Monthly Archives: maj 2016


  1. Soundrebels.com
  2. >

Za każdym razem wybierając się ma monachijski High End zapobiegliwie i skrupulatnie przygotowuję sobie plan, rozrysowuję marszrutę i zapamiętale zaznaczam boxy, sale, ekspozycje na które po prostu muszę zajrzeć. Do tego dochodzą oczywiście umówione spotkania, prezentacje, konferencje i wszelakiej maści „eventy”. Krótko mówiąc  zero szans na niesubordynację, teoretycznie … Teoretycznie, gdyż po przyjeździe na miejsce wszystko z reguły bierze w łeb. Wystarczy tylko, że jedna z coraz bardziej popularnych – organizowanych poza MOCem prezentacji nieco się przedłuży, w drodze powrotnej załapiemy się na standardowy w godzinach szczytu korek i spokojnie możemy, przynajmniej do końca dnia zapomnieć o wcześniejszych planach. W normalnych okolicznościach taka obsuwa powinna wywołać przynajmniej lekką irytację, jednak High End rządzi się swoimi prawami. Główną zasadą obowiązującą na High Endzie jest „spodziewaj się niespodziewanego”. Nikogo nie dziwią zarówno systemy, które grać powinny a nie grają, jak i takie, które zagrać nie miały prawa a grają tak, że wychodzić nie tyle nie wypada, co po prostu się nie chce. Zaskakujące? Absolutnie nie. Ilość zmiennych w stylu zmęczenia, repertuaru, czy choćby atmosfery (wydajności klimatyzacji) jest na tyle oczywista, że wszyscy już dawno nauczyli się z tym żyć.  Po prostu trzeba zdać się na ślepy, łut szczęścia i przede wszystkim dobrze bawić – w końcu to największa na świecie audiofilska impreza. Zatem let’s party.

Kolejną oczywistością o której już na wstępie warto wspomnieć to fizyczna niemożność bycia wszędzie i zobaczenia wszystkiego. Tzn. znam jednostkowe przypadki, które rokrocznie idą w zaparte i już pod koniec pierwszego dnia twierdzą, że właśnie ww. niemożliwości dokonali. Tak na zdrowy rozsądek okazuje się, że pewnie rzeczywiście to osiągnęli, ale być i zobaczyć a choćby przez chwilę posłuchać, zamienić słowo, bądź dwa z obecnymi konstruktorami i przedstawicielami nieraz niezwykle egzotycznych marek to zupełnie inna bajka. Spokojnie można zatem podzielić bywalców wystawy na tzw. maratończyków, którym oprócz aparatów z szerokokątnymi obiektywami (za jednym pstrykiem można naprawdę spory wycinek otoczenia ustrzelić) do szczęścia brakuje tylko wrotek i bardziej stonowanych audio – turystów nieśpiesznie snujących się od pokoju do pokoju. Do której z powyższych grup się zaliczam tłumaczyć chyba nie muszę, a tych z Państwa którzy nie są do końca mają zdanie w powyższym temacie odsyłam do swojego zdjęcia. Dla ułatwienia tylko dodam, że przy takiej posturze (Małżonka coś wspomina o fizjonomii niepokojąco zbliżonej do Ogra) bieganie byłoby najszybszą drogą do kalectwa.
No dobrze. Czas na właściwą część niniejszej opowieści, czyli fotorelację. Zastanawiając się jak ogarnąć taki ogrom zdjęć, wrażeń i czasem niezwykle ulotnych myśli doszedłem do wniosku, że rozsądnym będzie podejść do tematu z matematycznym pragmatyzmem i oprzeć się o ideę wspólnego mianownika. Ów mianownik w większości przypadków będzie oczywiście umowny, ale miejmy nadzieję, że pozwoli zapobiec zbytniemu galimatiasowi. Zatem zaczynamy.

Skoro, cytując klasyka „na każdym zebraniu jest taka sytuacja że ktoś musi zacząć pierwszy” to standardowo na MOCu za oficjalne rozpoczęcie uważa się konferencję prasową i … równie sympatyczny element muzyczno – folklorystyczny.

W ramach lokalnego patriotyzmu na pierwszy ogień idą przedstawiciele polskiej myśli technicznej, którzy już dawno odkryli, że oprócz szarpania się na krajowym rynku interesy można a wręcz powinno robić się również na zdecydowanie szerszych wodach.
Najlepszym przykładem jest ekipa bydgoskiego Albedo i Audio Connectu, która stawiając na statyczną ekspozycję, w końcu nie od parady jedna z głównych prawd objawionych audiosceptyków głosi, iż kable nie grają, która stawiając na ekspozycję w pełni statyczną i … aromatyczną kawę przez całą wystawę prowadziła niezwykle ożywione rozmowy z potencjalnymi dystrybutorami i udzielając wywiadów. Jak widać marketing szeptany i rzeczywista wartość dostępnej oferty robią swoje, co z resztą widać było na twarzach rozstawionej nieopodal włoskiej konkurencji, na której stoisku oprócz samych wystawców trudno było kogokolwiek spotkać.

Taga Harmony – jest to świetny przykład na ewidentną globalizację. Również polskie podmioty gospodarcze z całkiem dobrymi wynikami stosują powszechne modele biznesowe przenosząc, bądź po prostu od razu rozpoczynając produkcję w Azji a w Europie prowadząc jedynie działalność badawczo – marketingową. W przypadku warszawskiego Polpaku można było również zapoznać się z  odświeżonym katalogiem swojego czasu bardzo w Polsce popularnej marki kablarskiej XLO. Z tego co mi wiadomo ostatnie zawirowania własnościowe spokojnie możemy uznać za minione i skupić się na świetnie wykonanych, rozsądnie wycenionych, dynamicznie grających i przede wszystkim oferujących niezwykle korzystna relację jakość/cena przewodach.

Fezz Audio & Pylon – ze względu na pełne obłożenie budki i dość ograniczone możliwości czasowe ograniczyliśmy sie do kurtuayjnej pogawędki i kilku zdjęć, jednak patrząc na frekwencję było co najmniej dobrze.

Polski pokój – czyli znana i lubiana powtórka z rozrywki. Intrygujące Hornsy, gramofon JR-Audio i przeurocze monobloki MySound. Wystawowego dźwięku oceniać nie będę, ale w ramach wskazówki wspomnę tylko, że są spore szanse na to, że przynajmniej 2/3 prezentowanego systemu jeszcze w tym roku u nas się pojawi.

Podobną kumulację krajan można było zauważyć zarówno w samym boxie, jak i jego otoczeniu zajmowanym przez amerykańsko – japoński set Acoustic Zena, Triode Corporation i  Junone. O czym mówię, o stolikach i platformach Audio Philara, oraz kolumnach i ustrojach akustycznych AVCona.

Franc Audio Accessories – jak widać Franc a właściwie Paweł wyraźnie puszcza oko w stronę dalekiego, jak i bliskiego wschodu oraz Azji, czego dowodem jest najnowsza – złota (!!!) wersja jego listwy zasilającej. Do połowy wystawy podziwiać można było również trzy demonstracyjne egzemplarze firmowych stopek antywibracyjnych, lecz w piątek jakiś „element” był łaskaw przywłaszczyć sobie je niepostrzeżenie przywłaszczyć.

Listę zamyka debiutant na rynku audio – Bauta z imponującymi półaktywnymi (wbudowane Hypexy zasilają sekcję basową) kolumnami autorstwa znanego „masteringowca” Jacka Gawłowskiego. Jak będą wyglądały dalsze losy marki zweryfikuje rynek, ale próba wbicia się w segment 100 000€ + wyraźnie pokazuje ambicje twórcy.

Skoro jesteśmy przy kolumnach to czas na kilka konstrukcji wykorzystujących przetworniki Accutona.
Tę swoistą wyliczankę pozwalam sobie otworzyć premierowymi Gauderami Berlina RC8 o których dźwięku jednak wolałbym się nie wypowiadać z dość kuriozalnych, przynajmniej dla mnie względów. O co chodzi? Ano o to, że nawet raczkujący akolici Hi-Fi wiedzą, że konstrukcje dr. Rolanda Gaudera są dość bezwzględne dla towarzyszących im wzmacniaczy i lepiej czasem dwa razy pomyśleć aniżeli później żałować. W tym roku ktoś najwyraźniej pomyślał co najwyżej raz, czego rezultaty zaglądający posłuchać najnowszych Berlin złotousi mogli „podziwiać” do woli. Początkowo przygotowane flagowce AVMa dość szybko powiedziały pass a zastępujące je w dalszej walce mniejsze, niemalże lifestyle’owe końcówki ewidentnie nie były w stanie sprostać postawionymi przed nimi ambitnym celom. Obrazu zniszczenia dopełniło okablowanie Nordosta. Całe szczęście potencjał kolumn był ewidentny, co z resztą postaramy się możliwie szybko ocenić we własnych czterech kątach.

Całe szczęście honoru marki Gauder dzielnie bronili waleczni Duńczycy z Vitus Audio i Alluxity. Tutaj już nie było miejsca na przypadkowość, więc spokojnie można było skupić się na muzyce delektując przy tym wyśmienitym, limitowanym słoweńskim piwem z niezaprzeczalnie rockowej lodówki serwowanym przez ekipę RW Acoustics.

A teraz przykład na moc … sex appealu, czyli co  potrafi zdziałać płeć piękna. W normalnych warunkach na widok kolumny  utrzymanej w estetyce krzyżówki gigantycznej pisanki i matrioszki po prostu szczerze bym się roześmiał, zrobił pamiątkowe zdjęcie i poszedł dalej po chwili zapominając o całym zdarzeniu. Tym razem jednak obecne na stoisku panie wyraźnie przyciągały wzrokiem, nie ukrywam, że  głównie przedstawicieli płci męskiej. A tak niczym ćma do płomienia świecy podążyłem w kierunku stoiska zupełnie nieznanej mi ukraińskiej marki Volya (link), która jak głosił banner działa na rynku od bagatela … 1772 roku. Jak się miało okazać dinozaurze jajo przy wejściu było jedynie preludium do monstrualnych bałałajek stojących wewnątrz budki. Z tego co udało mi się dowiedzieć za projekt ich bryły odpowiedzialny jest czołowy ukraiński projektant Yevhen Kozhushko a obudowy są ręcznie malowane przez Lyudmilę Gorbulya. A jeśli chodzi o ww. osiemnastowieczną datę, to właśnie z tamtego okresu pochodzi unikalny wzór Petrykivki. A i jeszcze jedno – cena modeli podłogowych to drobne pi razy drzwi 100 000 £, oczywiście za parę.

Lawrence Audio – nowe modele, nowe drajwery Accutona i w pewnym sensie pewna zmiana estetyki brzmienia. Może wyjdę na zmanierowanego tetryka, ale poprzednie modele Lawrence’ów wykorzystujące wstęgi miały, przynajmniej na moje ucho więcej finezji, otwartości i pewnej eteryczności połączonej z niesamowitą holografią i rozdzielczością. Z ceramikami na górze całość stała się bardziej kremowa, ale i nieco przygaszona. Oczywiście jeśli tylko nadarzy się okazja to z dziką satysfakcją przygarnę pod swój dach te przepiękne kolumny i już w kontrolowanych warunkach wydam zdecydowanie bardziej wiążąca opinię.

Jak już jesteśmy przy nowych drajwerach Accutona to w tym roku warto było posłuchać szwedzkich Martenów, które grały zarówno z  tranzystorami Analog Domain – w tym secie udzielały się Mingus Quintet, oraz z lampowcami Engström. W pierwszej Sali honory gospodarza pełnił sam Leif Olofsson.

W tym momencie muszę pochwalić dbałość o detale i troskę o jak najlepszy przepływ informacji, jeśli chodzi o drugi system. Otóż już w środę otrzymałem kompletny i niezwykle szczegółowy wykaz użytych podczas prezentacji urządzeń i akcesoriów obecnych w tym wartym 396 268 € secie. Dodatkowo cała obecna na sali ekipa dwoiła się i troiła aby przybliżyć każdy element toru a od czasu do czasu wpadał też stacjonujący nieopodal Leif Olofsson nie tylko rzucić uchem ale i porozmawiać ze słuchaczami. Po prostu full service. Dlatego tez pozwolę sobie na wyjątek od reguły i doceniając ich starania wymienię co i z czym grało:
DAC/streamer: Theoretica Applied Physics BACCH-SP 3D audio processor
Gramofon: Transrotor Rondino Gold, SME V gold, MC Figaro
Przedwzmacniacz: Engström MONICA (phono-stage & pre-amplifier)
Wzmacniacze mocy:2 x Engström LARS, (dwie pary w bi-ampingu)
Kolumny: Marten Coltrane 3
Kable:
– głośnikowe: dwie pary Bibacord 2 x 2 m
– IC RCA: Bibacord 1 x 1 m
– IC XLR: Bibacord 4 x 1 m
Stolik: Solid Tech Hybrid rack
Ustroje akustyczne: 4 x SMT Transparet V-wing
Wbrew pozorom widoczne na zdjęciach niepozorne przewody Bibacord to bardzo ciekawe konstrukcje oparte na przewodnikach z miedzi i srebra poprowadzonych w wykonanych z drewna balsy segmentowych tunelach i bawełnianym oplocie. Zero sztucznych materiałów, czysta ekologia.

Podobny zestaw przetworników, co w Martenach można było również spotkać u Tidala, który jak to ma w zwyczaju zaprezentował swój kompletny set. Pewne cechy wspólne odnaleźć było dość łatwo, jednak w Martenach całość charakteryzowała większa gładkość i homogeniczność.

Na liście klientów Accutona nie mogło zabraknąć również Ayona, choć w tym akurat przypadku porównanie z prezentowanymi w zeszłym roku w niemalże bliźniaczym secie kolumnami Lumen White Silverflame dla Ayonów BlackHawk nie wypadało zbyt korzystnie. Ayony zbyt forsownie i ofensywnie podchodziły do przełomu średnicy z wysokimi tonami przez co całość na dłuższa metę mogła okazać się męcząca.

Kolejnymi, wielce charakterystycznymi kolumnami widocznymi w kilku pomieszczeniach były pochodzące z RPA intrygujące VIVID Audio. W halach MOCa tych intrygujących „plemników” można było posłuchać z elektronika Lumina wspomaganą okablowaniem i końcówkami mocy WestminsterLab, CH Precision, oraz znaną już z hifideluxe’a Mola-Mola.

I jeszcze osławione i niezwykle polaryzujące opinię publiczną Magico. Do wyboru były sety oparte na elektronice Constellation/Pass i Soulution.

Ze znanych a czasem wręcz kultowych marek kolumnowych do wymienienia zostały dwa Wilsony. Wilson Audio, który podobnie jak w zeszłym roku postawił na wielce udany mariaż z Nagrą, całkiem przyjemny i energetyczny duet z Ypsilon Audio i zupełnie, przynajmniej dla mnie nietrafiony z McIntoshem.

I Wilson Benesh z lampową elektroniką Viva Audio, gdzie można było złapać chwilę oddechu i popodziwiać rotującą nowość w postaci przepięknych, lubieżnie czerwonych A.C.T. One Evolution P1. Na razie nie mam bladego pojęcia jak te piękności grają, ale jeśli tylko zawitają do Polski to nie nie ma szans, żeby nie rzucić na nie uchem.

Z mniej znanych graczy jak co roku z przyjemnością odwiedziłem pokój Audiodaty z Salzburga, gdzie przez dłuższą chwilę mogłem się delektować równie rozdzielczym, co muzykalnym brzmieniem zgrabnych podłogówek.

Niejako przy okazji zmiany polskiej dystrybucji wstąpiłem też do Amphiona, który swoje portfolio poszerzył o (D-klasowe) końcówki mocy.

A teraz nie lada niespodzianka, gdyż do grona producentów kolumn dołączył Avid i to od razu z trzema modelami opartymi na modyfikowanych drajwerach Morela i w całości wykonywanych w Avidzie całkowicie aluminiowych obudowach. Jak na zupełnie niezaadaptowane pomieszczenie i dość przypadkowe miejsca odsłuchowe to zapowiada się prawdziwa sensacja. Warto jednak zawczasu zamówić ekipę tragarzy gdyż waga podstawkowców przekracza 100 kg/szt a największych podłogówek swobodnie mija 300.

Ponieważ High End bez tub dla większości zwiedzających byłby niekompletny to w tym roku również nie odmówiłem sobie przyjemności zajrzenia do pokoju Cessaro. Co prawda trudno wybrazić sobie implementacje takich smoków w standardowym M3, czy nawet 4, ale miłośnicy takich niezwykle audiofilskich instalacji potrafią poświęcić (i wydać) wiele, by móc cieszyć się ich dźwiękiem, co podczas odsłuchu jakiegoś barokowego repertuaru byłem w stanie doskonale zrozumieć.

Na kolumnowy deser zostawiłem przepiękne włoskie Diapasony. Chęć ich posiadania jest już całkiem zrozumiała jedynie na podstawie ich wyglądu a dodając do tego ponadprzeciętną muzykalność i wyrafinowanie brzmienia większość słuchaczy po prostu nie potrafi się im oprzeć.

No to przechodzimy do elektroniki i w tym momencie w pamięć najbardziej zapadły mi sety z udziałem bułgarskich Thraxów.
Uczciwie musze przyznać, że Rumen Artarski doskonale wie co robi i udowadnia to na każdym kroku. Firmowy system z premierowo pokazywanymi aktywnymi modułami basowymi po prostu wgniatał w fotel. Takiej dynamiki, swobody i kontroli w całym słyszalnym paśmie próżno było szukać u konkurencji. Co istotne powyższe uwago dotyczą nie tylko audiofilskiego plumkania, ale porządnym rocku.

Jeśli ktoś miał podejrzenia, że był to zwykły przypadek to swoje wątpliwości mógł rozwiać słuchając bułgarskiej elektroniki zarówno z „parawanami” Silberstatic, jak i klasycznymi, włoskimi Rosso Fiorentino.

Pozostając przy firmowych systemach z wielką przyjemnością odwiedzałem pokoje zajmowane przez Einstein Audio, gdzie w roli źródeł wykorzystano wyjątkowe szlifierki TechDASa. Z nowości warto wspomnieć o najnowszym przedwzmacniaczu gramofonowym i ramieniu.

Podobnie ujednoliconą politykę prowadził również Pathos a patrząc na jego najnowsze produkty trudno oprzeć się wrażeniu, że Włosi złapali wiatr w żagle i coraz pewniej czują się w cyfrowych realiach współczesnego audio.

A teraz system, na którego odsłuch ostrzyłem sobie od dawna, czyli legendarne Kondo i po prostu lubiane przeze mnie kolumny Kawero. Klasyka i wokalistyka brzmiała tam obłędnie. Przestrzenność i holografia szły w parze z nasyceniem i rozdzielczością a szanse na przyłapaniu całości na jakimś potknięciu spokojnie można było uznać za zerowe. Jedna z jaśniejszych gwiazd tegorocznej wystawy.

Całe szczęście nie tylko ekstremalny High End grał w Monachium, bo za zupełnie rozsądną, oczywiście jak na audiofilskie realia, mzna było stać się posiadaczem systemu Gato Audio. Nie wiem jak wygląda spawa z wirtualnym kominkiem, ale sądzę, że zdobycie takiej prezentacji nie powinno stanowić problemu. Grunt, że całość nie tylko wyglądała rewelacyjnie, to jeszcze grała z niezwykłym drajwem i swadą.

Niestety zdarzały się też całkowicie niezrozumiałe acz niezwykle spektakularne porażki a za największą z nich należałoby uznać system Kharmy. To był po prostu koszmar – plastikowy krzyk na dworcowej poczekalni. Nie wiem co się tam działo, ale takiej kakofonii nie spodziewałem się usłyszeć nigdzie poza hipermarketowymi półkami.

Czym prędzej udałem się zatem do pomieszczenia zajmowanego przez EAR Yoshino, gdzie w zdecydowanie bardziej cywilizowany sposób prezentowane były uroki analogu i to zarówno z płyt, jak i taśm. Małe co nieco od siebie do efektu finalnego dodały też „aerodynamiczne” Rockporty Atria. Mniam.

A tak po prawdzie, to nawet system w całości okablowany przez Nordosta z kolumnami Audio Physic Cardeas 30 i topową integrą Jeffa Rowlanda z dziecinną łatwością był w stanie zawstydzić niejednego „wyczynowca”. Dziwi tylko to, że w większości przypadków, wszędzie tam gdzie pojawiają się nordostowe taśmy słyszanej w Monachium spójności i nasycenia próżno szukać. Czyżby dobrą „robotę” robiły firmowe akcesoria?

Sporo nowości do pokazania miał w tym roku Mark Levinson. Oprócz monobloków i stereofonicznej końcówki mocy pojawił się też nowy przedwzmacniacz i … smakowicie się zapowiadający streamer.

Również w Octave dobrze się działo. Zamiast eksperymentować postawiono na nowoczesność i harmonię. Dzięki temu we wzmacniaczu grały i grzały coraz popularniejsze KT150 a do współpracy zaproszono antydepresyjnie pomarańczowe Focale.

Elegancka wieczorowa czerń za to królowała w Chordzie, który do tańca zaprosił najnowsza inkarnację B&W z serii 800 d3 i to był po prostu świetny pomysł. Bowersy kochają prąd, a czego jak czego, to akurat Chord tego dobra nigdy nie skąpił.

Tym oto sposobem niepostrzeżenie i całkiem płynnie możemy przejść do kolejnego elementu wspólnego dla kilku systemów, czyli obecności gramofonów marki Kronos. O samych rozwiązaniach technicznych Louis Desjardins – konstruktor i właściciel marki potrafi opowiadać godzinami, co z reszta mamy nadzieje na dniach wykorzystać, ale teoria teorią a praktyka praktyką, więc w tym przypadku usłyszeć znaczy uwierzyć. Jedyne na co sobie w tym momencie pozwolę to konkluzja, że jeśli szukacie niezwykle liniowego i dynamicznego dźwięku z analogu, to powinniście tych cudów współczesnej inżynierii po prostu posłuchać we własnym torze.

Zupełnie inną estetykę od lat lansuje Transrotor, jednak zaprezentowane w tym roku złote wykończenie po prostu onieśmielało. Po takie wyroby jubilerskie z pewnością zapisują się szejkowie.

Powrotem do skromnej szaty wzorniczej i wielce kompaktowych rozmiarów okazała się wizyta w szwajcarskim Thalesie. Wartymi odnotowania nowościami są sygnowane II-ką ramię Simplicity i uroczy, a przy tym „bateryjny” gramofon TTT-Compact.

Czas na dwa dość ciekawe systemy. Pierwszy to okablowany grecko-angielskimi Signal Projectsami system z uroczym gramofonem Hartvig Audio TT Signature ustawionym na Hartvig Master Reference Platform i potężną grecką elektroniką TruLife Audio. Warto było również zwrócić uwagę na wykonane z litych aluminiowych bloków listwy zasilające Signal Projects.

Drugi to dość niekonwencjonalny system oparty na elektronice Thoress – niby gipskartonowa budka nie jest wymarzonym miejscem do audiofilskich uniesień, ale to właśnie tam można było po prostu z przyjemnością posłuchać muzyki. Może i było w tym dźwięku nieco oldschoolowej maniery narzuconej przez konstrukcję samych głośników, ale frajda była niezaprzeczalna.

Zanim przejdziemy do galerii zbiorczych pozwolę sobie na małą prywatę i wyróżnienie kilku stoisk/produktów, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Są to:

– rumuńska manufaktura słuchawkowa Meze ze względu na niezwykłą skromność i otwartość konstruktora, oraz za ponadprzeciętnie korzystną relację jakość/cena jego produktów.

– Furutech – o najnowszych NCFach już się rozpisywaliśmy a mając możliwość bezpośredniego porównania oryginałów z „wersjami alternatywnymi” oferowanymi na pobliskich stoiskach zachodzimy w głowę czym się trzeba kierować wybierając podróbki.

– Organic – za czyste szaleństwo i całkowitą ignorancję zasad ergonomii udowadniające, że dla brzmienia wiele można poświęcić.

– SPEC – popatrzcie Państwo tylko na ten gramofon, czy trzeba coś więcej dodawać?

Zapraszam zatem do tematycznych galerii:
– Słuchawkowej

– Analogowej

– Motoryzacyjnej (niezwykle skromnej w tym roku)

– I ostatniej: ogólnej

Do zobaczenia w przyszłym roku i nie odchodźcie jeszcze od „radioodbiorników”, bo już niedługo druga część relacji – tym razem pióra i oka Jacka.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Nowe oprogramowanie telewizorów Loewe – nowe możliwości

•    Jedyne telewizory z aplikacją Tidal zintegrowaną z telewizorem
•    Wygodniejsze surfowanie – nowe funkcje przeglądarki
•    Dwukierunkowa komunikacja Bluetooth – słuchawki i głośniki
•    Odtwarzanie Bluetooth w multiroom

Od początku maja dla klientów Loewe dostępna jest nowa wersja oprogramowania, która w jeszcze większym stopniu sprawia, że są to najbardziej inteligentne telewizory na rynku.

Tidal z poziomu telewizora

Jako pierwszy producent Loewe wprowadza aplikację Tidal (serwis streamingowy wyróżniający się wysoką jakością plików) bezpośrednio do oprogramowania telewizora. Telewizory Loewe, dzięki rozwiązaniom w zakresie głośników – dysponują doskonałą jakością dźwięku, który w pełni pozwala wykorzystać potencjał serwisu. Wszystkie ulubione utwory, ulubieni artyści i listy utworów z aplikacji znanej z urządzeń mobilnych dostępne będą bezpośrednio z poziomu telewizora.

Nowa przeglądarka

Aktualizacja wprowadza także nową przeglądarkę internetową, która pozwala na operowanie wskaźnikiem zamiast przechodzenia pomiędzy linkami, jak było we wcześniejszej wersji, oraz umożliwia podpięcie myszy komputerowej po USB.

Nowe funkcje Bluetooth

Nowe oprogramowanie umożliwia także korzystanie z technologii dwukierunkowego Bluetooth. Pozwala ona na podłączenie zewnętrznego głośnika Bluetooth lub słuchawek bezprzewodowych działających w tej technologii.  Firma zdecydowała się na udostępnienie tych funkcjonalności (dostępnych w hardware telewizora) dopiero po zapewnieniu minimalnych opóźnień i najwyższej jakości.

Funkcja Multiroom Bluetooth Music Player daje możliwość odtwarzania muzyki z urządzenia Bluetooth na telewizorze i synchroniczne udostępnienie jej do dwóch kolejnych telewizorów.

Ukłonem w stronę użytkowników jest możliwość zmiany wielkości i umiejscowienia podglądu innego kanału (PIP). W związku z tym, że telewizory Loewe dają możliwość integracji z systemami automatyki budynkowej w obecnej wersji oprogramowania bezpośrednio zaimplementowanao wsparcie dla systemu Control 4 (trwają pracę nad bezpośrednią integracją  z systemem Crestron).

Aktualizacja poprawia błędy oprogramowania. Dostępna jest na urządzeniach One UHD, Art UHD, Connect UHD i Reference UHD.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Polpak Poland, wiodący dystrybutor marek audio w segmentach premium i luksusowym, poinformował o wprowadzeniu na rynek nowej kolumny elektrostatycznej Electro Motion ESL X.
ElectroMotion ESL X (EM-ESL X) wykorzystuje większy przetwornik elektrostatyczny, oraz podwójne przetworniki niskotonowe ze zwiększoną zdolnością przenoszenia dużych mocy. Jako flagowy model serii ElectroMotion, X ustanawia nowy poziom stosunku cena / jakość.
ElectroMotion ESL X wyposażono w nowy, większy przetwornik elektrostatyczny Xstat™, z powierzchnią promieniowania ponad 300cm2 większą niż poprzedni model ESL. Dwa 8” przetworniki niskotonowe o poszerzonym wychyle zostały umieszczone w bezrezonansowej asymetrycznej obudowie z bass reflex, zachowującej bardzo smukły kształt i niewielki rozmiar. Przetworniki składają się ze specjalnie zaprojektowanych papierowych membran o wysokiej sztywności, oraz poszerzonych możliwości wychyłu. Komponenty wykorzystane w EM-ESL X są takie same jak używane w znacznie droższych modelach MartinLogan, nawijane transformatory, cewki powietrzne, duże stalowe laminowane przewodniki, poliestrowe i niskoszumowe pojemności. Specjalnie zaprojektowane 5-drożne terminale bi-wire zapewniają łatwy dostęp i bezpieczne połączenie. Pasmo przenoszenia na poziomie 41Hz – 22kHz ±3db. Zalecamy wzmacniacz o mocy 20-400W na kanał. Impedancja znamionowa to 6ohm (1.6ohm przy 20kHz); EM-ESL X są kompatybilne ze wzmacniaczami 4, 6 lub 8 Ω.
Unikalny przetwornik XStat™ został zaprojektowany w celu spełnienia specyficznych wymagań mechanicznych głosnika EM-ESL. Aby to osiągnąć inżynierowie MartinLogan zmniejszyli grubość stalowych stojanów. Zmiana ta nie zmienia charakterystyki wydajności przetwornika EM-ESL. Jednakże, jako produkt uboczny węższej obudowy, zwiększyło to wizualną przezroczystość panelu. nowy panel Xstat EM-ESL jat tak wizualnie przezroczysty, że praktycznie znika, kiedy go słuchasz.

Przetwornik CLS™ XStat™

Jeden z oryginalnych przełomów MartinLogan – Technologia CLS była niezbędnym składnikiem każdego głośnika elektrostatcznego, jaki wyprodukowaliśmy –ElectroMotion ESL X nie jest wyjątkiem. Firmowe metody produkcji pozwalają tworzyć panele elektrostatyczne w formie wycinków cylindra. Ich delikatne zakrzywienia poziome rozwiązują problem osiągnięcia dobrego rozpraszania wysokich tonów z dużej powierzchni promieniującej bez narażanie ogólnej jakości dźwięku.
 Innym kluczowym atrybutem EltroMotion ESL X jest naturalny wzorzec dipolowego rozpraszania. Prawdziwie dipolowe głośniki EM-ESL X promieniują dźwięk z równą gęstością zarówno z przodu jak i z tyłu panelu elektrostatycznego. Wysyłają one znikome ilości dźwięku na boki, minimalizując przez to odbicia od ścian bocznych. Ich silne promieniowanie tylne produkuje jednakże znaczną ilość dźwięku, wzmacniających odczucia, później docierających odbić od ściany za głośnikami.
Doskonała integracja basu

Aby gładko połączyć średnie i wysokie częstotliwości panelu eletrostatycznego z niskimi częstotliwościami podwójnego woofera EM-ESL X wykorzystuje firmową topologię filtrów Vojtko wykorzystującą cewki powietrzne, stalowe, laminowane przewodniki, kondensatory foliowe w połączeniach szeregowych i kondensatory elektrolityczne w połączeniach równoległych.

 EM-ESL X wykorzystuje precyzyjny podwójny 8-calowy, audiofilski przetwornik basowy z dodatkiem włókien zaprojektowany specjalnie dla EM-ESL X przez zespół inżynierów MartinLogan. Woofer ten precyzyjnie optymalizuje zawieszenie i siłę magnetyczną w celu zaoferowania wysokich poziomów basu i stale precyzyjnego pasma średniego. Firmowa, sztywna membrana woofera eliminuje krzywiznę membrany i maksymalizuje czas odpowiedzi by osiągnąć minimalne zniekształcenia znane z przetworników elektrostatycznych MartinLogan.
 Łatwe połączenia, solidne podstawy

Wygodne wciskane terminale głośnikowe i zakrzywione wgłębienia pozwalają na łatwe podłączenie kabli głosnikowych. Gumowe nakładki ściąga się w celu podłączenia złączy bananowych. W komplecie z EM-ESL X dostarczamy kolce ETC™ – można ich użyć zamiast standardowych nóżek w celu zwiększenia stabilności na grubych dywanach, albo w celu bardziej zwartego połączenia pomiędzy głośnikiem, a podłożem. Każdy kolec został zakryty gumową, ściąganą nakładką, jeżli nie chcesz używać kolców.
Więcej informacji o marce MartinLogan na stronach www.polpak.com.pl i www.martinlogan.com

Specyfikacja
Pasmo przenoszenia: 41Hz – 22kHz +/-3dB
Rozpraszanie: 30o x 101.6cm
Czułość: 91 dB / 2.83 volt/metr
Impedancja: 6 Ω, 1.6 @ 20kHz. Kompatybilny z wzmacniaczami obsługującymi kolumny 4, 6 lub 8 Ω
Częstotliwość zwrotnicy: 400Hz
Przetwornik wysoko/średniotonowy: 40” x 8.6” (102 x 22cm) CLS XStat™ CLS™ przetwornik elektrostatyczny ( 2219cm2)
Przetwornik niskotonowy: 2 x 8” (20.3cm) membrana papierowa
Zalecana moc wzmacniacza: 20 – 400W / kanał
Waga: 23.6 kg / szt.
Wymiary (W x S x G): 150.3 x 23.8 x 52.6 cm

Cena: 11999 PLN / szt. High Gloss Black
Cena: 10499 PLN / szt. Satin Black

  1. Soundrebels.com
  2. >

Tak się jakoś złożyło, że dopiero podczas trzeciej wizyty na największych europejskich targach audio w Monachium udało mi się wygospodarować kilka godzin, by może nie w spokoju ale z w miarę niskim poziomem pośpiechu zapoznać się z ofertą konkurencyjnego dla MOC-a w swej ofercie wydarzenia. Tak tak, mowa o organizowanym w Hotelu Marriott zdecydowanie mniejszym rozmiarowo, ale równie ciekawym hifideluxe. Co ciekawe, bardzo często zdarza się – o czym przekonałem się na przykładzie używanej przeze mnie marki, że ci sami przedstawiciele branży elektronicznej swą obecnością zaszczycają na przemian raz ową, będącą głównym celem naszego wyjazdu corocznie bijącą rekordy w ilości prezentowanych marek imprezę w wielkim centrum wystawienniczym, by w kolejnym roku swoją ofertę przenieść do wspomnianego hotelowego zacisza. Jak to przekłada się na ogólny sukces biznesowy danego brandu nie mam zamiaru roztrząsać, jednak jedno mogę powiedzieć na pewno, może lokalizacja poszczególnych pokoi pod względem logistyki zwiedzania jest problematycznie rozdrobniona, ale dzięki zdecydowanie mniejszej randze imprezy nie ma męczącego na dłuższą metę gwaru, co pozwala w spokoju ocenić walory soniczne danego zestawienia, a to dla wielu jest nieocenionym plusem. No dobrze, koniec z laniem wody, czas na konkrety.
Zanim jednak wystartuję z informacyjnym słowotokiem, muszę przynajmniej napomknąć, a co w głównej relacji nieco przybliżę, że wszystkie obserwacje obciążone są dużą przypadkowością repertuarową i obłożeniem danego pomieszczenia. To niestety powoduje, że jakiekolwiek kategoryczne opiniowanie nie ma prawa bytu, dlatego proszę potraktować dzisiejszą relację jako splot kilku wydarzeń od pomysłu na dźwięk samego wystawcy, przez korelację tegoż założenia z pomieszczeniem osłuchowym, po punkt widzenia samego obserwatora.

AER

Szerokopasmowce w robiącej wrażenie przezroczystej monstrualnej tubie? Dlaczego nie, tym bardziej, że przy użyciu odrobiny vintage’owej elektroniki dostajemy raj dla wszelkich dęciaków, które wznoszą się na wyżyny swoich możliwości prezentacyjnych. I co ważne, bez grama natarczywości, tylko spokojna muza z robiących fantastyczne wrażenie organoleptyczne i oferujących ciekawy odbiór sceny muzycznej zestawów głośnikowych.

FM ACOUSTICS

Bez owijania w bawełnę, przytoczę część notatki: „spokój i rozmach z czarnej płyty z pełnym oddaniem skali realizacji nagrania”, czyli standard dla tej marki. Dla podkręcenia atmosfery dodam, iż zastany w momencie odwiedzania pokoju mainstreamowy jazz wywołał u mnie opad szczęki. Koniec komentarza.

GRANDINOTE

Wy prawdopodobnie się śmiejecie, a to naprawdę fantastycznie grający zestaw. Sam byłem bardzo zdziwiony. Gdy mym oczom ukazały się miedziane dziurkowane wielokąty, czekałem tylko na wyrok, tym czasem uszy mówiły co innego. Na tyle innego, że nie mogło zabraknąć tego zestawu w dzisiejszym sprawozdaniu. Bardzo otwarta, ale podana z dobrym smakiem nawet dla kochającego lekkie podkolorowanie dźwięku słuchacza prezentacja.

SONUS FABER, AUDIOPHILE ARHITEKTUR, CLEAR AUDIO

Jak widać na fotografii, akcesoria akustyczne ze swoją niczym nieograniczoną różnorodnością stosowanych materiałów idą po bandzie, co patrząc z boku cieszy, gdyż uwalnia nas od szpetnych boazeryjnych kształtek. Oczywiście zastosowanie prezentowanych tutaj rozwiązań musi być przemyślane, ale z pewnością sukcesem jest, że oferta jest tak szeroka. Abstrahując jednak od propozycji około akustycznych trzeba powiedzieć, że przy odrobinie wysiłku konfiguracyjnego bez problemu można okiełznać granie nazbyt ofensywnych dla niektórych melomanów najnowszych modeli kolumn znamienitej marki Sonus Faber. Jak dla mnie mogłoby grać jeszcze gęściej, jednak już to co usłyszałem, bardzo dobrze trafiało w mój gust dźwiękowy.

OMEGA AUDIO CONCEPT

Witamy w świecie Transformersów. Porażająca w pierwszym kontakcie czerwień jest chyba jedynym punktem spornym w bezkrytycznym przyjęciu tego zestawienia w swoje progi. Owszem, design kolumn również ma swoje do powiedzenia, jednak w czasach szukającego oszczędności globalizacyjnego unifikowania czego się da, taka propozycja jest pewnym światłem w tunelu ku różnorodności. Ale to nie koniec zaskoczeń, gdyż znajdująca się po lewej stronie swoista miska w kształcie woka jest niczym innym, jak pełnoprawnym odtwarzaczem płyt kompaktowych. Niezłe nie sądzicie? A dźwięk? Detaliczny, a przy tym bardzo barwny.

JMF AUDIO

Zdjęcia tego w pełni nie oddają, ale tuby rodem z JBL-i są w kształcie przygotowanych do całusa ust, czyli tak zwanej popularnej buźki. Jednak uspokajam, to jedyny sporny punkt tego projektu, gdyż reszta odwdzięczyła się dobrym graniem z lekkim nalotem papieru, mimo że konstrukcja głośnika niskotonowego opiera się włókno węglowe. A jak wiemy, klasyka bogata w instrumenty drewniane takie artefakty wręcz kocha, co z dużą przyjemnością dane mi było zakosztować. Co więcej, nawet Diana Krall w swych wokalnych kawałkach również mogła dziękować firmie JMF za nadanie jej głosowi takiej często poszukiwanej estetyki. Czy to propozycja dla wszystkich? Nie sądzę, ponieważ mimo fajnego odbioru muzyki, dostajemy tolerowany jednak przez niewielką grupę słuchaczy sznyt tuby w górze z udającym papier włóknem węglowym na dole.

REIMYO, HARMONIX, HIJIRI, ENCORE

Niestety, mimo że małe monitorki Encore od roku znajdują się w cenniku używanej przeze mnie na co dzień marki, to mój pierwszy kontakt z ich możliwościami sonicznymi odbył się właśnie teraz w Monachium. I gdy pełen obaw wchodziłem do pokoju – maluszki musiały napełnić dźwiękiem sporą kubaturę, to po spotkaniu w nim właściciela brandu Pana Kazuo Kiuchi wiedziałem, że nie będzie to zmarnowana wizyta, gdyż kto inny niż On może lepiej ustawić ów japoński system. I w konsekwencji miałem rację, ponieważ po zajęciu odpowiedniego czyli centralnego miejsca usłyszałem drzemiący w monitorkach potencjał. Oczywistym jest fakt odpowiedniego skorelowania oczekiwań słuchacza do możliwości dość wysoko strojonych w domenie basu kolumn. Jednak jeśli tylko podejdziemy do tematu w takim duchu, okaże się, że posiadacze małych pomieszczeń mają dużą szansę na znalezienie punktu „G” swojej układanki. Dodatkowym smaczkiem tej wizyty był pokaz podstawowego uderzenia w walce Kendo przez gościa z Japonii. Przyznam szczerze, że ten punkt programu z racji ogólnej wstrzemięźliwości Pana Kiuchi w okazywaniu emocji zaskoczył mnie najbardziej, za co szczerze dziękuję.

Sigma Acoustics MAAT

Gdy prezentowane w tym pokoju kolumny po raz pierwszy spotkałem na hali wystawowej MOC-a, pomyślałem, że ktoś cierpi na kompleks wielkości i generowany przez te monstra dźwięk każdego potencjalnego śmiałka zdmuchnie z krzesła niczym płomień ze słabiutkiej świecy. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że nie tylko kontrabas nie rywalizował z przysłowiowym King Kongiem, to proporcje wszystkich instrumentów sprawiały wrażenie bliskich prawdy. Niestety, z uwagi na zbyt mały pokój podczas prezentacji siedziałem za blisko, by dokładnie to zweryfikować. Ale jeśli kolumny nie zabiły  mnie w pierwszych taktach, traktuję to jako dobrą kartę przetargową w dobranych rozmiarowo pomieszczeniach. Kończąc ten akapit muszę dodatkowo oddać im honor marce Sigma Acoustics, gdyż mimo wspomnianych sporych gabarytów kolumn system nie miał problemów w przekazaniu pełnej palety informacji w całym paśmie częstotliwościowym. A zawdzięczał to firmowej elektronice, która z powodzeniem kontrolowała niskie tony nawet w takiej klitce. Szacun.

VIVID AUDIO, KUBALA SOSNA RESEARCH, MOLA-MOLA

Nie wiem, czy to nieszczęśliwy zbieg okoliczności, ale jak do tej pory marka VIVID w moim odczuciu niezbyt dobrze wypadała na wszelkiego rodzaju pokazach. Nie mówię, że kolumny grały źle, ale zazwyczaj były zbyt ofensywne ocierając się przy tym wręcz o natarczywość. Jednak, jak pokazuje dzisiejszy przykład, wszystko zależy od konfiguracji i dzięki nieznanej mi bliżej elektronice Mola-Mola wespół z okablowaniem Kubala Sosna udało się osiągnąć bardzo homogeniczny przekaz muzyczny. Co bardzo mnie ucieszyło, dźwięk dobrze trafiał w mój gust, fundując tym sposobem pewien punkt odniesienia dla następnych konfrontacji. Ale to nie koniec miłych doznań, gdyż zestaw oprócz dobrej kolorystyki dźwięków oferował dodatkowo fajną przestrzeń, a dzięki  dobraniu rozmiaru kolumn do wielkości pokoju zaskakująco solidny bas.
     
PMC, FM ACOUSTICS

Nie wiem, czy wiecie, ale marka PMC wyposażyła w swoje dzieci wiele studiów nagraniowych i masteringowych. Osobiście poprzednią wersję prezentowanych tutaj monitorów – co prawda patrząc na gabaryty ciężko się z tym zgodzić – znam z wypadów do znajomego. To są bardzo dobre paczki jednak najlepiej wypada na nich muzyka rockowa, o czym przekonałem się już wiele razy. Jakież było moje zdziwienie, gdy po zasileniu ich elektroniką FM ACOUSTICS nabrały tak oczekiwanej przeze mnie ogłady, nie tracąc swoich walorów w dziedzinie detaliczności. W konsekwencji dostałem precyzyjne studyjne granie z nutką barwy elektroniki ze Szwajcarii.

CSA

Niestety na temat jakości grania tego zestawienia z racji sporego obłożenia pokoju podczas wizyty niewiele mogę powiedzieć. Jednak bez względu na taki obrót sprawy chcę zaznaczyć, że nawet kilka minut słuchania z boku dało mi jasno do zrozumienia, że jeśli monitor jest dobrze skonstruowany, nie musimy martwić się o prezentację sceny muzycznej, którą w najlepszej specyfice tak jak w przypadku kolumienek CSA mamy prawie z rozdzielnika.

VIVA

Co prawda kolumny z racji swoich nietypowych rozmiarów i samego wyglądu są ciężko sprzedawalne, ale w ramach pokazania ich potencjału zaznaczę, że siedząc dosłownie metr przed nimi scena muzyczna bez najmniejszych problemów rysowała mi się daleko za nimi, a to potrafią tylko najlepsi. Zastana muzyka jazzowa z saksofonem w roli głównej idealnie pokazała, że przynajmniej do takiego repertuaru set jest wyśmienity. Niestety na inne gatunki muzyczne zabrakło czasu.

AUDIO NOTE

Co to jest? Powciskane w kąty trochę pokraczne kolumny z niebieskim głośnikiem i mieniąca się czernią elektronika. To angielski Audio Note. Ale to chyba najbardziej kontrowersyjna sprawa tego zestawu, gdyż ów dziwnie ustawiany set swoimi walorami dźwiękowymi od pierwszych nut prawie zmusza do resetu organizmu przy muzyce po codziennej harówce w pracy. Proponuje granie bez napinania na wyczynowość, ale jakże przyjemne w odbiorze. I gdy popatrzymy z boku na nasze codzienne życie, samoczynnie nasuwa się jedno pytanie: „Czegoś więcej potrzeba nam do szczęścia?”

GOLD NOTE

Włosi zgotowali mi niezłą niespodziankę, gdyż patrząc na wielkość kolumn już od progu przygotowałem się na rozlazły bas, by na przekór oczekiwaniom otrzymać zwarty, a czasem tak jak lubię bardzo twardy niski rejestr. Ale to nie koniec pozytywów, gdyż jako ostateczny ukłon dla moich preferencji panowie z Półwyspu Apenińskiego poczęstowali mnie jeszcze okraszonym papierem, czyli w estetyce drewnianego stroika brzmiącym saksofonem. Dziękuję.

ACAPELLA, BASSO NOBILE

Jak widać na załączonej fotografii, oczekiwanie na dobrą pozycję odsłuchową wiązało się ze sporą dawką wolnego czasu. Jednak rozmiar obu odwiedzanych przez te trzy dni imprez nie pozwalał na takie fanaberie, co koniec końców poskutkowało odbiorem całości zestawienia w estetyce delikatnej ale jednak tuby. Niestety stojąc z tyłu w drzwiach na temat dźwięku nic więcej nie mogę napisać, ale ta odrobina wniosków wystarczyła, by set zaistniał w dzisiejszej relacji.

AUDIO TEKNE

Ten pokój był przeze mnie bardzo oczekiwany. Przecież przez moje skromne progi przewinęła się większa część oferty Japończyków. Dodatkowym smaczkiem była prezentacja nowego wcielenia współpracujących z elektroniką kolumn. Byłem ciekawy, jak owo połączenie spisze się w warunkach wystawowych, tym bardziej, że w niezobowiązujących rozmowach z dystrybutorem padały obietnice pojawienia się wspomnianych zestawów w mojej samotni. I co? Czyżby skucha? Ależ nic takiego. Chyba los chciał, by w ramach utrudnienia występu przede mną na gramofonie wylądowała muzyka z organami w tle, które ku zaskoczeniu zabrzmiały bardzo dobrze. Może bez trzęsienia ziemi, ale z pewnością z odpowiednią dla tego instrumentu monumentalnością, a to daje pewien pogląd na możliwości produktu w tak uwielbianej przeze mnie muzyce jazzowej i dawnej. Puentując ten akapit, oświadczam, że z niecierpliwością czekam na nauszną konfrontację japońskiej myśli technicznej w zakresie budowania zespołów głośnikowych ze stacjonującymi u mnie na co dzień Austriakami. Oj będzie się działo.

LA ROSITA

Po kilkudniowej gonitwie po pokojach wystawienniczych, ten napawał mnie sporą dawką optymizmu. Iluminacja wespół z nienatarczywym w estetyce papierowych membran graniem były tym, czego potrzebowałem w sobotnie popołudnie. Tak więc, jeśli szukacie w muzyce spokoju, a przy tym delikatnego i miłego dla ucha grania drewnem, prezentowany set jest wręcz idealnym kandydatem. Niestety barierą może okazać się dostępność. Ale przecież dla chcącego nie ma nic trudnego.

ZESTO, JOSEPH AUDIO

Na zakończenie przeglądu pomieszczeń wystawowych monachijskiego hotelu Marriott miła wiadomość, gdyż w roli Herkulesa podtrzymującego całość elektroniki w ostatnim odwiedzanym przez nas pokoju służył znany wszystkim rodakom stolik z oferty warszawskiego AUDIO PHILAR-a. Jeśli chodzi zaś o dźwięk w tym przybytku muzycznym, niestety w mojej ocenie z racji zastosowania aluminiowych przetworników trochę zalatywał metalicznością. To może się podobać, ale jak dla mnie było zbyt detalicznie.

Na tym zakończę ten co prawda skrótowy, ale pisany z przyjemnością przegląd wystawców hifideluxe. Trochę ubolewam, że nie wszyscy się w nim znaleźli, jednak zapewniam, iż te osiemnaście akapitów jest zdecydowaną większością bohaterów tej imprezy. Może za rok uda mi się dogłębniej przyjrzeć możliwościom sonicznym prezentowanych tutaj systemów, ale już dzisiaj zaznaczam, że w przypadku tak wielkiego sąsiada, jakim jest MOC, będzie to bardzo trudne. Niemniej jednak, przypominam, by bez względu na Wasz osobisty odbiór moich spostrzeżeń nie generalizować swoich wniosków. Dlaczego? Ano dlatego, że po dwóch dniach wsłuchiwania się w dobiegające do nas dźwięki nie ma możliwości, by trzeciego poranka wstać z całkowicie zresetowanym narządem do oceny jakości gania systemów audio, a to powoduje spore uśrednienia w ocenie, jeśli nie całkowite zafałszowanie odbioru mimo najszczerszych chęci słuchacza. Powiem więcej, zmęczenie daje o sobie znać już drugiego dnia, dlatego zawsze robię sobie sporo przerw, co pozwala mi przetrwać w przyzwoitej formie ten trzydniowy męczący miting.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Bowers & Wilkins 800 D3 wyznacza nowy standard możliwości akustycznych

Jako flagowa konstrukcja z najnowszej serii 800 Diamond, model 800 D3 wykorzystuje innowacyjne, przełomowe technologie, które opracowane z myślą o tej serii, zapewniają jej nieograniczone możliwości. Efektem jest najlepsza kolumna głośnikowa Bowers & Wilkins, jaka kiedykolwiek została zaprojektowana

Najnowsze głośniki Bowers & Wilkins 800 D3 to punkt odniesienia przy określaniu referencyjnej jakości dźwięku. To najdoskonalsza pod względem parametrów, najbardziej zaawansowana kolumna głośnikowa, jaka została opracowana przez Bowers & Wilkins, a która rozpoczyna swoje życie w przeddzień 50. rocznicy działalności Bowers & Wilkins. Najnowszy model, jak żaden inny, przybliża firmę do wyznaczonego przez Johna Bowersa celu, jakim jest Prawdziwy Dźwięk.

Wraz z wprowadzeniem we wrześniu ub.r. nowej serii 800 Diamond, cała gama na nowo zdefiniowała standard jakości, zarówno w odniesieniu do samej serii 800, jak i szerzej, dla wszystkich kolumn głośnikowych klasy premium. Efektem intensywnych, siedmioletnich prac, które doprowadziły do tego, że najlepsze stało się jeszcze lepsze, jest seria 800 Diamond, która stanowi połączenie wyczerpujących badań i prac rozwojowych, zaawansowanej inżynierii i niezliczonych godzin odsłuchów przez „najlepsze uszy” w branży. Wraz z wprowadzeniem flagowego modelu serii, 800 D3, poprzeczka została ponownie podniesiona.

Najbardziej oczywistą różnicą pomiędzy modelami 800 D3 i 802 D3 jest rozmiar obudowy sekcji niskotonowej i umieszczonych w niej przetworników. 800 D3 wykorzystuje dwa 250-milimetrowe głośniki z membranami Aerofoil, w nieco mniejszym modelu 802 D3 pracują dwa 203-milimetrowe przetworniki. Zastosowane głośniki nie tylko są większe, wykorzystują one również unikatową konstrukcję z włókna węglowego, sztywniejszą i zapewniającą bardziej tłokowy ruch membrany, a jednocześnie zoptymalizowaną pod względem liniowej charakterystyki i niskiego poziomu zniekształceń. W najnowszym modelu projektanci zastosowali także bardziej zaawansowany zespół elektromagnetyczny – zmodernizowany układ magnetyczny zapewnia lepszą kontrolę, a udoskonalona zwrotnica gwarantuje znacząco większą wydajność w porównaniu z rozwiązaniem znajdującym się w 802 D3.

Nakładki przeciwpyłowe membran Aerofoil są udoskonaloną wersją komponentów wykorzystywanych w 802 D3 i 803 D3. Zostały one wykonane z warstwowej struktury, składającej się z włókna węglowego i takiej samej pianki syntaktycznej, z jakiej została wykonana sama membrana Aerofoil. To jeszcze bardziej redukuje rezonans nakładki przeciwpyłowej i jest jednym z wielu mniej widocznych udoskonaleń, które potwierdzają niewiarygodną dbałość o szczegóły w tej niezwykle dopracowanej kolumnie głośnikowej.

800 D3 wykorzystuje taką samą jak w 802 D3 membranę Continuum, głowę Turbine i litą obudowę przetwornika wysokotonowego. Ponadto udoskonalone zwrotnice i kondensatory podnoszą poziom w kluczowych obszarach, aby jeszcze lepiej dopasować doskonałą jakość basu dostarczanego przez model 800 D3. Po wprowadzeniu tych zmian 800 D3 zapewnia podobną czułość i obciążenie co 802 D3.

Innowacje te, w połączeniu z udoskonaleniami wprowadzonymi w serii jako całości, takimi jak znacznie sztywniejsze obudowy, wytrzymalszy system wewnętrznych wzmocnień Matrix, który teraz wykorzystuje grubsze użebrowanie, a także umiejętne wykorzystanie aluminium i stalowych wzmocnień, tam, gdzie to jest najbardziej pożądane, sprawia, że nowy model 800 D3 pozwala osiągnąć nirwanę w odniesieniu do referencyjnej jakości dźwięku. Oczywiście dostajemy więcej basu, ale wspólnym mianownikiem charakterystyki akustycznej nowej 800 D3 są naturalność i precyzja. Kolumna zapewnia niewiarygodnie wnikliwy poziom dokładności w zakresie basu i w porównaniu z już wybitnym modelem 802 D3 zniekształcenia przetwornika niskotonowego są mniejsze o 10 dB.

W porównaniu z poprzednim modelem 800 Diamond, znacznie poprawiono także poczucie skali – 800 D3 z łatwością potrafi odwzorować w całej swej okazałości pełnowymiarową orkiestrę symfoniczną. Jest to możliwe m.in. dzięki doskonalszemu zgraniu czterech przetworników oraz zagwarantowaniu jeszcze większej rozdzielczości i detaliczności brzmienia, charakterystycznej nie tylko dla modelu 800 D3, lecz także dla całej serii 800 Diamond.

Potwierdzeniem dążenia Bowers & Wilkins do ciągłego produkowania wiodących kolumn głośnikowych jest najnowocześniejszy zakład produkcyjny w Worthing w West Sussex, który został zmodernizowany specjalnie pod kątem produkcji nowej serii 800 Diamond. 800 D3 jest w całości wytwarzana w zmodernizowanym obiekcie, wraz z pozostałymi modelami serii.

Efektem tych wszystkich lat pracy, niezrównanej dbałości o szczegóły i znaczących komercyjnych wydatków, jest nie tylko wybitny flagowy model dla wyjątkowej serii kolumn głośnikowych, lecz także najlepszy głośnik, jaki Bowers & Wilkins kiedykolwiek stworzył. Nowy 800 D3 jest także sugestywnym urzeczywistnieniem pasji i siły napędowej Johna Bowersa, która wciąż pozostaje żywa w firmie, którą założył 50 lat temu.

Technologie

Membrana Aerofoil
Czasami nowe technologie w inżynierii pozwalają nam osiągnąć rzeczy, które były niemożliwe jeszcze kilka lat temu. Membrana niskotonowa Aerofoil jest najlepszym przykładem. Poprzez
zaawansowane modelowanie komputerowe i dzięki nowemu materiałowi bazowemu, mogliśmy stworzyć membranę o zmiennej grubości, maksymalnie sztywnej w najbardziej pożądanych miejscach. Zoptymalizowany kształt oznacza, że membrana charakteryzuje się tłokowym zachowaniem w jeszcze szerszym zakresie słyszalnych częstotliwości, gwarantując precyzyjny, kontrolowany i całkowicie naturalny bas.

Głowa Turbine
Usłysz dźwięk, a nie obudowę. To jest zasada kryjąca się za naszymi odseparowanymi głowami – rozwiązaniem, które zaprezentowaliśmy wraz z wprowadzeniem pierwszych kolumn głośnikowych serii 800 w 1979 r. Teraz, dzięki radykalnemu przeprojektowaniu, głowa serii 800 Diamond działa lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Wykonana z jednego kawałka aluminium, usztywniona wewnętrznymi, rozchodzącymi się promieniście żebrami i z podniesionym, smuklejszym profilem, głowa Turbine szczyci się jeszcze większą inercją, zapewniając tym samym dźwięk, który jest wolny od podkolorowań wprowadzanych przez obudowę.

Solidna obudowa przetwornika wysokotonowego
Wibracje są wrogiem dobrego dźwięku. Aby zminimalizować drgania, potrzebne są komponenty, które będą tak sztywne, jak to tylko możliwe. Dla serii 800 Diamond stworzyliśmy najsztywniejszą obudowę tweetera. Zespół wysokotonowy dla nowej serii umieszczony jest w litym kawałku aluminium, podczas gdy udoskonalony, żelowy system izolujący jeszcze skuteczniej odseparowuje przetwornik wysokotonowy od wpływu rezonansu obudowy. Efekt? Doskonale ostre detale akustyczne i nowy wymiar precyzji brzmienia muzycznych wydarzeń.

Membrana Continuum
Przez dziesiątki lat myśleliśmy, że nie ma nic lepszego od kewlaru, jako materiału na membranę średniotonową. Ale teraz, po ośmiu latach intensywnych prac rozwojowych, wymyśliliśmy coś jeszcze lepszego. Dzięki swojej kompozytowej konstrukcji, membrana Continuum unika nagłych zmian w zachowaniu, które mogą negatywnie wpływać na wydajność konwencjonalnego przetwornika. Efektem jest bardziej otwarta i neutralna charakterystyka. To wielki krok naprzód w konstruowaniu kolumn głośnikowych.

Dzięki modelowaniu komputerowemu, konstrukcja zawieszenia przetwornika średniotonowego w serii 800 Diamond została całkowicie przeprojektowana. Nowe zawieszenie opracowane jest pod kątem doskonałej sztywności, podczas gdy tłumiki o specjalnie dobranej masie pozwalają redukować niepożądane wibracje do absolutnego minimum.

Obudowa o odwróconym profilu
Kiedy rozpoczęliśmy projektowanie idealnego kształtu obudowy serii 800 Diamond, zrobiliśmy zwrot o 180 stopni. Dosłownie. W miejsce kolumny w płaskim frontem i zakrzywionym tyłem stworzyliśmy obudowę z frontem i bokami uformowanymi w postaci jednej krzywej, spiętych razem za pomocą „kręgosłupa” z aluminium. Mniejsza liczba połączeń oznacza większą sztywność, odporniejszą strukturę, a zakrzywiony front gwarantuje mniej zakłóceń wokół przetworników. Dzięki temu dyspersja dźwięku jest doskonalsza, a odbicia obudowy jeszcze bardziej zredukowane.

Matrix
Matrix pełni rolę szkieletu w naszych kolumnach głośnikowych. To wewnętrzna struktura, która pracuje tak jak wzmocnienie kadłuba statku, z przecinającymi się, powiązanymi panelami, zapewniającymi naszym obudowom sztywność i inercję. W przypadku serii 800 Diamond jeszcze raz gruntownie przemyśleliśmy koncepcję Matrix. Wewnętrzne panele są grubsze, MDF zastąpiliśmy wytrzymałą sklejką i dodaliśmy metalowe elementy, aby wzmocnić konstrukcję w miejscach narażonych na duże obciążenia. Wszystko to razem sprawia, że system Matrix jest najsolidniejszą konstrukcją, jaką kiedykolwiek opracowaliśmy.

Cokół kolumny
Ogromne kolumny głośnikowe wymagają stabilnej podstawy. Przenosząc zwrotnicę z cokołu do głównej obudowy głośnika, mogliśmy stworzyć podstawę dla serii 800 Diamond, która jest jeszcze stabilniejsza i odporniejsza na rezonans niż kiedykolwiek wcześniej. Rezygnując z oryginalnej konstrukcji z pustą wewnętrzną komorą, nowy cokół wykonany jest z litego kawałka aluminium, ważącego, niebagatelne, 18 kg. Obniżenie środka ciężkości zwiększa stabilność i równoważy ciężar
głowy Turbine.

Cokoły większych kolumn głośnikowych 800 D3 wyposażone są w rolki, które ułatwiają przesuwanie kolumn i ustawienie ich we właściwym miejscu. Zamiana rolek na kolce podłogowe zazwyczaj jest trudnym zadaniem, wymagającym ułożenia kolumn na bocznej ściance. Ale tego problemu nie ma w przypadku nowej serii 800 Diamond. Kolumny dostarczane są ze zintegrowanymi kolcami podłogowymi, które można wysunąć lub wsunąć w łatwy sposób za pomocą specjalnego mechanizmu.

Diamentowe kopułki
Pewne rzeczy się nie zmieniają. Podczas gdy niemal wszystkie komponenty serii 800 Diamond zostały opracowane na nowo, element, który dał serii nazwę, pozostaje niezmieniony: diamentowa kopułka przetwornika wysokotonowego. Nasze diamentowe kopułki pozostają najlepszym rozwiązaniem w technologii tweeterów, zdolnym od odtworzenia niezrównanej detaliczności akustycznej, naturalności i przestrzenności.

Diament: supermateriał
Właściwości diamentu są cenione przez wysoko wyspecjalizowane gałęzie przemysłu, od neurochirurgii
do Wielkiego Zderzacza Hadronów w CERN. Wyjątkowy stosunek sztywności do lekkości sprawia, że diament jest idealnym materiałem na kopułkę wysokotonową. Opracowane specjalnie dla serii 800 Diamond, diamentowe kopułki wysokotonowe przesuwają próg częstotliwości break-up’u do wartych odnotowania 70 kHz, co zapewnia doskonałą czystość i detaliczność.

Stworzenie diamentu w naturalny sposób wymaga sejsmicznego ciśnienia, wulkanicznej temperatury i ok. dwóch miliardów lat. Na szczęście nauka znalazła sposób, aby skrócić ten proces. Wykorzystując chemiczne osadzanie pary, nasze diamentowe kopułki rozwijają się jak kryształy w niezwykle gorących piecach, w laboratoryjnych warunkach, a następnie zostają wykrojone, aby stworzyć kształt perfekcyjnej kopułki wysokotonowej.

Model 800 D3 już jest dostępny w sprzedaży, nabywcy mają do wyboru trzy wersje wykończenia: czarną na wysoki połysk, białą na wysoki połysk, różaną.  Poglądowa cena detaliczna kolumny głośnikowej 800 D3, niezależnie od wybranej wersji wykończenia, wynosi 67 495 zł/sztuka.

Dystrybucja: Audio Klan

  1. Soundrebels.com
  2. >

Za każdym razem, gdy udaje mi się wyrwać z MOCa na równolegle odbywający się hifideluxe zachodzę w głowę jakimi przesłankami kierują się organizatorzy tytułowego wydarzenia rozrzucając kilkunastu wystawców według dość trudnego do logicznego wytłumaczenia wzorca po wszystkich, w sumie siedmiu hotelowych piętrach zamiast umieścić ich na jednej, góra dwóch kondygnacjach. Co ciekawe ów mało przewidywalny mechanizm działa rokrocznie i co równie kuriozalne jest ze stoickim spokojem przyjmowany przez, jakby nie patrzeć, niemieckojęzyczną większość zarówno wystawców, jak i odwiedzających. Czyżby był to wyjątek potwierdzający regułę wręcz obsesyjnego przywiązania do porządku? Tego akurat nie wiem, ale mając do dyspozycji zaledwie jedną windę i brak dostępu do schodów a przy tym planując imprezę o takiej skali z odpowiednim wyprzedzeniem wypadałoby wykazać się choćby odrobiną zdrowego rozsądku i tak wszystko zaaranżować, żeby wyeliminować ewentualne wąskie gardła utrudniające możliwie płynny przepływ zwiedzających. Najwyraźniej jednak niemieccy organizatorzy uznali warunki znane z wnętrz Hotelu Sobieski i rokrocznie przyprawiające nas o stany lękowe za niedościgniony wzorzec i po prostu machnęli na to ręką. Dość jednak marudzenia, czas na konkrety.

W tym roku hifideluxe miał do zaoferowania około dwudziestu sal i pokoi z systemami intrygującymi zarówno pod względem designu, jak i brzmienia. Jeśli dla kogoś poprzednie zdanie nie było wystarczającym ostrzeżeniem przed tym, co przywitało nas w pierwszej odwiedzonej przez nas sali zajmowanej przez AER (Real Music Audio Loudspeaker), czyli niemiecką manufakturę specjalizującą się w wysokoskutecznych kolumnach opartych na głośnikach szerokopasmowych. Z premedytacją nie użyłem sformułowania dotyczącego tubowości prezentowanych konstrukcji, gdyż o ile potężne Pnoe pełnoprawnymi tubiszczami niezaprzeczalnie są, to już zamontowane na akrylowych taflach BBX-y zaliczyć można co najwyżej do odgród. Wbrew pozorom i dość niecodziennego wzornictwa oferowane brzmienie nie odbiegało od wzorców Hi-Fi. Prezentowana scena miała właściwe proporcje, źródła pozorne zostały precyzyjnie nakreślone i co najważniejsze czuć, a raczej słychać było niezwykłą swobodę reprodukowanego dźwięku.

Kolejne pomieszczenie wydawało się za to ostoją konserwatyzmu i normalności. W dodatku znany nam m.in. z audioshowowych odsłuchów zestaw FM Acoustics wykorzystujący w roli źródła gramofon Transrotora na zmianę z dzielonym CD CEC-a, z powodzeniem załapywał się do rasowego High-Endu. Im dłużej siedzieliśmy i słuchaliśmy prowadzonej muzycznej prezentacji, tym mocniej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że spokojnie moglibyśmy z takim brzmieniem zostać na … docelowo? To był system oferujący brzmienie nie tylko kompletne, co uniwersalne, przez co sprawdzające się zarówno w Rocku, jak i w  jazzie, czy symfonice.

No to czas na kolejny, jak się miało okazać nad wyraz pozytywny szok poznawczy. W roli pobudzacza zmysłów i poszerzacza  horyzontów wystąpiła włoska elektronika Grandinote i podobne … zupełnie do niczego kolumny Soundkaos Libération. O ile elektronika nie odbiegała nawet o jotę, przynajmniej jeśli chodzi o szatę wzorniczą od ogólnie przyjętych kanonów, to już kolumny przywodziły na myśl współczesne rzeźby niezwykle undergroundowych artystów tworzących swoje rzeźby i instalacje z tego, co znajdą na pobliskich złomowiskach i punktach odzyskiwania surowców wtórnych. Słowem spokojnie można założyć, ze jeśli zagrają tak jak wyglądają, to będziemy musieli poszukać jakiegoś dobrego specjalisty od leczenia nerwic i stanów lękowych. Jednak zanim do naszych uszu dobiegły pierwsze dźwięki wystawca właśnie dokonywał zmiany repertuaru, więc zapobiegliwie postanowiliśmy z Jackiem jak najprędzej wykonać stosowną dokumentację fotograficzną, żeby w razie czego mieć podkładkę do NFZ-etu. Kiedy jednak wreszcie zabrzmiała muzyka to aż przysiedliśmy na dłuższą chwilę z wrażenia. Swoboda, rozmach i koherentność przekazu wskazywały nie dość na kilkukrotnie większe konstrukcje, to jeszcze ulokowane cenowo w jakiś absurdalnych segmentach cenowych. Abstrahując od dość mało akceptowalnego designu wszystko było po prostu świetne. Szybki research i zasięgnięcie języka wyjaśniły co nieco z tej wprowadzającej w nas w niekłamane zdziwienie i konsternację sytuację. Otóż każdy egzemplarz Libération oparty jest na dwóch 8” szerokopasmowcach wspomaganych od góry wstęgą a od dołu imponującym 15” wooferem. Ech … gdyby tyko te Soundkaosy normalnie wyglądały. Czego by jednak nie mówić jedna z najbardziej pozytywnych niespodzianek tegorocznej wyprawy do Monachium.

I znów powrót do mainstreamu, czyli klasyczne Sonus Fabery Aida napędzane niepozornymi, acz oddającymi po 500W na kanał lampowymi monoblokami Mal Valve Power Amp Four Mk 6. Oczywiście zdaję sobie sprawę z niebagatelnego znaczenia niezwykle pracochłonnej, lecz równie atrakcyjnej adaptacji akustycznej przeprowadzonej przez wystawcę, ale proszę mi wierzyć, że tak grających Sonusów nie spotyka się na co dzień. Barwa szła w parze z dynamiką i pomimo dość ograniczonej powierzchnie nie sposób było przyczepić się ani do przestrzeni ani do kontroli najniższych składowych.

Żeby nie było nudno czas na kolejną woltę estetyczną i wkroczenie w industrialny świat rodem z „Ósmego pasażera Nostromo”, czyli ekspozycji przygotowanej przez włoską Omega Audio Concepts. Nawet po kilkudziesięciogodzinnym okresie akomodacyjnym niezwykle trudno odnaleźć mi w tych klimatach choćby najmniejszą drobinę piękna i wysublimowania, choć znając życie znajdą się amatorzy takiego wzornictwa. Grunt, że dźwięk nie odstawał zbytnio od normy i zamykając oczy z pewnością można byłoby spędzić w Studiu 5 całkiem miło nawet kilkadziesiąt minut a jeśli się jest rumuńskim księciem o imieniu Vlad, to nawet znacznie dłużej. Mocna rzecz.

JMF Audio, czyli przepięknie wykonany i wykończony drewnem system francuskich specjalistów od gry z Blu-ray audio. Co prawda imponujące kolumny HPM500 charakteryzowała lekka tubowość góry (modyfikowany TAD), choć przy tak wysokiej skuteczności (96dB) i tak całość możn uznać z niezwykle zrównoważoną i spójną, tym bardziej, że dół pasma obsługiwany był przez 16” woofery z włókna węglowego. Nie mniej intrygująco przedstawiało się dzielone źródło w skład którego wchodził multiformatowy transport DMT3.7 i dedykowany mu DAC DXC2.2 MKII mogące z powodzeniem obsłużyć nie tylko gęste sygnały PSM i DSD, ale i dokonywać ich konwersji np. do 768 kHz.

A teraz małe déjà vu i autorska, bo zestawiona przez samego Pana Kazuo Kiuchi propozycja Jacka dyżurnego seta Reimyo. Skoro wszystkie komponenty wyszły spod tych samych rąk i przez te same ręce zostały z odpowiednią troska połączone to i efekt inny niż wyborny być nie mógł. My w każdym razie zastrzeżeń nijakich nie mieliśmy, tym bardziej, że podczas prezentacji dostąpiliśmy zaszczytu obserwowania Pana Kiuchi podczas krótkiej demonstracji Kendo.

Zupełnie inne proporcje można było zaobserwować w systemie zaproponowanym przez Extreme Audio, gdzie czołowe miejsce zajęły kolosalne kolumny MAAT marki Sigma Acoustics. 100  dB skuteczności i pasmo przenoszenia obejmujące zakres 16-30000 Hz przy takich kolosach wcale nie wydawały się przesadzone, tym bardziej że w roli amplifikacji wykorzystano klasyczną 211-kę Kondo.

Bardzo miłym zaskoczeniem był też system składający się z kolumn Vivid Audio i elektroniki Mola Mola. Przeurocze G3-ki raczyły słuchaczy gęstym, niemalże karmelowym brzmieniem o sugestywnej przestrzenności i wysoce zadowalającej rozdzielczości.

A teraz system, który teoretycznie nie miał szans dobrze zagrać a jednak to robił, czyli elektronika FM Acoustics z imponującymi monitorami PMC MB2 SE.

Zastanawiająca była dla mnie obecność wśród niewątpliwie mających wysokie aspiracje konkurentów systemu opartego o niewielkie kolumienki CSA i podstawy gramofon Pro-Ject-a. Jeśli komuś zależało na udowodnienie, ze z małej kolumienki i niezbyt wysublimowanego źródła nie da się osiągnąć wysokiej jakości dźwięku to z nawiązką osiągnął zamierzony efekt.

Zupełnym przeciwieństwem był za to firmowy system Viva Audio z rozłożystymi, acz niskopiennymi kolumnami Nuda. Może i szanse na wstawienie ich do standardowego, blokowego M3 nie są zbyt duże, ale jeśli tylko dysponujemy odpowiednim lokum, to warto poważnie się nad nimi zastanowić. Z dedykowanymi końcówkami mocy całość brzmiała niezwykle energetycznie, ale i słodko, przez co wizytę w pokoju 618 wspominać będę bardzo miło.

Nie opuszczając Półwyspu Apenińskiego zmieniliśmy lokum na pokój zaaranżowany przez Gold Note, gdzie również po prostu dobrze grało. Dodając do tego estetyczne a przy tym klasyczne wzornictwo to trudno było nie odnieść wrażenia, że o obecnej linii produktów za moment może zrobić się głośno. Podobnego zdania był z resztą sam właściciel marki – Maurizio Aterini, który szczerze przyznawał, że decydując się na przenosiny z MOCa do Marriotta postawił na możliwość spokojnego i pozbawionego pośpiechu odsłuchu zamiast okołowystawowej gonitwy. Ekskluzywną, niemalże klubową atmosferę podkreślały nie tylko adekwatne do okoliczności trunki, lecz i przepiękne, dedykowane elektronice meble – stoliki Galileo. Brzmienie też określiłbym mianem eleganckiego, lecz i dynamicznego. Z jednej strony było w nim sporo werwy sportowego bolidu a z drugiej spokoju i rozleniwienia panującego na toskańskich, pełnych słońca wzgórzach.

Zdecydowanie bardziej zwiewne podejście do tematu prezentowały elektrostaty MiTec z elektroniką Einsteina i Mal Valve.

Pokój z kolumnami Acapelli niestety byliśmy zmuszeni potraktować nieco po macoszemu, bo zajętość pierwszych rzędów była dość permanentna a na przesiadywanie pod tylną ścianą niezbyt mieliśmy czas.

Zdecydowanie bardziej komfortowe warunki odsłuchowe panowały za to w pomieszczeniu zajmowanym przez znany nam z własnych – redakcyjnych odsłuchów set japońskiej elektroniki Audio Tekne. Jednak była też elektryzująca nowość – premierowo prezentowane dwudrożne monitory Natural Sound charakteryzujące się ponadprzeciętnym nasyceniem i dynamiką, co owocowało momentalnym zapuszczaniem korzeni i uśmiechem zadowolenia. Szkoda, że Natural Sound nie miał ich podczas zeszłorocznego Audio Video Show, ale z drugiej strony było po co lecieć do Monachium. Dla wszystkich miłośników lamp te kolumny to pozycja obowiązkowa na liście do odsłuchu.

Miłośnicy rozżarzonych baniek jak u siebie mieli szanse poczuć się również zasiadając przed systemem La Rosita, gdzie grały filigranowe Montespan, które przy 93 dB skuteczności (oczywiście dla 8 Ω) nader wdzięcznie grały napędzane monoblokami ZardoZ 300B SE. W dodatku z tego co udało nam się ustalić są spore szanse że powyższy system będzie okazja zobaczyć i przede wszystkim usłyszeć podczas tegorocznego Audio Video Show w Warszawie a sam producent systematycznie sonduje nasz rynek w poszukiwaniu odpowiedniego dystrybutora.

A na koniec miły polski akcent, czyli stolik Audio Philar z elegancko na nim prezentującą się elektroniką Zesto Audo i ustawionymi tuż obok kolumnami Joseph Audio.

Na chwilę obecną to na razie tyle, ale proszę zbytnio nie oddalać się od radioodbiorni … znaczy się komputerów, bo lada moment swoimi wrażeniami z hifideluxe’a podzieli się  Państwem Jacek.

Ps. Relacja z MOCa oczywiście też już „się pisze”.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Wilson Benesch A.C.T. One Evolution P1 to pierwsze na świecie zestawy głośnikowe skonstruowane z użyciem barwionego włókna węglowego. Zostały zaprojektowane i wyprodukowane w fabryce Wilson Benesch znajdującej się w angielskim mieście Sheffield. . Są to pierwsze zestawy głośnikowe wykorzystujące kolorowe włókno węglowe. Parametry techniczne wersji P1 są takie same jak wprowadzonego na rynek na początku roku modelu A.C.T. One Evolution.

We współpracy z firmą Hypetex, nowa jednoczęściowa obudowa typu Monocoque została po raz pierwszy skonstruowana z użyciem barwionych włókien węglowych. Tego rodzaju materiał, stworzony przy udziale inżynierów związanych od wielu lat z Formułą 1, jest pierwszym w historii kolorowym włóknem węglowym zastosowanym w zestawach głośnikowych. Umożliwiło to powstanie kolumn o obudowie, która nie ma sobie podobnych.

 W konstrukcji obudowy A.C.T. One Evolution P1 zastosowano nową generację firmowej technologii. A.C.T. to skrót od Advanced Composite Technology (Technologia Zaawansowanych Kompozytów) – firmowej technologii na bazie której powstał Wilson Benesch i dzięki której stał się znaną na świecie marką. Skrót A.C.T. został użyty po raz pierwszy w 1991 roku w celu nazwania pierwszych kolumn Wilson Benesch – A.C.T. One, a potem pojawiał się w kolejnych modelach: A.C.T. Two, A.C.T. i A.C.T. C60.

A.C.T. One Evolution P1 stanowi kontynuację długiej linii zestawów głośnikowych korzystających z dziedzictwa firmowej technologii A.C.T., która stała się w miarę upływu lat klasyką samą w sobie.

Charakterystycznie zaokrąglona i pochylona do przodu górna ścianka A.C.T., która była rewolucyjnym rozwiązaniem w oryginalnym projekcie wiele lat temu, obecnie wykonywana jest w całości z kompozytu włókien węglowych. W nowych kolumnach zachowano klasyczne proporcje ich poprzedników, jednakże One Evolution P1 różni się od nich całkowicie w zakresie użytych przetworników elektroakustycznych. W nowym A.C.T. zastosowano bowiem firmowy system Troika, który został przejęty bezpośrednio z flagowego modelu Cardinal.

Pierwsze egzemplarze A.C.T. One Evolution P1 będą dostępne z obudową w specjalnym kolorze czerwonym, który został nazwany Enzo Red.   

  Sprzedaż tego modelu ma się rozpocząć w lipcu.

Dystrybucja: Hi-Fi Club

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Pół żartem, pół serio można by powiedzieć, że Japonia od dawien dawna kojarzy się miłośnikom wyrafinowanego brzmienia z markami powstałymi w czasach przypadających na początki panowania Cesarza Hirohito. Oczywiście powyższy stereotyp jest dość mocno alternatywną wersją rzeczywistości, gdyż Accuphase swoje początki datuje na 1972 r. a legendarne Audio Note Kondo na 1976 r. Oczywiście w dobie pojawiających się nie wiadomo skąd, siejących większy, bądź mniejszy zamęt i równie szybko znikających „objawień” powyżsi 40-tolatkowie jawią się niczym prehistoryczne dinozaury, ale czego by nie mówić, spokojnie możemy uznać, że Hi-Fi i High-End z Kraju Kwitnącej Wiśni ma piękną historię. Na tym tle dzisiejszy bohater to prawdziwy osesek dopiero stawiający swoje pierwsze kroki w branży audio. O kim mowa? O powołanej do życia zaledwie w 2013 r. przez Syuzou Ishimi marce Spec Corporation. Skoro mamy zatem do czynienia z dość nowym bytem uznaliśmy, że nieuprzejmością byłoby z naszej strony rzucanie się na szczyt cennika, dlatego też przygodę z produktami ww. marki rozpoczynamy od podstaw – czyli od otwierającego portfolio zintegrowanego wzmacniacza RSA-717 EX.

Zaglądając na anglojęzyczną stronę SPECa w pierwszej chwili możemy poczuć lekkie zdziwienie dość skromną ofertą. Wystarczy jednak uważniej się przyjrzeć, poklikać i przede wszystkim, przełamując oczywistą barierę językową, pochylić się nad ofertą skierowaną na rynek lokalny. Jednak po kolei. Oprócz będącej obiektem niniejszego testu, najtańszej integry RSA-717 EX klienci do wyboru mają niemalże bliźniacze wzmacniacze zintegrowane RSA-F33EX / RSA-M3EX / RSA-V1EX, przedwzmacniacz gramofonowy RSQ-S1EX i obłędnie oldschoolowy gramofon GMP-8000. Katalog teoretycznie zamykają akcesoria w stylu „Procesorów prawdziwego dźwięku” (Real-Sound Processor) RSP-901EX i RSP-501EX. Czemu teoretycznie? Bowiem wystarczy na stronie głównej zamiast angielskiego wybrać język japoński, by odkryć drugie dno a zarazem prawdziwe El Dorado. Inaczej bowiem oferty dla lokalnych złotouchych określić nie sposób. Mamy tam bowiem pięć modeli integr (RSA-F11, RSA-888, RSA-F1, RSA-M5, RSA-V1 DT), stereofoniczną końcówkę mocy RPA-W5ST, odtwarzacz CD/SACD RMP-888CD i … streamer RMP-X1 radzący sobie zarówno z sygnałami PCM do 384kHz/32 bit, jak i DSD do 11.2MHz/1bit. Jeśli komuś mało i nadal odczuwa niedosyt to zawsze może dobrać z katalogu elegancką platformę AC-L1M/AC-S1M, przeurocze mini-stoliki ST-T1/ST-S1, czy nawet matę gramofonową AP-UD1. Nie wiem jak Państwo, ale będąc na miejscu fanatycznego miłośnika tytułowej marki zacząłbym szukać wśród swoich przodków jakiegoś samuraja a następnie domagać się na tej podstawie wydania japońskiego paszportu. Nie ma jednak co niczym Rejtan drzeć szat i rozpaczać, skoro znając życie wystarczy delikatna sugestia i nieśmiała propozycja złożona krakowskiemu Nautulisowi – dystrybutorowi SPECa w Polsce, by prędzej czy później stać się szczęśliwym posiadaczem konkretnej i upragnionej „zabawki”.
Wróćmy jednak do naszej 717-ki, bo tak zupełnie po ludzku jest na czym oko zawiesić. Nawet nie znając kraju jej pochodzenia szanse na to, że już za pierwszym razem wytypujemy Japonię są całkiem spore. Satynowe wykończenie blach korpusu i obłędnie szykowne drewniane boczki to niemalże znak firmowy importowanej z Cesarstwa elektroniki. Żeby daleko nie szukać wystarczy wspomnieć Accuphase’a, Lebena, czy Triode Corporation. Tym jednak razem zamiast szampańskiego złota mamy do czynienia z czymś w rodzaju satynowego mleczno-szarego tytanu, bądź jasnego grafitu (Państwo wybaczą, ale jako typowy samiec mam dość ograniczone umiejętności rozróżniania niuansów tonalnych) uzupełnionego drewnianymi boczkami stanowiącymi zarazem namiastkę przednich nóżek. Z tegoż samego naturalnego materiału wykonano również nóżkę tylną. Dodatkowo wzmacniacz swoimi gabarytami pretenduje raczej do kategorii midi aniżeli pełnowymiarowego standardu Hi-Fi, co przy jego niewielkiej, gdyż wynoszącej zaledwie 7kg wadze wydaje się całkiem naturalne.
Front urządzenia pomimo swojej dość ograniczonej szerokości daleki jest od bałaganu i zatłoczenia. Patrząc od lewej strony mamy bowiem do dyspozycji gniazdo słuchawkowe 3,5 mm (minijack), hebelkowy włącznik głośników z umieszczoną na swoim końcu diodą, toczone pokrętło selektora źródeł i symetrycznie umieszczone po przeciwnej stronie centralnie ulokowanego logotypu bliźniacze, odpowiedzialne za regulację wzmocnienia. Zdziwiłby się jednak ten, kto na podstawie doznań czysto organoleptycznych sądziłby , że wewnątrz siedzi konwencjonalny potencjometr. Nic z tych rzeczy Drodzy Państwo. Pomimo wielce sugestywnego oporu mamy bowiem do czynienia z obrotowym sensorem przesyłającym precyzyjne wskazania swojego położenia do  dedykowanego układu odpowiedzialnego za regulację wzmocnienia, który zgodnie z deklaracjami producenta zapewnia taką samą (zapewne w domyśle wyśmienitą) jakość dźwięku niezależnie od wybranej głośności. Sięgając głębiej trzewi warto zwrócić uwagę na zastosowanie papierowo – olejowych kondensatorów sygnowanych przez Arizona Capacitors, oraz mało standardowych, gdyż wykonanych z węglika krzemu (SIC) diod Schottky’ego. Również pracujący w klasie D stopień wyjściowy pochodzi od kalifornijskiego producenta (International Rectifier), co sprawia, że możemy o SPECu myśleć jak o purystycznej japońskiej egzotyce z niewielką nutką amerykańskiej myśli technicznej.
Warto także pamiętać, że do omówienia został jeszcze włącznik główny. Czemóż mielibyśmy się na nim skupiać dużej aniżeli w dwuwyrazowej wzmiance? Cóż, wystarczy na niego spojrzeć a najlepiej pomacać, by zrozumieć, że właśnie w takich detalach zaklęte jest całe piękno High-Endu. O co chodzi? O jego obsługę, gdyż aby zmienić jego położenie nie ograniczamy się li tylko do oczywistego i pozbawionego jakiejkolwiek finezji kliknięcia w górę bądź w dół. Tutaj trzeba najpierw delikatnie go odciągnąć a dopiero później wybrać docelowe położenie. Może to i drobiazg, ale jakże poprawiający, w oczywiście irracjonalny sposób, wartość postrzeganą. Operując nim poczujemy się bowiem niczym mali chłopcy wyobrażający sobie, że siedzą za sterami potężnego samolotu, bądź wcielają się w rolę Knight Ridera uruchamiając oszałamiające funkcjonalności Pontiaca Trans Am.
Ściana tylna jest już zdecydowanie normalniejsza. Środek symetrii wyznaczają pojedyncze i niestety uzbrojone w wywołujące u mnie trudne do pohamowania stany irytacji kołnierze nader skutecznie utrudniające montaż okablowania zakończonego widełkami terminale głośnikowe. Po ich lewej stronie umieszczono trójbolcowe gniazdo zasilające IEC, port do podłączenia zewnętrznego czujnika IR (o czym za chwilę) i nakrętkę bezpiecznika. Za to po prawej znalazły się trzy pary wejść RCA oraz para XLR-ów.
I jeszcze, niejako w ramach ciekawostki, a tak naprawdę opcji warto wspomnieć o dostępnym osobno pilocie zdalnego sterowania RSR-1, który oferowany jest wraz z dedykowanym odbiornikiem IR, który należy wpiąć w odpowiednie, wspomniane w poprzednim akapicie gniazdo z tyłu wzmacniacza.

Jakoś tak się złożyło, że test SPECa zbiegł się z premierą niecierpliwie przeze mnie oczekiwanego albumu „Believe” Take 6. Może w porównaniu z ich poprzednimi, niemalże całkowicie akustycznymi produkcjami powyższa pozycja wydawać się może zbyt syntetyczna i popowa, to jednak uczciwie trzeba przyznać, że panowie nadal są w formie. Dzięki temu nadal dostarczają swoim fanom kolejnych wielce pozytywnych doznań a jeśli dodamy do tego gościnny udział Steviego Wondera to jasnym stanie się, że aby osiągnąć prawidłową barwę i głębię ich głosów reprodukująca materiał elektronika będzie musiała nieźle się nagimnastykować. O dziwo Spec, pomimo swojej D-klasowej proweniencji wielowątkowy wokalny repertuar oddał w sposób niezwykle spójny, homogeniczny i kompletny. Bez zbędnego faworyzowania średnicy zdolny był nie tylko różnice w tembrze głosów i sposobie artykulacji, lecz również ich wzajemne interakcje podać. To nie było kilka odseparowanych źródeł pozornych zawieszonych niezobowiązująco gdzieś w kreowanej przez wzmacniacz przestrzeni, lecz śpiewający z potrzeby serca faceci, którzy znają się od lat i niczego sobie nawzajem nie muszą udowadniać. Próbując określić temperaturę barwową prezentacji spokojnie możemy mówić o pełnej neutralności opartej na całkiem niezłej selektywności i rozdzielczości pozwalających z łatwością różnicować poszczególne nagrania bez jednoczesnego popadania w beznamiętną analityczność. Ot takie zdroworozsądkowe umiarkowanie z delikatnym ukierunkowaniem na muzykalność.
Powyższe cechy świetnie sprawdzały się również w nieco bardziej dynamicznym i zadziornym repertuarze. Weźmy na ten przykład album „Santana IV”, na którym mistrz gitary po … 45-ciu latach, bo tyle właśnie mija od premiery „Santana III”, ponownie spotkał się ze swoim składem z 1971 roku, by znowu namieszać na rynku muzycznym. Pulsujące latynoskie rytmy, porywające bluesowe a czasem wręcz popadające w lekką psychodelię wyraźnie zmierzające ku jazzowym improwizacjom solówki wzmocnione przez japońską integrę wypadały nader przekonująco i jeśli miałbym na siłę szukać dziury w całym wypadałoby wspomnieć o lekkim osłabieniu ataku i masy, wolumenu dźwięku w kulminacyjnych momentach. Niby producent deklaruje 100W przy 4Ω obciążeniu, ale zdając sobie sprawę, że moje Gaudery do najłatwiejszych nie należą jakoś niespecjalnie widziałem sens robić o to SPECowi zarzuty.
Natomiast album „Dreamless” kalifornijskiej formacji Fallujah uprawiającej od 2007r. z całkiem niezłymi efektami wielce urokliwy gatunek muzyczny o wszystko mówiącej  nazwie „Atmospheric Death Metal” wprawił SPECa w lekką konsternację. Natłok iście kakofonicznych informacji, agoniczny growl Alexa Hofmanna i generalnie ciężar gatunkowy porównywalny do zionącego ogniem i ołowiem pociągu pancernego okazały się przewyższać możliwości dynamiczne i selektywne testowanego wzmacniacza. Scena uległa wyraźnemu spłaszczeniu a góra stała się irytująco cykająca, co biorąc pod uwagę jego wcześniejsze poczynania wyraźnie dawało do zrozumienia, że z tej mąki chleba nie będzie. Pytanie tylko ilu potencjalnych klientów japońskiej marki wpadnie na pomysł by sięgać po tak brutalny i ultra ciężki materiał. Dlatego też wspominam o tym incydencie jedynie z recenzenckiego obowiązku mając na uwadze śladowe prawdopodobieństwo wystąpienia takiego zbiegu okoliczności. Przy normalnym, tzw. cywilizowanym „wsadzie” muzycznym powyższe uwagi spokojnie możemy uznać za niebyłe.
I na koniec jeszcze jeden drobiazg natury użytkowej. Ponieważ 717-kę wyposażono w dedykowaną słuchawkom dziurkę nie omieszkałem z czystej ciekawości zaimplementować w niej wtyku ATH-A2000Z Audio-Technici, co w rezultacie zaowocowało niezwykle  dojrzałym i wręcz kremowym dźwiękiem z zaskakującą dawką przestrzenności i świetną gradacją panów, co procentowało szczególnie przy klasyce i jazzowych big bandach.

Pomimo niezaprzeczanego faktu bycia beniaminkiem wśród starszego rodzeństwa SPEC RSA-717 EX w niewątpliwie wymagających okolicznościach towarzyszących zaprezentował się w bardzo korzystnym świetle. Nie będąc demonem dynamiki i powalającej potęgi brzmienia potrafił w niezwykle angażujący i zrównoważony sposób przykuć uwagę słuchacza w praktycznie każdym repertuarze, co jednoznacznie wskazuje na jego uniwersalność. Przy odpowiednim doborze kolumn i braku death-metalowych ciągot może się okazać, że ta japońska integra momentalnie zjedna sobie naszą sympatię i na dłużej stanie się ozdobą sprawiającego wiele radości systemu. A to przecież dopiero początek ….

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– DAC/Przedwzmacniacz/Wzmacniacz słuchawkowy: ADL Stratos
– Słuchawki: Audio-Technica ATH-A2000Z
– Streamer/DAC/Przedwzmacniacz: Ayon S-3 Junior
– Przedwzmacniacz: Electrocompaniet EC 4.8
– Końcówki mocy: Electrocompaniet AW-180M
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER; GigaWatt PF-2  + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Czasem zdarza się, że mimo dość dokładnej znajomości portfolio danego dystrybutora brać recenzencka nie do końca zdaje sobie sprawę, że ów dostarczyciel sprzętu audio na rynek konsumencki trzyma gdzieś w przedsionku swojej oferty czy to niedawno wprowadzoną do oferty nowość, czy też z niewiadomych przyczyn trochę po macoszemu traktowany produkt. Może z tą macoszą opieką zbyt dosadnie się wyraziłem, gdyż prawda prowadząca do unikania lub pojawiania się w mediach pewnych brandów najczęściej jest skutkiem kilku niefortunnych zbiegów okoliczności, jednak patrząc z boku dla zwykłego Kowalskiego tak to często wygląda. Ale zostawmy wspomniany problem na boku, gdyż niczym przysłowiowego królika z kapelusza udało nam się pozyskać na testy stosunkowo świeży u nas produkt z kraju kwitnącej wiśni, który dla wielu audiofilów jest wylęgarnią co najmniej bardzo dobrego Hi-Fi, a nader często pełnoprawnego High Endu. Tak postawiona sprawa pochodzenia teoretycznie powinna ułatwić testowy start dzisiejszej marki, jednak z autopsji wiem, iż zdecydowanie częściej jest podnoszącym poprzeczkę oczekiwań, utrudniającym życie przedstartowym wirtualnym bonusem. Niemniej jednak, bez oglądania się na wstępny pakiet plusów zapraszam na kilka akapitów o japońskiej marce SPEC i jej startowym produkcie wzmacniającym sygnał w postaci zintegrowanego wzmacniacza RSA-717 EX, którego pojawienie się na naszym portalu zawdzięczamy krakowskiemu Nautilusowi.

Patrząc na gabaryty ocenianej dzisiaj konstrukcji od startu odnosimy wrażenie, że przybyła z kraju samurajów integra nie pcha się na siłę do High End-owej elity. Swoje układy elektryczne zmieściła w niezbyt dużym, oscylującym pomiędzy rozmiarem midi i ogólnie przyjętym standardem korpusie. Na wspomnianą obudowę składa się około centymetrowej grubości aluminiowy front, również aluminiowa górna i tylna ścianka i ubrane w będące w swej dolnej części wariacją fali drewniane boki. Przyznam szczerze, że bijąca z drewnianych klocków nutka naturalności kontrastując z industrializmem reszty obudowy stwarza bardzo pozytywne wrażenie, ułatwiając tym sposobem występy wzmacniacza w wielu całkowicie różnych stylistycznie wnętrzach, a to chyba należy zaliczyć do zalet. Jeśli przyjrzymy się tematowi manipulacyjno-obsługowo-przyłączeniowemu, zaczynając od frontu znajdziemy dwa średniej wielkości pokrętła (z lewej strony selektor wejść, a prawej potencjometr głośności) i na ich zewnętrznych rubieżach na lewej flance gniazdo słuchawkowe z inicjującym jego działanie hebelkiem, a na prawej główny włącznik urządzenia. Przechodząc na tylny panel naszym organom wzrokowym ukazuje się zestaw pojedynczych terminali kolumnowych, seria trzech wejść liniowych RCA, jednego XLR, gniazdo Remote Control i zasilające IEC. Jak widzimy na załączonych zdjęciach, Japończycy unikali siłowego przypodobania się klientowi i nie upychali do wzmacniacza zintegrowanego często kiepskiej jakości przetwornika cyfrowo analogowego, co ostatnimi czasy oprawie w standardzie ma miejsce. Prosta sprawa, wzmak to wzmak, a nie rewia zbędnych dodatków.

Rozpoczynając proces testowy tak naprawdę nie za bardzo wiedziałem, czego po przybyłym maluchu można się spodziewać. Niby z Japonii, ale to w przecież nic nie gwarantuje. Do tego jest nieduży i przy tym bez nie popada w ceno-manię. Dlatego nie pozostało mi nic innego, jak z czystym kontem skupić się na konfrontowanych ze stacjonującym u mnie na  co dzień rodakiem niuansach brzmieniowych. To było trochę mezaliansowe spotkanie, ale nie pierwsze i nie ostatnie w mojej samotni, dlatego jeśli nawet coś w moim tekście wyda się Wam zbyt mocno wyartykułowane, proszę o przefiltrowanie tego przez pryzmat realnych możliwości do wzorca. Gdy pewne ramy odbioru podobnych spotkań zostały ustalone, już na starcie chcę poinformować, iż testowany maluch szedł trochę odmienną do Reimyo drogą. Chodzi mianowicie o oscylujące po lżejszej stronie neutralności granie, co skutkowało wstrzemięźliwością barwową w środkowym i na przełomie środka z basem paśmie akustycznym. Bas oczywiście był, ale gdy na którejś ze słuchanych płyt oscylował na granicy anoreksji, 717-ka nie próbowała tego nadrabiać, a biorąc pod uwagę szczupłość dźwięku w stosunku do wzorca efekt jakby się pogłębiał. Jednak natychmiast wyjaśniam, nie była to karykatura dźwięku, tylko pewien punkt widzenia na sprawy sztywnego trzymania się ustalonego wzorca dźwięku, co z doświadczenia wiem, może być również skutkiem zaprzęgnięcia klasy “D” do pracy urządzenia. Oczywiście takie źródło energii nie jest złem w czystej postaci, ale ilość przesłuchanych, pracujących w podobnej domenie komponentów uprawnia mnie do podobnych przypuszczeń. Ale zostawmy ten trop, gdyż bardzo ciekawy w tym wszystkim był fakt odczuwania szczupłości jedynie podczas celebry muzyki dawnej, od której z racji moich preferencji zacząłem odsłuch, by w innych gatunkach włącznie z jazzem być tylko drobnym niuansem. Kolejną świadczącą na korzyść małego SPECa kwestią było podobne zachowanie z innymi zdecydowanie bardziej oszczędnymi od moich w dziedzinie kolorystyki malowanego muzyką świata kolumnami, którymi w tym przypadku były niemieckie Odeony. Niemcy mimo zdecydowanie większej, dostarczanej w pakiecie ofensywności reagowały w niemalże bliźniaczy do austriackich ISIS-ów sposób, ale o dziwo mimo żywszej góry pasma nie popadały przy okazji w krzyk. Przyznam się, że to był chyba najbardziej pozytywnie zadziwiający mnie element tego testu, fundując bohaterowi duży plus w końcowym rozliczeniu. Niemniej jednak, patrząc przekrojowo na całość sonicznego strojenia wzmacniacza trochę zaskoczył mnie sam bas. Teoretycznie było go ciut za mało i pojawiał się raczej tylko w wymagających jego sporej obecności momentach, ale o dziwo przy tak postawionym na sprawy tonalności temacie gdy się pojawił, lekko mnie zaskakując nie był cięty żyletką, tylko rysowany miękkim ołówkiem. Chyba nie muszę nikogo uświadamiać, iż to w prostej linii prowadziło do uczucia jakby go było więcej, po raz kolejny pomagając konstrukcji w przychylniejszym nań spojrzeniu. Bez podkolorowania, ale więcej. Gdy sprawy  masy dźwięku pozostawimy w spokoju, należałoby przyjrzeć się sposobowi budowania wirtualnej sceny muzycznej. Ta w porównaniu do wzorca rozgrywała się dość blisko kolumn, jednak była na tyle dobrze rozplanowana, że żaden artysta nie stąpał koledze po piętach, a gdy w materiale muzycznym słychać było rozmach pomieszczenia goszczącego muzyków, przekaz bardzo dobrze to oddawał. Gdybym do celów wizualizacji usłyszanych niuansów miał przywołać konkretne pozycje płytowe, chronologicznie idąc zacząłbym od kompilacji twórczości Claudio Monteverdiego przez Christinę Pluhar zatytułowanej „Teatro d’Amore”. Tutaj wyraźnie słychać było oszczędność na środku, gdyż instrumenty z epoki raczej oczekują szczypty barwy, czego nie mógł zaoferować im Japończyk. Ale na usprawiedliwienie dodam, iż sam wokalista nie zgłaszał większych problemów z emisją swojego głosu. Owszem, słyszałem go w bardziej barwnych interpretacjach, ale ta ostatnia również miała swoje dobre strony. Jeśli chodzi o prezentację muzyki jazzowej, to struny plus nieco pogrubione wybrzmienie pudeł kontrabasów dzięki wspomnianej przed kilkoma zdaniami manierze wprowadzając nutkę rozmycia miały przyzwoity ciężar. Może nie były idealne, ale nie oczekujmy cudów na poziomie  początku oferty jakiegokolwiek brandu. Gdy zgrabnym skokiem przeskoczymy w świat elektroniki spod znaku Massive Attack, nagle okaże się, że owo poluzowanie na dole i znająca swoje miejsce w szyku góra pasma na tyle dobrze współgrają ze środkiem, iż całość twórczości tej grupy wypadała zadziwiająco ciekawie. Ktoś mógłby powiedzieć, że w takim repertuarze wysokie pasmo im obfitsze tym lepsze. Prawdopodobnie tak, ale przy sposobie strojenia środka przez 717-kę nasze uszy mogłyby się zbuntować, a tak mamy dobrze skrojony świat sztucznych fraz muzycznych. Na koniec wspomnę jeszcze o ciężkich kawałkach zespołów metalowych. W tym przypadku przy dobrym oddaniu muzyki lekko poszkodowani byli wokaliści. Dlaczego? Niestety oni najczęściej krzycą, a nie śpiewają. To docelowej grupie fanów oczywiście się podoba, jednak dla osłuchanego z wycyzelowanej wokalistyce słuchacza nadpobudliwość front menów nurtu satanistycznego będzie co najmniej drażniąca. Ale akurat ten aspekt proszę przepuścić przez sito moich preferencji, gdyż z racji napawania się innymi cechami muzyki najzwyczajniej w świecie mogę nie być do końca obiektywnym.

To było bardzo ciekawa konfrontacja. Wzmacniacz w wartościach bezwzględnych stał po jaśniejszej i lżejszej stronie mocy. Jednak gdy w dobrych realizacjach do głosu dochodziło najniższe pasmo, całość nabierała rumieńców. Owszem, we wszystkich przykładach nie dawało wsparcia wokalistom, ale gdy tylko ktoś umiał śpiewać i co ważne chciał śpiewać, a nie krzyczeć, wszystko było ok. Jednak gdy spojrzę na ten sparing z pespektywy zwykłego Kowalskiego i miałbym określić jego profil, to bez najmniejszych problemów zalecałbym posłuchanie RSA-717 EX wszystkim, którzy stawiają na równowagę tonalną. Nie odchudzenie, jak teoretycznie można wywnioskować z powyższego tekstu, tylko brylowanie w okowach przysłowiowego przejścia przez zero. Dlaczego? To proste. W każdym, nawet najbardziej neutralnym teście w ocenie recenzenta swoje piętno odciskają jego preferencje. Oczywiście w bardzo minimalnym stopniu, ale jednak. Dlatego też, biorąc pod uwagę podobne aspekty, jak i całkowicie inny punkt widzenia na ten sam punkt każdego z przedstawicieli rasy ludzkiej to, co dla jednego jest ostoją równowagi, dla innego może  być już krokiem w stronę podkolorowania i na odwrót. Jakie wyniki da weryfikacja w Waszych systemach, niestety musicie sprawdzić sami, do czego serdecznie zachęcam.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Nautilus
Cena:  14 990 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 100 W × 2 (4Ω), 75 W × 2 (6Ω), 50 W × 2 (8Ω)
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 30 kHz ±1dB   (6 Ω, 1W)
Zniekształcenia: 0.02% (1 kHz, 80% wysterowania
Czułość wejściowa, wzmocnienie: 300 mVrms, 37.3 dB (przy maksymalnym wysterowaniu, 6Ω, 1kHz, wejścia niezbalansowane)
Wejścia liniowe: 1 para XLR, 3 pary RCA
Pobór mocy: bez sygnału 18 W, przy maksymalnej mocy 180 W (8Ω, 100 Hz)
Wymiary (S x W x G):350 mm × 95 mm × 375 mm
Waga: 7 kg

System wykorzystywany w teście:
– CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”, ODEON OTELLO
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

O ile oczywistym i niepodlegającym dyskusji faktem jest, że profil naszego portalu obejmuje głównie zagadnienia stricte high-endowe, to od czasu do czasu pozwalamy sobie na odrobinę luzu, zdjęcie krawatów i sięganie po urządzenia zdecydowanie rozsądniej wycenione. Aby jednak tak się stało muszą one mieć w sobie pewne magiczne „coś”, co nas zaintryguje, przykuje uwagę a przede wszystkim wytrzyma próbę czasu w naszych systemach, tocząc ciężkie boje z nieraz wielokrotnie droższą konkurencją. Taki los spotkał m.in. rodzimy wzmacniacz Egg-Shell Prestige 9WST, japońskiego Lebena CS-300F, czy wreszcie ostatnio przez nas testowanego niepozornego Auralica Aries Mini. I w tym momencie pojawia się drobny dysonans, no bo jak zaproponować, zasugerować pozostałe elementy toru, żeby z jednej strony nie zostać posądzonym o całkowite oderwanie od szarej rzeczywistości a z drugiej nie popełniać zbytnich konfiguracyjnych mezaliansów. Powyższe zasady dotyczą również akcesoriów zarówno antywibracyjnych, jak i zasilających, których, jak to wielokrotnie udowodniliśmy pomijać nie należy. O ile z wszelakiej maści podstawkami, podkładkami i platformami do tej pory jakoś sobie radziliśmy biorąc na warsztat całkiem szerokie spektrum cenowe o tyle z przystępnie wycenionymi kondycjonerami i listwami bywało różnie. Dlatego też nie chcąc wywoływać stanów lękowych przeplatanych atakami histerycznego chichotu zamiast Furutecha Pure Power 6 za 40 kPLN dobrze byłoby móc zaproponować coś chodzącego w adekwatnej wadze. W tym celu postanowiliśmy zaryzykować i osobiście sprawdzić co piszczy w trawie już na początku cennika jednego z potentatów w tej dziedzinie – japońskiego Furutecha zamawiając na testy TP60 ER, czyli limitowaną wersję podstawowej i nie ma co się oszukiwać, najpopularniejszej listwy e-TP60E.

Już na sklepowej półce 60-ka przeciąga wzrok intrygująco czerwonym eleganckim kartonowym pudełkiem, co biorąc pod uwagę, że przeważająca większość konkurencji decyduje się na smutne szarości, daje jej kilka dodatkowych punktów przewagi. Po zsunięciu rubinowej banderolki jest już zdecydowanie spokojniej, choć trzymając w ręku opakowanie zaczynamy się zastanawiać, czy aby przypadkiem jego zawartość nie stoi przypadkiem gdzieś bok. Serio, serio – limitowana wariacja nt. podstawowego dystrybutora prądu Furutecha wagowo wpisuje się nawet w nie w trend „slim fit” co ostatnio zauważony przeze mnie przerażające „skinny”. Całe szczęście szybki rzut oka do wszystkowiedzącej sieci dał jednoznaczną i jasną jak słońce odpowiedź czemu tak jest. Skoro obudowę wykonano z lekkich aluminiowych profili – stanowiącego płytę górną szczotkowanego i anodowanego na czarno korpusu a we wnętrzu jest tylko okablowanie solid core poprowadzone od wejściowego IEC-a do sześciu gniazd wyjściowych typu Schuko,  to 0,94 kg przestaje dziwić i niepokoić. Zapobiegliwie pomyślano też o gumowych nóżkach zapobiegających przesuwaniu się listwy po podłodze.
Jak przystało na specjalistę od typowo audiofilskiej metalurgii w 60-ce nie mogło zabraknąć autorskich rozwiązań, więc niejako na początek wspomnę jedynie o tajemniczej technologii wykorzystującej materiał „Formula GC-303”, którym pokrywane są wszystkie łączenia i wewnętrzne powierzchnie obudowy, w celu eliminacji na drodze pochłaniania fal elektromagnetycznych tamże powstających. W odróżnieniu od wersji standardowej do wewnętrznego okablowania zamiast przewodów  14 AWG użyto …  jak to enigmatycznie stwierdził producent „nieco innych” połączeń o większej średnicy a zamiast gniazd FI-E30 ze złoconymi stykami z fosforobrązu (G) znajdziemy ich wersję rodowaną (R) mogącą pracować pod obciążeniem 1850 W.
Oczywiście podczas produkcji nie zapomniano o dwustopniowym procesie obróbki kriogenicznej (wymrażanie w temperaturze od -196 do -250°C ) i demagnetyzacyjnej (2-Step Cryogenic and Demagnetizing Alpha Process).
Tyle technikaliów i wrażeń natury ogólnej, czyli czas przystąpić do odsłuchów. Biorąc jednak pod uwagę, ze dostarczony przez katowicki RCM egzemplarz był fabrycznie nowy musiałem uzbroić się w cierpliwość i dać mu dłuższą chwilę pograć. Całe szczęście dziwnym zbiegiem okoliczności w czasie odsłuchów dysponowałem testowanymi równolegle zarówno monoblokami Electrocompaniet AW-180M z dedykowanym preampem  EC 4.8, jak i stereofoniczną końcówką Emotiva XPA-2 Gen 2. Słowem było czym Furutecha brzydko mówiąc „przedmuchać”. Po takiej, niewątpliwie hardcore’owej rozgrzewce przyszedł czas na bardziej krytyczne odsłuchy.

O samym wpływie Furutecha jako takim pozwolę sobie nie dyskutować, gdyż uważam, że pewnych oczywistych oczywistości udowadniać nie trzeba, a jeśli ktoś w nie wierzy, neguje i po prostu nie chce usłyszeć, to swoją przygodę z Hi-Fi spokojnie może zakończyć na radioodbiorniku Szarotka, bądź dowolnym boomboksie ustawionym na kuchennym parapecie a zaoszczędzone w ten sposób środki finansowe przeznaczyć np. na sadzonki Pelargonii. Jeśli jednak ów wpływ słyszymy, to wypadałoby jednak go w mniej, bądź bardziej lapidarny sposób określić i opisać. Cóż zatem Furutech robi? Cóż, po pierwsze redystrybuuje, rozdziela prąd pomiędzy wpięte do siebie urządzenia i już na pierwszy rzut ucha można autorytatywnie stwierdzić, że radzi sobie z tym nad wyraz dobrze. Nie dość, że nie odczujemy jego obecności pod postacią limitacji dynamiki, czyli obiegowego zmulenia, to dodatkowo zyskamy „małe co nieco” jeśli chodzi o swobodę i witalność dźwięku. Może zabrzmi to dziwnie i mało wiarygodnie, szczególnie patrząc poprzez pryzmat ceny tytułowej listwy, ale Furutech niejako uwalnia i wyswobadza potencjał wpiętej do niego elektroniki. Efekt jest o tyle intrygujący, że początkowo może się wydawać, iż całość brzmi lżej i bardziej eterycznie. Jednak nic bardziej mylnego. To nie środek ciężkości przesuwa się ku górze a podstawie basowej serwowana jest kuracja odchudzająca, lecz skraje pasma się poszerzają a wspomniany przed chwilą bas zachowuje się tak, jakby w iście ekspresowym tempie przeszedł obóz kondycyjny wespół z Navy SEALs. Stracił „oponkę” a przez to zyskał na szybkości, zwinności i motoryce przez co jego uderzenia subiektywnie odbieramy jako bardziej natychmiastowe i bezpardonowe – twardsze. Wystarczyło bowiem sięgnąć po „Aberrations Of The Mind” Morgana Lefay, by w pomieszczeniu odsłuchowym rozpętało się prawdziwe piekło. Potężne riffy gitar, obłąkańcze i wgniatające w fotel partie perkusji, za którą zasiadł Pelle Åkerlind z niemalże agonalnym rykiem Charlesa Rytkönena nad wyraz bezpardonowo pokazały, że żarty się skończyły. Podobnie sprawy się miały z iście subsonicznym utworem „Firestarter (Empirion Mix)” The Prodigy. Surowe, szorstkie i chropawe elektroniczne dźwięki oparto na potężnym i przytłaczającym basowym rytmie, co najwyraźniej przypadło do gustu Furutechowi, który ani myślał próbować ingerować w ten szaleńczy przekaz starczając do norweskich monobloków nieprzerwany i wartki strumień życiodajnej energii. Nie ukrywam jednak, że dość szybko okazało się, że sporą w tym zasługę ma egzystujący pomiędzy gniazdem ściennym a listwą uzbrojony w 50-ki NCF(R) przewód Furutech FP-3TS762, ale skoro summa summarum nijakich anomalii taki mariaż nie powodował, to warto taką konfigurację mieć na uwadze. Wróćmy jednak do 60-ki.
Wbrew obawom, czy przy tak energetycznym dole gdzieś po drodze nie zgubi się tak lubiane przez większość słuchaczy nasycenie średnicy spieszę donieść, iż wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie ma co prawda mowy typowo stereotypowym „lampowym” wysyceniu, ale bądźmy szczerzy – listwa nie jest od tego, żeby cokolwiek upiększać, maskować, czy faworyzować a dostarczać prąd elektronice, która ewentualnie takie zabiegi może oferować. Tak też jest i w tym przypadku. Jeśli nagranie jest w mirę neutralne o tak właśnie zabrzmi a jeśli ktoś przy konsolecie uznał, że warto trochę „poczarować” to z pewnością to Furutechem w torze wyłapiemy. Jako przykład niech posłuży „The Shape Of A Broken Heart & Acoustic Sessions” Imany, na którym niski, lekko matowy głos wokalistki przepięknie uzupełniają, dopełniają lśniące partie gitary i „robiące klimat” perkusjonalia. Co istotne świetnie zostały pokazane zarówno konturowość źródeł pozornych, jak i swoboda artykulacji i to bez jakże irytującego podkreślania sybilantów. Ot prawdziwe, płynące z głębi serca granie.
Nijak też nie można przyczepić się do odwzorowania akustyki pomieszczeń w jakich dokonywano nagrań. Może nie jest to regułą, ale część populacji złotouchych mniej bądź bardziej świadomie rezygnuje z akcesoriów „uszlachetniających” płynący z gniazdka prąd w obawie właśnie przed utratą wspomnianych mikro informacji i  niuansów. Jednak wielokrotne odtworzenie takich albumów jak bardzo „domowy” skupiony „Cantora” Mercedes Sosy, przepełniony kościelnym pogłosem „Cantate Domino”, czy równie bogaty we wszelakiej maści pogłosy i echa „A Trace of Grace” Michela Godarda.

Najwyższy czas zatem na werdykt. Czy można lepiej? To nie podlega nawet najmniejszej dyskusji – wystarczy tylko wspomnieć bezkonkurencyjnego i niestety adekwatnie do oferowanych możliwości wycenionego Pure Power 6. Można też gorzej i takich przypadków będzie z pewnością zdecydowanie więcej, lecz pozwolę sobie akurat w tym momencie nie posiłkować się konkretnymi nazwami i modelami. Jak zatem w moich oczach i uszach wypadł tytułowy Furutech e-TP60 ER? Szczerze i bez ogródek powiem, że nadspodziewanie dobrze. Jest niezwykle prawdomównym i praktycznie niezauważalnym, transparentnym akcesorium zdolnym potwierdzać zasadność swojej egzystencji w systemach za nieraz mało rozsądne kwoty. Jakie? Spokojnie możemy uznać, że granica 100 000 PLN niespecjalnie rodowaną 60-kę powinna stresować. Nie wierzycie? To na początek zainteresowanych odsyłam do naszej relacji z ostatniej edycji wrocławskiego Audiofila, gdzie w koncertowych wnętrzach Narodowego Centrum Muzyki  e-TP60 ER nader dzielnie radził sobie z dzieloną amplifikacją The Preamp /The Poweramp Einstein Audio Components napędzającą potężne Odeony No.38. Czy potrzeba lepszej rekomendacji? Ci co tam byli usłyszeli i uwierzyli a tym, którym dotrzeć się nie udało a szukają nad wyraz rozsądnie wycenionej listwy zasilającej o ponadprzeciętnych możliwościach nie pozostaje nic innego jak przekonać się na własne uszy. Jeśli jednak prawdomówność i transparentność wersji ER okaże się dla nich zbyt prawdziwa a jak wiadomo naga prawda nie zawsze jest piękna, zawsze można sięgnąć po „zwykłą” TP60E. Będzie cieplej, ładniej i przy okazji nieco taniej.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: RCM
Cena: 2 190 PLN

Dane techniczne:
Ilość gniazd: 6
Maksymalne obciążenie 1850W
Wymiary: 200 x 130 x 60 mm
Waga: 0,94 kg

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– DAC/Przedwzmacniacz/Wzmacniacz słuchawkowy: ADL Stratos
– Streamer/DAC/Przedwzmacniacz: Ayon S-3 Junior
– Przedwzmacniacz: Electrocompaniet EC 4.8
– Końcówki mocy: Electrocompaniet AW-180M; Emotiva XPA-2 Gen 2
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Spec RSA-717EX
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER; GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips