Monthly Archives: kwiecień 2017


  1. Soundrebels.com
  2. >

Audio-Technica wprowadza do sprzedaży całkowicie nowy gramofon hi-fi. Model AT-LP3 jest w pełni automatyczną konstrukcją, której funkcjonalność zwiększa wbudowany przedwzmacniacz obsługujący wkładki MM i MC. Urządzenie standardowo wyposażone jest w zaawansowaną wkładkę MM AT91R oraz pokrywę ochronną i obsługuje dwie prędkości odtwarzania.

Audio-Technica to legendarny, japoński producent wysokiej klasy wkładek gramofonowych, który od ponad pół wieku przenosi miłośników muzyki do magicznego świata analogowego dźwięku. Firma sukcesywnie wzbogaca także swoje portfolio o coraz to doskonalsze gramofony. Teraz na rynku debiutuje najnowsza konstrukcja w ofercie producenta – w pełni automatyczny gramofon hi-fi AT-LP3. Model ten, przy zachowaniu atrakcyjnej ceny, łączy wysokiej jakości dźwięk i funkcjonalne wyposażenie z perfekcyjną jakością wykończenia i łatwością obsługi.

Łatwy w obsłudze, przystosowany do współpracy z wkładkami MM i MC

Gramofon AT-LP3 został zaprojektowany tak, aby spełniał oczekiwania szerokiej grupy miłośników analogowej muzyki – zarówno tych, którzy zaczynają swoją przygodę z płytami winylowymi, jak i wymagających melomanów. Nowicjusze docenią w pełni automatyczną konstrukcję. Urządzenie jest gotowe do pracy już w chwilę po wyjęciu urządzenia z opakowania, a sam proces odtwarzania płyty wymaga jedynie jej umieszczenia na talerzu i… naciśnięcia przycisku Start. Po wykonaniu tej czynności ramię samoczynnie zagłębia się w rowku obracającej się płyty, a po zakończeniu odtwarzania automatycznie powraca do wyjściowej pozycji. Odtwarzanie muzyki może przerwać także użytkownik – wystarczy, że naciśnie przycisk Stop. Wymagających melomanów z pewnością ucieszy nietypowy przedwzmacniacz gramofonowy. W przeciwieństwie do standardowo stosowanych układów, które przystosowane są do współpracy z jednym rodzajem wkładki, MM lub MC, przedwzmacniacz w gramofonie AT-LP3 obsługuje oba rodzaje wkładek. Rozwiązanie to zapewnia użytkownikowi możliwość wyboru ulubionej wkładki bez potrzeby kupowania dodatkowego, zewnętrznego przedwzmacniacza.

Kompletnie wyposażony, zaprojektowany tak, aby dostarczał bardzo dobry dźwięk

Audio-Technica AT-LP3 jest nie tylko łatwy w użytkowaniu, lecz także bardzo dobrze wyposażony. Standardowo urządzenie dostarczane jest z wkładką Dual MM AT91R, którą Audio-Technica przygotowała specjalnie dla tego gramofonu. Wkładka wykorzystuje aluminiowe ramię igły, które dzięki swojej niewielkiej wadze i wysokiej sztywności zapewnia doskonałą czułość i pozwala odtworzyć najdrobniejsze detale muzyki zapisanej w rowkach płyt. Wkładka wraz z uniwersalnym, demontowalnym headshellem AT-HS3 mocowana jest do prostego, zbalansowanego ramienia z hydraulicznym tłumieniem. Model AT-LP3 wyposażony jest także w aluminiowy talerz, cechujący się właściwościami antyrezonansowymi. W skutecznym tłumieniu wibracji pomaga gumowa mata o grubości 4,5 mm. Talerz napędzany jest za pomocą paska i może obracać się z jedną z dwóch prędkości: 33 1/3 lub 45 obr./min.

Gramofon Audio-Technica AT-LP3 już jest dostępny w sprzedaży. Poglądowa cena detaliczna urządzenia wynosi 1199 zł i obejmuje także ochronną pokrywę.

Dystrybucja: Audio Klan

  1. Soundrebels.com
  2. >

Bezkompromisowe rozwiązania mają to do siebie, że wyznaczają poziom absolutu do czasu pojawienia się jeszcze lepszych możliwości. Tym tropem idą od lat inżynierowie Accuphase, nieustannie analizując dostępne rozwiązania i podnosząc poprzeczkę w swoich urządzeniach. Przykładem najnowsza, czwarta generacja referencyjnego źródła w postaci napędu DP-950 i dedykowanego przetwornika DC-950. Z zewnątrz różnice są niewielkie – widać tylko powracające w wielkim stylu kreskowe wyświetlacze, które wykazują się lepszą czytelnością niż kropkowe. Dopracowano do perfekcji sposób działania przycisków sterujących, a także napęd, który działa bardzo miękko i bezszelestnie. A propos tego ostatniego, DP-950 dysponuje tradycyjnym pancernym SACD, opracowanym samodzielnie i ulepszonym w stosunku do poprzednika: zastosowano tu konstrukcję poprawioną pod kątem tłumienia drgań mechanicznych (osłona większa o jedną czwartą i cięższa o 1 kg), lżejszą głowicę z laserem, a także skuteczniejszy docisk płyty za pomocą przeprojektowanego krążka z magnesu neodymowego. Najważniejszą cechą obydwu urządzeń jest druga wersja firmowego złącza HS-LINK, w którym sygnał taktujący jest oddzielony od dźwiękowego, dzięki czemu wyeliminowany jest jitter. Rozwiązanie to jest kompatybilne ze starszymi źródłami Accuphase. DP-950 umożliwia także odczyt płyt w formacie DSD, zapisanych przez użytkownia samodzielnie na płytach DVD-R/RW. Dekodowanie sygnału w przetworniku – a raczej „precyzyjnym procesorze dźwięku” – DC-950 jest realizowane przez 8 niezależnych ultra-szybkich układów połączonych równolegle, które wykorzystują firmowy patent MDSD (Multiple Double Speed DSD) dla sygnału DSD oraz MDS++ (Multiple Delta-Sigma) dla PCM. DC-950 dysponuje ośmioma wejściami cyfrowymi, w tym USB typu B, które przyjmuje sygnał do 1 bit / 11.2896 MHz dla DSD oraz 32 bit / 384 kHz dla PCM. Mimo że ilość modułów DAC w stosunku do poprzednika zredukowano o połowę, każdy z nich charakteryzuje się średnio 2.8-krotnie lepszymi parametrami niż pary zastosowane w DC-901, co skutkuje dwukrotnie wyższym poziomem sygnału na wyjściu sekcji DACa, o 20 % niższym poziomem szumów własnych i stosunkiem S/N na poziome 122 dB.


Obydwa urządzenia dysponują układami zasilającymi, których nie powstydziłyby się najlepsze wzmacniacze: mamy tu po dwa transformatory toroidalne oraz baterię kondensatorów filtrujących z pojemnościami o ponad połowę większymi niż do poprzednich modelach. Obudowy i montaż poszczególnych sekcji przeprojektowano pod kątem eliminacji drgań, zastosowano też panele wykończone drewnem polerowanym na wysoki połysk, zwyczajowo zarezerwowane są dla topowych konstrukcji Accuphase.
Cenę każdego z urządzeń ustalono na 99 000 zł.

Dystrybucja: Nautilus

  1. Soundrebels.com
  2. >

Gramofon jest wynikiem kooperacji  firm Pro-Ject Audio Systems i Universal Music Group, zawiera motyw jednej z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych grup wszech czasów – The Beatles. Konstrukcja wykorzystuje rozwiązania technologiczne modelu Debut Carbon Esprit SB. Wszystkie użyte podzespoły takie jak wkładka Ortofon 2M-RED, rolka z aluminium, elektroniczna stabilizacja i regulacja obrotów, talerz z akrylu oraz nowe sterowanie silnika, są elementami najwyższej klasy. Gramofon posiada w zestawie plastikową pokrywę, wysokiej jakości przewód sygnałowy Connect It E (RCA-RCA) oraz wszystkie niezbędne akcesoria potrzebne do ustawienia i kalibracji.

Jego dźwięk jest jednocześnie emocjonujący i relaksujący, muzykalny i szczegółowy, podobnie jak muzyka z The Beatles. Motyw graficzny znajdujący  się na białej plincie gramofonu przedstawia kopie biletów z legendarnego światowego tour w 1964 roku kiedy grupa zagrała 26 koncertów.
Cenę gramofonu ustalono na 2850 zł.

Dystrybucja: Voice

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

I think, that most of you will agree with me, that the Austrian brand Ayon is part of the demanding world of audiophiles and High End for at least some years. And at that it is very recognizable. I know, that a statement in the manual, that the buyer now belongs to the elite, does not really mean anything, but I have met many people devoted to good sound, who endorse the brand, and the statement in the manual has essence behind it. Interesting is also the fact, that most of those people have devices from the medium, or medium-higher, price range of the brand, and not the most expensive items. We can only guess, what the result of that would be. And you know what? The Soundrebels project came to life just for that reason, also to test the top of the top. The main driver behind our portal is to be fully emotionally involved in our hobby and have an easier way in getting the top offerings of some brands in our listening room. And this is what allowed me to be able now to invite you to read a review from the few weeks I spent with the newest brainchild of Gerhard Hirt, very close to the top of his portfolio, the monophonic power amplifiers Ayon Crossfire Evo. But this is not the only device we’ve go, as the Polish distributor, the company Nautilus, decided to supply us also with the Spheris preamplifier as well as signal and speaker cabling from Siltech and power cords from Acrolink, to exploit full synergy of the amplifier. As you can see from the list, the distributor is fully aware, that on this level nothing can be left out, so he was really prepared for the test.

The description of the looks of the tested Austrian amplifier is a bit difficult, as trying to write something extra, we will not escape repeating ourselves, as the offering of the company is very much unified. Regardless of that, the design of the amplifiers, monoblocks, sound sources or preamplifiers are tasteful enough, that we are not able to destroy the positive perception of the brand with those repeated statements. But let us go back to the topic. Trying not to talk too much I will concentrate on the main topic of our test, the monstrously deep monoblocks. As you can see on the photos, the Evo power amplifiers are quite narrow, so the manufacturer decided to increase their depth to be able to place the big transformers, covered with silver cups on them. This, of course, increases the demand regarding the audio racks you need to place them on. But nobody said it will be easy in High End. The case is simple – if you have the money for the horse, you also need it for the carriage. Having told about the problems with placement, let us continue with the description. In the front of the chassis there is the main aspect of those amplifiers – the vacuum tubes. The ones used are mostly special, individual designs from Ayon, what makes changing them a bit more troublesome. But for me this is a non-issue, as I am only interested in the final sonic effect of the tested device, and I will try to write about that a bit later. Finishing the description of the external design I must add, that on the top, in front of the shining tubes, there is a VU meter, which is used to adjust their bias. On the front there is also a red company logo, while on the back panel two sets of loudspeaker terminals, one for 4 and one for 8 Ohm. There are also switches that allow for a ground break, as well as initiate the adjustment of the bias current. Of course we have there also the input terminals in XLR and RCA version. I think, that the significant weight of the amplifier is already obvious. This we need to take into account thinking about the placement of those units at home. The final, yet very important detail, is the placement of the main power switches on the bottom of the unit, near the left front foot.

The tested amplifier set is, if you consider the opinions of orthodox tube amp lovers, the most noble version of such set, as it works in class A and SE setting. Knowing this, there is one thing, you must consider when using those amplifier, namely to have some efficient, easy to drive loudspeakers at your disposal. Fortunately my Austrian cabinets (Trenner & Friedl Isis) are dedicated to amplifiers like the Ayon, so we dismissed this problem from the equation, as there should be synergy between the electronics and the speakers. Theoretically I should now be able to start describing my impressions, but after having played some discs and switched over a few times to my reference system, I noticed some things not working along my sound esthetics. What am I talking about? Let me explain. Like I mentioned before, the distributor provided a complete set of cabling with the electronics. Everything seemed fine, but knowing my system, especially my loudspeakers, all the time I felt some shortcomings in the area of midrange/bass turnover. This was not a big issue, a nuance at most, but knowing I have a class A Single Ended amp at home, it should be better. So how did I managed that? Very simple, I exchanged the signal Siltech for the Hijiri and immediately the sound got the signature I wanted, and I finally could start to inhale what the Austrian tubes installed in the Crossfire Evo can deliver.

Trying to put some general insight into the three weeks of playing around with the Ayon cannot go around a few very interesting points for considering by the potential buyers. First of all, the Evo sounds very pleasant, at first contact somewhat dark sound, but in fact, after looking into it a bit longer, very airy sound. There is no trying to put emphasis on timbre and mass of the sound. It is just that the virtual stage is presented against an absolutely fantastic, black background. We get the full spectrum of sound with good weight and resolution, what transfers into tight bass and dense midrange, at least for as far as it is possible with a 30 Watt A class SET. Interestingly, with such approach, when I used the cabling provided by Nautilus, I thought, the treble allows itself a bit more than my solid state amp, and I would expect something like that. It turned out this was just the result of the good resolution of the midrange, and not underlining of the treble per se. And this presentation of the treble was what made me change the cables, as I think that many people would leave the Dutch cables in their systems. For me, however, those cables were too eager to present their point of view on the music. Another fantastic point for the tested Crossfire Evo is the way it presents the sound stage. Showing its real dimensions, together with the building up of the 3D spectacle, are the confirmation of belonging to the elite. I know, that everyone has those sound attributes at home, but knowing the brute audiophile life, I recommend against checking the capabilities of the tested power amplifiers, as after that, that what you have may no longer be acceptable. The third theme, combining the positive aspects of the tube dragons into one, is the adding of the vividness to the sound, which can only be done by a turntable, a reel-to-reel tape deck or a tube amplifier. So when we look at the positive aspects of the tested duo, then it could look, as if we have an absolute here. And you know what? Taking into account of what I heard, it was almost like that. But almost does not mean, that the absolute was complete. So what shortcomings would I mention? Unfortunately, despite claims made by some audio owners, there are no universal items. The fight for most truthful reproduction of beauty in music, emphasizing the composure of the sound, almost always results in not being able to reproduce the heavier part of the genres. If you do not agree with me, then you can just switch off your computer, and I will not blame you, and you will have more time for yourself. But if you think I am right, then please read on. Before I will defend my views, I want to show you, that those are issues I forced to appear, as those are possible only when you cross the borders of the abilities of a given product, something a potential music lover surely will not do. Having explained why I am nitpicking, I will say, that most of the music I listened to, during the test, turned out fantastic. Was it baroque music, with its instruments, which love the smoothness, timbre and the spark in the highest parts of the spectrum, as well as the multitude of sustain, or a jazz trio, or even a bigger free-jazz formations, everything sounded in such a way, that only silence at the end of the played disc made me stand up from my listening chair. Music presented this way, although different to what I have on a daily basis, seemed devoted from any flaws. This was a meeting that does not happen often. I will not make a list of components I listened to, that had the same influence on me, but the Ayon easily joined the best. And it does not matter, that a similar perception was sometimes created by solid state devices, what is important, is the Ayon being part of the described stream. Here a small counterpoint. The world around us is not a fairytale, and while in one aspect we can be on top, in some others it might be worse. I am not sure, if this what I will describe now, was the flaw of the Austrian set, although 30 Watts has its limits, and my loudspeakers, while being easy to drive, are not the summit of efficiency. They have only 90, and not 95 or 100 dB. But enough of this description. You are all aware, that rock requires power. And it was with similar climates, like metal, folk-metal or old hard-rock of AC/DC that I felt, that my 200 Watt strong solid state Reimyo power amp did better. There was not this homogenous tube sound, but the drive, the reproduction of rhythm, or the speed of attack showed, that either we need to have easier loudspeakers connected to the EVO, or we should not listen to this kind of music. I defined my priorities long ago, and I am a follower of calmer music, and I assure you, that if I would be in for tubes, then the product from Gerhard Hirt would fully fulfill my expectations. But trying to be as conscientious as possible, I must try out also the genres that may make me lose my hearing, and those showed, that in this setup, the atmosphere of a rock concert might not be reproduced completely, in terms of volume, energy of the drums and the wall of sound created by the guitars. But I will repeat, this is an extreme, and for such kind of music, you do not look for refined tube amplification, but rather a monstrous solid state amplifier. Point.

Placing the tested monoblocks against the Japanese amp, and having somewhere in memory, that the Ayon sometimes sounds bright, despite having loads of tubes on the back, I feared a bit, that what I could achieve with the densely sounding solid state, would not be feasible with the Austrian. Well, in some aspects I was right (the madness of musical rebellions), but taking into account the repertoire I like, baroque and jazz, then the two different schools of making audio gear provided similar results. Of course, a tube is a tube, but regardless if the amplifier was using tubes or transistors, many aspects of the High End remained the same.  But whatever I would write, if you are focused to have some glass tubes in your audio path, and would like to hear their charm on the highest level possible, then the tested dual mono amplifier from Ayon, the Crossfire EVO, should be the first step in your path. If you leave them out from your listening list, you will loose a lot. They are really worth learning to know them.

Jacek Pazio

Opinion 2

Among the vast number of brands available on the market, there is one, which despite good opinions, many years of being on the market and being very recognizable, still provokes an allergic reaction among some audiophiles. This not the time and place to try and find out, who did something to whom, but it is a fact, that each time when this brand appears in reviews, or even show reports – any mention of Ayon creates a wave of not very elaborate hate. Leaving the embarrassing fact aside, that most of the people suffering from Ayonfobia only saw the tested devices on pictures, and they never listened to them plugged in their own systems, or at least in places known to them, and it is clear, that those people are right, while all the others, who admit, they like the tubed technology wonders and would like to own them, must be deaf, insane and are cheated. Looking at this from a broader perspective, it is clear, that it is absolutely local, limited only to our country, and when I looked at different European and American forums and audio portals, I never encountered anything similar. Most probably the Western civilizations approach our hobby with some more distance, that our local “messiahs”. This hobby should be relaxing, and instead of black PR, Western people prefer to share their own experiences or be happy with the happiness of others.
We have a similar approach, and while the Krakow-Warsaw Nautilus always serves us with tasteful, audiophile chunks, it would be an indelicacy to say no to that, and not test them, just because someone’s keyboard will become red hot and another stream of calumny will flow into internet. This is the reason, that after the Ayon Conquistador / Ayon Vulcan Evo, which accompanied the loudspeakers Lumen White White Light Anniversary, time came to explore the Austrian specialties further. Fearing, that some of the softer readers could enter into some fearful-depressive state, we did not reach for the top of the catalog and test the Titan Evo, but instead of those, we decided to tackle the smaller Crossfire Evo monoblocks. This allowed us to have only 80 kg to carry around, instead of 130, what our backs welcomed, and we only narrowly went over the psychological threshold of 1 00 000 zlotys.


However those, who would think that the tested Ayon would have modest design and size, would be really mistaken. I am very sorry, but they would be really disappointed. First of all, the quality and solidity of manufacturing, as usual with products signed by Gerhard Hirt, do not leave any space for discontent, especially as unification of the product lines is the unmistakable proof, that you can make an armored chassis a recognizable element of the brand. The rounded edges and chassis made from centimeter thick aluminum slabs, brushed and anodized black, house rounded covers for the transformers at the back, while in the front you can find the vacuum tubes. Talking about the latter, it is worth mentioning, that we have the rectifying tubes 5U4G in the power supply, control stage 6SJ7 hidden in metal coats and finally, in the output stage, the AA82B, an Ayon design, manufactured by the Czech Tesla. Attention is also drawn by the fact, that the control stage was redesigned for the amplifiers, and besides the sound path being significantly shortened, to increase its efficiency, a directly heated triode is now its main item – the AA20B (DHT).
Standard details for the Austrian amplifiers are the company logo in the front, of course lit from the back, and the VU meter on top, used to adjust bias for the output tubes.
The back plate also does not leave us disappointed. We have at our disposal high quality loudspeaker terminals WBT NextGen with separate connections for 4 and 8 Ohm, line inputs in RCA (WBT NextGen) and XLR standards, bias and ground switches, an informational display and a power socket integrated with a fuse. The main power switch is hidden on the bottom, near the front left foot. Additionally it is worth mentioning, that assuring the longevity of the tubes, there is an automatic soft-start circuitry, which tests and slowly powers all the tubes within 60 seconds from power on.
As you will need to provide proper ventilation, I will just mention, that the Crossfire has a depth, which will be troublesome with standard audio racks. So if you are thinking about the Austrian amplifiers, you should have special racks in place, with at least 60 centimeter of depth.

Despite the small, at least theoretically and on paper (30-35 Watts) of the tested amplifiers, I decided to leave aside the conventions and non-essential hors d’euvres and go straight for the main dish. So in the player I placed the compilation “The Ozzman Cometh – The Best Of Ozzy Osbourne” Ozzy Osbourne, which surprised me from the first notes not only with unusual fleshiness and truly caramel timbre, but also with the volume of the sound typical for big power amplifiers. Additionally, together with the power, went masterful control and lack of resolution loss even at concert volume levels. You cannot listen to Ozzy at low sound levels, so also this time, taking advantage from the fact that there are no neighbors around, and so there were no limits to the amount of decibels I could release into the air. So I did batter with great satisfaction. Leaving aside the fact the compilation has absolutely no chance of becoming an audiophile classic, it could carry the listeners easily. The legs started moving to rhythm on their own, and the balding head started to reminiscent days, when it was covered with a plentitude of hair. This was a classy, rock sound with appropriate swing and uncompromised energy, which was very close to the esthetics offered by the menstrual Octave Jubilee. Of course there was still some distance to the German “high towers”, but the association of the Ayon with the top Octave is for sure an ennoblement for the first.
Remaining in the typical rock esthetics, but enriching it with the feminine factor, I took the soundtrack “Songs of Anarchy, Vol. 4”, where, amongst others Katey Sagal sings. The presence of the beautiful gender turned my attention to the beautiful timbre, slightly enlarged vocals and the first plane being presented a bit to the front, but without exceptional Gigantomania and impudence. It was rather about making the sound more attractive and not faked. I could also not find any signs of darkening and some viscosity of the sound, which is sometimes mistakenly with tube technology, although Ayon, from its beginnings, did not fall into too much of caramel. I am mentioning that not only from the obvious – reviewers point of view, but also due to a kind of stereotype mentioned during some audiophile meetings, that the Austrian electronics would sound too analytical, or even clinical and “solid state” in the negative aspect of this description. But there is absolutely no truth in that, and those statements can be regarded as fairy tales. The reality is dramatically different. This is masterful musicality based, on one hand, on the very noble presented resolution, while on the other, on very suggestive dynamics. The gradation of planes, air on the stage and holographic precision of the positioning of virtual sources were typical for top SET constructions, while the mentioned dynamics, both in micro and macro scale, declassed all conventional solutions, based on 2A3 and 300B tubes.
But please do not worry, that the Crossfire Evo is an untamed beast, able to dominate and subdue all recordings making a Rammstein concert out of them.
It was enough to reach for “Afro Bossa” Duke Ellington (& His Orchestra) or “Wallflower (The Complete Sessions)” Diana Krall, to allow being smoothened by Latin rhythms and lazy melodies of jazz standards. The two examples above allowed to tick off another point in the reviewer’s table – the ability of the tested electronics to discern and show differences of esthetical-recording nature of those pieces. There is, or at least there should not be, any doubt, that the “Afro Bossa” from 1963 was recorded in completely different technical reality than the “Wallflower” from 2014/2015, but I know that there is electronics, or loudspeakers, which imprint such own impression in the final sound of the system, in which they are placed, that the characteristics of the played material are suppressed, or in extreme cases, completely removed. Fortunately this time nothing like that happened, so we could enjoy the nuances present in the recordings done about half a century apart, and decide for ourselves, if the direction taken in the recording studios is the right one, and if the currently used, almost cosmic technology, helps or rather makes the contact between the artist and the public more difficult. Please do not get me wrong – I have nothing against Diana Krall, and I like her music very much, but compared with Ellington, the Canadian comes over a bit artificial, as if even the smallest detail needed to be polished, and the spontaneity and interactions between musicians were lost along the way. Everything is seemingly perfect, but with Ellington you can have a more natural feeling.

For the end I left the answer to the question, nurturing not only me, but also some of the owners of the integrated Crossfires, if, and if yes, how much better do the monoblocks sound. Well… Trying to keep a balanced tone of my writing, and trying not to fall into too much euphoria, I am inclined to say, that the mono Crossfire Evo are separated from the Crossfire 3 by an abyss, proportional to the difference in price. Gerhard Hirt told the truth, during his visit in Krakow, that the Cross 3 is the maximum he can get from this integrated platform. This is the reason, that additional increase in quality is possible only going over to separated versions, what is confirmed by the current test. You can try a workaround in the form of the stereo power amplifier Crossfire PA and the preamplifier Auris or Polaris, but going that way, we should think for a moment, how long we will be happy from the changes made, and after what time, we start to pester ourselves, if it would not be better to go for the audiophile finishing-line. But there is no doubt, if we already own a high quality preamplifier, or an equally refined sound source with regulated output stage, the Cross PA seems to be a very good proposal, what we learned while testing the Spirit and Spirit PA .

Presenting the monoblocks Crossfire Evo, Gerhard Hirt confirms another time, that the Ayon did not say his last word in terms of dynamics and resolution possible to achieve in the seemingly minimalist SET configuration, and the usage of the 82B triode controlled by 20B turned out to be bulls-eye. If somewhere in the edges of your audiophile soul there is a fire of desire for a classic, triode SET, and at the same time you are addicted to dynamics, typical for big symphonics and heavy rock, then you should give the tested monoblocks a listen. The Crossfire Evo combine those two elements making us achieve something seeming unreachable – eat a cake and still have a cake. Impossible? If you think so, then please listen to the Ayon, preferably in combination with a classy preamplifier of the class of the Spheris, which we received from the distributor to amend the test of the power amplifiers.

Marcin Olszewski

Distributor: Nautilus / Ayon
Price: 94 900 PLN/pair; with tubes AA82B + 9 900 PLN

Technical Details:
Class of Operation: SE- Triode, pure Class-A
Tube Complement: AA62B or AA82B
Load Impedance: 4 & 8 Ω
Negative Feedback: 0dB
Bandwidth: 10Hz – 60kHz
Output Power: 30W or 35 Watt
Input Impedance: 47 KΩ
Frequency Response: 10 Hz – 50 kHz
S/N ratio: 92 dB
Input sensitivity (full power): 600mV
NFB: 0dB
Input: RCA & XLR
Dimensions (WxDxH): 32x60x25 cm
Weight per unit: 40kg

System used in this test:
– CD: ReimyoCDT – 777 + ReimyoDAP – 999 EX Limited
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Loudspeakers: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
– IC RCA: 聖HIJIRI HGP-RCA “Million”
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V; Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

W kalendarzu większości audiofilów od lat egzystuje kilka imprez, na których osobista obecność, bądź chociażby pilne śledzenie pojawiających się czy to w trakcie, czy też od razu po  relacji wydaje się oczywistą oczywistością. W styczniu jest C.E.S (Vegas), w maju High End (Monachium), we wrześniu berlińska IFA i oczywiście listopadowe Audio Show. W tzw. międzyczasie najwierniejsi akolici referencyjnych dźwięków pojawiają się jeszcze na CanJamie, Axponie, RMAFie, niezliczonych azjatyckich show-ach i tak na upartego jeśli tylko czasu i środków by starczyło to może nie co weekend, ale co dwa-trzy można znaleźć całkiem sensowny pretekst do podróży. Jeśli do tej listy dopiszemy koncerty ulubionych wykonawców i tematyczne festiwale bardzo szybko okaże się, że doba staje się zdecydowanie za krótka a tzw. niezagospodarowany czas wolny przestaje mieć jakąkolwiek rację bytu. Dlatego też w podążaniu za związanymi z naszym hobby imprezami trzeba umieć zachować umiar i wybierać te, które rzeczywiście coś nam dają,  ubogacają, bądź po prostu wprawiają w wyśmienity nastrój. W naszym przypadku na obowiązkowej short-liście były do tej pory dwa stołeczne eventy, czyli Audio Show i Dom Inteligentny, monachijski High End i cykliczne spotkania czy to w ramach muzycznych eksploracji w Studiu U22, czy niestety chwilowo zawieszonego wrocławskiego Audiofila. I tak żyliśmy sobie w błogiej nieświadomości o tym, że coś niepostrzeżenie nam umyka. I stan taki trwałby pewnie nadal, gdyby nie Audio Klan, który postanowił nam pokazać dystrybuowaną przez siebie markę, czyli Yamahę od nieco innej, aniżeli ma to miejsce podczas audiofilskich spotkań, strony i zaprosił na odbywające się we Frankfurcie Międzynarodowe Targi instrumentów i akcesoriów muzycznych Musikmesse 2017.

Oczywiście świadomość, że Yamaha to nie tylko Hi-Fi, ale i instrumenty muzyczne, czy motory, silniki i inne ustrojstwa cały czas egzystowała w naszych mózgownicach, jednak co innego mieć o tym jako-takie pojęcie a co innego móc może nie wszystkiego, ale nieco szerszego spektrum osobiście doświadczyć. O ile jednak dział motocyklowy dane mi było nieco bliżej poznać już w zeszłym roku w ramach zorganizowanego w położonej w Gerno di Lesmo siedzibie Yamaha Motor Racing eventu Yamaha MusicCast Round 2, to część pro-audio i czysto muzyczna pozostawała jedynie bladym wyobrażeniem. Tymczasem we Frankfurcie na w pierwszej chwili przytłaczającej swym ogromem przestrzeni targów japoński producent mając do dyspozycji czterokondygnacyjny Portalhaus mógł z nieco większym aniżeli na typowo audiofilskich wystawach rozmachem pochwalić się swoim asortymentem, który nie tylko można było obejrzeć i dotknąć, lecz przede wszystkim użyć i na własne uszy przekonać się jak radzą sobie z nim profesjonaliści w ramach większych i mniejszych projektów muzycznych.

Zacznijmy jednak od naszej działki, czyli Hi-Fi, które to akurat w przypadku Yamahy – za sprawą rewolucyjnej technologii MusicCast przenika zarówno do „dywizji” profesjonalnej, jak i właśnie muzycznej. I tak też było tym razem, gdyż praktycznie do woli mogliśmy (oczywiście na miarę posiadanych umiejętności) znęcać się nad wyposażonymi w ww. kanał komunikacji fortepianami (z rodziny Disklavier), pianinami Clavinova a także poznać gorącą, dopiero co wprowadzoną nowość – adapter / bezprzewodowy odtwarzacz sieciowy Yamaha MusicCast WXAD-10 a w raz z nim wreszcie dodaną obsługę serwisu TIDAL. Wróćmy jednak do klawiszy, gdyż o ile działanie MusicCasta w firmowych fortepianach i pianinach już mieliśmy okazję doświadczyć, to tym razem do grona wzbogaconych o ww. funkcjonalność instrumentów dołączyły iście high-endowe dzieła sztuki sygnowane przez … legendarnego Bösendorfera. Niby biorąc pod uwagę fakt, że austriacka marka od 2008 należy do Japończyków taki stan rzeczy nie powinien nikogo dziwić, niemniej jednak takie połączenie sięgającej 1828 r. historii i ultranowoczesnej technologii rodem z Kaju Kwitnącej Wiśni dla większości zwiedzających był prawdziwą niespodzianką.
Niezwykle intrygująco wypadła również eksploracja oferty skierowanej na rynek pro, gdzie jak się okazało MusicCast nie tylko jest obecny, ale stanowi niejako pomost łączący wspomniane wcześniej segmenty japońskiej oferty w nieraz niezwykle rozbudowanych i skomplikowanych instalacjach, gdzie oprócz fortepianów i systemów multi-room do głosu dochodzi typowa domowa inteligencja, czy nawet aparatura studyjno – koncertowa.

Nie zabrakło oczywiście jakże miłych oczom większych i małych chłopców przepięknych jednośladów, choć akurat w ich przypadku możliwości do testu tym razem niestety nie było.

Kontynuując watek około-audiofilski pośród nieprzebranego mnóstwa instrumentów i elementów wyposażenia studiów nagraniowych udało mi się wyłowić dwie ekspozycje fińskiego Amphiona, który równie dobrze co na rynku Hi-Fi radzi sobie w branży pro. Trudno się z resztą temu dziwić, gdyż Ansi Hyvonen od lat wychodzi z założenia, że sytuacją idealną jest taka, gdy począwszy od nagrania, poprzez mastering i na odsłuchu kończąc najlepiej jest mieć możliwość korzystania z możliwie zbliżonych do siebie technologicznie, konstrukcyjnie a przede wszystkim brzmieniowo rozwiązań. Słuszność takiego podejścia potwierdzają opinie ni tylko użytkowników końcowych, co najznamienitszych przedstawicieli branży studyjnej, a więc całkowicie nieczułej na audiofilskie farmazony z Brucem Swedienem i Jesperem Kydem włącznie.

Kolejna marką, która zwróciła moją uwagę była zupełnie nieznana, zajmująca się produkcją ustrojów akustycznych i obudów kolumn głośnikowych pochodząca z Łotwy manufaktura aija. Jak widać na załączonych zdjęciach obudowy prezentują się świetnie a jakość wykonania nie pozostawia miejsca na jakąkolwiek krytykę, tym bardziej, że pokazane we Frankfurcie „skrzynki” ewidentnie wyglądały na dedykowane rynkowi konsumenckiemu a nie profesjonalnemu, co niejako jasno daje do zrozumienia, że Łotysze mają chrapkę na kawałek naszego – audiofilskiego tortu. Co z resztą bardzo cieszy, gdyż mając świadomość problemów z jakimi borykają się m.in. nasi rodzimi producenci szukając solidnych dostawców obudów daje spore szanse na sukces. Pytanie tylko, czy cena 999 € nie okaże się przypadkiem zbyt dużym wyzwaniem. Pożyjemy, zobaczymy.

Wśród grona świetnie rozpoznawalnych brandów nie mogło zabraknąć Pioneera, który ze swoją DJ-skim katalogiem przyciągnął spore grono miłośników zarówno winylowego, jak i cyfrowego skratchowania.

No dobrze. Naskrobałem co nieco o rzeczach na których jako-tako się znam, więc czas najwyższy wkroczyć w obszar po którym poruszam się niemalże po omacku i swoją rolę ograniczam głównie do roli biernego odbiorcy. Krótko mówiąc doszliśmy do momentu, w którym przechadzając się pośród ekspozycji kuszących najprzeróżniejszymi instrumentami mogłem co najwyżej je podziwiać i niejako przy okazji wsłuchiwać się w to, co na nich wygrywają inni. A proszę mi wierzyć, że to, co dzieje się na Musikmesse przekracza wszelkie wyobrażenie. Niby targi instrumentów rządzą się swoimi prawami, lecz nigdy bym nie przypuszczał, że tego typu impreza jest w stanie przyciągnąć takie rzesze uzdolnionych ludzi. Może zabrzmi to niezbyt realnie, ale praktycznie na każdym stoisku można było usłyszeć nie tylko dorosłych, ale i ledwo co odrośnięte od ziemi szkraby, którzy po prostu grali i robili to dobrze. W dodatku czynili to z taką naturalnością, jakby przyszli do sklepu kupić buty, czy kurtkę i po prostu je przymierzali. Efekt co prawda w pierwszej chwili mógł wydawać się nieco kakofoniczny, lecz dosłownie już po chwili z łatwością dało się wyławiać co ciekawsze „jamy” i podążać w ich kierunku.

Ekspozycje z instrumentami pozwoliłem sobie podzielić tematycznie, co z resztą dokonali również sami organizatorzy starając się w poszczególnych halach kumulować producentów parających się danym segmentem i nie wywoływać niepotrzebnych niesnasek związanych z zagłuszaniem się jednych przez drugich. I tak na pierwszy ogień idą wszelakiej maści skrzypce i wiolonczele – zarówno te klasyczne, jak i mocno futurystyczne – zelektryfikowane.

Drugi przystanek mojej frankfurckiej marszruty stanowiły dęciaki, wśród których moją uwagę przykuły egzemplarze dostępne w dość intrygujących barwach, co wyraźnie wskazuje na to, że chęć podkreślenia własnej indywidualności dotyczy nie tylko gwiazd rocka.

A teraz instrumenty, które jeszcze do niedawna budziły jakby nie patrzeć dość pejoratywne skojarzenia, czyli akordeony, którymi koszmarnie fałszując zamęczali w środkach komunikacji miejskiej przedstawiciele dość nieokreślonych narodowości. Tymczasem prezentowane na Musikmesse instrumenty nie dość, że wykonane w większości przypadków z kunsztem dorównującym jajom Fabergé w rękach obecnych na targach wirtuozów potrafiły wprawić w zachwyt.

Wśród prezentowanego instrumentarium nie mogło oczywiście zabraknąć instrumentów klawiszowych i oprócz zaprezentowanych już wcześniej fortepianów i pianin Yamachy można było zapoznać się z ofertą innych światowych legend w stylu Kawai, czy Steinway & Sons, lub wybierać z portfolio mniej znanych firm.

Niezwykle miłym doświadczeniem okazały się również prezentacje harf i to nie tylko tych klasycznych, ale i bardziej mobilnych – elektrycznych, które swoją soczystością i zadziornością potrafiły wprawić w konsternację niejednego fana ostrego łojenia. Jednak zanim przejdziemy do gitarowych riffów i nieco cięższych klimatów pozwolę sobie zwrócić uwagę na oscylujący w zupełnie innej estetyce instrument, czyli japońskie Koto, którego brzmieniem przez blisko pół godziny, z zapewne dziwnym wyrazem twarzy, się delektowałem, gdyż grające na nim filigranowe dziewczę okazało się prawdziwą mistrzynią umiejącą połączyć eteryczność i oszałamiającą wręcz szybkość z muzykalnością i spokojem. Niby pod względem systematycznym powinienem koto umieścić wraz z gitarami, ale finezją i wysublimowaniem zdecydowanie bliżej mu właśnie do harf, więc niech przynajmniej w mojej relacji wraz z nimi zostanie.

Skoro jesteśmy przy gitarach, to uczciwie trzeba przyznać, że instrumenty te, oprócz perkusjonaliów (o których dosłownie za chwilę) należały do najliczniej reprezentowanych źródeł dźwięków. Począwszy od klasycznych akustyków po wersje wzbogacone o najprzeróżniejsze przystawki i equalizery na typowych elektrycznych wiosłach skończywszy można było wybierać i przebierać w setkach, jeśli nie tysiącach modeli i wzorów. Najlepsze jednak było to, że praktycznie po każde wiosło można było sięgnąć, zdjąć ze ściany, usiąść z nim przy stoliku, wpiąć się w piec, czy w inną przystawkę i na zupełnym luzie sobie pograć. O ile przy „cywilnych” wersjach nie wzbudzało to zbytnich emocji, to już sięgając po ESP LTD Kirka Hammetta, czy sygnowanego przez Steve’a Vai’a Ibaneza można było poczuć dziwne mrowienie w palcach. Ale to właśnie było najlepsze, że nie ważne na czym gra się na co dzień można było przyjść i zagrać na gitarach z górnej, czy wręcz najwyższej półki i nikt nie powiedział, zostaw, odłóż, nie dotykaj, tylko obsługa była po to, żeby pomóc, doradzić i pokazać drzemiący w danym modelu potencjał.

Podobnie było z „garami”. Wystarczy z resztą popatrzeć kto do nich siadał i jaką radochę ludzie z tego bębnienia mieli.

Niejako przy okazji, skoro wraz z Musikmesse odbywały się targi Prolight + Sound wypadało co najmniej na nie kurtuazyjnie wstąpić i porozglądać się co w trawie piszczy. Jednak wbrew pozorom tutaj wcale nie było ciszej, gdyż o ile na muzykę na żywo nie dane mi było trafić, lecz za to większość z wystawców próbowało zaprezentować potencjał drzemiący w przywiezionych do Frankfurtu systemach, więc poziom obecnych w przestronnych halach decybeli wcale nie ustępował temu z Musikmesse.

A na deser zostawiłem to, co okazało się nie tylko miłym dodatkiem, co tak naprawdę istotą i główna atrakcją mojego wyjazdu, czyli większe i mniejsze koncerty, które odbywały się praktycznie nieprzerwanie przez cały czas targów. Niektórych wykonawców można było posłuchać w kilku konfiguracjach, tak personalnych, jak i systemowych, co dawało możliwość ocenienia zarówno ich możliwości warsztatowych, jak i samego sprzętu jakiego zazwyczaj używają i tak np. współpracujący z Yamahą Dennis Hormes pojawił się w „pawilonie” Yamahy w ramach projektu Dennis Hormes Band w czwartek, by już w piątek na głównej scenie, w ramach rodziny Cordiala wejść w skład „dream teamu”: Martin Engelien, Gil Edwards, Victor Smolski, Dirk Brand, Pitti Hecht, Chuck Plaisance, Jutta Weinhold Musik, Manni von Bohr grającego takie przeboje jak „Paint it Black” czy „Wild horses” The Rolling Stones.
Miłośnicy nieco bardziej minimalistycznych form też z pewnością nie czuli się zawiedzeni, gdyż w ramach cyklu prezentacji Yamaha Drums pojawił się m.in. Gerry Brown, który ze stoickim spokojem i wrodzonym feelingiem potrafił niezwykle płynnie przejść od leniwych pasaży po iście piekielną nawałnicę dźwięków.

Lecąc do Frankfurtu na Musikmesse miałem, jak się szybko okazało, całkowicie błędne przekonanie, że targi te będą niewinną rozgrzewką przed zbliżającym się wielkimi krokami monachijskim High Endem. Niestety życie bardzo szybko zweryfikowało moje wyobrażenia o niemieckich targach dając mi do zrozumienia, że czysto audiofilskie imprezy mają się nijak do tego, co tak naprawdę dzieje się na rynku muzycznym i w dziedzinie pro-audio. Dodatkowo o ile podczas dedykowanych audiofilom imprez muzyka na żywo stanowi li tylko dodatek, okrasę całości, to na Musikmesse właśnie ona jest najważniejsza i przez całe cztery dni targów można się w niej nurzać i otaczać do woli. W dodatku, w większości przypadków serwowana jest w formie najprawdziwszej, pierwotnej i możliwie mało przetworzonej, przez co będącej niedoścignionym wzorcem, do którego w Hi-Fi i High-Endzie uparcie i niestety bezowocnie dążymy.
Na koniec pragnę serdecznie podziękować ekipie Yamahy, oraz przedstawicielom dystrybutora – warszawskiego Audio Klanu, za możliwość uczestnictwa w tak imponującej imprezie jaka było tegoroczne Musikmesse i Prolight + Sound a przy okazji możność poznania portfolio Yamahy ze zdecydowanie szerszej aniżeli dotychczas perspektywy.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Mając jako takie rozeznanie w branży Hi-Fi i po prostu interesując się tym, co w audiofilskiej trawie piszczy każdy z nas jest w stanie wymienić co najmniej kilka marek wyspecjalizowanych, pozostając przy samej elektronice, czy to w źródłach, czy to w amplifikacjach. Co prawda większość z nich w swoich przepastnych katalogach ma i urządzenia niekoniecznie wpisujące w główny nurt ich działalności, ale to pozycje po które sięgają głównie najwierniejsi akolici. Przykładowo jeszcze nie tak dawno C.E.C-a i Linna kojarzono głównie ze źródłami a Krella, czy Vitusa z potężnymi wzmacniaczami i niby, przynajmniej w teorii, nic nie stało na przeszkodzie, aby skompletować monoteistyczny set, lecz dziwnym trafem większość nabywców decydowała się na nieco mniej jednolite konfiguracje. Podobnie mają się sprawy z naszym dzisiejszym bohaterem, czyli angielską marką Musical Fidelity, którą większość złotouchej części populacji homo sapiens kojarzy głównie ze wzmacniaczami i to począwszy od  klasycznego A1, poprzez dostojne integry i „dzielonki” z serii Electra, urocze „Prosiaczki”, czyli X-y, po współczesne eM-ki, czy wreszcie topowe Nu-Visty. Bowiem myśląc i rozglądając się za muzykalnie i soczyście grającym wzmacniaczem zawsze warto było rzucić uchem cóż tam ciekawego zmajstrował niestrudzony Antony Michaelson, gdyż w większości przypadków, może poza topową serią, szanse na spełnienie naszych oczekiwań przez MF wcale nie oznaczały zbytniego obciążenia naszego domowego budżetu. Ot świetna relacja jakości do ceny okraszona ugruntowaną pozycją na rynku, co dodatkowo dobrze rokowało przy ewentualnej, późniejszej odsprzedaży. Jednak jak to w życiu bywa apetyt rośnie w miarę jedzenia a skoro już przy konsumpcji jesteśmy, to jaki sens jest oddawać własny kawałek high-endowego tortu, skoro jeśli nawet nie wszystkim, to przynajmniej części posiadaczy i potencjalnych nabywców flagowej 800-ki można zaproponować adekwatne klasą brzmienia i posturą, dedykowane źródło. Tym oto dotarliśmy do głównego bohatera niniejszej recenzji, czyli topowego odtwarzacza Musical Fidelity  – Nu-Vista CD.

Już podczas procesu spedycyjnego można na własnym grzbiecie przekonać się, że pojęcie downsizingu, przynajmniej na razie, jest dla poddanych Jej Królewskiej Mości całkowicie obce. W przepastnym, podwójnym kartonie zdolnym swobodnie zmieścić potężny wzmacniacz spoczywa otulona aksamitnym pokrowcem nie mniej imponująca bryła blisko dwudziestokilogramowego odtwarzacza. Masywny, ścięty na dole i górze front zdobi centralnie umieszczony dwuwierszowy, zielony wyświetlacz nad którym laserowo wyfrezowano nazwę modelu a poniżej wygospodarowano miejsce na uzbrojoną w prowadnicę tackę transportu, która może nie cierpi na deliryczną dychotomię budżetowych CD-ków, ale do płynności i kultury pracy znanej z dyskofonów Accuphase’a dzieli ją zaskakujący dystans. Nie ma jednak co marudzić, bo już normalna, czyli po połknięciu płyty, praca napędu jest praktycznie niesłyszalna. Zanim opuścimy en face Musicala wspomnę jeszcze o całkiem zgrabnie wkomponowanych dwunastu przyciskach, z których lewa szóstka odpowiada za wybór źródeł i wybudzanie/usypianie odtwarzacza a prawa za standardową obsługę jego pracy, oraz włączanie/wyłączanie wyświetlacza.
Pomimo braku jakichkolwiek technologicznych przesłanek ściany boczne zastąpiono znanymi m.in. z 800-ki podłużnymi radiatorami, które nadają bryle zauważalnej drapieżności i przy okazji idealnie komponują się ze wspomnianą amplifikacją. Na płycie górnej oczywiście nie zapomniano o ozdobnym szyldzie z nazwą marki i zakratowanym okienku, przez które poświatę roztaczają otoczone ledowymi aureolkami Nu-vistory. Podobnie jak we wzmacniaczu barwa podświetlenia ewoluuje od czerwonej od razu po włączeniu, poprzez żółtą w fazie rozgrzewania, po szmaragdowo-zieloną w momencie osiągnięcia stabilności termicznej.
Ściana tylna, dzięki wykorzystaniu miedzianego, zachowanego w naturalnym kolorze panelu stanowiącego bazę do licznych przyłączy prezentuje się niezwykle intrygująco. Pomijając fakt obecności zdublowanych wyjść analogowych – dostępnych zarówno w formie wygodnie rozsuniętych terminali RCA i ulokowanych poniżej XLRów przyjemną niespodzianką jest prawdziwa klęska urodzaju interfejsów cyfrowych począwszy od wyjść koaksjalnego i optycznego na dwóch koaksjalnych i dwóch optycznych wejściach skończywszy. Co prawda dziwić może brak tak oczywistego w XXI w. portu USB, ale Nu-Vista to zgodnie z solennymi zapewnieniami producenta rasowy, high-endowy odtwarzacz CD a obecność USB-DACa ową elitarność jedynie by rozmywała. Z resztą, skoro tytułowy player nie jest w stanie obsłużyć typowo gęstych, czyli wykraczających poza ramy 192 kHz sygnałów, to i sens podpinania pod niego komputera wydaje się dość dyskusyjnym pomysłem.
Na odrębne zdanie zasługują również nóżki, na jakich usadowiono Musicala, gdyż producent zadbał zarówno o miękkie filcowe podkładki, które zapewnią użytkownikom „pochwałę wzrokową” ze strony Pań domu, jak i masywne, wkręcane stożki nie tylko minimalizujące powierzchnię styku playera z podłożem, ale i nadające całej bryle nieco więcej optycznej lekkości.
Jeśli zaś chodzi o wspomnianą iluminację, to w zależności od nastroju i chwilowego widzimisię możemy wybierać i przebierać, niczym w ulęgałkach, wśród ośmiu dostępnych kombinacji począwszy od całkowitego zaciemnienia po pełne rozświetlenie ekranu frontowego, komory lamp i listwy dolnej. Nie powiem, żeby takie efekty specjalne nadawały topowemu Musicalowi elegancji i szyku, lecz uczciwie trzeba przyznać, że do niektórych wynalazków z CHRLD, czy ciężarówki Irlandzkiego Św. Mikołaja jeszcze sporo brakuje. W końcu, jak widać na załączonych zdjęciach Anglicy postawili na kojącą zszargane nerwy zieleń a nie oscylujący na granicy fioletu błękit, jak to mają w zwyczaju azjatyccy konkurenci a poza tym całą tą neonową otoczkę można po prostu wyłączyć i podczas odsłuchu pogrążyć się w nieprzeniknionym mroku.

Pomimo nad wyraz pokaźnych rozmiarów i równie imponującej wagi wizja lokalna trzewi angielskiego flagowca może najdelikatniej mówiąc wprawić ciekawskich w lekką konsternację, Centralnie umieszczony „komputerowy” napęd firmowany przez Stream Unlimited, zamkniętą w prostopadłościennej puszcze sekcję zasilania i usytuowane na poprzecznej belce miniaturowe cztery Nu-Vistory uzupełnia bowiem tylko kilka niewielkich drukowanych płytek a pozostała, pusta przestrzeń sprawia dość przygnębiające wrażenie. Nie ma jednak co marudzić, gdyż warto mieć na uwadze, że mamy do czynienia z członkiem królewskiej serii Musicala i takie pochodzenie zobowiązuje. Pół żartem pół serio można wręcz powiedzieć, że jedynym znanym przypadkiem aspiracji „naleśnika” do miana High-Endu jest Devialet a najwyraźniej Antony Michaelson niespecjalnie chciał się pod tym względem z Francuzami ścigać stawiając na zgodność i wzorniczą unifikację z pozostałymi urządzeniami flagowej linii. Z pozostałych niuansów natury technicznej warto wspomnieć, że w roli przetwornika użyto dwóch kości (po jednej na kanał) PCM1795 Burr-Browna zdolnych obsłużyć sygnały do 32-bit/192kHz. Jednak zdecydowanie bardziej istotną informacją wydaje się być fakt, iż stanowiące znak firmowy Nu-Visty metalowo-ceramiczne mini lampki tak naprawdę usłyszymy jedynie na wyjściach RCA gdyż na XLRach możemy jedynie cieszyć oczy ich podświetleniem a sygnał i tak i tak płynie przez kości Texas Instruments OPA1644.

W związku z informacjami podanymi w końcowej części powyższego akapitu sesję odsłuchową podzieliłem na dwie części – pierwszą z wykorzystaniem XLRów i drugą, z użyciem „ulampionych” terminali RCA. Kolejność taka wcale nie była przypadkowa, gdyż w większości przypadków w moim systemie lepiej grają połączenia zbalansowane, więc uznałem, że skoro wylądowało u mnie źródło za ponad czterdzieści pięć tysięcy to nie zaszkodzi odpowiednio je dopieścić i stworzyć możliwie komfortowe warunki pracy. Przedodsłuchowe  oczekiwania dodatkowo rozbudziła nieopatrznie przeczytana deklaracja producenta jakoby „Nu-Vista CD charakteryzuje się znakomitym, ciepłym dźwiękiem”, czyli można byłoby uznać, że po wpięciu tytułowego odtwarzacza w tor powinniśmy zyskać dostęp do pastelowej krainy łagodności. Tymczasem o pierwszych taktach, jakie dobiegły mych uszu można było powiedzieć wszystko, tylko nie to, że są ciepłe. Pech chciał, że w szufladzie Musicala wylądował blues-rockowy, dość chropawy z natury krążek „’Til Your River Runs Dry” Erica Burdona i owa chropawość zamiast kojąco-miodowej otoczki została ewidentnie zintensyfikowana. Chociaż nie, to nie była intensyfikacja a raczej zniwelowanie jej zawoalowania, zbliżenie do naturalnej surowości i nastawienie na neutralność i transparentność aniżeli puszczanie oka ku publiczności. Dla pewności i świętego spokoju przez kilka kolejnych dni odtwarzacz poddawałem głównie zbiegom wygrzewająco-akomodacyjnym aby mieć pewność, że powyższe obserwacje nie dotyczą jedynie początkowej fazy jego użytkowania. Jednak gdy po prawie tygodniu efekt był dokładnie taki sam uznałem, że ten typ po prostu tak ma i już. Nie, żeby mi taki sposób grania w czymkolwiek przeszkadzał, bo charakterystyczna rześkość i witalność dźwięku oferowana przez MF niosła nie tylko potężną dawkę witalności, ale i ponadprzeciętne doznania natury przestrzennej. Scena była bowiem nie tylko niezwykle szeroka, co głęboka a przy okazji okraszona niesamowicie wysoko usytułowanym sklepieniem nadającym całości swobody i oddechu. Wybornie w takiej stylistyce odnajdywały się nagrania zrealizowane w kubaturach kościelnych, czyli m.in. „In My Solitude: Live at Grace Cathedral” Branforda Marsalisa, czy „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda. W obu powyższych przypadkach w pełni uprawnione wydaje się używanie takich określeń jak spektakularne i imponujące jeśli chodzi o aurę pogłosową oraz precyzję w ogniskowaniu źródeł pozornych i to zarówno w wektorze szerokości, jak i  głębokości, więc w rubryce odpowiedzialnej za efekty 3D spokojnie możemy wpisać dużego plusa. Nie ma jednak róży bez kolców i skoro eteryczność i holograficzna wręcz trójwymiarowość zbierają same superlatywy, to już fundament basowy aż takiego entuzjazmu, przynajmniej u mnie, nie budził. Co prawda nie można mu było zarzucić braku kontroli, szybkości, czy zróżnicowania, lecz w jego przypadku akcent został ewidentnie postawiony na chrupkość, po angielsku świetnie w tej roli spisuje się słowo „crispy”, aniżeli wolumen i masę. Mamy zatem do czynienia z prezentacją z jednej strony obszerną i niewątpliwie imponującą, lecz z nieco przesuniętą ku górze równowagą tonalną, co niektórym zbyt ociężałym nagraniom „robi dobrze” i takie „New Moon Daughter” Cassandry Wilson potrafi pokazać swoje drugie, nieco bardziej rozdzielcze oblicze, lecz już na „…And Justice For All” Metallicy trzeba mieć ewidentnie nastrój i po prostu się za nim stęsknić, bo całość wypada nieco zbyt szkliście i szeleszcząco.
W tym momencie mógłbym zakończyć recenzję jakimś wymijającym stwierdzeniem, że na topowego Musicala lepiej uważać i zanim się na niego zdecydujemy dokładnie przejrzeć posiadaną płytotekę, jednak tego nie zrobię, gdyż … czas najwyższy na zmianę kanału transmisji i przesiadkę na „dopalone” nu-vistorami złocone terminale RCA. Dodatkowo aby zachować pozory obiektywności opierać się będę na pozycjach płytowych wykorzystanych w pierwszej części i od razu zaznaczę, że … będzie tak jak w kinie. Nie, nie chodzi mi w tym momencie o zapachy i odgłosy konsumpcji wszelakiej maści przekąsek serwowanych w przedsionkach, lecz o pewną, nieosiągalną w domowych warunkach atmosferę i kolorystykę. Z lampowym wspomaganiem dźwięk angielskiego flagowca ewoluował, wydoroślał i nabrał nie tylko masy, lecz i soczystości. To, co wcześniej można było określić mianem precyzyjnego, czy rozdzielczego zyskało na realizmie, lecz odbyło się to nie na drodze dalszego wyostrzania konturów a jedynie przyoblekania ich w żywą, tętniącą tkankę. Eric Burdon nadal chrypiał swym szorstkim i lekko matowym głosem, ale głos ten dobiegał z głębszych pokładów jego płuc, większą rolę zaczęły odgrywać barwa  oraz wolumen i wreszcie można było mówić o tzw. ładunku emocjonalnym, który wcześniej był co najwyżej sygnalizowany. W „kościelnych” reprodukcjach Marsalisa i Godarda też zmieniło się co nieco, gdyż nadal obecny pogłos kubatury wzbogacony został o aurę otaczającą poszczególne instrumenty. To już nie było tylko echo, czy pogłos, lecz również ciepła poświata otaczająca solistów. Nawet nieco „dopalona” na średnicy Cassandra Wilson nie straciła animuszu i nic a nic nie poświęcając z napowietrzenia przekazu potrafiła zaśpiewać ze zdecydowanie większym sex-appealem. A teraz najlepsze, czyli zostawiona na deser Metallica. Przemiana jaką przeszedł Musical po zmianie stopnia wyjściowego podziałała na Metę niczym letnia ulewa po upalnym dniu. Wspominane wcześniej przesunięcie środka ciężkości ku górze zostało bowiem nie tylko skorygowane, co wręcz nieco przesunięte ku dołowi, co automatycznie zaowocowało subiektywnym zwiększeniem dynamiki i potęgi przekazu, To, co wcześniej cykało i syczało przerodziło się w oświetlone złotymi promieniami zachodzącego słońca uderzenia blach i soczyste gitarowe riffy. Co ciekawe góry nie ubyło, ale wyraźnie w stronę ciepła przesunięta została jej temperatura a tym samym zwiększyła się przyjemność odsłuchu. Podobnie było ze średnicą, gdzie zarówno gitary, jak i dziarskie porykiwania Jamesa Hetfielda miały w sobie tyle adrenaliny, że można byłoby ją dawkować z równym powodzeniem, co podwójne espresso w poniedziałkowy poranek.
Jednak aby docenić zbawienny wpływ Nuvistorów wcale nie trzeba uciekać do thrashu, czy heavy metalu, lecz wygodnie rozsiąść się w fotelu i włączyć coś, na czym przynajmniej teoretycznie niewiele się dzieje –  dajmy na to „50 Words for Snow” Kate Bush. Wiem,  że ten album jest sam w sobie nieco ciemny i wyciszony a wokalistka snując swą opowieść stawia bardziej na aspekt emocjonalny i zainteresowanie słuchaczy nie tylko tym, co słychać za pierwszym razem, lecz również drugoplanowymi niuansami i przede wszystkim samą historią. Historią mającą prowadzić do zadumy, refleksji. Jednak to nie chodzi o wyłapywanie jakiś detali „robiących” klimat, lecz postrzeganie całości jako homogenicznego, podobnego do bursztynu monolitu, który choć daleki od bezbarwnej transparentności górskiego kryształu potrafi w pełni ukazać nawet najmniejsze niuanse budowy anatomicznej zatopionego w nim owada.

Musical Fidelity Nu-Vista CD to tak naprawdę nie jeden, wyposażony w obfitość wejść i wyjść cyfrowych odtwarzacz CD, lecz dwa odtwarzacze o dość znacząco różnym dźwięku. Z napędzanych „krzemem” XLR-ów uzyskujemy precyzyjny i rozdzielczy, możliwie analityczny obraz sprawdzający się wszędzie tam, gdzie konieczna jest właśnie analiza i ocena, czy to samej realizacji, czy też wręcz dokładności, wierności partyturze. Za to przesiadka na wspomagane dwiema parami Nuvistorów terminale RCA sprawia, że jesteśmy w stanie dać się dźwiękowi otulić, zachwycić i popaść w ciężkie uzależnienie. Czy trzeba czegoś więcej?  … Nie wiem jak Państwo, ale ja poproszę dwa razy więcej czasu na słuchanie.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Audio Analogue Maestro Anniversary; Constellation Audio Inspiration INTEGRATED 1.0
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Thixar Silence Plus
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Gdy jakiś czas temu mieliśmy przyjemność  zmierzyć się z firmowym współpartnerem z linii produktowej dzisiejszego bohatera (wzmacniacz zintegrowany NU-VISTA 800), wiadomym było, iż tylko kwestią czasu jest podejście do uzupełniającego flagowy zestaw odtwarzacza CD. Oczywiście na zakładaliśmy upływu aż tak długiej przerwy, ale summa summarum ów moment właśnie nadszedł. Nie będę silił się na wyszukane pasaże słowne sztucznie rozmywając wstępniaka, tylko gwoli przypomnienia wspomnę, że będąca głównym zagadnieniem mojej prelekcji marka pochodzi z Wysp Brytyjskich i od zarania dziejów w tytułowej serii do każdego z komponentów implementuje układy elektryczne niepozorne i do tego ubrane w metalowe kubki lampy elektronowe zwane Nuvistorami. A lampki w swej aparycji są tak skromne, że nawet będąc usytuowanymi na dachu urządzeń w celu ich ekspozycji otrzymały świetlne aureolki. Ok. Z grubsza wiemy z czym będziemy się mierzyć, dlatego odkrywając do końca karty mam przyjemności zaprosić Was na kilka ciekawych spostrzeżeń o ukrywającym się pod nazwą NU-VISTA CD odtwarzaczu płyt kompaktowych z funkcją przetwornika angielskiej marki Musical Fidelity, o którego pojawienie się w naszej redakcji zadbał stacjonujący w Białymstoku dystrybutor RAFKO.

Spoglądając na załączone zdjęcia nie sposób nie odnieść wrażenia, iż mamy do czynienia ze swoistym, w dobrym tego słowa znaczeniu, wręcz pożądanym przez sporą rzeszę audiofilów wizualnym „czołgiem”. Dlaczego? Spróbujcie postawić naszą NU-VISTĘ CD na swoim stoliku ze sprzętem, a przekonacie się, że proponowana przez designerów bryła obudowy ma dwa zadania. Podczas realizacji pierwszego swym niebagatelnym jak na odtwarzacz ciężarem zapewnia stabilne pod względem izolacji od szkodliwych wibracji warunki pracy uzupełnionych o opisywane we wstępniaku lampy elektronowe układów elektrycznych. W drugim zaś, napompowanie wysokiej jak na CD-ka obudowy z automatu pozwala potencjalnemu nabywcy przyznać konstrukcji kilka punktów dodatnich za pewnego rodzaju majestatyczną solidność, a o taką rozpoznawalność chyba wszystkim konstruktorom chodzi. Ktoś powie: „Toż to wielkie i monotonne wizualnie pudło”. A ja natychmiast kontruję. Nic z tych rzeczy. Panowie z działu projektowego za sprawą kilkupłaszczyznowego poziomego przełamania płaszczyzny frontu sprawili, że mimo sporych, jak na poczciwy kompakt, rozmiarów wizerunek nie trąca nudą, ani megalomanią. Owszem, całość robi spore wrażenie, ale po kilku dniach użytkowania ze stanu wstępnej akceptacji temat gabarytów staje się czymś, bez czego nie wyobrażamy sobie naszego audio-ołtarzyka. Przesadzam? Spróbujcie, a sami się przekonacie, ale zostawmy indywidualne poczucie piękna i idźmy dalej. Przywołany przedni panel oprócz wyartykułowanych wielopłaszczyznowych zabiegów stylistycznych oferuje dodatkowo dające łatwo się wyłączyć – decyzja należy do użytkownika – bijące w dół ośmiopunktowe podświetlenie półki, na której NU-VISTA spoczywa. Idąc tropem informacyjno-manualnym należy wspomnieć o centralnie umieszczonym wyświetlaczu, usytuowanej pod nim szufladzie, głęboko wyciętej nazwie produktu i porozrzucanych symetrycznie na prawej i lewej flance mieniących się bielą, małych guzikach funkcyjnych. Przemierzając obudowę w kierunku pleców widzimy poziomo osadzone pióra radiatorów stanowiących boczne ścianki– urządzenie prawie się nie nagrzewa, ale efekt wizualny jest bardzo ciekawy i dwa poprzeczne otwory z których jeden jest zaślepiony firmowym szyldem, a drugi wykorzystany jako gniazdo dla będących znakiem rozpoznawczym konstrukcji czterech Nuvistorów. Wieńcząc opis rzeczonego źródła dźwięku listą przyłączy należy zeznać, iż tylny panel oprócz oferty wyjść analogowych typu XLR i RCA przyjmuje i oddaje sygnał cyfrowy w standardzie COAXIAL i OPTICAL. To zaś sprawia, że mamy do czynienia z idącym pożądaną przez wielu wyedukowanych plikowo melomanów ścieżką wielofunkcyjności komponentem audio, a takich rzeczy w dobie niezbędności posiadania na pokładzie wszystkich nowalijek związanych z odczytem protokołów cyfrowych jest nie do przecenienia.

Rozpoczynając akapit o brzmieniu wyspiarskiego odtwarzacza mam do zakomunikowania dobrą wiadomość. Chodzi mianowicie o fakt jego kroczenia drogą przyjemnego w odbiorze, trochę ciemnego, ale za to dobrze pokolorowanego i solidnie posadowionego w masie dźwięku. Dlaczego? Raz, że jest to kontynuacja poczynań sonicznych wspominanego na początku wzmacniacza NU-VISTA 800, a dwa, osobiście wolę nieco więcej barwy aniżeli zderzenia z szukającym na siłę równowagi tonalnej pełnego zestawienia anoreksją jednego z komponentów. W tym przypadku obydwa Musicale w tym co robią, bez popadania w końcową ociężałość dzielnie się wspierają i tylko naprawdę przesadnie gęsta układanka może sznyt grania Nu-Visty odebrać jako zbyt dużo cukru w cukrze. Ale proszę przedwcześnie się ekscytować. gdyż piękno malowanego miłą dla ucha farbą świata muzyki przez tytułowy odtwarzacz nie jest jedynym pozytywnym aspektem tego urządzenia, ponieważ w sukurs ciekawej kolorystyce idzie spójność całego pasma. To zaś oznacza, że górne rejestry nie tylko nie wychodzą przed szereg, ale w swej lekko stonowanej palecie zer i jedynek w dobrze zestawionym systemie potrafią dostarczyć nam wielu ciekawych doznań w zakresie mikro-informacji. Oczywiście duńskiego Gryphona w tej dziedzinie nie dogonimy, jednak produkt potrafi mile zaskoczyć. A jeśli mowa o dobrym oddaniu pakietu informacji, wiadomym jest, iż dzięki takiej dobroci dostajemy świetnie wykreowaną, trójwymiarową wirtualną scenę muzyczną. Co prawda, w stosunku do słuchanego przeze mnie na co dzień dzielonego napędu Reimyo uczucie przyciemnienia światła na tak oddanej scenie bez problemu dawało się wychwycić, jednak krótka akomodacja z większością będącej testową play listą muzyki całkowicie niwelowała tę przypadłość. O tym, dlaczego padło słowo „większość” opowiem za moment, a teraz skupię się na pozytywach. Swój marsz po ciekawie zaprezentowanych realizacjach płytowych rozpocznę od najnowszego krążka Ani Jopek „Minione”. Jak przystało na wspomnianą wokalistkę, w temacie napowietrzenia przekazu tej płyty wszystko było w normie, czyli pełna transparentność każdej wycyzelowanej w balladowych kawałkach nuty. Mało tego. Mając większość, jeśli nie wszystkie krążki wspomnianej diwy śmiem twierdzić, iż ten ostatni album jest chyba najlepiej zrealizowany i powiem Wam, że natychmiast odczuwamy to na zasadzie tchnięcia w materiał muzyczny tak oczekiwanej przeze mnie w jej głosie uwodzącej homogeniczności. Pani Ania nie tnie bezlitośnie naszych narządów słuchu, tylko umiejętnie sprowadzonym w rejony erotyzmu wokalem czaruje łatwo rozpoznawalnymi tekstami standardów. A dlaczego tak usilnie piję do najnowszego dziecka AMJ? To proste. Wszystko, co opisałem, jest wynikiem słuchania tego materiału na moim flagowym systemie i gdy po pierwszym słuchaniu wydawało mi się, że jakiekolwiek podkolorowanie temu wydawnictwu raczej zaszkodzi, niż pomoże, po wkroczeniu do działania odtwarzacza NU-VISTA świat muzyki stał się bardziej dostojny. Pani Ania swój jeszcze bardziej zniewalający głos wydobywała z głębszych otchłani płuc, a goszczący na scenie spokój w pozytywnym odczuciu ściągnął cugle czasem wyskakującym przed artystkę sybilantom. To był bardzo zaskakujący w dobrym tego słowa znaczeniu pokaz, że spokojniej nie oznacza od razu nudniej ani gorzej. Niestety, wielbiciele szaleństwa otwartości graniczącej z przenikliwością dawnych produkcji spod znaku AMJ – tak tak, znam kilka osób właśnie za to kochających tę muzę – mogą na ingerencję MF lekko utyskiwać, ale temat co jest lepsze: analityczność, czy muzykalność pozostawiam potencjalnemu odbiorcy, gdyż tutaj bardzo mocno w grę wchodzą już oczekiwania słuchacza. Odchodząc od polskiej twórczości gdy na tacy odtwarzacza wylądował typowo ECM-owski jazz, okazało się, iż podejście do muzyki z punktu widzenia gładkości i dociążenia nawet w tym rodzaju muzyki wbrew pozorom ma wiele zalet. Owszem, za  każdym razem po przejściu z mojego na oceniane źródło do pełnej satysfakcji ze słuchanego świata dźwięków potrzebowałem kilka minut adaptacji słuchowej, ale trwało to krótko, a zaskakującą konsekwencją było pokazywanie innego punktu widzenia na ukryte w tak podkolorowanych instrumentach piękno. Ok. Przyszedł czas na coś nie do końca cieszącego się z wprowadzania nadmiaru dawki spokoju. Oczywiście mam na myśli dział  muzyki w dużej mierze opartej na elektronicznych samplach. W roli kata wystąpił sam Nils Peter Molvaer z krążkiem „Switch”. No, może trochę z tym katem przesadziłem, ale z pewnością nawet ja momentami odczuwałem zbyt wielki spokój okraszonych sztucznie generowanymi dźwiękami pasaży trąbki frontmana. To z założenia jest pewnego rodzaju połączenie ognia i wody i niestety maniera miłego grania Anglika nie do końca oddawała ducha tego eksperymentu. Jednak w tym momencie liczę na Wasze wyedukowanie i w założeniach przed-testowych wzięcie pod specjalną uwagę filozofię mojego, już w pakiecie startowym operującego w domenie gładkości zestawu audio. Japończyk swą filozofią muzykalności zawsze stawia pewne uwarunkowania dla pretendentów do laurów i nie można mieć pretensji do danego urządzenia, że idąc w kierunku oczekiwanej przez wielu melomanów barwy walczy o utrzymanie gardy z tryskającym nią zestawem referencyjnym. A jeśli nawet jakimś trafem mojego ostrzeżenia nie weźmiecie sobie do serca, lektura powyższego testu wyraźnie pokazuje, iż tytułowa NU-VISTA CD w wielu wypadkach potrafi wyjść z opresji z tarczą.

Gdy po nabraniu po-testowego dystansu przywołuję w myślach obraz opisywanego odtwarzacza, uzupełniając przewrotne określenie „czołg” do pakietu rozpoznawalności przez solidność konstrukcji i opartą o wagę urządzenia walkę ze szkodliwymi wibracjami dodałbym jeszcze sznyt gęstego barwowo dźwięku. Naturalnie w moim zestawieniu przydałby się świeższy sonicznie produkt. Nie zapominajcie jednak, że występ każdego bohatera testu u mnie jest zawsze pewnego rodzaju wymuszonym przez procedurę opiniowania czystym przypadkiem. I gdy weźmiecie to pod uwagę, po wielu symptomach pozytywności grania nawet w niesprzyjających warunkach podczas kreowania listy odsłuchowej z pewnością nie zapominajcie o źródle Musical Fidelity NU-VISTA CD. Z jakiej to niby racji? Nie mówcie, że zapomnieliście. Przecież we wstępniaku wyraźnie zaznaczałem, iż za sprawą zdublowanych wejśći COAXIAL i OPTICAL mamy do czynienia ze swoistym centrum dowodzenia sygnałami cyfrowymi. I jestem przekonany, że gdy spojrzycie na niego z tej perspektywy, po dobrym odbiorze jako zwykły odtwarzacz punkt dotyczący wielofunkcyjności z pewnością ułatwi Wam decyzję zakupu.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Rafko
Cena: 45 555 PLN

Dane techniczne:
– Przetwornik DAC Burr-Brown PCM1795 32 bit Delta-Sigma (bit stream) dual differential 8x over-sampling
– Pasmo przenoszenia: 10 – 20 000 Hz
– Separacja kanałów: >105dB
– Pasmo przenoszenia CD: 20 – 20 000 Hz
– Stosunek sygnał/szum CD: 117dB
– Zniekształcenia THD CD: <0.003%
– Poziom wyjściowy: 4.4V (XLR), 2.2V (RCA)
– Impedancja wyjściowa: 50 Ω
– Wejścia cyfrowe: 2 x Coax (24-bit/192kHz), 2 x Optical (24-bit/96kHz)
– Wyjścia cyfrowe: Coax (24-bit/192kHz), Optical (24-bit/96kHz)
– Wyjścia analogowe: Para RCA, para XLR
– Całkowity jitter skorelowany: <135pS
– Zużycie prądu 20W
– Wymiary (W x S x G): 21.2 x 48.3 x 39.5 cm
– Waga: 18.62 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Mając na uwadze popularność wątków poświęconych wszelakiej maści okablowaniu i niezwykle intensywną polaryzację emocji tamże zachodzących za każdym razem gdy z Jackiem sięgamy po przysłowiowe druty utwierdzamy się w przekonaniu, że do czasu aż „niesłyszący” sami na własne uszy nie przekonają się, że kable mają wpływ na brzmienie systemów, w których się znajdą inaczej przekonać się ich nie da. Wychodząc zatem z powyższej tezy niniejszy tekst dedykujemy wszystkim tym, którzy „próbę wiary” mają już za sobą i takowe zmiany odnotowali. Doszliśmy bowiem do wniosku, że inaczej aniżeli „usłyszeć i uwierzyć” się nie da i choćbyśmy stawali na głowie i używali najbardziej kwiecistych opisów to i tak i tak sceptyków nie nawrócimy. Z drugiej strony, obserwując audiofilski rynek trudno oprzeć się wrażeniu, że co najmniej połowa złotouchej populacji starając się na nim zaistnieć swoje pierwsze komercyjne, bądź związane z DIY kroki kieruje właśnie ku produkcji mniej, lub bardziej zaawansowanych technologicznie „drutów”. Najwidoczniej ktoś kiedyś uznał, że kabel to kabel i wystarczy zaopatrzyć się w odpowiednio biżuteryjną konfekcję, łapiące za oko peszelki i oczywiście nie zapomnieć o budzących respekt średnicach. Pech jednak chce, że o ile tego typu wytwory i przetwory w oczach / uszach ich „ojców” brzydko mówiąc „walcują” jeśli nie całą, to przynajmniej lwią część uznanej konkurencji, to dziwnym trafem po przysłowiowych pięciu minutach sławy słuch o nich ginie a wraz z nim szanse na ich odsprzedaż na rynku wtórnym za więcej aniżeli cena wtyków w jakie zostały wyposażone. Całe szczęście w całym tym zalewie jednosezonowych objawień są marki, które od lat po prostu robią swoje mozolnie budując własną renomę i zamiast ograniczać się li tylko do naszego, lokalnego rynku patrzą znacznie szerzej – skupiając się w głównej mierze  na odbiorcach zagranicznych. Do grona producentów stawiających właśnie na taki model biznesowy zalicza się nasz dzisiejszy bohater, czyli gorlicka manufaktura Audiomica Laboratory, która była miła dostarczyć na testy pochodzące z topowej Consequence Series zbalansowane łączówki Pearl Consequence M1 i przewody głośnikowe Miamen Consequence.

Co prawda w momencie, gdy z Łukaszem Miką – właścicielem i głównym projektantem Audiomica Laboratory umawialiśmy się na testy tytułowych przewodów coś mi tam w mózgownicy świtało, że chyba miałem z nimi przynajmniej przelotny kontakt, lecz dopiero po ich wypakowaniu i podłączeniu byłem pewny, że ów kontakt wcale tak niezobowiązujący jak początkowo sądziłem nie był. I rzeczywiście – szybki remanent w recenzenckich archiwaliach zwrócił pozytywny wynik z … 2012, kiedy to miałem okazję znęcać się na nimi bezpośrednio po Audio Show. Czyżbyśmy mieli zatem przysłowiową powtórkę z rozrywki i odsmażany kotlet? Nic z tego, bowiem w maju 2014 r. światło dzienne ujrzała Modyfikacja 0.1 i od tej pory wszystkie Consequence’y posiadają dopisek M1. Cóż zatem uległo zmianie? Otóż pierwszym detalem o którym, głównie ze względów użytkowych, należy wspomnieć to konfekcja przewodów głośnikowych. Dotychczasowe, iście monstrualne rodowane widły, które nawet w potężnych „piecach” potrafiły okazywać się problematyczne (szczególnie ze względu na grubość) zastąpiono ekskluzywnymi, biżuteryjnymi a przy tym w pełni „znormalizowanymi” klasycznymi WBT-ami, przy czym do naszej redakcji trafiły wersje dysponujące z jednej strony rozporowymi wtykami bananowymi WBT, co jest niezbitym dowodem na to, że zawsze można co nieco „customizować”. Kolejną, nie mniej istotną modyfikacją jest zmiana wykonanych z czarnej termokurczki splitterów, potocznie zwanych „portkami” na eleganckie kruczoczarne mufy. Jednak wbrew pozorom, ich obecność nie jest przypadkowa i nie ma znaczenia wyłącznie dekoracyjnego. Otóż  Audiomica wykorzystała elektrostatyczne, wykonane z materiału POM-C AP50TM mufy, których producentem jest Acoustic Points. Ponadto owe cylindryczne tuleje znalazły się nie tylko na przewodach głośnikowych, lecz również uzbrojono w nie interkonekty. Zagłębiając się nieco bardziej w budowę wewnętrzną trudno Audiomice zarzucić brak dbałości nawet o najmniejsze detale . I tak Miamen składa się z 12 żył po 45 mikroprzewodników z długokrystalicznej miedzi OCC (Ohno Continous Casting). Każda z żył jest izolowana PTFE a całą wiązkę (czyli w sumie 12 szt.) otula dodatkowa warstwa PVC i koszulka PET. Następnie nakładany jest ekran z plecionki wielodrutowej o 95% pokrycia, kolejna koszulka PET i znów ekran o dokładnie takich samych parametrach, jak wcześniejszy, lecz o przeciwnym splocie. Warstwę zewnętrzną stanowi biały oplot PET.
W przypadku sygnałowego Pearl Consequence sprawy mają się nieco inaczej, gdyż w jego przypadku przewodniki mają budowę solid core, czyli są litymi drutami z miedzi długokrystalicznej OCC  (Ohno Continous Casting). W dodatku nie tylko każdy przewodnik posiada podwójne ekranowanie ale i cały przewód „uzbrojono” w podwójny, przedzielony warstwą PVC ekran, w którym wewnętrzną warstwę stanowi metalowa folia a zewnętrzną miedziany oplot. Z nowości warto również wspomnieć o zastosowaniu płynu Mica Security Liquid wypełniającego miejsca lutowania, który nie tylko wykazuje się doskonałymi właściwościami antywibracyjnymi, lecz również wydłuża żywotność punktów lutowniczych.
Z niuansów natury użytkowej nadmienię tylko, że flagowce Audiomici nadal imponują swoją wagą, lecz dzięki wydłużeniu odcinków pomiędzy mufami a wtykami nieco łatwiej, aniżeli w przypadku ich protoplastów, się je aplikuje.

Najwyższy jednak czas wpiąć je w system i na własne uszy przekonać się jak powyższe zmiany wpłynęły na aspekt najważniejszy, czyli na brzmienie. Jednak zanim zacznę się rozwodzić nad tym jak Audiomici grają na wstępie zaznaczę, iż przy takich przekrojach proces chociażby wstępnej akomodacji i wygrzewania nie trwa dnia czy dwóch, lecz przynajmniej tydzień a biorąc pod uwagę fakt iż otrzymaliśmy fabrycznie nowe egzemplarze musieliśmy po prostu uzbroić się w cierpliwość i grzecznie czekać. I wcale nie chodzi tu o jakieś nasze urojenia, czy też ukryte, niezaleczone fobie, lecz o zauważalne i ewidentne zmiany natury ewolucyjnej zachodzące w ciągu początkowego procesu „układania” się przewodów na skutek przepływających przez nie ładunków elektrycznych.
Kiedy jednak rozgrzewka miała się ku końcowi uznałem, że powoli można nieco bardziej krytycznie a mniej niezobowiązująco rzucać uchem co Miamen i Pearl potrafią a nie uprzedzając zbytnio faktów można powiedzieć, ze potrafią naprawdę sporo. Adekwatnie do swoich gabarytów Audiomici oferują bowiem dźwięk duży i w pewnych aspektach idealnie wpisujący się w dość powszechne stereotypy o tzw. amerykańskim graniu. Jednak zanim uznają Państwo, że mamy do czynienia ze swoistym odpowiednikiem MITów, czy Transparentów od razu spieszę donieść, że Łukasz już dawno poszedł swoją drogą i od samego początku miał własny pomysł na swoją „szkołę brzmienia”. Chodzi bowiem o to, że wspominana przeze mnie  obszerność dźwięku wcale nie oznacza jego sztucznego nadmuchania i pewnej gigantomanii, lecz oscyluje jedynie w aspekcie eliminacji zjawiska przeskalowywania reprodukowanych nagrań. Gorlickie kable bowiem nie powiększają źródeł pozornych a je urealniają, sprawiając, że zarówno wokaliści, jak i instrumenty odzyskują swoje naturalne, rzeczywiste rozmiary. Dlatego też początkowo może się wydawać, że scena, szczególnie przy nagraniach symfonicznych, jest większa niż zazwyczaj a to właśnie z tego powodu, że musi ona pomieścić kilkudziesięcioosobowy aparat wykonawczy i to bynajmniej nie złożony z krasnoludków wyposażonych w przedszkolne wersje „dorosłych” instrumentów. Skoro poruszyłem temat symfoniki to jeszcze chwilę w nim pozostanę zwracając przy okazji uwagę na precyzję w gradacji planów i ogniskowania – umiejscowienia w przestrzeni poszczególnych instrumentów. Co prawda kreska, jaką nakreślane zostały ich kontury była nieco grubsza aniżeli w testowanych równolegle Audiovectorach Avantgarde Arrete (recenzja wkrótce), ale trudno byłoby odmówić im zdecydowania i jednoznaczności. Po prostu krawędzie brzydko mówiąc nie … „waliły po oczach” jak demonstracyjne zajawki odtwarzane na sklepowych ekspozycjach telewizorów będąc zdecydowanie bliżej obserwowanej gołym okiem rzeczywistości. Aby tę naturalność docenić wcale nie trzeba sięgać po jakieś wymuskane, samplerowe pozycje, gdyż w zupełności wystarczy coś, co wybieramy nie ze względu na „audiofilskość” a zwykłe, ponadczasowe piękno i emocje w nim drzemiące. Dajmy na to przepiękny album „Howard Shore: Two Concerti” w wykonaniu Lang Langa, Sophie Shao z udziałem  China Philharmonic Orchestra i 21st Century chamber orchestra. Właśnie na takim nieco mrocznym, minorowym materiale, gdzie na pierwszym planie mamy fortepian a orkiestra tworzy dla niego potęgujące klimat tło czuć potencjał, swobodę i brak limitacji rodzimych przewodów. Z premedytacją piszę o Audiomicach w formie mnogiej i zbiorczo, gdyż zarówno interkonekty, jak i głośnikowce charakteryzują się dokładnie takimi samymi cechami i co wcale nie jest takie oczywiste ich wspólna obecność nie potęguje doznań. Ot, fakt ich pojawienia się w torze jest niezaprzeczalnie słyszalny, ale gdy egzystują jednocześnie, obok siebie nie ma obaw o przesyt ich sygnaturą i zbyt dużą „zawartością cukru w cukrze”. Góra pasma jest finezyjnie rozświetlona, lecz barwa padającego na najwyższe alikwoty światła jest lekko złotawa, ciepła, przez co nawet w analitycznych systemach nie powinniśmy mieć problemów ze zbytnią jej ofensywnością i niepotrzebnym zabieganiem o skupianie na niej uwagi. W podobnie pastelowych, soczystych barwach podana jest średnica. Może i w kategoriach bezwzględnych jej obecność jest nieco faworyzowana, lecz trudno mi byłoby znaleźć sytuację, gdy taka estetyka nie niosłaby ze sobą więcej dobrego aniżeli złego. Przekaz dzięki temu zabiegowi niezaprzeczalnie zyskuje na atrakcyjności a i pierwszy plan staje się nieco bardziej namacalny.
Podstawa basowa jest solidna, potężna a w symfonice wręcz monumentalna, oczywiście w ramach rozsądku i jej moc czuć wyłącznie wtedy, gdy powinna dawać o sobie znać, więc tendencje do podporządkowania reszty pasma są jej w tym przypadku obce. Chodzi raczej o coś w rodzaju psychicznego komfortu, że w razie czego mamy odpowiedni zapas mocy „pod butem” i nawet w momencie najbardziej spektakularnego tutti nie spotka nas irytujące przytkanie a dźwięk nie siądzie. Ów komfort przydaje się szczególnie w momencie, gdy zamiast gładkich linii melodycznych i kojących skołatane nerwy klasycznych pasaży z głośników zacznie wylewać się zionący siarką ciekły metal. Wystarczy bowiem sięgnąć po pełne złości, wyrykiwane na „Bloodlust” Body Count przez Ice-T frazy, by w pełni poczuć na własnych trzewiach to o czym cały czas staram się pisać. To nie jest audiofilskie nagranie, to jest muzyczna apokalipsa w której Rage Against The Machine zostaje podrasowane brutalnością Slayera i thrashową ultra-szybkością Megadeth, to jest bezpardonowa jazda bez trzymanki, która wciąga słuchacza w morderczy wir dźwięków i po zakończeniu albumu bezpardonowo wypluwa. Tutaj nie ma miejsca na łagodność, niuanse i wszystko to, co czasem błędnie z Hi-Fi i High-Endem jest kojarzone. Tutaj nie chodzi o to, żeby było ładnie i grzecznie, lecz żeby było autentycznie i jeśli frontman jest wkur*&^#y na otaczającą go rzeczywistość i na to co dzieje się wokół niego na ulicach, to powinniśmy to nie tylko usłyszeć, ale i poczuć a jeśli utożsamiamy się z podmiotem lirycznym, to również wykrzyczeć. Audiomici nie limitują emocji, nie tamują agresji, lecz nie dość, że wtłaczają je prosto w uszy słuchaczy to jeszcze dodają od siebie nieco krwistości i dynamiki.
Jednak najbardziej piorunujące wrażenie robi odsłuch z użyciem tytułowych przewodów surowego i niemalże nie z tej ziemi, przesiąkniętego mroczną, pradawną  magią i duchami walecznych Wikingów „Runaljod – Ragnarok” Wardruny. Wykorzystanie dość nietypowego instrumentarium (tagelharpa, Kraviklyra czy rogów kozła) jedynie potęguje niesamowity klimat a warstwa wokalna oscylująca pomiędzy złowrogim szeptem a wielogłosowymi chorałami dodatkowo utrudnia zaszufladkowanie tej pozycji płytowej. Jednak to nie o kategoryzację, czy trzymanie się wcześniej wytyczonych granic chodzi a o możliwość chłonięcia tej jakże obcej naszej współczesnej estetyce muzyki. A przewody Audiomici właśnie to umożliwiają odrzucając rozgraniczenie na to, co dzieje się w danej chwili a tym, co zostało nagrane wcześniej, gdyż jeśli tylko jakaś muzyka płynie w danym momencie z głośników to najważniejszą rzeczą jest, by ją poczuć i żyć nią tak, jak żyje się teraźniejszością.

Audiomica Pearl Consequence M1 i Miamen Consequence M1 nie są w ortodoksyjnym -utopijnym ujęciu transparentne i neutralne. Po wpięciu w system nie znikają i nie wykazują się brakiem własnego charakteru, lecz z jednej strony uwalniają potencjał przestrzenno – dynamiczny drzemiący w materiale źródłowym a z drugiej nieco podkręcają jego saturację intensyfikując ładunek emocjonalny. Dzięki temu sprawiają, że nawet w mocno wyjałowionych, wręcz laboratoryjnie sterylnych systemach pojawia się życie a tam, gdzie do tej pory borykaliście się Państwo ze zbyt małą skalą dźwięku wszystko wraca do normy a źródła pozorne odzyskują właściwe sobie gabaryty.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35; Marantz SA-10
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY, Lumin U1
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Audio Analogue Maestro Anniversary
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra; Audiovector Avantgarde Arrete
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Thixar Silence Plus
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Chyba zgodzicie się ze mną, iż każdy międzynarodowy sukces polskiego producenta branży audio bez względu na brak jakiegokolwiek dotychczasowego osobistego kontaktu z jego produktami napawa nas niekłamanym optymizmem, a rzekłbym nawet pewnymi symptomami dumy. Dlaczego? Sprawa jest prosta. W zawłaszczonym przez tuzów tego działu gospodarki świecie coraz trudniej jest przebić się jakimkolwiek nowym, nawet zagranicznym brandom, a co dopiero mówić o naszej, cierpiącej na brak wsparcia kapitału rodzimej myśli technicznej. Na szczęście Polak potrafi i coraz częściej dzięki ciężkiej pracy nad jakością oferty naszym rodakom udaje się przebić przez ścianę, jaką niewątpliwie jest początkowy brak przysłowiowej „metki”. A gdzie najłatwiej zaobserwować ową dobrą passę producenta? Oczywiście na corocznej wystawie u naszego zachodniego sąsiada, czyli High End Monachium. Tak tak, bohatera dzisiejszej rozprawki znamy z Marcinem od kilku lat, ale o dziwo widujemy się i najczęściej konwersujemy z nim na wspomnianej majowej imprezie. Co ciekawe, podczas każdego spotkania umawiamy się na recenzję jego produktów, ale płatający figle los konsekwentnie rozmywał temat dostawy. Na szczęście co się odwlecze, to nie uciecze i właśnie dzisiaj mam przyjemność zaprosić Was na krótką relację ze spotkania z topowymi konstrukcjami w dziedzinie przesyłu sygnału audio marki Audiomica Laboratory, których honoru bronić będą: kabel sygnałowy XLR Pearl Consequence i kolumnowy Miamen Consequence. Oczywistym jest, iż obsadę testową zawdzięczamy na co dzień stacjonującemu w Gorlicach przywołanemu kilka linijek wcześniej producentowi.

Krótki rzut okiem na rzeczone druty daje jasno do zrozumienia, iż oprócz zadbania o dobrą jakość przesyłu sygnału audio panowie z Gorlic powalczyli również o chwycenie potencjalnego klienta za oko. To oczywiście w teorii ma niewielkie znaczenie, ale z autopsji wiemy, iż poziom WAF biżuterii audio jest bardzo ważnym elementem decyzyjnym podczas zakupu. Idąc tropem wyglądu mam przyjemność zapewnić wszystkich zainteresowanych, że kabelki mimo dość słusznej średnicy są łatwe w aplikacji zaszafkowej. Osobiście z racji sporego luzu za stolikiem sprzętem nie miałem problemu wpiąć w swój system nawet osiągających średnicę ręki w nadgarstku i sztywności pręta zbrojeniowego kabli sieciowych marki Bauta, ale zdaję sobie sprawę ze sporej newralgiczności tego punktu w wielu audiofilskich ołtarzach, dlatego zawsze w momencie testowania okablowania informuję o takich teoretycznie przyziemnych, jednak dla wielu użytkowników zasadniczych sprawach. Obydwa przewodniki ubrano w jasno-szare lub jak kto woli w kolorze przełamanej bieli, miłe w dotyku plecionki. Użyte do zaterminowania kabli wtyki są bardzo solidne i gdy w przypadku sygnałówek XLR nie mam nic odkrywczego do napisania, to w kreśląc informacje o głośnikówkach dodam, iż do redakcji dotarł zestaw z jednej strony zakończony pistoletami WBT, a z drugiej widłami. Oczywiście wybór terminali obydwu stron określamy podczas zamówienia, ale dla spełnienia obowiązku powiem jedno, mimo sporej rzadkości obcowania z pistoletami w swojej układance generującej dźwięk te proponowane przez Audiomicę swą solidnością mocowania, a co za tym idzie solidnego kontaktu z zaciskami w końcówce mocy sprawiały bardzo dobre wrażenie. Puentując tę część tekstu połechtam jeszcze kochającą dbałość o najdrobniejszy niuans produktu część audiofilów i powiem, że obydwaj omawiani bohaterowie dostarczani są w nadających wykwintności produktu, wyściełanych gąbką i materiałem drewnianych skrzynkach. Zbędne? Dla samego procesu słuchania muzyki z pewnością tak, ale dla spragnionego dopieszczenia przez producenta wewnętrznego ego potencjalnego nabywcy już nie dla wszystkich. Wiem coś o tym.

Nasza wyprawa po sposobie prezentacji muzyki przez tytułowe okablowanie nie może rozpocząć się inaczej, niż zgrubnym oświadczeniem co w trawie piszczy. I dla uspokojenia sytuacji powiem, iż słowo „piszczy” ma się nijak do tego, co polskie druty oferują w zakresie barwy i masy dźwięku. Chodzi mianowicie o ich ciekawy sznyt grania, który w pierwszym odczuciu delikatnie przyciemnia światło na scenie, by w konsekwencji akomodacyjnej zauważyć, iż wiąże się to z bardzo dobrze odbieranym wypełnieniem i zwiększeniem energii dobiegającego do słuchacza dźwięku. Jednak co ważne, w mojej zestrojonej w teoretyczny dla mnie punkt masy, koloru i blasku układance audio takie majstrowanie powinienem skonstatować co najmniej kręceniem nosem, ale bez słodzenia producentowi powiem Wam, nic takiego nie przyszło mi na myśl. Owszem zrobiło się bardziej plastycznie, a przy tym minimalnie wolniej, ale odczytałem to w domenie nieco innego niż mam na co dzień przyprawienia tego co generują moje kolumny, a nie jakiegoś szczególnie doskwierającego problemu utraty energii do życia. Po prostu była to prezentacja dla klienta poszukującego dawki muzykalności w swoim systemie i to bez względu na zajmowany szczebel na drabinie neutralności. Jeśli przed momentem wygłoszony wywód jest zbyt trudny do rozszyfrowania, w kilku słowach powiem, że to co wnosi do dźwięku okablowanie z linii Consequence, może być bardzo przydatne tak dla systemów cierpiących na anoreksję, jak i już ciekawie umuzykalnionych. Wszystko zależeć będzie od punktu widzenia docelowego melomana. Gdy temat ogólnego sposobu na muzykę w wydaniu panów z Gorlic został już dość dokładnie wyłożony, nie możemy zapomnieć o innym ważnym aspekcie, jakim jest wirtualna scena muzyczna. Tutaj trzeba przyznać, iż pewne nastawienia na kolor, masę i przyciemnienie wydarzenia muzycznego przy całej jego fantastyczności odbioru może przynieść drobne skutki uboczne. Zanim jednak coś o nich wspomnę, przypominam o startowym pakiecie podobnych do tego, co proponuje Audiomica, artefaktów w moim codziennym zestawie. Każdorazowe dotknięcie poziomu wysycenia i napowietrzenia sceny muzycznej przez testowany komponent mój japońsko-austriacki tandem natychmiast uwypukla i tylko od wyrafinowania tego, co się wydarzyło zależy, czy mamy do czynienia z faktycznym, jedynie nieco innym sznytem grania, czy ordynarnym naginaniem rzeczywistości do swoich racji. W przypadku gościnnego okablowania temat zamykał się w sferze jedynie inności, a nie szkodliwości oddziaływania. O co tak walczę? Bez szukania nośnych słów o coś bardzo ważnego, czyli otwartość rozgrywającego się przed nami wydarzenia muzycznego. Gdy w imię muzykalności dostaniemy brutalne zaokrąglanie wszystkiego co się na niej dzieje, będzie to ze szkodą dla przyjemności słuchania. Tymczasem testowane okablowanie przy odczuwalnym zmniejszeniu iskry w blachach perkusji w twórczości jazzowej Keith’a Jarrett’a, czy Leszka Możdżera nie zabierało nic z tak ważnego dla dobrego odbioru całości przekazu pakietu informacyjnego. To był jedynie ciemniejszy, rysowany nieco grubszą kreską obraz, a nie pozbawiona promieni słonecznych ciemna strona Księżyca. Ale, ale. Podobne akcje w temacie wypełnienia dźwięku często  mają swoje bardzo dobre strony. I tutaj natychmiast przychodzą mi na myśl instrumenty typu fortepian, często występujące w moich sesjach płytowych saksofony, czy chociażby prawie podstawowa dla każdej formacji jazzowej poczciwa perkusja. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że gdy danej układance zaoferujemy dodatkową szczyptę masy, wspomniane instrumentarium przy naprawdę umiejętnym jej dozowaniu prawie zawsze odwdzięczy się nam przyjemnym w odbiorze zwiększeniem swojego udziału w projekcie muzycznym. Tak też było i tym razem. Artyści z przed momentem wyartykułowanej wyliczanki inspirując się fantastycznym zastrzykiem adrenaliny jaki wniósł mariaż mojego zestawienia z Audiomicą, swoimi instrumentalnymi poczynaniami ewidentnie pokazywali, iż byli z tego powodu bardzo ukontentowani. Ok. To co, wszystko zalatywało fantastycznie kończącą się bajką braci Grimm? Oczywiście, że nie. Niestety, gdzie drwa rąbią, tam zawsze wióry lecą. Nie musiałem szukać zbyt długo, gdyż w swojej play liście zawsze mam przygotowany materiał z muzyką elektroniczną. Efekt? Po włożeniu do napędu odtwarzacza płyty Depeche Mode „Exciter”  jedno stało się jasne. Moje zestawienie przy bardzo dobrym oddaniu zamierzeń konstruktorów kabli w muzyce generowanej przez instrumenty naturalne, natychmiast zaczęło buntować się przy muzyce tworzonej przez maszyny. Oczywiście nie była to porażka, gdyż charyzmatyczny wokalista i tak potrafił zgarnąć z oferty Audiomici coś dla siebie, ale już wszelkie przestery, świsty, czy przenikliwe pasaże modulacyjne przez zbytni spokój i ugładzenie nie potrafiły do końca oddać zamierzeń tegoż artysty w sferze bezlitosnego smagania narządów słuchu audiofila. Po prostu, wszystko było zbyt „ładne”. Ale przypominam, mój zestaw sam w sobie jest już kolorowy i bardzo dobrze dociążony, dlatego też taki obrót sprawy jest tylko potwierdzeniem, że osobiście trafiłem w punkt i dodatkowego balastu masy mi nie potrzeba.

Trochę szkoda, że nie udało się przetestować tytułowych drutów nieco wcześniej. Podczas formowania dźwięku dla siebie szukałem czegoś, co potrafi podkręcić dźwięk w domenie energii średnicy, bez szkodliwego zabijania przekazu. Sądzę, że gdyby panowie z Gorlic pojawili się u mnie przed kilkoma laty przy pierwszym naszym Monachijskim spotkaniu, sprawa wyboru pomiędzy wszędobylskimi Harmonixami i obecnymi Tellurium Q nie byłaby taka oczywista. Jednak co by nie pisać, kable Audiomici są dobrze rokującymi produktami, gdyż nawet u mnie, ubranego już w ciepłe i nasycone druty mimo drobnego potknięcia w twórczości elektronicznej potrafiły pokazać inną, nadal bardzo ciekawą twarz tak uwielbianego przeze mnie jazzu. A to mam nadzieję, jest już pewnego rodzaju może niewielką, gdyż będąc skromnym człowiekiem nie uzurpuję sobie prawa do wszechwiedzy, ale jednak rekomendacją.

Jacek Pazio

Producent: Audiomica Laboratory
Ceny:
Pearl Consequence: 12 000 PLN (2 x 1m); 13 440 PLN (2 x 1,5m); 14 860 PLN (2 x 2m)
Miamen Consequence: 14 950 PLN (2 x 2m); 15 750 PLN (2 x 2,5m); 16 550 PLN (2 x 3m)

Dane techniczne:
Pearl Consequence M1:
– Przewodnik: Solid-core, OCC, N7
– Średnica przewodników: 15 AWG
– Średnica kabla: 8 AWG
– Ekran 1: Plecionka wielodrutowa 80% pokrycia
– Ekran 2: Folia aluminiowa 100% pokrycia
– Ekran 3: Folia metalizowana 100% pokrycia
– Ekran 4: Plecionka wielodrutowa 95% pokrycia
– Wtyki: WBT RCA lub XLR pozłacane
– Mufy antystatyczne: ( Acoustic Points )
– Mica security liquid

Miamen Consequence:
– Przewodnik: 12 żył po 45 mikro przewodników OCC o czystości N7
– Średnica przewodników: 12×12 AWG
– Średnica kabla: 6 AWG
– Ekran 1: Plecionka wielodrutowa 95% pokrycia
– Ekran 2: Plecionka wielodrutowa 98% pokrycia
– Wtyki: Widełki WBT pozłacane

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Siltech Triple Crown
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

W dobie ciągłej gonitwy za kosmicznymi technologiami warto dać wytchnąć uszom i posłuchać czegoś na wskroś klasycznego – np. monitorów  Graham Audio LS5/9

cdn …