Monthly Archives: styczeń 2015


  1. Soundrebels.com
  2. >

Pro-Ject 2Xperience SB DC

sprawdzona już konstrukcja 2Xperience doczekała się nowej odsłony. Wersja SB DC posiada ramię o długości 9” z serii EVO. To ramię z dwoma osiami ruchu, z odwróconymi łożyskami o jakości ABEC 7. Fabrycznie uzbrojone jest we wkładkę Ortofon 2M-Silver. Drugą nowością to zasilanie oraz sterowanie pracą silnika. Oznaczenie DC informuje nas, że w torze zasilania zastosowano stabilizator kwarcowy, dostarczający idealną sinusoidę, co bardzo pozytywnie wpływa na pracę silnika. Po za tym pozwala na zainstalowanie elektronicznego przełącznika obrotów 33/45 Speed Boxa (SB). Talerz z MDF wykonano metodą kanapkową, jest pokryty warstwą winylu oraz posiada gwintowaną oś do której można dokręcić docisk płyty.
Całość stoi na trzech nóżkach, które wykonano z aluminium oraz Sorbotanu – który ma za zadanie tłumić drgania. W zestawie wraz z gramofonem dołączona jest plastikowa pokrywa oraz przewód sygnałowy.
Gramofon produkowany jest w pięciu wykończeniach: czarnym o wysokim połysku (4990zł) oraz matowym: eukaliptus, oliwka, palisander, orzech (5390zł).

Wallmount It 5 – półka pod gramofon

Odpowiednie ustawienie gramofonu analogowego to jedna z podstaw prawidłowej eksploatacji tego urządzenia. W wypadku kiedy nie można użyć odpowiedniego stolika lub platformy antywibracyjnej, można pomyśleć o półce ściennej. Pro-Ject uzupełnił ofertę półek z serii  Wallmount It o model ”5”. Wygodą użycia półki ściennej to absolutna izolacja gramofonu od możliwych zakłóceń  powstałych w wyniku niestabilności podłogi. Podstawę tworzy metalowa konstrukcja, którą można przymocować nie tylko do ścian z cegły lub betonu, ale również do ściany zbudowanej z płyty gipsowej lub wiórowej.
Na ramie umieszczone są kolce, które pozwalają na dodatkowe wypoziomowanie bazy. Maksymalne obciążenie półki to 30kg. Baza półki ma wymiary 460 x 400mm, dostępna jest w wykończeniu matowym – czarnym lub orzechowym. Cenę ustalono na 890zł. 

Dystrybucja: VOICE Sp. z o.o.

 

  1. Soundrebels.com
  2. >

Nawet w zimowe ferie, które właśnie rozpoczęły się na Mazowszu, jednostki ciepłolubne, do których niewątpliwie się zaliczam, niespecjalnie wykazują chęci do opuszczania swoich przytulnych domostw. Lepiej siedzieć w wygodnym fotelu, sączyć (oczywiście dla zdrowotności) odpowiednio uszlachetniony sok z malin, jeżyn i innych darów Matki Natury, czyli własnym sumptem uzyskane nalewki, bądź importowany z surowej Szkocji bursztynowy specyfik i niecierpliwie wyglądać pierwszych oznak upragnionej wiosny. Jednak czasem impuls do wyściubienia nosa na ziąb jest zbyt silny, by go zignorować. Tym razem impulsy były dwa – pierwszym okazała się zdobycz w postaci biletów na „Rigoletto” wystawiane w Opera Nova w Bydgoszczy, a drugim niedawne przenosiny do nowego lokum Audio-Connect/Albedo na niemalże sąsiadującą z operą ul. Marcinkowskiego 22. O ile mistrzowskie dzieło Verdiego rozpatrywałem głównie w kategoriach poszerzania horyzontów muzycznych pierworodnego i imprezę typowo rodzinną o tyle wizyta w kolejnym na audiofilskiej mapie Polski z sanktuarium dźwięku najwyższej jakości miała charakter ściśle związany z profilem naszego portalu.

Stylowa XIX w. kamienica z firmowymi ciemno burgundowymi flagami Audio-Connect z daleka wyróżniała się na otulonej szarą, wilgotną mgłą klimatycznej uliczce. Sporadyczny i czysto okazjonalny ruch w sobotnie wczesne popołudnie tylko przypominał, że czas może płynąć wolniej a pospiech niekoniecznie jest najlepszym sposobem na życie. Jednak przekraczając próg salonu audio wkroczyłem niemalże w równoległą czasoprzestrzeń. Zamiast do spodziewanej w tego typu przybytkach nowoczesności i skomputeryzowanego minimalizmu odwiedzających wita i niejako zaprasza do zagrania kilku taktów … pianino.
Właściwe, jedno z dwóch pomieszczeń odsłuchowych znajduje się od wejścia na prawo a na lewo, krętymi niczym w latarni morskiej odrestaurowanymi schodami można udać się do sali odsłuchowej nr.2.

Na początek pozostańmy jednak na parterze, bo klimat tam panujący z jednej strony sprawia, że od razu czujemy się jak w domu a jednocześnie widoczna jedynie za systemem adaptacja akustyczna sugeruje, że nic nie pozostawiono tu przypadkowi. Wysokie (3,60m) sklepienie i odległość miejsca odsłuchowego pozwalają dźwiękom odpowiednio się „rozpędzić” i po prostu wybrzmieć, ulec naturalnemu wygaszeniu. Krótko mówiąc mamy „trochę” lepiej niż w większości standardowych pomieszczeń mieszkalnych, lecz bez trudu można zgrubnie, bo zgrubnie, ale jednak określić potencjał prezentowanych komponentów.

Tak też było i w moim wypadku. Nie wnikając początkowo co z czym i jak zostało podpięte, prowadząc rozmowę z Panem Grzegorzem Gierszewskim, niejako mimochodem dawałem się powoli, acz systematycznie otulać gęstym, przesyconym muzykalnością i pewną naturalną swobodą dźwiękiem. Z filiżanką aromatycznego espresso w dłoni sukcesywnie oswajałem się z nieznanym mi pomieszczeniem chcąc mieć jakieś merytoryczne podstawy podczas kolejnych wizyt. Kolejnych, bo przy pierwszym odsłuchu w zupełnie obcych sobie warunkach ilość zmiennych mogących przekłamać, wypaczyć finalną opinię wręcz uniemożliwia dokonywanie bardziej radykalnych osądów. Dla tego też zerkając od czasu do czasu na sprzętowe smakowitości, bądź włączając co i rusz inny repertuar chłonąłem kolejne informację budując własną bazę na przyszłość. Mam nadzieję, że osoby śledzące nasze publikacje i/lub (niepotrzebne skreślić) mające przyjemność odwiedzić zeszłoroczne Audio Show bez trudu rozpoznają prezentowane w listopadzie nad wyraz charakterystyczne urządzenia. Dzielone źródło Aqua (transport La Diva i przetwornik La Scala), przedwzmacniacz Art Audio Conductor, stereofoniczna końcówka mocy Wells Audio Akasha, plus zjawiskowe (przepraszam nadmierną ekscytację, lecz jako technolog drewna nie potrafię obok nich przejść obojętnie i tak wykonane kolumny wywołują u mnie przyspieszone bicie serca), włoskie monitory Diapason Adamantes III 25th tworzyły kompletny i skończony system. Oczywiście dla porównania – kontrastu pojawiły się również zupełnie niepoważne gabarytowo podłogówki Ares, lecz uśmiech pobłażliwości z ust schodził nam równie szybko, jak szybko te filigranowe słupki wypełniły ponad 40 metrowe pomieszczenie nad wyraz komunikatywnym i zadziwiająco motorycznym dźwiękiem. Dźwiękiem „zrobionym”, lecz tak uroczym, że trudno sobie wyobrazić, że nawet po tak przypadkowym odsłuchu większość gości nie będzie się zastanawiać, czy nie wstawić ich choćby do gabinetu, czy sypialni. W meandry okablowania zbytnio nie wnikałem, choć zważywszy na fakt ścisłej współpracy Audio Connect i Albedo trudno się dziwić, że system został okablowany właśnie srebrnymi drutami tego bydgoskiego producenta. Grunt, że efekt finalny nie sposób inaczej opisać inaczej aniżeli jako synergiczny.

Pomieszczenie górne okazało się jeszcze bardziej przestronne i jeszcze wyższe (ponad 4,20m), przez co oczywistym wydał się dobór prezentowanych tam urządzeń. Wystarczy powiedzieć, że potężne monobloki Triode TRX-M845 i klasyczne kolumny ART z serii Deco wyglądały niemalże kompaktowo. Jednak moją uwagę przykuły stojące skromnie z boku rodzime Audiowave’y 141 SE, które zgodnie z uzyskanymi informacjami cały czas są produkowane! Toż to niemalże audiofilskie podziemie, lecz jeśli ktoś kiedykolwiek miał okazję posłuchać którychkowliek monitorków, które wyszły spod ręki Pana Romualda Schotta, to z pewnością wie co w trawie piszczy.

Nowa siedziba Audio-Connect/Albedo ma niesamowity potencjał, który osoby odpowiedzialne za ofertę i klimat tam panujący starają się z powodzeniem wykorzystać. Niepowtarzalna atmosfera, niszowe marki i pasja łącząca tych ludzi udziela się też ich gościom, a z tego co mi wiadomo wizyty na ul. Marcinkowskiego 22 mieszkańców Warszawy, czy innych zakątków Polski wcale nie należą do rzadkości. Czy trzeba o lepszą rekomendację? Jeśli komuś chce się tłuc kilkaset kilometrów tylko po to, by posłuchać konkretnego urządzenia, to coś musi być na rzeczy. Serdecznie dziękując za gościnę już teraz wstępnie zapowiadamy się na przyszłość, bo piwnice bydgoskiej kamienicy kryją jeszcze wiele tajemnic (m.in. „komnaty metalurga”, w których srebro ze szlachetnego kruszcu przemienia się w audiofilską biżuterię).

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Ameryka Północna dla większości skupionych na tematyce audio fanatykach wysokiej jakości brzmienia jawi się częstokroć jako istne skrzyżowanie audiofilskiej Mekki i pełnego skarbów Eldorado. Przecież tam wszystko jest lepsze, większe a porównując tamtejsze ceny rodzimych (przynajmniej dla autochtonów) wyrobów i obarczone kosztami importu, oraz podatkami w Europie również tańsze. Jednak warto pamiętać też o tym, że Ameryka to nie tylko Stany Zjednoczone, lecz również Kanada, która, choć nie tak mocno promowana, w pełni zasługuje na uwagę osób poszukujących swojego Świętego Grala. Powyższą tezę potwierdzają nasze osobiste doświadczenia z ekstremalnie high-endową amplifikacją Tenor Audio, zjawiskowo muzykalnymi Hansenami, czy schodząc nieco na ziemię deklasującymi sporą część wielokrotnie droższej konkurencji dzielonymi Moonami, czy zaskakująco niedocenianymi, przynajmniej na naszym rynku przetwornikami exaSound.
Tym razem postanowiliśmy z Jackiem sięgnąć do korzeni, do przesiąkniętej klonowym syropem i mocno zakorzenionej w profesjonalnych – studyjnych tradycjach marki – do oferty Brystona. Pomijając fakt poczucia obowiązku – w końcu to jeden z ostatnich „dinozaurów” High-Endu pozostający cały czas w tych samych rękach, i zwykłej chęci posłuchania we własnych czterech (u Jacka w ośmiu) kątach, a więc w pełni kontrolowanych warunkach zamorskich propozycji dodatkowym impulsem do działania okazało się zeszłoroczne Audio Show. Wśród dziesiątek (setek?) systemów zestaw zaproponowany przez polskiego dystrybutora – MJ Audio Lab, nie wyróżniał się ani gabarytami, ani ceną, lecz brzmieniem. Brzmieniem świeżym, niezwykle prawdziwym i poprzez tę swoja prawdziwość i naturalność urzekającym. Co dziwne podczas naszych kilku wizyt w hotelowym pokoju za każdym razem „grały” pliki a o dźwięku można było powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest … cyfrowy. Tym oto sposobem do testów otrzymaliśmy domniemanego sprawcę powyżej opisanego zjawiska, czyli dzielone źródło składające się z transportu plików BDP-2 i przetwornika BDA 2. Zanim jednak pochylimy się nad niuansami natury konstrukcyjnej i brzmieniowej pozwolę sobie na małą dygresję dotyczącą samego podejścia do tematu i filozofii wyznawanej przez producenta.

Przyznam, że dość dziwnie się czuję pisząc te słowa, ale patrząc na filozofię kanadyjskiej firmy i porównując ją do obecnie panujących trendów spokojnie można uznać, że w Brystonie większość mechanizmów ekonomicznych postawiono na przysłowiowej głowie. Niemalże zerowa automatyzacja produkcji (lokalnej a nie w CHRLD !!!), brak ograniczeń finansowych dla inżynierów podczas prac R&D (badawczo – rozwojowych, od ang. Research and Development) i dodatkowo gwarancja wynosząca dla wzmacniaczy … 20 lat. Przecież tak się nie da! A przynajmniej tak twierdzą „młode wilczki” ekonomii próbujące wmówić ludziom, co jest dla nich dobre, czego powinni chcieć i jak często zmieniać to, co wcześniej chcieli/potrzebowali. A jeśli ktoś nie chce dać się omamić? Nie ma problemu. Przecież wystarczy produkować tak, aby to, co dostępne na rynku zepsuło/rozleciało się/po prostu przestało działać kilka tygodni po końcu gwarancji. Proste, logiczne i niestety powszechne. Najwidoczniej w Peterborough w Ontario powyższe zasady mieszkańcy mają tam, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę i swoje produkty wykonują jak należy, jak się wykonywało dawniej, w złotych latach Hi-Fi, kiedy o klienta się dbało a nie go dym …, znaczy się wykorzystywało i próbowało wydoić na każdym kroku. Krótko mówiąc liczy się jakość a nie ilość, czyli zdecydowanie ważniejszy od wolumenu produkcji/sprzedaży jest jak najmniejszy procent zwrotów spowodowanych usterkami.

Oba urządzenia są uosobieniem wzorniczego, utożsamianego ze swoim profesjonalnym rodowodem spokojeu i ponadprzeciętnej ergonomii. Za jedyny element dekoracyjny można uznać wyfrezowane na frontach logo i to by było na tyle. Odtwarzacz plików i przetwornik umieszczono w bliźniaczych obudowach a różnice dotyczą ścian przednich i tylnych dopasowanych do funkcji przez dany komponent pełnionych. Przykładowo plikograj może pochwalić się centralnie umieszczonym, dwuwierszowym, zielonym wyświetlaczem, dwoma terminalami USB, krzyżakiem nawigacyjnym i standardowymi, przyciskami funkcyjnymi przydatnymi podczas odtwarzania cyfrowego materiału. Co ważne posiłkując się jedynie dostępną na froncie guzikologią można całkiem spokojnie operować nawet po opasłych dyskach z naszą ulubiona muzyką, oczywiście jeśli tylko zawczasu pomyśleliśmy o w miarę sensownym ich skatalogowaniu. Ba, podczas testów zdążyłem spotkać się z opiniami tzw. „nietechnicznych” osób trzecich, że to bardzo przyjemne urządzenie, bo nie trzeba za każdym razem sięgać po komputer/tablet/smartfon, tylko po to, żeby po prostu posłuchać muzyki.
Z przetwornikiem jest podobnie. O dostarczeniu sygnału i częstotliwości jego próbkowania informują odpowiednie, ustawione w dwóch rządkach zielone a co ważne mało jaskrawe diody a wyboru jednego z … ośmiu wejść dokonamy dedykowanym przyciskiem. Pozostałe dwa guziki odpowiedzialne są za uruchomienie urządzenia i załączenie upsamplingu.  
Od strony technicznej Bryston BDP-2 to nic innego jak otulony dopasowaną pod względem designu do reszty oferty obudową tzw. kadłubek, czyli odpowiednio spreparowany do zastosowań audio komputer. Bądźmy szczerzy, w końcu płyta główna z Atomem na pokładzie i zainstalowany na 4 GB karcie CF Linux z MPD (Music Player Daemon) tym właśnie jest. Oczywiście szczytem bezczelności z mojej strony byłoby pominięcie nad wyraz solidnej sekcji zasilającej i prawdziwie bizantyjskiego rozmachu, jeśli chodzi o ilość wejść. Pierwszy raz spotykam się bowiem z sytuacją, gdy w dość niepozornym, wpisującym się niemalże w modny swojego czasu trend „slim” naleśniku oprócz zdublowanych wyjść cyfrowych BNC i AES-EBU użytkownik dostaje … 6 (słownie sześć) portów USB 2.0, gniazdo eSATA i dwa wejścia Gigabit Ethernet (RJ-45). Nawet posiadając gigantyczną plikotekę niezwykle trudno będzie zapchać te wszystkie porty, ale akurat w tym wypadku od przybytku głowa nie boli a schowanie za plikograjem kolejnego dysku wielkości paczki papierosów, bądź podpięcie NASa wreszcie przestanie się wiązać z koniecznością przekopiowywania zawartości ze starszej/mniej pojemnej pamięci masowej. Żyć nie umierać.
Przetwornik BDA-2 również stawia na ponadstandardową ergonomię i prostotę. Obsługa czytelnymi guzikami z poziomu frontu plus opcja zaprzęgnięcia do pracy firmowego bądź nawet instalacyjnego (m.in. Crestron, AMX) pilota bardzo przyjemnie współgra z bogactwem ściany tylnej. Wyjścia analogowe RCA i XLR to akurat w przypadku Brystona oczywistość, jednak warto nadmienić, że żadne z nich nie jest nawet w najmniejszym stopniu czymś w rodzaju protezy, gdyż tor analogowy nie dość, że jest zbalansowany to jeszcze pracuje w jakże miłej wyczulonym na takie niuanse audiofilskich uszu klasie A. Jeśli zaś chodzi o wejścia to przy odrobinie dobrych chęci powinno się dać wpiąć do nich wszystkie dostępne w większości tzw. gospodarstw domowych cyfrowe źródła audio i możliwe, że jeszcze zostaną wolne.  Poczynając od asynchronicznego USB, poprzez AES/EBU dochodzimy do czterech SPDIFów zamontowanych w dwóch parach BNC/Coax, oraz pary optycznych Toslinków. Nie zapomniano o obowiązkowym za oceanem Triggerze i koaksjanym wyjściu SPDIF umożliwiającym Bypass dostarczonego do przetwornika sygnału. Za obsługę USB odpowiedzialna jest kość XMOS US1, upsampling synchroniczny jest domeną SRC4392I a dwie, pracujące w trybie różnicowym kości AK4399EQ to serce DACa. I jeszcze jedno. Wejścia cyfrowe dopieszczono transformatorami izolującymi a sekcję cyfrową zaprojektowano tak, by jak najskuteczniej zminimalizować Jitter.

Sam test a raczej wstęp do niego poprzedziła mała prezentacja a raczej sprawdzenie poprawności działania dostarczonych urządzeń przez przedstawiciela dystrybutora (MJ Audio Lab) i szczere do bólu wskazówki, że nowe, dopiero co wgrane oprogramowanie może nie być dopracowane, zdarzyć się mogą problemy z większymi dyskami a jeśli by takowe wystąpiły to zapobiegliwie przywieziony został „dyżurny” bank danych z muzyką wszelaką w na 100% obsługiwanej pojemności. Kurczę, znów poczułem się dziwnie, bo nie było żarliwych tyrad o wyższości dostarczonego sprzętu nad konkurencją, udowadniania, że to właśnie to jest ósmy cud świata i generalnie właśnie dostępuję zaszczytu obcowania z absolutem. Ot rzeczowe i obiektywne przedstawienie cech urządzenia. Hmmm, zaczyna się ciekawie? Zdecydowanie, tylko, że potem było jeszcze fajniej. Kiedy już na spokojnie ustawiłem kanadyjskie combo na półkach od razu, oprócz dystrybucyjnego dysku podpiąłem w ramach eksperymentu swojego 2 TB, czyli niemalże dziesięciokrotnie za dużego, przynajmniej zgodnie z uzyskanymi wcześniej informacjami, 2,5” WD My Passport (czyli wymagającego wydajnego zasilania z portu USB), który … ruszył od pierwszego „strzału” a indeksowanie jego zawartości nie trwało dłużej niż minutę. Dla mnie bomba, lubię takie niespodzianki, tym bardziej, że mój dysk sformatowany był pod NTFsem a dystrybutora pod HFS Plus i oba czytane były równie szybko! Wyprzedzając nieco fakty dodam, że w ciągu ponad dwutygodniowego, nader intensywnego użytkowania ani razu nie udało mi się ani zmusić odtwarzacz do dłuższej chwili zastanowienia, ani co naprawdę dziwne do nawet śladowego zawieszenia/kapitulacji dedykowanej aplikacji sterującej streamerem. Ale może to i oczywista oczywistość, gdyż zamiast dedykowanej appki (choć takową w iTunesie znalazłem) najwygodniej zawiadywało mi się plikoteką wirtualnym panelem sterowania dostępnym poprzez adres IP z poziomu dowolnej przeglądarki www., a więc czymś całkowicie uniezależnionym od platformy zarówno sprzętowej, jak i programowej. Podobne rozwiązanie spotkałem w testowanym swojego czasu Trigonie Chronologu i mając na koncie kontakt z kilkoma, jeśli nie kilkunastoma plikograjami śmiem twierdzić, że właśnie obsługa poprzez www zapewnia najwyższa wydajność i stabilność. Co z resztą udowodnił będący bohaterem niniejszego testu Bryston. Wspominam o tym z premedytacją, gdyż czytając recenzje popełniane na temat BDP-2 ze starszą wersją oprogramowania zauważyłem, że wcale tak różowo nie było. Jak widać, opłaca się czasem spokojnie poczekać i nie być pierwszym beta-testerem. Zero problemów z ładowaniem okładek, sortowaniem, tworzeniem i obsługa playlist, ot błoga sielanka niezmącona nawet najmniejszymi błędami „softu”. Chociaż … dostępna na iTunes firmowa appka na moim archaicznym iPadzie pierwszej generacji wyglądała stosunkowo siermiężnie, lecz prawdę powiedziawszy nie widziałem większego sensu jej odpalania, skoro lepiej, więcej i szybciej dało się wszystko zrobić poprzez interface www.  

Jeśli patrząc na surowe oblicze Brystonów i mając na uwadze ich profesjonalne korzenie spodziewają się Państwo równie surowego i bezdusznego – stereotypowo studyjnego brzmienia, to … muszę Państwa rozczarować. Nic z tego. Zamiast dzielenia włosa na czworo i sadystycznego pastwienia się nad każdą pojedynczą nutą w ramach realizatorskiej wiwisekcji kanadyjski duet stawia na liniowość, bezpośredniość i … analogową naturalność. Jednak pod pojęciem bezpośredniości nie kryje się ofensywność i bombardowanie słuchacza skrajami pasma, bądź nienaturalnie wypchniętą średnicą, lecz sprawienie, że słuchając nawet znanych na pamięć nagrań w pierwszej chwili czujemy się tak, jakby ktoś wreszcie usunął szybę oddzielającą pomieszczenie nagraniowe od pokoju dźwiękowca. Nie chcąc zbytnio peszyć nowoprzybyłych gości sięgnąłem po pozornie dość spokojny repertuar, jednak zdolny w mgnieniu oka obnażyć ewentualne niedoskonałości testowanych urządzeń. Mowa o twórczości drobniutkiej Youn Sun Nah, która z akustycznie rozpoczynającego się „Please Don’t Be Sad” zarejestrowanego na albumie „Voyage” potrafi nader płynnie przejść do postaci skondensowanej, w tak na oko sądząc, 40 kg, esencji zachrypniętego krzyku w „Enter Sandman” na „Some Girl”. Wysoki, czasem lekko szklisty wokal z jednej strony pieści szeptem, lecz potrafi również wywołać delikatny grymas w momencie pierwotnego krzyku wydobywającego się z dziewczęcego gardziołka. Zarówno DAC, jak i odtwarzacz nie łagodzą, nie osłabiają ładunku emocjonalnego a co najwyżej cywilizują najwyższe składowe zamieniając lodowe, kłujące okruchy na mieniące się złotem rozbłyski zachodzącego słońca. Jednak nie po to ściągnąłem te urocze combo, by raczyć się tylko wycyzelowanymi nagraniami firmowanymi przez wręcz obsesyjnie dbające o jakość wydawnictwa. Najwidoczniej z podobnego założenia wyszedł dystrybutor, gdyż na dołączonym do zestawu dysku można było znaleźć takie perełki jak praktycznie kompletne dyskografie AC/DC, czy też Metallicy. No i niech mi ktoś powie, że życie recenzenta nie bywa czasem piękne. Zamiast audiofilskich smętów pisanych na banjo i tamburyn mogłem ze spokojem zapełnić playlistę zachrypniętym wyciem Briana Johnsona i groźnym porykiwaniem Jamesa Hetfielda. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest to typowy materiał testowy z jakim spotkają się Państwo w większości poświęconych tematyce audio periodyków, ale cóż … jak to mawia jedna pani ministra „Sorry, taki mamy klimat”. A u nas, w SoundRebels klimat mamy mocno zmienny. Wracając jednak do meritum. Nawet na tak surowo a czasem wręcz skandalicznie zarejestrowanym materiale brzmienie było cały czas komunikatywne, wciągające i angażujące. Nawet zazwyczaj irytująco płaskie blachy w „She Likes Rock N Roll” AC/DC („Black Ice”) potrafiły zabrzmieć w całkiem cywilizowany sposób. Dalej słychać, że są to blachy, lecz nabrały właściwej talerzom masy i przestały cykać jakby Phil Rudd zastąpił swoje ulubione Paiste przewymiarowanymi kapslami z butelek po mleku. Nie zabrakło też, firmowego dla Australijczyków, niepozwalającego usiedzieć w jednym miejscu pulsującego rytmu. Żeby jednak ocenić, jak Brystony radzą sobie z naprawdę problematycznymi nagraniami sięgnąłem po nader rzadko goszczącym na moich playlistach album „St. Anger” Metallicy, gdzie szorstkie, brudne i generalnie brzydkie, stylizowane na garażowe brzmienie na dłuższą metę staje się po prostu męczące. Tym razem postanowiłem jednak przemęczyć się dłużej niż zwykle. O ile na tytułowym „St. Anger” miałem prawdopodobnie dość niewyraźną minę, to już blisko siedem i pół minuty wystarczyło, by po wstępnej akomodacji narządu słuchu zacząć wyłapywać przykuwające uwagę niuanse. Nisko schodzący, lecz lekko pogrubiony w najniższych partiach bas na „Some Kind of Monster”, świetnie pokazane, trochę bardziej dociążone niż zazwyczaj „gary” i soczyste, potężne riffy stanowiły idealne tło do popisów wokalnych Hetfielda. Nawet sucha i klekocząca galopada rozpoczynająca „Invisible Kid” nie zmusiła mnie do kapitulacji, gdyż dwuwymiarowość przekazu, pomimo swojej archaicznej prostoty charakteryzowała się dziwnym magnetyzmem. Czuć było w tym autentyczną chęć wykrzyczenia buzujących w muzykach emocji, całej złości i niezgody wobec otaczającej nas rzeczywistości. Aż nie mogłem się powstrzymać i z głośników popłynęła „Vendetta” z „III” Illusion:
„Miłość swoją zakopałeś litość mocno śpi,
Chciałbyś cały świat utopić w oceanie krwi…”
Muzyka łagodzi obyczaje? Możliwe, tylko czasem najpierw trzeba zedrzeć gardło.
Przejdźmy jednak do czegoś normalniejszego. Świetnym materiałem testowym są od dłuższego czasu wszelakiej maści ścieżki dźwiękowe z hollywoodzkich superprodukcji. Niemalże nieograniczone budżety, wielkie – znaczy się gwarantujące wielomilionowe zyski, nazwiska pozwalają na prawdziwie bizantyjskie rozpasanie. Wystarczyło włączyć soundtracki z „The Bourne Identity”, czy „Avatara”, by kanadyjski duet stworzył szeroką i sięgająca hen w głąb scenę, na której oprócz naturalnych instrumentów zwinnie przemykały wykreowane na komputerze syntetyczne dźwięki. Wbrew pozorom taka eklektyczna mieszanka tworzyła nad wyraz spójną całość i każdy element nieraz mocno zagmatwanej muzycznej układanki miał swoje logiczne a przy tym jednoznacznie wyznaczone miejsce. Jednak dopiero z „The Dark Knight Rises” autorstwa Hansa Zimmera dane mi było poczuć jak nisko i jak potężnie a zarazem rozdzielczo potrafi zabrzmieć testowany zestaw. Ileż tkanki muzycznej może znaleźć się pomiędzy zarysowanymi mocną kreską konturami, ileż barw kryje się w mrocznych pasażach, które na pierwszy rzut ucha wydają się bezkształnymi plamami, lecz jeśli tyko wsłuchamy się dokładniej okaże się, że to właśnie tam ukryte niuanse odpowiedzialne są za klimat nagrania. Proszę włączyć sobie np. „Gotham’s Reckoning” – przecież tak niepokojącym podkładem mógłby zachwycić się sam mistrz Alfred Hitchcock.

Odsłuch Brystonów okazał się dla mnie magicznym powrotem do czasów, gdy liczyła się jakość i długowieczność. Do czasów, gdy jasnym dla wszystkich, czyli dla producentów i odbiorców było, o co w tym całym Hi-Fi i High-Endzie chodzi i w którym kierunku powinien podążać rozwój, postęp. Niestety minęło kilkanaście lat i wcześniejsze ideały uległy najdelikatniej rzecz ujmując lekkiemu przemodelowaniu. Patrząc na to, w którą stronę zmierza rynek, na jakich pułapach cenowych pojawiają się urządzenia reprezentujące w miarę akceptowalny poziom jakościowy i jak absurdalnie drogi staje się High-End trudno się dziwić, że ponad dwa tygodnie z BDP-2 i BDA 2 sprawiły mi ogromną i niekłamaną radość. Bo jak tu się nie cieszyć, że wręcz nieprzyzwoicie bogato wyposażone odtwarzacz i przetwornik kanadyjskiego producenta za zaskakująco przystępną cenę zagrają na prawdziwie high-endowym poziomie i zamiast skupiać uwagę słuchacza na sobie pozwolą na nowo odkrywać przyjemność obcowania z muzyką podaną tak, jak została nagraną.
Szkoda, że tak mało jest na rynku urządzeń podobnych do Brystonów, chociaż … z drugiej strony, akurat z takiego stanu rzeczy Bryston powinien się cieszyć. High-endowe źródło za ok. dwadzieścia tysięcy PLN? Nierealne? Cóż, akurat w przypadku Brystona usłyszeć znaczy uwierzyć.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: MJ Audio Lab
Ceny:
BDP-2 – 3 510 CAD Netto
BDA-2 – 2 785 CAD Netto
BR-2 – 430 CAD Netto (opcja)

Dane techniczne:
Bryston BDP-2
Wejścia: 6 x USB 2.0, 1 x eSATA, 2 x Gigabit Ethernet (RJ-45)
Wyjścia: SPDIF (BNC), AES / EBU (XLR) *, USB **
Sterowanie: 2x RS-232 (DB9) – zgodne z Crestron, AMX lub podobnymi systemami kontroli
Obsługiwane formaty audio: AIFF, FLAC, WAV, MP3, M4A, OGG
Obsługiwane parametry plików: 24Bit / 192 kHz
Wymiary WxSxG: 69.85mm (50.8mm bez nóżek) x 431.8mm x 431.8mm / 69.85mm (50.8mm bez nóżek) x 482.6mm x 292.1mm
Waga: 6 kg
Dostępny z czarną lub srebrną płytą czołową o rozmiarze 17″ lub 19″

* Poprzez zintegrowany chipset ice1 724
** Poprzez dekodery wbudowane w oprogramowanie. Wyjście USB wymaga oprogramowania S1.70 lub nowszego, DAC, standardowe sterowniki USB klasy 2 audio.

BDA-2 DAC
Wejścia: USB Class 2 Audio, 4 x SPDIF (2 BNC, 2 x RCA), 2 x optyczne (TOSLINK), AES / EBU
Wyjścia: Single Ended RCA, zbalansowany XLR, SPDIF Bypass (RCA)
Synchroniczny upsampling (176.4 kHz/192 kHz)
Sygnał cyfrowy: 16-24Bit / 44-192 kHz
Wymiary WxSxG: 69.85mm (50.8mm bez nóżek) x 431.8mm x 431.8mm / 69.85mm (50.8mm bez nóżek) x 482.6mm x 292.1mm
Waga: 6 kg
Dostępny z czarną lub srebrną płytą czołową o rozmiarze 17″ lub 19″

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Pro-Ject Xtension 9 EVO z ramieniem PJ 9ccEVO i wkładką Ortofon Quintet Black
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Sensor Prelude; Pro-Ject PHONO BOX RS + Power Box RS Phono
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Trilogy 925
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Organic Audio Power Reference
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips;Stillpoints Ultra Mini

Opinia 2

To, że era plików – niezależnie od czasu jaki będzie trwać – jest nieunikniona, wiedzą już chyba wszyscy melomani, bez względu na nośnik jakim obecnie masują swoje narządy słuchu. Oczywiście jeszcze trochę wody w Wiśle upłynie, zanim pendrive’y i twarde dyski prześcigną ilościowo poczciwą płytę kompaktową, ale już teraz z powodzeniem możemy mówić o małej rewolucji. Niestety z uwagi na spore wyzwania technologiczne podczas odpalania takiego grajka i zgrywania doń płyt w formie wspomnianych  bezstratnych plików, na chwilę obecną  zabawa ta przewidziana jest  raczej dla ludzi wytrwałych i jako tako orientujących się w temacie związanej z tym „komputerologii”. Nikt z piewców nowego trendu nie wspomina o tych według nich drobnych, a dla laika nierozwiązywalnych problemach typu: zawieszenie się komputera, uszkodzenie dysku, otagowanie zgranych płyt, czy choćby prozaiczny problem bezprzewodowego połączenia się z posiadanymi zasobami na „twardzielu”. Tak wiem, już na wstępie szukam dziury w całym, ale tylko w celach wyjaśniających mój opór do tej materii, który notabene spowodowały niektóre z przytoczonych niuansów użytkowych. Sprawy około dźwiękowe to inna para kaloszy – jak do tej pory, w bezpośredniej konfrontacji u znajomych często mocno kulały, ale z uwagi na spory progres jakościowy generowanego dźwięku i coraz łatwiejszy w obsłudze sprzęt – sam się odpala i szuka poszczególnych, współpracujących komponentów – przyszedł moment na świętokradztwo. Oto historyczny moment, gdyż po raz pierwszy w mekce analogu na testy zawitał dwuczęściowy  plikograj złożony z cyfrowego odtwarzacza BDP-2 i przetwornika cyfrowo-analogowego BDA-2 kanadyjskiej marki BRYSTON, dystrybuowanej przez warszawski MJ AUDIO LAB.

 

Urządzenia BRYSTON-a przy ogólnie przyjętej standardowej szerokości są stosunkowo cienkimi plasterkami (ok. 6 cm), przypominając nieco przystosowane do mocowania w rakach produkty z rynku pro, który jak wiemy jest jego głównym obszarem zainteresowań. Na szczęście wkraczając w świat użytku domowego firma nieco złagodziła siermiężność wizualną i to co dotarło na testy, z powodzeniem mieści się w granicach estetyki większości braci audiofilskiej, włączając w to nasze drugie połówki. Płaskie skrzyneczki dumnie prezentują się z grubymi frontami z drapanego aluminium, a ich konkretne informacyjno-użytkowe wyposażenie determinują zadania do wykonania. I tak, odtwarzacz oprócz dwulinijkowego centralnie umieszczonego wyświetlacza umożliwiającego nieco ułomną, ale zawsze obsługę bez stosownego tabletu lub smartfona, na lewej flance otrzymał jeszcze dwa wejścia USB, a prawej zestaw sterująco – nawigacyjnych przycisków. DAC z racji obróbki sygnałów różnej częstotliwości zaopatrzony został w kilku-diodowy informator o taktowaniu, usytuowany nieco na lewo od środka urządzenia i rząd przycisków inicjujących różnego rodzaju wejścia na prawym skrzydle. Co ciekawe, owa mnogość manipulatorów nie przytłacza, co przy tak wąskich płaszczyznach należy uznać to za sukces. Tylne ścianki podobnie do cieszących nasze oczy przednich paneli są przedstawicielami niezbędnych do pracy skupisk wszelkiego rodzaju gniazd: USB, AES/EBU COAXIAL, BNC, LAN, RCA, XLR itd. Do wyboru do koloru, w pełni zaspokajając nawet najbardziej rozbuchane potrzeby połączeniowe. Wyliczanka wszystkiego przy tak bogato uzbrojonych produktach byłaby męcząca, a z drugiej strony wiedząc, że Marcin zapewne uskuteczni takową w swoim monologu, pozwolę sobie zakończyć akapit wizualizacyjny i przejść do opisania mojej ciekawej przygody z przedstawicielem najnowszych nurtów odtwarzania muzyki.

We wstępniaku wspominałem o bardzo ułatwiającym życie procesie samoorganizowania się opisywanego dzisiaj Brystona – co z premedytacją wykorzystałem i z uwagi na fakt mojej nikłej wiedzy i doświadczenia w temacie obsługi z poziomu tabletu, jak również kompatybilności z różnymi komponentami audio, nie będę się sztucznie uzewnętrzniał, pozostawiając te sprawy brylującemu w tych tematach Marcinowi. Dlatego też z szacunku dla czytelników zajmę się jedynie dźwiękiem, a że dołączony do kompletu testowego twardy dysk miał wgrane kilka posiadanych przeze mnie pozycji płytowych, bez większych problemów mogę zdefiniować co prezentuje nasz tandem BDP i BDA namaszczony jako wersja 2.

Jak to czasami bywa, pierwsze koty za płoty testowanego zestawienia zaliczyłem w warszawskim KAIM-ie, co zawsze jest dodatkowym i zarazem ciekawym doświadczeniem, gdyż stosunkowo często nie potwierdza się w mojej mekce audio, ewidentnie dowodząc istnienia dużego wpływu reszty zestawu na synergię połączeń. Ale patrząc na ten aspekt z drugiej strony, gdy tam mamy tylko jeden zbudowany pod kątem wzajemnego dopasowania set – oprócz kolumn reszta komponentów jest strojącego się do nich jednego konstruktora, ja dysponuję nieco większym wachlarzem kombinacji, starając się możliwie jak najlepiej pomóc testowanemu urządzeniu, w zdaniu egzaminu z jakości generowanego dźwięku. I jeśli ktoś uważa moje podejście za tendencyjnie zacierające prawdę o produkcie, to przypomnę, iż nasze układanki są właśnie niczym innym jak zbiorem mozolnie dobieranych koalicji sprzętowych, a nie wrzuceniem obcego klocka w wir toczących się zdarzeń z jednym założeniem – musi sobie poradzić, inaczej jest nic nie warty. Nawet wybór z port folio jednej marki nie gwarantuje pełnego sukcesu – no chyba, że tak jak u mnie wszystkiego jest po jednym, a co dopiero łączenie różnych szkół budowania elektroniki. Tyle w kwestii mojego wożenia sprzętu na występ klubowe. Wracając jednak do naszego playera, tym razem to, co usłyszałem na wyjeździe i u siebie, miało sporo punktów wspólnych. Mianowicie, od pierwszych taktów muzyki daje się usłyszeć, że plikowiec jest nader gładkim, jak to koledzy na spotkaniu określili, pozbawionym nalotu komputerowości odtwarzaczem. Gdy skonfrontowałem to ze stacjonującym u mnie dzielonym CD-kiem, zachowanie tonacji było bardzo zbliżone, dając bardzo spójny przekaz muzyczny. Jedynym mankamentem, który prawdopodobnie będzie łatwym do wyeliminowania, było lekkie przygaszenie dźwięku, dając uczucie delikatnego braku oddechu i iskry w górnych rejestrach. Co ciekawe, wspomniany efekt był zdecydowanie mniej angażujący u mnie niż w klubie, ale i tu i tam nie była to w żadnym stopniu porażka, tylko nieco inny poziom otwarcia wyższego środka i wysokich tonów, co w zbyt jaskrawych systemach sprawdzi się, jako z utęsknieniem oczekiwane lekarstwo. Gdy tak przysłuchiwałem się poczynaniom Kanadyjczyków, naszła mnie konkluzja pozycjonująca brzmienie nakarmionego plikami testowego seta w estetyce lampy. Barwnie, równo, gładko, ale z nieco utemperowanym atakiem i szaleństwem góry. Oczywiście przytoczone aspekty nie są przypisanymi do wszelkiego rodzaju wyrobów opartych o szklane bańki, ale wizytujące mnie gro z nich zdradzało podobne naleciałości. Dla zobrazowania tematu, weźmy jedną ze zgranych na dysk płyt zespołu EST zatytułowaną „Viatikum”. Patrząc przekrojowo przez całe widmo akustyczne, kompakt i plikowiec szły w bardzo podobnym przekazie z tą tylko różnicą, że nieco większa rozdzielczość tak ważnej dla człowieka średnicy i otwartość blach mojego napędu zwiększały poziom żywiołowości muzyki. Uspokajam jednak zawczasu, że po kilkominutowym odsłuchu bez przełączania, wytykane różnice szybko odchodziły w niepamięć, pozwalając mi zagłębić się w taktach muzyki. BDA i BDP z dwójką na końcu, dostarczyły mi tak równego grania, że nie będę zbytnio rozpływał się nad poszczególnymi pasmami, gdyż patrząc na to całościowo, wszystkie zakresy tak zestrojono, by nawet w najmniejszym stopniu nie generować odczucia oderwania ich od siebie. Na spotkaniu niektórzy słuchacze szukali słabych punktów w tym zakresie, ale znając ich marudność i co ważniejsze udowodnione umiejętności konstruktorskie, czasem robią to na siłę, do czego oczywiście jako pewnego rodzaju opiniodawcy mają pełne prawo. A ja biorąc ich spostrzeżenia na tapetę podczas słuchania u siebie, mam ciekawy bagaż informacji do weryfikacji, co zawsze skrzętnie wykorzystuję. Niekwestionowanym i pozytywnym aspektem produktów z Kanady była budowana szeroka i głęboka scena. Ba, nawet ilość dochodzących z niej informacji mimo wspomnianego braku blasku nie odbiegała od moich oczekiwań. Wszystkie źródła pozorne bez najmniejszych problemów dawały pełną paletę danych na swój temat, bez trudu zdając egzamin z rozdzielczości. Naprawdę, to było angażujące granie i gdy nasi bohaterowie wystąpią w nieco innym zestawieniu – czytaj jaśniejszym, ten przewijający się przez cały opis akcent delikatnego trzymania witalności na wodzy, zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Na koniec naszego spotkania dodam jeszcze, że urządzenia są czułe na okablowanie, co dość łatwo dało się usłyszeć podczas sparingu klubowego. Z uwagi na dwu-pudełkowy zestaw i zabezpieczenie możliwości jego podłączenia, zabrałem z domu swoje sieciówki Harmonix’a (komputerówki to samo zło). Podczas odsłuchów chcąc nieco poeksperymentować, zmieniliśmy je na klubowe Hand Made, ale natychmiastowe odchudzenie, a co za tym idzie osuszenie przekazu, wręcz odruchowo zmusiło nas do powrotu do pierwszej konfiguracji kablowej – oczywiście nie muszę tłumaczyć faktu, że zła reakcja urządzeń na owe druty świadczy oczywiście tylko o braku synergii, a nie ich ułomności jakościowej. Tak więc biorąc pod uwagę bardzo przyjemne, nisko osadzone w barwie granie dostarczonych do recenzji klocków i mając w odwodzie możliwość oddania się procesowi kablologii, zachęcam do posłuchania rzeczonego kompletu plikowego, a może się okazać, iż nieopatrznie wkroczyliśmy na nową audiofilską drogę.

Odpychany do niedawna problemami konfiguracyjnymi miałem ambiwalentny stosunek do podobnych Brystonowi wynalazków. Jednak jak widać na załączonym przykładzie, świat idzie ku lepszemu i nagle okazuje się, że konstruktorzy zaczęli dbać o laików w temacie obsługi. Co więcej, sam dźwięk ewaluuje w dobrym dla mnie kierunku, co jak wiemy, dla każdego zaangażowanego w jakość dźwięku melomana jest bardzo ważnym elementem. Uwolniony od nalotu techniczności przekaz muzyczny pokazuje nam, że pliki nie są takie złe, jak je malują, a to jest już mocno przemawiający za nimi atut. Biorąc na testy zestaw z Kanady, bałem się o wszystko – od odpalenia zestawu, po przyjemność ze słuchania, dlatego bardzo pozytywnie zaskoczony zachęcam zainteresowanych takim formatem do konfrontacji ze swoimi doświadczeniami i oczekiwaniami, a może okazać się, iż właśnie teraz nadszedł ten długo wypatrywany moment zmiany formatu głównego źródła w naszym zestawie audio.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
– wzmacniacz zintegrowany Vitus Audio RI – 100
Kolumny: GAUDER AKUSTIK CASSIANO
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa zasilająca POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Szczerze przyznam, że moje zainteresowanie akcesoriami antywibracyjnymi rozwijało się niemalże równolegle z wkraczaniem w coraz bardziej zaawansowane Hi-Fi. Już w mrocznych odmętach lat 90-ych ubiegłego milenium chcąc zniwelować zgubny wpływ szklanych półek stolika popularnej wtenczas rodzimej manufaktury na drodze poszukiwań i eksperymentów swój system zdecydowałem się posadowić na sorbotanowych nóżkach IXOSa. Oczywiście, gdy tylko złapałem przysłowiowy wiatr w żagle, czyli audiophilia nervosa znalazła odpowiednią pożywkę do rozwoju, sprawy nabrały tempa a lista przesłuchiwanych rozwiązań zarówno komercyjnych, jak i rodem z DIY zaczęła sukcesywnie się wydłużać. Część, jak bardzo ciekawy od względem podejścia do tematu, wyposażony w półki z aluminiowo-winylowego sandwichy stolik Missoni Audio Carpet Stradivari, czy nie tylko poprawiające brzmienie, lecz i szalenie ułatwiające przesuwanie/ustawianie kolumn nóżki Soundcare Superspikes egzystowała, bądź egzystuje (Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform) w moim systemie przez dłuższy czas a część przewinęła się w ramach testów. Czegóż tam nie było – włoskie podstawki Gregiteka, szwedzkie Solid Techy, polskie Franc Audio Accessories Ceramic Disc Classic, czy japońskie pasywne (RST-38H, RAF-48H, RIQ-5010 & RIQ-5010W, SPU8)  i aktywne (RD-3, RIO-5II, RR-777)  Acoustic Revive. Generalnie było w czym wybierać a biorąc pod uwagę, że oferta tego typu akcesoriów cały czas rośnie, jeśli tylko ktoś dysponuje odpowiednią ilością cierpliwości i często nawet niewielkimi środkami finansowymi to może mieć świetną zabawę przez długie, nie tylko zimowe wieczory. Tym oto sposobem doszliśmy do bohaterów niniejszego testów – Stillpoints Ultra Mini.

Ultra Mini to najmniejsze a zarazem najbardziej przystępne cenowo akcesoria antywibracyjne w ofercie Stillpoints i choć dostarczane są w niewielkim, kolorowym pudełku to ze względu na swoje nad wyraz niepozorne gabaryty spokojnie mogłyby się zmieścić w tulei, w jakich sprzedawane są cygara. Oczywiście bez adnotacji o szkodliwości nałogu. Ich zwarta bryła składa się z dwóch elementów wykonanych ze stali – korpusu i przymocowanego na stałe, obrotowego „talerzyka”. Wewnątrz każdego takiego audiofilskiego naparstka umieszczona jest odsprzęgająca ceramiczna kulka a tylko od fantazji i potrzeb użytkownika zależy jak je ustawimy pod swoimi drogocennymi urządzeniami. Przeglądając odmęty internetu natknąłem się na informację, iż producent zapewnia, że przy wykorzystaniu czterech, zamiast trzech podstawek poprawa wyniesie okrągłe 25%. Nie mam bladego pojęcia jak wyglądała metodyka porównań a następnie analiza otrzymanych wyników, lecz mając do dyspozycji komplet czterech podstawek nic nie stało na przeszkodzie by własnousznie zweryfikować powyższe zapewnienia. Patrząc jednak na powyższe deklaracje od wyłącznie od strony ekonomicznej icałkowicie obiektywnie trzeba przyznać, że Wydaje się to dość uczciwe podejście do sprawy, gdyż różnica między setem trzy i czteroelementowym wynosi właśnie 25%. Przy tak niewielkiej powierzchni styku, z jaką mamy do czynienia w przypadku Ultra Mini ustawienie większości urządzeń na trzech sztukach wymagać będzie nie tylko chwili uwagi, lecz również pominięcia firmowych nóżek i znalezienia takich punktów podparcia na płycie spodniej, aby uzyskać jak największą stabilność. Wspominam o tym, gdyż o ile w przypadku Franc Audio Accessories Ceramic Disc Classic górne talerzyki solidnie „trzymały” stawiane na nich urządzenia, to przy Stillpointsach dla świętego spokoju lepiej obsługę przeprowadzać z poziomu pilota aniżeli z panelu frontowego wciskając przyciski. W przypadku top-loaderów, czyli beztackowych odtwarzaczy z płytami ładowanymi od góry (np. Ayon, CEC, Reimyo) sugerowałbym jednak zaoszczędzić sobie nerwów i od razu zaopatrzyć się w zestaw czterech sztuk, podłożyć je i zapomnieć o temacie. Nie wiem jak Państwu, ale mi właśnie spokój ducha i brak obaw, że w którymś momencie odtwarzacz się za przeproszeniem gibnie w zupełności pokryły zarówno deklarowaną przez producenta poprawę brzmienia (aspekt psychofizyczny), jak i były całkowicie adekwatne do różnicy w cenie.

Za to od strony brzmieniowej, parafrazując Winstona Churchilla – jeszcze nigdy w historii Hi-Fi tak wielu (audiofilów) nie mogło zawdzięczać tak wielkiej poprawy tak niewielkim akcesoriom. Może to i zbyt patetyczny i psujący całą niespodziankę wstęp, ale co tam. Stillpointsy po prostu działają i to co robią z dźwiękiem nie sposób rozpatrywać w kategoriach innych aniżeli tylko i wyłącznie pozytywnych. Tutaj nie ma miejsce ani na „ale”, ani na „chyba”.
W pierwszej chwili, po podłożeniu pod CD Ayona 1sx odniosłem wrażenie jakby system zaczął grać minimalnie ciszej. Jednak było to wrażenie o tyle chwilowe, co błędne. Naprędce wykonana weryfikacja zaobserwowanego zjawiska za pomocą powszechnie dostępnego, praktycznie na każdą platformę, oprogramowania do pomiaru docierających do nas dB wykazała zerowe różnice. Bardzo szybko okazało się, że źródło takiego stanu rzeczy leży zupełnie gdzie indziej. To nie głośność uległa zmianie, lecz … z sygnału zostały wyeliminowane zniekształcenia powodujące występowanie artefaktów odpowiedzialnych za natarczywość, ekspansywność dźwięku. Bez powyższych „atrakcji” tło stało się po prostu czarne a brzmienie poszczególnych instrumentów/głosów czystsze, gładsze, bardziej naturalne. Poprawie uległa też konturowość źródeł pozornych i ich lokalizacja na sugestywnie kreowanej scenie. Czy było słychać więcej dźwięków? Niekoniecznie, tu nie o ilość idzie a jakość. Brak szumu tła, tego tła generowanego wraz z sygnałem audio a nie otaczającego nas, w naszym pomieszczeniu sprawiał, że do tej pory ukryte gdzieś w dalszym planie detale stają się bardziej obecne, zauważalne, lecz one nie pojawiają się nagle znikąd, gdyż cały czas tam były, lecz to my nie zwracaliśmy na nie uwagi. Było wyraźniej, lecz nie poprzez wyostrzenie a na drodze oczyszczenia.
Kolejna rzecz – sybilanty. W realnym życiu słyszymy je cały czas. Są języki mniej bądź bardziej „szeleszczące”, są ludzie, nawet wśród muzyków – wokalistów mający wadę wymowy, czyli po prostu sepleniący i jeśli tylko obcujemy z nimi spotykając się, rozmawiając, bądź słuchając ich „unplugged” wszystko jest jak najbardziej OK. Problemy zaczynają się, gdy zasiadamy przed swoim ukochanym sprzętem, włączamy płytę i … sybilanty potrafią zabrzmieć równie przyjemnie, co przejechanie paznokciami po szkolnej tablicy. Obecność Stillpointsów powyższe przejaskrawienia w dość znaczny sposób niweluje. Z premedytacją użyłem sformułowania „niweluje” a nie „łagodzi”, gdyż semantycznie różnica może między powyższymi wyrazami jest niewielka, jednak w audio właśnie takie „niewiele” oznacza być, albo nie być dla konkretnego komponentu. Zatem niwelowanie, wg. Ultra Mini polega nie na zaokrąglaniu, wycofywaniu, czy stępianiu wszelakich syków wydobywających się z ludzkich ust a pozbawianiu ich obecnej w nagraniach kanciastości i granulacji.

Stillpoints Ultra Mini to najbardziej niepozorne z akcesoriów antywibracyjnych, z jakimi mieliśmy do tej pory do czynienia. Jednak akurat w ich przypadku rozmiar praktycznie nie ma najmniejszego znaczenia, gdyż choć ich nie widać działają a efekt ich obecności w torze audio jest zaskakująco … neutralny. Ba, wręcz naturalny, gdyż zamiast przeobrażać dźwięk one dźwiękowi przywracają znaną z brzmienia na żywo naturalność. Czy to dobrze, czy źle muszą Państwo ocenić sami, jednak dla mnie, zupełnie subiektywnie na powyższe zjawisko patrząc efekt jest ze wszech miar pożądany i idealnie wpisujący się w podstawowe założenia Hi-Fi. High fidelity to wysoka wierność, dążenie do jakości jak najbliższej oryginałowi, czyli dźwiękom jakie słyszymy na żywo, najlepiej naturalnym, podanym sauté, jak najmniej przetworzonym, z zachowaniem ich naturalnego smaku i konsystencji. Stillpoints Ultra Mini właśnie to robią – pozwalają odkryć muzykę na nowo w formie, w jakiej z założenia powinna być reprodukowana.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: RCM
Cena: kpl. 3 szt. – 1 750 PLN, kpl. 4 szt. – 2 340 PLN

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sx
– DAC: Bryston BDA-2
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Bryston BDP-2
– Gramofon: Pro-Ject Xtension 9 EVO z ramieniem PJ 9ccEVO i wkładką Ortofon Quintet Black
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Sensor Prelude; Pro-Ject PHONO BOX RS + Power Box RS Phono
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Trilogy 925
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Organic Audio Power Reference
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Wszelkiego rodzaju akcesoria antywibracyjne mają tylko jedno, ale za to bardzo ważne zadanie – izolować odprzęgane przez siebie urządzenie audio od szkodliwych drgań podłoża, mogących niekorzystnie wpłynąć na jakość generowanego przezeń dźwięku. Rozwiązań konstrukcyjnych jest prawie tyle samo ilu producentów i praktycznie każdy produkt wprowadza sobie tylko przypisane zmiany w propagacji fal dźwiękowych korzystającego z jego usług zestawu. Tak więc wszelkie decyzyjne konfrontacje zakupowe należy przeprowadzić na własnym żywym organizmie, gdyż już podłoże startowe naszego mebla bardzo wpływa na kierunek wnoszonych zmian, co w skrajnych przypadkach możemy odbierać nawet jako pogorszenie, a nie wzniesienie się na zakładane, dotychczas nieosiągalne wyżyny brzmienia systemu. Oczywiście pewien zakres oddziaływań w zależności od zastosowanej techniki odprzęgania jest zbieżny dla większych grup i dlatego podobne do dzisiejszego testy zgrubnie nakreślając usłyszane skutki, mają jakikolwiek sens bytu. Inną sprawą jest fakt różnej oceny (od zachwytów, po: „jest trochę lepiej”) działania rzeczonych: podkładek, stopek, platform czy całych stolików, ale jeśli daje się coś wychwycić, mamy niezbity dowód na choćby minimalną moc sprawczą określanych przez przeciwników jako audio – voodoo zabawek. Już jakiś czas temu przestałem się oszukiwać, że są to jedynie czarnoksiężnicze matactwa w świecie realnym i gdy do oceny zaproponowano nam produkt amerykańskiej manufaktury Stillpoints dystrybuowanej przez katowicki RCM, z dużym bagażem wcześniejszych doświadczeń z podobnymi produktami i przez to sporymi oczekiwaniami, w którą stronę podążą nasze systemy, ochoczo przyjęliśmy ofertę. Tak więc, zapraszam na kilka zdań – elaborat byłby raczej nadużyciem – o wpływie najtańszego modelu Ultra Mini na stacjonującą u mnie układankę.

Prezentowane dzisiaj stopy antywibracyjne są wyrobem ze stali nierdzewnej, a swój pomysł na odprzęganie opierają o kulkę. Główny korpus jest czymś w rodzaju ściętego stożka, w którym znajduje się wspomniana adaptacja podparcia kulowego. Od strony postawy wyprowadzono połączenie gwintowe, na które nakręcamy pomagający stabilizację całości talerzyk. Zaletą opisywanego produktu jest możliwość jego różnorodnego zastosowania (trzy opcje): na spłaszczeniu czubka talerzykiem do góry, odwracając całość o 180 stopni lub dzięki wspomnianemu gwintowi wkręcając w urządzenie zamiast oryginalnych nóżek. W zasadzie prosty pomysł, ale jakoś do tej pory nie spotkałem się z tak uniwersalnymi wygaszaczami mikro trzęsień, co tylko potwierdza starą prawdę, że przy tendencji homo sapiens do budowy skomplikowanych konstrukcji, najtrudniej jest nam wymyślić coś bardzo prostego, ale znacznie podnoszącego walory użytkowe. Prawda?   

Z uwagi na fakt występowania różnorodnych atrybutów pod większością moich komponentów, jedynym ale jak się okazało, bardzo owocnym w doznania możliwym miejscem zastosowania testowanych Stillpoints-ów była płaszczyzna pod przedwzmacniaczem liniowym. Ale proszę nie brać tego wywodu lokalizacyjnego jako potwierdzenie mojego lenistwa, tylko z racji stacjonowania w pre lamp elektronowych uzasadniony i bardzo trafny wybór. Przechodząc do sedna sprawy dla choćby minimalnej orientacji w temacie zaznaczę jeszcze, że dzisiejsze podejście testowe różni się od dotychczasowych materiałem na półki nośne używanego stolika. Gdy wcześniejszy mebel katowickiej marki Rogoz Audio jako podłoże do sprzętu wykorzystywał granit (mój świadomy wybór), to obecnie wykorzystywany, pochodzący od krakowskiego Nautilusa – SOLID BASE VI – wyposażony jest w fornirowaną drewnem egzotycznym grubą sklejkę, co diametralnie zmienia punkt startowy i kierunek przesunięć dźwięku stacjonującego na nim sprzętu. Jeśli tego nie weźmiemy pod uwagę, cały mój tekst możemy włożyć między bajki. Ale do rzeczy. Na starcie chcę się szczerze przyznać, że to, co usłyszałem po zastosowaniu amerykańskiej myśli technicznej, podryfowało w nieco innym niż sądziłem wstępnie kierunku. Nie w sensie porażki, tylko niezgodności z uzbieranymi na przestrzeni czasu doświadczeniami. Chodzi mianowicie o fakt prawie standardowego gmerania polepszaczy przy najniższym basie i iskrze w górze pasma, co dostarczony do zaopiniowania produkt w moich warunkach bytowych zdawał się omijać szerokim łukiem. Głównym zakresem, w którym się obracał był środek pasma akustycznego, zdecydowanie poprawiając rozdzielczość tego zakresu i zwarcie na jego graniczących z niskim pomrukami pułapach. Oczywiście pochodną takiej obróbki materiału muzycznego było napowietrzenie sceny muzycznej, ale jak zaznaczyłem na początku, bez zwiększenia ilości górnych rejestrów. Dość dziwne uczucie, które już w idealnie skomponowanych zestawach daje bardzo duże pokłady przyjemności, a przy oczekujących takiej dawki zwiewności przytępionych systemach jest wręcz zbawieniem. Jako że temat dzisiejszego spotkania jest bardzo „śliski” i awanturogenny nawet na zajmujących się sprawami audio portalach internetowych, dla zobrazowania przytoczonej obserwacji posłużę się tylko jedną, ale idealnie pokazującą ten efekt pozycją płytową. A gdzie w takim razie można spodziewać się największych pozytywnych aspektów zastosowania tytułowych Ultra Mini? Ja postawiłem na wokalistykę w muzyce dawnej i przytoczę krążek The Purcell Quartet zatytułowany „Membra Jesu nos tri” oficyny Chaconne. Stali bywalcy naszego portalu zdążyli chyba zauważyć fakt mojej fascynacji ową pozycją, ale to, co do tej pory było cudownym spektaklem kilku porozrzucanych po wirtualnej scenie głosów, niestety zawsze z lekkim nalotem mgiełki pomiędzy nimi, to bohaterskie amerykańskie stopki przecząc swojej nazwie – „Mini”, obficie wydobyły je z tej nieco mętnej wirtualnej otchłani, ale bez zapędów ich karykaturowania. Nagle artyści nadal pozostając na swoich miejscach, jakby nabrali nieco więcej powietrza w płuca i zdecydowanie bardziej namacalnie dla słuchacza wydobyli z siebie zapisane w partyturze partie wokalne. Co ciekawe, nie zmienili tonacji ani ciężaru, tylko zwiększyli odstęp własnego głosu od szumu otaczającej ich aury potocznie zwanej tłem. Bardzo udany i często oczekiwany zabieg dźwiękowy, który występował niezależnie od słuchanego repertuaru, a przy zdecydowanie mniej angażującej reszcie wprowadzanych korekt wydawał mi się najwartościowszym do opisania. Jednak łamiąc nieco wstępne założenie dodam, że czytelność środka musiała przynieść jeszcze jeden ważny niuans. Chodzi mianowicie o likwidację efektu zwanego „byłą” w źle lub zbyt dosadnie osadzonych na przełomie basu i niższej średnicy realizacjach. Na co dzień raczej nie mam z tym problemów, ale to spotkanie z muzyką mocno zminimalizowało ten czasem wstępujący aspekt do poziomu okazjonalności. Oczywiście jak informowałem na początku, co system, posiadany mebel i oczekiwania, to niestety nieco inne realne zmiany. Co wniesie implementacja rzeczonych stopek u potencjalnych nabywców, pokaże jedynie konkretna aplikacja, dlatego nie nudząc zbytnio dalszymi mądrościami, zachęcam do prób, tym bardziej, że efekt jest nieco inny niż byśmy tego oczekiwali.

Dzisiejszy test po raz kolejny wymknął się powszechnym standardom oczekiwań, potwierdzając znaną prawdę: spróbuj u siebie, ponieważ nie wszystko jest takie oczywiste. Wstępne moje założenia wyeliminowania drewna, jako podstawy sprzętu na rzecz wyrobu stalo-pochodnego, sugerowały skrócenie basu i wyostrzenie górnych rejestrów – oczywiście w ramach zdrowego rozsądku, tymczasem startowa propozycja amerykańskiego producenta – Ultra Mini – daje nam lepszy wgląd w nagranie, poprzez zwiększenie rozdzielczości w najwrażliwszym dla człowieka zakresie średniotonowym. Efekt zaskakująco oczekiwany, a jego potrzebę doceniamy dopiero w momencie usłyszenia. Dlatego mimo przekonania o wyśmienitości posiadanego seta, zachęcam do posłuchania, gdyż nagle Wasz świat może stanąć na głowie – oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: GAUDER AKUSTIK CASSIANO
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa zasilająca POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Firma Samsung Electronics zaprezentowała bogatą ofertę telewizorów SUHD TV, wyznaczając nowe standardy jakości treści UHD i zapewniając całkowicie nowy poziom komfortu oglądania. Telewizor SUHD rozpoczyna erę telewizorów wykorzystujących technologię wyświetlania opracowaną przez firmę Samsung, silnik remasterujący SUHD oraz funkcje Smart TV oparte na systemie Tizen.

Innowacyjny telewizor SUHD to milowy krok w rozwoju technologii UHD.  Obce są mu ograniczenia typowe dla starszych wyświetlaczy, dzięki czemu zapewnia doskonałą jakość obrazu, niezwykle głęboki kontrast, olśniewającą jasność i spektakularne kolory.

Telewizory Samsung SUHD wyposażono w wiele nowych, ciekawych funkcji: silnik remasterujący SUHD zapewnia niezrównaną jakość obrazu, stylowy zakrzywiony ekran oferuje niezapomniane wrażenia wizualne, a funkcje Smart TV oparte na systemie Tizen ułatwiają użytkownikom dostęp do ich ulubionych treści.

Dzięki bogatym tradycjom i duchowi innowacyjności wciąż pokonujemy kolejne ograniczenia, oferując użytkownikom nowe możliwości w dziedzinie domowej rozrywki – podkreślił HS Kim, prezes działu wyświetlaczy w Samsung Electronics. Niezależnie od źródła, z którego pochodzą treści, Samsung oferuje najwyższą jakość obrazu w branży, a nowe telewizory SUHD pozwolą nam zachować status lidera. Użytkownicy mogą mieć pewność, że jesteśmy niezwykle zdeterminowani w dążeniu do ciągłego podnoszenia poziomu domowej rozrywki w nadchodzących latach.

Niezrównana jakość obrazu
Dzięki wykorzystaniu opracowanej przez Samsung przyjaznej dla środowiska powłoki nanokrystalicznej oraz inteligentnego silnika remasterującego SUHD zapewniającego doskonałą jakość obrazu telewizory Samsung SUHD oferują niezrównany kontrast, jasność, reprodukcję barw i poziom szczegółów, a wszystko to z myślą o najwyższym komforcie oglądania.

Nanokrystaliczny półprzewodnik telewizora SUHD TV transmituje światło o różnej barwie w zależności od długości fali, umożliwiając najdoskonalsze odwzorowanie barw i największą efektywność świetlną wśród dostępnych dziś odbiorników. Technologia ta pozwala uzyskać szeroką gamę bardziej naturalnych kolorów, oferując użytkownikom 64 razy lepszą ekspresję kolorów niż w przypadku konwencjonalnych telewizorów.

Silnik remasterujący SUHD automatycznie analizuje jasność obrazów w celu ograniczenia dodatkowego zużycia energii, oferując optymalny kontrast i pozwalając na uzyskanie głębokiej czerni i większej jasności (biel jest 2,5-krotnie jaśniejsza niż na ekranie konwencjonalnego telewizora). Liczbę punktów dopasowania koloru zwiększono dwukrotnie z myślą o niezwykle wiernym odwzorowaniu barw.

Dzięki współpracy z 20th Century Fox, czołowym hollywoodzkim studiem filmowym, firma Samsung mogła zoptymalizować dostępne treści tak, aby spełniały najwyższe standardy jakości SUHD.

Ostatnio firma Samsung nawiązała współpracę z Fox Innovation Lab, w ramach której – specjalnie z myślą o telewizorach SUHD – zremasterowane zostały liczne sceny filmu Exodus. Efekt był spektakularny, film zyskał bardziej nasycone kolory i niezwykle realistyczne sceny.

Ponadto w telewizorach Samsung SUHD wykorzystano przyjazne dla środowiska technologie zapewniające najwyższą w klasie efektywność energetyczną i niezawodność.

Wyrafinowany i udoskonalony zakrzywiony ekran
Gdy w roku 2013 firma Samsung wprowadziła na rynek telewizor o zakrzywionym ekranie, jakość domowej rozrywki niezwykle wzrosła. Inspiracją dla niezwykłego kształtu telewizora Samsung, zaprojektowanego w duchu minimalizmu, była nowoczesna sztuka i architektura.

Telewizor Samsung SUHD TV JS9500 wyróżnia się zaprojektowaną przez Samsung fazowaną ramką, która nadaje ekranowi większą głębię i sprawia, że zawieszony na ścianie telewizor wygląda jak dzieło sztuki.

W przypadku modelu SUHD TV JS9000 dopracowano również wygląd tylnego panelu, któremu nadano efektowny, falisty kształt, dzięki czemu telewizor prezentuje się niezwykle stylowo z każdej strony.

Nowy telewizor Smart TV to nowa definicja przyszłego centrum rozrywki
Od 2015 roku wszystkie telewizory Samsung Smart TV, w tym nowy telewizor SUHD, będą oparte na otwartej platformie Tizen obsługującej standard sieciowy dla rozwoju aplikacji TV. Dzięki wykorzystaniu systemu Tizen nowa platforma Smart TV firmy Samsung nie tylko oferuje wiele nowych funkcji, lecz także pozwala użytkownikom na intuicyjny dostęp, zapewniając im bardziej zintegrowane centrum rozrywki oraz znacznie większy wybór treści.

    Nowy interfejs użytkownika Smart Hub firmy Samsung jest bardziej elastyczny oraz interaktywny, co ułatwia użytkownikom dostęp do żądanych treści. Uproszczono go do jednego ekranu, na którym wyświetlane są elementy wykorzystywane ostatnio przez użytkownika oraz indywidualnie dobrane rekomendacje kolejnych opcji rozrywki.

    Dzięki funkcji Quick Connect Samsung Smart TV automatycznie rozpoznaje smartfony Samsung po sparowaniu urządzeń za pomocą technologii BLE (Bluetooth Low Energy). Treści wideo można przesyłać ze smartfona Samsung do telewizora Smart TV po naciśnięciu przycisku. Użytkownicy mogą oglądać telewizję na swoich urządzeniach mobilnych bez konieczności pobierania żadnych aplikacji ani wprowadzania skomplikowanych ustawień.

    Konsumenci zyskają dostęp do filmów i programów telewizyjnych w jakości UHD dostarczanych przez takich operatorów jak Amazon, Comcast, DIRECTV i M-GO. Ponadto firma Samsung we współpracy z M-GO, spółką joint venture założoną przez Technicolor i DreamWorks Animation, oferującą wysokiej jakości usługę TVOD, uruchomiła nową usługę pobierania filmów UHD wykorzystującą istniejący pakiet wideo UHD. Usługa pobierania wykorzystuje standardy stowarzyszenia SCSA (Secure Content Storage Association). W 2015 roku usługa ta umożliwi dostęp do najwyższej jakości treści — zarówno w telewizorach Samsung SUHD, jak i UHD.

    Samsung Sports Live pozwala na oglądanie transmisji imprez sportowych i jednoczesne śledzenie wyników zespołów i poszczególnych zawodników na tym samym ekranie. Samsung nawiązał także współpracę z globalnymi producentami gier w celu stworzenia obszernego i zróżnicowanego katalogu.

    Samsung wprowadza autorską platformę Milk Video umożliwiającą klientom odkrywanie, gromadzenie i łatwe udostępnianie najlepszych filmów zamieszczonych w Internecie. Milk Video to aplikacja oferująca dostęp do najpopularniejszych i najciekawszych wideoklipów publikowanych w Internecie oraz do płatnych treści dostarczanych przez coraz liczniejszą grupę (obecnie prawie 50) partnerów.

    Posiadacze telewizorów Samsung Smart TV mogą rozpocząć dzień nieco łatwiej dzięki funkcji Briefing on TV. Samsung Smart TV może pełnić funkcję budzika — dzięki synchronizacji z urządzeniami mobilnymi Samsung telewizor włączy się w wyznaczonym czasie, a na dużym ekranie wyświetlone zostaną istotne informacje, takie jak godzina, plan na dany dzień oraz informacje o pogodzie.

    Platforma Samsung oparta na systemie Tizen pozwala na włączenie odbiorników Smart TV Samsung do znacznie większego ekosystemu treści, umożliwiając łatwą współpracę z wieloma partnerami przy maksymalnej elastyczności i bezkonkurencyjnej dostępności.

    Kompatybilność systemu Tizen z innymi urządzeniami sprawia, że Smart TV Samsung może stać się centrum sterowania inteligentnym domem. Nowy Smart TV Samsung z systemem Tizen wyznacza standard dla przyszłych odbiorników Smart TV, podnosząc jakość doznań związanych z korzystaniem z tej formy rozrywki.

Samsung wprowadzi na rynek trzy serie telewizorów SUHD — JS9500, JS9000 i JS8500 — o dziewięciu różnych przekątnych ekranu (od 48 do 88 cali), dzięki czemu klienci oczekujący doskonałej jakości obrazu będą mogli wybrać telewizor, który najlepiej odpowiada ich potrzebom.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Ponieważ stary, 2014 rok zakończyliśmy nad wyraz przystępnymi cenowo, przynajmniej jak na nasze standardy, acz uczciwie trzeba przyznać, że świetnie wyglądającymi i jeszcze lepiej grającymi kolumnami Audio Solutions Rhapsody 80, tegoroczne rozdanie postanowiliśmy rozpocząć od prawdziwej stratosfery ultra high-endu. Mając doskonale w pamięci brzmienie jubileuszowego systemu Accuphase’a co jakiś wracaliśmy do niego i za każdym razem zastanawialiśmy się z Jackiem czy można byłoby pójść o krok dalej, bądź jak topowe japońskie urządzenia zagrałyby z większymi/lepszymi/innymi kolumnami. Jednak okres gdybania i wspominek minął w momencie, gdy udało nam się wygospodarować nowe/większe/lepsze pomieszczenie odsłuchowe. 35 metrów kwadratowych na planie oktagonu, 3,20 m wysokości otwierało przed nami nowe możliwości, z których czym prędzej postanowiliśmy skorzystać. Oswajanie nowego pokoju ochrzczonego roboczo OPOS (Oficjalny Pokój Odsłuchowy SoundRebels) rozpoczęliśmy od odsłuchów tubowych Odeonów z elektroniką Thrax Audio. Bardzo szybko okazało się, że akustyka pomieszczenia i jego kubatura spokojnie powinny poradzić sobie ze zdecydowanie większymi zestawami, więc czym prędzej postaraliśmy się o budzący respekt (i ból pleców) kompletny system T+A HV Series. Tym razem również nie odnotowaliśmy żadnych, nawet najmniejszych problemów z tzw. „zmieszczeniem się” dźwięku. Skoro zatem T+A CWT 2000 nie okazały się za duże, to może … i w tym momencie już wybierałem numer do krakowskiego Nautilusa. Tym oto sposobem, w pewien mroźny sobotni wieczór mogliśmy zamiast wygrzewać nasze stare kości przy kominku trochę się poruszać i razem z dwuosobowym (włącznie z samym właścicielem – Panem Robertem Szklarzem) przedstawicielstwem dystrybutora „trochę” się poruszać wnosząc i rozstawiając kilkaset(!!!) kilogramów audiofilskich precjozów. Tak jest – kilkaset, nie przewidziało się Państwu. Sytuację mam nadzieję wyjaśni pełny skład pierwszego w 2015 roku opisywanego przez nas systemu marzeń – elektronika Accuphase: transport DP-900, przetwornik DC-901, przedwzmacniacz C-3800, monobloki M-6000 i dostarczony chwilę później korektor akustyki DG-58. Powyższy szampańsko złoty set okablowany został topowymi przewodami zasilającymi Acrolinka i sygnałowymi Siltecha, do których końców zostały podpięte … strzeliste, smukłe, przepiękne i majestatyczne Dynaudio Evidence Platinum. Jednak po kolei. Żeby posłuchać najpierw trzeba było się nanosić a potem złożyć w jakąś sensowną całość.

Jeśli komuś wydaje się, że tego typu zagadnienia natury logistycznej można ogarnąć w pojedynkę, lub nawet w dwie osoby, to od razu, lojalnie uprzedzam, że się nie da. Trzy a najlepiej 4 osoby i tak będą miały co robić a przy blisko dwumetrowych, ważących 115 kg (szt) Dynaudio obecność takiej asysty staje się po prostu konieczna. Całe szczęście ustawianie elektroniki na zaprojektowanym niemalże pod wymiar stoliku Base VI okazało się się czystą przyjemnością, gdyż podklejone filcem nóżki suwały się po lakierowanych na wysoki połysk blatach niczym tzw. „czajniki” po lodzie podczas zawodów curlingowych. Problemów nie było również podczas okablowania całości, co na tych pułapach zaawansowania technologicznego i niestety cenowego wcale nie jest takie oczywiste, o czym mieliśmy okazję przekonać się podczas testów systemu T+A, w którym krytyczne znaczenie miała nie tylko oczywista zgodność polaryzacji przewodów zasilających, lecz również kolejność spinania ze sobą poszczególnych komponentów. Jedynymi opcjami na jakie mieliśmy wpływ były umiejscowienie w torze korektora i jego włączenie, bądź wyłączenie. Koniec końców DG-58 wylądował pomiędzy przedwzmacniaczem C-3800 a monosami M-6000. Dzięki temu mogliśmy kompensować ewentualne anomalie naszego pomieszczenia nie tylko ze źródeł cyfrowych, ale i z analogu.

O wyglądzie elektroniki Accuphase’a trudno napisać cokolwiek więcej aniżeli to, co zostało już napisane. Przywiązanie do tradycji, firmowych, wypracowanych przez lata rozwiązań i zmiany dokonywane na drodze ewolucji to główne cechy, z jakimi ta japońska marka może a co najważniejsze kojarzy się osobom zainteresowanym w temacie. Dodatkowo nie chcąc się powtarzać spragnionych detali odsyłamy do naszej wcześniejszej recenzji DP-900 + DC-901 + C-3800  a tym razem skupimy się na nowych (przynajmniej dla nas) urządzeniach. Pierwszym jest wspominany korektor akustyki DG-58 a kolejnymi monofoniczne końcówki mocy M-6000.

DG-58 jest czwartą generacją urządzeń określanych przez producenta, jako Digital Voicing Equalixer. Począwszy od debiutującego w 1997r. DG-28, poprzez DG-38 i DG-48 z każdym nowszym, lepszym modelem wzrastały możliwości, moc obliczeniowa i skala wprowadzanych zmian. Bateria 40-bitowych procesorów DSP jest w stanie na bieżąco a więc w czasie rzeczywistym analizować otrzymywany sygnał a obecność na pokładzie ośmiu wyczynowych 32 bitowych układów ES9018 umożliwia zastąpienie nim konwencjonalbego przetwornika. Dodatkowo użytkownik może zapisać w pamięci urządzenia 30 presetów z własnymi ustawieniami, np. w zależności od ilości osób uczestniczących w odsłuchu, czy też innych całkowicie spersonalizowanych preferencji. Niezaprzeczalnym ułatwieniem okazuje się duży (7”) ekran dotykowy, na którym z pomocą dedykowanego rysika można wykreować (brzmi zdecydowanie lepiej niż narysować) własną charakterystykę korekcji. A właśnie ekran. Zanim podpięliśmy w tor, a raczej zanim nawet pojawił się w naszym testowym systemie zastanawialiśmy cię czy tak imponujący, jak na klasyczny gabarytowo komponent, display nie przytłoczy swoją obecnością, nie zaburzy zachowawczej linii frontu. Bardzo szybko okazało się, że w żadnym wypadku a całość prezentuje się nadspodziewanie spójnie. Firmowa płyta frontowa została zespolona ze spokojną szarością panelu sterowania z koniecznymi do obsługi wielofunkcyjnym kółkiem nastaw i sześcioma niewielkimi przyciskami zlokalizowanymi po prawej stronie centralnie usytuowanego ekranu i podświetlonym logiem producenta i gniazdem mikrofonowym po prawej stronie ekranu. Tył urządzenia przedstawia się również zdecydowanie mało kontrowersyjnie. Odseparowane od siebie interfejsy cyfrowe i analogowe podzielono dodatkowo na czytelne sekcje wejść i wyjść, przy czym w domenie cyfrowej wbić się do niego i wyjść możemy poprzez dedykowane – firmowe, obsługujące również sygnał DSD, gniazdo HS-Link, oraz już konwencjonalne terminale coaxialne i optyczne. Sekcja analogowa to dostępne zarówno w wersjach XLR, jak i RCA pary we/wyjść. Nie można tez zapomnieć o gnieździe USB, w które można wpiąć pendrive’a w celu zapisywania poszczególnych charakterystyk i pomiarów. I jeszcze jedno. W komplecie nie zabrakło dedykowanego mikrofonu AM-48, z którego pomocą należy dokonywać stosownych pomiarów, lecz akurat tym razem zdaliśmy się na fachowość dystrybutora przyglądając się jedynie jego pracy. W końcu wszystko miało być ustawione na tip top.

Szczerze powiem, że pomimo mojego wcześniejszego zachwytu A-klasowymi monosami A-200 widok M-6000 sprawił mi jeszcze większą przyjemność i to już bez, nawet najmniejszego „ale”, gdyż są to klasyczne, pełnokrwiste Accu, których design się kocha, bądź nienawidzi. Osobiście należę do pierwszej grupy i obcując z wyposażonymi w bargrafy 200-kami cały czas tęskniłem za klasycznymi wskaźnikami wychyłowymi, z których przecież Accuphase słynie. Takowe wskaźniki (VU-meter) w eMkach są i chwała konstruktorom za to. Pod taflą, za którą w rytm muzyki wesoło podryguje podświetlona bursztynowym światłem wskazówka centralnie umieszczono włącznik główny, po którego lewej stronie znalazło się niewielkie pokrętło trybu pracy VU-metera, a po prawej niewielki przycisk umożliwiający wybór wejść i bliźniacze do lewego pokrętło siły wzmocnienia (gain). Ściana tylna oprócz iście monstrualnych, zakręcanych pojedynczych zacisków głośnikowych oferuje podwójne, zdublowane wejścia w standardzie RCA i XLR, oraz przydatny w przypadku spinania z elektronika innych producentów przełącznik polaryzacji. Oczywiście zarówno na froncie, jak i z tyłu nie zabrakło nader pomocnych przy przenoszeniu tych blisko 40 kg. kolosów uchwytów.

Warto za to poświęcić choćby chwilę na jakże urocze i zgrabne kolumny, jakimi bez wątpienia są Dynaudio Evidence Platinum, które swoją światową premierę miały w maju 2012 r. podczas monachijskiego High Endu a do seryjnej, jeśli w ogóle o czymś takim w przypadku tak niemalże jednostkowo wytwarzanych modeli można mówić, produkcji trafiły w listopadzie. Te ręcznie wykonywane w macierzystym, duńskim zakładzie w Skanderborgu kolosy wyposażono w specjalnie pod ich kątem zaprojektowane przetworniki niskotonowe 18W75 Evidence, parę (!) najlepszych przetworników wysokotonowych Dynaudio Esotar2. Podobnie jak woofery, również przetworniki średniotonowe o średnicy 15 cm wykonano z materiału MSP (Magnesium Silicate Polymer) – opracowanego w laboratoriach Dynaudio i zdublowano je, aby zachować pełną symetrię z parą wysokotonowców. Tym oto sposobem uzyskano ośmiogłośnikowe, blisko dwumetrowe (194 cm) monstra, które dotarły do nas wyposażone nie tylko w imponujące stopki, z których każda uzbrojona była w trzy kolce, ale również w zapobiegliwie przygotowane przez dystrybutora ciężkie granitowe płyty, bez których ewentualne zmiany dogięcia i precyzyjne ustawienie nie byłyby praktycznie możliwe.
Za całkiem pokaźną masę kolumn odpowiada nie tylko ich nader słuszny rozmiar i ilość, oraz układy magnetyczne zamontowanych w nich przetworników, lecz również solidność i bezkompromisowość samej obudowy. Wystarczy wspomnieć o 4 cm aluminiowych frontach, i całkowitemu odizolowaniu centralnie umieszczonej sekcji średnio – wysokotonowej z finezyjnie ukształtowaną ścianą przednią.

Już na wstępie pozwolę sobie na małą, noszącą śladowe znamiona retrospekcji, dygresję dotyczącą ewentualnych różnic pomiędzy poszczególnymi formatami. Choć niniejsza recenzja opierać się będzie wyłącznie na odsłuchach prowadzonych z użyciem srebrnych krążków, to skoro Accuphase zaimplementował w swoich urządzeniach funkcjonalność umożliwiającą odtwarzanie, oraz … przesył, wbrew pozorom jedno niekoniecznie musi iść w parze z drugim, „gęstego” materiału DSD ciężkim grzechem zaniedbania byłoby z możliwości porównania nie skorzystać. Dodatkowo sprawa bardziej „wyżyłowanego” formatu nie dawała nam spokoju od wcześniejszego, wspominanego we wstępie testu jubileuszowego zestawu Accu, gdy niestety nie dysponując dedykowanym/firmowym HS-Linkiem zgodnie uznaliśmy, że skoro nie dostaliśmy go w komplecie wraz z elektroniką, to nie będziemy uskuteczniali domorosłej partyzantki profanując topowy odtwarzacz ordynarną komputerową skrętką (CAT.5). Ale, jak to mówią „co się odwlecze, to …” i tym razem fioletowo-błękitny kabelek Acoustic Revive dotarł.
Posiadając w swojej kolekcji kilka hybrydowych krążków czym prędzej po nie sięgnąłem i już po kilku minutach prób jasnym stało się, że wybór pomiędzy CD a SACD jest mniej więcej taki, jak między Beaujolais nouveau, do którego mam akurat ewidentnie ambiwalentny stosunek, gdyż co roku staram się do niego przekonać, jednak każdorazowo spotyka mnie rozczarowanie, a dobrym rocznikiem Primitivo, na którym do tej pory się nie zawiodłem.  Postanowiłem, zatem nie kombinować i mając wybór ograniczyć się do gęstych warstw srebrnych krążków, nie dywagując zbytnio nad tym , czy to warstwa gęsta jest tak obłędna, czy też warstwa CD została specjalnie zapisana gorzej. Fakt był faktem, jeśli były dwie warstwy odtwarzacz preferował gęstą odwdzięczając się brzmieniem o co najmniej klasę lepszym i tyle.
Podobnie było w przypadku dostarczonego w późniejszym okresie korektora akustyki DG-58. Już bez niego system Accuphase’a z Dynaudio sprawiał, że częstotliwość moich wizyt w OPOSie gwałtownie wzrosła, lecz po odpowiedniej konfiguracji i optymalnej implementacji w torze jasnym stało się, że w dramatycznej większości przypadków jego aktywacja wywoływać będzie mój szeroki uśmiech. Dźwięk zyskiwał na motoryczności, lekkiemu przybliżeniu podlegał pierwszy plan a co najważniejsze poprawiała się konturowość, definicja najniższych składowych, co np. w przypadku repertuaru Dream Theater okazywało się przysłowiową kropką nad „i”. Dodatkowo nie chcę w tym momencie bawić się we wróża rodem z TV Ezoteryka, ale … jeśli tylko Accuphase kiedykolwiek będzie planowało rozszerzyć ofertę o streamer, to dawcę interface’u i obudowy już ma. Do wyświetlania okładek i nawigacji nawet z kilku metrów będzie co najmniej O.K. Nie wybiegajmy jednak zbyt daleko w przyszłość i wróćmy do naszego systemu, bo jest po prostu do czego.

Pomimo nad wyraz optymistycznych danych w materiałach instruktażowych dostarczonych wraz z kolumnami, co do zalecanych minimalnych mocy podpinanych pod Evidence’y amplifikacji zaczynających się na 20W (4 Ω) przy odległości od kolumn wynoszącej 3m a kończącej na 250W przy 10 metrowym dystansie, uznaliśmy zgodnie, że 300W przy (4 Ω) oferowane przez M-6000 wydaje się być w zupełności wystarczające i nie szukaliśmy dziury w całym, tylko zajęliśmy się słuchaniem muzyki.
Odsłuchy zacząłem od dość nietypowego dla siebie repertuaru, gdyż na bezszelestnie wysuwającej się tacce transportu wylądował barokowy repertuar w wykonaniu Palladians – „The Devil’s Trill”. Wydany przez Linna na hybrydowym krążku Tartini zabrzmiał z niespodziewaną werwą i energią, choć całe szczęście bez adekwatnej do gabarytów potężnej amplifikacji i strzelistych kolumn podświadomie spodziewanej, iście hollywoodzkiej gigantomanii. Zamiast wyolbrzymienia i samplerowego, sztucznego „nadmuchania” źródła pozorne miały zgodne z rzeczywistymi rozmiary, za to elementem, który niezaprzeczalnie wybił się ponad normę była przestrzeń, a dokładnie jej niesamowita głębia. Czegoś takiego nie słyszy się na co dzień i na pewno nie z systemów za mniej niż milion. Oprócz lekko onieśmielającej głębokości i szerokości sceny nie sposób nie wspomnieć o czymś zupełnie oczywistym podczas odsłuchu na żywo, za to niezwykle często uśrednianym, bądź nawet w znacznym stopniu upośledzonym w domowych zestawach audio – o umiejętności poprawnego oddania umiejscowienia poszczególnych źródeł pozornych na osi pionowej. Efekt ten był o tyle istotny, iż deski, po których stąpali artyści, na których rozstawili swoje instrumenty wcale nie znajdowały się na poziomie naszej, redakcyjnej podłogi, lecz jakiś metr, półtora nad nią. Własna sala koncertowa? Nasza mała, prywatna La Scala? Blisko, niebezpiecznie blisko. Odsłuch highlightsów z „Il Trovatore” przywrócił do grona żywych wielkiego Luciano Pavarottiego, który przechadzając się po scenie z uniesieniem wyśpiewywał przepiękne arie.
Powyższy efekt równie przekonująco wypadł na zdecydowanie bardziej „intymnym” repertuarze zaprezentowanym przez Susan Wong („I Wish You Love” RM080S) i Natalie Cole („Ask a Woman Who Knows”). Dopalenie, podkręcenie saturacji na średnicy ze szczególnym uwzględnieniem głosów wokalistek sprawiły, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki można było poczuć się jak we wnętrzu niewielkiego jazzowego klubu siedząc sobie w wygodnej wyściełanej loży z lampką ulubionego trunku w ręku. Na Dire Straits („Brothers In Arms” 20th Anniversary Edition) działanie korektora odczuwalne było również głównie na przełomie średnicy i wysokich tonów, co z jednej strony przyjemnie uatrakcyjniało przekaz i warstwę emocjonalną nagrań a jednocześnie, dzięki rozświetleniu wysokich tonów nadawało całości otwartości.
Zasadność użycia DG-58 okazała się dopiero dyskusyjna przy „Familiar” Brooke Miller wydanym przez Stockfischa. Jak realizowane są płyty sygnowane zębatą rybką wiedzą chyba wszyscy zainteresowani, oraz bywalcy wszelakich imprez masowych w stylu Audio Show, czy Munich High-End. Dźwięków na nich jest z reguły tak … ok. 50% więcej niż na „normalnych” płytach, za to muzyki … z tym bywa różnie. Już bez korekcji ilość informacji docierających do słuchacza była lekko przytłaczająca, lecz z korekcją efekt wypadł karykaturalnie. Całe szczęście płytę tę przygotowałem wyłącznie w ramach eksperymentu i niespecjalnie miałem ochotę się w nią wsłuchiwać dłużej, aniżeli było to konieczne.
Dość jednak eteryczności, grą ciszą i działającego niczym pawulon rozleniwiającego plumkania. Symfonicznie, z powalającym rozmachem zrealizowany album „S&M” Metallicy, czy wydany na złocie soundtrack z „Gladiatora” w tzw. okamgnieniu obudziły w testowanym systemie bestię zdolną burzyć ściany, kruszyć rodowe skorupy i ryczeć niczym wygłodniały T-Rex zbiegły z „Jurassic Park”. Już spokojne, otwierające koncertowy album „The Ecstasy of Gold” autorstwa Ennio Morricone otwierało przed słuchaczem ogrom wnętrza Berkeley Community Theatre a spontanicznie reagująca widownia nie pozwalała na nawet najmniejszą chwilę wytchnienia. Potężna, niemalże przygniatająca ściana dźwięku budowana przez strzeliste Evidence’y w nader dosłowny, namacalny sposób dawała poczuć, co oznacza wspomagana heavymetalową zadziornością moc wielkiej orkiestry symfonicznej. Podobnie w „Gladiatorze” powoli wprowadzające w klimat „Progeny” jest tylko preludium do piekła, jakie ma się rozpętać w „The Battle”. Tutti orkiestry i ryk waltorni szczelnie wypełniły nasz pokój dźwiękiem wgniatającym w fotel i wprost zapierającym dech w piersiach. Zero kompresji, zero przeskalowania znanego z zestawów Hi-Fi, po prostu prawdziwy, pełnokrwisty High-End w swoim najczystszym, ekstremalnym wydaniu.

Na koniec zostawiłem jeszcze jeden dość istotny, acz niewidoczny na pierwszy rzut oka, szczegół a mianowicie listwę sieciową. Pierwsze iście rozgrzewkowo – akomodacyjne odsłuchy prowadziliśmy z wyrobem pewnej znanej i przez wielu uznawanej marki zza oceanu. Jak bardzo szybko, a przy tym boleśnie przyszło nam się przekonać jej wpływ był równie zauważalny, co … negatywny. Pomijając fakt natychmiastowego jej pominięcia w torze zasilającym końcówki i tak i tak zmuszeni byliśmy godzić się na dość drastyczną kompresję i spadek motoryczności aklimatyzującego się systemu. Najoględniej rzecz ujmując bezdyskusyjnie i w pełni zasługujący na miano systemu marzeń set przez kilkanaście godzin pracował tak, jak ja w momencie gdybym zamiast wygodnego T-shirta XX(X?)L zmuszony byłbym do wciśnięcia się w opiętą do granic możliwości koszulę o kroju slim-fit (nie wiem co za pojazd chrystusowy wymyślił ten szatański wynalazek) z kołnierzykiem 39 zamiast zwyczajowego 43. Co najmniej lekkie niedotlenienie gwarantowane. Całe szczęście stan taki nie trwał zbyt długo a ratunkiem okazała się dostarczona wraz z korektorem akustyki (o którym zdążyłem już się wypowiedzieć) jeszcze przedprodukcyjna wersja listwy Power Base HighEnd z dedykowaną … podstawką (widoczne na dwóch ostatnich zdjęciach znajdujących się w części opisu przygotowanego przez Jacka). Tak, tak, proszę się nie śmiać obecność tego wzorowanego i wykonanego zgodnie ze wskazówkami konstruktorów z Acoustic Revive akcesorium nader zauważalnie wpływała na walory soniczne okablowanego wewnątrz skromnej, acz niezaprzeczalnie eleganckiej obudowy Acrolinkiem 7N-PC9500 „rozgałęziacza”. Szerzej o tej rodzimej konstrukcji postaramy się rozpisać w późniejszym terminie, ale jedno co warto podkreślić to brak jakiejkolwiek degradacji zarówno dynamiki, jak i rozciągnięcia, zejścia najniższych składowych. Jedynie co można zauważyć, to pewien firmowy sznyt, pochodna użytego wewnątrz okablowania Acrolinka, które nie zaokrąglając najwyższych dźwięków sprawia, że mienią się one cieplejszymi, niemalże złotymi barwami.

Kontakt z systemami tej klasy co powyższy poszerza nasze horyzonty, podnosi poprzeczkę dla następców i ustawia punkt odniesienia do kolejnych porównań. Krótko mówiąc same plusy. Problemy niestety pojawiają się w chwili, gdy absolut, który bardzo szybko stał się dla nas codzienną oczywistością trzeba spakować. Pal sześć uciążliwości natury logistycznej związane z ponownym targaniem kartonów i skrzyń mogących pomieścić pełne uzbrojenie ostatniej odsłony „Niezniszczalnych”. Chodzi przede wszystkim o pustkę, jaką po sobie zostawia, lukę, której z pewnością długo nie będziemy w stanie zapełnić i ewidentną traumę, którą tylko czas potrafi złagodzić. Do takich momentów trzeba podchodzić na spokojnie, wytłumaczyć samemu sobie, że wakacje się skończyły i trzeba wracać do szarej rzeczywistości. Tak, tak – wakacje. Możliwość obcowania z topową elektroniką Accuphase’a, stojącymi niemalże na szczycie cennika Dynaudio i jubilerskim okablowaniem Siltecha i Acrolinka nawet dla nas, zblazowanych i zepsutych do szpiku kości miłośników High-Endu było niczym wygrana dwóch tygodni w luksusowym szwajcarskim kurorcie The Chedi Andermatt. Własny lokaj pilnujący i przygotowujący narty, ogrzewający buty przed jazdą, limuzyna zawożąca i odbierająca ze stoku, prywatne spa w kilkusetmetrowym apartamencie i zapełniona po sufit piwniczka z wybornymi trunkami to mniej więcej odpowiednik tego, czego mogliśmy w ciągu kilkunastu dni doświadczyć w ramach naszych audiofilskich wakacji nie ruszając się nawet na krok. Oby takie regenerujące turnusy w naszym soundrebelsowym kalendarzu pojawiały się jak najczęściej, czego zarówno Państwu, jak i sobie samym z całego serca życzymy.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Usłyszeć podczas prezentacji w salonie lub na wystawie, potwierdzić wyrafinowanie we własnym zaciszu domowym, odłożyć odpowiednią ilość gotówki, zakupić, posłuchać kilku ulubionych płyt i z przekonaniem o zadośćuczynieniu ciężkiego żywota na tym ziemskim padole, przy taktach najwspanialszych fraz muzycznych naszych zbiorów z niekłamaną przyjemnością przekroczyć granice Hadesu. Tak w skrócie opisałbym niespecjalnie optymistyczny, ale możliwy i w pełni usprawiedliwiony koniec poszukiwań „Świętego Graala”, po spotkaniu z najdroższym jak do tej pory w naszych redakcyjnych progach „Systemem marzeń”. I patrząc na to zupełnie poważnie, to czy nasze spełnione, pielęgnowane przez całe audiofilskie życie pragnienia nie mogą być warte tak pięknego zejścia? Sądzę, że owa wyliczanka spokojnie mogłaby być bardzo bliskim prawdy odzwierciedleniem związków przyczynowo-skutkowych wizyty zestawu topowej elektroniki japońskiej marki Accuphase, napędzającej również topowe konstrukcje głośnikowe duńskiej manufaktury Dynaudio w okowach wrażliwego, targanego rozterkami żywota audiofila. Na szczęście jestem w na tyle w komfortowej sytuacji, że bez tak opętańczych myśli, dzięki krakowskiemu Nautilusowi, mogłem zakosztować wspomnianego zestawienia, by dać zaczyn dzisiejszych uniesień myślowych, gdzie odczytem i przetwarzaniem danych z płyty CD zajmowało się dzielone źródło DP-900/DP-901, wstępnym wzmocnieniem sygnału opiekował się przedwzmacniacz liniowy C-3800, by w dalszej drodze pałeczkę przejął będący najnowszym dzieckiem japońskiej marki korektor akustyki DG-58, przekazując następnie efekt swojej pracy topowym końcówkom mocy M-6000, które trzymały na wodzy kolumny DYNAUDIO EVIDENCE PLATINIUM. Ok, wystarczy tych pochwalnych ciągów literowych, które już na wstępie, z czystym zamierzeniem nieco ustawiają dalszą część testu. Ale do rzeczy.

Z uwagi na rozpoznawalność marki Accuphase opis organoleptyczny skrócę do niezbędnego minimum i wspomnę jedynie, że kolorystyka kontynuuje rozpoczęty przed wielu laty trend aluminiowego delikatnie szczotkowanego i anodowanego na złoto frontu z różnej wielkości – w zależności od urządzenia – okienkami informacyjnymi. Wszystkie wspomniane informatory są zespołami diod, liczników, piktogramów, podświetlanych logotypów marki i wskaźników wychyłowych, a ich byt definiują zadania jakie zostały im powierzone. Dodatkowymi, ułatwiającymi sterowanie elementami widniejącymi na przednich ściankach są różnego rodzaju włączniki, pokrętła i uchwyty. Masywne obudowy, jak przystało na komponenty ceną przyprawiające o zawrót głowy są udekorowane wstawkami z egzotycznego naturalnego forniru lakierowanego na wysoki połysk. Nie da się przejść nad tym aspektem do porządku dziennego, a jeśli ktoś w opisie ostentacyjnie pominie fakt wyśmienitego wykończenia, będzie albo zwyczajnie zazdrosny, albo wychowankiem nowoczesnej bylejakości wizualnej. Ja twierdzę z całą stanowczością, że w tym przypadku mamy do czynienia z dziełami sztuki wzorniczej. Kończąc akapit wizji lokalnej, dodam, że w oddających spore ilości ciepła końcówkach mocy, górny płat wraz z bokami wykonano również z aluminium w brązowo-satynowym odcieniu, a korektor akustyki przy podobnym matowo-brunatnym sznycie wglądu dachu, otrzymał połyskujące brązem boczne ścianki. Tylne panele poszczególnych urządzeń zapewniają dostęp do wszelkich, a przynajmniej większości, zestawów  wejść, wyjść, gniazd głośnikowych i zasilających. Sądzę, że taki ogólny rys wizualny choćby minimalnie zorientowanemu adeptowi zaawansowanego Hi-Fi da obraz piękna w najczystszej postaci, jakie dane było mi gościć u siebie po raz drugi. Co prawda pierwsze wizytujące mnie końcówki mocy były odmianą królewskiej klasy „A”, ale ogólny wygląd z obecnie testowanymi jest bardzo zbliżony. Na deser zostawiłem monstrualnie wysokie, jak na użytek domowy zestawy głośnikowe, które z racji oscylowania blisko szczytu w cenniku, w najmniejszym stopniu nie odbiegają wyglądem i jakością wykonania od opisywanej wcześniej elektroniki. Te wąskie, lecz bardzo wysokie słupy podzielone są na trzy połączone moduły głośnikowe, gdzie dolny i górny dzierżą po dwa basowce, a centralny podwojone wysokotonowe i średniotonowe. Na szczęście dzięki wzrostowi konstrukcji i zasłonięciu niskotonowców stosownymi maskownicami bateria przetworników nie przytłacza słuchacza, wprowadzając tym sposobem pewien spokój w ogólnym odbiorze organoleptycznym. Całość konstrukcji kolumn stoi na sporej szerokości ciężkich (ok. 40 kg) przykręcanych podstawach, zaopatrzonych w cztery trójkolcowe moduły. Taka ilość punktów kontaktowych z miejscem ustawienia jest bardzo rzadka, ale sądzę, że przy przekraczającej dwa metry wysokości kolumn jest całkowicie uzasadniona. Kolorystyka zestawu dziwnym zbiegiem okoliczności koreluje z japońskim setem, gdzie przy połyskującej czerni środkowych skrzyń i materiałowych czarnych maskownicach głośników niskotonowych oba basowe bloki wykończono lakierowanym drzewem egzotycznym. Jak widać z tych kilku apostrof, mariaż barwowy jest w pełni synergiczny, a czy podobne wrażenia odczujemy w najważniejszym punkcie tej układanki, jakim jest niewątpliwie dźwięk, ze szczególnym pietyzmem postaram się wyłożyć w dalszej części testu.

O ile napisanie wstępniaka rodem z dramatu „Romeo i Julia” zajęło mi ledwie kilkanaście minut, niespecjalnie zmuszając przy tym do nadwyrężania szarych komórek, to moment przejścia do clou naszego spotkania wymagał już pewnych dłuższych przemyśleń. Ale proszę się nie obawiać, nie chodzi o słabą jakość generowanych dźwięków, tylko odpowiednie przygotowanie mentalne, należne tego typu systemom podczas oceny brzmienia. Kwoty oscylujące w granicach miliona złotych polskich nawet dla tak obytego z drogimi urządzeniami człowieka jak ja, zmuszają do wstępnych przed-odsłuchowych refleksji i zawsze z pokorą podchodzę do podobnych wyzwań. Tak, to jest wyzwanie, a kto uważa inaczej, jest zwyczajnie ignorantem. Tym bardziej, że na występy dotarły same szczyty myśli technicznej dwóch zacnych i poważanych przez cały audio-świat producentów. Produkty, które w założeniach swego powstania miały jeden cel – maksymalna jakość generowanego dźwięku, bez oglądania się na koszty. Oczywiście te również są istotnymi elementami całej układanki handlowej i wizerunkowej, ale w tym przypadku miały nieco inną wagę decyzyjną na wygenerowanie efektu finalnego. Dlatego też, zanim podszedłem do klawiatury z zamiarem skreślenia opinii, przygotowywałem się przez kilkanaście dni, by nie popaść w zbytnią i przedwczesną euforię lub zniechęcić się jakimś pojedynczym, nie do końca wpisującym się w moje gusta elementem. Tak więc, zapraszam na kilka akapitów mych przemyśleń i wniosków, okraszonych próbą porównania tego co przybyło, z tym co mam na co dzień.

Niestety, albo stety – zależy od słuchacza – zestaw do pełni szczęścia musi dostać przysłowiową godzinkę na rozgrzanie się przed każdorazowym kładącym nas na łopatki sparingiem. I jeśli ktoś uzna ten aspekt za degradujący urządzenia z listy potencjalnego zakupu, może zmienić portal na taki ze sprzętem budżetowym, ponieważ tam wszystko gra od dotknięcia palcem przycisku POWER, co oczywiście nie jest żadną ujmą, tylko dostosowaniem standardów jakości do potrzeb potencjalnego nabywcy. Jeśli jednak postanowiliście poświęcić mojej opowieści kilka drogocennych chwil, powiem z całą stanowczością, że ulatujące w powietrze jako ciepło radiatorów kilowaty energii są warte każdej zapłaconej za nie złotówki, gdyż system Accuphase plus Dynaudio przenosi nas w inny, zarezerwowany dla nielicznych wymiar prezentacji ukochanej muzyki. Podczas gdy dopiero włączony gra bardzo dobrze, po osiągnięciu docelowej temperatury staje się czarodziejem stawiającym na eteryczność brzmienia, czego zawsze poszukuję we wszelkiego rodzaju produktach audio. Chyba nie muszę nikogo uświadamiać, że do zaznania magii z postaci 3D, oprócz sprzętu potrzebny jest odpowiednio zrealizowany i wprowadzający nas w uniesienie samym wsadem merytorycznym krążek, co w moim przypadku w pełni prezentował Leszek Możdżer z interpretacją muzyki filmowej Jana Kaczmarka. Nie wiem jak to jest, niektórzy mówią, że nasz narodowy K. Jarret fałszuje, ale jeśli nawet to prawda – powiedzmy, że ja się nie znam, to bez najmniejszych problemów jego twórczość wywołuje u mnie stany pełnego zaangażowania podczas słuchania. Idealnym utworem do sponiewierania– w sensie pozytywnym – moich uczuć jest utwór nr. pięć z filmu „City Island”. Początkowe wprowadzające nas w stan duchowego odbioru liryczne frazy, po upływie minuty kontruje niski, ale nader delikatny akord, zapowiadając swym bytem dalszą energiczniej rozwijającą się części kompozycji, która dzięki zdecydowanie większej emocjonalności przekazu, jeszcze mocniej zachęca nas do analizy tej autorskiej interpretacji tej łatwo rozpoznawalnej ścieżki dźwiękowej. I to właśnie ta cicha pojedyncza niska nuta jest wydawałoby się czymś niezbędnym, bez czego całość aranżu straciłaby element romantyzmu, a to jest chyba nadrzędny cel, podczas opracowywania na „swoją modłę” znanej wszystkim kinomanom muzyki filmowej. Przyglądając się nagraniu od strony widma akustycznego, prawdopodobnie tylko potwierdzę wszelkie Wasze podejrzenia, a mianowicie sznyt gania pełnego testowego seta osiąga szczyty wysublimowania pod względem barwy, otwartości górnego zakresu i solidnej, nieco złagodzonej, ale nadal bardzo czytelnej podstawy basowej. Fortepian pięknie perlisty, kiedy trzeba nieco szklisty, ale wciąż nasycony, którego w całej rozciągłości wspomaga mocny, generowany szybkimi pasażami niskich rejestrów bas z czterech (na kanał) przetworników. Sprawy związane z prezentowaną przez system sceną muzyczną omówię na przykładzie innej płyty, gdyż pojedynczy instrument nie pozwala na wiarygodne wnioski w tej sprawie. Dlatego znając umiejętności tandemu Accu-Dynki, przesiadłem się na wytwórnię Jordiego Savalla i jego materiał zatytułowany „El Cant De La Sybil-La”. Powiem tak, tylko trzy utwory i każdy po bite piętnaście minut, a podczas słuchania czas mija zatrważająco szybko. Czy ja mówiłem wcześniej coś o eteryczności dźwięku? Jeśli tak, to w takim razie proszę, zapomnijcie o tamtym przykładzie, gdyż studyjne krążki niestety nie dościgną realizacji nagranej na setkę, na realnej, usytuowanej w przybytku sakralnym scenie, przy pełnym wykorzystaniu pogłosu monstrualnej kubatury budowli. Ten krążek nawet na bumboxie otwierającym drogę do pełnej świadomości audiofilskiej zagra przyzwoicie, ale przy wyrafinowaniu sięgającym himalajskich szczytów, powoduje ciarki na plecach. Wokalistyka chóralna z idealnie odwzorowaną gradacją i szerokością planów, pozwala nam prawie dotknąć poszczególnych artystów. Już o takich drobnych sprawach jak nasycenie głosów, dzięki którym jesteśmy pełnoprawnymi uczestnikami spektaklu, czy barwa użytych do nagrań instrumentów dawnych nie wspominam by nikogo nie obrażać, a już na pewno konstruktorów tych urządzeń. Najważniejszym jednak znowu wydaje się być wspomniana wcześniej, a tutaj podwojona owa eteryczność muzyki. Sposób zawieszenia dźwięków w przestrzeni międzykolumnowej sprawia, że prawie widzimy materializującego się nam muzyka z otaczającą go aurą. Niestety tego trzeba zaznać osobiście, inaczej usilne próby dokładnego opisania prywatnych odczuć mogą być odebrane jako słodzenie opiekującemu się danym sprzętem dystrybutorowi, dlatego też tylko sygnalizuję pewne sprawy i życzę wszystkim podobnych doznań. Idąc dalej w las testów, jak to w życiu bywa, nie samą muzyką sakralną człowiek żyje i po kilkunastu krążkach spokojnej kontemplacji nadeszła chwila sprawdzenia, jak system radzi sobie z nagłym wzrostem naładowanych energią informacji. Do tego celu posłużyła mi kompilacja ścieżki dźwiękowej ze znanego wszystkim filmu „Gladiator” Ridleya Scota, której skomponowaniem zajęli się Hans Zimmer i Lisa Gerrard. Znając wszechobecny sznyt grania marki Accuphase i Dynaudio, nieco obawiałem się o szybkość ataku dźwięku w newralgicznych momentach, tymczasem może nie były to chirurgiczne cięte impulsy z najniższymi składowymi słuchanego materiału muzycznego – w tym przypadku rozpoczynający całość płyty obraz bitwy, ale nadal naładowane impulsywnością, twarde i mocne ataki składu orkiestrowego. I tak prawdę mówiąc, zaliczenie tego testu załatwiało sprawę ładunku i czasu narastania sygnału. Co ciekawe, mimo tak monstrualnych rozmiarów zespołów głośnikowych, nawet przy bardzo głośnym graniu nie odczuwałem najmniejszych zniekształceń pochodzących czy to z systemu, czy goszczącego całość pomieszczenia odsłuchowego. A wiem z pomiarów, że na wysokości ok. 69-70 Hz mam lekki pik, z którym tylko najlepszym zestawom udaje się sobie poradzić. Po prostu tak kontrolują najniższe pasmo, że nie występuje efekt zwany dudnieniem, co w tej konfiguracji znakomicie się potwierdziło, a jestem jednym z kilkunastu osób słuchających tego połączenia u mnie. Nawet dość długie nisko schodzące pomruki wydawały się nie widzieć problemów lokalowych, a miałem już u siebie sporo konstrukcji głośnikowych, które będąc potocznie mówiąc maluchami, starały się za wszelką cenę pokazać mi jak radzą sobie z ilością basu i za sprawą nieszczęsnego pomagającego im tym zakresie bas-refleksu, znakomicie informowały o wspomnianych przed momentem mankamentach lokalowych. Będąc złośliwym – ale tylko dla celów wyjaśniających -powiedziałbym, że grały tylko w tym niemiłym dla ucha paśmie. Ale wracajmy do naszych bohaterów i spotkania z muzyką elektroniczną, w czym pomógł mi Erik Truffaz z materiałem zatytułowanym „REVISITE”. Wytwórnia zacna – Blue Note, to i wsad jakościowy samej realizacji idealnie wpisujący się w poziom kompletu testowego. Nie będę się sztucznie rozpisywał i krótko zreferuję, że dostarczony do zaopiniowania duet japońsko-duński tak zgrabnie obrobił często drażniące moje uszy świsty, przestery i modulacje dźwiękowe, że z dużą przyjemnością przesłuchałem ten krążek od dechy do dechy przy sporo wyższym niż normalnie poziomie decybeli, a to już należy nazwać sukcesem.  Oczywiście proszę sobie nie wyobrażać jakiegoś makabrycznego przesłodzenia całości, tylko umiejętne poskromienie najbardziej krzykliwych składowych pasma akustycznego i traktować to raczej jako ugładzenie bez utraty rozdzielczości, przy zachowaniu masy i mocy sztucznie generowanych syntezatorami najniższych zapisów nutowych. Kiedy trzeba było ostro, a kiedy indziej budynek drżał w posadach. Szkoda, że czas z fantastycznymi urządzeniami mija tak szybko, ale to co dane było mi słuchać przez te trzy tygodnie, bardzo mocno podnosi poprzeczkę następcom. Zdaję sobie sprawę, że to nie są zawody ani wyścigi kto ma „dłuższego”, ale zawsze ten najlepszy pozostaje w pamięci jako punkt odniesienia podczas oceniania innych. Po prostu takie jest życie i szlus.

Ostatnia sprawą jaką chciałem się podzielić, był pomijany dotąd przez mnie korektor akustyczny pokoju odsłuchowego. Dla pewności prawidłowego skalibrowania sprawą podłączenia i wprowadzenia danych zajęli się panowie z Nautilusa, mnie pozostawiając jedynie ocenę, jak ten zdobywający coraz większą aprobatę słuchaczy „poprawiacz pomieszczeń” wpłynie na całość prezentacji. Marcin odebrał ten „myk” jako coś bardzo pożądanego, tymczasem ja wolę nie wpuszczać dodatkowych zmian w sygnał. Może jest to pokłosie w miarę dobrych warunków akustycznych – mimo punktowego podbicia pasma, ale patrząc na efekt działania owego wynalazku, odbieram go jako lekkie przybliżenie źródeł pozornych do słuchacza. To samo w sobie nie jest żadną wadą, ale realizacja materiału muzycznego staje się lekko dociążona i teoretycznie powinna być odbierana in plus, ale to według mnie powoduje efekt utraty zwiewności, lub żeby lepiej ukazać zmiany, powiem eteryczności. Niestety przy z pietyzmem zrealizowanej wokalistyce muzyki dawnej, nadmierne wysycenie głosów artystów tłumi nieco otaczającą ich aurę pogłosową. Ciężko jest to określić, ale nagle dobiegające do naszych uszu informacje stają się na tyle dobitne i „nachalnie” obecne, że nie pozostawiają miejsca na odbiór reakcji pomieszczenia  w nagrywanej na setkę sesji. Tracimy teoretycznie tylko niuanse, ale w zależności od rodzaju muzyki, są one bardziej lub mniej ważne, jednak dla lekko zaniepokojonych potencjalnych nabywców dodam, iż większość energetycznego materiału przejdzie nad moim bajdurzeniem do porządku dziennego. Tak więc proszę wstrzymać nerwy na wodzy i samemu skonfrontować własne doświadczenia z wynurzeniami marudy słuchającego plumkania.

Kończąc ten chyba pochwalny tekst, wspomnę w skrócie o zaletach testowanego systemu, który mając swój firmowy nalot, nawet w najmniejszym stopniu nie determinował odruchów znudzenia monotonnością dobiegającej muzyki. Tak, jest dość słodko, ale rozdzielczo i z oddechem, tak jest gęsto na środku, ale bardzo czytelnie i w końcu tak, nie jest to ostrym skalpelem rysowana kreska źródeł pozornych, ale nadal dźwięki z bardzo wyraźnie zaznaczonym konturem. Wszystko jest tak umiejętnie dobrane, że w żaden sposób nie powoduje sztucznego spowolnienia, czy zmiękczenia, zmuszając nas raczej do bardzo długich późno-nocnych odsłuchów, bez uczucia zmęczenia. Czy da się lepiej? Pewnie tak. Ale konia z rzędem temu, kto przy takiej prezentacji zechce jeszcze czegoś lepszego. Innego tak, ale nie lepszego. A jak to się ma do moich wzorców? Ten wywód proszę podzielić przez dwa, gdyż piszę o własnym, z niemałym trudem zestawionym systemie marzeń i niestety nie jestem bezstronny. Według mnie, przy bardzo zbliżonym sposobie prezentacji średnicy, w górze i dole pasma mój posiadany na co dzień zestaw stawia na większą ostrość konturów, nadal pozostając na poziomie otwartości i energetyki grania przybyszy. Czy to jest lepsze? Z pewnością nie. Raczej nieco inne i tylko w przypadku trafienia w punkt oczekiwań konkretnego słuchacza (np. moich) może być określane przez niego jako lepsze. Tylko tyle i aż tyle.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Nautilus / Accuphase
Ceny:
Accuphase DP-900 – 86 900 PLN
Accuphase DC-901 – 86 900 PLN
Accuphase C-3800 – 129 900 PLN
Accuphase DG-58 – 54 000 PLN
Accuphase M-6000 – 64 900 PLN/szt.
Dynaudio Evidence Platinum – 260 000 PLN
Siltech Emperor Crown – 13 199 €/1m; 24 199 €/2m
Empress Crown XLR i RCA – 10 999 €/1m
Acrolink 7N-PC9500 – 1,5m – 12 990 PLN
Power Base HighEnd- 15 900 PLN (5 gniazd, z okablowaniem wewnętrznym Acrolink 7N-PC9500)

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II, platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa zasilająca SOLID BASE High End
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Every, at least slightly educated lover of good quality sound, who is looking for his Holy Grail of sound has probably an idea, what construction solutions should bring him closer to the main goal, the most natural reproduction of sound possible. During this meeting we will take care of the last element of the sound path, the loudspeakers. I will not hide from you, that in my audiophile searches I had a similar mindset. To be more precise, I had an idea about a very important part of a loudspeaker box, the woofer, the transducer taking care of the lowest frequencies. Seemingly it was a very simple thing to fulfill – 30cm diameter of the diaphragm – but it turned out to be very difficult in reality, because a true music lover does not expect a subwoofer type of “boom, boom,boom”, like the one you can hear from the trunk of a beefed-up, old BMW, but lower frequencies that carry lots of information. What kind of information? It is too early for conclusions now. Please follow me during this test, live with me the surprising meeting with loudspeakers, which had assets that moved the, to date untouched, foundations of the Bravo! Reference+ loudspeakers being part of my listening system. And I am talking about the “older brother” of the recently tested, splendidly looking and equally brilliantly sounding stand-mount speakers ART, the loudspeakers ISIS from the Austrian manufacture Trenner & Friedl, which occupy the second place from top in their catalog. Those speakers are distributed in our country by the Wroclaw based Moje Audio.

Following the first paragraph’s thoughts, the construction of the ISIS is quite strongly determined by the application of widely desired large diameter woofers, what can be the demise for our small, often hard negotiated with our wives, listening spaces. I mean, it is about the fact that we do know, where the “clou” of this audio game resides, but often our expectations shatter when confronted with reality. Do you think that I exaggerate? Then I will show you the facts. The tested loudspeaker is very wide (50cm) and this not for extending the internal volume to be able to generate some bass from many small membranes, but due to the usage of a single bass driver per speaker, but one with a diameter of 15”. It barely fits on the front baffle, and while there is also need to have some extra space for the grille, we come to the already mentioned half a meter of width. Unfortunately while taking this aspect into consideration, I think, that most audiophiles will not hear the beautiful and realistic sound coming from large diaphragms. But let us return to the tested speakers. Their cabinet is a masterpiece of carpentry using thick plywood. Of course there are two schools of knowledge about material for construction of loudspeaker cabinets: MDF and wood (in many aspects). But I will not go in depth about that. To try to mitigate the opposite sides, I will just tell, that the last layer in both types of cabinets is usually natural veneer, covered with more or less glossy varnish. After a few weeks of having those loudspeakers at home, I can say, that high gloss veneer would only be an eye-poking tinsel, and would not increase the visual aspect of the boxes at all, and that despite the fact, that I like ornate, however tasteful, finishes – but I thank the guys from Austria for using a natural hardwood veneer. Besides the paper bass driver on the front baffle we can also find a 22cm, also cellulose midrange speaker and a titanium tweeter mounted in a tube. Around those speakers there is a milled channel, which is used as the mounting point for the grille. The cabinets, with beautiful veneer, are placed on dark brown plinths, which add some ethereality to the whole, if we can call it that way. On the back of the cabinet, there is a rectangular block of holes, which allow the midrange driver to breathe freely, and below it a recessed, aluminum panel housing double Cardas loudspeaker binding posts. Also the internal cabling is made with Cardas wires. As an additional stability package, but also a sound modifier, we get a set of spikes mounted on the mentioned plinth with floor protection washers. Also for people, who do not have cables suited for bi-wiring, appropriate jumpers were provided. As extra care for the customers those large boxes were packed in even larger ones, that are constructed in such a way, that they may withstand a tropical typhoon. Austrian solidity in every detail.

When I received the call from the distributor, with the information, that he sees in me the second, and maybe the last person in our small audio world – I do not forget about Marcin, but I want to add some drama to this moment – who will be allowed to listen to and evaluate those speakers. However I had some concerns regarding how those speakers will fit into my system and into my expectations. The construction details I described in the first part of the text were rather raising the blood pressure than lowering it, because I did not know, how they translate into the sound. It often happens, that the masters we think of in our heads do not carry over into real life, either due to electrical mismatches or the influence of the listening room. I have to recall one such episode, albeit with some regret, where the second aspect was the reason of failure with my attempt to tame the Harbeth 40.1, so loved by everybody loving natural vocals. Even my true love to that company, the room I have was too small for them, what resulted in slight rumbling of the contrabass, what in turn erased the information generated by that instrument and posed a barrier I could not pass in my decision making. But as you all probably know, fate is like a cat, and goes its own ways, and after some time I got a second chance to evaluate a similar set of drivers (even with larger diameters now) in a much bigger room (over 120 cubic meters) and with completely different electronics. I waited for this, frankly speaking. This should be a nice ending of the many years of waiting, although I feared a bit it might also awaken the pursuit of the holy grail and become a disaster for my home budget. But let us get back to the main topic.

To show you how high my expectations for the ISIS were, I will just mention, that I had the opportunity to listen to them a few weeks back. That other episode happened in a hotel conference room, much bigger than my listening room, with an audio system completely unknown to me, but already then I heard samples of truth regarding the contrabass, with its smallest micro-information about the strings, bow and body. After placing the loudspeakers at home at first I did not try to evaluate any of the sounds coming from them. This because I recently changed my listening room and needed to adapt first. Of course I noticed a slightly different presentation, but I know from previous experience, that in such cases haste is not a good thing. From forthcoming text you will probably notice, that I was right, because with time, I had a different perception of nuances presented earlier. It was not worse, it was just different, but the goal was to evaluate, if it is better – and to answer that question I needed to really get acquainted with the product, and fortunately, I had enough time to just that. I used the initial time to make adjustments to the placement of the loudspeakers, what was not so easy, especially due to their width. A week has passed, and finally I arrived at the point of trying out my best known discs. Trying to get the maximum quality, not knowing how wrong I am – but about that later, I started with the digital source and … bass, bass, bass!!! This was a knock-out. I heard a lot of loudspeakers, which handle this part of the sound spectrum very well, I even had some in this listening room, but I never heard anything like this, anything sounding so refined. The disc known probably by each and every visitor of the Audio Show in Warsaw, Isao Suzuki trio “Blow up” is ideal for such tests. I thought that it was not possible to extract so much information, so many artifacts, from a string strung on the body and neck of a contrabass, when it is slowly tugged by the bow, but when the first piece on this disc was played through the tested speakers it turned out, that I was wrong. Most interesting was the fact, that my listening room has some issues with frequencies around 70Hz (but who does not have issues in his listening room…) yet the Trenner & Friedl loudspeakers ignored that completely, giving the impression of full control over the sounds they play in the full spectrum covered. For sure, there was significant influence from the synergy with my electronics, but I think, that the loudspeakers are so universal, that most high quality stereo sets should fare very well, and you probably remember, that I already had an opportunity to confirm this thesis. Anyway I leave the thorough verification of synergy with other systems to the potential clients. Focusing again on the bass of those constructions I just want to add, that it is not an attempt to draw our attention by beefing up this aspect of the sound, but something very natural, very relaxed, just how the best products should. Full control, full readability, resolution, speed, infernal power combined with a slight tinting of the sound by the paper membranes captivated from the first notes. I am very sensitive to artificial upping of the lowest octaves by the bass-reflex ports, as then the visualization of the contrabass body or strings is distorted. In anticipation of any comments regarding my Bravo!, which are using bass-reflex ports, their application on the front and back of the box results in a sound very similar to a transmission line, absolutely distant to the bloated bass of typical bass-reflex speakers. Back to the Austrian speakers – with small ensembles you can even hear the strings bend, when moved with a bow – as one of my colleagues noted, while visiting me during the test. You have to hear that, otherwise we will be talking about stars in the sky, and not about things we have experienced. But let us continue and look at the midrange, which is also handled by a paper membrane driver. This consistency is very much welcome, because using too much variation in diaphragm materials may introduce unwanted variations into the aesthetics of sound of the individual sound bands. On the other hand you have to be careful, that the sound does not get too much of nasal coating, which has its followers, but also requires much education. Fortunately the manufacturers only slightly touched upon this – in the good meaning of this word – without the slightest try to dominate the timbre. Due to this coherence we get a fluent transition from the bass upwards, beautifully drawn, with much information – I mean very high resolution and interesting timbre of the midrange, without any coloration, yet still very dense and smooth. As a result of this, vocals and instruments playing more in the lower end of the spectrum become unforgettable adventures. I had those with old music. Regardless if the soloist was Philippe Jaroussky – “Via Crucis” Christina Pluhar, or the Purcel Quartet from the disc “Membra Jesu nostril” or if it was a choir like on the disc “El Canto De La Sibil-la” Jordi Savall, being an admirer of that kind of music, and having it served so rich in information, so colorful, I just sat down in my chair for hours listening, listening and listening. And it was not so long ago, that I thought, that only my own loudspeakers can bring me this kind of enjoyment. So this meeting confirmed an old truth, that you always learn something new, and you should never say never. Approaching the end of our story the only thing left to describe are the treble, in these loudspeakers provided by a titanium driver loaded with a tube. I was worried when I learned about this, as such constructs often become shroud, but in this incarnation this was fantastically avoided. In my opinion, there could be even more treble present, but the guests I hosted told me, that I am just nitpicking. Of course such a construction of the driver imposes some imprint on how this band is reproduced, as it limits the sweet spot a lot, but if we will be listening to music without moving around in our room, it should not matter. An important aspect of how noble the sound is, that the Austrian boxes produce, is the amount and cleanness of information provided. Often, when this is not controlled properly, the sound can become matted. I have to confess, that this aspect of the tested speakers required most adaptation from me, as trying to match my Bravo!, which have a coaxial driver and thus come close to a point source in terms of emitting high and medium frequencies, seemed futile. But this was not a competition in terms: this sounds worse. No, it was about sounding different, and why is that the case. My first impressions after moving from the Consequence + were, that the sound stage is less airy – I would call it less breath. Subsequent listening changed my point of view, it became more holistic, because there was not too little treble, the change was in the way they propagated towards the listener. As a consequence of a month of listening to the ISIS I got a clear picture of loudspeakers, which propose a sound determined by the used drivers – delicate aesthetics of paper and fantastically mannered tube treble. A potential buyer takes such a set with all its assets and characteristics or searches further. I also need to mention, and it is a very positive characteristic, that those big speakers have the ability to fully disappear from the sound stage, a really rare ability, especially given their size. Additionally the way the sound stage is layered in depth was maybe a tad less deep than from my, in fact, near-field monitors, but still so good, that many much smaller construction can only dream of achieving that – I listened to quite a few different products, so I know. You may be a little weary or suspicious, hearing only good things from me, but really, I cannot do anything about the fact, that those Austrian speakers reached, or even surpassed, the threshold set by my Japanese boxes. Finally, to finish off my struggle with digital material, I put in the player the disc “A Rush of Blood to the Head” Coldplay – this was outside competition, just to ease down. I always listen to this disc only due to the emotions that are there – the mastering is not very good. Yet this badly made, but very nice in terms of material, disc got an extra kick in resolution of the bass and midrange that for the first time I heard so many soft guitar riffs, which were not there before. And this was really the last thing I would expect, as I bet on more drums presence rather than appearance of more information above that level. Then I changed the sound source to the turntable and this is where really things started to move.

Did I write, that I liked the digital set? If yes, please forget about that, because now I know for sure, why I so much love vinyl, with all its shortcomings. However I will not try to impose anything on anybody by force. I can mention it, I can demonstrate it, let people hear it, but I will leave all the evaluations, all the pros and cons to the experienced listener. But going back to the ISIS I will say, taking full responsibility, that combining those loudspeakers with the antiquated playback technology is absolutely the most rewarding thing that can happen in the hard life of a music lover and audiophile. I combined those two (audiophile and music lover) on purpose, as the offering from the Trenner & Friedl brand allows to mate them seamlessly. Smoothness, definitely higher saturation and vinyl timbre profit very much from the used transducers, in my opinion besting even the most carefully mastered CDs, and that considering, that my digital set is going in the direction of vinyl aesthetics. I know that you can hear the diamond scratching the groove, sometimes ticks or cracks – continuous sizzle is an indicator of destruction of the vinyl disc by inappropriate usage or bad calibration of the cartridge and turntable, not a characteristic of the vinyl itself. The latter is perceived by the human ear as pleasant, the homogeneity of the sound gives us an impression of being fully compatible with the musical information coming from the speakers. Again, I will not talk too much about the supremacy of Christmas over Easter (or the other way round), but as an example I will call up a disc, which is seemingly very boring, as it features only two instruments. I am talking about the disc “Moonlight Serenade” of the duo Ray Brown & Laurindo Almeida, which played on a Dr Feickert turntable, that can be the starting point of the analog adventure, equipped with a fairly cheap Dynavector cartridge, immerges us in a vortex of the conversation taking place in the recording. Just a guitar and a contrabass can be boring, yet in fact the mentioned turntable showed a completely different aspect of this recording, involving the listener from the first to the last note. Both instruments use strings, but in completely different ways, and although those seem to be very well known, only with the help of the Austrian speakers I could extract their full timbre capabilities – especially the resonances of their bodies – as the information was amended with micro-details about their work. So in my opinion further digressions about the quality of sound of the tested set are pointless, and would only be tiring to the readers. This is the reason that I will leave you in this state of emotional exultation and finish my description at this point.

I do not know, how long I will remember those Austrian speakers, I just hope that it will be a short time – as this will be good news for my family budget – or maybe fate will decide differently. This is the first time, since I completed my system, that I have such strong thoughts about exchanging the speakers. A big argument not to do so, is that my listening room is too small for those speakers, and as I did not carry those weighing over 60kg boxes two stories up, I could not prove the opposite. What if they could handle the bass in my octagonal tower? This was strongly suggested by the co-worker of the distributor, who placed the speakers on the floor without applying the spikes. I do not know and I will not check it, because – let me name it as it should be named – I am afraid. I will probably regret this, as the wealth of information, impulse reaction speed and strong lower registers without even the slightest signs of sounds merging together are exactly the things I expect from well made, ideally tuned loudspeakers fitting into my sound aesthetics. If somebody would like to try out similar constructions, utilizing a 15 inch woofer, this should never be left out. This adventure should be lived through. If a stereo system, that such speakers should accompany, is at least somewhat refined, then this combination may be one for life. All attempts of “I will listen and give back” may be really disastrous, as they might cause lots of unfulfilled dreams. I just have one.

Jacek Pazio

Distributor: Moje Audio
Price: 95 000 PLN

Technical details:
Frequency Response: 28 Hz (-6 dB) – 40 kHz (-3 dB)
Sensitivity: 91 dB (2,83 V/1 m)
Impedance: 8 Ω
Dimensions (HxWxD): 1200 mm x 500 mm x 350 mm
Weight: 65 kg/each
Finishes Front/Body: Walnut nature, Walnut mocca, Walnut amaranth, Others on request

The system used in the test, a complete set of Combak Corporation.

Electronics Reimyo:
– Separate DAC + CD player: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– Tube preamp: CAT – 777 MK II
– Solid state power amp: KAP – 777
Speakers: Bravo Consequence +
Power cables: Harmonix X-DC-350M2R Improved Version
Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (Section woofer)
IC RCA Harmonix HS 101-GP
Digital IC: Harmonix HS 102
Table: Rogoz Audio; Solid Base VI
Accessories: Antivibration stand for the power amp by Harmonix TU-505EX MK2, Harmonix Enacom improved for AC 100-240V; Harmonix Tuning Room Mini Disk RFA-80i
Analog stage:
– Turntable:
drive: Dr. Feickert Analogue „Twin”
arm: SME V
cartridge: Dynavector XX-2 MK II
Phonostage: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Podczas zbliżających się międzynarodowych targów CES® 2015, które będą miały miejsce na początku stycznia w Las Vegas, firma LG Electronics (LG) zaprezentuje najnowszą linię telewizorów 4K ULTRA HD dostępną na rynku w 2015 roku. Seria została wyposażona w szereg funkcji i rozwiązań udoskonalających jakość obrazu oraz nowoczesny design.

LG, jako firma skupiająca się na wyznaczaniu nowych trendów kategorii 4K, została uznana przez Consumer Electronics Association za „Partnera 4K Ultra HD dla międzynarodowych targów CES 2015”. Jest to uhonorowanie dotychczasowych osiągnięć firmy w segmencie Ultra HD oraz ukłon w stronę najnowszej linii telewizorów LG prezentowanych na tegorocznych targach. Nowoczesne 4K ULTRA HD od LG wyposażone są w technologie Wide Color LED i Quantum Dot, których paleta wyświetlanych barw, ich głębia i realizm są tak doskonałe jak te oferowane przez profesjonalne monitory LG z serii ColorPrime.

Debiutujące na CES 2015 telewizory LG 4K Ultra HD TV z Wide Color LED, posiadają diody z wykorzystaniem luminoforów, co wpływa na parametry takie jak głębia kolorów i naturalność obrazu. Na styczniowych targach firma LG po raz pierwszy w historii przedstawi również swoje ekrany 4K ULTRA HD z technologią Quantum Dot, zapewniającą dokładniejsze o około 30% odwzorowanie kolorów.

Telewizory LG 4K ULTRA HD z kolekcji 2015 zapewniają także wyjątkową jakość 4K (3840 x 2160) na panelach IPS 4K. Te nowoczesne ekrany są w stanie wyświetlić kolory, niemal tak żywe, jak w rzeczywistości zapewniając jednocześnie szeroki kąt widzenia. Dodatkowo technologia True Black Control poprawia kontrast pozwalając na uzyskanie efektu ciemniejszej, głębszej czerni. Nowością na rok 2015 jest także funkcja Natural Color, która minimalizuje błędy w odwzorowaniu kolorów, podczas gdy opcja Contrast Optimizer maksymalizuje ich kontrast i jasność.

Obok jakości obrazu, do której LG przywiązuje ogromną wagę, duże znaczenie ma również podejście do wyglądu i estetyki “Ultra Slim”, które dopełniają koncept wzorniczy CINEMA SCREEN wyróżniający LG. Najnowsza seria zaprojektowana została z największą dbałością o szczegóły – poczynając od ramki, przez ekran, aż po sam tył telewizora według nowoczesnych trendów.

Pięć modeli telewizorów z linii 4K ULTRA HD od LG wyposażono w imponujący wielokanałowy system Surround ULTRA, opracowany we współpracy z ekspertami dźwięku Harman/Kardon. Głęboki, bogaty i mocny dźwięk wzmacnia odczucia wizualne. Ponadto, modele na rok 2015 z serii wysokiej klasy UF9500 posiadają zintegrowany stand, który odbija i skupia dźwięk tak, by maksymalizować wrażenia.

LG wprowadziło także udoskonalenia do platformy smart TV – poprzez optymalizację systemu operacyjnego webOS 2.0, który staje się jeszcze bardziej przyjazny i intuicyjny dla użytkowników. Czas uruchamiania systemu został zmniejszony o niemal 60%, a parowanie z urządzeniami mobilnymi jest prostsze niż kiedykolwiek wcześniej. Dodatkowo, by jeszcze bardziej spersonalizować swój telewizor, użytkownicy modeli z webOS 2.0 mogą stworzyć własne menu na pasku głównym.

W najnowszych modelach LG 4K ULTRA HD zastosowany został zaawansowany algorytm 4K Upscaler, który sprawnie zmienia rozdzielczość SD, HD i Full HD w treści bliskie jakości Ultra HD. Co więcej, wbudowano specjalny kodek 4K High Efficiency Video Codec (HEVC), który przetwarza kontent 4K z urządzeń zewnętrznych nagrany zarówno w trybie 30p, jak i 60p co jednocześnie oznacza, że telewizory LG będą kompatybilne z przyszłymi standardami transmisji Ultra HD.

„Telewizory LG 4K Ultra HD zostały zaprojektowane tak, by oferować jakość obrazu niespotykaną w branży telewizyjnej i wyznaczać nowe trendy w kategorii 4K” powiedział
In-kyu Lee, wiceprezes oraz szef oddziału ds. telewizorów i monitorów w dziale LG Electronics Home Entertainment. „Zapierającą dech w piersiach jakość obrazu oparliśmy na naszej najnowszej serii ColorPrime, dzięki czemu możemy zapewnić wspaniały poziom domowej rozrywki”.

Uczestnicy targów CES (Las Vegas Convention Center, Central Hall #8204) będą mieli okazję zobaczyć na własne oczy serię na rok 2015 telewizorów 4K ULTRA HD na stoisku firmy LG.