Opinia 1
Choć Kabaret Moralnego Niepokoju przekonuje, że „najgorszy jest wiatr” a z kolei rodzice małoletnich pociech doskonale wiedzę, że najgorsza jest cisza (a dokładnie to, co ona zwiastuje) w pokoju ich „bąbelków”, to większość audiofilsko zorientowanych jednostek żyje ze świadomością, że jednak najgorsze są … kable. W końcu, o ile tylko nie stawiamy na bezprzewodowość, takowe do „grania” są konieczne a jednocześnie jakiekolwiek pytanie o nie na forum publicum kończy się krwawą jatką i kolejną święta wojną, podczas której żadna ze stron jeńców nie bierze. I bynajmniej nie są to starcia miedzianych i srebrnych frakcji, czy też piewców wyższości łączówek RCA nad XLR (bądź na odwrót), lecz tych którzy już swoje w życiu słyszeli i organoleptycznie sprawdzili z tymi, dla których sam „książkowy” fakt przewodzenia jest wystarczający i kończący jakiekolwiek dalsze poszukiwania. Skoro bowiem coś działa to na …(tutaj należy umieścić powszechnie używaną partykułę wzmacniającą) drążyć. Jak jednak wielokrotnie wspominałem sam fakt działania, przynajmniej dla nas, nie jest końcem lecz dopiero początkiem poszukiwań pozwalających przekonać się, że jednak można lepiej. Dlatego też jeśli należycie Państwo do tych, którzy nie tylko czują mniej bądź bardziej regularny niedosyt a jednocześnie macie świadomość możliwości wyciśnięcia z Waszego systemu jeszcze lepszego dźwięku nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na spotkanie z … przewodem ZenSati Authentica RCA.
Pod względem aparycji już gołym okiem widać, że Authentica reprezentuje wyższy, bardziej poważny stopień wtajemniczenia aniżeli otwierające duńskie portfolio radośnie umaszczone Razzmatazz, czy Zorro. Tu miękkie pokrowce uznają wyższość klasycznych prostopadłościennych, obszytych (eco?)skórą pudełek a odważna kolorystyka ustępuje miejsca dyskretnemu srebru. I właśnie w tej tonacji utrzymane są zarówno korpusy wtyków, jak i srebrzysta plecionka ekranu widoczna pod zewnętrzną, transparentną koszulką ochronną. Samą średnicę tytułowego interkonektu śmiało możemy uznać za w pełni standardową, podobnie z reszta jak i jego wiotkość, więc nie przewiduję żadnych komplikacji podczas jego aplikacji nawet w ciasnych zaszafkowych warunkach.
Jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, bądź poniekąd zrobił to za nas Mark Johansen, informacje o budowie wewnętrznej tytułowej łączówki są nad wyraz lakoniczne. Ot, zdawkowa wzmianka, iż w roli firmowo skręconych przewodników wykorzystano srebrzoną miedź a całość „bardzo dobrze zaizolowano”, przynajmniej zdaniem jej (wy)twórcy zamyka temat. I trudno się takiemu podejściu dziwić, gdyż na dobrą sprawę większość odbiorców interesuje jeden, acz kluczowy i zarazem krytyczny parametr. Jaki? Oczywiście … długość. W końcu nawet dziecko wie, że lepiej mieć przewód pół metra za długi aniżeli 2cm za krótki. Niby niektórzy z pewną nieśmiałością dodaliby do powyższej listy również cenę, lecz jak wiadomo „dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach”, więc przynajmniej na tę chwilę pozwolę sobie ją pominąć. Dlatego też spokojnie możemy przejść do sedna, czyli brzmienia a dokładnie wpływu duńskich łączówek na nie.
I tu robi się niezwykle ciekawie, bowiem pozycjonowana pomiędzy żywiołowymi Zorro a fenomenalnie wysyconymi Angelami Authentica przynajmniej moim skromnym i na wskroś subiektywnym zdaniem bynajmniej nie stanowi ich logicznego łącznika / stanu pośredniego, lecz pewien krok w bok i alternatywny punkt widzenia. Stawia bowiem na możliwie daleko posuniętą neutralność, lekkie może nie tyle przygaszenie, co przyciemnienie dźwięku i na tle ww. zdecydowanie bardziej wyrazistego rodzeństwa może wydawać się wręcz nieco wycofana. Jak jednak się okazuje kluczem do jej zrozumienia nie jest bynajmniej „wydawanie się”, lecz zrozumienie skąd owe początkowe odczucia się biorą. Okazuje się bowiem, że Authentica nie tylko nie intensyfikuje zazwyczaj łapiących za ucho składowych muzycznego spektaklu, co dyskretnie usuwając się w cień praktycznie eliminuje swój „słyszalny” udział w procesie reprodukcji. Ponadto wspomniane wycofanie jest jedynie oczywistym następstwem dwóch, jak się okazuje natywnych, cech tytułowych łączówek – budowania pierwszego planu na, bądź nawet za linią kolumn i niezwykle sugestywnej głębi sceny dźwiękowej. W rezultacie słuchacze przyzwyczajeni do bliższego, bardziej namacalnego sposobu prezentacji mogą początkowo poczuć się poproszeni o przesiadkę do dalszych rzędów. Krótko mówiąc nici ze zmysłowego szeptania na ucho „Quelqu’un m’a dit” przez Carlę Bruni, choć proszę się na zapas nie martwić, że nagle zmuszeni zostaniemy o śledzenie jej scenicznych poczynań z jakiegoś odległego balkonu, bądź nie daj Bóg stadionowych trybun. Po prostu materiał z buduarowej intymności przechodzi do trybu zdecydowanie bardziej publicznego „wykonu”, gdzie dystans dzielący artystkę od widowni liczony jest w metrach a nie centymetrach. Jeśli dodamy do tego wzorcową, niemalże (w umownym znaczeniu) studyjną liniowość to chciał, nie chciał pogodzić się trzeba również będzie z pożegnaniem ponadnormatywnej zmysłowości średnicy, która akurat ww. wydawnictwu nad wyraz służy. Robi się zatem „mniej pięknie” lecz za to prawdziwiej. A co do prawdy i to tej nie najpiękniejszej, to wystarczy sięgnąć po „Divided We Fall” Biohazard, by na własne uszy przekonać się, że wspomniana wcześniej zachowawczość i zdystansowanie były jedynie akomodacyjną fazą przejściowa, gdyż Authentica ani myśli limitować czy to wgniatającej w fotel dynamiki, czy też brutalności wygrywanych gitarowo / perkusyjnych połamańców i wyrykiwanych partii wokalnych. Duńskie łączówki świetnie pokazują przy tym właściwą fakturę brudnych, garażowych riffów Nowojorczyków a jednocześnie nie zapominają o „bujającej” rapcore’owej melodyce, która sprawia, że dobiegająca naszych uszu kakofonia okazuje się zaskakująco przyswajalna i w owe uszy wpadająca. W tym momencie należy również skomplementować Authenticę za wysokiej próby rozdzielczość pozwalająca nie tylko wniknąć w strukturę, tkankę nagrań, lecz również doświadczenie pełnego pakietu informacji np. o mięsistości basu Seinfelda, czy uderzeniu stopy Schulera. Ma być bezpardonowo i brutalnie? I tak właśnie jest, więc jeśli coś przy tej młócce „nie pykło” w Waszych systemach, to z pewnością nie była to wina duńskiej łączówki, której akurat z hardcore’ową surowością zdecydowanie jest po drodze. Jeśli więc ktoś obawia się zbytniej gładkości, czy też usilnych prób ucywilizowania reprodukowanych dźwięków, to tym razem może spać spokojnie – Authentica takowych zapędów nie ma.
Może i ZenSati Authentica RCA nie jest najbardziej wyrazistym, czy też wyrafinowanym przewodem w portfolio ekipy z Helsinge, jednak nie taka jest jego rola, bowiem od łapania za ucho dopiero wchodzących w świat duńskiej metalurgii są ww. dwie tańsze linie a gładkość i wyrafinowanie rosną z każdym kolejnym krokiem w górę cennika. Jeśli jednak zależy Wam na możliwie rzetelnej neutralności i nausznej weryfikacji, czy złożony przez Was system rzeczywiście jest tak dobry, by zgodnie z maksymą „Primum non nocere” mu nie szkodzić, to nawet z czystej ciekawości sięgnijcie po tytułową łączówkę i sami się przekonajcie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF; 2 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + WK Audio TheRed Power
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Choć wydawać by się mogło, że portfolio ZenSati niespecjalnie ma przed nami jakieś tajemnice, to przyglądając mu się z większą uwagą bez większych problemów widać, że przynajmniej, jeśli chodzi o serię Authentica mamy pewne zaległości. Okazuje się bowiem, że zamiast wzorem niżej urodzonych Zorro, bądź mogących pochwalić się wyższym statusem Angeli po przewodzie zasilającym kontynuować eksplorację ww. linii produktowej naszą uwagę skierowaliśmy ku innym dowodom kreatywności Marka Johansena. Jak jednak wiadomo, co się odwlecze…, więc dzięki operatywności lokalnego opiekuna marki – Audiotite w ramach dzisiejszej sesji testowej przyszło nam zmierzyć się z analogową łączówką ZenSati Authentica RCA.
Zgodnie z tradycją o rzeczonym kablu wiemy naprawdę niewiele. Ale myślę, że wbrew pozorom to niewiele, wielu nam powie naprawdę wiele. Co mam na myśli stosując ten pokrętny tok wyrazowy? Otóż prawie każdy z nas otrzymując zaczerpniętą ze strony producenta informację, iż przewodniki w tym kablu wykorzystują posrebrzaną miedź, na bazie swoich doświadczeń jest w stanie wysnuć jakieś wstępne wnioski, że będzie brzmiał tak i tak. I być może tak się zdarzy, jednak zalecam odrobinę cierpliwości, bowiem owe wnioski mogą być jedynie właśnie wstępnymi, gdyż jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. A tymi szczegółami są: grubość srebra pokrywającego miedziany rdzeń, ilość i splot drucików w każdej z żył oraz ich indywidualna izolacja. Całości wpływu na końcowe brzmienie dopełnia zaś skrywany przez producenta, kontrolowany od strony jakości przez precyzyjne maszyny o bardzo ścisłej tolerancji montaż przewodów i ich izolatorów. Co dokładnie oznacza w praktyce wspomniany sposób montażu poza działem produkcyjnym nie wie nikt, za to ja już wiem i za moment postaram się Wam to opisać, jak brzmi tytułowy kabel RCA wpięty w dyżurny system.
Czym odwdzięczyła się Authentica po wpięciu w mój tor? Powiem tak. Wszystkie modele tego producenta w mniejszym lub większym stopniu coś od siebie wnoszą. Raz oferują więcej nasycenia, innym razem działają w domenie poprawienia szybkości pojawiania się w eterze następujących po sobie ataków dźwiękiem, a jeszcze innym fundują nam dawkę gładkości. I dobrze, gdyż po to tworzy się szeroką gamę nieco inaczej brzmiących konstrukcji, aby spełnić oczekiwania konkretnego, pragnącego wspiąć się na wyżyny swoich możliwości, jednak oczekującego pewnych korekt zestawu. I gdy wydawałoby się, że nasz bohater zajmie jedno ze wspomnianych stanowisk, stało się zgoła inaczej. Po prostu w pierwszej chwili wydawało się, że nie zrobił … nic. Ale to tylko pozory, gdyż suma summarum lekko skorygował moje usilne działania innymi drutami w lekkim ociepleniu przekazu. Jak skorygował? Otóż zaproponował dobre osadzenie muzyki w dolnym zakresie częstotliwości, co dzięki jego zwarciu w sobie przełożyło się na fajny impuls dostarczanej, co ważne nieco szybciej podanej w domenie czasu energii. Zarzucił zbędne – w rozsądnych ramach – podgrzewanie emocji średnicy. I jako ostateczne wykończenie, aby uniknąć krzykliwości przekazu minimalnie uplastycznił najwyższe rejestry. Jednak nie gasząc ich blasku, tylko eliminując z nich estetykę zbytniej ostrości. Nadal były zwiewne i lotne, ale już bez niebezpiecznej twardości. Gdybym miał określić jego brzmienie, powiedziałbym, ż na tle reszty rodzeństwa gra równo, czyli nie podkręca zbędnie żadnych emocji.
Ową pracę fajnie widać było podczas słuchania trio jazzowych wyjadaczy Keitha Jarretta, Gary Peacocka, Paula Motiana na płycie „The Old Country”. Nasz bohater oczywiście nieco ostudził zawsze podkręcaną przeze mnie emocjonalność średnicy, ale zrobił to w taki sposób, że przekaz konsekwentnie emanował odpowiednią dawka emocji. Naturalnie nie świecił w miejscach, które celowo podkręcałem, jednak muzyka nadal bez najmniejszego problemu wciągała mnie swoimi walorami. Czym? Po pierwsze w pełni kontrolowana energia pozwalała pokazać zjawiskowość pracy kontrabasisty oraz mocne akordy niskich nut generowanych przez fortepian. Po drugie w pierwszym odczuciu spokojniejszy środek mimo bardziej stonowanego podania niż mam na co dzień, po akomodacji z zastaną sytuacją soniczną w sobie tylko znany sposób nie gubił ważnych dla tego pasma informacji – mowa o współpracy placów ze strunami nadmuchanych skrzypiec finalnie wspieranych dobrze usadowionym w masie pudłem rezonansowym. A po trzecie także z pozoru mniej aktywne w domenie iskrzenia wysokie tony, konsekwentnie pokazały nawet najdelikatniejsze muśnięcia talerzy perkusji, które nie nosiły znamion nazbyt szybkiego ich wygaszania. Patrząc na tę prezentację z odpowiedniej perspektywy, było jakby spokojniej, bowiem nie ukrywam, iż lubię gdzieniegdzie ponieść temperaturę brzmienia mojego systemu, a wpięty weń tytułowy przewód z premedytacja udanie ostudził. Udanie, bo przekaz, jaki muzycy mieli mi do zaoferowania, nadal był najważniejszym aspektem prezentacji, choć w nieco innej estetyce podania.
I gdy początkowo wydawało mi się, że przy ciekawym występie jazzowych formacji łączówki ZenSati, gdy w napędzie CD wyląduje coś, co w głównej mierze stawia na wyrazistość, nasz bohater polegnie, okazało się, że także było angażująco. W roli weryfikacji pokazania muzyki pełnej ekspresji wystąpiła formacja Massive Attack z materiałem „Blue Lines”. Naturalnie nie uzyskałem identycznego szaleństwa, jakie zapewnia mój konfigurowany przez lata system, ale operowanie przez Duńczyka solidną dawką energii, która mimo lekkiego uplastycznienia nadal oferowała bogaty pakiet informacji w górnym zakresie. I choć nie cięła już tak powietrza, jak z wypiętym japońskim kablem, ale także nie zdradzała oznak zażycia Pavulonu. Czy brak ostrej jazdy bez trzymanki to problem? Moim zdaniem nie, gdyż muzyka oferowała jedynie nieco inną temperaturę prezentacji. Authentica w założeniu stawia na umiarkowane dozowanie emocji, więc i w takim właśnie zabrzmiał ww. album. Ewidentnie mniej spektakularnie, ale bez dwóch zdań z podobnym wydźwiękiem walorów typu wielobarwności i solidności serwowanej przez muzykę, w pełni kontrolowanej energii oraz rozmachu budowania realiów tego rodzaju twórczości w moim pokoju. A, że nieco bardziej plastycznych, to już efekt realizacji celów, jakie były powodem do powstania tego modelu.
Gdzie widziałbym naszego bohatera? Oczywiście wszędzie tam, gdzie istotne są kwestie w postaci mocnego grania, ale bez zakusów do poszukiwania na pierwszy rzut ucha fajnych w odbiorze, jednak na dłuższą metę męczących fajerwerków. Authentica jak sama nazwa wskazuje, pokazała mój system takim, jak brzmiał przed finalnym dopieszczaniem. Ja akurat stawiałem na lekkie podkręcenie emocji, dlatego zastosowałem inne okablowanie. Ale to ja, a z rozmów ze znajomymi wiem, że wielu z Was stawia raczej na spokój w muzyce. Naturalnie dobrze rozumiany spokój, czyli fajnie osadzony w masie i pełen kontrolowanej energii, co jest główną cechą tytułowej analogowej sygnałówki. Jeśli zatem nie posiadacie syndromu ADHD, z jakim osobiście się utożsamiam, to gdy jesteście na skraju dróg zwanych poszukiwaniem zdystansowanego do nadmiaru emocji okablowania, RCA ZenSati jest bardzo dobrym kandydatem do prób.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Furutech Evolution II Power, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Audiotite
Producent: ZenSati
Cena: 15 900 PLN/0,5m; 19 900 PLN / 1m; 22 900 PLN / 1,5m
Opinia 1
Po stricte high-endowym DAC2 z portfolio niderlandzkiego Extraudio przez nasze systemy przewinęła się zarówno budżetowa łączówka USB i głośnikowce z linii One, jak i adresowany do zdecydowanie bardziej zaawansowanych melomanów duet pre/power XP5 MKII & XP-A1500 MKII udowadniające, że ekipa z Leidschendam potrafi odnaleźć się praktycznie na dowolnym pułapie cenowym. Dlatego też mając już na koncie doświadczenia z górnopółkowym przetwornikiem i zarazem kontynuując eksplorację nieco bardziej przyjaznych domowemu budżetowi propozycji dzięki uprzejmości chełmżyńskiego Quality Audio przygarnęliśmy pod redakcyjny dach podstawowy model DAC-a, czyli Extraudio DAC1 MKII DUAL R2R, na którego test serdecznie zapraszamy.
Pomimo deklarowanej przez producenta i poniekąd znajdującej odzwierciedlenie w cenniku „budżetowości” Extraudio DAC1 MKII prezentuje się wręcz wybornie. Masywny płat frontu wykonano bowiem z aluminium lotniczego, starannie wypolerowano i polakierowano na „fortepianową” czerń. Lewą flankę we władanie otrzymał obrotowy selektor wejść w formie chromowanej gałki a przez całą szerokość płyty czołowej biegnie równiutki rządek siedmiu mini diod informujących o aktywnym wejściu uzupełniony o siedmiodiodowy, acz już dwupiętrowy suplement komunikujący wybrany filtr (nastaw dokonujemy niewielkim przyciskiem) i częstotliwość dekodowanego sygnału. Jak widać zgodnie z wyznawanymi przez Holendrów dogmatami, również i tym razem komunikację ze światem zewnętrznym powierzono niewielkim diodom w pełni świadomie rezygnując z jakichkolwiek wyświetlaczy, które wprowadzają do układów wewnętrznych degradujące brzmienie zakłócenia i inne elektro-śmieci. I tu pozwolę sobie na małą dygresję natury użytkowej, bowiem o ile do jaskrawości ww. sygnalizatorów jeszcze można się przyzwyczaić o tyle z pardon my French z oczojebnością aureoli okalającej biszkoptowy włącznik główny podczas wieczorno-nocnych odsłuchów ewidentnie było mi nie po drodze, gdyż ustawiony vis a vis mojego siedziska DAC bezlitośnie wwiercał się w me zmysły niebiesko-białym strumieniem fotonów. Finalnie podczas jego (DAC-a, nie strumienia) użytkowania ów irytujący element zasłaniałem stawiając przed nim odzianą w fikuśny płaszczyk figurkę Lego Lorda Vadera.
Kontrowersji nie budzą za to plecy 1-ki, gdzie do dyspozycji otrzymujemy po parze wyjść analogowych w formacie RCA i XLR, zestaw interfejsów obowiązkowych cyfrowych w postaci wejścia optycznego, koaksjalnego, BNC, AES/EBU i USB, które uzupełnia dodatkowy moduł z anteną Bluetooth 5.0 Aptx HD i I²S (RJ-45 / HDMI LVDS), przy czym, dzięki stosownemu pokrętłu konfigurację poszczególnych pinów da się dopasować do wymagań nadajnika. Wyliczankę zamyka trójbolcowe gniazdo zasilające IEC.
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to w przeciwieństwie do bazującej na ogólnodostępnych kościach przetworników konkurencji Extraudio w swoim najtańszym przetworniku pozostało wierne znanym z wyższych modeli rozwiązaniom i zdecydowało się na wykorzystującą własne oprogramowanie w układzie sterującym FPGA poczwórną drabinką rezystorową o rozdzielczości 28-32 bitów. Całość korygowana jest przez kolejny układ FPGA odpowiedzialny za konwersję i korektę ww. liniowości czterech modułów DAC. Osobna kość ARM FPGA odpowiada za częstotliwości próbkowania oraz wybór wejść i kondycjonowanie sygnałów cyfrowych. Warto również wspomnieć, iż w drabince R-2R Extraudio wykorzystuje ponad 600 rezystorów foliowych Vishay o tolerancji 0. 01%, które są ręcznie lutowane wysokiej jakości cyną. Po starszym rodzeństwie 1-ka odziedziczyła nie tylko czterowarstwowe płytki drukowane, czy odseparowanie układów analogowych od cyfrowych, lecz również modułową budowę przez co z łatwością będzie można ją w przyszłości upgrade’ować.
W sekcji zasilania znajdziemy dwa opatentowane niskoszumne transformatory klasy medycznej które z 45 000 µF bankiem kondensatorów dostarczają życiodajną energię do czterech oddzielnych linii zasilających – osobnych dla sekcji cyfrowych oraz analogowych w układzie dual-mono. A kolei stopień wyjściowy jest w pełni dyskretny i pracuje w klasie A.
Zanim zacznę rozwodzić się nad walorami sonicznymi naszego gościa od razu na wstępie pozwolę sobie skomplementować go za zdecydowanie mniej wybredną pod względem okablowania sekcję cyfrową aniżeli miało to miejsce w przypadku jego szlachetniej urodzonego poprzednika, czyli DAC2. O ile bowiem 2-ka potrafiła „nie widzieć” niektórych, zazwyczaj dłuższych aniżeli 1m łączówek USB, o tyle będącej przedmiotem niniejszej recenzji 1-ce podczas blisko dwutygodniowej bytności w moich skromnych progach ani razu nie zdarzyło się strzelić podobnego „focha”, więc przynajmniej pod tym względem odpadło mi dostosowywanie systemu pod jej wymagania i artystyczny „rider”.
W dodatku jej brzmienie śmiało można było określić jako nie tylko zaskakująco śmiało korespondujące z tym znanym z odsłuchów starszego rodzeństwa, co na swój sposób jeszcze bardziej „rześkie”. Na „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” sopran Roberty Mameli brzmiał z niezwykłą swobodą, mocą i krystaliczną czystością, przy czym choć niderlandzki DAC sugestywnie akcentował najwyższe składowe i grał nieco „wyżej” aniżeli mój dyżurny Vitus , to nawet w najbardziej karkołomnych partiach nie wykazywał maniery do utwardzania, czy też szklistości prezentacji. Po prostu nie wysycał tak wyższej średnicy jak duński punkt odniesienia, przez co nieco inaczej rozkładał akcenty. Mając jednak na uwadze sygnaturę tak firmowego okablowania, jak i przede wszystkim sygnowanej tym samym logotypem elektroniki śmiem twierdzić, iż nie był to przypadek, lecz celowe i w pełni świadome działanie mające na celu idealne trafienie w punkt równowagi pełnej firmowej układanki. Wystarczy mieć zatem ów fakt na uwadze i po prostu dobrać pasujące do naszych preferencji okablowanie. W moim systemie świetnie sprawdziły się w tej roli zarówno dyżurne Vermöuth Audio Reference XLR, jak i cierpliwie czekające na swoje przysłowiowe pięć minut Extraudio XLR Three, które dyskretnie dosaturowując przekaz nic a nic nie ujęły z rozdzielczości i blasku góry. Swoje trzy grosze potrafił również dorzucić rodzaj aktywnej filtracji, więc wystarczyło tylko przeklikać dostępne opcje i wybrać najlepiej pasującą do naszych preferencji. Wspominam o tych nieco „kosmetycznych” zabiegach nie bez przyczyny, bowiem zmiana repertuaru na daleki od barokowej słodyczy i finezji „Death Above Life” Orbit Culture unauszniła, że DAC1 MKII nie tylko posiada całkiem ostre pazurki, lecz potrafi zrobić z nich użytek i jeśli tylko zmultiplikujemy jego manierę aplikując w torze inne urządzenia i komponenty o podobnie odważnej górze dźwięki dobiegające naszych uszu mogą okazać się nazbyt ekspresyjne i na dłuższą metę po prostu męczące. Niemniej jednak w zdroworozsądkowo skonfigurowanym torze Extraudio ma szansę nie tylko zapewnić nam fenomenalną rozdzielczość i holograficzną trójwymiarowość prezentacji, lecz również zagwarantować jej krystaliczną czystość i jedwabistą gładkość. Oczywiście, gdy tylko wymaga tego materiał źródłowy na światło dzienne wyciągane są garażowa szorstkość, czy mroczny i lepki bród. Wystarczy bowiem sięgnąć po doomowo-stonerowy „Wizard Bloody Wizard” Electric Wizard, by po wspominanej jedwabistości nie pozostało nawet wspomnienie a jej miejsce zajęła rdzawa chropawość. I o dziwo nawet na takim, pozornie siermiężnym, garażowym materiale DAC1 zachwyca realizmem prezentacji, gdzie prawda wcale nie odstręcza a jedynie pokazuje muzykę taką jaka ona jest w swej naturalnej i nieupiększonej postaci. I nawet to, że na ww. wydawnictwie bas nie zapuszcza się do samych wrót Hadesu nie jest pokłosiem obecności tytułowego przetwornika w torze a oddaniem stanu faktycznego, czyli braku takowych częstotliwości w samym mixie. Jedynka bowiem nie czuje się w obowiązku kreowania dźwięków, które na jej wejście nie trafią, więc jeśli ich w materiale źródłowym nie będzie, to i z kolumn ich nie usłyszymy. Jeśli jednak ktoś z ekipy łaskaw był takowe zagrać / wygenerować, jak daleko nie szukając na „Reborn” Infected Mushroom, to możemy mieć pewność, że z całą mocą i pakietem stosownych informacji zostaną one przez tytułowy przetwornik do wzmacniacza przesłane.
W ramach podsumowania pozwolę sobie jedynie stwierdzić, że Extraudio DAC1 MKII DUAL R2R nie tylko nie przynosi wstydu swojemu starszemu rodzeństwu, co nader dobitnie pokazuje jak dynamiczny postęp w domenie cyfrowej dokonuje się na naszych oczach i uszach. Okazuje się bowiem, że choć mamy w tym przypadku do czynienia zaledwie z początkiem niderlandzkiego katalogu, to tak pod względem rozdzielczości, jak i otwartości i komunikatywności przekazu „budżetowa” 1-ka śmiało może zostać określona mianem stricte high-endowego przetwornika stanowiącego świetną partię dla gustujących w „analogowych krągłościach” transportów w stylu 432 EVO, Sforzato czy rodzimego XACT S1. Dlatego też poszukując zdolnego podołać dynamice rozwoju cyfrowego audio przetwornika warto wypożyczyć naszego dzisiejszego gościa co najmniej na weekend i samemu, na własne uszy przekonać się co DAC1 potrafi wycisnąć z ciągów zer i jedynek.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF; 2 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + WK Audio TheRed Power
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Choć nie jest to standardem, to niektórzy producenci po osiągnięciu sukcesu w postaci dotarcia ze swoją ofertą do stosunkowo zamożnego klienta, nie zachłystują się sukcesem postanawiają pojawić się ze swoim dziełem pod przysłowiowymi strzechami. Naturalnie mam na myśli podjęcie próby takiego przeprojektowania urządzenia, aby zachowując cechy flagowej konstrukcji w swojej klasie cenowej zabrzmieć na bardzo dobrym poziomie. Jak wspominałem, w tej materii bywa różnie, bo często po jednostkowym spektakularnym sukcesie niepotrzebnie i do tego ryzykownie podejmowane są z różnym skutkiem kończące się wyścigi zbrojeń cenowych z konkurencją. Na szczęście tytułowy podmiot z Niderlandów nie poszedł drogą wojny cenowej, bowiem zdaje sobie sprawę, iż fajnie zarabia się na zamożnych klientach, ale przyszłość firmy zależy od stabilności finansowej. Stabilności i spokoju o przysłowiowe „jutro”, czego bezwarunkowym filarem jest dostępność produktów dla szerokiej rzeszy odbiorców. I z realizacją takiego biznesplanu marki Extraudio mamy dziś do czynienia. Ta bowiem po udanym debiucie przetwornika cyfrowo-analogowego DAC 2 w tym roku zaproponowała jego znacznie bardziej przyjazną cenowo wersję, czyli będący tematem naszego spotkania, dostarczony przez stacjonującego w Chełmży dystrybutora Quality Audio Extraudio DAC 2 MkII R2R. Jak wypadnie, czy gra była warta świeczki, postaram się opisać poniżej.
Rzeczony przetwornik w temacie wyglądu i opakowania układów elektrycznych w stosunku do starszego brata jest bardzo podobny. Naturalnie nie jest to podobieństwo bliźniacze, ale ogólna wielkość i kształt są takie same. Różnica zaś tkwi w wykorzystaniu skromniej prezentujących się półproduktów do wykonania frontu i blach na resztę obudowy oraz samego ich wykończenia. Dodatkowo te dwie konstrukcje różnią się w wyposażeniu tylnego panelu – droższa wersja miała obecnie pominięty zestaw wyjść analogowych z wysokim poziomem sygnału, natomiast tańsza oprócz braku wspomnianych gniazd ma mniej ekstrawagancką designersko gałkę selektora wejść. Reszta, czyli zestaw wejść cyfrowych – Optical, AES/EBU, SPDIF, BNC oraz USB, a także wyjść analogowych – RCA i XLR na rewersie jest taki sam. Naturalnie oprócz nich na tylnym panelu obydwu przetworników znajdziemy jeszcze kilka terminali natury regulacyjnej i sygnałowej oraz prądowej, ale ta kwestia w obydwu produktach jest identyczna. Jeśli chodzi o obsługiwane formaty dziś przedstawianego modelu, możemy pracować z sygnałem SPDIF do 24 / 192, USB/I2S do 24 / 384 / 768, DSD-DXD do DoP, oraz DSD 64 / DSD 128 / DSD 256 / DSD 512. A gdy podczas użytkowania zdecydujemy się na jakiś z nich, mamy do dyspozycji dodatkowo 4 stany filtra cyfrowego modulującego finalne brzmienie DAC-a sygnalizowane odpowiednimi kolorami diody – czerwony, pomarańczowy, zielony, wyłączony. Jak widać, jest na bogato tak w obsłudze sygnałów oraz możliwości ostatecznego strojenia pracy naszego bohatera, co pokazuje jego dobrze rokującą uniwersalność.
Czy lekkie „odchudzenie” zaawansowania technicznego naszego bohatera w stosunku do stojącego wyżej w hierarchii przetwornika nie spowodowało dramatycznego osłabienia jakości jego brzmienia? Otóż w moim odczuciu niewiele, a jeśli już coś wychwyciłem typu deczko mniejsza kultura projekcji, co jest naturalnym pokłosiem tego typu działań, to w minimalnym stopniu i z zauważalnym uwzględnieniem położenia nacisku na nieco inne, dla wielu być może bardzo istotne aspekty przekazu. Mianowicie chodzi o temperaturę prezentacji muzyki. Wcześniej oferowała więcej body, co powodowało większe skupienie na pokazaniu esencjonalności jej wizualizacji, ale z automatu niegroźnie, jednak spowalniającą reakcję systemu na szybkość narastania sygnału. Natomiast najnowsze wcielenie przetwornika teraz oznaczonego DAC1 MkII R2R co prawda w brzmieniu jest mniej dociążone, za to przy dobrym zachowaniu wagi dźwięku zyskało na lekkości i otwartości malowania w naszym pokoju artystycznego świata. Gdybym miał to określić w łatwy do zrozumienia sposób, powiedziałbym, że muzyka nabrała oddechu i dzięki wyczuwalnemu doświetleniu wyższej średnicy fajnej lotności. Owszem, nie była już tak homogeniczna, jak u poprzednika, ale jak wspomniałem, nadal emanowała stosowną do oczekiwań słuchanego materiału masą, a co za tym idzie, zapewniała wszelkim źródłom pozornym na wirtualnej scenie wymagany poziom energii do wyartykułowania ich ekspresji. Co w takim postawieniu sprawy okazało się być dodatkowym plusem, to fakt poprawienia ostrości rysunku wszelkich scenicznych bytów. Nie powiem, lubię system, który dba o takie aspekty, a że podobne, co bardzo ważne, nieprzerysowane usłyszałem podczas tego testu, tendencyjnie zaznaczam je podczas opisywania najważniejszych sonicznych cech naszego bohatera. Reasumując powyższą listę zmian spowodowanych mającym na celu zaproponowanie klientom coś fajnego w przystępnej cenie, przeprojektowaniem droższej wersji przetwornika w jego tańszego odpowiednika śmiało powiedzieć, iż z jednej strony nawet w najmniejszym stopniu nie są to zmiany bolesne, ale za to z drugiej proponujące nam nieco inne spojrzenie na ulubioną muzykę.
Spojrzenie na tyle kosmetyczne i nieinwazyjne, ale za to fajnie pokazujące to, czego akurat słuchamy, że nawet tak trudny materiał, jak ścieżka dźwiękowa opery „Traviatta” Verdiego wydana przez Deccę z udziałem Luciano Pavarottiego z 1991 roku czasem zabrzmiała z większą werwą od droższej wersji przetwornika. A dlatego, że system lepiej reagował na dość często pojawiające się w partyturze uderzenie słuchacza czy to pełnym składem orkiestrowym, a innym razem wspieranym dodatkowo wielogłosowym chórem. Mocne nasycenie owszem, pięknie brzmi, jednak, gdy mamy pokazać skoki energii z dobrą krawędzią rozpoczynającej jej atak, zalety DAC 1 były wręcz idealnym partnerem do pokazania tej kwestii. Ale zapewniam, mimo mniejszego zaangażowania przetwornika z zapewnienie mocnej soczystości brzmienia bardzo istotnej dla tego rodzaju twórczości wokalizy, Luciano Nadal brzmiał jak prawdziwy Luciano, a nie jak w ciężkim stadium anoreksji odznaczającym się brakiem poweru w śpiewanych przez niego wersetach. Sam byłem tym faktem zaskoczony, ale w ten sposób, czyli z dobrym odbiorem ogólnego podejścia do tematu wizualizowania tej opery odebrałem wersję wykreowaną przez naszego bohatera.
A co wydarzyło się w muzyce znacznie mocniejszej choćby spod znaku formacji Antimatter z jej krążkiem „Black Market Enlightrnment”? Pewnie nie będę zbyt oryginalny, gdy odpowiem, że sytuacja była podobna. Oczywiście czuć było inne podejście do wagi instrumentów i głosu artysty, jednak nadal w tej materii wszystko mieściło się w granicach dobrego poziomu, a za to te rockowe przedsięwzięcie dostało fajnego kopa. I w rozumieniu szybkości zmian tempa i ogólnym rozmachu prezentacji, co znakomicie słychać było od pierwszego, chyba najbardziej spektakularnego, dlatego łatwego do popsucia przez system ciekawego odbioru całej płyty „The Thrid Arm”. Był ogień w rozumieniu ekspresji brzmienia instrumentów oraz wielkości i swobody wypełniania mojego pokoju wielką ścianą dźwięku, co tak jak powinno, już na starcie zachęcało do zgłębienia tego krążka od dechy do dechy. I gdyby miał być szczerym, nie wiem, czy po tym, jak przetwornik zaprezentował się w tym nagraniu, kilku z Was nawet dysponując większą gotówką i lubując się w takim materiale, szukając tego typu urządzeń zamiast na starszego, z założenia brzmiącego bardziej wyrafinowanie, nie postawi na tego niepozornego, bo naprawdę bezpiecznie wycenionego, ale z wielkim duchem Holendra. To naprawdę diabeł w owczej skórze, który potrafi zaskoczyć, jednak tylko w pozytywnym znaczeniu.
Gdzie widziałbym naszego bohatera? Tak naprawdę wszędzie. A swoje typowanie opieram nie tylko na usłyszanych zaletach większego drive’u przy zachowaniu dobrej wagi dźwięku usłyszanych podczas swojej sesji testowej, ale także świetnym występie w systemie opartym o lampowe wzmocnienie Triode Japan z kolumnami Peak Consult na w zeszłym tygodniu odbywającej się wystawie AVS w Warszawie. Jeśli z jakiś powodów nie zgłębiliście mojego 17-stronicowego słowotoku z tego wydarzenia, wspomnę tylko, iż mimo wredności akustycznej okupowanego przez dystrybutora Extraudio malutkiego, z automatu podbijającego basowe mody pokoju, z przecieków wiem, że to właśnie ten przetwornik w dużej mierze pozwolił na znakomity występ całego zestawu. Dlatego tak naprawdę nie widzę dla niego przeciwwskazań. A to chyba jasne, że jeśli szukacie takiej zabawki, Dac 1 MkII R2R powinien znaleźć się na Waszej liście do weryfikacji. Moim zdaniem jest warty każdej spędzonej z nim minuty naszego wolnego czasu przy muzyce.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Extraudio
Cena: 38 500 PLN
Dane techniczne
Zastosowany przetwornik: 32Bit – Opatentowana przez Extraudio topologia R-2R DAC
Pasmo przenoszenia: +/-0,1dB 5Hz do 180Khz
Stosunek S/N przy 20kHz: >132dB
Zniekształcenia THD @ -1dB: <0,004%
Precyzja rezystora: 28bit 0,01%
Jitter RMS: 0.3pS
Wejścia: Coax, BNC, AES/EBU, Optyczne (24 bit / 192 kHz); USB 2.0 , I²S RJ-45 / HDMI LVDS (PCM, DXD 24 bit/768 kHz; DSD512)
Łączność: Bluetooth 5.0 Aptx HD
Wyjścia: Para RCA, para XLR
Napięcie wyjściowe: 2,3V (RCA); 4,6V (XLR)
Impedancja wyjściowa: 50Ω(RCA); 3Ω(XLR)
Filtry: 4 filtry cyfrowe, czerwony, pomarańczowy, zielony, wyłączony
Pobór mocy: < 0,5 W (stand-by)
Wymiary (S x W x G): 44 x 12 x 40 cm
Waga: 10 kg
No dobrze, kurz po ostatniej, czyli 27 edycji warszawskiej wystawy Audio Video Show 2025 powoli zaczyna opadać, zatem przyszedł czas na moje niezobowiązujące trzy grosze na jej temat. Jak zwykle tradycyjnie piszę z lekkim poślizgiem, gdyż jak zawsze chcę nabrać do całego przedsięwzięcia odpowiedniego dystansu i znaleźć pomysł na swój monolog. Jaki jest wynik tej planowanej obsuwy? Otóż wykluły się dwie kwestie. Pierwsza to opiniowanie. Jak zwykle kolejny raz przekonałem się, że po takiej imprezie Internet aż huczy od samozachwytów wygłoszonych przez sporą część z prawie 230 wystawców oraz wielu pochwał przemieszanych z niezadowoleniem będących głosem także sporej grupy spośród prawie 15 tys. rzeszy melomanów odwiedzających targi. To oczywiście całkowicie zrozumiały standard, gdyż każdy z nas ma inny próg oceniania jakości dźwięku o osobistych, często brutalnie wypaczonych upodobaniach nie wspominając. A że żyjemy w wolnym kraju i każdy ma prawo do swoich wniosków oraz co istotne, ich głośnego wyartykułowania, trzeba wziąć to na klatę i szlus, co bez najmniejszego problemu zrobiłem. I gdy wydawałoby się, że na tym problem wyrażania własnych opinii można zakończyć, w mojej opinii – choć prawdopodobnie nie tylko – w tym roku niepokojącego rozmiaru nabrała inna kwestia. Pewnie wielu z Was nawet tego nie zauważyło, bo przyszliście posłuchać zestawów, a nie przygotować relację z opisywanego przedsięwzięcia, ale po latach zasłaniania urządzeń małymi i zazwyczaj nieszkodliwymi tabliczkami przez jednego z moich pobratymców z branży, w tym roku ten proceder nabrał dramatycznego rozmachu. Otóż grono z jednego zaznaczającego swój teren stosownymi, mającymi chwycić słuchaczy za oko emblematami kolegi nie dość, że skokowo wzrosła do dwóch, to jeszcze przybrała dramatycznie gargantuiczne rozmiary. O co biega? Już tłumaczę. Jednemu skończyły się palce do sygnowania liniami papilarnymi swoich sprzętowych rekomendacji i w tym roku postawił na rozdawanie sporej wielkości rozciągniętych na blejtramie impresjami na temat swoich „rodowych” – czytaj firmowych – emblematów. Natomiast drugi w celu uhonorowania redakcyjnych wyborów wykorzystał kształt pojedynczego instrumentu z rozbudowanej sekcji biblijnych trąb jerychońskich. A że tamte mając burzyć mury musiały być wielkie, to naturalną koleją rzeczy te rozdawane w sobotę na AVS 2025 także rozmiarowo mocno nawiązywały do rozmiarówki XXL skutecznie zakłócając będący dziełem designerów pokaz spójności brzmienia systemu z jego zazwyczaj znakomitą aparycją. To zaś spowodowało, że gdy suma summarum niegroźne wizerunkowo „akwarele” w tym roku puszczałem mimo oka, to przerośnięty „dęciak” skutecznie zniechęcał mnie do zabierania głosu na temat danego zestawu. Ale żeby nie było, rozumiem zachwyt wystawców, bo każda nagroda to zawsze łapiące potencjalnych nabywców za oko wyróżnienie, tylko proszę potem nie mieć pretensji, że system choćby najlepszy, z jakichś, dla wielu prawdopodobnie niezrozumiałych powodów nie został po raz kolejny przez kogoś pochwalony. Tym bardziej, jeśli trofeum nie koreluje estetycznie z prezentowanym systemem. Tyle w kwestii opinii i ich postrzegania. Zanim jednak przejdziemy do głównego tematu, jaki ma przyświecać mojemu opisowi, kilka pochwał dla organizatora. Po pierwsze fajnie, że zdobył kilka dodatkowych wielkich sal do prezentowania systemów z puli ekstremalnego High End-u – przypominam, że obecnie z High End-em utożsamiają się producenci do niedawna sprzętu z segmentu Hi-Fi, dlatego extra-klasa stworzyła wyższy szczebel wtajemniczenia ;-). Po drugie szacunek za utrzymanie autobusów krążących pomiędzy wystawowymi hotelami – monachijska wystawa (za rok wiedeńska) po pandemii rozdaje obecnie jedynie bilety na komunikację miejską i to tylko w centrum oraz przy zatwierdzonej akredytacji. A po trzecie, znając temat z kuluarowych rozmów nie tylko pochwalam, ale także kibicuję podjęciu próby przedłużenia wystawy o jeden dzień. To oczywiście wiąże się z dodatkowymi kosztami, ale jeśli się nie rozwijasz, to stoisz w miejscu, co może sprawić, że konkurencja cię wyprzedzi i trzeba próbować działać. Jednak, jeśli to by wypaliło, myślę, że nie tylko moim, ale także Waszym oraz wielu światowych bywalców warszawskiej imprezy zdaniem, bez problemu wyprzedzilibyśmy Niemców – za rok Austriaków, bo jak wspomniałem wystawa z Monachium ląduje w Wiedniu. I nie piszę tego w imię bardzo popularnej w naszym kraju wendetty, tylko z uwagi na marzenie udowodnienia światu, iż Polska po rozdającymi karty Stanami Zjednoczonymi, jest krajem takiego samego formatu w dziedzinie audio w Europie. Bajdurzę? Być może, jednak mam nadzieję, że w niedługim czasie taki scenariusz się ziści.
Ok, kilka słów wstępu za nami, zatem czas na odkrycie kart. Oczywiście chodzi o zdradzenie motywu kierującego moimi wyborami w kwestii zabrania głosu o danym zestawie. I być może się zdziwicie, ale nie będzie to chęć opisania brzmienia. Owszem, kilka słów o tym również się pojawi, jednak bardziej chciałem przedstawić impuls kierujący mną w jego kierunku. Czasem będzie to znajomość wystawcy i chęć sprawdzenia jak dany pacjent poradził sobie z wystawowymi przeciwnościami losu. Innym razem sam na co dzień wykorzystując rozbudowany i wielki gabarytowo system nie mogłem odpuścić prezentacji zestawów zbudowanych na tę imprezę w podobnym duchu. A jeszcze innym zwykłe polecenie posłuchania, bo warto lub wręcz prośba spotkanego na targach znajomego. Jak widać, tematyka impulsów nakazujących mi udać się do danego pomieszczenia była, że tak powiem, od Sasa do Lasa. Dlatego też, jeśli nastawiacie się na analityczne rozbieranie dźwięku na poszczególne składowe, już teraz możecie włączyć swój ulubiony serial „M jak miłość”. Jednakże w przypadku chęci poznania tej wystawy od strony moich osobistych kuluarów, ale z zaznaczeniem zderzenia się z bardzo lightowym podejściem do tematu, zainteresowanych zapraszam do zapoznania się z kilkoma poniższymi akapitami okraszonymi krótką serią zdjęć. Od „profesjonalnych” ocen dosłownie każdej wystawowej konfiguracji Internet się wręcz ugina, dlatego w temacie ocen będę oszczędny. Za to w zamian w znacznie większym stopniu postaram się przywołać kilka związanych z tą imprezą, fajnych dla mnie i prawdopodobnie ciekawych dla Was epizodów. Jakich? To już okaże się podczas lektury poniższego monologu. Monologu, który oczywiście od strony powiedzenia realnej prawdy jest obciążony wieloma problemami od warunków odsłuchowych oraz prezentowanego materiału, dlatego potencjalnych niezadowolonych już teraz uczulam, aby nie brać moich wypowiedzi zero-jedynkowo, tylko jak co roku nałożyć na nie odpowiedni filtr, a wszyscy z pewnością będziemy ukontentowani. Czytelnicy z racji poznania tematu od podszewki, wystawcy z racji pojawienia się w tekście – przecież nie jest ważne jak o nas się mówi, ważne, że w ogóle, a ja dając upust zdiagnozowanemu przez moją żonę syndromu ADHD.
1. ZenSati, Lorenzo
Nie oszukujmy się, u zaproszonych przez polskiego opiekuna Audiotite Duńczyków jak zwykle na bogato. Tym razem w pokazaniu flagowej serii pomagał im producent równie zjawiskowych wizualnie kolumn z Hiszpanii – Lorenzo Audio Lab. I dobrze, gdyż moim zdaniem obydwa podmioty tak pod względem designu, jak i brzmienia idealnie się uzupełniały. A wiem to z autopsji, gdyż miałem u siebie bardzo podobny zestaw okablowania serii #X Zensati i wiem co potrafią. A potrafią wiele, co pokazała w tym roku prezentowana konfiguracja. Co mam na myśli? Chodzi o moje podejście do kolumn z hornem w roli falowodu dla jakiegokolwiek przetwornika. Owszem, jestem w stanie takiej konstrukcji jakiś czas z przyjemnością posłuchać. Ba, nawet zrozumieć chęć obcowania z tym przez wielu moich znajomych prze długie lata. Ale ich bezpośredniość prezentacji sprawia, że abym nie zaliczył bolesnego wkładania głowy do przysłowiowego wiadra, musi to być najwyższych lotów majstersztyk projektowy i konfiguracyjny. Nic, nawet na moment nie może wyskoczyć przed szereg lub odskoczyć na bok. I taki stan moim zdaniem dzięki duńskim kablom wespół z hiszpańskimi kolumnami udało się uzyskać podczas tej wystawy. Dla mnie osobiście ten set wypadał znacznie lepiej od zestawu #X-ów z innymi zespołami głośnikowymi na wystawie w Monachium. Przekaz był bardziej spójny i pełen nieposkromionej energii oraz ekspresji, co było ewidentnie lepsze niż w maju w Niemczech. Tam kolumny oparte były o serię małych przetworników, co z naturalnych względów miało swoje wady. Tutaj zaś wielkie membrany całkowicie odmiennie kreowały wydarzenia sceniczne. Owszem, na tle tamtej odsłony ze zwykłymi zespołami głośnikowymi – model znajdziecie w stosownej relacji – produkt Lorenzo trącał megafonem, ale jedynie jako drobiazgowe ogniskowanie scenicznych bytów oraz w służbie utrzymania dźwięku na poziomie ciekawej nieobliczalności. Czy mógłbym żyć z tym na co dzień, nie wiem. Wiem jednak, iż ten pokój był jednym z niewielu, w których tubowe kolumny raczej zachęcały, a nie zniechęcały mnie do słuchania muzyki. I nawet nie będę już teraz tego udowadniał, gdyż tę tezę automatycznie obronię podczas opisywania innego pokoju z tubami. Podsumowując tę wizytę powiem tylko, pokaz na tyle mnie zaintrygował, że mimo obecnego braku przekonania do ewentualnego ostatecznego wyboru tego typu kolumn dla siebie, podczas kuluarowych rozmów z rodzimym dystrybutorem ZenSati mocno optowałem za zastanowieniem się przez niego nad opieką nad marką Lorenzo. Spokojnie, niekoniecznie polegającej na ściągnięciu ich flagowych konstrukcji, bo na nie nie wystarczy nawet sprzedaż zdrowej nerki, ale choćby niższych modeli, z których jeden mniejszy jest identyczny od strony konstrukcyjnej i aparycyjnej. Jest po prostu mniejszy, zatem przystępniejszy cenowo, co daje szansę nabycia fajnego brzmienia w fajnym wykończeniu znacznie większej liczbie pozytywnie zakręconych, co istotne tubowych audiomaniaków. Jak to się skończy, oczywiście pokaże czas. Wieńcząc ten akapit wspomnę jeszcze, iż tendencyjnie w opisie pominąłem mającą wiele do powiedzenia elektronikę. Nie była już tak porażająco ładna i jak wynika z pomijającego ją banera za systemem, okazała się jedynie cichym bohaterem, co z automatu spowodowało li tylko zdawkowe wspomnienie o niej.
2. AudioSolutions, Rockna, Van Den Hul, Solid Tech
Nie wiem, czy poznajecie, a jak nie, to Wam wyjaśnie, iż ten pokój to kooperacja dwóch dystrybutorów. Obecnie stacjonującego w Gdańsku, niedawno opisywanego przez nas w po-przeprowadzkowej relacji Premium Sound oraz sąsiada kargulowo-pawlakowej sagi kota z Łodzi – Szymański Audio. Co mogę powiedzieć o tej konfiguracji? Przyznam, iż pierwsza myśl oscylowała wokół określenia tego jako czyste szaleństwo. Naturalnie piję do ogólnej łatki przyklejonej okablowaniu z Niderlandów w rozumieniu ogólnego uspokajacza przekazu. Na szczęście w oparciu nie tylko o to co usłyszałem tego dnia, ale także osobiste doświadczenia trwało dosłownie sekundę. Powód? Otóż podczas przeprowadzonego u siebie testu tak kompletu kabli, jak i elektroniki okazało się, że te dwa działy produkcyjne znakomicie się uzupełniają. Jest oddech, swoboda i energia, co dawne opinie siłowego zagęszczacza muzyki spycha w niebyt. Taki stan sprawia, że do pełni szczęścia po prostu wystarczy temu tandemowi zapewnić do współpracy odpowiednie kolumny oraz źródło i mamy gotowy przepis na sukces. I taki był od pierwszego kontaktu z tym setem w piątkowy poranek, co w kolejnych godzinach rozgrzewających całość tylko pozytywnie ewaluowało. Dla mnie pierwsze skrzypce grał dolny zakres. Twardy, krótki, nieco tępy – w rozumieniu braku gumowatości i rozlewania się, dzięki czemu reszta w postaci gęstego środka i otwartych, co ważne nie zduszonych nadmierną plastyką wysokich tonów miała tylko z górki. Może nie był to dźwięk wystawy, ale jeśli ktoś przed imprezą powiedziałby mi, że planuje takie konfiguracyjne szaleństwo, z politowaniem popukałbym się w głowę. Tymczasem od przysłowiowego strzału było ok. A zapewniam, na tle pierwszych kontaktów z sąsiadującymi zestawami było to prawie nieosiągalne. A zapewne udało się skonfigurować coś ciekawego, gdyż nie zapomniano o dobrej stabilizacji elektroniki na dedykowanych stolikach szwedzkiego specjalisty Solid Tech i zadbano o zjawiskowo wyglądającą, w odpowiednim miejscu zaaplikowaną adaptację akustyczną polskiej manufaktury Form At Wood.
3. Wilson Audio, dCS, D’Agostino
Odczuwaliście to samo co ja po wejściu do tej sali Audiofastu? Spójrzcie tylko na tę konfigurację. Toż to jawne proszenie się o problemy. Bezlitosny w pokazywaniu wszystkiego palcem dCS – wiem, bo miałem, wspierany przez bezkompromisowego D’Agostino i „grające papierem” Wilson Audio – gościłem na testach dwa oczka niższy model – aż krzyczały, że w przypadku najdrobniejszego potknięcia w doborze okablowania w sekundę wygonią z pokoju nawet największego fana wspomnianych marek. Ale tylko w przypadku zaliczenia wspomnianego potknięcia. Jeśli jednak ktoś zna meandry wymagań tego typu konstrukcji, dobrze potraktowany temat drobiazgowego doboru najdrobniejszych elementów toru bez problemu zapewni pozytywny wynik. I taki dla mnie był w tym roku. Powiem więcej, był lepszy niż zeszłoroczny pokaz. Pokaz, który mimo, że miał wielu zwolenników, jednak mnie coś w nim nie do końca satysfakcjonowało. I to bez względu na wykorzystanie modułów basowych, których w tym roku nie było. Teraz dobrano w innym duchu współpracujący z Wilsonami system, co w moim odczuciu dało pozytywniejszy wydźwięk w postaci wiekszej ilości i jakości energii oraz ogólnej plastyki przekazu. Rok wcześniej obierałem muzykę jak lekko osuszoną, natomiast teraz znacznie barwniejszą. Na tyle, że przyjemnie brzmiącą nawet podczas wysokich poziomów głośności, co jak można się domyślić, było jednym z ważniejszych przesłanek kilkukrotnie kierujących moje kroki do tego wystawcy. Być. może taki odbiór poprzedniej wystawy z Wilson Audio w roli zespołów głośnikowych był spowodowany znacznie soczystszym brzmieniem wówczas przez ścianę prezentowanego systemu Magico wespół z produktami Pilium, ale fakt jest faktem, że wtedy być może krzywdząco, ale takie wysnułem wnioski. Abstrahując jednak od wszystkiego fajnie, że tym razem już się nie zawiodłem, bo mając świadomość wymagań wybitnych konstrukcji w kwestii idealnej konfiguracji wiem, iż poradzenie sobie z nimi nie jest takie oczywiste.
4. Gryphon
Powody kolejnej wizyty w okowach łódzkiego Audiofastu były dwa. Pierwszy to być może ostatnie spotkanie z flagowymi kolumnami Kodo używanej na co dzień przeze mnie marki Gryphon. W czym problem? Otóż chodzi o dramatyczne koszty. I wcale nie walutowe. Z rozmowy kuluarowej wiem, iż z uwagi na wkładany w złożenie czteroczęściowego zestawu w jedną całość wysiłek jest na tyle skomplikowany technicznie i przez to wyczerpujący, że nie ma bata, by dystrybutor kolejny raz raczej na ich prezentację sam z siebie się zdecydował. Trochę szkoda, jednakże znając podobny temat ze swojego podwórka jak nie raz i nie dwa przeżyłem tego rodzaju psychiczną i wysiłkową rzeź, dlatego go całkowicie rozumiem. A gdy wiedziałem o takim postawieniu sprawy, nie mogłem przegapić być może ostatniego mgnienia Gryphon-owej jesiennej aury sonicznej. Jeśli chodzi zaś o drugi powód, była nim chęć wstępnego zapoznania się z nowością w ofercie Duńczyków w postaci niedawno powołanych do życia monofonicznych końcówek Gryphon Antileon z dopiskiem Revelation. Źródło w postaci Ethosa i przedwzmacniacza liniowego Commander mam prywatne, zatem chyba nikogo nie dziwi fakt zaciekawienia jedynie sposobem na muzykę w wersji nowych Antileonów wespół z Kodo. Jak wypadła całość? Powiem tak, z rozmachem, energią i swobodą, ale nieco ciemnawo. System grał jakby mrocznie i mocno w domenie esencjonalności – przynajmniej podczas moich wizyt, co sprawiało wrażenie grania w estetyce smooth. Niby lubię ten sposób podania muzyki, jednak czasem było zbyt lepko. Na szczęście nie brakowało rozmachu, co dodawało muzyce skrzydeł. Jednak gdybym miał porównać ten występ do tego sprzed lat, gdzie wzmocnieniem zajmowała się elektronika spod znaku Mephisto, osobiście bliższa jest mi tamta prezentacja. Jak zatem widać, co impreza, to zazwyczaj nieco inny wynik dźwiękowy nawet najbardziej pieczołowicie dopieszczonych zestawów. I nie ma znaczenia, jak mocno się będziemy starać, gdyż to często nie jest wynik głównych, a tych mniejszych wyborów. W tym przypadku pewnie była to – choć mocno gdybam – kwestia innej sekcji wzmacniającej i być może okablowania, co spowodowało zmianę priorytetów prezentacji. Jednak najważniejsze w tym wszystkim było to, że tegoroczny pokaz nie był zły – co to to nie, bo gdybym dostał propozycję postawienia tego seta u siebie na stałe, tylko kubatura posiadanego pokoju byłaby pewnego rodzaju li tylko techniczną blokadą podjęcia decyzji – tylko przy zachowaniu swobody przepompowywania bliźniaczo ogromnych do poprzedniego występu ilości powietrza stawiający na inne akcenty brzmieniowe. Być może dla mnie mniej atrakcyjne, ale podczas wystawy słyszałem wiele głosów o przewadze tej konfiguracji nad tą sprzed lat. I weź tu człowieku dogódź audiofilowi.
5. Karan, Rockport, VPI
Zabranie głosu w przypadku tego pokazu HiFi Club-u było finałem zaliczenia naprawdę bardzo dużego pozytywnego zaskoczenia, bowiem na tle zeszłego roku muzyka znacząco nabrała rumieńców. Podobnie jak wówczas źródłem był gramofon VPI, jednak tym razem zniknęła surowość i pewnego rodzaju kwadratura prezentacji. Pojawiła się za to przyjemnie brzmiąca muzyka. Soczystsza i mniej spięta w sobie, dlatego bardziej lotna i przez to zachęcająca do dłuższego odsłuchu. To zapewne nadal nie jest ostatnie słowo tej konfiguracji, gdyż na pełne rozwinięcie skrzydeł na sto procent nie pozwalały warunki lokalowe – to raz. A dwa – swoje przypuszczenia opieram na fakcie osobistego testowania u siebie sekcji wzmocnienia ze stajni Karan-a i wiedzy co potrafi. Dlatego bez obaw o podejrzenie naciągania faktów mogę powiedzieć, iż tym rozdaniu system mimo znacznie lepszego wyniku grał tak na jakieś 60-70 procent swoich możliwości. Trochę szkoda, że warunki tego typu wydarzeń tak mocno degradują wieloletnią pracę inżynierów, ale cóż, nie mamy na to wpływu i dlatego należy cieszyć się, że z imprezy na imprezę w oparciu o zebrane doświadczenia z poprzedniego roku wystawcy poprawiają wyniki dźwiękowe. A jeśli tak jak Karan jakaś marka stawia na naszym rynku pierwsze kroki, cieszy tak skuteczne odrabianie lekcji – w rozumieniu dopieszczania konfiguracji, w której występuje – przez jej opiekunów.
6. Dream Audio
Ten system nie tylko wyglądał, ale także zjawiskowo grał. Naturalnie wszedłem, żeby się z nim zapoznać z prozaicznego powodu chęci poobcowania z zestawem z wielkimi zespołami głośnikowymi. Na co dzień takiego używam i lubię sprawdzić, gdzie aktualnie jestem z rozmachem i jakością prezentacji. A, że przy okazji wiem, iż to co uzbierałem nie jest najlepszym na świecie, zawsze nie tylko z chęcią, ale także z pewnego rodzaju marginesem pokory podchodzę do oceny podobnych szalonych setów. Być może wielu z Was takim stwierdzeniem jest zdziwiona, ale zapewniam, gdy do takiego stanu sprzętowego kiedyś dobrniecie, podchodząc do tematu bez napinki i przerostu swojego ego zrozumiecie, iż pokora w stosunku do podobnych konfiguracji to nic poniżającego, tylko szacunek dla wyborów innych bratnich osobników w naszym hobby. Niestety do tego trzeba emocjonalnie dorosnąć, co mnie po wielu bezsensownych wewnętrznych potyczkach ze swoim duchowym mistrzostwem świata po jakimś czasie udało się osiągnąć. Wracając do zestawu zasadne jest zadanie pytania co z dźwiękiem. Otóż zagrało z ekspresją, namacalnością, bezpośredniością uderzenia, otwartością przekazu w pełnym spektrum wolumenu, czyli tak jak oczekują od podobnych zbieranin podobne do mnie tygrysy. A muszę w tym momencie wspomnieć, iż panowie nie szczędzili decybeli podczas pokazów. Mieli czym dmuchnąć – kolumny były duże z dużymi driverami, a elektronika bez problemu spełniała ich wymogi prądowe, wiedzieli, że mogą popuścić wodzy fantazji, dlatego częstowali odwiedzających niepozostawiającymi złudzeń wrażeniami zderzenia ze ścianą solidnej energii. Przynajmniej dla mnie na pierwszy rzut ucha. Do czego piję? Spokojnie, tylko zaznaczam na dłuższą metę mogący nieco doskwierać słuchaczowi pewien aspekt. Otóż, gdy po kilu kawałkach zjawiskowej kawalkady muzycznej zacząłem analizować całość pod kątem swoich wyborów, zauważyłem, że w niektórych kwestiach całość w dobrym rozumieniu tego słowa nieco bym przybrudził i lekko utwardził. Chodzi o to, że wszystko było podawane na tacy jak smaczne potrawy, ale bez żadnych przypraw i do tego jeszcze z mogącą czasem zaburzyć czytelność pracy kontrabasu krągłością – chodzi o lekkie napompowanie nader wyrazistego brzmienia z mocnym akcentem soczystości, a to po dłuższym czasie prosta droga do zamęczenia słuchacza nawet najbardziej ulubioną muzyką. Prezentowanie wszystkiego w krystalicznej postaci i z nadmiarem krągłego body jest zwyczajnie meczące i trzeba nieco uplastycznić przekaz w wyższych partiach częstotliwościowych i utwardzić w niższych, czego w tym przypadku minimalnie czasem brakowało. Ale zaznaczam, to tylko moje osobiste dywagacje, które z pewnością łatwo da się wdrożyć w życie. Abstrahując jednak od subiektywnych opinii całkowicie rozumiem takie strojenie, bo wystawa ma pokazać maksimum jakości i drapieżności danej konfiguracji, co finalnie i tak w warunkach domowych, jeśli nie skoryguje dedykowane pomieszczenie – tutaj mieliśmy wielką kartonowo-gipsową salę, to bez problemu dostroimy okablowaniem lub doborem sprzętu towarzyszącego. Reasumując dobrze, że poświęciłem tej układance dobrych kilkanaście minut.
7. Zikra
I tutaj mam mały problem. Naprawdę nie wiem, jak to wyrazić, ale gdy za elektronikę tej małej manufaktury z Danii, a tak naprawdę jednoosobowej firmy położę na pieńku przysłowiową rękę, to jej występ na wystawie nie do końca był tym, czego się spodziewałem. Każdy test czy to pełnej sekcji wzmocnienia pre-power, czy samego przedwzmacniacza liniowego tudzież step-upa gramofonowego kończył się na tyle wymownymi wnioskami, że za każdym razem zastanawiałem się, czy nie sprawić sobie takiej lampy. Tak tak, to nie pomyłka. Te niepozorne, teoretycznie niemające szans na wysterowanie wielkich słupów telegraficznych lampiaki do średnich poziomów głośności robiły z moimi kolumnami rzeczy, które są niedostępne dla znakomitej większości tego typu nawet tranzystorowych konstrukcji. Pierwsze skrzypce grała jakość basu, zaś drugie unikanie siłowego czarowania szklanymi bańkami w całym pasmie, tylko punktowe wzmacnianie ich eterycznością najbardziej krytycznych punktów. Efekt był na tyle piorunujący, że obecnie czekam na decyzję producenta w kwestii przysłania na testy znacznie wydajniejszych mocowo monobloków opartych o lampy 211. Notabene monobloków, które brały udział w pokazach podczas tegorocznej odsłony wystawy AVS, co automatycznie pozwala domniemać, że ów temat w niedługim czasie będzie miał swój finał. Wracając jednak do wystawy cieszę się, że Zikra pokazała dwa systemy. Jeden flagowy z wielkimi tubami w hotelu Golden Tulip, zaś drugi wykorzystujący niewielkie, za to wielogłośnikowe „parawany” w hotelu Sobieski. Dlaczego jestem rad takiemu podejściu? Otóż moje postrzeganie dokonań marki utrzymał na dobrym poziomie pokaz skromniejszego zestawu. Mimo malutkiego pokoiku grał swobodnie, z oddechem, bez dudnienia i pełnią radości. Naturalnie dla mnie osobiście to zbyt skromne w kwestii rozmiaru budowanie realiów muzyki, ale jeśli za jakiś czas dysponując małym pomieszczeniem miałbym poszukiwać swojego Świętego Grala, ta konfiguracja byłaby z pewnością na krótkiej liście odsłuchowej. Co zatem takiego stało się w pokoju z flagowymi kolumnami? Nie wiem, być może na zbyt dużo liczyłem, dlatego lekko się przeliczyłem. Jak wiecie, osobiście na chwilę obecną tuby to nie moja bajka. Jednak to nie oznacza, że nie mam wypracowanego poglądu na ich pomysł na muzykę. A ów pomysł zawsze, ale to zawsze opiera się o fajny blask i czytelność prezentacji, aby móc pokazać malutki flet w ostatnim rzędzie podczas występu solo przy milczącej setce muzyków wielkiej orkiestry symfonicznej. Nagle taki mały soniczny płomyczek generowany przez „podziurawioną drewnianą rurkę” ma stać się centrum świata. Niestety do tego potrzebna jest nienachalna, ale jednak czysta iskra i oddech wizualizowania danej sytuacji. Tuba oczywiście to trochę zawsze dopala, ale paradoksalnie nakarmiona dobrym sygnałem potrafi to tylko lekko podkręcić, a nie przerysować. I gdy wydawało mi się, że postawione w wielkiej sali, przepięknie wykonane i wykończone paczki wyniosą mój wzorzec na dotychczas niedostępne wyżyny, po pierwszych taktach zderzyłem się z uczuciem niedoboru wysokich tonów, a tym samym oddechu i możliwości kreowania przez system najcichszych i przez to najdelikatniejszych energetycznie instrumentów. Dostałem za to w ucho pakietem mocnego, baaardzo papierowego środka, który ustępował jedynie uderzeniom dolnego zakresu. Jak bym wyszedł z wanny z zatkanymi wodą uszami. W pierwszym odruchu pomyślałem, że to nieodpowiedni dla mnie repertuar i postanowiłem wrócić do tego pokoju. Niestety drugie podejście przyniosło podobny efekt. Spojrzałem wówczas na używane żródło i zobaczywszy, że panowie grają z plików, zapytałem, czy jest szansa, a potem poczekałem na przejście na gramofon. Efekt? Nie powiem, przekaz nabrał nieco dynamiki, poprawił się atak i ogólny rozmach wizualizowania słuchanego materiału, jednak nadal wspomniany sznyt mocnego papierowego, dla mnie dominującego w całości przekazu środka nie dawał szans na pełne skupienie się na muzyce, bo co chwila łapałem się na mimowolnym poszukiwaniu zrzucenia z wirtualnej sceny celulozowej firanki. Czy to oznacza porażkę? Nic z tych rzeczy, to tylko moja subiektywna opinia. I to bardzo subiektywna, gdyż nawet od Marcina kilkukrotnie słyszałem, że Zikra gra świetnie. Chyba zrozumiałe, że osobiście w duchu tego nie podzielałem, ale zdając sobie sprawę z różnorodności naszych oczekiwań całkowicie rozumiałem jego zadowolenie. Wynik tego wystawowego spotkania jest taki, że gdy w elektronice podczas osobistych testów w duchu się zakochałem, to z kolumnami nie znalazłem nici porozumienia. Po co zatem to piszę? Aby zaszkodzić? Bynajmniej, chciałem tylko na swoim przykładzie pokazać, jak bardzo się różnimy w odbiorze tej samej prezentacji, a tym samym zasugerować, aby opisując ustnie lub pisemnie w Internecie swoje wrażenia nie ferować ostatecznych wyroków, bo to nie tylko bardzo krzywdzące, ale też pokazujące mentalną „małość” danego opiniotwórcy. Na koniec tego akapitu mam osobisty przekaz do mocodawcy marki Zikra, aby bez względu na moje bajdurzenia dalej tak trzymał, bo wielokrotnie obiło mi się o uszy, że u niego grało znakomicie.
8. Ayon Audio, Lumen White
W przeciwieństwie do Zikry w pozytywnym znaczeniu słowa pokazem dystrybuowanego przez Nautilusa Ayon-a zostałem zdruzgotany. Czym? Pierwszą wizytę zaliczyłem w piątek pod wieczór. Powtarzam piątek, kiedy przerażająca większość zestawów wydawała tylko dźwięki, a nie grała muzykę. Tymczasem po wejściu do corocznie goszczącej Ayon-a wielkiej sali usłyszałem świetną wizję dźwięku serwowaną przez właściciela marki Gerharda Hirta. Tak jak lubię, przywitała mnie wielka wirtualna scena, pełna powietrza, lekkości podania, dobrze rozumianej krągłości i soczystości, a to wszystko ze znakomitym efektem 3D. Ktoś powie, że to zasługa lamp. Owszem, pewnie również, tylko przypominam o reszcie wystawy z dziesiątkami lampowych systemów, gdzie jak było znośnie, to i tak dobrze, a tutaj bajka. Gdzie jest haczyk? Ten zestaw zaprojektował od strony technicznej – elektronika oraz kolumny i konfigurował jeden człowiek. Mało tego, chcąc pokazać swoją wiedzę, że potrafi zdziałać cuda – czytaj: nie trzeba sprzedawać nerki, aby uzyskać świetny dźwięk, w systemie wykorzystał bardzo tanie urządzenia i okablowanie. Kosztujący poniżej 30 tys. wzmacniacz zintegrowany i pewnie o połowę tańsze, grające na przemian z gramofonem źródło plikowe, co spiął również pochodzącym z dolnych półek cenowych okablowaniem Siltech. To wielu wydaje się niemożliwe, ale jak pokazał Gerhard, bez problemu wykonalne. Na tyle tego wieczora zjawiskowo dobrze, że jak nigdy tego nie robię, po usłyszeniu wyniku jego wielogodzinnej pracy podczas strojenia systemu w czwartek i piątkowy poranek w prywatnej rozmowie bez próby podlizywania się przekazałem mu moją subiektywną opinię, iż dla mnie na ten moment to dźwięk wystawy. A należy jeszcze zaznaczyć, że na tę chwilę nie miałem pojęcia o zastosowaniu tanich składowych w systemie, co po dotarciu do mnie tych informacji jeszcze bardziej przekonało o słuszności wyrażenia mojej pozytywnej opinii. Jak widać, jeśli zna się od podszewki mające ze sobą współpracować produkty i dysponuje wolną ręką w ich doborze oraz konfiguracji, nawet rozsądnie wycenionym zestawem bez problemu można pokazać tym najdroższym, że cena nie jest głównym kryterium do uzyskania jakościowego Olimpu. Olimpu, na który wspomniany Gerhard Hirt w moim odczuciu wspiął się bez jakiejkolwiek zadyszki, a nawet do podstawy którego nie zbliżyło się sporo wielomilionowych zestawów. Brawo.
8.1
W tym miejscu miał być opis kolejnego ciekawego systemu z Krakowa. Powiem więcej, nawet bardzo ciekawego i nie tylko od strony reputacji oraz ewentualnej najlepszości brzmienia, choć pewnie dla wielu z was to był The End w naszej zabawie, ale jako temat kontynuacji opisu ciężkiego boju, jaki toczą wszyscy wystawcy podczas tej imprezy. Niestety będąc konsekwentnym, mogę tylko przywołać popularne powiedzenie „Słowo się rzekło, kobyłka u płotu”. Chodzi oczywiście o odpuszczenie zabierania głosu na temat systemów pozbawiających mnie szansy zrobienia dobrej serii zdjęć. W tym konkretnym przypadku mam na myśli przyznaną przez kolegę nagrodę. Była tak wielka, że przytłoczyła swoim jestestwem wieloletnią pracę Samurajów i ni w ząb nie komponowała mi się z wewnętrznym poczuciem estetyki podczas fotografowania tego zestawu. Niestety będąc w tym pomieszczeniu już w piątek z racji średniego występu nie zrobiłem profilaktycznych zdjęć, bo nie chciałem kopać tak znamienitej marki. Gdy jednak dzień później postanowiłem zrobić krótką sesję na zaś, zostałem odcięty od tej możliwości. Takim to sposobem szanując wybór redakcji nadającej gigantyczną trąbkę, najzwyczajniej w świcie nie chcąc podważać ich decyzji zamykam gębę na kłódkę. A myślę, że w sumie szkoda, bo jeśli kogoś tego rodzaju impreza interesuje także od tak zwanej zakrystii, miałem przywołać kilka ciekawych spostrzeżeń. O czym mowa? Naturalnie o sławnym Kondo. Szkoda? E tam, przecież werdykt został wydany i nie ma co więcej deliberować.
9. Gauder Akustik, Thrax, Air Force 4
To z dwóch powodów był dla mnie ciekawie przygotowany pokój RCM-u. Pierwszym była tegoroczna nowość w ofercie japońskiego specjalisty od gramofonów Air Force w postaci wprowadzonego niedawno do oferty modelu 4. Co prawda swoje poszukiwania docelowego drapaka stosunkowo niedawno zakończyłem, ale dobrze jest wiedzieć, co dzieje się w temacie u pochodzących z kraju kwitnącej wiśni analogowych tuzów. Jak odebrałem nową maszynę? Wizualnie obecnie bliżej jej do niemieckiego pomysłu na wyraziste cięcia bryły. Na tle poprzedników nie jest już tak cukierkowy, co z pewnością znajdzie wielu zwolenników. A jak w kwestii brzmienia? Było fajnie, ale to zbyt mało, aby zabierać konstruktywny głos. Wiem jednak, że znając swoje od lat samodzielnie zdiagnozowane zakupowe skrzywienie „albo sufit, albo wcale” jakby nie grał, po krótkim czasie i tak korciłoby mnie przeskoczenie na wyższy szczebel. Jeszcze kilka lat temu brałbym w ciemno, ale teraz istotne są pewne priorytety. Ale spokojnie, nie chodzi o jakikolwiek problem soniczny, tylko wynikającą z rozwiązań technicznych estetykę prezentacji. Szukam mocnej wyrazistości, co przysysanie płyty do talerza zawsze lekko z automatu ją uszlachetnia, a ja wyrosłem ze słodkiego grania. Analog dla mnie nie jest synonimem krainy mlekiem i miodem płynącej, tylko kiedy wymaga tego materiał, dosłownie i w przenośni ma mnie sponiewierać. Nie twierdzę, że będący jedną z gwiazd tego pokoju gramofon tego nie potrafi, ale nie oszukujmy się, jeśli mamy z czymś obcować przez długie godziny, pomiędzy maszyną i osobnikiem homo sapiens musi iskrzyć. Jak zapewne wiecie, u mnie zaiskrzyło z konstrukcją SME 60, ale jak opadnie wystawowy kurz, chętnie sprawdzę i sumiennie opiszę, czy Air Force 4 miał szansę iskrę popularnego Smeka w jakiś sposób przebić.
Jeśli chodzi o drugi punkt wizyty, były nim kolumny Gauder Akustik Darc 140 MkII. Na pierwszy rzut oka już mające swoje pięć minut kilka lat temu, ale zapewniam, to tylko pozory, gdyż z tamtej wersji została jedynie skomplikowana, bo skręcona z cienkich aluminiowych wręg przedzielonych materiałem tłumiącym, ciężka jak diabli, wielowarstwowa obudowa. Naturalnie posadowiona na zwiększającej punkty podparcia podstawie z regulowanymi kolcami, co bazując na doświadczeniach testowych z nią i bez niej ma bardzo duże znaczenie. Ale to jedynie słusznie zastosowany dodatek, zatem wróćmy do clou zmian w opisywanych zespołach głośnikowych. Być może Was to zaskoczy, ale oprócz obudowy zmiany dotknęły dosłownie wszystkiego, od przetworników począwszy, na całkowicie inaczej strojonych zwrotnicach skończywszy. Roland Gauder z sobie tylko znanych powodów postanowił całkowicie je przeprojektować. Co z tego wynikło? Dla mnie same plusy. Pierwszy i najważniejszy to likwidacja uczucia męczącego spięcia prezentacji. W poprzednim wcieleniu był świetny atak, kontrola i ogólna motoryka dźwięku, ale brakowało mu stosownego luzu. Po prostu stawianie na notoryczną pogoń za szybkością narastania sygnału nie dawały szans na zawieszenie w eterze dłuższych wybrzmień, a to prosta droga do utraty istotnej dla muzyki finezji. Obecnie ten aspekt jest już bardzo udanie poprawiony. Nadal przekaz jest zwarty i pełen energii, ale już od pierwszego kontaktu z kolumnami usłyszałem wcześniej poszukiwany ze świecą luz podania całości, co automatycznie dało szansę pojedynczym nutom nie tylko na dłużej zaistnieć, ale przy okazji dobrego nasycenia pokazać ich fajną krągłość i rozwibrowanie. Tego wcześniej ewidentnie nie tylko mi, ale także Rolandowi brakowało, co prawdopodobnie pchnęło go do wprowadzenia udanej autopoprawki.
Oczywistą oczywistością jest, że żadna z przed momentem zabawek nie wydałaby głosu, gdyby nie dzieła spod ręki Rumena Artarskiego, czyli wzmocnienie marki Thrax. Wzmocnienie, które zapewniło nie tylko stosowną dawkę prądu do jednak wielkich kolumn, ale także potrafiło je utrzymać w ryzach w przecież bardzo mocno niesprzyjających zakresowi basu pomieszczeniu hotelowym. Powiem tak, czego bym nie napisał o źródle i kolumnach, Thrax z pewnością w całym tym przedsięwzięciu pokazowym był na równi ważnym dla niego elementem toru. A gdy już tak rozdrabniamy pokaz na poszczególne składowe, nie należy zapominać o stabilizujących system meblach spod znaku NEO High End. Co mnie tak przypiliło ze wspominaniem o akcesoriach? Otóż trzeba oddać prawdę, że słusznie, ale Marcin po serii swoich relacji dostał na Facebook-u reprymendę za pomijanie tego tematu. Wówczas ja zapewniłem interlokutora, że jeśli tylko będzie o czym wspominać, nie zapomnę tego nagłośnić.
10. Vitus, YG Acoustics, SME 60
Jeśli czytaliście to, co dotychczas napisałem, chyba jasnym jest mój główny punkt programu odwiedzin tego katowickiego analogowego przybytku. Naturalnie mam na myśli gramofon SME 60, którego ostatnio stałem się szczęśliwym nabywcą. Sytuacja na wystawie była dla mnie bardzo komfortowa, gdyż grał z tą samą wkładką, jaka wisiała podczas moich starć dotyczących finalnego wyboru pomiędzy wspomnianym Anglikiem, a Słoweńcem, czyli Kuzmą XL DC. Wbrew pozorom dla mnie taki stan był bardzo ważny, bowiem pozwalał bardziej prawdziwie ocenić radzenie sobie kolumn najnowszej wersji YG Hailey 3 w tandemie z także nowo powołanymi do życia monoblokami Vitus Audio. Wnioski? Podobne do niedawnego odsłuchy tych kolumn z innym Vitusem w salonie RCM. Ewidentne potwierdzenie prezentacji pełnego energii i bajecznej kontroli basu, utrzymanie krawędzi dźwięku nawet w najbardziej karkołomnych pasażach muzycznych, co fenomenalnie przekładało się na nienaganne utrzymanie drive’u słuchanego materiału. Niestety dla miłośników ciepłych muzycznych klusek nie było mowy o rozwadnianiu żadnego z aspektów, tylko rzetelne artykułowanie najdrobniejszych niuansów serwowanych przez słuchany materiał. To oczywiście komuś nie do końca może odpowiadać, ale jeśli z metalowych, wytwarzanych w technologii toczenia z jednego puca, a nie wytłaczania z płaskiej blachy przetworników z krótkim skokiem membrany i obudowy zamkniętej oczekuje rozmytego obrazu, po prostu nie ma pojęcia o najważniejszych kwestiach naszej zabawy. Przesadzam? Bynajmniej, pewne rozwiązania techniczne są celowo stosowane, gdyż dedykowane znającym się na rzeczy melomanom, oczekującym konkretnego wyniku sonicznego. Ludziom poszukującym zjawiskowej ekspresji, czego ewidentnym przykładem była cała konfiguracja od mocno w estetyce zwartej energii grającego źródła w postaci gramofonu SME 60 z wkładką My Sonic Lab, przez nadającego odpowiedniego, ale nieprzekraczającego dobrego smaku body muzyce Vitusa, po szybko i zwarcie grające YG Hailey 3. To co zastałem w sali Platinium 1 było ogniem w najczystszej postaci, nie dlatego, że komuś coś nie wyszło albo było pozytywnym w wydźwięku wypadkiem przy pracy, tylko zostało w pełni zaplanowane i zrealizowane.
I gdy sądziłem, iż w tym pokoju już nic ciekawego mnie nie spotka, zaliczyłem miły bonus. Mianowicie gdy wystawa miała się definitywnie ku końcowi, postanowiłem zakończyć ją jako prawdziwy fan analogu. Oczywiście aby sprostać tym planom, zafundowałem sobie kilkudziesięciominutową przygodę z historią magnetofonu w tle, prelegentem której był nie kto inny, jak znany wszystkim szpulowy freak Ken Kessler. Opowiedział co było, co jest i próbował wróżyć z fusów co będzie, rzucił garścią dowcipów, goszczący go Roger Adamek poprzeplatał całość wybranymi przez Kena utworami z oryginalnych taśm konsumenckich z epoki świetności magnetofonów i takim optymistycznym akcentem z uśmiechem na twarzy zakończyłem ten 3-dniowy audiofilski miting.
11. Grobel Audio
Już lekko przedpremierowo wiedziałem, z czym w tym miejscu będę miał przyjemność obcować. Tak tak, przyjemność, gdyż u stołecznego Grobela zawsze jest miło i kameralnie. Owszem, to jest jego od wielu lat praktykowany sposób na prezentację, ale co ciekawe mimo cyklicznej, czyli corocznej powtarzalności znakomicie się sprawdza. Co prawda słuchacze z automatu skazani są jedynie na jego muzyczne wybory – cynicznie nagrywa muzykę na magnetofon i omamia ludzi wirującymi szpulami, ale przecież tego typu impreza ma pokazać dobre strony systemu i facet tego się trzyma. I tak podczas podejmowania decyzji zakupowej dany komponent musi wylądować u zainteresowanego klienta, to po co ryzykować spotkanie z maniakiem, który podając swoją płytę do posłuchania stwierdza, iż jest tak źle nagrana, że jeszcze nigdzie nie wypadła dobrze i chce sprawdzić, co stanie się w tej konfiguracji. Bredzę? Uwierzcie mi, kilka razy pomagałem w takich wydarzeniach i na własnej skórze przekonałem się, że tacy mistrzowie istnieją. Nie rozumiem ich, ale nic na to nie poradzimy. No chyba, że pójdziemy drogą Grobela, ale nie oszukujmy się, patrząc na wystawę z perspektywy poczynać wszystkich podmiotów jest ewenementem. Co takiego w tym roku nam zaserwował? Jak na markę Franco Serblina wielkie kolumny podłogowe Accordo Unica. Naturalnie do moich dwumetrowych wież im daleko, ale uwierzcie, nowe podłogowe paczki spod tego znaku towarowego to zaskakujący progres rozmiarowy. A jak wiadomo, wielkość konstrukcji, a co za tym idzie uzbrojenie w większą liczbę przetworników stawia konkretne wymagania sprzętowe, dlatego wystawca nie bawił się w problematyczne próby z cherlawym wzmocnieniam i postawił na sterowane firmowym przedwzmacniaczem JP 80 MC MkII dwuczęściowe monobloki Jadis JA 200 MkII. Co sądzę o tym secie? Powiem tak, było miło, ale dla mnie mogłoby z większym pazurem. Ale to dla mnie, gdyż nie tylko podczas wystawy, ale już po niej w czeluściach Internetu spotkałem się z opinią, iż to dla wielu był dźwięk życia. W moim przypadku jak wspomniałem nie, ale jaki był naprawdę, być może przekonam się podczas testu tych, będących nowością w ofercie marki Franco Serblin kolumn Unica w okowach swojego salonu. Co by jednak nie mówić, z takim samym, czyli pozytywnym nastawieniem nie tylko wszedłem do, ale także wyszedłem z tego pokoju.
12. WK Audio
Parafrazując słowa znanej piosenki, wchodząc do tego wystawcy spokojnie można było zaśpiewać „Czerwono mi”. Oczywiście to efekt wyrazistego koloru otuliny flagowej serii okablowania rodzimego plichtowskiego producenta, którego pełny komplet po niedawno opublikowanym na naszych łamach teście został u Marcina na stałe jako redakcyjny punkt odniesienia. Dlaczego zapadła taka decyzja, w formie opisu zainteresowani mogli dowiedzieć się kilkanaście dni przed wystawą używając portalowej wyszukiwarki. Jeśli jednak z jakiś powodów ktoś nie do końca rozumiał ów wybór, w zeszłym tygodniu już werbalnie, bo w pokoju hotelu Sobieski miał szansę doświadczyć go własnym narządem słuchu. W tym roku wzorem częstych praktyk duńskiej marki ZenSati szef przybytku WK Audio odwrócił większość sprzętu tyłem do słuchaczy, aby w ten sposób już na starcie zasygnalizować, że jego domena to okablowanie. Byłem tam kilka razy po kilkanaście minut i muszę powiedzieć, iż ten sposób ekspozycji wywołał oczekiwane reakcje, gdyż ludzie, jeśli sami się nie domyślili, pytali, dlaczego został wykonany taki myk. Przyznacie, patent niezły, bo bardzo skuteczny. Co zaoferował tak nietypowo ustawiony konglomerat CEC-a, Vitusa i Gauderów okablowany ofertą WK Audio? W moim odczuciu wszystkie pozytywne cechy, które zauroczyły Marcina. Energia, atak i minimalne, skądinąd bardzo przyjemnie wpływające na podkręcenie emocji w muzyce wzmocnienia drive’u dźwięku, co nawet podczas moich wizyt w tym miejscu potwierdzało wielu odwiedzających. Byli na tyle wiarygodni, że raczej niemożliwym było ziszczenie się przypuszczenia, że tak naprawdę uwiódł ich wyrazisty kolor okablowania.
13. Triode Japan, Peak Consult
Tego na bank nie wiecie, ale widoczny na zdjęciach zestaw w tym roku to całkowity przypadek. Polski dystrybutor kolumn Peak Consult z uwagi na lekkie zawirowania zdrowotne spowodowane nadmiernym obciążaniem kręgosłupa podczas handlowania High End-em AVS 2025 miał sobie odpuścić. Los jednak chciał, że stało się inaczej. I nie wiem, jak odebraliście to Wy, ale dla mnie dobrze. Otóż mimo chęci absencji został poproszony przez producenta kolumn o pomoc marce Triode Japan w zapewnieniu jej stosownych zespołów głośnikowych. Pan Andrzej wysysając kindersztubę z mlekiem matki naturalnie nie odmówił, dlatego bardzo dobrze znając czekające na niego warunki lokalowe postawił na monitory w podłogowej obudowie w postaci modelu Sonora, które napędzała integra Junone 845 SE. Czy dobrze? Otóż jeszcze, gdy dzwonił do mnie z informacją o takim rozwoju sytuacji, nie był do końca pewny, czy to się sprawdzi. Jednak znając od podszewki nie tylko nieobliczalność pomieszczenia, jak i możliwości kolumn finalnie wyszedł z całego przedsięwzięcia z tak zwaną tarczą. Muzyka nosiła znamiona bardzo esencjonalnej, w na tyle dobrym znaczeniu tego słowa, że sprawiała bardzo sugestywne wrażenie obcowania z artystami dosłownie na wyciągnięcie przysłowiowej ręki. Gdybym miał opisać to, co zastałem w tym pokoju, wyglądało to tak. Było diabelnie ciasno – pierwszy rząd stał 1 metr od kolumn, a mimo to była przestrzeń do wykreowania ciekawych sesji muzycznych z namacalnością wokalizy jako prywatne występy włącznie. Jak udało się to zrobić, pytajcie pana Andrzeja, ja nie mam pojęcia.
14. Rhaido, Moon Audio
Tego pokazu warszawskiego Hifi System-u byłem naprawdę ciekaw. Przed wystawą oddawałem po testach widniejące na zdjęciach rozmiarowo nieduże, ale za to w kwestii budowania dźwięku bardzo ekspresyjne, wykończone w zieleni kolumienki tytułowej marki Rhaido. Te maluchy są na tyle wielkie duchem, że problemy z basem w pomieszczeniach wystawowych w hotelu kolokwialnie mówiąc mogły im bardzo zaszkodzić. Oczywiście przedstawiciele salonu znakomicie zdawali sobie z tego sprawę, dlatego zabrali ze sobą co prawda znacznie większy, za to z pewnością o niebo bardziej wyrafinowany brzmieniowo, naturalnie wyższy model z tej stajni i chcąc mieć pełny luz podczas konfiguracji w zanadrzu mieli przygotowaną jeszcze opcję dobrania zestawu podstawkowego. Los jednak chciał, a tak naprawdę wiedza konstruktorów z Danii sprawiła, że najlepiej z całej trójki wypadły z pozoru niemające szans na sukces wielkie podłogówki. Gdy to zobaczyłem, nie mogłem uwierzyć, ale moje niedowierzanie trwało dosłownie chwilę, bowiem wszystkie obawy rozwiał pierwszy z brzegu puszczony utwór. Była swoboda, brak męczących poddudnień, po prostu czary mary. Wynik był na tyle udany, że z wystawy owe bohaterki nie wróciły już do salonu, tylko trafiły na pakę profilaktycznie zabranego przeze mnie busa jako materiał do sesji testowej. Jak wypadną, pokaże czas, jednak oczywistym jest, że to co pokazały w tak trudnym pomieszczeniu, nie było ich prawdziwym ja, tylko zasygnalizowaniem sporych możliwości. Jednak bez względu na potencjalny wynik testu u mnie, po występie w Sobieskim naprawdę należy im się wielki szacunek. A to dlatego, że nie tylko się nie udusiły, ale bez problemu pokazały ciekawą stronę puszczanego materiału, na co po wejściu do pokoju nie postawiłbym złamanego grosza, a mimo wróżenia najgorszego zaliczyłem pozytywnego Zonka.
15. AudioPhase, Muarach, Perraux, Next Level Tech
Szczerze? Ten tercet tak naprawdę odwiedziłem z przez wzgląd na jednego delikwenta. Nie żebym z resztą wystawców miał kosę, ale mimo tego, że w większości byli to rodacy, nie miałem na ów pokój żadnego pomysłu. A zaszedłem, przez wzgląd na producenta okablowania NxLT. Jest podobnie do mnie w pozytywnym znaczeniu nie do końca zrównoważony psychicznie. Nadajemy na tych samych falach i gdy zrządzeniem losu kilkukrotnie spotykaliśmy się na korytarzach wystawy, w sobie tylko znany sposób, czyli dokuczając nawzajem ustaliliśmy, że wpadnę na jedną z jego prezentacji. Miał ich bodajże trzy lub cztery – nie pamiętam dokładnie, bo przy tempie naszych konwersacji połowa informacji idzie w tak zwane powietrze. Rozstaliśmy się w śmiechu i za kilka chwil zaliczyłem pierwszą. Usiadłem i pomyślałem, że nie będę go kopać, bo to nie jego wina. Poszedłem na drugą. Cóż, może lepiej, ale nadal brak motywu zabrania głosu. I gdy miałem po angielsku nic nie mówiąc cichaczem wymiksować się z próby znalezienia czegoś ciekawego z jego zabawkami w jednej z ról, nagle kolejny raz staje przede mną. Mówię o porażkach, on niespecjalnie zaprzecza, ale nie daje za wygraną i ciągnie mnie do tytułowego przybytku. Siadamy i już razem słuchamy. Brzmienia kolumn i elektroniki nie znam, za to wiem, co potrafi okablowanie Ether. Po kilku minutach słyszę, że to, za co ludzie lubią jego druty, jest nieco przerysowane – o co chodzi, znajdziecie w moim teście tej serii okablowania. Szukam winowajcy i kurde widzę, że gramofon tylko się kręci, a gramy z plików. Poprosiłem Roberta o zmianę źródła – sam bym tego nie robił, bo wiedząc, że wystawcy chcą robić nimi tylko dobre wrażenie, a nie z nich grać, już mi się znudziło o to prosić – i eureka. Może nie był to nokaut, ale pojawiła się energia, atak i gładkość. A najważniejsze, że przestała krzyczeć wyższa średnica. Na ile było to maksimum możliwości tej sprzętowej zbieraniny, wiedzą tylko wystawcy. Dla mnie natomiast w tym momencie ważna była możliwość przyjemnego posłuchania tej konfiguracji w wersji analogowej. Wersji, której bez działania bohatera akapitu nawet w momencie odwiedzenia przeze mnie do tego pokoju prawdopodobnie by nie było i cały pokaz spaliłby na panewce. Tymczasem finalnie było ok. Na koniec dodam, iż dodatkową wartością dodaną tej wizyty oprócz tematu do opisania było umówienie się z producentem kolumn na sesję testową. W kwestii gramofonu zaś, na obecny moment panuje między nami pieczołowicie kultywowana od wielu lat stabilna cisza.
16. Göbel, Vadax, Solution, Brinkmann, Franc Audio Accessories
Do warszawskiego SoundClubu kolokwialnie mówiąc lekko przymuszony drałowałem dwa razy. Wbrew pozorom powodem nie była li tylko świetna prezentacja, która naprawdę mogła stanowić wzór dla wielu innych, ale fakt braku światła. Nie wiem, jak mistrzowie elektrycy to zrobili, ale prąd w gniazdkach był i system grał, ale górne oświetlenie akurat na skrzydłach tej części wystawy na kilka godzin wyzionęło ducha. Może i dobrze – przynajmniej dla wystawcy, bo większość ludzi tak jak ja była zmuszona pojawić się drugi raz, aby przekonać się, co stało przed widownią. Tym bardziej, że było do czego wracać, co pokazują fotografie, czyli jak to w SondClubie na bogato. Od drugiego modelu od góry w cenniku kolumn Göbel, przez cyfrowe źródło ostatnio robiącego furorę nie tylko na świecie, ale także w naszym kraju Vadax-a, analogowe źródło od Brinkmanna, po sekcję wzmocnienia Solution. Jak oceniam ten występ? Dostałem to, co było ogólnym zaczynem wizyty, czyli duży dźwięk. Pełen energii, znakomitej kontroli i rozmachu bez uczucia wymuszenia i to w całym zakresie głośności z najdrobniejszymi artefaktami dźwiękowymi. Z nieco inną temperaturą i soczystością, niż miałem przyjemność fajnie spędzić w Monachium z topowymi wersjami tych kolumn, ale to naturalny feedback zmiany wzmocnienia z w Monachium wykorzystywanego Vitusa, na zastosowanego w Warszawie Solution. Jednak bez względu na tę kwestię, tak wówczas, jak i teraz kolumny zagrały tak, jak zawsze od ekstremalnego High End-u oczekuję. Jak? Opisałem to dwa zdania wcześniej. Kończąc ten akapit tak jak obiecałem podczas powystawowej konwersacji na Facebooku, dodam jeszcze, iż całość systemu stabilizowały konstrukcje typu stoliki i platformy naszego rodzimego producenta, bardzo dobrze radzącego sobie w świecie Franc Audio Accessories. Wszyscy wiemy, iż to sprawa bardzo istotna, a jak słusznie zauważył kolega, często traktowana podczas relacji po macoszemu, czemu dziś przywołaniem go do tablicy chcę zadać kłam.
17. Bladelius Oden II, TAD, Lumin, Divine Acoustics
Ta prezentacja to trochę kooperacja kilku podmiotów, ale w głównej mierze zainicjowana i całkowicie kontrolowana przez wrocławskie Audio Atelier. Powodem było zapewnienie najlepszych możliwych warunków do zaprezentowania swoistej nowości w ofercie Wrocławianina, jakim była jeszcze pachnąca błyskiem fleszy, A-klasowa Integra Bladelius Oden II. Dlatego w tym celu pojawiły się znakomite w brzmieniu i w tym samych duchu radzące sobie z trudnymi warunkami lokalowymi TAD-y, sygnał dostarczał rozbudowany do dwóch oddzielnych pudełek streamer Lumin, a całość posadowiono na bardzo skomplikowanym technicznie polskiej produkcji stoliku Divine Acoustics. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, skomplikowany nie po to, aby wyglądać na poważnego gracza, tylko pozwolić użytkownikowi na dostrojenie jego wpływu na ostateczne brzmienie sytemu poprzez regulację sztywności antywibracyjnych stóp każdej półki. Tak tak, dostrojenie, czego trochę przypadkowo, bo w czwartek wieczorem, gdy pokój nabierał rumieńców, doświadczyłem siedząc sobie grzecznie z boczku. Siedziałem, słuchałem i grzecznie spoglądałem, co i w jaki sposób producent stolika chce uzyskać. I muszę powiedzieć, efekty były nie tylko bardzo dobrze słyszalne, ale realizujące zamierzenia stroiciela, co na tle typowych stolików jest ewenementem, gdyż te ostatnie owszem mają swoją sygnaturę dźwięku, ale stałą, co możemy korygować jedynie dodatkowymi akcesoriami. W tym przypadku natomiast robimy to w locie napinając lub luzując układ rezonansowy we wspomnianych stopach pod każdą z półek. I gdy w pewnym momencie wydawało mi się, że temat strojenia został zakończony, zostałem poproszony o weryfikację wyniku. Nie miałem z tym problemu, jednak zaproponowałem inny rodzaj muzyki w postaci opartego o instrumenty naturalnie i do tego dobrze zrealizowanego jazzu – nieco wcześniej stolik strojono pod nie do końca pokazujący prawdę o dźwięku pop. I tutaj pierwsze moje zdziwienie, konstruktor zareagował na moją prośbę. Potem, gdy sugerowałem pewne korekty, także chętnie je spełniał. Fakt faktem, że słyszał co się dzieje i wiedział, do czego dążę, co prawdopodobnie było też zgodne z jego ogólnym odbiorem tego rodzaju muzyki. Przez kilka minut kombinowaliśmy, co i w jakim stopniu wyciągnąć z dźwięku, by koniec końcem o dziwo jako finalny szlif pozostawić moją wersję. Nie wróciliśmy do startowego strojenia. Po co o tym tak drobiazgowo piszę? Może nie uwierzycie, ale takie podejście producenta do uwag kogokolwiek to rzadkość. Zazwyczaj to mistrzowie świata, którzy wszystko wiedzą najlepiej i bez kija do nich nie podchodź. Są na tyle uparci i niereformowalni, że od dawien dawna u siebie ich nie goszczę, tylko potencjalne urządzenia do testu mają mi przysyłać. Dlatego myślę, że to, co wydarzyło się tego wieczora jest prawdopodobnie typowym wyjątkiem potwierdzającym regułę. Jednak bez względu na wszystko fajnie było przekonać się, że są jeszcze normalni ludzie. Niestety imienia kolegi przez spowodowane syndromem ADHD chaotyczne odbieranie świata nie zanotowałem w pamięci, niemniej jednak miło mi było spędzić razem kawałek czwartkowego wieczoru. Dobra, wystarczy tych pochwał dla jednak jedynie kwestii dodatkowej tego pokazu, zatem wróćmy do uzyskanego brzmienia. Te moim zdaniem było znakomite. A dlatego, że przecież groźne dla wielu początkujących melomanów TAD-y wyposażone w przetworniki berylowe napędzał A-klasowy wzmacniacz. Stabilny mocowo w całym spektrum pasma, co pozwalało nie tylko utrzymać w ryzach dolny zakres z jego wielobarwnością i dobrym akcentowaniem różnorodności energii, ale także z drugiej strony zapewnić kolumnom czysty i pełen informacji sygnał w środku oraz górze pasma. Byłem w tym pokoju kilka razy i zawsze słyszałem ogólny spokój. Oczywiście w dobrym rozumieniu tego określenia, gdyż w momencie puszczania agresywnego materiału, przekaz dostawał zapisanych w muzyce przysłowiowych rogów. Ale jak wspominałem, w pełni kontrolując zejście basu i otwartość projekcji. A co w tym wszystkim było najciekawsze, był to system, gdzie grały tylko pliki. Da się? Jak widać, da.
18. Kasoto
Co prawda gospodarzom podczas wizyty zdradziłem, że jestem u nich z dwóch powodów, ale tak naprawdę były trzy. Pierwszy to całkowicie inne podejście do prezentacji muzyki ich systemów, aniżeli moje najbardziej odjechane wzorce od tego co teraz mam. Drugim była znajomość z jednym z analogowych pobratymców pomagającym przedstawicielom Kasoto. Zaś trzecim już po drugim dniu wystawy kilkukrotne spotkanie się w necie z opinią, iż to dźwięk wystawy. Co zastałem u rzeczonych piewców tub i lamp? Na wstępie zaliczyłem mentalną masakrę, jaką było źródło plikowe. Toż to była zbrodnia w biały dzień w tym analogowym przybytku, ale jeśli taka decyzja zapadła, wziąłem ją na klatę. Później było już nieco lepiej. Dlaczego tylko nieco? Otóż co roku mocodawcy tego pomysłu na muzykę serwują słuchaczom inne zespoły głośnikowe. Najczęściej tuby, czym tak naprawdę. mimo ogólnego stronienia od nich, na swój sposób nimi mnie przyciągają. Grają inaczej od wszystkich, jakie zazwyczaj udaje mi się posłuchać, co sprawia, że za każdym razem zdobywam nową sprawność harcerską. Ale przyznam, iż w sensie pozytywnym, bo ich forma przekazu jest „jakaś”, a to pierwszy krok do rozkochania w sobie grupy klientów poszukujących czegoś nietuzinkowego. Oczywiście w tym roku też były wariacje na temat tub, jednak jak to u nich bywa, kolejny raz inne od wszystkiego co znam. W tym dziwnym projekcie zamiast górnego i dolnego zakresu utubiono przetworniki basowe, a realizujące wyższe częstotliwości drivery usadowiono na płaskiej desce. W efekcie zostałem poczęstowany kierunkowym basem – fakt dobrze kontrolowanym i bliżej nieokreśloną ścianą walczących ze sobą zakresów średnicy i wysokich tonów. Być może trafiłem na zły utwór, ale wrażenie opisanej prezentacji było tożsame w dwóch kolejnych kawałkach podczas mojej wizyty. Czy zatem widzę w tym jakiś problem? Jasne, że nie. Przecież zawsze piszę, iż ta marka wymyka się wszelkiemu zaszufladkowaniu i ostatni występ jest na to dobitnym dowodem. A co z opinią dźwięku wystawy? Cóż, mimo zawsze odczuwalnej przyjemności z odwiedzania tego pokoju nie pokuszę się o jakikolwiek werdykt. Napisałem, że do takiej prezentacji nie jestem mentalnie przygotowany, dlatego na pewno nie potwierdzę oceny z Internetu. Ale za to z przyjemnością podziękuję gospodarzom za kolejny raz nowe doświadczenie soniczne.
19. Ø Audio
Ostatnio słuchałem tych kolumn i chyba z tym samym wzmocnieniem w Monachium. Wówczas pokój był nieco większy, ale raczej w domenie długości i kolumny tak jak teraz stały na dłuższej ścianie. I gdy bałem się, że to będzie miazga dla moich uszu w kwestii basu, efekt brzmieniowy był nawet ciekawy. Może daleki do wypracowanych wzorców, bo jednak to model oparty o dworcowy megafon, ale było czym przyłożyć, czego gospodarze nie szczędzili, a mimo to nic nie dusiło się w zastanym pomieszczeniu. Dlatego gdy zobaczyłem taki sam set w Warszawie, tylko w nieco skromniejszym hotelowym pokoiku, pomyślałem, że tym razem to już na pewno z kretesem polegną. A tutaj Zonk. Owszem, na audiofilskie cyzelowanie pojedynczej nuty nie było szans – choćby z racji folgowania sobie z głośnością przez prezentera, jednak na pokazanie na czym polega uderzenie mocną muzyką rockową lub elektroniczną już tak. Czyli kolumny nie dla melomana? Bynajmniej, gdyż radzenie sobie w takim stopniu w zbyt małym i nieustawnym pomieszczeniu pokazało, jaki w nich drzemie potencjał. Wiem wiem, mowa o potencjale w pewnych kręgach jest arystokratycznym powiedzeniu delikwentowi, że ma wielkie „G”, ale zapewniam, w tym przypadku mam na myśli same pozytywy. Na tyle owocne w przemyślenia, że jeśli ktoś szuka kolumn pełnych kontrolowanej ekspresji, powinien wpisać Ø Audio na listę odsłuchową.
20. Dear Wolf, Muzg Audio, Linea audio, Perfect Connection
Pamiętacie anegdotę o spotkaniach jednostek o równie odbiegającej od standardów psychice co ja? W tym przypadku iskrą zapalną do wizyty u chłopaków było jej przeciwieństwo. A tak po prawdzie kolega, który po wyjściu z tytułowego pokoju zagaił do mnie, czy planuję doń wpaść. Mimo, że lubię konstruktora przetworników D/A Muzg Audio za opanowanie i spokój ducha, ale z racji zajmowania przeciwległego bieguna na osi zakorzenionego w duchu wariactwa z jakiś powodów wywołanym do tablicy odruchu obronnym zacząłem wymyślać setki powodów wykluczających takowe odwiedziny. I nie złośliwych, tylko wziętych z życia, a których żartobliwym zwieńczeniem było porównanie działań pacjenta z NxLT do baaardzo spokojnego kolegi Muzg Audio, a które brzmiało – na tle Roberta marketing koleżeński u kol. Muzg-a niestety leży. Może się zdziwicie, ale wbrew pozorom zostałem przez kolegę co prawda delikatnie, bo człowiek bardzo kulturalny, ale w tym utwierdzony. Jednak nie dawał za wygraną i po serii zachęt wypowiedział frazę: Jacek, mam prośbę, idź, choćby dlatego, że to w pełni polski pokój i ogólnie fajnie u nich grał. Po takim postawieniu sprawy odpowiedź mogła być tylko jedna i brzmiała; Piotrek, właśnie podrzuciłeś mi pomysł na tekst, a przy okazji sprawdzenie, jak przywołane przetworniki D/A brzmią w innej, niż chyba sprzed dwóch lat konfiguracji. Czy się zawiodłem? Nic z tych rzeczy, zagrało dobrze. Może bez fajerwerków, ale też bez bolesnego podbijania basu i krzyku na górze. Po prostu bezpiecznie, co biorąc pod uwagę sklejenie naprędce kilku nigdy nie parowanych ze sobą urządzeń, do tego mających pod górkę od strony samego pomieszczenia, jest bardzo dobrym wynikiem. Jak zatem można się domyślić, mimo wstępnych oporów z przyjemnością w rodzimej mekce audio trochę posiedziałem. Niestety będącego bohaterem tej opowieści kolegi od DAC-ów poza dwoma mijankami na schodach nie spotkałem, dlatego pewnie pojawieniem się w mojej wersji wydarzeń wystawy będzie zaskoczony. Czy zadowolony, to już insza inszość. Mam nadzieję, że jednak tak.
21. Penaudio
Niby pokój firmowała marka produkująca kolumny, ale tak naprawdę w tym miejscu stacjonował koniński salon Audio-Mix. Znany bardzo dobrze nie tylko nam, ale także Wam, gdyż mieliśmy z jego ofertą kilka ciekawych przygód testowych. A tylko kilka nie dlatego, że na półkach nie ma towaru, tylko głównym trzonem działalności jest zaproponowanie Koninianom szerokiej gamy sprzętu z pełnego portfolio dostępnego w Polsce. Dzięki temu oferuje nie tylko swoje marki w postaci okablowania i kolumn Esprit, ale także widniejącego na zdjęciach Accuphase, w zeszłym prezentowanego roku MBL-a i wiele innych zacnych brandów. Nie trzeba jechać przez pół kraju, aby w Koninie czegoś ciekawego posłuchać, tylko jest pod ręką. To mieszkańcom wielkich aglomeracji może wydawać się banalne, ale zapewniam, w niedużych miastach urasta do problemów z puli prawie nierozwiązywalnych. Dlatego też z tego też powodu zawsze chętnie odwiedzam ten podmiot. A jeśli tak jak w tym roku pokazuje coś nowego w swoim dorobku dystrybucyjnym, tym bardziej w tym roku nie mogłem odpuścić spotkania z mocodawcą salonu. Co obecnie promował? Chodzi oczywiście o markę kolumnową. Z tego co usłyszałem podczas wizyty znającą się na rzeczy, gdyż grające, teoretycznie zbyt wielkie kolumny nie miały żadnych problemów ze stworzeniem fajnego spektaklu. Szybkiego i obdarowanego mocnym uderzeniem, ale bez wyskoków w bok z rozlewaniem basu i nadinterpretacją wysokich tonów. Przywołane aspekty w nawet w przypadku małych kolumn są zazwyczaj zmorą pokazów w Sobieskim, a tutaj stały wielkie paczki i przed zapewnieniem dobrego dźwięku nic ich nie powstrzymywało. Byłem tym na tyle usatysfakcjonowany, że spróbuję podjąć próbę ściągnięcia ich do nas na testy. Co z tego wyjdzie, z pewnością nie omieszkamy Was o tym powiadomić.
22. Perlisten
To ma się rozumieć białostocki dystrybutor Rafko i do tego w tym konkretnym pomieszczeniu wystawiający pełną gamę kolumn Perlisten. Nie wiem, czy wiecie, ale to wbrew pozorom bardzo ciekawa marka. Niby w podstawowej formie dedykowana dla kina domowego z istotnym w najwyższym standardzie jakości obrazu i dźwięku THX, jednak jest na tyle dobrze zaprojektowana, że równie dobrze radzi sobie w wysublimowanym odtwarzaniu muzyki w trybie stereo. Jeśli ktoś jest tym faktem zaskoczony, zalecam poszukać naszych opisów jak na dość krótki staż marki w portfolio Rafko stosunkowo sporej liczby konstrukcji. A były nimi nie tylko modele proste podstawkowe i wolnostojące, ale także ich wersje rocznicowe, co pokazuje, że firma jest prężna w działaniu na każdym wspomnianym polu od wielu lat. Jaki był konkretny cel wizyty? Otóż podczas niedawno opisywanej przez nas wyprawy na jubileusz tego dystrybutora odbywały się warsztaty na temat posiadanych w ofercie marek. Naturalnie jedną z nich jest omawiany Perlisten, który wówczas jeszcze na zdjęciach pokazywał najnowszy pomysł marki na dość nietypowe pod względem kształtów subwoofery. Dlatego gdy dowiedziałem się, że jeden model z tej serii wylądował na prezentacji podczas tegorocznego AVS, postanowiłem obejrzeć go na własne oczy i ewentualnie posłuchać na własne uszy. Który to? Pewnie się zdziwicie, ale mówimy o stojącym po prawej stronie stolika z elektroniką, pionowo zorientowanym prostopadłościanie. Forma dotychczas niespotykana, ale z racji częstego braku miejsca i według specyfikacji bardzo dobrych osiągów technicznych warta tak zwanej świeczki. Jak wypadł konkretnie, naturalnie z braku czasu na przełączanie pomiędzy różnymi opcjami na ocenę nie było szans. Jednak muszę powiedzieć, że podobnie do zeszłego roku, także w tym panowie z Białegostoku udanie zestroili system z wykorzystaniem tego typu dodatków i to do słuchania w wersji stereofonicznej. Dzięki temu zejście basu było bardzo dobre, ale także mimo wad pomieszczenia zwarte, dzięki czemu muzyka z wielkim luzem brzmiała w pełnym spektrum częstotliwościowym.
23. Tentogra, Oephi, Doshi
Wbrew pozorom moja noga w tej mekce analogu pojawiła się nie ze względu na polski gramofon Tentogra – choć to dla mnie źródło pierwszego wyboru. Owym magnesem nie była także lampowa elektronika Doshi, tylko kolumny Oephi. I nie do końca nawet miałem zamiar jakoś dogłębnie się im przysłuchiwać, bowiem wystawa nie jest do tego najlepszym czasem, tylko zaznaczyć ich byt w mojej relacji, aby na przykładzie tego producenta przywołać bardzo ciekawą, gdyż całkowicie zaskakującą swym finałem dla mnie anegdotę. Otóż jakiś czas temu dotarła do nas na testy parka podłogówek tej stajni. Stosunkowo niedużych – w moim rozumieniu świata kolumn, ale za to z ciekawymi przetwornikami. Fajnie zestrojona, jednak w mojej ocenie raczej z nastawieniem na swobodę i rozmach, ale za to lekkim kosztem dociążenia. Przy czym zaznaczam, to było bardzo dobrze pomyślane, o czym w swojej sesji testowej nie omieszkałem wspomnieć. Niestety, gdy doszło do ostatecznych wniosków, określony przeze mnie potencjalny rozmiar pokoju dla tego typu konstrukcji z jakiś powodów zaburzył zadowolenie producenta z opinii. Nie do końca rozumiałem sens podniesienia larum, bo moją wersję wydarzeń stanowczo potwierdzał Łodzianin, który owe kolumny do nas dostarczył. Sprawa jednak była dla konstruktora na tyle ambicjonalna, że w pewnym momencie grzecznie zapytał, czy mogę zrezygnować z publikacji mojej wersji testu – przypominam, że ogólny wydźwięk był pozytywny, tylko różniła nas kubatura docelowego pomieszczenia. Naturalnie odpowiedziałem, że nie ma problemu, gdyż to dla mnie żadna ujma, ale to ostatnie nasze spotkanie i temat na moment ucichł. I gdy wydawało się, że na dobre, skontaktował się ze mną znajomy z forum internetowego o najbardziej drobiazgową opinię na temat tych zespołów głośnikowych. Oczywiście zawsze zawierając w swoich opisach usłyszane aspekty powtórzyłem mu, to co napisałem nadmieniając przy tym, iż za prawdę test poszedł do kosza. Powtarzam, słowo w słowo opisałem znajomemu moje odczucia, a ten na przekór działaniom producenta powiedział mi wprost, że właśnie czego takiego szuka. I wiecie co? Skontaktowałem obydwu panów – naturalnie przez doręczyciela Łodzianina, aby nie robić głuchego telefonu i te podobno przeze mnie niedocenione kolumny zostały w Polsce. W praktyce wyglądało to tak, że mimo buntu producenta, iż napisałem o nich nielicującą z jego oczekiwaniami opinię, paradoksalnie to ja owym niedoszacowaniem pomogłem sprzedać mu te kolumny. Jak zareagował, nie mam pojęcia, ja jednak miałem z tego powodu duży ubaw. Zaś obecnie mam jeszcze większy, gdyż ironia losu sprawiła, że marka Oephi znalazła u nas dystrybutora, który niedawno po serii testów włoskiego okablowania jako przekładkę zaproponował recenzję jednego z jej modeli. Jak to się skończy, nie mam bladego pojęcia, gdyż powiedziałem mu, na czym stoimy. Na razie w oczekiwaniu na rozwój sytuacji zakupiłem na smak paczkę popcornu. Jak widać na powyższym przykładzie los naprawdę lubi płatać figle. Wracając jednak do brzmienia wystawowego zestawu wykorzystującego gramofon i rzeczone kolumny mogę powiedzieć, że z racji ich podstawkowego rozmiaru oraz zdroworozsądkowego ustalania przez konstruktora w swoich produktach poziomu basu, dźwięk był z tych swobodnych, bez niechcianych artefaktów natury powoływania do życia modów pomieszczenia.
Cóż, nadszedł czas, aby powyższą, dla mnie i zabawną i pokazującą przewrotność naszego hobby, jakim jest pisanie bajek o sprzęcie audio opowieść z wielkim żalem, ale jednak zakończyć. Robię to oczywiście w pełni świadom, że taka ilość tekstu jest nie do przeczytania przez normalnego człowieka. Tym bardziej, że obecnie mamy oglądaczy, a nie czytelników. Mam jednak nadzieję, że kilku twardzieli się znajdzie. Tym bardziej, że tekst pisany jest na luzie z mentalnym przygotowaniem na potencjalne protesty wyborcze wytoczone przez któregoś z bohaterów. Liczę jednak, że takowych nie będzie, gdyż to czyste fakty. Gdzie mogłem sobie pozwolić na mocniejsze żarty, aby podkręcić atmosferę, w ogóle się nie krygowałem. W potencjalnych miejscach spornych tonowałem sposób wypowiedzi. A wszystko w celu pokazania zainteresowanym tej corocznej wystawy przez pryzmat moich osobistych, czasem spełnionych, a innym razem zawiedzionych oczekiwań. Od samego początku nie planowałem skrupulatnego opisywania dźwięku, bo znajdziecie tego setki w sieci, a finalnie i tak każdy w domu ma najlepszy na świecie. Planowałem za to wnieść do mojej pisaniny trochę beztroski, jaka towarzyszyła mi podczas przemierzania wystawowych korytarzy. Czy mi się to udało, pewnie pokażą wpisy na „fejsie” pod linkiem do relacji. Bez względu jednak na wszystko imprezę, w której w zeszłym tygodniu wziąłem udział, uważam za bardzo udane przedsięwzięcie. Czy spotkałem dźwięk wystawy? Takiego w stu procentach mojego nie. Ale gdybym miał pokusić się o wyróżnienie jakiejś prezentacji, byłby to Gerhard Hirt ze swoją „zbieraniną” Ayon-ów – sygnalizowałem ten wybór w poświęconym mu akapicie. Ale nie stricte w rozumieniu idealnego dla mnie dźwięku, bo jak wiecie na co dzień stronię od lampowych konstrukcji, tylko raczej zaproponowanie znakomitego jego wersji od przysłowiowego strzału już w piątek, gdzie większość walczyła o jakikolwiek ciekawą jego formę. I być może dla wielu z Was będzie to zaskoczeniem, ale także za dowiezienie tej jakości do końca. Chodzi oczywiście o to, że to co na starcie uzyskamy – nawet najlepszego, z czasem ewaluuje i niestety nie zawsze w dobrym kierunku. Gerhardowi w jemu tylko znany sposób ta sztuka udała się bardzo dobrze, dlatego pokusiłem się dać mu skromny laur. I tym optymistycznym akcentem kończę swój udział w tegorocznej wystawie AVS AD 2025. Do zobaczenia na korytarzach, a potem w relacji, ale niestety już za rok.
Jacek Pazio
Najnowsze komentarze