Chord Electronics z dumą prezentuje swoje najnowsze dzieło – Mojo – najbardziej zaawansowany i co tu dużo mówić, po prostu najlepszy przenośny przetwornik/wzmacniacz słuchawkowy na rynku. Doświadczenie zdobyte podczas projektowania Hugo dało nam możliwość dalszej miniaturyzacji i jednocześnie dalszego rozwoju. Mojo oparto o unikalny w skali światowej niezwykle zaawansowany układ Xilinx Artix-7 FPGA i jednocześnie zapewnić niespotykaną łatwość obsługi. Dzięki temu Mojo (akronim od „Mobile Joy” – „Przenośnej Frajdy”) nie strasząc oszałamiającą ilością przełączników i regulatorów pozwala skupić się na tym, co najważniejsze – muzyce. Dysponując dwoma wyjściami słuchawkowymi potrafi równocześnie(!) napędzać dwie pary słuchawek o impedancji 4 – 800 Ω. Ponadto Mojo zapewnia pełną kompatybilność z praktycznie wszystkimi dostępnymi na rynku formatami cyfrowymi (PCM; WAV; AAC; AIFF; MP3; FLAC) o najbardziej wyżyłowanych parametrach jakościowych (PCM 44.1kHz – 768kHz a w trybie DoP również DSD: DSD 64 – DSD 256). To jednak nie wszystko. Mojo zaprojektowano również z myślą o użytkownikach smartfonów i innych odtwarzaczy plików, co wydaje się być oczywiste patrząc na jego zaskakująco niewielkie gabaryty i właściwą dla Chord Electronics iście pancerną obudowę.
Mojo nie tylko zapamiętuje ostatnio używane wejście i ustawiony wcześniej poziom głośności, lecz również automatycznie wybiera wejście, na które dostarczany jest sygnał a jeśli wszystkie wejścia są „obciążone” ustawia je w kolejności USB, Coax, Toslink. Oczywiście w Mojo nie mogło zabraknąć możliwie najprostszego sposobu informowania o parametrach odtwarzanego materiału – rolę interfejsu przydzielono zmieniającemu kolory włącznikowi a iluminację zaimplementowano również w przyciskach odpowiedzialnych za cyfrową regulację głośności, co szalenie ułatwia obsługę np. w nocy. I jeszcze jedno – czas ładowania Mojo poprzez port USB to jedynie cztery godziny, podczas których nadal możemy go normalnie użytkować!
Cena: 2 490 PLN
Dystrybucja: Voice
Dane techniczne:
Wejścia: Micro USB (max. 768kHz/32Bit), Coax – mini Jack (max. 768kHz/32Bit), Toslink (max. 192kHz/24Bit), Micro USB – gniazdo ładowania.
Moc wyjściowa: 600 Ω 35mW, 8 Ω 720 mW @1kHz
Impedancja wyjściowa: 0,075 Ω
Dynamika: 125dB
THD (@3V): 0,00017%
Waga: 180g
Wymiary (S x W x G): 60 x 22 x 82 mm
Tak się jakoś fantastycznie złożyło – oczywiście z pewną pomocą może niezbyt wygórowanych ilościowo, ale jednak zauważalnych wydatków na dobre gatunkowo trunki, że nadal jestem zauważalnym klientem dla znanego Wam z wielu moich relacji skrywającego się pod logo M&P ośrodka zaopatrzenia we „wszelakiej postaci wodę ognistą”. To oczywiście niesie ze sobą pewien bagaż rozpoznawalności, by co jakiś czas otrzymywać zaproszenia na bardziej ekskluzywne, bo zamknięte, prezentacje przynoszących podczas konsumpcji nader bogatych w doznania smakowe i zapachowe napojów wyskokowych. Tak też było i tym razem, czego potwierdzeniem był imienny bilet na dla niektórych „niestety” środową imprezę 07.10.2015, z czego akurat ja po delikatnych zmianach logistycznych w wytypowanym do imprezy dniu z dużą ochotą skorzystałem. Jedynym minusem tej edycji „nirwany alkoholowej” z mojego punktu widzenia był fakt przeniesienia owego eventu w okolice znajdującego się w bezpośrednim sąsiedztwie Starego Miasta Teatru Wielkiego, co w konfrontacji z dotychczasowym trzykilometrowym oddaleniem od miejsca codziennego stacjonowania, jawiło się jako lekki problem natury logistycznej. Ale jak mają polewać za darmo i do tego trunki z najwyższej półki, to nawet zima stulecia nie przeszkodziłaby mi w dotarciu do przystani rozkoszy dla kubków smakowych. W taki oto sposób, wbrew wszystkim przeciwnościom losu – przypominam o środku tygodnia i lokalizacji – dotarłem do będącego gospodarzem spotkania klubu Platinum przy ulicy Fredry 6.
Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakim obciążeniem dla szarych komórek jest wstępne wytypowanie z bardzo bogatej oferty festiwalowej kandydata do pierwszej degustacji. Wiadomo przecież, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, dlatego gdy dwa lata temu swoje podboje propozycji producenckiej zaczynałem od szkockich pewniaków, kończąc na niespecjalnie trawionej, ale jak się wstępnie okazało nieźle wypadającej wódce, to już zeszły rok zapoczątkowała owa fantastycznie prezentująca się wizualnie w trupiej czaszce woda ognista „Crystal Head”. I gdy pierwsze dwa podejścia były bardzo łatwą, wręcz samoistnie nasuwającą się decyzją, to obecne sprawiało tyle wydawałoby się prozaicznych problemów, że postanowiłem pójść na żywioł i zdałem się na zrządzenie losu. Pomyślicie sobie, że przecież nawet przy nieprzemyślanej kolejności i tak nic nie traciłem, ale pamiętajcie, a jeśli ktoś nie miał przyjemności uczestnictwa w podobnych soborach zdradzę, że nasze narządy powonienia i smaku z każdą następną, nawet najmniejszą i przepłukiwaną czystą wodą, dawką procentów tracą nieco na dogłębnej dociekliwości w ocenie tego co spożyliśmy. Nie wierzycie? Może się uśmiejecie, ale gdy w zeszłym roku za ostatni punkt degustacji obrałem sobie amerykańskiego Balntonsa, po organoleptycznym prześledzeniu całej oferty, postawiłem na najmocniejszą bo 66 „voltową” pozycję w liczbie sztuk dwie. I co? Wstyd się przyznać, ale do dnia dzisiejszego wewnętrznie boję się otworzyć choćby jedną z nabytych butelek, posiłkując się raczej nie cierpiącą na braki wsadowe zawartością barku. Niezłe co? A to wszystko wina wypalonych pod koniec imprezy kubków smakowych, dla których bez względu czym je „poparzymy”, jest wszystko jedno. I nie mówcie mi, że tak nie jest, bo doznałem tego na własnej skórze. Tak więc, nauczony latami poprzednimi i lekko zdając się na los, opisywaną dzisiaj imprezę rozpocząłem od rumu Ron Barcelo i w koszyku zakupowym bez najmniejszego uczucia zdrady przekonań do mocno torfowej i dymnej Whisky wylądowała propozycja pod nazwą „Imperial”. Nie będę dzisiaj opisywał każdego ze stoisk odwiedzanych producentów, ale wspomnę może tylko o zdecydowanie bogatszej niż w zeszłym roku ofercie wskrzeszającej zamknięte niegdyś destylarnie marki The Lost Distillery. Oczywiście, jak to zwykle w życiu bywa, najlepsza smakowo i bukietowo zajmuje pierwsze miejsce cenniku, ale jestem w stanie stoczyć bratobójczą walkę, że doznania podczas spożycia w korelacji z ceną bronią się znakomicie. Gdy tak przemierzałem bezkresy goszczącego mnie klubu, nie omieszkałem zaopatrzyć się w gifty dla żony w postaci różnorakich likierów i innych słodkich specyfików, by zakończyć na zaskakująco wpisującym się tego dnia w mój gust czterdziestoletnim Calvadosie z destylarni Louis De Lauriston. Po raz kolejny możecie się śmiać, ale jak to mawia mój znajomy: „doby Calvados nie jest zły”, co wręcz podręcznikowo udało mi się tego dnia potwierdzić. Gdy tak rozprawiałem na ten temat z prezentującym ów trunek znajomym ze zlokalizowanego koło mnie salonu M&P, pomimo wdzierających się ironicznie gdzieś w tok rozmowy określeń typu: „przecież to wódka z jabłek i gruszek” byłem bliski decyzji zakupowej. Niestety zaplanowana lista mocno ograniczała w tym momencie możliwości nabycia, ale kto wie, co wydarzy się za rok.
Zbliżając się ku końcowi dzisiejszej bardzo okrojonej myślowo relacji, nie mogę nie wspomnieć o mile zaskakującym akcencie z naszego podwórka, jakim była oprawa dźwiękowa całego przedsięwzięcia prowadzona przez znany sporej grupie audio-maniakom warszawski salon Hi-Ton. Co prawda generowana muzyka stanowiła jedynie dodatek w tle, ale fantastycznie prezentująca się elektronika znakomicie podkreślała wyjątkowość imprezy, wzbudzając przy okazji spore zainteresowanie przybyłych gości. Nareszcie ktoś z ulicy Pańskiej w Warszawie postanowił poszukać niszy dla dystrybuowanego przez siebie, generującego wyśmienitą jakość dźwięku systemu i zadbał o pojawienie się w odpowiednim miejscu i czasie takiej prezentacji. Idąc za katującą nas codziennie w TV reklamą, nie mogę powiedzieć nic innego, jak „Brawo Wy”.
I tym optymistycznym akcentem zakończę to niestety ostatnie sprawozdanie z moich wojaży po prezentowanych w zaprzyjaźnionym salonie destylarniach świata. Przyczyna zaprzestania relacjonowania ww. imprez może wydawać się osobom postronnym prozaiczna, lecz pojawiając się od trzech lat z aparatem pod pachą na opisywanych festiwalach i tak jak zaznaczyłem na wstępie będąc rozpoznawalnym przez większość załogi M&P klientem (o imiennych zaproszeniach nawet nie wspomnę) nie sądziłem, abym musiał wyjaśniać niezbyt dyskretnej części obsługi po co to robię. Nie mam w tym momencie do nikogo jakiś większych pretensji, lecz po prostu zamiast udowadniać, że nie biorę udziału w żadnej aferze podsłuchowej wolę posiedzieć w mej audiofilskiej samotni i zająć się recenzowaniem japońskiego zestawu audio za blisko milion złotych. Oddając się swojej pasji i przelewając na klawiaturę własne refleksje nie będę musiał się już zmagać z ww. przeciwnościami losu musząc odpowiadać na dziwne serie pytań.
Na koniec chcę podziękować organizatorom za zaproszenie na tegoroczną edycję Salonu Degustacyjnego Luksusowych Alkoholi M&P, gdyż tak jak w poprzednich latach, pozwoliła mi rozszerzyć horyzonty smakowe w dotychczas omijane szerokim łukiem propozycje. W zeszłym roku oprócz listy pewniaków degustacja zaowocowała zakupem najmocniejszego bourbona Blantons, w tym rumu „Imperial” i mocnym wejściem w smak Calvadosa, a w przyszłym? Kto wie?
Jacek Pazio
Zapraszamy do tańca najlepsze przetwrorniki na świecie
Zrobienie urządzenia referencyjnego oznacza coś więcej niż tylko zebranie najlepszych komponentów dostępnych na rynku i włożenie ich do obudowy. Referencja to coś więcej… oznacza stworzenie czegoś nowego… czegoś więcej… coś co nie jest dostępne na półkach sklepowych.
HD30 jest właśnie taką referencją. Opracowanie HD30 oznaczało, że musieliśmy posunąć się do modyfikacji naszych urządzeń pomiarowych, tworząc najlepsze urządzenia pomiarowe na świecie. Tylko wtedy byliśmy technicznie przygotowani do zmierzenia rzeczy, które słyszeliśmy (lub raczej, których nie słyszeliśmy) od czasu kiedy powstały pierwsze DACi.
HD30 w pigułce
Wyjątkowo niski poziom szumów: dzięki odpowiedniemu rozplanowaniu elementów, zastosowaniu osobnych zasilaczy dla obszarów niskoszumnych i „wysokoszumnych” oraz zachowaniu odpowiednich odległości od transformatorów otrzymaliśmy szumy na poziomie -150 dB.
Szum fazowy: szum fazowy jest formą jittera, która powoduje powstanie szumu w częstotliwościach położonych tuż obok głównego tonu. Efektem szumu fazowego jest brak precyzji i zamazanie detali. Zmniejszenie szumu fazowego było możliwe dzięki opracowanemu na nowo naszemu zegrarowi, z dokładnym doborem tranzystorów i nowym kwarcem oscylatora. Zupełnie jak w Super Zegarze (Master Clock). Rezultatem jest wyjątkowa precyzja przedstawiania przestrzeni oraz wyjątkowo naturalny dźwięk.
Streaming HD30
Poprawiony AirPlay: Z ulepszonym zegarem głównym udało nam się poprawić dźwięk z AirPlay do poziomu jakościowego nieznanego dotychczas, HD30 zmaksymalizuje doznania streamowania z serwisów takich jak Tidal, Beats i innych.
Streaming UPNP: Streamowanie z NASa do HD30 zostało zdecydowanie poprawione w porównaniu do pierwszych naszych produktów, które to potrafiły, takich jak H160. Z nowym zegarem i zaawansowanym ekranowaniem HD30 jest prawdziwym streamerem.
Działa ze wszystkimi aplikacjami: Pomysł na streaming w wykonaniu Hegla jest taki, żeby użytkownik mógł skorzystać z aplikacji z jakiej tylko będzie chciał, będzie też mógł ją zmieniać jak tylko zapragnie. HD30 będzie działał z większością aplikacji na rynku.
DSD 64/128: Wejście USB obsługuje natywne DSD 64/128.
Nowy konwerter cyfrowo-analogowy: Nowy układ DAC z poprawionym zegarem, i dwoma czipami AKM4490 działającymi w mono.
Nowe wejścia: HD30 ma wejście AES/EBU oraz BNC, koaksjalne, sieciowe i trzy wejścia optyczne.
Dac: 32bit AKM4490 DAC chip (dual mono)
DSD: Usb
Pasmo przenoszenia: 0Hz -50 kHz
Wejścia cyfrowe: 1 coaxial, 3 optical, 1 USB-b, 1 AES/EBU, 1 BNC, 1 network
Wyjścia analogowe: XLR, RCA
Noise Floor: -150dB
Zniekształcenia: < 0.0005%
Wymiary (W x S x G): 10cm x 43cm x 31cm
waga: 10kg
Dostępne kolory: Srebrny, czarny
Cena urządzenia: 18900 zł.
Urządzenie będzie miało swoją premierę na listopadowym Audio Show w Warszawie.
Dystrybucja: Moje Audio / Hegel Polska
Starting from the moment of defining the HiFi and High-End an unwritten law states, that better comes with more expensive, and while the bettering comes painfully slowly, the price is skyrocketing already from the very beginning. Of course those observations are based on the last, let’s say 20 years, because I have the idea, that starting from the mid 90-ties of last century, the train named High-End is escaping the audiophiles thirsty to get the absolute faster and faster. From a fluid evolving relationship of a looker – money gatherer – buyer we now stopped at the first level , of looking only, while the distance between us and the Holy Grail becomes bigger and bigger. I am sorry if I am offending anyone now, but this is how it looks from aside, trying to look at the whole case in an objective manner. We need to face the irony of everyday – like writers write. A power cord in the price of a small automobile, loudspeakers worth a two or even three room apartment in Warsaw. And yet this is not the last word from the masters of metallurgy and marketing. The highest class audio with the aim to reach the highest possible way of reproducing music, what in fact means only being a tool, becomes a sign of wealth, and more and more often, a synonym for bad taste. In one word a pathology, maybe even a reason to become depressive. Fortunately, from time to time, there is some light in that tunnel, leading to the abyss of short sight and greed, faint, but giving some hope for the stray souls.
Well, enough of those decadent talk, because the reason for this review is absolutely positive and it gives optimism, and returns faith in at least some of the human beings. I am talking about the newest, and at the same time the most advanced interconnects, that came from the hand of Master Kazuo Kiuchi himself, the 聖 HIJIRI Million.
I can already see that light of triumph in your eyes and risen eyebrows. A pompous introduction, pointing out the pathological and strange mechanisms ruling the High-End and then we introduce cables that cost merely 10.5 thousand zlotys. Yes, because in this moment, instead of a big laugh, some kind of disappointment and disbelief comes. It costs only that much? It was not long ago that you tested cables costing hundreds thousands of zlotys, and now such a budget cord? I will quickly explain, that the Hijiri escapes all kinds of categorization based on economic relationships or audiophile terms. Initially I did not know the price of that cable and listening to it for a few days without the need of knowing it, and having in my memory fresh impressions from the meeting with the top Siltech and the Skogrand, tested in parallel (the review of those will be published shortly) I could say with certainty, that I am dealing with a representative of the same league here. And this a true first league representative, and not just a spare.
Before we continue to the part devoted to the influence of the Hijiri on the sound, it is worth, at least briefly mention the technical aspects, about which the Sensei Kiuchi is usually very silent. The only information he was ready to share are the directionality, hand craftsmanship, shielded external ground wire preventing RF interference and dedicated plugs. Maybe not much, but this is not related to ignorance masked with secrecy, that would boost interest, but about many years of experience and wisdom gained. Because it is not about bragging with parameters, charts or comparisons, but about using the right technology and the abilities of the used materials to get the most out of the music. So lack of tables with parameters is not a hurdle, but it helps in listening, because not really knowing what is hidden inside the sheath, we do not have all those subconscious associations, that usually lead to stereotypes. When it comes to the looks, then the top interconnect of the Combak Corporation is exactly as photographed. It resembles old iron cables, which often had similar marks on the sheaths, maybe just not that cheerful. Because here we have something quite bold – a combination of white-yellow-red-black geometrical motive with wooden boxes placed centrally and decorated with the company logo while being terminated by massive, plugs, that can be tightened around the sockets. It seems in Japan reference does not need to be associated with the elegant, yet a bit dull black color.
After learning the official pricing for the cable I needed to cool down, and then to confirm with the distributor, that there is no error in the price list, and if the figures are right, that the price is quoted in zlotys, and not in Euro, or Pounds. Then I had to make a small research among my colleagues, who had a chance of testing those cables. In the end although we are kind of rivals, yet there is some solidarity amongst us, and sometimes it is better to make sure, if that what we hear is not an effect of audio hallucinations or taking in a too big dose of … perception improvers. I was really surprised to learn, that in each case, they had similar consternation combined with disbelief. Although from the very first minutes you can hear, that we deal here with a Harmonix cable, we have the smoothness, resolution and the almost genetically attributed homogeneity and coherence, that are part of the company’s sound, yet their nobleness, intensity and finesse go far beyond what could be imagined given its price tag. So I am extremely happy, that I never tried to use any kind of star rating system, or similar, with Sound Rebels, as in such case I would have a hard nut to crack. And now, being 100% sure, that I am dealing with something extraordinary, on the borderline of the audiophile absolute, I could just sit back in my chair and just have a good time listening to music. I had no existential issues, how should I judge much more expensive cables. Because this will not be my problem, but the distributors will have to think, how to take on the Japanese legend.
Although I had mixed feelings with the X-DC350M2R Improved Version, which I used some time ago with my reference amplification, as with my eclectic choice of music, its above average density and elegance clashed a bit with the harsh aesthetics of the hard’n’heavy repertoire, yet the Hijiri even added dynamics and breath to pieces like “Cut the Cord” Shinedown. With such offensive playing it is easy to get into clatter, but with the tested interconnect we could talk about esoteric impressions. The abyss of the black background was bottomless; the first plane was slightly brought closer, while the further planes were brought even further back beyond the loudspeakers. Interestingly, the whole stage still kept its coherence, only the musicians gained space around them. You could especially easily see that with symphonic, where the individual sections require most detailed insight into the work of individual musicians, while the coherence of even the biggest orchestra is the ultimate value. However before I moved to the more dynamic climates a few times (unfortunately I cannot allow myself to listen for over eight hours many times) I took on the seemingly innocent box “Bach: Brandenburg Concertos; Orchestral Suites; Chamber Music” performed by Musica Antiqua Köln. Splendid separation of the of the soloists while keeping of the link with the rest of the performers allows for a very unconstrained analysis. You could just listen to the delicate sounds of the flute and the complicated net of sounds created by the harpsichord on “Concerto for Flute, Violin, Harpsichord and Strings in A minor, BWV 1044” to immediately understand, how phenomenal the resolution is here. I could say, with full responsibility, that the Million was practically on par with the Siltech Triple Crown, and taking into account the eightfold price difference, things are becoming really interesting.
Going into the territory of the heavier music, represented, amongst others, by “House of Gold & Bones Part 2” Stone Sour and opening with the sounds of an apocalyptic thunderstorm “The Vaulted Shadows” My Dying Bride, I could fully enjoy the perverse juiciness of the growl, guitar riffs heavy enough to kill you and the bass and drums punching you directly in the stomach. In this combination it was surprising, that the elegance did not prevent the Hijiri to create a true massacre, when the volume levels were adequate, and certainly not appropriate for late night listening. It was like the Japanese interconnect would contain the whole essence of the roles of Jason Statham from “Transporter” and Keanu Reeves from “John Wick”. So the custom made suit does not get in the way of the Million to massacre the listener’s face with bare fists, and then to put half a round of gun shells into the failing body, just to make sure. Pure professionalism in Hollywood style.
Unfortunately the 聖 Hijiri HGP-RCA „Million” does not take hostages and makes high from the very beginning, like hard drugs. Plugged into our system it brings us in the state of an audiophile nirvana, and keeps us in that state from the first to the last note. Unfortunately the consequences of such behavior are quite clear to predict, so I warn you. If you do not plan to spend 10.5 thousand zlotys (at minimum – for a one meter long pair) please do not come close to it. In any other case, people who search for uncompromised solutions should face the challenge and try out the cables in their own systems. Just remember one thing – this is a one way ticket. It brings you close to music, but this is really good, very good.
Marcin Olszewski
Distributor: Moje Audio
Price: 10 490 PLN/1 m
Available size: 0.75m/1.0m/1.5m/2.0m/2.5m long for both RCA and XLR. Longer size to order
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Digital input selector: Audio Authority 1177
– Network Music Player: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Turntable: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: RCM Sensor 2; Abyssound ASV-1000
– Integrated amplifier: Electrocompaniet ECI5;
– Preamplifier: Bryston BP26 + Bryston MPS-2 + Bryston Phono
– Power amplifier: Bryston 4B SST2
– Loudspeakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power; Organic Audio Reference Power; Furutech NanoFlux
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Wall Socket: Furutech FT-SWS(R)
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 1
Po świetnie wpisującym się w moje gusta systemie słuchawkowym Oppo przyszła pora na kolejnego przedstawiciela obozu planarnego. Niby modelom opartym o konwencjonalne przetworniki dynamiczne trudno cokolwiek zarzucić a i rasowy High-End się tam zdarza, lecz gdzieś tam podświadomie wolimy widzieć klasyczne membrany w kolumnach, a w słuchawkach oczekujemy zdecydowanie bardziej zaawansowanych technologii. Owe oczekiwania z pewnością powinny spełnić będące przedmiotem niniejszej recenzji amerykańskie nauszniki Audeze LCD-3 z firmowym wzmacniaczem/DACiem Deckard.
Jak, mam cichą nadzieję, widać na załączonych zdjęciach LCD-3 prezentują się wprost obłędnie. Ręczna robota, obręcze muszli wykonane z drewna Zebrano i komfortowe, wyprofilowane pady pokryte jagnięcą skórą / alcantarą jasno dają do zrozumienia, że wkraczamy w świat High-Endu. Świat, w którym jest miejsce na wyjątkowość i indywidualizm a rustykalność, czy wręcz iście steampunkowa estetyka są jedynie przejawem umiejętnego połączenia tradycji i najnowocześniejszych zdobyczy techniki a nie tzw. grą pod publiczkę. Nawet gęsto perforowane zewnętrzne „kratki” muszli pokryto matową powłoką lakierniczą, by do minimum ograniczyć ewentualne zarzuty o krzyklikowść. Dodając do tego dwa odłączane przewody w zależności od tego, czy nasze źródło dysponuje wyjściem słuchawkowym w standardzie Jack, czy też XLR nie kierując się doborem reszty toru kierować możemy się jedynie naszymi preferencjami muzycznymi nie zawracając sobie głowy ewentualną kompatybilnością pomijając oczywiście wydajność prądową. A właśnie. Nie wiem czy zwrócili Państwo uwagę, ale w muszlach gniazda mini XLR nie są, jak zazwyczaj, usytuowane pionowo w dół, lecz wyraźnie skierowane ku przodowi, dzięki czemu płaski, wielożyłowy przewód sygnałowy nie plącze nam się wokół głowy. Niby drobiazg a jak ułatwiający życie.
Co prawda topowe 3-ki wypadałoby wpiąć w coś równie finezyjnego i o równie królewskiej proweniencji, lecz w momencie przeprowadzania testów flagowego Kinga chyba nawet nie było w Polsce, więc nie zastanawiając się zbyt długo zdecydowaliśmy się na „zauważalnie” bardziej przystępny cenowo model Deckard. Nie ma jednak co rozpaczać, bo urządzonko, choć utrzymane w jednoznacznie surowej estetyce przy tytułowych nausznikach prezentuje się nad wyraz skromnie, to oprócz wydajnego (4W/ 20 Ω) może pochwalić się obsługa formatów cyfrowych aż do 384kHz/32bit, czyli teoretycznie zaspokaja potrzeby 99,9% potencjalnych nabywców. Wróćmy jednak na chwilę do designu. Surowa, aluminiowa bryła może nie poraża urodą, lecz warto pamiętać o tymm, że pełni ona również funkcję radiatora odprowadzającego ciepło z pracującego w klasie A stopnia wyjściowego, co z reszta podkreślają stanowiące jego boki masywne radiatory. Płyta czołowa oferuje wszystko, co konieczne do w pełni ergonomicznej obsługi. Mamy zatem gniazdo słuchawkowe w standardzie duży jack, hebelkowy, dwupozycyjny selektor źródeł/trybu pracy i trójpozycyjny wybierak wzmocnienia oraz solidną, toczoną gałkę regulacji wzmocnienia. Do ultranowoczesności OPPO HA-1, “trochę” brakuje, ale z drugiej strony przecież nie każdy z nas potrzebuje do pełni szczęścia kolorowego wyświetlacza.
Po założeniu Audeze na głowę i włączeniu ścieżki dźwiękowej z „Chappie” Hansa Zimmera spokojnie możemy stwierdzić, że jesteśmy w przysłowiowym siódmym niebie. Swoboda, rozmach i istne hektary przestrzeni sprawiają, że myśli o tym, żeby rzucić w cholerę całe te stacjonarne kilkudziesięciokilogramowe kloce i przestawić się na słuchawki wydają się wcale nie tak niedorzeczne, jak jeszcze przed chwilą. Poszarpane, cyfrowe i niezbyt oczywiste, jak na Zimmera dźwięki w Audeze nie tylko nas otaczają, ale i zaczynają kąsać nasze synapsy. Niepokojący klimat jest tak namacalny, że staje się integralną składową środowiska, w którym się w momencie odsłuchu znajdujemy. Jeśli najbardziej poszukiwaną cechą audio ma być umiejętność przekazywania emocji, to LCD-3 są ku temu na najlepszej drodze.
Podobnie jest z namacalnością, istnym materializowaniem w kreowanym, autonomicznym i przynależącym wyłącznie do nas mikroświecie wokalistów. Odpowiednie dosaturowanie, nasycenie właściwych ludzkim głosom harmonicznych sprawia, że niemalże za każdym razem mamy je niemalże na wyciągnięcie ręki. Tego typu zabieg fenomenalnie sprawdza się zarówno na kameralnych, wręcz intymnych albumach w stylu „Quelqu’Un M’A Dit” Carli Bruni, jak i szalonych, eklektycznych składankach jak ścieżka dźwiękowa z „Kill Bill Vol.1”. Wszystko zależy wyłącznie od naszej fantazji i od chęci uspokojenia, bądź zdynamizowania fluktuacji przewijających się przez nasz dom gości.
Na duże słowa uznania zasługuje naturalność kreowanej sceny tworzonej przed słuchaczem zgodnie z prawami perspektywy a nie ograniczeniami sprzętowymi, co pozwala zarówno na swobodne podążanie za kolejnymi stopniami gradacji poszczególnych planów, jak i śledzenie indywidualnych popisów solistów. Efekt ten porównać można do zajęcia idealnego punktu obserwacyjnego, w którym do podziwiania całości panoramy nie potrzebujemy nawet ruszać głową, gdyż zmiana ogniskowania odbywa się niejako podświadomie i to nasze zmysły podążają za konkretnymi frazami i liniami melodycznymi.
Bas jest zarazem potężny i natychmiastowy. Uderza z atomową siłą, laserową precyzją i znika równie błyskawicznie jak się pojawił. Nawet na „Rudest Bad Boy In Joburg” nic się za nim nie ciągnie, nie spowalnia a jednocześnie nie ma się wrażenia pospiechu i powierzchowności – każdy dźwięk ma swoje, jasno określone czas i miejsce. Również nie sposób zarzucić 3-kom nawet najdelikatniejszych oznak suchości, bo całość podana jest w niezwykle soczysty, organiczny sposób. Co istotne zespolenie i płynność przejścia pomiędzy poszczególnymi podzakresami jest po prostu perfekcyjna. Z premedytacją użyłem sformułowania „zespolenie” a nie „zszycie”, gdyż szwów w Audeze po prostu brak. Otrzymujemy dźwięk kompletny, homogeniczny i zespolony na poziomie kwarków, którego analizy w konwencjonalnymi metodami wykonać nie sposób. Tutaj nie ma gradacji, wyraźnych granic pomiędzy jednym podzakresem a drugim. Oczywiście ogniskowanie źródeł pozornych, czy też kreowanie konturów poszczególnych instrumentów i wokalistów jest oczywiste, lecz pomiędzy nimi i pozostałymi uczestnikami spektaklu zachodzi ciągła interakcja. Chodzi po prostu o to, że muzycy grają nie obok siebie a razem ze sobą. W obecnych czasach, gdy wiele albumów powstaje z odrębnych, nagrywanych nieraz tysiące kilometrów od siebie ścieżek, którea potem są tylko „sklejane” w studio realizatorskim/mastringowym może zakrawać to na szarlatanerię i wręcz obsesyjne przywiązanie do prehistorycznych metod twórczych, lecz dziwnym trafem tego typu estetyka wydaje mi się bardziej naturalna, bardziej ludzka. Do pojawienia się pełnej magii obecnej w muzyce na żywo konieczna jest przecież naturalna interakcja zarówno pomiędzy wszystkimi jej składowymi, jak i otoczeniem, miejscem reprodukcji. Z Audeze LCD-3 owy magiczny pierwiastek wydaje się być obecny. Nie wiem, jak dla Państwa, ale dla mnie jest to wystarczający powód do wpisania tytułowych nauszników na czołowe miejsce listy przyszłych zakupów.
Choć nie jestem zbyt zagorzałym fanem słuchawek i prawdę powiedziawszy sięgam po nie nader sporadycznie kilkutygodniowe testy Audeze LCD-3 udowodniły, że jeśli tylko nie ma możliwości na choćby poprawne ustawienie wysokiej klasy „stacjonarnego” systemu audio to tak naprawdę cała zabawa w Hi-Fi, o High-Endzie” nawet nie wspominając, jest grą nie wartą świeczki. Zdecydowanie rozsądniejszym rozwiązaniem wydaje się ustawienie w części użytkowej naszego domostwa czegokolwiek wydającego akceptowalne przez ogół dźwięki a tuż obok naszego ulubionego fotela złożenie słuchawkowego ołtarzyka. Miejsca zajmie toto niewiele, ostatecznie da się zabrać na wakacje a i patrząc na taką decyzje od strony czysto finansowej pozwoli zaoszczędzić naprawdę znaczące środki, tym bardziej, że rozmawiamy o rasowym i pełnokrwistym High-Endzie, bo wyłącznie w takich kategoriach Audeze LCD-3 należy rozpatrywać.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: Abyssound ASV-1000
– Słuchawki: OPPO PM-1
– Wzmacniacz słuchawkowy/DAC: OPPO HA-1, iFi micro iDAC2
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Einstein Audio Tune
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i; Harmonix Hiriji „Milion”
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R;
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
I stało się. Wystarczył jeden stosunkowo niedawny i pozornie niewinny testowy epizod słuchawkowy, bym niejako z rozdzielnika otrzymywał do zaopiniowania każdy kolejny wizytujący progi SoundRebels zestaw. Na szczęcie w całej tej zabawie większość pretendentów do oceny posiłkuje się własnymi dedykowanymi wzmacniaczami, gdyż z racji posiadania prywatnej samotni nie planuję mocnego wejścia w ten segment audio, co przekłada się na brak szans na zaopatrzenie się w wysokiej klasy, a co za tym idzie drogiego wzmacniacza. Co więcej, słowo wzmacniacz przy panującej obecnie na rynku tendencji jest nie do końca zgodne z prawdą, gdyż oczekiwania klientów są na tyle wygórowane, że owe nagłaśniacze słuchawek bywają najczęściej wszystko-mającymi przetwarzająco – grającymi urządzeniami, czyli kolokwialnie mówiąc, mogą pochwalić się wbudowanym przedwzmacniaczem liniowym i przetwornikiem cyfrowo analogowym, umożliwiając dalsze przekazanie przetworzonego przez siebie sygnału. Cóż, nadeszły takie czasy, że najdrobniejszy komponent na swoim pokładzie musi mieć wszystko co związane jest z obróbką sygnału, a to przy utrzymaniu wysokiej jakość dźwięku znacznie podnosi koszty produkcji. I tym krótkim rysem światowych trendów chciałem zaprosić wszystkich na kolejne spotkanie z propozycją dla cierpiących z powodu braku swojego kawałka salonu odsłuchowego melomanów, w postaci zestawu słuchawek LCD-3 z dedykowanym wzmacniaczem DECKARD znanej sporej grupie audiofilów manufaktury AUDEZE, dystrybuowanej przez Audiomagic.pl
Akapit wizualizacyjny rozpocznę od głównego komponentu, którym w tym przypadku są słuchawki. Jak przystało na produkt ekskluzywny, postrzeganie wzrokowe, jak i organoleptyczne są na najwyższym poziomie. Niestety z racji solidności wykonania nie są lekkie jak piórko, ale dzięki miękkiemu skórzanemu wykończeniu poduszek nausznych, po włożeniu na głowę czujemy się, jakbyśmy zasiedli na tylnej kanapie wypasionego Mercedesa. Dla uatrakcyjnienia wyglądu, jako wykończenie puszek skrywających przetworniki użyto posiadającego ciekawy przebieg słojów drewna, a dla ułatwienia użytkowania zastosowano odłączany, zakończony trój-pinowymi wtykami kabel sygnałowy. Przechodząc z opisem do wzmacniacza, może trochę marudzę, ale będąc dedykowanym piecykiem – przynajmniej ten, który dotarł do mnie – całkowicie nie koreluje wizualnie z opisywanymi przed momentem nausznikami. Oczywiście jest solidnie i nawet ciekawie, bo w technologii drapanego aluminium wykończony, ale ma się nijak do napędzanej przez niego gwiazdy naszego spotkania. Niemniej jednak, mimo oderwania od kontynuacji ekskluzywności nie ustępuje jakością wykonania. Gabarytowo nie jest zbyt rozbuchany, ale wkomponowanie w boczne ścianki modułów radiatorowych sprawia, że z marszu już przed-odsłuchowo gdybamy w otchłani szarych komórek o temperaturze pracy tego piecyka, co w pełni potwierdza się podczas użytkowania urządzenia, gdyż jest po prostu może nie gorące, ale mocno ciepłe. Jeśli chodzi o stronę manualną, to na dość niewielkiej płaszczyźnie frontu znajdziemy usytuowaną z prawej strony gałkę głośności, obok niej dwa hebelki wyboru wzmocnienia i wejścia USB/RCA i gniazdo słuchawkowe na lewej flance. Plecy z racji obsługi sygnałów cyfrowych i analogowych oprócz wejść i wyjść RCA oferują gniazda USB, sieciowe i główny włącznik. Jak widać na załączonym obrazku- ups tekście, małe to to, ale w swej wizualnej techniczności naprawdę ładne i co ważne bardzo funkcjonalne.
Dzisiejsza weryfikacja chcąc nie chcąc, toczyć się będzie w oparciu o niedawne spotkanie z podobnym, bo wyposażonym we własne wzmocnienie setem marki OPPO i posiadane na co dzień HD 600-ki Sennheisera. Wspominam o tym, ponieważ pomoże mi to trochę w pozycjonowaniu najnowszej propozycji testowej, co dla wielu potencjalnych i mających już za sobą kilka podejść próbnych użytkowników może być bardzo istotną wskazówką. Tak więc nie owijając w bawełnę, AUDEZE plasuje się pomiędzy wspomnianymi sparingpartnerami, będąc nieco barwniejszym od niemieckich, ale też odrobinę mniej nasyconym barwowo niż amerykańskie słuchawki produktem. Czy to lepiej, czy gorzej, zależeć będzie od preferencji użytkownika, jednak dla mnie dzisiejszy bohater mimo fascynacji gęstym graniem zdecydowanie lepiej wpisuje się w osobiste potrzeby tego artefaktu. Nie mamy już do czynienia z syndromem Mariusza Pudzianowskiego, ale nadal daleko jeszcze do anoreksji, od której mimo zdecydowanie mniejszej obfitości niskiej średnicy i wyższego basu stronią również Senki. Aby przybliżyć, jak wypada przytoczona sygnatura fajnie zestrojonego ciężaru bez nacisku na zbyt obfite doświetlenie dobiegających do naszych organów słuchowych fraz dźwiękowych, posłużę się kilkoma przykładami płytowymi. Jak to ostatnimi czasy zwykle bywa, jako pierwszy wystąpił pan John Potter ze swoją interpretacją muzyki Montewerdiego, nagraną na setkę w monstrualnej gabarytowo kubaturze kościelnej. Ktoś może uznać, ba powiem więcej, już raz otrzymałem taką uwagę, że to niezbyt wymagająca muzyka, w której niezbyt wiele się dzieje, aby cokolwiek powiedzieć o reprodukującym ja produkcie. Tymczasem ktoś zakochany w podobnych realizacjach już po kilku pierwszych taktach wie prawie wszystko o możliwościach sonicznych walczącego z tak trudną do oddania realizmu sesji nagraniowej sprzętu. Przyglądając się dokładniej, muszę przyznać, że owa wpisująca się w me zapotrzebowanie solidna podstawa barwowa pomagała teoretycznie skromnemu, ale za to bardzo wymagającemu instrumentarium z epoki. Barokowa gitara, skrzypce, czy klarnet czerpią pełnymi garściami z dobrodziejstw dociążenia, ale jak to zwykle bywa, gdzie jedno się pławi w rozkoszach, w tym czasie drugie, w tym wypadku ogólny oddech informujący nas o wysokości pomieszczenia nieco traci na wyczynowości, co wręcz książkowo wystąpiło w tej próbie. Nie mówię, że była to porażka, tylko uświadamiam, że prawie zawsze mamy coś za coś. Tutaj muszę wtrącić mała dygresję, ponieważ podejście testowe z kompletem AUDEZE pozwalało jedynie na podanie sygnału analogowego z mojego kilkanaście razy droższego od samego zainteresowanego dzielonego CDka, dlatego aby realnie określić różnice pomiędzy tekstem dzisiejszym , a recenzją OPPO, należy wziąć pod uwagę podobną konfigurację z tamtego spotkania, która bardzo mocno wpływała na końcowe pozytywne postrzeganie testowanego wcześniej Amerykanina. No dobrze, takiej ekstremalnie zrealizowanej muzyki słucha niewielu, dlatego w kolejnym podejściu zakosztowałem kompilacji jazzowej. Tutaj nie było już najmniejszych problemów prezentacyjnych, gdyż nawet wyśmienite realizacje studyjne również zaliczane do niełatwych w okiełznaniu, nie zmuszają już sprzętu do ekwilibrystyk oddawania naturalnego pogłosu goszczącej muzyków sali koncertowej, pozwalając lekko naginać otrzymany wynik do swoich preferencji – oczywiście w przyzwoitych ramach. Co najważniejsze, gdy wcześniej marudziłem w sprawach swobody grania, w tej turze nie widziałem specjalnych odstępstw od moich preferencji wybrzmienia blach perkusisty. Owszem były cięższe niż w Sennheiserach, ale nadal bardzo angażujące swoją dźwięcznością. O basie i średnicy nawet nie wspominam, gdyż sukces w wokalistyce muzyki dawnej wróżył pełne zadowolenie w muzyce jazzowej, co oczywiście się potwierdziło. Na koniec zapodałem kilka kawałków rockowych grupy Coldplay, potwierdzając tym sposobem zasadność dobrego osadzenia dźwięku w masie nawet w zestawach słuchawkowych. Tak lubiane przeze mnie riffy gitarowe, zdawały się dziękować za podparcie ich w najniższych i średnich rejestrach, sprawiając mi tym sposobem niezłą radość i zachęcając do posłuchania całej płyty do ostatniej nagranej nuty. Gdy tak analizowałem przebieg dzisiejszego testu, doszedłem do etapu, w którym przy stacjonarnym systemie odsłuchowym swą uwagę skierowałbym jeszcze na sposób budowania wirtualnej sceny, ale gdy cały spektakl rozprawia się centralnie w mózgu słuchacza, trudno poszukiwać lokalizacji poszczególnych muzyków, dlatego dość zgrabnym krokiem będę zbliżać się ku końcowi dzisiejszej pogadanki.
Kolejne doświadczenie i całkowicie inne odczucia. Może nie diametralnie inne, ale zdecydowanie bliższe moim poglądom na temat jakości generowanego dźwięku. W muzyce nie zawsze chodzi tylko o bas. Owszem, jest ważny, ale zbyt obfity tak modeluje resztę pasma, że nieopatrznie możemy zbyt wiele stracić – jeśli oczywiście dokładnie wiemy czego chcemy. Jednak bez specjalnej dociekliwości jestem w stanie podpisać się obiema rękami pod tą propozycją, jako zrównoważoną pasmowo, która z jednej strony bardzo dobrze spełnia zadania nasycenia brzmienia, a z drugiej może trochę traci na wyczynowości, ale nadal oferuje wysoki współczynnik dźwięczności i blasku. Tak więc, nie pozostaje nic innego, tylko samemu zapoznać się z tą propozycją rynkową, a może okazać się, że szukam dziury w całym, lub najnormalniej w świecie nikt rozsądnie myślący nie podłączy do seta AUDEZE źródła za prawie dziewięć dych, które niestety pokazuje najdrobniejsze potknięcia. Dlatego jeszcze raz proszę o przefiltrowanie wniosków przez pryzmat środowiska, w jakim miał szczęście, albo nieszczęście znaleźć się bohater spotkania.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Audiomagic.pl
Ceny:
Audeze LCD-3: 8 950 PLN
Audeze Deckard: 2 950 PLN
Audeze LCD-3
– Typ zastosowanych przetworników: Planarny
– Rodzaj muszli: Otwarty
– Średnica przetworników: 106 mm
– Impedancja: 110 Ω
– Pasmo przenoszenia: 5 – 20 000 Hz
– Skuteczność: 102 dB/1mW
– Maksymalna moc wejściowa: 15 mW
– Zalecana moc wzmacniacza: 1 – 4W
– Kabel: 250 cm
– Waga: 600g
Audeze Deckard
– Obsługiwana Impedancja słuchawek: 8-600 Ω
– Gain (wzmocnienie): Niski=0dB, Średni=10dB, Wysoki=20dB
– Pasmo przenoszenia: 5Hz-100kHz, -1dB- THD: > 0.1%, 20Hz-20kHz
– Moc wyjściowa :4W/20 Ω
– SNR: 106 dB
– Impedancja wyjściowa: 3 Ω
– Obsługiwane częstotliwości próbkowania: 44.1kHz – 384kHz / 16 – 32 Bit
System wykorzystywany w teście:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– Przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– Wzmacniacz mocy: Reimyo KAP – 777
– Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
– Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa), FM ACOUSTICS
– IC RCA: Hiriji „Milion”
– IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”,.”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Zapraszam na ostatnią tegoroczną prezentację z cyklu „Audiofil”. Odbędzie się ona w dniach 17 – 18 października bieżącego roku, w sali Green Room Narodowego Forum Muzyki – we Wrocławiu, placu Wolności 1, w godzinach 12:00 – 20:00. Wstęp wolny.
Gospodarzem prezentacji będzie wrocławska firma Galeria Audio, która mieści się przy ul. Powstańców Śląskich 118. Stałym naszym bywalcom nie trzeba przedstawiać tej firmy – już dwukrotnie zaprezentowała się bowiem na wrocławskim „Audiofilu”. Tych natomiast, którzy tej firmy nie znają, zapraszam na stronę internetową: www.galeriaaudio.pl.
Na prezentacji głównymi źródłami dźwięku prezentowanego systemu będą: gramofon niemieckiej firmy Bauer Audio, model dps 2 oraz nowość w ofercie firmy, najnowszy i zarazem najdroższy DAC brytyjskiej firmy Lema Acoustics – Libra. To szalenie ciekawe urządzenie o zbalansowanej konstrukcji, a nawet można by rzec, że są to tak naprawdę dwa urządzenia w jednym – wysokiej klasy przedwzmacniacz liniowy i świetny DAC, obsługujący większość formatów cyfrowych.
Podawany z dwóch źródeł – analogowego i cyfrowego – sygnał wzmacniany będzie przez elektronikę firmy Manley Labs z Chino z Kalifornii, światowego lidera lampowego high – endu. W torze pracować będą: przedwzmacniacz gramofonowy Manley Steelhead 2, przedwzmacniacz liniowy Manley Neo – classic 300B, monobloki Manley Neo – classic 250. Potężne końcówki generujące 250 wat z pentody i 125 wat z triody.
Znakomitym uzupełnieniem prezentowanego systemu, będzie wykorzystanie podczas prezentacji kolumn Davone Grande – najwyższego modelu tej marki. Jest to bardzo ciekawa, zarówno wzorniczo jak i pod względem dźwięku, trójdrożna konstrukcja zaprojektowana przez Paula Schenkela z Danii.
Cała elektronika spięta będzie kablami firmy Wireworld. Za dostarczanie odpowiedniej jakości prądu odpowiadał będzie, niezawierający cewek i transformatorów, filtr sieciowy amerykańskiej firmy Chang Lightspeed, a urządzenia ustawione będą na stolikach polskiego producenta – firmy Sroka.
Poniżej wyka prezentowanego sprzętu:
– źródła: gramofon Bauer Audio – dps 2, DAC Lema Acoustic – Libra,
– przedwzmacniacze: gramofonowy – Manley Steelhad 2, ogólny – Manley Neo classic 300B,
– monobloki: Manley Neo classic 250,
– kolumny: Davone Grande,
– okablowanie: Wireword,
– sieć: filtr firmy Chang Lightspeed,
– stoliki: firmy Sroka.
Podobnie jak w przypadku wszystkich poprzednich edycji, tak i tym razem, na spotkaniu prezentowana będzie różnorodna muzyka. Dowiecie się Państwo również o najważniejszych wydarzeniach muzycznych, które już niebawem odbędą się we Wrocławiu.
Obecność obowiązkowa, serdecznie zapraszam
Piotr Guzek
W minioną środę, a więc dość nietypowo jak na zwyczajowe – czwartkowe spotkania w Studiu U22, do których zdążyliśmy się nie tylko przyzwyczaić, ale i przez okres wakacyjny stęsknić miało miejsce wielce interesujące wydarzenie kulturalne. Inaczej bowiem prapremierowego, jak to sami Twórcy określili, intergalaktycznego odsłuchu koncertowego wydawnictwa „Bal, czyli wieczór zapoznawczy. Gra zespół Variete” określić nie sposób. Jeśli zaś chodzi o wspomnianych Twórców, to była też okazja by oko w oko spotkać się z wokalistą Variété – Grzegorzem Kaźmierczakiem a nawet namówić Go „na ściankę”, co niecnie i po „celebrycku” wykorzystał organizator całego zamieszania – Piotr Welc.
Choć myślą przewodnią środowego spotkania była muzyka i to ta przez duże „eM”, to nie sposób pominąć zagadnień czysto sprzętowych, bo tym razem było mocno niestandardowo. Część audiofilską reprezentował zestaw elektroniki Auralica w składzie: streamer Aries, DAC Vega, przedwzmacniacz liniowy Taurus i monobloki Merak, oraz … dbające o słodycz sopranów i nasycenie średnicy smukłe podłogówki Wilson Benesch Square Three. Za to podporę teamu pro-audio stanowiły potężne Monitory Focal SM9 udostępnione przez MBS Pro i studyjny materiał w postaci plików 24bit/48kHz. Jak sami Państwo widzą system był nie tylko niekonwencjonalny, co wręcz intrygujący a jego walory estetyczne dodatkowo podkreślał elegancki stolik Solid Tech HYBRID Black nadesłany przez polskiego dystrybutora – Premium Sound. Patrząc na ten szwedzki mebel aż chce się zakrzyknąć, czemuż tak nie wyglądają konkurencyjne audiofilskie mebelki. Na jego przykładzie nad wyraz wyraźnie widać, że audiofilia wcale nie musi iść w parze z siermiężnością, przyciężką optycznie masywnością a czasem wręcz z brzydotą. Moje obserwacje potwierdzały licznie przybyłe na prezentację przedstawicielki płci pięknej określając go jakże pojemnym pojęciem „ładny”. Niby mała rzecz a cieszy, tym bardziej, że jeśli nasza Najwyższa Izba Kontroli i Nadzów finansowy w jednym wyrażą aprobatę szaty wzorniczej, to potem już zdecydowanie łatwiej prowadzi się negocjacje związane z konkretnymi upgrade’ami.
Od strony brzmieniowej ww. system również wytyczał nowe ścieżki i poszerzał horyzonty obecnych na odsłuchu gości. Postawienie na bezpośredniość i niemalże studyjną neutralność, jedynie delikatnie „dopaloną” słodyczą „cywilnych” kolumn pokazały niejako od zaplecza warsztat realizatorski i umiejętności muzyczne twórców. Tutaj nie było miejsca na tzw. ściemę a pierwsze skrzypce grały namacalność i komunikatywność. Jeśli zaś chodzi o warstwę muzyczną, to … musze przyznać, że choć niespecjalnie gustuję w tego typu klimatach czas odsłuchu spędziłem nader miło. Powodem okazała się zaskakująca rozpiętość gatunkowa i pewna eklektyczność inspiracyjna, gdyż, przynajmniej na moje ucho, w twórczości Variété można było doszukać się motywów obecnych u Nilsa Pettera Molværa, czy nawet łagodniejszego oblicza progresywnego rocka w stylu Riverside.
Serdecznie dziękując Organizatorom za zaproszenie i gościnę zachęcam naszych Czytelników do śledzenia informacji pojawiających na naszym FB, gdyż właśnie zainagurowany sezon w Studiu U22 zapowiada się bardzo ciekawie a tradycją stało się zapraszanie na odsłuchy gości związanych z zaprzyjaźnionymi z U22 wydawnictwami, więc … bądźcie czujni.
Marcin Olszewski
Opinia 1
Odbywające się od lat i prowadzone przez Piotra Metza muzyczne spotkania w Studiu Polskiego Radia im. A. Osieckiej obrosły w pełni zasłużoną legendarną otoczką. To właśnie podczas nich dochodzi zwykle do mariażu High-Endu z prawdziwymi kamieniami milowymi światowego Rocka. W takich właśnie okolicznościach zagrały remaster „The Wall” Pink Floyd na Isophonach Berlina RC 11, oraz niemalże od nowa wyekstrahowane z taśm matek trzy pierwsze albumy Led Zeppelin na systemie Ardento/Linnart /Zontek. Tym razem miało być podobnie – najnowsza inkarnacja fenomenalnego „Physical Graffiti” Zeppelinów i system złożony z elementów marek dystrybuowanych przez Cieszyńskiego Voice’a. Czyli teoretycznie wszystko w normie, nieprawdaż? Teoretycznie tak, ale …. I w tym momencie dochodzimy do clue prezentacji, gdyż o ile same nazwy jak Cabasse, Cardas, Chord, czy Pro-Ject (kolejność alfabetyczna) gwarantują niejako z założenia co najmniej wysoko zawieszoną poprzeczkę, to mało kto, włącznie z samym Piotrem Metzem spodziewał się tego, z czym pan Milan Weber raczył był się na Myśliwieckiej 3/5/7 pojawić.
Zanim jednak przejdziemy do możliwie najbardziej lakonicznego opisu grającego w poniedziałkowy wieczór systemu ewidentną nieuprzejmością i przejawem braku choćby podstaw dobrego wychowania byłoby pominięcie dwóch zaproszonych przez Organizatorów gości – panów Christophe’a Cabasse’a z Cabasse i Heinza Lichteneggera z Pro-Jecta, którzy na całkowitym luzie opowiadali … nie, nie o swoich produktach, lecz głownie o muzyce, która najbardziej przypada im do gustu.
I jeszcze jedna mała dygresja a zarazem chronologiczna roszada, gdyż korzystając z nadarzającej się okazji przybyliśmy do „Trójki” z odpowiednim wyprzedzeniem, więc dane nam było w zupełnie niezobowiązujących okolicznościach, jeszcze przed mającą odbyć się prezentacją, a więc dopiero w trakcie budowania napięcia zamienić kilka zdań z Christophem Cabasse. Bardzo szybko okazało się, że zamiast wnikliwie wertować francuski katalog i brać pod lupę każdy z modeli lepiej rozmawiało nam się generalnie o filozofii dźwięku reprezentowanej przez tego producenta. Mając wielowiekowe muzyczne tradycje rodzinne pan Christophe, sam będąc perkusistą, doskonale potrafi wyczuć granicę oddzielającą inwencję kreacji od wierności reprodukcji. Niby drobiazg, lecz jakże istotny w zrozumieniu idei High-Endu, gdzie system ma być jedynie medium, sposobem do maksymalnego zbliżenia się do tego, co zostało zapisane w materiale źródłowym a jeszcze lepiej tego, co docierało do mikrofonów. Utopia? Na chwilę obecną trochę tak, lecz patrząc na dynamikę rozwoju technologii za rok, dwa już niekoniecznie. Z podobną swadą i swobodą opowiadał o przywiezionych ze sobą zjawiskowych kolumnach La Sphère łączących w sobie najbardziej wyśrubowane rozwiązania mechaniczne z wieloletnią wiedzą z zakresu analogowego audio i najnowszymi zdobyczami współczesnych dokonań z domeny cyfrowej. Co ważne wielokrotnie podkreślał coś, co dla zatwardziałych, skostniałych inżynierów, oraz wojującej frakcji zwalczającej audiofilskie pseudo voodoo z reguły jest niemożliwym do pojęcia. Chodzi bowiem o to, by z pokorą przyjąć do wiadomości, pogodzić się z tym a przede wszystkim nauczyć się z tego korzystać, że istnieją dwa, pozornie przeciwne sobie stany. Pierwszy, w którym słyszymy coś a raczej pochodną czegoś, czego, przynajmniej na razie zmierzyć nie potrafimy i drugi, w którym nie słyszymy czegoś, co ewidentnie na pomiarach wychodzi. Dodatkowo jest jeszcze ewidentny paradoks, gdy stan pomiarowo idealny i wzorcowy jest częstokroć całkowicie nieakceptowalny brzmieniowo. Coś to Państwu przypomina? Ano właśnie, przecież tak samo jest podczas gotowania. Jedynie prawdziwy mistrz kuchni potrafi z ogólnodostępnych składników wyczarować prawdziwą, niebiańską rozkosz podniebienia.
Dlatego też La Sphère są tym, czym są, wyglądają, jak wyglądają i grają tak jak grają. Futurystyczna kulista forma kryje czterodrożny układ koaksjalny rozpoczynający się 28 mm polietylenowym tweeterem i kończący 55 cm (!!!) wooferem. Aby takie możliwie najbardziej zbliżone do punktowego źródło dźwięku miało szansę zagrać na poziomie oczekiwań swoich nad wyraz ambitnych twórców potrzeba ten cały galimatias najoględniej rzecz mówiąc ogarnąć. W tym celu wykorzystana została dedykowana jednostka łącząca w sobie cechy procesora DSP i aktywnej zwrotnicy.
Podobną rozmowę odbyliśmy również z panem Heinz Lichtennegger, lecz tym razem skupiliśmy się na zagadnieniach technicznych dotyczących detali oferowanych przez Niego gramofonów. Na pierwszy ogień poszły zatem magnetyczne nóżki i takież samo, magnetyczne zawieszenie talerzy w wyższych modelach Pro-Jectów. Chodzi bowiem o to, że części naszych czytelników sen z powiek spędzały wątpliwości czy generowane przez owe neodymowe magnesy pola mogą wpływać na pracę czułych i eterycznych wkładek. Okazało się jednak, że owe obawy są całkiem nieuzasadnione, gdyż producent z wielką pieczołowitością zadbał o odpowiednie ogniskowanie pól magnetycznych, więc akurat o tę kwestię użytkownicy Pro-Jectów mogą spać spokojnie. Podobnie sprawy mają się z firmowymi ramionami. Nikt nikogo w tym momencie nie próbował czarować i pan Heinz otwarcie mówił, że są one możliwie najrozsądniejszym kompromisem pomiędzy jakością i ceną, gdyż jego priorytetem jest oferowanie produktów o jak najwyższej klasie brzmienia dla jak najszerszego spektrum odbiorców.
Wbrew pozorom i zamkniętemu charakterowi spotkania, co jak zwykle zostało odpowiednio zaakcentowane przez czujną ochronę obiektu, na sali miejsca zajmowali nie tylko goście VIP, lokalni współpracownicy 3-ki i Voice’a, prasa etc., lecz również a może przede wszystkim prawdziwi fani muzyki, melomani i słuchacze „Listy osobistej”. Tutaj nie chodziło o epatowanie technicznymi detalami, konstrukcyjnymi zawiłościami i przyprawiającymi o stan przedzawałowy kwotami. Jak kilkukrotnie powtarzał Piotr Metz wszyscy spotkaliśmy się na Myśliwieckiej w jednym celu – aby poczuć emocje drzemiące w „Physical Graffiti”, czyli albumie, który teoretycznie nigdy miał nie powstać. Całe szczęście i tym razem teoria nie odnalazła odzwierciedlenia w praktyce i od czterdziestu lat cała zainteresowana tematem część naszej populacji ma szczęście egzystować przy dźwiękach takich perełek jak „Houses Of The Holy”, „In My Time of Dying” czy „Kashmir”.
Ustawiony na zazwyczaj zajmowanej przez muzyków scenie system składający się z ww. kolumn Cabasse La Sphère, wzmacniaczy Chord Electronics, gramofonu Pro-Ject Xtension 10 uzbrojonego we wkładkę Ortofon Cadenza, oraz pełnego okablowania Cardas Audio w sposób bezdyskusyjnie spektakularny przejął we władanie 256 m2 salę o kubaturze 1500 m3. O ile korzystając ze wspomnianych kilku przedprogramowych kwadransów mogliśmy na początku w niemalże całkowicie pustym pomieszczeniu zdolności prezentowanego seta na zdecydowanie bardziej wysublimowanym repertuarze (m.in. Antonio Forcione), to prawdziwą potęgę, klarowność i niezwykłą namacalność dźwięku poczuć mogliśmy właśnie na „Physical Graffiti”. Dwupłytowe wydawnictwo okazało się prawdziwą ucztą zarówno dla obecnych na sali audiofilów, jak i typowych fanów rocka, niejednokrotnie doskonale pamiętających ubiegłowieczną premierę ww. albumu. Tym razem nie trzeba było w żaden sposób dawek generowanych przez kolumny decybeli, więc i miłośnicy niemalże koncertowych poziomów głośności nie byli rozczarowani. Aspektem, który od pierwszych taktów przykuwał uwagę była swoboda, natychmiastowość i przede wszystkim wolumen idący w parze z konturem ataku najniższych składowych. Uderzenia stopy odczuwalne były chyba we wszystkich rzędach a gitarowe riffy z łatwością cięły imponującą kubaturę Studia 3-ki. Koncertowy nastrój i typowa w takich okolicznościach żywiołowość udzieliły się z resztą nie tylko mi, o czym najlepiej świadczyły oklaski i inne „paszczowe” aktywności zgromadzonej publiczności przy każdorazowej zmianie strony. Co ciekawie ciągłe podrygiwanie, wybijanie rytmu kończynami, czy nawet nucenie co lepiej znanych fragmentów dotyczyło pełnego przekroju wiekowego i całkowicie uniezależnione było od płci podrygiwaczy. Ewidentnie czuć było magię, bo nie sposób mówić w tym momencie o statycznym odsłuchu, skoro jeszcze moment a na scenę poleciałyby elementy damskiej garderoby a proszę mi wierzyć na słowo, że płeć piękna była reprezentowana całkiem licznie.
Choć podczas kuluarowych, przed imprezowych rozmów można było wyczuć z głosu Organizatorów pewną obawę jak przez publiczność zostanie odebrana ta jakże daleka od audiofilskich standardów płyta, to już po pierwszej stronie oblicza zarówno ekipy Voice’a, jak i obu Szacownych Gości przedstawiały się zdecydowanie radośniej. Nie dość, że sami podrygiwali w rytm muzyki, to również i im udzielił się panujący na sali wybitnie koncertowy nastrój. Trudno jednak, żeby było inaczej, skoro stojący na scenie system nader dosadnie dał wszystkim zgromadzonym do zrozumienia, że daleko mu do snobistycznego ołtarzyka samplerowego trzypłytowca, lecz można go rozpatrywać jedynie w kategoriach prawdziwego wehikułu czasu przenoszącego słuchaczy w świat i czasy ich ukochanych nagrań, wróć, nie nagrań – muzyki.
Nie pozostaje mi zatem nic innego jak gorąco podziękować Organizatorom za zaproszenie i całkowicie subiektywnie określić poniedziałkowe spotkanie mianem spektakularnego sukcesu.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Ostatni poniedziałek (05.10.2015r.) był dla nas z Marcinem dniem obfitującym w nader pozytywne doznania odsłuchowe. I nie miało specjalnie znaczenia, że głównym bohaterem opisywanego dzisiaj kolejnego spotkania w Studiu Polskiego Radia im. A. Osieckiej był zremasterowany dwupłytowy winylowy album „Physical Graffiti” Led Zeppelin. Dlaczego? To proste, bowiem system jaki prezentował najnowsze wcielenie wspomnianego krążka składał się z nowości w ofercie znanego wszystkim cieszyńskiego VOICE’a, czyli specjalnie przybyłych zza oceanu czterodrożnych flagowych sfer Cabasse wraz z firmową aktywną zwrotnicą, elektroniki Chorda, okablowania Cardas’a i wiodącego producenta w dziedzinie analogu czeskiego Pro Ject’a. Co ciekawe, całą imprezę uświetnili właściciele dwóch ze wspomnianych czterech marek, którzy w rozpoczynającym całość imprezy krótkim ogniu pytań przed samym pokazem opowiadali o swoich przeżyciach związanych z muzyką, by po zakończeniu sesji odsłuchowej oddać się w ręce, a raczej gąszcz dodatkowych zapytań tłumnie przybyłych tego wieczora wiernych radiosłuchaczy.
Będąc już kilkukrotnie w studiu na ulicy Myśliwieckiej przy okazji innych prezentacji, mam pewien pozwalający mi lekko pozycjonować jakościowo każde kolejne zaliczone spotkanie pakiet doświadczeń i muszę z przyjemnością stwierdzić, że takiego dobrego oddania stopy perkusji nie zaznałem dotychczas ani razu. Wszyscy wiemy, że muzyka Led Zeppelin nie jest majstersztykiem realizacyjnym nawet po kolejnym masteringu i gdy zasiadałem we w miarę reprezentatywnym jakościowo miejscu, nie sądziłem, że zaliczę tak miłą niespodziankę. Powiem więcej, muzyka dzięki francusko-angielsko-amerykańsko-czeskiemu mariażowi była na tyle angażująca jakościowo, że gdyby nie konieczność zmiany stron czarnych płyt, ten rozbudowany rockowy przecież album przemknął mi przez ośrodki słuchu jak dobrze nagrany „jazzik”, a tego nawet w najwspanialszych snach bym się nie spodziewał. Sądzę, że głównym sprawcą tego aspektu były nie podbarwiające muzyki dudnieniem basu posiadające aż 55-cio centymetrowy głośnik basowy kolumny, ale nie zapominajmy też o umożliwiającej panowanie nad takimi monstrami elektronice i dobrej jakości źródle. Nie będę teraz roztrząsał dźwięku na czynniki pierwsze, gdyż to zawsze jest obarczony sporymi niewiadomymi pokaz, ale jedno mogę powiedzieć na pewno, po wizycie testowej w moim sanktuarium audiofila największej końcówki mocy z występującej tego dnia sekcji wzmacniającej byłem spokojny o możliwości prądowe zespołu wzmacniaczy.
Kończąc tę relację, chciałbym podziękować organizatorom – Polskie Radio Trójka i firma VOICE – za zaproszenie i co chyba ważniejsze, umożliwienie bliższego poznania możliwości tak rzadko spotykanego w Polsce zestawienia audio. To nie lada wyczyn sprowadzić wszystko w jednym czasie i miejscu, a dodatkowo okrasić to rozmową z właścicielami prezentowanych firm. Jak wszyscy miłośnicy wysublimowanego audio wiedzą, pozostał już tylko miesiąc do naszego święta, dlatego już teraz zapraszam wszystkich w imieniu organizującego wspomniany pokaz w Trójce cieszyńskiego Voice’a na jesienną wystawę Audio Show, gdzie i Wy będziecie mogli skosztować dźwięku pod tytułem Chord, Cabasse, Cardas i Pro Ject.
Jacek Pazio
Opinia 1
Kiedy dwa lata temu, niemalże z tzw. partyzanta i zupełnego przypadku odwiedziliśmy z Jackiem drugą edycję Targów Dom Inteligentny nawet przez myśl nam nie przeszło, że zapotrzebowanie rynku na tego typu imprezy będzie na tyle znaczące, że Organizatorzy zdecydują się na przeprowadzkę do jednego z najbardziej charakterystycznych obiektów na mapie współczesnej Warszawy – na Stadion Narodowy. Ruch ten okazał się ze wszech miar słuszny, gdyż oprócz standardowych i genetycznie przypisanych do Domu Inteligentnego przedstawicieli coraz bardziej zaawansowanej automatyki ułatwiającej i uprzyjemniającej nam codzienne życie dołączyło również kilku dystrybutorów z segmentu Audio/Video. Dla co poniektórych z nich była to okazja i swoisty poligon doświadczalny po dłuższej nieobecności np. na Audio Show, oraz jak się miało okazać w niedalekiej przyszłości również próba generalna przed monachijskim High Endem. Jak wyglądało to w praktyce mogli się Państwo przekonać w naszej relacji a teraz, dłużej już nie zwlekając serdecznie zapraszamy na reportaż z tegorocznej odsłony DI EXPO 2015.
Na samym wstępie od razu zaznaczę, ze osoby nastawione na czysto audiofilskie doznania muszą się niestety uzbroić w cierpliwość i poczekać do listopada, gdyż DI EXPO 2015 to po pierwsze targi a nie wystawa, a po drugie oferta skierowana jest do typowych użytkowników patrzących przede wszystkim na wygodę i design a nie wiecznie poszukujących złotouchych. Jeśli tylko pogodzimy się z takim stanem rzeczy to gwarantuję, że wizyty na Stadionie Narodowym na pewno nie będą rozczarowujące. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie idzie do Obi, bądź dostawcy automatyki do bram i nie decybeluje, że nie może znaleźć TV 4K, gramofonu, czy też Siltechów Triple Crown, prawda? Zamiast tego wszyscy żywo zainteresowani zagadnieniami mniej, bądź bardziej zintegrowanymi systemami automatyki i bezpieczeństwa powinni czuć się jeśli nie w siódmym niebie, to przynajmniej jak dzieciaki w wypasionym lunaparku. Poczynając od takich drobiazgów jak automaty odpowiedzialne za pracę rolet i zasłon a kończąc na pełnej, cybernetycznej inwigilacji najmroczniejszych zakamarków naszej posesji każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Szczerze powiem, że o ile taka tematyka najogólniej rzecz mówiąc jest mi praktycznie całkowicie obce, to już widok robota Hobot do mycia szyb i kafelków wywołał błysk zainteresowania w moim oku. W końcu zbliżają się święta i zwyczajowy szał porządków a z pomocą takiego uczynnego malucha z powodzeniem można zasłużyć na pochwałę od Małżonki praktycznie nie ruszając się z fotela.
No dobrze dość marzeń, wracajmy do pracy. O takich atrakcjach, jak podgląd poprzez smartfon, czy w pełni customizowana lista alarmów/powiadomień/procedur związanych np. ze zmianą parametrów w humidorze, czy zacnie wyposażonej piwniczne nawet nie wspominam, bo producenci i przedsiębiorstwa odpowiedzialne za integrację wszelkich tego typu rozwiązań nie dziwią się absolutnie niczemu i jeśli tylko mamy taki kaprys spokojnie możemy obserwować jak rośnie trawa w naszej posiadłości w Alpach. Warto też wspomnieć o miłych i humorystycznych akcentach, jak laserowo grawerowane jabłka na stoisku Likon, które niejednokrotnie stawały się pretekstem do dłuższych pogawędek o tym, co w konkretnej posesji można ułatwić, poprawić i wreszcie przestać zawracać sobie głowy rzeczami, które mogą „zrobić się same”.
Z samorobiących się czynności na pewno nie można zapomnieć o koszeniu trawy a w tej materii trudno wyobrazić sobie lepszego pomocnika od kosiarek Husqvarny, które z radością można obserwować przy pracy popijając jakieś zacne bąbelki.
Jak się można było na własne oczy przekonać automatyka nie musi być ani straszna, ani skomplikowana i jeśli tylko mamy takie życzenie spokojnie może być „zaklęta” w zupełnie niepoważnych formach.
Jeśli już jesteśmy przy mało poważnych tematach, to niestety muszę wspomnieć o … Warszawie. Uczciwie się przyznam, że na nową, futurystyczną i jak zapowiadają od dawna jej konstruktorzy bezkompromisową reinkarnację poczciwej Warszawy 223 napaliłem się niczym szczerbaty na suchary. Kiedy zatem jej obły kształt zamajaczył gdzieś w oddali przyspieszyłem kroku. Z kilkudziesięciu metrów wyglądała elegancko, z kilkunastu całkiem, całkiem, jednak im bliżej podchodziłem tym mój entuzjazm coraz bardziej topniał. To tak ma wyglądać „New Warsaw”? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to koncepcyjny prototyp, ale c’mon, jeśli o innowacyjności mają świadczyć LEDy w ziejących czernią oczodołach a o retrodesignie zapożyczony z pierwowzoru napis na klapie bagażnika to ja już wolę coś komercyjnego, dla ludu i o zdecydowanie mniej topornej, iście garażowej proweniencji.
Całe szczęście owa komercyjna konkurencja stanęła na wysokości zadania i pokazała w tym roku nie tylko fikuśne turladełka w stylu Renault Twizy (do którego ku wielkiej uciesze gawiedzi udało mi się nawet wcisnąć), czy Zoe, co zdecydowanie poważniejsze i w pełni użytkowe dwuślady jak Audi A3 e-tron, czy potężne Mercedesy GLA i GLC.
Temat wszelakiej maści generatorów dźwięku pozwolę sobie zacząć dość niestandardowo – od systemu ogrodowo – plenerowego prezentowanego przez Cinema Shop, który w bezdyskusyjnie niesprzyjających warunkach wystawowych brzmiał całkiem intrygująco.
Kolejną ciekawostką, były „niewidzialne” głośniki Stealth Acoustics dystrybuowane przez Data Group, które (podobno) w odróżnieniu od obecnej na rynku konkurencji mają naprawdę dobrze grać.
Denon – Niniejsze pomieszczenie było ewidentnym przykładem na to, ze DI EXPO są targami o charakterze wybitnie konsumenckim a nie wystawą dedykowaną przewrażliwionym na najmniejsze niedociągnięcia i błędy w sztuce audiofilom. Proszę tylko uważnie spojrzeć na zdjęcia. Na półce pod głośnikiem centralnym Sonus Fabera bezczelnie rozpiera się jakiś sounbar a cała pozostała elektronika stoi, o zgrozo nie dość, że bezpośrednio na podłodze to jeszcze ustawiona w efektowną piramidkę. Na Audio Show pewnie doszłoby do linczu a tu nic, zero emocji, krzyków i wzywania imienia Wszechmogącego nadaremno. Pełen luz., choć zdecydowanie nie na moje skołatane nerwy i niemalże „kliniczne” przyzwyczajenia. Całe szczęście uczestnicy kinodomowych prezentacji nie zwracali na tego typu drobiazgi uwagi chłonąc potężne dawki decybeli.
Jedną z najciekawszych a przy okazji najefektywniej ściągających zwiedzających ekspozycji było stoisko nr. 38 ulokowane w Strefie Biznes Stadionu Narodowego i zajęte przez markę Krüger&Matz. Trudno się z resztą temu dziwić, skoro nie sposób było przejść obojętnie obok naszpikowanego elektronikę i wypełnionego po brzegi głośnikami 331 konnego Nissana 370Z. Miłośnicy car-audio mogli na własne oczy i uszy przekonać się, że nawet w tak niewielkim turladełku jeśli tylko się chce i ma ku temu odpowiednie predyspozycje można zmieścić naprawdę imponującą listę nagłośnienia. W każdych drzwiach zamontowano bowiem po zestawie KM620T11 w składzie 2×6,5” + tweeter i rozszerzono je o 4” model KM402T11. Jakby tego było mało w przeprojektowanym bagażniku znalazło się miejsce na monoblok KM1001, dwie czterokanałowe końcówki mocy KM1004 i skrzynię na odwrotnie zamontowany 15” subwoofer KM380T11. Całością steruje się z poziomu firmowego flagowca KM2001 umożliwiającego pasażerowi oglądania filmów DVD lub telewizji cyfrowej DVB-T w systemie MPEG4.
No to najwyższy czas na coś dla oka a o wysublimowane doznania w tej materii zadbał Panasonic – prezentujący oszałamiający model TX-65CZ950E łączący rozdzielczość UHD 4K i technologię OLED.
Nie mniej interesujące atrakcje czekały u Horna – dystrybutora marki Bang & Olufsen, gdzie wyśmienity obraz wspierały futurystyczne smukłe kolumny BeoLab 18 i przyobleczone w koralową czerwień seksowne BeoLab 20.
Jak mam nadzieję widać na powyższych obrazkach tegoroczna edycja Targów Dom Inteligentny DI EXPO 2015 była świetną okazją do zapoznania się z nowościami ułatwiającymi nam codzienne życie i niejako przy okazji poszerzenia własnych horyzontów.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Witam wszystkich czytelników na relacji z kolejnych odbywających się w dniach 2-4 października 2015 roku pod jakże nośną nazwą „Dom Inteligentny” targów elektroniki użytkowej. Gdy podczas poprzednich po-imprezowych rozważań starałem się sfokusować owe show jako podporządkowaną jakże ukochanemu przez nas działowi wyrafinowanego audio – wszystko pomagało uzyskać jak najwięcej niezbędnego do zatopienia się w kontemplacji muzyki czasu, to tym razem bez sztucznego powtarzania tematyki przeleję na klawiaturę kilka dość zwiewnie wystukanych akapitów wrażeń pod wybranymi sekwencjami zdjęciowymi. I mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi tego za złe, gdyż usilne drążenie tylko jednego około-muzycznego wydarzenia, bardzo zawężałoby rozmach tematyczny imprezy.
– PLUS.
Proszę się nie denerwować, nie jest to nachalne lokowanie produktu z mojej strony, tylko nieco ironiczne pokazanie, że coraz więcej firm w naszym kraju próbuje handlować czym tylko się da. Tutaj w głównej roli wystąpił jeden ze znanych wszystkim operatorów telefonii komórkowej, ale bez względu na to czym zajmuje się w głównym pionie działalności jakakolwiek handlująca energią elektryczną firma, taka konkurencyjność przynajmniej teoretycznie jest to z korzyścią dla nas, jako końcowych odbiorców. A jak ten wyścig o klienta się skończy w zderzeniu z rzeczywistością naszego przywiązania do unikania zmian, pokaże najbliższa przyszłość.
– ABB, INLOGIC
Gdy pstrykałem te fotki, już w pierwszej sekundzie po zderzeniu z mottem jednej z wystawiającej się na tych targach marek wiedziałem, że jako dinozaur hołubiący gramofonowi w roli głównego źródła dźwięku z dużą łatwością będę mógł się wyżyć w niekończącym się ostrzegającym nas przed zbytnią „elektronizacją” życia codziennego słowotoku. Przecież już ten wydawałoby się bardzo poglądowy szablon poszczególnych obsługujących nasze gniazdo rodzinne bloków sterowniczych dawał wyraźnie do zrozumienia, że dla zwykłego Kowalskiego przy całej otoczce ułatwiania życia oznacza również podniesienie problematyczności związanej z serwisowaniem całej elektroniki. I naprawdę takie nastawienie towarzyszyło mi aż do momentu zajęcia miejsca przy komputerze. Nagle, gdy z dzisiejszym tekstem dobrnąłem do przedstawionej tutaj serii zdjęć, naszła mnie tłumacząca nieodzowność tej tendencji myśl, że choćbyśmy chcieli, przy tak szybkim rozwoju techniki nie unikniemy w najbliższej przyszłości całkowitego zdania się na uławiające nam codzienną egzystencję inteligentne maszyny. Mam tylko nadzieję, że wraz z postępem technicznym wzrasta również niezawodność komponentów, co biorąc pod uwagę spore zainteresowanie klientów, zdaje się potwierdzać moje oczekiwania. A jeśli tak, to kto wie, może i ja się kiedyś skuszę na zarządzający moim domem pakiet sterowników.
– PANASONIC
Ta seria zdjęć miała jeden, może dość prozaiczny, ale jakże oczekiwany przez producentów cel, jakim jest przywiązanie klienta do marki. W głównej roli wystąpił PANASONIC, który oprócz najbardziej kojarzonych z nim urządzeń audio zaprezentował sprzęt Video i AGD z takimi wyrobami, jak golarki, miksery, kuchenki, czy szczoteczki do zębów. Tak więc, jeśli lubicie przywiązywać się do jednej manufaktury, sfotografowany japoński producent z łatwością zaspokoi Wasze najbardziej przyziemne oczekiwania.
– Bang & Olufsen
Oczywiście na targach związanych z bardzo wyedukowanym w sferze elektroniki domem nie mogło zabraknąć producenta kojarzonego z ekstrawaganckimi produktami generującymi dźwięk. Dla laików w sferze audio ów brand uważany jest jako ikona jakości dźwięku w domu, co w starciu z postrzeganiem jej przez rasowego audiofila –wyjadacza ma się zgoła inaczej, ale bez względu na gusta i wyedukowanie poszczególnych wymienionych przed momentem grup konsumenckich, nie można odmówić mu rozpoznawalności designerskiej połączonej z co najmniej dobrymi wartościami sonicznymi. Dlatego idąc tropem wpisującego się w zapotrzebowanie najnowszych trendów mody wykończenia wnętrz wyglądem, nie powinny dziwić nas tak wymyślne ośrodki dźwięku, jak kulisty wycinek trawnika, dwie małe prostokątne skrzynki z maskownicami w odcieniu różu, czy wywodzący się z filmów SF posążek rycerza Jedi.
– Kruger & Matz
Nadeszły czasy, gdy ścisła specjalizacja nie jest jedynym gwarantem jakości usług lub produkcji. Takim to przykładem może być marka Kruger & Matz, która na swoim dość zjawiskowo przygotowanym stoisku zaprezentowała pełen pakiet możliwości zadbania o klienta, od wyczynowego nagłośnienia samochodu, po domowe salony i to w oparciu o osobiście produkowane, jak i zakupione od innych marek komponenty.
– HUSQVARNA, MIELE, HOBOT
Ten pakiet zdjęć z punktu widzenia samca alfa nie powinien nosić oznak kontrowersyjności. Przecież wyraźnie widać, że uwiecznione produkty maja ułatwić nam, czyli i mężczyznom i sądzę, że w sporej większości oczywiście kobietom – wiem, to jest samczy punkt widzenia – codzienne życie. Niemniej jednak, po dość swobodnym zaakceptowaniu przez nasze drugie połówki takich zabawek, jak automatyczna kosiarka, odkurzacz, czy od niedawna robiący furorę myjący okna samobieżny robot, widok tak zaawansowanej deski do prasowania płeć piękną może przyprawić o niekontrolowany atak hormonów przeciwdziałających zepchnięciu ich do roli kur domowych, całkowicie eliminując ten proces z tak spokojnie przebiegającego współżycia małżeńskiego. Tak więc moi panowie, zanim zaczniecie zachwalać podobne dodatki domowe, bez względu na poziom ułatwiającego proces ich obsługi zaawansowania technicznego dość zwiewnie rozwodnijcie temat, przedstawiając bohatera w końcowej fazie rozmów. Dobrze radzę.
– DATA GROUP
Z pewnością o fenomenie muzyki zza ściany wspominałem już w zeszłym roku, ale jako przedstawiciel nurtu ułomności życia codziennego bez jakichkolwiek fraz dźwiękowych, wolę taką trochę okaleczoną jakościowo – oczywiście w starciu z wysokiej jakości systemem stereo – projekcję kojącej moje uszy muzy, niż z braku miejsca w salonie lub widzimisie żony jej całkowitą alienację. Dlatego nie mogłem choćby symbolicznie nie zagaić o tym projekcie i w tegorocznej relacji.
– WŁĄCZNIKI, STEROWNIKI I INNE MANIPULATORY
Jeśli jesteście znużeni sztampowością oferty pstryczków w okalających nas swoimi mackami taniości marketach budowlanych, musicie odwiedzić tę wystawę za rok. I naprawdę nie żartuję, gdyż stawiam dobrego Single Matla na stół, jeśli Wasze nawet najbardziej wymagające żony poczują się zawiedzone różnorodnością projektów plastycznych. Wkraczając w świat dotkniętych ręką artysty plastyka włączników, mamy do dyspozycji nieprzebraną paletę wyrobów: od ciekłokrystalicznych paneli dotykowych, przez zastosowanie wszelkiego rodzaju kamienia i metali, po wysadzanie kryształkami Swarovskiego. Powiem tak, aż głowa, a raczej, aż portfel boli od fantastycznej, ale niestety pociągającego spore koszty przy zakupie w swym rozmachu propozycji designerkiej.
Na tym zakończę tę krótką, ale jakże pouczającą wędrówkę po będącej bohaterem naszego spotkania imprezie. Jeśli te kilka akapitów nie zaspokoiło Waszych oczekiwań, nie widzę innej możliwości, jak osobista wizytacja wystawy za rok. To może wydać się dla Was śmieszne, ale nie zdajecie sobie sprawy, co w dzisiejszych czasach może zrobić za nas ta teoretycznie ustawiona w ustalonym porządku kupka cegieł lub innych użytych do budowy domu komponentów. Oczywiście wszystkie wynalazki można zaaplikować praktycznie w każdej chwili, ale idealnym wydaje się być, zrobienie, czyli uzbrojenie przyszłego gniazda rodzinnego w sztuczną inteligencję już na poziomie projektu, czemu służą właśnie takie jak opisywane dzisiaj przedsięwzięcia wystawowe.
Jacek Pazio
Opinia1
Określenia „lampowy tranzystor”, czy też „tranzystorowa lampa” utarły się w naszym audiofilskim środowisku już na dobre. Patrząc na to zjawisko zdroworozsądkowo, powinniśmy teoretycznie traktować je jako wady konkretnych konstrukcji, gdyż nie po to wykorzystujemy np. szklane bańki w układzie elektrycznym danego urządzenia, by swym brzmieniem brylowało w estetyce tranzystorowej i na odwrót. Jednak jeśli przyjrzymy się temu mniej restrykcyjnie – czytaj źle lub dobre, takie postawienie diagnozy przez jakiegokolwiek opiniodawcę, w pewien sposób daje nam sporo ważnych informacji o produkcie. Przecież w ostatecznym rozrachunku i tak najważniejszy jest efekt soniczny zaaplikowania danego komponentu, bez względu na to jak został zaprojektowany i do jakiej szkoły grania go zaszufladkowano. Często jest tak, że w testowanym lampiaku recenzent chciał zwrócić uwagę na ponadprzeciętną moc, a w tranach na rzadko spotykaną barwę, ale to powinno być poparte konkretnymi spostrzeżeniami, które w pewien sposób naprowadzą czytelnika na prezentowaną estetykę grania. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż w każdej społeczności zawsze znajdzie się jakiś ortodoks, dla którego takie kompromisy nie istnieją, jednak sądzę, że dla znakomitej większości osłuchanych i mających doświadczenie w sprawie nieprzewidywalności nawet karkołomnych połączeń audio melomanów-audiofilów (niepotrzebne skreślić), rozpoczynające dzisiejsze spotkanie przeciwstawne slogany są pewnym, choćby startowym źródłem ważnych informacji. Biorąc pod uwagę dalszą karkołomność Rejtanowej obrony wspomnianych związków wyrazowych, przejdę do clou obecnej przygody i zaproszę wszystkich na spotkanie z zestawem pre-power, który będąc rasową konstrukcją opartą o szklane bańki, bardzo często otrzymuje przydomek lampowego tranzystora. Z uwagi na otwierające ten test główne zdjęcie nie będę dłużej kluczył w zeznaniach i z przyjemnością zdradzę, że w me progi trafił jubileuszowy set wzmacniający niemieckiej marki OCTAVE z jego najmocniejszym modelem „JUBILEE” dystrybuowany przez krakowskiego Nautilusa.
Zacznę trochę ironicznie, ale jak już zdążyłem nadmienić na naszym Facebooku, SoundRebels właśnie przekroczył granice szaleństwa rozmiarowego, gdyż dostarczone obecnie do zaopiniowania komponenty, będąc jedynie końcówkami mocy, swoimi gabarytami sięgały do połowy moich przecież monstrualnych jak na warunki domowe kolumn. Po kilku dniach ten „drobiazg” odszedł w niepamięć, ale gdy rozstawiałem te 75-cio kilogramowe pionowe lampowe monstra, miałem sporo uciechy wizualnej. Jednak do rzeczy. Przywołane przed momentem piece, to wykorzystujące bagatela osiem lamp KT 120 na kanał mocarne 400W przy 4 Ohmach wzmacniacze mono. Szklane bańki ukryto w dwóch rzędach w górnej części konstrukcji pod ażurowymi niedemontowanymi osłonami. Pomiędzy tą baterią świeczek na górnym panelu sterującym znajdziemy jeszcze włącznik Standby, Muting, Power Pre Selector – coś na wzór wyboru Trioda-Pentoda, pokrętło wyboru lampy do regulacji Biasu, wyświetlacz cyfrowy wartości Biasu i kilka diod informacyjnch o aktualnym statusie urządzenia. Front bez żadnych fajerwerków jest zbiorem trzech płaskich ustawionych pionowo prostokątów, z czego środkowy jest porowatym łupkiem, a dwa zewnętrzne grubym szczotkowanym aluminium. Jedyna atrakcja przedniego panelu, to usytuowane w górnej części skalnego dodatku logo marki. Tył z racji funkcji monobloku wyposażono w podwójne terminale głośnikowe, gniazda zasilające, wybierane hebelkowo wejścia XLR i RCA i w górnej części zestaw śrub regulacyjnych biasu lamp. Przedwzmacniacz liniowy w swej bezkompromisowości otrzymał zewnętrzny, sięgający rozmiarami jego połowy zasilacz, by samemu zając się tylko obróbką i rozdzieleniem dostarczonych do niego sygnałów. W obu urządzeniach na wzór końcówek mocy stylistykę frontu oparto o akcent kamienny, tą tylko różnicą, że w zasilaczu prawdopodobnie ze względu na konstrukcję wewnętrzną, łupek przesunięty jest nieco na prawo. Samo pre przy równym udziale ilościowym trzech płaszczyzn na froncie, dla każdej zarezerwowało po jednej gałce regulacyjnej. Lewa i prawa to informujące zaimplementowanymi bok diodami tryby pracy, a środkowa jest drabinkowym wzmocnieniem. Niezłym efektem wizualnym jest kontynuacja czerni z przedniego panelu na górny płat obudowy. W tym przypadku jest to czernione lekko prześwitujące okienko z akrylu, w swojej przedniej części dzierżące cztery przyciski funkcyjne urządzenia. Dość niecodziennie zastosowanie uchwytów transportowych wzdłuż całej głębokości urządzenia jest co prawda bardzo dobrym posunięciem logistycznym, ale patrząc na to od strony wizualnej, łamie nieco ogólnie panujący obecnie trend spokoju organoleptycznego. Ale o gustach się nie dyskutuje, dlatego z mojej strony ślę podziękowania dla konstruktora za pomysł natury użytkowej. Plecy z uwagi na osobne zasilanie epatują wielopinowym złączem prądowym, bogatym ilościowo zestawem wejść i wyjść w standardzie XLR i RCA, dwoma przelotkami Tape i wbudowanym phonastage’m. Kończąc ten akapit dodam, iż zasilacz jak na pełnioną funkcję jest sporym urządzeniem, co tylko potwierdza nietuzinkowość tego flagowego zestawu. Front jak zdążyłem wspomnieć, wzorniczo zbliżony jest do reszty komponentów, na chwaląc się jedynie okrągłym przyciskiem włączającym. Górny panel obudowy uzbrojono w dwa rzędy podłużnych otworów wentylacyjnych, a tył w gniazdo zasilające, przymocowany na stałe wielopinowy terminal prądowy i złącze Remote Control. Trochę się rozpisałem, ale pozycja cennikowa i tlące się już na starcie w moich myślach umiejętności tego seta, nie pozwalały na potraktowanie po macoszemu akapitu prezentującego walory użytkowe i wizualne.
Nie wiem, jak zacząć ten tekst, aby nie być posądzonym o kryptoreklamę, ale tak punktualnie i szybko chodzących na smyczy moich kolumn, jeszcze nigdy nie słyszałem. Co ja mówię, smycz w porównaniu z tym, czego zaznałem po podpięciu produktu zza Odry, nie jest do końca adekwatnym określeniem. Na smyczy ISIS-y trzyma mój codzienny zestaw, a testowa kompilacja zapięła kolumny na stalowy łańcuch i to bez względu na możliwą do wyboru opcję mocy przybyłych końcówek. Idąc dalej tropem poziomu oddawanego do kolumn poziomu Wat-ów, dzięki wspomnianej przed momentem możliwości wyboru ich ilości, dostajemy dwie szkoły prowadzenia przetworników, gdzie już ta teoretycznie słabsza rozstawiała Austriaków po kątach, by po zadysponowaniu maksymalnego wzmocnienia przesiąść się do formuły „1”. Po takim przeżyciu posiadana układanka audio już nigdy nie będzie taka sama i tylko pewne przywiązanie do wypracowanego przez lata wzorca dźwięku pozwala spojrzeć na to w miarę spokojnym okiem. Mając dwie opcje, potrzebowałem kilkupłytowego seta, by wybrać bardziej pasującą do mojej muzyki konfigurację i padło na granie na pół gwizdka. To było nadal bardzo energetyczne brzmienie, ale z nutą krągłości generowanych dźwięków, przy ich konsekwentnej kontroli. Już nie raz pisałem, że jestem w stanie oddać nieco konturu za odrobinę nasycenia, co akurat w tym przypadku było prawie niesłyszalne, gdyż dostałem kolor bez utraty ostrości krawędzi źródeł pozornych. Gdy okres akomodacji z taką prezentacją muzyki miałem już za sobą, na tapecie – a raczej talerzu gramofonu wylądował koncertowy winyl Antonio Forcione. Jego gitarowy popis jest nieodzownym punktem każdego zasługującego na szczyt realizacji muzycznej testu, a znając go z kilkudziesięciu różnych raz lepszych, raz gorszych odtworzeń, musiałem sprawdzić, co wydarzy się w zderzeniu z elektrownią Octave. Muszę przyznać, że to była perfekcja w najczystszej postaci. Na tyle idealna, że aż chyba za idealna. Słuchając tego utworu miałem kilka całkowicie sprzecznych ze sobą myśli od: fenomenalnie, po: ideał, a gdzie magia niedoskonałości? Ale do rzeczy. Przez cały okres zabawy z niemieckim zestawem nie mogłem wyjść z podziwu swobody generowania dźwięków, co znakomicie słychać było w budowaniu szerokiej, bardzo głębokiej i napowietrzonej sceny muzycznej. Punktualność i lokalizację każdego nawet najniższego dźwięku wychwytywałem w mgnieniu „ucha”, precyzując tym sposobem swój pogląd na czytelność przekazu muzycznego. Co ciekawe, ten ponadprzeciętnie prowadzony mocowo set oscylował blisko mojego ideału barwowego. Ja toleruję trochę niedopowiedzenia na środku i dole, a w kompilacji z testowym setem pre-power dźwięk będąc mocno osadzonym w barwie, nie był miękki, tylko mięsisty, a to całkowicie inny wzorzec. Weźmy na przykład kontrabas, który rysowany rozmazującym się miękkim markerem, mógłby stracić swój pozwalający znaleźć go na scenie obrys, a za sprawą w pełni kontrolowanej krągłości brzmiącego pudła i ostrej kresce strun był wycięty prawie skalpelem. Niemożliwe? Zapnijcie do swojego zestawienia dzisiejszą propozycję testową, a przekonacie się, że cuda naprawdę się zdarzają. Wspomniane doładowanie masy dźwiękowej podobne efekty dawało tak w dolnych jak i środkowych rejestrach, a co ważne bezinwazyjne traktując górne pasmo. Tam rządził tak poszukiwany przeze mnie oddech i swoboda, dając hektary przestrzeni, co zaowocowało zaliczeniem pełnej dwukrążkowej koncertowej relacji. Po szaleństwie w dziale analogu przyszedł czas na zestaw sztucznych dźwięków, których dobrym przedstawicielem był Nils Petter Molvaer z krążkiem „Re-Vision”. Fani tego artysty wiedzą, że jakakolwiek droga na skróty w kreowaniu basu, natychmiast kończy się ciężką do strawienia „bułą”. Po uważnym przesłuchaniu tego materiału stwierdzam z całą stanowczością, że jeśli ktoś szuka mocnego uderzenia bez owijania w bawełnę, swoje kroki poszukiwacza nirwany dźwiękowej powinien skierować w stronę opisywanej lampowej oferty jubileuszowej. To może się wydać dziwne, ale podpisuję się pod tym obiema rękami. A proszę sobie jeszcze uświadomić, że do celów testowych wybrałem utemperowaną prądowo opcję. Pełen przepust mocy zaliczył Marcin, dlatego nie będę się na ten temat rozpisywał, ale przypomnę, wsiadamy do bolidu formuły jeden i nagle żarty się kończą i zaczyna się ostra jazda bez trzymanki. Ten wydawałoby się pochwalny test w moim mniemaniu nie byłby pełny, gdybym odpuścił sobie najbardziej uwielbiany zestaw płytowy z muzyką dawną. Wiem, wiem, gdy przy głośnym graniu wszystko jest czytelne i w pełni kontrolowane, sprzęt spełnia wszystkie wymogi do zaliczenia go jako co najmniej bardzo dobry, z tendencją do wyśmienity. Ale nie u mnie. Ja szukam wyczynu, który zarezerwowany jest tylko dla nielicznych, a takowego dostarcza mi fenomenalnie zrealizowana twórczość Claudio Monteverdiego. Wokalistyka i instrumentalistyka w obiektach sakralnych rządzi się swoimi prawami, ale aby w pełni docenić odtwarzający ją set, musimy mieć wypracowany na wielu przykładach punkt odniesienia. To nie może być tylko dobra prezentacja, gdyż taki stan ma w sobie sam zgrany na płytę materiał. Tutaj potrzebna jest nutka romantyzmu, czasem poluzowania cugli, by w końcowym rozrachunku swą aurą złapać wyrafinowanego słuchacza za serce. Przyznam się szczerze, trochę obawiałem się punktualności Octave rodem ze szwajcarskich zegarków, gdyż zbyt techniczne podejście do tematu zbyt dosadnie pokaże nam wykorzystane naturalne myki realizacyjne słuchanych płyt. Wynik? Dla większości populacji audiofilów bardzo dobry. Dla mnie chyba trochę za dobry. Teoretycznie wszystko zagrane w punkt. Dobre oddanie barw instrumentów i głosu ludzkiego powodowały ciarki na plecach. Jednak ta perfekcja miała również swoje „ale”. Mianowicie, wszelkie generowane przez źródła dźwięku pogłosy po odbiciu się od ścian, wracały na scenę w nienaruszonym zakresie informacyjnym. Ale nie widzę tego jako wady jako takiej, tylko jako efekt mistrzostwa świata w trzymaniu na wodzy moich kolumn, które będąc dość skutecznymi konstrukcjami, całkowicie podporządkowały się karmiącym je prądem Niemcom. Powtarzam jeszcze raz, ostatnie kilka zdań jest tylko moim punktem widzenia na dany efekt soniczny, a nie problemem jako takim opiniowanego zestawu. Jestem pełen uznania dla konstruktorów modelu „Jubilee”, gdyż ani razu nie złapałem go na wpadce sonicznej, a że nieco inaczej odbieram zbyt dosadnie zaprezentowaną moją muzykę, jest tylko w pełni uzasadnionym osobistym prawem melomana. Dlatego proszę zbytnio nie sugerować się kilkoma moimi ostatnimi wynurzeniami słownymi, gdyż tak jak poprzednie pakiet muzyki dawnej był bardzo dobrze zagrany i przywołane na potrzeby testu niuanse brzmieniowe będą pomocne dla bardzo nielicznej grupy potencjalnych nabywców. Znakomita większość słuchaczy odbierze je jako szukanie dziury w całym w idealnie skrojonym dla szerokiej palety kolumn niemieckim zestawie Octave Jubilee.
Kończąc to spotkanie, pokuszę się o zaszufladkowanie testowanych konstrukcji w jednym z pierwszo akapitowych sloganów. Patrząc na swobodę panowania nad moimi kolumnami, spokojnie można by zaliczyć je do efektu tranzystorowego. Jednak z drugiej strony, świadome użycie ograniczonej mocy daje tak poszukiwane w szklanych bańkach wypełnienie dźwięku, kierując me postrzeganie w stronę lampy. A przecież według ogólnie przyjętego kryterium „lampowy tranzystor” powinien grać szybko, ale nieco oschle, co ma się nijak do tego, co usłyszałem podczas testu. Niestety nie wiem jak z tego wybrnąć, ale jedno wiem na pewno, to bardzo mocna konstrukcja lampowa z pełnym bagażem zalet sonicznych szklanych baniek i tranzystorów. A jak Wy to określicie? Jeśli ktoś posłucha i znajdzie rozwiązanie, proszę o kontakt na skrzynkę mailową.
Jacek Pazio
Opinia 2
Niezwykle rzadko zdarza się, żeby na testy trafiało do nas urządzenie, bądź system, stworzone przez konstruktora niejako dla siebie i ku własnej uciesze. Tym razem mamy jednak szaloną przyjemność zaprezentować coś, co od swojego zalążka, genezy powstania, miało łamać wszystkie bariery i ograniczenia natury zarówno technicznej, jak i estetycznej. Coś, co miało być ni mniej, ni więcej, tylko … najlepszym wzmacniaczem na świecie. Bezkompromisowość? Bezdyskusyjnie tak. Zadufanie w sobie i pycha? Już niekoniecznie, gdyż ten jakże ambitny cel postawił przed sobą nie garażowy dłubacz i samozwańczy mistrz lutownicy, lecz sam Andreas Hoffman – właściciel marki Octave, powołując do życia w 1993r. projekt „Jubilee”. Przez pierwszych pięć lat trwały prace nad przedwzmacniaczem a kolejnych pięć zajęło stworzenie dorównujących mu jakością monobloków. Pytanie, czy zamierzony efekt udało się Herr Hoffmanowi pozostawiam na razie bez odpowiedzi a w ramach zachęty do lektury jedynie wspomnę, iż o ile dostarczony do naszej redakcji Jubilee Preamplifier występuje w jednej i jedynie słusznej opcji, to już monobloki Jubilee Monoamplifier otrzymaliśmy w wersji SE – z lampami KT120 zamiast standardowych 6550 C/KT 88.
Na początek kilka słów o wyglądzie. Pomimo wyekspediowania do zewnętrznej obudowy sekcji zasilacza preamp swoimi gabarytami wcale nie ustępuje standardowym integrom. Co prawda przy monstrualnych monosach wygląda wręcz filigranowo, lecz patrząc na zdjęcie systemu warto mieć gdzieś z tyłu głowy świadomość, że ani nasze dyżurne ISISy, ani dedykowane mu monobloki nie należą do najmniejszych a prawdę powiedziawszy spokojnie możemy je zaliczyć do wagi superciężkiej audiofilskiej stratosfery. Rozsądnym będzie jednak założyć, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował wstawiać ich do zaledwie12-to metrowego mikro apartamentu (za moich czasów zwanego kawalerką), więc nie ma się co dalej nad gabarytami dostarczonego przez krakowskiego Nautilusa seta rozwodzić, tylko przejść do konkretów. Cechą wspólną edycji jubileuszowej Octave są wykorzystane w roli frontów masywne płaty szczotkowanego aluminium wzbogacone granitowymi pasami przełamującymi srebrną monotonię a przy okazji idealnie wpasowującymi się w surowy design systemu.
Płytę czołową przedwzmacniacza zdobią trzy potężne pokrętła odpowiedzialne (patrząc od lewej) za tryb pracy, regulację głośności i wybór źródła. Ciekawym zabiegiem stylistycznym jest delikatne przewężenie gęsto perforowanego korpusu w celu uzyskania miejsca na solidne uchwyty szalenie ułatwiające ustawianie i szeroko pojętą logistykę. Dzięki temu patrząc od przodu widzimy klasyczny kształt a dopiero zerknięcie z boku zdradza pomysłowość konstruktorów. Za równie intrygujące rozwiązanie można również zastąpienie standardowej płyty wierzchniej elementem z przydymianego akrylu, w którym osadzono cztery przyciski funkcyjne a w górnej części wygrawerowano firmowe logo.
Ściana tylna również nie pozostawia żadnych niedomówień i wrażenia niedosytu. Przełączane wejścia i wyjścia w wersjach RCA i XLR pozwalają wpiąć jednostkę sterująca w praktycznie każdy system a możliwość dopasowania wzmocnienia i fazy tylko poszerza spektrum ewentualnych konfiguracji. O takich drobiazgach, jak odstępy pomiędzy gniazdami umożliwiające wpięcie praktycznie dowolnie „otyłych” wtyków nawet nie wspominam, bo na tych pułapach cenowych to oczywista oczywistość.
Wbrew pozorom strzeliste niczym dawne wieżowce WTC monobloki Octave okazują się niezwykle ustawne, gdyż … lądują po prostu na podłodze. Dzięki temu nie musimy martwić się o gabaryty stolika zdolnego je pomieścić a jedynie, wyłącznie w przypływie dobrego humoru (i gotówki) można pomyśleć o jakiś, wykonanych na wymiar, solidnych platformach, bądź choćby granitowych płytach. Skoro jesteśmy przy granicie, to odpowiedni 2 cm płat oczywiście zdobi front monosów, lecz jego przedłużeniem na płycie wierzchniej, w przeciwieństwie do przedwzmacniacza nie jest akryl, lecz drapane aluminium mieszczące cztery przyciski funkcyjne, pokrętło regulacji biasu i duży, czerwony wyświetlacz. W każdym monobloku ww., panel sterowania otaczają dwie kwadry lamp ukryte za solidnie przykręconymi do korpusu, gęsto perforowanymi osłonami. Do wyboru są wersje oparte na lampach 6550 i KT 120 a ze swojej strony tylko dodam, ze nam przypadł zaszczyt testowania właśnie tej drugiej opcji. Ściana tylna oferuje szeroko rozstawione, podwójne terminale głośnikowe, wejścia RCA/XLR z przełącznikiem je uaktywniającym i hebelek umożliwiający przełączenie wzmacniaczy w tzw. tryb Ecomode. Nie zabrakło również śrub do regulacji biasu lamp pracujących w stopniu wyjściowym. Cała procedura „kalibracji” została szczegółowo opisana w instrukcji, więc nie będę nią Państwa zanudzał.
A teraz najlepsze, czyli walory soniczne tytułowej amplifikacji.
Przedwzmacniacz wymyka się praktycznie jakimkolwiek ocenom i próbom zakwalifikowania jego wpływu do dowolnej kategorii brzmieniowej, gdyż mówiąc wprost … po prostu go nie słychać. Niby jest i niewątpliwie przykuwa wzrok futurystyczną bryłą, lecz swoją obecność w torze ukrywa lepiej niż niejeden biznesman lewe dochody przed fiskusem. Nie mam bladego pojęcia, czy jest to pochodną ekstremalnie niskiej impedancji wyjściowej, poczwórnie ekranowanego transformatora, czy obecności 100 000 μF pojemności filtrującej w zasilaczu, ale fakt permanentnej transparentności pozostaje faktem. Co ciekawe w owej transparentności zupełnie u nie przeszkadza obecność czterech lamp (4szt. ECC 82), choć akurat to znawców marki nie dziwi, bo co jak co, ale Octave od lat ma całkowicie zasłużoną opinię producenta najmniej lampowo grających lampowców na rynku. „Problem” jednak w tym, że Jubilee Preamplifier ma tyle wspólnego ze swoim niżej stojącym w firmowej hierarchii rodzeństwem, co Bugatti Veyron Grand Sport Vitesse z VW Sirocco. Maksymalnie upraszczając i patrząc od strony biznesowej, to i to Volkswagen, ale jakiekolwiek porównania nie mają najmniejszego sensu. Podobnie sprawy mają się z monosami, choć prawdę powiedziawszy tuż przed odsłuchem miałem pewne wątpliwości patrząc na pyszniące się w ich wnętrzach rzędy lamp KT120. W końcu mieliśmy już okazję we własnych ośmiu kątach posłuchać, co potrafią 120-ki zaimplementowane w MRE 220 a stare przysłowie mówi, że drugi raz do tej samej wody się nie wchodzi. Całe szczęście moje obawy okazały się całkowicie nieuzasadnione, gdyż akurat w tym wypadku nie chodzi o to czego, lecz jak się używa.
Ponieważ Jacek postawił na niuanse i litościwie oszczędzał dostarczony set grając przez większość czasu na 50% możliwości stopnia wyjściowego postanowiłem trochę „przedmuchać” system. Przy monoblokach ustawionych na full (tryb niebieski) „Live and Joyful in Charleston” The Angels zabrzmiał wprost obłędnie. Takiej holografii i namacalności z Isisów jeszcze nie słyszeliśmy. Niezwykle uporządkowane, precyzyjnie zarysowane źródła pozorne pozwalały z iście laserową dokładnością wskazywać ustawienie poszczególnych wokalistów i co istotne w tym nagraniu również obserwować ich ruch sceniczny. Przestępowanie z nogi na nogę, rytmiczne bujanie się w rytm muzyki to wszystko działo się na naszych oczach. Każdy szelest ubioru, szurnięcie nogą, czy wreszcie tak realistyczne oklaski, że nawet Rubik nie miałby startu sprawiły, że zamiast dwóch, góra trzech utworów poleciał cały album. W dodatku za całkowicie bezsensowne i czysto akademickie uznaliśmy zwyczajowe dywagacje nt. tego, czy prezentację należy rozpatrywać w kategoriach „ my jesteśmy tam”, czy też „Oni są tu”, lecz po prostu w całkowicie naturalny sposób staliśmy się czynnymi uczestnikami koncertu Gospel.
Jednak prawdziwą jazdę bez trzymanki zafundował nam dopiero Nils Petter Molvær na albumie „Khmer”. Choć 15” basowce Isisów przecież nie należą do najmniejszych to napędzane monosami Octave chodziły z kontrolą godną najlepszych ceramików. Iście sejsmiczne pomruki nie tylko było świetnie słychać, ale i czuć. Ich potęgę oraz masę można było niemalże zmierzyć i zważyć, bo atmosfera w OPOSie (Oficjalnym Pokoju Odsłuchowym Soundrebels) gęstniała z sekundy na sekundę wypełniając każdy, nawet najmniejszy zakamarek nieskazitelnie czystym i wręcz nierealnie kontrolowanym dźwiękiem. Dla równowagi syntetycznej podwaliny równie świetnie odwzorowano partie trąbki, która cięła powietrze z iście laserową precyzją. Drugi na trackliście, utwór „Tløn” po prostu przesunął granice możliwości nie tylko kolumn, ale i nasze w rejony, w które zapuszczać się nawet nie liczyliśmy. Zerowe zniekształcenia i narzucony kolumnom przez niemiecką amplifikację cybernetyczny, mający coś z Terminatora, zamordyzm sprawiły, że zupełnie niepostrzeżenie zbliżyliśmy się do niemalże koncertowych poziomów głośności. Tak głośno i zarazem tak dobrze jeszcze nic u nas nie zagrało.
Oczywiście na liście pozycji obowiązkowych do przesłuchania pojawił się również “Gladiator – Music From The Motion Picture”. Potęgę i iście hollywoodzki rozmach czuć było od pierwszych taktów, lecz podświadomie czekaliśmy na „Battle”, które nad wyraz wrednie podniosło już i tak wysoko ustawioną poprzeczkę towarzyszących odsłuchowi doznań dla przyszłej konkurencji. Tutti orkiestry wręcz przytykało, ryk waltorni wręcz wgniatał w fotel i mierzwił szczecinę na dolnych kończynach. Przy takim repertuarze i tak gwałtownych skokach dynamiki dzięki Octave Jubilee można było choć przez chwilę poczuć się niczym pilot ponaddźwiękowego myśliwca narażony na mordercze przeciążenia, lub tester ekstremalnych rollercoasterów pędzący z zatykającą dech w piersiach prędkością na spotkanie ze swoim przeznaczeniem.
Mario Suzuki na ”Master Music XRCD24: Touching Folklore Music Masterpiece” to już zupełnie inna estetyka. Akustyczne granie, a czarem można by obdzielić ze cztery albumy. Oszałamiająca barwa i detaliczność szły w parze z realizmem. Odwzorowanie gabarytów instrumentarium zasługiwało wyłącznie na celujące noty. Tak oddać wirtuozerię gitarowego trio potrafi tylko najlepsza amplifikacja a Octave osiągało to z zaskakującą łatwością.
Na koniec sięgnąłem z czystego sentymentu po „The Wall” Pink Floyd, które nawet pomimo dość znacząco gorszej realizacji niczym nie odstręczało od odsłuchu. Oczywiście nie było mowy o cyzelowaniu niuansów i i audiofilskich smaczkach, ale najzwyklejsza frajda z odsłuchu rockowego klasyka była niezaprzeczalna. Octave nie pastwiło się nad pewną surowością materiału skupiając się na drajwie, emocjach i wybitnej wręcz motoryce.
Przełączenie monobloków w tryb „zielony” sprawiło, że dźwięk stał się mniej wyczynowy. Niby grało dobrze, ale bądźmy szczerzy, jeśli choć raz zasmakowało się potencjału pełnej, niczym nieskrępowanej mocy, to każdorazowe przejście w tryb „eco” będzie mało przyjemnym doznaniem. To tak jakbyśmy dostali do „zabawy” GT-R a po kilku kółkach przejechanych na maxa ktoś zabroniłby nam przekraczać 2500 obrotów. Z resztą nie ma się co oszukiwać – w tym momencie pierwsze skrzypce grają nasze osobiste preferencje a jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje. Nie trzeba nawet daleko szukać – Jackowi do serca zdecydowanie bardziej przypadło bardziej romantyczne, uspokojone granie, za to w moim repertuarze większą dawkę adrenaliny i oktanów odebrałem po prostu z wdzięcznością. Może i taka estetyka miała w sobie coś z szaleńczej jazdy na granicy zdrowego rozsądku, ale … skoro można, jak nigdy dotąd, zbliżyć się do granicy absolutu, to nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy odpuszczać i zdejmować nogi z przysłowiowego gazu.
A teraz czas na końcową konkluzję. Octave Jubilee jest bezdyskusyjnie najlepszą amplifikacją jakiej dane było mi kiedykolwiek słuchać. Jest to moja, całkowicie subiektywna opinia i mogą się Państwo z nią nie zgadzać, lecz o jedno Was proszę. Jeśli tylko nie planujecie całkowicie przewartościować wypracowanych przez lata wzorców, jeśli nie chcecie burzyć własnego wyobrażenia ekstremalnie high-endowego absolutu pod żadnym, ale to absolutnie żadnym pozorem nie próbujcie umawiać się na odsłuch tytułowego pre/power Octave. Jeśli jednak podejmiecie to ryzyko bądźcie pewni, że już nic nie będzie takie jak przedtem.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Nautilus / Octave.pl
Ceny:
Jubilee Preamplifier: 27 000 €
Jubilee Monoamplifier – wersja na 6550: 52 000 €; wersja SE na KT120: 75 000 € (za parę)
Przedwzmacniacz Jubilee
Dane techniczne
Lampy: 4 x ECC 82
Wykończenie:
• aluminium (kolor czarny lub srebrny)
• front: 20-mm granit w kolorze czarnym lub szarym
Pasmo przenoszenia: 3 Hz – 500 kHz (odchyłka 1.5 dB)
Zniekształcenia harmoniczne (THD): 0.001 % (3 V / 7.5 kΩ)
Stosunek sygnał / szum (S/N): 90 dB (poziom wysoki), 98 dB (poziom niski)
Maks. napięcie wyjściowe: 8 V
Przesłuch między kanałami: – 65 dB / 1 kHz
Przesłuch między wejściami: – 86 dB / 10 kHz
Impedancja wejściowa: 100 kΩ
Impedancja wyjściowa: 30 Ω (RCA), 2 x 30 Ω (XLR)
Regulacja głośności: 0.5 dB (–70 dB)
Wejścia: 6 x RCA, 2 x XLR
Wyjścia: 2 x RCA, 2 x XLR, 2 x RCA (Rec)
Dodatkowo: opcjonalnie HT Bypass, transformator symetryzujący na wejściu
Waga:
• przedwzmacniacz: 17.2 kg
• zasilacz: 11.5 kg
Wymiary:
• przedwzmacniacz: 435 x 170 x 480 mm
• zasilacz: 220 x 170 x 480 mm
Wzmacniacz mocy Jubilee MkII
Lampy: 8 x 6550 C/KT 88 lub KT120 (w wersji SE) + 3 szt. 12 AU 7 (ECC82) na kanał
Wykończenie:
• aluminium (kolor srebrny lub czarny)
• front: 20-mm czarny lub szary granit
Moc wyjściowa: 250 W (4 Ω)
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 80 kHz (± 0.5 dB)
Zniekształcenia harmoniczne (THD): < 0,1 % (10 W / 4 Ω)
Stosunek sygnał / szum (S/N): > 103 dB
Minimalna impedancja głośników: 2 Ω
Wzmocnienie / czułość wejściowa: + 30 dB / 1.5 V
Wejścia: 1 x RCA + 1 x XLR
Dodatkowo: ECO Mode, regulacja BIASu
Pobór mocy: 320 W (czuwanie) / 600 W (praca)
Waga: 65 kg
Wymiary (W x S x G): 707 x 280 x 484 mm
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL ISIS
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Najnowsze komentarze