Monthly Archives: czerwiec 2015


  1. Soundrebels.com
  2. >

W teledysku w reżyserii wielokrotnie nagradzanego Jonasa Åkerlunda, obok Madonny wystąpili: Beyoncé, Miley Cyrus, Diplo, Katy Perry, Kanye West oraz inne gwiazdy

Warszawa, 18 czerwca 2015 roku – Najnowszy teledysk Madonny do piosenki „Bitch I’m Madonna” miał premierę w serwisie Tidal. Wideo, będące trzecim teledyskiem z 13. płyty artystki „Rebel Heart”, jest dostępne przez najbliższe 24 godziny na wyłączność dla użytkowników serwisu Tidal pod tym adresem. Po tym czasie teledysk trafi na kanał VEVO Madonny.

Najnowszy klip Madonny powstawał na 17. piętrze hotelu Standard Highline oraz w hotelowych klubach –  Boom Boom Room oraz Le Bain. Razem z artystką w nagraniach wzięły udział takie gwiazdy, jak: Beyoncé, Miley Cyrus, Diplo, Nicki Minaj, Katy Perry, Rita Ora, Chris Rock, Kanye West, projektant mody Alexander Wang oraz synowie Madonny Rocco i David. Wideo wyreżyserował Jonas Åkerlund, z którym Madonna pracowała już w trakcie kręcenia teledysków do: „Ghosttown”, „Music” oraz „Ray of Light”. Stylizacją zajął się Arianne Phillips, który współpracuje z Madonną od wielu lat i był odpowiedzialny za kostiumy w reżyserowanym przez artystkę filmie W.E., a także podczas jej ostatnich pięciu tras koncertowych. Za choreografię odpowiedzialni byli Megan Lawson oraz Kevin Maher, o fryzury dbał Andy LeCompte, a makijażem zajął się Aaron Henrikson. Pełna lista wykorzystanych w teledysku ubrań jest dostępna poniżej.

Królowa Popu rozpocznie swoją długo oczekiwaną trasę Rebel Heart 9 września w Montrealu w Bell Centre. Wszystkie daty koncertów są dostępne tutaj.

Wśród entuzjastycznych recenzji płyty „Rebel Heart” warto przytoczyć tę napisaną przez magazyn „Rolling Stone”: „Album „Rebel Heart” jest długą, namiętną, autoreferencyjną medytacją nad utratą miłości i znalezieniem celu istnienia w trudnych czasach”. Dziennik „LA Times” nową płytę Madonny opisał w następujący sposób: „Rebel Heart, zupełnie jak jego twórczyni, prowadzi przez ból i twardo, ale z gracją, stąpa po ziemi”. Serwis muzyczny Noisey w swojej recenzji pisze: „Madonna nadal przyciąga naszą uwagę, jak żaden inny wykonawca w historii współczesnej muzyki”. Z kolei „New York Daily News” napisał: „Na Rebel Heart znajdziemy jedne z najlepiej skonstruowanych popowych melodii w 32-letniej karierze Madonny”. Album jest dostępny pod tym adresem.

Kreacje wykorzystane przez Madonnę w teledysku „Bitch I’m Madonna”:

Główna linia stylistyczna:
Sukienka w cętki: MOSCHINO
Skórzany żakiet: RABAT UNIVERSE
Czapka: SSUR
Gwizdek: CHANEL
Rękawiczki: MAJESTY BLACK
Biżuteria: LYN BAN
Buty: Giuseppe Zanotti

Pozostałe stylizacje:
Koszulka z niebieskim sitodrukiem na indywidualne zamówienie Madonny / Marilyn t-shirt: FASHIONS TOMTOM
Czapka: ADEEN!
Buty: PRADA
Różowe rękawiczki: Gaspar
Duży srebrny pierścień: CHRIS HABANA
Pierścionki: LYNN BAN
Bransoletka: EDDIE BORGO MAIN LOOK

  1. Soundrebels.com
  2. >

O istnieniu mającej swoją siedzibę w Beijing (Chiny) marki Qat dowiedziałem się ponad dwa lata temu podczas monachijskiego High Endu. System oparty o firmową elektronikę w postaci streamera MS5 i wzmacniacza 575 współpracujących z kolumnami Penaudio Sara S wywarł na mnie na tyle pozytywne wrażenie, że podczas powystawowych rozmów z krajowymi dystrybutorami nie omieszkałem napomknąć, że „może warto byłoby …”. Na efekty mojego lobbingu przyszło jednak czekać zdecydowanie dłużej niż mógłbym przypuszczać, gdyż dopiero w tym roku krakowski Nautilus postanowił rozszerzyć swoją ofertę o urządzenia azjatyckiego producenta i przy okazji trochę napsuć krwi konkurencji. Piszę o tym „psuciu” z pełną świadomością, gdyż oprócz dość frustrującego dla potencjalnego nabywcy trendu pompowania cen poza granicę absurdu, zdrowego rozsądku nawet nie wspominając, można zauważyć stojącą niejako w opozycji tendencję zmierzania ku normalności i oferowania produktów nie tylko powszechnie osiągalnych dla przeciętnego „Kowalskiego”, lecz i dysponujących w pełni satysfakcjonującą baterią technologicznych nowinek. Wystarczy przypomnieć Auralica Ariesa, czy Lumina D1, w których w 99,9% płaciło się za brzmienie a dopiero pozostały, nader niewielki, ułamek procenta szedł na materiały, z jakich wykonano obudowy. Nie inaczej jest w przypadku QATa RS3.

Choć RS3 jedynie otwiera portfolio QATa to trudno uznać go za urządzenie oszczędne zarówno pod względem wyposażenia, jak i funkcjonalności. Co prawda korpus wykonano z dwóch nakładających się na siebie giętych profili a nie litego bloku aluminium, ale akurat przy urządzeniach obsługiwanych praktycznie wyłącznie z poziomu smartfona / tabletu bądźmy szczerzy – jeśli tylko nie jesteśmy co i rusz zmuszani do zerkania na zamontowany na froncie wyświetlacz równie dobrze możemy komponent praktycznie całkowicie usunąć z linii wzroku. Dokładnie tak przedstawia się sytuacja w przypadki RS3-ki. Wąski, przypominający swoimi gabarytami front standardowych odtwarzaczy DVD/BR pozbawiono jakichkolwiek wskaźników umożliwiających komunikację z otoczeniem. Oprócz firmowego logotypu umieszczonego po lewej stronie zdecydowano się jedynie na pojedyncze złącze USB, slot na twardy dysk i otoczony błękitną aureolką włącznik. Sam montaż pamięci masowych (2,5” o maksymalnej pojemności 2 TB) przeprowadza się w przysłowiowym okamgnieniu. Lewą ścianę boczną ukośnie ponacinano a na przeciwległej umieszczono dwa niewielkie wentylatory, których podczas kilkudziesięciodniowego okresu testów ani razu nie udało mi się usłyszeć, co przy trzydziestostopniowych upałach, jakie ostatnimi czasy panowały w Stolicy i kilkunastogodzinnych dobowych „przebiegach” trudno nie uznać za dobry omen.
Ścianę tylną zagospodarowano za to zaskakująco szczodrze. Oprócz koaksjalnego wyjścia cyfrowego do dyspozycji użytkownik otrzymuje wyjścia analogowe i to zarówno w standardzie RCA, jak i XLR, podwójny port USB, oraz oczywisty ze względu na pełnione funkcje Ethernet. Wachlarz interfejsów zamykają gniazdo serwisowe i RS232 a zasilanie doprowadzamy do zintegrowanego z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazda IEC.
I to wszystko za 5 700 PLN. Tak, tak nie przewidziało się Państwu. Co ciekawe początkowo sam do bohatera niniejszej recenzji podchodziłem dość nieufnie, lecz bardzo szybko pierwotna niepewność przerodziła się w spontaniczny optymizm, gdyż zaledwie po kilku odegranych taktach okazało się, że mamy do czynienia z urządzeniem, za które jeszcze dwa – trzy lata temu spokojnie można byłoby żądać dwu – trzykrotnej wartości i nadal należałoby je rozpatrywać w kategoriach czysto okazyjnych. Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Ukrytą w trzewiach sekcję przetwornika (24/192) oparto na układzie AK4396 umożliwiającym obsługę nie tylko sygnałów PCM, lecz również DSD w trybie DoP. W zbalansowanym stopniu wyjściowym pracują wzmacniacze operacyjne BB OPA2228P. Na spore uznanie zasługuje zaimplementowany silnik tagowania umożliwiający tworzenie własnych znaczników, dzięki którym nawigacja po nawet najbardziej egzotycznych nagraniach staje się dziecinnie prosta. Jedyne, z czym podczas ponad miesięcznej bytności QAT w moim systemie nie był sobie w stanie poradzić to poprawne wyświetlenie okładek z widzianego przez cały czas 2TB NASa WD MyBook Live (z zainstalowanym Twonkym). Co ciekawe wykonany mirror 1:1 na 2TB USB WD MyPassport odczytywany i indeksowany był błyskawicznie a okładki albumów ładowały się równie błyskawicznie, co z zamontowanego na stałe dysku SSD. Dlatego też wspominam o tym wyłącznie z recenzenckiego obowiązku, bo testy na bardziej zaawansowanych jednostkach w stylu Synology i QNAP z zainstalowanym Minim Serverem przebiegły całkowicie bezproblemowo. Podobnie z resztą jak import/eksport z/na zewnętrzne dyski USB, bądź NASy pojedynczych, grupy wyselekcjonowanych albumów, lub pojedynczych utworów. Dodatkowo, jeśli tylko dysponujemy zewnętrznym napędem CD, to RS może przeistoczyć się w rasowego ripnasa – do wyboru jest format zapisu FLAC lub Wave. Osoby nie posiadające możliwości spięcia odtwarzacza z domową siecią standardową skrętką też nie skazane na alienację, gdyż w komplecie z QATem dostarczany jest moduł do bezprzewodowej transmisji przeznaczony do wpięcia w gniazdo USB.
Jeszcze tylko jedna uwaga – jeśli nie mieliście Państwo do tej pory do czynienia z urządzeniami sieciowymi lepiej poprosić kogoś dysponującego choćby podstawową wiedzą w tymże temacie, gdyż QAT wymaga podania pełnej ścieżki do naszych zasobów multimedialnych.

Dostarczaną wraz z odtwarzaczem a raczej udostępnioną do pobrania dedykowaną aplikację zarówno na iOsa, jak i Androida cechuje wręcz wzorowa intuicyjność i stabilność. Wszystko po prostu działa i zawsze jest tam, gdzie być powinno. Oprócz wyboru źródła plików i oczywistej po nich nawigacji na chociażby wzmiankę zasługuje całkiem rozbudowana sekcja grupująca internetowe rozgłośnie radiowe, wśród których nie zabrakło kilkudziesięciu polskojęzycznych. Dodatkowo mogłem na własnej skórze przekonać się o sukcesywnie wprowadzanych udoskonaleniach, gdyż początkowo dość mylącą „chmurkę” oznaczającą widocznego w mojej domowej sieci NASa zastąpiła ikona zdecydowanie lepiej oddająca charakter zasobu. Do szybkiej i dość ograniczonej obsługi streamera służy również odchudzona na potrzeby iPodów/iPhonów apka QAT Remote, ale porównując ją z wszystkomającą wersją na większe „sterowniki” nie byłem w stanie się do niej przekonać.

A teraz najważniejsze, czyli brzmienie. Osoby śledzące nasz profil na Facebooku mogły w międzyczasie zauważyć, że QAT pojawił się w moim systemie równolegle z niemalże dwukrotnie droższym Luminem D1. Tego typu przesiadki i dokonywane nieraz całkowicie nieświadomie porównania z reguły nie kończą się zbyt szczęśliwie dla tańszego następcy, lecz tym razem … wkraczamy na bardzo grząski grunt. Nie dość, że przepinając się pomiędzy D1 i RS3 nie odczuwałem nijakiego dyskomfortu, to jeszcze po upewnieniu się, że oba urządzenia (po XLRach) grają z taką samą głośnością (jednak czasem aplikacje na smartfony okazują się przydatne) nie mogłem sobie odmówić kilkudniowych sparringów co i rusz przełączając się pomiędzy cyfrowymi źródłami. Efekt tychże porównań okazał się tyleż interesujący, co zastanawiający. Po pierwsze w obu przypadkach art rockowa, obfitująca w iście bizantyjską ornamentykę dyskografia Ayreona („The Theory of Everything”, „The Human Equation”, „01011001”) nie tylko nie nużyła, lecz po prostu sprawiała niekłamaną przyjemność. QAT podawał całość z odrobinę mniejszym ciężarem, lecz różnice były na tyle niewielkie, że można je było wyłowić jedynie podczas bezpośredniego starcia, więc niespecjalnie kruszyłbym o to kopie tym bardziej, że większe zmiany w przypadku bohatera niniejszej recenzji wnosiła żonglerka okablowaniem zasilającym o interkonektach nawet nie wspominając. Można zatem, przynajmniej na tym etapie uznać, iż jeśli tylko nie stawiamy hiperdetaliczności ponad muzykalnością i chłodnej analityczności ponad niemalże analogową selektywnością, to pomiędzy oboma urządzeniami możemy ogłosić remis. Brzmieniowo to ta sama półka a wybór zależeć będzie głównie od wymagań nabywcy, który sam będzie musiał zdecydować, czy bardziej zależy mu na graniu z internetowych serwisów streamingowych w stylu WiMPa/TIDALa (D1), czy jednak stawia na gromadzenie danych multimedialnych na własnych (wbudowanych w urządzenie) dyskach (RS3). Nie mi jednak rozstrzygać powyższe dylematy, tym bardziej, że Lumin powędrował w świat a ja mogłem całkowicie skupić swą uwagę na bohaterze niniejszej recenzji.
W nastrojowych a zarazem zagranych ze swobodą i swadą klimatach w stylu „Pavane For A Dead Princess” Steve Kuhn Trio chiński plikograj rozwinął skrzydła oddając się przy tym drążeniu reprodukowanego materiału i eksplorowaniu drzemiących w nim emocji, niuansów i tak pieszczących audiofilskie zmysły najprzeróżniejszych smaczków. Nie mówię w tym momencie o „siłowym” wyciąganiu z dalszych planów detali, które tamże pozostać powinny, lecz jakże pomocnemu udostępnianiu słuchaczowi wskazówek i sugestii umożliwiających samodzielne do nich dotarcie. QAT swoim graniem niejako obdarowuje słuchacza przysłowiową wędką, lecz to, co już z jej pomocą złowimy zależy po pierwsze od akwenu a po drugie w pewnym sensie … odrobiny szczęścia. Pierwszej metafory z poprzedniego zdania mam nadzieję nie muszę tłumaczyć – im bardziej wielowątkową, niejednoznaczną muzykę włączymy, tym połów powinien być bardziej obfity, to już przy szczęściu pozwolę sobie na trochę bardziej rozbudowane przypisy. Weźmy jako przykład dość rzadko pojawiające się wśród repertuaru stricte testowego thrashowo – metalowe klimaty. Skoro je lubimy i ich odbiór sprawia nam przyjemność innym nic do tego, niestety także i na tym polu można natknąć się na materiał takowe, jakże przyjemne doznania odbierający. O ile wielokrotnie przywoływane przeze mnie „Submission For Liberty” 4 ARM nie ma się czego wstydzić zarówno pod względem jakości realizacji, jak i przede wszystkim wsadu merytoryczno-muzycznego, to już nawet zremasterowany i stuningowany do wersji Deluxe album „Keeper of the Seven Keys I & II” Helloween wypada nie tyle „tak se”, co po prostu blado, płasko i irytująco sztucznie. Był to jeden z niewielu przypadków wśród kilkuset przesłuchanych przeze mnie pozycji, gdzie QAT skapitulował niby grając to, co mu kazałem, lecz zarazem wyraźnie dając do zrozumienia, że z tej mąki chleba nie będzie a jeśli się uprę i dalej będę katował siebie i swoje otoczenie takimi koszmarkami, to zakalec jeszcze długo będzie odbijać mi się audiofislką czkawką.
Mając jeszcze w pamięci dość duże rozbieżności jakościowe uwarunkowane umiejscowieniem reprodukowanego materiału, jakie zaobserwowaliśmy z Jackiem podczas testów Astell&Kern AK500N postanowiłem i tym razem sprawdzić co w trawie piszczy. Całe szczęście nijakich anomalii nie odnotowałem i ten sam utwór odtworzony z dysku USB, NASa, pendrive’a i wbudowanego (umieszczonego przez dystrybutora) dysku SSD zabrzmiał za każdym razem dokładnie tak samo.
Skoro jesteśmy przy porównaniach, to na zakończenie zostawiłem bratobójczy pojedynek RCA vs. XLR, który może nie przez spektakularne KO., lecz po wyrównanej walce jednogłośnie na punkty wygrały XLRy. Ich przewagą okazały się większa namacalność i lepsze odwzorowanie zarówno faktury, jak i wolumenu – masy generowanego dźwięku. Źródła pozorne były przez to lepiej, realniej zdefiniowane a cała scena zyskiwała na trójwymiarowości.

Test QATa RS3 nad wyraz jednoznacznie potwierdził postęp, jaki na przestrzeni ostatnich kilku lat dokonał się w cyfrowych źródłach dźwięku. To, co zrodziło się jako za przeproszeniem „proteza” srebrnego krążka CD już dawno swoją popularnością przyćmiło fizyczne nośniki. Młode pokolenie nie tyle idzie, co już całkowicie weszło w pliki i jedynie od innowacyjności i intuicyjności – szeroko rozumianej ergonomii konkretnych urządzeń zależeć będzie na jakim pułapie jakościowym ten, jeszcze nie do końca ukształtowany narybek się zatrzyma. Przykład QATa pokazuje, że siła i potencjał takich rozwiązań leży nie w wyszukanym designie, który starzeje się szybciej niż newsy na portalach społecznościowych, lecz po pierwsze w wygodzie obsługi a po drugie w brzmieniu zdecydowanie przekraczającym to, czego można byłoby się po tak niedrogim produkcie spodziewać. Nie chciałbym w tym momencie popadać w zbytni optymizm, ale po renesansie winyli a może raczej równolegle do niego możemy obserwować powrót do źródeł Hi-Fi, kiedy dobry dźwięk był dobrem niemalże ogólnodostępnym i świadczył jedynie o poziomie nabywców a nie tworzonej przez zaporowe ceny pseudoelitarności.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Eter Audio / QAT-Audio.pl
Cena: 5 700 PLN (bez dysku)

Dane techniczne:
– Ładowany z przodu, wymienny 2.5 calowy dysk HDD/SSD o pojemności do 2 TB
– Port RS232 dla systemów automatyki domowej
– DAC: AK4396, 24 bity / 192 kHz
– Odtwarzane formaty: PCM, WAV, APE, FLAC, AIFF, WMA, M4A, MP3, AAC, Ogg Vorbis, pliki DSD, i inne
– Sterowanie z klienta systemów: iOS lub Android
– Wyjście cyfrowe: coax
– Wyjście analogowe: RCA, XLR
– Porty USB: 3
– Import/eksport danych: USB/NAS
– Dostęp sieciowy: RJ45, WiFi
– Częstotliwości próbkowania: 44.1 – 192 kHz
– Kolory: czarny, srebrny
– Montaż w racku 1 U
– Stosunek sygnał/szum: 100dB
– Pobór mocy: ≤ 35 W
– Zdalny dostęp serwisowy
– Wymiary: 435 x 262 x 45 mm
– Waga netto: 4 kg

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Lumin D1
– Gramofon: McIntosh MT10 + Lyra Kleos
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Sensor Prelude; RCM THERIAA
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5;  G•LAB Design Fidelity BLOCK;
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power; Furutech FP-S35N; Furutech FP-S35TC
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

  1. Soundrebels.com
  2. >

Najsłynniejsze monitory wszech czasów – LS3/5a, zbudowane w oparciu o  wytyczne inżynierów BBC – zrewolucjonizowały nie tylko technikę studyjną. Były i nadal są monitorami o najbardziej liniowej charakterystyce w odtwarzaniu każdego aspektu treści muzycznej. Głośniki te, współpracujące z dobrze dobranym wzmacniaczem, głównie w zakresie impedancji i wymaganej mocy – są fotografią źródła. Oszałamiający sukces głośników LS3/5a o wielkości pudełek na buty zachęcił inżynierów z BBC Research Department do zbudowania kolejnych, większych wersji  tych monitorków. Tak powstały LS5/8. W 1983 roku w kontekście nowych technik pomiarowych, pojawienia się komputerów, mierników laserowych – zebrano dotychczasowe doświadczenia, skorygowano i uściślono wcześniejsze pomiary w celu stworzenia nowego modelu monitorów, doskonalszych pod względem technicznym, wierniejszych w zakresie brzmieniowym, tańszych i bardziej funkcjonalnych niźli LS3/5 i LS5/8. W pracach tych uwzględniono także funkcję czasu eksploatacji głośników. A konkretnie – kwestię kleju, żywic, którymi nasączano brzozową sklejkę obudów, wytrzymałość i trwałość jedwabnych powłok kopułek. I tak wydłużono czas, w którym parametry owych głośników pozostawały na niezmienionym i porównywalnym z dniem ich budowy poziomie.  Mowa o głośnikach zbudowanych dla BBC na licencji Rogersa. Tak powstał model LS5/9.

Dokładnie 30 lat po premierze – w laboratorium Rogersa, rewitalizowano legendarne LS5/9. Ich najnowsza, prezentowana tutaj wersja – uwzględnia upływ 30 lat a zarazem niewzruszoność ich konstrukcji na upływający czas. Ich idea, założenia, kształt – pozostały niezmienione. Do kolejnej ich edycji użyto materiały bardziej odporne na warunki zewnętrzne i działania mechaniczne, zastosowano precyzyjniej dobrane pod względem parametrów podzespoły elektroniczne.
Inżynierowie z BBC Research Department chcieli „oderwać” dźwięk od kierunkowo ustawionych monitorów. Eksperymentowali z nagraniami mono głosu ludzkiego tak manipulując fazowością w zwrotnicach by kierunkowość dochodzenia dźwięku w pełni odpowiadała doświadczeniu znanemu z codzienności. Bo jeśli odwrócimy się do swoich rozmówców i prowadzimy z nimi rozmowę, to ich głosy płynnie, naturalnie, harmonijnie „wysuwają” się z otoczenia dźwiękowego i wtapiają się w to otoczenie, integrują się z nim i ulegają pełnej homogenizacji, a nie dają się słyszeć jako wykrojone, ostro zarysowane plamy dźwiękowe obarczone kierunkowością. W LS5/9 ten efekt naturalności tła dźwiękowego jest jedną z naczelnych kategorii klasyfikujących te głośniki do wiernych reproduktorów prawdziwego brzmienia.

Dane techniczne:
Dwudrożne, basrefleks
Zakres częstotliwości: 50Hz-16kHz+/-3dB
Głośnik nisko-średniotonowy: 200 mm
Głośnik wysokotonowy: 34 mm
Skuteczność: 87 dB przy 2,83V @ 1m
Impedancja nominalna: 8 Ω
Zalecany zakres mocy wzmacniacza: 15-100 W/kanał
Wykończenie: drzewo różane
Wymiary: 275x460x285 mm
Waga: 13 kg sztuka

Kontakt: HiFi Ja i Ty

 

  1. Soundrebels.com
  2. >

Firma Encore Seven, właściciel marki EGG-SHELL wprowadziła w połowie czerwca 2015 do swojej oferty nowy model zintegrowanego wzmacniacza lampowego. Produkty pod znakiem EGG-SHELL rozpoznawalne są  po charakterystycznym i unikalnym wzornictwie idącym w parze z bardzo dobrymi cechami sonicznymi.
Nowy model otrzymał symbol 12WKT i należy do serii Prestige. Zastąpił w ofercie dotychczasowy, oznaczony jako 10WKT, który od tej chwili nie będzie już dostępny. Podobnie jak pozostałe, jest to konstrukcja typu Single-Ended mieszcząca się w czystej klasie A.

Czym wyróżnia się następca?
Podstawowa zmiana, to sekcja przedwzmacniacza, która została w całości zapożyczona z topowego modelu 20WK, a więc zamiast jednej lampy 6SN7 na kanał, jak dotychczas, mamy dodatkowo pentodę EF86. Jak zapewnia producent, zastosowano nowe, potężniejsze transformatory. Wzmacniacz zyskał nieco wyższą moc. Podobnie jak u poprzednika, końcówka mocy oparta jest o lampy KT88 – po jednej na kanał oraz zasilacz lampowy zbudowany w oparciu o podwójną diodę prostowniczą typu 5AR4/GZ34.
Jak wszystkie integry serii Prestige, może współpracować z niezwykłym, sferycznym pilotem głośności Prestige RCX. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pilot to ścięta drewniana, masywna kula, która nie ma żadnych ruchomych elementów. Zmiana głośności odbywa się poprzez obrót kuli wokół własnej osi w prawą lub lewą stronę, co przekłada się na ruch koła głośności we wzmacniaczu. Jest to prawdopodobnie pierwsze na świecie tego typu rozwiązanie wykorzystane w urządzeniu Hi-Fi. Film prezentujący działanie pilota można znaleźć w kanale YouTube producenta:
https://www.youtube.com/watch?v=jRybhFJAvAc

Wzmacniacz 12WKT został ponadto odświeżony wizualnie, czyli dorównany w szczegółach wykończenia do najnowszych konstrukcji serii Prestige. Na tylnym panelu znajdziemy trzy wejścia liniowe RCA na pozłacanych gniazdach amerykańskiej firmy Charming Music Conductor (CMC). Oprócz tego znajdują się tam gniazda głośnikowe obsługujące impedancje 4 i 8 ohm.
Górna pokrywa, którą łatwo zdjąć dla lepszego efektu wizualnego żarzących się lamp oraz poprawy chłodzenia (mocowana na magnesach), została dodatkowo usztywniona. Nadal istnieje możliwość zamówienia niemal dowolnego kształtu wycięć chłodzących na panelu. Standardowo producent oferuje dwa typy – proste podłużne szczeliny oraz otwory ułożone gwiaździście. Pozostałe cechy, jak układ „V” lamp mocy oraz duże poziome koło głośności, pozostają bez zmian.

Wraz z pojawieniem się nowego modelu udostępniono kolejną możliwość kastomizacji kolorystycznej polegającej na dostępności lakierów metalicznych. W takim właśnie wykończeniu zaprezentowano pokazowy model. Bez zmian pozostają kolory „standard” czyli biały i czarny. Nadal dostępne są trzy rodzaje przedniego szklanego panela: mocniej dymiony grafitowy oraz jaśniejsze: zielone i niebieskie.

Producent zapewnia, że brzmienie jest jeszcze lepsze niż to, którym charakteryzował się poprzednik. Przede wszystkim, zachowując ciepły i okrągły kształt, z dużą detalicznością wyższego pasma, uzyskano znaczną poprawę dynamiki i kontroli basu, który schodzi nisko, jest konturowy, szybki i dobrze kontrolowany.

Podstawowe dane techniczne:
• Klasa: A (konstrukcja SE Single-Ended)
• Moc: 2 x 12W
• Pasmo: 30Hz – 20kHz (+/- 3dB)
• Impedancja wyjściowa: 4 i 8 Ohm
• Wejścia liniowe: 3 x RCA
• Lampy: 2 x KT88, 1 x 5AR4, 2 x 6SN7, 2 x EF86
• Pobór mocy: 170W
• Waga: 20 kg
• Wymiary [cm] (szer/dł/wys): 40/39/20

Wzmacniacz w Polsce kosztuje 12.990 zł. Z uwagi na wiele możliwości kastomizacji wizualnej, dostępny jest na indywidualne zamówienie. Można go będzie obejrzeć, posłuchać i zamówić w kilku wybranych salonach audio w Polsce.

Strona internetowa producenta: encore7.com

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Pierwsze rozmowy z producentem dotyczące niniejszego testu zaczęliśmy z Jackiem prowadzić ponad rok temu – podczas monachijskiej wystawy High End, w maju 2014r. Prezentująca wtenczas prototypowy egzemplarz ekipa G•LAB Design Fidelity pełna zapału i optymizmu liczyła na to, że już wkrótce wszystko zostanie zapięte na ostatni guzik i finalny, w pełni certyfikowany i zaaprobowany przez brukselskich speców (m.in. od krzywizny banana) produkt trafi nie tylko do naszej redakcji, ale przede wszystkim na światowe rynki. Niestety biurokratyczne realia okazały się zdecydowanie mniej napawające nadzieją i na brutalnych, biurokratyczno – papierologicznych bataliach upłynęło kilkanaście miesięcy. Całe szczęście w momencie, w którym czytają Państwo te słowa jedyny w swoim rodzaju zintegrowany wzmacniacz lampowy BLOCK, bo to o nim mowa, jest już osiągalny w normalnej sprzedaży.

Wygląd Blocka można określić jako tyleż niecodzienny, co intrygujący. Ma w sobie zarówno coś z pierwotnej surowości – obudowa z tzw. „nierdzewki”, jak i z kubistyczno – futurystycznych fantazji rodem z „Gwiezdnych Wojen” G. Lucasa. Jest kontrowersyjny, niejednoznaczny i raz zauważony po prostu zapada w pamięć równie głęboko, co architektura Gaudiego. Proszę mu się tylko przyjrzeć. Centralnym elementem, niejako kręgosłupem, rdzeniem, czy też cokołem łączącym poszczególne moduły w nierozerwalną całość jest czerniona rura kryjąca nie tylko solidne trafo, lecz i pozostałe elementy układu zasilania. Wewnątrz „lewitujących” na jej orbicie czterech stalowych prostopadłościanów umieszczono zaprojektowane i wykonane przez pana Mariana Kopeckiego transformatory wyjściowe i dławik. Główną płytkę drukowaną ulokowano w poziomym, również prostopadłościennym, lecz tym razem mocno spłaszczonym i przymocowanym do wspomnianej „rury” chassis.
Pomimo na wskroś nowoczesnego a przy tym niepowtarzalnego designu, o co w urządzeniach audio ostatnimi czasy niezwykle trudno, Block w swych konstrukcyjnych założeniach jest wręcz książkowym przykładem ortodoksyjnego minimalizmu. Niech Państwa jednak nie zwiedzie widok popularnych 34-ek, gdyż zamiast typowego i popularnego w niedrogich rozwiązaniach push – pulla w trzewiach tytułowej integry drzemie purystyczne zaplecze pracującego w czystej klasie A układu single-ended. Za wzmocnienie sygnału odpowiedzialne są po trzy lampy na kanał – obsługujące stopień phonostage’a podwójne triody JJ E88C, pracujące w stopniu wejściowym i w roli driverów kolejne triody (również podwójne) 6N6P, oraz wspomniane stopnie wyjściowe pod postacią pentod JJ E34L. Każda z lamp posiada własną, dedykowaną „klatkę”, co z jednej strony nadaje całości mocno industrialny wygląd, lecz z drugiej zadowala najtęższe umysły w UE odpowiedzialne za certyfikowanie urządzeń elektrycznych pod względem bezpieczeństwa użytkowania.
Przepraszam, że dokonując swoistej roszady trochę zaburzyłem zwyczajowy porządek recenzji, lecz mając pokrótce omówione zagadnienia czysto techniczne mogę spokojnie skupić się na walorach typowo estetycznych. Jak sami Państwo zapewne zdążyli zauważyć Block nie przypomina typowych wzmacniaczy dostępnych na rynku. Nie jest jedną z wielu wariacji nt. „mamy gotową elektronikę i musimy ją jakoś opakować”. Nic z tych rzeczy. W przypadku, przynajmniej na chwilę obecną, jedynego produktu G•LAB Design Fidelity projekt powstał zapewne najpierw w głowie, a potem na desce kreślarskiej absolwenta Akademii Sztuk Pięknych – pana Mateusza Główki i dopiero potem został zaadaptowany na jakże miłe naszym sercu audiofilskie potrzeby.
Na stosunkowo niewysokim a przy tym pasującym szerokością bardziej do kategorii midi, aniżeli pełnowymiarowych komponentów audio froncie, umieszczono z lewej strony delikatnie zagłębione masywne, toczone pokrętło głośności, oraz znajdujący się nieopodal włącznik główny, a po prawej trzy bliźniacze mu przyciski odpowiedzialne za wybór źródła sygnału. Zero wieloliterowych opisów, świecących diód, czy innych wizualnych atrakcji. Surowość do kwadratu, a raczej do sześcianu, bo przyciski przecież są trzy a nad każdym z nich umieszczono odpowiednio rosnąca liczbę mikroskopijnych kwadratowych piktogramów, umożliwiających dopasowanie – przyporządkowanie wciśniętego (proszę się wsłuchać w charakterystyczny klik) przycisku do analogicznie oznaczonego wejścia RCA z tyłu. A właśnie ściana tylna. Warto wspomnieć, iż zdobią ją autografy twórców a wszelakiej maści interfejsy i przyłącza ukryto w zgrabnym „wykuszu”, co może budzić pewne obawy co do ergonomii, lecz empirycznie miałem okazję się przekonać, że nie taki diabeł straszny jak go malują i nawet montaż uzbrojonych w masywne widły Hydr Signal Projectsa nie nastręczył mi większych problemów. Wejścia liniowe są oczywiście trzy, z czego środkowe prowadzi do przedwzmacniacza gramofonowego dedykowanego wkładkom MM. Z drobiazgów natury użytkowej nadmienię tylko, że pilota nie ma i nie będzie, oznacza to, że jak chce się poklikać, albo zmienić głośność, to trzeba od czasu do czasu cztery litery ruszyć z fotela. W końcu ruch to zdrowie, nieprawdaż?

Zanim przejdę do opisu dotyczącego możliwości brzmieniowych tytułowego wzmacniacza chciałbym zwrócić Państwa uwagę na jeden, acz nad wyraz istotny detal. Otóż Block dysponuje, zgodnie z deklaracjami producenta (my badań laboratoryjnych weryfikujących prawdomówność takich sformułowań nie prowadzimy). „oszałamiającą” mocą 5,5W na kanał. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, w końcu to lampowe single – ended, gdyby nie to, że pan Dionizy Konieczny (Sales Manager) szedł w zaparte i z uporem maniaka powtarzał, że to w zupełności wystarczająca moc, by „uciągnąć” moje Gaudery. Co prawda Arcony oparte zostały na średnio – nisko tonowych przetwornikach aluminiowych i tweeterze AMT, ale jak to u dr. Rolanda bywa odznaczają się dość szybko dającymi się we znaki słabowitym amplifikacjom zarówno przebiegiem impedancji, jak i „wystarczającą” skutecznością. Miałem zatem do wyboru – przeprowadzić cykl sesji odsłuchowych w naszym redakcyjnym OPOSie (Oficjalnym Pomieszczeniu Odsłuchowym Soundrebels) z użyciem ISISów, zorganizować sobie jakieś inne wysokoskuteczne kolumny, lub … posłuchać przedstawiciela producenta i w razie fiaska ograniczyć się do rzutu monetą pomiędzy dwoma pozostałymi rozwiązaniami. Nie mając za bardzo nic do stracenia postawiłem na bramkę numer trzy i … cytując klasyka „Bingo!”. Oczywiście początkowo do tematu podchodziłem z adekwatną do zaistniałej sytuacji, bo przecież nie wrodzoną (u ponad 100 kg ogra), delikatnością. Dlatego też na pierwszy ogień poszedł nastrojowy album „Popular Problems” Leonarda Cohena, jednak łatwość tego repertuaru była tylko pozorna. Niby niski, zachrypnięty głos wokalisty, który nomen omen nigdy nie był królem ekspresji, zamiast krzyku preferując zdecydowanie bardziej spokojne i stonowane formy artystycznego wyrazu nie stanowił zbyt ambitnego wyzwania, jednak okraszony delikatnymi chórkami i przeszkadzajkami syntetyczny bas wtórujący fortepianowi potrafi na niezbyt wydajnych prądowo konstrukcjach nader skutecznie zamulić i przykryć grubym kocem cały przekaz. Jednak tym razem nic podobnego nie miało miejsca. Będący w nieustająco dobrej formie Cohen został lekko przybliżony ku słuchaczowi a znajdujące się na drugim i trzecim planie źródła pozorne cały czas zachowywały właściwe sobie wymiary. Co prawda kreowanie przestrzeni i związana z tym gradacja planów oparte były głównie na faworyzowaniu namacalności, czasem nawet kosztem zachowania sztywnych reguł perspektywy, lecz jestem w stanie przejść nad tym zabiegiem do porządku dziennego. Powód jest oczywisty – dźwięk czaruje a może raczej oczarowuje namacalnością i bliskością muzyków/instrumentów nie epatując przy tym zbytnim wyostrzeniem krawędzi i bijącą po oczach fakturą, których i tak w rzeczywistości nie mielibyśmy okazji dostrzec. Nie chodzi bynajmniej o mniej, bądź bardziej kosmetyczne zabiegi zmiękczająco – blurujące, lecz bycie bliżej prawdy – rzeczywistości, aniżeli ordynarne przejaskrawienia i okołosamplerowe sztuczki. Szukając fotograficznej analogii – HDR w portrecie niezwykle rzadko się sprawdza i podobnie jest też w muzyce.
Dźwięk był niezwykle zwarty, spójny i wręcz odwrotnie proporcjonalny pod względem prezentowanej motoryki do deklarowanej, czysto teoretycznie słabowitej mocy. Próbując umiejscowić go pod względem podejścia, maniery, z jaką reprodukuje zadany mu materiał muzyczny muszę przyznać, że Block całkiem zgrabnie wpisuje gdzieś pomiędzy reprezentującą obóz single-ended końcówkę Tellurium Q Iridium 20 II a klasyczną, acz niezwykle żywiołową lampowa integrę Leben CS-300F. Oczywistą cechą wspólną wymienionych amplifikacji i tytułowego wzmacniacza jest „pozornie” niewielka moc, której parametry mierzalne mają się zupełnie nijak do doznań czysto empirycznych, czyli odsłuchu. Bo w końcu jak opisać sytuację, kiedy wiemy, że właśnie grający u nas wzmacniacz ma moc wynoszącą raptem kilkanaście, czy nawet kilka, jak bohater niniejszej recenzji, watów a bez trudu wysterowuje kolumny, przy których niejedna „muskularna legenda” musiała się nieźle napocić.
Skoro tak dobrze poszło Blockowi z wiekowym bardem czas było sięgnąć po coś bardziej masywnego i zarazem gęstego – np. „Anastasis”  Dead Can Dance. Gdy suto okraszona elektroniką „symfonika” stanowiąca tło do niemalże wprowadzających w stan transu partii wokalnych zaczęła dobiegać z Gauderów mój szacunek do polskiej konstrukcji wzrósł o kolejne kilka punktów. Nisko schodzący a przy tym świetnie zróżnicowany bas trzymany był na zaskakująco krótkiej smyczy, dzięki temu nie degradował selektywności pozostałej części pasma. Wyłącznie w superlatywach wypada wypowiadać się również o gładkości i spójności reprodukowanego spektaklu muzycznego. Zamiast niezwiązanych ze sobą, odseparowanych dźwięków Block podchodził do tematu bardzo szeroko – globalnie. Rozpoczynał od ogółu, kreśląc przekaz – myśl przewodnią, na którym opierała się akcja a następnie, w sposób całkowicie płynny i naturalny, pozwalał słuchaczowi skupić się i śledzić poszczególne detale – partie konkretnych wokalistów, czy instrumentów.
Na koniec zostawiłem hardrockowy „War Of Kings” Europe. Rozmach, wykop i iście epicką spektakularność udało się całkiem udanie odwzorować, lecz gdy pokrętło volume wędrowało zbyt daleko w prawo do głosu dochodziły prawa fizyki i scena zaczynała się zauważalnie kurczyć by w kulminacyjnych momentach przemycać nawet lekką kompresję. Oczywiście dziecięcą naiwnością byłoby z mojej strony liczenie, że w tak a nie inaczej skonfigurowanym systemie Block zagra zawsze, wszystko i na każdym poziomie głośności. I taka sytuacja jak widać miejsca nie miała, za to dobierając do tytułowej integry dedykowane, bądź dysponując już odpowiednio wysokoskutecznymi kolumnami z powodzeniem można sięgać nawet po cięższy od legend „pudelmetalu” repertuar.
I jeszcze jedno. Kiedy praktycznie wszystko, co miałem do napisania napisane zostało, już zupełnie „poza konkursem” włączyłem z czystej ciekawości i sentymentu dawno niesłuchany „Beggars Banquet” The Rolling Stones (24Bit/88,2kHz). O tym, że muzycznie album cały czas się broni nie muszę chyba przypominać, lecz od strony realizacyjnej już tak różowo nie jest. Pomimo swojej gęstości w większości przypadków wypada zbyt sucho i w pewien sposób anorektycznie. Brakuje w nim prawdziwego mięcha, krwistej tkanki i jakiegoś takiego ludzkiego ciepła. Tymczasem Block w jedynie wiadomy sobie tajemny sposób sprawił, że z do bólu cyfrowego pliku udało się osiągnąć namiastkę, bo namiastkę, ale zawsze czegoś na kształt analogowej organiczności. Co prawda nadal głębokość sceny nie przekraczała tej w brodziku dla przedszkolaków, lecz całość układała się w coś nie tylko sensownego pod względem kompozycyjnym, lecz przede wszystkim zaczynała spełniać kryteria trójwymiarowości.

G•LAB Design Fidelity BLOCK już podczas statycznej prezentacji na zeszłorocznym monachijskim High Endzie zauroczył nas unikalna bryłą i jasną dedykacją określonej grupie docelowej. Bez podlizywania się i tzw. grania pod publiczkę wiadomo od razu, że nie jest to idealny kandydat na pierwszy krok w audio. Za to wszyscy ci, którzy dość mają niekończących się poszukiwań i rosnącej w zastraszającym tempie listy kiedyś posiadanych urządzeń powinni na spokojnie usiąść i posłuchać Blocka w zaciszu własnych czterech kątów. Szansa na to, że jakość pochodzących z tego uroczego lampowca watów okaże się zdecydowanie bardziej istotna od ich ilości.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; QAT RS3
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R;
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Minął dokładnie rok, gdy wespół z Marcinem odwiedzając w 2014r wystawę w Monachium, natknęliśmy się na wtedy jeszcze statyczną prezentację dzisiaj opisywanego produktu. Tak tak, aby coś zostało dopuszczone do sprzedaży, obwarowane jest makabryczną papierologią , która w naszym zrzeszonym z Unią Europejską kraju mniej więcej tyle twa. Ale nie ma co narzekać, gdyż jak znam życie, projekt mógł w tym czasie ewoluować do ostatecznej wersji, by teraz zaprezentować pełnię swoich możliwości sonicznych. A mowa o rodzimej produkcji wzmacniaczu lampowym Block, powołanym do życia przez grupę G – LAB DESIGN – FIDELITY, który będąc w swych założeniach konstrukcją bezkompromisową, oferuje jedynie 5,5 Watt na kanał w królewskiej klasie ”A”. Co z tego wydawałoby się skazanego na sromotną porażkę (cena wzmacniacza oscyluje w kwocie niższej niż mój jeden kabel głośnikowy) sparingu wynikło, zdradzę w dalszej części tekstu.

Patrząc na bryłę Blocka’a, nie sposób powstrzymać się od twierdzenia, że aby tak umiejętnie wizualnie umieścić na orbicie walca kilka różnych kostek z drapanej stali nierdzewnej, trzeba mieć lekko odklejoną przynajmniej jedną klepkę w naszym narządzie zmysłu – oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Rasowy przedstawiciel homo sapiens choćby nie wiem jak się wytężał, skomponowałby pospolitą i na dłuższą metę nudną budowlę z klocków Lego, a nie tak chwytającą za wzrok przestrzenną kompozycję. Nie wierzycie w moje zapewnienia? Proponuję spróbować swoich sił i dać do oceny obiektywnemu opiniodawcy własne „dzieło”, a pewnie okaże się, że lepiej dla społeczeństwa będzie, gdy zostawimy to ludziom kompetentnym w tej materii. Ale wystarczy tych wizualnych dygresji i przejdźmy do clou spotkania. Jak zdążyłem wspomnieć, projekt plastyczny skupia się na ubraniu centralnego, mieszczącego całość układów elektrycznych cylindra w cztery sześciany i jedną dużą platformę nośną dla lamp, czyli prostota i perfekcja w jednym wcielona w życie. Dolne kostki wyglądają jak masywne stopy, gdy tymczasem konstrukcja stoi na skrywającym wnętrzności cylindrze. Górna płaszczyzna w swej centralnej części gości zestaw lamp elektronowych, ukrytych w wyśmienicie współgrających z ogólnym projektem koszykach. Front owej platformy z lewej strony dumnie ubrano w dużą gałkę wzmocnienia sygnału i oldschoolowy, rodem ze starych PRL-owskich urządzeń włącznik, by na drugim biegunie zaimplementować potrójny podobny do włącznika guzikowy selektor wejść. Użycie jednego z tych mechanicznych pstrykaczy, natychmiast przywołuje mi lata młodości. Brawo Panowie. Tył naszej integry wyposażono w gniazdo sieciowe i uziemienie dla przedwzmacniacza gramofonowego na korpusie cylindra, a także zestaw trzech wejść liniowych – w tym jedno phono i pojedyncze terminale głośnikowe na zapleczu lądowiska dla szklanych baniek. Żadnych zbędnych udziwnień. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o wygląd. Zatem przejdźmy do najważniejszego zagadnienia – wzmacniania sygnału, które z racji minimalnej w stosunku do dzisiejszych standardów (gigantyczne moce) bardzo mnie intrygowało.

Początek spotkania z takim hardcore’owym produktem, jak zwykle niósł ze sobą garść domysłów typu: sama dość wysoka skuteczność moich kolumn (90 dB) nie daje gwarancji na poprawne wysterowanie ich przez słabowity wzmacniacz. Dlaczego? Otóż z jednej strony jej wysoki wynik w papierach może być i niestety często jest wyssany z palca, a znowu z drugiej strony, gdy nawet jest bliski prawdy, może okazać się, iż do poruszenia prawie czterdziestocentymetrowych membran niskotonowców, pięć Wattów może nie wystarczyć. Jednak nie deliberując zbytnio –ostatecznie panowie PR-rowcy wiedzieli z czym i gdzie przyszli, wpiąłem tę świeżynkę w swój tor audio i muszę przyznać, że jak na takiego cherlaka, już od startu szło mu całkiem dobrze. Oczywiście zanim przyjrzałem się możliwościom współgrania lampowego gościa z kolumnami z Austrii, zaaranżowałem mu kilkudniową zapoznawczą rozgrzewkę przy taktach uwielbianej przeze mnie muzyki dawnej, śledząc poniekąd przy okazji, w którą stronę skieruje się początkowa ostrość grania fabrycznego piecyka. Gdy bohater dzisiejszego spotkania doszedł już do stanu recenzenckiego, postanowiłem sprezentować mu sparing z wysokoskutecznymi kolumnami, w postaci trzydziestoletnich Klipsch-ów stojących w klubie KAIM. Niestety, ta konfiguracja okazała się zbyt mocno okraszona manierą grania dawnych tubowców, dając nam bardzo krzykliwy, bez wypełnienia i w konsekwencji suchy dźwięk. Tak więc ostrzegam wszystkich mądrych świata audio, że podobne stereotypy – skuteczne kolumny z epoki megafonów plus oferujący kilka „wacików” wzmacniaczyk gwarantują sukces – szybko okazują się pobożnymi życzeniami, a nie aksjomatem. Jako ciekawostkę dodam, że kiedyś w klubie udało nam się zrobić z tych właśnie egzemplarzy Klipsch’a, coś na kształt kontynuatora grania wyspiarskiego Hrbeth’a. Jednak użyliśmy do tego pełnego kompletu odpowiednio modelującego dźwięk okablowania od sieciówek, przez łączówki, po głośnikówki, kilka dobre razy przekraczając tym wartość ukulturalnianych kolumn. Jeśli ktoś nawet widzi w tym sens, to niestety zdroworozsądkowo patrząc, było to leczenie dżumy cholerą, a nie mające głębszy sens posunięcie. Ale wracajmy do naszego zbioru kostek Rubika. Powrót po takiej porażce na stare śmieci – czytaj: do mojej samotni – na szczęście reanimował mój nieco ostudzony entuzjazm. Spodziewałem się grania wyższym środkiem z tendencją przesady, gdy tymczasem okazało się, że była to wina klubowych, zbyt ofensywnych kolumn, a nie otwarcie grającego malucha. Detaliczność dźwięku wspomagana jego ogólnym oddechem, już podczas wstępnych krążków rozruchowych w moim secie wyraźnie pokazywała duże możliwości naszego bohatera, by za drugim podejściem po raz kolejny to potwierdzić. A przecież na pokładzie moich zespołów głośnikowych są również papierowe przetworniki i tuba, ale zaaplikowane według obecnych trendów konstrukcyjnych. Oczywiście nie ma róży bez kolców i taki naciskający na ilość informacji sposób prezentacji materiału zapisanego na płycie, w konsekwencji oferował niekiedy drobne podbicie sybilantów, które często są zmorą słabych realizacji. Może nie były męczące, ale gdy realizator postanowił włożyć mikrofon do gardła artystki lub artysty, słychać było zwiększenie udziału syków w spektaklu muzycznym. W referencyjnej konfiguracji ten aspekt albo nie występował, albo był pomijalny, ale nie oszukujmy się, walka nie była równa. Na usprawiedliwienie bohatera dodam, że nawet jeśli te artefakty już zaistniały, nie degradowały dźwięku, tylko wskazywały potknięcia realizatora, przy których nieco słabsze urządzenie mogło mieć problem. I nie piszę tego aby deprecjonować testowany komponent, ale aby uświadomić potencjalnym nabywcom, że mamy do czynienia z bardzo swobodnie grającym piecykiem i dobór kolumn nie będzie zwykłą formalnością, tylko ważnym przed-zakupowym procesem odsłuchowym. Mając coś tak nietuzinkowego, musimy nieco się przyłożyć, aby osiągnąć pełnię zadowolenia w górnych rejestrach jego możliwości sonicznych, a nie sztampowo przeczytać tabelki w instrukcjach obsługi i w ciemno (głucho) zakupić współpracujące z nim przyszłe kolumny. To ma być konsensus dwóch synergiczne dopasowanych produktów, a nie zakup z łapanki. Ale przejdźmy do wizualizowania generowanego dźwięku, w kompilacji z moimi Trennerami.  Gdy  końcówka Reimyo została zastąpiony rodzimym produktem, z racji małej mocy stopa perkusji straciła nieco ze swego ciężaru. Nie była płaska jak deska, ale nie generowała już tego podmuchu, jak dwustuwatowy Japończyk. Co ważne, temperatura grania była może nieco przesunięta ku górze, ale nadal obracała się w widełkach ciepłego przekazu. Z pewnością nie odbierałem tego jako szkodliwego rozjaśnienia, tylko sposób na poradzenie sobie z membranami basowymi wielkości starej emaliowanej miednicy. Aby przybliżyć nieco specyfikę wzmacniania dźwięku, posłużę się kilkoma płytami, zaczynając od bardzo często lądującej w napędzie CD ECMowskiej kompilacji Johna Pottera z serii „The Downland Project”, a zatytułowanej „Care – charming sleep”. Kilka motywów Monteverdiego przełamywane innymi pieśniami tamtych czasów, zaśpiewane w dość nietypowy, taki pałający energią i swobodą, bez nadęcia na artyzm sposób sprawiają, że mogę słuchać tego kilkukrotnie w jednej sesji odsłuchowej. To oczywiście ma swoje zalety w postaci dogłębnej znajomości prawie każdej zapisanej na płycie frazy, ale na minus trzeba zaliczyć szybkie znudzenie się tym materiałem. Reasumując, owa przywołana na początku maniera świeżej prezentacji dźwięków, zdawała się bardzo pomagać tej pozycji płytowej, gdyż delikatne przesunięcie ciężaru w stronę wyższego środka, powodowało spektakularne, często chwalone przez odwiedzających mnie gości doświetlenie sceny muzycznej. Idąc dalej tym tropem, chcę przywołać wokal Johna Pottera, który czerpiąc z takiego postawienia sprawy, tak rozbrzmiewał w mym pokoju, że swym wolumenem przegrywał jedynie z ograniczającymi go ścianami i sufitem. Jak na taki stosunkowo tani produkt z działu wzmacniania sygnału, było to bardzo pouczające doświadczenie. Widać ewidentnie, że jednak i na takim pułapie cenowym da się zrobić coś grającego co najmniej ciekawie. Ale nie samą muzyką dawną człowiek żyje, dlatego musiałem sprawdzić, jak wypadnie rozkład kilku artystów na scenie. Do tego punktu testu zaprzągłem gramofon z winylem Enrico Ravy i Dino Saluzzi’ego w quintecie zatytułowanym „Volver”, a wydanym przez ECM. Tak tak, jestem nudny, ale co ja poradzę, że ta wytwórnia ma monopol na tak wysoki standard jakości nagrań i naprawdę trzeba się postarać, by znaleźć jakąś wpadkę. Dlatego też, ta monachijska oficyna jest u mnie numerem jeden podczas współpracy recenzenckiej i szlus. Ale do rzeczy. Nieprzypadkowo wziąłem na tapetę tę płytę, gdyż jest to co prawda bardzo powoli, ale konsekwentnie rozwijająca się opowieść kilku artystów. W rozpoczynającym krążek utworze, sukcesywnie włączają się w dialog pomiędzy sobą, pokazując dokładnie, gdzie realizator posadził każdego z nich. Odrobina wyciszenia i nagle gdzieś w oddali słyszymy muzyczne frazy gitary, na której tle, nieco bliżej z lewej strony wchodzi akordeon Salizziego, by później swój udział z prawej strony zaznaczył kontrabas i blachy perkusji. Apogeum tego utworu, to wejście trąbki Enrico Ravy, jako centralnie umieszczonego źródła pozornego. I gdy utwór dobiegł do końca, okazało się, że może nie była to wierna kopia możliwości mojego pełnego seta z Japonii, ale jak na debiutującego w świecie audio i chyba zbyt wstrzemięźliwie w stosunku do możliwości sonicznych wycenionego pretendenta do zaistnienia na rynku, wypadło bardzo dobrze. Na koniec muszę przyznać, że znalazłem repertuar, który pokonał naszego bohatera. Co prawda do średnich poziomów głośności dzielnie się bronił, ale po przekroczeniu punktu „G” na potencjometrze, obraz muzyczny mocno tracił na czytelności i gradacji planów. Proszę jednak wziąć na tę przygodę spory margines tolerancji, gdyż jako wsad do kompaktu posłużyła płyta rodzimej folk-metalowej grupy Percival, z którą problem ma większość stacjonujących na testach u mnie urządzeń. Raz, że jest niezbyt dobrze zrealizowana, a dwa, że uważam to za coś na kształt własnowolnego niszczenia komórek mózgowych potencjalnego słuchacza, co udało mi się porzucić już kilkanaście lat temu. Tak więc, proszę nie wyciągać z ostatnich kilku zdań zbyt daleko posuniętych wniosków, tylko przyjąć je, jako czysto informacyjne dane solidnie podchodzącego to oceny recenzenta. Sądzę, że z kolumnami o nieco mniejszych przetwornikach byłoby znacznie lepiej, ale nie oszukujmy się, raczej nikt nie będzie rozglądał się za królewską klasą „A”, do masowania wnętrzności muzyką szatana. Takie urządzenia powstają dla wyedukowanego melomana, który doceni kunszt konstruktorów w oddaniu prezentacji ulubionej muzyki. Powtarzam, muzyki, a nie zbioru przekrzykujących się nawzajem instrumentów i wokalistów, dla których tak z pamięci na jednym oddechu wyliczyłbym co najmniej kilka idealnych, ale niestety całkowicie innych wzmacniaczy.

Puenta? Fajnie, że ludziom w naszym kraju chce się tworzyć podobne produkty. Block, będąc fuzją pomysłu na biznes, udanej konstrukcji elektrycznej i ciekawej bryły zdaje się rokować osiągnięcie końcowego sukcesu. Dlaczego tak sądzę? Proszę zabrać produkt firmy G-LAB DESIGN – FIDELITY do siebie na testy nawet z założenia zbyt trudnymi kolumnami, a okaże się, że to, co napisałem wcześniej, czyli: otwartość grania, dobrze poukładana scena i co ważne dla naszych drugich połówek wygląd tak Was do siebie przekonają, że zapragniecie poszukać dla niego godnych przetworników. Pięciowatowy wzmacniacz w klasie „A”, to inny świat obcowania z muzyką i gdy przy nawet przypadkowym kontakcie słuchowym, choć przez chwilę zatli się w Was iskierka romantyka, możecie przegrać z tym pragnieniem z kretesem. Naprawdę polecam spróbować, ale ostrzegam również ignorantów, że nawet przy złym nastawieniu mogą się pozytywnie zaskoczyć.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Producent: G LAB Design Fidelity
Cena: 5 000 €

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 5,5 W
Pasmo przenoszenia: 30 Hz – 30 kHz/-2 dB
Pobór mocy: 120 W
Wejścia: 2 x liniowe, 1 x gramofonowe (MM)
Lampy: 2 x E34L, 2 x E88C, 2 x 6N6P
Waga: 20 kg
Wymiary (WxDxH): 339 x 288 x 208 mm (bez lamp)

  1. Soundrebels.com
  2. >

Czasem recenzentowi, mimo sporej swobody wyboru urządzeń, ciężko jest zdobyć na testy konkretny model lub nawet dowolnego reprezentanta marki na występy we własnych czterech kątach. Powody można mnożyć, począwszy od braku oficjalnego, lokalnego dystrybutora, poprzez niepełną ofertę na półce, po jak w tym przypadku dość “świeżą” powodującą pewną barierę komunikacyjną obecność na rynku. Jednak jako potwierdzenie starej prawdy „co się odwlecze …” zdarzają się nieprzewidywane sytuacje i jednak dochodzi do spotkania z będącym w sferze zainteresowań produktem. Taka trochę przypadkowa sytuacja przytrafiła się ostatnio również mnie i dzięki znajomemu audiofilowi udało się pozyskać, niestety na zaledwie kilka dni, produkt przez wielu uznawanej za szczyt marzeń szwajcarskiej marki FM Acoustics. Doskonale zdaję sobie sprawę, że w obecnych – szalonych czasach poziom postrzegania danego producenta pozycjonowany jest czasem tylko bardzo kontrowersyjną (czyt. wysoką) dla potencjalnych nabywców ceną. Oferta będącej bohaterem niniejszej recenzji manufaktury również do najtańszych nie należy, lecz jeśli zawiera w sobie atrakcyjny “bonus” w postaci fantastycznie generowanego, adekwatnego dla danej półki cenowej dźwięku, nie widzę w tym nic zdrożnego. Ot, ktoś (najczęściej sfrustrowany miernością obecnych na rynku komponentów audio miłośnik muzyki) wdrożył w życie kłębiący się latami w jego głowie pomysł i owoc swej często kilkuletniej pracy wycenił na proporcjonalną do włożonej pracy ilość banknotów. Na szczęście to, jak mają się pobożne życzenia konstruktora w stosunku do oczekiwań użytkowników, bardzo brutalnie weryfikuje rynek, którego jestem czynnym uczestnikiem, dlatego z miłą chęcią zapraszam wszystkich do zapoznania się z moim punktem widzenia na wspomniany przed momentem aspekt cena / jakość. Na przykładzie testu przedwzmacniacza gramofonowego Resolution Series FM 122 MkII Phono Linearizer Preamplifier tytułowej manufaktury, spróbuję zweryfikować, czy niepozornie wyglądający, ale sporo kosztujący phonostage broni się w korelacji z żądaną za niego ceną.

Jak można przekonać się na załączonych fotografiach, nasz bohater mimo swego pułapu cenowego nie należy do gigantów tego działu audio – dla porównania tuż za nim widzimy katowicką Therię. Swoimi gabarytami ogranicza się do dość wąskiej (szerokość), nieco wydłużonej (głębokość) i płaskiej (wysokość) aluminiowej obudowy w kolorze szampańskiego złota. Dla ożywienia postrzegania bryły, górną płaszczyznę wzbogacono o biegnące ku tyłowi frezy, a boki wykonano z przypominającymi symboliczne radiatory zgrubieniami. Całość prezentuje się nad wyraz elegancko i taki design bez problemu “kupuję”. Front jak na takie maleństwo wyposażono nad wyraz bogato. Z lewej strony mamy włącznik wprowadzający urządzenie w stan możliwości regulacji prawidłowej krzywej podczas nagrywania płyty, lub standardową RIAA. Tuż obok znajdują się dwa pokrętła wspomnianego dostrajania krzywych korekcyjnych, a idąc w kierunku prawej krawędzi, napotykamy włącznik filtra dolnoprzepustowego (LF) i pod czarnym wyświetlającym logo marki okrągłym okienkiem włącznik główny. Tył natomiast jest ostoją czteropinowego złącza do implementacji źródła zasilania, dwóch przełączników SHIELD i GROUND LIFT, wejścia i wyjścia w standardzie RCA, przełącznika wzmocnienia, modułu rezystorowego, przełączników obciążenia i zacisku uziemienia. Widać sporą uniwersalność 122-ki, gdyż plecy podobnie jak przód, wydają się być racjonalnie zagospodarowane. W dbałości o jakość przetwarzanego sygnału prezentowane phono otrzymało oddzielny, sporej wielkości zasilacz. Nie znajdziemy tam żadnych fajerwerków, dlatego nie będę się zbytnio uzewnętrzniał w tym temacie, jednak najważniejsze, że nie jest to tania „ładowarka” wtyczkowa, tylko solidnej wielkości kilogramowy dawca energii.

Już we wstępniaku zdążyłem zasygnalizować, że dzisiejsza rozprawa toczyć się będzie wokół urządzenia zajmującego się ulubionym dla mnie działem audio, a czyli obróbką sygnału z wkładki gramofonowej. Ważnym, podnoszącym pewne podekscytowanie podczas kreślenia tego tekstu aspektem, jest stosunkowo niedawny debiut na naszym rynku marki FM Acoustics i trochę przypadkowa niestety dość krótka wizyta jej cząstki oferty w moim systemie. I właśnie ta niepozwalająca na pełne zapoznanie się z możliwościami sonicznymi przygoda, zmusza mnie do potraktowania tego testu, nie w wartościach pełnej diagnozy, lecz jedynie weryfikacji, czy ów produkt powalczy o honor prezentowanym brzmieniem. Trochę szkoda, że nie miałem okazji pobawić się dostępnymi możliwościami regulacyjnymi obrabiania sygnału, ale to, co usłyszałem w podstawowym ustawieniu, nie pozwoliło mi przejść nad tym spotkaniem do porządku dziennego, puszczając ten epizod w zapomnienie, czego owocem jest ten tekst.

No cóż, powiem bez ogródek, gdy podczas wtajemniczania w zagadnienia audio człowiek pnie się ku górze, w ocenie jakości dźwięku najczęściej posiłkuje się obserwacjami poszczególnych pasm przenoszenia. Jak wypada dolny rejestr pod względem czytelności kontrabasu i wierności oddania stopy perkusji, czy środek niesie ze sobą odpowiednią temperaturę i ilość informacji generowanego dźwięku, nie zapominając przy tym o rozdzielczej – nie, nie rozjaśnionej – okraszonej milionem informacji blach perkusisty górze pasma. Po kilkunastu latach prywatnej wspinaczki całkowicie to rozumiem, ale gdy osiągniemy pewien pułap jakościowy, nagle nasze postrzeganie zagadnienia dźwięku zostaje przewartościowane. Dochodzimy bowiem do wniosku, że mamy już dość pogoni za rozdzielczością, konturowością i rozbuchaniem sceny dźwiękowej, co szybkimi krokami zbliża nas do cienkiej granicy karykaturalności, pragnąc tchnąć w nasz system nieco naturalności. Oczywiście nie jest to samoczynne i naturalne przestrojenie swoich oczekiwań, ale konsekwencja codziennego, długotrwałego użytku wydawałoby się posiadanego absolutu – takiego oprócz koncertów oczywiście nie ma – uzupełniona wieloma doświadczeniami z innymi wyrafinowanymi komponentami i rozważaniami na ten temat z wyedukowanymi w temacie melomanami. Gdy nastąpi wspomniany moment, nagle okazuje się, że dawne wartości stanowiące niezbędne minimum są oczywiście ważne, lecz traktujemy je jako coś naturalnego, kierując swoje oczekiwania już nie na rozmach i niemalże laboratoryjne oddanie faktury dźwięku, tylko spokój jaki ze sobą niesie muzyka, przy pełnym pakiecie informacyjnym w niej zawartym. Dla niewtajemniczonych zaznaczę, że takie postawienie sprawy, podczas pierwszego kontaktu możemy odebrać jako wycofanie dobiegającego przekazu, jednak gdy znajdziemy klucz do zrozumienia celu podobnych zabiegów, nasza zdawałoby się zbyt obszerna do przesłuchania od deski do deski płytoteka, sukcesywnie ląduje na talerzu gramofonu. Tak, tak, to nie jest literówka. Prawda jest taka, że za cenę naturalności i grania bez napinania mięśni, nawet w stratosferze cenowej i jakościowej oddajemy nieco konturu i iskry, które w muzyce life nie osiągają kreski grubości ostrza żyletki, a co podczas poszukiwań świętego Graala staramy się cały czas osiągnąć. Oczywiście takie wnioski możemy kreować tylko podczas słuchania w swoich okowach sprzętowych i ze znanym materiałem, gdyż próba udowadniania czegokolwiek na szerszych pokazach mija się z celem i wynikali tylko z powodu złego miejsca odsłuchowego, czy słabej akustyki. A czego jeszcze? To proste. Nastawienie przypadkowej grupy słuchaczy sfokusowane jest na całkowicie inne składniki dźwięku niż chcielibyśmy im przedstawić, a w momencie gdy tracimy wspomniane przed chwilą główne, często wykluczające muzykę ze sfery naturalności artefakty, oni odbiorą to jako uśrednienie, w konsekwencji stwierdzając, że dźwięk przestał żyć. Taka jest niestety psychika tłumu, który z braku doświadczeń na własnym podwórku brnie w stronę, od której my chcemy świadomie odejść. Trochę się boję, bo ten tekst dla większości audiofilów będzie zalatywał wypraniem mózgu, ale gdy brałem tytułowego phonostage’a do siebie, nie sądziłem, że odciśnie na mnie tak silne piętno. Jednak aby nie być posądzonym o brak osłuchania na tej półce cenowej i jakościowej, przypomnę o takich wizytujących mój set produktach jak: posiadana Theriaa, testowany topowy dwumodułowy Ayon Spheris, czy trzyczęściowy Aesthetix. Wydaje mi się, że takie portfolio pozwala formułować podobne tezy, które jeśli ktoś chciałby się przekonać, jestem w stanie spokojnie obronić. Z uwagi na dość nietypową strukturę tego spotkania – przypominam przypadkowość i dość krótki czas obcowania z opisywanym urządzeniem – w celu pokazania gdzie tkwi zaproponowana przez konstruktora FM Acoustics magia, posłużę się wyśmienicie mi znaną, fantastycznie zrealizowaną przez oficynę Naim Label koncertową kompilacją Antonio Forcione z kwartetem. Gdy z kolumn popłynęły pierwsze dźwięki rozpoczynającej album gitarowej solówki, zrozumiałem, że to co do tej pory było długo szukanym ideałem, dzięki drobnym zabiegom cywilizującym stało się bliższe prawdy. Pierwszą oznaką było delikatne zmniejszenie instrumentu, kreśląc go, jako bliższego naturalnej wielkości, powodując tym zdecydowanie czytelniejsze pozycjonowanie w wektorze głębokości sceny. Struny nabrały homogeniczności, jednak nadal będąc bardzo czytelnymi, nie otaczały się – jak to powiedział jeden z moich znajomych – grzebieniem promieni. Inaczej mówiąc, grały jak struny, a nie jak generatory poświaty dźwiękowej. Idąc dalej tropem przywołanej płyty, zgrabnym ruchem przechodzimy do dalszej części, gdy do głosu dochodzi reszta grupy. Efekt? Podobny do riffów gitarowych, czyli delikatne ograniczenie rozbuchania źródeł pozornych, wyraźnie ogniskując je tym sposobem pomiędzy kolumnami. Słychać było różne odległości muzyków od linii zespołów głośnikowych. Lewo, prawo, przód, tył, wszystko podobnie, tylko z wyraźniejszą lokalizacją i bliższą prawdy generowaną aurą dźwiękową. Już nie mamy spektaklu rodem z filmu „Kingsajz” Juliusza Machulskiego, tylko zbliżoną do naturalnej projekcję koncertowej płyty. Co ciekawe, na takich zabiegach najczęściej dużo tracą blachy perkusji, jednak tym razem efekt namacalności w eterze, jaki dobiegał do mych uszu, całkowicie rekompensował teoretyczną utratę kilku iskier. By potwierdzić wszystko co napisałem, postanowiłem wrócić na chwilę do referencyjnej Therii i stało się jasne, że zaobserwowane i przywołane aspekty nie były konsekwencją przysłowiowego „łał”. Katowicki phonostage gra tak jak zawsze tego oczekiwałem – rozmach, rozdzielczość i kontrola niskich rejestrów, gdy tymczasem, mimo niestety nieuchronnego zbliżania się do starości, która w naturalnym procesie objawia się utratą słuchu, można zaproponować coś mniej spektakularnego, a z bardzo dobrym naturalnym odbiorem. A to jest już sztuką, gdyż proste ugładzenie nie sprawi z marszu, że zaznamy opisanych wrażeń, mogąc kończyć się czasem spektakularnym uduszeniem dźwięku. Szwajcarzy zrobili to bardzo umiejętnie, a słyszałem dopiero ich pierwsze słowo w tym temacie. Aż strach pomyśleć, co proponują we flagowym produkcie. Niestety, nie mogę zagwarantować, że uda się pozyskać ów top na testy, ale jeśli będzie choćby najmniejszy cień szansy, postaram się dopiąć swego.

Z lekkim niedosytem, ale muszę kończyć nasze spotkanie. Trochę szkoda, że nie udało się pobawić dostępnymi regulacjami, które dla ortodoksyjnych analogowców byłyby wisienką na torcie. Niemniej jednak, jeśli coś z początku oferty potrafi przewartościować świat tak zaprawionego w bojach słuchacza jak ja, musi mieć w sobie ten poszukiwany, ale jeszcze jak widać nieosiągnięty pierwiastek „X”. Jako stary wyjadacz raczej nie daję się nabierać na tanie sztuczki spektakularności od pierwszych nut. Sto dwudziestka dwójka raczej tonowała przekaz, czym dla wielu byłaby zamulaczem, gdy tymczasem w konfrontacji z inną wysoką półką jakościową stała się bardzo ciekawą opcją do penetracji, którą jeśli tylko będzie to możliwe z przyjemnością ponowię. Puentując każdy test, najczęściej polecam opisywany komponent docelowej grupie audiofilów, jednak w przypadku epizodu przedstawionego w formie niniejszego testu raczej się od tego powstrzymam. Taka prezentacja wymaga wyedukowania od słuchacza, a nie jego pogoni za wyczynowością, co jest bardzo częstym i zrozumiałym dążeniem, a przez to mógłbym być źle odebrany. Niemniej jednak, łamiąc nieco swoje postanowienie, jeśli ktoś uważa się za gotowego do konfrontacji z innym postrzeganiem niż większość stawki producentów sceny dźwiękowej, bez najmniejszych obaw powinien spróbować nawet „dołu” oferty marki FM Acoustics, a wtedy okaże się, czy dorósł już do muzyki w muzyce, czy jeszcze szuka w niej wyczynowości.

Jacek Pazio

Producent: FM Acoustics
Cena: 11 000 CHF + 20% VAT

Dane techniczne:

Impedancja wejściowa: Dowolne możliwe kombinacje przełącznikami na tylnej ściance, Standardowe ustawienia dla wkładek MC: 100 / 30 / 10 / 7.5 Ω, dla innych obciążeń konieczny kontakt z producentem
Wzmocnienie: standardowe: 56 dB / 46 dB
Czułość wejściowa: @1 kHz: 120uV dla 100mV wyjściowych
Pasmo przenoszenia: <1 Hz – 400 kHz
Stosunek sygnał/szum (22Hz – 22kHz): 135 dBu
Separacja między kanałami: > 70 dB
Zniekształcenia 1V (+1.2dBu): 0.07%
Rekomendowane obciążenie: >600 Ω
Pobór mocy: 5W
Okres wygrzewania u producenta: minimum 100 h
Średnia przewidziana żywotność: 34 lata (przy temperaturze 25 oC, 10  h/dobę,365 dni w roku)
Wymiary (SxWxG): 245 mm x 62 mm x 290 mm
Waga:
FM 122 MKII: 2.2 kg
FM 102 (zasilacz): 1 kg
Kpl. w opakowaniu: 5.5 kg

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE IV
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Od wzmacniaczy zintegrowanych, poprzez referencyjne przedwzmacniacze i końcówki mocy dostarczające 1000 W, aż do przedwzmacniaczy gramofonowych – salony ogólnopolskiej sieci Top Hi-Fi & Video Design rozpoczęły sprzedaż urządzeń firmy Pass Labs. Konstrukcje tego amerykańskiego producenta są jednymi z najlepszych wśród sprzętu klasy high-end i wyróżniają się niezwykle wiernym dźwiękiem oraz rewolucyjnymi rozwiązaniami, m.in. układem SuperSymmetric.

Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom polskich audiofili ogólnopolska sieć salonów Top Hi-Fi & Video Design rozpoczęła sprzedaż referencyjnych, high-endowych urządzeń firmy Pass Labs. Amerykańskie konstrukcje dostępne są w trzech salonach: w Katowicach (ul. Warszawska 34), w Sopocie (al. Niepodległości 725) oraz w Warszawie (ul. gen. Andersa 12). Dzięki temu nasi rodzimi melomani mogą poznać potencjał drzemiący w urządzeniach Pass Labs i w profesjonalnie przygotowanych salach odsłuchowych przekonają się o walorach brzmieniowych amerykańskich modeli.

W ofercie Top Hi-Fi & Video Design dostępna jest bardzo szeroka gama konstrukcji Pass Labs, m.in. monobloki, stereofoniczne końcówki mocy, przedwzmacniacze, a także wzmacniacze zintegrowane oraz przedwzmacniacze gramofonowe. Dzięki temu nawet najbardziej wymagający audiofile z łatwością będą mogli zbudować wyszukany i zaawansowany system audio lub kina domowego.

Pass Laboratories, Inc., niemal od samego początku swojej działalności, jest ikoną w świecie  bezkompromisowych urządzeń audio klasy high-end. Firmę założył w 1991 r. Nelson Pass i już pierwsze opracowane przez niego konstrukcje stały się punktem odniesienia dla innych producentów sprzętu audio. Znakiem rozpoznawczym produktów Pass Labs jest opatentowany i stosowany do dziś układ SuperSymmetric, a filarem firmy oprócz założyciela, Nelsona Passa, został również Wayne Colburn, który odpowiada za projektowanie przedwzmacniaczy.

Każde z urządzeń opracowanych przez Nelsona Passa oraz Wayne’a Colburna przenoszą słuchaczy do magicznego świata muzyki, wypełnionego potężnym i jednocześnie niezwykle precyzyjnym basem, bogatą średnicą i niezwykle czystymi wysokimi tonami. Dopełnieniem tego niezwykle naturalnego pejzażu muzycznego jest głęboka i szeroka scena muzyczna, na której z łatwością można lokalizować wykonawców i poszczególne instrumenty muzyczne.

Dystrybucja: Audio Klan

  1. Soundrebels.com
  2. >

Zmiany dotyczą nowej aplikacji desktopowej, uaktualnionego wyglądu, a w Stanach Zjednoczonych także biletów na koncerty i cen dla studentów

Warszawa, 8 czerwca 2015 roku – TIDAL, globalna platforma z muzyką, teledyskami i unikalnymi materiałami wideo, ogłosiła dzisiaj dostępność aplikacji desktopowej w wersji beta i zaktualizowanie interfejsu. Na rynku amerykańskim wprowadziła również możliwość zakupu biletów poprzez Ticketmaster. W Stanach Zjednoczonych, w ciągu nadchodzących tygodni, dostępne będą także specjalne ceny dla studentów.

Wersja beta desktopowego odtwarzacza jest kompatybilna zarówno z urządzeniami z systemem Windows, jak i Macami. Pozwoli to użytkownikom TIDALA na łatwiejszy dostęp do pełnego katalogu ponad 30 milionów piosenek oraz ponad 75 000 materiałów wideo, a także ekskluzywnych treści. Dodatkowo odtwarzacz pozwala użytkownikom cieszyć się odtwarzaniem bez żadnych przerw, wsparciem klawiszy do obsługi mediów oraz zarządzaniem źródłem dźwięku. Aplikacja automatycznie wykrywa i współpracuje z różnymi systemami audio, jak Mac Airplay oraz Digital Audio Converters (DAC), co pozwala na odtwarzanie muzyki w łatwy sposób na współpracujących systemach stereo. Wersja desktopowa odtwarzacza jest dostępna do pobrania z www.tidal.com/download

Użytkownicy TIDALA otrzymają także zaktualizowany interfejs oraz funkcjonalność na platformach mobilnych, w tym: poprawioną funkcję wyszukiwania, zaktualizowane menu oraz ikony, widoczny przycisk „tryb offline”, a także nowe możliwości personalizacji. Te uaktualnienia są częścią udoskonaleń platformy, mających na celu ułatwienie odbiorcom możliwości odkrywania muzyki i cieszenia się nią.

Dzięki współpracy z Ticketmaster TIDAL zaoferuje możliwości związane z koncertami, początkowo w Stanach Zjednoczonych, pozwalając użytkownikom na wyświetlanie nadchodzących tras koncertowych ich ulubionych artystów, a także zakup biletów na koncerty. Dzięki temu partnerstwu członkowie TIDALA będą mieli dostęp do ekskluzywnych konkursów, przedsprzedaży, a także zniżek – wszystko to, by jeszcze bardziej przybliżyć fanów do artystów.

Dodatkowo, TIDAL przedstawił nowe, obniżone ceny dla studentów w Stanach Zjednoczonych. Użytkownicy z ważnym adresem mailowym z końcówką .edu będą uprawnieni do 50 proc. zniżki i będą mogli wykupić subskrypcję w TIDAL z obniżoną ceną 4.99$ za dostęp premium oraz 9.99$ za dostęp HiFi. Studenci będą mogli dołączyć na TIDAL.com w ciągu nadchodzących tygodni.

DOŁĄCZ DO TIDALA
Darmowy miesiąc testowy jest dostępny dla wszystkich członków TIDAL. Usługa jest pozbawiona reklam i dostępna pod adresem www.tidal.com lub poprzez pobraną aplikację z iTunes App Store czy Google Play. TIDAL oferuje dwa rodzaje subskrypcji – premium za 19,99 zł oraz HiFi za 39,99 zł miesięcznie. Oba gwarantują ten sam dostęp do unikalnej zawartości, a dostęp za 39,99 zł oferuje dźwięk w jakości HiFi, dostarczając do Twoich uszu muzykę w sposób, w jaki artyści i producenci chcieliby, byś ją usłyszał. Bez kompresji plików, w jakości płyt CD.

O TIDALU
TIDAL to innowacyjna platforma muzyczno-rozrywkowa do odtwarzania oraz odkrywania muzyki artystów z całego świata, pozwalająca na dostęp do unikalnej zawartości, a także na łączenie się i dzielnie się muzyką z artystami. TIDAL jest dostępny w 44 krajach z katalogiem ponad 30 milionów piosenek oraz ponad 75 000 materiałów wideo, a także ekskluzywnych treści w wysokiej jakości. Serwis oferuje muzykę w jakości HiFi, jak na płytach CD, filmy w jakości HD, wyselekcjonowane treści, a także unikalne doświadczenia offline dla użytkowników.

Śledź TIDAL na http://facebook.com/tidal oraz http://twitter.com/tidalhifi

TIDAL w skrócie:
• Ponad 30 milionów utworów
• Bezstratna jakość muzyki (FLAC/ALAC 44.1kHz / 16 bit – 1411 kbps)
• Ponad 75,000 klipów
• Własny zespół redakcyjny składający się z doświadczonych dziennikarzy muzycznych oraz ekspertów z branży
• Dedykowane aplikacje dostępne dla telefonów i tabletów z iOS oraz Androidem
• Webowy odtwarzacz dla komputerów PC/MAC
• Partnerstwo oraz dostępność na systemach: Anthem, Airable by Tune In Media, Astell &Kern, Audeze, Audiovector, AudioQuest, Auralic, Aurender, Bel Canto, Bluesound & NAD, Dan D’Agostino, Definitive Technology, Denon HEOS, DTS Play-Fi, Dynaudio, Electrocompaniet, Harman Omni, HiFiAkademie, ickStream, JH Audio, Linn, Lode, McIntosh, Meridian, MartinLogan, Paradigm, Polk, Pro-ject, PS Audio, Raumfeld, Simple Audio, Sonos, Steinway Lyngdorf, Wadia, Wren Sound Systems oraz innych.
• Odwiedź www.tidal.com aby poznać jego zalety.

  1. Soundrebels.com
  2. >

O marce:
– RW Acoustics jest przedsiębiorstwem produkcyjno – wdrożeniowym oferującym profesjonalne i najbardziej zaawansowane ustroje akustyczne przeznaczone przede wszystkim do adaptacji audiofilskich pokojów odsłuchowych. Oczywiście nasze produkty mogą być również używane w profesjonalnych studiach nagraniowych.
– Marka RW Acoustics powstała w 2013 roku i jest jedyną firmą zajmującą się akustyka pomieszczeń skupioną wyłącznie na  audiofilach.
– Podczas długich lat badań w dziedzinie akustyki współpracowaliśmy z ekspertami – akustykami , architektami, projektantami i audiofilami, zgłębiając zagadnienia zarówno fizyki, jak i akustyki.
– Naszym celem jest wypełnienie luki w produktach przeznaczonych do adaptacji akustycznej typowo audiofilskich pomieszczeń. Chcemy pomóc naszym klientom w pełni wykorzystać potencjał posiadanych przez nich systemów (kierujemy się mottem: „Słuchaj muzyki , a nie pokoju!” )

O naszych produktach:
• Nasze produkty są wykonywane ręcznie z możliwie największa precyzją
• Używamy tylko najwyższej jakości materiałów, które są certyfikowane pod względem zastosowań akustycznych
• Nasze panele akustyczne cechuje w pełni liniowa absorpcja i wysoka skuteczność (od 120Hz w górę). Są zdecydowanie skuteczniejsze aniżeli jakikolwiek inny produkt dostępny obecnie na rynku (proszę spojrzeć na ponizszewykresy)

• W produkcji używamy wyłącznie materiałów podlegających w 100% recyklingowi (możemy również poddać recyklingowi panele klientów, którzy zgłoszą taka potrzebę)
• Największą zaletą naszych paneli akustycznych jest możliwość dowolnego kolorowego nadruku na tkaninie akustycznej, dzięki czemu klienci mają możliwość umieszczania swoich grafik i zdjęć w wysokiej rozdzielczości (wydruki na produktach są bardzo trwałe i odporne na działanie promieni słonecznych, wody / odkurzania i różnych rozpuszczalników)
• Oferujemy dwie serie paneli akustycznych: profesjonalną i luksusową – w litych drewnianych ramach (do wyboru 8 różnych rodzajów drewna). Obie serie posiadają aluminiową ramę z tyłu umożliwiającą stabilny i łatwe montaż (akcesoria montażowe dopasowywane są do każdego zlecenia)

Linia luksusowa:

Linia profesjonalna:

• Dodatki: boczna perforacja (umożliwia pochłanianie z boków panelu i zwiększenie powierzchni pochłaniania nawet o 16%), dystansery (pozwalające na montaż paneli 10 cm od ściany, co zwiększa skuteczność ich absorpcji przy niskich częstotliwościach do 18%)
• Jesteśmy jedyną firmą, oferującą specjalnie zaprojektowane elementy dystansowe do produktów przeznaczonych do adaptacji akustycznych pomieszczeń.
• Wykonujemy również na zamówienie panele o niestandardowych wymiarach i kształtach
• Najnowszym dodatkiem, zaprezentowanym na wystawie High End w Monachium jest zdalnie regulowane podświetlenie LED RGB, dzięki któremu nasi klienci mogą połączyć adaptację akustyczną odsłuchowych z dyskretnym oświetleniem swoich pomieszczeń.

Kontakt:

Al-Mex d.o.o.
Miren 5i
5291 Miren
Slovenia
Tel. +386 (0)31 719 368
E-mail: info@rwacoustics.com
www.rwacoustics.com

  1. Soundrebels.com
  2. >

Skoro jeden z dłuższych weekendów w tym roku trwa w najlepsze ciężkim grzechem zaniedbania byłoby niewykorzystanie nadarzającej się okazji do zrecenzowania urządzenia wręcz idealnego na audiofilskie wędrówki. Nie mam oczywiście w tym momencie na myśli niczego nawet w promilu zbliżonego do popularnych w latach 80-ych i 90ych ubiegłego wieku tzw. „Ghettoblasterów”, lecz coś o niebo bardziej … umówmy się stonowanego wizualnie a przy tym adekwatnego gabarytowo do tężyzny fizycznej, a raczej jej niemalże całkowitego braku, współczesnej „młodzieży”. Tak, tak, drodzy Państwo, nie ma się co oszukiwać. O ile dla mnie 17” notebook nadal pozostaje urządzeniem niezaprzeczalnie przenośnym, o tyle z pewną dozą niedowierzania, ale i troski ostatnimi czasy śledziłem zażarte dyskusje użytkowników urządzeń z nadgryzionym jabłkiem w herbie dotyczące kolosalnej ulgi dla ich kręgosłupów po przesiadce z 1,35 kg Aira na najnowszego, 920 g MacBooka. Dlatego też zamiast reliktu minionej epoki na testy do naszej redakcji trafił do niedawna topowy odtwarzacz Astell&Kern AK240.

Świadomie wspomniałem o niedawnej detronizacji 240-ki przez debiutujący na monachijskim High Endzie ultrawypasiony model AK380, gdyż w momencie powstawania niniejszej recenzji o ww. nowości i związanej z tym roszadzie jeszcze nie wiedzieliśmy. Jak więc widać nawet to, co do tej pory uważane było za Świętego Graala i prawdziwą przenośną referencję dało się jednak jeszcze poprawić. Oczywiście warto cały czas mieć świadomość, że również na polu stacjonarnego audio koreański producent zaczyna sobie coraz śmielej poczynać, o czym świadczy nie tylko recenzowany przez nas AK500N, lecz również dedykowana mu amplifikacja, która z zadziwiającą łatwością poradziła sobie podczas prezentacji w Monachium z wcale nie najłatwiejszymi do prawidłowego wysterowania B&W 800D.

Patrząc z perspektywy czasu a przede wszystkim mając na koncie kilkutygodniowe spotkania zwieńczone recenzjami modeli AK100 i AK120 uczciwie muszę przyznać, że nawet dla ich posiadaczy przesiadka na 240kę powinna być równoznaczna z jednoznaczną poprawa nie tylko jakości dźwięku, ale również samej ergonomii. Co prawda już w 120-ce, w stosunku do poprzednika, można było zauważyć wielce pożądane zmiany mające m.in. zapobieżenie przypadkowej zmianie głośności, bądź w ekstremalnych przypadkach uszkodzeniu/wyłamaniu pokrętła, jednak dopiero całkowite przeprojektowanie obudowy 240-ki umożliwiło całkowite wpuszczenie radełkowanej gałki w korpus. Dodatkowo przywodząca na myśl geometrię kryształu bryła przestała być zwykłym prostopadłościennym pudełkiem, łapie za oko i przyciąga uwagę potencjonalnego nabywcy swoją dynamiką i oryginalnością. Warto też wspomnieć, że każde „body” wycinane jest z 435g sztabki duraluminium, by w wersji finalnej osiągnąć masę 41g. Zainteresowanych detalami metalurgii odsyłam na stronę producenta, gdzie na spokojnie można prześledzić cały dwunastostopniwy procese powstawania obudów. Ekskluzywność produktu podkreślają również karbonowa tafla stanowiąca ścianę tylną i, lub raczej przede wszystkim 3,31” ekran WVGA AMOLED o rozdzielczości 480 x 800 pix. Sami Państwo przyznają, ze w porównaniu z niby całkiem zadowalającym 2,4” wyświetlaczem 120-ki o rozdzielczości 320×240 pix różnica jest znacząca. Zwiększenie ekranu pociągnęło za sobą przeprojektowanie całego menu i choć producent chwali się praktycznie całkowitą przebudową interfejsu, co może rodzić całkiem uzasadnione obawy przed totalną rewolucją, to osobiście sugeruję po prostu się tym zbytnio nie przejmować, gdyż intuicyjność obsługi nie tylko pozostała na dotychczasowym, rewelacyjnym poziomie, lecz jedynie ewoluowała we wcześniej obranym kierunku.

A teraz trochę o trzewiach. O ile w „starej” 120-ce siedziała para Wolfsonów WM8740, to już w wersji II zdecydowano się na przesiadkę na dwa Cirrus Logic CS4398, które znajdziemy również w 240-ce. Ich niewątpliwa zaletą jest zdolność natywnego dekodowania sygnałów DSD64 (1bit 2.8MHz), oraz DSD128 (1bit 5.6MHz). Odtwarzacz wyposażono we wbudowaną pamięć o pojemności 256GB, którą można rozszerzyć o max.128 GB poprzez zaaplikowanie karty microSD. Aby w pełni wykorzystać drzemiący wewnątrz potencjał oprócz standardowego wyjścia słuchawkowego dodano również wyjście zbalansowane a osoby chcące wykorzystać odtwarzacz w roli USB DACa, bądź konwertera np. w systemach desktopowych z pewnością ucieszy wiadomość o obecności wyjścia optycznego (zintegrowanego z wyjściem słuchawkowym). Skoro już jesteśmy przy integracji AK240 z urządzeniami stacjonarnymi warto pamiętać o dostępnych firmowych akcesoriach ułatwiających to zadanie. Wystarczy w tym momencie wspomnieć o dorównujących klasą samemu urządzeniu stacji dokującej PEM12 (którą również otrzymaliśmy w pakiecie recenzenckim), jak i wyposażonych w odpowiednie „kostki”/przejściówki przewodach w wersji RCA (PEF15/PEF14), oraz XLR (PEF12/PEF21 opartych na drucikach Crystal Cable, lub PEF11 korzystających z produktów Mundorfa).
Dodatkowo warto zainteresować się również oprogramowaniem MQS Streaming Server umożliwiającym przeobrażenie tytułowego malucha w pełni funkcjonalny bezprzewodowy odtwarzacz strumieniowy. OTA, czyli uprade’y „przez powietrze” (Over-The-Air) to kolejna zaleta bezprzewodowego połączenia 240-ki z domową siecią Wi-Fi. Dzięki tej funkcji aktualizacje firmwearu przeprowadza się również bezprzewodowo, a nie jak dotychczas dopiero po podłączeniu odtwarzacza pod komputer.
I jeszcze tylko jedna funkcja, o której co prawda wspominam, choć niespecjalnie należę do grona fanów i użytkowników, czyli 10-cio pasmowy equalizer pracujący z dokładnością 1dB – 0.5dB. Za ciekawostkę można uznać specjalny profil korektora dedykowany … dostarczonym wraz z odtwarzaczem topowym słuchawkom AK T5p wykonanym na zlecenie Astell&Kern przez niemieckiego specjalistę w dziedzinie audiofilskich nauszników – obecnego na rynku od 1924r. Beyerdynamica.
Te zaskakująco lekkie zamknięte słuchawki do AK240 dopasowano nie tylko wzorniczo, lecz również pod względem elektrycznym, by wycisnąć z odtwarzacza więcej aniżeli (teoretycznie) zdolna byłaby uczynić przypadkowa konkurencja. W tym celu przewód sygnałowy został fabrycznie zakonfekcjonowany wtykiem zbalansowanym.

Przejdźmy jednak do walorów sonicznych dostarczonego przez dystrybutora polskiego dystrybutora – MIP zestawu. Ponieważ całość dotarła do mnie w iście dziewiczym stanie przez pierwszych kilka dni ograniczyłem się jedynie do zapewnieniu odpowiedniej (dość niewielkiej) ilości wolnego miejsca na biurku i zafundowaniu ponad 100h rozgrzewki rzucając jednak od czasu do czasu uchem cóż tam sobie po cichutku brzęczy. A muszę przyznać, że już po dwóch dobach to, co wpadało do mych uszu brzmiało całkiem przekonująco. Jednak ad rem. Okres karencji minął i trzeba było zacząć do tematu podchodzić z odpowiednią powagą.
Z dedykowanymi nausznikami dźwięk był wręcz krystalicznie czysty i neutralny. To, czy szedł w stronę ciepła, czy chłodu bardzo szybko okazało się dywagacjami natury akademickiej, gdyż odtwarzacz ze słuchawkami nie dodawały i nie zabierały nic a nic do/z materiału źródłowego, więc za taki a nie inny efekt finalny można było winić wyłącznie realizatora i zespół odpowiedzialny za mastering. Przykładowo „Vägen” Tingvall Trio czarował niezwykłą gładkością i iście karmelową słodyczą z precyzyjnie zarysowanymi planami i z laserową dokładnością ustawionymi źródłami pozornymi. Z jednej strony słychać było wszechobecny spokój a z drugiej niemalże na wyciągnięcie ręki mieliśmy wyśmienicie realizowane nagranie stojąc tuż przy stole dźwiękowca. Może to zbyt duże uproszczenie, lecz przynajmniej dla mnie 240ka uzbrojona w AK T5p miała w sobie więcej z profesjonalnego narzędzia dźwiękowca aniżeli „cywilnego” toru audio zbudowanego po to, by sprawiać zwykłą przyjemność. Kilkukrotne próby z już i tak przesadzonym pod względem „antyseptyczności” materiałem testowym w stylu wydawnictw Stockfisch Records firmowanych hasłem „Closer to the music” sprawiło, że zamiast być, zgodnie z tytułem, bliżej muzyki w tzw. okamgnieniu lądowałem bądź to na kolanach wykonawcy, bądź z głową np. w fortepianie, czy gitarze. Zdaję sobie sprawę, że są fani tego typu prezentacji, lecz sam wolę zachować pewien dystans. Z mniej wyczynowym repertuarem było już znacznie lepiej. Choć czuć było tendencję do porządkowania całości analityczność już nie próbowała tak dominować nad muzykalnością.
O dziwo zmiana słuchawek zarówno na zdecydowanie tańsze Brainwavz’y HM5, jak i niezwykle eleganckie nauszniki Audio-Technica ATH-W1000X sprawiła, 240-ka zaczęła czarować. Czarować barwą, soczystością reprodukowanych dźwięków i nadspodziewanie sugestywną muzykalnością. Uwolnione zostało jej liryczne oblicze, które bez „niemieckiego jarzma” po prostu zachwycało. Oczywiście koszmarnie zrealizowane albumy, jak daleko nie szukając „Super Collider” Megadeth, czy „Rock or Bust” AC/DC [24Bit/96kHz] nadal brzmiały płasko, papierowo i jazgotliwie, lecz już cała reszta sprawiała, że można było zapomnieć o całym bożym świecie, zaszyć się gdzieś w kącie i pozostać sam na sam z muzyką na długie godziny. Poczynając od „In Session” Alberta Kinga i Stevie Ray Vaughana poprzez „Carmina Celtica” Canty [24Bit/192kHz], na „Submission for Liberty” 4ARM kończąc po prostu nie miałem się do czego przyczepić. Dynamika zarówno w skali mikro, jak i makro zasługiwała wyłącznie na ocenę celującą. Podobnie sprawy miały się z gradacją planów, głębokością, czy szerokością sceny. Oczywiście w tym momencie kluczowym okazywał się dobór odpowiednich nauszników, lecz nawet przez myśl mi nie przeszło ściąganie z głowy ATH-W1000X.
Różnicowanie jakości dostarczanego materiału źródłowego było oczywiste, przy czym po raz kolejny mogłem się przekonać, że to nie deklarowana przez dostawcę gęstość pliku decyduje o jego jakości a sposób i dbałość dokonanej realizacji i masteringu. Oczywiście należące niestety do rzadkości nagrania DSD, czy MQS odsadzały „zwykłą” konkurencję o co najmniej dwie długości zarówno pod względem namacalności, jak i nieosiągalnej dla reszty konkurentów selektywności połączonej z gładkością. Niestety patrząc na dostępny w tych formatach materiał, przynajmniej na chwilę obecną zbytnio bym się nie ekscytował. Oczywiście od strony czysto marketingowej natywność odtwarzania DSD być musiała i jest, lecz tyle przepięknej muzyki na ww. format przerobionej nigdy nie zostanie, że zamiast czekać w nieskończoność sugeruję kierować się rozsądkiem i własnymi muzycznymi preferencjami a ilość bitów, herców zostawić w spokoju. W końcu czym byśmy 240-ki nie nakarmili, to i tak i tak powinna sobie z tym poradzić.
Jeśli zaś chodzi o typową i prawdę powiedziawszy sugerowaną mobilność, to poszukując odpowiednich dokanałówek sugerowałbym zainteresowanie się ofertą Westone’a (np. W60, czy W50). Te urocze maluchy swoją żywiołowością i krystaliczną wręcz czystością potrafią zapędzić w kozi róg większość swojej pełnowymiarowej konkurencji, więc w połączeniu z równie wyrafinowanym źródłem powinno dość szybko udać się osiągnąć audiofilska nirwanę.

Od momentu pojawienia się na rynku produktów sygnowanych przez Astell&Kern jasnym stało się, że przenośne audio przestaje być utożsamiane z niskiej, bądź średniej jakości dźwiękiem i nieodłącznymi kompromisami. Oczywiście taka ewolucja, dla części nabywców związana niestety z rewolucją (przynajmniej finansową) początkowo mogła dziwić i ustawiać nas w pozycji biernych obserwatorów. Jednak czas pokazał, że wysokiej jakości, pełnoprawny High-End wyszedł z domowego zacisza na ulicę, do parków, siłowni, pociągów i samolotów. Ba, powoli staje się czymś tak oczywistym i powszechnym, jak tablet, czy notebook. Zapewnia bowiem chwilę wytchnienia, oderwania, odseparowania od otaczającego nas ciągłego szumu i pozwala na relaks z muzyką podaną na przysłowiowej złotej tacy – na poziomie, do którego przyzwyczaiły nas przez lata kompletowane systemy stacjonarne. Astell&Kern AK240 nie tylko wpisuje się w ten nurt, lecz jeszcze odpowiednio, adekwatnie do poczynionego w stosunku do swoich poprzedników progresu, podnosi poprzeczkę. Czy mamy zatem do czynienia z High-Endem z krwi i kości? Oczywiście i to takim rasowym, z rodowodem i rzeszą wiernych wyznawców. Czy można lepiej? Cóż… To pytanie pozostaje otwarte z dwóch powodów. Pierwszym jest wspominana na wstępie premiera AK380 a drugim ostrożność w ferowaniu jakichkolwiek arbitralnych wyroków dotyczących domeny cyfrowej, która co prawda przypadłości wieku dziecięcego ma już za sobą, lecz patrząc na to, co obecnie udaje się wycisnąć z poczciwego analogu z pewnością jeszcze niejednokrotnie nas zaskoczy.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: MIP
Ceny:
Astell&Kern AK240: 11 000 PLN
Astell&Kern AK T5p: 5 999 PLN
Astell&Kern PEM12: 999,01 PLN

Szczegóły techniczne
Astell&Kern AK240
• Wspierane formaty audio: WAV, FLAC, WMA, MP3, OGG, APE (Normal, High, Fast), AAC ALAC, AIFF, DFF, DSF
• Częstotliwość próbkowania: FLAC, WAV, ALAC, AIFF : 8kHz ~ 192kHz (8/16/24-bitów) / DSD Natywne: DSD64 (1Bit 2,8MHz), Stereo, DSD128 (1bit 5,6MHz), Stereo
• Napięcie wyjściowe: Zbalansowane 2,1Vrms, Niezbalansowane 2,3Vrms (Bez obciążenia)
• Stosunek S/N: 116dB @1kHz niezbalansowane/ 117dB @1kHz zbalansowane
• Impedancja wyjściowa: 2 Ω niezbalansowane, 1 Ω zbalansowane
• DAC: Cirrus Logic CS4398 x2 (DUAL DAC klasy Hi-END)
• Dekodowanie: Wsparcie do 24-bit / 192kHz Dekodowanie Bit to Bit; Natywna obsługa DSD64/128
• Interfejsy: Wi-Fi, Bluetooth, USB 2.0, wyjście optyczne, wyjście słuchawkowe 3,5mm (zbalansowane 2,5mm)
• Wymiary: 66 mm x 107 mm x 17,5 mm
• Waga: 185 g
• Pamięć wbudowana: 256GB [NAND]
• Pamięć zewnętrzna: microSD (Do 128GB*) x1

Astell&Kern AK T5p
• Typ przetwornika: Dynamiczny
• Budowa: Zamknięta
• Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 50,000 Hz
• Impedancja: 32 Ω
• Nominalny poziom ciśnienia akustycznego: 102 dB
• Moc wyjściowa: 300 mW
• Maksymalny poziom ciśnienia akustycznego: 126 dB
• Waga: 350g
– 1.2m kabel prosty dwustronny
– zbalansowany terminal A&K
– przejściówka 3,5 mm na 6,3 mm
– przedłużacz 3 m