W maju 2016 na naszym rynku ma się pojawić nowa podłogowa kolumna marki Xavian z serii Natura.
Jak podaje producent, Stella to zestaw pokrewny i podobny brzmieniowo do podstawkowego modelu Ambra, który zadebiutował kilka miesięcy temu. Stella to konstrukcja dwudrożna, z membraną pasywną na przedniej ściance.
Głośnik niskośredniotonowy AudioBarletta o rozmiarze 180mm ma specjalną polipropylenową membranę, miękką kopułkę przeciwpyłową, odlewany kosz i układ napędowy o niskich zniekształceniach. Głośnik wysokotonowy AudioBarletta ma 26-milimetrową miękką kopułkę i linearyzujący miedziany pierścień w układzie magnetycznym. W zwrotnicy zastosowano precyzyjne komponenty, w tym kondensatory marki Mundorf.
Obudowa wykonana w firmowej technologii mosaic z litego włoskiego orzecha jest na jednym z etapów produkcji sezonowana przez 3 tygodnie. Zastosowano bitumiczne tłumienie obudowy. W dolnej części jest komora balastowa, ktorą można wypełnić piaskiem. Zastosowano pojedyncza parę złoconych terminali Xavian.
Dane techniczne Xavian Stella:
Efektywność …. 88 dB / 2,83V / 1m
Pasmo przenoszenia …. 39 – 20.000 Hz (-3dB, na osi)
Impedancja nominalna …. 8Ω
Zalecna moc wzmacniacza …. 30-150W
Częstotliwość podziału …. 2.700Hz
Wymiary WSG …. 990 * 230 * 276 mm
Masa …. 19 kg/sztuka
Model Stella będzie kosztował (dystrybucja Moje Audio) 14.490 złotych.
Brytyjska marka ifi audio wprowadza do sprzedaży pierwszy produkt ze swojej najnowszej i zarazem szczytowej serii PRO. Urządzenia te, w przeciwieństwie do lwiej części dotychczasowej oferty, mają znaleźć zastosowanie stacjonarne tak przy profesjonalnej obróbce dźwięku, jak i w prywatnych systemach High-end. Pierwszym przedstawicielem nowej rodziny jest wzmacniacz słuchawkowy PRO iCAN, który łączy w sobie funkcjonalność dwóch dobrze znanych urządzeń serii micro – wzmacniacza iCAN i przedwzmacniacza iTUBE, wynosząc jednocześnie poziom brzmienia na zdecydowanie wyższy poziom.
PRO iCAN łączy funkcjonalność wzmacniacza słuchawkowego i analogowego przedwzmacniacza. Na wyposażeniu są łącznie cztery wejścia liniowe, trzy pary złącz RCA oraz jedna para XLR-ów.
Do pracy w trybie zwykłego przedwzmacniacza na tylnym panelu zainstalowano wyjścia RCA i XLR, które mają regulowany poziom sygnału. Natomiast do podłączenia słuchawek można wykorzystać jedno z następujących wyjść:
– symetryczne XLR 4-stykowe,
– para XLR 3-stykowych tworzących jedno wyjście symetryczne,
– dwa gniazda jack 6.3 mm, symetryczne lub niesymetryczne
– dwa gniazda mini jack 3.5 mm.
Na tylnej ściance znajduje się jeszcze wyjście opisane jako ESL-link, które ma służyć do podłączenia zapowiedzianej przez iFi Audio przystawki do obsługi słuchawek elektrostatycznych.
Producent zwraca uwagę na brak rozdzielenia funkcji wzmacniacza słuchawkowego i przedwzmacniacza, co zostało podyktowane dążeniem do jak najdoskonalszego brzmienia. W związku z powyższym nie wolno stosować wyjść pre-out w momencie, gdy do wzmacniacza podłączone są jakiekolwiek słuchawki!
Wzmacniacz potrafi generować dużą moc co pozwala swobodnie wysterować najbardziej wymagające słuchawki planarne, jak chociażby niskoskuteczne HiFiMan HE-6. Biorąc po uwagę dużą moc urządzenia, producent zwraca uwagę na zachowanie ostrożności przy użytkowaniu. Aby uniknąć problemów ze słuchawkami o wyższej skuteczności na wyposażniu jest trójstopniowa regulacja wzmocnienia (0 dB, 9 dB, 18 dB). Firma iFi zwraca również uwagę na bardzo wysoki poziom napięcia sygnału wyjściowego dla złączy symetrycznych (ponad 20V). Nonszalanckie obchodzenie się z PRO iCAN może być niebezpieczne dla podłączanych słuchawek.
Układy elektroniczne PRO iCAN są w pełni symetryczne i oparte na elementach dyskretnych. Wzmacniacz jest konstrukcją hybrydową. Stopień wejściowy wzmacniacza w zależności od potrzeb lub upodobań użytkownika może działać w domenie tranzystorowej (J-FET) lub w lampowej (para lamp GE5670). Dodatkowo istnieje jeszcze trzeci, też lampowy tryb pracy stopnia wejściowego, w którym parametry pracy całego urządzenia są dostrajane tak, by uzyskać maksymalne obniżenie poziomu sprzężenia zwrotnego całego układu. Ponadto zastosowano zaawansowaną bipolarną sekcję przedwzmacniacza oraz tranzystorowy (na bazie MOS-FET) stopień wzmacniający, który w zależności od obciążenia pracuje w klasie A lub AB. Wśród zastosowanych części są kondensatory ElnaSilmic i Silver Mica.
Starannie dopracowana topologia PRO iCAN pozwoliła uzyskać wyśrubowane parametry techniczne. Pasmo przenoszenia rozciąga się od 0.5Hz aż do 500kHz, a odstęp sygnału od szumów tła wynosi aż 147 dB(A) na wyjściu symetrycznym i 137dB(A) na wyjściu niesymetrycznym. Dużą rolę w osiągnięciu tak znakomitych parametrów miało zastosowanie dedykowanego zasilacza iPOWER PLUS, który obsługuje napięcia sieciowe 85V-265V, 50-60Hz.
Zastosowano też dwa rozwiązania znane z poprzednich wzmacniaczy słuchawkowych iFi Audio. XBass Correction System pozwala na trójstopniową regulację charakterystyki niskich częstotliwości, w zależności od ustawienia wzmocnieniu ulegają częstotliwości 10 Hz, 20 Hz oraz 40 Hz. Użytkownik ma również możliwość całkowitego pominięcia tego układu. Natomiast 3D Holographic to w pełni analogowa matryca, mająca za zadanie niwelować efekt grania w środku głowy. Tu także zastosowano trójstopniową regulację, dzięki której lokalizacja źródeł pozornych powinna ulec rozszerzeniu o odpowiednio: 30, 60 i 90 stopni. Podobnie jak system XBass, 3D Holographic również może być całkowicie pominięty.
Dane techniczne iFi Audio PRO iCAN :
Pasmo przenoszenia …. 0,5Hz – 500kHz
Stosunek sygnał/szum …. > 147dB(A) symetryczne, > 137dB(A) niesymetryczne
Moc wyjściowa …. 14W symetryczne, 4,8W niesymetryczne (na 16Ω)
Maksymalne napięcie wyjściowe …. 23V symetryczne, 11,5V niesymetryczne
Premierowy pokaz urządzenia w Polsce odbywa się w Katowicach w dniach 19-26 kwietnia, z wykorzystaniem najnowszych słuchawek Audeze LCD-4 w roli sprzętu towarzyszącego. PRO iCAN będzie dostępny na naszym rynku począwszy od maja, a jego cena detaliczna (dystrybucja Moje Audio) wyniesie 8.199 zł.
Są chwile, gdy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to, co widzi wokół siebie dzieję się naprawdę, czy śni snem sprawiedliwych i to niekoniecznie na jawie. Niby żarty, żartami, ale tak na zdrowy rozsądek mało kto z nas mógłby przypuszczać, że na przestrzeni niecałego tygodnia będziemy mieli okazję uczestniczyć zarówno w koncercie duetu Smolik//Kev Fox, jak i przedpremierowym odsłuchu najnowszego albumu Jean-Michel Jarre’a „Electronica 2: The Heart of Noise”. Choć już sama możliwość poznania zawartości nowego krążka legendy muzyki elektronicznej byłaby atrakcją samą w sobie, to jak się miało okazać był to jedynie pretekst do spotkania w nader kameralnym gronie z samym Jean-Michel Jarrem. Tak, tak! Ani się Państwu nie przewidziało, ani w tekście nie zaczął szaleć żaden chochlik drukarski – w warszawskim Studiu U22 we wtorkowe popołudnie pojawił się Jean-Michel Jarre i nie dość, ze pokrótce przedstawił genezę powstania swojego najnowszego projektu, to jeszcze z wrodzoną swadą i rozbrajającą szczerością opowiadał o każdym z utworów. Jednak po kolei.
Jak to zwykłem mieć w zwyczaju pojawiłem się na tyle wcześnie, że na spokojnie mogłem dyskretnie krążąc po studyjnych korytarzach obserwować przygotowania do zbliżającej się wielkimi krokami imprezy. Jak widać na powyższych zdjęciach dyżurny system okrzepł i Thiele z elektroniką Denona doszły do całkiem przyjemnej komitywy, ale można też było zaobserwować przymiarki do zupełnie innych konfiguracji.
Oczekiwanie na zapowiedzianą Gwiazdę uprzyjemniały powoli pojawiającym się zaproszonym gościom wszelkiego rodzaju smakowitości w postaci stałej i płynnej.
Aby formalnościom stało się zadość niejako na „dzień dobry” Jean-Michel Jarre otrzymał od wydawcy Złotą Płytę za swój poprzedni album „Electronica 1: The Time Machine”. Krótka sesja fotograficzna i … zaczynamy.
Pomimo wędrówek po całym globie i kooperacji z bardzo szerokim spektrum elektronicznych wyjadaczy i niespokojnych duchów (gościnnie pojawia się sam Edward Snowden !) pierwszą refleksją jaka przyszła mi na myśl po wtorkowym odsłuchu była spójność. Oczywiście niezaprzeczalnym faktem jest niezwykły eklektyzm „Electronica Vol 2: The Heart of Noise”, gdyż postawienie obok siebie takich indywidualności jak Pet Shop Boys („Brick England”) z Yello („Why This, Why That, Why”) i Cyndi Lauper („Swipe To The Right”) musi zaowocować czymś niezwykłym. A to przecież jedynie drobny fragment tego, czym JMJ już na początku maja oficjalnie nas uraczy. Nie uprzedzając jednak faktów spieszę jedynie donieść, iż albumu słucha się świetnie nawet z plików a jak wiadomo tego typu muzyka z poczciwego „wosku” potrafi oczarować zdecydowanie intensywniej, co z dziką chęcią przetestujemy na sobie.
Po części muzycznej przyszła kolej na pytania z sali i pierwsze wrażenia, które JMJ brał bez najmniejszych kaprysów i wymówek na tzw. klatę. Choć tak zupełnie szczerze, to raczej nie słyszałem nijakiego marudzenia a jedynie komplementy i prośby o przybliżenie warsztatu i zaplecza technicznego tytułowego projektu.
Na koniec jeszcze tylko drobna pamiątka od Gospodarzy w postaci tradycyjnego „popepszacza percepcji”, ekspresowe podpisywanie płyt i pamiątkowe zdjęcie.
Serdeczne podziękowania za zaproszenie i gościnę.
Marcin Olszewski
Opinia 1
Założonej przez Volkera Bohlmeiera w 1988 manufaktury Einstein Audio Components GmbH miłośnikom wyszukanego wzornictwa i high-endowych brzmień niekoniecznie podążających w głównym nurcie mainstreamu przedstawiać raczej nie trzeba. Bez spektakularnych kampanii reklamowych i prób zdobycia jak najszerszego spektrum klientów ekipa z Bochum spokojnie robi swoje od lat dostarczając produkty charakteryzujące się nie tylko niebanalnym designem, lecz również autorskimi i niekonwencjonalnymi rozwiązaniami konstrukcyjnymi. Krótko mówiąc wkraczamy na terytorium urządzeń skierowanych raczej do koneserów i osób wiedzących, świadomych tego, czego szukają w dźwięku – emocji. Już testowany w grudniu ubiegłego roku, otwierający portfolio niepozorny The Tune zaskakiwał ponadprzeciętną muzykalnością i wyrafinowaniem, lecz cały czas mieliśmy świadomość, że jest to dopiero preludium do tego, co tak naprawdę są w stanie pokazać niemieckie urządzenia. I powiem Państwu, że mieliśmy rację. Wystarczyło bowiem uzbroić się w cierpliwość, by po kilku miesiącach gościć u siebie usytuowaną oczko wyżej w rodzimej hierarchii kolejną integrę – The Amp Ultimate.
O ile The Tune była w miarę prostą zarówno pod względem wzornictwa, jak i wewnętrznej topologii konstrukcją, to już The Amp Ultimate za taką uznać nie sposób. Przede wszystkim prostopadłościenna bryła ewoluowała do formy właściwej urządzeniom lampowym i … hybrydowym, do których grona właśnie się zalicza. Mamy zatem nader estetyczną, lekko wypukłą akrylową płytę frontową z elementem nośnym w postaci grubego płata chromowanego aluminium i dwoma również smolisto czarnymi pokrętłami odpowiedzialnymi za wybór źródeł (lewe) i regulację głośności (prawe). Pomiędzy nimi umieszczono kwadratowy wizjer, za którym zamiast spodziewanego i znanego z młodszego rodzeństwa wyświetlacza ukryto trzy błękitne diody informujące o stanie pracy wzmacniacza. Włącznik główny znalazł się na płycie spodniej, tuż koło lewej nogi i choć część użytkowników do jego lokalizacji będzie musiała się pewnie rzez dłuższą chwilę przyzwyczajać, to ja poczułem się jak w przysłowiowym domu, bo tam właśnie główne pstryczki-elektryczki umieszcza austriacki Ayon a tak się dziwnie składa, że jestem posiadaczem już trzeciego odtwarzacza tego producenta. Mniejsza jednak z tym, włącznik jest, dostęp do niego nie nastręcza nawet najmniejszych trudności a przy okazji nie zaśmieca swoją obecnością minimalistycznego i eleganckiego frontu. Tuż za nim, frontem – nie włącznikiem, na ręcznie polerowanych stalowych blachach korpusu pysznią się dwie potężne chromowane puszki skrywające transformatory, a tuż za nimi pod intrygująco surową gęsto plecioną siatką ulokowano triody NOS PCC EI 88.
Zamiast standardowych boczków wzdłuż całej długości wzmacniacza biegną estetyczne radiatory o drobnym ożebrowaniu. Równie elegancko prezentuje się podporządkowana zasadzie symetrii ściana tylna z centralnie umieszczonym gniazdem zasilania i zaciskiem uziemienia dla pobliskiego wejścia dedykowanego przedwzmacniaczowi gramofonowemu. Oprócz niego do dyspozycji mamy jeszcze trzy pary wejść liniowych RCA i jedną XLR, oraz parę wyjść RCA i wielopinowe terminale zasilające przeznaczone do podłączenia zewnętrznego, firmowego phonostage’a (The Little Big Phono). Gniazda głośnikowe są pojedyncze, ale na tyle solidne i oddalone od siebie, że bez problemu wepniemy w nie dowolnie zakonfekcjonowane okablowanie, co jak uczy praktyka w obecnych czasach wcale nie jest takie oczywiste.
A teraz kilka słów o trzewiach, bo powiedzenie o The Amp Ultimate, że to hybryda, to tak jakby opisać Maserati Ghibli SQ4 mianem niewielkiego sedana. Niby wszystko się teoretycznie zgadza ale stopień uogólnienia niebezpiecznie zbliża nas do poziomu półprawdy. Zacznijmy jednak od tego, że tytułowa integra jest w pełni zbalansowaną konstrukcją wykonaną w układzie dual-mono i choć na tylnej ściance mamy tylko jedną arę XLRów, to i tak wszystkie dostarczane do niej sygnały są od razu konwertowane do postai zbalansowanej. Ponadto sam układ jest skomplikowaną wariacją klasycznego OTLa, w której standardowe lampy wyjściowe zastąpiono czterema tranzystorami MOSFET (tylko typ „N”) pracującymi po dwa na kanał. W sekcji przedwzmacniacza pracują triody NOS PCC EI 88 a z toru sygnału wyeliminowano potencjometr.
Niebanalnym elementem wzorniczym jest również pilot zdalnego sterowania – The Remote, który wyposażono w cztery niewielkie gumowe wypustki, dzięki czemu w pozycji spoczynkowej nie szoruje on po podłożu swoim podbrzuszem, na którym to umieszczono przyciski nawigacyjne. Tak, tak drodzy Państwo. Nieużywany pilot kieruje do nas jedynie swoje wypukłe plecy z wygrawerowaną nazwą producenta a całą guzikologię skrywa na swym podwoziu.
O ile The Tune najogólniej rzecz mówiąc grał po prostu ładnie i muzykalnie to warto mieć na uwadze drobny szczegół, iż był to jedynie wierzchołek góry lodowej. Niewielki skrawek, jedynie preludium do tego, co kryje się pod taflą wody. To, co wcześniej zostało jedynie zasygnalizowane w przypadku The Amp Ultimate osiąga zupełnie inny wymiar i definicję. Brzmienie tytułowej integry jest zarazem potężne, jak i niezwykle precyzyjne. Na pozornie spokojnym i refleksyjnym albumie Ola Gjeilo warstwa wokalna momentalnie odrywa się od głośników i szczelnie wypełnia pomieszczenie odsłuchowe a instrumentalny akompaniament nadaje całości odpowiedniej definicji. Ten niezwykle podniosły mix muzyki improwizowanej i chóralnej stanowi źródło inspiracji do odkrywania twórczości takich kompozytorów, jak Desplat, Newman, Marinelli, Williams, czy wielu innych. Z jednej strony mamy typowo klasyczne wzorce a z drugiej łatwość i swobodę hollywoodzkich superprodukcji. Pojawia się tylko problem jak odpowiednio oddać zamysł kompozytora i finezję wykonawców. Całe szczęście Einstein, zamiast niepotrzebnie dywagować, muzykę niejako czuje i po prostu ją gra. Zaznaczam – „gra” nie interpretuje. Na papierze różnica jest niby niewielka, ale w kategoriach audiofilskich należy ją rozpatrywać na zasadzie podstawowych dogmatów. Wszystko zależy od tego, czy chcemy jak najbliżej podejść, zbliżyć się do prawdy nagrania, czy jednak wolimy budować przysłowiową rzeczywistość równoległą z cudzych pomysłów na dźwięk. Ultimate oferuje zatem pełnię zarówno ładunku emocjonalnego zapisanego w materiale źródłowym jak i, a może wręcz przede wszystkim wolumen właściwy danemu nagraniu. Wspomniany przed chwilą album roztacza przed słuchaczem prawdziwy bezmiar impresjonistycznych plam i eterycznych fraz fortepianu, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by zagrać mocniej, ciężej, dosadniej. Wykorzystywana podczas testów The Tune ścieżka dźwiękowa z „300: Rise of an Empire” tym razem nie została poddana lekkiemu ucywilizowaniu, więc wcześniej zaokrąglone transjenty mogły atakować nasze zmysły z natywną natychmiastowością i ostrymi jak samurajska katana krawędziami. Pulsujący drive i nerwowe, przechodzące w prawdziwą kakofonię linie melodyczne prezentowane były z zadziwiającą, jak na tak niedużą jednostkę werwą i wolumenem. Próby zmuszenia wzmacniacza do kapitulacji spełzły niestety na niczym, gdyż prędzej u drzwi spodziewałbym się dzielnicowego, bądź zauważył u siebie poważne ubytki słuchu aniżeli sprawił, że Einstein rzuciłby na ring ręcznik. Czuć było swobodę i właściwą zdecydowanie poważniejszej gabarytowo i mocowo konkurencji, co po raz kolejny nad wyraz namacalnie pokazuje prawidła rządzące rynkiem audio. Prawidła mówiące, że nie ilość a jakość się liczy a papier, jak to papier przyjmie wszystko, więc wszystko zależy od tego, czy dany producent życzy sobie nawiązać partnerskie i oparte na obustronnym zaufaniu relacje ze swoimi Klientami, czy woli postawić na jednorazowy chwyt marketingowy i po pierwszym zachłyśnięciu się rynku czym prędzej przebranżowić się na segment tekstylny, bądź spożywczy. Mniejsza jednak z tym a skoro Einstein Audio Components GmbH działa niemalże trzydzieści lat to nikomu nie trzeba uświadamiać jaki model biznesowy reprezentuje.
Wróćmy jednak do walorów sonicznych tytułowego urządzenia, gdyż wypadałoby wspomnieć jeszcze o co najmniej jednej jego cesze, która może zainteresować całkiem spore grono potencjalnych nabywców. Chodzi bowiem o niemalże stereotypowo triodową holografię i przestrzenność generowanego dźwięku. Trudno bowiem nawet wśród niekoniecznie rozsądnie wycenionej konkurencji znaleźć zintegrowany wzmacniacz tranzystorowy zdolny do tak krystalicznie czystej i trójwymiarowej prezentacji reprodukowanego materiału, a Einstein robi to niejako mimochodem i przy okazji nie wprowadzając przy tym nawet drobiny przyciemnienia, czy winietowania. Oczywiście aksamitnie czarne tło się pojawia, lecz daleko za ostatnimi rzędami muzyków i nie ma mowy o tym, żeby próbowało wchłonąć, bądź ustawić ich w cieniu. Dzięki temu zasiadając wygodnie w fotelu możemy poczuć się w pełni zintegrowaną z rozgrywającym się przed nami spektaklem składową otoczenia – widowni. Wspominam o tym, gdyż niektóre urządzenia za wszelką cenę starają się umiejscowić słuchacza w samym centrum wydarzeń. Pół biedy gdy jest to jazzowe trio, jednak jeśli ów nieszczęśnik ma słabość do symfoniki to siedzi potem skulony gdzieś pomiędzy waltorniami i kotłami wielkimi z drżeniem serca dokonując dylematów pomiędzy posuwistym walcem „On The Beautiful Blue Danube” a „Also Sprach Zarathustra” . A tym razem wszystko pozostaje na swoich miejscach. My jesteśmy obserwatorami, słuchaczami a muzycy występują przed nami we właściwym dla danego składu ustawieniu i zachowaniem adekwatnego do repertuaru dystansu.
Einstein The Amp Ultimate wymyka się jednoznacznym ocenom i wszelakim próbom zaszufladkowania jego charakteru. Z jednej strony czaruje słodyczą, lecz od razu równoważy ją krystaliczną wręcz czystością, jest muzykalny a zarazem analityczny, dynamiczny, choć potrafi czarować rozkosznie swingującą manierą. Z powyższego galimatiasu sprzeczności po kilkutygodniowym odsłuchu wyłania się jednak obraz urządzenia grającego po prostu tak, jak zostali uwiecznieni muzycy na przysłowiowej „taśmie”. Dla tego nie ma sensu dywagować ani nad jego hybrydowością, ani parametrami technicznymi, tylko trzeba zabrać go co najmniej na weekend do siebie, odpowiednio ugościć i dać mu pograć a decyzja o spakowaniu z powrotem do solidnej skrzyni może okazać się wcale nie taka oczywista.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Streamer: Auralic Aries Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– DAC/Przedwzmacniacz/Wzmacniacz słuchawkowy: ADL Stratos
– Słuchawki: Meze 99 Classics Gold; q-JAYS
– Przedwzmacniacz: VTL TL-5.5 Series II Signature
– Końcówka mocy: VTL S-200 Signature; Emotiva XPA-2 Gen 2
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Spec RSA-717EX
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Gdy w zeszłym roku po znanej wszystkim choćby minimalnie zainteresowanym światem audio osobnikom wystawie w Monachium pojawiły się pierwsze jaskółki z informacją o zakusach katowickiego RCM-u na wprowadzenie na nasz rynek nowej marki, gdzieś w podświadomości czułem, że nie będzie to zwykła równająca do większości stawki firma, tylko coś, co na świecie ma już dobrze ugruntowaną pozycję. Byłem bardzo ciekawy możliwości sonicznych tego brandu, a jak wiemy z autopsji, czas biegnie zaskakująco szybko, dlatego dosłownie po kilku miesiącach od wspomnianego wydarzenia, bo już jesienią zeszłego roku mieliśmy okazję zakosztować umiejętności jednego z jego produktów. Na dobry początek była to rozpoczynająca ofertę integra, ale nasze docelowe oczekiwania sięgały w nieco wyższe partie cennika, co właśnie dzisiaj udało nam się zrealizować. Tak więc niniejszym oznajmiam, iż będziemy molestować może jeszcze nie szczyt portfolio, ale spokojnie lokalizowany w segmencie High End pochodzący zza naszej zachodniej granicy hybrydowy wzmacniacz zintegrowany o nazwie EINSTEIN The AMP ULTIMATE, którego opieką dystrybucyjną objął wspomniany już katowicki RCM.
Stylistyka czerni i srebra testowanego wzmacniacza jest nam już dobrze znana, ale w tym wydaniu wydaje się być nieco bardziej wyrafinowana. Zaskakująca trochę surowością czarna kratka chroniąca lampy, srebro kubków transformatorów i będącej płaszczyzną nośną dla nich górnej części platformy, jak również srebrna okalająca czarny akryl ramka na panelu frontowym są bardzo mocno, ale wysmakowanie kontrastującymi zabiegami designerskimi, którymi notabene zajmuje się piękniejsza część teamu Einsteina. I powiem Wam, że gdy owa informacja wypłynęła w rozmowach kuluarowych na naszej jesiennej warszawskiej wystawie, bez najmniejszych oporów wydawało mi się nader oczywiste, że osobnik rodzaju męskiego miałby spore trudności w tak udanym zestawieniu sparować te dwa obecnie mocno rozdające karty w designie kolory. Przechodząc do tematu obsługi i spoglądając na panel przedni, zobaczymy dwa pokrętła – selektor wejść i Volume na czarnym akrylu, wokół którego biegnie wspomniana srebrna ramka. Co ciekawe, w centrum czarnego panelu znajdziemy jeszcze nie rzucające się w oczy okienko informacyjne o stanie urządzenia, ale nie w typowych wartościach liczbowych, tylko sygnalizujące stan gotowości do pracy trzy niebieskie diody. I pewnie nie uwierzycie, ale ten niby bez większego znaczenia trik wizualny (brak wszędobylskiego wyświetlacza cyfrowego) dzięki odejściu od standardów konsekwentnie podkreśla zamysł wodzenia zmysłu postrzegania produktu przez potencjalnego nabywcę w poszukiwaniu swoistego cyferblatu. Idąc dalej przemierzamy górną płaszczyznę nośną dla transformatorów i skrytych pod stalową siatką lamp we wspomnianej czarno-srebrnej kolorystyce, by na koniec swój wzrok zatrzymać na tylnym panelu przyłączeniowym. Tam konstruktor rozlokował symetrycznie rozchodzącą się ku krawędziom zewnętrznym serię wejść liniowych w standardzie RCA i jedno XLR, przelotkę REC, wejście na zewnętrzne phono gramofonowe, zacisk masy, gniazdo zasilające i pojedyncze terminale głośnikowe. Całość konstrukcji posadowiono na stosunkowo wysokich nóżkach w postaci sporej średnicy walców. Ważną informacją jest jeszcze umiejscowienie włącznika, który znajdziemy pod spodem urządzenia przy lewej przedniej stopie.
Nasz pochodzący zza Odry sąsiad z uwagi na wstępny pakiet pozytywnych oczekiwań po rozpoczynającym moją przygodę z marką produkcie czysto tranzystorowym przedpremierowo swoje walory miał okazję zaprezentować w warszawskim KAIM-ie. Wiedząc, że to jednak na naszym rynku w pewnym sensie jest jeszcze nowością, co przekłada się na brak zaszufladkowania pod względem brzmienia, z dużym zainteresowaniem niwelującym włożony trud logistyczny taszczyłem do klubu drewnianą niczym pojemnik na amunicję skrzynię z integrą w środku. Gdy lampy w końcu zabłysły, wiadomym jest, że każde urządzenie, a w szczególności lampowe powinno dostać przysłowiowy studencki kwadrans na niezbędną rozgrzewkę. Oczywiście tak też było i tym razem, jednak w odróżnieniu od występów domowych gdzie możemy w tym czasie robić tysiące innych czynności, warunki klubowe niemal zmuszają do przysłuchiwania się zmianom zachodzącym podczas procesu dochodzenia układów elektrycznych do odpowiedniej temperatury. Po prostu nie ma nic innego do roboty. Jednak patrząc na ten aspekt od strony poznawczej, ma to swoje dobre strony, gdyż jak na dłoni dostajemy pakiet informacji procesu akomodacyjnego danego urządzenia z zastanym systemem. Podczas gdy czasami podobne praktyki nieco obnażają niedoskonałości słuchanych w ten sposób produktów, to w przypadku Einsteina już od pierwszych chwil słychać było drzemiący w konstrukcji potencjał w wyraźnie sygnalizowanych skrajach pasma. I tutaj mała dygresja, gdyż na szczęście dla mnie taki sznyt grania pozostał jedynie wygładzając nieco ich brzmienie, to dla części klubowiczów wydawało się to być trochę zbyt ofensywne. Co ważne, ów zabieg konturowości nieco przybliżał do nas scenę muzyczną, ale bez uczucia deptania sobie po piętach występujących muzyków, lub co gorsza kilkunastoosobowych chórów. Tutaj może Was zaskoczę, ale całość przekazu muzycznego mimo swoich, w moim odczuciu bardzo dobrych, krawędzi dźwięków przy okazji popisywała się solidnym, ale trzymanym w ryzach dociążeniem dźwięku. A gdzie to zaskoczenie? Chodzi mi o fakt zdecydowanie muskularnego grania testowanej hybrydy od większości bywających tam komponentów, ale bez efektu zwyczajowego zaokrąglania. Co więcej, Einstein podawał wszystko bardziej napowietrzone, pozwalając zdecydowanie dłużej niż system odniesienia skrzyć się w eterze międzykolumnowym blachom perkusisty. Talerze nie gasły zaraz po utracie kontaktu z pałeczką, tylko lśniły zajmując całą wolną przestrzeń pomiędzy kolumnami. Oczywiście poszczególne frakcje dźwiękowe szukając punktu do zaczepki tłumaczyły wszystko na swój sposób, ale po kilku wymianach zdań stanęło na tym, że nawet jeśli przywołane rozdmuchanie górnych rejestrów komuś przeszkadza, to może to być wynikiem użycia do budowy kolumn samych aluminiowych przetworników. Nie powiem, nie było łatwo przekonać bywalców do takiej wersji, ale koniec końców ostateczną diagnozę udało się pozostawić do momentu spotkania się niemieckiego wzmacniacza z moimi celulozowcami w ISIS-ach. Niemniej jednak, nie tracąc okazji przez cały wieczór smagaliśmy Einsteina materiałem z różnych nurtów muzycznych od twórczości Monteverdiego, na AC/DC kończąc. Werdykt? Mimo radzenia sobie ze wszystkim co graliśmy, mogący być wspólnym zdaniem klubu końcowy konsensus nie został osiągnięty. Tutaj jednak należy się małe wyjaśnienie, gdyż wspólne zdanie udaje się wypracować bardzo rzadko, ale muszę przyznać, że już dawno tak nie walczyliśmy ze sobą w obronie własnych spostrzeżeń lub kontratakowaliśmy niezgodnych z naszym zdaniem zarzutów. Kończąc akapit wyjazdowy powiem szczerze, opisany przed momentem wieczór na długo pozostanie w pamięci klubowych kronikarzy.
Gdy rzeczona integra znalazła się u mnie, z wielką ciekawością oczekiwałem, jak wypadnie sfera sporów KAIM-owych. Ja mam tubkę na górze, tak że stać się mogło wszystko, włącznie z jeszcze większym rozdmuchaniem wysokich tonów. Jakież było moje zdziwienie, gdy przekaz nabrał dużej ogłady spinając całe pasmo w jeden spójny przekaz muzyczny. Owszem masa dźwięku była nieco większa i scena trochę bliżej niż mam na co dzień, ale zniknęły tak sporne przecież cyzelujące poszczególne zakresy częstotliwościowe artefakty. Dla potwierdzenia wniosków posłuchałem kilka wcześniej opisanych utworów- co prawda AC/DC z winylu ale zawsze i bez najmniejszych problemów mogę stwierdzić, że wszystkie wytypowane w sesji wyjazdowej niuanse brzmieniowe w podobnej skali występowały i u mnie. To co prawda był w nieco innej, bo spójnej dźwiękowo estetyce przekaz, ale właśnie owo sprawdzenie ile same przetworniki wniosą do ostatecznego dźwięku było swoistym zadaniem domowym, o odrobieniu którego z dumą informuję. Dlaczego dopiero teraz wspominam o spójności przekazu? Ano dlatego, że w zestawie wyjazdowym za sprawą soczystości dołu i świetlistości góry można było odczuć drugoplanowość środka, jednak na moich kolumnach o takiej manierze nie było mowy. Scena zrobiła krok do tyłu, pasmo się wyrównało, a dźwięk za sprawą równouprawnienia poszczególnych zakresów brylował w tak uwielbianej przeze mnie estetyce muzykalności – nie mylić z zamuleniem – przy pełnym oddechu i dźwięczności muzyki. Czegóż chcieć więcej?
Jak gra Einstein? Przywołałem dwie odsłony i nieco inne spowodowane mocno wpływającymi na efekt końcowy zestawami kolumn wnioski. To oczywiście nie mówi do końca, jak ta hybrydowa integra wypadnie u Was. Jednak nawet bardzo mocno rozbieżne zdania klubowe z poparciem pewnych aspektów po występie u mnie jasno dają do zrozumienia, że piecyk wart jest co najmniej próby na własnym podwórku. Co więcej, połączenie lampy i tranzystora w tym przypadku oferuje nam to co najlepsze z każdego z tych układów elektrycznych. Pozwalająca utrzymać w ryzach nieco więcej basu moc „trana” plus nadająca czar nawet mocno świecącym blachom perkusji lampa są chyba marzeniem sporej grupy melomanów. Powiem więcej, nawet puryści z obu przywołanych czasem zwalczających się obozów (tran-lampa) nie powinni omijać niemieckiej propozycji, gdyż jak zawsze wspominam, gdy dla jednych coś jest nader konturowe, dla innego może być zbyt krągłe. Tak więc , nie pozostaje Wam nic innego, jak przekonać się samemu, co ma do powiedzenia Einstein Amp Ultimate. Jednak stawiających na krótkotrwałe przygody słuchaczy lojalnie ostrzegam, tytułowa integra naszych zachodnich sąsiadów z pewnością jest bardzo mocnym zawodnikiem w wyścigu poszukiwaczy Świętego Graala, a to jest niebezpieczne dla portfela i nie zrzucicie na mnie winy pozostawienia wzmacniacza na dłużej.
Jacek Pazio
Dystrybucja: RCM
Cena: 67 200 PLN
Dane techniczne:
W pełni zbalansowana konstrukcja dual mono
Stosunek sygnału do szumu: 97dB
Separacja kanałów: > 85dB
Zniekształcenia przy 1kHz: < 0.01%
Moc wyjściowa: 90W/8Ω (130W/4Ω)
Współczynnik tłumienia:> 250/8Ω
Wejścia:4 x RCA, 1 x XLR
Wymiary (wys. x szer. x gł.): 17cm x 43cm x 41cm
Waga: 23kg
System wykorzystywany w teście:
– Cd: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
O tym, że czwartkowe wieczory przy muzyce w Studiu U22 wypadają o najprzeróżniejszych porach i dniach tygodnia już jakiś czas temu wspominałem, więc nie będę się powtarzał i jedynie z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że tym razem była to środa. Któż jednak przejmowałby się takimi drobiazgami, skoro organizatorom wreszcie udało się zaprosić święcący sukcesy duet Smolik//Kev Fox. Oczywiście już sam fakt pojawienia się Andrzeja i Keva byłby wystarczającym powodem aby pojawić się w Alejach Ujazdowskich, lecz tym razem do puli przygotowanych na popołudniowe spotkanie atrakcji trafiła jeszcze gorąca technologiczna nowość.
Otóż przed koncertem przybyli nań goście mogli niemalże już od progu zaopatrzyć się w premierowe egzemplarze iście high-endowych smartfnów LG G5, uwiecznić najgorętsze chwile na kartach pamięci i na tychże kartach zabrać je ze sobą do domu. O samym smartfonie wspomnę jedynie skrótowo, ale temat wydaje się na tyle intrygujący, że postaramy się do niego w najbliższym czasie wrócić, jednak ad rem. Ten zgrabny koreański flagowiec posiada nie tylko w pełni aluminiową obudowę i najnowocześniejsze trzewia (procesor Qualcomm Snapdragon 820 o 64-bitowej architekturze, układ graficzny Adreno 530, energooszczędny procesor sygnałowy Hexgagon oraz dwa 14-bitowe procesory obrazu Qualcomm Spectra™), lecz przede wszystkim aż trzy aparaty – 8 MP przedni o standardowym kącie widzenia, 16 MP tylny z obiektywem standardowym o kącie widzenia 78 stopni i drugi tylny (2.8 MP) lecz szerokokątny – z obiektywem o kącie widzenia 135 stopni. Jeśli komuś mało zawsze może zainteresować się dedykowanymi G5-ce „przyjaciółmi”, jak to sprytnie ofertę akcesoriów określił producent. Do wyboru bowiem są, bądź pojawią się za dosłownie chwilę:
– moduł aparatu fotograficznego LG CAM Plus wyposażony w fizyczne przyciski (włącznik, migawka, nagrywanie, zoom) a także ergonomiczny uchwyt. Ponadto, pozwala na korzystanie z intuicyjnych funkcji blokady ostrości i ekspozycji. LG CAM Plus posiada również własną baterię o pojemności 1200 mAh
– ważące zaledwie 118 g gogle wirtualnej rzeczywistości LG 360 VR
– LG Rolling Bot – czyli dronopodobną kulę wyposażoną w aparat 8 MP
– wyposażona w dwa aparaty 13 MP z obiektywami o kącie widzenia 200 stopni, trzy mikrofony do rejestrowania 5.1-kanałowego dźwięku i baterię 1200 mAh kamera LG 360 CAM zdolna rejestrować obraz 2K
– i … najbardziej nas interesujący moduł dźwiękowy LG Hi-Fi Plus, czyli zaprojektowany we współpracy z B&O PLAY zaawansowany przetwornik cyfrowo-analogowy umożliwiający odtwarzanie 32-bitowego dźwięku o częstotliwości próbkowania 384 kHz! Żeby było ciekawiej LG Hi-Fi Plus może być używany albo ze smartfonem LG G5, albo jako niezależny USB-DAC, podłączony do dowolnego smartfona lub komputera.
O powyższych zaletach i możliwościach przez dosłownie kilka minut rozpływali się przedstawiciele marki, lecz tym razem zamiast na typowy marketingowy „wsad” postawili na możliwie bezpośredni kontakt z pierwszymi użytkownikami i dzielnie radzili sobie z nieraz krzyżowym ogniem pytań możliwie przystępnie tłumacząc wszelakiej maści techniczne zawiłości.
Zanim przejdę do obszernej fotorelacji z części muzycznej pozwolę sobie na delikatne zaburzenie chronologii samego występu i pewnej roszady w ustalonej playliście. Otóż środowy koncert miał jeszcze jeden niezwykle miły (kobiecy) akcent, gdyż w utworze „Hollywood” do Keva na wokalu dołączyła Kasia Kurzawska, którą część słuchaczy z pewnością kojarzy bądź to z działalności w zespole Sofa, bądź z utworu „C.Y.E. (Close Your Eyes)” , który znalazł się na wydanym w … 2006 r (ależ ten czas leci) albumie „3” Smolika. Biorąc pod uwagę, że w oryginale – na płycie gościnnie wystąpiła Natalia Grosiak, to przedwczorajsze spotkanie dodatkowo zyskało na niepowtarzalności.
A teraz clue, czyli sam koncert. O ile zorganizowany podczas minionego Audio Video Show w jednej z mniejszych lóż Stadionu Narodowego mini-recital był naprawdę świetny, to środowy koncert w U22 spokojnie możemy uznać za fenomenalny. Po pierwsze tym razem organizatorzy dysponowali bez porównania lepszym pod względem akustyki pomieszczeniem, po drugie skład został rozszerzony o pełnowymiarową perkusję a po trzecie to nie był występ „przy okazji” a niejako gwóźdź programu i prawdziwa wisienka na torcie.
Dzięki temu mieliśmy okazję i szczęście znaleźć się w przysłowiowym oku rockowego cyklonu, który tuż przed dwudziestą rozpętał się na ostatnim piętrze warszawskiej kamienicy. Do tej pory uczestniczyliśmy w organizowanych w U22 najprzeróżniejszych koncertach, jednak z perspektywy środowej „domówki” a dokładnie czadu i energii, jaką generowali Andrzej i Kev spokojnie możemy uznać, że było to niewinne, kameralne muzykowanie. Nie ma jednak co oglądać się wstecz, lecz jedynie cieszyć się, że pomysł muzycznych spotkań przybiera coraz potężniejszą postać i nawet tak pozornie szalone idee, jak rockowe szaleństwo w iście domowych warunkach nie tylko dochodzi do skutku, co staje się spektakularnym sukcesem. Jeśli do tej pory nie poznaliście jeszcze najnowszego albumu ww. duetu to najwyższy czas nadrobić zaległości i nawet nie ruszając się z kanapy sięgnąć po niego np. na TIDALu. A właśnie, wszyscy zainteresowani uczestnicy środowego koncertu mogli zgłosić się do uroczej obsługi i otrzymać 3-miesięczne vouchery uprawniające do użytkowania TIDALa w wersji HiFi.
Oczywiście oprócz strawy duchowej nie mogło zabraknąć małego co nieco dla ciała, co jak widać nader skutecznie wprowadziło przybyłych w wyśmienite nastroje.
Serdecznie dziękując za zaproszenie i gościnę życzę całej ekipie U22 kolejnych sukcesów a jeśli zajdzie taka potrzeba to i wyposażonego w małą salę koncertową nowego lokum. W końcu któż zgadnie kto następnym razem zagości w Alejach Ujazdowskich.
Marcin Olszewski
Opinia 1
W iście industrialno – post apokaliptycznym otoczeniu i tzw. opadzie (miejmy nadzieję, że niezbyt kwaśnym) atmosferycznym odbyła się piąta edycja Targów Dom Inteligentny oraz AV&HOME CINEMA SHOW. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie dwa drobne niuanse – przeprowadzka imprezy z Warszawy do … Krakowa i zmiana terminu z października na kwiecień. Pozornie może to wyglądać na szaleństwo, ale po minionym weekendzie śmiem twierdzić, że w tymże szaleństwie nie tylko jest metoda, ale i pomysł na sukces. Po pierwsze tego typu imprez, mówię w tym momencie jedynie o części AV&HOME CINEMA poza stolicą praktycznie nie ma. Oczywiście nie można zapominać o Wrocławskim Audiofilu, ale po pierwsze to nie ta skala a po drugie nie ten model biznesowy. Po drugie wiosna to idealny okres na rozpoczęcie prac budowlano – remontowych, a więc i potrzeby inspiracji i fachowego doradztwa stają się na wagę złota. No i po trzecie – czasem warto ruszyć w Polskę i empirycznie sprawdzić, jak ewoluujący w jednym miejscu (Soho Factory od Stadionu Narodowego dzieli raptem kilkanaście minut spacerkiem) do tej pory pomysł wytrzyma próbę nowego otoczenia i nowych rynków.
Zanim jednak przejdziemy do części opisującej nasze Tour de DiExpo jak przy wszystkich tego typu imprezach za moment oficjalnego otwarcia należałoby uznać konferencję prasową poprowadzoną przez organizatorów tego całego zamieszania – Arkadiusza Walus i Ewę Mierzejewską – patronkę i zarazem „moderatorkę” Strefy Designu.
Cytując klasyka, twierdzącego iż „na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć pierwszy” i adaptując powyższe stwierdzenie do warunków wyjazdowo-reportażowych należy z pełną stanowczością obrać jakąś sensowną metodologię zwiedzania i wytypować jego punkt startu. Ponieważ udostępniona część wystawiennicza krakowskiej Hali Expo nie nosiła znamion wielopiętrowości a na antresoli znajdowała się jedynie prężnie działająca jadłodajnia nasz wybór ograniczał się do spontanicznej i nieskoordynowanej bieganiny, oraz bardziej zorganizowanych form przemieszczania. Obraliśmy wariant drugi, czyli w miarę systematyczne przemieszczanie się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Mowa oczywiście o sekcji w jakiej zlokalizowano dedykowane systemom Audio/Video pomieszczenia.
Reprezentujący Zetę Zero, a raczej będący jej twórcą, pomysłodawcą, wykonawcą i generalnie wszystkim Tomasz Rogula wraz z organizatorem tegorocznej edycji Targów – Arkadiuszem Walus i dystrybutorem m.in. marki Avid i Nagra czyli Michałem Gogulskim z Intrady przygotowali nie lada atrakcję. Otóż pod hasłem „Wojny światów” prowadzone były pojedynki trzech najważniejszych formatów w historii audio. Przybyła na odsłuchy publiczność miała bowiem możliwość nie tylko bezpośredniego porównania trzech głównych formatów, które ukształtowały współczesne audio, czyli taśmy magnetofonowej, płyt winylowych i plików muzycznych, lecz również zadecydowania, który z nich najlepiej wpisuje się w jej gusta. W tym celu skonfigurowany został intrygujący nie tylko pod względem wzorniczym, ale i brzmieniowym system w skład którego weszły firmowa amplifikacja, jedyne w swoim rodzaju omnipolarne kolumny Zeta Zero Orbital 360, gramofon Avid Acutus Reference SP i poczciwy Revox Studer A-700 or reprezentujący domenę cyfrową odtwarzacz Oppo.
Jednak przed właściwą turą porównawczą na talerzu Avida wylądowało kilka białych kruków przyniesionych przez Wojciecha Padjasa z RMF Classic (prowadzącego m.in. audycję Muzyka Spod Igly). Dzięki temu mogliśmy na własne uszy przekonać się jak czas obszedł się z jedną z pierwszych, nagranych w systemie stereofonicznym płyt z okolic 1957 r., czyli z okresu, gdy posiadaczy wkładek stereofonicznych było pewnie mniej niż obecnych wyznawców laser-disców. Generalnie rzecz biorąc cały ten groźnie brzmiący w tytule pojedynek za każdym razem przeradzał się w wyśmienitą zabawę podczas której licznie przybywający goście próbowali wytypować bądź to swój ulubiony nośnik, bądź odróżnić cyfrę od analogu. W dodatku niezależnie od rezultatów wygraną za każdym razem okazywała się muzyka i to szalenie cieszyło. W roli krytycznego materiału testowego wykorzystano audiofilski sampler „Acoustic Room 47”.
Warto także wspomnieć o dedykowanej kablowym nowościom ekspozycji Audiomica Laboratory, która jak sami Państwo widzą prezentowała się nad wyraz atrakcyjnie.
Również Nautilus z okazji targów przygotował bardzo miłą niespodziankę, a dokładnie dwie. Pierwszą z nich była premiera najnowszej wersji tubowych kolumn Avantgarde Duo XD a drugą pyszniący się na firmowym stoliku flagowy Tourbillon FMD Transrotora. Dla dodatkowego podniesienia rangi weekendowej prezentacji od piątkowego wieczora zarówno w sali odsłuchowej, jak i na openspejsowej ekspozycji krążył sam Dirk Räke (Transrotor), który z chęcią nie tylko pozował do zdjęć, ale i udzielał wyczerpujących odpowiedzi na pytania zarówno starych winylowych wyjadaczy, jak i osób dopiero chcących wejść w świat analogu.
Mina Dirka po przywiezieniu Triple Crownów Siltecha nie wymaga raczej komentarza – w końcu przy takim źródle nie ma miejsca na kompromisowe rozwiązania.
Żarty żartami, lecz uprzedzając nieco fakty śmiem twierdzić, iż sala zajmowana przez Nautilusa była jedyną, w której prezentowany system był w stanie zapanować nad generowanym przez siebie dźwiękiem. W dodatku po piątkowej rozgrzewce i wstępnej akomodacji początkowo dobrane okablowanie Vovoxa z serii Textura zastąpiły Siltechy Double i Triple Crown a to pociągnęło za sobą kolejną ewolucję dźwięku do poziomu nieosiągalnego dla konkurencji. Nie wdając się zbytnio w szczegóły pozwolę sobie jedynie wspomnieć, że pomimo iż w każdej kolumnie umieszczono po dwa 12” pracujące w komorach zamkniętych woofery zasilane 1000W wzmacniaczami prowadzenie basu można było uznać za bliskie perfekcji. Efekt? Przeszedł najśmielsze oczekiwania i co ciekawe nawet tak karkołomny repertuar jak „Firestarter” The Prodigy nie tylko nie powodował problemów, co przyciągał słuchaczy jak przysłowiowy magnes. Również starsze i niekoniecznie audiofilskie nagrania wypadały na ww. systemie wprost obłędnie. Przykładowo płeć piękna upodobała sobie „The Road To Hell” Chrisa Rea i to bynajmniej nie ze względu na pełną zgodność z panującą za oknem aurą a tzw. „ciary” i gęsią skórkę. Był to ewidentny dowód na to, że dobrze skonfigurowany system zagra każdą muzykę. Brawo!
Skoro Mediam oprócz dystrybucji tak zacnych marek jak Ortofon, Nottingham Analogue, czy Living Voice w swoim obszernym portfolio ma również organizację imprez masowych, to trudno się dziwić, by nie wykorzystał nadarzającej się okazji i w celu wywołania tzw. efektu „Wow” nie przywiózł ze sobą stosownych zabawek. Dzięki temu oprócz doznań nausznych można było stać się uczestnikiem spektaklu typu światło i dźwięk z efektami laserowymi i klimatycznym dymem włącznie. Sądząc z przebiegu kuluarowych rozmów taki, dość niekonwencjonalny sposób prezentacji własnej oferty idealnie trafił w oczekiwania zwiedzających.
Wrocławka Galeria Audio postawiła na swoich najbardziej charakterystycznych zawodników, czyli duńskie kolumny Davone Grande i stojące po zdecydowanie alternatywnym znaczeniu kanonu piękna urządzenia Manleya w składzie przedwzmacniacza gramofonowego Steelhead 2, przedwzmacniacza liniowego Neo-classic 300B preamp i monobloków Neo-classic 250. W roli źródła wystąpił niepozorny (w porównaniu z obecną nieopodal konkurencją) gramofon Bauer Audio dps2 z firmowym ramieniem uzbrojonym w stosunkowo niedrogą wkładkę R100 YATRA.
Ciekawie prezentowała się też ekspozycja salonu na hali głównej.
Dowodem na to, że jeśli tylko komuś zależy i chce zrobić wokół siebie trochę pozytywnego szumu oraz, że wcale nie trzeba czekać do listopada był krakowski salon HIFISTATION.PL. Pełna energii ekipa postanowiła w niewątpliwie spektakularny sposób zaznaczyć swoją obecność przygotowując polską premierę imponującego systemu kina domowego opartego na debiutujących na naszym rynku monumentalnych kolumnach Monitor Audio PL 500 II występujących w roli frontów, PLC 350 II obsługującego kanał centralny, pary PL 200 II na tyłach i subwoofera PLW 215 II. Jakby tego było mało kanały centralny i tylne wspomagane były dwoma subwooferami REL S5. Powyższy zestaw współpracował z procesorem AV-950 i wzmacniaczem mocy P777 Arcama. Czymże byłoby jednak kino domowe bez odpowiedniego źródła obrazu? Dlatego też na dedykowanym postumencie usadowił się projektor 4K Sony VPL-VW320ES w pełni korzystający ze 120” powierzchni rozpiętego pomiędzy frontami ekranu.
Choć osobiście nie zaliczam się do grona miłośników kina w jego udomowionej wersji, to uczciwie musze przyznać, że weekendowe prezentacje możliwości ww. seta wypadały nad wyraz spektakularnie i przekonująco. Spora w tym zasłucha niezwykle rozdzielczych, ale i pozbawionych ofensywności wysokotonowych przetworników AMT zaimplementowanych w najnowszej inkarnacji topowej serii Platinum II brytyjskiego producenta.
Oprócz części „kinodomowej” HIFISTATION.PL przygotowała odrębną wyspę dla miłośników wszelakiej maści słuchawek i urządzeń przenośnych.
Po przeciwnej stronie hallu swoją ofertę prezentował obecnie już chyba wszystko robiący Kruger&Matz.
Tuz obok skierowaną do zdecydowanie bardziej wymagającej klienteli ekspozycję przygotował polski przedstawiciel Bang & Olufsen, o którego poważnym podejściu do tematu świadczyła nie tylko obecność cieszących się dużym zainteresowaniem telewizorów i dość kompaktowych a zarazem wybitnie lifestyle’owych systemów audio, lecz również szumnie zapowiadanych falgowców BeoLab 90. Doskonale zdając sobie sprawę, że nie jest to produkt dedykowany audiofilom uczciwie trzeba przyznać, że ma sporą szansę zagościć w wielu wysmakowanych wzorniczo wnętrzach nader skutecznie wypełniając je wysokiej klasy dźwiękiem. O klasycznej stereofonii raczej nie będzie mowy, za to wrażenie wszechobecności muzyki potrafi sprawić sporo przyjemności.
Niestety Panasonic tym razem postawił na telewizory i photo/AGD niejako zapominając o swojek wcale nie tak dawno ekshumowanej marce Technics.
Za jedyny, acz przy takiej skali imprezy pomijalny zgrzyt można uznać ekspozycję Audio Tectury oferujące całkiem zgrabne szafki umożliwiające ukrycie przed oczami ciekawskich i niszczącym dotykiem małych rączek naszej drogocennej elektroniki. Teoretycznie pomysł dla posiadaczy małoletnich „majsterkowiczów” i/lub zwierzyńca wręcz idealny, jednak sam sposób prezentacji już niekoniecznie. Ustawione na „głucho” przy samej ścianie Sonus Fabery u osób zorientowanych w temacie wywoływały zdziwienie przechodzące w ironiczne rozbawienie, za to u totalnych laików ugruntowywały błędne wyobrażenia o podstawach konfiguracji systemów audio.
Prawdę powiedziawszy zdecydowanie bardziej przemyślane konfiguracje można było nie tylko zobaczyć, ale i usłyszeć na całkowicie otwartym stanowisku 3Logic – dystrybutora m.in. marki Loewe. W dodatku stanowiący materiał demonstracyjny obraz nagrany z satelity prezentował się na tyle przekonująco, że część zwiedzających z ulgą zasiadała przed telewizorami i z uwagą śledziła poczynania Transformersów.
Skoro już weszliśmy na główną halę wystawienniczą to kończąc przygodę z audio wspomnę o obecności wielce urodziwych desktopowych aktywnych monitorków Gibsona, które w zestawieniu laptopem i śmiesznie tanim USB DACiem tworzyły sympatyczny system do domowej obróbki i reprodukcji plików audio.
No dobrze, za pomost pomiędzy dźwiękiem a designem niech posłuży wszelakiej maści coraz bardziej inteligentna automatyka poprawiająca nie tylko komfort naszego codziennego życia, ale i jego bezpieczeństwo. Najprzeróżniejsze czujki, sensory, pstryczki i centralki potrafią nie tylko dogadywać się między sobą, ale i stosownymi obserwacjami dzielić się ze swoimi właścicielami dopasowując się do ich potrzeb i nawyków.
Znajdującą się pod troskliwą kuratelą Ewy Mierzejewskiej Strefę Designu już od pierwszej chwili skojarzyłem z Florencją i jedną z najstarszych perfumerii – Dr. Vranjes. Po prostu kilka lat temu, podczas jednej z audiofilskich wypraw zupełnym przypadkiem wstąpiłem do ich florenckiej siedziby i ich oferta zapachowa od tamtej pory jakoś cały czas przewija się w tle. Tym razem łącznikiem pomiędzy przeszłością a teraźniejszością stała się mroczna i niezwykle elegancka ekspozycja przygotowana przez dystrybutora ekskluzywnych mebli – firmę Heban.
Nie mniej ciekawie zaaranżowane zostały stanowiska pozostałych wystawców wśród których moją uwagę zwróciła pozornie zwyczajny asortyment przygotowany przez warszawskie Studio Prostych Form, jednak w tym przypadku diabeł tkwi w szczegółach a dokładnie w stosowanych przez SPF powłoki EcoMalta. Podczas kuluarowych rozmów, zarówno w trakcie części oficjalnej, jak i wieczorno-bankietowej przy kieliszku zacnego chilijskiego Chardonnay właściwości włoskiego materiału okazały się wprost idealne do nieraz całkiem niespodziewanych rozwiązań, ale akurat o nich mamy nadzieję wspomnieć przy zupełnie innej okazji ;-)
A na deser coś dla miłośników … nazwijmy to ekologii, czyli zjawiskowe BMW i8 w równie zjawiskowym towarzystwie.
Jak mam nadzieję widać na załączonych zdjęciach Targi Dom Inteligentny i AV&HOME CINEMA nie tylko złapały wiatr w żagle, lecz zdołały również wypłynąć na zdecydowanie szersze wody aniżeli co poniektórzy sceptycy mogliby jeszcze rok, czy dwa lata temu sądzić. Niekonwencjonalne podejście do tematu i upór Arka Walus wreszcie zaczynają procentować a na wystawowej mapie Polski spokojnie możemy dodać kolejną imprezę, na której bywać po prostu trzeba. Do zobaczenia … w przyszłym roku. Dokładnie gdzie i kiedy co prawda jeszcze nie wiadomo, ale bądźmy cierpliwi i dajmy się zaskoczyć.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Wygląda na to, że targi „Dom Inteligentny” stały się dla nas stałym punktem na mapie corocznych niezbędnych do zaliczenia imprez. Co prawda zazwyczaj relacje lądują w zakładce Lifestyle, ale zapewniam, iż każda wizyta sprawia nam niekłamaną przyjemność, gdyż oprócz poznawania tajników inteligentnej obsługi naszych przyszłych domostw, zawsze spotykamy tam kilku bliskich nam wystawców ściśle związanych z zagadnieniem audio. Jednak myliłby się ten, kto sądziłby, że ostatnia odbywająca się w dniach 8-10 kwietnia impreza różniła się od poprzednich jedynie zmianą lokalizacji, ponieważ ku zaskoczeniu wszystkich, organizator Arkadiusz Walus chcąc wzbogacić dotychczasową ofertę tego około-domowego mitingu zaprosił do współpracy znaną z ekranów telewizyjnych i czasopism branżowych Panią Ewę Mierzejewską. Co więcej, całość przedsięwzięcia nie ograniczała się do symbolicznego, a co za tym idzie statycznego patronatu, tylko skutkowała daniem wolnej ręki w zagospodarowaniu wydzielonej specjalnie dla tego pomysłu przestrzeni wystawowej. Tak więc, jeśli kogoś zaintrygował swoisty as z rękawa organizatora w postaci kreującej dzisiejszy rynek designu specjalistki, zapraszam na kilka zdań o przebiegu opisywanego wydarzenia.
Jak to zwykle bywa, impreza tej rangi zawsze rozpoczyna się od konferencji prasowej. Ta oprócz standardowych powitalnych formułek zaowocowała oficjalnym startem nowości w kreowaniu tematyki tych i prawdopodobnie przyszłych targów. Jakich? Początek to kilka przywołanych przez Arkadiusza Walus dających pewien pogląd na całość przedsięwzięcia liczb na temat poprzednich odsłon wystawy i wstępne plany na jej przyszłość. Zaś koniec był nakreśleniem przez wspomnianą Ewę Mierzejewską ogólnych ram pomysłu swojego udziału w tegorocznej odsłonie targów DI. Tutaj muszę się przyznać, że owe spotkanie bardzo pomogło mi w ustaleniu priorytetów podczas zwiedzania, gdyż idąc za starą zasadą audiofila: „instrukcję czytaj dopiero, gdy sprzęt nie chce wydać dźwięku”, do Krakowa zajechałem na żywioł bez zapoznania się z przygotowanymi przez organizatora materiałami. To chyba dość wyraźnie tłumaczy, dlaczego zawsze pojawiam się na takich reporterskich nasiadówkach.
Gdy jesteśmy przy projekcie Pani Ewy, zdradzę, iż całość prezentacji rozlokowana była na stosunkowo sporej wyznaczonej żółtym pasem powierzchni nazwanej „Strefą Designu”. Oczywiście podczas konferencji padały sowa, że bez względu na ilość metrów kwadratowych było to kroplą w morzu potrzeb, ale z drugiej strony okazało się pewnym determinującym tylko dobrą jakość prezentowanych produktów ramą. I gdy tak przechadzałem się pomiędzy poszczególnymi stoiskami, wyraźnie widać było, że większość z wyeksponowanych przedmiotów pochodziła spod ręki artystów. Czy to fotele w kształcie twarzy lub tylnej części ciała homo sapiens, wykonana z litego drewna armatura łazienkowa, epatujące mocną kolorystyką będące swoistymi dziełami sztuki tapety, budowane z wydawałoby się odpychającego w pierwszym odruchu betonu meble, oprawione sztukaterią drzwi, czy nowatorskie masy wykończeniowe dla każdej możliwej powierzchni, wszystko albo wywodziło się z nurtów artystycznych, albo było dla nich materiałem do tworzenia. Ale to nie koniec orgii pomysłów na wystrój wnętrz by Ewa Mierzejewska, gdyż najefektowniejszym według mnie punktem był przygotowany przez firmę Heban mieniący się połyskującą czernią i srebrem mini salon. Szczerze? Kobieta sroka pokroju mojej żony z pewnością dostałaby oczopląsu, a mój portfel wykonałby oficjalne seppuku. Dlatego w duchu cieszę się, że na targi przybyłem jedynie z Marcinem. I tym optymistycznym akcentem przejdę do kolejnego punktu naszego spotkania, jakim jest główny temat opisywanych dzisiaj targów.
Z racji corocznego przybliżania tematyki wyręczania nas przez inteligentne domostwa w przyziemnych pracach dnia codziennego dzisiaj skupię się raczej na moich związanych z tą tendencją luźnych przemyśleniach, co oczywiście podparte będzie stosownym blokiem zdjęciowym. Pewnie nie uwierzycie, ale rozmowa z przedstawicielem każdego z wystawców raczej toczy się wokół tego co dobrego dane rozwiązanie wniesie do naszego życia. I tak prawdę mówiąc chyba po to takie mitingi są. Jednak gdy niezobowiązująco przyjrzymy się pajęczynom okablowania i kontrolujących wszystko sterowników, nagle nasze szare komórki zaczynają dymić, gdyż zdajemy sobie sprawę z niemożności ogarnięcia przez nas w razie awarii złożoności projektu. Ale proszę się nie denerwować, taki trend jest nieunikniony, czy tego chcemy, czy nie. Na szczęście ów rozwój edukacji naszych domostw pociąga za sobą powstawanie dwudziestoczterogodzinnych serwisów kontrolujących działanie naszej sieci, dlatego nie pozostaje nam nic innego, jak oddać się przyjemności określenia potrzeb, wyboru rozwiązań i decyzji w sprawie wyboru niezbędnych do panowania nad wszystkim włączników. A przyznam szczerze, że jest w czym wybierać. Począwszy od powrotu do pstryczków porcelanowych, przez włączniki wysadzane kryształkami Swarovskiego, po czysto elektroniczne ekrany dotykowe. W trzech słowach ująłbym to tak: prawdziwa orgia wzorów.
Kolejnym, w tym roku trochę skromniej reprezentowanym działem wystawy była robotyka używanych na co dzień urządzeń domowych. Zdziwieni takim nazewnictwem? Tak tak, obecne kosiarki, odkurzacze i łaziki do mycia okien są niczym innym, jak zbiorem zaadaptowanych do potrzeb prac domowych układów elektroniki i robotyki. Kosiarki tną trawę w z góry zaplanowanym obszarze, by tuż przed wyczerpaniem akumulatorów bezpiecznie powrócić do bazy z ładowarką. Odkurzacze w czasie pracy trochę bezwiednie, ale dość skutecznie omijają wszelkie przeszkody. Myjki do okien przecząc prawom fizyki kleją się do nich niczym zielone żabki z lasów tropikalnych. I jeśli po tej wyliczance ktokolwiek podniesie alarm przeciwko mojej tezie, sam powinien wybrać sie na takie targi, a być może przestanie być niedowiarkiem. Ale zaraz zaraz, co prawda dziwnym zbiegiem okoliczności nie mam zdjęcia, ale jest jeden hołubiący starym zwyczajom wystawiany podczas tej wystawy atrybut. Jaki? Teoretycznie to zwykła deska do prasowania, ale ilość możliwych do wykonania czynności czyni ją Rolls Roycem wśród podobnych atrybutów naszych drugich połówek. Przyznam się szczerze, miałem zgłębić tajniki możliwości tej deski, ale z racji nieoczekiwanego splotu uniemożliwiających owe spotkanie wydarzeń w rozmowach z żoną omijam ten temat dalekim łukiem.
Zbliżając się ku końcowi dzisiejszego spotkania chciałbym skreślić kilka zdań o najbardziej interesującym nas dziale tegorocznej edycji targów, czyli elektroniką audio. Co roku obsada wystawców się zmienia, ale za każdym razem miło nam jest spotkać się ze znanymi z jesiennej warszawskiej wstawy dystrybutorami. Bez wdawania się w głębsze szczegóły mam przyjemność wspomnieć o przedstawicielach firm: Panasonic, Nautilus, Bang Olufsen, Living Voice, Galeria Audio, Zeta Zero i dealera marki Monitor Audio. Niestety z racji naturalnych problemów lokalowych większości tego typu imprez każdy z wystawców bez napinania na dźwięk stawiał na inne doznania. I tak panowie z Living Voice’a zaprezentowali zestaw tonący w sztucznym dymie przecinanym zmyślnie zaprogramowanym pokazem laserów. Zeta Zero przygotowała pojedynek pomiędzy trzema formatami zapisu dźwięku: winyl vs taśma vs pliki. Monitor Audio postawiło na kino domowe. Galeria Audio spięła designerskie kolumn Davone z opartą o lampy elektroniką lampową. Bang Olufsen idąc tropem zadziwiania kształtami zaprezentował kilka modeli na pierwszy rzut oka niewiele mających wspólnego z obecnym wyglądem kolumn, w których prym wiódł najnowszy wielogłośnikowiec. Panasonic zaś jako kontra do mojego przywiązania do dobrej jakości dźwięku muzykę puszczał z rasowego boomboxa. Ale to nie koniec jego oferty, gdyż prawdopodobnie niewielu z Was wie, iż w swoim port folio oprócz telewizorów, aparatów i typowego sprzętu AGD posiada jeszcze akcesoria typu golarki, maszynki wielorazowe, szczoteczki do zębów itp. Tutaj małe ostrzeżenie, jeśli będziecie oglądać zdjęcia, chce zapewnić Was, że to białe zakończone cienką końcówką ustrojstwo z pewnością nie jest przyrządem ginekologicznym, o co nie omieszkałem zapytać. Kończąc ten akapit wspomnę jeszcze o pokoju krakowskiego Nautilusa, który z racji używania mocno łechcącego moje ego gramofonu był dla mnie najdłuższą przygodą tegorocznej wystawy. Oprócz co by nie mówić designerskiego bo wykonanego z przezroczystego akrylu gramofonu zaprezentowano idealnie wpisujące się w potrzeby innowacji designerskiej produktów domowych tubowe kolumny Avangarde. Dlaczego tam spędziłem najwięcej czasu? Trafiająca w gust muzyka, unikanie ekstrawagancji typu zaciemniania światła, czy niezbyt wysokie poziomy głośności były tym czego skołatane całodniowym łażeniem po wystawie serce recenzenta pragnęło najbardziej. Niemniej jednak, bez względu na moje osobiste wybory chciałbym podziękować wszystkim wystawcom sprzętu audio za miłe rozmowy przy muzyce.
Gdy pierwszy dzień targów dobiegał końca, swoje drugie pięć minut, tym razem dla większej bo przybyłej na specjalne zaproszenia publiczności miała Ewa Mierzejewska. W ciekawym monologu przedstawiała listę problemów i przyczynę ich powstawania, jakie wynikają pomiędzy inwestorem i wykonawcą podczas budowy domu. Nie powiem, publiczność dość wiernie towarzyszyła Pani Ewie do samego końca, co umilał jej serwowany przez wystawców różnorodny i bardzo smaczny catering.
Tym razem definitywnie kończąc chciałbym podziękować organizatorom za zaproszenie na tę edycję targów Dom Inteligentny, a wystawcom za miłe konwersacje na dotychczas niezbyt znane mi tematy. To z pewnością był dla mnie bardzo pozytywnie i mile spędzony czas. Wydawałoby się, że każda kolejna odsłona imprezy ukrywającej się pod skrótem DI będzie skutkować lekki znudzeniem, tymczasem kreująca pozytywne wibracje chemia pomiędzy wystawiającymi się firmami, a odwiedzającymi ich gośćmi powoduje, że o nawet najmniejszej monotonności nie może być mowy. I właśnie za to jeszcze raz dziękuję i życzę dalszych sukcesów.
Jacek Pazio
Opinia 1
W dobie postępującej, niemalże wszechobecnej miniaturyzacji i coraz bardziej radykalnego pseudoekologicznego zorientowania ustawodawców idee, które do tej pory przyświecały High-Endowi stają się najogólniej rzecz ujmując mało popularne. Co ciekawe, pomimo coraz bardziej kontrowersyjnych cięć natury technologicznej ceny zamiast się urealniać szybują na niespotykane wcześniej pułapy i w rezultacie pozycjonowanie konkretnego produktu nie tylko na rynku, lecz i w popularnych rankingach odbywa się zamiast na podstawie rzeczywistej jakości brzmienia li tylko poprzez pryzmat żądanej za niego kwoty. Takiego stanu rzeczy inaczej aniżeli patologią nazwać nie sposób a i zgody na takie poczynania być ze strony konsumentów nie powinno. Pytanie tylko co oni biedni mogą zrobić? Oflagować się i na złość koniunkturze nie upgrade’ować posiadanych systemów? Utopia. Zdecydowanie rozsądniejszym rozwiązaniem jest mały research w branży i wyselekcjonowanie (wąskiego) grona ostatnich rozsądnych marek, które pozostały wierne swoim pierwotnym ideałom. Jedną z nich, z dość dużą dozą prawdopodobieństwa, będzie amerykański VTL. My byśmy na nią w kadym bądź razie wskazali a że nadarzyła się ku temu okazja, dzięki uprzejmości polskiego dystrybutora – warszawskiego Hi-Fi Clubu postanowiliśmy empirycznie zweryfikować i skonfrontować nasze domniemania ze stanem faktycznym biorąc na warsztat dzieloną amplifikację pod postacią przedwzmacniacza TL-5.5 Series II Signature i stereofonicznej końcówki mocy S-200 Signature.
Nie bez powodu na wstępie poprzedniego akapitu wspominałem o miniaturyzacji, gdyż tytułowe VTLe stanowią nader namacalne jej zaprzeczenie. Zamiast niemalże desktopowych, D-klasowych proekologicznych naleśników otrzymujemy bowiem ponad sześćdziesiąt kilogramów prądożernego, grzejącego się i jakże pięknego żelastwa.
Począwszy od przedwzmacniacza widać, że podczas projektu niespecjalnie troszczono się o ewentualne oszczędności materiału przez co wykonana ze szczotkowanego aluminium bryła ma na tyle słuszne gabaryty (44.45 x 44.45 x 12.06 cm), że trzeba dobrze się nagimnastykować, by wpasować ją w standardowy stolik audio. Pytanie tylko po co chować między półkami coś, co zdecydowanie zasługuje na bezwstydne wręcz wyeksponowanie, gdyż czego by nie mówić, pomimo zauważalnie absorbującej postury TL-5.5 Series II Signature wcale nie wygląda niezgrabnie, czy ociężale. Wręcz przeciwnie. Dwie srebrne płaszczyzny frontu delikatnie zapadają się mniej więcej w dwóch trzecich jego wysokości a dodatkowy, anodowany na czarno dolny pas sprawia, że optycznie całość wydaje się zdecydowanie lżejsza i bardziej filigranowa aniżeli jest w rzeczywistości. Ponadto pomimo pozornie karkołomnego pomysłu umieszczenia na płycie frontowej trzynastu(!) przycisków i niewielkiego pokrętła głośności wkomponowanego w czarną ramkę otaczająca błękitny wyświetlacz projekt daleki jest od bałaganiarstwa i natłoku. Nawet szafirowe diody informujące o uaktywnieniu danego z wejść umieszczone nad przypisanymi im przyciskami nie irytują swą jaskrawością podczas wieczorno – nocnych odsłuchów. Masywne płaty paneli bocznych zapewniają całemu korpusowi wzorową sztywność a gęsto perforowana płyta górna skutecznie wspomaga grawitacyjną cyrkulację powietrza wewnątrz urządzenia. Panel tylny nie pozostawia najmniejszych złudzeń, że mamy do czynienia z „zabawką” z górnej półki, bowiem do dyspozycji mamy az osiem wejść liniowych, z czego dwa pierwsze zarówno pod postacią RCA, jak i XLRów. Z wyjściami jest podobnie – zdublowana para plus wyjście na pętlę magnetofonową. Jak przystało na przedstawiciela myśli technicznej zza wielkiej wody nie brakuje również terminali triggera i portu RS-232.
Choć TL-5.5 jest zaledwie drugim od dołu przedwzmacniaczem w ofercie VTLa, to zarówno od strony czysto wzorniczej, jak i przede wszystkim konstrukcyjnej zdecydowanie bliżej mu do starszego rodzeństwa aniżeli do rozpoczynającego stawkę TL-2.5i. Jest bowiem konstrukcją nie tylko w pełni lampową (2 x 12AU7, 4 x 12AT7), ale i w pełni zbalansowaną z niewielkim sprzężeniem zwrotnym i stopniem wyjściowym opartym o niskoszumowy mikroprocesor. Dodatkowo bez problemy, głównie ze względu na ilość dostępnego wolnego miejsca istnieje możliwość opcjonalnego dołożenia modułu phnostage’a, który pierwotnie oferowany był z TL-6.5.
Stereofoniczna końcówka mocy S-200 Signature to już prawdziwa zabawka dla dużych chłopców. Nie dość, ze waży niemalże 50 kg, to jeszcze aparycją nawiązuje do wysokowydajnych piekarników, lub jak kto woli i pamięta przełom lat 80-ych i 90-ych do opiekaczy do zapiekanek. Może to i niezbyt poważne skojarzenia, ale masywny aluminiowy front z centralnie umieszczoną szybą skrywającą żarzące się bursztynowym światłem lampy robi swoje. Centralnie pod prostokątnym wizjerem w niewielkim wgłębieniu ulokowano trzy przyciski umożliwiające włączenie wzmacniacza, wybranie trybu jego pracy (tetroda/trioda) i to w locie!, oraz jego wyciszenie.
Płytę górną, a raczej przypominający monstrualny ceownik profil, nie dość, że mocno ponacinano to dodatkowo jeszcze wykonano w nim dodatkowe zakręcane „klapy” umożliwiające całkowicie bezproblemowy dostęp do ukrytych wewnątrz dwunastu lamp (8 x 6550 lub KT-88, 2 x 12AT7, 2 x 12BH7). Ściana tylna, jak to z reguły przy lampowych końcówkach mocy bywa swoją część użyteczną ogranicza do wąskiego paska tuż przy dolnej krawędzi, ale i więcej miejsca niekoniecznie by potrzebowała. Pojedyncze terminale głośnikowe niestety uzbrojono w wywołujące u mnie ataki niepochamowanej agresji kołnierze zabezpieczające, przez co zaimplementowanie w nich zaterminowanego widłami okablowania lepiej prowadzić, gdy w pobliżu nie ma kobiet i osobników małoletnich. Ze względu, że podobnie jak preamp końcówka również jest zbalansowana wejścia dostępne są zarówno pod postacią XLRów, jak i RCA a wyboru dokonujemy niewielkimi przełącznikami hebelkowymi umieszczonymi między nimi. Centralnie umieszczono 20A gniazdo IEC i włącznik główny. Nie zabrakło też gniazda triggera.
Jeśli chodzi o same lampy, to producent dopuszcza wymienne używanie 6550 lub KT-88. Do nas dotarła wersja uzbrojona w osiem 6550 Electro-Harmonixów a dodatkowo, żeby do minimum ograniczyć przypadkowość finalnego seta wraz z VTLami otrzymaliśmy uroczą parkę zasilających Transparentów Powerlink MM2.
Ponieważ na testy dotarł do mnie już wygrzany duet VTLa niespecjalnie musiałem eksploatować posiadane pokłady cierpliwości i już po kilkunastogodzinnej akomodacji przystąpiłem do bardziej wnikliwych aniżeli kurtuazyjne odsłuchów. Nie chcąc jednak podążać utartymi ścieżkami i od razu weryfikować zasłyszane opinie o ponadprzeciętnej dynamice gości zza wielkiej wody sięgnąłem po dość mroczny i nostalgiczny album „Aventine” Agnes Obel. Pracująca w trybie tetrodowym i oddająca imponujące 200 W ósemka 6550 ujęła w stalowym uścisku moje bynajmniej nie najłatwiejsze do napędzenia Gaudery i od pierwszej do ostatniej nuty nawet na moment chwytu nie poluzowała. Niby czuć było w dźwięku lampową homogeniczność, którą osiągnąć potrafią jedynie najlepsze konstrukcje tranzystorowe ale drive, konturowość i precyzja bliższa była stereotypowo przypisywanym właśnie tranom cechom. Czy to źle? Absolutnie nie, gdyż warto pamiętać, iż na pułapie cenowym na jakim operujemy dywagacje prowadzimy nie w kategoriach dobrze – źle, a jedynie trafiania w dane gusta a o tych jak wiadomo się nie dyskutuje. Dodatkowo umowne granice pomiędzy „umownym” dźwiękiem lampowym i tranzystorowym zostawiliśmy daleko za sobą. Gdy zatem porzucimy błędne nawyki i oczekiwania będziemy w stanie szerzej i przy okazji bardziej obiektywnie spojrzeć na obiekt dzisiejszego spotkania. Lekko szklisty i zarazem zmatowiony głos wokalistki został podany bardzo realistycznie a zarazem obiektywnie. Okazało się, że do pełni szczęścia wcale nie jest konieczne dosaturowanie i dopalenie średnicy. Wystarczy bowiem organiczna wręcz spójność i niezwykle kreślenie konturów źródeł pozornych przy imponującym wolumenie reprodukowanych dźwięków. Pochodną powyższych cech jest też niezwykle przestronna scena dźwiękowa, na której każdy z muzyków ma wystarczającą ilość miejsca, by nawet przy najbardziej karkołomnych wygibasach nie wylądować koledze z zespołu na kolanach. Aby jednak ten aspekt ocenić wykonałem drobną korektę repertuaru na „Shrine Of New Generation Slaves” Riverside. Progrockowe, nieraz surowe i szorstkie oraz niewątpliwie z właściwą sobie finezją zagmatwane rytmy warszawskiej formacji na tytułowym zestawie zabrzmiały z rzadko spotykaną potęgą i werwą, lecz co istotne, bez popadania w patetyczną gigantomanię przypinaną nieraz zupełnie bezpodstawnie amerykańskim piecom. Akurat pod tym względem VTL stawia na rzetelność i prawdziwość przekazu a biorąc pod uwagę swoje osiągi rezerwuar mocy nic nikomu nie musi udowadniać. Próżno w jego dźwięku doszukiwać się szpanerstwa i próby złapania niedoświadczonego nabywcy za ucho i portfel obezwładniająca falą basu, wypchniętą średnicą, czy usuwającą płytkę nazębną. To nie jest napompowany sterydami buzujący hormonami nastolatek, lecz świadomy własnych osiągów i możliwości zawodowiec – prawdziwy profesjonalista. Czy mamy zatem do czynienia z chłodnym i kalkulującym każde wybrzmienie audiofilskim odpowiednikiem księgowego? Też nie, bo ów umiar i opanowanie są jego natywną, wybitnie genetyczną cechą. Cechą uświadamiającą nam, że emocje mają być zawarte w muzyce a rolą sprzętu ją reprodukującego jest jedynie ich uwolnienie i przekazanie słuchaczowi. Podkreślam – uwolnienie a nie dodanie, czy zintensyfikowanie. Wzmacniacz, jak sama jego nazwa wskazuje ma sygnał wzmacniać a nie interpretować i czasem warto sobie o tym fakcie przypomnieć.
Jednak VTL S-200 Signature, bo to on jest w głównej mierze odpowiedzialny za efekt końcowy, posiada też drugie, zdecydowanie bardziej liryczne i wręcz romantyczne oblicze. Wystarczy bowiem przytrzymać w dowolnym momencie użytkowania rezydujący po lewicy burgundowego włącznika przycisk „Mode” by poczuć się niczym bajkowa Alicja po spożyciu magicznego ciasteczka, czy też grzybka (szczegóły tej transformacji jakoś mi umknęły). Po przestawieniu w tryb triodowy może i wolumen generowanego dźwięku uległ wyraźnemu zmniejszeniu, ale to, co stało się z górą wywoływało przysłowiowy opad szczęki. Stareńkie wydawnictwo „Art Tatum Meets Ben Webster” zaczęło czarować jakby zyskało drugą młodość. Ilość powietrza i mikro informacji zawartych w wyższych partiach wprost oszałamiała a średnica stała się wręcz lepka. Oczywiście pewnemu pogrubieniu ulegają wtenczas kontury źródeł pozornych a przez to zaokrąglają się też ich krawędzie. Całe szczęście ani na jotę nie pogarsza się selektywność i precyzja samego pozycjonowania rozlokowanych na scenie muzyków, co nader dobrze świadczy o klasie mikroprocesora troszczącego się o optymalne nastawy i parametry pracy wszystkich ukrytych w aluminiowych trzewiach lamp. Podobnie sprawy się mają przy szeroko rozumianej wokalistyce, gdyż zarówno uduchowiona „Misa Criolla” Mercedes Sosy, jak i pulsująca rozleniwiającym erotyzmem „Trav’lin’ Light” Queen Latifah czarowały tembrem i aksamitnością głosów. Słychać w nich było prawdziwą pasję i zaangażowanie o co niestety coraz trudniej u gwiazdek i gwiazdeczek najmłodszego pokolenia.
Są urządzenia, które mają w sobie coś, co sprawia, że ilekroć je włączymy, to zupełnie podświadomie i nie wiedząc kiedy po prostu się od nich uzależniamy. Powolnie, acz sukcesywnie popadamy w nałóg, nałóg słuchania. I właśnie owo „coś” VTL-e posiadają. Ponadto mają w sobie najlepsze geny audiofilskiego kameleona, więc w zależności od repertuaru, czy nawet naszego nastroju jesteśmy przejść od neutralnej, obiektywnej wierności oryginałowi do lekko podretuszowanej ale nadal zachowującej cechy realizmu „triodowości”. Czegóż więcej trzeba do pełni szczęścia?
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Streamer: Auralic Aries Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– DAC/Przedwzmacniacz/Wzmacniacz słuchawkowy: ADL Stratos
– Słuchawki: Meze 99 Classics Gold; q-JAYS
– Końcówka mocy: Emotiva XPA-2 Gen 2
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Einstein The Amp Ultimate
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Lampa czy tranzystor? Takie pytanie zadaje sobie znakomita większość miłośników dobrego dźwięku. Bardzo zgrubnie rzecz biorąc wspomnianym całkowicie różnym układom elektrycznym naciągając trochę prozę życia codziennego przypisane są nie do końca uprawnione cechy. Nie będę dokładnie wykładał pełnej listy poszukiwanych „przywar” każdego z nich, tylko delikatnie sygnalizując temat powiem, że dla wielu lampa to ciepło i gładkość, a tranzystor to szybkość i kontrola. I gdy tak sięgnę pamięcią ku dolnym rejonom jakościowym, ów podział ma sporą sprawdzalność, jednak gdy dojdziemy do High Endu, sprawy nieco się zmieniają, często fundując nam dla każdego ze sposobu wzmacniania sygnału całkowicie przeciwstawne sobie cechy. I nie jest to jakimś nieudanym wybrykiem danego producenta, tylko konsekwentnie realizowanym założeniem końcowego efektu brzmieniowego. Kierując dzisiejszy test na właściwe tory zdradzę, że właśnie nad takim przeczącym, bo posiadającym obie obiegowe opinie przypadkiem będziemy się pochylać. Panie i Panowie przedstawiam zadającą kłam wszelkim zaszufladkowaniom, że szklana bańka w torze to mimowolne kolorowanie i ogólne zaokrąglanie dźwięku amerykańską myśl techniczną w postaci lampowego zestawu pre-power TL5.5 II i S-200 znanej wszystkim marki VTL dystrybuowanej przez warszawski Hi-Fi CLUB.
Rozpoczynając opis wyglądu od przedwzmacniacza liniowego przywołam jego słuszną wagę i rozmiar, swobodnie przekraczające wartości stacjonującego u mnie na co dzień Reimyo. Front TL 5.5 w celach czysto designerskich poddano zabiegowi zapadania się ku sobie dwóch płaszczyzn. Mimo naszpikowania sporą ilością inicjujących działanie poszczególnych funkcji manipulatorów nie odczuwamy efektu wizualnego przeładowania. Oprócz wspomnianych włączników znajdziemy na nim również usytuowaną w prawej części akrylową nakładkę z wyświetlaczem poziomu wzmocnienia i realizujące je pokrętło. Zmierzając wzrokiem ku tyłowi widzimy, iż górny panel dla ułatwienia chłodzenia grawitacyjnego urządzenia zdobią cztery ażurowe moduły. Po zatrzymaniu wzroku na tylnej ściance naszym oczom ukazują się dwa wejścia w standardach RCA i XLR, dodatkowa seria wejść RCA z funkcją opcjonalnego przedwzmacniacza gramofonowego, wyjścia RCA i XLR, gniazdo zasilające i włącznik główny. Gołym okiem widać, że podobnie do przedniej ścianki ilość przyłączy na plecach wydaje się przyprawiać o zawrót głowy, ale logika ich implementacji i czytelność oznaczenia sprawiają, że naprawdę krótka analiza całości pozwala swobodnie poruszać się w tym pozornym gąszczu, który jak na High End przystało jest przecież bardzo typowym zjawiskiem. Przechodząc z opisem do końcówki mocy i przywołując gabaryty rozmiarowo-wagowe oznajmiam, że również są sporym obciążeniem dla nadwyrężonego kręgosłupa recenzenta. Front wykorzystując posiadane na pokładzie, ale dość nietypowo jak na konstrukcje lampową skryte wewnątrz szklane bańki, prezentuje je w specjalnie wyeksponowanym, okienku. Ów wziernik okalają cztery lekko falujące płaty drapanego aluminium, z których dolny jest ostoją trzech inicjujących działanie małych przycisków. Dla oznajmienia światu z jakim producentem mamy do czynienia w centrum telewizorka z lampami wkomponowano logo marki. Górny płat obudowy podobnie do przedwzmacniacza dzięki sporej ilości wąskich otworów wentylacyjnych pozwala konstrukcji swobodnie oddawać generowane przez lampy ciepło, co w trakcie pracy urządzenia znakomicie pokazuje drgające powietrze nad wzmacniaczem. Zbliżając się ku końcowi tego akapitu przywołam jeszcze skład tylnego panelu, który dysponuje rozlokowanymi symetrycznie pojedynczymi terminalami głośnikowymi, wejściami RCA i XLR i włącznikiem głównym. Niby niewiele, ale jak na końcówkę mocy w pełni wystarczająco.
Świat jaki rysuje zestaw VTL-a tuż po standardowym rozruchu, diametralnie odchodzi od przyklejonej gdzieś w natłoku niezbyt udanych konstrukcji plakietki skażenia barwowym zmanierowaniem lamp. Oczywiście natychmiast słychać, że gra lampa, jednak robi to na tyle ciekawie i solidnie, że bez najmniejszych problemów jest w stanie konkurować z wieloma piecami tranzystorowymi i sądzę, że z niejednym łatwo sobie poradzi. W jakim zakresie? Umiejętnie trzyma kontrolę nad niskimi rejestrami, a także może pochwalić się niezłym środkiem i dobrymi górnymi rejestrami. Dlaczego środek jest tylko niezły? Konsekwencją skierowania potencjału sonicznego na przekazanie wszelkich informacji o basie jest przesunięcie punktu ciężkości muzyki nieco w górę. Choć nie było źle, to niestety uciekanie podbicia przełomu środka z basem bezpośrednio wpłynęło na delikatne odchudzenie tak ważnej dla oddania ducha ludzkiego głosu środkowej części pasma. Jest to tylko kosmetyka, a nie popadanie w anoreksję, ale po przejściu z mojego pieca wyraźnie słyszalne. Dobrym posunięciem konstruktorów jest również unikanie zbytniego pobudzenia do działania najwyższych tonów, gdyż tandem skrojony ze zwiewnej średnicy i szalonej góry pasma mógłby obudzić w audiofilach najgorsze instynkty. Suma summarum mamy dobrze panującą nad kolumnami lampkę, a nie udającego mocarza w dolnych partiach dźwięku z manierą krzyku suchotnika. Gdy sprawy sposobu wzmacniania dźwięku mamy już za sobą, czas przyjrzeć się budowaniu sceny muzycznej. Tutaj mam same dobre wieści, gdyż secik fantastycznie radził sobie z rozlokowaniem artystów na scenie aż pod tylną ścianę. Prezentujący swoje umiejętności panowie z grypy EST podczas zarejestrowanego w Hamburgu koncertu może nie potrzebowali lornetek do ogniskowania siebie na scenie, ale z mojej strony oddaję pełny szacunek konstruktorom za rozmach świetne napowietrzenie spektaklu. Oczywistą sprawą również jest pełna informacji spowodowana zastosowaniem szklanych baniek plastyka dźwięku. Co ciekawe, nawet nie specjalnie lubiący ugładzanie kontrabas zdawał się czerpać z tego same dobre pozytywy, gdyż posmak pudła fajnie przeplatał się z ostrym rysunkiem strun. Ciekawa przygodą z zestawem VTL-a okazał się być materiał elektroniczny grypy Massive Attack. Panowanie nad nawet sztucznie generowanym jako lejący się basem pozwalało na wyodrębnienie w nim poszczególnych harmonicznych, co przy lekkim balsamowaniu reszty pasma powodowało bardzo ciekawe zjawisko masowania trzewi w estetyce naszpikowanej elektronicznymi przeszkadzajkami homogeniczności. I gdy po tych dwóch pozytywnych przykładach muzycznych wspomnę o materiale barkowym, nagle okaże się, że przy całej solidności dźwiękowej testowanego zestawienia brakowało mu trochę tak uwielbianych przeze mnie cech umiejętnego operowania kolorem i temperaturą dźwięku. Ale proszę się nie zniechęcać, gdyż niemieccy inżynierowie i na to znaleźli radę umożliwiając przełączenie końcówki mocy z trybu tetrodowego w triodowy. Co to daje? Dla mnie świat staje się piękniejszy. Fakt, obraz wirtualnej sceny nieco się zagęszcza, a tylko zatwardziały dla zasady wróg takich rozwiązań mógłby powiedzieć, że nastąpiło pogorszenie. Nieco grubsza kreska źródeł pozornych nie wpływa degradująco na przekaz muzyczny, mimo, że moje kolumny są obarczone pakietem barwy. Przywołane przewartościowanie priorytetów jest bliższe lampowej estetyce, ale w sytuacji gdy jest jedną z opcji staje się bardzo mocno rozszerzającym swoja ekspansję do domów słuchaczy miłym dodatkiem. I gdy ktoś czytając wstępniaka zastanawiał się, co miałem na myśli pisząc, iż VTL łączy obie obiegowe przypisane do poszczególnych konstrukcji zalety, w tym momencie prawda ujrzała światło dzienne. Mamy do czynienia z kameleonem.
Gdy okazało się, że w dostarczonym do mnie egzemplarzu przedwzmacniacza liniowego był zaimplementowany phonostage gramofonowy, naturalną wręcz sprawą była jego weryfikacja. I gdy podczas słuchania sygnału ze źródła cyfrowego tak artykułowana przeze mnie kontrola płynącej z kolumn muzyki przez cały czas trochę o sobie przypominała, tak muzyka z gramofonu zdawała się lekko odejść od tamtej szkoły grania. Przekaz muzyczny był idealnym odzwierciedleniem tego, co ma do zaoferowania dobrze skonfigurowany gramofon. W konsekwencji tego sparingu cieszę się, że firma VTL nie idąc tropem innych producentów, gdzie nawet pokładowy phonostage uparcie kontynuuje soniczny sznyt cyfry, postawiła na przypisaną każdemu z formatów różnorodność. Co ciekawe, to nie jest zwykłe kolorowanie świata, tylko nadanie mu odpowiednich dla tego rodzaju źródła pokładów muzykalności i gładkości. Wszystko było bardzo czytelne i dobrze rysowane, ale z nutką analogowej nostalgii i chyba o to w zabawie z asfaltowymi krążkami chodzi. Na koniec tego bardzo pozytywnie odebranego zdarzenia, chciałbym zaproponować innym producentom, by proponując przedwzmacniacz gramofonowy wbudowany w pre liniowe, starali się pokazać drzemiące w takiej konstrukcji dwa światy, a nie udowadniać na siłę, że są w stanie każdy sygnał sprowadzić do zaplanowanej gdzieś w procesie projektowym specyfiki. Nie mówię oczywiście, że to co robią jest złe, tylko uświadamiam, że dla wielu użytkowników gramofon powinien mieć swoje trzy grosze do powiedzenia, a nie być ssprowadzany do jakości odtwarzacza CD. Kończąc dzisiejsze spotkanie proszę nie odbierać mojego głosu w sprawie analogu jako ataku, tylko luźny głos w obronie przecież niosącego wiele nostalgii, a przez to bardzo wartościowego dla wielu melomanów nośnika.
Gdybym według swojej miary miał ocenić testowany dzisiaj zestaw, powiedziałbym, że bliższą mojemu sercu była próba z gramofonem. Wiem, że jestem lekko skażony tym sposobem odtwarzania muzyki, ale nawet w posiadanym na co dzień secie cyfrowym staram się hołdować takiej manierze grania, dlatego tak też stroiłem cały system. Ale zaznaczam, to jest mój w pewnym sensie zmanierowany punkt widzenia, który tylko dzięki bardzo dobremu odbiorowi testowanych produktów pozwoliłem sobie ziścić. Tymczasem bezinteresownie sądzę, że wychodząc naprzeciw szczęściu wielu audiofilów marka VTL proponuje dwa światy – nieco bardziej zwarty z cyfry i przyjemniejszy z analogu, ca daje szerszy wachlarz potencjalnych zainteresowanych. Fajnie, że łamiąc regułę robi to przy użyciu kojarzonych przecież z mocnym podkolorowaniem dźwięku lamp elektronowych. Ja jestem bardzo rad, że spotkałem się z taką interpretacją brzmienia szklanych baniek. Przecież wielu ludzi posiadając fantastycznie brzmiące kolumny typu Harbeth czy Rogers chciałoby mieć lampkę w torze, ale ze względów już kapiących słodyczą przetworników omijają takie jak dzisiaj prezentowane wzmocnienia szerokim łukiem. Dlatego z całą stanowczością chciałbym zachęcić nie tylko lampiarzy, ale również skazanych na teoretyczna porażkę posiadaczy barwnych kolumn do posłuchania tandemu zza wielkiej wody, a może okazać się, iż czar bijącego z okienka końcówki mocy bursztynu dzięki synergii z posiadanymi komponentami bez najmniejszych problemów wedrze się do waszego serca. Kto wie?
Jacek Pazio
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Ceny:
VTL TL-5.5 Series II Signature: 34 000 PLN
VTL TL-5.5 Series II Signature z modułem phono stage: 45 000 PLN
VTL S-200 Signature: 54 000 PLN
Dane techniczne
VTL TL-5.5 Series II Signature
Lampy: 2 x 12AU7, 4 x 12AT7
Wejścia: 2 pary XLR / RCA, 6 par RCA
Wyjścia: 1 para XLR, 1 para RCA, 1 para RCA – Record Out
Wzmocnienie: Normal -11dB RCA, 17dB XLR; Low Gain – 6dB RCA, 11dB XLR
Impedancja wyjściowa: 150Ω, Max 400Ω @ 10Hz
Impedancja wejściowa: 35kΩ
Pasmo przenoszenia: 1Hz – 200kHz, +0 -1dB
Maksymalne napięcie wyjściowe: <1% THD 30V / 10Hz – 200kHz, 1.75V / 600 Ω / 1%THD
Separacja kanałów: >100dB @ 1kHz (>80dB / 20kHz)
Pobór mocy: 60W; 130 W(wersja z Phono stagem)
Wymiary (S x G x W): 44.45 x 44.45 x 12.06 cm
Waga: 18.12 kg brutto, 13.6 kg netto
TL5.5 Phono Stage
Lampy:
– MM: 2 x 12AX7, 2 x 12AT7
– MC: 2 x 12AT7, 2 x 12AX7, 2 x 12AU7
Obciążenie:
– MM: 45kΩ
– MC: 100Ω, 220Ω, 470Ω, 1kΩ, 47kΩ
Wzmocnienie:
– MM: 40dB
– MC: 54dB, 60dB, 66dB
VTL S-200 Signature
Lampy: 8 x 6550 lub KT-88, 2 x 12AT7, 2 x 12BH7
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz <2.5% THD
Moc w trybie tetrodowym: 200 W na kanał / 5Ω
Moc w trybie triodowym: 100 W na kanał / 5Ω
Impedancja wejściowa: 45 kΩ
Czułość wejściowa: od 700mV do 1.6V (zależnie od nastawy DF)
Wymiary (Sz. x Gł. x Wys.): 47 x 23 x 45,7 cm
Waga: 48 kg
System wykorzystywany w teście:
– CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 1
Niejako w ramach obchodów przedłużonych, bo przypadających 1 kwietnia, okrągłych … 54-tych urodzin Programu 3 Polskiego Radia w miniony poniedziałek (4 kwietnia) o godz. 19.00 w studiu im. Agnieszki Osieckiej można było usłyszeć wydany w 1967 roku album „Magical Mystery Tour” Beatlesów. Tak po prawdzie w powyższym zdaniu czai się poważne niedopowiedzenie, gdyż ww. wydawnictwo można sobie słuchać niemalże do upadłego od niemalże 50-ciu lat i jakoś nikt, poza ortodoksyjnymi wyznawcami Wielkiej Czwórki z Liverpoolu nie robi z tego powodu nie wiadomo jakiej sensacji. Tym razem było jednak inaczej, bardziej wyjątkowo i unikalnie, bowiem poniedziałkowe odtworzenie odbywało się nie tylko w magicznym dla większości miłośników Trójki miejscu, ale i z nośnika wręcz kultowego – z pierwszej kopii taśmy matki – ze szpuli! Jakby tego było mało po uczcie czysto muzycznej na deser Organizatorzy przygotowali projekcję oscarowego dokumentu „Let It Be” z 1970 roku. By tradycji stało się zadość gospodarzem wieczoru był niezastąpiony a przy tym fanatyczny fan Beatlesów Piotr Metz, którego tym razem wspomógł Tomasz Zeliszewski.
Wspomniany jubileusz Trójki zbiegł się w czasie z 20-toleciem obecności na naszym rynku cieszyńskiego Voice’a, który będąc współorganizatorem wieczornego odsłuchu postanowił pochwalić się najnowszymi nabytkami ze swojego wielce interesującego portfolio. W tym celu Milan Weber przygotował nie lada gratkę dla zorientowanych audiofilsko słuchaczy, gdyż na scenie ustawił (zapewne z niewielką pomocą swojej ekipy) zjawiskowe kolumny Audio Physic Cardeas 30 LJE współpracujące ze szwedzką elektroniką Primare pod postacią przedwzmacniacza PRE60 oraz końcówki mocy A60. Oczywiście powyższa wyliczanka byłaby mocno niekompletna bez … źródła – majestatycznego szpulowca Studer A 80 i okablowania Cardas Audio. Gośćmi specjalnymi wieczoru byli Dieter Kratochwil i Manfred Diestertich – szefowie firmy z Brilon.
Na widowni, oprócz szczęśliwców, którym dane było zdobyć rozdawane na radiowej antenie i internetowych konkursach zaproszenia, zasiadły również znane z koncertowych scen postaci, dla których kontakt z nie bójmy się użyć tego słowa, ponadczasową twórczością The Beatles był okazją do niemalże całkowicie anonimowego uczestnictwa w prawdziwej muzycznej uczcie. Z resztą nie ma co się czarować – w poniedziałkowy wieczór na Myśliwieckiej nie było chyba ani jednej przypadkowej duszy a nawet jeśli takowa zbłąkana się trafiła, to po kilkudziesięciu minutach zaaplikowanej muzykoterapii z pewnością można ją było uznać za uleczoną i nawróconą na jedyną i słuszną wiarę – wiarę w zbawienny wpływ muzyki.
O samych walorach brzmieniowych nie ma się co rozpisywać, gdyż po pierwsze mieliśmy okazję uczestniczyć w czymś na kształt muzycznego misterium, a po drugie pierwsze skrzypce grały w poniedziałek walory muzyczne a nie li tylko audiofilskie. Był to jednak kolejny pokaz, na którym w roli głównego źródła wystąpił do niedawna praktycznie zapomniany magnetofon szpulowy, który powoli acz systematycznie powraca do łask najbardziej zagorzałych fanów analogu. Nie można co prawda, przynajmniej na razie mówić o boomie i drugiej młodości, jaką przeżywa obecnie płyta winylowa, lecz tak zupełnie obiektywnie rzecz biorąc to właśnie przysłowiowa szpula oferuje najbliższą oryginałowi jakość. Nie wierzycie? No to postarajcie się kiedyś na takim odsłuchu pojawić a gwarantuję, że słowo „referencja” nabierze zupełnie nowego znaczenia.
Serdecznie dziękując Organizatorom za zaproszenie i muzyczną ucztę zwyczajowo polecamy się na przyszłość.
Marcin Olszewski
Opinia 2
W miniony poniedziałek (04.04.2016) razem z Marcinem po raz kolejny odwiedziliśmy radiową Trójkę, a konkretnie mówiąc studio „Agnieszki Osieckiej”. Zaproszenie wypłynęło od znanego sporej rzeszy audiofilskiej braci z propagacji analogu w Polsce cieszyńskiego Voice’a. Jak sięgnąć pamięcią takie spotkania powoli stają się dla nas chlebem powszednim, ale zawsze wynosimy z nich spory pakiet pozytywnej energii, którą teraz za sprawą pierwszej kopii taśmy matki płyty „Magical Mystery Tour” tchnęła w nas grupa The Beatles. Owe spotkania zawsze opierają się o prezentację czy to mestringowanych na nowo, czy jedynie lekko muśniętych przez realizatorów dźwięku płyt ikon świata muzyki. Oczywiście wiadomą rzeczą jest, że podobne zloty nie mogą odbyć się bez generującej dźwięk elektroniki, o którą dbają zapraszający nas dystrybutorzy. W tym miejscu uprzedzając jakiekolwiek złośliwości stanowczo stwierdzam, iż sam sprzęt nie jest najważniejszy, jednak gdy doszliśmy do tematu około-sprzętowego, należy wspomnieć, że głównym źródłem był studyjny magnetofon marki Studer. Idąc dalej przywołany szpulowiec swój jakże homogenicznie analogowy a przez to idealnie trafiający w centrum naszych upodobń sygnał przekazywał do zestawu marki Primare napędzającego stosunkowo niedawno wzięte pod dystrybucyjne skrzydła południowego sąsiada topowe kolumny marki Audio Physic. Całość spinało okablowanie Cardasa. Znając Marcina z dużą dozą pewności sądzę, że dokonał wyczerpującej wyliczanki wspomnianych akcesoriów, dlatego nie powielając tabelek zapraszam na kilka zdań o tytułowej imprezie.
Jak to zwykle bywa, sala pękała w szwach, ale to i tak ułamek wszystkich chętnych, gdyż zaszczycający imprezę słuchacze byli pewnego rodzaju szczęśliwcami wytypowanymi w konkursie wspomnianego Trzeciego Programu Polskiego Radia. Chyba nie muszę nikogo uświadamiać, iż samo spotkanie było zasługą znanego wszystkim z radiowego eteru Piotra Meca i przedstawicieli marki Voice z właścicielem Milanem Weberem na czele. Ale to nie koniec ciekawostek, gdyż w ramach inauguracji wspólnej kooperacji Voice’a i Audio Physic’a jako goście specjalni zostali zaproszeni właściciele brandu produkującego wspomniane kolumny: Dieter Kratochwil i Manfred Disterlich, co część zainteresowanych wykorzystało do zaczerpnięcia wiedzy o ich produktach u samego źródła.
Jeśli chodzi o walory soniczne tego wieczoru, to niestety kubatura małej sali koncertowej i przybyły gąszcz wielbicieli muzyki pozwalali jedynie na ocenę gładkości granego z magnetofonu materiału muzycznego. Nie było najmniejszych szans na choćby zdawkową typowo audiofilską ocenę brzmienia, ale jak zaznaczyłem kilka linijek wcześniej, nie o to wcale chodzi, gdyż mottem było słuchanie muzyki w gronie zakochanych w niej i dzięki temu bliskich sobie melomanów, a nie wsłuchiwanie się w smaczki realizatorskie. I chyba dzięki takiemu nastawieniu wizyta w Trójce tak bardzo pozytywnie mnie nastraja.
Kończąc tę relację chciałbym podziękować organizatorom i gościom za miły wieczór przy wspaniałej muzyce. Dużym bonusem tego spotkania był dla mnie występ magnetofonu jako źródła, który swoimi walorami dźwiękowymi bez najmniejszych problemów bije na głowę gramofon. Niestety tylko nauszna weryfikacja możliwości jest w stanie oddać jego potencjał, dlatego nie będę się w tej materii uzewnętrzniał. Jednak jeśli będziecie mieli okazję posłuchać tak bliskiego oryginałowi materiału ze szpulaka – pierwsza kopia taśmy matki, uważajcie, gdyż Wasz światopogląd w dziedzinie odtwarzania sygnału audio na długie lata może zostać mocno przewartościowany. Lojalnie ostrzegam, robicie to na własną odpowiedzialność.
Jacek Pazio
W polskich salonach audio rozpoczęła się sprzedaż najnowszej konstrukcji z logo MOON – modelu Neo 230HAD. Urządzenie w jednej, stylowej obudowie łączy wzmacniacz słuchawkowy, przetwornik cyfrowo-analogowy DSD oraz moduł przedwzmacniacza i przeznaczone jest dla wszystkich miłośników wysokiej jakości dźwięku. MOON Neo 230HAD obsługuje wszystkie najnowocześniejsze formaty muzyczne, w tym pliki DSD256 MHz oraz 32-bitowe PCM i może współpracować z dowolnym cyfrowym źródłem dźwięku, zapewniając przy tym użytkownikowi niemal nieograniczone możliwości
Wielu pasjonatów muzyki coraz częściej mierzy się z poważnym problemem – z jednej strony chcą cieszyć się wysokiej jakości dźwiękiem, z drugiej, ze względu na wiele ograniczeń, nie mogą pozwolić sobie na skompletowanie rozbudowanego systemu muzycznego. Właśnie dla nich MOON przygotował model Neo 230HAD.
Urządzenie w jednej obudowie łączy zaawansowany wzmacniacz słuchawkowy, wysokiej klasy przetwornik cyfrowo-analogowy DSD i moduł przedwzmacniacza. Dzięki temu wystarczy podłączyć źródło dźwięku i słuchawki, aby zyskać możliwość odtwarzania swojej ulubionej muzyki przy zachowaniu najwyższej jakości dźwięku. Dodatkowym atutem najnowszego modelu są jego niewielkie rozmiary, przez co idealnie sprawdzi się w eleganckich, nowoczesnych salonach, a także w niedużych pomieszczeniach.
MOON Neo 230HAD w dużej mierze opiera się na referencyjnym wzmacniaczu słuchawkowym 430HA, a do tego wyposażony jest w przetwornik C/A obsługujący pliki wysokiej rozdzielczości DSD i PCM. Urządzenie może być wykorzystywane w połączeniu z praktycznie dowolnym cyfrowym źródłem, takim jak komputer, dekoder telewizji satelitarnej, odtwarzacz Blu-ray, gwarantując przy tym taką samą wierność odtwarzania, jak rozbudowany system hi-fi.
MOON Neo 230HAD wyposażony jest we wszystkie użytkowane obecnie złącza. Na tylnej ściance projektanci umieścili parę wejść RCA oraz parę liniowych wyjść RCA sekcji przedwzmacniacza. Wyjście Pre-out może pracować ze stałym lub regulowanym poziomem sygnału wyjściowego. W pełni asynchroniczny przetwornik C/A obsługuje cztery wejścia (S/PDIF x 2, TosLink x 1 i USB typ B x 1) i wspiera formaty dźwięku wysokiej rozdzielczości: DSD64, DSD128, DSD256 (tylko wejście USB) oraz PCM 192 kHz/24 bity (wszystkie wejścia) i 384 kHz/32 bity (tylko USB). Całość dopełniają złącza na przednim panelu – wyjście słuchawkowe stereo mini-jack i stereofoniczne wejście jack (6,3 mm) do podłączenia źródła dźwięku.
Najnowsza konstrukcja MOON-a jest już w sprzedaży we wszystkich salonach sieci Top Hi-Fi & Video Design. Neo 230HAD dostępny jest w czarnej wersji kolorystycznej, a jego poglądowa cena detaliczna wynosi 6999 zł.
Specyfikacja techniczna
| Moc wyjściowa na kanał przy 600 / 300 / 50 Ω | 100 mW / 200 mW / 1 W |
| Impedancja słuchawek | 20 – 600 Ω |
| Pasmo przenoszenia (słyszalne) | 20 Hz-20 kHz ± 0,1 dB |
| Pasmo przenoszenia (pełny zakres) | 5 Hz-100 kHz 0/-3 dB |
| THD przy 1 kHz, 0 dBFS (A-ważony) | 0,005% |
| Zniekształcenia intermodulacyjne | 0,005% |
| Stosunek sygnał/szum | 115 dB |
| Przesłuch | 80 dB |
| Impedancja wejściowa / wyjściowa | 22 kΩ / 1,25 Ω |
| Wymiary (S × W × G) | 178 x 76 x 280 mm |
| Waga | 2,8 kg |
Dystrybucja: Audio Klan
157 marek zaprezentuje swoje nowości już w najbliższy weekend podczas TARGÓW DOM inteligentny oraz AV&HOME CINEMA SHOW w Krakowie. Piąta edycja będzie więc rekordowa!
Bang&Olufsen, BD Barcelona, Berker by Hager, Dynaudio, Grenton, Hormann, Husqvarna, Kruger&Matz, Loewe, MIELE, Panasonic, Roca to tylko niektóre z nich.
Polaków stać już na rozwiązania stosowane w domach inteligentnych oraz sprzęt AGD/RTV dobrej jakości, przekonuje Arkadiusz Walus – organizator targów i show, które odbędą się w dniach 8-10 kwietnia 2016 w EXPO KRAKÓW.
Dwie trzecie Polaków interesuje się inteligentnymi rozwiązaniami, pozwalającymi na zdalne zarządzanie domowym sprzętem. Sporo już je zainstalowało.
Z przeprowadzonych na zlecenie firmy SOMFY badań wynika, że 84 proc. Polaków spotkało się już z pojęciem „dom inteligentny”. Kojarzy się ono głównie z rozwiązaniami, pozwalającymi na zdalne sterowanie oświetleniem (87 proc. wskazań), klimatyzacją czy alarmem (po 83 proc.), systemem automatycznego otwierania i zamykania bramy wjazdowej (81 proc.) oraz kamerami do domowego monitoringu (80 proc.). Mniej popularne okazały się natomiast „inteligentne” lodówki, samodzielnie zamawiające zakupy spożywcze i skonfigurowane ze smartfonem pralki (odpowiednio 42 proc. i 55 proc.). Jedna piąta ankietowanych Polaków, deklaruje, że mieszka już w domach wyposażonych w inteligentne rozwiązania. A 57 proc. badanych uważa, że taka forma sterowania urządzeniami będzie stanowić część wyposażanie niemal każdego domu w kraju; nie będzie na to trzeba czekać dłużej niż pięć lat.
Budowa domu, czy mieszkania inteligentnego od A do Z – czyli ekologicznego, pasywnego, energooszczędnego, a do tego na najwyższym poziomie komfortu i sterowania, to faktycznie spory wydatek. Jednak od kilku lat instalacje tzw. domu inteligentnego tanieją w oszałamiającym tempie. Na rynku oprócz oferty koncernów pojawiło się kilkanaście polskich firm, które konkurują z nimi nie tylko ceną, ale też jakością, nowatorskimi rozwiązaniami uniwersalnością. Potrafią uszyć ofertę na miarę potrzeb i możliwości finansowych Inwestora. Tych firm nie zabraknie na targach. Ruszają też nareszcie dotacje z prawdziwego zdarzenia służące pozyskiwaniu energii odnawialnej dla gospodarstw domowych.
Dzisiaj za kilkaset złotych można np. kupić urządzenie z aplikacją na smartfona, które pokazuje, którędy z domu ucieka energia i podpowiada, co zrobić, aby pozbyć się takich pożeraczy. Od 800 zł kosztują urządzenia pozwalające na sterowania światłem w domu. Co istotne, na rynku są takie, które można instalować już na etapie urządzonego mieszkania, a nie tylko na etapie budowy. Sterowanie światłem ogranicza rachunki za prąd. Już więcej, bo kilka tysięcy, kosztują systemy zarządzania ogrzewaniem i chłodzeniem, m.in. sterowania klimatyzacją. Można też wydać kilkanaście tysięcy, aby w mieszkaniu używać przy wyjściu funkcji „wyłącz wszystko”, sterować płynnie oświetleniem, optymalizować koszty ogrzewania za pomocą systemu elektrozaworów połączonych z czujnikami temperatury.
Już w tej chwili Polacy wydają rocznie ponad 150 mln zł na automatykę do domów, a rynek rośnie w tempie 20 proc. rok do roku.
Piąta edycja TARGÓW DOM inteligentny oraz AV&HOME CINEMA SHOW to trzy niezwykłe nowości.
Pierwsza (coś specjalnie dla Kobiet) to STREFA DESIGNU ewa&wnętrze Ewy Mierzejewskiej.
Druga dla miłośników audio i video, czyli pojedynek WINYL vs TAŚMA vs PLIK. Pierwszy taki na świecie!
Trzecia to STREFA ARCHITEKTA, gdzie będzie można zasięgnąć cennych konsultacji.
Nasze targi to już piąta edycja w Polsce, poprzednie organizowaliśmy na Stadionie Narodowym, a w tym roku pierwszy raz jesteśmy na południu, w Krakowie. Duże grono odwiedzających będą stanowili ci, którzy są w trakcie budowy domu lub wyposażania od podstaw mieszkania. Zamiast jeździć od sklepu do sklepu, spędzać tygodnie na poszukiwaniu informacji w internecie o konkretnych rozwiązaniach, przyjdą na targi, poświęcą jeden dzień na rozmowy z producentami, architektami, instalatorami i wyjdą z niezbędną wiedzą. Inna grupa, która na pewno nas odwiedzi, to pasjonaci śledzący rynek nowości.
Zadbaliśmy o osoby zainteresowane designem. Ewa Mierzejewska – niekwestionowana liderka polskiego STYLU i DESIGNU, wieloletnia redaktor naczelna DOM&WNĘTRZE oraz „Martha Stewart Living” (edycja polska), prowadząca programy telewizyjne o architekturze i designie, właścicielka portalu „ewa&wnętrze”, najlepsza polska blogerka wnętrzarska zorganizuje podczas targów specjalną strefę designu „ewa&wnętrze”. Zaprezentują się w niej designerskie i unikalne firmy z całego świata. Prawdziwa gratka dla miłośników stylu, elegancji, funkcjonalności i prostoty lub przepychu. Ewa będzie będzie również gwiazdą specjalnego wieczoru VIP, podczas którego opowie o tym, od czego zależy udana współpraca między inwestorem prywatnym a architektem.
Z kolei w strefie AGD nie zabraknie sprzętu dla najbardziej wymagających, nowoczesnych Pań domu oraz najnowszych robotów ułatwiających im pracę. Panowie będą mogli zaszaleć w strefie audio video oraz poznać instalacje domów inteligentnych, energooszczędnych i ekonomicznych. Młodzież wybrać i kupić słuchawki, a dzieci spędzić czas w specjalnej strefie dla nich.
Wojna światów na AV&HOME CINEMA SHOW 2016
– pojedynek trzech najważniejszych formatów w historii audio.
Arkadiusz Walus – organizator AV&HOME CINEMA SHOW 2016 przygotował dla odwiedzających niezwykłą atrakcję – możliwość bezpośredniego porównania trzech głównych formatów, które ukształtowały współczesne audio – taśmy magnetofonowej, płyt winylowych i plików muzycznych.
W dodatku każdy z uczestników odsłuchów będzie mógł oddać głos na swojego faworyta.
Wynik wyborów ogłoszony zostanie po AV&HCS, a wśród głosujących organizatorzy rozlosują atrakcyjne nagrody.
Pokazy porównawcze odbywać się będą z użyciem specjalnie na tę okazje skonstruowanego przełącznika przez cały czas trwania AV&HCS, w specjalnie zaadaptowanej pod względem akustycznym ok. 140 metrowej sali odsłuchowej. Swój udział już teraz zapowiedzieli muzycy, prezenterzy radiowi, oraz przedstawiciele branży audio.
System demonstracyjny zostanie oparty o intrygujące, rodzime i zarazem unikalne w skali światowej kolumny Zeta Zero Orbital 360. Świat taśm (w tym legendarnych Ampex Grand Master 499 Gold i Quantegy GP9) reprezentować będzie magnetofon Revox Studer A-700.
Zalety czarnej, winylowej płyty zaprezentuje najwyższy model gramofonu firmy AVID. Acutus Reference SP kosztujący niebagatelne 135 tysięcy złotych!
… system ma odtwarzać prawdziwy dźwięk i żaden inny… nawet jeśli się to komuś nie podoba.
Conrad Mas
Spotkajmy się w pięknym Krakowie!
Najnowsze komentarze