Opinia 1
Do tej pory czwartkowe wieczory w Studiu U22 miłośnikom muzyki kojarzyły się praktycznie wyłącznie z magią czarnej płyty. Okazją ku temu były sukcesywnie pojawiające się reedycje albumów największych legend światowego rocka, więc tematyka na tyle szeroka i ciekawa, że praktycznie każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Jednak Piotr Welc – pomysłodawca, organizator i gospodarz w jednej osobie to duch niespokojny, nieustannie poszukujący nowych pomysłów. Ponadto otaczając się podobnymi sobie kreatywnymi ludźmi na nudę i stagnację liczyć nie może. W związku z powyższym piąte spotkanie przybrało diametralnie inną formę i choć zarówno gramofon Transrotora, jak i lampowa amplifikacja Ardento pozostały na swoich miejscach to role źródła i amplifikacji powierzono specjalnie na tę okazję zaproszonym gościom.
Od strony muzycznej o niemalże niewyczerpane źródło inspiracji zadbał Adrian Ciepichał z WiMPa udostępniając zasoby najbardziej audiofilskiej – bezstratnej wersji streamingu – Wimp HiFi. W teorii wszystko wydawało się dopięte na ostatni guzik, jednak życie lubi pisać własne scenariusze i tym razem stan przedzawałowy zagwarantował nam dział IT serwisu przeprowadzając jeden z największych w historii platformy ugrade’ów serwerów. Doprawdy nie wiem jakie koneksje „na górze” ma Adrian, ale dosłownie na chwilę przed rozpoczęciem prezentacji rzeczone serwery WiMPa wstały i przygotowana przez Gospodarza playlista bez najmniejszych problemów wybrzmiała od początku do końca.
Nie uprzedzajmy jednak faktów, gdyż to na razie dopiero początek nowości. Przecież wspomniany strumień danych wypadałoby doprowadzić do jakiejś bardziej zjadliwej, lub jak kto woli, słyszalnej postaci. Ponieważ jednak sam robi się co najwyżej bałagan, zaproszony został specjalizujący się w uzdatnianiu cyfry gość w osobie Marcina Ostapowicza – dystrybutora Auralica. Korzystając z nadarzającej się okazji, podczas poprzedzających spotkanie uzgodnień gremialnie postanowiliśmy poeksperymentować i oprócz testowanego na łamach SoundRebels transportu cyfrowego Aries i przetwornika D/A Vega w dyżurnym torze audio Studia U22 znalazła się również firmowa, dzielona amplifikacja, czyli przedwzmacniacz Taurus Pre wraz z monoblokami Merak Power (również przez nas swojego czasu testowane – link).
Z premedytacją napisałem o swoistym eksperymencie, gdyż używane zarówno podczas wcześniejszych, jak i tej prezentacji Altery2 Ardento, przynajmniej w teorii, dedykowane są eterycznej i słabowitej amplifikacji lampowej a tymczasem Meraki to niepozorne posturą, lecz wielkie sercem piece zdolne oddać do 400W/4 Ω! Jednak do odważnych świat należy i wychodząc z założenia, że co nas nie zabije to nas wzmocni postawiliśmy wszystko na jedna kartę i pełny system Auralica. Próby trwały od wczesnego popołudnia a tuż przed 17-ą można było odetchnąć z ulgą, bo brzmienie tak niekonwencjonalnie zaaranżowanego systemu nie tylko mogło się podobać, ale po prostu nam się podobało.
Chwilę przed 20-ą, gdy wszystkie miejsca zostały zajęte przez licznie przybyłych słuchaczy Piotr dokonał krótkiego wprowadzenia do tematu, zaprosił obok siebie znaminitych gości i po przystępnej, acz rzeczowej konwersacji doszedł do clue spotkania. W iście telegraficznym skrócie przedstawił własną, wybitnie subiektywnie przygotowaną playlistę, przygasło światło i rozpoczęła się główna część spotkania.
Lista Piotra:
1 – Tiamat – Kite
2 – This Mortal Coil – Song to the Siren (Remastered)
3 – Kent – 747 (We Ran Out Of Time)
4 – The Opposition – Hold Me Tonight
5 – The Cure – A Forest (Live Version (1984))
6 – Behemoth – O Father O Stan O Sun!
Po sesji streamingowej nastąpiła krótka przerwa regeneracyjno – technologiczna, podczas której goście mogli uzupełnić niedobór płynów i kalorii w suto zastawionym kąciku gastronomicznym, o który zadbał bardzo mile wspominany z poprzedniego spotkania Hotel Wiktoria Wiązowna. Osoby, które przezornie posłuchały organizatorów mogły raczyć się nie tylko wyśmienitym białym winem, lecz również jakże aktualną „saintpatrickową” edycją Jamesona. Oczywiście zmotoryzowanych nie pozostawiono samych sobie i kierowcy odpowiednio wysokie ciśnienie utrzymywali z pomocą aromatycznej kawy Woseba.
Za to my, w tzw. międzyczasie zajęliśmy się przestawieniem źródeł w Ariesie z platformy streamingowej na wpiętego w jego tylną ściankę pendrive’a i odświeżenie bibliotek.
Podobnie jak Piotr, zamiast nudnych jak flaki (pisane przez „k” a nie „c”) z olejem pseudo audiofilskich, „samplerowych” smętów postawiliśmy na muzykę, którą nie tylko lubimy i słuchamy na co dzień, co używamy również podczas naszych, redakcyjnych testów. Szczerze powiem, że kompletując playlistę nie przykładaliśmy praktycznie żadnej wagi do gęstości, czy bitowości poszczególnych utworów, gdyż od dłuższego czasu utwierdzamy się w przekonaniu, że efekt finalny w przynajmniej 80-90% zależy od samej warstwy muzycznej a aspekt techniczny ma znaczenie drugorzędne i jego zadaniem jest przede wszystkim nie przeszkadzać w odbiorze. Dlatego też wśród naszej 5-ki znalazły się takie perełki jak „Tin Pan Alley” udowadniająca, że biali też potrafią zagrać i zaśpiewać bluesa tak, że ciarki po plecach chodzą. Cover „Bird on a Wire” to kolejna niespodzianka z naszej strony, gdyż utwór wykonuje kojarzona w Polsce głównie z serialowych ról w „Married… with Children” i „Sons of Anarchy” Katey Sagal. Kobiecą wokalistykę reprezentuje również drobna Japonka – Chie Ayado o głosie … dobrze zbudowanej Afroamerykanki. Dwa zamykające set utwory wybraliśmy za to głównie ze względu na ich niezwykłą klimatyczność.
1 – Stevie Ray Vaughan – Tin Pan Alley („Couldn’t Stand the Weather” 24bit/176kHz)
2 – Katey Sagal & The Forest Rangers – Bird on a Wire („Songs of Anarchy” 16bit/44,1kHz)
3 – Chie Ayado – Hallelujah („Prayer” 24bit/96kHz)
4 – Thomas Newman – Dead Already („American Beauty” 16bit/44,1kHz)
5 – Ayub Ogada – Kothbiro („Constant Gardener” 16bit/44,1kHz)
W przypadku obu powyższych setów słuchacze na własne uszy mieli okazję przekonać się, czy rezygnacja z materiału o charakterze wybitnie sentymentalnym na rzecz takiego, który jest w stanie pokazać potencjał drzemiący w prezentowanym „parku maszynowym” miała sens. Moim prywatnym zdaniem, jak najbardziej. Z resztą większość słuchaczy, podczas kuluarowych rozmów bardzo spontanicznie a co najważniejsze szczerze wymieniała między sobą uwagi o jednoznacznie pozytywnym wzroście „wartości postrzeganej” prezentowanej elektroniki, która wreszcie miała szanse pokazać na co ją stać.
Mam też nadzieję, że tego typu eksperymenty wejdą na stałe do konwencji czwartkowych spotkań w Studiu U22 i będzie okazja jeszcze nie raz i dwa spotkać się w miłym gronie, by dzielić się wspólną pasją do muzyki.
Serdecznie dziękujemy za zaproszenie, gościnę i możliwość zaprezentowania fragmentu naszego redakcyjnego repertuaru.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Kolejny marcowy czwartkowy wieczór (19.03.2015) i kolejne udane spotkanie w znanym wszystkim naszym czytelnikom Studiu U-22 na Trakcie Królewskim w Warszawie przy Al. Ujazdowskich 22. Patrząc z perspektywy czasu, taka częstotliwość relacji, może wydawać się nieco monotonna, ale będąc na miejscu, nawet przez moment nie ma się podobnego uczucia. Drzwi są otwarte i jeśli ktoś ma chęć wzięcia udziału w jednym z podobnych eventów, bez ogródek może kontaktować się z organizatorem, a po osobistym doświadczeniu przyzna mi rację. Ale nie o tym chciałem dzisiaj mówić, gdyż ten ostatni meeting był całkowicie inny od poprzednich. Chodzi mianowicie o diametralną zmianę źródła systemu, gdzie dotychczasową szlifierkę marki Transrotor zastąpił dalekowschodni, wspomagany własną elektroniką odtwarzacz plików Auralic. Aby pokazać możliwości soniczne i jakość manualnej obsługi takich systemów, w wieczorze wzięli również udział przedstawiciele platformy muzycznej WiMP, zapewniając na czas prezentacji pełny dostęp do swojej nieprzebranej biblioteki muzycznej, która wykorzystywana była w trybie On Line. Jedynym wspólnym punktem z poprzednimi odsłonami były znakomite kolumny ARDENTO ALTER II. Nawet prezentowany materiał muzyczny nie był już podporządkowany pod konkretne nowo-masterowane wydawnictwo z dawnych lat, pozwalając na pełną swobodę wyboru. I takim to sposobem nasza redakcja otrzymała propozycję stworzenia Play Listy, którą jak widać na załączonych fotkach, zgrabnie zaanonsował Marcin.
Zmiana źródła, oprócz skierowania repertuaru w stronę większego wyrafinowania, pierwszy raz pozwoliła choćby w minimalnym stopniu zasmakować możliwości zespołów głośnikowych. Niestety stary rock, nawet z najlepszych swoich lat jest okaleczony jakościowo już z samego założenia – wtedy były inne priorytety, dlatego w momencie uwolnienia repertuarowego, mogliśmy odsłonić nieco rąbka tajemnicy pod tytułem „ARDENTO ALTER II”. Oczywiście to nie był ich szczyt możliwości, ale taki występ daje już pewien przedsmak, czego możemy spodziewać się, po zaproszeniu ich do domu, w trakcie czego właśnie jestem a test ukaże się już wkrótce.
Nie można zapomnieć również o oprawie około muzycznej, a przybliżając nieco mą myśl, kolokwialnie powiem, że chodzi o sprawy bankietowe. Miło jest w przerwie pomiędzy kilku utworowymi setami muzycznymi, zaspokoić pragnienia natury egzystencjalnej. Wspaniałe przystawki, alkohole i serwis kawowy po raz kolejny były ważnym elementem wieczoru, a że tak zaplanowany wieczór był moim kolejnym punktem dnia poza domem, z przyjemnością skorzystałem z przygotowanej przez sponsorów oferty cateringowej – stosowną listę z pewnością zamieścił Marcin.
Nie mogę inaczej jak podziękowaniami dla organizatorów i sponsorów zakończyć tej relacji, gdyż tak jak to było dotychczas, tak i teraz świetnie spędziłem, co by nie mówić z trudem wygospodarowany wolny czas.
Jacek Pazio
Opinia 1
Po sporej niespodziance, jaką okazała się decyzja głównego konstruktora i właściciela marki – Rumena Artarski’ego o wprowadzeniu do oferty wykonanych z aluminiowych płyt podstawkowych kolumn Lyra przyszła pora na powrót do korzeni. Powrót do tego, od czego bułgarski Thrax zaczynał i na czym zbudował swoją, jakby nie patrzeć, całkiem mocną pozycję a przede wszystkim przyzwyczaił swoich klientów – od amplifikacji. Oczywiście nasi wierni czytelnicy z pewnością pamiętają, że jakiś czas temu znęcaliśmy się nad pre/power Dionysos/Heros przy okazji opisywania ich synergicznego połączenia z przepięknymi Odeonami No.28, lecz tym razem na warsztat wzięliśmy trochę bardziej ekonomiczne a co najważniejsze (ukłon w stronę EU) również bardziej ekologiczne, bo pracujące w klasie AB monobloki Teres.
O jakości wykonania Thraxów nie ma się co rozwodzić, gdyż jest po prostu perfekcyjna. W dodatku o ile moje stwierdzenie może wydawać się bez znaczenia, w końcu skoro „komercyjnie” piszę to na 100% robię to z jakiś niecnych pobudek, to już fakt, iż u Bułgarów swoje obudowy, bądź poszczególne elementy konstrukcyjne zamawia coraz szersze grono światowego High-Endu powinno dawać do myślenia. Oczywiście o ile ktoś takową umiejętność posiadł i opanował w stopniu umożliwiającym nawet symboliczną wielowątkowość. Przecież nie chcemy by komukolwiek stała się nawet najmniejsza krzywda, gdy starając się skupić nad zawiłościami obróbki metali zapomni o kontrolowaniu błędnika, bądź nie daj Bóg …, a nie. O tym lepiej nawet nie wspominać.
Jednak już całkiem na serio – Teresy są trochę nieproporcjonalnie rozrośniętymi wariacjami na temat Herosów. Zamiast kwadratowych, ich fronty przybrały przekrój prostokątny, lecz już cała reszta pozostała w 100% ‘thraxowa’. Owa firmowość objawia się bardzo charakterystycznymi korpusami, które zamiast konwencjonalnych boxów złożonych z płyt mają formę wręcz obsesyjnie perfekcyjnie spasowanych żebrowań sprawiających, że bułgarskie urządzenia przypominają zarówno na pierwszy rzut oka, jak i podczas wnikliwego oglądu z kilku centymetrów, monolityczne prostopadłościenne radiatory z lekko załamanymi do wewnątrz wzdłuż przekątnych płaszczyznami frontów. Tak jak poprzednio za jedyny element dekoracyjny można uznać centralnie umieszczone przyciski wybudzające monosy z trybu uśpienia i niewielkie diody wskazujące na stan urządzenia.
Ściany tylne również można uznać za szczyt minimalizmu. Wejścia sygnału w obu standardach (RCA/XLR) z hebelkowym przełącznikiem wyboru, pojedyncze, acz fenomenalnie się prezentujące i zdolne przyjąć dowolnie zakonfekcjonowane przewody terminale głośnikowe, oraz zintegrowane z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC to prawie wszystko. Prawie, gdyż w prostokątnym podfrezowaniu znalazło się jeszcze miejsce dla gniazda dedykowanemu zewnętrznemu (opcjonalnemu?) zasilaczowi, oraz okrągły bulaj, z którego swój opancerzony łepek wystawia lampa C3g.
Jest tylko to, co być powinno. Ot tak po prostu. Zero fajerwerków, dziwnych ozdóbek i dziesiątek funkcji, z których skorzysta w wersji optymistycznej około 1 promila przyszłych posiadaczy. Takie podejście do tematu może się podobać i najwidoczniej się podoba, o czym świadczy m.in. wpisanie amplifikacji Thrax Audio na listę „Most Wanted Components 2014” magazynu Stereo Times. Ba, powyższy tytuł wskazuje również na to, że zalety bułgarskiej amplifikacji na wyglądzie się nie kończą.
W katalogu producenta w sekcji odpowiedzialnej za wzmocnienie znajdziemy pyszniące się potężnymi lampami monosy Spartacus, oraz bliźniacze pod względem gabarytów, lecz pozbawione (na pierwszy rzut oka) imponujących próżniowych świecidełek A-klasowe Herosy. O bohaterach niniejszego testu ani widu, ani słychu. Kiedy pojawią się tam Teresy nie mam pojęcia, lecz prawdę powiedziawszy zdecydowanie bardziej wolę słuchać urządzeń jeszcze nie „zawieszonych” na firmowych stronach www, aniżeli oglądać zdjęcia w sieci i tęsknie wypatrywać możliwości odsłuchu. Całe szczęście polski dystrybutor – katowicki RCM poszedł o krok dalej i tytułowe monosy w cenniku umieścił – jedna niewiadoma mniej. Co jest dość oczywiste, biorąc pod uwagę fakt, iż testowana przez nas parka trafiła do Niego dosłownie na moment przed oficjalnym otwarciem nowej siedziby i już do producenta nie wróciła. Mniejsza jednak z tym. W telegraficznym skrócie można przejść do porządku dziennego nad tym, że Teres są najmłodszą, najtańszą a jednocześnie największą konstrukcją wśród bułgarskich wzmacniaczy. O ile większą tego niestety nie wiadomo, bo wymiarów i wagi też nie ma skąd wziąć.
Jakoś tak się wszystko układa, że co i rusz trafiają do nas urządzenia praktycznie idealnie trafiające w nasze gusta. Na chwilę obecną nie jestem w stanie powiedzieć, czy faktycznie w stronę muzykalności i naturalności coraz częściej zerkają producenci, o czym świadczyłby przykład np. Ayona, czy też znając nasze preferencje sami dystrybutorzy dokonują wstępnej selekcji podsyłając nam odpowiednio łakome kąski. Grunt, że rozczarowań jest coraz mniej, jeśli nie wcale, a to cieszy, bo nie ma nic gorszego od bezproduktywnego tracenia czasu na próbach uzyskania choćby akceptowalnego brzmienia z komponentu, który nijak nam nie leży. Tym razem również obyło się bez ekscesów. Teresy już od pierwszych taktów, oczywiście po osiągnięciu właściwej dla siebie temperatury, pokazały, że w pełni zasługują na naszą uwagę. Tzn. to nie była sugestia, zawoalowany, podprogowy przekaz. Nic z tych rzeczy. Thraxy rozpoczęły z przytupem i przez cały odsłuch niemalże kazały patrzeć sobie głęboko w oczy. Było w tym coś z trudnej do przerwania hipnotycznej więzi pomiędzy słuchaczem i …, nie, nie systemem, lecz muzykami. Duży, gęsty i w pewnym sensie kremowy dźwięk szczelnie wypełniał naszego OPOSa (Oficjalny Pokój Odsłuchowy SoundRebels) na tyle skutecznie odcinając nas od innych bodźców zewnętrznych, że włączony w ramach rozgrzewki album „W Hołdzie Mistrzowi” Stanisława Soyki zagrał od pierwszej do ostatniej nuty. Dopalona pod względem emocjonalności i dosaturowana pod względem nasycenia barw średnica była soczysta i dojrzała niczym skąpane w toskańskim słońcu winogrona. Podobne refleksje towarzyszyły nam podczas odsłuchu koncertu Hanny Banaszak „W Studiu Koncertowym im. W. Lutosławskiego”. Takie samo uatrakcyjnienie średnicy i sprawienie, że postrzegane przez niezorientowanych w temacie, jako beznamiętne ceramiczne przetworniki Gauderów Cassiano czarowały ponadprzeciętną muzykalnością i jedwabistą gładkością. Jak się miało później okazać za powyższą manierę w zauważalnym stopniu odpowiedzialny był preamp Reimyo CAT – 777 MK II a przesiadka na rodzimego Abyssounda ASP-1000 trochę „zlinearyzowała” charakterystykę tonalną. Jednak pewne cechy „wrodzone” nadal pozostały. Będę szczery, po prostu pomimo wielu godzin spędzonych z Thraxami trudno mi sobie wyobrazić sytuację, czyli konfigurację, w której mogłyby zagrać sucho, nerwowo i z przesadzoną analitycznością, bądź krzykliwie. Tzn. opierając się na nabytym przez lata doświadczeniu z pewnością byłbym w stanie taki dźwiękowy koszmarek uzyskać, lecz nie widzę nawet jednego powodu by świadomie i z premedytacją taką krzywdę sobie, bądź komukolwiek innemu wyrządzać.
Jednak wracając do meritum. O ile pozostałymi elementami w sposób oczywisty możemy modelować efekt finalny, to Thraxy zawsze, lub, żeby nie popadać w zbytnią euforię w 99,9% przypadków będą dawały o swoim istnieniu znać. Ukulturalniając, homogenizując przekaz sprawią, że płynąca z głośników muzyka stanie się bardziej naturalna. Całe szczęście powyższe cechy nie powodują spadku selektywności, czy zbytniego ściśnięcia, bądź uśrednienia reprodukowanego materiału. O ile wspominane wcześniej albumy to całkiem dobrze zrealizowane i ze smakiem podane dania niesprawiające problemów nawet niedoświadczonym słuchaczom, to nie byłbym sobą, gdybym nie wyciągnął czegoś zdecydowanie bardziej wymagającego i to zarówno od elektroniki, jak i odbiorców. Chodzi mianowicie o „Dream Theater” Dream Theater, gdzie nawet „The Enemy Inside” swoją prog-metalową zawiłością i iście epickim rozmachem potrafi za przeproszeniem „wyłożyć system”. Z pre Abyssa stopę charakteryzowała świetna czytelność a gitarowe, niezaprzeczalnie karkołomne pasaże cięły powietrze niczym serie pocisków smugowych z ciężkich karabinów maszynowych. „Behind The Veil” łączyło poetycką śpiewność z niemalże thrashowym (tuż po niewinnej przygrywce), kojarzącym się z najlepszymi latami Metallicy, czy Megadeath wstępem. Jednak nie trzeba zapuszczać się w takie ekstremalne, przynajmniej dla większości, rejony, by na własnych trzewiach poczuć wydajność prądową i motorykę drzemiąca w Teresach. Aby zabrzęczały rodowe srebra a porcelana zaczęła rytmicznie podzwaniać na moje ucho wystarczy nawet tak pozornie niewinny, acz fenomenalnie wydany (2LP+CD) album jak „Dreams, Nightmares and Improvisations” Chada Wackermana. Oprócz świetnie uwydatnionych partii perkusji, co biorąc pod uwagę nazwisko firmujące to wydawnictwo jest oczywiste, sporo frajdy daje śledzenie basowych popisów Jimmy’ego Johnsona. I w tym momencie dochodzimy do jednej z największych zalet Thraxów, które podając muzykę na przysłowiowej tacy – jako całość, monolit, pozwalają jednocześnie na całkowicie bezproblemowe wyodrębnienie z prezentowanego spektaklu konkretnej partii czy to wokalnej, czy instrumentalnej i podążanie za nią niezależnie od ogromu informacji je otaczających.
Kontakt z Thraxami Teres – będącymi niejako wstępem do oferty bułgarskiego producenta, a zarazem końcem poszukiwań dla większości melomanów i audiofilów amplifikacji zdolnej napędzić praktycznie każde dostępne na rynku kolumny uznaję za wielce udany. Moc połączona z finezją znaną ze starszego rodzeństwa zaowocowała niezwykle dynamicznym a zarazem urzekającym brzmieniem niepozwalającym na pozostanie obojętnym. W odpowiednio skonfigurowanym, niejako pod Thraxy, torze można cieszyć się z potęgi krzemu i jedwabistej gładkości lampy biorąc z obu technologii tylko to, co najlepsze.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Dzisiejsze spotkanie będzie kontynuacją zapoznawania się z nowościami środkowo-europejskiej marki Thrax, która od początku celuje w półkę premium i jak dotąd nawet przez moment nie obniża lotów zarówno w dziedzinie jakości wykonania, jak i wysublimowania oferowanego dźwięku. Czy ten trend będzie kontynuowany przez dzisiejszą propozycję, dowiecie się w dalszej części testu, ale dla jasności zdradzę, iż wspomniana manufaktura pochodzi z jeszcze do niedawna niedocenianego w dziedzinie audio regionu, czyli znanej w Polsce z wakacyjnych kurortów Bułgarii. Dystrybucji tej stosunkowo nowej, ale mającej już na swym koncie wiele pochlebnych opinii firmy, podjął się katowicki RCM, który tym razem zaproponował test młodszych braci niedawno występujących u nas w systemie marzeń Herosów, czyli 200W -owych hybrydowych monobloków TERES.
Budowa Teresów bardzo przypomina nieco słabsze końcówki Heros, z tą tylko różnicą, że gdy tamte były prostopadłościanami o kwadratowym kształcie frontowego i tylnego panelu, to dzisiejsi goście nieco się rozpasali, tworząc ze wspomnianych płaszczyzn położony na dłuższym boku prostokąt, nadal jednak nie tracąc optycznej równowagi. Dostarczony do zaopiniowania komplet, to z wyglądu postawiony na czterech nóżkach w czystej postaci mocno nagrzewający się i grubo użebrowany radiator, skrywający wewnątrz układy elektryczne. Jedynymi dodatkami łamiącymi monolit wizualny obudów, są niezbędne do działania, usytuowane na tylnej ściance przyłącza i głęboko osadzone lampy elektronowe (naprawdę wystają minimalnie). W ramach wyposażenia konstruktorzy zaproponowali nam gniazdo sieciowe z włącznikiem głównym, pojedyncze terminale głośnikowe, wejścia w standardzie RCA i XLR z hebelkiem wyboru, a także poszerzające paletę możliwości zasilania zaślepione gniazda złącz akumulatorowych. Przedni panel podobnie do poprzedników jest zbiorem centralnie zapadających się ku środkowi czterech trójkątów, by w centrum stykających się wierzchołków dzierżyć włącznik inicjujący działanie urządzenia i diodę informacyjną o jego stanie. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o wrażenia wizualne, ale nie sposób przemilczeć faktu, że przy jednak sporej liczbie ostrych krawędzi obudowy nadal są ostoją spokoju. Niby nowoczesne wzornictwo, ale zastosowana ponadczasowość, z pewnością ułatwia wpisanie się tych produktów w nawet najbardziej wymagające gusta naszych żon, a to bardzo pomaga w procesie zakupowym, z czego chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę.
Podczas przygotowań do oceny brzmienia nasuwało mi się kilka ogólnych myśli przed-odsłuchowych, pozycjonujących dzisiejsze końcówki, w mogącej zaistnieć estetyce dźwięku. Lampka w torze zawsze dodaje nieco ogłady, ale jedna w przedwzmacniaczu Reimyo już była, a to mogło w pewien sposób stłumić możliwości końcówek Thraxa. Z drugiej strony, swoim pre częstowałem już typowo lampowe piece i nie odnotowałem jakichś deprecjonujących tamte zestawienia artefaktów. Dlatego po kilku niezobowiązujących refleksjach i odczekaniu stosownego studenckiego kwadransa, w napędzie wylądowała łatwa i przyjemna muzyka dawna. Dobrze zrealizowana wokalistyka i fenomenalnie zebrane mikrofonami instrumentarium tamtych czasów, pokazały wszelkie zalety bohaterek z Bułgarii. Moje obawy natury przegładzenia dźwięku, na szczęście się nie potwierdziły. Oczywiście słychać było przyrost plastyki, ale postrzegałem to jako swoisty sznyt grania, którego notabene szukają miłośnicy szklanych baniek, a nie zarzut zgaszenia przekazu. Co prawda kontur nieco się zaokrąglił, ale wszystko co działo się na scenie, w fenomenalny sposób okraszone było gładkością, pozwalając zatracić się w muzyce. Ogólny spokój i brak natarczywości prawdopodobnie przyciągną do siebie zdecydowanie większą liczbę miłośników, niż znajdą przeciwników, czego z dużą dozą zaciętości jestem w stanie bronić – znam kilku lampiarzy i wiem, jakie są ich priorytety. Wspomniany repertuar dobrze oddawał umiejętności Teresów w sposobie odzwierciedlenia sceny muzycznej, pokazując ją jak na dłoni w pełnej skali szerokości i głębokości, bez najmniejszych oznak zacieśniania, czy zlewania poszczególnych źródeł pozornych. Jeśli chodzi zaś o energetykę dobiegających do słuchacza dźwięków, to do poznania tejże sprawy, posłużyłem się Kompilacją Nilsa Petera Molvaera zatytułowaną „Hamada”. Elektroniczne frazy mocnych basowych pomruków okraszone różnego rodzaju sztucznie generowanymi dźwiękami, na tle których artysta ciekawie nadbudowuje partie naturalnej trąbki, okazały się być kolejną pozytywną odsłoną słuchanego japońsko-bułgarskiego tandemu. Wspomniane lekkie pogrubienie rysu dźwięków nieco podkręcało masę niskich rejestrów, delikatnie opóźniając atak, ale bez większego uszczerbku na jakości było to przyjemne masowanie mojej wątroby, a nie rozlanie się dolnych składowych. Co ciekawe, ten myk zdawał się nie wpływać na wzbudzanie szkodliwych rezonansów mojego pomieszczenia, pokazując mi, że system w pełni panuje nad dość ciężkimi w wysterowaniu kolumnami Gauder Akustik Cassiano – kto z nimi obcował, zdaje sobie sprawę, że dla cherlaków są zabójstwem. Wiedząc, że końcówki Thraxa radzą sobie z tak wymagającymi kolumnami, zapragnąłem nieco mocniej sponiewierać swoje wnętrzności niskim basiszczem – na płycie jest tego sporo o różnym natężeniu i podkręciłem gałkę Volume. Na pograniczu wytrzymałości bębenków wytrwałem niestety tylko kilka minut, ale raczej nie powodu ich zmęczenia natarczywością muzyki, a raczej szacunku do narządu słuchu. Wolę pławić się w przyjemnie płynącej muzyce, niż sprawdzać ile decybeli jestem jeszcze w stanie znieść, gdyż taki okres testów organizmu mam już dawno za sobą. Po dawce adrenaliny spojrzałem na półkę z ECM-owskim jazzem. Dobra realizacja, instrumenty naturalne i dobrze uchwycony przez masteringowca feeling pomiędzy artystami pozwalały ocenić, na ile nalot lampy w tym nie do końca rasowym tranzystorowym wzmocnieniu (konstrukcja hybrydowa) wpłynie na otwartość i czytelność delikatnie wybrzmiewających blach, na co jestem bardzo wyczulony. Krążek Torda Gustavsena zatytułowany „Changing Places” pokazał, co tak naprawdę oferują nam Bułgarki. Niestety taki repertuar wymaga chirurgicznego cięcia przestrzeni międzykolumnowej, czego nie był w stanie oddać mi wspomniany set. Delikatnie przycięte wysokie tony nie pozwalały iskrzyć przeszkadzajkom bębniarza, nieco skracając czas ich wybrzmienia. Na szczęście ilość informacji nie ginęła za kolokwialnie mówiąc grubą kotarą, tylko stawała się mniej angażującym aspektem danego utworu. Może się czepiam, gdyż jeden z moich znajomych stwierdził kiedyś, że mój system gra zbyt technicznie, ale jeśli miałbym szukać dziury w całym, to w tym miejscu oczekiwałbym nieco innych priorytetów. Naturalnie zdaję sobie sprawę z faktu zbyt dużej ilości cukru w cukrze – patrz obawy dwóch lampowych komponentów w torze, dlatego tylko sygnalizuję swoje stanowisko, a ostateczną ocenę pozostawiam nabywcom i ich cierpiącym na różne niedostatki układankom. Wracając jednak do występującego Gustavsena, to przy mym odczuciu braków w blasku górnych rejestrów, reszta pasma radziła sobie już bardzo dobrze. Środek raczej dziękował za zwiększone pokłady homogeniczności, a bas nieco bardziej napompowany, nadal miał dobrą fakturę. Kontrabas stał się większy i cięższy, grając trochę więcej pudłem niż strunami, jednak ogólnie widziałem to raczej jako wpisanie się w spójną całość strojenia pasma akustycznego, niż przypadkowe zaokrąglenie. Jakiekolwiek odstępstwo któregoś z podzakresów odbieralibyśmy jako zaburzenie współbrzmienia wszystkich częstotliwości, co na tym pułapie cenowym jest nie dopuszczalne. Po prostu mamy pewien pomysł na dźwięk i realizujemy go konsekwentnie, a nie szukamy sztuczek na nieobeznanego potencjalnego kupca. A przypominam jeszcze, że każdy potencjalny tor audio jest raczej loterią niż w pełni przemyślanym zestawieniem, dlatego moja opinia powinna jedynie lekko ukierunkowywać, a nie nakazywać, o czym zawsze staram się mówić.
I gdy miałem kończyć to spotkanie, ma wewnętrzna dociekliwość cały czas nie dawała mi spokoju. Czułem, że nie mogę zostawić tak tego testu. Przecież na półce za sobą miałem w pełni tranzystorowy przedwzmacniacz polskiej manufaktury Abyssound, którego Marcin notabene używał, jako punkt odniesienia podczas swojego spotkania i niesprawiedliwe byłoby zaniechanie takiej próby w moim sparingu. I proszę, nagle świat stał się diametralnie inny, stawiający na zdecydowanie większą zwiewność i zebranie w sobie. Przecież zrobiłem tak niewiele, za to na tyle celnie, że ewidentnie pojawiła się iskierka i utwardził się bas. Cuda Panie, cuda. I to jest właśnie clou całej zabawy w audiofilizm, trafić w dziesiątkę i zapomnieć o temacie. Wnioski z dogrywki są chyba jasne. Zdecydowanie ostrzejsza kreska źródeł pozornych, kontur na basie i jakby bardziej żywiołowe granie spowodowały wejście w całkowicie inny wymiar generowania muzyki. To oczywiście nieco zmniejszyło aurę intymności, ale w ostatecznym rozliczeniu to klient zadecyduje, co bardziej go kręci. W obu konfiguracjach testowany dział wzmocnienia miał swoje plusy i minusy, które w mym odczuciu w pełni korelowały z pozycją cennikową użytego przedwzmacniacza. Mam nadzieję, że nikt nie odbiera wypunktowanych przytyków do prezentowanego sprzętu, jako jego degradacji z listy odsłuchowej, gdyż, mimo że często są drobnymi niuansami, dla dokładnego zobrazowania jakości dźwięku, ja nieco ostrzej je uwypuklam.
W poczuciu pełnej weryfikacji możliwości Bułgarów zamykam wątek pod tytułem Thrax Teres. Zalety? Bardzo mocne, nieco ugładzone lampą piece, które w zależności od drobnych korekt reszty toru pozwalają na brylowanie pośród różnych szkół grania. Jakich? Proszę bardzo. Nasze bohaterki proponując od okraszonej gładkością i nasyceniem, po dość konturową i zwięzłą nutę estetykę grania, stają się ratunkiem dla wielu oczekujących różnych korekt zestawów. Sądzę, że po osobistym spotkaniu we własnej mekce, marka Thrax ma duże szanse zdobyć Wasze serca co najmniej dźwiękiem, a przywołując akapit wizualizacyjny także designerskim wyglądem. To kameleon brzmieniowy w czystej postaci. Czy dla wszystkich? Kto wie? Trzeba zweryfikować samemu.
Jacek Pazio
Dystrybucja: RCM
Cena: 24 000 € (para)
Dane techniczne:
– stopień wyjściowy: Jfet/Mosfet
– Użyte lampy: C3g (pentoda pracująca w trybie triodowym)
– wejścia: RCA, XLR
– Moc wyjściowa: 250W/8 Ω 350W/4 Ω
Elektronika Reimyo:
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– drugi przedwzmacniacz liniowy ABYSSOUND ASP-1000
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: GAUDER AKUSTIK CASSIANO
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa zasilająca POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Linn prezentuje nowe wersje swoich odtwarzaczy strumieniowych, oferujące zupełnie nowy poziom możliwości brzmieniowych oraz wprowadzające unikalne rozwiązanie o nazwie SPACE OPTIMISATION – umożliwiające dopasowanie naszego systemu do warunków akustycznych pomieszczenia odsłuchowego.
Odtwarzacze Linn Digital Stream
W 2007 roku Linn zaprezentował referencyjnego Klimaxa DS, umożliwiającego odtwarzanie muzyki w 24-bitach w zaciszu domu i rewolucjonizując podejście do źródeł cyfrowych.
Następne urządzenia – Akurate, Majik oraz Sneaky pojawiły się rok później, wyznaczając poziom odniesienia dla każdego poziomu cenowego. Korzystając z autorskich rozwiązań technicznych
oraz największego doświadczenia w branży, mamy zaszczyt zaprezentować nowe wersje wszystkich naszych odtwarzaczy strumieniowych, definiujące na nowo tą kategorię źródeł cyfrowych.
Nowe urządzenia – Klimax DS i DSM, Akurate DS i DSM, Majik DS i DSM wykorzystują nową topologię, krótszą ścieżkę sygnałową, mniejszą liczbę elementów w torze sygnału oraz nowe rozwiązania taktowania sygnału cyfrowego, co razem przekłada się wprost na lepsze niż kiedykolwiek brzmienie naszych urządzeń.
Optymalizacja SPACE w każdym urządzeniu
Począwszy od 16 Marca każdy odtwarzacz strumieniowy Linn DS oraz DSM będzie zawierał w sobie możliwość skorzystania z optymalizacji SPACE (akronim od „Speaker Placement and Custom Environment”) umożliwiając dopasowanie posiadanego systemu do warunków akustycznych pomieszczenia.
Wywodząca się z zaawansowanego systemu adaptacji Linn Exakt, optymalizacja SPACE umożliwia zbudowanie modelu akustycznego naszego pomieszczenia i symulację zachowania głośników w przestrzeni. Daje nam ona możliwość dostrojenia systemu do indywidualnych cech akustycznych każdego pokoju oraz większą swobodę w ustawieniu kolumn. Co więcej, dzięki eliminacji zniekształceń i wzbudzeń, pozwala na cieszenie się swoją ulubioną muzyką w wyższej jakości, niż było to dotychczas możliwe, bez konieczności specjalnego przygotowania akustycznego przestrzeni odsłuchowej.
Nowa definicja cyfrowego źródła
SPACE – Speakers
Każda kolumna głośnikowa jest unikalna. Charakterystyka obudowy, przetworników, portów bassreflexu oraz ich rozmieszczenie ma wpływ na dźwięk który słyszymy. Optymalizacja SPACE tworzy wirtualny model zachowania kolumn, bazując na tych elementach, pozwalając na symulację pracy kolumn w naszym pomieszczeniu. Bez względu na to jakie kolumny wybierzemy, SPACE umożliwia naszemu systemowi zabrzmieć lepiej niż do tej pory.
SPACE – Placement
Rozmieszczenie kolumn w pokoju ma bezpośrednie przełożenie na dźwięk systemu. Dlatego przeszkoleni dealerzy Linn’a zajmują się ustawianiem systemów na słuch, wykorzystując metodę Tune Dem. Niestety, nie zawsze idealna pozycja kolumn jest do zaakceptowania ze względu na ustawienie
mebli lub oczekiwania innych członków rodziny. SPACE umożliwia ustawienie kolumn w miejscu gdzie jest to praktyczne i symulowanie idealnego ustawienia kolumn. Dzięki stworzonym przez naszych akustyków modelom kolumn (Linn’a oraz wielu innych marek*), cały proces jest bardzo szybki.
SPACE – Custom Environment
Każdy pokój wpływa na dźwięk naszego systemu. Fale dźwiękowe odbijają się od ścian i podłogi, pobudzając mody pomieszczenia, które odpowiadają za wzmocnienie niskich częstotliwości. Powodują one że pewne częstotliwości brzmią nienaturalnie głośno a ponieważ ich zwiększona energia zajmuje więcej czasu do wytracenia, dlatego maskują muzykę która następuje po nich. Optymalizacja SPACE pozwala naszym odtwarzaczom na wykrycie i usunięcie tych podbić, ukazując bogatsze i bardziej naturalne brzmienie naszej muzyki.
Wyposażenie oraz konstrukcja ścian również wpływa na to jaki dźwięk otrzymujemy z naszego systemu. Twarde powierzchnie, takie jak beton czy szkło odbijają więcej fal dźwiękowych niż miękkie, które pochłaniają średnie oraz wysokie częstotliwości. SPACE umożliwia dealerom Linn’a na dostrojenie systemu tworząc dokładny model pomieszczenia z uwzględnieniem jego konstrukcji – mebli, materiałów ścian czy sufitu. Nie musimy zmieniać pomieszczenia aby mieć lepszy dźwięk.
SPACE daje nam możliwość dostrojenia systemu do zastanych warunków, upewniając się, że każdy posiadacz naszego źródła może uzyskać wspaniałe brzmienie w swoim domu.
Każdy odtwarzacz Linn DS jest Exakt-ready
Linn od zawsze promował modułową budowę swoich urządzeń, pozwalać na budowę systemu marzeń, bez konieczności kupowania wszystkiego od razu i rozkładając wydatki w czasie. Nasze nowe źródła posiadają wyjścia Exakt Link umożliwiające pracę w cyfrowym systemie Linn Exakt – współpracując z cyfrowymi kolumnami aktywnymi Linn Klimax i Akurate a także zwrotnicami cyfrowymi Linn Exaktbox.
* Obecnie dostępne są profile SPACE dla następujących kolumn:
LINN: Wszystkie obecnie produktowane z serii Klimax, Akurate, Majik oraz Custom.
B&W: Nautilus, 802D, 804D, 683-S2, 685-S2, 686-S2, CM1, CM6, CM8 oraz CM9
KEF: Blade, Blade Two oraz LS50
ProAc: Studio 118, D18, D20R oraz D30R
Monitor Audio: Silver 6 oraz 8
Spendor: A3, A5r oraz A6r
Quad: ESL 2912
W przygotowaniu:
ATC: SCM-100 KEF: R700 PMC: Twenty 26
Audio Physic: Tempo VI Kudos: Super 10, Super 20, Titan 808 ProAc: D40R
B&W: 800D, 803D, CM10 JBL: DD66000 Quad: ESL 2905
Canton: Reference 3.2 Martin Logan: Statement Sonus Faber: Amati Futura, Cremona
Dali: Epicon 6 Monitor Audio: Gold GX300 Sonus Faber: Liuto Monitor
Dynaudio: Focus 380 Naim: SBL Totem: Hawk
Focal: Electra 1028 BE Neat: Elite SX, Ultimatum XL6 Wilson Audio: Watt Puppy 8, Alexia
Nowa definicja cyfrowego źródła
Wspracie zwrotnic Exaktbox dla kolumn Bowers & Wilkins oraz Kudos
Nasze rozwiązania pozwalają na lepsze brzmienie nie tylko naszym kolumnom. Nasze zewnętrzne zwrotnice cyfrowe Exaktbox są gotowe do współpracy z kolumnami innych firm. Dostępne profile obejmują kolumny Bowers & Wilkins Nautilus (ślimaki), B&W 802 Diamond oraz Kudos Titan 808.
System Exakt pozwala na eliminację źródeł zniekształceń w tradycyjnych systemach hi-fi, dzięki czemu możemy cieszyć się bardziej wierną reprodukcją nagranej muzyki. Przy użyciu zwrotnic Exaktbox, każdy z przetworników jest obsługiwany przez jeden kanał wzmacniacza oraz dedykowany procesor DSP, zajmujący się podziałem pasma, korekcją różnic pomiędzy przetwornikami, dostrojeniem sygnału do pomieszczenia oraz opóźnieniami fazowymi. Wysokiej klasy układy przetworników cyfrowoanalogowych zastosowane w zwrotnicach Klimax oraz Akurate Exaktbox dostarczają idealny sygnał do wybranych wzmacniaczy odpowiadających za poszczególne zakresy.
Dostępność
Nowe modele naszych odtwarzaczy wchodzą do produkcji dzisiaj i będą dostępne u autoryzowanych dealerów Linn’a na całym świecie. W cenie urządzeń uwzględniono instalację przez przeszkolonego dealera w domu u klienta.
Klimax DS – 86 500 PLN
Klimax DSM – 103 000 PLN
Akurate DS – 31 500 PLN
Akurate DSM – 38 000 PLN
Majik DS – 11 900 PLN
Majik DSM – 19 500 PLN
Powyższe ceny zostały przeliczone z funta brytyjskiego przy kursie 1 GBP = 6.0 PLN.
Najnowszy DAC, wzmacniacz słuchawkowy i preamp z nowej serii profesjonalnej dla muzyków.
To już trzecia wersja DACa ALL-in-One od speców Australii, którzy zasłynęli wzmacniaczami słuchawkowymi. Jednak prawdziwym hitem okazał się HA-160D i od tego zaczął się prawdziwy sukces komercyjny. Każda kolejna edycja jest znacznie lepsza od poprzedniej. Świadczy o tym również fakt, że obecnie Burson Audio udziela 5 lat gwarancji na ten model!
Znakiem rozpoznawczym Burson Audio jest przepiękny wygląd. Grube płyty szczotkowanego aluminium, idealnie wyfrezowane ranty. Całość cieszy oko i ucho.
Jedną ze stylistycznych nowości jest unikatowy wyświetlacz, który w całości wtapia się w obudowę i pozostaje jednolitą bryłą aluminium póki nie włączymy urządzenia. Po włączeniu Conductora Virtuoso nagle na aluminiowym froncie pojawiają się delikatnie tlące się cyfry wyświetlacza. Tak jakby był to jakiś hologram! Robi to ogromne wrażenie.
Wnętrze kryje równie wyszukaną solidność. Ekranowane transformatory osobne dla sekcji cyfrowej i analogowej. Kondensatory, oporniki, układy cyfrowe, wszystko z najwyższej półki – Elna Silmic, Wima, DALE, ESS Sabre.
Sekcja Preampa jak zwykle na drabince rezystorowej, ale tym razem sterowana z pilota ze 100 krokową regulacją.
Charakterystyka:
Wysokiej klasy DAC, referencyjny wzmacniacz słuchawkowy i referencyjny preamp. 3 w 1.
Najdroższy na rynku chip – SABRE32/ESS9018
32bit / 192khz przez coaxial
24bit / 192khz przez USB
4 W na kanał w czystej klasie A
Osobna sekcja Preampa w klasie A
100-krokowa regulacja głośności
PRE na drabince rezystorowej
„holograficzny” wyświetlacz
Wyłącznie tranzystorowa konstrukcja
Dystrybucja: GFmod
Opinia 1
W ponury sobotni poranek, zanim jeszcze świt zdążył podjąć nieudolną próbę posłania kilku bladych promieni słońca ku zroszonej ulewnym deszczem ziemi ruszyliśmy w podróż ku przeznaczeniu. Wstęp może nie napawa optymizmem, lecz proszę mi wierzyć, że aura wczoraj niezbyt pozytywnie wpływała na nasze samopoczucie a i prognozy meteorologiczne dość jasno dawały do zrozumienia, że przez najbliższe kilkanaście godzin na terenie Polski będziemy mieli do czynienia z tzw. opadem ciągłym. Pech chciał, że niestety tym razem spece od pogody mieli 100% sprawdzalność. Całe szczęście przez ostatnie kilka lat zdążyliśmy się już przyzwyczaić i uodpornić na tego typu atrakcje i na drugie spotkanie z cyklu wrocławskiego Audiofila dotarliśmy nie tylko o czasie, co na tyle wcześniej, że mogliśmy spokojnie przyjrzeć się, uwiecznić na zdjęciach. Ba, nawet posłuchać w praktycznie pustej sali konferencyjnej Hotelu Qubus systemu przygotowanego przez cieszyńskiego Voice’a, w skład którego weszły:
– gramofon Pro-Ject Xtension 9 Evo SP,
– Pro-Ject PhonoBox RS + PowerBox RS Phono,
– odtwarzacz wieloformatowy Primare BD32 MKII
– przedwzmacniacz Primare PRE60,
– końcówka mocy Primare A60,
– kolumny Audiovector SR6 Avantgarde Arrete,
– okablowanie Cardas Audio.
Oczywiście Audiofil nie byłby tym Audiofilem, a prawdę powiedziawszy nie byłoby go w ogóle, gdyby nie Piotr Guzek, który organizuje, prowadzi i zapewnia niepowtarzalną i niepodrabialną atmosferę wrocławskich spotkań. Tym razem było podobnie a oprócz zwyczajowych dykteryjek, oddaniu dosłownie na chwilę głosu przedstawicielowi dystrybutora przed zgromadzonymi słuchaczami pojawił się pan Wojciech Siwek, który przedstawił program tegorocznej edycji 51 JnO, czyli dla niezorientowanych Jazzu nad Odrą – jednej z najstarszych imprez jazzowych. Atrakcji zapowiada się co niemiara, gwiazdy powinny dopisać, więc jeśli tylko będziecie Państwo w okilicy, bądź jesteście równie zwariowani, jak my, i podróż przez pół Polski nie stanowi dla Was problemu to … najwyższy czas zainteresować się biletami.
O ile elektronikę znaliśmy już z wcześniejszych prezentacji m.in. na Audio Show i Targów DOM INTELIGENTNY 2014 a gramofon wraz z dedykowanym, zasilanym bateryjnie, phonostage mieliśmy przyjemność całkiem niedawno recenzować (link) , to duńskie kolumny były dla nas intrygującą „prawie” nowością. Prawie, gdyż Audiovectorów można było spokojnie posłuchać np. na monachijskim High-endzie.
O tej duńskiej marce przez jakiś czas, przynajmniej na naszym rynku, było dość cicho, a szkoda, bo warto pamiętać o tym, że decydując na konkretny model możemy sukcesywnie go rozwijać – udoskonalać w ramach firmowej, wprowadzonej w 1996 r Koncepcji Indywidualnej Rozbudowy – IUC (Indyvidual Upgrade Concept). W związku z powyższym warto dobrze się zastanowić, która z oklein. Lub powłok lakierniczych najzwyczajniej nam się za kilka lat nie znudzi a potem po prostu wraz ze wzrostem apetytu upgrade’ować posiadane „skrzynki”. I tak prezentowany na Audiofilu 125cm model SR6 Avantgarde Arreté jest szczytową wersją, poniżej której znajdują się Avantgarde i podstawowy Signature. Dla wyczynowców w katalogu jest jeszcze wyposażony w dwa przetworniki wysokotonowe, ponad półtorametrowy flagowiec R 11 Arreté. O samych detalach technicznych nie ma się co rozpisywać, bo od tego typu beletrystyki są recenzje. Na otarcie łez miłośnikom danych tabelkowych wspomnę tylko, że prezentowane kolumny charakteryzowały się całkiem wysoką, jak na konwencjonalny projekt skutecznością 92,5dB, przy przyjaznej (przynajmniej na papierze) impedancji 8 Ω. Niemniej jednak zamiast z wypiekami ślęczeć nad wykresami zdecydowanie sensowniej, przynajmniej moim zdaniem, jest skupić się na wybitnie subiektywnych doznaniach natury estetycznej.
A proszę mi wierzyć, jest o czym opowiadać. Niezależnie od repertuaru prezentowany system czarował niezwykle sugestywną przestrzenią, lśniącymi, jedwabiście gładkimi a zarazem rozdzielczymi sopranami i krótkim, nisko schodzącym basem. Powyższe skrótowe uwagi dotyczą momentów, gdy grał winyl, gdyż to właśnie z tego nośnika dźwięk, przynajmniej na moje ucho wydawał się najbardziej naturalny, najbardziej wpasowujący się w moje spaczone gusta. Co prawda pliki i płyty CD też oferowały co najmniej dobrą jakość dźwięku, to jednak czarna, no może nie zawsze i nie do końca, płyta kręcąca się na śnieżnobiałym Pro-Jectcie wypadała najbardziej urzekająco. Czuć było finezję, wirtuozerię i delikatność Anne-Sophie Mutter („Carmen-Fantasie”). Jednak to była niejako przygrywka do tego, co przyniósł album „Return to the Centre of the Earth” Ricka Wakemana, gdzie symfoniczny rock przeplatał się z partiami narratora (Patrick Stewart) i to właśnie one robiły tzw. efekt „Wow!”. Po prostu widać, przepraszam słychać było niemalże holograficznie wyraźną postać Kapitana Jean-Luc Picarda (fani Star Treka z pewnością wiedzą o kogo chodzi ;-) ) stojącą przed kolumnami i przybliżającą pasjonującą historię.
Podobnie bujające rytmy „Live At Legends” Buddy Guy’a wprawiały w wyborny nastrój. Soczyste, tnące powietrze bluesowe riffy, niski, ekspresyjny wokal sprawiały, że zgromadzonej we Wrocławiu publiczności nader łatwo było wprowadzić się w prawdziwy muzyczny trans.
Serdecznie dziękujemy za zaproszenie i szczerze cieszymy się, że wrocławski Audiofil cały czas jest okazją do prezentacji ciekawych i ambitnych systemów a ten rok wydaje się być pod tym względem wyjątkowy. Inauguracja edycji 2015 ze Statementem Naima, kolejny weekend z Audiovectorami … a to przecież dopiero początek. Z niecierpliwością czekamy na kolejne odsłony.
Marcin Olszewski
Opinia 2
W deszczową sobotę marca tj. 14.03.2015r. wybraliśmy się razem Marcinem do Wrocławia – stolicy Dolnego Śląska, na kolejną odsłonę cyklu spotkań przy muzyce pod dumną nazwą „Audiofil”. W towarzystwie organizatora Piotra Guzka i znanych sporej rzeszy audiofilów firmy Voice, jak i zaproponowanej przez nich wyrafinowanej elektroniki mieliśmy okazję spędzić tam kilka bardzo przyjemnych godzin. Formuła tych mitingów jest prosta, poprzez obcowanie, z co by nie mówić ze sztucznie generowaną muzyką, krzewienie wśród słuchaczy chęć brania udziału w licznych wydarzeniach koncertowych, które w oparciu o kontakt z żywą muzyką i artystami podniosą poprzeczkę oczekiwań podczas słuchania Hi-Fi. Tajemnica poliszynela jest, że podobno są już w tej materii wymierne sukcesy. Ale jak wiadomo, nawet najbardziej zagorzałemu miłośnikowi takich imprez nie da się ogarnąć pełnej oferty artystycznej swojego regionu, dlatego każdy z nich ma w swoim zaciszu domowym, pozwalający przetrwać trudy życia codziennego dopieszczony przez lata system audio. Niestety gusta słuchaczy się zmieniają i każdy z nich jest przed, w trakcie, lub po drobnej korekcie swojego seta, dlatego niejako idąc im z pomocą, wrocławski „Audiofil” na każdy zaplanowany weekend zaprasza innych gości ze swoimi produktami, by w podobnych warunkach lokalowych skonfrontować różne propozycje sprzętowe. Bez znaczenia jest, czy są drogie, czy tanie, gdyż celem nadrzędnym jest pokazanie w pełni synergicznego kompletu, który w końcowym rozrachunku oceniają przybyli, nieraz bardzo „marudni”, ale osłuchani goście. By nie rozwodzić się zbytnio nad aspektem koszty vs. jakość dźwięku poszczególnych setów, spieszę donieść, że potwierdzając starą maksymę, jeszcze nikt wszystkim nie dogodził.
Przygotowana na pokaz elektronika składała się z zestawu kolumn Audiovector, elektroniki Primare i seta analogowego marki Pro-Ject. Wyliczanka kwotowa według mnie jest nieistotna, gdyż jak wspominałem kilka linijek wcześniej, prężenie muskułów nie jest celem samym w sobie, ale jedno mogę powiedzieć, jak na warunki wystawowe dźwięk się bronił. Co prawda za sprawą toru opartego o czarne płyty, ale prawdopodobnie taki osąd jest bardziej pokłosiem moich preferencji niż niezachwianego obiektywizmu. Prezentowany zestaw oferował porównanie brzmienia trzech różnych źródeł, od płyty winylowej, przez CD, po pliki. Z uwagi na zamiłowanie dom trzasków asfaltowego krążka nie podejmuję się bezstronnego wytypowania zwycięzcy, ale obserwując wypowiedzi gości, zdania były podzielone.
Ten akapit pragnę poświęcić bardzo ważnej sprawie. Chodzi bowiem o pojawiające się gdzieniegdzie w sieci niepochlebne opinie na temat tytułowej imprezy. Węszący spisek w każdym działaniu przeciwnicy wszystkiego, co nie zrodziło się z ich pomysłu, doszukują się promowania zapraszanych dystrybutorów, za pieniądze wspomagającego imprezę miasta, a to jest wyssaną z palca brednią. Oni (przedstawiciele światowych i rodzimych marek) dostarczają tylko sprzęt generujący muzykę, a w przerwach Piotr Guzek sypie z rękawa setkami anegdot – niektórzy narzekają, że za długo – ze swojego życia koncertowego, informując przy tym wszystkich na bieżąco o zbliżających się wydarzeniach muzycznych. Wyśmienitym przykładem może być ostatnia (wczorajsza) wizyta organizatora jednej z najstarszych imprez jazowych w Polsce „Jazz nad Odrą”, który w kilkunastominutowym monologu zreferował program tej nadchodzącej szybkimi krokami uczty dla zmysłów słuchu melomana. A to tylko jeden z przykładów próby przybliżania świata muzyki przybyłym czasem całymi rodzinami gościom. Ja wiem, że mogę wyglądać na mądralę z wywyższającej się – niestety nie przez autochtonów, tylko pierwiastek napływowy – często nielubianej Stolicy, ale przez te kilka lat trwania „Audiofila” byłem na Dolnym Śląsku kilkanaście razy i wydaje mi się, że mam pełne prawo do zabrania głosu w tej sprawie. Cieszcie się, że macie cykliczną możliwość posłuchania na spokojnie jednego zestawienia przez dwa dni, gdyż odbywająca się u mnie (Warszawa) jesienna wystawa, w swej dwudniowej kilkusetpokojowej postaci, mocno ogranicza tak dogłębne poznanie jednego zestawu audio.
Kończąc dzisiejszą relację, chciałbym podziękować organizatorom i wystawcom za zaproszenie i jeśli tylko pozwoli mi na to czas, z miłą chęcią pojawię się u Was z kolejną wizytą.
Jacek Pazio
Dwa urządzenia – jedna idea. Yamaha wprowadza na polski rynek dwa nowe modele z serii Relit: LSX-170 i LSX-70. Obie konstrukcje łączą światło i dźwięk i nadają pomieszczeniu, w którym się znajdują, nowoczesny i elegancki charakter. Wysoką jakość brzmienia zapewniają zaawansowane przetworniki, za efekty świetlne odpowiadają energooszczędne diody LED. Wyróżnikiem obu modeli jest kompatybilność z technologią Bluetooth aptX, mniejsza z konstrukcji przekonuje również wbudowanym akumulatorem
Yamaha nieustannie wprowadza w życie projekty, potwierdzające nowatorskie podejście firmy do dźwięku. Po opracowaniu modelu LSX-700, który zapoczątkował serię Relit, przyszedł czas na wprowadzenie kolejnych urządzeń, które również będą urzeczywistniały ideę wspólnego przenikania światła i dźwięku.
Yamaha LSX-170 i Yamaha LSX-70 to dwie najnowsze konstrukcje z serii Relit, które trafiają na polski rynek. W obu przypadkach celem było perfekcyjne połączenie oświetlenia z głośnikami, uatrakcyjniające przestrzeń, w której zostaną ustawione i pozwalające odkryć elegancki sposób słuchania ulubionej muzyki. Mimo takiego samego charakteru, urządzenia opracowane zostały pod kątem różnych środowisk pracy. LSX-170 to konstrukcja przeznaczona do ustawienia na półce, model LSX-70 należy do grupy urządzeń przenośnych, a autonomię zapewnia mu wbudowany akumulator.
Model Yamaha LSX-170 można określić mianem najbardziej funkcjonalnej konstrukcji z serii Relit. Dzięki swoim stosunkowo niedużym rozmiarom z łatwością mieści się na półce, a przy tym zapewnia mocne brzmienie. Pod oryginalną, stożkową osłoną, imitującą abażur, projektanci umieścili dwa skierowane do góry przetworniki: 90-mm niskotonowy i 30-mm wysokotonowy. Osłona wykonana jest z dwóch jednakowo zakrzywionych arkuszy stali – wytrzymałego i wartościowego pod względem akustycznym materiału.
Zastosowanie metalowej siatki pozwoliło zachować półprzejrzystość, dzięki czemu nawet przy wyłączonym oświetleniu można dostrzec wewnętrzną formę. Uwagę przykuwa przede wszystkim stożkowa membrana pokryta aluminium i polerowana do momentu uzyskania lustrzanego efektu. Jej zadaniem jest dookólne rozpraszanie dźwięku i światła, a także zapewnienie LSX-170 oryginalnego wzornictwa. Ponadto membrana tworząc dwa pierścienie światła odzwierciedla rozchodzący się okrąg dźwięku. Źródłem światła jest 11 diod LED, z których sześć rozlokowanych wokół podstawy urządzenia tworzy świetlny efekt halo.
LSX-170, podobnie jak mniejsza Yamaha LSX-70, obsługuje technologię Bluetooth aptX. Dzięki temu użytkownik może z łatwością przesyłać muzykę z dowolnego urządzenia bezprzewodowego kompatybilnego z tą technologią. Co więcej, dzięki kodekowi aptX do uszu słuchaczy dociera wysokiej klasy dźwięk charakteryzujący się jakością zbliżoną do CD. Ponadto obie konstrukcje kompatybilne są z bezpłatną aplikacją DTA Controller. Po jej zainstalowaniu w smartfonie lub tablecie urządzenie przenośne staje się jednocześnie pilotem zdalnego sterowania i źródłem dźwięku dla LSX-170 bądź LSX-70. Aplikacja udostępnia również funkcję Smart Timer – wystarczy zapisać żądaną godzinę i dzień tygodnia, aby w wybranym czasie włączyć lub wyłączyć dźwięk i światło.
Druga z nowości, model LSX-70, jest najbardziej kompaktową konstrukcją z serii Relit i dzięki temu z łatwością sprawdza się w roli urządzenia przenośnego. Cylindryczna obudowa o średnicy 94 mm skrywa wbudowany akumulator o pojemności 2900 mAh, umożliwiający pracę urządzenia nawet przez osiem godzin, oraz dwa przetworniki: umieszczony w podstawie 55-mm niskotonowy i znajdujący się w górnej części wysokotonowy o średnicy 40 mm. Ten drugi współpracuje ze stożkową membraną, która podobnie jak stożkowe membrany w LSX-170 służy do dookólnego rozpraszania dźwięku i światła. Źródłem oświetlenia są cztery diody LED z 5-stopniową regulacją jasności świecenia. Ekskluzywny charakter modelu LSX-70 podkreśla wykończenie wysokiej jakości materiałami – metalową siateczką w górnej części oraz sztuczną skórą w pobliżu podstawy.
Najnowsze modele z serii Relit już są dostępne w sprzedaży. Poglądowa cena detaliczna modelu LSX-70 wynosi 1399 zł. Większą konstrukcję, LSX-170, Yamaha wyceniła na 2149 zł.
Specyfikacja techniczna
LSX-170
Wersja Bluetooth ………………………… Ver. 2.1 + EDR
Obsługiwany profil ………………………. A2DP
Kompatybilne kodeki …………………… SBC, AAC, aptX
Maks. zasięg komunikacji …………….. 10 m (bez zakłóceń)
Złącze wejściowe ………………………… 3,5 mm stereo mini jack
Przetworniki ………………………………. 90 mm pełnozakresowy x 1, 30 mm pełnozakresowy x 1
Wymiary (S x W x G) …………………… 271 x 290 x 271 mm
Waga ……………………………………….. 3,3 kg
LSX-70
Wersja Bluetooth ………………………… Ver. 2.1 + EDR
Obsługiwany profil ………………………. A2DP
Kompatybilne kodeki …………………… SBC, AAC, aptX
Maks. zasięg komunikacji …………….. 10 m (bez zakłóceń)
Złącze wejściowe ………………………… 3,5 mm stereo mini jack
Przetworniki ………………………………. 55 mm pełnozakresowy x 1, 40 mm pełnozakresowy x 1
Czas pracy na akumulatorze ……….. ok. 8 godzin (przy wyłączonym oświetleniu)
Wymiary (S x W x G) …………………… 94 x 241 x 94 mm
Waga ……………………………………….. 0,95 kg
Dystrybucja: Audio Klan
MCT450 może zostać podłączony do dowolnego urządzenia firmy McIntosh posiadającego na wyposażeniu gniazda wejściowe sygnałów cyfrowych. Do takich urządzeń należą: wzmacniacze zintegrowane, przedwzmacniacze i procesory kina domowego. MCT450 posiada wyjścia cyfrowe w czterech opcjach: symetryczne XLR (5Vp-p @110omów), koaksjalne RCA (0.5Vp-p @75omów), optyczne Toslink oraz DIN (3V @110omów). Na wszystkich wyjściach dostępny jest sygnał formatu SPDIF, a na wyjściu DIN dodatkowo także sygnał DSD.
Dla przesyłania dźwięku zapisanego w formacie SACD zarezerwowano specjalne gniazdo DIN, które umożliwia przesyłanie dźwięku najwyższej jakości do kompatybilnych urządzeń McIntosha, takich jak najnowszy przedwzmacniacz cyfrowy D150. Dzięki zastosowaniu połączenia specjalnym kablem dwóch gniazd DIN gwarantowany jest przesył muzyki w najprecyzyjniejszy z możliwych sposobów.
Wszelkie powszechnie dostępne formaty płyt są kompatybilne z transportem MCT450, włączając w to płyty SACD, CD, CD-R oraz CD-RW (z plikami zapisanymi na nich w MP3 i WMA).
Zastosowanie optyki z podwójnym laserem zapewnia optymalny odczyt danych zapisanych na płytach CD i SACD. Podwojonej prędkości odczyt płyt umożliwia również dokładniejsze odtwarzanie porysowanych płyt CD i CD-R/RW. Posiadane płyty są bezpiecznie odtwarzane przez MCT450 dzięki zastosowaniu odlewanej z metalu tacki transportu.
Porty systemowe zapewniają doskonałą komunikację MCT450 z innymi urządzeniami audio firmy McIntosh.
Obudowę transportu wykonano częściowo z pięknie wypolerowanej stali nierdzewnej, która idealnie współgra z klasycznym szklanym panel przednim McIntosha i aluminiowymi panelami bocznymi.
• 2-kanałowy transport płyt SACD/CD.
• Możliwość odczytu płyt: SACD, Hybrid SACD, CD, CD-R/RW (MP3 i WMA)
• Gniazda wyjściowe sygnału cyfrowego: XLR, koaksjalne RCA, optyczne Toslink, DIN
• Odlewana z metalu tacka transportu płyty.
• Pilot zdalnego sterowania.
Wymiary: (WxSxG) 15,24 x 44,5 x 48,3 cm.
Waga: 11,8 kg
Dystrybucja: Hi-Fi Club
O hobbystyczno – rekreacyjnym podejściu Nica Poulsona do tematu Trilogy Audio pisaliśmy już z okazji recenzji fenomenalnego phonostage’a 907. Bez stresującego parcia na szkło i świadomości, że produkt musi się za przeproszeniem sprzedawać, bo jak nie to … księgowi strzelą focha a korporacyjny zarząd przekaże dyplomatyczną notę, której lektura wzbudzi ekscytację przed czekająca nas podróżą, powstają urządzenia z jednej strony w pełni nawiązujące do światowego mainstreamu, lecz jednocześnie niesamowicie dopracowane, skończone. Powód takiego stanu rzeczy jest oczywisty – brak presji czasu. Nowy model pojawia się w momencie, gdy wszystko zostaje zapięte na ostatni guzik, wszyscy wszystko posprawdzali i rynkowa premiera kończy pewien etap w rozwoju firmy a nie rozpoczyna gorączkowy okres przygotowywania poprawek. Tak jest po prostu lepiej, normalniej, jakoś tak po staremu, po ludzku, czyli fair w stosunku do klienta i również siebie. Dlatego też, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja przygarnąłem do swojego systemu zintegrowany, hybrydowy wzmacniacz Trilogy 925.
925-ka już na pierwszy rzut oka może się spodobać. Jej pozornie prosta bryła jest bardzo zwarta i prosta a zarazem minimalistyczna i elegancka. Zero udziwnień, zero barokowego przepychu, za to wszystko jest pod ręką i na swoim miejscu. Masywne aluminiowe płyty i potężne odlewane radiatory jasno dają do zrozumienia, że na materiałach na pewno nie oszczędzano. Front wzmacniacza dzielą między siebie duży diodowy, czerwony wyświetlacz, podobny do tych, jakie można spotkać w elektronice Moona, solidnych rozmiarów gałka odpowiedzialna m.in. za regulację głośności, oraz dwa niewielkie przyciski do obsługi nader rozbudowanego menu (o czym dalej) i włącznik. Mniej więcej w 1/5 wysokości wzdłuż płyty frontowej biegnie płytkie podfrezowanie, w którym umieszczono gniazdo mini jack, które nie jest, jak podpowiadałaby logika wyjściem słuchawkowym, lecz wejściem liniowym zapewniającym szybkie i bezproblemowe podłączenie do wzmacniacza przenośnych źródeł sygnału.
Płytę górną zdobią w tylnej części niewielkie otwory wentylacyjne dzięki którym znajdujące się wewnątrz lampy zyskują naturalną cyrkulację powietrza i nie nagrzewają niepotrzebnie wnętrza urządzenia.
Topologia płyty tylnej jest pochodną symetrycznej budowy integry, przez co na honorowym miejscu ulokowano równy rządek trzech par terminali XLR a pół piętra niżej uzupełniono je kolejnymi trzema parami gniazd RCA i pojedynczymi wyjściami liniowymi. Terminale głośnikowe są co prawda pojedyncze, ale na tyle szeroko rozstawione i solidne, że w razie potrzeby z łatwością będą w stanie przyjąć podwójne okablowanie.
Jak przystało na rasową superintegrę 925-ka jest w pełni symetryczna. W sekcji przedwzmacniacza znajdziemy dwie triody 6H6Π a w pracującej bez sprzężenia zwrotnego końcówce mocy dwa typy tranzystorów – MOSFET i bipolarne. Co ciekawe MOSFETy pracują jedynie w zakresie 1 W w klasie A, by powyżej tej oszałamiającej mocy przekazać pałeczkę tranzystorom bipolarnym, które również pierwszych kilka watów oddają w tejże szlachetnej klasie, by dalej już, ku uciesze ekologów, przejść w AB.
Zanim jednak przejdę do opisu walorów brzmieniowych uważam, że warto choćby zasygnalizować dość istotne aspekty natury ergonomicznej testowanego wzmacniacza. Po pierwsze bez unikalnego dla każdego egzemplarza, 8 znakowego kodu PIN nie ma szans na nawet testowy (przy oprogramowaniu można byłoby mówić o tzw. „trialu”) odsłuch. Dopiero po wprowadzeniu magicznej kombinacji cyfr Trilogy przechodzi w tryb stand-by, z którego można go potem bez problemu wybudzić. Regulacja głośności i selekcja źródeł działa, wszyscy szczęśliwi, możemy przejść dalej. Na tym z reguły kończą się tego typu opisy. 925-ka jednak tym regułom najdelikatniej rzecz ujmując się wymyka, gdyż … jej funkcjonalność dopiero w tym momencie się rozpoczyna. Przechodzimy zatem na poziom zaawansowany, do którego dostęp uzyskujemy po wprowadzeniu kolejnego kodu. Dzięki temu mamy zabawę na kolejnych kilkadziesiąt minut. Maniacy customizacji mogą każdemu z wejść nadać dowolną nazwę, precyzyjnie ustawić jego czułość, by ujednolicić głośność z poszczególnych źródeł, balans a nawet skomunikować integrę z pozostałymi urządzeniami Trilogy znajdującymi się w systemie i spiętymi TAS linkiem. Ba, użutkownik może nawet dokonać wyboru, co do treści wyświetlanej po uruchomieniu. Klasyczny timer zadba też o to, że kiedy czujemy, iż szanse dotrwania do ostatniej nuty nagrania są dość nikłe, to wzmacniacz również sam się wyłączy kilka-kilkanaście minut po skończonym spektaklu. To jednak nie wszystko. Zaimplementowany zegar czasu rzeczywistego pozwala na o wiele więcej – m.in. na zaprogramowanie np. automatycznego uruchomienia systemu na każdy dzień tygodnia z osobna, tak, aby po powrocie z biura móc już od pierwszych minut cieszyć się dźwiękiem w 100% wygrzanej elektroniki. Bosko! A jeśli komuś jest mało to zapraszam do lektury 54 stronicowej, zapisanej drobną czcionką instrukcji. Powodzenia.
Ze względu na prawdziwą szkołę życia, jaką testowany egzemplarz otrzymał na zeszłorocznym Audio Show, oraz kolejnych odsłuchach, okres akomodacji w moim systemie mógł zostać ograniczony do niezbędnego minimum. Ponadto mając świadomość, że akurat w przypadku tego testu nie muszę się spieszyć, bo urządzenie postoi u mnie ładnych parę tygodni pozwoliłem sobie na całkowicie niezobowiązujące sesje traktując go, jako pełnoprawny i w pewnym sensie stały element mojego dyżurnego toru. Dzięki temu udało mi się zminimalizować zaburzające względny obiektywizm elementy ekscytacji nową „zabawką”, oraz na spokojnie ocenić jego rzeczywiste walory soniczne zgodnie z zasadą, że najłatwiej znajduje się to, czego wcale się nie szuka. Jednak ad rem.
Już od pierwszych taktów słychać, że Trilogy w pewnym sensie upiększa, dociążając, dosaturowując średnicę ze szczególnym uwzględnieniem ludzkich głosów. Wokal Stinga na „Ballad of the Great Eastern” pochodzącej z „The Last Ship” co prawda nadal pozostawał niezaprzeczalnie twardy, kanciasty i szorstki, ale już tak nie szeleścił, jak z bardziej analitycznymi amplifikacjami potrafił. Był bardziej naturalny, organiczny. Bliżej mu było do tego, co można usłyszeć na co dzień – na żywo, aniżeli temu, co jest li tylko jego reprodukcją, odtworzeniem przetworzonego cyfrowo nagrania. Powyższy efektporównac można do symbolicznej przesiadki z CD, bądź plików na winyl, bądź taśmę (szpulę). Niby ilość informacji się nie zmienia, lecz poprzez uplastycznienie, urealnienie barw i niuansów materiał odbierany przez nasze zmysły staje się lepiej przyswajalny, bliższy naturze. Co przez to zyskujemy? Całkiem sporo, gdyż słuchać możemy dłużej, nieraz głośniej a jednocześnie z większa przyjemnością i praktycznie pomijalnym zmęczeniem. Tak, tak. Niestety nierzadko spotkać się można z urządzeniami grającymi niesamowicie analitycznie, transparentnie i pozornie na mikrometry zbliżającymi się do realizmu, których za przeproszeniem ma się dość już po dwóch, czy trzech godzinach. Czujemy się zmęczeni, lekko poddenerwowani a co gorsza za bardzo nie wiemy co jest tego przyczyną. Po Trilogy takich „atrakcji” nie można oczekiwać. Wpinamy w tor, włączamy ulubioną muzykę i … zapominamy o bożym świecie. Muzyka nas otacza, otula, kołysze a jednocześnie nie ma podstaw do formułowania zarzutów o jakimkolwiek uśrednieniu, czy złagodzeniu – zmuleniu. Doskonale słychać nawet najmniejszy zapisany w materiale źródłowym niuans, lecz oprócz informacji o fakcie jego istnienia liczy się również forma jej przekazu. A akurat ona spełnia najwyższe standardy elegancji i wysublimowania.
W grze 925-ki można zauważyć podobne przywiązanie do szeroko pojętej muzykalności, jaką charakteryzowała się niedawno przez nas testowana końcówka Wells Audio Innamorata. Czuć w niej podskórną analogowość, chęć dążenia do uspójnienia przekazu a nie jego chłodnej wiwisekcji. Co ważne nic a nic nie tracą na tym zarówno mikro, jak i makro dynamika. Poczynając od zagmatwanych i wielowarstwowych prog-metalowych aranżacji „A Dramatic Turn Of Events” Dream Theater, poprzez kipiące dynamiką i niemalże wgniatające w fotel patetyczne „Planety” Holsta i „Also sprach Zarathustra” Straussa ani razu nie dane mi było uskarżać się na brak, bądź niedosyt transjentów, czy też sięgających piekielnych czeluści basowych pomruków. Warto pochwalić również świetną gradację planów, które nawet przy ww. wielkiej symfonice nie traciły nic na klarowności i stabilności pozostając czytelnymi nawet w kulminacyjnych momentach spektaklu. Ponadto swoboda i zupełnie naturalny rozmach mógłby świadczyć, że mamy do czynienia z potężna końcówka mocy a nie całkiem niepozorną gabarytowo integrą. Oczywiście bezpośrednie porównanie z rasową – dzielona amplifikacją z podobnej półki cenowej (Abyssound ASP-1000+ ASX-1000) wykazywało pewne uproszczenia i działania pozorowane, jednak przeprowadzane były one z takim wdziękiem, że spokojnie przechodziłem nad nimi do porządku dziennego.
Sugestywnie wypadało również różnicowanie materiału źródłowego, gdyż pomimo ewidentnego nacisku na tzw. wsad merytoryczny, oraz umiejętność przykucia uwagi słuchacza do warstwy muzycznej i emocjonalnej ewidentne zbuki nie miały szans na ułaskawienie i odpadały z gry po kilku taktach przez techniczne KO. Trilogy od razu dawała w nader jednoznaczny sposób do zrozumienia, że z tej mąki chleba nie będzie i nie ma sensu dłużej się męczyć z takimi koszmarkami jak np. „The End of Life” UnSun.
Jeśli ktokolwiek z Państwa wątpi w prawdziwość twierdzenia, że „muzyka łagodzi obyczaje” powinien czym prędzej umówić się na odsłuch tytułowego wzmacniacza, gdyż Nic Poulson stworzył urządzenie niezwykłe. Integrę grającą Muzykę i to Muzykę pisaną wielką literą, w której drzemią niezwykle zaawansowane możliwości konfiguracyjne, lecz zarazem daje się ją obsłużyć z zamkniętymi oczami. Trilogy Audio 925 jest bezdyskusyjnie zbudowana przez niezwykle utalentowanych ludzi napędzanych pasją tworzenia dla ludzi poszukujących piękna i emocji. Czy trzeba lepszej rekomendacji?
Ps. Podczas ostatecznego rachunku sumienia przed zakupem zastanówcie się Państwo nad systemowym pilotem (dostępnym jako opcja) Trilogy PRC Personal Remote Control. 925-ka w pełni na niego zasługuje.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Moje Audio
Cena: 51 900 PLN
Dane techniczne:
Wejścia: 3 pary RCA, 3 pary XLR, 3.5mm stereo jack
Wyjścia: 1 para RCA
Moc wyjściowa (8 Ω): 2 x 135 W
Impedancja wejściowa (niesymetryczne): > 42 kΩ
Impedancja wejściowa (symetryczne): > 84 kΩ
Zniekształcenia: poniżej 1% (ważone A, przy pełnej mocy)
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 50 kHz (+/- 0,5 dB)
Czułość wejściowa: 600 mV RMS (dla pełnej mocy)
Maksymalny pobór energii: 900W
Wymiary: 445 x 430 x 127 (WxDxH)
Waga: 25,5 kg
Dostępne kolory: Sunburst Yellow (złoty), 8C Red (czerwony), Mediterraneo Blue (niebieski), Nero Carbonio (czarny), Iron Grey (srebrny).
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx; CEC CD5
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Pro-Ject Xtension 9 EVO z ramieniem PJ 9ccEVO i wkładką Ortofon Quintet Black
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Sensor Prelude; Pro-Ject PHONO BOX RS + Power Box RS Phono
– Przedwzmacniacz liniowy: Abyssound ASP-1000
– Wzmacniacz mocy: Abyssound ASX-1000 ; Wells Audio Innamorata
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Stillpoints Ultra Mini
Opinia 1
Mocno rozciągnięty w czasie okres ferii zimowych już za nami, więc najwyższa pora zakasać rękawy i rzucić się w wir codziennych obowiązków. Z podobnego założenia wyszła ekipa Studia U22 i w miniony czwartek zainaugurowała tegoroczną edycję cyklu spotkań pt. „Wieczór z czarną płytą”. Okazja ku temu też była nie byle jaka, gdyż ledwie tydzień wcześniej – 24 lutego upłynęło równo 40 lat od premiery szóstego studyjnego albumu Led Zeppelin – „Physical Graffiti”. Co prawda rocznica zacna i okrągłą 40-kę warto byłoby uczcić i tak i tak, lecz zamiast polować na wiekowego ‘first pressa’ w stanie mint od zeszłego roku zgodnie ze złożoną wcześniej obietnicą, Jimmy Page sukcesywnie raczy miłośników klasycznego rocka na nowo remasterowanymi z oryginalnych taśm matek reedycjami. Czyli sprawę repertuaru można było uznać za z góry ustaloną. To jednak nie koniec przygotowanych na czwartkowy wieczór atrakcji, gdyż w roli tytularnego gospodarza wystąpił debiutujący właśnie na płytowym rynku nowy byt – Black Record Store, będący nader namacalnym dowodem na to, że winyl na stałe zagościł w świadomości obecnych miłośników muzyki. Oczywiście osobą spinającą wszystko w całość i odpowiedzialną za całe to jakże pozytywne zamieszanie był Pan Piotr Welc, który i tym razem pełnił rolę pana domu witając licznie przybyłych gości i dokonując zwyczajowego wprowadzenia do tematu przybliżając historię albumu (o aparaturze nagłaśniającej opowiadał Pan Jarosław Torbicz z Ardento), oraz co już niejako stało się tradycją … istotnym elementem mechanizmu losującego ufundowane przez Warner Music Poland nagrody. A ci, którym szczęście przy losowaniu nie dopisało mogli pocieszyć się przy dyskretnie ulokowanym tuż przy części „rekreacyjnej” stoisku płytowym.
Skoro już jesteśmy przy przyjemnościach, to nie sposób nie wspomnieć o wykwintnych przekąskach dostarczonych przez Hotel Wiktoria Wiązowna, oraz odpowiednio wysublimowanym polepszaczu nastroju – bursztynowym, 12-letnim blendzie – Chivas Regal. W dodatku Chivas oprócz samego, wybornego destylatu zadbał również o odpowiednio wykwalifikowaną obsługę, która nie tylko pilnowała, żeby gościom nie tylko niczego nie brakowało, lecz również edukowała i wprowadzała zainteresowanych w magiczny świat aromatów i niuansów drzemiących w szkockim specjale.
Pomimo pozornej, przynajmniej na pierwszy rzut oka stabilizacji i niezmienności prezentacyjnego systemu uważni obserwatorzy z pewnością zauważyli kilka drobnych, acz jak się okazało podczas odsłuchu, nader istotnych nowości. Po pierwsze a zarazem oczywiste (vide zeszłoroczne spotkanie), w Ardento Dual pojawiły się nowe lampy – Shuguang 300B-98B / Mesh Plate. Po drugie zmiany nastąpiły również w torze analogowym, gdzie zagościł RCMowski Sensor Prelude IC. A po trzecie życiodajny prąd pomiędzy poszczególnymi urządzeniami rozdzielała Amare Musica Silver Passive Power Station. Powyższe sprzętowe zawirowania można uznać za ewidentny progres i krok w dobrym, zgodnym z naturalną ewolucją kierunku. Już poza podium skromnie przycupnął z boku nowy, tym razem tranzystorowy przetwornik Ardento grzecznie czakający na okazję zaprezentowania swoich możliwości w torze cyfrowym, lecz biorąc pod uwagę nawet sam tytuł spotkania trudno było mu się przebić. Jednak co się odwlecze …
A teraz najważniejsze – muzyka. Muzyka, która powinna i rzeczywiście łączy pokolenia. Przewijający się przez gościnne wnętrza Studia U22 słuchacze są tego najlepszym dowodem. Bez nadęcia, atakowania cenami i podkreślaniem własnej wyjątkowości można spotkać się w sympatycznym gronie i oddać się wspólnej pasji przy dźwiękach młodości własnej, bądź naszych rodziców a czasem nawet dzieci. Taki właśnie był odsłuchiwany w czwartek repertuar – ponadczasowy, multipokoleniowy i niejako odkrywany na nowo. Przeprowadzony przez Page’a mastering pozwala na nowo poznać utwory, które większość z nas zna niemalże na pamięć. Oczywiście nie mówię o takich evergreenach, jak „Houses Of The Holy”, „In My Time of Dying” czy „Kashmir”, bo nie znać powyższych to już poważny grzech ignorancji. Oczywiście z punktu widzenia prawdziwego fana rocka. A tak już całkowicie serio. Uczestnicząc w spotkaniach z cyklu „Wieczór z czarną płytą” wszyscy obecni na pierwszym miejscu stawiają przede wszystkim wspominaną i odmienianą przez wszystkie przypadki muzykę z drzemiącymi w niej emocjami a umożliwiający jej odsłuch system audio pełni jedynie rolę narzędzia i w żadnym wypadku nie jest celem samym w sobie. Dzięki temu czwartkowe wieczory w U22 z powodzeniem uznać można za skierowane bardziej ku ideom wyznawanym przez melomanów, aniżeli audiofilów. Wystarczy z resztą popatrzeć na eksplorowany do tej pory obszar muzycznych dokonań. Na gramofonowym talerzu kręciły się albumy, których wartości historyczne, sentymentalne i muzyczne są niezaprzeczalne, lecz zarazem nikt przy zdrowych zmysłach nie próbował doszukiwać się w nich referencyjnej jakości i niemalże samplerowego masteringu. Tak też było i tym razem. Rockowy pazur, pulsujący rytm i magiczny wokal Planta. Kończyny same podrygiwały a spokojne usiedzenie na miejscu graniczyło z cudem.
O rosnącej popularności czwartkowych spotkań z cyklu „Wieczór z czarną płytą” w Studiu U22 świadczy również fakt, że sukcesywnie wzrasta nie tylko grono chętnych do zaprezentowania własnych urządzeń audio, lecz również zainteresowanie mediów i to nie tylko z branżą Hi-fi związanych. Wśród oficjalnych i wspierających działania Piotra Welca przyjaciół znalazło się np. Radio Dla Ciebie i JazzSoul.pl a drukowaną frakcję złotouchą reprezentował na ostatnim odsłuchu Magazyn AUDIO. Ponadto formuła imprezy cały czas ewoluuje i nie chcąc zbyt mocno wychodzić przed szereg i psuć zbliżającej się wielkimi krokami niespodzianki wspomnę tylko, że już niedługo poznają Państwo kolejne oblicze Studia U22.
Serdecznie dziękując za gościnę Gospodarzom prosimy naszych Czytelników o zbytnie nie „oddalanie się od odbiorników”.
Marcin Olszewski
Opinia 2
W pierwszy lutowy czwartek tego roku (5.03.2015), w bardzo dobrze znanym już chyba naszym czytelnikom Studiu U22 przy Alejach Ujazdowskich odbyło się kolejne spotkanie z płytą winylową. Impreza w odróżnieniu od poprzednich tym razem miała dwa cele. Pierwszy był kontynuacją cyklu prezentacji nowo – masterowanych tytułów zespołu Led Zeppelin, a drugi, równie ważny z punktu widzenia miłośników czarnego krążka, to inauguracja nowego sklepu internetowego poświęconego właśnie wydaniom asfaltowym. Z racji doniosłości tego wydarzenia, przywołany do tablicy Black Record Store dla uświetnienia imprezy, w kuluarach klubu zorganizował nieduże stoisko z drobnym, nawiązującym do części muzycznej wycinkiem swojej oferty, pozwalając zaproszonym gościom nabyć słuchane tego wieczora tytuły. W dobie deficytu czasu na przyjemności życia codziennego, wydaje się to być fantastycznym rozwiązaniem. Zapoznajemy się, ups. przepraszam, przypominamy sobie materiał muzyczny, oraz piękną – związaną z nim długowłosą młodość i wracamy do domu z krążkiem z tamtych lat pod pachą. Fantastyczne nie sądzicie? Ale to nie wszystkie atrakcje tego wieczora, jakich dane mi było zaznać. Organizatorzy idąc za ciosem rosnącej popularności swoich eventów, zaprosili do współpracy kilka różnych brandów. Począwszy od Warner Music Poland (muzyka), przez Ardento (system odsłuchowy), Hotel Wiktoria Wiązowna (catering), po profesjonalnie serwowanego Chivas’a (czym się zajmują, nie trzeba nikogo uświadamiać) wszyscy wyśmienicie zadbali o wysoki poziom tego spotkania. I powiem szczerze, że gdy poprzednie nosiły znamiona doniosłości, to te ostatnie bardzo podniosło poprzeczkę ekskluzywności. Oby tak dalej.
Kreśląc kilka słów o samej muzyce i sprzęcie, trzeba powiedzieć, że przy co by nie mówić ciężkich warunkach odsłuchowych (z racji sporej ilości gości, kolumny były ustawione dość szeroko i nieco za blisko ściany), set znakomicie dawał sobie radę. Oczywiście do wyczynowości trochę brakowało, ale co tak naprawdę potrafi zestaw spod bandery ARDENTO, już niedługo sprawdzę na swoim podwórku, na co już teraz serdecznie zapraszam. Ktoś z przybyłych gości po przeczytaniu mojego przynudzania, może kręcić nosem, ale po rozmowie z konstruktorami i z własnego doświadczenia wiem, że stary rock nie daje szans na rozwinięcie skrzydeł wyszukanym kolumnom i amplifikacji. Co gorsza, im bardziej wyrafinowany tor osłuchowy, tym takie realizacje brzmią gorzej, dlatego słuchając podobnych klimatów, stawiam na wsad emocjonalny, a nie jakościowy. Nie jest łatwo, ale po latach doświadczeń można wyrobić sobie umiejętność wyłączania niektórych zmysłów, by nawet przy zmasakrowanym materiale bez utraty emocji czerpać przyjemność ze słuchania.
Kończąc ten krótki wpis, chcę pogratulować organizatorom i zaproszonym do współpracy partnerom tak wspaniale oprawionej muzycznie i cateringowo imprezy. Jeśli tylko nadarzy się kolejna okazja, z pewnością się pojawię.
Jacek Pazio
The introduction to this review took me longer than expected. On one hand this was due to the unification of the product line of this manufacturer, on the other a highly recognizable design of the products. Probably this has launched your association mechanisms and you started to scan the brand names you know. It is highly possible, that you all will have similar results – Accuphase, Ayon, McIntosh, Pathos, Soulution, etc. Now taking into account the fluctuation of the models and vastness of the catalog all probability points to Austria. This is true – we are talking about Ayon, which can surprise with everything, but not with the design. So there is a risk, that when a new device appears, or an existing one gets updated, it may pass unobserved through the market. Please think about the stress of the manufacturer and the distributors to promote something, that looks exactly the same as the model withdrawn from the catalog. I do not envy them, unless … they decided not to lose funds on visual upgrades and consults with designers, and concentrated on things that should be obvious – improvement of the technical parameters and sound. This is exactly the case with Ayon – the design of the cabinets stays the same, while improvement of the insides allows to climb the audiophile ladder successively. Additionally, the fact that Ayon constructors do not want to introduce external changes to their design, especially in the sound sources, may be a blessing for people, who do not want to prone with changing the owned unit to a newer model, for example hiding it from their wives. Putting trifling aside, there is a lot of truth in the previous sentence. Once we have a well configured system, fulfilling our needs, we may not want too much of a visual revolution. Now having defined the target group – the potential buyers, I will present the tested device – the Ayon CD-1sx CD player.
Looking at chronology and company naming, 1sx should be the representative of the fourth generation of players. It is the youngest sibling from the family founded with the CD-1 and then prolonged with the CD-1s and CD-1sc. This is how I see it, based on archival articles and logic, but in case of audio, this is not always the truth. And in this case I was wrong. It turned out, that according to Gerhard Hirt, the owner of the brand and main constructor, the 1sx is a member of the … third and last (at least to date) generation of players. The first generation was the CD-1 introduced in 2006. The second generation – which was built almost from scratch – encompasses the CD-1s and the later CD-1sc, which had two different versions. This is a bit complicated, but this is the official classification. In addition, according to Mr. Hirt’s declarations, made during his recent visit in Krakow, the era of dynamic changes is coming to an end, so the portfolio should now be stable for some time.
You might have noticed, that this time I did not chase novelties, but being fully satisfied with the CD-1sc I own, I calmly waited how things will evolve from the premiere of the 1sx that happened on the turn of 2013 and 2014. However during the last Audio Show, Gerhard Hirt asked me, how I see the newest version of the 1, and I had to respond, that I have not listened to it. For my defense I used however, that I had an intensive episode with the 3sx, while testing the Octave dream system. I heard then, that I must catch-up and listen to the 1 at home. This has now happened, and a few days after the show I received a package, with the factory sealed player, which received a free cryo treatment during transport.
Now the milk got spilled, and I had to take on the role of an arbiter in the fratricidal war, which should respond to the question, if newer will be better. Frankly speaking my skepticism was quite shallow, as I had my experience with the 1sc (the version from May 2011 did not fit my system as good as the 07s, but already in January 2013 “small tuning”, some magic and adding an asynchronous USB DAC revised my attitude towards the 1) and I know, that in Ayon nothing happens without a reason.
I could copy the paragraph devoted to the looks of the CD-1sx from my archival notes about the earlier versions of this player, and frankly speaking, I would not be wrong. Yet searching for differences between the CD-1sc and CD-1sx would was not so difficult. While the chassis is similarly armored, has rounded edges and is made from black anodized, brushed aluminum plating, 5mm thick and the player is a top-loader, there are some things that did change. First of all, the red dot-matrix display got bigger, and displays, besides the basic information about the played discs and indication of upsampling to 24 bits/192 kHz, also information about the sampling frequency for the input signal, its kind – PCM/DSD and active filter – Filter 1/Filter 2.
The top cover houses the typical Ayon acrylic drive cover surrounded by a polished aluminum ring and a row of buttons (controlling the drive and other functions like volume or source), surrounded by red rings, which make using them at night very easy, while not being too obvious. Due to the usage of a tube output stage in the back part of the top cover there are some venting holes, covered by nicely looking chromed grates.
Most changes can be observed on the back panel. Of course there is the symmetrical setup of the XLR and RCA outputs, centrally placed, IEC power socket with a fuse, and to the left of it a section of digital inputs – optical, coaxial and USB, as well as a coaxial output. There is also a polarity indicator and there are switches to set the operating mode of the unit. There is an output mode selector (Normal/Direct Amp) and gain selector (High/Low), which were also present in the previous player, but there is an additional option in the output selector. You can chose the RCA or XLR output, but there is also a setting available to have both activated. This however results in a degradation of the sound quality, but is seems, that the market demanded such a solution.
The main power switch is located on the bottom, near the left corner of the unit, which is absolutely obvious in case of Ayon.
The tested player is the first tube CD player with an USB DSD input in the world, and the complete converter section (ESS 9018) is fully symmetrical. Similar to the complete analog stage, which is also balanced, and uses 6H30 triodes. The rectifier bases on 6Z4 tubes. This all should make the 1sx more suitable to drive a power amplifier directly. However the volume control, available from remote control and top panel (you can switch it off completely) is done in the digital domain, so while you can use it in the beginning, I would recommend to think about a preamplifier or switch to the 3sx.
More changes compared to the predecessor are visible when you remove the acrylic cover of the drive section.
I must confess, that I got used to the clamp integrated with the cover used in the models 7s and 1sc, and I was not really happy with the solution that was proposed now, with a separate clamp. This solution reminds me of the past. Really? Yes – maybe not all of you remember, but in 2006, when the first version of the 1 was introduced to the market, it was equipped with the Sony KSS-213 drive, and the disc was clamped with a light, aluminum disc. Now it is similar, however with the Stream Unlimited drive the ring is magnetic, what makes the weight of it not a critical item anymore. I have not heard anything about Gerhard Hirt wanting to return to silver colored chassis and blue lighting of the buttons (the black ones had red lighting from the start), but still we are witnessing a kind of return to the roots. But enough about that. It seems that evolution has its price and there was need to make changes.
Before I continue with the description of the sound, I will just mention, that the manufacturer consistently opts against usage of burn-in discs “as some of them have in reality bad influence on the performance of the system”. Instead, he encourages 30 to 50 hours of burn-in during normal music playing. It is hard to disagree with that statement, as the “repertoire” on the burn-in discs is very hard to digest for me, even compared with Sepultura, Prodigy and Lutosławski. But it is no joke, that I was confronted with situations, where after using such discs, after the marvelous demagnetization or other –zation, the owners of such systems were trying to bring them back to former sound for days or even weeks.
Maybe it is OCD, a phobia or just audiophilia nervosa, going chronic, but as always, also this time I approached the power supply for the player with care. From many years of experience I know, that the Ayon are very sensitive to proper cabling, signal and power, and I am not saying anything new now. It was already good with my standard Organic Audio cable, but I regarded this configuration as a starting point and reference to the 1sc. Switching to the Organic Audio Power Reference, recently introduced by the Danish, showed clearly, how much of the rich musicality is hidden in the newest 1. The sound gained extra vividness and increased its size, what made the Ayon sound bigger, more suggestive, yet without artificiality. I used the disc “La Stravaganza” Vivaldi (Rachel Podger/Arte Del Suonatori Baroque Orchestra) for testing, which allows me to hear any, even the smallest change in the stereo system. The classic instruments and virtuoso playing of the soloist and the accompanying orchestra, only confirmed the sense of my search. The shine and readability of the treble, homogeneity of the full spectrum and splendid reproduction of micro-dynamics in quieter passages gave more emotions to listeners. But that, what happened after switching to the, tested in parallel, Furutech Nanoflux surpassed my imagination. The space, depth and almost holographic presentation of the stage planes should not happen for 16 thousand zlotys. In most cases representatives from the 20-25 thousand zlotys level do not sound like that. And here it did. You can have such sound, but the price is high (the price of the cable is higher than the price of the CD player). Much cheaper you can play with anti-vibration accessories, because the 1 is also sensitive to that.
But let us return to music, because we must get over the fact, that the player will pay us back double, for what we treat it with.
Even with very simple and very pessimistic tunes, like “My Shit’s Fucked Up” from “Life’ll Kill Ya” Warren Zevon, the emotional loading and evident getting in tune with his fate involved the listener completely into an microcosm, isolated from the environment. Minimalistic instrumentation and closely microphoned vocals and we forget about everything, time becomes virtual. We have similar magic with “American IV: The Man Comes Around” Johnny Cash or “You’ll Never Get to Heaven” Bill Morrisey. Maybe the mentioned repertoire is not too optimistic, but exactly with this kind of music – rough, completely ‘sugarfree’ – you can get the right distance and proper perspective to our lives, flowing through our fingers. The final nail to the coffin of depressive climates was “Make it Rain” by Ed Sheeran, from the inevitably last season of “Sons of Anarchy”. Please believe me, or not, but after such catharsis, even if you have not smoked for the last dozen years, there is an urge to…
The soundtrack to “The Last Action Hero” has a completely different esthetics, but it is still far away from smoothness and sweetness. The opening piece of the album, “Big Gun” AC/DC played by the Ayon was as stimulating as a double espresso with a drop or two of a noble highland kept in sherry oloroso barrels. Pugnatious, rough, simple playing did not allow to sit still and easily upped blood pressure and pulse. Similarly pulsating and equally moving is “Cock the Hammer” Cypress Hill. It is hard to find any virtuosity and audiophile concentration, taking care of nuances or similar, but this is not what you would expect from those guys in oversized clothes. It has to be rude and filthy, and we get exactly that.
Very suggestive was also the “Dead Already” Thomas Newman from the “American Beauty” soundtrack. Surprisingly low reaching bass was not only very differentiated and resilient, but also touchable – powerful yet nimble. The contours and motorics of that range we can really describe as being very good, and if someone experiences it flowing together and washing out, then that person should leave the player alone and search for flawed components elsewhere in the sound path. A vast sound stage, with almost ambient sounds appearing seemingly out of nowhere is only one of the surprises you can get with the Ayon, if he has the chance to present them.
Well, in the way of creating space and precision of defining contours and stability of localization of virtual sources you should look for the changes between the SX and the previous SC version of the player. It was similar with the perceived sound spectrum – as if the bass would reach lower, and the treble would put the threshold a few cm up. In general, in the tested CD player the sound seemed more organic, more based on the midrange, but at the same time it allowed to perceive a broader frequency response. It was very good before, and if I would not be able to make head to head comparisons with the older player, I would probably still live being convinced, that everything is fine. Unfortunately, or fortunately, the technology of digital sound processing made a few steps forward, and Gerhard Hirt with his R&D team did not just have drinks on a Caribbean beach. And you can hear that. To make the final confirmation of my observations I took on the “Avatar” soundtrack by James Horner, which should be last thing I would play.
However instead of packing the tested player into its transportation box and send it back to the distributor I started to devise more and more excuses to listen longer, to catch maybe some other nuance, something that would allow me to bash the player, to find some shortcoming, to be able to conclude the test with clear conscience, or rather the remainders of it. And? Nothing. I even got used to the need to remove and put back on the separate disc clamp. It was just that the Ayon CD-1sx fitted me like worn shoes. Finally the 1sc landed in the box, and the CD-1sx took its place on the rack. I will take care of the courier … oh, no, this will not happen.
Making the test I was aware, that the Ayon CD-1sx, similar to its predecessors, is a big sales hit of the Austrian manufacturer. I knew also, from first hand, how many nights Gerhard Hirt has pass awaken, how many “live” discussions he had to make, to have the player reach the market in this version – perfectly worked out. Maybe this will sound strange, but despite the knowledge I have, and practically the same price as the 1sc was sold, I have to say, that this time the potential clients got a sound worth much more money. I am writing this being fully aware, that the example of the Ayon goes against the laws of positioning a product by its price. You can listen to the SC-1sx yourselves and make your own conclusions, or search further for a sound source from the 20-25 thousand zlotys price shelf. The question is – why?
Marcin Olszewski
Distributor: Eter Audio / ayonaudio.pl
Price: 15 900 PLN (3995 €)
Technical details:
Conversion rate: 192 kHz/32 bit; DSD 5.6MHz/128
CD-Transport: Stream Unlimited-Austria
Tube complement: 2x6H30 (SE Triode), 1x6Z4
Dynamic range: > 118 dB
Output level @1 kHz / 0,775V -0dB Low: 0 – 2.5 V / variable
Output level @1 kHz / 0,775V -0dB High: 0 – 5V / variable
Output impedance Single-Ended-RCA: ~ 300Ω
Output impedance Balanced-XLR: ~ 300Ω
Digital output: 75Ω S/PDIF(RCA)
Digital input: 75Ω S/PDIF, TosLink, USB 24/192 kHz & DSD
S/N ratio: > 118dB
Frequency response : 20Hz – 20KHz (+/- 0.3dB)
Total harmonic distortion @ 1kHz: < 0,001%
Remote control: Yes
Output complement: RCA i XLR
Dimension (WxDxH)cm: 48x33x12cm
Weight: 13 kg
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– DAC: Bryston BDA-2
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Network Music Player: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Bryston BDP-2; Astell&Kern AK500N
– Turntable: Transrotor La Roccia Reference + ZYX 4D; Pro-Ject Xtension 9 EVO + PJ 9ccEVO + Ortofon Quintet Black
– Phonostage: RCM Sensor Prelude; Pro-Ject PHONO BOX RS + Power Box RS Phono
– Integrated Amplifier: Electrocompaniet ECI 5; Trilogy 925
– Preamplifier: Abyssound ASP-1000
– Power amplifier: Abyssound ASX-1000; Wells Audio Innamorata
– Speakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Organic Audio Power Reference; Furutech Nanoflux
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Wall Socket: Furutech FT-SWS(R)
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Stillpoints Ultra Mini
Najnowsze komentarze