Monthly Archives: luty 2014


  1. Soundrebels.com
  2. >

Posiadacze wyrobów sygnowanych przez Combak Corporation to z punktu widzenia typowego audiofila jedni z najszczęśliwszych a zarazem najspokojniejszych wybrańców losu. Powodem takiego stanu rzeczy jest bowiem stabilność, żeby nie powiedzieć niemalże niezmienność oferty. Nowe modele pojawiają się z podobną do zmian ustrojowych na Kubie częstotliwością. Dzięki temu, nawet abstrahując od samego „firmowego” brzmienia, na które się decydując z pewnością czynią to świadomie mają komfort psychiczny wiedząc, że kolejny – lepszy model nie pojawi się zbyt szybko. Taka postawa producenta po pierwsze buduje zdrowe relacje z klientami a po drugie jest wyraźnym sygnałem, że pośpiech nie sprzyja High-Endowi.

Będący obiektem niniejszego testu interkonekt analogowy Harmonix HS101-Improved-S jest środkowym modelem z oferty tego japońskiego producenta. Oprócz niego w katalogu dostępne są jeszcze „budżetowy” CI230MK2 Improved i topowy HS-101GP (“Golden Performance”). Co ciekawe zarówno budżetowość, jak i topowość według Pana Kazuo Kiuchi nie musi budzić kontrowersji, gdyż podstawowy model wyceniono na 1 700 zł a najwyższy na … „zaledwie” ok. 6 600 zł (1 550€). Zanim podniesie się larum, że Olszewskiemu całkiem odbiło od razu zaznaczę, że powyższe określenia stosuję w aspekcie czysto high-endowym, gdyż po prostu inaczej na Harmonixy i Reimyo patrzeć nie sposób. Wystarczy przecież porównać cenniki z konkurencją, by zrozumieć o co mi chodzi. Kolejną cechą, na którą warto zwrócić uwagę jest jakość wykonania i dbałość o detale. Co prawda na próżno doszukiwać się w HS101-Improved-S iście bizantyjskiego przepychu, monstrualnych gabarytów i kosztownych, wyściełanych jedwabiem, bądź atłasem kosztownych puzderek z tropikalnych gatunków drewna. Zamiast tego postawiono na ponadczasową i nieprzemijającą skromną elegancję, jednak bez znamion oszczędności mogących stanowić oręż w rękach kablosceptyków chcących zarzucić producentowi zwykłe skąpstwo. Stylowy opalizujący czarny pleciony oplot skrywa dość ergonomicznie wiotki przewód zwieńczony z obu stron masywnymi, zakręcanymi, a więc o regulowanej sile docisku, złocono – rodowanymi wtykami, oraz posiadającymi oznaczenia kierunkowości koszulkami termokurczliwymi. Co prawda ich obecność ułatwia prawidłowe połączenie, lecz jednocześnie na tyle usztywnia otulone odcinki, że warto zostawić mu przynajmniej 8-10 cm, aby nie uszkodzić samego przewodu, co biorąc pod uwagę solidność wykonania, jest mało prawdopodobne, bądź nie wyłamać gniazd w połączonych nim urządzeniach, co niestety prawdopodobne jest zdecydowanie bardziej.
Jeśli zaś chodzi o budowę wewnętrzną HS101-Improved-S, to można o niej po pierwsze napisać, że na pewno została głęboko przemyślana a po drugie wynika ze żmudnego i długotrwałego procesu odsłuchu, oraz swoistego strojenia. Tak, tak – nie przewidziało się Państwu – strojenia. Okazuje się bowiem, że producent nawet tak z pozoru błahy element toru audio, jakim jest przewód stroi według własnych, ściśle przestrzeganych kryteriów dbając, by każdy, podkreślam każdy opuszczający jego siedzibę set brzmiał dokładnie tak samo. Powyższe założenia powodują, iż Harmonixy w zależności od swojej długości mogą różnić się niewielkimi detalami wewnętrznymi, aby w ten sposób kompensować zmienne parametry, które po prostu wpływają na brzmienie. Nie muszę zatem tłumaczyć, że nabywając przykładowy interkonekt powinniśmy mieć świadomość, że nie jest to zwykły kawałek za przeproszeniem druta, który odcięty ze szpuli został tylko wsunięty w firmowy peszelek, zakonfekcjonowany eleganckimi wtykami i wsadzony do pudełka.

Przejdźmy jednak do wrażeń odsłuchowych. Już na wstępie wspomniałem o tzw. „firmowym” brzmieniu, na które Harmonix uczciwie sobie przez wszystkie lata swojej działalności zapracował. Z jednej strony pozwala to na budowanie stabilnej i wiernej grupy docelowej a jednocześnie w jakiś sposób wyróżniać się na tle konkurencki, gdyż nie ma się co oszukiwać – przewody mają wpływ na końcowe brzmienie naszych systemów i właściwie tylko od naszych preferencji i upodobań będzie zależało, w którą stronę modelowanie efektu finalnego podąży. Japońskie przewody stawiają na niezwykłą muzykalność i elegancję dźwięku. Nie oznacza to jednak, że maskują detale, bądź używając kolokwializmów „zamulają” przekaz. Nic z tych rzeczy, jednak mają w sobie to coś, co sprawia, że zarówno w pierwszej chwili, jak i podczas dłuższych odsłuchów oferowane brzmienie możemy odebrać jako lekko przyciemnione, bądź może wyrażając się bardziej precyzyjnie jako posiadające cieplejszą barwę. Jest ono również bardziej złożone niż mogłoby się na pierwszy rzut ucha wydawać. Oferując przebłyski karmelowej słodyczy ukazuje bursztynową barwę zachodzącego słońca z intensywnością, jakiej próżno szukać nawet wśród droższej konkurencji. Średnica jest niesamowicie gęsta i nasycona, jednak zarazem rozdzielcza i na tyle selektywna, że nie gubi mikroinformacji zarówno o fakturze zamkniętych w precyzyjnie nakreślonych konturach dźwięków, jak i tych odpowiedzialnych za prawidłowe odwzorowanie rozmieszczenia muzyków na scenie, oraz samych warunków akustycznych panujących podczas nagrania.

Jednak aby dojść do tego typu konkluzji należy spełnić jeden z poniższych warunków – otrzymać odpowiednio „wygrzany” set, bądź uzbroić się w cierpliwość i po dokonaniu zakupu, wpięciu w system i skierowaniu przez przewody sygnału przez pierwszy tydzień po prostu ich nie słuchać. Proszę mi wierzyć na słowo i oszczędzić sobie nerwów. Na testy dotarły do mnie przewody fabrycznie nowe i to, co wydobyło się z głośników po ich zaaplikowaniu w mój tor audio całkowicie zasługiwało na miano „koszmaru audiofila” – szaro, matowo i płasko. W skrócie – masakra. Podejrzewam, że w tamtej chwili dokonując porównania z wykorzystanym w ramach sparringu metalowym wieszakiem do ubrać wybrałbym … wieszak. Całe szczęście profesja recenzenta ma tę zaletę, że zawsze pod ręką znajdzie się przynajmniej jedno, bądź dwa niewykorzystywane w danej chwili urządzenia, które z powodzeniem można zaprząc do jakże niewdzięcznej roli wygrzewaczy. Tak tez było i tym razem i Harmonix na tydzień wylądował pomiędzy „maluchami” iDAC, oraz iTube iFi karmionymi sygnałem z internetowego radia. Po tym dość długim okresie akomodacji „poprawiony” Harmonix zagrał wreszcie na miarę swoich możliwości, czyli tak, jak zdążyłem już częściowo opisać akapit wcześniej.
Poczynając od otwierającego ścieżkę dźwiękową z „Sons of Anarchy” blues-rockowego „This Life” Curtisa Stigersa po pochodzący z tego samego albumu rzewny, zbudowany wokół łkającej gitary „Strange Fruit” moja uwagę zwrócił nacisk, jaki położony został na jak najbardziej naturalne i realne oddanie piękna ludzkiego głosu. Piękna prawdziwego, płynącego z prawdy a nie wszelkiej maści upiększaczy i polepszaczy zdolnych do wykreowania z totalnego beztalencia co najmniej jednosezonowej gwiazdki. W tym właśnie momencie dochodzimy do swoistego fenomenu testowanego Harmonixa polegającego na tym, że jeśli tylko da mu się taką możliwość wyciągnie z naszego systemu wszystko co najlepsze, jednak nie posiada cudotwórczej mocy sprawczej maskowania, bądź naprawiania popełnionych podczas konfiguracji błędów i nieprawidłowości. Jeśli któryś z obecnych w torze komponentów będzie grał ostro, matowo, mało selektywnie, czyli po prostu źle z pewnością Harmonix nas o tym poinformuje. Nie będzie to co prawda bezpardonowe, bądź nawet szydercze wskazanie palcem i sroga reprymenda przy mającym ubaw kworum, lecz celna, wysublimowana uwaga przekazana na osobności przez osobę, której zdanie szanować powinniśmy. Efekt zapewne będzie podobny, lecz forma i styl przekazania konstruktywnej krytyki nie pozostawi u nas żalu.

Pomimo ww. kultury i wysublimowania brzmienie nie zostało pozbawione blasku i otwartości najwyższych składowych. Eteryczne brzmienie sitara na „Traces of You” Anoushki Shankar nie sprawiało wrażenia przytłumionego dostarczając zadziwiającą ilość zgromadzonych na płycie informacji. Dla naszych stałych Czytelników, znających nasze prywatne upodobania mogę napisać tylko tyle, że osiągane z Harmonixem efekty były w 100% zgodne z sonicznymi upodobaniami Jacka.
Na zakończenie zostawiłem repertuar, który przynajmniej teoretycznie z kulturą, szczególnie tą wyższą niewiele ma wspólnego a o łagodzeniu obyczajów lepiej w ogóle nie wspominać. Mroczne, ciężkie, gęste i cudownie depresyjne „God Is Dead” z „13-ki” Black Sabath pokazało, że nawet w takich klimatach HS101 imp. Potrafi się odnaleźć. Zero spowolnienia, oraz pogrubienia i tak ewidentnie „przewalonego” basu mile mnie zaskoczył, dzięki czemu nagranie pozostało soczyście krwiste i miało w sobie coś z wolno toczącego się muscle-cara gotowego w każdej chwili zerwać się do szaleńczego wyścigu. W poszukiwaniu jeszcze większej chropowatości i zwiększając nieco tempo sięgnąłem po obfitujące ww. elementy „Heavy Metal Music” Newsted’a, oraz pełną iście obłąkańczych temp „Inhuman Rampage” DragonForce. W obu przypadkach nie mogłem zbytnio narzekać. Oczywiście mizeria realizatorska materiału źródłowego była ewidentna. Lecz akurat w tym przypadku nie to było najważniejsze, gdyż do weryfikacji, czy testowany kabel lapidarnie rzecz ujmując za tego typu heavy-metalowym rollercoasterem nadąża, czy nie były całkowicie wystarczające. Oczywiście Harmonix z wrodzonym wdziękiem nadążył a niejako przy okazji zwrócił moją uwagę na kilka iście audiofilskich smaczków, których obecności na tego typu materiale niespecjalnie bym się spodziewał. Podkreślenie artykulacji wokalistów, płynność gitarowych pasaży, to wszystko teoretycznie na wspomnianych płytach było, jednak dopiero z Harmonixem uzyskało odpowiednie do wypłynięcia na szerokie wody i powalczenia o właściwe sobie miejsce w muzycznym spektaklu miejsce.

Z perspektywy czasu i przetestowanych z jego pomocą urządzeń śmiało mogę polecić najnowszą wersję Harmonixa HS101-Improved-S wszystkim miłośnikom dźwięku najwyższej klasy. W dodatku jego zakup wydaje się świetną inwestycją na przyszłość – nawet w systemach osiągających dla większości audiofilów astronomiczną wartość stu tysięcy złotych powinien z powodzeniem spełniać swoją rolę i nie ograniczać potencjału spiętej nim elektroniki.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Moje Audio / Reimyo.pl
Cena: 0,75 m – 3 250 zł; 1 m – 3 550 zł; 1,5 m – 4 400 zł; 2 m – 5 250 zł; 2,5 m – 6 150 zł; 3 m – 7 000 zł

System wykorzystany w teście:

– CD/DAC: Ayon 1sc, CEC CD3N
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Lumin
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Moon 600i
– Przedwzmacniacz: iFi iTube; Alluxity Pre-amp One
– Końcówka mocy: Alluxity Power-amp One
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Harmonix CI-230 Mark-II;; Neyton Neurnberg NF
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Argento Serenity „Signature” XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Neyton Hamburg LS; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power;
– Listwa: GigaWatt PF-2 + kabel LC-2mk2; Amare Musica Silver Passive Power Station
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

  1. Soundrebels.com
  2. >

Firma Lyra po raz kolejny skupiła na sobie oczy miłośników analogu dzięki wprowadzeniu na rynek wkładki gramofonowej Etna. Współdzieląc swoją nazwę z majestatycznym sycylijskim wulkanem, wkładka Etna jest wyjątkowym arcydziełem techniki gramofonowej, który łączy w sobie wieloletnią tradycję produktów firmy Lyra z najnowszymi rozwiązaniami technologicznymi stworzonymi przez konstruktora Jonathana Carr. Etna jest drugą w hierarchii wkładką gramofonową a jej cena wynosi 24 900 zł.

Centralną część Etny wykonano z tytanu a środkowy rdzeń otoczony jest zewnętrzną obudową z najwyższej jakości polerowanego i anodyzowanego na czarno aluminium. Obie części wkładki są ze sobą ściśle połączone za pomocą kontrolujących rezonanse prętów i wykonanych ze stali nierdzewnej tulejek. Jest to rozwiązanie zbliżone do zastosowanego w modelu Skala ale bardziej udoskonalone w zakresie sztywności jak i polepszonej charakterystyki tłumienia. Zaletą takiej skomplikowanej kompozytowej konstrukcji jest brak pojedynczej sygnatury dźwiękowej wynikającej z zastosowania w konstrukcji tylko jednego materiału. Dzięki temu składniki materiałowe nie definiują dźwięku samej wkładki.

Asymetryczna konstrukcja Etny charakteryzuje się niesymetrycznością struktury lewej i prawej strony wkładki, która zapobiega powstawaniu fal stojących we wnętrzu jej obudowy, tworząc mniej rezonującą i bardziej neutralną obudowę. Poza tym, asymetryczna konstrukcja równoważy ciężar systemu mocowania przedniego magnesu, w taki sposób, iż ten nie znajduje się w jednej linii z mocowaniem wspornika. Dzięki takiemu rozwiązaniu powstaje solidne połączenie pomiędzy mocowaniem wspornika a główką ramienia, umożliwiające pozbycie się wibracji, w momencie gdy te zamieniają się w sygnał elektryczny, powodując dalsze ograniczenie rezonansów.

Lyra pozostaje jedynym producentem wkładek, który montuje wspornik bezpośrednio do wnętrza obudowy wkładki, dzięki czemu możliwe jest uzyskanie jednolitego i całkowicie sztywnego połączenia pomiędzy nim a główką ramienia. Efektywność tego rozwiązania została poprawiona dzięki asymetrycznej budowie Etny.

Etna posiada wspornik wykonany z boru powlekanego diamentem. W przeciwieństwie do typowego kwadratowego kształtu, cewka posiada formę zbliżoną do ,,X” pozwalając każdemu ze stereofonicznych kanałów pracować z większą wzajemną niezależnością. Takie rozwiązanie oferuje mniejsze zniekształcenia, poprawę odczytu, ściślejsze dopasowanie i separację kanałów.

Etna korzysta z firmowej technologii ,,New Angle”, która dokonuje pre-biasu cewek, aby były w doskonały sposób ustawione względem przedniego i tylnego magnesu, kiedy ma miejsce odtwarzanie płyty winylowej. Takie rozwiązanie wyrównuje rozbieżności w pionowej i poziomej zdolności wychylenia igły gramofonu, umożliwiając jednocześnie cewkom poruszanie się z łatwością we wszystkich kierunkach, w celu uzyskania optymalnej jakości brzmienia.

Obecnie produkowane modele wkładek gramofonowych firmy Lyra to: Delos (4900 zł), Kleos (10900 zł), Skala 12900 zł), Etna (24900 zł) i Atlas (34900 zł).

Dane techniczne wkładki Lyra Etna:

Typ: MC o średniej masie i niskiej impedancji
Cewki: dwuwarstwowe, miedź 6N, karkas o przekroju krzyża z chemicznie oczyszczonego żelaza, impedancja własna 4.2Ω ,indukcyjność 11uH
Pasmo przenoszenia: 10-50 000 Hz
Separacja między kanałami: 35 dB lub więcej dla 1 kHz
Podatność: około 12 x 10-6cm/dyna dla 100Hz
Napięcie wyjściowe: 0,56mV@5cm/s, 0-max, 45 stopni (płyta testowa CBS)
Impedancja wewnętrzna: 1Ω (DCR)
Zakres nacisku: 1,68-1,78g ( rekomendowany nacisk 1,72g )
VTA: 20 stopni
Waga: 9,2 g

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Skoro niemalże miesiąc temu dane nam było zaznać analogowych specjałów, zarówno w wersji mono, jak i stereo, serwowanych przez mistrza kuchni Rogera Adamka z RCMu nie wypadało nie pojawić się na kolejnej odsłonie wrocławskiego Audiofila. Co prawda, dla osoby postronnej dziwnym wydawać się może podążanie przez pół Polski za dystrybutorem, którego salon ma się niemalże pod nosem, jednakże sam prezentowany system to jedno, a możliwość spotkania się z naszymi Czytelnikami i kuluarowe, nieraz niezwykle ożywione dyskusje to zupełnie inna bajka a zarazem chwila prawdy, czyli czy to, co robimy ma sens, i czy to, co piszemy trafia może nie tyle na podatny grunt, ale jest na tyle zrozumiałe i czytelne, że Odbiorcy rozumieją intencje pod artykułami podpisanych. Ba, coraz częściej mamy okazję prowadzić dysputy z osobami, które na podstawie naszych recenzji podjęły ryzyko i sprawdziły opisywane przez nas urządzenia we własnych systemach, dzięki czemu rozmawiając o konkretnym wzmacniaczu, gramofonie, czy kablu opieramy się na faktach a różnice wynikają jedynie z subiektywnych doznań, jak i bogactwa języka polskiego, dzięki któremu każdy z nas to samo zjawisko, brzmienie, manierę jest w stanie opisac tak różnorodnie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nasze, postrzegane jako cokolwiek dziwaczne hobby wymaga pewnej ‘mistycznej’ otoczki i pewnego rzekłbym (niekoniecznie pozytywnego) … odzewu, feedback’u, lecz właśnie podróżując po świecie mamy możliwość utwierdzania się w przekonaniu, że nie jesteśmy jedynymi na tym ziemskim łez padole dziwakami przykładającymi wagę do jakości z jaką dostarczana jest nam Muzyka. Listopadowy Audio Show to zdecydowanie zbyt mało, dla tego też od kilku lat do kalendarza corocznych ‘pielgrzymek” dopisaliśmy majowe High-End i hifideluxe a dzięki niesamowitemu zaangażowaniu i godnych podziwu zdolnościom organizacyjnym Piotra Guzka, również wrocławskie spotkania z cyklu Audiofil.

Tym razem z zaproszenia skorzystało warszawskie Audio Forte prezentując system skierowany do bardzo szerokiego grona odbiorców. O ile w zeszłym miesiącu królował analog, to podczas dopiero co zakończonego spotkania zgromadzeni słuchacze mogli dość swobodnie żonglować wszelkimi dostępnymi na rynku formatami, czyli od płyty winylowej, poprzez krążki CD po coraz mocniej odciskające swoje piętno zarówno na rynku muzycznym, jak i Hi-Fi pliki. W skład zestawu wchodziły:
– gramofon Acoustic Solid Small
– ramiona: 9” i 10,5” Jelco
– wkładki: The Cartridge Man MusicMaker Classic, Nagaoka MP 500
– przedwzmacniacze gramofonowe: Acoustic Solid, Graham Slee Era Gold V,
– przedwzmacniacz: Atoll PR 400,
– końcówki mocy: 2 x Atoll AM 400,
– odtwarzacz CD: Atoll CD 400,
– streamer: Atoll ST 200,
– kolumny: Magnepan MG 3.7
– myjka: Hannl Aragon

Okablowanie:
Sygnałowe: Equilibrium Turbine, Equilibrium Essence
Głośnikowce: Equilibrium Skyline
Zasilające: Enerr Black Pearl Hybrid, Enerr Magic Gate Hybrid
Kondycjoner: Enerr ACPOINT ONE

Jak widać na załączonych zdjęciach panowie z Audio Forte postawili po pierwsze na dość niekonwencjonalne, jak na nasz rynek kolumny, oraz na rozsądek w wyborze prezentowanych urządzeń. Bez szokowania cenami, oczywiście w ramach rozsądku, jeśli chodzi o tego typu spotkania starali się zaznajomić słuchaczy z własnym pomysłem na dźwięk, który od dłuższego czasu lansują podczas Audio Show a zarazem pokazując, że nie tylko Pliniusem można, i to z powodzeniem, napędzić Magnepany.

Żonglerka formatami pozwalała na nauszne przekonanie się, zarówno o ewentualnych zaletach, jak i wadach poszczególnych technologii. Nie chciałbym w tym momencie wyjść na zbyt żarliwego winylowego neofitę, jednak w moje (spaczone?) gusta po raz kolejny najbardziej wpisał się dźwięk czarnej płyty i to nawet takiej całkowicie zwykłej, niekoniecznie audiofilsko tłoczonej, o tych potraktowanych zjawiskowej urody myjką nawet nie wspominając. Było w nim zdecydowanie więcej naturalności i swobody a rozdzielczość nie nosiła znamion szklistości, czy ostrości.  

Oczywiście spotkania nie można byłoby zaliczyć do udanego, gdyby nie spontaniczna konferansjerka Piotra Guzka, oraz szczere i skromne dygresje natury okołosprzetowej czynione zarówno przez przedstawicieli Audio Forte, jak i producenta użytego w systemie okablowania Equilibrium i Enerr – Piotra Kwiatkowskiego z Audiothlon, który ręczył głową za własne produkty a przy tym nie szedł w zaparte, że są najlepsze na świecie.

Marcin Olszewski

Opinia 2

15-16 luty to termin drugiego w tym roku cyklicznego spotkania pt. „Audiofil”, który od kilku lat z powodzeniem organizowany jest w stolicy Dolnego Śląska – Wrocławiu. Pomysłodawcą tych epizodów muzycznych jest charyzmatyczny, znany wielu sympatykom nurtu jazzowego pan Piotr Guzek. Jaka jest główna idea? Nie, nie, wbrew pozorom nie komercyjna. To raczej udostępnienie możliwości posłuchania różnych systemów z często skrajnie odległych pułapów cenowych, na podobnym repertuarze i w tym samym pomieszczeniu. Wiadomo, że każda kubatura generuje swoje warunki akustyczne i dlatego prezentacja kilku setów grających w tej samej sali, pozwala na wyciągnięcie w miarę konstruktywnych wniosków, co do różnic pomiędzy słuchanymi zestawami, ale nie daje odpowiedzi jak sprawdziłyby się u nas w domu. Jeśli ktoś na takich imprezach formułuje podobne wyroki, nie za bardzo wie o co w tej zabawie chodzi. Spotkanie te są ogólnodostępne, i często przychodzą ludzie całkowicie nieobeznani w temacie, dlatego tak dla przypomnienia zagajam o aspektach formowania kategorycznych opinii.

Druga odsłona była pokazem warszawskiego salonu „Audio Forte”, który znając obowiązujące w branży trendy, oprócz źródeł cyfrowych: Cd i odtwarzacza plików marki Atoll, zabrał ze sobą fantastycznie prezentujący się gramofon manufaktury Acoustic Solid – model Small, który muszę przyznać, że był gwiazdą pokazu. Tego będącego marzeniem większości przybyłych gości, lśniącego srebrem polerowanego aluminium drapaka, panowie z Warszawy uzbroili w dwa różnej długości ramiona: 9 i 10.5 calowe, na których zawiesili niedrogie wkładki MM. Do obsługi formatu analogowego przygotowano dwa osobne phonostage gramofonowe – każdy do innego zestawu – ramię wkładka. Tak z grubsza wyglądała lista źródeł dźwięku, które podczas tych dwóch dni pracowały zamiennie. Wzmocnieniem sygnałów płynących z napędów zajmowała się amplifikacja wymienionego już Atoll’a, która dzięki marce Enerr i Equilibrium miała możliwość zaczerpnięcia życiodajnej energii z hotelowych gniazdek, jak również oddać odpowiednio silny impuls prądu do dumie prezentujących się swoimi rozmiarami magnetostatycznych kolumn znamienitej firmy Magnepan. Dokładnego wyliczania nie będę uskuteczniał, gdyż pewnikiem Marcin wyłuska to z najdrobniejszymi, zahaczającymi o absurd niuansami. Ale są ludzie, którzy lubią mieć podaną kawę na ławę i naszym obowiązkiem jest dokładna lista wystawianych rzeczy. Oprócz prezentacji i porównań można było nabyć kilka ciekawych tytułów płytowych jak np. „Time” Leszka Możdżera z jego „Dream Teamem”, które dość niedawno ukazały się na rynku w tym formacie i nie wszyscy o tym wiedzieli. Nie było pełnej warszawskiej oferty analogowej z bardzo prozaicznego powodu – ciężar placków asfaltu bardzo utrudnia logistykę, ale zawsze poszukiwane krążki można nabyć drogą internetową. Na koniec zostawiłem sobie informacje o cacku, które śmiało mogłoby startować w konkursie „Miss świata myjek do płyt winylowych”. To był mercedes wśród tych maszyn. Czarny błyszczący kolor obudowy, wszystko okraszone chromowanymi dodatkami, z wieloma płynie regulowanymi funkcjami, stawiało moją Nitty Gritty do kąta za obskurny wygląd (a widziałem zdecydowanie brzydsze). Cena nie była mała, ale ten produkt kierowany jest do stawiającego wiele wygórowanych wymagań klienta, gdzie jednym z ważniejszych jest waśnie projekt plastyczny. Wszyscy, z którymi rozmawiałem twierdzili, że myjka może być byle jaka, gdyż po użyciu chowamy ją do szafy, ale są użytkownicy np. ja, którzy myją płyty bez nasiadówek po kilkanaście sztuk, tylko kąpią planowaną do odsłuchu sztukę tuż przed wizytą na talerzu gramofonu. W takim przypadku pralka powinna stać i stoi obok zestawu audio, a będąc delikatnie mówiąc brzydkim kaczątkiem, szpeci pieczołowicie składany ołtarzyk audiofila, nie wspominając już o reakcji żony takiego pacjenta. Dlatego jak kogoś stać, to kupuje takiego Merca, a jak człowiekowi ledwo styka do pierwszego, kieruje się w stronę oferty kładącej mniejszy nacisk na efekty wizualne. Oczywiście proszę nie odebrać mojego elaboratu jako próby obrony ceny pięknem wizualnym, gdyż obsługa wszystkich funkcji prezentowanej myjki, jest na poziomie wyglądu. Podchodzimy w białym garniturze i proces mycia zajmuje kilkadziesiąt sekund, dlatego za takie rzeczy trzeba zapłacić.

Ale wystarczy już o urządzeniach, teraz trochę o pokazie. Jak wspominałem, przez cały czas źródła się zmieniały, ale dało się odnieść wrażenie, iż większość publiczności na pytanie co puszczamy, głośno domagało się gramofonu. Czy powodem była możliwość obcowania z teoretycznie dość drogim drapakiem, czy winowajcą był lepszy dźwięk, nie wiem, ale jedno wiem na pewno, ja również wolałem Solida jako napęd, gdyż moim skromnym zdaniem nie dawał szans bezdusznym bitom. Co prawda padały głosy o wyższości zer i jedynek nad plackami z powodu większej krągłości dźwięku, jednak ja tą krągłość odbierałem jako zatracenie wielu informacji o wybrzmiewających instrumentach. Nie mam oczywiście pretensji do osób wolących takie postawienie sprawy, ale ja też lubię kolor w graniu, tylko w trochę innej rozdzielczości (w której gramofon górował). Niestety tak różne postrzeganie tego samego materiału muzycznego, jest owocem sporego osłuchania w czasie, ale również na wysokich szczeblach jakości. Tym niemniej najważniejszy jest fakt, że mamy podobne hobby i jeden od drugiego może się czegoś nauczyć. Nie mogę nie wspomnieć o ważnym i nieodzownym elemencie tych spotkań – Piotrze Guzku. Człowiek, który podczas wszystkich wynikających z przyczyn technicznych i nie tylko przerw, jest konferansjerem życia muzycznego Wrocławia. Opowiada bardzo ciekawie, a że zna wiele anegdot związanych z wielkimi postaciami muzycznymi, chętnie się nimi dzieli i te niechciane przez nikogo przerwy stają się wisienką na torcie wrocławskich mitingów. Niestety ze względu na logistykę (powrót przez pół Polski) byliśmy tylko kilka godzin i nie jestem w stanie opisać wszystkich wydarzeń, jednak będąc na „Audiofilu” już kilkukrotnie, zaobserwowałem podobne scenariusze, w których nigdy nie powtórzyła się ta sama opowieść. Piotr Guzek to kopalnia wiedzy i mieszkańcy Wrocławia kochający muzykę, powinni wpisać sobie do notesów następne edycje tej imprezy, choćby dla poszerzenia wiedzy o zamkniętym dla zwykłego Kowalskiego prywatnym świecie zagranicznych gwiazd. Naprawdę warto.

Jacek Pazio 

  1. Soundrebels.com
  2. >

Odkryj na nowo brzmienie swojej kolekcji płyt CD dzięki MCD550. Ten najwyższej klasy odtwarzacz SACD/CD posiada wszystko czego potrzebujesz, aby cieszyć się godzinami wspaniałych odsłuchów.

MCD550 posiada zaawansowany układ przetwornika ośmiokanałowego, 32Bit/192kHz PCM/DSD o szerokim zakresie dynamiki i wyjątkowo niskich zniekształceniach. W każdym kanale stereofonicznym pracują po cztery przetworniki (DAC), w poczwórnym układzie zbalansowanym. Dzięki temu zapewniają  one dokładniejszą reprodukcję sygnału dźwiękowego, czego efektem są ekstremalna precyzja oraz wybitna klasa uzyskanego brzmienia. Przetwornik dekoduje sygnały PCM z płyt CD i wejść cyfrowych, a także sygnały DSD z płyt SACD.

MCD550 posiada gniazda RCA i XLR o stałym i regulowanym poziomie natężenia sygnału, oferując tym samym nadzwyczajnie dużą wszechstronność w podłączeniu odtwarzacza do posiadanego systemu audio. Dzięki gniazdom o regulowanym natężeniu sygnału możliwe jest podłączenie MCD550 bezpośrednio do wzmacniacza mocy, tworząc w ten sposób minimalistyczny system audio.
Trzy cyfrowe gniazda wejściowe sygnału: koaksjalne, optyczne i USB, pozwalają na bezpośrednie przesyłanie z komputera plików o rozdzielczości do 24bitów/192kHz. Koaksjalne i optyczne gniazda cyfrowego sygnału wyjściowego są dostępne dla osób pragnących przesłać dźwięk do przedwzmacniacza lub procesora kina domowego.

Nowy, wbudowany wzmacniacz słuchawkowy High Drive, oferuje wyższy poziom wzmocnienia. Został on zoptymalizowany do pracy z praktycznie wszystkimi dostępnymi na rynku słuchawkami, czego efektem stało się uzyskanie najwyższej jakości wrażeń odsłuchowych.
MCD550 obraca płytą CD lub SACD z wyższą prędkością od standardowej i zapisuje dane w buforze pamięci dla lepszej korekcji błędów i precyzyjniejszego odczytu płyty. Z tyłu odtwarzacza znajdują się pozłacane gniazda, które pozwalają na niezakłócony przekaz audio i są odporne na korozję. Klasyczny szklany panel przedni McIntosha stanowi element pięknej obudowy ze stali nierdzewnej.
Tacka transportu płyty została wykonana z najwyższej jakości aluminium, co gwarantuje optymalne podtrzymywanie i odczyt płyt cyfrowych.
•    Stereofoniczny odtwarzacz płyt SACD/CD.
•    Możliwość dekodowania sygnału cyfrowego o rozdzielczości do 24bitów/192kHz.
•    Gniazda RCA i XLR o stałym poziomie natężenia sygnału.
•    Gniazda RCA i XLR o regulowanym poziomie natężenia sygnału.
•    Asynchroniczne gniazdo USB 2.0 umożliwiające przesyłanie muzyki bezpośrednio z komputera.
•    Wzmacniacz słuchawkowy z gniazdem wejściowym na panelu przednim
•    Gniazda optyczne i koaksjalne sygnału cyfrowego (wejściowe i wyjściowe).
•    Aluminiowa tacka transportu płyty.
•    Poziom zniekształceń harmonicznych: SACD: 0.0025% , CD: 0.0015%.
•    Pilot zdalnego sterowania.

Wymiary: (WxSxG) 15,3 x 44,5 x 48,3 cm.
Waga: 12,7 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Vitus Audio jest kolejną marką, z którą przygodę rozpoczęliśmy już ładnych parę lat temu i to niemalże za każdym razem, podczas mniej lub bardziej zobowiązujących odsłuchów, mogąc delektować się brzmieniem urządzeń pochodzących z serii Signature, bądź nawet Masterpiece. Oczywiście nie mam nic przeciwko takiemu sposobowi poznawania oferty poszczególnych producentów, jednak doskonale wiem, iż do dobrego człowiek zaskakująco szybko się przyzwyczaja i ewentualne, późniejsze próby z przedstawicielami bardziej osiągalnych cenowo linii nieraz kończą się bolesnym rozczarowaniem. Z powyższych zagrożeń zdają sobie również sprawę sami producenci i dystrybutorzy niejako podświadomie starając się zachowywać na tyle rozsądne odstępy między propozycjami testów, aby przypadkiem nie załapać się na nagły, i jakby na to nie patrzeć, przynajmniej przez pryzmat wspominanych przyzwyczajeń, całkowicie zrozumiały, atak rozgoryczenia oczekującego tożsamych wyższym modelom cech od konstrukcji ulokowanych w zupełnie innych rejonach cennika. Czasem jednak ryzyko się opłaci. Za najlepszy przykład niech posłuży zeszłoroczny, praktycznie inaugurujący działalność naszego portalu test, nad wyraz bogato wyposażonego, przetwornika cyfrowo-analogowego RD-100. Okazało się, że nawet schodząc do tzw. poziomu ‘entry level’ można zaoferować zaskakująco wysoki procent cech droższych modeli. Z drugiej jednak strony, i na zdrowy rozsądek, nie ma się przecież w końcu czemu dziwić, skoro w przedsiębiorstwie Hansa Ole Vitusa właśnie najniższa seria, samiuteńki dół oferty określany jest mianem „High End” a to przecież dopiero punkt wyjścia! Mając nadzieję, że powyższy wstęp choć odrobinę naświetlił sytuacje z jaką przyszło nam się zmierzyć, przedstawiam Państwu bohatera niniejszej recenzji – wzmacniacz zintegrowany Vitus RI-100.

Tytułowa 100-ka nie wyróżnia się absolutnie niczym z pośród zunifikowanego pod względem designu rodzeństwa. Temat przewodni nadal ogniskuje się wokół trzech słów – kluczy, którymi są minimalizm, solidność i … ergonomia. Po pierwsze, a zarazem nad wyraz istotne, konsekwencja w przestrzeganiu powyższych cech pozwoliła osiągnąć nad wyraz wysoką rozpoznawalność duńskich produktów w high-endo’wych kręgach. Okazuje się, że bez udziwnień, ekstrawagancji, czy nawet ewidentnego tzw. „parcia na szkło” można stworzyć ponadczasową linię wzorniczą i całą swoją inwencję wykorzystać podczas tworzenia „trzewi” nowych urządzeń i nie rozmieniać się na drobne zastanawiając się czym by tu „widza – oglądacza” (bo raczej nie klienta) zaskoczyć.
Front to dwa grube płaty szczotkowanego aluminium przedzielone taflą czarnego akrylu, pod którą dyskretnie ukryto bursztynowy wyświetlacz informujący o aktualnie wybranym źródle, podczas zmiany głośności o jego poziomie plus jako stanowiący przysłowiową wisienkę na torcie – podświetlone niewielkie logo producenta. Oczywiście po rozszerzeniu wersji podstawowej o dodatkowe moduły (phonostage’a i/lub DACa) display umożliwia również nawigację po prostym i intuicyjnym menu. Wygodną obsługę urządzenia zapewnia nie tylko standardowy pilot Apple’a, ale również rozmieszczone po obu stronach „szybki” przyciski. Krótko mówiąc prościej już się nie da i nawet osoba całkowicie nieobeznana z tematyka audio spokojnie i bez zbędnego leku na pewno sobie poradzi.
Potężny, choć nad wyraz zgrabny korpus, oraz płytę tylną pokrywa czarna powłoka lakiernicza dodatkowo zmniejszająca (optycznie) bryłę wzmacniacza. Podporządkowany symetrii panel tylny w porównaniu z niemalże monochromatycznym frontem prezentuje się zaskakująco kolorowo, by nie rzec, że wręcz pogodnie. Myliłby się jednak ten, co podejrzewałby Vitusa o głęboko skrywany ekscentryzm, gdyż kolorowe oznaczenia służą jedynie ułatwieniu poprawnego popodłączania do 100-ki koniecznego okablowania, czyli minimalizują do pomijalnego minimum ryzyko popełnienia błędu. Stosunek 3 do 2 na korzyść wejść XLR w porównaniu z RCA może wywołać zdziwienie, lecz u mnie spowodował jedynie przypływ entuzjazmu – wreszcie trafiło w me ręce urządzenie, które otwarcie promuje połączenia zbalansowane, gdyż w pełni zbalansowanym jest też z natury. Dowodem na to jest również wyjście „pre-out” – dostępne jedynie w ww. formacie. A teraz czas na detal, nad którym postanowiłem bezwstydnie porozpływać się w zachwytach i komplementach – terminale głośnikowe. Zamiast ślepo podążać za coraz „ciekawszymi” dyrektywami napływającymi z Brukseli Duńczycy poszli drogą rozsądku decydując się na co prawda pojedyncze ale na tyle solidne i szeroko rozstawione gniazda, że na 99,99% nie ma na rynku przewodów zakonfekcjonowanych widłami, których by po pierwsze nie pomieściły zapewniając przy tym całkowity komfort psychiczny wynikający z pewności, iż nie ma takiej opcji, żeby końcówki przewodów się ze sobą zetknęły. Po prostu cud, miód i orzeszki. Nie popełniono również grzechu pychy i gigantomanii serwując masywne motylkowe nakrętki, które choć niewątpliwie poprawiają komfort montażu, to niestety w większości przypadków „haczą” o korpusy co masywniejszych końcówek widełkowych. Burgundowe zaślepki wskazują lokalizację opcjonalnych modułów przedwzmacniacza gramofonowego, bądź DACa.
Brak widocznego włącznika głównego dość jednoznacznie wskazuje na zalecane pozostawianie urządzenia w trybie standby, co może jest i nie w smak ekologom, lecz dla użytkowników Vitusów, jest jak najbardziej naturalne, gdyż odłączone całkowicie od zasilania wzmacniacze tegoż producenta potrafią dochodzić do pełni swoich możliwości przez kilka – kilkanaście godzin.

Tym oto sposobem dość niepostrzeżenie doszliśmy do opisu walorów brzmieniowych „budżetowego” Vitusa, które niestety zmuszeni byliśmy poprzedzić jednodniowym okresem akomodacyjnym. Nie chodzi bynajmniej o czas konieczny do doprowadzenia urządzenia fabrycznie nowego do tzw. stanu używalności, lecz umożliwienie wzmacniaczowi dojście do siebie, zarówno pod względem termicznym, jak i prądowym, po podróży przez pół Polski.
Gdy tylko okres ochronny minął na talerzu gramofonu zagościł „Il Trovatore” Verdiego (Leontyne Price, Elena Obrazcowa, R.Raimondi/Berlin Philharmonic Orchestra, Herbert von Karajan), Mając świadomość potężnej a co najważniejsze rzeczywistej mocy spodziewałem się może nie lifestylowej spontaniczności, ferii barw i doznań, jakie nie tak dawno zafundował zestaw Alluxity, ale jakiejś jednoznacznej przesłanki, zaakcentowania własnej obecności w systemie. A tu nic, zero. Choć patrzyłem się na ten ponad 40-to kilogramowy obelisk a z głośników dobiegała mnie przepiękna muzyka z trudem godziłem się na to, ze nic a nic nie próbuje mnie uwieść, od pierwszych nut chwycić jedną ręką za serce a drugą za portfel, by zaprowadzić przed komputer w celu zrealizowania przelewu. Ewidentnie brakowało mi tzw. efektu „wow!”, który uparcie nie chciał się pojawić ani w pierwszej, ani w dalszych chwilach odsłuchu. Wzmacniacz ze stoickim spokojem po prostu robił swoje – grał i w dodatku grał bardzo dobrze, choć jakby to ująć … nie powalał na kolana. Jednak im dłużej go słuchałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że taka jest naturalna kolej rzeczy. Zamiast iść na tzw. „spontan” RI-100 z żelazną konsekwencją budował relację na płaszczyźnie on( w domyśle muzyka) – słuchacz. Zero lukrowania, owijania w bawełnę i grania pod publiczkę. Prawda, sama prawda i tylko prawda, choćby i nie najpiękniejsza.
Po klasyce przyszła pora na coś bardziej „zadziornego” – klasyczne „Machine Head” deep Purple i melodyjny heavy-metal, czyli wydany na burgundowym winylu Axel Rudi Pell „Ballads IV”. Obie pozycje nie dość, że wypadły nader przekonująco, to dodatkowo, dzięki duńskiej amplifikacji wyniesione zostały na wyżyny nieskrępowanej dynamiki i wszechobecnego, rockowego drajwu. Uderzenia perkusyjnej stopy, trącenia strun basowych gitar wprawiały w drżenie nie tylko powietrze w moim pokoju odsłuchowym, ale i rodową porcelanę Małżonki. Brak jakichkolwiek, nawet najmniejszych objawów zniekształceń powodował, iż bez bólu mogłem „odkręcić” wzmacniacz zapewniając poziomy głośności, które niepokojąco zbliżały się do tych znanych z koncertów. Jednak w trosce o własny słuch i relacje z sąsiadami powróciłem do bardziej rozsądnych dawek decybeli. W każdym bądź razie w rubryce odpowiedzialnej za wydolność prądową i odporność na przesterowanie ze spokojem mogłem wpisać ocenę celującą.
Budzący szacunek wataż, tak świetnie radzący sobie zarówno z wielką symfoniką jak i rockowymi porykiwaniami postanowiłem również sprawdzić na bardziej lirycznym, klimatycznym repertuarze. Na pierwszy ogień poszedł album „Edge of Darkness” Erica Claptona – mroczny, niepokojący, lecz o niepowtarzalnym klimacie nie stracił nic a nic ze swojej unikalności. Wzmacniacz bez trudu zapanował nad własną mocą skupiając się na jak najwierniejszym oddaniu detali i niuansów wspomniany klimat tworzących. Zero nerwowości, prężenia muskułów – po prostu stoicki spokój i dyskretne usuwanie się w cień, by zbytnio nie narzucać się słuchaczowi i nie stawać mu na drodze do jak najlepszego kontaktu z sama muzyką. Podobnie było na „Lento” Youn Sun Nah – tylko muzyka i ja. Każde muśnięcie struny, każdy szmer, czy uchwycony przez mikrofon oddech wokalistki sprawiały, iż niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stawałem się uczestnikiem najmniejszego koncertu na świecie. Za takie podejście do tematu należą się Hansowi-Ole wielkie brawa po pierwsze za uzyskany efekt finalny, a po drugie za odwagę podjęcia ryzyka i wypuszczenie na rynek tak transparentnego urządzenia. I nie chodzi mi o to, by fałszywymi pochlebstwami zyskać przychylność producenta, lecz o zwykły zdroworozsądkowy a przy tym jednoznacznie subiektywny osąd. Bądźmy szczerzy – chętnych do tortu zwanego hi-fi jest coraz więcej, więc i pomysły na choćby chwilowe przyciągnięcie uwagi klientów stają się coraz dziwniejsze. RI-100 staje w opozycji do tego typu „oryginalności” z dumą będąc wiernym coraz częściej zapominanym, bądź o zgrozo celowo pomijanym ideom reprodukcji dźwięku jak najwierniejszej materiałowi źródłowemu. Podkreślę to jeszcze raz – mówimy tu o reprodukcji, nie o interpretacji, bądź wariacji, improwizacji na zadany temat. Tego typu środki artystycznego wyrazu pozostawmy muzykom a w audio skupmy się na tym, by materiał zarejestrowany na dowolnym nośniku zabrzmiał w sposób jak najbardziej zbliżony do tego, co było słychać na koncercie, czy w studiu nagraniowym.

Z perspektywy czasu wyraźnie widać, że Vitus był niczym maleńka zadra, drzazga, albo jeszcze lepiej (bądź akurat w tym konkretnym przypadku gorzej) niemalże niewidoczny kolec z kaktusa, który utkwił w palcu i nijak nie można go wyciągnąć. Wpięty w tor staje się niemalże całkowicie transparentny a o jego obecności przypominamy sobie, gdy trzeba go oddać. Po prostu zupełnie niespodziewanie problemy zaczynają się dopiero w momencie wypięcia 100-ki. To, co do tej pory było najzwyklejszą oczywistością w mgnieniu oka taką oczywistością być przestaje. Płaska do tej pory jak granitowy katafalk równowaga tonalna nagle się wałkuje, wybrzusza i zapada niczym zdeformowane fale asfaltowych kolein na nawierzchni stołecznych przystanków. Urządzenia, które do tej pory chwaliliśmy i lubiliśmy za faworyzowanie jakiegoś podzakresu, urzekającą barwę, bądź tzw. muzykalność okazują się irytująco podbarwione, nienaturalne, czy cierpią na ewidentne problemy z selektywnością i rozdzielczością. Oczywiście można jeszcze lepiej, lecz po pierwsze będzie (znacznie) drożej i (o wiele) ciężej, jednak nawet „mały” Vitus powinien znaleźć się jako obowiązkowa pozycja na liście odsłuchowej każdego poszukiwacza wymarzonej amplifikacji za 30-40 kzł. Z pewnością nie wszystkim się spodoba, lecz pozwoli odpowiednio wysoko ustawić poprzeczkę i nad wyraz dobitnie pokaże, na czym polega idea prawdziwego, bezkompromisowego pojęcia „High Fidelity” w pełni zasadnie aspirująca do miana high-endu.

Marcin Olszewski

Cena: 9 500 €
Dystrybucja: RCM

Dane techniczne:
Moc wyjściowa (AB): 2 x 300 W/8 ohm
Wejścia: 3 x XLR, 2 x RCA
Wyjścia: 1 x XLR
Wymiary: 195 x 435 x 435 mm
Waga: 42 kg.
Pilot: tak
Opcjonalnie: moduł Phonostage, moduł DAC

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Avid Sequel SP + SME SME 309 + Goldring Legacy (GL0007M)
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio Sensor Prelude IC; Avid Pulsare II
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Zingali Home Monitor 2.8 Plus
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód LC-2mk2; Amare Musica Silver Passive Power Station
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H

Opinia 2

Od początku naszej działalności zajmujemy się półką Premium, ale w końcu  przyszedł czas na producenta, którego ceny już w strefie budżetowej powodują wypad gałek z oczodołów u większości populacji audiofili. Aby nadać urządzeniom dodatkowy, przystający cenie i jakości sznyt (przynajmniej w mniemaniu właściciela), nazwy swych produktów zaczął od zwrotów, gdzie większość manufaktur kończy wojaże – skromne Reference Series. Jako potwierdzenie aspiracji do miana top High Endu, nie zapomniał o rozmiarze, który na szczęście w tym przypadku jest konsekwencją topologii i zastosowanej inżynierii wewnętrznej, a nie chęci wywarcia wrażenia niebagatelną ilością audiofilskiego powietrza. Marka jest już kilka lat na naszym rynku i z powodzeniem sobie radzi, a biorąc za punkt odniesienia cennik, nie są to zakupy typu: „kupię i posłucham, najwyżej sprzedam”, tylko przemyślane, poparte wieloma odsłuchami decyzje. Sam wielokrotnie zakosztowałem różnych jej zestawień, ale nigdy na własnym podwórku. Na chwilę obecną, jedyne urządzenie z rodu będącego bohaterem niniejszej recenzji, jakie miałem okazję ocenić, był wchodzący w zeszłym roku na światowy rynek zestaw pre-power (mieliśmy z Marcinem przyjemność jako pierwsi na świecie recenzować ten produkt) następcy rodu Vitusów – Alexandra – pod nazwą ALLUXITY. Dlatego cieszę się, że teraz mogę otrzeć się o pomysł na dźwięk (tak otrzeć, gdyż jest to „budżetówka”!) seniora Hansa Ole Vitusa, z jego otwierającym ofertę zintegrowanym wzmacniaczem RI-100 Reference Series. Dystrybucją produktów duńskiej marki Vitus Audio, tak jak Alluxity zajął się katowicki RCM.

Jak wspomniałem, RI-100 rozmiarowo zbliża się do pokaźnych końcówek mocy, osiągając gabaryty mojego pieca. Głównym winowajcą jest zasilanie, zajmujące większość centralnej części wnętrza integry. Zewnętrzna bryła jest dość prosta, ale mimo tego wzbudza pozytywne emocje, a dla kochających minimalizm, będzie ucieleśnieniem marzeń. Płyta czołowa to dwa płaty grubego srebrnego aluminium, które w środkowej części zostały przedzielone wąską i ciemną skrywającą wyświetlacz płytką pleksi. Symetrycznie na prawej i lewej płycie w dolnej ich części umieszczono w pionowych rzędach po trzy przyciski obsługujące wszystkie niezbędne funkcje, które mogą być również obsługiwane, znajdującym się w komplecie uniwersalnym pilotem Apple’a. Dostarczony do testu egzemplarz był w kolorystyce srebrno czarnej, ale dostępna jest też wersja całkowicie czarna. Wyboru palety barw rodem z rynku samochodowego nie uświadczymy, ale te dwa podstawowe kolory pozwalają względnie dopasować Vitusa do reszty posiadanego systemu. Pomimo zaskakującego dużego zasilania, na zewnątrz nie znajdziemy żadnych radiatorów (mimo, że są pokaźne, skrywają się wewnątrz), jedynie otwory na górnej i bocznych ściankach obudowy (są zintegrowane w jedną całość), jako ułatwiające grawitacyjne chłodzenie kanały wentylacyjne. Ta okalająca urządzenie kształtka, wykonana jest z malowanego techniką proszkową aluminium. Tylna ścianka została wyposażona w trzy wejścia XLR, dwa RCA, jedną parę wyjść XLR do zewnętrznej końcówki mocy, niezbędne znajdujące się symetrycznie po bokach gniazda głośnikowe, centralnie umieszczony zacisk GND i gniazdo IEC. Czyli standard zapewniający wielofunkcyjność urządzenia. Jak już zdążyłem się przekonać, produkty aspirujące do pierwszej ligi w odtwarzaniu dźwięku, cierpią na nadmierne rozbuchanie wagowe i opisywany Duńczyk swoimi 42-oma kilogramami dumnie wpisywał się w ten powszechnie panujący trend. A czy gabaryty i waga nie są jedynie zasłoną dymną, mającą zatuszować niedociągnięcia w najważniejszym aspekcie bytu tego produktu – dźwięku, postaram się w tym tekście wyłuskać.
Z uwagi na rozbudowane zasilanie, RI-100 ponad dobę stał podłączony do prądu bez jakichkolwiek prób wpinania w tor. Z informacji dystrybutora wynikało, iż kilkunastogodzinny brak kontaktu z życiodajną energią, okupiony jest dobą dochodzenia układów wewnętrznych do siebie. To, że zagra od dotknięcia jest oczywiste, ale dlaczego mając nieograniczony czas, nie zastosować się do próśb dostawcy. Gdy nastał moment okablowania zrównoważonego prądowo wzmacniacza, zastanawiałem się jak wypadnie w stosunku do dzielonej propozycji młodszego z familii Vitusów. Alexander podążył w stronę barwy i lekkiego ocieplenia, które można w łatwy sposób spożytkować do swoich potrzeb, dobierając odpowiednie kolumny. Ale było to na tyle wyważone, że już moje ‘podkolorowane’ kolumny pozwalały z dużą dawką przyjemności utonąć w taktach muzyki. Tymczasem większość prezentacji produktów z pod szyldu Hansa Ole jakie miałem okazję doświadczyć, opierały się na kolumnach z przetwornikami ceramicznymi, które najczęściej są dość dalekie od temperatury grania moich głośników, a mimo to grały przyjemną dla ucha homogenicznością. Dlatego z lekkimi obawami o nadmierne podkolorowanie w moim secie, zasiadłem w fotelu i z wielkimi nadziejami na pozytywny mariaż Japończyków z Duńczykami wcisnąłem przycisk „Play”. Standardowo wizytujący mój napęd jazz z pod szyldu ECM, był gwarantem dobrej jakości materiałem zapoznawczym z możliwościami RI-100. Jak wiadomo strach ma wielkie oczy i ku mojemu zaskoczeniu, wydobywający się z wirtualnej sceny przekaz muzyczny, nie miał żadnych większych zachęcających lub zniechęcających manier. Ot porostu gra muzyka, która nie rzuca na kolana od pierwszych chwil, tylko konsekwentnie zmusza do głębszego zaangażowania, by dojść do jakichkolwiek wiążących wniosków. Oczywiście pewne aspekty pokazane były inaczej niż doświadczałem ich z moim wzmocnieniem, ale były na tyle intrygujące, że nie odważyłem się formować szybkich wniosków. Dlatego cały nowo skonfigurowany set dostał kolejny dzień na pogranie i zapoznanie się ze sobą, celem pokazania potrzeb i możliwości współpracujących ze sobą komponentów. Przerzucanie różnorodnego wokalno-instrumentalnego materiału, pozwalało na wyselekcjonowanie najważniejszych dla inżynierów Vitusa aspektów brzmienia. Dziwny, a za razem oczekiwany był fakt zaniechania zauroczenia słuchacza swoimi możliwościami już od pierwszych taktów. Startowe „łał” bywa zgubne i często kończy się zmęczeniem lub nudą przy długodystansowym odsłuchu. Ale jak ktoś bierze się za ofertę na poziomie stratosfery cenowej, powinien takie podstawowe rzeczy wiedzieć i wydaje się, że senior rodu Vitusów odrobił lekcję na piątkę. Niby nic nie porusza, nie mami, tylko zmusza do próby zrozumienia pryzmatu przez jaki patrzy producent i jeśli nadajecie na takich samych falach, jesteście ustrzeleni jako potencjalni klienci. Po takiej konfrontacji już nic nie jest takie samo jak kiedyś, a do tego bardzo boli, odciskając swoje piętno na naszym postrzeganiu muzyki. To jest początek oferty, a co będzie dalej? Tego chyba się nie dowiem, z dość prozaicznego powodu – chcąc wkroczyć na ścieżkę bardziej zaawansowanych dźwiękowo monobloków, proces logistyki krętymi schodami na drugie piętro urasta do niebezpiecznych rozmiarów uszkodzenia kręgosłupa, gdyż jedna końcówka to 85 kilogramów żelastwa. Ja chcę w spokoju dożyć emerytury, a i pracowników salonu RCM-u w Katowicach, też wolałbym mieć po swojej stronie jako przyjaciół, a nie czyhających na moje potknięcie wrogów. Ale nie ma co wybiegać zbytnio w przyszłość, dlatego postaram się rzucić niezobowiązujące spojrzenie na możliwości dostarczonego Vitusa RI-100.

W swojej przygodzie z audio z wysokiej półki przesłuchałem już kilkanaście dobrych propozycji, ale jeszcze nigdy tak długo nie zastanawiałem się jak ugryźć temat opisania swoich wrażeń. Najczęściej jest tak, że po kilku krążkach mam pewne potwierdzone w późniejszym czasie opinie i siadając do pisania uruchamia mi się przelewany na klawiaturę słowotok. Czasem muszę się hamować, by nie wyszedł z tego za długi elaborat, ale spotkanie z duńskim Vitus Audio przypomniało mi, że nie zawsze to co najlepsze można zobaczyć od pierwszych chwil i by zakosztować tej skrywanej zalety, musimy pochylić się dłużej nad słuchanym urządzeniem.  Podczas tego testu przypomniała mi się największa pochwała mojego zestawu, jaką usłyszałem od znajomego z forum internetowego podczas wizyty w moich progach (notabene sam konstruuje i wystawia urządzenia audio na corocznej warszawskiej wystawie- mam nadzieję, że to przeczyta), który brzmiał mniej więcej tak: „ Gra to bardzo dobrze, ale niczym szczególnym się nie wyróżnia”- ja tak to zapamiętałem i odebrałem. Może to zabrzmi dziwnie, ale sprawił mi tym wiele radości, gdyż ja w gruncie rzeczy nie szukam fajerwerków, tylko kawałka dobrego dźwięku w interesującej mnie specyfice prezentacji. Naturalnie w wartościach bezwzględnych przekaz musi być na odpowiednim poziomie, ale o takich standardach na tej półce cenowej nie muszę wspominać. Niemniej jednak, każde przekroczenie zdroworozsądkowego wzorca jest próbą złapania przez producenta nieobytego w temacie słuchacza. To jest zabieg celowy i często udaje się trafić potencjalnego kupca, jednak mając za sobą jakiś staż w osłuchaniu, człowiek omija takie kwiatki z daleka. Dostarczony do testu wzmacniacz, w moim odczuciu jest właśnie zmuszającym do głębokiej wnikliwości urządzeniem, które jeśli uda nam się je rozgryźć, może zaskoczyć już na podstawowym szczeblu drabinki cennikowej. Rzeczona integra zstąpiła pięciokrotnie droższą dzieloną amplifikację, a mimo to pokazała pewne aspekty w innej niż dotąd odsłonie. Czy lepiej nie wiem, gdyż nawet kilkudniowy odsłuch nie jest w stanie utwierdzić mnie w tym przekonaniu, ale zaznaczam, że to jest startowa propozycja, która rodzi wiele cisnących się na usta pytań, a w szczególności jedno: „Jeśli to jest start, to aż strach prosić o wyższe modele, by móc spać spokojnie z tym co obecnie mam”. O sprawach eliminujących wyższe modele wspomniałem akapit wcześniej, dlatego skupię się na razie na dzisiejszym bohaterze.

Ogólna pantoflowa wieść niesie, że komponenty Vitus Audio są podszyte barwą w dobrym tego słowa znaczeniu, co znaczy, że dodają kolorytu na środku i najniższych składowych, bez odczuwalnego spowolnienia. I właśnie to mnie trochę martwiło. Przy ciepło grających moich kolumnach, obawiałem się zbytniego nasycenia i zatracenia ważnych w grze kontrabasu solo informacji, które to przy ubogich w instumentarium składach jazzowych, zmniejszyłoby najczęściej występujące trio do duetu, a tego nie chciałem. Tymczasem to, co popłynęło z głośników, przewartościowało zasłyszane opinie do postaci nie podkolorowania, tylko dociążenia i utwardzenia dźwięku, a to już inna para kaloszy. Wszystkie źródła pozorne miały większą masę – nawet blachy bębniarza, ale nie odczuwałem zmiękczenia i ocieplenia. Dawało to fajny drajw muzyce granej nawet przy bardzo niskich poziomach głośności. Stopa przez cały czas dawała sygnał, że perkusista jej używa, wspomniany kontrabas był trochę większy, ale zachowywał przyzwoite proporcje brzmieniowe, a wokale zwiększały swój odstęp od szumu tła go otaczającego. Krótko mówiąc, Duńczycy zaproponowali dawkę sterydów, nie przekraczając przy tym zdrowego rozsądku. Takie postawienie sprawy ożywia nam dalsze plany, co powoduje lekkie przybliżenie całej sceny do słuchacza, ale bez większych strat w pozycjonowaniu muzyków i sposobie ich prezentacji w wirtualnej przestrzeni pomiędzy kolumnami. Bardzo ucieszył mnie fakt, że te zabiegi z masą dźwięku nie wpłynęły na zmianę temperatury całego przekazu. Nie odczułem ani ochłodzenia, które wprowadziłoby zbytnią analityczność, ani ocieplenia powodującego cukierkowatość grania, a w konsekwencji zaniku różnicowania wkładanych do napędu płyt. Odtwarzanie wszystkiego na jedno miłe dla ucha kopyto, po krótkim czasie staje się monotonne i nieciekawe, a że z różnych przyczyn nie wszyscy o tym wiedzą, dlatego Hans Ole Vitus pomyślał za nich i tak ustawił próg nasycenia, by nie przekroczyć dobrego smaku. Gdy na koniec zastanawiałem się, czego brakuje mi w porównaniu z moim wzorcem, przyszła mi tylko jedna myśl – blask i ogólnie pojęty oddech w muzyce. Nie żeby było za gęsto, czy głucho, tylko nie było tej iskierki w blaszkach i powiewu świeżości w wokalistyce czy to klasycznej, czy jazzowej. Oczywiście owo wspomniane utwardzenie niesie za sobą lekkie zmniejszenie mikroinformacji o instrumentach, ale nie przejmowałbym się tym, gdyż oprócz tego, że trzeba wiedzieć, iż można lepiej, to dla kogoś innego taki obrót sprawy może być cechą pożądaną. Wiadomo przecież nie od dziś – co klient, to inne wymagania. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie szukam dziury w całym, tylko zwracam uwagę na sprawy, które z dużą dozą pewności są wyeliminowane w wyższych modelach port folio marki Vitus Audio. I nie są to na siłę wyszukiwane problemy, tylko rzeczy, które nie występują w moim, na co dzień słuchanym zestawieniu. Ale przypominam też, że moje postrzeganie testowanego wzmacniacza jak każda opinia jest niestety subiektywne, ale biorąc pod uwagę ilość przesłuchanego sprzętu, w miarę wyważone.

Początkowy brak natychmiastowych wniosków na temat tego intrygującego wzmacniacza, okazał się najwartościowszą cechą RI 100, jednak gdy poznałem go nieco bliżej, próbuję tym akapitem opanować cisnący się na usta wspomniany słowotok. To przecież początek przygody z tą firmą, dlatego zostawię sobie pole do popisu przy wyższych modelach, które z przyczyn technicznych mogą nie zawitać w moim sanktuarium. Jako konkluzja muszę przyznać, że mimo wcześniejszych kontaktów z tą marką, nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. W pierwszych minutach niczym niewyróżniający się dźwięk, zmusił mnie do zaangażowania sporej ilości zwojów mózgowych. Kogoś początkującego prawdopodobnie z miejsca powali na kolana, ale dla człowieka obytego z tą półką cenową, zwykłe hokus pokus nie wystarczy i trzeba znaleźć pierwiastek niedopowiedzenia, który zmusi go do głębszych refleksji. Ten zabieg udał się Duńczykom bardzo dobrze, a przy okazji pozwolił na przełamanie formowania wniosków z rozdzielnika po pierwszych kilku taktach muzyki. Prawie zawsze dalszy proces słuchania owe wnioski potwierdza, ale takie wymagające dłuższych przemyśleń urządzenia ograniczają metodę szybkiego przepinania i oceniania sprzętu, zmuszając/pozwalając na dłuższe sesje porównawcze. Brawo panowie. Ten test pokazał dziwne oblicze prezentowanej firmy, która uchodząc za nasycającą i podgrzewającą brzmienie, w przypadku zaistnienia w już podgrzanym secie, nie degraduje osiągniętego konsensusu, tylko umiejętnie wpisuje się w zastany tor audio. Wszyscy potrzebujący dawki koloru i dociążenia na pułapie cenowym zajmowanym przez RI-100, powinni spróbować mariażu Duńczyka ze swoją układanką, gdyż jak widać na moim przykładzie, radzi sobie bez większych problemów nawet przerastającym go jakościowo zestawieniu.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna Acoustic Revive RST-38H
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
      

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Do niedawna wydawało mi się, że temat powtórek z rozrywki wyczerpałem już przy okazji Ayona, jednak okazało się, że los lubi płatać figle i dość niespodziewanie w moim systemie zawitały zjawiskowej urody Zingali Home Monitor 2.8 Plus. Co prawda, w pierwszej chwili te krwistoczerwone Włoszki przypominały mi lata temu odsłuchiwane u Jacka kolumny, lecz uznałem, że choć niewątpliwe podobieństwo jest, to najwidoczniej „ten typ tak ma” i więzy krwi narzucają taką a nie inną unifikację. Jednak koligacje rodzinne tych powstających nieopodal Wiecznego Miasta kolumn na tyle zaprzątały me myśli, że chcąc wreszcie w spokoju usiąść i dać się ponieść muzyce zwlokłem się z kanapy, przeczesałem przepastne foto-archiwum i … osz w dziuplę! Przecież w 2010r. słuchaliśmy niejako protoplastów bohaterek niniejszego testu – modelu Twenty 2.08. Z premedytacją użyłem zwrotu „niejako”, gdyż obecnie seria Twenty ewoluowała do Twenty Evo i znajduje się w niej jedynie osierocony 1.2 a wariacje n.t. dwudrożnych, trzygłośnikowych podłogówek trafiły do serii Home Monitor.

Zingali Home Monitor 2.8 Plus, jak sama nazwa wskazuje są konstrukcją dwudrożną wyposażoną w 8” mid-woofery. Plasuje je to, wśród najbliższych krewniaków, na drugiej od dołu pozycji. Oprócz nich do serii Monitor należą modele posiadające 6,10,12 i 15 calowe przetworniki średnio-nisko tonowe. Ponadto 12-ki i 15ki uzupełniają 1” wysokotonowce o 44mm cewkach a w pozostałych też 1” lecz o 37mm. Wraz ze wzrostem średnicy driverów rośnie również skuteczność i o ile 2.8 mają skromne 93dB, to największe 2.15 mogą pochwalić się 96dB. Dopisek plus oznacza natomiast bardziej ekskluzywne opcje kolorystyczne, w tym widoczną na zdjęciach powłokę lakierniczą … Ferrari Red.

Jeśli zaś chodzi o budowę samych kolumn, to … cóż. Myślcie sobie Państwo co chcecie, ale testowane przez nas Zingali mają tyle samo wspólnego z typowym bass-reflexem, co szyba z szybowcem. Po odwróceniu kolumn do góry nogami zamiast wylotu plastikowej rury oczom ciekawskich ukazuje się zabezpieczony tekstylną siatką kilkunastocentymetrowy otwór, przez który można swobodnie zajrzeć do wyłożonego wełną mineralną wnętrza kolumny. Nie musze, zatem wyjaśniać, że skoro wgląd do trzewi jest taki łatwy, to i samo powietrze poruszane przez przetworniki nie napotyka zbyt dużego oporu podczas opuszczania, więc i o wspomaganiu wooferów przy odtwarzaniu najniższych składowych możemy mówić jedynie w aspekcie czysto symbolicznym (od podłoża). Czyżby namiastka open-baffle w rozsądnych wymiarach? Cóż, takie cuda od czasu do czasu się zdarzają i nie trzeba ich szukać zbyt daleko, gdyż „niedomknięte” obudowy stosuje, i to z powodzeniem, nasz rodzimy JAF. Wróćmy jednak do gości z Półwyspu apenińskiego. Wszystkie przetworniki pochodzą od włoskich producentów, tak samo jak i okablowanie. Z resztą podczas rozmowy Pan Giuseppe śmiał się, że w jego kolumnach tylko terminale głośnikowe (w 2.8 solidne i podwójne) nie są „krajowe”. Jak z pewnością zwrócili Państwo średnio-nisko tonowce ukryte są za delikatną materiałową, transparentną akustycznie tkaniną i o bezinwazyjnym dostępie do nich możemy zapomnieć. Ze względu na szeroki zakres pracy, sięgający 1,5 kHz, tweeter umieszczony w eliptycznej tubie spokojnie możemy uznać za głośnik wysoko-średnio tonowy. Dla tego też, aby jak najłagodniej przeprowadzić integrację z 8-kami obsługującymi dół pasma również i im zafundowano niewielkie namiastki tub. Skoro już postawiliśmy kolumny do góry nogami, i jeszcze nie powróciły do pozycji dedykowanej normalnej pracy, warto wspomnieć o delikatnie zaokrąglonych łbach metalowych „kolców”, które pozwalają na dość bezstresowe ustawianie 2.8 na twardszych odmianach parkietu, choć docelowo warto pomyśleć o sugerowanej przez dystrybutora grubej sklejce (u mnie równie dobrze sprawował się granit).

Najistotniejszą jednak cechą Zingali, oczywiście oprócz jakże oryginalnego wyglądu (szczególnie „bałwanków” Client Evo), jest brzmienie. Nie chodzi mi w tym momencie a jakąś nad wyraz ewidentną, przejaskrawioną cechę, lecz raczej o jej brak. Bądźmy szczerzy – po głośnikach w pełni, bądź tak jak w tym przypadku „częściowo” tubowych, gdzie jedynie wysoko-średniotonowy fragment pasma wspomagany jest tubą, spodziewamy się … charakterystycznej nieliniowości określanej właśnie mianem tubowego nalotu. Tymczasem opracowany i opatentowany przez założyciela marki, Pana Giuseppe Zingali układ OmnirayTechnology praktycznie do zera niweluje natywne dla tego typu konstrukcji niedoskonałości. Śmiem nawet twierdzić, że zmiana kształtu tuby pomiędzy „archiwalną” a obecnie produkowanymi wersjami, czyli z okrągłej na eliptyczną, dała efekt wyśmienity i jednoznacznie, bezapelacyjnie pozytywny. O ile Twenty 2.08 grały urzekająco, to na pewno nie można było określić ich mianem neutralnych a nawet naturalnych. Był w nich zbyt mocno zaakcentowany pierwiastek indywidualności i chęci zaistnienia w systemie poprzez mogące się podobać przesadzenie i powiększenie niektórych podzakresów pasma. Z Home Monitor 2.8 jest inaczej, nie napiszę jednak, że grają jak setki, czy tysiące innych, „konwencjonalnych” konstrukcji, bo … tak nie grają. Graja lepiej, szybciej i bezpośredniej. Są po prostu swobodniejsze w tym, do czego zostały stworzone – w reprodukcji muzyki i czynią to w sposób niesamowicie naturalny, z wrodzonym wdziękiem i genetycznie zaprogramowaną spontanicznością. Porażająca jest ich natychmiastowość, zdolność do przejścia w jednej chili od delikatnego szumu wiatru leniwie kołyszącego złote łany zbóż do ryku przelatującego myśliwca, bądź potężnej eksplozji. Po dojściu do powyższych wniosków zorientowałem się, że niejako podświadomie sięgam po materiał oferujący właśnie takie spektakularne doznania. Nie ważne, czy na talerzu Avida lądowała wielka operowa symfonika – „Il Trovatore” Verdiego (Leontyne Price, Elena Obrazcowa, R.Raimondi/Berlin Philharmonic Orchestra, Herbert von Karajan),  ‘geriatryczny’ rock w stylu „Now What?!” Deep Purple, bądź masujący trzewia syntetycznym basem „Ray of Light” Madonny za każdym razem dźwięk z nieskrępowaną swobodą wypełniał mój pokój i perfidnie zachęcał do przeskoczenie o oczko, dwa wyżej z głośnością.
Do różnicowania jakości materiału źródłowego również nie miałem żadnych zastrzeżeń. W testowanej konfiguracji cyfrowa część mojego toru dostawała baty od analogowej i nawet kultura, oraz muzykalność włoskich kolumn nie była w stanie tego zmienić. Oczywiście Zingali trochę „poprawiały” zdigitalizowaną muzykę, jednak pełnię swoich możliwości i wspominaną swobodę osiągały dopiero przy czarnej płycie.
O ile z barwą, ilością basu, czy równowagą tonalną przeszedłem od razu do porządku dziennego i stan zastany w 100% spełniał moje oczekiwania, to nad satysfakcjonującą sceną musiałem trochę popracować. Z biegiem czasu okazało się, że Zingali lubia być pod tym względem dopieszczone i hołubione niczym prawdziwe damy. Potraktowane oschle i bez polotu potrafiły „strzelić focha” serwując beznamiętny przekaz i płaską jak anorektyczna modelka scenę. W moim pokoju wystarczyło jednak delikatnie je dogiąć w kierunku słuchacza, by po pierwsze ‘zniknęły’ sonicznie a po drugie by wspomniana scena czarowała rozmachem i ilością obecnego na niej powietrza. Gradację planów można tylko i wyłącznie komplementować a jeśli orkiestra brzmi jak przykryta kocem, to z reklamacjami … proszę zgłaszać się do realizatora. Kolumny w takich wypadkach niczemu nie są winne.  Jako płyty testowej do końcowej weryfikacji poprawności ustawienia zwykłem przez kilka ostatnich lat używać uzależniającej bardziej niż poranna „mała czarna” płyty „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena. Ten baśniowy koncept-album zawiera w sobie wszystko, czego dusza zapragnie. Są wspomniane niepokojąco-baśniowe klimaty, tak ulubione przez Jacka „granie ciszą”, jak i monumentalne wejścia kościelnych organów a to wszystko okraszone najprzeróżniejszymi przeszkadzajkami odzywającymi się zdecydowanie nie tam, gdzie niezaznajomiony z tym wydawnictwem słuchacz mógłby się spodziewać. Choć spotkałem się już z opinią, że jest to wręcz wymarzony album do sprzedawania nawet kiepskich systemów pozwolę sobie mieć zgoła odmienne zdanie, gdyż już nieraz przekonałem się, iż na źle grających urządzeniach pryska gdzieś cała zgromadzona na nim ‘magia’ a z głośników zamiast muzyki wydobywają się po prostu dźwięki. Z Zingali magia była i to taka, że zamiast jednokrotnie płyta została przesłuchana dwa razy a jej miejsce zastąpiła „Misa Criolla” Ramireza z Mercedes Sosą, która oprócz niezaprzeczalnych walorów artystycznych ma jeszcze jedną zaletę – fenomenalnie zarejestrowaną scenę ze zjawiskowo „zdjętym” chórem i akustyką. Oczywiście powyższe superlatywy pojawiają się tylko w sytuacji, gdy wszystko jest OK. Całe szczęście było i przez cały odsłuch mogłem spokojnie delektować się wyborną muzyką i przestać szukać mankamentów tam, gdzie ich po prostu nie było.
Pomimo wysokiej skuteczności i przynajmniej teoretycznej pobłażliwości dla muskulatury zastosowanej amplifikacji muszę przyznać, iż podczas testów zdecydowanie częściej ‘sięgałem’ po ciężką jak grzechy polityków integrę RI-100 (test wkrótce) aniżeli po swojego dyżurnego ECI-5. O ile Electrocompaniet o drobinę ugładzał i ‘dopalał’ średnicę, to jednak potężny Duńczyk swoim stalowym uściskiem sprawiał, iż Zingali dawały z siebie praktycznie wszystko co najlepsze i ani na jotę nie traciły werwy i kontroli nad najniższymi składowymi. Co prawda przed uruchomieniem powyższej kombinacji miałem pewne obawy, jak niezwykle transparentny i prawdomówny tranzystor wypadnie z jakby nie było tubowymi, wysoko skutecznymi kolumnami, to już przy pierwszych taktach mało audiofilskiego albumu „Machine Head” Deep Purple wiedziałem, że często będę do takiego połączenia wracał. Zadziwiająco dobrze wypadł szczególnie aspekt barwy i kultury przekazu tego skandynawsko-śródziemnomorskiego mariażu – tam gdzie zwykle trzeba walczyć z nadmierną ofensywnością, czy nawet krzykliwością panował wzorowy wręcz spokój. Ba, śmiem twierdzić, że pod względem otwartości Zingali wypadały łagodniej od moich dyżurnych Gauderów Arcona 80 wyposażonych w przetwornik AMT. Skupiały się bardziej na linii melodycznej, bogactwie barw i niemalże karmelowej, gęstej fakturze. Najwyższe składowe były niezwykle gładkie, wymuskane i … słodkie(?!). Oczywiście wszelkiej maści niuanse, mikrodetale i niezliczona ilość audiofilskich smaczków były cały czas obecne, lecz to nie one stanowiły clou przekazu, lecz jedynie tworzyły przepiękną jego ornamentykę. Dla ułatwienia proszę sobie wyobrazić zapierającą dech w piersiach piękność odzianą w elegancką, wieczorową suknię od któregoś z topowych kreatorów mody. Naturalnym jest, że najpierw dociera do nas wypracowany, zamierzony efekt finalny a dopiero potem zaczynamy chłonąć z rozmysłem dobrane dodatki, połyskliwość wytwornej materii i inne tego typu, z pozoru nic niewnoszące składowe. Jednak to właśnie w takich szczegółach i szczególikach „tkwi diabeł”. Bez nich całość byłaby równie zjadliwa jak nie przymierzając i mocno trywializując nieprzyprawiona potrawa – zjeść się teoretycznie da, lecz przyjemności z tego czerpać raczej nie sposób. Z resztą nie oszukujmy się – Włosi od dawna wiodą prym, zarówno jeśli chodzi o osiągnięcia kulinarne, jak i właśnie o dbałość o detale w każdej dziedzinie życia, więc czemu mieliby w audio robić od tejże reguły odstępstwo. I właśnie takie, skoro już sięgnąłem do analogii kulinarnej, są Zingali – po prostu „al dente”.

Czytając powyższy opis można dojść, do wniosku, że Zingali Home Monitor 2.8 Plus są prawdziwym ósmym cudem świata, giant killer’em i jak to zwykło się pisać przy większości audio-sparringów produktem masakrującym, czy też miażdżącym podobnie wycenioną konkurencję. Ba pełnoprawnym przedstawicielem wymarzonego high-endu. Cóż, muszę osoby tak uważające zmartwić – nie są. To wyśmienite, rasowe podłogówki o ponadprzeciętnej swobodzie i żywiołowości, w których można zatracić się bez pamięci, lecz warto pamiętać, że u tego włoskiego producenta seria Home Monitor to dopiero początek przygody z dźwiękiem na najwyższym poziomie. Jeśli mi Państwo nie wierzycie posłuchajcie modelu Client Evo 3.18, bądź wyposażonego w monstrualny 21” woofer Client Name Evo 2.1. Mi dane było posłuchać w salonie producenta tych pierwszych, dla tego też będące obiektem niniejszego testu kolumny w pełni zasłużenie komplementuję, lecz cały czas z tyłu głowy mam dźwięk usłyszany w położonej nieopodal Rzymu Aprilii. Jest tylko jeden problem – bilet wstępu do audiofilskiego raju kosztuje 52-72 k€, więc jeśli nie planują Państwo tak szalonych wydatków gorąco polecam odsłuch 2.8, którym trudno będzie znaleźć godnego, zarówno pod względem klasy brzmienia, jak i wyglądu, rozsądnie wycenionego rywala. Gorąca rekomendacja.

Tekst i zdjęcia: Marcin Olszewski

Dystrybucja: GFmod Audio Research / Zingali.pl
Cena: HM 2.8 Plus – 23 500 zł; lakier Ferrari – 3 000 zł

Dane techniczne:
Typ obudowy: Bass Reflex
Przetworniki: wysoko – średnio tonowy 1” o cewce 37mm; niskotonowe 2×8” o cewkach 44mm, tuba Omniray EZ 8”
Moc RMS: 300W (AES)
Impedancja nominalna: 6Ω
Pasmo przenoszenia: 35 Hz – 21 kHz
Częstotliwość podziału: 1500Hz 12dB/Oct
Skuteczność: 93 dB
Dyspersja: 90° Horyzontalna/60° Wertykalna (-6dB)
Wymiary (WxSxG): 1150x260x385 mm
Obudowa: 16mm i 30mm MDF
Waga: 32 kg

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Avid Sequel SP + SME SME 309 + Goldring Legacy (GL0007M)
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio Sensor Prelude IC; Avid Pulsare II
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Vitus Audio RI-100
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders;
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód LC-2mk2; Amare Musica Silver Passive Power Station
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H

Opinia 2

Włochy to kraj, który na przestrzeni wieków przysporzył światu wielu wspaniałych artystów i mimo obecnie panującego ogólnego pędu ku zimnemu wizerunkowi nowoczesności, nadal jest synonimem dzieł sztuki wzorniczej. Każda informacja o nowej manufakturze z kraju Półwyspu Apenińskiego, w pierwszej chwili przynosi jedną myśl: „Czy to będzie dzieło godne przodków, czy nowe sztampowe prostolinijne coś”? Ten pozorny banał jest im przypisany jak nikomu innemu na całym globie, ale pracowali na niego ładnych kilka wieków i jak na razie starają się utrzymać zdobyte uznanie. Tak jakoś się złożyło, że po około trzech latach dostałem do posłuchania drugie wcielenie produktu mistrza z Italii w dziedzinie budowy kolumn. Ta sama nazwa, to samo oznaczenie, tylko obecny model jest konsekwencją zebranych doświadczeń poprzedniej linii. Nowa odsłona mimo nieco nowocześniejszej od protoplasty formy, nadal jest wyrafinowanym rzemiosłem artystycznym i jeśli ktoś nie zna opisywanej prze mnie marki, to po kontakcie wzrokowym swoje pierwsze myśli skieruje w stronę wspomnianych potomków Cesarstwa Rzymskiego i wypowie magiczne słowa – Włosi. Tak, tak, tego nie da się ukryć. Ogólny smak projektu, podsycony zniewalającym kolorem „Red Ferrari”, przekona do siebie nawet nieprzekonanych, a już na pewno nasze drugie połówki, które często mają ostateczne słowo w procesie decyzyjnym zakupów do salonu. Nie męcząc już dalszymi wynurzeniami, mam przyjemność przedstawić włoskie wyrafinowanie w najczystszej postaci, czyli manufakturę konstruującą kolumny głośnikowe pod intrygującą nazwą Zingali z modelem 2.8, którą w dystrybucję wziął częstochowski GFmod Audio Research.

Jak wspomniałem, kilka lat wcześniej sam byłem w okresie poszukiwań docelowych kolumn i wypożyczyłem (wtedy od innego dystrybutora) taki zestaw w we wcześniejszej odsłonie. Po stopce pod recenzjami widać, że nie przekonałem się do tamtego wcielenia, dlatego z dużą chęcią i oczekiwaniami co zostało zmienione i w którą stronę podążył dźwięk, przyjąłem gości w moim systemie. Nie muszę mówić, że te wyglądają obłędnie w porównaniu z tamtymi, chociaż muszę oddać honor poprzednikom, iż robiły w podobne jak te imponujące wrażenie. Niemniej jednak obecna linia jest wkroczeniem w inny ładniejszy świat. Dostarczony do stolicy zestaw to ok. 117-to centymetrowe podłogowe kolumny z dwoma głośnikami średnio-niskotonowymi, pomiędzy którymi w uformowanej z drewna poziomej eliptycznej tubce zwanej firmowo: OMNIRAY, usytuowano przetwornik średnio-wysokotonowy. Głośniki  zewnętrzne są również jak wysokotonowy lekko zagłębione i na stałe osłonięte elastycznym, obojętnym akustycznie materiałem przypominającym poczciwą altusową pończochę. Kształt obudowy w przekroju poziomym przypomina wariacje na temat  produktów Sonus Faber, z tą różnicą, że zwężanie się ku tyłowi zrealizowane jest kilkoma płaszczyznami, a nie łagodnym łukiem. Konstrukcja strojenia oparta jest o znajdujący się w dolnej ściance przy podłodze, dużej średnicy bass-refleks, co sprawia, że będą czułe na rodzaj podłoża na którym je postawimy. Wylot pompowanego powietrza dzięki odpowiedniej konstrukcji podstawy (okala całą kolumnę oprócz frontu), jest skierowany w stronę słuchacza. Sam przepływ powietrza można jeszcze regulować wysokością wkręcanych kolców, czyli dostajemy sporo możliwości dopasowania do własnych potrzeb lub zaistniałych niechcianych podbarwień. Wąska ściana tylna, oprócz kilku zaślepek otworów konstrukcyjnych otrzymała zagłębioną prostokątną znajdującą się w dolnej części płytkę z podwójnymi terminalami głośnikowymi, co posiadając dwa dedykowane do odpowiednich częstotliwości kable, skrzętnie wykorzystałem podczas testu. Całości majstersztyku dopełnia zastosowany kolor lakieru, który jak na Włochów przystało ma niebagatelne znaczenie w postrzeganiu produktu i w dostarczonej wersji był porażająco nasyconym „Red Ferrari”. Co jak co, ale takie spotkania pozostają w pamięci na długo i tylko po cichu liczyłem, że docierające do mych uszu drgania cząstek powietrza, jakie wywoła tytułowa maestria wizerunkowa, dostarczą tyle emocji co wrażenia wzrokowe.  

Prawie każdy opis rozkładam na dwa etapy. Jeden to wstęp i ogólny opis budowy, podczas którego w tle sączy się muzyka. Drugie, główne podejście wymaga ruszenia szarych komórek, by każdy następujący po sobie test nie był sztampowym powieleniem poprzedniego, dlatego zawsze poprzedzony jest dłuższym odsłuchem. Ten proces zależny jest od stopnia poruszenia mnie przez dany produkt. Czasem jest łatwo, a czasem dość ciężko wystukać na klawiaturze coś sensownego, tymczasem propozycja częstochowskiego dystrybutora od pierwszych nut pozwalała na formowanie wniosków. Jednak nie chcąc za łatwo dać się uwieść, powstrzymałem się od natychmiastowych konkluzji końcowych. Przez cały czas wracałem myślami do poprzedniej przygody, która utwierdzała mnie w przekonaniu o pozytywnych zmianach w brzmieniu nowej konstrukcji. Pierwszą i najważniejszą jaką można zauważyć zmianą różniącą obie konstrukcje jest kształt tuby – OMNIRAY, która teraz nie jest pełnym okręgiem tylko poziomo ułożoną elipsą. To oczywiście całkowicie zmienia ogólną propagację fal dźwiękowych i w obecnej wersji zaliczam na plus, gdyż dzięki poziomemu spłaszczeniu wylotu, instrumenty nie są już tak powiększane i zachowują przyzwoite proporcje. Początkujący słuchacz prawdopodobnie wybrałby starą wersję, ale z uwagi na fakt kilkutygodniowego obcowania ze starą okrągłą tubą, kategorycznie potwierdzam słuszność zastosowania nowej konstrukcji. Dzięki takiemu zabiegowi nie otrzymujemy zbytnio napompowanego dźwięku, który w pierwszej chwili mami klienta, a później mści się zbytnią otwartością. Ta konfrontacja wystarczyła mi do wyrobienia sobie zdania na temat obecnych bohaterek testu i więcej nie zaprzątałem sobie tym głowy, skupiając się na sposobie zestrojenia całości konstrukcji.  A… jeszcze jedno, nowy model nie posiada już maniery polegającej na wrażeniu włożenia głowy do drewnianego wiadra, jak to miało miejsce kiedyś. Nalot tub nie wszyscy audiofile trawią i pozbycie się tego złudzenia otwiera drogę do portfela szerszego grona klientów. W konsekwencji kilkudniowej zabawy z nowym wcieleniem modelu 2.8, przyznam, że warto się nad tą propozycją pochylić, a dlaczego postaram się opisać w dalszej części tekstu.

Mimo bardzo pozytywnych wrażeń wizualno percepcyjnych, od początku nie mogłem znaleźć materiału muzycznego, który przykułby mnie do fotela całkowicie zniewalając me zmysły. Wszystko było bardzo dobre – czyste w brzmieniu, otwarte i rozdzielcze, z dobrą, trochę inną od mojej (luźniejszą) podstawą basową, zdecydowanie bardziej otwartą średnicą i ciut zwiewniejszą górą, ale dla mnie to za mało. Nie chciałem grania na pół gwizdka, tylko porażenia zwojów mózgowych. Człowiek przyzwyczajony do dobrego, jeżeli widzi potencjał, stara się wykorzystać go całkowicie i przez przypadek dostałem to co chciałem. Jak w każdy piątek spotkałem ze znajomymi się w klubie KAIM w Warszawie, gdzie każdy przynosi swoje nowe nabytki płytowe i na jednym z krążków był dawno niesłuchany przeze mnie materiał z trąbką naturalną w roli głównej. Pani Alison Balsom w towarzystwie orkiestry zrealizowała płytę „Sound The Trumpet”, na której daje pokaz swojego kunsztu w operowaniu tym instrumentem. Ktoś nieobeznany powie, że trąbka to nie jest ósmy cud świata i takich artystek jest na pęczki, tymczasem „trąbka naturalna” to inny zapomniany dawno, ale powracający do łask świat, gdyż nie ma żadnych otworów, ani wentyli pozwalających na proste frazowanie czy zmianę wysokości wydobywanego dźwięku. Wszystko to robi się za pomocą umiejętnie ułożonych ust, odpowiedniego ciśnienia powietrza i ułożenia przepony. Gra na takiej trąbce brzmi „trochę” podobnie do tej współczesnej, z naciskiem na „trochę” i jeśli ktoś spróbuje zwrócić uwagę na aspekt obsługi tego starego bezdziurkowego i bezwentylowego blaszaka , z całą pewnością odda szacunek wspomnianej artystce. Spieszę dodać iż sam sposób gry na tym instrumencie nie jest jedynym przyciągającym mnie szczegółem. Ta z pozoru prosta konstrukcja ma swoją specyficzną, niedostępną dla nowych produktów barwę i jeśli ktoś tylko trochę się tym interesował, rozpozna ją nawet w najgęstszych pasażach orkiestrowych.  Obecnie większość używanych podczas koncertów instrumentów to kopie, ale pieczołowicie ręcznie wykonywane. Istne dzieła sztuki w swym nowym życiu. Znając widowiskowość grania produktów z Włoch, wiedziałem czego mogę się spodziewać w momencie włożenia do napędu przywiezionego ze spotkania krążka i nie zawiodłem się. Czytelność i rozdzielczość, pozwalały na uzyskanie pełnego pasma jakie może wygenerować ten kawałek wyklepanej w kształcie rozszerzającej się ku końcowi zakręconej rury z mosiężnej blachy ze stroikiem. Przesłuchując tą płytotekę zauważyłem, że w procesie wizualizacji wszystkich utworów, dużą rolę odegrała barwa jakie prezentowały kolumny. Ten fakt był dla mnie największym pozytywnym zaskoczeniem w porównaniu z protoplastami. Nie było zapamiętanego zbytniego nadmuchania i rozjaśnienia dźwięku (w porównaniu to starych), a rzekłbym nawet iż jak na przetworniki wykorzystujące tuby, granie było nader ciemne, co w połączeniu z gęstym i mięsistym basem, umiejętnie równoważyło odtwarzane pasmo, nadając całości świeżości na tle fajnej barwy. Wracając do popisów pani Alison Balsom, instrumentalistka ze swym atrybutem w prawie każdym utworze nawiązywała karkołomną konwersację ze smyczkami lub innymi dęciakami towarzyszącej jej orkiestry. Nawet jeśli ktoś nie słucha na co dzień takich klimatów, już z szacunku dla tej młodej i ładnej blondynki z okładki powinien zakosztować tego spektaklu muzycznego. Ja zrobiłem to dwa razy i tylko z chęci bliższego poznania dostarczonych do testu głośników, zmieniłem repertuar i nośnik materiału muzycznego. Takim sposobem w procesie testowania zawitał format analogowy.

Wspomniane predyspozycje aż prosiły, by na występy zawitały czarne jak smoła placki. Jednak stawiając poprzeczkę wyżej niż na cyfrze, sięgnąłem po trudniejszy niż aksamitna trąbka barokowa elektro jazz z pod szyldu Marc’a Moulin’a, z wydanym przez Blue Note materiałem „I Am You”. Trochę sztucznie generowanych instrumentów, wokal i organy Hammonda, pozwalały w miarę obiektywnie ocenić uniwersalność konstrukcji z Italii. Nadmierna otwartość na środku często kończy się męczącym krzykiem, a co najmniej szybkim zmęczeniem odbiorcy. W mojej kolekcji nie mam zbyt wielu takich płyt, ale te przesłuchane wypadły dość dobrze – pewnie na amerykańskich produktach z pod szyldu Wison Audio byłoby lepiej , ale nie wzbudzając natychmiastowego odruchu zmiany wsadu źródłowego zaliczam ten test do udanych. Z uwagi na fakt iż ubrane w „Czerwone Ferrari” kolumny miały dostarczać mi raczej przyjemności niż próby przekroczenia punktu zero, po kilku krążkach – ‘kilerach’, wróciłem do ulubionych pozycji odsłuchowych. Musiałem przyjrzeć się jak budują scenę dźwiękową. Wciągnięty w wir trąbki naturalnej, nie wspomniałem o poszukiwaniu odpowiedniej aplikacji kątowej w docelowym miejscu. Aby ustawić kolumny w satysfakcjonujący mnie sposób, musiałem poświęcić im kilka ładnych minut. Początkowo nie mogłem uzyskać konsensusu pomiędzy czytelnością źródeł pozornych i głębią obrazu muzycznego. Ja mam uzupełnione o moduły basowe monitory bliskiego pola i muszą być dość mocno skierowane w stronę słuchacza, tymczasem Zingali przy takim dogięciu, utraciły zwiewność i rozmach, rzucając wszystko na twarz. Na szczęcie człowiek z niejednego pieca chleb jadł i po kilkunastominutowych zmaganiach znalazłem optymalną bazę i kąt dogięcia, co przyjąłem z nieukrywaną ulgą. Nie chciałem by w pamięci pozostał zjawiskowy dźwięk na płaskiej jak deska do prasowania scenie. Efekt końcowy nie był tak spektakularny jak z moimi kolumnami (przypominam o rodowodzie), ale muzycy dostali dla siebie wystarczającą ilość miejsca na swoje solowe popisy. Dużo może zależeć od samego pomieszczenia, do którego dobierałem posiadane obecnie ‘Bravo’, a włoskie cuda starały się dopasować. Ostateczną weryfikacją tych ruchów był koncert Antonio Forcione z quartetem, na dwupłytowym koncertowym wydaniu oficyny Naim Audio. Wszystko odtworzone i poukładane jak zaplanował realizator, w pełny ekspresji, świeżości i nie męczący, ale zdecydowanie żywszy niż mam na co dzień sposób. Antonio swoimi szybkimi riffami niczym żyletką ciął nagromadzone w moim pomieszczeniu opary ekscytacji usłyszanym materiałem. W porównaniu z moimi kolumnami, skrzynki z Włoch są wulkanami dźwięków, które zniewolą wielu nabywców. Jest to oczywiście pokłosiem zastosowanych dyfuzorów tubowych, które w stosunku do poprzedniego wcielenia, brzmią zdecydowanie bardziej wyrafinowanie, ale nadal ekspresyjnie. Sporą rolę w procesie ukulturalniania przekazu, miało zapewne strojenie zwrotnicy, jednak koniec końcem, efekt finalny zasługuje na pochwałę. Trzeba posłuchać i jeśli ktoś stawia swoje upodobania pod kątem otwartości i wyczynowości będzie zachwycony. Ja lekko zmanierowany zawoalowaną, prezentującą niedopowiedzianą aurę tajemniczości, ale również czytelną średnicę, miałbym problem w podjęciu decyzji zakupowej. Ale to jest mój świadomy wybór i proszę się nie kierować tym jako wyrocznią, ponieważ tytułowa marka podając nam wszystko jak na dłoni, robi to bardzo subtelnie. To się większości spodoba i pozostaje tylko zaaplikować Zingali 2.8 w swoim systemie i przekonawszy się o ich podszytej fajną barwą i mięsistym basem spontaniczności, przeciągnąć kartę kredytową w czytniku.

Reasumując, Zingali 2.8 oferują zdecydowanie bardziej wyrafinowany od poprzedników dźwięk, co w połączeniu z nowym wyglądem i umiejętnie dobraną kolorystyką, dla innych kontrpropozycji kolumnowych może okazać się progiem nie do pokonania. Zachęcam do zakosztowania tego lekko tubowego grania, w którym jest on tylko podkreśleniem namacalności źródeł pozornych, a nie trąbieniem całemu światu, jaki to ja jestem głośny. Całości dopełnia umiejętne zbilansowanie pasma, z naciskiem na zaskakująco gęstą jak na takie konstrukcje średnicę i dobre zaplecze basowe. We wstępnych rozważaniach nie sądziłem, że tak dobrze zgrają się z moim systemem (mimo nastawienia na środek pasma jest bardzo rozdzielczy i mógł okazać się za ostry), dlatego nawet wstępne przeciwwskazania takim połączeniom, nie powinny skreślać bohaterów testu z listy propozycji odsłuchowych, gdyż nigdy do końca nie wiadomo, jaki efekt końcowy otrzymamy. A jeśli nawet taki mariaż się nie sprawdzi, zawsze będziemy bogatsi o nowe doświadczenia. Moim zdaniem udany progres nowego wcielenia Zingali 2.8.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna Acoustic Revive RST-38H
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”

 

  1. Soundrebels.com
  2. >

Przed nami kolejna, druga już w tym roku prezentacja, a ja cały czas mam jeszcze w pamięci to co wydarzyło się w styczniu. Pewnie dla tego, że było to spotkanie bardzo udane. Dopisała publiczność, w ciągu soboty i niedzieli odwiedziło nas około 300 osób, po wielu nagraniach szczególnie tych odtwarzanych z płyt winylowych w mono, rozlegały się rzęsiste brawa, entuzjastyczne okrzyki, pozytywnym komentarzom nie było końca! Mnie szczególnie utkwiły w pamięci trzy płyty: Kwartet Zbyszka Namysłowskiego, wydany w ramach szacownej serii „Polish jazz” z 1962 roku, płyta Skaldów p.t. „Cała jesteś w skowronkach” z 1967 roku i ostatnia zaprezentowana czarna płyta zamykająca niedzielną prezentację: Dave Brubeck (1920-2012): Time Out!. Te trzy płyty zabrzmiały wybornie, wspaniała czystość, dynamika, ilość informacji, muzykalność! O samej muzyce już nie wspomnę, bo przecież to mistrzowie poszczególnych gatunków. Wielkie brawa dla Pana Rogera Adamka i jego wspaniałych współpracowników, dla firmy RCM Audio z Katowic. Kawał znakomitej roboty. 

No a teraz parę słów na temat tego co zobaczymy i co usłyszymy podczas najbliższej prezentacji, która odbędzie się w dniach 15-16 lutego. Jej gospodarzem będzie warszawska firma/sklep Audio Forte.
Firma szalenie znana i ceniona wśród szerokiego grona audiofili.Istnieje od 1998 roku, początkowo zajmowała się produkcją podstawek i stożków wibracyjnych. W 2001 roku produkty te zostały nagrodzone „Wyróżnieniem 2001 roku” przez miesięcznik „Hi-Fi i Muzyka”. Obecnie prowadzi własny salon w Warszawie przy ul. Rejtana 7/9. Jest niezależnym sklepem, o bardzo szerokiej ofercie handlowej. Miedzy innymi sprzedaje wyroby/urządzenia tak uznanych producentów jak:
ACOUSTIC SOLID, AHP, ATOLL, AUDIOTECHNICA, BALTLAB, BEYERDYNAMIC, CAMBRIDGE AUDIO, CARDAS, DALI, DENON, DNM RESON, EICHMANN, ENERR, FURUTECH, GIGAWATT, GOLDRING, GRAHAM SLEE, HARMONIX, HANNL, LIVING VOICE, MAGNEPAN INC, MIT CABLES, NITTY GRITTY, NAD, OPUS 3, ORTOFON, PRIMARE, PRO-JECT, RESON, SUMIKO, VAP…

We Wrocławiu firma Audio Forte zaprezentuje następujący system:
– gramofon Acoustic Solid Small z wkładką Nagaoka MP 500,
– przedwzmacniacz gramofonowy Acoustic Solid /Graham Slee Era Gold V,
– ATOLL PR 400  – przedwzmacniacz,
– ATOLL AM 400 x 2 sztuki – końcówki mocy,
– ATOLL CD 400 – odtwarzacz CD,
– ATOLL ST 200 – streamer,
– ATOLL AM 200 – końcówka mocy,
– MAGNEPLANAR MG 3.7 – zestaw głośnikowy,
– MAGNEPLANAR MG 12 + DWM (głośnik basowy).
– okablowanie całości EQUILIBRIUM + ENERR.

Muzyka odtwarzana będzie z trzech nośników: z płyt winylowych, CD i plików.
Audio Forte zapewni także podczas prezentacji stoisko płytowe z bardzo atrakcyjnymi płytami winylowymi i płytami CD.

Dzięki uprzejmości FIRMY ASUS POLSKA już podczas tego spotkania, a także  na wszystkich kolejnych tegorocznych prezentacjach będziemy mogli posłuchać muzyki z urządzenia – ASUS Essence 3.

    Bardzo serdecznie zapraszam, 15-16 lutego bieżącego roku, w godzinach 12.00 – 20.00, Sala Konferencyjna „Akademia”, Radisson Blu Hotel, Wrocław ul. Purkyniego 10. Wstęp wolny!

Piotr Guzek

  1. Soundrebels.com
  2. >

Tonsil wprowadza do sprzedaży swoje pierwsze high end–owe kolumny

Tonsil rozpoczął produkcję pierwszych w swojej historii kolumn dla audiofilów. Zestaw zaprojektowany został przy udziale Russella Kaufmanna.
Russell Kauffman to dyrektor techniczny i kierownik konstrukcji akustycznej w firmie Morel, posiadający ponad 30-letnie doświadczenie w branży Hi-Fi. Pracował między innymi dla  firm Wharfedale, Monitor Audio i Bowers and Wilkins. To spod jego ręki wyszedł high–endowy model kolumn Morel „Fat Lady”, wyróżniający się zastosowaniem innowacyjnej obudowy wykonanej w całości z włókna węglowego, który został laureatem wielu nagród projektowych na całym świecie.

Tym razem Russell Kaufmann aktywnie uczestniczył w opracowywaniu pierwszego z serii Golden Line  zestawu Tonsil klasy high-end.  Decyzję o rozpoczęciu produkcji nowej linii Golden Line Tonsil podjął z myślą o bardzo wymagających słuchaczach. Jednocześnie trwają prace nad nowymi odsłonami popularnych zestawów Hi-Fi.
Pierwszy przedstawiciel linii Golden Line – model OMEGA jest trójdrożnym zestawem o bardzo ciekawej konstrukcji w zamkniętej obudowie. Kolumny prezentują się znakomicie w czarnej, lakierowanej szacie a powagi i agresywności dodaje im ilość zamontowanych głośników. Jedna kolumna mieści ich w sumie aż 10. Specjalnie na potrzeby modelu OMEGA zaprojektowano  zupełnie nowe,  15 – centymetrowe głośniki niskotonowe o odpowiednich parametrach Thiela – Smalla. W pojedynczym urządzeniu zamontowano osiem takich głośników umieszczonych symetrycznie względem siebie, po cztery sztuki na ekranie i tylnej ściance obudowy. Dodatkowo w kolumnie zastosowano również nowy, 15 – centymetrowy głośnik średniotonowy, który jest umieszczony w komorze zawierającej specjalnie opracowany element rozproszeniowy uniemożliwiający powstawanie fal stojących. W OMEDZE nie mogło również zabraknąć głośnika wysokotonowego, który jest uzupełnieniem całości brzmienia. Estetykę wykonania podkreśla sposób zamontowania głośników od wewnątrz obudowy  z odpowiednio zaprojektowanymi wylotami. Jednocześnie opracowany został także unikalny sposób wytłumienia, który w zasadniczy sposób ogranicza drgania własne głośników.
Podczas odsłuchu zestaw prezentuje wprost rewelacyjną scenę akustyczną zachowując niesamowitą wierność odtwarzanej muzyki. Dla osiągnięcia takiego właśnie efektu podjęliśmy współpracę z Russellem Kaufmannem oraz dokładaliśmy wszelkich starań w wykonaniu poszczególnych elementów jak i montowaniu całości zestawu. Liczymy, że nasze kolumny OMEGA spotkają się z entuzjastycznym przyjęciem przez audiofili – mówi Marek Dutkiewicz, dyrektor ds. produkcji w Tonsilu.
Podstawowe parametry techniczne OMEGA to: moc znamionowa – 500 W, pasmo przenoszenia od 30 do 25 000 Hz, efektywność – 92 dB.

Na przyjemność obcowania i słuchania muzyki z kolumn OMEGA trzeba przeznaczyć około 15 tys. złotych.

                        
    
White-Magick Sp. z o.o.
http://www.whitemagick.pl

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

After having witnessed how the filter/conditioner Isotek Evo3 Aquarius performer during this year’s Audio Show, myself and Jacek decided, that it is worth trying out in more comfortable conditions, meaning our own systems. The presentations led by Mr. Keith Martin, that showed the influence of this British power conditioner on Primare electronics playing through Raidho S-2.0 speakers were so positive, that I cannot think of anybody, who listened to it during the two days of the show, and would say it is autosuggestion. So when in those extreme conditions like the show hotel, where there are voltage drops and surges, the Isotek may not have worked miracles, but for sure it filtered out most of the electrojunk present in the power grid. In household conditions it can only be better.

The Evo3 Aquarius is part of the Performance series, dedicated to systems costing 1.5 to 5 thousand pounds, so for European values, quite budget oriented systems. But is very solid, and the design can only be complemented. Despite the standard dimensions and a classic, rectangular enclosure, the cabinet is quite attractive, due to the sparkling and rough varnish. The front has the shape of a grille, with a central, rectangular plate with two blue LEDs and the manufacturers logo and model name.

The back plate is covered with an aesthetic graphic, which forms the background for six Schuko power sockets and an rectangular power supply socket in the IEC C20 standard. Two outputs, rated 16A, are dedicated to high current devices, like all kinds of amplifiers, subwoofers, etc, the remaining four sockets, rated at 5A, are more than sufficient to power all other devices. According to the materials supplied by the company, the 3 reduces RFI by 60dB and protection against current spikes up to 67500A. The output is defined as 3680W for the first two sockets, and 1150W for the remaining four sockets, at constant load.

A look inside the cabinet reveals a quite minimalist filtering and protection circuitry, with a clear distinction between the high and low current part. The whole is cabled with silver plated OFC wires in FEP isolation.

After unplugging of my GigaWatt power strip and a few days of accommodation, I decided to start the test with not so demanding material. “Traces of You” Anoushka Shankar is a light album, soaked with Indian climate, produced by Nitin Sawhney. I exploited this recording in my system, as well as in the tested at the same time Auralic amp with a Meridian file player, I noticed the changes brought by the Isotek immediately. The contours were slightly rounded, and the whole sound got an intrinsic calmness and pastel softness. The highest frequencies were slightly filtered away, which started to brush the senses with amber, sunset light, instead of sparkling from time to time with icy glitter. This will for sure be a nice touch for everybody, who has a too analytical system, or one having issues with finesse in the treble, and this should be no surprise, as the Evo3 was designed to be used with such systems. I, however, took the opportunity to listen to such “audiophile” productions like “Szeptem” Anna Maria Jopek, or “Death Magnetic” Metallica, without risking my hearing, without losing the enamel on my teeth, and having a lot of satisfaction.

More worked out material, in terms of instruments as well as complexity of the score, became a bit denser and darker than usual, when listened with the Isotek plugged in. The recording of “Carmen” G. Bizet from 1963 (Herbert Von Karajan) became more intimate, closer to the listener and the background noise was reduced to negligible levels. The effect reminded me of using the Dolby B or S noise reduction systems. The album “Bolero! Orchestral Fireworks” (Eiji Oue, Minnesota Orchestra), which is a volcano of energy, was presented with more focus on things happening in the center of the sound spectrum, and the immediacy of the cymbals was replaced with an accent placed on their structure and timbre. But instead of the expected loss of readability of the sound, it did not diminish significantly, the micro details remained visible in the recording. Probably a slight loss of weight in the lower frequencies also played a role here. The bass became a little lighter, and due to the quicker decay it did not turn attention away from the rest of the sound spectrum.

At the end of the test I decided to make a very neck breaking comparison and similar to Keith Martin, who did that during the Audio Show, I compared the IsoTek with an ordinary, supermarket type power strip. Well, the first words I uttered after switching over from the British conditioner to the white contestant and pressing play on “The Last Ship” Sting, cannot be published in any way. I am aware, that Mr. Gordon Sumner can hoarsen, rustle and lisp, but the degradation of the sound was comparable with trying to make a reference listening session using not even a radio transmission, but a payphone placed near a tram line. Thinking, that it may be just autosuggestion, and the hearing will accommodate to this sound in time, I tried to continue and … failed at sixth piece – “Practical Arrangement”. It is a calm, romantic ballad, but the cymbals clicking like milk bottle covers and the dry, unpleasant vocals destroyed any joy from listening. In short this was the audiophile version of the “Texan Chainsaw Massacre”. Thank you very much, but this is nothing for me. But before returning back to the IsoTek, in despair, I reached back to the trusty Fellowes 99164. The clamor in the treble subsided immediately, but at the same time the dynamics was lost, of course when comparing to the conditioner, and not the plastic disaster. Although comfort of listening rose significantly, but longer listening resulted in me going to sleep, and music should rather calm down, and not put to sleep.

As you can see from the above, the IsoTek Evo3 Aquarius seems to be a logical, and fully desirable upgrade of the power supply to powering a system directly from the wall, or through an ultra-cheap proposal provided by large supermarkets. Regarding a more sublime and at the same time similarly priced competition, I will not uncover new lands by saying, that you will not get around listening in your own system, or you will be just reading tea leaves. You have to go to a shop, take a conditioner to your listening room for a few days and listen.

Text and photographs: Marcin Olszewski

Distributor: Chillout Studio
Prices:
– EVO3 Aquarius 6 – 5490 pln.
– EVO3 ELITE POWER CABLE – 1650 pln./2mb

Technical Details:

EVO3 AQUARIUS 6
Number of outlets: 6
Outlets 1-2 (high current): 16A
Outlets 3-6 (medium current): 5A
Mains inlet: 16A IEC C20
Mains voltage: 100-240V / 50-60Hz
Total available power (230V): 3680W
Total transient power (high current): 18400W
Dimensions: 444 x 85 x 305mm (w x h x d)
Weight (boxed): 9Kg

EVO3 ELITE
Conductors: 99.999999% OFC silver-plated
Dielectric: Teflon (FEP)
Filler: Cotton
Connectors: OFC 24ct Gold plated
Termination: UK to C7, C15 & C19 IEC

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Stream player: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Integrated Amplifier: Electrocompaniet ECI 5
– Preamplifier: Auralic Taurus Pre
– Power Amplifier Monoblock: Auralic Merak
– Speakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Harmonix CI-230 Mark-II; Neyton Neurnberg NF
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Neyton Hamburg LS
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Harmonix X-DC2
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + przewód LC-2mk2
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinion 2

I think I do not need to prove to anybody how important power supply is for each audio system, and I think, that every audiophile considered how to tackle the problem. Some make a dedicated power line – but only some lucky people can do that – which resolves all the issues found in a typical power socket, caused by household equipment, others try to mitigate the issue using elaborate power cords, yet others try to use filters, conditioners and re-generators. I used the first variant in my home, with two threefold power strips and currently I have not found a better solution, which would not leave a signature on the sound produced by the whole system. Any additional device in the power path always introduced changes, sometimes for better, sometimes for worse, while the ideal would be something absolutely sonically transparent. A slight improvement of resolution – please do not confuse this with brightening, or upping the tonal balance – I would count for a positive effect of removing voltage fluctuations from the power grid, but the things I hear, usually put a deep mark on the reproduced sound. This is also the reason, that some people, who buy this gear, use it for fine tuning of their system in terms of sound. A reasonable audiophile, knowing, that in different systems the changes can go in very distinct directions, tests a given upgrade in his own system. However it was so, that to date I did not host any power conditioner for longer in my system, so when I heard the proposition to test the IsoTek model Evo3 Aquarius, with the power cable Evo3 Elite, I was very happy.

The main hero of the test – a conditioner, is similarly sized as a budget integrated amplifier. The fascia is a thick plate of aluminum, milled in a shape resembling a heat sink. In the middle there is a rectangular plate with the company logo and two LED power indicators. The back panel houses six sockets, where two nearest to the power inlet are dedicated to high current devices, while the rest for units with a mitigated appetite for wattage. The whole is engulfed by a cover varnished with something resembling a sandpaper with brocade. The main power switch is located on the bottom plate near the front right foot. There are two color versions available – silver and black. We received the black version for testing, which looks a bit sad. Looking at the catalog we can see, that the Aquarius is in the beginning of the price list and is dedicated to budget systems. But placing it in a system far above its destination, should allow us to clearly see, how it performs. As an addition to the conditioner I also received a power cable, in a gold braid. The plugs in violet-transparent color are carrying the IsoTek logo, and metal elements are gold plated. Everything looks very chic, what woke the hopes, that sonic wise it will be at least similarly good. I did not split the test in small parts, checking the power cable and the conditioner separately, I just connected everything together and gave it time to burn in a bit.

Due to the fact, that the manufacturer of my power amplifier insists on powering it directly from the wall socket, I needed to make a few tests plugging it into the wall and the conditioner in turns. And it turned out, that the manufacturer is right. Reimyo offers a power conditioner, but they recommend to not use it with the power amp. The British remedy for power line junk made the improved volts suck out all of the life from the music, and the whole seemed to be separated from me by a thick veil. But please do not worry, much beefier players in the power conditioning area had similar problems, and I would not scratch the IsoTek from your listening wish list. This is just a confirmation, that the constructor of the amplifier knows what he is doing, and not a problem of the tested device. After this experience, the Aquarius powered only the two part CD player and the preamplifier, and in this configuration, it was much better. It had its saying the resulting sound, but it was not as problematic, as with the Reimyo power amp.

Plugging the power amplifier directly into the wall during this few days of the test allowed for a comfortable analysis of the presented sound. The set supplied by the Chillout Studio added its signature, but it was not more than a touch, compared to the initial configuration. The IsoTek fought well, it put on weight rounded off the treble a little. The music got color, which is probably much desired by many systems. Of course the virtual sources were no longer cut with such a thin line, but still were nicely focused on a large stage. The latter did not suffer at all by the Anglo-Japanese connection. The thing that was audible, was the lesser openness and freedom f the further planes, a consequence of the treble being adjusted to the rest of the frequency spectrum. Please remember, that this is a product for a different target group, where this will either not be audible at all, or even a solution to many issues. But you have to test for yourself. I will try to convey what the final effect looked like, based on certain discs I listened to, what may provide some extra information, for somebody knowing the given album. Anyway, each test should only be treated as a general guidance, because even the best review is only a result of the capabilities of the tested product set off against the preferences of the reviewer.

To introduce you to the effect of the tested combination, I chose two propositions from distant musical genres. The first one is the ECM recording signed by Tord Gustavsen – piano in a quartet with Tore Brunborg – tenor sax, Mats Eierts – double bass, Jarl Vespestad – drums, recorded in 2012 and named “The Well”. Even if somebody does not know this album, still the approach of the label to recoding is always the same, so still some information is to be extracted here. I had a lot of joy listening to this disc. The musicians playing their instruments got an additional dose of timbre, what improved the sax sound, increasing its homogeneity. The contrabass sounded a bit more with his body, but did not turn into a mud pool, and the piano became the second instrument, that gained most in this setup. Its timbre and heavier lower octaves positioned it solidly on the sound stage. Only the drummer had it a bit harder with his cymbals, because those were not as airy as he would want them to be. The cymbals decayed shorter, yet still readable enough, so that there was no dissonance between them and the rest of the instruments. All this together resulted in a very nice listening of the disc from the first note to the end.

The thickening and slight rounding of the sound in a small ensemble was absolutely acceptable, but I wanted how this will influence electronic music, so I put the disc “Exciter” Depeche Mode in the player. Here I have only praise, because now I rather do not listen to such repertoire – while I was a fan of it some time ago – and even if I do, I put the volume down. This time it was different. The influence of the IsoTek allowed me to turn the volume up in regions, never exploited before. The artificial sounds, generated by synthesizers, gained timbre and smoothness acceptable to the ears, and allowed me to recall my memories of times spent with such music. Currently I try to minimize the amount of artificial sounds, and this was a nice time travel for me. If someone has only such discs in his or hers library, and would like to save their hearing, this British conditioner is perfect for that purpose. I would say, that it will help with all kinds of garish music; the only problem being in defining what is garish and what is not. Unfortunately this usually comes with the age, and young lovers of listening to music do not think, what will happen when they get older. And they will be surprised, how quickly this comes.

I must say, that my initial fears of the IsoTek product not fitting my Reimyo system, after the initial compromise, turned out to be bloated. My power amplifier did not play at the maximum of its capabilities with any conditioner, and a similar situation with the British product is for sure no sign of failure. And what the product offered in my, very midrange oriented system, will be a smoothening experience in most other systems. You should try for yourself, and if you will not hear anything, this will mean, that it just ideally fitted in your system, isolating it from trash in the power lines, and if it adds something positive – then you should just be happy. I had a lot of pleasure from using the tested gear and I really encourage you to try it out in your environment.

Jacek Pazio

The system used in the test, a complete set of Combak Corporation.

 Electronics Reimyo:
– Separate DAC + CD player: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– Tube preamp: CAT – 777 MK II
– Solid state power amp: KAP – 777
Speakers: Bravo Consequence +
Power cables: Harmonix X-DC-350M2R Improved Version
Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (Section woofer)
IC RCA Harmonix HS 101-GP
Digital IC: Harmonix HS 102
Table: Rogoz Audio
Accessories: Antivibration stand for the power amp by Harmonix TU-505EX MK2, Harmonix Enacom improved for AC 100-240V; Harmonix Tuning Room Mini Disk RFA-80i

 Analog stage:
– Turntable:
drive: Dr. Feickert Analogue „Twin”
arm: SME V
cartridge: Dynavector XX-2 MK II
– Phonostage: LINN UPHORIK

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

You have to work hard and for many years to become recognizable, regardless of the trade. But this is how it works, and no elaborate marketing tricks can change it. To have a characteristic product, identified with a specific manufacturer, you can go by two different ways – by means of humble evolution, following the most current trends and exposing the company logo in the most prominent place, or having the courage to uncompromisingly, or even orthodoxy, keep a design, different from anything else on the market. To become a self-made trendsetter – to be yourself and believe in your own infallibility imposing your enthusiasm on others.
This, quite complex, statement should introduce the reader into the world of a brand, which exists for over half a century, which almost obsessively attached to a traditional, and yet timeless, design, which makes is impossible to mistake its products for anything else – ladies and gentlemen – enter McIntosh.

Compared to its predecessors – the 1950 AE1 preamplifier, or the later, more advanced C8 – the tested C2500 has probably only the logo and the main function in common. To see products more like it, we needed to wait one more decade. But taking into account, that we deal here with a brand, that works uninterruptedly for 60 years the affection to tradition, the characteristic blue-green back lighting, and things like tone control, may and should arouse respect. The stoic calmness and doing what it can do best, following the paths worked out for years, bears the expected effects – among others in the form of the third generation of happy, and most of all, steadfast clients. And the characteristic color of the back lighting did not come from pure chance, neither was it designed by a bunch of marketing specialist after thorough market research – it was conceived by Art Burton, who not only worked for McIntosh, but was also a air pilot, and he suggested this characteristic color, as it reminded him of the lighting of a runway in an airport.

You may wonder, why I am mentioning these, seemingly completely unimportant pieces, and not come to the point, to announce if the tested device is sounding good or not. In this case, I have my own, painfully subjective opinion, that those little things, are exactly that what you need, to learn to know a manufacturer, much better than through any professional leaflet, regardless how well made, which is devoid of any emotion. Learning to know the people behind a given project we broaden our own knowledge, but we start also to look at a product not as on a de-humanized “thing”, but as a “thing” that tells us a story, that has a history, that is related to the people who made it.

In the catalog of the American manufacturer, the C2500 can be found under “tube preamplifiers”. At least theoretically this is true, but from the technical point of view this far going briefness makes a client, who looks only shortly at the catalog, miss three quarters of the truth. Because how could you describe a situation, when you have a device capable of filling the function of a line preamplifier, phonostage, digital-to-analog converter, equipped with an asynchronous USB 2.0 input, being presented by naming only one of its functions? On the other hand I prefer this approach to a situation, where a client is talked into a functionality or feature that a device does not have.

Although I could describe the C2500 shortly telling “it looks like a Mac”, but I must assume a very little probable scenario, that there will be a reader, who did not encounter this company till now, and sees it for the first time in his or hers life, and I will describe its looks a bit.
Of course the most eye catching element is the glass front, sealed by the sides by aluminum panels, bearing a central, green lit logo and model name, and symmetrical blue lit VU meters. The characteristic knobs for volume control, input selection and tone control as well as the buttons for setting the operating modes have some retro touch, while the display showing information about the input signal parameters, active source or volume is definitely modern. The display is also used for navigating the menu of the device. There we can configure parameters of the phonostage, name the inputs as well as set the gain and tone for the individual inputs. Behind the glass fascia there is a solid enclosure made from two modules. The lower, silver bottom part and black upper part with a window on top, hiding six 12AX7 tubes, engulfed in sapphire light.

The back plate can create fear in anybody, not used to this view, or at least make them think, they bought a home cinema receiver instead of a preamplifier. But this is for sure no AV receiver, everything is right, you just get a byzantine wealth on inputs and outputs. You have plenty of them in RCA and XLR variety, and also offers the potential for placing it into a multiroom system. After the first shock subsides, and we count everything, it turns out, that the C2500 is capable of handling fifteen inputs, five of them being digital.

Unpacking the preamplifier from the monstrously big carton, I had the concern, that the absorbing looks of the gear will distract me from assessing its sonic values. I mean, if the design will not become the only interesting thing about the Mac. But let us keep this for later, especially as I needed some time from placing the device on the shelf before sound could be played through it. This was not caused by my laziness, but by the need to get acquainted with the unit, and reset it to the factory settings. Previous reviewer adjusted the preamplifier to his needs, and it is better to start from scratch, when you are setting it up. It was also the case here. All sources I had were plugged into the C2500 and the ECI served as a stereo power amplifier. For the less technical people the manufacturer provided colorful quick start guides, which allow to connect everything easily. One more note – before you can use the USB section, you need to download and install special drivers, otherwise the USB port stays silent.

So let us get to the point. The C2500 sounds almost as it looks – noble, elegant and without nervousness. It knows the reason for its existence, and it does its job well, producing a big, saturated and musical to the bone sound. It is like a good Californian wine, which, although capable of stunning the consumer with the wealth of its bouquet, it calls a smile on his face, because it does not overwhelm the consumer with complexity and well placed taste notes, but tastes just like the divine ambrosia. Only after two more sips, after two more glasses, there is time to reflect and analyze the taste. A genetic, native asset of the Mac is the quite deceitful tendency to disappear from the sound path the more, the higher the quality/density of the source material. For example, when playing back reference recordings 24bit/192kHz (via USB) the C2500 dematerialized. The ears of the listener were reached by the clean, not ennobled in any way, well recorded music. But when you reached down a step or two from the recording or performance absolute, the C2500 started to do ‘magic’. Till now I never heard the soundtrack from “Sons of Anarchy” did not sound with such vividness, kick and drive. Maybe in absolute scale the lowest parts were slightly rounded, but for some reason this did not create any issues with keeping the right pace, it only added nobleness. Well, the effect was so intriguing, that I did not notice when I listened through my dozen discs of Metallica including compilations like “We All Love Ennio Morricone” with “The Ecstasy of Gold” and “Re-Machined – A Tribute To Deep Purple’s Machine Head” with “When a Blind Man Cries”. The culmination was the listening to the symphonic album “S&M” on concert volume levels. The localization of the heavy metal virtual sound sources versus the orchestra was almost perfect. Then came time for Megadeth, My Dying Bride and Dream Theater, so I think, that the moment, when I passed on the McIntosh to Jacek was the most expected moment for my neighbors. At least this year.
Fortunately this worked out part of the tests devoted to more brute and quite rowdy music did not shorten the time for listening to the more refined and airy music. The guitar accords, full with feminine delicacy and focus, played by Xuefei Yang soothed my nerves, stretched after the full day of work, providing vivid, mature and homogenously served sounds. Without exaltation, or analytic expansiveness, basing on a clearly readable melodic line, the McIntosh built a passionate and involving spectacle, offering a sweetness, shining in the setting sun, and on the other hand teasing with all the micro details, present just for touching, and with all the audiophile tastes.
The character of the device, its “company signature” as we may call it, is present on all inputs, but if you have a choice between the analog and digital transmission, I would personally recommend the second one. Less cables, higher ease of use and most importantly, the high quality of the sound from the computer, which surprised me very positively, made me listen mostly to the Mac in the DAC mode. Unfortunately I could not assess the phonostage section of the preamplifier, because it resided at my home in the moment I already returned the Linn Sondek LP12 Majik and did not yet receive the AVID Sequel SP (test will appear shortly). Fortunately Jacek has his turntable ready, so he will include this part in his review.

After having the McIntosh C2500 in my system for a longer time, I started to understand better the attachment of the clients to this legendary brand. The characteristic VU meters, the backlighting, become a part of every listening. Of course you can switch off this illumination, but why? Buying a Mac we go for a certain aesthetics, we do not only want to enjoy its sonic capabilities, but also the visuals. The above assumptions are covered by the C2500 completely – if you love music and want to ease down while listening – then it will be hard to find a better candidate.

Text and photographs: Marcin Olszewski

Distributor: Hi-Fi Club
Price: 27 500 PLN

Technical Details:
Frequency Response: (+/- 0.5 dB) 20Hz – 20kHz; (+/- 3 dB) 10Hz – 100kHz
THD: 0.08% Maximum (20Hz – 20kHz)
Wejścia:
– 6 Unbalanced Inputs
– 2 Balanced Inputs
– 2 Phono Inputs: Phono Moving Coil, Phono Moving Magnet
– 5 Digital Inputs: 2 Coaxial, 2 Optical Toslink, 1 USB 2.0 Asynchronous (32 bit 192kHz)
– Home Theater Pass Through
Maximum Volts Out: RCA –  8 Vrms, XLR – 16 Vrms
Tone Controls (Bass and Treble): +/- 12dB.
Headphones Impedance: 20 – 600 Ω
Tone Bypass and Input Assign
Tube, 6 ea. 12AX7a
Dimensions (W x H x D): 44.45 x 19.37 x 45.72 cm
Weight: 13.8 kg, 20.9kg (Shipping Weight)

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Stream player: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Integrated Amplifier: Electrocompaniet ECI 5
– Speakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + LC-2mk2 Power Cable
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H

Opinion2

After many months of testing gear from all over the world, time came for the American legend. You cannot mistake it for any other manufacturer, because the general looks did not change from the beginning of their production, what became a true visit card, especially in our quick running times. You may like it or not, but you cannot deny, that this form of enclosure is really consistent in terms of recognition. The target group is also clear, because either you like it or hate it, there are no intermediate states. Comparing with new constructions, you may think, that the form is a bit old-fashioned, on the other hand, the quick passing of designer novelties becomes the nail to the coffin for some companies. The company in question fares well on the world market, thus we have the opportunity to test now one of its products. You may think, that this introductory text is absolutely redundant, but as it often is with legends, it is absolutely justifiable. Please welcome the promoter of blue lit VU meters – the American McIntosh, with its multi-function device in the form of the Tube Preamplifier C2500.

The company McIntosh has solid state and tube products in its portfolio. We received a three-function product with tubes, which has: a line preamplifier, phonostage and a DAC. The review of the latter will only be done by Marcin, because I am not ready for files, in any way, so I cannot test this functionality at all. At the same time I want to stress, that I have nothing against this kind of listening to music. Every way of listening to music has its karma, and nobody should disavow it. Going back to the C2500, it is typical American, so it must be big (this is true also in the audio world), so the size of the unit comes close to a solid power amplifier. It is not as heavy, but not light either. Trying to describe it, I cannot refrain from thinking “there is no visual calmness”. The dominating, black colof of the glass front and rest of the enclosure, is broken by the silver sides of the knobs, edges of the front panel and lower sides. But this is only the beginning of the design virtuosity. The front panel, the visit card of the Mac, is decorated with VU meters, glowing in the blue color, known to all lovers and haters, green lit descriptions of all functions and a centrally placed, also green, display, topped with the company logo. Please do not get nervous, this is not the end. The clou of this construction, for which many people would kill themselves, is a window on the top, which shows a battery of electron tubes, backlit – you may have already guessed – green. If I would not have seen it before, I might have been overwhelmed, but I have to honor the designers, they have put some idea in it all, and after a week of having this extravagant American I would find a place for it on my shelf. It has some kind of magnetism in it, which can enchant a potential client, and if someone likes such a style, then the sound may even be put second. It is widely known, that we listen also with your eyes. To not bore you, our readers, just from the journalist duty, I will add, that the back plate is wealthy equipped, with digital inputs on the silver, lower part, as well as analog RCA and XLR inputs, a MM and MC input, as well as an IEC power socket. Although big, it is clean and clearly described. The inputs are displayed on the front display, where we can name them individually. The phonostage does not need any further actions, than plugging the cable to the right input, as all settings are accessible from a menu. This really simplifies the analog setup, and at the same time eliminates chances for an accidental error.

After carefully reading the manual, I plugged in the tested device into my system, and having in mind, that tubes are in play, I gave it some time to warm up. The American engineers included a delayed anode current startup circuit, which protects the tubes from premature death, so every time the unit is being awaken, you see a relevant message being displayed. Nowadays this is almost standard to have such a circuit in tube gear, but still, I think it is worth mentioning, that the company protects our pockets. The Mac C2500 is mainly a line preamplifier, so I started the session trying out this function. Only after I got acquainted with the sound signature of this preamplifier I listened to the phonostage. This was actually a good thing, because I like to finish every test with the analog setup, and this procedure did not allow to go the other way round. From experience I know, that no tube gear is equivalent to another one, I was curious, how the American product will fare against the unplugged Japanese. Both products are based on the same technology so in theory they should sound similar to each other. However you have to bear in mind, that the Reimyo is only a line preamplifier and costs three times more than the multi-functional Mac, so every comparison will be only for reference, and not to criticize.

During the burn-in period I wrote the introduction to this test, and when the moment came, to devote my attention to serious listening, I had the disc “The Look of Love” Diana Krall spinning in the CD drive. And from the first notes I could immediately understand, what the American constructors wanted to achieve. The sound stage was ideally readable, with beautifully layed out planes to the sides and in depth. The musicians had slightly softened edges, but were placed exactly in the right spots. Please do not use this against the tested preamplifier, this softening is a result from tube technology being employed, where the whole sound got some pastel and smoothness in the whole spectrum. This is exactly what I expected. The soft touch of the tube, which slightly softens the sound, while not veiling the sustained notes in the upper frequencies, which became golden as a result of that. The final result was really very nice. This has also influence on lower octaves, of course. The spectacle opens in the upper midrange (the tonal balance goes a little bit up) – what increases the openness and readability of the recordings, while bass becomes a little shortened at the same time. There is audibly less of that bass, but at the same time it is better controlled, and I think, that this is a far better solution, than allowing it to run uncontrollably all over the room. The engineers who design the sound of a device, who make the necessary compromises, have to keep a balance in how the sound will be perceived as a whole, and not beefing the vividness of the sound artificially, as this will become annoying over time. Here the sound is absolutely consistent from the start to the end, and looking at it from the perspective of the time spent listening to this device, I can only say, that I fully support this approach. I will add, that going away from my reference preamplifier was only a different way of being with the virtuoso artists. In addition the McIntosh landed in a random system, replacing an element, that was designed to fit with the rest of the system, and yet if fared exceptionally well. This tube sounding jazz and vocal music presented all the important elements of the sound like: smooth and physiological sound, very rich vocal of Diana, due to the opening of the midrange, a bit thinned, yet still very visible rhythmical section and gold shining percussion. You could only sit and listen.

Wanting to verify the losses in the lowest octaves I took electronic material with only one, live instrument, the project “Hamada” by Nils Petter Molvaer. I like this disc a lot, and if I would notice any deviation in the sound, that would minimize its greatness, I would change the disc immediately. And yet Nils Petter’s trumpet received and additional matte layer, given by the tubes, which allowed it to shine with homogeneity placed on the background of synthetic sounds. Even the artificial bass, not found in real nature, despite the slight thinning and softening did not degrade the musical spectacle at all. If the departure from neutrality would be too big, this would destroy the individual phrases and turn this music into an indigestible electronic mud pool. Test passed.

Now I knew how the line preamplifier sounds I started the second part of the exam – test of the gramophone preamplifier. Unfortunately due to it is integrated inside the Mac, all activities that will follow will have the sound signature of the line preamp stamped on them. But the McIntosh is a very solid company, that no user of this product should expect, that this element is not synergistic with the rest of this construction. So I had a lot of faith in what I am going to hear, when I connected my Dr. Feickert to this product and waited for the additional tubes in the phonostage to show their potential. Just like I expected, there was no revolution, that would shatter my previous notes. So I was absolutely assured placing subsequent discs on the platter. Starting with free jazz of David Murray and Jack DeJohnette, tracks that are not so neck-breaking for the genre, I could exploit the almost analog path to fullest extents. Why almost? Well, my power amplifier is solid state, but this does not interfere in enjoying the existence of tubes in the sound path, the charm of the tube sound. The smoothness and wealth of information in the midrange are the basic assets of this product. Of course the slight upping of the timbre, the result of the line preamplifier being active, was also audible, but remained at the same, fully acceptable level. The musicians played their instruments exploding with energy in the saxophone and drums solos. I have also to mention the bass player – Fred Hopkins – who had a lot to say, despite being the rhythmical section of the recording, and was never pushed to the second line. This vinyl disc showed fully the potential of the analog. A Japanese pressing from 1986, analog gear and a glass of Islay single malt. What can you want more? Maybe unlimited amounts of discs in your library and unlimited amounts of time to listen to them. This luxury is unfortunately not available for all, also not for me, this is the reason, that I took further discs I wanted to play quickly from the shelves. After such a load of “torturing instruments” – free jazz – I decided to invite Madeleine Peyroux for a short recital with material from the disc “Careless Love”. All who know this disc, are aware, that she sings a bit nasal, what asks for waking her up a bit, while the McIntosh was able to open up her airways a bit. Please do not expect a surgery of the nasal septum, it was rather cosmetic. I mentioned earlier the upper midrange become more vivid, and this is how I perceived this change. After Ms. Peyroux my turntable hosted a wealth of other vinyls, but my observations while listening to them only confirmed what I already wrote. And this is how my adventure with the king of tubes and VU meters came to an end. A pity it happened so quickly.

True legends are known, that regardless what comes out of the factory, each and every product will be at least good. In this case we could confirm the solidity of the brand, and taking into account the capabilities of the product, threefold applause is required – from my side only twofold, as I could not test the third part of the preamplifier. Everything that was incorporated inside the enclosure: the line preamplifier, the phonostage and the DAC are similar in terms of sound quality, so all were treated the same way, and not, as is lately many times the case, that some functionality is just added to fill the specs, while the quality is less than acceptable. In that second case a client is forced to replace this deficient functionality with a fully fledged device. But not with McIntosh. If you love tubes, and in addition to good sound also stunning visuals, then you do not have to search any longer. One call to the Warsaw Hi Fi Club and this combination of solid sound and extravagant, yet tasteful visuals can be yours.

Jacek Pazio

The system used in the test, a complete set of Combak Corporation.

 Electronics Reimyo:
– Separate DAC + CD player: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– Tube preamp: CAT – 777 MK II
– Solid state power amp: KAP – 777
Speakers: Bravo Consequence +
Power cables: Harmonix X-DC-350M2R Improved Version
Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (Section woofer)
IC RCA Harmonix HS 101-GP
Digital IC: Harmonix HS 102
Table: Rogoz Audio
Accessories: Antivibration stand for the power amp by Harmonix TU-505EX MK2, Harmonix Enacom improved for AC 100-240V; Harmonix Tuning Room Mini Disk RFA-80i

 Analog stage:
– Turntable:
drive: Dr. Feickert Analogue „Twin”
arm: SME V
cartridge: Dynavector XX-2 MK II
– Phonostage: RCM „THERIAA”