Opinia 1
Bułgarski Thrax od swojego debiutu nieodłącznie kojarzył się wszystkim zainteresowanym pasjonatom High-Endu z monolitycznymi, referencyjnie wykonanymi, a więc kosztownymi, aluminiowymi obudowami i tendencjami do dzielenia poszczególnych stopni obróbki, czy też wzmacniania sygnału, aniżeli ich integracji. Na potwierdzenie powyższej tezy posłużę się nader namacalnym przykładem modułowych … kolumn składających się z sekcji średnio-wysokotonowej Lyra i basowej – Basus. Ot taki może nie tyle kaprys, co brak zgody na jakiekolwiek kompromisy w High-Endzie, czyli na pułapie, na którym Rumen Artarski – właściciel marki, czuje się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Rynek audio, jak z resztą każdy inny, rządzi się jednak swoimi własnymi prawami a pewnych, zachodzących w nim, oczywiście pod wpływem mniej, bądź bardziej uwarunkowanych chwilową modą, oczekiwań konsumentów nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien lekceważyć. Dlatego też podczas zeszłorocznego monachijskiego High Endu światło dzienne ujrzały dwie nie dość, że zintegrowane, to w dodatku modułowe konstrukcje – dwa wzmacniacze zintegrowane – tranzystorowy Ares i lampowy Enyo, którym to właśnie dziwnym zbiegiem okoliczności przyjdzie nam się w ramach niniejszej recenzji zająć.
Jak sami Państwo widzicie Enyo zupełnie nie przypomina czegokolwiek, co do tej pory wyszło spod ręki Rumena Artarkiego. Powiem nawet więcej, otóż kiedy po raz pierwszy miałem okazję zapoznać się z projektem tytułowej integry pierwszym skojarzeniem jakie mi się nasunęło było dość wyraźne podobieństwo do multimedialnych serwerów ReQuest Audio THE BEAST, oraz nomen omen super integry Jeff Rowland Daemon. Z drugiej strony trudno się temu dziwić, skoro zarówno w obu powyższych przypadkach, jak i w Enyo już od pierwszego rzutu okiem uwagę skupia na sobie potężny i centralnie umieszczony wyświetlacz. Całe szczęście w Thraxie nikt nie próbował upchnąć na i tak dość pokaźnej wysokości froncie 10” tabletu, lecz pod czernioną szybą ukrył zdecydowanie mniejszy wyświetlacz a optycznej lekkości służyć mają zarówno połamane płaszczyzny, jak i pionowe srebrne pasy okalające display. Dzięki temu starczyło jeszcze miejsca by pod ww. oknem na świat wkomponować sześć niewielkich przycisków odpowiedzialnych za wybudzanie/usypianie urządzenia, nawigację po menu i regulację głośności/balansu. Słowem wszystko to, co spokojnie da się wykonać z pomocą uniwersalnego, dołączanego w komplecie apple’owskiego pilota. Korpus wzmacniacza jest bardzo mocno ponacinany, co nie powinno dziwić biorąc pod uwagę, iż mamy do czynienia z konstrukcją w pełni lampową. Zanim jednak zajrzymy do trzewi warto choć na chwilę rzucić okiem na ścianę tylną, gdzie w wersji standardowej znajdziemy cztery pary wejść liniowych, z których trzy to RCA a jedna XLR. Terminale głośnikowe mają osobne odczepy do docelowego obciążenia wzmacniacza – 4, bądź 8 Ω. Jednak w ramach opcji nic nie stoi na przeszkodzie, by pod jedno z wejść RCA podpiąć opcjonalny moduł phono a widoczne na zdjęciach zaślepki zastąpić sześcioma wejściami cyfrowymi: LAN (Ethernet), COAX (RCA), Toslink, AES/EBU (XLR),USB a nawet Bluetooth. W dodatku funkcjonalność powyższego DAC-a rozszerzyć można o obsługę serwisu streamingowego Tidal (również MQA), oraz platformę Roon.
Jeśli zaś chodzi o ukryte nie tylko pod grubą blachą obudowy wzmacniacza, lecz również w przypominających silosy rakiet balistycznych dedykowanych tubusach, pracujące w stopniu wyjściowym lampy, to zamiast spodziewanych baniek z rodziny KT (88,90,120,150) bułgarski producent postawił na zdecydowanie mniej popularne 50W (po dwie na kanał) pentody mocy GU-50 (ГУ-50) będące swoistymi kopiami militarnych Telefunkenów LS-50. Ciekawostką jest też fakt użycia w sekcji zasilania i wejściowej wspólnych dla obu najnowszych integr płytek drukowanych, co potwierdza znaczną unifikację wspomnianych konstrukcji, które tak po prawdzie różnią się jedynie technologią w jakiej wykonano ich końcówki mocy.
Jak przystało na rasowego lampowca Enyo do zaprezentowania pełni swoich możliwości potrzebuje po włączeniu dłuższej chwili, więc każdorazowo krytyczny odsłuch warto poświęcić przynajmniej dwa-trzy kwadranse na rozgrzewkę. Jednak od razu uprzedzam, że nie chodzi o włączenie wzmacniacza i li tylko trzymanie go pod prądem, lecz nakarmienie go sygnałem audio. Krótko mówiąc Thrax, żeby zagrać tak, jak naprawdę potrafi musi swoje pograć i już. Gdy powyższe kryterium zostanie spełnione do naszych uszu powinny dotrzeć nader przyjemne dźwięki w naturalny sposób układające się w pasjonującą muzyczną ucztę.
Pierwsze co zwraca uwagę to delikatne, może nie tyle odejście, co zmniejszenie intensywności dotychczas lansowanej szkoły brzmienia stawiającej na iście wyczynową rozdzielczość i dynamikę jedynie delikatnie okraszoną lampowym czarem i słodyczą. Enyo bowiem nawet nie myśli ukrywać, ze jest lampowcem i to co w pewnym sensie stereotypowo lampowe nader zgrabnie wplata we własny pomysł na dźwięk. W porównaniu do swojego starszego rodzeństwa tytułowa integra gra zauważalnie ciemniej i jakby to metaforycznie ująć bardziej „karmelowo” a więc słodziej i gęściej. Proszę się jednak nie obawiać – to nie są ciepłe, rozgotowane kluchy, lecz jedynie z jednej strony delikatne obniżenie środka ciężkości a z drugiej strony przyprószenie górnych rejestrów złocistym pyłem. W rezultacie w większości prawidłowo skonfigurowanych systemów Thrax będzie czarował i sprawiał, że jakakolwiek nerwowość i kanciastość przekazu całkowicie straci rację bytu. Od razu uprzedzę – to nie jest uśrednienie, droga na skróty, czy tez próba grania wszystkiego kolokwialnie mówiąc na jedno kopyto, lecz własna – wynikająca z zaimplementowanej technologii sygnatura brzmienia. Dlatego też bardzo ciekawie wypada repertuar, po który większość audiofilów i melomanów włącza co najwyżej sporadycznie, czyli cięższe, aniżeli lansowane w komercyjnych rozgłośniach radiowych klimaty. Wystarczy bowiem sięgnąć po jeszcze ciepły, elektroniczno – metalowy „Ámr” Ihsahn, czy też trudny do jednoznacznego zaszufladkowania rodzimy „Zang” Glacy, by doświadczyć dość ciekawego uczucia, że jest diametralnie inaczej aniżeli zdążyliśmy się przyzwyczaić. Całość nabiera bowiem masy, soczystości i barwy jednocześnie nie tracąc nic a nic z natywnej agresji i w efekcie przestaje męczyć po kilkudziesięciu minutach odsłuchu nawet na wysokich poziomach głośności. Oczywiście po 50W lampie trudno spodziewać się takiej kontroli i konturowości najniższych składowych jak daleko nie szukając 300W Bryston 4B³, ale na tym pułapie cenowo – jakościowym możemy chyba założyć, iż ktoś decydując się na Thraxa ma, bądź przynajmniej powinien mieć, świadomość co się z tym wiąże i z jakimi kolumnami najlepiej go zestawić. Wspominam o tym nie bez przyczyny, gdyż moje dyżurne Gaudery nie należą do najłatwiejszych obciążeń a dodając do tego dość problematyczny materiał testowy zafundowałem Enyo iście morderczy tor przeszkód, z którym, musze to uczciwie przyznać, poradził sobie świetnie. A że zagrał inaczej aniżeli mam na co dzień, nie można mieć do niego absolutnie żadnej pretensji.
Wystarczy jednak przejść do bardziej cywilizowanych gatunków muzycznych i spokojnie możemy zacząć mówić o zjawiskowości i magii przekazu. Jazzowe, leniwe dialogi Tilla Brönnera i Dietera Ilga zarejestrowane na albumie „Nightfall” pokazały, iż Thrax bez najmniejszych problemów potrafi oddać zarówno skupienie i minimalizm kompozycji, jak i niezwykle trudną do uchwycenia „grę ciszą”, ciszą, która nie dzieli a spaja wysokie, lśniące złotym blaskiem rejestry trąbki z mięsistymi szarpnięciami, nieco pogrubionych, strun kontrabasu. Jednak prawdziwie uzależniający spektakl każdorazowo ropoczynał się w momencie, gdy przed mikrofonem stawała któraś z utalentowanych przedstawicielek płci pięknej, gdyż właśnie wtedy uwalniał się potencjał drzemiący w rozżarzonych szklanych bańkach. Nawet pozornie niezobowiązujący i wręcz cukierkowy album „Just A Little Lovin’” Shelby Lynne nie nudził i nie usypiał, lecz potrafił zaangażować uwagę słuchaczy sugestywnie wysuniętym i atrakcyjnie doświetlonym wokalem artystki, oraz dyskretnie akompaniującym jej muzykom.
Całe szczęście Thrax Enyo nie próbuje ani udawać, ani tym bardziej ścigać się ze swoim starszym, droższym i dzielonym rodzeństwem. Reprezentując nieco miej „wyczynowe” brzmienie i niezwykle pożądaną w dzisiejszych czasach uniwersalność (vide opcjonalne moduły) wydaje się wręcz wymarzoną propozycją dla wszystkich tych, dla których idea wielosegmentowych systemów, czy to ze względów lokalowych, czy też estetycznych, jest nie do przełknięcia. W swym pomyśle na dźwięk stawia na wyrafinowanie, szeroko rozumianą muzykalność, gładkość i eufonię, choć nie brak mu też werwy, gdyż w ciężkich, rockowych klimatach potrafi pokazać pazur jednocześnie cywilizując irytujące zazwyczaj chropowatości.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Nie trzeba być szczególnie dociekliwym, aby zorientować się, że w ostatnich czasach rynek bardzo dobrze odbieranych przez konsumentów produktów audio nie jest już areną tylko i wyłącznie dla największych tuzów tego segmentu światowej gospodarki. Trend ten trwa już kilka lat i przyznam szczerze, że byłbym delikatnie zdziwiony gdybyście nie zdawali sobie sprawy, iż nowe, niekoniecznie pochodzące ze „zgniłego zachodu” marki, walczą o klienta jak równy z równym z rozdającymi karty producentami typu McIntosh, czy Accupchase. Jakie? Wolne żarty, ale przekornie zapytam „znacie mającego kilka pozytywnie ocenianych epizodów na naszym portalu bułgarskiego Trax’a?”. Myślę, że tak, ale jeśli z niewiadomych przyczyn nie, to nic się nie stało, gdyż przedmiotem dzisiejszej epopei będzie produkt o bałkańskim pochodzeniu, czyli znanej nam z czasów komuny i wycieczek nad Morze Czarne Bułgarii w postaci zintegrowanego wzmacniacza lampowego Enyo, o którego obecność w naszych skromnych progach zadbał katowicki dystrybutor RCM.
Jeśli kojarzycie wygląd produktów opisywanego dzisiaj Thraxa, prawdopodobnie pamiętacie, że w zdecydowanej większości są to perfekcyjnie wykonane aluminiowe prostopadłościany o różnym sposobie aplikacji i ilości użytych w danym modelu lamp elektronowych. Tymczasem, w przeciwieństwie do starszych braci, model Enyo chcąc osiągnąć może nie gabarytową, ale wizualną, a przez to często łatwiej akceptowalną przez żony audiofilów aparycję, oferuje nam co prawda nadal sporą, jednak zdecydowanie łatwiejszą w aplikacji na docelowym miejscu, również zamykającą w swoim wnętrzu szklane bańki czarną skrzynkę. Nuda? Nie do końca, gdyż producent prostymi zabiegami designerskimi zadbał o dość ciekawy wygląd produktu. Co mam na myśli? Wiadomym jest, że najważniejszy w organoleptycznym odbiorze danej konstrukcji jest wygląd frontu. I w tej materii Thrax postanowił się przyłożyć, Wspomniany awers jest grubym, oferującym kilka skośnie skorelowanych ze sobą płaszczyzn czarnym płatem aluminium. Jednak nie jest to jedyny zabieg wizerunkowego zbliżenia się do potrzeb klienta, gdyż centralną część frontu od jej bocznych skośnych sąsiadek odcięto przypominającymi szelki maklerów giełdowych połyskującymi srebrem pasami i uzbrojono w solidnej wielkości, a przez to czytelny wyświetlacz. Tuż pod wspomnianym okienkiem informacyjnym znajdziemy jeszcze sześć przycisków funkcyjnych a na przylegającym do niego górnym skosie wydrążono ciekawie wpisujące się w całość projektu plastycznego logo marki. Przyznam szczerze, fotografie tego nie oddają, ale przy bezpośrednim kontakcie organoleptycznym całość nabiera całkowicie innego wymiaru. Przemierzając obudowę integry ku tyłowi na jej płycie górnej i ściankach bocznych znajdziemy niezbędne dla wentylacji grawitacyjnej wykorzystanych w trzewiach wzmacniacza lamp elektronowych ażurowe bloki. Jeśli chodzi zaś o tylny panel przyłączeniowy, temat wygląda następująco. W modelu testowym wykorzystano tylko jego podstawowy, bo zajmujący się wzmocnieniem sygnału audio potencjał, co unaocznia nam szereg niewykorzystanych otworów dla ewentualnych terminali typu: wejście na wewnętrzny przetwornik cyfrowo-analogowy, phonostage lub odtwarzacz sieciowy. Ok., to są dodatkowe opcje, co zatem mamy w standardzie? Na zewnętrznych flankach zaciski kolumnowe dla 4 i 8 Ohm, w centrum pleców śrubę uziemienia, trzy wejścia liniowe RCA, jedno XLR, a także zintegrowane z bezpiecznikiem i głównym włącznikiem gniazdo zasilania IEC. Ostatnią, z punktu widzenia użytkownika ważną informacją jest standardowo dostarczany z każdym egzemplarzem, pochodzący od Apple’a zgrabny pilot zdalnego sterowania.
Co ciekawego proponuje nam, parząc na pełną ofertę Thrax’a, skierowany w stronę mówiąc kolokwialnie zwykłego Kowalskiego wzmacniacz zintegrowany Enyo? Oczywiście jak na lampę przystało, gęsty i przez to bardzo muzykalny dźwięk. Naturalnie wypadkowa poczynionych oszczędności podczas projektowania w stosunku do topowych modeli odcisnęła na fonii swoje piętno, ale zapewniam, bez oglądania się na szczyty cennika, Enyo jest bardzo przyjaznym dla melomana wzmacniaczem. Dlaczego napisałem przyjaznym? Opisywany piecyk nie wykazuje samobójczych zapędów brylując w aspektach przerastających jego możliwości soniczne typu: pełna kontrola najniższych rejestrów bez względu na poziom głośności, czy rozmach oddania w pełnym świetle najdelikatniejszych alikwot górnych rejestrów. To jest propozycja przede wszystkim stawiająca na spójność bardzo ciepłego przekazu ze wszystkimi jego zaletami. Gdy wymaga tego materiał muzyczny, gra z typowo lampową eterycznością, ale bez jej sztucznego pompowania. Oferuje solidną dawkę plastyki, która naturalną koleją rzeczy sprawia, że wysokie tony nie wyskakują przed szereg i w najbardziej rozświetlonych momentach mienią się raczej złotem niż odstającymi od całości prezentacji kryształkami Swarovskiego. A co z basem? Cóż, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Ale natychmiast zaznaczam, tę maksymę należy odnieść jedynie do możliwości starszych braci, gdyż na tle konkurencji z tego samego przedziału cenowego Enyo często mógłby służyć dla niej jako wzór wyważenia pomiędzy krągłością, energią i wyrazistością brylujących w niskich rejestrach instrumentów. Proponując pokazujące za i przeciw opiniowanej konstrukcji, świadomie wybrane z całego procesu testowego propozycje płytowe rozpocznę od muzyki sakralnej Buxtehudego formacji The Purcel Quartet „Membra Jesu Nostri”. Jak można było się spodziewać, całość kompilacji za sprawą wprowadzenia do dźwięku wysmakowanej estetyki lampy wypadła nader ciekawie. Czy to damska wokaliza, czy oczekujące fajnej dawki wysycenia instrumentarium z epoki świetności tej muzyki, wszystko zdawało się dziękować mi, że tym razem do zaopiniowania trafił mogący pochwalić się wprowadzaniem do muzyki pewnego rodzaju duchowość wzmacniacz lampowy, a nie stawiający na bezduszne taktowanie każdej frazy tranzystor. Ale to nie koniec zalet Bułgara, gdyż nasz bohater bardzo dobrze radził sobie również z tematem oddania akustyki goszczącego muzyków kościoła, pokazując jego rozmach tak w sferze wysokości, jak i metrażu posadzki. Idąc dalej, tym razem na recenzencki tapet wezmę stawiający na wycyzelowanie każdej nuty jazz spod znaku ECM, a dokładnie mówiąc najnowszy krążek Bobo Stensona w trio zatytułowany „Contra La Indecisión”. I co, tutaj również same ochy i achy? Powiem tak. Dla mnie to wydarzenie muzyczne podobnie do twórczości Buxtehudego, czy Monteverdiego również sprawiało bardzo dużo przyjemności ze słuchania. Owszem, kilka akcentów wypadło zbyt lampowo, czyli słodko i miękko, ale nie mogę powiedzieć, że było źle, gdyż muzyka nie utraciła tak ważnego dla jej witalności oddechu, czyli tłumacząc jak chłop krowie na rowie, nie zanotowałem uśredniającej przekaz wirtualnej woalki a jedynie dodatkową szczyptę płynności dźwięku. I gdy na całej operacji z wysyceniem i podgrzaniem temperatury bardzo zyskiwał majestatyczny fortepian, to w pracy kontrabasu czuć było lekkie zaokrąglenie jego konturów, a bardzo ważne dla tego rodzaju muzyki talerza bębniarza mieniły się w zbyt ciemnym odcieniem złota. Jednak natychmiast chciałbym przyjść w sukurs wzmacniaczowi i wyraźnie zaznaczyć, że wielbiciele lamp będą z takiego podania dźwięku bardzo ukontentowani. To po co to całe zamieszanie? Otóż przywołuję te aspekty jedynie w celach dokładnego pokazania pomysłu na muzykę pochodzącego z Bułgarii wzmacniacza, a nie z chęci jego deprecjonowania. Jestem tutaj po to, aby w miarę czytelnie wyłożyć zalety i wady konstrukcji, a bez takich dociekliwych analiz niczego sensownego się nie dowiecie. Ok., koniec tłumaczenia się, co samoczynnie formułuje kolejne pytanie typu: „A co z mocniejszymi nurtami?”. W tym przypadku wesprę się koncertami Kena Vandermarka z krakowskiej Alchemii. Tak, czuć było wyraźną estetykę krągłości i lekkiego spowolnienia lampy w szybkości grania free-jazzowego zespołu, ale w zamian otrzymałem fantastycznie brzmiący saksofon frontmena (Ken Vandermark) i energię masywnej stopy perkusji. To była ewidentna sytuacja oddawania czegoś za coś, ale biorąc pod uwagę cenę wzmacniacza i jedynie delikatne dryfowanie dźwięku w odmienną od znanej mi na co dzień stronę, z czystym sumieniem jestem w stanie stwierdzić, że i w tym przypadku bułgarski wojownik wyszedł z pojedynku z tarczą.
Wpinając tytułową integrę w mój tor audio mocno zastanawiałem się, jak zmuszające konstruktora do zmieszczenia się w zaplanowanym budżecie oszczędności wpłyną na finalne brzmienie wzmacniacza. Czy postawił na będącą bliższą tranzystorom szybkość ewidentnie narażając się tym obozowi ortodoksyjnych lampiarzy. A może zbyt mocno popłynął z prądem szklanych baniek i zestroił swoisty ulepek, a nie tętniący życiem świat muzyki. Po analizie tego testu stanowczo stwierdzam, iż nie ma mowy o odejściu od estetyki konstrukcji lampowych, ale dźwięk został podany tak, aby przemieszczające się w próżni elektrony były nadającą smaku muzyce z wyczuciem dodaną egzotyczną przyprawą, a nie zabijającą piękno tworów nutowych, dominującą w każdym jej aspekcie swoistą warząchwią soli kuchennej. Gdzie w takim razie widzę tytułowy wzmacniacz? Prawie u każdego, kto kocha muzykę przez duże „M”. Dlaczego prawie? Otóż Przed wpisaniem Enyo na listę odsłuchową musicie przyznać się przed sobą jak na spowiedzi, czy przed jego wizytą nie macie problemów z nadmierną soczystością przekazu prywatnej układanki. Jeśli tak, ewentualną porażkę typu zbyt duża otyłość dźwięku zrzucicie na niego, tymczasem ja, mając go u siebie przez kilka tygodni, w mocno zagęszczonym już na starcie systemie wiem, że owszem stawia na muzykalność i wysycenie, ale nie w stopniu przekraczającym zdrowy rozsądek. Zatem jeśli nie macie sobie nic do zarzucenia, nic tylko brać najnowsze dziecko Thrax’a na prywatną sesję odsłuchową. Co prawda sukcesu nie jestem w stanie zagwarantować, ale jedno jest pewne, zważywszy, że mamy do czynienia z umiejętnie dozującą plastykę lampą, nie będzie to stracony czas.
Jacek Pazio
Dystrybucja: RCM
Ceny:
Thrax Enyo: 10 350 €
Moduł DAC z BT 4.0: 1995 €
Moduł streaming do DACa: 820 €
Moduł RIAA MM/MC: 895 €
Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 2 x 50W
Wejścia analogowe: 3 pary RCA, 1 para XLR
Pobór mocy: 350 W
Wymiary (S x G x W): 440 x 480 x 190 mm
Waga: 26 kg
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 1
Jestem prawie w stu procentach przekonany, że gdy większość z Was widzi moje monstrualnie wielkie i o zgrozo, trochę na przekór najnowszym konstrukcyjnym trendom, ustawione w poprzek, czyli najszerszym bokiem do słuchacza, przypominające trumny austriackie kolumny, nawet w najbardziej optymistycznych snach nie lokuje ich w choćby przysłowiowym garażowym drugim zestawie. I wiecie co? Z organoleptycznego punktu widzenia wzmocnionego ewentualnym trzęsieniem ziemi podczas bratobójczego starcia z żoną na temat negatywnych opinii gości o tak umeblowanym salonie spora grupa z Was ma całkowitą rację. To są niezgrabne trzydrzwiowe szafy gdańskie i trzeba lubić trącający myszką design wszelkich akcesoriów wyposażenia wnętrz, lub kurczowo trzymać się krążącej pośród audiofilów maksymy – nie ważne, jak wygląda, ważne, że pięknie gra, aby bez jakichkolwiek oporów się do nich przekonać. Po co tak trochę tendencyjnie „obrzydzam” wzorcowe dla mnie konstrukcje? Dla sportu? Oczywiście, że nie, gdyż w tym odcinku nasze rozbudowane do dwóch osobników homo sapiens grono recenzentów przyjrzy się konstrukcji, która na tle będących punktem odniesienia, pochodzących z minionej epoki kloców (okleinowana egzotycznym fornirem sklejka i papierowe przetworniki) nie tylko wygląda jak z kosmosu, ale również wykorzystuje wiele pochodzących z próbujących okiełznać jego realia technologii i materiałów. O czym mowa? Naturalnie o bardzo głośno komentowanej ostatnimi czasy przez pozytywnie zakręconych na temat dobrej jakości dźwięku melomanów amerykańskiej marce Magico. Zaciekawieni? Jeśli tak, to zapraszam na małe co nieco z bardzo ciekawego spotkania z może nie zajmującym szczyt oferty, ale dość wysoko pozycjonowanym w portfolio marki modelem M3, którego pojawienie się w naszym opiniotwórczym oktagonie ze znaczącym zaangażowaniem logistycznym, również w kwestii aplikacji amplifikacji w postaci monofonicznych końcówek mocy Pass Labs XA 100.8, zadbała mająca główną siedzibę w Warszawie Sieć Salonów Top HiFi & Video Design.
Jak wspomniałem w poprzednim akapicie, zaproszenie do siebie Magico gwarantuje użytkownikowi codzienne obcowanie z najnowszymi technologiami w dziedzinie budowy kolumn. To wykorzystane do konstrukcji obudów, przyjmujące bardzo nowoczesne formy aluminium i zazwyczaj kewlar, który wraz z berylem i grafenem w membranach wykorzystywany jest w konstrukcjach przetworników. Mało? Proszę bardzo. Najnowsze produkty tej stajni bez oglądania się na konkurencję, a przez to wyznaczając nowe standardy, zaczynają się chwalić tak jak w tym przypadku zaprzęgniętym do ubrania bocznych płaszczyzn skrzynek włóknem węglowym, a ostatnimi czasy w najdroższych propozycjach nawet wspomnianym grafenem zamiast kewlaru w membranach głośników. Po takiej wyliczance nawet najbardziej zatwardziały malkontent musi przyznać, iż co jak co, ale duch wdrażania najnowszych technologii w brygadzie inżynierskiej opisywanej marki jest bardzo silny. Ok., koniec ogólników, przystąpmy do clou.
Przyglądając się bliżej przybyłemu na występy modelowi M3 kilka informacji zawartych w poprzednich zdaniach jestem zobligowany powtórzyć. Nasze bohaterki do wykonania frontu, pleców, podłogi, dachu i zlokalizowanej wewnątrz, usztywniającej całość konstrukcji kratownicy jako materiał bazowy dla obłych, a przez to bardzo przyjaznych wizualnie obudów wykorzystują wydawałoby się przecież lekkie, ale z racji niezbędnej do wykonania tak dużych konstrukcji ilości materiału w konsekwencji czyniące sporą końcową masę aluminium. Ich zbiegające się ku tyłowi boki nie tylko w celach wizualnych, ale również sonicznych pokryto pięknie prezentującym się nawet w oczach naszych drugich połówek, wykorzystującym motyw kratki włóknem węglowym. Przybliżając zaaplikowany na przedniej ściance zestaw głośników spieszę donieść, iż wszystkie wykonane są przez podwykonawców, ale według ścisłej specyfikacji marki Magico w skład których w tym przypadku wchodzą: wykorzystujące wzbogacone grafenem karbonową plecionkę trzy niskotonowce, jeden średniotonowiec i obsługująca najwyższe rejestry, w przeciwieństwie do konkurencji niczym nie osłonięta berylowa kopułka. Spoglądając na sposób osadzenia omawianych kolumn na podłodze w wersji testowej znajdziemy cztery współpracujące z obłymi wielowarstwowymi absorberami kolce. Jednak marka zza wielkiej wody nie byłaby sobą, gdyby na potrzeby wymagających klientów nie przygotowała czegoś specjalnego, czyli za dopłatą stabilizujących je w trzech punktach nieco bardziej rozbudowanych technologicznie, a przez to zdecydowanie lepiej eliminujących szkodliwy wpływ podłoża na końcowy efekt dźwięk kolumn układy odsprzęgające. Ostatnią, a zarazem z punktu wodzenia ortodoksyjnego audiofila nie do końca wpisującą się w jego wymogi oddzielenia dostarczanych sygnałów do kolumn informacją tego akapitu jest zastosowanie przez producenta jedynie pojedynczego przyłącza dla kabli głośnikowych. Naturalnie nie jest to żadna ułomność konstrukcji, a rzekłbym nawet pewnego rodzaju ograniczające nas do wykorzystania pojedynczego okablowania kolumnowego zbawienie dla portfeli, ale wspomniałem o tym jedynie z racji kontaktów z wręcz kochającymi tak zwaną “kabelkologię” audiofilami, którzy widzą w takim posunięciu pewnego rodzaju ograniczenie ich inwencji maksymalnego wykorzystywania potencjału kolumn. Nie wiem, z jaką grupą utożsamia się każdy z Was, jednak nawet jeśli zaliczacie się do wspomnianego obozu audiofilskich ortodoksów, ja ze swej strony dla uspokojenia skołatanych nerw nieco uprzedzając fakty mogę nadmienić, że mimo okrojonej oferty zacisków prezentowany dźwięk jest bardzo wysokiej próby.
Co prawda tematem dzisiejszego testu są zespoły głośnikowe, ale będąc konsekwentnym nawet w obliczu już wcześniejszych występów w recenzenckich bojach nie mogę choćby skrótowo nie wspomnieć o przybyłych razem z nimi, pracującymi w klasie A monoblokami Pass XA 100.8. Ich fronty wykonano z grubych płatów szczotkowanego aluminium i w celach designerskich uzbrojono jedynie w sporej wielkości, mieniący się niebieską poświatą okrągły wskaźnik oddawanej mocy, a tuż pod nim, również okrągły, włącznik inicjujący działanie wzmacniacza. Nie powinna też dziwić, biorąc pod uwagę klasę pracy (A) i oddawaną moc, obecność imitujących popularną podczas zimowych świąt jodełkę, solidnie nagrzewających się podczas pracy wzmacniaczy monstrualnych radiatorów. Zaś wieńcząc te kilka zdań opisu informacjami o rewersie monosów spieszę donieść, iż z racji swojego bardzo prostego zadania uzbrojono je jedynie w pojedyncze wejścia liniowe RCA i XLR, podwojone terminale kolumnowe, gniazdo zasilania i główny włącznik.
Jak wypadły tytułowe kolumny? Czy mnie uwiodły, bądź przynajmniej zaciekawiły? Cóż, po zapoznaniu się z wieloma relacjami z odsłuchów sporej liczby użytkowników kilku for internetowych, w stosunku do wielu narzekających na tamte wydarzenia zacznę trochę wrogo. Po tym czego zaznałem na swoim podwórku, zastanawiam się, jak trzeba się starać, aby zniweczyć oferowaną przez model M3 jakość dźwięku. Powiem tak, nawet najsłabiej wypadająca jakościowo konfiguracja kablowa za każdym razem pokazywała, że zarezerwowane dla najlepszych producentów cechy tej konstrukcji słyszalne są zawsze i o dziwo bardzo łatwo kierują nasze ruchy, czy to w doborze elektroniki, czy odrutowania w najlepszą dla końcowego dźwięku stronę. Naturalnie zmiana towarzystwa dla kolumn zazwyczaj powoduje nieco inną prezentację, ale nigdy nie odchodzi od wyśrubowanej jakości, o czym dobitnie przekonałem się łącząc Magico raz z amerykańskimi monoblokami PASS-a, a raz z japońską stereofoniczną końcówką Reimyo. Co w wydaniu Magico M3 oznacza słowo jakość? Pierwsze co wiedzącym na czym polega poprawne odtwarzanie muzyki rzuca się w ucho, to niestety zbyt rzadko prezentowany przez odsłuchiwane przeze mnie konstrukcje spokój grania. I nie chodzi mi w tym momencie o jakiekolwiek wycofanie się dźwięku, tylko jego niewymuszona, czasem sprawiająca wrażenie, że ma nas w nosie, pełna oddechu i przestrzeni prezentacja. To słychać od pierwszej nuty, ale bardzo często odbierane jest jako zbyt duża asekuracja, gdyż zdecydowana większość miłośników muzyki woli pewnego rodzaju siłowe angażowanie ich w wir jej realiów, co według mnie jest ewidentnym, co prawda bardzo delikatnym, ale niestety pożądanym efektem “łał”. W przypadku M3-ek nie ma ani krzty natarczywości, tylko prezentacja fantastycznie zawieszonych w powietrzu zapisów nutowych, z których prym dla mnie wiodą utwory jazzowe i utożsamiane z Jordi Savallem dzieła sakralne. Oczywiście nie oznacza to, że z innymi gatunkami kolumny mają jakiekolwiek problemy, ale te dwa style są mi najbliższe, dlatego je wspomniałem w pierwszej kolejności i na ich przykładzie opiszę swoje odczucia z odsłuchów. Dlaczego pominę mocniejsze rytmy? Z dwóch prostych przyczyn. Jedną jest pewność, że muzykę buntu wplecie w swoją wersję wydarzeń Marcin, a drugą jest celowe unikanie pisania o repertuarze słuchanym bardzo sporadycznie i według mnie nie mającego potencjału wyciśnięcia pełni eterycznych możliwości sonicznych (wyłączyłbym z tego zbioru jeszcze muzykę klasyczną) z naszych bohaterek. Zanim rozpocznę przybliżanie konkretnych produkcji płytowych rozwinę jeszcze przywołaną kilka linijek wcześniej frazę „spokój grania”. Pisząc podobne zwroty mam na myśli przekaz pełen oddechu i witalności z wyraźnym różnicowaniem wielobarwności każdego instrumentu, a także nieskrępowanym oddaniu różnorodności energii ich wybrzmiewania w stosunku do siebie. Zazwyczaj podczas opisywania propozycji testowych piszę jeszcze o takich podstawowych elementach dźwięku jak szerokość i głębokość wirtualnej sceny z dobrą czytelnością rozlokowanych na niej artystów. Jednak mając na uwadze, iż mierzę się z czymś wybitnym nie będę wspominał o tak przyziemnych dla tego typu konstrukcji elementarnych składowych odpowiednio zbilansowanego przekazu. gdyż zważywszy na wysokie lokowanie w portfolio marki byłoby to jawną potwarzą dla pretendentek do laurów. Ok., przystąpmy do pierwszego krążka, jakim będzie produkcja Adama Bałdycha z trio Helge Lien zatytułowana „Bridges”. Jak wielbiciele jego twórczości znakomicie się orientują, Adam od najcichszych poziomów grania przemawia do nas bardzo rozedrganymi pociągnięciami smyczka. To są na tyle minimalne ruchy, że jeśli odtwarzany zestaw nie przedstawi ich w pełnej rozdzielczości – nie mylić z mogącym spowodować odbiór pociągnięcia smyczka po strunach w domenie pisku rozjaśnieniem, nie wgryziemy się w mające poruszyć nasze zmysły swoistą duchowością tego przedsięwzięcia muzycznego zamierzenia artysty. I nie pomoże tutaj zwykłe podkręcenie gałki głośności, gdyż początkowe pozorne ukontentowanie czytelnością po dojściu do momentu inicjacji dźwięków reszty zespołu skrzypce zwyczajnie zaczną krzyczeć. To ma być rozdzielczość, a nie podniesienie tonacji o oczko wyżej i po zebraniu odsłuchowych myśli w jedną całość, stwierdzam z całą stanowczością, Magico spełniają te założenia idealnie. Dlaczego to jest takie ważne? Otóż w przypadku nienarzucającego się, wspomaganego fantastycznym efektem 3D sposobu prezentacji gry zespołu w naszej samotni, gdy zapragniemy przyjrzeć się poszczególnym instrumentom z osobna lub przekonać się, czy artyści złapali ze sobą niezbędne do kreowania świata jazzu flow, nie sprawi nam to najmniejszego problemu, gdyż czynimy to prostym uruchomieniem innych partii zwojów mózgowych, a nie siłowym wsłuchiwaniem się zapisaną na płycie muzę. I właśnie za takie umiejętności naszym bohaterkom należą się gromkie brawa. Ja wiem, że przynudzam, bo nie wszyscy lubią słuchać przywoływanego dotychczas plumkania. Jednak gdy zestaw nie umie radzić sobie z mikrodynamiką, z pewnością może mniej zauważalne, gdyż tam bardziej stawiamy na energię, a nie na wycyzelowanie dźwięku, będzie miał problemy również z prawdą w muzyce buntu w postaci rocka, czy ciężkiego metalu. Idąc dalej z tematem jakości fonii i odchodząc od muzyki stricte jazzowej dodam, że w identyczny, czyli stawiający na bezproblemowe, wręcz pewnego rodzaju od niechcenia pokazanie każdego niuansu dźwięku sposób wypadała muzyka dawna. Czy to kubatura kościoła z jej wszelkimi artefaktami zmieniającego swoją energię po odbiciu od ścian i sufitu dobiegania do naszych uszu echa, czy swobodne w domenie wolumenu głośności lokowanie często rozrzuconych na posadzce klasztoru artystów, wszystko było ewidentną wodą na młyn recenzowanych konstrukcji. To nie było zwykłe odtworzenie materiału, tylko przeniesienie mnie w tamte, z punktu widzenia człowieka XXI wieku piękne muzycznie czasy, co jak sądzę, pozostanie w mej pamięci na długie lata. I gdy teoretycznie moja opowieść zbliża się do nieuniknionego końca, postanowiłem się przełamać i z przyjemnością zdawkowo wspomnieć o zdecydowanie cięższej brzmieniowo płycie Johna Zorna w projekcie MASADA „First Live 1993”. I co, jakieś negatywne zaskoczenie? Nic z tych rzeczy. Do tej pory podczas opisywania wartości sonicznych Amerykanek mając na uwadze ich niekwestionowaną pozycję w High Endzie nic nie wspominałem o wysyceniu generowanej przez nie muzyki. Tymczasem na tle wcześniej opiniowanej konkurencji w tym przypadku mamy do czynienia ze sporym bogactwem soczystych alikwot. To zaś wręcz idealnie wpisywało się w wymagania nie tylko ludzkiego głosu muzyki dawnej, czy jazzowych skrzypiec A Bałdycha, ale również tak uwielbianego przeze mnie saksofonu J. Zorna i o dziwo bardzo dobrze reagującej na dawkę masy w środku pasma, dzięki temu energetycznie oddawanej stopy perkusji. Niemożliwe? A jakże, możliwe. I co najciekawsze, podczas starcia z dwoma wzmocnieniami (Pass i Reimyo) otrzymywałem całkowicie inny balans tonalny (Amerykanin stawiał na niższy bas proponując nieco lżejszą średnicę, a Japończyk więcej pracował na przełomie dołu i środka pasma), a mimo to za każdym razem odbierałem to jedynie w kwestii innej prezentacji tego samego wydarzenia, a nie jakichkolwiek problemów. Cuda? Nie. Po prostu każdy miłośnik muzyki ma inaczej zogniskowany punkt “G” swoich oczekiwań, dlatego też w przypadku tak fantastycznego grania nie mnie jest rozsądzać, co jest dobre, a co złe. Ważne, że jakość dźwięku była pierwszej próby, a końcowy werdykt wyda potencjalny nabywca swoim portfelem.
Nie byłbym szczery, gdybym nie przyznał się, iż temat przybycia na testy rzeczonych kolumn na przemian powodował u mnie delikatne stany lękowe i zdobyty podczas pozytywnie wypadających u mnie występów podobnych konstrukcji pełnoprawny optymizm. Dlatego też aby mieć zdecydowanie większy wachlarz możliwości konfiguracyjnych, poprosiliśmy dystrybutora o dostarczenie odpowiedniej jakościowo elektroniki, co w konsekwencji starcia z moim piecem pokazało, że pełnoprawni przedstawiciele świata High Endu nie tracąc nic na jakości generowanego dźwięku pokazują go jedynie w nieco innej estetyce. Czy widzę jakieś ewentualne problemy z aplikacją jankeskiego pomysłu na muzykę? Szczerze powiedziawszy, biorąc pod uwagę, iż cena dość mocno determinuje posiadającego odpowiednio duże lokum do słuchania muzyki potencjalnego nabywcę, jedynym wymagającym drobnych korekt aspektem może okazać się zastany system. Ale przekonawszy się na własnej skórze, jak łatwo jest dobrać odpowiednie składowe układanki, aby system zagrał na miarę naszych osobistych oczekiwań, również tego tematu nie traktowałbym jako jakiegokolwiek problemu, tylko czysto kosmetycznej korekty. A żeby przybić temu stwierdzeniu stempel realności, powiej tylko tyle, jeśli ktoś w dobie notorycznego braku czasu bez gwarancji pozytywnych efektów skłania się ku rezygnacji z podejścia zakupowego, mimo na chwilę obecną całkowitego zadowolenia z uzyskanego za sprawą ISIS-ów kolumn dźwięku, w momencie dysponowania niezbędną ilością środków płatniczych osobiście miałbym poważny orzech do zgryzienia, czy jednak nie spróbować przesiadki? Magico M3 proponują rzadko spotykaną jakość od zawsze poszukiwanej przeze mnie niewymuszonej prezentacji i jedyne co nas dzieli, to zasobność portfela.
Jacek Pazio
Opinia 2
Utrzymanie się na powierzchni dystrybucyjnej egzystencji przypomina z jednej strony znany z okresu zimnej wojny wyścig zbrojeń a z drugiej ekosystem niemalże całkowicie zamkniętego akwenu. Jeśli chodzi o pierwsze porównanie to sprawa wydaje się jasna – każdy z dystrybutorów, oczywiście w miarę własnych możliwości, zbroi się na potęgę w marki mające podkreślić jego status i oczywiście zapewnić jak największą sprzedaż. Natomiast analogie natury ichtiologicznej też nie wydają się zbyt trudne do rozszyfrowania. Na każdym bowiem rynku mamy do czynienia z tzw. „grupa trzymającą władzę”, czyli kilkoma ustalającymi zasady gry, potężnymi drapieżnikami i pomniejszymi rybkami muszącymi nieźle się napocić, by natrafić na jakiś smakowity kąsek. Jeśli kogoś w tym momencie uraziłem, to bardzo przepraszam, ale tak właśnie wyglądają realia prowadzenia biznesu praktycznie wszędzie i w każdej branży, więc trudno aby rynek Hi-Fi i High-End akurat w tej kwestii miałby się czymkolwiek wyróżniać. Chociaż … z drugiej strony, jak już zdążyłem nadmienić, to dość hermetyczne środowisko, więc przetasowania dystrybuowanych marek zachodzą w praktycznie niezmiennym od lat gronie i na palcach jednej ręki można policzyć przypadki, by do stolika głównych graczy dosiada się ktoś całkowicie nowy. Zdecydowanie częściej owe „grube ryby” wyłuskują spośród oferty niższej wagi zawodników rokujących producentów poszerzając ty samym swe, już i tak pokaźne portfolio.
Jeśli zastanawiają się Państwo po co to wszystko piszę, to prosiłbym jeszcze o chwilę cierpliwości i sięgnięcie pamięcią do jesieni 2016 roku, gdy lokalną brać audiofilska zelektryzowała wiadomość, iż legenda amerykańskiego, kolumnowego High-Endu, czyli Magico będzie reprezentowana przez … Sieć Salonów Top HiFi & Video Design. W Warszawie pojawił się najpierw Peter Mackay – wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu a po ubiegłorocznym monachijskim High Endzie sam Alon Wolf. Niestety przetasowania natury dystrybucyjnej niespecjalnie wpłynęły na możliwość pozyskania czegokolwiek z wielce intrygującego katalogu Magico do testów, gdyż tym razem twardo obstawialiśmy przy tym, że tej klasy kolumn, jeśli chcemy cokolwiek wiarygodnego napisać, musimy posłuchać u nas a nie w salonie dystrybutora. Jak widać nasz upór się opłacił, gdyż choć na finał negocjacji trzeba było czekać ponad rok, to summa summarum, to co do nas w końcu dotarło zdecydowanie przekroczyło nasze wstępne oczekiwania. Zamiast bowiem prezentowanych przez Petera całkiem pokaźnych S5 MK II i obecnych podczas prelekcji Alona filigranowych S1 MkII oraz S3MkII przypadł nam zaszczyt goszczenia … ultra – nowoczesnych Magico M3, czyli swoistej wariacji na temat może nie tyle udomowienia, co udostępnienia szerszemu gronu rozwiązań zastosowanych w limitowanym modelu M-Project.
Jeśli myślicie Państwo, że życie recenzenta to pasmo nieustających przyjemności i delektowania się dźwiękami zarezerwowanymi jedynie dla nielicznych, to przy opisie aparycji dzisiejszych bohaterek wszystkich zainteresowanych odsyłam do relacji z akomodacji tytułowych kolumn w naszym oktagonalnym OPOS-ie, czyli standardowego procesu unboxingu. Śmiem twierdzić, iż te dość niepozorne (bywały u nas zdecydowanie większe konstrukcje) podłogówki ważą bagatela po blisko 150 kg. szt. i ich aplikacja w docelowym miejscu najdelikatniej rzecz mówiąc okazała się nad wyraz absorbującym zarówno dystrybutora, jak i nasze zasoby ludzkie. Całe szczęście wspólnymi siłami udało się ustawić M3-ki w miejscu naszych dyżurnych Isisów a mając na uwadze iż wcześniejsze spotkanie z produktami Magico odbywały się w towarzystwie elektroniki Passa to i tym razem skorzystaliśmy z okazji (o uprzejmości dystrybutora nawet nie wspominając) i wraz z tytułowa parką kolumn pozwoliliśmy sobie zamówić parę goszczących już jakiś czas temu u nas A-klasowych monobloków XA 100.8, które podczas odsłuchów pracowały naprzemiennie z naszą redakcyjną, stereofoniczna końcówką Reimyo KAP – 777.
Przejdźmy jednak do konkretów. Magico M3 wyglądają jak przysłowiowy milion dolców i prawdę powiedziawszy patrząc na ich dość zaporową dla większości populacji homo sapiens cenę równie dobrze mogłyby tyle właśnie kosztować. W końcu niezbyt często mamy okazję gościć u siebie konstrukcje kosztujące równowartość dwupokojowego mieszkania w niezbyt dużej odległości od centrum. Mniejsza jednak z tym. Życie nauczyło nas, że nie zawsze zapierająca dech w piersiach cena jest gwarantem równie ekstremalnych doznań sonicznych i lepiej się niepotrzebnie nie nakręcać. Z Magico jest jednak tak, że praktycznie po samym ustawieniu ich widok cieszy oczy wielce udanym mariażem ultra – nowoczesności reprezentowanej przez obłe ściany boczne wykonane z połyskliwego włókna węglowego i iście kosmiczne – grafenowe przetworniki średnio (pojedynczy) i nisko (po trzy szt.) tonowe z oazą spokoju, czyli szaro-satynowym aluminiowym korpusem, w którym zostały osadzone. Jak sami widzicie państwo na zdjęciach taka misterna układanka całkiem nieźle wygląda nie tylko w surowych, ograniczonych do gołego betonu, stali i szkła studyjno – laboratoryjnych wnętrzach, ale i nieco bardziej przytulnych brązach i czerwieniach.
Wyraźnie trzeba powiedzieć, że wcześniejsze wzmianki o niemalże kosmicznych technologiach i materiałach wykorzystanych przy produkcji M3-ek, to nie zwykła marketingowa mowa-trawa i typowo reklamowe zaklinanie rzeczywistości, lecz twarde i w dodatku namacalne fakty. Magico jest bowiem pierwszym na świecie producentem, który wykorzystał grafen do produkcji membran głośnikowych. Wypada sobie uświadomić, iż materiał ten wyróżnia się ok. 100 krotnie większą wytrzymałością od najlepszej stali. Wspominam o tym, gdyż właśnie nanografenu i nowego, opatentowanego, ultra-sztywnego splotu karbonu, który jest o 20 proc. lżejszy i 300 proc. sztywniejszy aniżeli ten, z którego wykonywano membrany głośników poprzednich generacji Magico użyto do budowy 152-milimetrowego przetwornika średniotonowego (MAG6004RTC) i 178-milimetrowego głośnika niskotonowego (MAG7012RTC). Dla efektu finalnego niebagatelne znaczenie ma wewnętrzna konstrukcja kolumny w postaci 3-osiowej ramy matrix stanowiącej swoisty szkielet warstwowej obudowy z włókna węglowego i aluminium gwarantując maksymalną sztywność całej konstrukcji, a dzięki specjalnemu wytłumieniu eliminując pasożytnicze rezonanse i podkolorowania dźwięku.
No właśnie, dźwięk. Ultra sztywna konstrukcja obudów, równie sztywne membrany wszystkich (włącznie z berylowo-diamentową kopułką wysokotonową) przetworników mogą powodować u co poniektórych słuchaczy pewne obawy, czy przypadkiem w walce ze szkodliwymi wibracjami i dążeniu do całkowitej eliminacji jakichkolwiek, nawet najmniejszych odstępstw od liniowości nie zgubiono po drodze, tego co w muzyce jest przecież najważniejsze – emocji. Emocji, które sprawiają, iż poszczególne nuty i frazy układają się w spójną i jakże miłą naszym uszom całość. Całe szczęście niemalże kosmiczne technologie nie zaowocowały iście prosektoryjną sterylnością, lecz o dziwo efektem wręcz przeciwnym i prawdę powiedziawszy będącym dla mnie sporym zaskoczeniem – niezwykłym wysublimowaniem i wręcz karmelową słodyczą. Tak, tak, nie przewidziało się Państwu. M3-ki od pierwszych taktów zachwycają gęstym, homogenicznym i na wskroś analogowym brzmieniem zdolnym zauroczyć praktycznie na dowolnym repertuarze. W ramach potwierdzenia powyższych doznań posłużę się dość niestandardowym, jak na recenzenckie standardy materiałem testowym, czyli koncertowym i zarazem niezbyt poważanym przez heavymetalowych ortodoksów koncertowym albumem „S&M” Metallicy. To symfoniczne i zarazem potrafiące zabrzmieć niezwykle apokaliptycznie wydawnictwo zaprezentowane przez Magico zyskało nie tylko na dynamice, ale i na wysublimowaniu, gdyż precyzja z jaką amerykańskie kolumny rozlokowały na obszernej scenie poszczególnych „klasycznych” muzyków a zarazem swoboda i uwaga w śledzeniu poczynań radośnie hasającej włochatej ferajny z „Mety” wzbudziła mój niekłamany podziw. Podobnie było z oddaniem dynamiki tak w skali mikro, jak i makro kiedy po delikatnym intro zaledwie muskających struny skrzypiec smyczków wchodziły kruszące mury Jerycha gitarowe riffy i drący się w niebogłosy James Hetfield. W tym momencie warto podkreślić, iż zarówno dostarczone przez dystrybutora Passy, jak i Reimyo nieco inaczej, czyli każde na swój sposób odciskały piętno na brzmieniu M3-ek a tym samym na efekcie finalnym. Otóż łypiące szafirowymi bulajami cyklopy Passa dociążając dół pasma stawiały na doniosłość i potęgę brzmienia. W tymże połączeniu było coś apokaliptycznego, czuć było drzemiącą w nich niszczycielską siłę i prawdę powiedziawszy, choć przy tego typu muzyce zwykle nie mam oporów przed osiąganiem iście koncertowych poziomów głośności, to tym razem wolałem zachować ostrożność, gdyż brak jakichkolwiek zniekształceń był zwodniczy i gdy tylko na chwilę pozwoliłem sobie wcisnąć pauzę okazało się, że i tak, zupełnie niepostrzeżenie doszedłem do poziomu, do którego mieszkając w budownictwie wielorodzinnym lepiej się nawet nie zbliżać. Za to KAP – 777 swoją atencję skupiło na średnicy i górze pasma odpowiednio je napowietrzając i kreśląc kontury źródeł pozornych nieco cieńszą aniżeli para XA 100.8. O ile jednak amerykańskie monosy brylowały w repertuarze hard’n’heavy, to obecność japońskiej końcówki okazała się wielce pożądana przy nieco bardziej lirycznych, bałkańskich klimatach eksploatowanych przez Amirę Medunjanin na albumie „Damar” , czy tez mocno eklektycznym folku z krążka „Miód i dym” Anity Lipnickiej. To właśnie tutaj Magico pokazały swoje liryczne oblicze, swoją delikatność i zdolność do zagrania zwiewnie, eterycznie a zarazem na tyle stabilnie, aby nie narażać słuchacza na wrażenie nerwowości, czy też rozedrgania dźwięku. Ich precyzja w kreowaniu muzycznego spektaklu przypominała niezwykle misterną instalacje, swoisty tytanowy egzoszkielet, na którym rozpięto i naciągnięto jedwabną otulinę, by japońscy mistrzowie kaligrafii mogli rozpocząć żmudny proces zdobienia całości misternymi malowidłami. Bardzo przepraszam w tym momencie wszystkich tych, dla których moje metafory wydają się być zupełnie bez sensu i nie wnoszą nic do tematu, lecz mając przez kilkanaście dni okazję słuchania M3-ek w naszym, doskonale znanym pomieszczeniu praktycznie każdorazowo łapałem się na tym, że to nie testowane kolumny porównuję do znanego sobie wzorca, lecz to właśnie one są owym wzorcem, z jakim należałoby konfrontować konkurencyjne konstrukcje.
Nie twierdzę jednak, że są to najlepsze, czy też najdoskonalsze kolumny jakie kiedykolwiek powstały, gdyż nawet w samym portfolio Magico jest kilku pretendentów do jeszcze wyższych not, lecz … przynajmniej na chwilę obecną lepszych, bądź … żeby zachować choć resztkę zdrowego rozsądku, bardziej wpasowujących się w moje spaczone gusta kolumn w OPOS-ie, od momentu powołania do życia SoundRebels jeszcze nie gościliśmy.
Kiedy pięć lat temu, w długi majowy weekend 2013 r., zaczynaliśmy z Jackiem pod szyldem SoundRebels publikować radosną audio – beletrystykę w cichości ducha liczyliśmy na to, że nasze, dość kontrowersyjne (przynajmniej dla niewtajemniczonych w audiofilskie arkana) hobby zapewni nam sporo przyjemności i przede wszystkim najzwyklejszej frajdy z poznawania niezwykłych miejsc, urządzeń i ludzi za nimi stojących a także radości dzielenia się własnymi emocjami i refleksjami z naszymi Czytelnikami. I tak też się stało a niniejszy tekst, mam przynajmniej taką nadzieję, jest na to dowodem. Dowodem na to, że warto mieć w życiu jakaś pasję a oprócz niej również cierpliwość, gdyż właśnie dla takich „nausznych doznań” warto było przez te pięć lat prowadzić niniejszy magazyn. Trudno bowiem wyobrazić sobie lepsze uhonorowanie naszego małego jubileuszu aniżeli możliwość zrecenzowania kolumn tak nietuzinkowych pod względem konstrukcyjnym i tak wysublimowanych pod względem brzmieniowym jak właśnie Magico M3.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Cena: 450 000 PLN
Dane techniczne:
Wykorzystane przetworniki:
1 X 1” – 28-milimetrowa kopułka wysokotonowa z berylu pokryta diamentową powłoką
1 X 6” (15.24 cm) Graphene Nano-Tec przetewornik średniotonowy
3 X 7” (17.78 cm) Graphene Nano-Tec przetworniki basowe
Skuteczność: 91dB
Impedancja: 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 24 Hz – 50 kHz
Rekomendowana moc wzmacniacza / Nominalna moc wejściowa: 20 – 500 W
Wymiary (W x G x S): 120 x 49 x 34 cm
Waga: 145 kg
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Bardzo długo zastanawiałem się, jak rozpocząć nasze dzisiejsze spotkanie. Teoretycznie bez zbytniego wdawania się w niuanse dotyczące zabawy w recenzowanie komponentów audio mogłem popełnić kolejny możliwie obiektywny tekst, jednak tym razem wewnętrzny głos nie pozwolił mi na rutynowe odhaczenie tematu. O co chodzi? O nic szczególnego i rzekłbym nawet dość oczywistego. Przecież podchodząc rzeczowo do tematu, wszystko co przeskakuje na wyższy poziom cenowy, z założenia powinno być lepsze. I szczerze powiedziawszy w większości przypadków tak jest, jednak w sektorze ekstremalnego High Endu przyrost jakości dźwięku choć zauważalny, nie zawsze jest adekwatny do poniesionych kosztów. Trochę to smutne, ale tak jest. Jednak nie spotykamy się dzisiaj, aby użalać się nad losem nabywców szczytowych modeli ulubionych marek, tylko z powodu bardzo brzemiennego w nader pozytywne doznania spotkania z wyznaczającą topowe standardy soniczne wkładką gramofonową. Wkładką, która wpisując się w tendencje najlepszych konstrukcji bez najmniejszych problemów nausznie pokazała, jak prezentowanym dźwiękiem obronić żądaną przez producenta za nią kwotę. A przypominam, opisywany sparing testowy odbywa się na poziomie 20-40 tys. złotych, co znacząco podnosi poprzeczkę oczekiwań. Jesteście ciekawi, o czym będziemy rozprawiać? Gdy doszliśmy do clou, mam przyjemność przedstawić Wam kolokwialnie mówiąc będący synonimem początków drugiej połowy XX wieku, z pozoru prosty rylec płyt winylowych w postaci będącej dziełem przedstawiciela Kraju Kwitnącej Wiśni (Japonii), niegdyś związanego ze znaną wielu melomanom marką Air Tight, a teraz występującego pod własnym sztandarem Pana Daisuke Asai, wkładki gramofonowej Murasakino Sumile MC, której niezapomnianą, a rzekłbym nawet mocno przewartościowującą punkt spojrzenia na dotychczasowy zestaw analogowy wizytę zawdzięczam dystrybutorowi Audio Atelier.
Jak wielbiciele wydrapywanej w czarnych płyt muzyki znakomicie się orientują, wkładki gramofonowe zazwyczaj są pewnego rodzaju dziełami sztuki. A jeśli tak, to oprócz spełniającego owe standardy samego wyglądu powinny móc pochwalić się stosownie wyszukanym opakowaniem. I gdy spojrzycie na załączone fotografie, obydwa tematy (sama aparycja wkładki i zgrabne etui) jak to u znanych nam z pieczołowitej dbałości o najdrobniejsze niuanse Japończyków bywa, zostały potraktowane z należytą dla nich uwagą. Tytułową księżniczkę spakowano w dwa zabezpieczające ją przed ewentualnym uszkodzeniem w procesie logistyki pudełka. Obydwa są kartonowe, jednak zewnętrzną powierzchnię wewnętrznego sarkofagu, w celu spełnienia wymagań designerskich wykończono wykorzystującym motywy szerokich biało-czerwonych grotów, podkreślającym wyjątkowość produktu lekko połyskującym w świetle materiałem. Ale to nie koniec dbałości o bezpieczeństwo naszego drapaka, gdyż również strzegące jego wygody wnętrze jest bardzo wyszukane i w swej dbałości o odpowiednią prezentację wizualną oferuje białą wyściółkę dwóch wytłoczek dla samej wkładki i swoistego niezbędnika montażowo-czyszczącego, czyli imbusowego kluczyka, zestawu śrub i szczoteczki do czyszczenia igły. Brzmi ciekawie? Dla mnie tak. A jeśli ktoś sądzi, że to zbyteczny luksus, życzę mu osobistego zderzenia się z podobnym produktem i zapewniam, z miejsca zmieni zdanie.
Ok. Sprawę ubranka dla Sumile MC mamy za sobą. Zatem pozostał temat natury konstrukcyjnej. Jak to zwykle bywa, diabeł brzmienia każdego produktu tkwi w szczegółach. I tak, idąc za zawartą w nazwie Murasakino Sumile MC sygnatury mamy do czynienia z wibrującą w polu magnetycznym cewką. Spełniającą zaplanowany przez konstruktora końcowy efekt brzmieniowy podstawę i mocujący generator sygnałów wraz z cewką wspornik w odróżnieniu od sporej liczby konkurencji wykonano ze stali nierdzewnej i pokryto nadającym wizualnej wykwintności produktu złotem. Niestety pakiet informacji producenta na temat ocenianego wyrobu nie obejmuje wiadomości o fantastycznie, bo bardzo kontrastowo zderzonym ze wspomnianym złotem, w tym przypadku mogącym pochwalić się wyszukanym fioletem materiale okalającym zespół wibrująco-czytający, ale za to wiadomym jest, iż we wkładce wykorzystano magnes neodymowy, wspornik z boru i oferującą szlif „semi-contact” diamentową igłę. Próbując przybliżyć garść informacji na temat danych elektrycznych ważnym aspektem wydaje się być bardzo niska, bo osiągająca jedynie 1.2 Ω impedancja wewnętrzna wkładki. To oczywiście w przypadku pozostawienia użytkownika samemu sobie bez zaoferowania odpowiedniego przedwzmacniacza gramofonowego jest proszeniem się o problemy z jej odpowiednim wysterowaniem, dlatego też Pan Asai już na poziomie projektowym, a potem produkcyjnym, zadbał o jej zdecydowanie łatwiejszy do zaaplikowania w teoretyczny zestaw audio poziom wyjściowy na poziomie 0.35 mV. Wieńcząc akapit opisowy spieszę donieść, iż o bezpieczeństwo igły przed przypadkowym uszkodzeniem nie tylko podczas montażu, ale również czyszczenia gramofonu dba łatwo zdejmowana przezroczysta nakładka.
Gdy przyszedł czas na kilka zdań o generowanym przez japońską piękność dźwięku, po raz kolejny powtórzę opinię ze wstępniaka: „W przypadku aplikacji Murasakino na swoim ramieniu nie ma mowy o jakimkolwiek naciąganiu faktów w domenie jakość / cena”. To jest ewidentny przypadek, w którym owszem żądana kwota zapiera dech w piersiach, ale na tle przesłuchanej przeze mnie konkurencji w pełni świadomie stawiam tezę o maksymalnym wykorzystaniu każdej wydanej na Sumile MC złotówki. Ok., a jak to się ma do realiów muzycznych? Nie lubię tego robić, gdyż każdy produkt zawsze obciążony jest wypadkową końcowej konfiguracji, ale z uwagi na fakt bardzo poważnych rozważań przesiadki na ocenianą Japonkę w identycznym (swoim) systemie odniosę jakość dźwięku naszej bohaterki do posiadanej, również japońskiej Miyajimy Madake. Oczywiście zanim przejdę do konkretów zaznaczę, iż obecnie przeze mnie użytkowana, oczywiście w swoim przedziale cenowym, również jest jedną z najlepszych, ale byłoby dziwne, gdyby wytrzymała starcie z o 30 procent droższą konkurentką. Jednak wspomniane zderzenie trochę innych światów nie posłuży mi do poniewierania tańszej, tylko pomoże w określeniu różnic ich brzmienia, na co wielu z Was prawdopodobnie czeka.
Gdy po raz pierwszy opuściłem ramię na płytę, już od pierwszej zagranej przez Antonio Forcione w koncertowym Quartecie nuty wiedziałem, że mam do czynienia z czymś wyszukanym. Czymś, co długo nie pozwoli o sobie zapomnieć. I bez znaczenia był fakt, że owe pierwsze agresywne szarpnięcia brzmiały zbyt zachowawczo, a czasem dziwnie lekko, gdyż znając podobne starcia od podszewki zdawałem sobie sprawę, że każda przesłuchana płyta w wyniku odpowiedniego rozruszania się układu wibrującego igły będzie ten efekt minimalizować. I w konsekwencji dosłownie trzech płyt stało się jasne, Japonka zaczęła śpiewać. Gdybym miał określić różnice pomiędzy tą, którą na co dzień użytkuję, a naszą pretendentką do laurów, powiedziałbym, że Miyajima gra bardziej plamami. To jest fantastyczne granie, ale stawia raczej na wybrzmienia i ich gęstość niż na jak największy pakiet informacji o danej nucie, co wielbiciele takich prezentacji natychmiast powiążą z analogowością i większą przyjemnością słuchania. Tymczasem przybyła na testy złoto-fioletowa dama do podobnej kolorystyki przekazu muzycznego i gdy wymagał tego materiał muzyczny, nawet pewnego rodzaju jego krągłości, dodała szybkość narastania dźwięku popartą sporym zbiorem danych na temat jego inicjacji i zwieńczenia. O co chodzi? Ok., na ile to możliwe, postaram się przetłumaczyć z polskiego na nasze, w czym najlepiej sprawdzi się wydana w czasach świetności analogu przez oficynę ECM płyta Garego Burtona (wibrafon) i Ralpha Townera (12-to strunowa i klasyczna gitara) „Matchbook”. Tak wiem, takie plumkanie zagra każdy drapak, ale słowem klucz w tej produkcji jest “wibrafon”. A jeśli ktoś poddaje w wątpliwość aspekt ważności tego generatora dźwięku dla pokazania zalet wkładki gramofonowej, według mnie nie spotkał się jeszcze z dobrym odtworzeniem tego instrumentu. Ja zaliczyłem już nie tylko kilka sukcesów, ale również kilka spektakularnych porażek, dlatego mimo ewentualnych głosów przeciw posłużę się właśnie nim. Otóż podczas dotychczasowych sesji odsłuchowych ten uzbrojony w metalowe sztabki i przejmujące wibracje od płaskich blaszek różnej długości rury instrument zazwyczaj kreował bardzo pięknie, czyli niesamowicie krągłe, soczyste i dźwięcznie frazy nutowe. Przyznam szczerze, że to jest jeden z najbardziej cenionych przeze mnie instrumentów i jak dla mnie najlepszy występ zaliczył na obecnie posiadanej Miyajimie Madake. Tymczasem okazało się, że gdy do wspomnianych artefaktów barwowych dodamy szczyptę rozdzielczości, czyli rozbudowanie fazy ataku pałek na metalowe sztabki, a potem nieco mniej masywne, ale nadal soczyste ich wybrzmiewanie przy bardzo płynnym przejściu jednej fazy w drugą świat staje się jeszcze piękniejszy, a co chyba ważniejsze prawdziwszy. Przecież dźwięk nie jest jedynie zbiorem nawet najpiękniejszych wybrzmień, tylko bardzo złożonym procesem w skład którego wchodzą: proces uderzenia, czytelność oddania brzmienia samej sztabki, następnie płynne przeniesienie tonu do rury rezonansowej, by na końcu mienić się milionem odcieni danej częstotliwości w eterze. Przesadzam? A jakże, do niedawna również podobnie myślałem. Ale świat w swym pięknie i nieobliczalności za pomocą naszej bohaterki brutalnie to zweryfikował, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Podążając z tematem oceny tytułowej wkładki dalej nie będę sztucznie rozwadniał tekstu i tendencyjnie rozpisywał się nad fantastyczną prezentacją wszelkich kompilacji jazzowych i występów stricte recitalowych – patrz seria fotografii z przykładowymi płytami, gdyż jak z pewnością się spodziewacie, było podobnie do duetu G. Burtona I R. Townera. To byłoby powielanie tych samych formułek, czyli informacji, że każda wygenerowana przez wspomnianych muzyków nuta miała identyczną do opisanych w pierwszej płycie historię swojej inicjacji i zwieńczenia. Dlatego też bezpieczniej dla mnie i samej zainteresowanej będzie, gdy przyjrzymy się procesowi słuchania zdecydowanie cięższej muzy. Co mam na myśli? A jakże, na tapet wskoczy znany mi na wylot free jazz Kena Vandermarka z płyty „The Vandermark 5”. To co prawda jest kompilacja kilku zarejestrowanych w krakowskim klubie Alchemia koncertów, ale ich energia i wyczuwalny pomiędzy muzykami flow z łatwością pozwalają mi wychwycić ewentualne potknięcia odtwarzającej tamte wydarzenia komponentów. I jak, coś poszło nie tak? Na pohybel malkontentom nic z tych rzeczy. Co ciekawe. Nawet tak wymagający odpowiedniego wysycenia i pewnego odcienia szarości stroik saksofonu w zderzeniu z pakietem rozdzielczości nie wykazywał najmniejszych problemów podczas realizacji zamierzeń artysty grania pełnymi płucami. To z jednej strony był odpowiednio okraszony wibracjami dźwięk drewna, a z drugiej pełna energii wzmocniona wygiętą w kształcie fajki pełna pomruków masa powietrza. A gdy do tego dodamy dobrze oddane tempo grania koncertów, okaże się, że mamy drive, masę i piękną paletę soczystych wybrzmień. A przypominam, obydwie wkładki porównywałem w tym samym torze, co ewidentnie unaocznia, że rozdzielczość – nie mylić z ilością górnych rejestrów i rozjaśnieniem przekazu – jest najważniejszym aspektem dobrej jakości dźwięku. Przecież jasno napisałem, że stacjonująca na stałe grała zdecydowanie masywniej, a mimo to w żadnej konfiguracji (posiadana i testowa) nie odczuwałem ani przeciążenia, ani odchudzenia świata muzyki, a to tylko potwierdza, że opiniowana dzisiaj Japonka Murasakino Sumile MC bez względu na zastaną konfigurację i słuchany styl muzyczny swoimi umiejętnościami jest w stanie pokazać potencjalnemu użytkownikowi piękno uwielbianego przez niego świata dźwięków.
Szczerze powiedziawszy skreślenie akapitu końcowego, mimo zaskakująco pozytywnego przewartościowania posiadanego na co dzień świata analogu, nie przychodzi mi zbyt łatwo. I nie chodzi mi w tym momencie o zarzut siłowego drukowania meczu, tylko umiejętności Waszej interpretacji zalet Sumile MC w przypadku osobistego zmierzenia się z nią we własnym zestawieniu. Znam sporą liczbę pozytywnie zakręconych na punkcie analogu audiofilów i wiem, że nie zawsze największa zaleta danej konfiguracji jest za taką przez nich uważana. Większość stawia na muzykalność, co bardzo często za sprawą lekkiego pompowania średnicy jest ewidentną przykrywką braku rozdzielczości, a czasem nawet szkodliwych zniekształceń. Mam nadzieję, że takim stwierdzeniem nie przysporzę sobie wrogów, ale uwierzcie mi, w ten sposób ratuje się wielu producentów, co potrafi wyłapać jedynie bardzo wyedukowana grupa słuchaczy. Dlatego też, gdybyście w przedzakupowym starciu odczuli dotychczas niespotykaną transparentność dźwięku, spróbujcie przyjrzeć się spójności całego pasma. Prześledźcie je od strony płynnego przejścia momentu zainicjowania dźwięku przez artystę po całkowite jego wygaśnięcie. Jeśli usłyszycie z pozoru mniej krągły, ale za to zdecydowanie obfitszy w informacje, a po głębszym zastanowieniu nadal bardzo bogaty w odcienie kolorów przekaz, zastanówcie się, czy czasem nie jest to bliższe naturze. Przecież muzyka nie jest zbiorem w pierwszym odczuciu pozytywnie odbieranych soczystych plam, tylko pakietem wielobarwnych wybrzmień każdego instrumentu. Ja wiem, że takiego odbioru muzyki trzeba się nauczyć, ale zapewniam Was, gdy zrozumiecie, o co w całej zabawie, nawet z nośnikami cyfrowymi włącznie chodzi, nigdy więcej nie powiecie, że dobrze skonfigurowany gramofon jest synonimem nadmiernej gładkości i przesadnego wysycenia. To ma być zdroworozsądkowy bilans pomiędzy muzykalnością, oddechem i rozdzielczością, przekazu co bez najmniejszego naciągania faktów oferuje opiniowane dzisiaj dzieło japońskiej sztuki konstruowania wkładek gramofonowych Murasakino Sumile MC.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Audio Atelier
Cena: 34 900 PLN
Dane techniczne:
Typ: MC
Materiał wspornika: bor
Pasmo przenoszenia: 10 – 50.000 Hz
Napięcie wyjściowe: 0,35mV / 1kHz
Impedancja wewnętrzna: 1,2Ω
Siła nacisku: 1,9g – 2,1g
Masa: 14,5 g
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Najnowsze komentarze