Monthly Archives: wrzesień 2026


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: HiDiamond Power Top Gold

Opinia 1

Choć mogło by się wydawać, że znane starszemu pokoleniu z czasów słusznie minionych „półkownikowanie” dawno mamy za sobą, to proza życia pokazuje, iż owe przekonanie nie do końca jest słuszne. O ile bowiem dawniej decyzja o wylądowaniu na nie tyle metaforycznej, co w pełni materialnej półce wydawana była z czysto ideologicznych pobudek w Warszawie na ul. Mysiej 5 przez doświadczoną kadrę Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, o tyle obecnie winę ponosi najczęściej, pozostając w ówczesnej narracji „klęska urodzaju”. O co chodzi? Otóż, ograniczając się li tylko do naszej radosnej twórczości, gdyby nie było czego słuchać i czego opisywać z pewnością dokładniej weryfikowalibyśmy zawartość gromadzonych archiwaliów. Tymczasem przy napiętych jak postronki planach publikacyjnych, nieustająco pojawiających się nowościach i wcale nie tak okazjonalnych, niemalże hurtowych dostawach „wsadu” na testy czasem coś potrafi się nie tyle zapodziać, gdyż jak wiadomo w naturze nic nie ginie, co na tyle skutecznie umościć w jakimś przytulnym zakamarku, że fakt jego istnienia z mniejszym, bądź większym zdziwieniem odkrywamy dopiero przy okazji jakiegoś większego remanentu i porządków. Tak też było i tym razem, gdy po dość gruntownej eksploracji serii Top Silver uznaliśmy za stosowne dać sobie i Państwu chwilę oddechu od „kablarskiej włoszczyzny”, kolejne spotkanie z przewodami z Anzio odkładając na raczej bliższą, aniżeli dalszą przyszłość. Jednak dziwnym zbiegiem okoliczności tygodnie i miesiące nie wiadomo kiedy mijały a nasz dzisiejszy gość cierpliwie na swoje przysłowiowe pięć minut czekał. Skoro jednak czytacie Państwo te słowa, to znak, iż owa przyszłość i chwila w świetle jupiterów właśnie nastała, gdyż koniec końców na naszym tapecie wylądował przewód zasilający HiDiamond Power Top Gold.

Jak mam cichą nadzieję na powyższych zdjęciach widać aparycja HiDiamond Power Top Gold jest w pełni zgodna z jego nomenklaturą. Czarno-złota, przypominająca oplot znany mi z Acoustic Zen Gargantua II, plecionka zewnętrzna otula całkiem słusznej, acz nieprzesadzonej średnicy dość giętki przewód. Tuż przed wysokiej klasy wtykami Viborga umieszczono cylindryczne tuleje redukujące nie tylko średnicę przebiegu, lecz również informujące o producencie, modelu oraz … kierunkowości. I tu pozwolę sobie na małą dygresję, gdyż skoro, jak sama nazwa wskazuje, mamy do czynienia z reprezentantem niemalże flagowej (na szczycie jest seria Exclusive z modelami Diamond) linii produktowej, to w pełni zrozumiała byłaby pełna customizacja audio-biżuterii, bo mówiąc wprost „zwykłe” naklejki na całkiem eleganckich splitterach nie tylko psują efekt, co przy dłuższym użytkowaniu mogą znacząco tracić na estetyce. Od razu jednak zaznaczę, że powyższe dywagacje to przejaw mojego czepialstwa i szukania dziury w całym, gdyż statystyczny nabywca po wpięciu tytułowego przewodu zapewne zapomni o jego istnieniu na długie lata i stan ww. naklejek będzie mu zupełnie obojętny.
Jeśli chodzi o anatomię to nasz dzisiejszy gość w swych trzewiach kryje cztery wykonane w technologii UP-4VRC przewodniki o przekroju 6,5 mm² każdy z ultra-czystej monokrystalicznej miedzi (Ultra Pure Single Crystal Copper© – UP-SCC 4VRC), wzbogaconej grafitem. W roli izolatora wykorzystano XLPE a całość zakończono wtykami VIBORG VE502R.

A teraz najbardziej elektryzująca internetowych decybelantów część, czyli opis wpływu tytułowego przewodu zasilającego na brzmienie podpiętych nim urządzeń. I tu nie będę się zbytnio rozwodził i owijał w bawełnę, lecz od razu nadmienię, iż obecność Top Golda w moim systemie, było nie tylko widać (nie chowam wstydliwie zasilania za stolikiem), co przede wszystkim słychać. W dodatku od pierwszych taktów „Para Bellum” Testamentu jasnym stało się, że Top Gold gra może nie tyle spokojniej, co raczej dojrzalej – bardziej zrównoważonym dźwiękiem aniżeli jego „srebrny brat”. Bas już tak nie szuka poklasku jak w Top Silverze oddając pole niższej średnicy, która czaruje wypełnieniem i soczystością barw. W rezultacie przekaz zyskuje na potędze, majestatyczności i … muzykalności. Wiem, wiem, używanie w jednym zdaniu o twórczości ww. kapeli z San Francisco owego zwrotu dla części czytelników może nosić znamiona oksymoronu, jednak proszę mi wierzyć na słowo a jeszcze lepiej przekonać się na własne uszy, że Top Gold nawet „tytanom thrash metalu” potrafi zafundować iście „barokowy lifting” a jednocześnie, nawet w najmniejszym stopniu nie limitować ich szaleńczych galopad i brutalności ataku. Zdając sobie jednak sprawę, że nie wszystkim tego typu ekstrema w smak sugeruję wytrzymać chociaż otwierający ww. wydawnictwo „For The Love Of Pain”, gdzie będziemy mieli praktycznie wszystko co najlepsze w bardzo kompletnej, niczym Vigor senior, pigułce. Są tu ogniste gitarowe galopady, epickie blasty i iście odzwierzęcy (pewien satrapa użył by określenia „animalny”) growl. Mówiąc wprost HiDiamond na tego typu repertuarze podkreśla potęgę i apokaliptyczność reprodukowanego materiału poprzez akcentowanie wolumenu i potęgi z jednoczesną tonizacją zbytniej krzykliwości i ofensywności, więc można słuchać po pierwsze głośniej a po drugie bez obaw, że coś nas boleśnie ukłuje, coś gdzieś zgrzytnie niczym przejechanie paznokciami po szkolnej tablicy. Ewentualnie można od razu przeskoczyć, do 7,5 minutowej ballady „Meant To Be”, która może ustępuje pod względem popularności „Nothing Else Matters” Metallici, ale jest co najmniej równie urodziwy i melodyjny, więc jest swoistą wodą na młyn włoskiej sieciówki, która wyciąga z niego niespodziewane bogactwo wybrzmień, złotego blasku i „smoczej mądrości” – kiedy już nic nikomu udowadniać nie trzeba, bo muzyka broni się sama..
Z kolei na minimalistycznym, opartym na grze ciszą „Say Your Most Beautiful Word” Mahana Miraraba wyszło na jaw, że również i w mikro-dynamice i na poziomie misternych improwizacji oraz onirycznych wokaliz włoski przewód czuł się jak ryba w wodzie. Potrafił bowiem utrzymać na wodzy swoje ponadprzeciętne zdolności dynamiczne i zamiast wyrywać się do przodu, czy też podkręcać tempo zszedł do poziomu delikatnych muśnięć wykorzystywanego instrumentarium i nader oszczędnego wykorzystywania strun głosowych z jednoczesnym oddaniem pełni intensywności panującego pomiędzy muzykami flow. Całe szczęście jednak nie „dusił” przekazu, nie przykrywał go kocem obciążeniowym, przez co zachowana została lekkość i otwartość prezentacji, co bardzo wyraźnie słychać na niepozbawionych zadziorności partiach klarnetu Mony Matbou Riahi.

Patrząc na aktualny rozkład sił na rodzimym rynku audio z łatwością można dojść do wniosku, że włoska manufaktura HiDiamond raczej nie ma szans na miano marki pierwszego wyboru. Jeśli jednak za kryterium nadrzędne uznamy walory soniczne a nie popularność „metki” koniunktura dla Power Top Gold robi się zdecydowanie bardziej korzystna, Dlatego rozglądając się za przewodem zasilającym, która doda brzmieniu systemu odrobiny atrakcyjności i wigoru nasz dzisiejszy gość ma całkiem spore szanse na zdobycie serca potencjalnego nabywcy.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Nie ma się co oszukiwać, od ostatniej naszej potyczki z tym włoskim producentem okablowania zdążyło w Wiśle upłynąć już sporo wody. Jednak nie oznacza to puszczenia jego bytu w całkowitą niepamięć. Tym bardziej, że na przysłowiowe później zostawiliśmy sobie najciekawszą konstrukcję z jego portfolio. Mowa o kablu sieciowym z niemalże topowej serii Gold. Gdy spojrzycie w wyszukiwarkę, okaże się, iż już prostsze konstrukcje tego podmiotu oferowały ciekawy pomysł na dźwięk, dlatego po dojściu do momentu wzięcia na tapet tytułowego modelu nasze oczekiwania były bardzo duże. Czy zostały zaspokojone? Naturalnie dzięki logistycznym działaniom dystrybutora marki SoundAlchemy, który w nasze progi dostarczył rzeczony kabel HiDiamond Power Gold Top, dowiecie się w dalszej części tekstu.

Idąc za informacjami producenta wiemy, iż najważniejszymi w kwestii budowy Gold Top jest wykorzystanie najczystszej dostępnej na rynku miedzi, która została dodatkowo poddana autorskiej technologii oczyszczania materiału do poziomu określonego przez Włochów jako Single Crystal Cooper / SCC 4VRC. Ale to nie jedyne ciekawe działania w procesie projektowania budowy naszego bohatera. Otóż w jego konstrukcyjny skład oprócz wspomnianej wersji SCC4VRC wchodzi dodatkowo bardziej zaawansowana odmiana miedzi o nazwie UP/4VRC Ultra Pure Single Crystal Cooper połączona z grafitem, co pozwala znacznie skuteczniej wyeliminować poziom zakłóceń sygnału i tak zwany efekt naskórkowości. Jeśli chodzi o izolację, w tym celu został wykorzystany stukrotnie przewyższający efektami działania teflon materiał o nazwie XLPE. Na koniec bazujący na wspomnianych materiałach kabel zaterminowano wtykami Viborga w w aluminiowej obudowie i stykami z finalnie rodowanej czystej miedzi. Całość jak na Włochów przystało, zostało wykonane bardzo estetycznie i z dobrym wynikiem technicznej jakości.

Co ciekawego mogę powiedzieć o zajmującym drugie miejsce w portfolio marki HiDiamond kablu sieciowym Top Gold? Tutaj nie ma co deliberować, to najlepsza sonicznie konstrukcja jaka u nas miała okazję gościć. W mojej ocenie jest najbardziej zrównoważona oraz spójna, Do tego jej głównym celem jest zapewnienie systemowi odpowiedniej dawki kontrolowanej i dobrze napowietrzonej energii. Co mam na myśli pisząc o spójności i hołubieniu energii? Otóż chodzi mi o bardzo dobre zgranie i płynne połączenie sąsiadujących ze sobą podzakresów. Żaden nie próbuje wyjść przed szereg, co daje efekt wspomnianej spójności prezentacji. Ale to nie jedyna zaleta naszego bohatera, gdyż oferując w całym pasmie dobry poziom energii w pełni kontroluje dolny zakres, udanie utrzymuje rozdzielczość wyraźnie nasyconej średnicy i bez poszukiwania wyczynowości zapewnia muzyce swobodę wybrzmiewania nawet najbardziej skomplikowanego brzmieniowo spektaklu muzycznego. Jak wynika z opisu, na pierwszy rzut ucha kabel nie szuka poklasku epatując lubianymi przez wielu z nas „fajerwerkami”, jednak zapewniam, gdy tylko wiemy, na czym polega naturalnie brzmienie, natychmiast zauważamy, iż powyższa lista jest wyliczanką wręcz poszukiwanych zalet.
Zalet, które bez problemu są w stanie zapewnić niezbędną dawkę adrenaliny podpartej mocnym uderzeniem słuchacza dźwiękiem podczas popisów kapel rockowych. Tego rodzaju twórczość bez odpowiedniego dozowania dobrej wagi i wyrazistości podania muzyki nie zapewni nam odpowiedniego poziomu atrakcyjności odbioru w domenie nieprzewidywalności, dlatego wiedząc to producent Top Gold tak mocno przyłożył się do kwestii utrzymania spójności w skorelowaniu masy i otwarcia przekazu. Dlatego też słuchając podczas procesu testowego mocnego grania zawsze docierałem emocjonalnie do clou takich popisów.
Na podobnym poziomie przyjemności odbioru wypadała również muzyka z puli spokoju i cyzelowania każdej pojawiającej się w eterze nuty. Po pierwsze dlatego, że każdy dźwięk miał odpowiednią wagę. Po drugie oferował pełen pakiet informacji o jej powstaniu, trwaniu oraz wielobarwności. A po trzecie był odpowiednio doświetlony, przez co nie odczuwałem efektu skracania jego wybrzmiewania. Dzięki temu bez względu na fakt, czy na tapecie wylądował jazz, czy muzyka barkowa, każda ze wspomnianej twórczości była odpowiednio emocjonalna i przez to bez problemu trafiała w oczekiwania będącej alter ego mojej rockowej duszy, czyli duszy romantyka.

Komu poleciłbym opisywany dzisiaj kabel sieciowy? Otóż jak wspominałem, jest bardzo zrównoważony i spójny co sprawia, że w pierwszej kolejności powinni zainteresować się nim melomani poszukujący przekazu dobrze utrzymanego w kwestii ilości energii i błysku muzyki. To jest cel nadrzędny tego kabla. Ale spokojnie, to nie jedyna grupa mogąca znaleźć z nim nić porozumienia. Chodzi oczywiście o to, że dobra kontrola i nienachalna iskra czyni go bardzo czytelnym w odbiorze i jeśli ktoś w swoim zestawie ma problemy z uzyskaniem wyrazistości krawędzi dźwięku, owe potencjalne rozmycie może skorygować naszym bohaterem. Tchnie w przekaz nutę dobrze kontrolowanej masy, a tym samym poprawi czytelny impuls i finalnie dający zastrzyk życia drive muzyki. Niestety, czy to Wasza bajka, musicie już zweryfikować sami.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: SoundAlchemy
Producent: HiDiamond
Cena: 13 699 PLN / 2 m + 1 999 PLN dodatkowy metr

  1. Soundrebels.com
  2. >

Jedno urządzenie do niemal każdych słuchawek. iFi Audio iCAN Phantom 1.5 to zaawansowany, analogowy wzmacniacz słuchawkowy i stereofoniczny przedwzmacniacz, który łączy ogromny zapas mocy, trzy charakterystyki pracy oraz rozbudowane możliwości dopasowania brzmienia. Dzięki zintegrowanemu energizerowi elektrostatycznemu może współpracować zarówno z czułymi IEM-ami, wymagającymi słuchawkami planarnymi, jak i konstrukcjami elektrostatycznymi.

Jeden wzmacniacz, wiele możliwości
iCAN Phantom 1.5 został zaprojektowany z myślą o użytkownikach posiadających rozbudowane kolekcje słuchawek. Zamiast kilku osobnych wzmacniaczy otrzymujemy jedną konstrukcję, która pozwala obsłużyć praktycznie każdy typ słuchawek.
Do dyspozycji są trzy poziomy wzmocnienia – 0 dB, 12 dB i 24 dB. Niższe ustawienie pozwala lepiej dopasować pracę do bardzo czułych słuchawek, natomiast wyższe zapewniają odpowiedni zapas napięcia i mocy dla bardziej wymagających konstrukcji.

Ponad 15 000 mW mocy i trzy charakterystyki brzmieniowe
Jedną z najważniejszych cech Phantom 1.5 jest jego wydajność. Producent deklaruje ponad 15 000 mW mocy maksymalnej z wyjścia zbalansowanego przy obciążeniu 16 Ω, a także ponad 5 760 mW z wyjścia single-ended. W trybie RMS wartości te wynoszą odpowiednio ponad 6 250 mW i ponad 4 500 mW przy 16 Ω.
Wzmacniacz oferuje trzy tryby pracy: Solid-State, Tube oraz Tube+. Użytkownik może więc dopasować charakter brzmienia do konkretnego zestawu i własnych preferencji.
Solid-State wykorzystuje w pełni dyskretny stopień Class A z tranzystorami J-FET. Tryb Tube korzysta z lampowego stopnia Class A z parą ręcznie selekcjonowanych i komputerowo parowanych lamp General Electric 5670. Tube+ zmienia sposób pracy układu, oferując inne połączenie charakteru lampowego z odpowiedzią na transjenty.
To rozwiązanie sprawia, że iCAN Phantom 1.5 może działać jak trzy różnie zestrojone wzmacniacze w jednej obudowie.

True Differential Balanced i PureWave PRO
Tor sygnałowy Phantom 1.5 jest w pełni zbalansowany od wejścia aż do wyjścia. Konstrukcja wykorzystuje cztery niezależne obwody wzmacniające, co ma na celu ograniczenie szumów i przesłuchów międzykanałowych.
Za regulację głośności odpowiada zmotoryzowany potencjometr ALPS wykonany w Japonii, współpracujący z sześciodekadowym sterowaniem. W połączeniu z układem PureWave PRO rozwiązanie to ma zapewnić precyzyjną kontrolę nad sygnałem i odpowiednie warunki do pracy z wymagającymi słuchawkami.

XBass Pro i XSpace Pro
iFi Audio nie zapomniało również o możliwościach dopasowania prezentacji dźwięku. Phantom 1.5 oferuje układy XBass Pro i XSpace Pro, z których każdy posiada trzy poziomy regulacji.
XBass Pro pozwala zwiększyć masę i energię niskich częstotliwości, natomiast XSpace Pro modyfikuje prezentację przestrzenną, przybliżając ją do charakteru odsłuchu z kolumn. Oba rozwiązania można regulować w czasie rzeczywistym, dopasowując ich działanie do słuchawek i konkretnego nagrania.
Wbudowany energizer dla słuchawek elektrostatycznych
Jedną z najbardziej charakterystycznych cech iCAN Phantom 1.5 jest zintegrowany energizer elektrostatyczny iESL. Dzięki niemu wzmacniacz może współpracować również ze słuchawkami elektrostatycznymi, bez konieczności stosowania dodatkowego, zewnętrznego urządzenia.
Phantom 1.5 oferuje wymienną architekturę biasu, pozwalającą skonfigurować wyjście Custom/Pro w zakresie 500–640 V RMS. Dostępne jest także osobne wyjście Normal o napięciu 230 V RMS, przeznaczone również do starszych konstrukcji elektrostatycznych.
Dodatkowe możliwości regulacji AC termination oraz impedancji pozwalają precyzyjniej dopasować współpracę z konkretnym obciążeniem.

Co nowego w wersji 1.5?
Najnowsza odsłona iCAN Phantom przynosi szereg usprawnień względem poprzednika. Wśród najważniejszych zmian znajdziemy:
● Nowe poziomy wzmocnienia, w tym 24 dB.
● Ulepszone dopasowanie IEMatch.
● Zintegrowany wskaźnik VU na przednim panelu.
● Przeprojektowany interfejs użytkownika.
● Nową powłokę anti-fingerprint na szklanym panelu.
● Obsługę platformy iFi Nexis.
iFi Nexis to rozwiązanie, które pozwala sterować wzmacniaczem z poziomu smartfona, zmieniać ustawienia, przeprowadzać diagnostykę oraz aktualizować oprogramowanie OTA. W wersji 1.5 platforma oferuje również m.in. reset urządzenia, zmianę jego nazwy oraz monitorowanie stanu lamp.

Konstrukcja i obsługa
iCAN Phantom 1.5 otrzymał charakterystyczną, dwupoziomową obudowę wykonaną z aluminium. Dolna część mieści przyłącza, natomiast górna została przeznaczona na elementy sterujące i kolorowy wyświetlacz OLED.
Na przednim panelu znajdziemy również wskaźnik VU, pozwalający obserwować poziom sygnału w czasie rzeczywistym. Górny panel przykrywa przyciemniane szkło z powłoką ograniczającą pozostawianie odcisków palców.
Wzmacniacz pełni także funkcję stereofonicznego przedwzmacniacza, oferując wyjścia XLR i RCA. Do dyspozycji użytkownika pozostaje szeroki wybór wyjść słuchawkowych, w tym 4-pin XLR, 4.4 mm oraz 6.3 mm.

iFi Audio iCAN Phantom 1.5 – najważniejsze cechy
● Referencyjny wzmacniacz słuchawkowy i stereofoniczny przedwzmacniacz.
● Ponad 15 000 mW mocy maksymalnej z wyjścia zbalansowanego.
● Trzy tryby pracy: Solid-State, Tube i Tube+.
● Trzy poziomy gain: 0 dB, 12 dB i 24 dB.
● W pełni zbalansowany układ True Differential Balanced.
● Układy XBass Pro i XSpace Pro.
● Zintegrowany energizer elektrostatyczny iESL.
● Obsługa napięć biasu 500–640 V oraz 230 V.
● Platforma iFi Nexis z funkcjami sterowania i diagnostyki.
● Kolorowy wyświetlacz OLED i wskaźnik VU.
● Zmotoryzowany potencjometr ALPS.

iFi Audio iCAN Phantom 1.5 to konstrukcja dla osób, które oczekują od wzmacniacza słuchawkowego nie tylko wysokiej jakości brzmienia, ale również maksymalnej uniwersalności. Ogromny zapas mocy, trzy charakterystyki pracy, rozbudowane możliwości regulacji oraz obsługa słuchawek elektrostatycznych sprawiają, że Phantom 1.5 może stanowić centrum bardzo rozbudowanego systemu słuchawkowego.

Cena za iCAN Phantom 1.5 wynosi 16 199 PLN. Urządzenie już wkrótce będzie dostępne w najlepszych salonach audio w Polsce.

Dystrybucja w Polsce: 21Distribution

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Silent Angel Munich MU

Opinia 1

Choć już od początku bądź co bądź niezaprzeczalnie skutecznej ekspansji grania z plików a następnie korzystania z uroków powszechności serwisów streamingowych podnoszony był jako kluczowy argument wygody / ergonomii praktyka pokazała, iż owe pojęcia podlegają zaskakująco subiektywnej interpretacji przez wytwórców urządzeń takowe plikograjstwo umożliwiające. Mamy bowiem podejście tzw. „klasyczne”, gdzie tak wyświetlacze, jak i obecna na froncie klawiszologia nie odbiegają zbytnio od tego, do czego zdążyły przyzwyczaić nas odtwarzacze srebrnych krążków. Jest obóz wysokorozdzielczych ekranów dotykowych, wśród których prym wiedzie HiFi Rose i jest grono miłośników dalece posuniętego minimalizmu, do którego z powodzeniem możemy zaliczyć naszego gościa. Skoro bowiem ów jegomość kontakt ze światem ogranicza do pojedynczej, całe szczęście wielobarwnej diody a wolumen przycisków ograniczył do samotnego włącznika zasilania i to na swych plecach, to śmiało można uznać, iż streamer Silent Angel Munich MU, bo to właśnie o nim mowa skierowany jest do ortodoksyjnych wzorniczych ascetów, którzy jak tylko mogą uciekają od wszelkich prób ich sensorycznego przebodźcowania.

Jak już wspomniałem we wstępie jeśli chodzi o aparycję, to Silent Angel Munich MU jest istną oazą stoickiego spokoju. Obły, wykonany z grubych i podwójnych – aluminiowych płatów z dodatkowym wewnętrznym ekranowaniem korpus dostępny jest w dystyngowanej, dostarczonej przez Nautilusa czerni, oraz równie monochromatycznym srebrnym malowaniu. Na froncie znajdziemy jedynie centralnie umieszczony grawerunek z nazwą urządzenia oraz wspomnianą, informująca o statusie urządzenia diodę. Zielona luminescencja oznacza odtwarzanie materiału PCM a niebieska DSD. Firmowy logotyp zdobi płytę górną i jeśli chodzi o akcenty dekoracyjne śmiało możemy uznać, że to by było na tyle.
Zdecydowanie więcej dzieje się na zakrystii, gdzie do dyspozycji, patrząc od lewej mamy zintegrowane z komora bezpiecznika gniazdo zasilające IEC, przycisk włączenia i dodatkowy port na zewnętrzny zasilacz liniowy 12V. Następnie trafiamy na sekcję z czterema gniazdami USB (wyjście + 3 x wejścia dla zewnętrznych pamięci masowych), Gigabitowy port Ethernet, firmową magistralę SA-Link i zacisk uziemienia.
Sekcja cyfrowa obejmuje wyjścia I²S w formacie HDMI, koaksjalne i AES/Ebu uzupełnione o wejście dla zewnętrznego zegara 25MHz ze stosownym włącznikiem. I tu drobna dygresja, gdyż jak wszem i wobec wiadomo brak standaryzacji I²S wiąże się z oczywistymi problemami natury kompatybilnościowej, a tymczasem Silent Angel choć nie daje możliwości konfiguracji poszczególnych PIN-ów w złączu HDMI, lecz jest na tyle miły, że dzieli się szczegółowa rozpiską, co na którym PIN-ie znajdziemy. Wyjścia analogowe dostępne są zarówno w postaci pary RCA, jak i podobnego zestawu XLR-ów.
Jak łatwo się domyślić, z racji nieskalaności frontu obsługę Municha zapewnia firmowa aplikacja VitOS Orbiter dostępna dla iOS, Android, choć jednostki przyzwyczajone do Roona również z powodzeniem tytułowego plikograja z poziomu ulubionej apki obsłużą. Życie ułatwia też obsługa Tidal, Qobuz, Spotify w ich odsłonach Connect
Jeśli chodzi o wnętrze, to zaimplementowano w nim zasilacz impulsowy, który choć ma deklarowaną „klasę radarową” warto „obejść” z użyciem zewnętrznego zasilacza liniowego, który to Silent Angel przecież posiada w swoim portfolio.
Sercem Silenta są dwa procesory – 1.8GHz Dual-core Cortex-A72 i 1.4GHz Quad-core Cortex-A53 współpracujące z precyzyjnym zegarem TCXO i 4 GB RAM-u. Sekcja analogowa jest ekranowana od cyfrowej.

Nieco więcej zabawy jest przy aplikacji wewnętrznego SSD-ka, gdyż wymaga ona odkręcenie nie tylko przedniej nóżki, lecz również pozostałych 13 śrub mocujących podstawę do korpusu urządzenia. Następnie, już w trzewiach, należy odkręcić dwie śruby mocujące obudowę dysku, wysunąć ją, rozkręcić, zaaplikować na wewnętrzną płaszczyznę pastę termoprzewodzącą, umieścić w nim dysk. Skręcić ją, nanieść pastę na powierzchnię przylegającą do korpusu, umieścić dysk w slocie i dokręcić całość do podłoża. Następnie założyć i przykręcić płytę spodnią a na koniec przykręcić przednią nóżkę. Po uruchomieniu VitOS powinien „zauważyć” nową przestrzeń dyskową a jeśli tak się nie stanie czeka nas ponowne rozkręcenie całości i wyciągnięcie, obraz ponowna aplikacja karty TF z systemem. W przypadku, gdy operacja zakończyła się sukcesem należy sformatować zamontowany dysk SSD z poziomu aplikacji. Nowe repozytorium powinno też być widoczne (Windows) w otoczeniu sieciowym po wprowadzeniu adresu \\192.168.49.196\ co pozwoli przenieść na nie stosowne pliki muzyczne. I prawdę powiedziawszy nie jest to jakieś karkołomne przedsięwzięcie, ale konkurencja oferuje obecnie zdecydowanie mniej absorbujące i wymagające choćby podstawowych umiejętności manualnych rozwiązania. Cieszy jednak możliwość aplikacji szybkiego i zarazem bezgłośnego dysku w trzewiach a przez to ograniczenie plątaniny kabli za systemem i miejsca, szczególnie gdybyśmy zamiast NVMe SSD zdecydowali się na jakiegoś mniej, bądź bardziej cywilnego NAS-a.

A jak Silent Angel Munich MU gra? W telegraficznym skrócie zgodnie z własną aparycją a w wersji rozszerzonej i mniej lakonicznej … po swojemu i zarazem ciekawie. Zamiast bowiem starać się „złapać za ucho” potencjonalnego nabywcę jakimś podbitym podzakresem, bądź np. ponadnormatywną przestrzennością azjatycki plikograj stawia na liniowość i emocjonalne zrównoważenie. Od razu jednak zaznaczę, że nie oznacza to grania nudnego, płaskiego i zachowawczego, czyli sprawiającego, że nawet przy „I, Scvlptor” Behemotha powieki same opadają po pierwszym kawałku. O nie. To bardzo rzetelne granie, w którym po prosu nic nie wyrywa się przed szereg, dzięki czemu na scenie panuje nie tylko wzorowy porządek, co pełna demokracja i każdy z uczestników nagrania otrzymuje tyle czasu i atencji, ile potrzebuje. O ile jednak ekipa pod wodzą Nergala za punkt honoru również i tym razem przyjęła przewłóczenie słuchaczy po najmroczniejszych zakamarkach Hadesu, więc po raptem 38 minutach można poczuć lekki przesyt metalowymi ekstremami, to powrót do nieco mniej wyczerpującego repertuaru, jak daleko nie szukając zwiewny „Grimalkin” Pattern-Seeking Animals unausznia, że również unikający nazbyt pierwotnych emocji wsad muzyczny może zabrzmieć po prostu atrakcyjnie i szalenie komunikatywnie bez jednoczesnego usilnego zabiegania o atencję. Jak to możliwe? Ot chociażby na drodze budowania sceny mniej więcej na linii kolumn i precyzyjnej gradacji dalszych planów. Aby jednak w ową strukturę zagłębić nie wystarczy li tylko okazjonalnie rzucać co jakiś czas uchem, bo przy takim podejściu całość wypadnie niezbyt przekonująco, lecz na spokojnie usiąść i skoro zadaliśmy sobie trud i dany album na playlistę dodaliśmy, to dajmy mu szansę i choć raz od deski do deski go prze/wy-słuchajmy. Mówiąc wprost z tytułowym Silentem jest jak z oknem, przez które jedni dostrzegą jedynie rant parapetu, inni najbliższe sąsiedztwo a jeszcze inni zachwycającą się złożonością panoramy miasta. Czyli trzy zauważalnie różne perspektywy a okno przecież jedno. Dlatego też zamiast jedynie ślizgać się po jego tafli warto sięgnąć wzrokiem/uchem nieco głębiej a dalej, pójdzie już samo. Przykładowo Munich nie podkreśla, nie epatuje sybilantami na „Thunderbird” Cassandry Wilson, lecz również ich nie ukrywa, jedynie z niezwykłym wyczuciem wkomponowując je w prowadzoną przez nieodżałowaną Artystkę narrację. Ponadto z racji wspomnianej wcześniej zdroworozsądkowej emocjonalności i liniowości nawet zazwyczaj nazbyt wybujały i lubiący zawłaszczyć sobie nieprzypisane mu obszary bas na ww. albumie z Silentem w torze łapany jest w ryzy i nie tracąc nic a nic ze swojej motoryki i energetyczności daje szanse na lepszą rozdzielczość niższej średnicy, czy też swobody całej prezentacji, która zaraźliwym rytmem pulsuje a nie nim przytłacza,

Silent Angel Munich MU to propozycja dla wszystkich stroniących zarówno od krzykliwego designu, jak i kąsającego skołatane zmysły brzmienia. Robi po prostu swoje praktycznie nie zwracając na siebie uwagi w obu ww. domenach. Dlatego też o ile do obsługi jedynie z poziomu apki trzeba się po prostu przyzwyczaić, to z dojrzałym i rzetelnym brzmieniem większości dążących do prawdy melomanów i audiofilów powinno być po drodze.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Nie wiem, czy wiecie, ale ten azjatycki producent elektroniki związanej ze streamowaniem muzyki od dobrych kilku lat znakomicie radzi sobie na naszym rynku. A piszę o nim w szerokim znaczeniu zagadnienia słuchania muzyki na bazie plików, gdyż w swoim portfolio ma nie tylko samowystarczalne playery i czyste transporty, lecz także ethernetowe switche. Jak widać, użyłem słusznego określenia, bo oferta jest szeroka. Ale jakby nie patrzeć, nie jest to jedyna ciekawa informacja dla potencjalnego klienta odnośnie tego brandu, bowiem równie ważnym aspektem rynkowej oferty Silent Angel jest zróżnicowanie cenowe urządzeń w zależności od zaawansowania technicznego, co z automatu zwiększa liczbę ewentualnych nabywców. I właśnie coś z puli stosunkowo niedrogich konstrukcji będziemy dzisiaj gościli. Konkretnie mówiąc dzięki krakowskiemu Nautilusowi tym razem na tapet trafił naprawdę rozsądnie wyceniony streamer Silent Angel Munich MU.

Nasz bohater to stosunkowo nieduża, niewysoka, niezbyt głęboka, o średniej szerokości, wykonana z aluminium, prostopadłościenna bryła. Jednak, aby nie była wizualnie nudna, jej narożniki zostały przyjemnie dla oka zaoblone. Takim to sposobem jest zgrabna i przy okazji bardzo przyjazna optycznie, co dla wielu z nas jest bardzo ważną kwestią podczas procesu decyzyjnego o ewentualnym zakupie. Jak całość prezentuje się od strony użytkowej? Otóż owa czarna skrzynka, aby nie burzyć wizualnego spokoju, w centrum gładkiego frontu została wyposażona jedynie w kolorową diodę informującą o stanie urządzenia i specyfikacji odtwarzanych plików – świeci się na zielono, niebiesko lub czerwono. Natomiast patrząc na Silent Angel-a od tak zwanej zakrystii widzimy zestaw wejść cyfrowych – USB, LAN, AES/EBU, SPDiF, HDMI, wejście na zewnętrzny zegar taktujący sygnał cyfrowy, zacisk masy, gniazdo zasilania IEC, główny włącznik oraz pakiet wyjść analogowych RCA i XLR. Idąc dalej z tematem strony obsługi dla jednych niestety, a dla drugich to normalka, ale w tytułowym Munich MU nie znajdziemy żadnego wyświetlacza. Jednak natychmiast zapewniam, nie ma o co kruszyć kopii, gdyż już wspominałem, iż o jakości plików informuje nas po trosze dioda na awersie, a w pełni dane wyświetlane na dedykowanej aplikacji. Czyli jakby na to nie patrzeć, mając na uwadze wiele podobnych rozwiązań u innych producentów, mówimy o pewnego rodzaju standardzie.

Z jakiej strony pokazał się Munich MU? Być może zabrzmi to banalnie, ale co tam, biorę to na klatę. Otóż w kreowaniu estetyki brzmienia swoich wyrobów jest bardzo stabilny i zawsze stawia na dobrą wagę i energię dźwięku. Naturalnie wyrafinowanie wspomnianych cech zawsze jest wypadkową zaawansowania technicznego w prostej linii będącego pokłosiem finalnej ceny urządzenia, ale jedno jest pewne, krzyku z konstrukcji spod tego znaku towarowego na sto procent nie usłyszycie. Zderzycie się za to z dużą muzykalnością. W tym konkretnym przypadku opartą na solidnej masie dźwięku i jako feedback wagi mocnym jego nasyceniu, co daje efekt fajnego w odbiorze otulania słuchacza pełnymi ciepła impulsami. Z lekko zaokrągloną krawędzią, ale też dalekimi od nudnego rozmycia. Całość jest na tyle ciekawie wyważona, że mimo wspominanej wagi przekaz zawsze cechuje dobry drive. Wizualizowanie wirtualnej sceny jest nieco ciemnawe, ale znowu nie przyduszone, tylko mniej epatujące wyższą średnicą. Efekt wbrew pozorom jest naprawdę ciekawy, gdyż unikanie rozjaśnienia nadaje muzyce nutki intymności, a przez to większej namacalności. Reasumując powyższą wyliczankę powiem tak, wpinając streamer Silent Angel Munich MU w tor dostajecie esencję, gładkość i udane, bo nie popadające w nudę unikanie nadinterpretacji średnicy, co z jednej strony jest kwintesencją muzykalności, a z drugiej pozwala słuchać ulubionych płyt bez jakichkolwiek oznak zmęczenia nawet podczas wielogodzinnych nasiadówek.
Tak było choćby z saksofonowymi popisami Jana Garbarka na tle formacji wokalnej Hillard Ensemble podczas interpretacji zapisów sakralnych na płycie „Officium”. To dość ascetyczna płyta, gdyż mamy do czynienia jedynie z 4 męskimi gardłami i saksofonem w wielkiej kubaturze kościelnej. Żadnych generatorów wysokich tonów, co w momencie słabego radzenia sobie systemu z rozdzielczością prezentacji, przy ciemnawej projekcji tej uduchowionej muzyki, powodowałoby męczące uśrednienia w oddaniu klimatu tej twórczości. Tymczasem nasz bohater pokazał nie tylko dobrą dźwięczność wokalizy i drewnianego dęciaka, ale także bez najmniejszych problemów rozmiary budowli z efektem wszędobylskiego echa w tle podczas realizowania tego materiału. Dzięki temu świetnie wchodziłem w nagranie od strony emocji i z uwagi na omijanie nadpobudliwości brzmienia przez zestaw przesłuchać ten materiał jednym tchem w całości. A zaznaczam, z uwagi na ciężar duchowy i zarazem bardzo stonowany w nie jest to takie oczywiste.
Z drugiej zaś strony muzycznej barykady owa waga i nasycenie dźwięku w zderzeniu z ostrym graniem rockmenów z formacji Joy Division na płycie „Closer” powodowały przyjemne w odbiorze ucywilizowanie ich buntu. Owszem, był nieco mniej agresywny w domenie szybkości i ostrości ataku, ale ogólna reakcja zmysłów na odbiór tej muzyki była pozytywna. Bardziej esencjonalne popisy wokalne, mocniejsze brzmienie gitar i ogólna gładkość prezentacji powodowały łatwiejszą przyswajalność ich zabawy, a co za tym idzie większą przyjemność z przypomnienia sobie tego od dawna niesłuchanego przeze mnie materiału. Naprawdę fajnie to wypadło.

Kto w moim odczuciu jest beneficjentem testowanego streamera Silent Angel Munich MU? To chyba jasne, że wszyscy lubiący muzykę pełną emocji opartych na soczystości prezentacji. Naturalnie lekkim kosztem agresji. A przecież nawet największemu wyznawcy takiego sposobu na muzykę czasem może się od niej ulewać i wówczas czasem jedynym wspomnę, że rozsądnie wycenionym ratunkiem może być właśnie testowane dzisiaj źródło. Dobrze osadzone w masie, ale też, że tak powiem nieprzegrzane. Ot serwujące nieco większą od strony krągłości, ale nadal ciekawą dawkę muzyki. Jednak czy to do końca Wasza bajka, niestety musicie zweryfikować sami. Moim zdaniem coś w tym streamerze jest.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Nautilus
Producent: Silent Angel
Cena: 11 900 PLN

Dane techniczne:
System: VitOS
Sterowanie: VitOS Orbiter (dla iOS, Android)
Wyjścia cyfrowe: AES/EBU, Coaxial, I²S (max. 384 kHz PCM i DSD128), USB Audio (max 768kHz PCM i DSD256)
Wyjścia analogowe: para XLR, para RCA
Komunikacja: USB 2.0; 2 x USB 3.0; 1 GbE RJ45
Obsługiwane format audio: AAC, M4A, MP3, OGG, FLAC, WAV, ALAC, DSD (DSF, DFF), WAV64, AIFF, CUE, WMA, APE
Wejście zegarowe: 25 MHz
CPU: Dual-core Cortex-A72, frequency 1.8GHz + Quad-core Cortex-A53, frequency 1.4GHz
Pamięć RAM: 4GB
Dysk systemowy: 32 GB TF CARD
Dysk na dane muzyczne (opcjonalny): max 4 TB M.2 NVMe SSD (2280)
Wymiary (S x W x G): 360 x 73 x 220 mm
Waga: 4,65 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł w przygotowaniu / work in progress

Po wielce udanej P1-ce i jej kompaktowej wersji P1 Mini przyszła pora na nową odsłonę flagowego kombajnu Lumïna – P2.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Gryphon Audio Helios

Opinia 1

Wszyscy wiemy, że konsekwentny rozwój technologii nieubłaganie obliguje producentów do unowocześniania swojej oferty. Problem jednak w tym, że wspomniany progres nie zawsze jest głównym motorem takiego postępowania przez niektóre podmioty. Mam na myśli oczywiście tylko w teorii w imię wspomnianego rozwoju ostatnio modne, częste, jedynie kuszenie klientów wprowadzaniem zmian li tylko w kwestii wyglądu zewnętrznego i ewentualne dodawanie całkowicie zbędnych dla użytkownika funkcji. Na szczęście nie jest to standardem, co udowadnia będąca tematem naszego spotkania duńska marka Gryphon Audio. Można ją lubić lub nie, ale nie można jej zarzucić, że kolokwialnie mówiąc „miesza” w ofercie w imię zysku opartego na bazie wprowadzania w urządzeniach kosmetycznych poprawek. Jeśli już zabiera głos w formie nowości, to tylko wówczas, gdy ma do zaoferowania coś naprawdę innego, czyli bardziej zaawansowanego technicznie i z tego powodu lepszego. To oczywiście ma swoje konsekwencje w postaci rzadkich zmian w cenniku, ale zapewniam, straty finansowe są niewielkie, za to dla wielu osobników parających się muzyką na zaawansowanym poziomie takie podejście do tematu jest gwarantem solidności marki, a w konsekwencji bardzo dużego zaufania do niej. I z takim przykładem zderzymy się dzisiaj. Chodzi o zmianę warty na drugim od góry w portfolio Duńczyków poziomie elektroniki. Otóż po wielu latach egzystencji przedwzmacniacza liniowego Pandora, którego przez kilka lat sam byłem szczęśliwym użytkownikiem, jego miejsce zastąpiła dostarczona do nas przez łódzki Audiofast nowa konstrukcja zarządzająca rozbudowanym systemem audio Gryphon Audio Helios. Także dzielona, jednak biorąc pod uwagę stabilność emocjonalną mocodawców brandu w kwestii jakichkolwiek zmian na 100% wykorzystująca dostępne obecnie nowocześniejsze rozwiązania techniczne, co powinno pozytywnie przełożyć się na dźwięk. Jak wypadła, naturalnie wyjaśni się w dalszej części tekstu.

Obie konstrukcje Gryphona w teorii są nierozłącznym kompletem. Jednak tylko w teorii, bowiem z uwagi na fakt przystosowania obsługi przez PSU jednocześnie także innych komponentów tej serii – podobnej wielkości pełnoprawnego przetwornika D/A lub phonostage’a – każdy z komponentów można nabyć z osobna. To ważne posuniecie, gdyż pozwala uniknąć zbędnego powielania sporych gabarytowo urządzeń w rozbudowanym na bazie tej marki systemie, co jest wielką zmorą wielu z nas. Wracając do kwestii traktowania Heliosa jako potencjalnego kompletu naturalną rzeczą jest fakt spakowania obu części w bliźniacze obudowy. Spore rozmiarowo, bo dość wysokie, szerokie i głębokie a do tego ciężkie, za to bardzo ciekawe wzorniczo. Mamy bowiem do czynienia z płaskimi prostopadłościanami, w których w wykorzystujące grube płaty aluminium awersy wkomponowano wyglądające przyjemnie dla oka, wcinające się lekko na górną połać skrzynki, wykonane ze szkła, skrywające wyświetlacz, diody informacyjne i sensoryczny przycisk startu urządzenia, swoiste kliny. Myślicie, że to nazbyt bogata w detale szata? Bynajmniej, w realu jest dokładnie odwrotnie, co na szybko możecie zweryfikować zapoznając się z serią załączonych zdjęć. Moim zdaniem jest bardzo dobrze. Jeśli chodzi o wyposażenie każdego elementu, w przypadku zasilacza z racji zaprojektowania układów elektrycznych jako dual-mono mamy do czynienia z dwoma gniazdami zasilania IEC, pięcioma wielopinowymi gniazdami łączącymi zasilacz z modułem sterującym lub dodatkowym urządzeniem współpracującym oraz zacisk uziemienia. Co ciekawe, dwa główne włączniki nieco ukryto, gdyż zorientowano je tuż przy froncie od sporu urządzenia. Ale myślę, że jest to przemyślane, gdyż w momencie planowanego dłuższego „postoju” elektroniki i utrudnionego dostępu do tylnego panelu, możliwość wyłączenia jej od awersu jest w pełni zrozumiałym i nie oszukujmy się dużym ułatwieniem. Przybliżając wyposażenie tak zwanej „centralki” śmiało mogę powiedzieć, że jest na bogato. A to oznacza serię wejściowych i wyjściowych gniazd analogowych w wersji XLR i RCA, 3 bliźniacze terminale łączące pre z PSU, dwa gniazda trybu Green Bias, zacisk masy oraz kilka wejść typu Jack jako opcja startu pełnego kompletu Gryphona za pomocą jednego dotknięcia pilota. Fajnym dodatkiem w „liniówce” jest także możliwość zaaplikowania w niej przedwzmacniacza gramofonowego i przetwornika cyfrowo-analogowego w formie modułów wpinanych od strony pleców. To oczywiście mniej zaawansowane technicznie konstrukcje od pełnoprawnych urządzeń w osobnych obudowach, ale na tyle udane brzmieniowo, że inżynierowie z Danii postanowili dać użytkownikowi możliwość wyboru dodatkowych komponentów w łatwiejszej do użycia formie. Całość testowanego kompletu standardowo wieńczy nieprzeładowany manipulatorami, bo dedykowany jedynie przedwzmacniaczowi, a przez to bardzo czytelny pilot zdalnego sterowania.

Gdy dobrnęliśmy do akapitu opisującego brzmienie testowanej konstrukcji, każdemu z Was zapewne z automatu formują się w myślach co najmniej trzy zasadnicze pytania. Czy nasz bohater wpłynął na mój system? Jeśli tak, czy pokazał inną stronę jego brzmienia w odniesieniu do niegdyś posiadanej Pandory i obecnie Commandera spod tego samego znaku co on? I gdy odpowiedź będzie twierdząca, w jaką stronę podryfowały zmiany. Na szczęście elektronikę tej marki z uwagi na wieloletnie wspinanie się po drabince jakościowej szerokiej oferty Gryphona znam od tak zwanej podszewki, dlatego też odpowiedź na przytoczone pytania nie sprawi mi najmniejszego trudu. Opinię na dwa pierwsze sformułuję w jednym zdaniu i będzie banalna. Tak, aplikacja Heliosa natychmiast pokazała jego pojawianie się w torze, a dotychczasowe brzmienie w nieco innym, aniżeli dotychczas znanym mi świetle. Niestety odnosząc się do trzeciego pytania garść informacji będzie nieco dłuższa, gdyż nie tylko jest interesująca, ale w pełni warta poświęcenia oferowanym aspektom brzmienia większej uwagi. Otóż tytułowy przedwzmacniacz swoją ofertą soniczną w moim odczuciu uplasował się pomiędzy spadającą z oferty Pandorą, a topowym Commanderem. To zaś oznacza lekkie odejście od pokazywania świata muzyki zawsze z pięknej, dobrze kontrolowanej, ale raczej krągłej i płynnej, za to pokazującej znakomitą głębię wydarzeń scenicznych strony tej pierwszej, na rzecz mocnego uderzenia zwartym, wyraźnie rysującym źródła pozorne pakietem wielobarwnej energii tego drugiego. Jednak gdybym miał ocenić głębokość korekty zmian, powiedziałbym, iż temat dzisiejszego spotkania ze swoim sposobem na muzykę plasuje się mniej więcej po środku będących punktami odniesienia produktów. Czyli w stosunku do Pandory oznacza to znacznie lepsze serwowanie ataku oraz solidniejsze zwarcie energii z nastawieniem na hołubienie utrzymania drive’u. Zaś zderzając go z Commanderem Helios oferuje mniejszą wagę dźwięku w rozumieniu uderzenia krągłym impulsem i z uwagi na mniejszą soczystość prezentacji delikatnie skromniejszą jej wielobarwność i lotność. Ogólnie czerpie coś z każdej zestawionej z nim konstrukcji, ale finalnie stawia na nieco inne aspekty, bo jest szybszy od poprzedniczki, ale nieco mniej energetyczny od flagowca. Czy to źle? Naturalnie nie gdyż właśnie po to, czyli jako nowa opcja brzmienia spod znaku Gryphona został powołany do przysłowiowego „życia”. Życia niosącego ze sobą z jednej strony bezkresne pokłady ekspresji w oddawaniu realiów agresji muzyki, a z drugiej jej intymności, ale bez popadania w zbytnią melancholijność. Gdybym pomagając zrozumieć ruch producenta miał w skrócie określić wprowadzane przez Heliosa zmiany na tle jego poprzedniczki, powiedziałbym, że to świetnie zaaplikowany, zastrzyk bardzo dobrze odbieranej przez każdy rodzaju muzyki adrenaliny. Raz szybkiej, innym razem za sprawą wirtualnego skrócenia dystansu od słuchacza o dwa rzędy do artystów zbliżającej nas do realiów sesji nagraniowej, ale za każdym razem ciekawie odbieranej.
A ciekawie choćby z tego powodu, że ostra i nie do końca świetna w realizacji rockowa batalia grupy Black Sabbath w materiale „Vol. 4” w najmniejszym stopniu nie przeistoczyła się w bolesną, bo kakofoniczną kawalkadę dźwiękową, tylko mocniej wyrażoną artystyczną myśl muzyków. To oczywiście zasługa utrzymania dobrej wagi przekazu, która za sprawą poprawionego w domenie szybkości ataku, a co za tym idzie timingu wizualizowania wirtualnej sceny pozwoliła mi znacznie realniej wejść w ten materiał. Mocny od strony uderzenia dźwiękiem, ale też niegubiący ogólnej krągłości popisującego się w danym momencie instrumentarium, co dla rocka jest być albo nie być w prawidłowym odbiorze zapisanego w jego kodzie DNA buntu.
Jak na tym tle wypadł drugi biegun muzycznych opowieści, czyli często wspominany przeze mnie jazz, tym razem w postaci najnowszej płyty Adam Bałdych European Quartet „Endless”? Owszem, czuć było w powietrzu powiew szybkości i większej czytelności kreowania muzyki. Jednak to zaowocowało pokazaniem większej ilości nadal przyjemnie podanych informacji, a dzięki lekkiemu przybliżeniu słuchacza do wirtualnej sceny mocniejszym uczuciem namacalności tego scenicznego wydarzenia. W teorii zmniejszenie soczystości powinno zaszkodzić realności odbioru, jednak w tym miejscu do głosu doszły rzeczy związane z otwartością projekcji, co w pełni zrekompensowało drobne, a przez nieburzące równowagi tonalnej zmiany na poziomie wagi dźwięku. Najzwyczajniej w świecie było nieco inaczej, a do tego w wielu miejscach lepiej, co bez dwóch zdań udowodniło sensowność wprowadzania Heliosa do oferty.

Komu poleciłbym najnowszy przedwzmacniacz z Danii? Po pierwsze wszystkim lubiącym neutralność prezentacji. Ale neutralność z lekkim wskazaniem na dobrze rozumianą płynność, przy mocnej dbałości o drive muzyki. W tych aspektach Helios wręcz bryluje. Ale to nie jedyna dedykacja, gdyż sądzę, iż nasz bohater bez najmniejszych problemów odnajdzie się także w zestawach solidnie osadzonych w masie. Tchnie w nie odrobinę świeżości, ale nie zapomni o odpowiednim dociążeniu i pokolorowaniu danego materiału. A jak z systemami cierpiącymi na przysłowiową anoreksję? Cóż, ręki na przysłowiowy pieniek nie położę, ale jestem dziwnie spokojny, że jeśli z toru wypchnie jakiegoś „suchotnika”, nagle świat muzyki pokaże się Wam ze znacznie ludzkiej strony, Znam ofertę Gryphona i wiem, że oczywiście w różnym stopniu, ale zawsze stara się dotrzeć do głębi oddziaływania na nasze zmysły. Dlatego też jedyną przeszkodą zawitania przezeń w Waszych systemach jest, jaką postawicie mu tamę w postaci posiadanych systemów i potencjalnych oczekiwań. Niestety, aby się o tym przekonać, musicie zaprosić go do swojego ogródka.

Jacek Pazio

Opinia 2

O ile, przynajmniej wg. zachowanych zapisków, otwarcie puszki Pandory potrafiło spowodować niezłe zamieszanie a z kolei aplikacja Commandera oznaczała przekazanie mu pełnego dowództwa, to przynajmniej trzymając się nomenklaturowo-mitologicznych analogii po Heliosie powinniśmy spodziewać się co najmniej … oświecenia. Przy czym jednostki permanentnie wpatrzone w ekrany smartfonów uprasza się o wzmożoną czujność na pasach z uwagi na możliwość przejazdu złotego rydwanu. Tyle niezobowiązujących dywagacji przedstawiciela pokolenia wychowanego na twórczości Jana Parandowskiego a zarazem pora na nieco poważniejsze zaanonsowanie bohatera naszego dzisiejszego spotkania. Panie i Panowie, oto „pierwsze urządzenie elektroniki użytkowej Gryphon Audio Designs otwierające nowy etap stylistyczny marki”, czyli … (i tu w tle powinny odezwać się werble, bądź za mikrofonem powinien zasiąść Michael Buffer) przedwzmacniacz liniowy Gryphon Audio Helios.

Skoro mamy do czynienia z tzw. ofertą środka nie powinien dziwić fakt, iż pod względem gabarytów Helios nieco przerasta Pandorę a jednocześnie jest zdecydowanie mniej absorbujący od Commandera. Oczywiście, zgodnie z rodową tradycją, nadal mamy do czynienia z dwuelementowym tworem, z którego jeden korpus wypełniają układy zasilania a drugi dedykowane sygnałom audio. Z czysto kronikarskiego obowiązku przypomnę tylko, że wzorem tak protoplasty, jak i ww. flagowca do zasilania naszego gościa potrzeba dwóch przewodów. Całe szczęście nie 20 a 16A, więc wystarczy zaopatrzyć się w dwie takie same sieciówki. Oba, utrzymane w stylistyce „Nordic Noir” korpusy zachwycają przełamaną trapezoidalnymi chroniącymi 4,3-calowy, pojemnościowy ekran dotykowy TFT wstawkami z hartowanego szkła monolitycznością anodowanych na czarno iście pancernych aluminiowych płyt. I tu miły akcent, bowiem przy ustawieniu jednostki sygnałowej na zasilaczu owe wcięcia harmonicznie przechodzą jedno w drugie tworząc optycznie spójny „klin”. Z racji przydzielonych funkcji moduł sygnałowy oprócz obecnego również w zasilaczu podświetlanego krwistoczerwonego logotypu i oznaczenia modelu informuje również o wybranym źródle, sile wzmocnienia oraz ułatwia nawigację po menu.
Jeśli chodzi o rewersy, to w zasilaczu do dyspozycji mamy wspomniane dwa, zintegrowane z komorami bezpieczników (T500mA / 250V), gniazda zasilające IEC C14 oraz dodatkowy zacisk uziemienia. Magistrala zasilająca obejmuje cztery wielopinowe złącza uzupełnione o centralnie umieszczony interfejs kontrolny. Rzut oka na plecy sekcji sygnałowej jasno daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z w pełni symetryczną architektura dual mono. Centrum zajmują dwa sloty na opcjonalne moduły DAC3 i PS3 (MM/MC) a pod nimi rozmieszczono interfejsy green bias, wejście na zewnętrzny czujnik IR, port USB do przyszłych upgrade’ów, przelotki triggera oraz analogiczne do zasilacza gniazda magistrali zasilającej. Z kolei okupująca obie flanki sekcja analogowa obejmuje po trzy wejścia XLR, dwa RCA i wyjścia – dwa XLR i pojedyncze RCA. Wszystkie pozłacane. Na wyposażeniu nie zabrakło stosownego i równie pancernego co same urządzenia pilota zdalnego sterowania.
Z kolei w ujęciu anatomicznym wygląda na to, że w projektanci Heliosa pod dowództwem Tom Møller mogli się wykazać, czy wręcz wyszaleć, gdyż przykładowo w sekcji zasilania znajdziemy dwa (po jednym na kanał) 65VA transformatory toroidalne współpracujące z imponującą baterią kondensatorów – 83 000 μF na kanał, przy czym zasilanie sekcji cyfrowych i analogowych dla każdego kanału również rozdzielono. Zastosowane czterowarstwowe płytki drukowane posiadają ścieżki o grubości do 70 µm.
Jak już zdążyłem wspomnieć Helios jest urządzeniem o w pełni symetrycznej architekturze dual mono pracującym bez globalnego ujemnego sprzężenia zwrotnego w czystej klasie A począwszy od bufora wejściowego po ultra – szybki stopień prądowy. Za regulację głośności odpowiada sterowany mikroprocesorowo, 85-stopniowy tłumik przekaźnikowy z precyzyjnymi rezystorami oraz przekaźnikami o ultra – niskiej pojemności.

A jak najnowsza odsłona duńskiej myśli technicznej wypada brzmieniowo? Otóż w telegraficznym skrócie śmiało można uznać, iż nad wyraz zgodnie ze swoim „odmłodzonym” i zarazem nieco surowszym od poprzednich generacji designem. Chociaż nie do końca, bowiem pamiętam czasy, gdy elektronice Gryphona przypisywano „analityczne ciągoty” i swoistą bezwzględność tak dla błędów realizacyjnych reprodukowanego materiału, jak i tych popełnionych podczas konfiguracji systemu. Ale nie uprzedzając faktów uczciwie trzeba przyznać, że Helios na tle swojego rodzeństwa wyróżnia się nie tylko aparycją, lecz również brzmieniem, bowiem o ile Pandora stawiała na gładkość, dyskrecję i koherencję przekazu dbając przy tym o przyjemną uchu dyskretną szczyptę słodyczy przy perfekcyjnej dbałości o konturowość źródeł pozornych a Commander dorzucał solidny zastrzyk energii i dosaturowywał przekaz oraz nadawał całości iście organicznej soczystości to nasz dzisiejszy gość pewne rzeczy robi po swojemu nieśmiało zerkając ku prehistorii. Nie oznacza to bynajmniej, że jego wpięcie w tor było niczym podmuch prosektoryjnego chłodu zza uchylonych drzwi na Oczki lecz raczej sprowadzenie roli przedwzmacniacza do jego podstawowej roli – regulacji wzmocnienia oraz wyboru i „elektrycznego” dopasowania źródeł do finalnego wzmocnienia. Koniec kropka. Dlatego też bezpośrednia przesiadka z Commandera z jednej strony obniżyła poziom eufonii a z drugiej niemalże całkowicie wyeliminowała może nie tyle samo urządzenie, komponent z toru co jego, urządzenia sygnaturę, gdyż w kategoriach bezwzględnych i poniekąd na potrzeby niniejszej recenzji z powodzeniem możemy uznać, iż tytułowy przedwzmacniacz takowej nie posiada. W związku z powyższym nikogo obeznanego z tematem nie powinien dziwić fakt, że stricte metaforycznie pozbawiony wszelkich zabiegów upiększających „Humanoid” Acceptu zabrzmiał jeszcze bardziej niepokojąco i apokaliptycznie. Mark Tornillo skrzypi i skrzeczy aż miło a ognistym riffom z jednej strony nie brakuje niemalże garażowej szorstkości, choć nie sposób odmówić im również wpadającej w ucho melodyjności. Generalnie chodzi o to, ze z Commanderem heavy-metalowe galopady stają się bardziej kąśliwe, absorbujące, gdyż trudno spokojnie zajmować się domowa krzątaniną, bądź innymi zadaniami natury koncepcyjnej, gdy niemalże mimowolnie podskakujemy przy każdym uderzeniu w blachy a jakiś wydziergany jegomość wydziera się nam tuż przy uchu. Tu Gryphon stawia sprawę jasno – chciałeś posłuchać muzyki, to siadaj na dupsku i słuchaj!
Co ciekawe równie apodyktyczną i bezkompromisową postawę „ponury Duńczyk” wykazuje przy zdecydowanie bardziej wyrafinowanym repertuarze. Przykładowo na mrocznym i przywodzącym na myśl misterium „Tomba Sonora” Stemmeklang i Kristin Bolstad odwzorowanie klimatu kamiennych katakumb, osiąga taką intensywność, że odsłuch ww. wydawnictwa nawet w upalne popołudnie nie niweluje wrażenia przenikającego do szpiku kości chłodu. I tu od razu pragnę zaznaczyć, iż ów chłód nie bierze się z bezduszności i desaturacji wprowadzanej przez przedwzmacniacz a jedynie z samego otoczenia w jakim zrealizowano nagranie a preamp Gryphona jedynie do owego źródła dociera i pełnię informacji o nim przekazuje. Warto również wspomnieć, iż pomimo braku jakichkolwiek zabiegów upiększających Helios ani nie odchudza przekazu, ani nie próbuje podnieść jego równowagi tonalnej, gdyż jeśli trzeba zapuścić się do samych piekieł, to nie ma z tym najmniejszego problemu, lecz sam z siebie nie wykazuje tendencji do podbijania i faworyzowania jakiegokolwiek z podzakresów. Doskonale słychać to na dość może nie tyle jasno, co wyraźnie akcentującej górę „Vapaa ja yksin” Chisu, gdzie zaburzenie ww. równowagi niejako z automatu sprawia, iż ów album staje się „niesłuchalny”. Tymczasem Gryphon sprowadził odsłuch do iście studyjnego poziomu, gdzie tak artykulacja, jak i siła emisji wokalu Christel Martiny Roosberg były niemalże tożsame z osobistym uczestnictwem w sesji nagraniowej.

Reasumując powyższe dywagacje nie pozostaje mi jedynie stwierdzić, że ekipa Gryphona zachowała się bardzo fair informując, iż Helios jest de facto przedstawicielem nowego pokolenia duńskich urządzeń. Dlatego też zabierając się za jego odsłuchy warto dać mu carte blanche i nie próbować patrzeć na niego z perspektywy starszego rodzeństwa, gdyż reprezentuje om zauważalnie odmienne podejście do tematu. O ile bowiem tak Pandora, jak i Commander swą obecność w torze zaznaczały i ukrywać jej nie zamierzały, tak Helios dąży ku możliwie bezwzględnej neutralności i transparentności. Dlatego też wpinając go w tor lepiej przygotować się na chwilę prawdy zarówno o posiadanym systemie, jak i wydawać by się mogło znanych na pamięć nagraniach.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Gryphon Audio
Ceny:
Gryphon Audio Helios Mps: 119 200 PLN
Gryphon Audio Helios PSU 5: 82 600 PLN

Dane techniczne:
Wejścia: 3 pary XLR, 2 pary RCA
Wyjścia: 2 pary XLR, para RCA
Impedancja wejściowa: 25 kΩ (XLR); 12,5 kΩ (RCA)
Impedancja wyjściowa: 8 Ω
Pasmo przenoszenia: 0,1 Hz – 1,5 MHz (-3 dB)
Wzmocnienie: +18 dB
Zniekształcenia: THD + N: 0,003% (1 kHz, pasmo 10 Hz – 30 kHz, wyjście zbalansowane)
Maksymalny poziom sygnału wejściowego: 20 Vrms (XLR), 10 Vrms (RCA)
Pobór mocy:0,5 W (tryb czuwania), ok. 90 W (praca bez sygnału, z zainstalowanymi modułami PS3 i DAC3)
Wymiary (S x W x G)
Przedwzmacniacz: 47,5 × 17,3 × 36 cm
Zasilacz PSU 5: 47,5 × 17,3 × 36 cm
Waga
Przedwzmacniacz: 13,9 kg
Zasilacz: 13,9 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Jeśli rozglądając się po ekstremach współczesnego High-Endu zastanawiacie się Państwo w którą stronę owo szaleństwo zmierza, to pozwolę sobie przewrotnie stwierdzić, że w jaką tylko ma ochotę. Wystarczy bowiem chociażby zerknąć na przewody głośnikowe, by dojść do wniosku, że dróg do osiągniecia audiofilskiej nirwany jest tyle, co tych prowadzących do Rzymu. Mamy ciężkie jak dowcip gospodarza jednego z teleturniejów Siltechy Triple Crown, cienkie jak opłatek Nordosty Odin 2, uzbrojone w mrożone indyki Transparenty Opus, przywodzące na myśl okrętowe liny Stealth Audio Dream V18T, czy też biegnące niczym linie wysokiego napięcia, rozpięte pomiędzy carbonowymi dyskami Synergistic Research SRX S.C.. Słowem, do wyboru do koloru. I właśnie do owego ściśle elitarnego grona z powodzeniem możemy zaliczyć będące obiektem naszego dzisiejszego zainteresowania topowe, stanowiące prawdziwe opus magnum niemieckiej myśli technicznej głośnikowce in-akustik Reference LS-8005 AIR Pure Silver, na których test serdecznie zapraszamy.

Jeśli dla kogoś pomimo całej swej pajęczej ażurowości LS-4005 wydawały się nazbyt absorbujące gabarytowo, to na widok dostarczanych w solidnej walizie (vide unboxing) LS-8005 może poczuć się wręcz przytłoczony. Nie da się bowiem ukryć, iż nasi dzisiejsi goście już od progu robią wręcz piorunujące wrażenie. Zamiast pojedynczego „rękawa”/wylinki mamy w nim trzy nieco cieńsze, skręcone ze sobą przebiegi, które na obu krańcach redukowane są w imponujących swą średnicą aluminiowych splliterach na dwa / cztery, biegnące bezpośrednio od wzmacniacza i do kolumn. Podobnie do swojego „chudszego” rodzeństwa w zestawie znajdziemy zarówno przykręcane widły, jak i wtyki BFA – w obu przypadkach rodowane i wyposażone w kulowe, ułatwiające aplikację przeguby. Same zakończenia przewodów zaciskane są z siłą 1,5 tony.
Jak łatwo się domyślić zarówno z racji swej ponadnormatywnej średnicy, jak i trudnych do ukrycia „puszek” 8005-ki pomimo swojej niezaprzeczalnej ażurowości i wiotkości na tle swoich poprzedników wymagają nieco więcej miejsca na ułożenie oraz aplikację za systemem oraz kolumnami. Ponadto, biorąc pod uwagę ich śnieżnobiałe umaszczenie warto byłoby poprowadzić je na stosownych podstawkach, przy czym zarówno firmowe podstawowe Cable Base’y 2405, jak i 4005 raczej możemy wykluczyć a poszukiwania i przymiarki rozpocząć od co najmniej Furutechów NCF Booster Signal.
Pod względem anatomicznym w topowych LS-ach nadal znajdziemy prowadzone w precyzyjnie rozmieszczonych przelotkach lakierowane srebrne przewodniki tworzące firmową architekturę Air Helix. Zewnętrzna plecionka jest na tyle „rzadka”, by z jednej strony niczego nie ukrywać a z drugiej tak optycznie, jak i mechanicznie zespalać i stabilizować całą konstrukcję.
Jeśli zaś chodzi o detale, to LS-8005 AIR zbudowano z 32 wiązek Cross Link Super Speed o łącznym przekroju wynoszącym 38 mm² a w ramach dbałości o najdrobniejsze szczegóły w zestawie znajdziemy również dołączany przewód uziemiający, który można podłączyć do uziemienia wzmacniacza, przewodu ochronnego bądź „sztucznego uziemienia” w celu odprowadzenia zakłóceń „zbieranych” przez same głośnikowce.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu doskonale zdaję sobie sprawę z co najmniej dwóch pytań, na jakie każdy zainteresowany przed podjęciem finalnej decyzji będzie musiał sobie odpowiedzieć. Pierwsze dotyczy faktu, czy różnicę pomiędzy LS-4005 a LS-8005 AIR Pure Silver w ogóle słychać a jeśli tak, to, i w tym momencie dochodzimy do pytania nr.2, czy owa różnica warta jest wyasygnowania zauważalnie poważniejszych środków. A pisząc „poważniejszych” mam na myśli naprawdę okrągłą, nieco przekraczającą 100 k€ sumkę za 3-metrowy set, w porównaniu z „tylko” 40,79 k€ za taki sam zestaw 4005.
I o ile odpowiedź na pierwsze z postawionych pytań jest tyleż jednoznaczna, co oczywista, czyli brzmi „tak”, to już druga kwestia aż tak zerojedynkową nie jest. W końcu za ponad 60 k€ da się skonfigurować naprawdę wysokiej klasy system a tu przecież mowa o li tylko przewodach głośnikowych, więc nie owijając w bawełnę gra będzie warta świeczki jedynie dla najbardziej hardcore’owych, dysponujących odpowiednim zapleczem, zawodników.
Abstrahując jednak od niezaprzeczalnie przyziemnych finansów i skupiając się wyłącznie na walorach sonicznych tytułowych przewodów z łatwością da się zauważyć, iż stanowią one wyraźną ewolucję a nie rewolucję w porównaniu ze swoim niedawno u nas goszczącym rodzeństwem. O ile bowiem LS-4005 wyraźnie dążyły do jak największej bezstratności transmisji, to aplikacja w torze LS-8005, szczególnie z podpiętym uziemieniem, jawi się niczym owej bezstratności zaistnienie i ucieleśnienie. Ba, porównując z konkurencyjnymi konstrukcjami można wręcz odnieść wrażenie, że przez niemieckie flagowce słychać … więcej. Wręcz więcej i lepiej, lecz bez jakichkolwiek oznak wyczynowości, za to z całkowicie wyeliminowanym szumem tła. Zamiast bowiem faworyzować jakiś z podzakresów in-akustiki do tematu podchodzą tyleż globalnie, co liniowo, więc wyswabadzają dźwięki, dynamikę i rozdzielczość nie selektywnie a wszystkie po równo. W związku z powyższym o ile tylko ktoś nie namieszał w mix-ie nic nie wyrywa się przed szereg a tym samym nie zabiega usilnie o atencję odbiorcy. Nie oznacza to jednak wypłaszczenia, w stylu „przyjdzie walec i wyrówna” a więc równania w dół, bądź wzorem srebrnych, bądź srebrzonych konkurentów podbicie równowagi tonalnej lecz dobicie do przysłowiowego max-a. Jak daleko nie szukając w „The Summit” The Manhattan Transfer & Take 6 gdzie każda partia, czy to wokalna, czy instrumentalna jest wzorcem i klasą samą w sobie. Wbrew pozorom takie radosne polifoniczne podśpiewywanie, w dodatku na żywo a więc przerywane nieraz ekstatyczną reakcją publiczności to istny runmageddon nawet dla high-endowych systemów, bo z jednej strony trzeba ogarnąć panujący na scenie Music Center Strathmore spontaniczny rozgardiasz a z drugiej możliwie wiernie odwzorować ustawienie poszczególnych wokalistów, w tym oczywiste różnice we wzroście, sile emisji i samej barwie, tembrze głosu, czyli osiągnięcie zarówno spójności, jak i możliwie najwyższej rozdzielczości całości. I in-akustiki zamiast dokonywać zwyczajowego wyboru co faworyzować a co przenieść na drugi plan oba powyższe aspekty traktuje równie priorytetowo nie tyle zbliżając się do granic ww. bezstratności co de facto je osiągając.
Skoro może nie tyle o przekraczaniu a dobijaniu do granic mowa, to nie mogłem odmówić sobie przyjemności zwyczajowego połomotania, więc na playliście wylądowały zarówno radosne i wybuchowe niczym „atomówki” dziewczyny z formacji MEMOPHILA („Apple of my eye”), jak i złowrogo porykujący Grecy z Rotting Christ na iście apokaliptycznym „Pro Xristou”. I jeśli ktoś do tej pory uważał, że High-End, szczególnie w srebrnej odsłonie, ciężkie brzmienia niejako z założenia wyklucza, to śmiało można domniemywać, że tak po prawdzie z pełnokrwistym High-Endem nie miał do czynienia, bądź systemy, z których takowe próby podejmował cierpiały na mniej bądź bardziej uciążliwe dolegliwości natury rozdzielczo-dynamicznej, o jakości okablowania z wiadomego kruszcu nawet nie wspominając. Chodzi bowiem o to, iż tego typu repertuar wymaga wręcz nieograniczonej przepustowości systemu i jakakolwiek „katarakta”, bądź odchudzenie, nad wyraz boleśnie kastruje przekaz z jego natywnych atrybutów, czyli złożoności struktury i bezpardonowości ataku sprowadzając całość do bezkształtnego płaskiego jazgotu. A in-akustiki Reference LS-8005 AIR Pure Silver z dziecinną łatwością były w stanie oddać niszczycielskie piękno perkusyjnych blastów, podwójnej stopy, czy też palącą żywym ogniem ekstatyczność gitarowych riffów. Kreowały potężny, trójwymiarowy spektakl swym rozmiarem dalece wykraczający poza narzucone przez rozstaw kolumn i ściany pokoju ramy a tym samym umieszczały słuchacza w samym centrum muzycznego cyklonu. Co ciekawe ów efekt pomimo całej swej „zjawiskowości” nie był pochodną sztucznego rozdmuchiwania i powiększania źródeł pozornych, lecz osiągnięcia poziomu realizmu tożsamego z fizycznym uczestnictwie w danym wydarzeniu/nagraniu.
Z premedytacją tym razem nie skupiałem się na poszczególnych podzakresach i składowych przykładowych pozycji płytowych, bowiem przy poziomie transparentności i po raz n-ty przywoływanej bezstratności byłoby to całkowicie błędne i zakłamujące obraz sytuacji posunięcie. Bowiem skupiałbym się wtedy li tylko na realizacji poszczególnych pozycji płytowych a nie „sygnaturze” niemieckich przewodów, które tak po prawdzie niczego takiego nie posiadają. Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z kablami które naprawdę „nie grają”. Cóż, może aż tak radykalnie do tematu bym nie podchodził, ale uczciwie trzeba przyznać, iż in-akustiki Reference LS-8005 AIR Pure Silver są nawet nie jednymi z a po prostu najbardziej transparentnymi i znikającymi w torze przewodami głośnikowymi jakie dane mi było nie tylko u siebie gościć, co w całej swej audiofilskiej karierze słyszeć.

To będzie bardzo krótkie i bodajże najkrótsze posumowanie w historii naszych publikacji. Otóż in-akustiki Reference LS-8005 AIR Pure Silver, to koniec drogi. Ot tak, po prostu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że można znaleźć przewody grające inaczej. Ale czy lepiej, znaczy się prawdziwiej? Cóż, nie wykluczam, choć na chwile obecną śmiem wątpić …

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Pamiętacie niedawny test okablowania kolumnowego Reference LS-4005 Air Pure Silver? Jeśli nie, przypomnę, iż wówczas sygnalizowałem, że jak na srebro przekaz był wysokiej próby, ze szczególnym uwzględnieniem braku uczucia wprowadzania doń nuty szarości i szkodliwego skrócania wybrzmień instrumentów. To wbrew pozorom bardzo istotna informacja, bowiem zazwyczaj ów szlachetny kruszec dając fajne wyniki soniczne w jednym miejscu, w drugim powoduje lekkie uśrednienia. Na szczęście nie zawsze, czego dobitnym dowodem było poprzednie spotkanie z marką in-akustik. A nie wiem, czy macie wiedzę, iż to nie było ostatnie słowo w tej materii. Otóż finalnym elementem cenowej układanki w zakresie okablowania głośnikowego ww. brandu jest będący dzisiejszym tematem model in-akustik Reference LS8005 Air Pure Silver. Jeszcze bardziej rozbudowany technicznie i dodatkowo w wersji bi-wiring, co chciał nie chciał, musi mieć swoje konsekwencje brzmieniowe. Jakie? O tym dzięki działaniom logistycznym Stratos International oczywiście wypowiem się w jednym z kolejnych akapitów.

Tytułowe okablowanie podobnie do tańszej wersji 4005 jest konstrukcją przestrzenną. Oznacza to w skrócie prowadzenie wielu sygnałowych żył na swoistym stelażu wykonanym z cienkich plastikowych ringów. Oczywiście głównym motywem jest odseparowanie od siebie każdej serii cienkich skrętek w na ile to możliwe stałej odległości w równomiernie rozplanowanej płaszczyźnie okrągłych przelotek. A powodem takiej decyzji jest minimalizacja interferencji sygnałów pomiędzy sobą i jak największe izolowanie ich powietrzem. Wszyscy wiemy, że to bardzo istotne już na poziomie zwykłego kabla głośnikowego – często stosuje się wypełnione powietrzem rurki chroniące poszczególne ściśnięte w sztywną skrętkę, a co dopiero takim rozwiązaniu dodatkowo dostarczonym do testu wersji bi-wiring, czyli prowadzącej dwa niezależne sygnały dla sekcji średnio-wysokotonowej i niskotonowej. W tym przypadku w odróżnieniu od wersji LS4005 wszystkiego jest dwa razy więcej, czyli całość jest dwa razy bardziej narażona na potencjalne zakłócenia pomiędzy sobą. Naturalnie ma swoje konsekwencje w kwestii rozmiarów, a tak naprawdę średnicy przewodu, ale przecież nikt nie powiedział, że na poziomie ekstremalnego High End-u będzie łatwo. To segment bez stosowania jakichkolwiek kompromisów i albo w weń wchodzisz, albo wracasz do piaskownicy zwanej Hi-Fi.

Gdy wpiąłem naszego bohatera w swój tor, przyznam, że gdybym nie wiedział, iż to czyste srebro, nigdy bym takiego wniosku nie poddał pod rozwagę. Nawet najlepsze w swoim działaniu dotychczas, poprawiało zwarcie przekazu i szybkość ataku, ale w konsekwencji fundowało ogólne jakby ochłodzenie projekcji muzyki. To oczywiście przez wielu posiadaczy nazbyt krągle brzmiących systemów są bardzo poszukiwane zalety, jednak w starciu z dobrą miedzią wprawnemu słuchaczowi zawsze dające się wychwycić dosłownie po kilku taktach słuchanego materiału. Tymczasem z dzisiaj ocenianym modelem LS-8005 jest zgoła inaczej. To jakby zaprzeczenie wspomnianej przez momentem serii cech. Nie wiem jak, ale to co działo się w przestrzeni pomiędzy kolumnami oferowało świetną dobre rozumianą krągłość i soczystość, do tego dostałem bardzo dobry kontur rysujący źródła pozorne, a całość finalnie dostała zastrzyk swobody, dzięki czemu wirtualna scena wydawała się nie mieć jakichkolwiek rozmiarowych ograniczeń. Przyznam szczerze, że na bazie miedzi trzeba się mocno postarać, aby taki stan osiągnąć, a co dopiero z uważanym przez wielu za bezduszne srebrem. Nigdy bym czegoś takiego się nie spodziewał, a tutaj taki pozytywny „Zonk”. I to w każdym wymiarze w rozumieniu wszechstronności prezentowania każdego rodzaju twórczości od mocnego grania często słabo zrealizowanych popisów rockmenów, po intymne pieśni barokowe w kubaturach sakralnych. Jak udało się tego dokonać, do końca nie mam pojęcia. Ale myślę, iż taki stan rzeczy jest pokłosiem – przy serwowaniu wspomnianego rozmachu i kontroli ostrości krawędzi – zapewnienia muzyce stosownej homogeniczności wyrażanej jako nie tylko soczysty, ale do tego swobodnie lewitujący w eterze impuls. Niby coś w tym stylu mam na co dzień z miedzi Furutecha, jednak in-akustik podniósł efekt lotności i dźwięczności do poziomu, o jakim mój kabel może tylko pomarzyć. To oczywiście ma swoje konsekwencje w postaci ceny produktu, ale mimo to od kilku lat pierwszy raz przeszło mi przez myśl, czy tak niespotykanego szlachetnego kruszcu w torze sobie nie zostawić. Szczerze powiedziawszy takiego stanu rzeczy nie wyobrażałem sobie w najbardziej optymistycznym śnie, a tutaj takie kwiatki.
Kwiatki, które pozwoliły mojej ulubionej kapeli AC/DC z muzyką z płyty „Highway To Hell” wspiąć się na wyżyny nie tylko ekspresji, ale utrzymania przy tym nuty przyjemności podczas śledzenia agresywnych a zarazem soczystych gitarowych popisów. Do tego dostałem świetny timing, co wespół z dobrą wagą muzyki pozwoliło mi na typowe podczas obcowania z tymi panami, bez efektu jakiejkolwiek krzykliwości podkręcenie gałki wzmocnienia o kilka oczek wyżej. Nie powiem, chłopaki zabrzmieli znakomicie.
Z podobnym, naturalnie świetnym wynikiem brzmieniowym wypadł krążek Michela Godarda „A Trace of Grace”. To znakomicie zrealizowana interpretacja zapisów nutowych Claudio Monteverdiego, która dzięki zaletom testowanej głośnikówki zabrzmiała u mnie jak nigdy wcześniej. W szczególności mam na myśli bardzo realne w odbiorze zaproszenie mnie do będącego miejscem nagrywania płyty klasztoru. Oczywiście to skutek serwowania muzyce przez okablowanie rzadko spotykanej swobody w kreowaniu rozmiarów wirtualnej sceny. Sceny, która, jeśli zostanie kolokwialnie mówiąc ściśnięta, zabije zawarte w tej twórczości emocje. A przecież muzyka sakralna tym stoi. I z tego też powodu w momencie przekonania się na rocku o jakości brzmienia testowanego kabla, w kolejnym podejściu zadecydowałem o posłuchaniu tej z jednej strony niby bardzo łatwej, ale jeśli rozmawiamy o ekstremalnej jakość prezentacji trudnej do idealnego odwzorowania realiów realizacji płyty. Jak się finalnie okazało, niemiecki kabel pokazał ją z najlepszej strony.

Czy opisane powyżej okablowanie jest potencjalnym czarnym koniem dla w każdej konfiguracji? Otóż bazując na kilkunastodniowych doświadczeniach jestem skłonny stwierdzić, że z bardzo dużym prawdopodobieństwem tak. Nie wyszczupla muzyki, nie ochładza jej, za to prezentując z soczystym impulsem i dźwięcznością zapewnia jej rzadko spotykany rozmach w wypełnianiu pomieszczenia. To naprawdę zaskakujące, że srebro to potrafi. Jeśli mi nie wierzycie, nie pozostaje nic innego, jak sprawdzić jego działanie na swoich zasadach. Ale ostrzegam, ja podczas testu byłem bliski zostawienia ich sobie na stałe. Dlatego jeśli nie jesteście emocjonalnie przygotowani na wydatki, lepiej nie kuście losu. Są naprawdę znakomite, dlatego groźne.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Stratos International
Producent: in-akustik
Cena: 70 559 € / 2 x 2m; 86 794.99 € / 2 x 2,5m; 103 000 € / 2 x 3m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł w przygotowaniu / work in progress

Choć Rega to jeden z najlepiej rozpoznawalnych marek związanych z analogiem, to dziwnym zbiegiem okoliczności jeszcze nie mieliśmy przyjemności niczego z jej portfolio u siebie gościć. Najwyższa pora nadrobić te zaległości, więc gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja z chęcią przyjęliśmy pod nasz dach „średniopółkowy” model Rega Planar 8 z firmową wkładką Ania Pro.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Przypadek naszego gościa jest wręcz idealnym dowodem na to jak dynamicznie się rozwija i w jakim kierunku zmierza cyfrowe audio, czyli ewolucji od niemalże kieszonkowych akcesoryjnych gadgetów w stylu 3R USB Renaissance mk2 Blackstar edition, poprzez desktopowe 3R Master Time Black Star i Ayazi mk2 DAC po dzisiejsze, pełnowymiarowe i aspirujące do miana High-Endu komponenty. Mówiąc wprost granie z plików ze stadium fanaberii grających MP3-ki nastolatków stało się głównym nurtem branży audio deklasując dotychczasowe, fizyczne formaty. Jak się jednak okazało przejście na pliki / streaming nie tylko pozwoliło na oczywistą oszczędność drogocennego miejsca w naszych domostwach i zazwyczaj, choć nie zawsze, uproszczenie procesu odtwarzania, co unaoczniło, że „cyfra” to nie tylko „gołe” zera i jedynki, lecz masa dodatkowych anomalii mających wpływ na ich transfer. Dlatego też pomimo pobożnych życzeń „sceptyków” transporty plików, streamery i biorące udział w owej transmisji komponenty tak aktywne, jak i pasywne grają różnie i różnie na finalne brzmienie wpływają. A że pomysłów na transmitowanie, dekodowanie i generalnie granie jest tyle co obecnych na rynku wytwórców potencjalnym nabywcom nie pozostaje nic innego, jak tylko w owym istnym bezliku opcji brodzić i wyłuskiwać co ciekawsze okazy. I właśnie z takim, wielce intrygującym przypadkiem, dzięki uprzejmości AudioPhase Select, przyszło nam się w ramach niniejszej publikacji zmierzyć. A jest nim trzyelementowy zestaw Ideon Audio z serii eos reprezentowany przez transport plików Stream, reclocker Time duo i przetwornik cyfrowo – analogowy o wszystkomówiącym oznaczeniu … DAC, na których test serdecznie zapraszamy.

Podobnie jak w „naturze”, tak i w Hi-Fi/High Endzie śmiało możemy uznać, iż podstawą rozwoju jest … podział. Dlatego też nie powinien dziwić fakt, iż o ile na ogólnodostępnym, budżetowym poziomie królują modele zintegrowane, to im wyżej pniemy się po szczeblach zaawansowania, tym przysłowiowe rozbijanie na atomy, a więc udział konstrukcji dzielonych większy. I tak też jest w Ideonie, gdzie nasz dzisiejszy, plasujący się mniej więcej w połowie firmowej hierarchii, „podmiot zbiorowy”, podobnie jak to było w przypadku zestawu Sforzato DSP-05EX & PMC-05EX, obejmuje trzy pełnowymiarowe komponenty, z których zarówno transport, jak i reclocker na swych masywnych aluminiowych frontach oferują jedynie pojedyncze włączniki i takąż samą pulę diod informujących o ich statusie pracy, to już przetwornik poza ww. zestawem obowiązkowym, łapie za oko zajmującym niemalże całą wysokość ściany przedniej błękitnym diodowym wyświetlaczem oraz nie mniej pokaźną gałką wyboru źródła.
Zdecydowanie więcej dzieje się na rewersach naszego trio, bowiem Stream ma do zaoferowania oczywiste gniazdo Ethernet, serwisowe HDMI, cztery porty USB do podłączenia zewnętrznych pamięci masowych, dwa wyjścia USB (jedno bez zasilania- rekomendowane i klasyczne z 5V zasilaniem) oraz zintegrowane z włącznikiem głównym i komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC. Z kolei Time duo kusi we/wyjściami USB oraz koaksjalnymi SPDIF uzupełnionymi o gniazdo zasilające. Z oczywistych względów sporo dzieje się również w DAC-u, gdzie sekcję analogową reprezentuje para gniazd RCA i XLR a cyfrową wejścia AES/EBU, koaksjalne i USB. Moduł zasilający jest bliźniaczy do tego ze Stream-a a z interesujących dodatków warto wymienić dwa hebelkowe przełączniki odpowiedzialne za jaskrawość wyświetlacza i poziom sygnału wyjściowego.
Co do ergonomii i generalnie obsługi naszego tercetu egzotycznego, to o ile w przypadku praktycznie całkowitej bezobsługowości Time’a (wystarczy go raz włączyć i zapomnieć o temacie), to już przy DAC-u Grecy najwidoczniej uznali, że ruch to zdrowie, więc w zestawie próżno szukać pilota, a tym samym mając potrzebę zmiany źródła chciał, nie chciał trzeba będzie podnieść się z fotela. Nieco lepiej, przynajmniej w czasie gdy Ideony były u nas na gościnnych występach, wyglądała sytuacja ze Streamem, który z racji braku jakiegokolwiek wyświetlacza i pozwalających na zarządzanie przycisków zdany był na dostępną z poziomu dowolnej przeglądarki (można po IP, bądź pod adresem http://eos.local/ ) firmową i nie ma co ukrywać dość toporną aplikację, bądź którąś z popularnych alternatyw w stylu Audirvāny, Jplay’a, JRivera, czy też Roona (może pracować zarówno jako bridge, jak i core). Do tego dochodzi jeszcze wsparcie dla AirPlay, Spotify i Qobuz w tym Connect a do pełni szczęścia brakuje tylko obsługi Tidal Connect. Jednak w tak zwanym międzyczasie (pomiędzy naszymi testami a publikacją niniejszego tekstu) Grecy wypuścili w świat potężną aktualizację swojej mobilnej, dostępnej na Androida i iOSa aplikacji Director o platformę Playback z zaimplementowanym AI zapewniającą nie tylko bardziej ergonomiczną obsługę i bardziej estetyczny interface, co przede wszystkim pełną, natywną integrację z Qobuzem.

Jak można się domyślić, chociażby po widocznych na rewersie gniazdach, Stream bazuje na mocno modyfikowanej komputerowej płycie głównej wzbogaconej o firmowe, oparte na toroidzie i solidną filtrację zasilanie, układ reclockera, dwa dyski (240GB SSD na system + 4TB SSD na muzykę). Całość pracuje na napisanym pod kątem audio przez Ideona środowisku. CPU został zoptymalizowany i spriorytetyzowany wyłącznie pod kątem odtwarzania audio i zasilany poprzez autorski filtr (ultra-low ESR) poprawiający jego pracę. Zastosowano specjalny układ re-clockingu z zegarem femto o ultraniskim jitterze.
Sercem DAC-a jest kość przetwornika ESS Sabre do którego Ideon napisał ponad 4k linii własnego kodu, aby uzyskać satysfakcjonujący efekt. W torze cyfrowym znajdziemy również precyzyjne zegary Crysteka. Uwagę zwraca ponadnormatywnie rozbudowana sekcja zasilania z solidnym toroidalnym transformatorem i baterią 20 kondensatorów oraz dbałość o jak najniższy poziom szumów. Analogowy stopień wyjściowy jest symetryczny a w ścieżce sygnału nie ma kondensatorów, więc wykorzystanie wyjść XLR jest jak najbardziej zalecane. I tu od razu warto wspomnieć, iż o ile we wcześniejszych wersjach użytkownicy zgłaszali problemy ze zbyt wysokim poziomem wyjściowym aktualna inkarnacja nie dość, że ww. napięcie ma obniżone do bardziej akceptowalnych poziomów, to dodatkowo użytkownik ma możliwość przełączania (hebelek na ścianie tylnej) pomiędzy wartościami 2.2 i 4.4V.
Choć Time Duo pełni dokładnie tę samą rolę co kieszonkowy 3R USB Renaissance mk2 Blackstar edition to jego trzewia wyraźnie wskazują na przynależność do zdecydowanie wyższej półki. W zasilaniu, podobnie jak w przypadku DACa znajdziemy solidne, zamknięte w ekranującym rondlu toroidalne trafo, oraz zajmujący blisko pół wnętrza laminat z baterią kondensatorów, sekcją zasilająca USB oraz dodatkowa płytką reclockera.

Przejdźmy jednak do brzmienia naszego tercetu, bo tu robi się jeszcze ciekawiej, gdyż mówiąc wprost już sam eos DAC onieśmiela realizmem i swobodą prezentacji oferowaną z taka naturalnością i niewymuszeniem jakby to była równie oczywista rzecz, jak daleko nie szukając oddychanie. Brak tu jakichkolwiek oznak wyczynowości i prób kreowania ponadnormatywnej rozdzielczości na drodze prosektoryjnej analityczności, choć de facto rozdzielczość Ideona jest wręcz porażająca. Jednak tytułowy przetwornik nią nie epatuje a jedynie oferuje zainteresowanym dostęp do niej. Zamiast bowiem atakować słuchacza wypchniętym pierwszym planem bądź wychodzącymi przed szereg wysokimi tonami woli z pozorną nonszalancją kreować pierwszy plan na, bądź tuż za linią kolumn a następnie z niezwykłym pietyzmem odwzorowywać gradację dalszych planów. Nawet na tak zagmatwanym i zarazem mocno absorbującym materiale jak „Hushed and Grim” Mastodon panuje wzorowy porządek a pozorne jazgotliwość i kakofoniczny nieład przybierają zdecydowanie bardziej logiczną i spójna formę. Uwagę zwraca iście analogowe wysycenie prezentacji, czego proszę nie mylić z przegrzaniem, czy też przesłodzeniem, bo od tego Ideon jest daleki. Raczej chodzi tu o pewną jedwabistą płynność, która z jednej strony spaja wszystkie składowe a jednocześnie ich ani nie uśrednia, ani zbytnio nie poleruje, więc gitarowym riffom nie brakuje zadziorności a i partie wokalne potrafią zaskoczyć ekspresją.
Aplikacja Time Duo dodatkowo otwiera prezentację pod względem holografii i przestrzenności. Co jednak istotne nie poprzez przesunięcie równowagi tonalnej w górę, czy też podbicie najwyższych składowych a raczej bardziej realistyczne oderwanie dźwięku od kolumn i precyzję lokalizacji obecnych na scenie muzyków. Nie bez znaczenia jest lepsze odwzorowanie osi pionowej, czyli de facto zdolność wierniejszego oddania wysokości na jakiej może operować pod wysokimi sklepieniami aura pogłosowa. Doskonale to słychać zarówno na „In My Solitude: Live at Grace Cathedral” Branforda Marsalisa z Katedry Łaski Bożej w San Francisco, jak i na operującym w zupełnie innej skali dynamiki „Saint-Saëns: Symphony No. 3 („Organ”)” w wykonaniu Berliner Philharmoniker pod batutą Jamesa Levine’a, gdzie potężny aparat wykonawczy miał gdzie i jak „się rozpędzić”, gdyż nagrań dokonano w mogącej pochwalić się kubaturą 26 000 m³ i 22 m wysokości (nad podium) Grosser Saal Filharmonii Berlińskiej.
Załączenie 5V zasilania dla magistrali USB zauważalnie utwardziło przekaz i nadało mu pozorów „usportowienia”, które choć początkowo, szczególnie przy symfonice i potężnych metalowych spektaklach mogło się podobać, to na dłuższą metę, przynajmniej w moim przypadku, zaczynało może nie tyle irytować, co po prostu niepotrzebnie kierować uwagę na podkreśloną konturowość brył źródeł pozornych a w ekstremalnych przypadkach zbytnią chrupkość i kanciastość najniższych składowych a to już na ww. Mastodonie znacząco obniżało przyjemność odbioru.
Niejako na deser zostawiłem kilka uwag nt. eos Stream-a, który będąc najdroższym z rodzeństwa niejako z automatu windował poprzeczkę moich oczekiwań na odpowiednio wysoki poziom i prawdę mówiąc, choć pod względem sonicznym spełnił pokładane w nim nadzieje, to z racji bazowania na starszej wersji firmowego oprogramowania pozostawił po sobie pewien „ergonomiczny niedosyt” kładący się cieniem na ocenę końcową. Może jestem w mniejszości, ale nic nie poradzę na to, iż po pierwsze wychodzę z założenia, że dobrze jak urządzenie w jakikolwiek zrozumiały sposób się ze mną jest w stanie komunikować „wizualnie”, znaczy się posiada chociażby jedno/dwuwierszowy wyświetlacz, jak chociażby Luminy, dzięki czemu nie muszę każdorazowo sięgać po smartfon/tablet, by sprawdzić co gra, kiedy się skończy i w jakiej jakości/formacie jest odtwarzane. Ponadto najdelikatniej rzecz ujmując nie jestem nazbyt entuzjastycznie nastawiony do samego Roona, gdyż pełnej funkcjonalności oczekuję od firmowej zoptymalizowanej pod kątem obsługi konkretne urządzenie/rodzinę takowych a w fazie testów dostępu do wzbogaconego o platformę Playback Directora jeszcze nie miałem. Niemniej jednak eos Stream reprezentował zbliżoną do rodzeństwa estetykę brzmienia, choć sam z siebie niespecjalnie wychodził przed szereg pod względem budowania przysłowiowych hektarów przestrzeni. Kameralne „TARTINI Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen grał bardziej skupionym na rozgrywających się w centrum kadru wydarzeniach, choć na „Krushers Of The World” Kreatora nie sposób było odmówić mu swobody i natychmiastowości w oddawaniu najbardziej karkołomnych spiętrzeń dźwięków, co znacząco wyróżniało go na tle „kremowego” 432 EVO Master i niemalże „analogowego” XACT-a S1, które na jego tle mogłyby w bezpośrednim sparringu wypaść jako nieco mniej ekspresyjne.

W ramach podsumowania definiując grupę potencjalnych odbiorców tytułowych Ideonów z powodzeniem można stwierdzić, iż z uroków greckich urządzeń radość czerpać mogą praktycznie wszyscy ci, którzy nie szukają w muzyce prosektoryjnego chłodu i suchej antyseptyczności. Cała reszta ma spore szanse na przysłowiowe złapanie Pana Boga za nogi i co ciekawe ów efekt może osiągnąć upgrade swojego toru audio rozkładając na … raty. I tu dochodzimy do sedna, gdyż o ile logika podpowiadałaby w pierwszej kolejności zainteresować się DAC-iem, to ja przewrotnie polecę reclocker Time Duo, z którego pomocą Ideon, niczym kultowy miś „otwiera oczy niedowiarkom”. A jeśli z nim „pyknie”, to wtedy jak najbardziej logicznym kolejnym krokiem będzie zaopatrzyć się w przetwornik i jeśli ergonomia zainteresowanych przekona również w Stream.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Nawet pobieżna próba analizy poczynań tytułowej marki na naszym rynku jasno pokazuje, iż to bardzo prężnie działający podmiot. A dowodem na taki stan rzeczy są oczywiście choćby przeprowadzone przez nas testy. Testy przetwornika D/A oraz dwóch wersji regeneratorów sygnału USB, które pokazały bardzo przyjazny dla ucha sposób greckiej marki na obcowanie z muzyką. A przyjazny dlatego, że zapewniający słuchaczowi płynność i ciekawą ekspresję słuchanej muzyki. Z tego też powodu, gdy odzywa się do nas ich dystrybutor, wiedząc, iż będzie to kolejny fajnie spędzony czas, nigdy nie odmawiamy jakichkolwiek testowych spotkań. Podobnie było i tym razem, czego owocem jest dostarczenie do nas przez stacjonującego Sukowie opiekuna marki Audiophase Select trzyczęściowego źródła złożonego ze streamera, reclockera i przetwornika cyfrowo-analogowego Ideon Audio eos Stream, Time Duo & DAC.

Tytułowa elektronika w celu spójności wizualnej – gdy ktoś zapragnie mieć pełen komplet z tej stajni – została spakowana w dużej mierze w zunifikowanych, ale przy okazji zgrabnie prezentujących się, niewysokich, prostopadłościennych skrzynkach. A w dużej mierze, a nie w całości, bowiem każdy z komponentów mimo zachowania głównego nurtu wizualnego może pochwalić się nieco odmiennymi akcentami wykończenia na awersie. Ale zapewniam, rozprawiamy o zmianach wręcz symbolicznych, co sprawia, że całość zestawu idąc podobnym tropem designu prezentuje się świetnie i co najważniejsze spójnie. Naturalnie z racji spełniania innych funkcji każdy produkt jest także nieco inaczej wyposażony. I tak streamer będąc obsługiwanym jedynie z aplikacji na froncie oferuje nam jedynie włącznik inicjujący pracę oraz diodę sygnalizującą stan urządzenia. Reclocker podobnie, z tą tylko różnicą, że ma dodatkowe dwie diody informujące jakie wejście cyfrowe wykorzystujemy. Natomiast przetwornik oprócz standardowego zestawu „guzik i lampka” w centrum został uzbrojony w wielki, błękitny, piktogramowy wyświetlacz i z prawej strony dużą gałkę wyboru wejścia cyfrowego. Pisząc zaś o tylnych panelach przyłączeniowych streamer dysponuje zestawem wejść i wyjść cyfrowych oraz pakietem zasilania w postaci gniazda IEC wespół z głównym włącznikiem. Kolejny komponent w postaci reclockera poza pakietem zasilania także oferuje wejścia i wyjścia cyfrowe, tylko tym razem w wersji USB oraz SPDiF. A przetwornik D/A poza przyjmującymi sygnał terminalami cyfrowymi (USB, COAX, SPDiF), z natury będąc zmuszony oddać sygnał w postaci analogowej, posiada dodatkowo wyjścia analogowe RCA/XLR. Jak widać, zestaw Ideona oferuje użytkownikowi pełen zestaw przyłączy, co w razie chęci bez problemu pozwala użytkownikowi wpiąć w posiadany zestaw nawet pojedynczego komponentu z tej stajni.

Co zaoferował mi tytułowy zestaw? Nie będę oryginalny, ale nic na to nie poradzę, bowiem kolejny raz, tym razem rozbudowany konglomerat konstrukcji spod znaku Ideon Audio podążał drogą muzykalności. Pełnej energii i bogatego w informacje nasycenia, jednak umiejętnie pokazującą ważne dla danego materiału cechy w postaci agresji tudzież sakralnej zadumy. A ta ostatnia cecha w tak ciekawym wydaniu w dużej mierze miała miejsce dzięki zastosowaniu reclockera – na jakiś czas wypiąłem go z toru, który pozwalał zaprezentować każdy słuchany materiał z dużą dozą swobody i scenicznego rozmachu. Bez niego przekaz także fajnie brylował w pełnym spektrum słuchanego materiału, jednak ponowne wpięcie go w tor powodowało znacznie większe od strony jakości podejście do pokazywania ważnych dla końcowego odbioru muzyki niuansów. Dlatego też chyba nikt nie będzie zdziwiony, gdy przyznam szczerze, iż po tej próbie podczas dalszego procesu testu nawet przez moment nie pomyślałem o próbie wypięcia go z zestawu. Dostarczony set w takim wydaniu wydawał się być kompletnym i dobrze to słysząc nie było sensu próbować udowadniać, że jest inaczej.
Tym bardziej, że konfiguracja mimo nastawienia na płynność i soczystość wizualizowania muzyki potrafiła utrzymać tempo mocno wymagającej płyty formacji Metallica „72 Seasons”. To bardzo dynamiczna pozycja płytowa, która w kilkoma kawałkami, a w szczególności prowadzeniem linii szaleńczych pasaży stopy perkusji potrafi wprowadzić w zakłopotanie wiele zacnych źródeł, dlatego też z chęci sprawdzenia radzenia sobie testowanego produktu w domenie ogólnej rozdzielczości prezentacji często ją wykorzystuję. W tym przypadku może nie był to pokaz na poziomie ekstremalnego High End-u, ale nie powiem, system bez problemu akcentował poszczególne ataki „pałki” na membranę wielkiego bębna, co dawało świetną podstawę dla zaistnienia instrumentalno-wokalnej charyzmy reszty rockowego składu. Było z werwą, dobrym atakiem i energią, czyli w zgodzie z założeniami artystów.
Natomiast w przypadku kreowania pomiędzy kolumnami muzyki fortepianowej Ideon także nie miał najmniejszych problemów z utrzymaniem raz intymności, a innym razem ekspresji, co dobitnie pokazała płyta Leszka Możdżera „Kaczmarek by Możdżer”. W szczególności mam na myśli dwie interpretacje utworu „Neverland”. To naszpikowane zmiennymi emocjami kawałki, które dość płynnie przechodzą z eksponowania dźwięcznych, pełnych intymnej iskry wysokich dźwięków, w brutalny atak pasażem niskich akordów. I gdy system ma problem z pokazaniem szybkiej zmiany priorytetów odtwarzanego materiału, całość traci ideę bezwiednego wyzwalania w słuchaczu odpowiednich dla danej sonicznej sekwencji emocji. Jak zareagował Ideon? Spokojnie, wyszedł z tego z przysłowiową tarczą. Nie zgubił agresji mimo osadzenia w masie, co w moim odczuciu całkowicie oddało zawarte w tej płycie piękno.

Gdzie widzę rzeczone, złożone z trzech komponentów źródło plikowe? Otóż u każdego poszukiwacza płynności i fajnego kreowania rozmachu słuchanej muzyki. To są cechy, za które Ideon położy rękę na przysłowiowym pieńku. Ale to nie jedyna grupa docelowa, bowiem nie zdziwiłbym się, gdyby swoim nienachalnym spokojem prezentacji grecki set rozkochał w sobie także umiarkowanych piewców wyczynowości. Czasem gusta nam się zmieniają i niegdyś ukochana ekspresja zaczyna nam się kolokwialnie mówiąc ulewać. Wówczas zestaw eos Steram, Time Duo i DAC mogą okazać się czymś w duchu od dawna poszukiwanym. Nie twierdzę, że to bez prób u siebie będzie bezwarunkowe trafienie w punkt Waszych oczekiwań, ale moim zdaniem Ideon w serii eos oferuje tyle fajnych cech, że nawet testowo warto na moment zaprosić go w swoje progi.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: AudioPhase Select
Producent: Ideon Audio
Ceny
Ideon Audio eos Stream: 51 200 PLN
Ideon Audio eos Time D: 34 000 PLN
Ideon Audio eos DAC: 42 200 PLN

Dane techniczne
Ideon Audio eos Stream
Obsługiwane formaty: 44,1 kHz – 384 kHz PCM (do 32 bitów), DSD do 8×
Dysk systemowy: 240 GB SSD (system)
Pamięć wewnętrzna: 4 TB (na muzykę, z możliwością rozbudowy)
Wyjścia cyfrowe: 2 × USB z autorskim re-clockingiem (jedno z linią 5V, jedno bez)
Wejścia: Ethernet, 3 x USB 3.0
Złącza zewnętrzne: 2 × USB 3.0 (dyski zewnętrzne)
Zasilanie: 3 × liniowe zasilacze o niskim poziomie szumów (brak zasilaczy impulsowych)
Wymiary (S × W × G): 460 × 70 × 295 mm
Waga: 10 kg

Ideon Audio eos Time D
USB: 2.0 High Speed (480 Mb/s)
PCM / DSD: Pełna kompatybilność
System operacyjny: Plug & play (bez sterowników, wsparcie USB stack)
Zasilanie USB: Przełączane 5V
Zasilanie urządzenia: Potrójne liniowe zasilanie o ultraniskim poziomie szumów
Wyjście USB: 600 mA, 5 V, ultraniskoszumowe
Wyjście SPDIF: Buforowane
Wymiary: 460 × 70 × 295 mm
Waga (S × W × G): 10 kg

Ideon Audio eos DAC
Obsługiwane formaty: 44.1 kHz – 384 kHz PCM (do 32 bitów), natywne DSD (do 8x DSD)
Wejścia cyfrowe: USB, AES/EBU, Coax
Wyjścia XLR (zbalansowane):
– Normalne: 2.2 Vrms przy 0 dB
– Wysokie: 4.4 Vrms przy 0 dB
Wyjścia RCA:
– Normalne: 2.2 Vrms przy 0 dB
– Wysokie: 4.4 Vrms przy 0 dB
Zniekształcenia THD: < –110 dB (wszystkie wyjścia)
Separacja kanałów: 124 dB
SNR: 120 dB
Zakres dynamiki: 132 dB (FS), 130 dB (AFS)
Wyświetlacz: Autorski wyświetlacz LED (matrycowy)
Wymiary (S × W × G): 460 × 70 × 295 mm
Waga: 10 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Acoustic Dream Ad 2

Opinia 1

O fakcie, iż tak zasadność, jak i złożoność, stopień zaawansowania optymalnej filtracji, kondycjonowania, bądź wręcz całkowitej regeneracji są zależne od bezliku zmiennych wspominaliśmy wielokrotnie. Nie da się bowiem wszystkim zaproponować jednego, złotego środka, skoro każdy z potencjalnych odbiorców posiada nie tylko własny gust, to jeszcze zazwyczaj niepowtarzalny system, który w dodatku pracuje w równie unikalnych warunkach „środowiskowych”. Nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko zdać się na własne zmysły a następnie metodą prób i błędów mozolnie weryfikować urządzenie po urządzeniu, by finalnie trafić na takie, które spełni nasze oczekiwania. Dlatego też, gdy tylko nadarza się ku temu okazja również i my staramy się nausznie weryfikować pojawiające się na rynku rozwiązania dzieląc się obserwacjami z ich wpływu na nasze systemy. Oczywiście doskonale zdajemy sobie sprawę z ewidentnej subiektywności zbieranych w trakcie odsłuchów wniosków, lecz jeśli ktoś, chociażby dzięki lekturze naszych wcześniejszych wynurzeń, zdążył sobie wyrobić zdanie jak nasze zestawy grają, to i wpływ nowej składowej powinien skorelować z własnymi oczekiwaniami. Niemniej jednak, chociażby z racji nieustannie wzrastającego zaśmiecenia docierającego na naszych domostw „prądu” warto przyzwyczajać do myśli, że audiofilsko zorientowani melomani i miłośnicy dźwięków wysokiej jakości po wiadome akcesoria uzdatniające owe medium sięgną raczej wcześniej aniżeli później, więc lepiej zawczasu zrobić sobie stosowny podkład i mieć chociażby jako – takie rozeznanie w temacie. Dlatego też, gdy tylko na horyzoncie pojawił się kolejny model sygnowanego przez pomorski Acoustic Dream filtra zasilającego czym prędzej zgłosiliśmy gotowość jego przygarnięcia i przesłuchania. Skoro zatem czytają Państwo te słowa, to znak, że stojący za ww. markę Arnold Piątek stosowny egzemplarz demonstracyjny wykonał i do nas przesłał. Panie i Panowie oto Acoustic Dream Ad 2 w pełnej krasie.

Już na pierwszy rzut oka widać, że aktualny design linii Ad został na tyle zunifikowany, iż na dobrą sprawę, gdyby patrzeć jedynie na odmienne „malowanie” śmiało można byłoby uznać, że mamy do czynienia z inną opcją kolorystyczną goszczącego u nas w maju Ad 1. Dopiero bardziej skrupulatna analiza szczegółowych, dostępnych na stronie producenta parametrów wskazuje na drobne, acz jak najbardziej mierzalne różnice. Otóż, pomijając czerwone dodatki Ad 2 może pochwalić się o 4cm wyższym i 3kg cięższym korpusem, co wynika m.in. z pojawienia się dodatkowego płata, w wersji testowej czerwonego aluminium pomiędzy górna płytą z gniazdami wyjściowymi a mieszczącym wewnętrzne komponenty oraz wyświetlacz body. A właśnie również w samych ośmiu gniazdach co nieco się pozmieniało, bowiem o ile w Ad 1 mieliśmy same złocone Furutechy Fi-E 30 o tyle w testowej sztuce złocone były tylko dwa a pozostałe sześć już zastąpiono rodowanym rodzeństwem. To oczywiście kosmetyka, bowiem w momencie składania zamówienia można dowolnie sobie liczbę jednych i drugich zdefiniować. Podobnej customizacji można poddać zamontowany na froncie standardowo niebieski wyświetlacz SparkFun sterowany procesorem PIC16F18056 firmy Microchip Technology. Z jego pomocą zostaniemy poinformowani o producencie (powitalny napis również można zmienić na indywidualne zamówienie), aktualnej godzinie, napięciu w sieci energetycznej, poprawności podłączenia fazy i modelu urządzenia. Poszczególne pozycje menu oraz intensywność iluminacji ustawiamy dwoma niewielkimi microswitchami.
Podobnie jest z trzewiami, bowiem po kilku minutach porównywania lewej z prawą, czyli obu datasheet-ów rodzimych filtrów uznałem, że dość tej zabawy w „znajdź X różnic na przedstawionych obrazkach” i uznałem, że ze sporą doza prawdopodobieństwa można uznać je za bliźniaczo do siebie podobne, a jeśli coś, gdzieś zostało zmienione, to jest to słodka tajemnica producenta. Generalnie Ad 2 oferuje dwustopniową ochronę przeciwprzepięciową w zakresie 40,0 – 2,5kA, wewnętrzne okablowanie charakteryzuje się zróżnicowanymi przekrojami (1,0 – 6,0m²) a komponenty filtrujące, w tym trzy filtry ferrytowe oraz bank ośmiu kondensatorów Mundorf MLytic AG Power Cap o łącznej pojemności 54 400 µF zamontowano na płytce drukowanej (2 x 210 x 100 mm) ze ścieżkami o grubości 140 µm.

Czyżbyśmy zatem dopłacali „drobne” 1k€ jedynie za żywszą kolorystykę, 4 cm wyższy i 3 kg cięższy korpus? Bynajmniej, bowiem nie wiedzieć czemu, choć technikalia dot. trzewi obu modeli wydają się tożsame, Ad 2 charakteryzuje zauważalnie inny wpływ na brzmienie zasilanej przez niego elektroniki. O ile bowiem jego poprzednik w wartościach bezwzględnych „polerował” najwyższe składowe nadając im szlachetnej satynowości, o tyle w przypadku naszego dzisiejszego bohatera mamy do czynienia z wyraźnym przyrostem ekspresji a zarazem dyskretnym utwardzeniem góry. Nie oznacza to jednak pojawienia się ostrości tam, gdzie do tej pory jej nie było a jedynie wyraźniejsze obrazowanie brył – lepsze odwzorowanie ich struktury i krawędzi. Szukając analogii można byłoby uznać, iż Ad 1-ka nieśmiało zerkała w stronę miękkiego światła zachodzącego słońca a z kolei Ad 2-ce zdecydowanie bliżej do bezpośredniej informacyjności stołu bezcieniowego, gdzie plastyka krągłości pojawia się nie z powodu obecności filtra w torze a jedynie w przypadku jej występowania w materiale źródłowym a więc samo akcesorium takowej do przekazu nie dodaje. Proszę mnie jednak dobrze zrozumieć – tu chodzi o transparentność i obiektywność a nie analityczność, czy wręcz wyostrzenie, więc nawet blisko trzy kwadranse z „All Born Screaming” St.Vincent nie są jakimkolwiek wyzwaniem, choć ani większość elektronicznych pasaży, ani spontaniczne gościnne bębnienie Dave’a Grohla na „Broken Man” i „Flea”, o samym wokalu Annie Clark nawet nie wspominając zawarte na ww. wydawnictwie do najłagodniejszych i kojących nie należą. Dostajemy natomiast potężny zastrzyk pierwotnej energii, która swej intensywności i kaloryczności nie traci ani na średnicy, ani tym bardziej w dole pasma, lecz wzorem Kecesa BP-5000 konsekwentnie „ciągnie” cały przekaz niczym 6,2 litrowy V8 HEMI zjawiskowego Dodge’a Challengera SRT Demon 170. Jest to o tyle ciekawe, że przynajmniej do tej pory przyrost dynamiki i energetyczności zarezerwowany był dla układów aktywnych – bazujących na potężnych trafach, a jak wiadomo takowych a Ad 2 brak. Wystarczy jednak sięgnąć chociażby po industrialny „Reset” Turmion Kätilöt, by na własnych trzewiach poczuć nie tylko brak jakiejkolwiek limitacji dynamiki, co wspomniany przed chwilą zdolny umarlaka postawić na nogi zastrzyk energetyczności. I to bez subwooferowo-boomoxowej maniery, lecz w formie pełnopasmowego uturbienia – mocnym, świetnie zróżnicowanym i wściekle kopiącym dołem. Z premedytacją napisałem pełnopasmowego a nie liniowego, gdyż delikatna „górka” na przełomie średnicy i wyższego basu jednak się pojawia, choć trudno mieć o nią jakiekolwiek pretensję, skoro jej obecność jedynie zwiększa atrakcyjność i żywiołowość przekazu.
Osobną kwestią jest wierność w odwzorowywaniu walorów naturalnego instrumentarium, oraz przestrzeni, czyli powietrza i kubatur otaczających aparat wykonawczy. I tak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż z oboma zagadnieniami nasz dzisiejszy bohater radzi sobie śpiewające. Choć o ile na nagranym w 50-metrowej sali Propeller Studios w Oslo „Funeral Dance” Helge Lien Trio tak aura otaczająca muzyków, jak i obecność sufitu na wysokości 4m były w pełni realistyczne i z łatwością definiowalne, to już „sakralny pogłos” sztokholmskiego Spånga kyrka na „Antiphone Blues” Arne Domnérusa, bądź oddanie zawieszonego na blisko 28 metrach sklepienia Katedry Łaski Bożej w San Francisco z „In My Solitude: Live at Grace Cathedral” Branforda Marsalisa wypadało nieco mniej nie tyle przekonująco, co na nie aż tak molekularnym poziomie realizmu aniżeli miało to miejsce po aplikacji Gryphon Audio PowerZone 3.10. Wystarczy jednak spojrzeć na „drobną”, bo blisko trzykrotną, różnicę w cenie obu urządzeń, by bardzo szybko uznać, że nie ma co dzielić włosa na czworo i o co kopii kruszyć a już sam fakt porównania z Duńczykiem jest bezsprzeczną nobilitacją rodzimej produkcji.

Powiem szczerze, że na podstawie ewolucji jaką ostatnimi laty przeszły akcesoria uzdatniające prąd dla systemów audio, w tym te sygnowane przez Arnolda, pozwala mi stwierdzić, że jeśli miałbym wskazać obszar Hi-Fi / High-endu, gdzie progres jest największy to byłoby to właśnie zasilanie. O ile bowiem dawniej aplikacja w tor audio lwiej części listew/filtrów/kondycjonerów oznaczała bolesny kompromis, w którym poprawa jednych aspektów szła w parze z regresem innych, tak obecnie plusy wyraźnie dominują nad minusami. A w przypadku Acoustic Dream Ad 2 z powodzeniem można stwierdzić, iż trudno tu mówić o jakimkolwiek kompromisie, czy też nawet śladowych stratach, czy to w domenie dynamiki, czy też rozdzielczości, gdyż owe aspekty ulegają dzięki obecności Ad 2 ewidentnej poprawie. Jeśli zatem rozglądacie się Państwo nad możliwie bezstratnym uzdatniaczem prądu, którym karmicie wasze wyszukane systemy, to Acoustic Dream Ad 2 wydaje się oczywistym a dla znacznej części konsumentów również ostatecznym wyborem.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Zapewne sprawa wygląda zgoła inaczej, gdyż każdy producent w swojej ofercie chce mieć kilka nieco inaczej działających konstrukcji, ale gdy patrzę na będącą tematem tego spotkania polską markę, zauważam ciekawy trend. O kogo i o co chodzi? Odpowiadając na pierwsze pytanie oczywiście mam na myśli zajmujący się zasilaniem systemów audio nadmorski brand Acoustic Dream. Zaś drugie odnosi się do zauważonej przeze mnie, jak wspominałem, zapewne będącej całkowitym przypadkiem tendencji poprawiania transparentności brzmienia korzystających z tych konstrukcji zestawów. I co najciekawsze, mimo konsekwentnego stosowania układów filtrujących energię elektryczną z tak zwanych „śmieci”, które zazwyczaj powodują utratę wyrazistości przekazu – piję w tym momencie do wykorzystania wszelkiej maści filtrów. O czym konkretnie mowa będzie dzisiaj? Otóż po ciekawie – acz ze wspomnianymi symptomami – wypadającej listwie Ad1, stacjonujący w Marchwinowie koło Ustki producent własnym sumptem dostarczył do nas pokazujący opisany przed momentem trend serwowania zastrzyku świeżości prezentacji systemom zasilanym jego terminalem prądowym model oznaczony symbolem Acoustic Dream Ad2.

Jak to u tytułowego podmiotu jest standardem, pomysłodawca rzeczonej listwy w pierwszej fazie jej projektowania stawia na walkę z wibracjami. Konsekwencją tego jest oczywiście zaproponowanie klientowi nie tylko solidnych rozmiarów, ale ze względu na wykorzystanie wielkich aluminiowych bloków ciężką i zarazem ciekawie prezentującą się bryłę. Bryłę w postaci podłużnego, wysokiego prostopadłościanu z łamiącymi wizualną monotonię konstrukcji podfrezowaniami, finalnie posadowionego na czterech niewysokich okrągłych stopach. Drugim standardem AD jest oczywiście przywoływane przeze mnie czyszczenie energii elektrycznej filtrami wykonanymi według własnego projektu. Naturalnie dla jednego będącymi ratunkiem, dla innego pewnego rodzaju akceptowalnym wyborem ostatecznego brzmienia systemu, ale zawsze implementowanymi. Idąc dalej tropem wyposażenia rzeczonej listwy obrazujące sesje testową zdjęcia dobitnie pokazują, iż boss marki za pomocą zaaplikowanego na awersie wskaźnika nie zapomniał także o umożliwieniu użytkownikowi śledzenia poziomu dostarczanej do systemu energii. Oczywiście aby opisywane akcesorium prądowe mogło działać, z drugiej strony, czyli na plecach listwy znajdziemy niezbędne gniazdo zasilania IEC oraz włącznik inicjujący pracę. Na koniec dodam, iż ciekawostką tego modelu jest zastosowanie na blacie „roboczym” dwóch rodzajów gniazd sieciowych. Dwa od frontu są złocone, a pozostałe 6 rodowane. Jaki to ma sens, bawiącym się osobnikom a zaawansowane audio chyba nie muszę wyjaśniać. Dla mnie takie postawienie sprawy jest bardzo fajną propozycją delikatnego strojenia systemu już na poziomie zasilania, co nie ma się co oszukiwać, jest bardzo ważne, bowiem mamy wybór pomiędzy mocną transparentnością przekazu, a jego lekkim ociepleniem. Przyznacie, że to ciekawy ruch?

Co wniosła aplikacja tytułowego terminala w skonfigurowany testowo tor, a tak po prawdzie zasilenie z niego dzielonego przedwzmacniacza liniowego Gryphon Helios? Zanim zdradzę tę kwestię, zaznaczę, iż Ad2 zastąpił tuż przed nią oceniany filtr Sine, który nieco podniósł tonację słuchanej muzyki. To był ciekawy sposób na obcowanie z ulubionym materiałem, gdyż dzięki ożywieniu wyższej, ale konsekwentnie plastycznej średnicy przekaz zyskał na żywiołowości i szybkości. Co zatem zdarzyło się po roszadzie na polską myśl techniczną? Jak wspominałem we wstępniaku, natychmiast pojawiły się całkowicie inne priorytety. Po pierwsze muza nabrała wagi w rozumieniu ilości niskiej energii. Zaś po drugie źródła pozorne zyskały świetny kontur, a to przełożyło się na czystość i transparentność kreowania słuchanego materiału. Osobiście odebrałem to jako pojawienie się jakby większego spokoju w jego projekcji opartego na dobrej masie i wyrazistości rysowania wirtualnej sceny z dodatkowym zdjęciem z niej „woalki”. Dla mnie w dobrym znaczeniu tego zwrotu była to lekko szokująca zmiana, gdyż wcześniejsze kontakty z konstrukcjami znad Bałtyku zawsze serwowały dla wielu oczekiwaną, jednak dla mnie nie do końca wpisującą się w osobiste oczekiwania nutę plastyki powodującą efekt utraty przejrzystości w zabudowywaniu muzyką międzykolumnowej przestrzeni. A niewpisująca się dlatego, że mój zestaw sam z siebie gra soczyście i bez jakichkolwiek oznak nadmiernej ekspresji, dlatego nawet szczypta upłynniania muzyki wespół z utratą ostrości przestrzeni jest dla mnie lekkim problemem. W tym przypadku tego nie było, co automatycznie spowodowało zajęcie wygodnego miejsca w fotelu i popartą wielką przyjemnością eksplorację posiadanej płytoteki. I to bez rozpatrywania rodzaju twórczości, gdyż działania listwy nie tylko, że w żaden sposób nie szkodziły zjawiskowości prezentacji którejkolwiek z nich, ale przy okazji znakomicie podkręcały serwowaną przez system dobrze rozumianą nieprzewidywalność. Naturalnie diametralnie inną od testu z listwą Sine, gdyż stawiającą na mocne uderzenie soczystą, do tego zwartą i dobrze określoną w domenie krawędzi energią, którego wyczynowość rysunku dodatkowo podkręcała czystość tła pomiędzy poszczególnymi dźwiękami. Dlatego tak samo dobrze słuchało się płyt o tematyce sakralnej, jak i rockowej o jazzowej nawet nie wspominając, gdyż wszechobecna swoboda oraz czystość prezentacji były idealnym sposobem na znakomite granie. Gdy zachodziła taka potrzeba zespół rockmenów bez problemu potrafił uderzyć mnie szaleństwem zawartym w mocnych gitarowych popisach wspartych charyzmatyczną wokalizą. Innym razem system znakomicie oddawał nie tylko emocje zawarte w chóralnych zapisach sakralnych, ale także rozmiary kubatur ich goszczących. A jeszcze innym bez problemu zawieszał w nieskończoność pojedynczą, kolorową i do tego rozwibrowaną, powołaną choćby przez fortepian nutę z pełnym spektrum informacji od jej powstaniu, przez wybrzmiewanie, po stopniowe zanikanie. Nie wiem, jak twórca tytułowej listwy to zrobił, ale zrobił, za co w moim odczuciu należą się wielkie brawa. A tym bardziej zasłużone, że przy konsekwentnym stosowaniu sekcji filtrującej dostarczanej do urządzeń energii elektrycznej. No no, oby tak dalej.

Komu poleciłbym tytułową listwę? Jak po lekturze powyższego tekstu można się domyślić, że naturalnie wszystkim. Jednak w pierwszym odruchu z zaznaczeniem, że jeśli Wasz zestaw oscyluje na granicy nadinterpretacji prezentacji muzyki, jest obawa, że może lepiej zdecydować się na model oczko niższy, bo będzie płynniej i przez to bezpieczniej. Ale spokojnie, po krótkim namyśle mimo wszystko próbną zabawę z tytułową AD2 tak naprawdę zalecam w każdym przypadku. To mimo unikania upiększania świata muzyki naprawdę znakomita oferta soniczna i tylko od Waszych, czasem niezrozumiałych w wartościach bezwzględnych przyzwyczajeń zależeć będzie, czy kolokwialnie mówiąc coś między wami pyknie. Ale bez obaw, jeśli nawet nie, czas spędzony przy muzyce będzie pełen ciekawych doświadczeń.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Producent: Acoustic Dream MARSYL
Cena: 5 200 € Netto

Dane techniczne
Gniazda wyjściowe: 8 szt. Furutech Fi-E 30 w wersji Rh ncf i Au
Gniazdo wejściowe: IEC Furutech FI-03R/G z zabezpieczeniem nadprądowym /L i N/.
Prąd max: 10A/50oC
Filtr ferrytowy: 3 x WE-MLS EMI 25MHz – 208 Ω, 100MHz – 248 Ω
Ochrona przepięciowa: dwustopniowa 2,5 – 40,0 kA
Zabezpieczenie aparatowe: do 10 A VC
FSS: 54 400,00 µF
Przewodniki: Cu, Au, Rh, Ag, przekroje poprzeczne 1,0 – 6,0m²
Korpus: aluminium PA 13 oraz stal szlachetna Aisi 316 pokryte polimerem ceramicznym – Cerakote
Wymiary (D x S x W): 300 x 230 x 166 mm
Waga: 14 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Tym razem podróżując palcem po cyfrowej mapie Niemiec zawitaliśmy w Monachium, a tak po prawdzie, trzymając się faktów to Monachium przyjechało do nas pod postacią streamera Silent Angel Munich MU.

Cdn. …