Opinia 1
Zakładam, że doskonale, znaczy się z autopsji, znacie Państwo takie sytuacje, gdy pozornie czysto kosmetyczny update systemu, bądź przesiadka na nowszy/wyższy model komputera, smartfona, czy nawet samochodu zamiast cieszyć wywołuje iście atawistyczną agresję i skok ciśnienia jak po otrzymaniu rachunku za energię elektryczną wyliczoną wg. nowych stawek. Zastanawia się wtedy człowiek po co to wszystko mu było i co go podkusiło do tego, by kliknąć „pobierz”, czy też „kup teraz”. Ot klasyczny przykład, gdy nowe – lepsze staje się wrogiem starego – dobrego. To, co zawsze było pod ręką i co uruchamialiście nawet po omacku nagle emigruje w zupełnie bezsensowne i niemające nic a nic wspólnego z ergonomią miejsce a to, dzięki czemu dany produkt przez lata spełniał nasze oczekiwania nagle zostało usunięte, bo ktoś „na górze” po przeanalizowaniu kilku statystycznych danych uznał, że spokojnie – z racji niezbyt imponującej popularności / klikalności spokojnie można wrzucić do kosza i zapomnieć o temacie. Jeśli macie dość takich frustrujących niespodzianek sugeruję przed kolejną decyzją o zmianie / zakupie nieco uważniej prześledzić opinie użytkowników i zgłębić temat wybierając produkty, których wytwórcy może nie tyle czytają w myślach swoich odbiorców, co po prostu mają na uwadze ich opinie i w miarę możliwości starają się do nich dostosować / ustosunkować. Śmiem twierdzić, iż do tego elitarnego grona można zaliczyć hongkoński Pixel Magic Systems Ltd., którego większość z nabywców kojarzy za sprawą marki Lumïn. I właśnie z jej portfolio, dzięki uprzejmości wrocławskiego Audio Atelier udało nam się pozyskać na testy transport cyfrowy o symbolu U2.
Pod względem aparycyjnym nasz dzisiejszy gość, przynajmniej na pierwszy rzut oka nic a nic nie zmienił się w porównaniu ze swoim protoplastą, czyli pierwszym Lumïnem, który jak z pewnością wierni czytelnicy pamiętają nazywał się po prostu … Lumïn, czy też następnym pokoleniem – U1. Chociaż czujny obserwator z pewnością zauważy, że początkowo zewnętrzny zasilacz ewoluował do postaci modułu mieszczącego się w trzewiach jednostki głównej, czyli dokładnie tak, jak ma to miejsce w przypadku niedawno u nas goszczącej T3-ki i co równie istotne korpus, wbrew temu co drzewiej bywało, zamiast wykonanej z monolitu wyfrezowanej „skorupy” przybrał w ramach optymalizacji kosztów własnych nieco mniej bezkompromisową – skręcaną postać. Co za tym idzie nawet pomimo umieszczenia w trzewiach zasilania waga U2 w porównaniu do U1 spadła aż o 2 kg (6 vs 8 kg). Mniejsza jednak o niuanse, gdyż U2-ka nadal zbudowana jest, wprost fenomenalnie – z grubych aluminiowych płyt i łukowatego frontu wyciętego z bloku aluminium w centrum którego wyfrezowano stosowną wnękę na charakterystyczny błękitny wyświetlacz, który może na tle konkurencyjnych, wysokorozdzielczych ekranów (vide Rose RS150B) wygląda zastanawiająco ascetycznie, czy wręcz anachronicznie, jednakże przekazuje podstawowe informacje tak o odtwarzanym w danym momencie materiale, jak i m.in. głośności (o ile tyko korzystamy z firmowej i co najważniejsze bezstratnej regulacji Leedh Processing). Zgodnie z tradycją próżno szukać tu jakichkolwiek manipulatorów, więc bez dedykowanej a co najważniejsze dostępnej zarówno na iOS-a, jak i Androida (co np. dla Auralica nadal jest poza zasięgiem) apki (można również posiłkować się linnowskim Kazoo i przy okazji zyskać obsługę z poziomu desktopu Windows) / Roona się nie obędzie. Jeśli jednak ktoś chciałby uwolnić się od wszechobecnych smartfonów i przynajmniej nawigować „po staremu”, to warto mieć na uwadze, iż hongkońska ekipa specjalnie z myślą o właśnie takich malkontentach przygotowała klasyczny, acz nad wyraz ekskluzywny (w końcu życzą sobie za niego drobne 1,4kPLN) akrylowo-cynkowy pilot zdalnego sterowania, którego odbiornik należy po prostu wpiąć w wolny port USB.
I tym oto sposobem wylądowaliśmy na zapleczu, na którym to, pod charakterystycznym okapem, umieszczono szeroki wachlarz wyjść cyfrowych obejmujący AES/EBU, BNC, koaksjalne, optyczne i USB, oraz wejścia – dwa porty USB dedykowane zewnętrznym pamięciom masowym/ww. pilotowi, sieciowe (LAN-owskie) optyczne SFP (Small Form Factor Pluggable) i klasyczne RJ45 – oba gigabitowe, zacisk uziemienia i zintegrowane z włącznikiem głównym oraz komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC.
Trzewia, to sprawdzony w boju patent, czyli zajmująca większość powierzchni płyta główna ze zgodnie z zapewnieniami producenta nowym – mocniejszym procesorem, układem DSP Altera Cyclone IV, dedykowanym każdemu ze złącz kontrolerami oraz zamkniętym w aluminiowym katafalku liniowym zasilaniu opartym na klasycznym toroidzie.
Zgodnie ze wstępniakiem i powiedzeniem o przyzwyczajeniu będącym drugą naturą człowieka śmiem twierdzić, że jeśli chodzi o interfejs firmowej aplikacji, to ze świecą szukać równie udanej i intuicyjnej a przy tym tak stabilnej alternatywy. Dlatego też będąc od lat wiernym akolitą marki sięgając po każdy kolejny model sygnowany przez Lumïna nie muszę tracić nawet chwili coraz bardziej cennego czasu na opanowywanie jego funkcji z poziomu menu ww. interfejsu. Ot po prostu odświeżam listę dostępnych w domowej sieci urządzeń, wybieram wizytujące moje skromne progi ustrojstwo a cały set-up ogranicza się do dosłownie kilku kliknięć w znane na pamięć suwaki.
Podobnie jest z brzmieniem – na tyle charakterystycznym i wpisującym się w firmowy „kanon piękna”, że już od pierwszych taktów, o ile tylko jesteśmy w stanie określić własne preferencje, będziemy wiedzieli czy kolejny wypust rezydującej w Science Park Shatin ekipy wpisuje się w nasze gusta, czy też musimy szukać dalej. I powyższej tezy bronić będę bynajmniej nie z powodu własnych doświadczeń z jeśli pamięć mnie nie zawodzi … ośmioma Lumïnami i perspektywy subiektywnych przyzwyczajeń, co obserwacji rynku i reakcji potencjalnych nabywców. Chodzi bowiem o to, że tytułowa marka od zarania swych dziejów stawiała na uzależniającą wręcz muzykalność i bogactwo barw, przy czym im dalej szła w integrację, tym ta sygnatura stawała się bardziej dominująca. Był to bowiem jeden ze sztandarowych przykładów na to, że na wskroś cyfrowe źródła potrafią zagrać nieraz bardziej analogowo, cokolwiek by to miało znaczyć, od de facto analogowych konkurentów. Od razu jednak pozwolę sobie zaznaczyć, iż pomimo zaliczania się do grona wiernych odbiorców daleki byłem od bezgranicznego i bezkrytycznego zarazem, znaczy się ślepego, podążania za powyższym trendem zatrzymując się niejako w pół drogi, czyli na poziomie „gołych” transportów, których finalny sznyt modelowałem odpowiednio dobranymi przetwornikami.
A U2 w owe trendy wpisuje się wręcz idealnie podążając drogą wyznaczoną przez swoje „budżetowe” i mniej wyrośnięte rodzeństwo, czyli goszczący u mnie od niemalże dwóch lat U2 Mini. Oferuje bowiem wybitną wręcz rozdzielczość, lecz nie w jej nazbyt surowej – analitycznej odmianie, lecz na wskroś naturalnej i nader udanie romansującej ze wspomnianą muzykalnością i wysyceniem, co doskonale słychać na dyżurnym materiale testowym, za jaki od dłuższego czasu uznaję album „Tomba sonora” Stemmeklang i Kristin Bolstad na którym wyrafinowana polifonia wyłania się z wręcz lepkiego i wilgotnego mroku, więc aby pokazać pełnię bogactwa poszczególnych głosów, złożoną strukturę aury pogłosowej i tzw. „oddech” naprawdę trzeba się postarać i nie da się tego osiągnąć idąc na skróty. I tytułowy Lumïn doskonale to wie, bo właśnie w takich onirycznych klimatach (do listy dorzucę jeszcze surowy i pełen odgłosów lasu „Sól” Gealdýr) czuje się jak ryba w wodzie. Mamy więc precyzyjną gradację planów, brak tendencji do wypychania pierwszego planu przed szereg i łatwość w kreowaniu sceny we wszystkich trzech wymiarach – w tym jakże istotnej wysokości. Do głosu dochodzi niezwykła czystość przekazu kreowanego na absolutnie zaczernionym tle, które przyjmuje tu postać nie zdecydowanie łatwiejszego do osiągnięcia aksamitnego koca spowijającego uczestników nagrania niczym smolisto-czarny namiot a bezkresnej otchłani, w której każdy z dźwięków może dowolnie długo gasnąć. I tu od razu pozwolę sobie na małą dygresję, gdyż nie omieszkałem zweryfikować sensowności / skuteczności stosowania oferowanego przez transport upsamplingu, choć w przypadku maksymalnej przetwarzanej prze U2-kę częstotliwości DSD i PCM wypadało by mówić o down-samplingu, więc pozwolę sobie użyć po prostu obejmującego dowolną zmianę – tak w górę, jak i w dół, częstotliwości próbkowania pojęcia resamplingu. I mówiąc wprost jest ono wyraźnie słyszalne i objawia się może nie tyle ociepleniem, co „uanalogowieniem” – zaokrągleniem przekazu, co w zbyt analitycznych konfiguracjach może okazać się świetnym rozwiązaniem. Jednak w moim systemie owa sygnatura dość mocno przypominała brzmienie zintegrowanych plikograjów Lumïna, bądź wcześniejszych inkarnacji ich transportów, gdzie szeroko rozumiana eufonia stawiana jest ponad rozdzielczością a akurat tego chciałem uniknąć, więc przez większość odsłuchów ww. funkcjonalność, podobnie jak wszystkie wyjścia, oczywiście poza USB, po którym de facto tytułowy plikograj gra najlepiej, miałem zdezaktywowaną.
Kolejną, zakładam, że nurtującą nie tylko mnie, lecz również osoby stojące przed dylematem, klasyczne osiołkowi w żłobie dano, kwestią są ewentualne różnice w porównaniu z U2 Mini, a co za tym idzie sensowność dopłaty do U2. No i tu już robi się nieco grząsko, gdyż o ile z „gołym” – fabrycznym „miniakiem” pełnowymiarowy i wyżej urodzony bratanek, znaczy się bohater niniejszego testu, robi praktycznie co chce, deklasując go pod każdym względem, czyli rozdzielczości, precyzji obrazowania, rozmachu kreowanej sceny, dynamiki, definicji i kontroli basu, czy nawet saturacji, to już w starciu z wyposażonym w zewnętrzny zasilacz Farad Super3 moim egzemplarzem … najdelikatniej rzecz ujmując może liczyć co najwyżej na remis. Jasnym zatem jest, że robotę robi w tym przypadku zasilanie a sprawę różnic w solidności chassis rekompensuję u siebie dociążeniem miniaka budżetowym substytutem Eliminatora Thixara (1270 g stalowym odbojnikiem do drzwi Livarno) oraz ww. 1,6 kg Faradem.
Niemniej jednak, odkładając na bok modyfikacyjną samowolkę U2 gra po prostu świetnie i kompletnie. Nawet na oscylującym pomiędzy rock-operowym patosem a niemalże mainstreamową miałkością „Moonglow” Avantasii wypada co najmniej bardzo dobrze. Potężne orkiestracje, imponujące partie wokalne i ociekające słodyczą riffy z Lumïnem w torze wypadają zniewalająco. Materiał zyskuje na energetyczności, kusi wieloplanowością i sprawia, że nawet dość plastikowe klawisze aż tak bardzo nie odstają od reszty instrumentarium. Ponadto, pomijając ww. wpływ resamplingu nie sposób zarzucić U2-ce nawet śladowych tendencji do zbytniego wygładzania i ocieplania przekazu, więc zapuszczając się w ekstrema w stylu „The Moon Lights The Way” Grain Of Pain mamy pewność, iż Doom / Death metalowa estetyka nie zostanie zbytnio uładzona a unoszących się w powietrzu piekielnych wyziewów nie zastąpi aromat smażonych pancake’ów i popcornu. Co jednak istotne nie ma mowy o uśrednianiu przekazu i graniu na jedno kopyto, gdyż czystsze i wręcz liryczne fragmenty (vide tytułowy „The Moon Lights The Way”) wyraźnie wyróżniają się na tle złowrogiego growlu i iście apokaliptycznych kakofonii.
W ramach podsumowania mogę jedynie napisać tylko tyle, że mając na tapecie Lumïna U2 widać / słychać, że ekipa Pixel Magic Systems Ltd. sumiennie odrobiła pracę domową i mając w swym portfolio również U2 Mini nie pozostawia potencjalnych nabywców samych sobie z myślami o ewentualnej kanibalizacji, czy też kroku w bok a nie w górę wewnątrz firmowego katalogu. U2 jest bowiem pod każdym względem od swojego mniejszego bratanka lepszy i wynika to, pomijając ewentualne niuanse natury hard i soft-ware’owej (m.in. złącze SFP), z dwóch podstawowych kwestii – klasycznego, czyli liniowego zasilania i solidniejszej obudowy. Czy powyższe ulepszenia są adekwatne do dwukrotnej różnicy w cenie pomiędzy ww. modelami? Cóż, jeśli tylko nie czujecie się Państwo na siłach samodzielnie zmodyfikować miniaka, tracąc przy tym gwarancję, z pewnością tak. Dostajecie bowiem topowy, oparty o najnowsza platformę sprzętową transport w adekwatnej jego klasie obudowie i przyszłościowymi interfejsami. Mając jednak na stanie egzemplarz U2 Mini, któremu okres „ochronny” minął i dysponując 10+ kPLN, zamiast zamieniać go na większego brata bardziej skłaniałbym się ku jego podrasowaniu za pomocą Farada Super10, bądź innego porównywalnej klasy zasilacza liniowego (Plixir Statement BDC?), gdyż skoro z Super3 dorównuje U2, to z flagowym zasilaniem może być tylko lepiej.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– DAC: Aries Cerat Heléne
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Mniemam, iż wszyscy zdajemy sobie sprawę, że chcąc dotrzeć do jak największej grupy klientów każda marka jest zmuszona do stopniowania cen swoich produktów, co wprost przekłada się na ich zaawansowanie techniczne. Naturalnie stara się robić to z jak najmniejszą stratą jakości brzmienia, ale fakt proponowania kilku jakościowych opcji w zakresie jednego portfolio jest niezaprzeczalnym faktem. Czy to źle? Bynajmniej, bowiem dzięki temu jeśli z jakiś życiowych powodów nabywamy startowy model danej linii, wiadomym jest, że mamy znakomitą większość zalet konstrukcji flagowej. Skąd to wiem? Oczywiście z autopsji, której finałem jest dzisiejszy test starszego brata mojego transportu plików. Którego? Otóż dzięki zabiegom wrocławskiego dystrybutora Audio Atelier w ostatnim czasie miałem okazję przekonać się, jakie są różnice brzmieniowe pomiędzy posiadanym przeze mnie, pochodzącym z Hong Kongu podstawowym transportem z zasilaniem wtyczkowym Lumïn U2 Mini i jego pełnowymiarową wersją opartą o rozbudowane zasilanie transformatorowe U2. Czy gra mimo wyraźnej różnicy w cenie pomiędzy obydwoma urządzeniami jest warta świeczki? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w dalszej części tekstu.
Pierwszą i najważniejszą cechę opisywanej dzisiaj konstrukcji już wymieniłem i chodzi oczywiście znacznie bardziej rozbudowane zasilanie. Mam na myśli zastosowanie nie tylko bardziej zaawansowanego rozwiązania, ale dodatkowo jego aplikację w obudowie z resztą układów elektrycznych zamiast bardzo kolidujących plikowym z trendem minimalizmu sprzętowego dodatkowych zewnętrznych bytów, jak to miało miejsce np. w U1-ce. Ale to nie koniec istotnych zmian, bowiem w przypadku wersji U2 mamy do czynienia z solidniejszą, minimalizującą szkodliwe wibracje i zazwyczaj poprawiającą walory soniczne danego komponentu obudową. Chodzi o zmianę prostego, niedużego, poza stosunkowo grubym płaskim frontem skręconego z cienkich aluminiowych blach prostopadłościanu, na typową dla marki Lumïn, wykorzystującą masywne płaty glinu, dzięki temu solidniejszą od strony technicznej i ładniejszą wzorniczo tym razem z wypukłym, przez to ładniejszym wzorniczo przednim panelem, estetyczną skrzynkę. Jeśli chodzi o akcesoria manipulacyjno-przyłączeniowe, oczywiście na przedniej połaci znajdziemy mieniący się błękitem wyświetlacz, natomiast na plechach baterię stosownych wyjść, gniazdo zasilania i zacisk uziemienia. W skład tych pierwszych wchodzą terminale: AES/EBU, BNC, SPDIF, OPTICAL, 3xUSB, OPTICAL NETWORK, NETWORK i przycisk resetujący ustawienia urządzenia do stanu fabrycznego. Ciekawostką tego modelu jest możliwość dokupienia pilota zdalnego sterowania. Co prawda wszystko możemy zrobić za pomocą aplikacji, jednak miło jest mieć możliwość zwiększania i zmniejszania poziomu głośności z poziomu tak zwanego leniucha. W temacie technikaliów w telegraficznym skrócie zdradzę jedynie, że nasz bohater obsługuje protokoły audio MQA, DSD, Tidal, Spotify i Qobuz, a w kwestii próbkowania radzi sobie z materiałem DSD 512 oraz PCM 768.
Jak myślicie, czy naturalną koleją rzeczy okupiona większymi kosztami gra w postaci zakupu pełnowymiarowej wersji Lumïna U2 warta jest przysłowiowej świeczki? W moim mniemaniu jak najbardziej. Już Mini zagrał z takim zaangażowaniem w pokazanie świata muzyki od strony odpowiednio zbalansowanej i naturalnie czytelnie podanej energii, że mimo codziennego chadzania przeze mnie nieco innymi ścieżkami generowania sygnału audio – raczej CD i analog – nie wrócił już do dystrybutora. To nawet dla mnie było pewnego rodzaju zaskoczeniem, gdyż mimo przesłuchania sporej ilości tego typu konstrukcji dopiero Lumïn zagrał w estetyce bliskiej mojemu sercu, czyli z dobrą wagą i nienachalną, acz czytelną krawędzią źródeł pozornych. Co zatem na tym tle zrobił tytułowy U2? Przecież jego młodszy brat już się sprawdził? Cóż, też tak myślałem. Jednak kolejny raz przekonałem się, jak duży wpływ na dźwięk danej konstrukcji ma odpowiednie zasilanie. W tym przypadku była to zamiana z impulsowego „zakłócacza sieci” na zrobiony po bożemu układ transformatorowy. Efekt? Wszystko nabrało jeszcze większych rumieńców. W pierwszej kolejności zyskała tak ważna dla mnie energia i co najistotniejsze w sukurs za tym poszła rozdzielczość przekazu – nie mylić z rozjaśnieniem. W odpowiedzi na taki ruch natychmiast poprawiła się mikro i makro-dynamika prezentacji, co znacząco wpłynęło nie tylko na wgląd w nagranie, ale również bezpośredniość i większą namacalność. Ale jedna ważna uwaga. Wbrew zwyczajowym feedbackom takiego działania u wielu producentów wydarzenia sceniczne nawet o pół kroku nie podryfowały w stronę męczącej na dłuższą metę wyczynowości, a przez to nachalności podania. Owszem, wszystkiego było więcej i czytelniej zdefiniowanego, jednak w odbiorze okazywało się być jedynie poprawą timingu i wielobarwności grania, ze szczególnym uwzględnieniem środkowego i dolnego pasma. A chyba nikomu nie muszę uświadamiać, że dobrze zaprezentowany bas – z odpowiednią energią, kontrolą i rozdzielczością – całkowicie inaczej ustawia proporcje budowania realiów muzycznych z projekcją górnego zakresu włącznie. I właśnie tak zareagował mój skonfigurowany ma czas testu w oparciu o naszego bohatera system. Dosłownie i w przenośni wybuchł feerią radośniej podanych i bardziej zaangażowanych w oddanie impulsu muzycznych opowieści. A przecież zmiany dotyczyły jedynie innego sposobu zasilania urządzenia i spakowania jego trzewi w solidniejszą obudowę. Cuda? Nic z tych rzeczy, po prostu fizyka.
Chcąc zrozumiale pokazać na czym polegały zmiany, w tym teście zamierzenie posłużę się materiałem omawianym przy okazji wersji Mini. Wówczas podparłem się dość trudnymi krążkami w postaci koncertowego zapisu rockowej grupy Metallica z udziałem sekcji symfonicznej „S&M” oraz typowego przedstawiciela elektroniki, czyli znanego wszystkim teamu Yello „Toy”. Jak wynika z poprzedniego starcia, już wówczas dzięki odpowiedniemu ustawieniu wagi i pilnowaniu niezbędnej czytelności przekazu wspomniane grupy wypadły bardzo dobrze. Był drive, energia i tryskająca radością swoboda wypełniania mojego pomieszczenia nieskrępowaną ilością przyjemnie odbieranych decybeli. Co zatem stało się, gdy poprawiliśmy zasilanie? Naturalnie wszystkie aspekty wspomniane na samym początku tego akapitu. Ta w momencie słabo radzącego sobie z równowagą tonalną systemu, pozbawiona jakiejkolwiek litości muzyka dzięki poprawieniu sekcji prądowej dostała jakby dodatkowego kopa. Jednak nie w sensie bezkrytycznego masowania trzewi monotonnymi pomrukami i tłustymi uderzeniami, tylko zaskakująco sprecyzowanym w domenie utrzymania odpowiedniej rozdzielczości podkręcenia pulsu muzyki. Pełniejszego, przez to pozwalającego bardziej odczuć energetyczne zamierzenia artystów, ale nadal piekielnie punktualnego i gdy wymagał tego materiał zaskakująco przyjemnie rozwibrowanego. Dzięki temu mimo większej esencjonalności impulsu nie było zlewania się modulacji sonicznych formacji Yello w jedno pozbawione amplitudy buczenie, zaś w repertuarze rockmenów bez względu na mocniejszą soczystość gitarowych riffów i podstawę basową sporej sekcji kontrabasów dostałem pełen pakiet impulsów wytwarzających każdy, nawet pojedynczy dźwięk. Niby niewiele, ale gdy rozprawiamy o zakresie niskich rejestrów, zapewniam, to jest naprawdę bardzo wiele, żeby nie powiedzieć kamień milowy. Na tyle zjawiskowy, że życzę wszystkim, aby z pozoru tak prosty upgrade dawał aż tak dobre, co istotne słyszalne, a nie jedynie spisane w odezwie od producenta w instrukcji obsługi wyniki brzmieniowe, czego nazbyt często zdarza mi się doświadczyć.
Jaki będzie finał powyższego testu? Naturalnie bez dwóch zdań potwierdzam od zawsze krążącą w naszym światku tezę, że dobre zasilanie to podstawa. Zatem jeśli macie Lumïna U2 w wersji „Mini”, a obcowanie z plikami jest Waszym chlebem powszednim, jeśli tylko jesteście przygotowani finansowo, bezwarunkowo powinniście przeskoczyć poprzeczkę wtajemniczenia o oczko wyżej. Flagowy Lumïn U2 i zagra znacznie lepiej i wygląda o wiele lepiej, a nie oszukujmy się, to są bardzo rzadko chodzące ramię w ramię zalety jakiegokolwiek upgrade’u sprzętu audio z jednej linii produktowej. Na szczęście rzadko nie oznacza nigdy.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumïn U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audio Atelier
Producent: Pixel Magic Systems Ltd.
Cena: 23 900 PLN
Dane techniczne
Natywna obsługa: max. DSD512 (22.5MHz), max. 768kHz/16–32 bit
Upsampling (wszystkie formaty): max. DSD256, max. PCM 384kHz
Obsługiwane formaty: DSD (DSF (DSD), DIFF (DSD), DoP (DSD)); PCM: FLAC, Apple Lossless (ALAC), WAV, AIFF; skompresowane stratnie MP3, MQA
Natywna obsługa: Roon Ready, Spotify Connect, MQA, TIDAL, TIDAL Connect, Qobuz, TuneIn, AirPlay.
Wyjścia cyfrowe:
– USB (PCM 44.1–768kHz / 16–32-bit; max DSD512)
– BNC SPDIF (PCM 44.1kHz–192kHz / 16–24-bit; DSD (DoP, DSD over PCM) 2.8MHz / 1-bit)
Komunikacja: Ethernet Network 1000Base-T; SFP 1000Base-T Gigabit Ethernet, 2 x USB dla pamięci masowych (pendrive’y, dyski USB HDD/SSD z pojedynczą partycją FAT32, exFAT, NTFS)
Wymiary (S x G x W): 350 x 350 x 60.5 mm
Waga: 6kg
Jakiś czas temu na redakcyjnym FB anonsowaliśmy aplikację w naszych dyżurnych systemach dostarczonych przez rodzime Quality Audio bezpieczników (Violet i Red) sygnowanych przez specjalistów z Quantum Science Audio. Były to jednak niezobowiązujące „zajawki”, więc najwyższa pora na coś bardziej merytorycznego, czyli pełnowymiarowy test. Jednak przewrotnie nie test ww. modeli lecz tercet otwierających portfolio QSA, a tym samym zdecydowanie bardziej przystępnych cenowo, bezpieczników Black, Blue i Yellow.
cdn. …
Szwajcarska firma Goldmund wprowadziła nowy model wzmacniacza zintegrowanego Telos 690, zastąpił on słynnego Telosa 590 NG.Nowy Telos jest cięższy od poprzednika i dysponuję większą mocą, 250 W przy 8 Ω 320 W przy 4. Wyposażony w podwójny toroidalny transformator mocy 350 VA i ogromny zespół kondensatorów o pojemności 46 000 µF.
Ta nowa integra Goldmunda posiada szeroką gamę opcji połączeń cyfrowych, w tym interfejs USB Audio klasy 2.0 obsługujący częstotliwość próbkowania do 384 kHz i głębi bitowej 32, a także optyczne i cyfrowe wejścia koncentryczne Toslink S/PDIF. Zapakowany jest w profesjonalny case zapewniający mu bezpieczne podróżowanie.
Opinia 1
Powiem szczerze, że właśnie dla takich sytuacji jak dzisiejsza param się takim a nie innym hobby. Niby w kręgu moich zainteresowań jest jeszcze parę sposobów na trwonienie ciężko zarobionych środków, ale to właśnie High-End potrafi sprawić, że pomimo niemalże pięciu krzyżyków na karku czuję się jak przedszkolak, który właśnie dostał pierwsze rolk…, a nie, wróć – w latach 70-ch o rolkach jeszcze mało kto u nas słyszał, więc wypadało się zadowolić przyczepianymi do butów wrotkami, i pognał na największą górkę na dzielni, by podjąć jedną z wielu nieświadomych prób samounicestwienia. Jak się jednak z pewnością Państwo domyślacie wcale nie chodzi o wrotki, bądź o jakikolwiek inny artefakt czasów słusznie minionych a o skok na głęboką i w dodatku zupełnie nieznaną wodę. No bo jak inaczej określić sytuację, gdy do recenzji otrzymujemy „coś”, czego zdjęć i nawet lakonicznej deskrypcji nie raczył był w miejscu temu dedykowanym zamieścić na swojej stronie sam producent, rodzimy dystrybutor buduje napięcie enigmatycznym „Opis wkrótce…” a dostępne zdjęcia znacząco różnią się od owego czegoś, co trafiło w nasze ręce. Czeski film? Raczej podróż w nieznane i brak jakichkolwiek obciążeń związanych z podświadomymi próbami połączenia kropek – dopasowania brzmienia do wsadu materiałowego ukrytego pod fikuśnym peszelkiem. No dobrze, dość przynudzania, skoro bowiem wspomniałem o wierzchnim wdzianku naszego dzisiejszego gościa, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przedstawić Państwu sprawcę tego całego zamieszania, czyli przewody głośnikowe Stealth Audio Dream V18T, na recenzję których serdecznie zapraszamy.
Jak już zdążyłem nadmienić we wstępniaku o „pełnowymiarowym” marzeniu, czyli będącym oczywistym rozwinięciem recenzowanego w lutym „małego marzenia” – Dream Petite V16-T wiadomo tyle co … nic. Ot to, że jest, bo de facto go otrzymaliśmy i że wygląda jeśli nie jak przysłowiowe milion dolców, to przynajmniej w pełni adekwatnie do oczekiwanych za niego przy kasie ponad 80 kPLN. Mamy bowiem do czynienia z potężnym niczym lina cumownicza kabliszczem, którego widoczne spod zewnętrznej siatki przebiegi ukryto wewnątrz czarnych, złotych i burgundowych koszulek, całość uzbrojono w karbonowe splittery, zakonfekcjonowano zaskakująco mikrymi widełkami (do wyboru jest kilka rozmiarów oraz wtyki bananowe) i oczywiście wyposażono w obowiązkowe, ruchome pierścienie strojące. A co siedzi w środku i z czego wykonano poszczególne żyły licho wie. Znaczy się wie producent i … wszyscy ci, którzy postanowili pogrzebać nieco głębiej aniżeli tylko po powierzchni – bazując na głównych podstronach oferowanego przez amerykańską manufakturę asortymentu. Wystarczy bowiem zajrzeć pod kołderkę śnieżnobiałych Dream Royale’i, by odkryć iż właśnie tam umieszczono informacje jasno dające do zrozumienia, iż aktualna inkarnacja Dreamów o oznaczeniu V18 zawiera szereg udoskonaleń w stosunku do swoich poprzedników (V14 i V10). Zagłębiając się w technikalia warto również wspomnieć, iż tytułowy Dream może pochwalić się zastosowaniem firmowej technologii STEALTH VariCross, gdzie średnica rdzenia przewodzącego zmienia się na całej długości, podczas gdy zewnętrzna średnica płaszcza kabla pozostaje taka sama. Z czego w jakich ilościach i w jakiej geometrii całość wykonano nie wiadomo,więc niepotrzebnie nie przedłużając spokojnie możemy przejść do dania głównego, czyli brzmienia.
A te, choć raczej wypadałoby nadmienić, iż nie o samo brzmienie tytułowego okablowania chodzi a o jego wpływ na połączony nimi wzmacniacz i kolumny, czyli de facto mój dyżurny system z jednej strony jest oczywistym nawiązaniem do niżej urodzonego rodzeństwa a z drugiej idzie w firmowej szkole grania o krok, bądź nawet dwa dalej. Stealthy oferują bowiem oprócz znanej z SDP (Stealth Dream Petite) iście holograficznej przestrzenności również zjawiskową mięsistość i soczystość okraszone zaraźliwą motoryką oraz sięgającym piekielnych otchłani basiszczem, przez co wolumen i energia przekazu są zdecydowanie bardziej imponujące. Od razu jednak uprzedzę, iż nie jest to stereotypowo przesadzone „amerykańskie granie” objawiające się może w pierwszej chwili oszałamiającą, lecz na dłuższą metę męczącą gigantomanią. Zachowana jest również wzorowa spójność w domenie czasu, więc nie ma co się obawiać nienadążania najniższych składowych za resztą pasma, co potrafi dawać się we znaki przy niektórych „obfitych na dole” przewodach. Tutaj wszystko jest podane w punkt, a że przy okazji czaruje rozmachem i swobodą niezależnie od liczebności aparatu wykonawczego i złożoności reprodukowanego materiału, to przecież tylko lepiej, gdyż pokazuje, że jak się chce i potrafi, to jednak da się połączyć ogień z wodą. Powyższe walory docenią nie tylko miłośnicy klimatycznych i nostalgicznych klimatów w stylu „Uthuling Hyl” pochodzącego z … Ohio duetu Osi And The Jupiter, gdzie intrygujące partie liry smyczkowej oparte są na pulsującym, schowanym nieco w tle mięsistym basie, lecz również wyrafinowanej klasyki (gorąco polecam niezwykle melodyjny „Orchestral Works” Gabríela Ólafsa z Reykjavík Orkestra pod batutą Viktor Orri Árnason), czy rozbudowanych składów jazzowych („Nonett” formacji ØyvindLAND pod przewodnictwem Øyvinda Frøberga Mathisena. Tak po prawdzie w przypadku Stealth Audio Dream V18T niezwykle trudno mówić o jakichkolwiek upodobaniach, bądź też „reakcjach alergicznych” na reprodukowany materiał, gdyż ich sygnatura dotyczy wyłącznie domeny energetyczno – przestrzennej i to nie w aspekcie sztucznego podkręcania i rozdmuchiwania, lecz swoistego wyswabadzania. Nie ma też mowy o majstrowaniu przy barwie, bądź motoryce. Jeśli bowiem oprócz powyższych przykładów serwowałem im zarówno blues – southern rockowy „Pollen” Blacktop Mojo z charakterystycznym, chropawym wokalem Matta Jamesa, jak i bestialsko brutalny „From Hell I Rise” Kerry’ego Kinga i za każdym razem otrzymywałem dokładnie to co trafiło na „taśmę matkę”, to jasnym było, że jeśli coś nie zagrało, to winę ponosiła sama realizacja. Na w pełni zasłużone komplementy zasługiwała tak sprężystość, jak i wspomniana mięsistość basu i to zarówno przy wyrafinowanych partiach kontrabasu, jak i opętańczym tłuczeniu podwójną stopą, co wcale nie jest takie oczywiste. Przecież fokusując się na fakturze i strukturze owego podzakresu zazwyczaj gdzieś po drodze gubimy kontur i ostrość krawędzi, tak samo jak przy akcentowaniu rozdzielczości i różnicowania na dalszy plan schodzi konsystencja tkanki owe kontury wypełniające. A tymczasem Dreamy zachowywały idealną wręcz równowagę pomiędzy owymi jakże różnymi punktami widzenia dając pełen obraz tak jeśli chodzi o definicję, jak i precyzję. Co jednak ciekawe zamiast epatować własnymi osiągami czyniły to niemalże przy okazji i mimochodem, bez najmniejszego wysiłku i prężenia muskułów, udowadniając tym samym własną genialność.
Może dziwnie to zabrzmi, lecz podczas ostatnich kilkunastu dni z tytułowymi Stealthami w systemie praktycznie zaprzestałem kombinowania i analizowania czy coś warto/można w tej materii, znaczy się okablowania kolumnowego, zmienić/poprawić. Ot, po czysto warsztatowo – recenzenckiej części pozostawiłem je wpięte w swoją dyżurną układankę i oddałem się błogim odsłuchom li tylko dla własnej przyjemności. Było po prostu tak, jak być powinno i prawdę powiedziawszy mając Dreamy na stanie bez większych wyrzutów sumienia mógłbym zakończyć na nich temat gonienia króliczka. Jeśli zatem szukacie Państwo sposobu na domknięcie mozolnie kompletowanej układanki w formie docelowego okablowania kolumnowego, to gorąco polecam odsłuch Stealth Audio Dream V18T i przekonanie się na własne uszy, co potrafią te amerykańskie druty i czy jest to ów cel do którego przez ostatnie lata dążyliście.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– DAC: Aries Cerat Heléne
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Gdy jakieś dwa lata temu pierwszy raz mieliśmy okazję spotkać się z konstrukcją spod tego znaku towarowego, ten zaoceaniczny producent zdawał się dopiero przecierać u nas szlaki. Czas mijał, my konsekwentnie zgłębialiśmy jego portfolio, aż nadszedł moment, w którym bez jakiegokolwiek naciągania faktów jestem w stanie wygłosić tezę, iż obecnie to bardzo mocny gracz pośród polskiej społeczności. Naturalnie powodem jest bogata oferta i ciekawe brzmieniowo konstrukcje, co wprost przekłada się na znakomitą rozpoznawalność marki przez szeroką rzeszę melomanów. O kim mowa? Naturalnie amerykańskim Stealth Audio, który w dzisiejszym spotkaniu za sprawą łódzkiego Audiofastu wystawił do zaopiniowania kabel głośnikowy z drugiej od góry linii Dream V18T.
Jak wiadomo, czasy są jakie są i każdy chroni swój wkład włożony w wyprodukowanie ciekawej konstrukcji. Dlatego nawet po przeczesaniu bezkresu internetu na temat budowy naszego bohatera wiem niewiele. Z tego co udało mi się wynotować, wynika, że to rozwinięcie modelu Dream Petite V16T. A jeśli tak, w kwestii przewodnika mamy do czynienia z połączeniem osobnych przebiegów typu solid core o różnej grubości z czystego srebra i miedzi w konfiguracji LITZ. Co ciekawe, w tym modelu mimo równiej średnicy przyjemnej dla oka od strony wzorniczej zewnętrznej otuliny kabla na całej długości, w jego trzewiach zastosowano zmienną średnicę drutów przewodzących. To oczywiście wyklucza produkcję maszynową i znacznie wydłuża czas powstawania każdego produktu, jednak z drugiej jest gwarancją tak zwanej solidnej ręcznej roboty. Dodatkowym efektem takiego działania jest poprawa charakterystyki rezonansowej przewodnika. Celem sonicznym tego zabiegu zaś według producenta jest poprawa wydajności średniego i niskiego basu, bez skutków ubocznych w czytelności środka pasma i górnych rejestrów. Ostatnią istotną informacją na temat tytułowej głośnikówki jest podobnie do reszty braci zastosowanie na rzeczonym kablu zewnętrznego pierścienia strojącego jego finalne brzmienie. To co prawda proces jedynie doszlifowujący i do tego pracochłonny, gdyż musimy znaleźć odpowiedni punkt na całym dostępnym przebiegu kabla, ale moim zdaniem jeśli są wyniki, gra zawsze warta świeczki. Tak prezentujący się przedstawiciel sygnału kolumnowego w drodze do klienta ląduje w okrągłych, estetycznych i opatrzonych certyfikatem legalności etui.
Jak wypadł tytułowy Amerykanin? Czy zabiegi mające na celu poprawę wyjątkowości ogólnie pojętego basu bez szkód dla reszty pasma zdały egzamin? Powiem szczerze, że esencjonalność i przy okazji zebranie się w sobie dolnego zakresu naprawdę robią wrażenie. A robią dlatego, że mimo zapisanego przez to w kodzie DNA solidnego pakietu energii przekazu, dzięki utrzymaniu nad nią kontroli nadal oferuje transparentny środek pasma i otwartą górę. To bardzo istotne, gdyż zazwyczaj zwiększanie aspektu wagi dźwięku kończy się większą lub mniejszą zadyszką w oddaniu swobody kreowania odpowiednio rozbudowanej wirtualnej sceny. Na szczęście tutaj wraz z ilością body idzie jego dyscyplina i rozdzielczość, dzięki czemu opisywana V18 brzmiąc w estetyce fajnego nasycenia unika szkodliwego spowolnienia muzyki i ograniczenia rozmachu wydarzeń muzycznych. Jest gęsto, ale przy tym z radością, co w sobie tylko znany sposób sprawdza się z praktycznie każdą twórczością. Na swój akcentujący nasycenie sposób, ale z niezbędną dla uzyskania bardzo dobrego dźwięku gracją. Nie lubię gdy w imię szybkości grania ociera się on o anoreksję, wolę gęściej, ale za to prawdziwiej w odniesieniu do kolorystyki zawieszonego w eterze instrumentu, co na szczęście u naszego bohatera było chlebem powszednim.
Aby to sprawdzić bez wahania wziąłem na tapet specjalistę od gitary, czyli znanego wszystkim Pata Metheny’ego w kompilacji „The Way Up”. Powodem oczywiście było sprawdzenie, czy wspominana przez cały czas dawka rozdzielczej energii nie wpłynie zbyt uspokajająco na jednak dźwięczną w swym żywocie i co ważne w tym przypadku, bardzo wirtuozersko obsługiwaną gitarę. Zbyt dosadne pokazanie jej esencji mogłoby uśrednić informację palca na strunie lub zbytnio zdusić wydobywające się z pudła rezonansowego rozwibrowanie dźwięku. O resztę muzyków i ich byt na swobodnie wykreowanej we wszystkich kierunkach scenie z racji kontroli wprowadzanej masy do przekazu ani przez moment się nie martwiłem, ale już gitara to delikatny instrument i jej zbytnia krągłość spowodowałaby granie tłustymi brzdąknięciami, a nie wysublimowanymi, wytrenowanymi przez całe życie przez Pat-a wirtuozerskimi improwizacjami. Efekt? Owszem, „wiosło” idąc za informacjami konstruktorów kabla nabrało esencjonalności i dzięki temu fajnej krągłości, jednak za sprawą utrzymania dobrej rozdzielczości reszty pasma nadal przekaz cechowała nieobliczalność procesu zabawy gitarzysty z instrumentem. Fajnym dodatkiem działania okablowania było minimalne przybliżenie sceny w kierunku słuchacza, co sprawiało wrażenie większej namacalności muzyków w pokoju. Jednym słowem ta od dawna niesłuchana płyta wypadła znakomicie.
Kolejny krążek również będzie gitarowy, jednak z całkowicie innego nurtu muzycznego. Tym razem padło na naszego rockmena Mariusza Dudę z formacją Riverside „Love, Fear And The Time Machine”. Cel podobny, tylko z większym naciskiem na próbę położenia testowo skonfigurowanego zestawu znacznie gęstszą muzyką. Nie jest to szaleńczy rock spod znaku Slayer-a, jednak na tyle mocny w uderzeniu i zbijający w jeden impuls wiele dźwięków, że bez problemu potrafi pokazać urządzeniom, jak daleko są w lesie ze sprostaniem mocnemu uderzeniu. Jak było w tym podejściu? Jankes z powodzeniem wyszedł z tarczą. Pan Duda nie smagał mnie muzyką, tylko pokazał, ile w rocku jest piękna. Naturalnie uruchamiającego nieco inne emocje aniżeli twórczość sakralna, jednak jeśli ktoś potrafi dotrzeć do sedna danej muzyki i ta i ta ma na celu zaspokoić nasze potrzeby tak duchowe, jak i jakościowe – ten ostatni przypadek dotyczy naszego podwórka. I z takim przesłaniem zagrała wspomniana kapela. Całość co prawda była podkręcona esencjonalnością jako pochodna wpięcia amerykańskiej myśli technicznej, ale nawet przez moment nie złapałem zestawu na problemie artykułowania najważniejszych w danym momencie akcentów sonicznych typu: wyrazistość instrumentu, czy szybkość zmian tempa gry. Czyli suma summarum podobnie do Pata Metheny’ego, również w tym przypadku odpowiednio dozowana muzykalność kabla finalnie przełożyła się na przyjemne spędzenie czasu z polskimi artystami.
Komu zaproponowałbym tytułowy set kabli głośnikowych? Otóż łatwiej będzie mi wskazać grupę potencjalnego ryzyka. Należą do niej wszyscy posiadacze zbyt mocno otyłych zestawów. Niestety w takich przypadkach może nie pomóc dobra rozdzielczość naszego bohatera. Jest na bardzo wysokim poziomie, co okablowaniu Stealth Audio Dream V18T pozwoli sprawdzić się w znakomitej większości systemów – choćby w moim, już gęstym w standardzie zagrał z sukcesem, ale z nazbyt mocno osadzoną w masie, a przez to mającą problemy z timingiem może sobie nie poradzić. Ale zaznaczam, fraza „nie poradzić” w tym przypadku oznacza brak szans na korektę wcześniej popełnionych błędów konfiguracyjnych. Jeśli zatem nie utożsamiacie się z wyżej wspomnianą grupą, nie ma najmniejszych przeciwwskazań do potencjalnej próby ożenku V18-ki ze swoim środowiskiem sprzętowym. Spodoba się lub nie, to sprawa czysto indywidualna. Jedno jednak jest pewne, to naprawdę fajny kabel.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Stealth Audio
Cena: 83 210 PLN / 2 x 2m; 17 650 PLN / dodatkowe 0,5m
Opinia 1
W związku z wielkimi krokami zbliżającymi się wakacjami większość nieskażonych bakcylem audiophilii nervosy przedstawicieli naszego, podobno obdarzonego inteligencją, gatunku wodzi palcem po mniej bądź bardziej wirtualnych mapach szukając destynacji oferujących zapierające dech w piersiach widoki, bezlik zabytków, ciągnące się po horyzont plaże i generalnie czysto turystyczne atrakcje. Potem wystarczy tylko zarezerwować lot, kliknąć na odpowiedni hotel, bądź zdać się na kompletną ofertę jednego z biur podróży a tuż przed powrotem zadbać o stosowną pamiątkę w postaci latami pstrzącego lodówkę kiczowatego magnesu. A co byście powiedzieli Państwo gdybyście z takowych wojaży mogli wrócić z jakimś lokalnym, oczywiście audiofilskim, artefaktem pod pachą? Ot, kolumny z Włoch, potężna końcówka ze Stanów, czy też przewody z Bali. Kuszące, nieprawdaż? Problem jednak w tym, że o ile miniaturyzacja na tzw. rynku konsumenckim wydaje się czymś zupełnie maturalnym i oczywistym, o ile tylko nie bierzemy pod uwagę przekątnych TV, to już w High Endzie czas nie tylko zatrzymał się w miejscu, co ewolucja podążyła diametralnie inną ścieżką raczej lubieżnie zerkając ku gigantomanii aniżeli kompaktowości. W związku z powyższym kilkusetkilogramowe kolumny, czy z łatwością przekraczające 100-kę wzmacniacze już dawno przestały kogokolwiek dziwić niejako przy okazji wykluczając je z grona tzw. bagażu kabinowego. Do powyższej puli „kabinówek” niezwykle trudno byłoby zaliczyć również naszego dzisiejszego gościa, który choć z racji pełnionej funkcji może pochwalić się iście kieszonkowymi pociotkami, to sam reprezentuje zdecydowanie poważniejsze grono konstrukcji do których ustawienia i transportu najlepiej brać się parami. Mowa o debiutującej na naszych łamach za sprawą wrocławskiej Galerii Audio marce Aries Cerat i jej najmniejszym, choć wypadałoby raczej napisać najmniej dużym (polecamy sesję unboxingową), przetworniku cyfrowo – analogowym Heléne.
Jeśli gabaryty miałyby decydować o walorach sonicznych, to zgodnie z zasadą „duży może więcej” Aries Cerat Heléne śmiało mógłby konkurować o w pełni uzasadnione laury z niejedną stricte high-endową końcówka mocy, a to przecież zaledwie nieśmiały wstęp do nad wyraz bogatego cypryjskiego portfolio. Nie ma co bowiem zaklinać rzeczywistości, tylko trzeba powiedzieć wprost – tytułowy DAC jest zaskakująco imponujący tak jeśli chodzi o swoją posturę, jak i wagę, gdyż nieczęsto spotyka się na rynku przetworniki dobijające do 40kg. Całe szczęście poza oczywistą unifikacją właściwej dla Aries Cerat szaty wzorniczej i charakterystycznych obłych ścian bocznych przywodząca na myśl amerykańską rozmiarówka (500 x 430 x 165 mm) nie wynika z czystej przesady i zamiłowania do gigantomanii (choć pamiętając system z ledwo co zakończonego monachijskiego High Endu można by mieć takowe podejrzenia) a troski o zapewnienie właściwej cyrkulacji powietrza wewnątrz i miejsca umożliwiającego komfortowy dostęp do ukrytych przed oczyma ciekawskich lamp, które po zakupie urządzenia wypadałoby samodzielnie zaaplikować a w trakcie użytkowania od czasu do czasu wymienić. Nie ma jednak co owego aspektu niepotrzebnie demonizować, gdyż zgodnie z zapewnieniami producenta żywotność prostownika wynosi 3000 a lamp wyjściowych 9000 godzin, co przy ich cenach (JJ GZ34 – ok. 140 PLN; E280F – ok. 160 PLN), pomijając rachunki za prąd jasno wskazuje, że koszty użytkowania cypryjskiego DAC-a spokojnie możemy uznać za pomijalne. Krótko mówiąc Heléne jest duży i piekielnie ciężki, jednak trudno zarzucić mu jakąś przesadną zwalistość a to za sprawą wspomnianych zaokrąglonych ścian bocznych i dystyngowanej czerni szklanego frontu ozdobionego jedynie czterema masywnymi łbami mocujących śrub w narożnikach, oznaczeniem modelu, nazwą producenta i dyskretnym wyświetlaczem. A właśnie, z tego co udało mi się wyszperać pierwotnie jego rolę pełniły charakterystyczne lampy Nixie, jednak w dostarczonym do nas egzemplarzu widać było już klasyczny, błękitny display. Obrotowy selektor źródeł przewrotnie umieszczono w prawym narożniku „stałej” części płyty górnej, której pozostały, już zdejmowany moduł gęsto ponacinano w celu zapewnienia odpowiedniej wentylacji ukrytych pod nim trzewi. Co ciekawe zamiast czysto użytecznej perforacji postawiono na finezyjną autopromocję w postaci nazwy producenta, potężnego logotypu i oznaczenie modelu.
Ściana tylna prezentuje się równie imponująco i minimalistycznie zarazem, bowiem zamiast bezliku przyłączy zdolnych obsłużyć nieprzyzwoicie wręcz rozbudowane instalacje audio oferuje tylko to, co tak prawdę powiedziawszy w zupełności powinno wystarczyć lwiej części użytkowników. Do dyspozycji , patrząc od lewej otrzymujemy zintegrowane z włącznikiem głównym i komorą bezpiecznika gniazdo zasilające, przełącznik masy, sekcję cyfrową obejmującą wejścia USB, koaksjalne i AES/EBU, oraz wyjścia analogowe w standardzie RCA i XLR z dedykowanymi przełącznikami hebelkowymi umożliwiającymi obniżenie sygnału o -6dB.
Zapuszczając żurawia do trzewi naszego gościa praktycznie już na starcie widać, że zamiast najpopularniejszych kości przetworników Aries Cerat wykorzystuje matrycę ośmiu konwerterów R2R Analog Devices AD1865N-K na kanał, pracujących równolegle w trybie prądowym. Są one sterowane firmowymi układami logicznymi a dzięki technologii Super Clock wyeliminowano potrzebę stosowania zewnętrznego zegara. Ponadto łatwo wskazać winowajców ponadnormatywnej wagi, za którą odpowiada nad wyraz rozbudowane zasilanie z trafami i dławikami karnie ustawionymi wzdłuż frontu i lewej krawędzi.
Z kolei sekcja analogowa to tak naprawdę minimalistyczny wzmacniacz SET oparty na dwóch super lampach E280F obciążonych specjalnym transformatorem wyjściowym i dedykowanym im prostowniku z lampą GZ34. Lampowy stopień wyjściowy jest polaryzowany potrójnie filtrowanych obwodów o bardzo niskim poziomie szumów a prąd polaryzacji ułatwia widoczny przez szczeliny założonej pokrywy wyświetlacz.
Ponieważ dostarczony na testy egzemplarz trafił do nas prosto z cargo, był więc klasyczną, fabryczną funkiel-nówką a jednocześnie mając zielone światło od dystrybutora na niespieszne jego (DAC-a, nie dystrybutora) wygrzewanie na procedurę akomodacyjną pozwoliłem sobie przeznaczyć blisko dwa tygodnie. Owa pozorna opieszałość miała również podłoże czysto psychologiczne, gdyż praktycznie całkowicie wyeliminowała ekscytację wynikającą z pojawienia się w moim dyżurnym systemie dość trudnej do niezauważenia nowości a tym samym dopuściła do głosu pragmatyzm i czysto użytkowe podejście. I właśnie, nieco przewrotnie, od kwestii użytkowych część poświęconą brzmieniu pozwolę sobie zacząć, gdyż z racji braku zdalnego sterowania każdorazowa zmiana źródła wymagała podniesienia czterech liter z kanapy, co po latach użytkowania 35-ki Ayona i 25-ki Vitusa i było to pewne novum, do którego wbrew pozorom można się przyzwyczaić. Co też w trakcie rozgrzewkowych tygodni nastąpiło.
Jeśli zaś chodzi o walory soniczne, to do temat można podejść w skrótowo i po łebkach ogłaszając Urbi et Orbi, że Heléne gra tak, jak wygląda i zgodnie z wykorzystywaną przez niego lampową technologią. I byłoby w tym zaskakująco sporo prawdy, gdyby nie fakt, że podobnie jak z górą lodową patrzylibyśmy jedynie na wystający ponad taflę wody niewielki jej fragment. Dlatego też pozwolę sobie na nieco bardziej wnikliwą analizę możliwości naszego gościa, bo powiem szczerze, ma czym się pochwalić. A zacznę od tego, że w sposób nad wyraz udany przejął pałeczkę po również mieszczącym w swych trzewiach Ayonie oferując iście bliźniacze wysycenie średnicy przy jednoczesnym zachowaniu właściwej rozdzielczości góry i zaraźliwej motoryki najniższych składowych. Dzięki temu wszelakiej maści krzyki i wrzaski okraszone kakofonicznym łomotem, czyli cięższe odmiany rocka w stylu „Hordes Of Chaos” Kreatora miały swoje przysłowiowe pięć minut i szansę na wybrzmienie od pierwszej do ostatniej nuty. Było gęsto, ciężko, ale zarazem bez uczucia otulającego kolumny koca i przysłowiowej buły na basie. Warstwie wokalnej nie można było odmówić agresji, ale dało się zauważyć poprawę jej komunikacji i mniejszą skrzekliwość, co śmiem twierdzić, że wyszło jej na dobre. Może dół pasma nie miał takiej klarowności i rozdzielczości jak w moim dyżurnym Vitusie, jednak biorąc pod uwagę niemalże dwukrotną różnicę w cenie trudno się takiemu stanowi rzeczy dziwić. Ponadto aby ów wniosek wyciągnąć trzeba mieć możliwość dokonania bezpośredniego porównani, gdyż obcując z Heléne na co dzień konia z rzędem temu, kto miałby jakieś zastrzeżenia do proponowanej przez niego sposobu prezentacji. Oczywiście, w zbyt ospałych i cierpiących na brak kontroli systemach pojawienie się tytułowego DAC-a owych mankamentów nie wyeliminuje, jednakże wszędzie indziej jego obecność powinna być mile widziana.
Przy zdecydowanie bardziej cywilizowanym repertuarze, vide zaskakująco mało free-jazzowym „Full Fathom Five” Johna Zorna doskonale słychać zarówno finezję, jak i kompletność cypryjskiego przetwornika, który doskonale panując nad porządkiem na scenie nie zapomina o wzajemnych korelacjach poszczególnych instrumentów i interakcjach pomiędzy muzykami, dzięki czemu obecny podczas nagrań flow jest bezdyskusyjnie wyczuwalny i namacalny. Do tego dochodzi oczywiście urzekająca barwa i swoboda artykulacji. Wspominam o tym, gdyż część potencjalnych nabywców dowiadując się o lampach w torze potrafi zapobiegliwie się okopywać na z góry obranych pozycjach obawiając się zbytniej lepkości – przyklejenia dźwięków do ich generatorów. Tymczasem Aries Cerat stawia na swobodę a gdy tego wymagają okoliczności (delikatne muśnięcia blach, bądź wyższe rejestry fortepianu) również oczekiwaną zwiewność i eteryczność. Jednak całe owe „oderwanie” od głośników nie było pochodną odchudzenia dźwięku i przesunięcia równowagi tonalnej ku górze a jedynie wspomnianej swobody w kreowaniu iście trójwymiarowej i holograficznej sceny, gdyż nawet dość piskliwe kobiece wokale (Lisa Ekdahl – „Give Me That Slow Knowing Smile”) nie przekraczały cienkiej czerwonej linii, za którą robi się mało przyjemnie, bądź skojarzenia z Beakerem (jednym z Muppetów) stają się nazbyt oczywiste. Nie odnotowałem również tendencji do sztucznego podkreślania sybilantów, czy też utwardzania góry, która choć rozdzielcza i czysta cały czas operowała w okolicach delikatnego ozłocenia sprawiając, że nawet nie do końca referencyjne realizacje zyskiwały na atrakcyjności.
Aries Cerat Heléne to kawał DAC-a, jednak jeśli tylko dysponujecie Państwo odpowiednim budżetem i miejscem, by tylko go wkomponować w posiadany system a jednocześnie nie jesteście na tyle rozbestwieni, by nie wyobrażać sobie konieczności spacerów przy każdorazowej zmianie źródła, to gorąco zachęcam do wypożyczenia go na testy. Nie dość bowiem, że z racji swego niewątpliwie egzotycznego pochodzenia nie jest to coś, co może się zbyt szybko opatrzeć, bądź wręcz wyskakiwać z lodówki, jak zdecydowanie intensywniej promowani konkurenci, to przede wszystkim tytułowy przetwornik zbudowany jest niczym czołg a w swym brzmieniu łączy wyrafinowanie z dynamiką i muzykalność z rozdzielczością. Dlatego też nie ma co na niego patrzeć jedynie z perspektywy jego niewątpliwej lampowości, bądź też autorskiego układu R2R, gdyż konstruktor sięgając po nie dążył jedynie do określonego celu a nie traktował ich w kategoriach „sztuki dla sztuki”. A celem tym był z pewnością realizm prezentacji, który to, przynajmniej po tym, co przez ostatnie tygodnie dane mi było usłyszeć, został osiągnięty. Nie wierzycie? Cóż, bez własnousznej weryfikacji raczej się nie obędzie. Lojalnie jednak uprzedzam, że Heléne potrafi oczarować i uzależnić od pierwszych dźwięków a biorąc pod uwagę, że przynajmniej lampę prostowniczą można byłoby wymienić na jakiegoś bardziej „audiofilskiego lampiszona” może być tyko lepiej.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB; Lumin U2
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Gdy na moment wrócilibyście pamięcią do mojej relacji z ostatniego monachijskiego High Endu, z pewnością zauważylibyście akapit poświęcony tytułowemu producentowi. Fakt, to był nieco zabawny tekst, jednak w swej pozornej, tendencyjnie ironicznej retoryce miał jedno bardzo ważne zadanie. Jakie? Naturalnie wstępne zapoznanie Was z przecierającą szlaki na naszym rynku, stacjonującą na Cyprze marką Aries Cerat. Wystawa, jak to wystawa, rządzi się swoimi prawami, czyli zazwyczaj prezentacją maksimum możliwości, co było bezpośrednią przyczyną pokazania aż tak dalekich od oferty dla statystycznego Kowalskiego konstrukcji – przypominam gabarytowy rozmach i mocno polaryzującą postronnych odbiorców aparycję produktów. Jednak nie należy zapominać, że top topem, ale każdy podmiot zawsze ma swojej ofercie coś dla „zwykłych” ludzi. I z takim poziomem oferty zmierzymy się dziś. Jednak co w tym wszystkim jest najciekawsze i dla mnie osobiście najbardziej zaskakujące, po zapoznaniu się ze startowym produktem z portfolio tego brandu, przed konstruktorami z niekłamaną przyjemnością i co najważniejsze, bez żadnego uszczerbku na honorze chylę czoła. Co mnie tak poruszyło? Chodzi o otwierający ofertę, dostarczony przez wrocławską Galerię Audio przetwornik cyfrowo-analogowy Aries Cerat Heléne. Myślicie, że mnie poniosło? Czy ja wiem? Zapoznajcie się z poniższym tekstem i biorąc naturalną poprawkę na potencjalne chwilowe zauroczenie spróbujcie w duchu ocenić moją reakcję.
Niech nie zwiedzie Was niska pozycja w cenniku naszego bohatera, bowiem z uwagi na wykorzystanie w trzewiach lamp elektronowych to sporej wielkości konstrukcja. Tak szeroka, jak i głęboka, ale również dość wysoka. Do tego bardzo ciekawa wzorniczo, gdyż bazująca na połączeniu trzech z pozoru kontrastujących, ale dobrze wyglądających obok siebie materiałów. W ich skład wchodzi lakierowane, imitujące wycinek baryłki drewno bocznych ścianek, zaczerniony akryl frontu oraz szczotkowana, w celach grawitacyjnego wentylowana układów elektrycznych ze szklanymi bankami na pokładzie, ozdobiona artystycznymi motywami nacięć w kształcie logo marki stal nierdzewna górnego panelu i tylnej części obudowy. Z uwagi na widniejące na górnej płaszczyźnie łby śrub oraz znajdujące się na froncie zaślepki montujące akryl w pierwszym kontakcie ogólny wygląd wydaje się być surowym. Jednak ku mojemu zaskoczeniu po chwili obcowania na żywo z takim pomysłem jego odbiór zdaje się ewaluować w stronę celowego zabiegu, mającego uniknąć efektu zbytniej cukierkowości projektu wizualnego. Przynajmniej ja przeszedłem taką drogę. Jeśli chodzi o detale manipulacyjno-wyposażeniowe, czarny awers oprócz wspomnianych stalowych zaślepek w narożnikach, w dolnych parcelach ozdobiono nazwą marki i modelu urządzenia, zaś w górnej i centralnej części błękitnymi wyświetlaczami informującymi o wybranym w danym momencie wejściu cyfrowym i ewentualnym korzystaniu z reclockingu. Ich wybór realizujemy zorientowaną w lewym górnym rogu górnej powierzchni niedużą gałką, a wybór „czystego” tudzież przetaktowanego sygnału jest kolejnym krokiem tuż po wskazaniu danego wejścia. Czyli tłumacząc na nasze, najpierw mamy USB – te nie pozwala na reclocking, potem RCA, następnie RCA CLO, potem AES i zaraz za nim AES CLO. Proste jak budowa cepa. Dotarłszy do tematu panelu przyłączeniowego z tyłu okazuje się, iż mamy do dyspozycji wejścia cyfrowe w standardzie USB, SPDIF i AES/EBU, wyjścia analogowe RCA i XLR, dwa hebelki obniżenia wzmocnienia sygnału wyjściowego o 6dB, hebelek masy oraz gniazdo zasilania IEC. Na czas transportu przetwornik pakowany jest w solidna skrzynkę ze sklejki.
Gdy po kilkunastominutowej rozgrzewce przetwornik doszedł do stanu pozwalającego na jakiekolwiek próby oceny brzmienia, pierwsze co zwróciło moją uwagę, to energia przekazu. Fakt, z lampową estetyką zjawiskowej namacalności źródeł pozornych oraz odcieniem złota w projekcji wysokich tonów, jednak w kwestii oddania uderzenia muzyką zaskakująco zwartą. Bez szkodliwego rozmiękczania zarezerwowanego dla świata lamp nasycenia, tylko z pozwalającym utrzymać odpowiedni timing zwarciem. Naturalnie do poziomu dosadnego krawędziowania scenicznych bytów spod znaku stacjonującej u mnie konstrukcji krzemowej było daleko, jednak na tle przetestowanych setek tego typu pomysłów na aplikację w układach elektrycznych wolnych elektronów Cypryjczyk jest jednym z niewielu, z którym mógłbym bez problemu spędzać wolny czas przy muzyce. I to nie plumkaniu, tylko z pełnym spektrum posiadanej płytoteki. Zanim jednak dojdziemy do samej muzyki, nie mogę nie wspomnieć o budowaniu znakomicie czytelnej oraz szerokiej i głębokiej wirtualnej sceny. Do tego dobrze doświetlonej, czyli bez efektu teoretycznie fajnego, jednak finalnie nieco ograniczającego rozmach prezentacji przygaszania światła oraz w typowy dla lamp sposób kreującej byty w domenie 3D. A co w tym wszystkim jest najważniejsze, ów cały czas wspominany przeze mnie lampowy sznyt nawet przez moment nie był ani męczący, ani nudny, bowiem był jedynie tak zwaną soniczną „przyprawą”, a nie ciężkostrawną i na dłuższą metę nudną elektronową omastą. Jak producent od tego ostatniego się uchronił? Już wspominałem. Poszedł drogą dobrej, bo mocnej i zwartej podstawy basowej, co dało muzyce nie tylko wyraźnego kopa, ale również pozwoliło uwolnić zawartą w niej naturalną koleją rzeczy delikatnie złagodzoną, ale jednak niezbędną drapieżność. Drapieżność, bez której krągła i delikatna lampa nadaje się tylko do słuchania muzyki nostalgicznej, gdyż nawet nie szaleńcze, ale już nieco ambitniejsze w kwestii tempa twory nutowe zwyczajnie zleją się w jedną bliżej niekreśloną papkę. No dobra, może przy cichutkim słuchaniu jakoś da się z tym żyć, niestety w momencie chęci uzyskania zapisanych w materiale emocji zbyt „lampowa lampa” najzwyczajniej w świecie się podda. Ta testowana ani przez moment nie miała tego zamiaru i co raz pokazywała mi palcem, że to jednak drapieżnik w owczej skórze. Tym bardziej, że w swojej ofercie miał jeszcze przetaktowanie materiału muzycznego. Ten zaś był na równie ciekawym zjawiskiem jak sam DAC. Chodzi mianowicie o to, że gdy tytułowy bohater grał bardzo dobrze już przy zwykłym sygnale, po reclockingu zyskiwał dodatkową dawkę energii w oddaniu pojedynczego impulsu. Przyjemnego w odbiorze, bo jedynie wzmacniającego esencję pulsu muzyki, co na tle wersji standardowej dawało efekt większej motoryki. Jednak jak to zwykle bywa, zauważyłem, że kij ma dwa końce. Otóż przywołany efekt zwiększenia drive’u oprócz wyraźniejszego poczucia masowania moich trzewi miał dwie cechy. Z jednej strony dawał dodatkowo lepszą projekcję głębszej i czytelniejszej sceny 3D, jednak z drugiej nieco luzował krawędź dźwięku w dolnym i środkowym pasmie. Nie było to degradowanie ich czytelności, tylko naturalne pogrubienie rysunku spowodowane zwiększeniem ilości masy w impulsie z czym lampa miała prawo sobie nie poradzić. Skądinąd efekt ciekawy, bo bezbolesny w odbiorze, jednak na tle spokojniejszego dźwięku w wersji bez dodatkowego skalowania sygnału nieco zaokrąglony. Ale zaznaczam, obydwie wersje grania były tylko nieco inne, a nie lepsza i gorsza. Powiem więcej. Każda z nich pozwalała podkreślić zalety innego materiału, co przemawiało za pewnego rodzaju uniwersalnością tego projektu przetwornika. Nie powiem, fajna sprawa i fajnie to wypadało.
Na tyle fajnie, że w obydwu wersjach bardzo dobrze wypadła nawet oparta o niełatwe instrumenty produkcja Billa Frisella i Thomasa Morgana „Epistrophy”. To popis gry na gitarze wspieranej przez kontrabas, który w momencie potraktowania go nieco krągłym działaniem lampy teoretycznie powinien stracić na wyrazistości tak strun przysłowiowego wiosła, jak i przerośniętych skrzypiec. Tymczasem w obydwu wersjach taktowania sygnału występy były udane. Raz muzyka zabrzmiała nieco spokojniej z odpowiednio zaakcentowanym atakiem palca i kostki na struny, by po przełączeniu na proces reclockingu zyskać na werbalnym odbiorze każdego strunowego bytu. Owszem, z lekkim złagodzeniem krawędzi dźwięku, jednak w efekcie wzmocnienia impulsu odbiór był równie ciekawy i pozwalający w pełni zatopić się w słuchanym materiale.
Z równie fajnym feedbackiem odebrałem muzykę filmową skomponowaną przez guru tworów elektronicznych w postaci ścieżki dźwiękowej do produkcji „Blade Runner” Vangelisa. Ta pozycja podobnie do poprzedniej miała ważne zadanie. Chodziło oczywiście o weryfikację, czy lampowy sznyt grania cypryjskiego przetwornika nie zuboży informacyjnie częstych mocnych pomruków. To bardzo istotne, bowiem każdy, nawet najniższy długi dźwięk składa się z pojedynczych inicjacji, co podczas słuchania z pełnym pakietem informacji powinno dać rytmiczne wibracje dźwięku. Naturalnie z różną amplitudą i energią, jednak jako zmiany odczuwanej energii. Jaki był efekt? Nie powiem, znając możliwości mojego DAC-a nieco się obawiałem, jednak finalnie nie było czego. Ze zrozumiałych względów nie był to występ jeden do jeden (lampy do krzemu), ale o dziwo muzyka wibrowała tak jak zakładał kompozytor. Z mniejszym zaangażowaniem w pokazanie krawędzi, ale z równie wyrazistym odseparowaniem każdego z impulsów. Na tyle ciekawie, że bez problemu przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Przecież to lampa, a i tak zagoniła w kąt niejedną tranzystorową konstrukcję.
Czy powyższy opis drobiazgowego procesu testowego jest dowodem na sprawdzenie się tytułowego Aries Cerat Heléne w każdej konfiguracji sprzętowej? I tak i nie. Nie, gdyż jednak obcujemy z lampami elektronowymi, które delikatnie, ale mimo wszystko swoje trzy grosze wnoszą, co nie każdemu może odpowiadać. Zaś tak, bowiem wystarczy być otwartym na nieco inne, ale nadal fajne, bo mimo lekkiej miękkości odpowiednio wyraziste granie, aby przekonać się, ile piękna jest w muzyce. Podanej z odmiennymi niż mamy na co dzień akcentami, jednak nadal pełnej okraszonych smakiem dobrze zaaplikowanej szklanej bańki nieprzewidywalności. Na tyle ciekawie zaprezentowanej, że już teraz zacieram ręce na potencjalne spotkanie w wyższymi modelami tej marki.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Galeria Audio
Producent: Aries Cerat
Cena: 13 800 €
Dane techniczne
Przetwornik: 8 konwerterów R2R na kanał, komplementarne wyjście prądowe wykorzystujące najwyższej klasy układy Analog Device AD1865N-K z 4 konwerterami na bank, 8 na kanał.
Wyjścia: 2 x RCA, 2 x XLR
Impedancja wyjściowa: 50
Wejścia: Coax, AES/EBU (24bit/192 kHz); USB (24bit/384 kHz)
Zastosowane lampy: 2 x E280F w stopniu wzmocnienia, GZ34 (prostownicza)
Wymiary (S x G x W): 500 x 430 x 165 mm
Waga: 40 kg
Firma założona prze dr Emila Podszusa w 1932 r który bardzo wcześnie pracował jako wynalazca w wielu dziedzinach. Do najważniejszych jego osiągnięć należy rozwój młyna kulowego, który odegrał kluczową rolę w wynalezieniu kolorów brązu, a następnie wielkoformatowego młyna wirowego.
Przez kilka dziesięcioleci dużo inwestował w tysiące testów mających na celu wynalezienie „membrany piankowej”, nazwanej „Zellaton”. Obecnie produkcja obejmuje trzy serie: Evo, Klassik i Ultra. Z serii Evo dostępne są 2 modele: trójdrożny Plural i dwudrożny Emotion. w obu przypadkach zastosowano membranę ZELLATON EVO w oparciu o legendarną membranę z twardej pianki, która płynnie kontynuuje wszystkie dotychczasowe zalety tonalne.
Seria Klassik obejmuje trzy modele: trójdrożny Stage, trójdrożny Reference mk2 i trójdrożny Statement zbudowany w układzie D`Appolito. Trzecia z serii to seria Ultra, zawiera dwa modele: Stage Ultra i Reference Ultra, lata prac badawczo-rozwojowych i dziesięciolecia doświadczeń w połączeniu z najnowocześniejszą technologią pozwoliły na powstanie nowej membrany ZELLATON ULTRA której ważnym elementem jest amortyzującą piankę high-tech o maksymalnej wytrzymałości na rozerwanie, ze specjalnie powlekanym, rzemieślniczym papierem czerpanym na odwrocie.
Kolumny występują standardowo w białym lub czarnym lakierze fortepianowym ale istnieje możliwość indywidualnego doboru koloru. Membrany ZELLATON są produkowane indywidualnie przez współzałożyciela ZELLATON Manuela Podszusa, w ramach delikatnej i wyrafinowanej procedury ręcznej. Stosowane są wyłącznie w oryginalnych systemach ZELLATON.
Najnowsze komentarze