiejszy gość nie jest ani debiutantem tytułowej marki na łamach SoundRebels, ani tym bardziej gorącą „świeżynką” o której test bezpardonowo walczą poszczególne redakcje. Pojawił się bowiem na rynku na jesieni 2020 r, więc trudno uznać, iż nosi jakiekolwiek znamiona nowości. Skoro jednak nadal pozostaje w norweskim katalogu, to zasadnym wydało nam się własnouszne zweryfikowanie jego możliwości funkcjonalno-brzmieniowych, bowiem zgodnie z tym, co podpowiada nasza wyszukiwarka jeszcze nie mieliśmy do czynienia z żadnym wzmacniaczem zintegrowanym … Electrocompanieta, więc czym prędzej postanowiliśmy owe zaległości nadrobić. Tzn., żeby była pełna jasność sytuacji – to, że recenzja żadnej z odsłon charakterystycznych integr nie pojawiła się na naszych łamach bynajmniej nie oznacza nieznajomości tematu, bowiem sięgając do archiwaliów nie będę ukrywał, że niejaki ECI 5 trafił do mnie w styczniu 2012 r a na przełomie marca i kwietnia 2018 opuścił mój skromy system, czyli jak łatwo można policzyć przez ponad sześć lat cieszył tak oczy, jak i przede wszystkim uszy. W tzw. międzyczasie przez nasze redakcyjne podwoje przewinęły się reprezentujące norweskie portfolio zarówno analogowe źródła, kompletne systemy, jak i same sekcje wzmacniające począwszy od kompaktowych AW180, na topowych AW 800M kończąc. Krótko mówiąc stosowny „podkład” mamy a tym samym bez zbędnej zwłoki możemy przejść do meritum, czyli de facto obecnie topowej i zarazem najlepiej wyposażonej wersji (dostępna jest również w pełni analogowa – pozbawiona sekcji DAC-a i streamera ECI 6 MKII) integry Electrocompaniet ECI 6 DX MKII.

Jak doskonale na powyższych zdjęciach widać ECI 6 DX MKII jest rasowym przedstawicielem norweskiego mainstreamu, czyli serii Classic Electrocompanieta. Mamy zatem wszechobecną, dystyngowaną czerń, z którą wybornie koresponduje zarówno akrylowa tafla frontu, jak i złota ornamentyka. Szkoda jedynie minionych (znanych z „pierwszej” 5-ki) piktogramów źródeł, które zastąpił co prawda bez porównania bardziej czytelny, lecz zarazem, przynajmniej z mojego punktu widzenia, bez porównania mniej elegancki, okupujący lewą flankę błękitny wyświetlacz. Całe szczęście zarówno centralnie umieszczony logotyp z charakterystyczną niebieską aureolką informującą o wybranym poziomie głośności, jak i włącznik główny oraz typowy dla Skandynawów zlokalizowany po prawej stronie czteroprzyciskowy krzyżak wyboru źródła i siły głosu są od lat takie same i mają postać solidnych złotych przycisków. Zarówno boki korpusu, jak i płyta górna w swych tylnych połaciach są gęsto perforowane i z racji, iż urządzenie dość zauważalnie się nagrzewa lepiej zapewnić mu tak po bokach, jak i od góry nieco miejsca.
Widok ściany tylnej w pełni odzwierciedla wspominaną we wstępie deklarację niemalże pełnej samowystarczalności dzisiejszego gościa, bowiem jeśli do pełni szczęścia wystarczą nam zaimplementowane w jego trzewiach sekcje streamera, DAC-a i platforma bazowa w postaci rasowej, legendarnej w pewnych kręgach norweskiej integry, to praktycznie wypada tylko zadbać o jakieś kolumny, ewentualnie podpiąć jeszcze smart TV i temat mamy zamknięty. Dlatego też lewą połowę zgodnie ze sobą dzielą tak cyfrowe, jak i analogowe interfejsy, z których pierwszą grupę reprezentują port Ethernet RJ45, gniazdo USB A do podpięcia zewnętrznych pamięci masowych, antenę Wi-Fi, po parze wejść optycznych i koaksjalnych oraz port USB B. Z kolei sekcja analogowa to para wejść XLR, trzy pary wejść RCA oraz zestaw wyjść – po parze RCA i XLR. W zestawie nie zabrakło przelotki triggera i przeznaczonego do integracji z domową inteligencją terminalu RS232. Terminale głośnikowe są pojedyncze i otulone plastikowymi kołnierzami zabezpieczającymi przed przypadkowym zwarciem a listę zamyka zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC. I tu pozwolę sobie na małą dygresję, bądź jak kto woli osobistą wycieczkę, ale odkąd Norwegowie w inkarnacji Mk2 popularnej integry ECI5 zastąpili solidne WBT-y podobnymi do widniejących powyżej zamiennikami i kultywują owe praktyki najdelikatniej rzecz ujmując ręce opadły mi z szelestem a w głowie zaczęły rodzić się pytania odnośnie powodów przeprowadzenia takowego auto-sabotażu. No bo jak, chociażby z logicznego i ergonomicznego punktu widzenia, wytłumaczyć taką orientację gniazd, że jeśli tylko uda się w nich umieścić (co jak pokazuje praktyka wcale nie jest takie oczywiste) zakonfekcjonowane widłami wtyki, to niejako z automatu blokujemy sobie dostęp do wyjść XLR z sekcji przedwzmacniacza, co teoretycznie da się jakoś przeboleć, oraz … gniazda zasilającego, co jak łatwo się domyślić może nastręczać pewne problemy. Krótko mówiąc chciał, nie chciał zamiast kopać się z przysłowiowym koniem lepiej zacisnąć zęby i jeśli tylko, nie uprzedzając faktów, ECI 6 DX MKII przypadnie nam brzmieniowo do gustu, zaopatrzyć się w okablowanie, przynajmniej od strony wzmacniacza zakończone bananami/BFA.
Wraz z wzmacniaczem otrzymujemy systemowy pilot zdalnego sterowania, który swoją plastikowością niestety niezbyt koresponduje z elegancją jednostki głównej. Całe szczęście wybawieniem jest firmowa, dostępna zarówno na Androida, jak i iOSa apka EC Play, którą z powodzeniem daje się zawiadywać 6-ką. W dodatku 6-ka „dogaduje się” z popularnymi serwisami streamingowymi w ich odmianach „connect”, więc nawet bez ww. apki możemy cieszyć się ich nieprzebranymi zbiorami bez instalacji dodatkowego oprogramowania.

W sekcji cyfrowej znajdziemy kości Texas Instrument 4392 (konwerter częstotliwości) oraz DAC Cirrus logic 4392, z kolei stopień wyjściowy przedwzmacniacza pracuje w klasie A. W zasilaniu uwagę zwraca klasyczny 650 VA toroidalny transformator współpracujący z baterią kondensatorów o łącznej pojemności 88,000 µF. Deklarowana przez producenta moc to 125W przy 8Ω, 200W przy 4Ω i aż 370W przy 2Ω obciążeniu na kanał. Warto również podkreślić fakt zbalansowaną topologię sekcji wzmocnienia, więc obecność XLR-ów tak na wejściu, jak i wyjściu nie jest dziełem przypadku a rekomendowanym interfejsem komunikacji z urządzeniami peryferyjnymi.

A jak nasz dzisiejszy gość gra? Jeśli powiem, że po swojemu i zarazem jak na Electrocompanieta przystało, to z jednej strony będę miał rację a z drugiej pozostawię na tyle szerokie pole manewru do interpretacji, że niemający jeszcze do czynienia ze skandynawską myślą techniczną melomani i audiofile mogą poczuć się lekko zdezorientowani. W dodatku 6-ce pod względem charakterystyki, przynajmniej w dolnej części skali głośności bliżej do EC 4.8 aniżeli którejkolwiek z ww. końcówek. Chodzi bowiem o to, iż przy cichym odsłuchu równowaga tonalna przesuwa się zauważalnie ku górze, przez co zaczyna dominować wyższa średnica i góra. W dodatku powstałą „lekkość” dźwięku intensyfikuje lekkie wycofanie prezentacji. Jednak wraz ze wzrostem głośności sytuacja ulega wyraźnej normalizacji, by przy standardowych, codziennych dawkach decybeli oferować właściwą marce muzykalność i żywiołowość. Co prawda nawet do 180-ek brakuje nieco ciepła i krągłości, jednak 6-ka rekompensuje to delikatnie podbitym przełomem niższej średnicy i wyższego basu, przez co przekaz charakteryzuje zaraźliwa motoryka. Jak łatwo się domyślić taka sygnatura jest niezwykle korzystna dla wszelkich rockowych i metalowych porykiwań, choć dobierając repertuar warto pamiętać o odważnej górze, która w przypadku nazbyt euforycznie smaganych blach, bądź ognistych riffów potrafi o sobie tu i ówdzie przypomnieć. O dziwo, na bardziej cywilizowanym materiale, jak chociażby „Brotherhood Of Brass” Frank London’s Klezmer Brass Allstars wszechobecne dęciaki zamiast popadać w ofensywną jazgotliwość uległy jedynie uatrakcyjniającemu rozświetleniu i minimalnemu utwardzeniu, przez co nawet nie zbliżając się do granicy komfortu oferowały ponadprzeciętną ekspresję i wzorową rozdzielczość. Równie pozytywne noty zebrały najprzeróżniejsze starocie w stylu radosnego „Rides Again” James Gang, gdzie gitarowych, nieśmiało puszczających oko ku psychodelii riffów Joe Walsha jest sporo, a i Jim Fox swoich garów nie oszczędza a jednak oferowany przez 6-kę sposób prezentacji zamiast pastwić się nad dość archaiczną realizacją podkreśla spontaniczność i melodykę kompozycji.
Zdolność kreowania przestrzeni Electrocompaniet opanował na wielce satysfakcjonującym poziomie, przy czym warto mieć na uwadze, że scena budowana jest zazwyczaj za linią kolumn, więc jeśli ktoś liczy na „lap dance” w wykonaniu J.Lo, to bardzo mi przykro, ale ECI 6 DX MKII to zły adres. Nie ma jednak w tym nic złego, gdyż dzięki temu zyskujemy szersze pole widzenia i tego co dzieje się w dalszych planach nie przesłaniają nam frontmeni.
A na koniec jedna drobna uwaga a nawet dwie natury użytkowej. Otóż pierwsza dotyczy sekcji streamera, która gra nieco ciszej od pozostałych wejść tak cyfrowych, jak i analogowych, a druga dość zgrubnej regulacji głośności dostępnej zarówno z pilota, jak i wybieraka na froncie wzmacniacza, więc warto o tym pamiętać tak podczas zmiany źródła, jak i dopasowania siły wzmocnienia (np. w trakcie seansów filmowych, gdzie dialogi przeplatają się z jakimiś bardziej spektakularnymi efektami specjalnymi) szczególnie gdy przełączamy się późnym wieczorem, gdy reszta domowników już smacznie śpi.

Jak mam cichą nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika Electrocompaniet ECI 6 DX MKII ma całkiem spore szanse zagościć tam, gdzie przede wszystkim liczy się przyjemność obcowania z ulubioną muzyką i emocje a nie analityczne dzielenie włosa na czworo. Ponadto w swej topowej odsłonie 6-ka jest praktycznie samowystarczalnym centrum multimedialnym, więc praktycznie uwalnia swojego nabywcę od plątaniny kabli i bezliku peryferyjnych przystawek. Co prawda nie może się (jeszcze) pochwalić HDMI Arc, ale i po optyku świetnie dogaduje się ze współczesnymi Smart TV a jeśli chodzi o optymalny dobór kolumn, to z racji opisywanych uwag, co do charakterystyki brzmienia przy niskich poziomach głośności sugerowałbym konstrukcje o niezbyt imponującej skuteczności i mówiąc wprost trudne do napędzenia, żeby przy cywilizowanych dawkach decybeli potencjometr mógł minąć początkowy zakres a tym samym w pełni pokazać drzemiący w ECI potencjał.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Zakładam, że pamiętacie, jak we wstępniaku do testu zestawu źródła i wzmocnienia włoskiego Lector-a nieco deprecjonowałem rozwiązania oferujące wielozadaniowość komponentów audio. Otóż zapewniam, iż tak naprawdę nic do takich pomysłów nie mam, bo to wielu z nas ułatwia życie, a jedynie lekko utyskiwałem z chęci pokazania determinacji Włochów w procesie zaproponowania melomanom czegoś idącego w poprzek ogólnym trendom. Trendom, które prawdopodobnie są nieodwracalne, czego potwierdzeniem jest wielkie zainteresowanie nim mainstreamowych marek, jak choćby będącego dzisiejszym bohaterem norweskiego Electrocompanieta. Co takiego „zmajstrował” i dzięki staraniom warszawskiego Hi-Fi Clubu trafiło w nasze ręce? Oczywiście potwierdzenie tezy o pewnego rodzaju standaryzacji coraz częstszego proponowania klientom multi-funkcyjnego produktu, którym w tym przypadku jest wzmacniacz zintegrowany z opcją wewnętrznego przetwornika D/A oraz streamera Electrocompaniet ECI 6 DX MkII.

Nasz bohater to średniej wielkości integra, aparycji, której, jeśli choć raz miało się kontakt z konstrukcją tej marki, widząc coś spod tego znaku towarowego nawet po latach nie da się nie rozpoznać. Mam na myśli oczywiście typowy pomysł na design norweskich urządzeń, jakim jest zwieńczenie frontu obudowy płatem grubego czernionego akrylu ozdobionego złotymi akcentami. To zaś w tym przypadku oznacza cztery guziki funkcyjne ułożone w postaci krzyża na prawej flance, w centrum frontu w dolnej jego części taki sam jako włącznik uruchamiający wzmacniacz, cztery ozdobne śruby w narożnikach oraz wykonane w złotym kolorze wszelkie opisy z nazwą marki i jej logo na czele. Oczywiście jako uzupełnienie funkcyjności wzmacniacza na przednim panelu znajdziemy jeszcze mieniący się błękitem wyświetlacz i diodę informującą o stanie urządzenia. Jeśli chodzi tylny panel przyłączeniowy, ten realizując założenia multi-funkcyjności oferuje użytkownikowi zestaw wejść liniowych, cyfrowych i zestaw zacisków kolumnowych. Nie zapomniano także o gnieździe zasilania IEC. Tak prezentujący się piecyk według zapewnień konstruktorów oferuje 125 W przy obciążeniu 8 Ohmów i 200 W przy 4 Ohmach. Na koniec dodam, iż w komplecie startowym, aby nie trzeba było wstawać z kanapy w celu nawigacji po menu urządzenia, dostajemy także pilota zdalnego sterowania.

Jaką estetyką brzmieniową zakończyło się maksymalne doposażenie będącego przedstawicielem segmentu ze średniej półki cenowej tytułowego wzmacniacza? Na początku wydawało mi się, że idzie idealnie od dawna wytyczoną przez poprzedników drogą mocnego nasycenia i krągłości dźwięku. Od zarania dziejów jest to sprawdzony sposób marki na rozkochiwanie w sobie melomanów i chyba nikt nie zaprzeczy, że skądinąd bardzo skuteczny. A jeśli tak, to przyznam, iż poczucie powielania firmowego pomysłu miałem jedynie na początku. Otóż chodzi o względem poprzedników co prawda minimalne, ale jednak odejście od nasycenia jako główny punkt kreowania muzyki. Owszem, przekaz nadal obracał się wokół płynności i dobrej wagi, ale ogólnie nosił znamiona większej świeżości jako przeniesienie punktu ciężkości o pół oczka wyżej. Jak odbiorą to potencjalni nabywcy? Powiem szczerze, że zważywszy na naprawdę symboliczne działania na wspomnianym polu nasycenia, wielu może nawet tego nie zauważyć. A gdy nawet coś, to bez problemu będzie w stanie skorygować na swoją modłę stosownym okablowaniem. Jednak bez względu na wspomniane potencjalne ruchy szczęśliwy nabywca zauważy na pewno dużą funkcjonalność konstrukcji – oprócz samego wzmacniania sygnału w roli zwykłej integry dysponuje również sekcją przetwornika i streamera. Jak wypadał na tych trzech polach? Ze zrozumiałych względów podłączenie do ECI 6 DX MkII wysokiej jakości transportu w postaci posiadanego Gryphona Ethos-a muzyka brzmiała najbardziej płynnie, ale przy tym z bogatym pakietem informacji, oddechem i poczuciem swobody. To oczywiście było tylko próba, co tak naprawdę ECI potrafi, gdyż nikt przy zdrowych zmysłach do urządzenia za ca 30 tys. zł. nie podłączy źródła za sześciokrotność jego ceny, Ale nie oszukujmy się, dało idealne przedpole do oceny, co oferuje w oparciu o swoje wewnętrzne układy. Te zaś tak w przypadku tak samego DAC-a, jak i streamera brzmiały w bardzo zbliżony sposób, dlatego opiszę oba w jednej opinii. A chodzi o pokazania muzyki w fajnym, z płynnym motywem projekcji, jednak z oznakami mniejszego podkręcania jej soczystości. I nie chodzi o to, że brakowało nasycenia, tylko impuls był bardziej zwarty. Zwarty, czyli nie tak tłusty i rozciągnięty, ale przez to jakby szybszy. To o tyle ważne, że gdy soczystość na wysokich pułapach cenowych u tego producenta rekompensuje znakomita rozdzielczość, to na dole oferty mocna jej odmiana może serwować nam pewnego rodzaju uśrednienie przekazu. Tymczasem zebranie się dźwięku w sobie powoduje – ale zaznaczam, iż to tylko drobna korekta, że muzyka unika efektu utraty timingu. Owszem, to wielu z Was może się podobać, jednak w wartościach bezwzględnych jest miłym oszukiwaniem słuchacza. Dlatego mimo faktu lekkiej korekty brzmienia naszego bohatera w odniesieniu do starszych braci sadzę, że to fajny, bo jedynie lekki i jeśli ktoś będzie miał taką ochotę, całkowicie do skorygowania aspekt. I oczywiście przypominam, że tylko w przypadku wykorzystywania zaimplementowanych w tym modelu opcji źródła sygnału. Bez względu jednak na wszystko nawet w opcji streamera muzyka oferowała fajną barwę, ciekawe wypełnienie masą i odpowiedni pakiet luzu w kreowaniu szerokiej i głębokiej wirtualnej sceny.
Tym sposobem muzyka mająca ukoić romantyczne dusze w rozumieniu barokowych interpretacji twórczości Jordi Savalla „El Cant De La Sibil-La: Mallorca / València, 1400-1560” bez problemu czarowała płynnością i donośnością pełnego ekspresji wokalu tak solistki, jak i wtórującego jej wielogłosowego składu chóralnego. A gdy do tego dodamy dobre oddanie wielkości goszczącej muzyków kubatury kościelnej i bardzo czytelne rozlokowanie poszczególnych źródeł dźwięku w domenie głębokości, miałem pełny wgląd kto, w jakim pomieszczeniu i gdzie w nim stojąc serwował mi tak przyjemne dla ucha pasaże muzyki sakralnej.
Pisząc o rockowych opowieściach, a tak naprawdę buntowniczych manifestach w kontekście wypadkowej wykorzystania wewnętrznych dodatków do „piecyka” najważniejszą jest informacja, że bez problemu dostałem dobrze osadzenie w masie drapieżną wokalizę i energetycznie popisujące się instrumentarium, ale bez zachwiania kwestii szybkości narastania sygnału. Nie powiem, mimo pewnych obaw, że ten ostatni temat może nosić znamiona niedoborów, w sobie tylko znany sposób na miarę sznytu grania i ceny urządzenia wypadł dobrze.

Gdzie sytuowałbym tytułowy wzmacniacz kultowego producenta z Norwegii? Naturalnie bez naciągania faktów w pierwszej kolejności wszędzie tam, gdzie brakuje dźwiękowi fajnej barwy i odpowiedniej wagi. To mimo wspominanej lekkiej korekty nadal rasowy ECI i nadal jest ostoją wypracowanych przez lata aspektów prezentacji. jednak to nie jedyna opcja jego ciekawej aplikacji. Chodzi o to, że powinien także bardzo dobrze poradzić sobie nawet w przypadku poszukiwania w miarę neutralnego dźwięku. A dlatego, że po podłączeniu w tor to co zrobi, zrobi z klasą – oczywiście chodzi o pokolorowanie przekazu – a nie jako siłowe naciąganie faktów na swoją modłę i tylko od konkretnych oczekiwań takich działań przez potencjalnego nabywcę będzie zależeć, czy zostanie na lata. I trzeba pamiętać, że owe ewentualne lata pozwoli wypełnić posiadaczowi muzyką nie tylko na bazie zewnętrznego źródła w postaci odtwarzacza CD lub czystych transportów zero-jedynkowego sygnału, ale także stacjonującego na pokładzie ECI 6 DX MkII, obecnie bardzo ważnego dla większości populacji melomanów streamera.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: Electrocompaniet
Cena: 32 800 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 125W (8Ω), 2 x 200W (4Ω), 2 x 370W (2Ω)
Pasmo przenoszenia: 1Hz -150kHz
Separacja kanałów: > 120 dB
Zniekształcenia THD: < 0,004%
Impedancja wejścia liniowego: 47kΩ
Impedancja wyjściowa: < 0,02 Ω
Maksymalny prąd wyjściowy: > 100A
Współczynnik tłumienia: > 350 (przy obciążeniu 8Ω)
Czułość wejściowa: 1,3Vrms (125W na wyjściu)
Czułość dla wejścia HT: x 36 (31 dB)
Rozdzielczość konwertera D/A: 192kHz/24bity
Obsługiwane formaty plików: WAV/WAVE, MP3, AAC+, Vorbis, ALAC, FLAC, APE, WMA
Obsługiwane serwisy streamingowe: Tidal, Qobuz, Spotify
obór mocy: 110W bez sygnału (tryb czuwania 1W)
Wymiary (S x W x G): 470 x 128 x 430 mm
Masa: 20,5 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Age Reborn Cables 70's

Opinia 1

Po przypadającym mniej więcej na okres przełomu wieków istnym boomie rodzimej myśli technicznej ukierunkowanej na przewody audio obecnie sytuacja wygląda zdecydowanie spokojniej. Większość święcących wtenczas triumfy marek odeszło w niebyt a ci szczęśliwcy, którym udało utrzymać się na powierzchni zamiast skupiać się na lokalnym i jak dowodzi praktyka niezwykle niestabilnym a zarazem dość płytkim rynku swoją uwagę skierowali ku eksportowi. Do owego elitarnego grona z pewnością można zaliczyć zarówno bydgoskie Albedo, gorlicką Audiomicę, wrocławskie David Laboga Custom Audio jak i łódzkie WK Audio a z nieco młodszego i celującego w ogólnodostępną półkę pokolenia białostocką Melodikę. Nie oznacza to bynajmniej, że wśród rodzimych „kablarzy” panuje stagnacja i nikt nie próbuje uszczknąć możliwie dużego kawałka wielce smakowitego tortu, gdyż dość regularnie docierają do nas wieści o pojawianiu się nowych, operujących w tejże niszy wytwórcach. I właśnie dzięki uprzejmości pabianickiego 21Distribution w nasze skromne progi trafił topowy sygnałowo-głośnikowy set dotychczas nam nieznanej manufaktury Age Reborn Cables. Od razu jednak zaznaczę, iż topowość w przypadku naszych dzisiejszych gości jest nad wyraz zdroworozsądkowo wyceniona, gdyż zespół za nimi stojący zamiast pozycjonować się li tylko za pomocą widniejących na metkach kwot zagrał va banque i postawił na … brzmienie. Panie i panowie oto Age Reborn Cables 70’s.

Jak już zdążyliśmy w ramach unboxingu uchylić rąbka tajemnicy tytułowe pabianickie przewody do odbiorcy końcowego docierają w eleganckich, przywodzących na myśl swojego czasu wykorzystywane przez Audiomicę drewnianych skrzynkach ze złotym grawerunkiem na wieku i stosowną tabliczką znamionową na ścianie bocznej. Samo okablowanie przyodziano w pstrokate koszulki ViaBlue (sleeve stone?) a jeśli chodzi o konfekcję to w XLR-ach znajdziemy podstawowe Neutriki a w głośnikowcach złocone BFA i drewniane splitery. Zgodnie z materiałami firmowymi 70s Speaker posiadają „pionierską konfigurację przewodników „Mulicore” starannie dobranych izolatorów, powłok oraz rodzajów wtyków”, przy czym przewodniki mają łączną średnicę 2×6,5mm². Z kolei interkonekty również kuszą „pionierską konfiguracją geometrii w układzie podwójnego trójkąta. Jeden to bufor przestrzeni, kolejny to żyły robocze „stranded conductor”. Starannie dobrane izolatory typu FEP i Neopren oraz powłoki i rodzaje wtyków”. Niewiadomą pozostaje sam „surowiec” z jakiego wykonano przewodniki, ale skoro sam wytwórca nie raczył był się w tym temacie ujawnić, to i nam nic do tego. Całe szczęście kwieciste opisy nie przekładają się na ponadnormatywne średnice, bądź też utrudniającą aplikację sztywność. Generalnie można uznać, iż ewidentny minimalizm formy, wrażenia organoleptyczne i poniekąd, nieco uprzedzając fakty, również walory brzmieniowe przywodzą mi na myśl wyroby działającej ponad dekadę (premierowe modele światło dzienne ujrzały w 2011r) temu rodzimej manufaktury Sevenrods Tomasza Ferszta.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu od razu pozwolę sobie zaznaczyć, iż deklaracje producenta jakoby 70s „zostały stworzone dla najlepszych systemów klasy hi-end” może nie tyle puściłem mimo uszu, co uznałem, za pobożne życzenia, żeby nie powiedzieć nazbyt wybujałe ambicje. Oczywiście można wyjść z założenia, że kable nie grają, więc i high-endowe systemy wystarczy okablować asortymentem dostępnym w wielkopowierzchniowych marketach, jednak jak mam cichą nadzieję zdążyliście się Państwo zorientować dawno temu z tak karkołomnych pomysłów wyrośliśmy. Dlatego też zamiast robić Age Robornom „kuku” porównując je ze stricte high-endową konkurencją po prostu skupiłem się na tym jak one same na mój system wpłynęły.
I tu od razu kolejna dygresja, gdyż po zalecanej 24h rozgrzewce w przypadku interkonektów i 22h w przypadku głośnikowych oba typy okablowania wykazywały na tyle tożsame cechy, że pisząc o nich w dalszej części potraktowałem je jako „podmiot zbiorowy”. I to podmiot nad wyraz żywiołowy, gdyż nawet jubileuszowa, zremasterowana edycja „Superunknown” Soundgarden, choć w naturze dość „głucha i stępiona” z rodzimymi przewodami w torze zyskuje na żywiołowości i garażowym pazurze. Przekaz zostaje bowiem zauważalnie utwardzony, lecz bez podnoszenia równowagi tonalnej, więc bas ma czym kopnąć i szarpnąć a jednocześnie pozbawiony zostaje asekuracyjnej miękkości, przez co skuteczniej łapie za ucho i nie pozwala spokojnie usiedzieć w fotelu. Wokal Chrisa Cornella ma właściwą sobie dzikość i moc a na „Spoonman”  mamy szaleństwo w najczystszej postaci i prawdziwą rockową jazdę bez trzymanki.
Zmieniając repertuar na nieco bardziej cywilizowany, czyli dajmy na to oniryczny „The Line” Kalandry z niekłamaną satysfakcją odnotowałem ponadprzeciętną, przynajmniej jak na reprezentowaną półkę cenową, zdolność kreowania trójwymiarowej i zarazem cechującej się niezwykłą precyzją w ogniskowaniu źródeł pozornych sceny. Dostajemy bowiem pełen pakiet informacji co do szerokości, głębokości i wysokości a jednocześnie każdy z dźwięków jest z laserową dokładnością zawieszony w owym układzie i jakby tego było mało ma własną aurę, która przenika się z aurami sąsiadujących źródeł. Czyli jest i detal, i koherencja, co wcale nie jest takie oczywiste. Średnica jest mocna, komunikatywna i o dziwo nieprzesaturowana, więc nie ma obaw o jej ewentualne „przegrzanie” w nazbyt faworyzujących ten podzakres systemach. Jest co najwyżej delikatnie podkreślona, co wraz z równie dyskretnym przybliżeniem pierwszego planu daję wrażenie przyjemnie intensyfikującej odbiór namacalności. Podobnie potraktowano najwyższe składowe, które jak już przy okazji „Spoonman”-a zdążyłem w pełni zasłużenie skomplementować, gdyż dają blask i świeżość, lecz bez irytującej na dłuższą metę ofensywności. O ile jednak niespieszne tempa nie stanowią dla nich najmniejszego problemu, to jednak nawet w ich przypadku słychać, że topowe Age Reborn lubią timing i rytm, więc niejako same z siebie go szukają, by nawet z zazwyczaj sennych nagrań wycisnąć nieco pulsującej energii. Nie oznacza to bynajmniej przejawów jakiejś podskórnej nerwowości, bądź ADHD, lecz jedynie fakt, że jeśli tylko pojawi się drajw, jak np. w „Ensom”, to 70-ki nie będą się ani chwili zastanawiały co z tym fantem zrobić, tylko od razu pójdą na żywioł.

No i mamy nie lada niespodziankę, gdyż przy dalekich od stricte high-endowych ekstremów Age Reborn Cables 70’s potrafią dostarczyć podczas odsłuchu potężną dawkę frajdy i ożywczej energii. Dlatego też wydają się nad wyraz ciekawą propozycją dla wszystkich tych, którzy chcą tchnąć we własne systemy nieco swobody i drajwu a jednocześnie nie majstrować przy ilości a jedynie poprawie definicji basu. A co do ich „dedykacji najwyższej klasy systemom”, to może nie byłbym aż takim optymistą, choć kierunek, jaki obrała ekipa za nimi stojąca jest ze wszech miar słuszny.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

To, że już od dłuższego czasu Polska potrafi zaproponować ciekawe okablowanie audio, wiadomo nie od dziś. A pierwszymi z brzegu przykładami potwierdzającymi ten fakt mogą być z powodzeniem zdobywające zagraniczne rynki choćby marki Audiomica, David Laboga Custom Audio i WK Audio. Temat dla nas jest bardzo ważny, bowiem dzięki szerokiej i znakomicie konkurującej ze światowym mainstreamem rodzimej ofercie nie musimy daleko szukać w pełni spełniającej nasze jakościowe i soniczne potrzeby oferty, tylko posilić się rodzimym zapleczem. Dlatego też zawsze cieszy mnie test rozpoczynających swoje podboje tego trudnego rynku, tak jak w dzisiejszym przypadku polskich produktów. Produktów tym razem na naszym portalu mającej swoje pierwsze pięć minut, stacjonującej w Pabianicach marki Age Reborn Cables, spośród której oferty w nasze progi trafił kabel sygnałowy XLR oraz głośnikowy z serii 70’s.

Co wiemy o budowie tytułowych drutów? Niestety panowie w celach ochrony swoich pomysłów konstrukcyjnych takich jak; użyte materiały na przewodniki, ich przekroje i średnice oraz izolatory wespół z ekranowaniem o splocie żył roboczych nie wspominając, poza zdawkowymi informacjami niczym wiążącym nie chwalą się zbytnio na swojej stronie. Dlatego też z braku konkretnych danych po wspomniane symboliczne ciekawostki odsyłam zainteresowanych do odwiedzenia ich internetowego adresu. Ale tak naprawdę to i tak nie ma znaczenia, gdyż nas najbardziej interesuje, co tak naprawdę potrafią po wpięciu w konkretny tor audio. Dlatego też, jeśli ktoś chce poznać garść informacji na ten temat, zapraszam do kolejnego akapitu.

Co mogę powiedzieć o rzeczonych kablach? Otóż zauważyłem 3 bardzo ciekawe, bo wyraziste, ale mimo mocnego sznytu brzmienia fajnie wypadające w moim systemie cechy. Po pierwsze grają mocnym osadzeniem muzyki w masie. To oznacza soczysty i energetyczny dół i niższy środek. Naturalną koleją rzeczy nieco tracimy ostrość krawędzi brylujących w tych zakresach instrumentów, ale nie przekształca się to w męczące buczenie, tylko impuls o nieco pogrubionych konturach, który nadal zapewnia odpowiednią szybkość ataku. Po drugie mimo nasycenia średnicy, ta nie traci na czytelności, co pozwala uzyskać wrażenie utrzymania czystego tła, a przez to dobrej namacalności wydarzeń scenicznych. Oczywiście dobrze przy tym wypada prezentacja rozmiarów wykreowanego pomiędzy kolumnami wirtualnego świata muzyki. A po trzecie góra choć raczej złota, a nie srebrna nie gasi wybrzmień, tylko nie wyskakując przed szereg dba o stosowną długość i błyskotliwość wybrzmień nawet najbardziej wyczynowych instrumentalnych popisów. Reasumując powyższą listę zalet powiem tak, aplikacja rodzimych kabli spowodowała lekkie dociążenie słuchanej przeze mnie muzyki, jednak otwarcie środka i zapewnienie oddechu przez wysokie tony nie pozwoliły na bolesne spowolnienie jej prezentacji i zabicie drzemiącej w niej radości. Po prostu było bardziej soczyście, ale nadal z odpowiednim timingiem oraz swobodą. Taki stan rzeczy powodował, że muzyka jazzowa choć cięższa w brzmieniu nie traciła boleśnie na lotności i rozwibrowaniu. Owszem, symptomy mocniejszego dociążenia przekazu było słychać, jednak dzięki zachowaniu dobrego drive’u opierała się jednie o atak bardziej soczystymi akordami. Za sprawą „ozłocenia” wysokich tonów było również minimalnie ciemniej na wirtualnej scenie niż mam na co dzień. Jednak sumarycznie nie odbierałem tego jako problemu, tylko inne spojrzenie na ten sam materiał. A tym bardziej wytłumaczalny, że zderzałem polskie kable z Japończykami za wielokrotnie wyższe kwoty. Jeśli zaś przyjrzymy się muzyce rockowej, ta oprócz słyszalnego, naturalnie z racji estetyki grania tytułowych przewodów złagodzenia agresji prezentacji, we wszystkich innych aspektach zyskiwała. A dlatego, że wokal oraz wszelkiej maści instrumentarium zyskiwały na energii i esencjonalności, przez co były bardziej wyraziste. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że rock zawsze cierpi na serwowanie słuchaczowi większego lub mniejszego jazgotu, co zestaw Age Reborn Cables 70’ bardzo udanie korygował.

Jakiej grupie dedykowałbym testowany zestaw kabli? Na bank wszystkim, którzy odczuwają braki w nasyceniu i płynności swojej układanki. Age Reborn 70’s z fajnym umiarem bez problemu sobie z tym poradzą. Ale to nie jedyna formacja audiomaniaków mogących skrzyżować z nimi przysłowiowe szpady. Chodzi o to, że nawet neutralnie skonfigurowane sety w wielu przypadkach na mariażu z polskimi drutami mogą sporo zyskać. I nie chodzi o to, że coś przegapiliście, tylko zwyczajnie tak jak u mnie ewoluował Wam gust i oczekiwania poszły w stronę lepszej płynności słuchanej muzyki. Dlatego też, jeśli utożsamiacie się z którymś ze wspomnianych obozów i jesteście na etapie drobnych roszad w systemie, nie zapominajcie o polskich kablach podczas formowania listy potencjalnych odsłuchów. To naprawdę fajne konstrukcje za relatywnie nieduże pieniądze i do tego rodzimej produkcji.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: 21Distribution
Producent: Age Reborn Cables
Ceny
70s XLR: 4 640 PLN / 1m
70s Speaker: 5 100 PLN / 2 x 2m; 5 900 PLN / 2 x 2,5m; 6 600 PLN / 2 x 3m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Jak z pewnością zdążyliście Państwo zauważyć kulinarna metaforyka w kontekście Hi-Fi i High-Endu przewija się w naszych subiektywnych wynurzeniach równie często co motoryzacyjna. I jest to zabieg z naszej strony tyleż nieprzypadkowy, co wręcz w pełni świadomy – mający na celu uświadomienie zainteresowanym, że po pierwsze audio-hobby to przede wszystkim zabawa, po drugie okazja do realizacji własnych, nieraz totalnie odjechanych pomysłów i po trzecie możliwość podejmowania czasem przeczących racjonalnym przesłankom decyzji zakupowych. Krótko mówiąc „kuchenne rewolucje” w audiofilskim wydaniu i to z krucjatami krzyżowymi i świętymi wojnami włącznie. Nie wierzycie? Cóż, widocznie nigdy nie byliście świadkami, o uczestnictwie nawet nie wspominając, „ustawek” pomiędzy ortodoksyjnymi wyznawcami pomidorowej z ryżem i makaronem, bądź sernika z i bez rodzynek. A co z miłośnikami japońskich noży ze stali damasceńskiej i akolitami porcelanowej alternatywy spod znaku Kyocery, konsumentami wołowiny Wagyu i Black Angus? Do tego dochodzi jeszcze nieraz obsesyjne przywiązanie do wybranej kuchni regionalnej i mamy wypisz, wymaluj obraz naszego audio-piekiełka. Można jednak do tematu a dokładnie obu, czyli tak kulinariów, jak i audio podchodzić na totalnym luzie i z radosną spontanicznością stawiając na kuchnię Fusion i autorskie kompozycje przypraw łącząc przysłowiowy ogień z wodą by finalnie osiągnąć pełną harmonię rodem z symboliki yin i yang. I zazwyczaj taką filozofią kierują się doświadczeni dystrybutorzy kompletując własne portfolio z marek, urządzeń i akcesoriów, które dopiero zestawione razem potrafią oczarować potencjalnego konsumenta/nabywcę wyrafinowanym smak … znaczy się brzmieniem. I tak, jak odwiedzając polecaną restaurację warto podpytać kelnera o niekoniecznie widniejące w menu spécialité de la maison tak my co jakiś czas pytamy naszych dostarczycieli „zabawek” o rekomendowane przez nich zestawienia, które następnie co jakiś czas testujemy w ramach serii „systemy marzeń”. A tym razem padło na Lector Audio Poland, które wzorem kuchni tak włoskiej, jak i japońskiej postanowiło udowodnić, że z zaskakująco przystępnych finansowo ingrediencji da się stworzyć coś niebanalnie smakowitego. O czym zatem będzie dzisiaj mowa? O systemie w skład którego weszła włoska elektronika LECTOR Strumenti Audio pod postacią odtwarzacza CD CDP 603 i wzmacniacza zintegrowanego ZXT 70 mk2 uzupełniona japońskim okablowaniem Tiglon Azure Dragon, czyli dwoma przewodami zasilającymi MS-DR20A, łączówką RCA MS-DR20R i głośnikowcami MS-DR20SP.

Od razu zaznaczę, iż naszą dzisiejszą układankę niezwykle trudno byłoby nazwać nowością chociażby z racji faktu, iż odtwarzacz miał swoją premierę na początku 2014 r. a pierwsza wersja integry obecna jest na rynku od co najmniej października 2016, przy czym wynikający z delikatnego upgrade’u zasilania (dodanie czterech kondensatorów) sufiks mk2 pojawił się w 2023r.. Wygląda zatem, że stojący za włoska marką Claudio Romagnoli wyszedł z całkiem słusznego założenia, że jeśli coś działa i w dodatku działa dobrze, to nie ma co zbytnio w tym grzebać, bo lepsze jest wrogiem dobrego. Ponadto trudno nie zauważyć, iż zarówno opracowany wtenczas design, jak i funkcjonalność przez ponad dekadę nic a nic nie straciły z aktualności, gdyż od swoich narodzin nie aspirowały do czegoś, czym z założenia miały nie być. Charakterystyczne obłe korpusy wykonane z solidnych, giętych blach zdobią eleganckie fronty z czernionego akrylu. Uwagę zwraca umiejscowienie przycisków włączenia, które zlokalizowano na lewych ściankach, co warto mieć z tyłu głowy planując ustawienie obu urządzeń w docelowej szafce/na stoliku.
W CDP 603 w lewej części frontu umieszczono szufladę klasycznego napędu z tacką a po prawej niebieski (podobno istnieje możliwość zamówienia również wersji zielonej i czerwonej) wyświetlacz i rządek pięciu przycisków do obsługi odtwarzania. Szybki rzut oka na plecy jasno daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z klasyka gatunku – „purystycznym” odtwarzaczem CD dysponującym jedynie parą wyjść RCA i gniazdem sieciowym, który opcjonalnie można doposażyć w wyjście SPDIF. Koniec kropka.
Z kolei ZXT 70 mk2 również stawia na elegancję i minimalizm, przez co akrylowa taflę jego frontu zdobią jedynie dwie zlokalizowane po prawej stronie chromowane gałki – lewa odpowiedzialna za regulację głośności i prawa pełniąca rolę selektora wejść. Widok pleców potwierdza, znane z CD-ka, purystyczne podejście do tematu, czyli skoro mamy do czynienia z na wskroś analogowym wzmacniaczem zintegrowanym, to próżno szukać tu interfejsów sekcji DAC-a, bądź streamera. Zamiast tego mamy pięć wejść liniowych RCA, dwie pary wyjść na zewnętrzne rejestratory plus parę z regulowanym poziomem wyjściowym do opcjonalnej końcówki mocy. Terminale głośnikowe są pojedyncze a listę zamyka zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC.
Z czysto kronikarskiego obowiązku wspomnę, iż oprócz standardowego pilota z membranowymi przyciskami otrzymaliśmy również opcjonalny, w pełni aluminiowy sterownik Alu RCH X i to właśnie z niego podczas testów korzystałem.
A co do japońskiego okablowania Tiglon Azure Dragon (zasilające MS-DR20A, RCA MS-DR20R, głośnikowy MS-DR20SP), to zgodnie z nomenklaturą jest ono może nie tyle przyodziane w lazurowe, co po prostu granatowe koszulki PVC i w przypadku zasilających utrzymane w tej samej tonacji solidne wtyki Furutech FI-11-N1(R). Niezależnie od przydzielonej funkcji każdy z egzemplarzy charakteryzuje się nieprzesadną średnica i wielce przyjemną wiotkością przez co ich układanie i aplikacja w nawet ciasnych przestrzeniach zaszafkowych jest całkowicie bezproblemowe. W roli przewodników wykorzystano poddawaną autorskiemu procesowi Hyper Saturated Energizer miedź DF-OFC i magnezowe ekranowanie. W zasilającym mamy trzy żyły o przekroju 2mm² każda, w głośnikowych dwie żyły po 3mm² a w interkonektach producent owymi wartościami niestety się nie chwali.
Jeśli chodzi o technikalia, to CDP 603 bazuje na mechanizmie Sanyo z laserem SF101N tegoż samego producenta zamontowanych na stalowej ramie odseparowanej od podstawy elastomerowymi przekładkami, przetworniku Burr Brown 1794 A i parze pracujących w stopniu wyjściowym lamp ECC81. Oprogramowanie transportu jest autorstwa Lector-a a w sekcji zasilania znajdziemy klasyczny transformator toroidalny. Toroid znajdziemy również we wzmacniaczu , w którym za regulację głośności odpowiada błękitny Alps współpracujący z sekcją przedwzmacniacza z parą ECC-88 na pokładzie, które pracując w klasie A sterują
stopniem wyjściowym gdzie przymocowane do radiatora tranzystory MOSFET oddają po 70W na kanał.

Pod względem brzmieniowym tytułowa układanka stawia akcent głównie na muzykalność i swobodę prezentacji z sugestywnie przybliżonym pierwszym planem, dyskretnie podbitym przełomem niższej średnicy i wyższego basu oraz słodką górą. To dźwięk na wskroś … „analogowy”, naturalnie „organiczny” i od pierwszych taktów sprawiający, że z zakładanego trybu analizy mimochodem przełączmy się w stan zaangażowania w wir wydarzeń a zarazem bezwysiłkowej absorbcji docierających naszych uszu dźwięków. W rezultacie czego zarówno „Symphonica” George’a Michaela zachwycała płynnością i elegancją aranżacji, jak i „Legacy” Five Finger Death Punch pozwalały na kontrolowane szaleństwo (ekstatyczne podrygiwanie w fotelu) i wystawianie się na basową kanonadę basowych szarpnięć i podwójnej stopy. I gdy wydawać by się mogło, że włosko/japoński zestaw z racji swej muzykalności preferować będzie raczej łagodniejszy repertuar, to bardzo szybko okazało się, że i z ostrym rockiem mu za pan brat a z racji wspomnianej muzykalności wszelakiej maści przejawy ofensywności i zbytniej napastliwości są może nie tyle całkowicie tonizowane, co po prostu cywilizowane. Zachowują swą natywną dynamikę i rozmach, lecz przy okazji już nie ranią i nie męczą nawet przy iście stadionowych poziomach głośności. A właśnie, patrząc na niezbyt imponującą moc ZXT 70 mk2 można byłoby domniemywać, iż nie będzie on skory do oddawania natychmiastowości dynamicznych skoków obecnych czy to w wielkiej symfonice, czy ciężkim metalu. Tymczasem włoska integra zarówno na 5FDP, jak i jeszcze bardziej wymagającym „Hymns in Dissonance” Whitechapel zachowywała się niczym Maserati Quattroporte Levante Trofeo pokonujące Passo dello Stelvio. I choć efekt „wow” robił tu dźwięk silnika/praca wydechu, czyli wspomniana górka na przełomie średnicy i basu, oraz wyższy, kreślony nieco grubszą i mocniejszą kreską bas aniżeli jego faktyczne zejście w samą otchłań Hadesu, to bądźmy szczerzy – tu liczy się frajda z jazdy i adrenalina a nie pozbawione emocji dzielenie włosa na czworo. I ową frajdę goszczący u mnie zestaw dawał.
Na osobny akapit zasługuje CDP 603, który pod względem tak wysycenia, jak i wielkości kreowanych źródeł pozornych przywodził na myśl bardzo miło przeze mnie wspominanego, w końcu razem spędziliśmy blisko osiem lat, również lampowego Ayona CD-35 ustępując Austriakowi jedynie pod względem rozdzielczości i dynamiki. Rekompensował to ponadprzeciętną muzykalnością i „lampową” gładkością, dzięki której do głosu dochodziła pobłażliwość dla niekoniecznie referencyjnie, bądź chociażby przyzwoicie zrealizowanych nagrań. A jeśli komuś nadal byłoby za mało „cukru w cukrze” i zależałoby mu na dalszym „dopaleniu” dźwięku, to w tym momencie na ring wchodzą D Ren Pro i o jakichkolwiek szpilkach, czy „latających żyletkach” możemy zapomnieć.
Podobnie pozwolę sobie ocenić solowe występy Tiglonów, które odebrałem jako niezwykle swobodne, wręcz z rozmachem, lecz zarazem dobrze zagnieżdżone w basie i z przyjemnie zaakcentowaną średnicą. Uwaga kierowana jest w nich na pierwszy plan a pozostałe rzędy i aura pogłosowa, choć słyszalne i obecne przyjmują tu rolę uzupełniającą i dopełniającą spójność prezentacji. Jest to również granie jedwabiście gładkie i wyrafinowane, świetnie operujące emocjami, lecz unikające zapuszczania się w jakieś ekstrema po obu skrajach pasma.

Jak mam cichą nadzieję z powyższego opisu jasno wynika, iż okablowany podstawowymi modelami Tiglon Azure Dragon duet Lectora jest wprost idealną propozycją dla wykazujących melomańskie podejście do życia miłośników wysokiej próby dźwięku. Nie jest to pod żadnym pozorem analityczne i nastawione na prosektoryjną wiwisekcję granie, lecz sposób na obcowanie z muzyką na poziomie emocji i to tych zazwyczaj pozytywnych. Ponadto z racji wielce przystępnych cen stanowi „ulgowy bilet” wstępu na audiofilskie salony, gdyż z powodzeniem może współpracować ze zdecydowanie droższymi od siebie kolumnami. A szukając mu odpowiedniego towarzystwa sugerowałbym zainteresować się „lokalnymi”, znaczy się włoskimi propozycjami z katalogu Chario, Gold Note (upolowanie Goldenote X-96 z pewnością zamknęłoby temat na długie lata), czy Opery.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jak zapewne z własnego doświadczenia wiecie, ostatnimi czasy niemalże standardem jest, że urządzenia audio są wielofunkcyjne. To oznacza, że źródła nie tylko są dawcami sygnału, ale także go przyjmują na wewnętrzny przetwornik, a wzmacniacze oprócz posiadania w sobie zbędnego dla jego podstawowych funkcji DAC-a, to jeszcze nierzadko potrafią mieć streamer. Cel? Naturalnie konstruktorzy pakują do każdego rodzaju konstrukcji co się da w imię tak lubianej przez klientów wielofunkcyjności, a co za tym idzie większej sprzedawalności swoich zabawek, jednak w swoich odezwach pomijają fakt częstego szukania oszczędności wpływających na ostateczny dźwięk urządzenia. To ostatnie stwierdzenie jest oczywiście naturalną koleją rzeczy, gdy musimy zmieścić się w danym budżecie z nadmiernie rozbudowanym od strony wyposażenia produktem. Po co o tym wspominam? Chyba jasne, że jako zachętę do zapoznania się z dzisiejszym opisem zestawu marzeń, który od początku do końca idzie pod prąd opisanego przed momentem trendu, gdzie każdy komponent jest samowystarczalny. O czym mowa? Otóż Panie i Panowie oto dostarczony przez rodzimego przedstawiciela na Polskę włoski Lector i japoński Tiglon, czyli zestaw stosunkowo niedrogiego odtwarzacza płyt kompaktowych CDP 603 i wzmacniacza zintegrowanego ZXY 70 Mk2 (oczywiście w imię utrzymania fajnego brzmienia przy skromnym budżecie bez dodatkowych funkcji), które w testowym boju wspierać będzie także niedrogi komplet okablowania spod znaku Tiglon Dragon.

Wspomniana elektronika Lector to typowych rozmiarów konstrukcje, których trzewia w celach ciekawego designu spakowano w obudowy z mocno zaoblonymi bokami i od frontu zaślepionymi grubymi płatami czarnego akrylu. Nie powiem, efekt mimo dość neutralnego odbioru na podstawie zdjęć, na żywo nabiera znacznych rumieńców. Ale to nie jedyny zabieg wizualny, gdyż dla uzyskania pełnego wzrokowego sukcesu inżynierowie dodali na awersach chromowane akcenty w postaci stosownego dla każdego komponentu wyposażenia. I tak wzmacniacz z przodu może pochwalić się wielkimi srebrnymi gałkami funkcyjnymi (wzmocnienie i selektor wejść liniowych) oracz czterema ciekawie uzupełniających wizerunek śrubami ze srebrnymi główkami w narożnikach, zaś odtwarzacz oprócz okienka na szufladę dla płyt CD oraz zielonego wyświetlacza z informacjami o stanie urządzenia i danych dotyczących słuchanego materiału, dodatkowo pięcioma guzikami sterującymi CD-kiem i podobnie do wzmacniacza srebrnymi śrubami w narożnikach. Jeśli chodzi o rewersy, te z uwagi na bardzo proste zdania nie są obarczone zbędną ilością przyłączy, tylko podstawowymi terminalami. A są nimi w odtwarzaczu jedynie wyjście analogowe RCA oraz gniazdo zasilania, zaś w piecyku pakiet wejść liniowych RCA, gniazda głośnikowe, zacisk masy i oczywiście gniazdo zasilania. Co ciekawe, a dla wielu z Was może być w tym przypadku najważniejszą kwestią, oba urządzenia nie tylko są purystami w kwestii swojego działania, ale jeszcze na przekór tendencjom upraszczania układów elektronicznych mogą pochwalić się ciekawie brzmieniowo zaaplikowanymi lampami elektronowymi. Tak tak, nie dość, że są jednofunkcyjne, to jeszcze z lampami na pokładzie, co obecnie naprawdę jest wielką rzadkością, na którą często próżno czekają miłośnicy muzyki przez duże „M”. Zbliżając się do końca opisu Lector-ów dodam jeszcze, że oba urządzenia uruchamiamy znajdującymi się po lewej stronie obudowy włącznikami, zaś ciekawostką konstrukcyjną wpływającą na odpowiednie rozłożenie masy urządzeń na podłożu jest posadowienie ich na trzech stopach. Jak widać na zdjęciu wzmacniacza, w teście zastosowałem pod nim dodatkowo nieco poprawiające płynność prezentacji sześciokątne miękkie podkładki Tiglon-a.
Idąc za informacjami ze wstępniaka w teście wykorzystałem także zaproponowane przez dystrybutora niedrogie okablowanie Tiglon Azure Dragon, w skład którego wchodziły dwie sieciówki, sygnałówka RCA oraz przewody głośnikowe. Co jest w nich interesującego? Banał, ale dla sporej grupy melomanów istotny, bowiem chodzi o znakomity bilans zderzenia ceny produktu do oferowanej jakości. A, że sama elektronika także była bardzo przystępna cenowo, nie zdziwiłem się, gdy wybór dystrybutora padł na tak dobrze uzupełniający się tandem.

Jak zabrzmiał tak bardzo purystyczny, bo korzystający z płyt CD, a nie modnych ostatnio plików, zestaw odtwarzacza z równie prostym wzmacniaczem wspartych w układach wewnętrznych lampami elektronowymi? Oczywiście płynnie, z fajną barwą i przyjemnym podkręceniem emocji w wyższej średnicy. Co ciekawe, przekaz nie był ospały, ani zwalisty, jak to w imię zbliżania się maksymalizacji ilości muzyki w muzyce bywa w podobnych, posiadających bańki z wolnymi elektronami konstrukcjach. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu oferował dobry timing oraz zwarcie dolnego zakresu, a wszystko doprawiała lekko ożywiona wyższa średnica. jednak nie było to szkodliwe rozjaśnianie przekazu, tylko jakby tchnięcie w nią szczypty powietrza i doświetlenia, co zwiększało poziom jej rozwibrowania i przez to łatwiejszego docierania do zawartych w muzyce emocji. W zależności od słuchanego materiału raz była to radość, innym razem wściekłość, jednak w obu przypadkach opisane zalety brzmienia tytułowego zestawu były pomocne w pokazaniu ekspresji muzyków. Ekspresji bez problemu wypełniających mój pokój w 3 wymiarach i z bezproblemowym znikaniem kolumn z pokoju. Naturalnie, aby być uczciwym, trzęsień ziemi rodem z wielkich końcówek mocy i oferowanej przez nie ostrości rysunku źródeł pozornych nie dostałem, ale nie oszukujmy się, opisywany set miał sprawiać maksimum przyjemności za relatywnie niewielkie pieniądze i podpisuję się obiema rękami, iż taki stan od pierwszych traktów zaliczyłem. Było spokojnie i lotnie, ale z pełnym zaangażowaniem zestawu w pokazanie raz pazura, zaś innym razem elegancji zawartej w lądującym w CD-ku materiale.
Jako pokazanie optymalizacji przyjemności podczas słuchania muzyki dla duszy posłużę się krążkiem Gary’ego Peakocka „Tangents”. To typowy melancholijny jazz, który dzięki pracy ciekawie wkomponowanych w tor lamp elektronowych znakomicie oddawał emocjonalny stan tej muzyki oparty o emocje grania tak zwaną ciszą. Muzyka płynęła niespiesznie, jednak dzięki zachowaniu dobrego rytmu, przyjemnej dla ucha gładkości i swobody wybrzmiewania nie tylko nie powodując efektu zmęczenia niechcianą monotonią, ale dzięki drobiazgowemu pokazywaniu zawartych w niej informacji pozwalała mi wejść w zamierzenia artystów dosłownie i w przenośni bez opamiętania. Bardzo lubię, gdy artyści cyzelują pojedyncze nuty, jednak wiem, że jeśli tylko spadnie drive ataku i serwowanej przez nie energii, natychmiast włącza się u mnie czerwona lampka z informacją, że panowie jakby „przynudzają”. Naturalnie nie oni, tylko system, ale chciał, nie chciał, nie mogę dalej tego słuchać i zmieniam materiał. W tym przypadku niczego takiego nie było. A powiem więcej. Dzięki pracy podkręconej wyższej średnicy było nader świetnie, bo z fajną iskrą dającą lepszy wydźwięk radości zwartej w tym projekcie.
Kreśląc coś o próbie z mocniejszym uderzeniem w postaci Black Sabbath „Vol.4” przyznam, że także słychać było pracę inżynierów nad ożywieniem górnego środka pasma, jednakże dzięki gładkości i płynności prezentacji nie przeistaczało się to w męczący krzyk. To w przeciwieństwie do jazzu muza zazwyczaj cierpiąca na słabość realizacji i zabiegi ożywiające już jasno grające płyty zazwyczaj kończą się sromotną porażką. Na szczęście zazwyczaj nie oznacza zawsze i kolejny raz przekonałem się, dlaczego. Chodzi oczywiście o udane doprawienie tej kultowej płyty przez system Lectora zaletami szklanych baniek. I choć zabrzmiała nieco jaśniej, była daleka od szkodliwej nachalności. Za to na tyle fajnie otwarta, że kawałkiem „Changes” zauważalnie mnie poruszyła. Zawsze słucham tego z wolumenem głośności na pograniczu bólu ucha i dotychczas wydawało mi się, że dalsze otwieranie się tego wokalu wypadnie fatalnie. Tymczasem z włosko-japońskim tandemem zabrzmiał prawdziwiej. Nie wiem, jak to się stało, pewnie to sprawka lampowego sznytu w odtwarzaniu wokalizy przez system, ale kolokwialnie mówiąc kawałek wszedł mi lepiej niż zwykle.

Czy tytułowy zestaw za rozsądne pieniądze jest ofertą dla każdego melomana? Dla mnie, jeśli chodzi o melomana, jak najbardziej. Tacy osobnicy nie szukają wyczynowości, tylko skupiają się na muzyce, która w tym przypadku daje wiele radości. Co innego audiofile cierpiący na syndrom notorycznego szukania dziury w całym. Ci zapewne do czegoś się przyczepią. Jednak nie będzie to skutek jakiegokolwiek problemu z elektroniką, tylko ich rozbujałych oczekiwań od czegoś, co za przyzwoitą kasę ma dać nam fun z obcowania z muzyką. Jeśli zatem nie jesteście chorzy na audiophilię nervosę, tytułowy zestaw Lectora z okablowaniem Tiglona jest świetnym pomysłem do odsłuchu przed najprawdopodobniej nabyciem go na długie lata.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Lector Audio Poland
Producenci
– LECTOR Strumenti Audio
– TIGLON
Ceny
LECTOR CDP 603: 12 500 PLN
LECTOR ZXT 70: 12 800 PLN
LECTOR Pilot Alu RCH X: 925 PLN
Tiglon Dragon Power MS-DR20A: 2 350 PLN / 2m
Tiglon Dragon RCA MS-DR20R: 1850 PLN / 1,5m
Tiglon Dragon Speaker MS-DR20SP: 2 850 PLN / 2 x 3,5m
Tiglon D Ren Pro: 345 PLN

Dane techniczne
LECTOR CDP 603
Pasmo przenoszenia: 20-20Khz +/- 1 db
Zniekształcenia THD: < 0.1 %
Jitter: < 20 ps
Zastosowane lampy: para 12AT7/ECC-81
Wyjścia: para RCA
Wymiary (S x G x W): 430 x 300 x 100 mm
Waga: 12 kg

LECTOR ZXT-70
Moc wyjściowa: 2 x 70W / 8Ω; 2 x 100W / 4Ω
Zastosowane lampy: para 6922/ECC-88
Wejścia: 5 par RCA
Wyjścia: 2 pary RCA (line out), para RCA (pre-out)
Pasmo przenoszenia: 15 – 150 kHz +/- 1 dB
Współczynnik tłumienia: > 100
Zniekształcenia THD: < 0.1 %
Odstęp sygnał/szum: 100 dB
Wymiary (S x G x W): 430 x 300 x 105 mm
Waga: 8 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Dla jednych cyfra to beznamiętne zera i jedynki, dla innych oczywista droga do referencji i właśnie do drugiej z ww.  grup należy zestaw Ideon Audio eos Stream, Time D, DAC.

Cdn. …