Monthly Archives: sierpień 2018


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Hijiri Million HDG-R10

Opinia 1

Choć mogłoby się zdawać, iż otaczający nas świat nie tylko pędzi na złamanie karku, ale wręcz nieustannie przyspiesza, są jednak na naszym globie miejsca, gdzie czas spokojnie płynie swoim, niezmiennym od tysiącleci tempem. Miejsca, gdzie wszystko ma swoje „teraz” a ewentualne zmiany zachodzą równie dynamicznie jak cykl wegetacyjny wiśniowych drzew, z których ów zakątek słynie. Mowa bowiem o Japonii, gdzie z jednej strony rozwój technologiczny i tempo życia w wielkomiejskich metropoliach potrafi przyprawić o zawrót głowy, w ekstremalnych przypadkach doprowadzając do Karōshi, a z drugiej, to właśnie tam powstają najdoskonalsze urządzenia audio, wkładki gramofonowe i wszelakiej maści akcesoria, przy których wcale nie liczy się tempo, tylko pietyzm i dokładność. I właśnie jedną z takich manufaktur jest Combak Corporation, której produkty sygnowane są logotypami takich marek jak Enacom, Harmonix, Reimyo czy też Hijiri. Jak sami Państwo doskonale wiecie, zarządzający powyższym przedsiębiorstwem właściciel – Pan Kazuo Kiuchi portfolio odświeża niezwykle rzadko, przez co pojawienie się jakiejkolwiek nowej wersji już istniejącego modelu, o wprowadzeniu nowości nie wspominając, każdorazowo wywołuje spore poruszenie tak wśród finalnych odbiorców, jak i samej branży. Nie inaczej było w przypadku ostatniego debiutu, gdy światło dzienne ujrzał najnowszy, reprezentujący topową linię Hijiri „Million” przewód cyfrowy HDG-R10, którym w niniejszej recenzji się zajmiemy.

Przechodząc do akapitu poświęconego aparycji dzisiejszego gościa warto nadmienić, iż o ile jego poprzednika – model Harmonix HS 102 określano, w dodatku całkiem zasłużenie, mianem „kanarka”, to HDG-R10 poszukując podobnych analogii z obszaru flory i fauny, spokojnie można uznać za audiofilski odpowiednik nieco bardziej stonowanego pod względem intensywności umaszczenia albinosa Pytona Birmańskiego. Powód takiego stanu rzeczy wydaje się oczywisty. Saturacja żółtej dominanty została bowiem obniżona a do projektu plastycznego dodano szaro-beżową plecionkę, przez co całość nabrała zdecydowanie spokojniejszego charakteru. Nie bez znaczenia jest też wymiana dotychczasowych konektorów na pokryte opalizującą na zielono kevlarową plecionką wtyki. W roli przewodnika wykorzystano kierunkową miedź PCOCC a o właściwej orientacji podłączenia informują stosowne, umieszczone na termokurczkach strzałki. Krótko mówiąc postawiono na ponadczasową elegancję i brak jakichkolwiek oznak krzykliwości, co dodatkowo potwierdza dbałość o takie detale jak opakowanie w którym topowy Hijiri jest oferowany a któremu warto poświęcić dłuższą chwilę. Transportowe opakowanie stanowi zwykłe, wykonane z kredowobiałego kartonu pudełko ze zdjęciem i nazwą modelu, które kryje właściwą obwolutę tytułowego przewodu w postaci obłożonego w cieniutki pergamin, przypominającego miniaturę drewnianych skrzyneczek w jakich dostarczane są kimona i japońska ceramika etui. Niby drobiazg, lecz analogia do klasyki gatunku, czyli misternych puzderek w jakich sprzedawane są np. wkładki Air Tight-a wydaje się aż nazbyt oczywiste. Zatem już przy rozpakowywaniu można poczuć się odpowiednio dopieszczonym a to, biorąc pod uwagę iście morderczą konkurencję ma niebagatelne znaczenie. Jednym słowem w pełni zasłużony punkt dla Combak Corporation.

A jak z brzmieniem? Nie da się ukryć, iż przewody sygnowane logotypami Harmonixa i Hijiri od lat uchodzą za synonim muzykalności, wysycenia i szeroko rozumianej eufonii. Grają bowiem jedwabiście gładko, gęsto i soczyście, przez co sprawdzają się wszędzie tam, gdzie na pierwszym miejscu stawiana jest czysto hedonistyczna przyjemność czerpana z odsłuchu a nie walka z materią i rozbijanie każdego dźwięku na przysłowiowe atomy. O ile jednak za pewne ekstremum w intensywności powyższych cech stanowiących o japońskiej „szkole brzmienia” wiadomego producenta można uznać przewód zasilający X-DC350M2R Studio Master, to już modele przypisane do królewskiej serii 聖 Hijiri (HGP-RCA, ’TAKUMI’ MAESTRO) cechowały zdecydowanie większy umiar, jak i nieporównywalnie większa rozdzielczość w stosunku do swoich protoplastów. Podobnie jest w przypadku HDG-R10, który nie owijając w bawełnę bezsprzecznie deklasuje HS 102 i to pod każdym względem. Oczywiście warto pamiętać, iż 102-ka była nie tyle świetna, co wręcz wybitna w swojej klasie cenowej, jednak wyższa cena w przypadku tytułowego przewodu oznacza ni mniej ni więcej, lecz awans do wyższej ligi. I to bez żadnego „ale”. Nie chodzi jednak o to, że wszystkiego robi się więcej, gdyż ta droga doprowadziłaby do ewidentnego przesłodzenia przekazu, lecz o nieosiągalne wcześniej wyrafinowanie, precyzję i rozdzielczość. Choć po prawdzie powinienem napisać o rozdzielczości i całej reszcie, gdyż właśnie pod tym względem najnowszy przewód niejako na nowo definiuje możliwości „konwencjonalnej” transmisji cyfrowej. Bratobójczy pojedynek 1:1 ze 102-ką w systemie Jacka z podłączonymi Dynaudio Evidence Master (test wkrótce) był niczym powiew świeżości w nagrania, które niejako z racji wykonywanej profesji znamy praktycznie na pamięć. Na światło dzienne wyszły niuanse i mikrodetale, które do tej pory niby cały czas tam egzystowały, lecz z powodu mniejszej precyzji w rysowaniu krawędzi i właśnie rozdzielczości jakoś umykały naszej uwadze. Na pierwszy rzut ucha było nieco lżej, lecz po bardziej wnikliwej analizie wyszło na jaw, iż to zwiększenie zwartości źródeł pozornych i lepsze rozlokowanie ich na wirtualnej scenie dźwiękowej mogło powodować złudne wrażenie przesunięcia równowago tonalnej ku górze. W rzeczywistości nic takiego nie miało miejsca a dolne rejestry wręcz zapuszczały się w rejony, gdzie 102-k jedynie sygnalizowała obecność jakichkolwiek dźwięków.
Ponieważ podobne obserwacje poczyniłem we własnym systemie, gdzie dyżurny Ayon CD-35 wystąpił w roli przetwornika cyfrowo-analogowego a za transport posłużył mi Naim CDX2 doszedłem do wniosku, iż warto trochę podnieść poprzeczkę i wpiąć go w nieco bardziej bezkompromisowy system.

Tym oto sposobem, korzystając z gościnności stołecznego SoundClubu miałem okazję skonfrontować możliwości rzeczonego przewodu w secie złożonym z transportu Accustic Arts DRIVE 2, przetwornika Soulution 760, dzielonej amplifikcji Boulder 2110 preamp + 1160 stereo power, oraz przepięknych, stanowiących obiekt moich tęsknych westchnień kolumn Marten Coltrane 2. W roli sparingpartnera wystąpiła cyfrówka Jorma Design Digital 110 Ohm XLR. Ponieważ system był wygrzany i na chodzie przez blisko kilkanaście godzin sprawę osiągnięcia optimum możliwości mieliśmy niejako z głowy. Dlatego też na pierwszy ogień poszedł referencyjnie zrealizowany album „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena. Pół żartem pół serio można powiedzieć, iż jest to połączenie skandynawskiej baśni z samplerem Dolby Atmos, lecz tak naprawdę w całej tej muzycznej opowieści chodzi o stworzenie niepowtarzalnego klimatu i sprawienie, by słuchacz został zewsząd otoczony przez zarówno delikatne i eteryczne, jak i potężne, wręcz złowrogie dźwięki. Z powyższej próby Hijiri wyszedł obronną ręką dodając od siebie wielce przyjemne dociążenie / dosaturowanie przełomu średnicy i wysokich tonów. Brzmienie saksofonu było pełne, organicznie analogowe a pomimo swojej homogeniczności nie straciło nic a nic ze swojej rozdzielczości. Kreowanie przestrzeni też nie pozostawiało złudzeń, że producent nie próbował nic a nic kombinować z lokalizacją źródeł pozornych i jeśli tylko coś dobiegało naszych uszu spoza bazy wyznaczonej rozstawem kolumn, to tak właśnie miało być. Przesiadka na zdecydowanie bardziej zróżnicowaną, a przy tym nieco garażową, ścieżkę dźwiękową „Songs of Anarchy: Music from Sons of Anarchy Seasons 1–4 ” uwidoczniła kolejne cechy japońskiej cyfrówki. Chodzi bowiem o pewne, delikatne, ale jednak obecne i niezaprzeczalne, tonizowanie wszelakiej maści sybilantów i ziarnistości pojawiających się zarówno na średnicy, jak i w górze pasma. Co prawda popisom wokalnym Katey Sagal nadal daleko było do aksamitności Queen Latifach, lecz w porównaniu z Jormą wpływ spożytej whiskey i wypalonych papierosów był zdecydowanie mniej absorbujący. Proszę jednak pamiętać, iż porównań dokonywałem z użyciem mogących pochwalić się diamentowymi tweeterami Accutona kolumn a one najoględniej mówiąc jeńców nie biorą i czego jak czego, ale same z siebie niczego wygładzać, wyostrzać z reszta też, nie mają w zwyczaju. Oferują za to to rozdzielczość na tyle ponadprzeciętną, iż to system z nimi współpracujący musi je pod tym względem gonić a nie na odwrót. Dlatego też różnice w większości docelowych systemów mogą być mniej ewidentne
Wśród materiału testowego nie mogło oczywiście zabraknąć pieszczotliwie przez Jacka określanego mianem łomotu „The Astonishing” Dream Theater, gdzie jakiekolwiek złagodzenia i tonizacje sprawdzają się jak nie przymierzając dosypanie cukru do baku przed wyścigiem na Nürburgring, czyli oględnie mówiąc katastrofalny. Całe szczęście ingerencję Hijiri można było w tym przypadku określić mianem iście kosmetycznych i skupiających się w głównej mierze na partiach wokalnych, co … Jamesowi LaBrie wyszło tylko na dobre.

Śmiem twierdzić, iż 聖 Hijiri „Million” HDG-R10 może, i z pewnością nieźle namiesza na rynku przewodów cyfrowych. Jest bowiem niezwykle wyrafinowany, rozdzielczy a zarazem muzykalny, lecz również pozbawiony pewnej krągłości, czy też lepkości, co do której dotychczas nie wszyscy audiofile i melomani byli się w stanie przekonać. Przy okazji. Jest też bezapelacyjnie lepszy od swojego poprzednika, co powinno być jednoznacznym sygnałem dla miłośników marki, że prędzej, czy później czekają ich wydatki.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature); Naim CDX2
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips.

Opinia 2

Z bliskim stu procent przekonaniem mniemam, iż każdy przemierzający krętą drogę skonfigurowania dobrze grającego zestawu audio meloman znakomicie zdaje sobie sprawę z faktu pewnego rodzaju sznytu brzmienia danego producenta, czy to w zakresie elektroniki, czy akcesorium kablowego. Naturalnie w ramach każdego brandu w zależności od modelu efekt soniczny delikatnie ewaluuje, ale główny pomysł na brzmienie konstruktora przez biegłych w temacie audiofilów zawsze jest słyszalny. Czy to źle? Naturalnie, że nie, gdyż taka dźwiękowa rozpoznawalność wszystkim zakręconym na punkcie słuchania muzyki w dobrej jakości osobnikom ułatwia życie i już podczas kreślenia wstępnej listy odsłuchowej pozwala wyeliminować z założenia nie do końca wpisujące się w oczekiwania komponenty. Tak było zawsze i tak jest obecnie. Zatem jaki cel ma nasze dzisiejsze spotkanie? Otóż co jakiś czas każdy producent, czy to idąc za oczekiwaniami klientów, czy też z powodu wdrażania będącego naturalną cechą spowodowanego upływem czasu nieco innego spojrzenia na to samo zagadnienie postanawia od podstaw zmienić swoją ofertę. Znowu kreślę znane wszystkim slogany? Owszem, robię to z premedytacją, gdyż cały misterny plan w pierwszych strofach wstępniaka był nastawiony na Wasze delikatnie „znudzenie” przypominaniem oczywistości, by na koniec, ujawniając bohatera testu lekko Was zaintrygować. O co chodzi? Otóż w tym opiniotwórczym odcinku przyjrzymy się znakomicie rozpoznawalnej przez większość populacji melomanów, znanej z dbałości o muzykalność każdej korzystającej z jej produktów układanki audio japońskiej marce Combak Corporation. A konkretnie? Zdaję sobie sprawę, że dla wielu jest to temat z rodzaju audio voodoo, ale z przyjemnością informuję potencjalnych zainteresowanych o przybyciu do redakcji na testy długo oczekiwanego, będącego kontynuacją najnowszej linii produktowej Hijiri kabla cyfrowego Hijiri Milion HDG-R10. Kogoś zaintrygowaliśmy? Jeśli tak, to zapraszam na kilka spostrzeżeń o wartościach dźwiękowych następcy popularnego „kanarka”. Czy zmiany są wyraźne? A jeśli tak, to w którą stronę ewaluowały? O nie, za wcześnie na takie informacje. W tym momencie mogę zdradzić tylko jedno. Wizytę wspominanego w mojej samotni zawdzięczamy wrocławskiemu dystrybutorowi Moje Audio.

Jak wspomniałem we wstępniaku, poprzednik opisywanej cyfrówki przez środowisko audiofilskie był określany jako „kanarek”. Śmiesznie? Pewnie tak, ale patrząc na jego aparycję całkowicie zasłużenie, gdyż swoim wyrazistym, bo ciemnym odcieniem żółci natychmiast kojarzył nam się z popularnymi ptakami domowymi. A jak wygląda następca? Otóż nadal w barwie swej otuliny wykorzystuje kolor żółty, jednak tym razem zdecydowanie bardziej stonowany i do tego wespół z nutą bieli przypomina motyw łusek jaskrawego węża. Ale kolor i wygląd koszulki nie są jedynymi różnicami. Mianowicie gdy zewnętrzna warstwa poprzednika była połyskującą wariacją śliskiego w dotyku sztucznego tworzywa, to obecna inkarnacja naszego bohatera zdecydowanie bardziej przypomina materiał niż bezduszny plastik. Czy zmiana wierzchniej powłoki ma wpływ na efekt soniczny mimo, że izolacja okablowania jest bardzo ważnym elementem podczas ich konstruowania nie mam zamiaru rozprawiać, jednak jedno mogę powiedzieć na pewno, Hijiri HDG-R10 jest zdecydowanie przyjemniejszy w dotyku i nie rzuca się tak bezpardonowo w oczy, co dla wielu ortodoksyjnych estetów będzie największą zaletą. Kolejną dostrzeganą gołym okiem zmianą w stosunku do wcześniejszej wersji cyfrówki jest użycie znanych z kiedyś stosowanych w kablach sygnałowych linii Harmonix ciemno zielonych, zakręcanych wtyków RCA. I gdy wydawałoby się, że obydwaj porównywani ze sobą przedstawiciele przesyłu zero-jedynkowych danych różnią się pomiędzy sobą w każdym aspekcie konstrukcyjnym i wizualnym, to spieszę donieść, iż co jak co, ale informacja o najlepszym dźwiękowym wykorzystaniu obydwu drutów w postaci wskazania ich kierunkowości przez konstruktora Pana Kazuo Kiuchi ma swoje odzwierciedlenie na każdym z nich w postaci stosownie skierowanych strzałek. Wieńcząc ten akapit wspomnę jeszcze o dostarczeniu tytułowego kabla do naszych rąk w nadającym wyjątkowości produktu stosownym opakowaniu, czyli estetycznym drewnianym pudełku, które otulone pergaminem spakowano w biały kartonik. Myślicie, że to zbędny blichtr? Patrząc od strony użytkowej mogłoby się tak wydawać, jednak uwierzcie mi, miło czuć się docenionym, o co podobnymi zabiegami dbają japońscy producenci, a ja bardzo lubię celebrować.

Gdybym miał w jednym zdaniu określić sposób prezentacji muzyki według nowej szkoły brzmienia japońskiego producenta, śmiało powiedziałbym, że biorąc za punkt odniesienia poprzednika HS-102 Digital, nowy produkt – HDG-R10 w pierwszym rzędzie jest orędownikiem zdecydowanie większej rozdzielczości. To jest nadrzędna, a przez to stawiająca go w gronie najlepszych konstrukcji pośród konkurencji cecha tego kabla. Próbując pokazać tę różnicę bardziej obrazowo, pokusiłbym się o stwierdzenie, że 102-ka jest gorącym letnim dniem w ciężkie od gorąca południe, a nowa R-10-ka porankiem tego samego dnia. Muzyka nadal oferuje bardzo dużą gładkość, ale cechuje ją mocniejsze zaakcentowanie krawędzi źródeł pozornych, dawka witalności fraz muzycznych, a wszystko to podane jest w estetyce niekończących się nie tylko długich, ale podobnie do poprzednika wielobarwnych wybrzmień. To zaś natychmiast przekłada się na lepszą zwartość i energię niskich rejestrów, może lżejszą w pierwszym odbiorze, ale za to zdecydowanie większą komunikatywność środka pasma i fantastycznie doświetlone wysokie tony. Wszystko nabiera zaskakującej swobody skutkując nie tylko lepszym wglądem w nagranie, ale również budowaniem zjawiskowo szerokiej i głębokiej wirtualnej sceny muzycznej. Jednak co jest bardzo ważne, przekaz nie staje się natarczywy. Naturalnie w przypadku systemów ratujących się przed zbytnią ofensywnością używaniem poprzedniej wersji cyfrówki (ta stawiała na mocne wysycenie kosztem świeżości) nowa propozycja Combak Corporation może przerysować oferowany przez nie obraz muzyczny, Ale nie oszukujmy się, takie są skutki konfiguracji zbyt jasnych systemów pod pretekstem szukania rozdzielczości. Rozdzielczość to nie rozjaśnienie i gdy posiadacz nawet minimalnie „krzyczącego” systemu trafi na unikający maskowania takich „kwiatków” produkt, jako plon swoich wcześniejszych decyzji otrzymuje męczącą nadpobudliwość swoich audio-puzzli. Dlatego też ostrzegam, wszyscy leczący swoje zabawki gęstymi drutami za sprawą wpięcia w tor Hijiri HDG-R10 w domenie muzykalności i poziomu tonacji swoich audiofilskich ołtarzyków zostaną brutalnie sprowadzeni na ziemię. Czym podpieram tak mocne słowa? Otóż oprócz testu w swoim, mocno osadzonym w barwie, systemie miałem przyjemność posłuchać dzisiejszego bohatera w zestawie ze wzmacniaczem duńskiego Gryphona i wysokim modelem nowej serii włoskich kolumn Sonus Faber. Obiegowe opinie na temat takiej konfiguracji są jasne, to jest w głównej mierze stawiająca na atak i neutralność ponad wszystko kombinacja, a mimo to podczas sesji odsłuchowej ani przez moment nie usłyszałem jakiegokolwiek wyostrzenia, tylko doświetlony, ale nadal gładki przekaz. Nie możliwe? Owszem możliwe, ale słowem kluczem jest wspomniana „rozdzielczość”, której przywoływanemu zestawieniu nie brakowało. A jak rzeczony cyfrowy „zaskroniec” wypadał u mnie? Fantastycznie. Na tyle dobrze, że nie wrócił już do dystrybutora. W moim przypadku najważniejszą zaletą okazała się być zwartość przekazu. Bas zebrał się w sobie, ale co ciekawe zaczął schodzić przy tym nieco niżej. Środek złapał pożądanej świeżości, a przez to pokazał dotychczas ukrytą gdzieś w międzykolumnowym eterze całą masę zapisanych na srebrnych krążkach informacji na temat wirtuozerii instrumentów i mimiki twarzy podczas czy to damskiej, czy męskiej wokalizy. Myślicie, że na tym koniec? O nie. Mimo że dotychczas najwyższe pasmo mojej układanki uważałem za odpowiednio skrzące się i pokazujące odpowiednią wagę tak ważnych w ulubionym przeze mnie jazzie talerzy perkusisty, te za sprawą przepuszczenia sygnału przez HDG-R10 jeszcze wyraźniej, i w dodatku z należytą artykulacją przecież okrągłego kawałka blachy zaznaczyły swój byt. Myślicie, że naciągam fakty? Zapewniam, że nie, ale aby uniknąć jakiegokolwiek podejrzenia o drukowanie meczu na tych kilku uwagach na temat sonicznego wyniku ożenku posiadanego zestawu z nową cyfrówką z linii Hijiri zakończę opis swoich wrażeń. I tak każda ostateczna decyzja zapadnie po osobistym odsłuchu, a moje klika zdań jest li tylko nakreśleniem ewentualnych wyników podczas ewentualnego starcia. Z mojej strony tyle, teraz czas na Wasz ruch.

Jak można wywnioskować z powyższego tekstu, najnowsze cyfrowe dziecko Pana Kazuo Kiuchi ofertą brzmieniową ewaluowało w stronę zwiększenia pakietu informacji w przekazie muzycznym. To oczywiście z automatu sprawiło, że muzyka nabrała większej ochoty do czarowania nas wydobytymi z zapisów nutowych, dotychczas nie mogących przebić się przez mocno ociężały przekaz dodatkowymi alikwotami. Naturalnie takie postawienie sprawy w przypadku przywołanych w poprzednim akapicie jaskrawych systemów może brutalnie pokazać w którym miejscu drogi do nirwany dana układanka się znajduje. Ale przecież nie można mieć pretensji do producenta, że obnaża nasze nie do końca udane wybory. Jeśli jeszcze nie dojrzeliście do prawdy, ewentualnej pomocy w dopieszczeniu zestawu szukajcie gdzie indziej. Jednak w przypadku emocjonalnego dorośnięcia do tematu pokazania wszelkich niuansów muzyki nawet kosztem roszad w przez lata konfigurowanym zestawie, będący punktem centralnym dzisiejszego tekstu cyfrowy przewód Hijiri HDG-R10 jest pierwszym, który powinien znaleźć się na potencjalnej liście odsłuchowej. Jak zwykle sukces zależeć będzie od wielu czynników, ale z pewnością ewentualny sparing nie będzie czasem straconym.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Moje Audio
Cena: 5 200 PLN

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Furutech w Wiktorów Studio

Skoro minęliśmy półmetek wakacji, które z pewnością większość z Państwa poświęciła na dalsze i bliższe wojaże, oraz nadrabianie czytelniczych zaległości, bądź zgodnie z wynikami ostatnich sondaży na … (o zgrozo) remonty, również i my postanowiliśmy nieco zniwelować kolejkę oczekujących na publikację materiałów. Dziwnym bowiem zbiegiem okoliczności w ciągu ostatniego roku tempo jakie sami sobie narzuciliśmy sprawiło, że czasu na w pewnym sensie eksperymenty mieliśmy mniej niż wcale a i owe działania wymagały stosownych modyfikacji natury informatycznej naszego magazynu. Koniec końców, skoro czytają Państwo niniejszy tekst, to znak, iż wszystko poszło po naszej myśli i wreszcie możemy się z Wami podzielić materiałem zebranym podczas kolejnej wizyty w podwarszawskim Studiu Wiktorów. Jednak tym razem, oprócz standardowego wsadu słowno – obrazkowego przygotowaliśmy również multimedia, których wartość merytoryczną sami będziecie mogli ocenić. Od razu jednak uprzedzę, że nie chodzi w tym momencie o zaskakująco popularne, z zupełnie niezrozumiałym dla nas upodobaniem, oglądane na Youtube, czy Vimeo filmiki, lecz o zdecydowanie bliższe tematyce, którą się na co dzień z Jackiem zajmujemy, pliki audio. W dodatku pliki surowe, niepodrasowane i praktycznie dziewicze – zgrane prosto ze stołu w formacie wav 24 bit/44,1 kHz. Doszliśmy bowiem do wniosku, że skoro wszelakiej maści roszady okablowania słychać na samym końcu drogi, jaką pokonuje dźwięk, to czemu nie sprawdzić wpływu podobnych praktyk możliwie blisko jego narodzin, czyli przy mikrofonie. Żeby nie było jednak zbyt łatwo, zamiast przewodów znajdujących się stricte na drodze sygnału nieco podnieśliśmy poprzeczkę i skupiliśmy się na … zasilaniu sięgając po topowe dzieło japońskich metalurgów – recenzowany już na naszych łamach przewód NanoFlux-NCF wspomagane stosownym rozgałęziaczem, czyli FP-SWS-D Box R/NCF.

Wybór Wiktorów Studio był oczywisty, gdyż obserwacje poczynione podczas naszej poprzedniej wizyty jednoznacznie wskazywały na to, że ekipa tam urzędująca daleka jest od jakichkolwiek uprzedzeń w stosunku do naszych audiofilskich przypadłości i nawet jeśli w coś sami nie wierzą, to traktują to jako nieszkodliwe dziwactwo. Ponadto dzięki uprzejmości Jacka Kopańskiego udało się na nagranie zaprosić Jacka Talagę – młodego gitarzystę, który był tak miły i cierpliwie pełnił rolę muzyka sesyjnego a za sterami Solid State Logic AWS 948 δelta zasiadł Piotr Olszewski.

A teraz kilka drobiazgów dotyczących naszych działań. Otóż do rejestracji wykorzystaliśmy dwa mikrofony Peluso P-67, z których jeden zasilany był zwykłym „komputerowym” przewodem a drugi Furutechem NCF. Wspominam o tym, bowiem podczas pierwszych przymiarek, uwiecznionych m.in. na zamieszczonej na naszej stronie zajawce wykorzystywaliśmy również Telefunkeny AK-47 MKII i CU 29 Copperhead, jednak w celu urealnienia i uwiarygodnienia wyników uznaliśmy, iż całe ćwiczenie ma sens jedynie w przypadku dwóch takich samych egzemplarzy. W dodatku, by zminimalizować ewentualne różnice między dolnym i górnym mikrofonem każdą sesję powtarzaliśmy, przepinając zasilanie raz do jednego a raz do drugiego mikrofonu. Poniekąd powyższą procedurę można uznać za rozwinięcie zeszłorocznego testu przeprowadzonego przez Furutecha w Studiu TRPTK . Tym oto sposobem nagrywając dwa razy wersję akustyczną i dwa razy „zelektryfikowaną” uzyskaliśmy osiem próbek, którymi w tym momencie chcielibyśmy się z Państwem podzielić i zarazem zachęcić do ich pobrania, oraz przesłuchania we własnych systemach. Dla ułatwienia tylko dodam, że ścieżki zarejestrowane przez mikrofony zasilane przewodami Furutecha posiadają w nazwie FT.
Krótko mówiąc dostarczamy Wam materiał, nad którym będziecie mogli spędzać długie godziny, nabawić się nerwicy natręctw i zmagać się z omamami słuchowymi o autosugestii nawet nie wspominając. Tym oto sposobem niejako przekazujemy Wam recenzencką pałeczkę i na Wasze barki zrzucamy ciężar określenia czy a jeśli tak, to jakie zmiany wprowadziło pojawienie się w torze audiofilskiego okablowania Furutecha. Nie zapominajcie tylko Państwo, iż jest to tylko zabawa, której nadrzędnym celem jest sprawienie czysto hedonistycznej przyjemności.

Pierwsza sesja

Zwykły przewód

Furutech NanoFlux-NCF

Druga sesja

Zwykły przewód

Furutech NanoFlux-NCF

Trzecia sesja

Zwykły przewód

Furutech NanoFlux-NCF

Czwarta sesja

Zwykły przewód

Furutech NanoFlux-NCF

Nie chcąc powielać już raz publikowanych informacji zainteresowanych pełną listą wykorzystywanych w Studiu Wiktorów ustrojstw pozwolę sobie odesłać do naszej pierwszej relacji z Wiktorowa.

Na koniec chciałbym serdecznie podziękować Gospodarzom za gościnę, poświęcony czas i empatię, co w przypadku stereotypowych opinii / bajek z mchu i paproci o zazwyczaj wyimaginowanych fundamentalnych różnicach, czy wręcz animozjach pomiędzy branżą Pro-Audio i Hi-Fi wydaje się mieć nad wyraz pozytywny wydźwięk.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Obserwując obecnie obowiązujące w szeroko rozumianym wzornictwie przemysłowym trendy dość łatwo można zauważyć dwa, dość diametralnie różniące się nurty. Jeden, hołduje bezpiecznym i miłym oku krągłościom, idącym w parze wraz z podkreślającą pewną antyseptyczność bielą, oraz drugi atakujący zmysł wzroku odważnymi bryłami o ostrych krawędziach i dynamicznych formach usilnie zabiegających o naszą uwagę. Jeśli jednak odejdziemy od powyższych ekstremów to z pewnością natrafimy na wszechobecną unifikację i to nie tylko w obrębie poszczególnych marek, lecz generalnie obejmującą swym zasięgiem całe grupy produktów. Nawet po pobieżnym jej rekonesansie bardzo szybko można dojść do wniosku, iż jedynym elementem mogącym ułatwić nam rozpoznanie konkretnego wytwórcy staje się przysłowiowa metka, czy tabliczka znamionowa. Całe szczęście trafiają się jeszcze niemalże kliniczne przypadki ortodoksyjnego przywiązania do wypracowanych u zarania działalności wzorców, projektów plastycznych i generalnie podejścia do tematu, w siedzibach których czas się niejako zatrzymał a tzw. „target” pozyskiwany jest w głównej mierze na drodze dziedziczenia i edukacji jednego pokolenia nabywców, przez kolejne. Jakieś przykłady przychodzą Państwu na myśl? Jeśli nie, to służę pomocą, bowiem tym razem, dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora – stołecznego FNCE S.A. mogliśmy wziąć na redakcyjny warsztat kompletny, przynajmniej jeśli chodzi o elektronikę, zestaw brytyjskiego Naima w składzie: odtwarzacz CDX2, przedwzmacniacz NAC N-272 i stereofoniczna końcówka mocy NAP 250 DR.

Pół żartem pół serio można byłoby stwierdzić iż w stosunku do swoich niemalże 45-letnich protoplastów aparycja tytułowych Naimów zmieniła się co najwyżej kosmetycznie. Oczywiście to dość daleko idące uproszczenie i spłycenie tematu, lecz sami uczciwie musicie Państwo przyznać, że elektroniki z Salisbury nie sposób pomylić z czymkolwiek innym. Minimalistyczne, klasyczne prostopadłościenne bryły odlewów o masywnych szczotkowanych frontach, zielone wyświetlacze, oraz charakterystyczne centralnie umieszczone łukowe logotypy to istna kwintesencja wyspiarskiego Hi-Fi w najczystszej postaci.
Zdolny obsłużyć płyty HDCD (ktoś jeszcze pamięta takie audiofilskie ulepszenie) odtwarzacz CDX2 może pochwalić się zlokalizowaną po swej lewej stronie w pełni manualnie obsługiwaną „szufladą” transportu, połyskującym zielonkawą poświatą centralnie usadowionym logotypem i zaskakująco archaicznym czteroznakowym wyświetlaczem zajmującym wraz z czterema funkcyjno-nawigacyjnymi przyciskami prawą flankę frontu. Dla niewtajemniczonych chciałbym tylko dodać, że wspomniana dosłownie przed chwilą manualność obsługi szuflady jest całkowita, gdyż należy ją samodzielnie (po łuku) wysunąć, umieścić na niej płytę, docisnąć magnetycznym krążkiem i wsunąć na miejsce. Całkiem udana namiastka winylowego misterium. Tylna ścianka również nie stara się nas niczym oszołomić. Ot włącznik główny, wejście na zewnętrzny czujnik IR, 75Ω wyjście cyfrowe w standardzie BNC i wyjścia analogowe w postaci konwencjonalnych, złoconych gniazd RCA, oraz pamiętającego okres panowania tow. Edwarda Gierka gniazda DIN. Całości dopełnia dedykowane zewnętrznym zasilaczom wielopinowe złącze.
Na pierwszy rzut oka równie oldschoolowy co odtwarzacz przedwzmacniacz NAC N-272 przy bliższym poznaniu okazuje się nad wyraz nowoczesnym urządzeniem. Jednak po kolei. Front zdobi jedynie okupująca lewą flankę gałka regulacji głośności, standardowo w centrum mieni się kryptonitową zielenią firmowy logotyp a na prawo od niego użytkownik do dyspozycji otrzymuje niewielki zielony wyświetlacz i matrycę dziewięciu przycisków. Nie zapomniano również o gnieździe słuchawkowym (dedykowany, pracujący w klasie A wzmacniacz) i porcie USB. Jednak swoje prawdziwe oblicze 272-ka ukazuje dopiero na ścianie tylnej. Powodem takiego stanu rzeczy jest zaskakująco bogata oferta interfejsów cyfrowych i choć wyjście cyfrowe jest tylko jedno (75Ω BNC), to już wejść mamy aż sześć – dwa koaksjalne, jedno BNC i trzy optyczne. Dodatkowo są dwie anteny wspomagające łączność Wi-Fi i Bluetootch, oraz port Ethernet. Domenę analogową reprezentuje wejście DIN i dwie pary RCA oraz wyjścia pod postacią dwóch DINów, oraz pary regulowanych i pary stałopoziomowych RCA. Nie zabrakło też stosownego terminala dla zewnętrznego zasilacza.
A teraz najlepsze. NAIM w swoim przedwzmacniaczu sekcje DACa i streamera zaimplementował nie po to, by jedynie odhaczyć kolejną funkcjonalność i mieć temat z głowy, lecz podszedł do zagadnienia na tyle poważnie, iż pominiecie owych pozornych „dodatków” należałoby uznać za przejaw co najmniej pomroczności jasnej, gdyż są to równie wysokiej, co część analogowa moduły. Bowiem to dzięki nim spokojnie zyskamy dostęp nie tylko do zasobów zgromadzonych na serwerach UPNP (NAS-ach), w tym plików o parametrach 24bit/192 kHz i DSD64, lecz również do serwisów streamingowych Spotify i TIDAL. Oczywiście wszystkimi funkcjami możemy zawiadywać zarówno z poziomu panelu frontowego, pilota zdalnego sterowania, jak i, chyba najwygodniej, poprzez dedykowane na Androida i iOSa aplikacje. W dodatku wszystko działa od pierwszego uruchomienia a dołączona instrukcja prowadzi nieobeznanych użytkowników za przysłowiową rączkę. Jednym słowem prościej się nie da.
Najbardziej minimalistycznym elementem dzisiejszej układanki jest oczywiście 80 W końcówka mocy NAP 250 DR, której korzenie sięgają … 1975 r. Cale szczęście przez minione dziesięciolecia konstrukcja ta zdążyła niewątpliwie zyskać nie tylko na czysto wizualnej atrakcyjności, lecz i pozyskać do swych trzewia takie atrakcje jak zaczerpniętą z flagowców technologię Statement i zasilanie DR (Discrete Regulator). Na jej froncie znajdziemy jedynie podświetlony logotyp i włącznik a na plecach … pojedyncze i akceptujące jedynie banany i wtyki BFA terminale głośnikowe, oraz …. dostępne jedynie w standardzie trzypinowego, stereofonicznego DIN-a wejście liniowe. Powiem szczerze, że pierwsze wrażenie jest co najmniej piorunujące i może wywołać lekką konsternację. Oczywiście stosowny przewód znajduje się na wyposażeniu, ale od razu zaznaczę, iż jest to DIN-DIN i bez stosownej przejściówki 250-ki z „obcym” preampem raczej nie zepniemy.

Prawdę powiedziawszy po teście wzbogaconego o moduł zasilacza odtwarzacza ND5 XS & XPS DR moje oczekiwania co do brzmienia tytułowego zestawu jeszcze przed jego wypakowaniem ulokowane zostały na iście olimpijskim poziomie. Oczywiście nawet przez myśl mi nie przeszło, że wbrew logice i wszelkim znakom na niebie i ziemi za ok. 60 kPLN doświadczę ekstremalnego High-Endu zasiadając na audiofilskim Olimpie, lecz coś mi mówiło, że wcale nie będzie to potrzebne, by po prostu cieszyć się uzyskanym efektem brzmieniowym. I nie myliłem się, lecz aby utwierdzić się w tym przekonaniu musiałem nieco, jak to mam w zwyczaju, pokombinować, by koniec końców … przyznać konstruktorom z Salisbury rację. O co chodzi? O okablowanie a dokładnie interkonekty. Nie da się bowiem ukryć, iż dołączane do angielskich urządzeń przewody budziły moje poważne obawy. Ot, początkowo potraktowałem je jak przysłowiowe „sznurówki” dołączane do normalnej – budżetowej elektroniki. Oczywiście wszelakiej maści roszad dokonywałem pomiędzy odtwarzaczem i przedwzmacniaczem, bo już do końcówki mocy nic konwencjonalnego podpiąć się nie dało. I niby wszystko było OK a bagatela ponad trzygodzinna rozgrzewka z Frankiem Sinatrą („Standing Room Only”) przebiegła całkiem miło, to mając pewne obiekcje co do budowania sceny w głąb kurtuazyjnie sięgnąłem po firmowy, anorektyczny kabelek, nie zmieniając albumu kliknąłem Play i … ponownie przesłuchałem całość, lecz tym razem już bez marudzenia. Poprawie uległa bowiem nie tylko owa „papierowa” głębia, co dosłownie wszystko. Począwszy od precyzji ogniskowania źródeł pozornych, po barwę i dynamikę. Było to o tyle istotne, gdyż powyższy album, oprócz fenomenalnego materiału muzycznego wypełniały wszelakiej maści dykteryjki, żarty i konwersacje z publicznością, gdzie namacalność odgrywały kluczową rolę.
Kolejną, dość nieoczywistą pozycją, która tylko podkreśliła ponadprzeciętną rytmiczność testowanego zestawu okazał się album „The Blues” Woong San. Czemu nieoczywistą? A komu z Państwa rzewne bluesy kojarzą się z drobną Koreanką? A właśnie z taką egzotyczną mieszanką mamy w tym przypadku do czynienia. Dodając do tego wyborną, choć właściwie powinienem napisać, iż całkowicie spodziewaną, jakość realizacji efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. To było gęste, pulsujące rytmem granie, które może i wymykało się audiofilskim ortodoksyjnym kanonom wycyzelowania, lecz rekompensowało to niesamowitym drivem i „taping factorem” powodującym, że spokojne usiedzenie w miejscu graniczyło z cudem. Śmiem wręcz twierdzić, iż Naim-y ową niemalże samplerową doskonałość nieco sprowadziły na ziemię, by zamiast chłodu i antyseptyczności laboratorium zaprezentować buzującą emocjami, soczystą muzykę. Spora w tym zasługa iście atawistycznej niechęci do wyczynowości i sztucznego podkręcania tempa, czy wyostrzania krawędzi dźwięków i stawiania na analizę w znacząco większym stopniu aniżeli syntezę. Nie ma jednak mowy o nawet najmniejszym uśrednianiu i zbytniej ingerencji w materiał muzyczny, bo przesiadka na rasowe – słoneczne i brudne brzmienia w stylu „Californisoul” Supersonic Blues Machine potrafią odezwać się w iście garażowej estetyce. Środek pasma jest pełny, krągły i świetnie nasycony, góra nie ma najmniejszych oporów przed utwardzeniem i cięciem powietrza, gdy tylko wymagają tego wysoko „ciągnięte” riffy a bas , jak już wcześniej zdążyłem nadmienić, nie pozwala na obojętność. Przy czym jedna uwaga natury recenzenckiej. Energia najniższych składowych w głównej mierze skupiona jest w wyższych partiach basowych i ich przełomie ze średnicą, stąd też subiektywne wrażenie ponadprzeciętnej dynamiki, lecz bezpośrednie porównanie np. z moim dyżurnym Brystonem 4B³ pokazało, że pod względem liniowości i reprodukcji najniższych oktaw można to zrobić nieco dokładniej. A właśnie, skoro wzięliśmy się za demontaż tej misternej brytyjskiej układanki wielkie brawa należą się przedwzmacniaczowi NAC N-272, który z równą atencją obsługiwał dostarczane mu sygnały analogowe, jak i cyfrowe, co koniec końców doprowadziło do tego, że po kilku dniach zupełnie przestałem zwracać uwagę na to z dobrodziejstw jakiej domeny korzystam i skupiłem się li tylko na muzyce jako takiej.
Przesiadka na mroczne i mocno depresyjne interpretacje kolęd, jakie swojego czasu zaserwowała nam na „From Spirits and Ghosts” Tarja Turunen, pozwoliła mi odkryć również drugą, bardziej skupioną naturę tytułowego zestawu i dać się otoczyć onirycznym dźwiękom i chłodnym wokalem solistki. Tutaj najważniejsza była Ona a cała reszta stanowiła jedynie tło do jej poczynań. Jak widać nawet Naim potrafi czasem zapomnieć o swojej buntowniczej naturze i postawić na „klimatycznoć”.

Dostarczony na testy przez FNCE S.A. set z jednej strony potwierdził krążące po sieci pogłoski o świętej motoryce sygnowanych przez NAIM-a a z drugiej nad wyraz dobitnie pokazał, że nie tylko w energetycznym Rocku należy go uwzględniać. Śmiało można powiedzieć, że to taki typ pozornie szorstkiego twardziela na podobieństwo Clinta Eastwooda, który o ile tylko trafią się ku temu stosowne okoliczności potrafi zaskoczyć ciepłem i delikatnością. W dodatku swoim ortodoksyjnym podejściem do kwestii okablowania pozwala NAIM pozwala zaoszczędzić znaczne środki finansowe, które zamiast na druty warto przeznaczyć na … dodatkowe moduły zasilające, o sensowności czego mogliśmy przekonać się na własne uszy przy okazji odsłuchów ND5 XS.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips.

Opinia 2

Gdybym miał być do bólu szczery, będąca naszym głównym tematem, pochodząca w Wysp Brytyjskich marka ma tyle samo zwolenników co przeciwników. I choć teoretycznie podobny rozkład nastrojów ma większość znajdujących się na rynku audio brandów, to przywołany przed momentem podział w tym przypadku – ok. zdradzę co trafiło na recenzencki tapet, rozprawiamy o NAIM Audio – nie jest li tylko spowodowany wpisaniem się lub nie w konkretne oczekiwania soniczne. Mianowicie zdecydowana większość oponentów stosunkowo rzadko zarzuca wyspiarzom zbyt dużą ochotę do energicznego grania zwanym pośród audiofilskiej gawiedzi jako PRAT (to wręcz jest uważane za jej atut), tylko torpeduje przywiązanie Anglików do gloryfikowania archaicznych DIN-owskich gniazd, przy wykorzystaniu których o zgrozo w większości przypadków ich konstrukcje grają najlepiej. Nie wierzycie? Myślicie, że ewentualne pretensje maniakalnych kablarzy są nonsensem? Bynajmniej. Żyjemy w czasach, w których ekstremalny audiofil woli wymienić na przykład sieciówkę niż kolumny w budżecie nawet 30 kzł i niczym Reytan bezpardonowo bronić tezy, że taki ruch do końcowego efektu brzmieniowego systemu wniesie o wiele więcej. Paranoja? Owszem, ale na szczęście bardzo marginalna, którą właśnie swoim hołubieniem uważanych już za wymarłe gniazd chce ograniczyć w przypadku użytkowania swoich produktów dostarczony do testów przez warszawskiego dystrybutora FNCE kompletny zestaw od źródła (CDX2), przez przedwzmacniacz z funkcją DAC (N-272), po końcówkę mocy (NAP250) NAIM Audio.

Akapit opisujący aparycję i wyposażenie produktów angielskiego brandu z racji mocno zunifikowanego designu niniejszym dedykuję wszystkim tym, którzy do tej pory nie mieli okazji zetknąć się z brytyjska klasyką w jej najbardziej charakterystycznej formie.. Przybliżając zatem szerszemu gronu ów nieco utylitarny wygląd jestem zobligowany poinformować, że skrzynki zawsze są stosunkowo niskie, zbudowane z aluminium, a przedni panel zazwyczaj podzielony jest na trzy płaszczyzny, z czego środkowa w stosunku do zewnętrznych jest delikatnie cofnięta i dzierży przez jednych uwielbiane, a przez innych wytykane, przypominające zawieszony nad barem w angielskim pubie, mieniący się zieloną poświatą półokrągły szyld z logo marki. Rozpoczynając miting opisowy od źródła na lewej flance znajdziemy zamocowaną w jednym punkcie wychylaną po łuku z czeluści obudowy masywną półkę z czytnikiem płyt. Co według konstruktorów tego pomysłu na zwieszenie czułego na drgania lasera jest ważne, to po pierwsze wspomniane jednopunktowe podparcie wspierającej go osi i wykończenie okalających laser płaszczyzn przypominającą delikatny aksamit napylaną strukturą eliminującą ewentualne odbicia wiązki światła czytającego zero-jedynkowe zapisy. Płynnie przerzucając wzrok na prawą stronę frontu w jego centrum widzimy wspomniane kontrowersyjne (mnie osobiście się podoba) logo i na zewnętrznej rubieży cztery podświetlane zieloną obwolutą okrągłe przyciski. Jeśli chodzi o tylny panel, patrząc od lewej do dyspozycji mamy włącznik główny, zespolone z bezpiecznikiem gniazdo zasilania, wyjście cyfrowe SPDIF, selektor wyboru wejścia (cyfrowe/analogowe), wielopinowe wejście dla dodatkowego zasilacza i wyjście analogowe w standardzie DIN i RCA. Próbując uniknąć szkodliwego dla płynności tekstu powielania ciągów literowych odnośnie opisywanej płaszczyzny kolejnych komponentów dwa pozostałe postaram się skonsolidować. Przód przedwzmacniacza z funkcją przetwornika cyfrowo/analogowego na lewej stronie oferuje dużą gałkę wzmocnienia, gniazdo słuchawkowe i USB, w środku podświetlane logo, a na prawej duży wyświetlacz i 9 przycisków. Zaś tył standardowe dla NAIM-a włącznik i gniazdo zasilania, sekcję wejść i wyjść cyfrowych w standardzie ETHERNET, SPDIF, OPTICAL, USB, podobnie do CD-ka terminal dodatkowego zasilania, a także wejścia i wyjścia liniowe RCA i DIN.
Jeśli chodzi o końcówkę mocy, w środku awersu mamy logo, a z prawej strony jedynie włącznik inicjujący działanie, by na rewersie znaleźć gniazdo zasilania, przyjmujące tylko banany, dla wielu archaiczne, bo ubrane w czarne i czerwone obwoluty proste dziurki dla kabli kolumnowych i trzypinowe wejście dla sygnału stereo z przedwzmacniacza liniowego. Tak tak, tej końcówki mocy nie sposób podłączyć po bożemu, czyli przy użyciu XLR lub RCA, tylko jesteśmy skazani na rozwiązanie firmowe. Przesada? Nie wiem na pewno, gdyż nie miałem możliwości tego skonfrontować, ale jeśli temat jakości dźwięku przy użyciu tych gniazd jest bliźniaczy do sygnałowych w pre i cd, to wiem, dlaczego padło na taki, a nie inny wybór. Puentując ten akapit ważną informacją jest również oferta pilotów w standardzie dla pre liniowego o odtwarzacza płyt, gdyż ostatnimi czasy już kilkukrotnie spotkałem się z pomijaniem podobnych akcesoriów przez producentów w zestawach startowych. Tutaj jesteśmy dopieszczeni.

Sądzę, że bardziej spostrzegawczy czytelnicy zdążyli się zorientować, iż przez cały dotychczasowy pisemny wywód przewijała się jedna zasadnicza dla konstrukcji angielskiej marki prawda najlepszej prezentacji muzyki przy użyciu z wyglądu bardzo niepozornych, o dziwo dostarczanych w komplecie kabli. Ale uprzedzając ewentualne mądrości typu: “można znacznie lepiej” spieszę donieść, że wbrew pozorom na tle drutowej konkurencji mamy do czynienia z rasowym brzydkim kaczątkiem. Naim-y są cienkie, czarne lub szare i do tego zakonfekcjonowane zwykłymi, biednie prezentującymi się wtykami lub bananami, a mimo to wszelkie próby (w moim przypadku w dwóch odsłonach) pokazywały zdecydowanie większą spójność dźwięku firmówek w stosunku do zdobionej audiofilską ornamentyką konkurencji. Dlatego też nie idąc pod wyznaczony przez angielskich inżynierów prąd cały test z wyjątkiem kabli głośnikowych przebiegł w pełnej konfiguracji NAIM’a. Co z tego wynikło?
Cóż, pierwszym czego nie da się pominąć, to mocny nacisk zestawu na prezentację środka pasma. Ale nie chodzi tylko jego soczystość, czy masę, ale również dbałość o rytmikę całego przekazu. Mamy do czynienia z bardzo gęstym, ale za to bardzo motorycznym pokazywaniem zapisów płytowych, co od pierwszych płyt zwróciło moja uwagę na wręcz fenomenalne oddanie zamierzeń twórców muzyki rockowej i jej podobnej. Naturalnie nie oznacza to ułomności reszty gatunków muzycznych, ale muzyka buntu jest oczkiem w głowie tego producenta. Weźmy na przykład ciężką do ciekawego pokazania dla wielu konstrukcji muzykę zespołu Metallica. Mocne gitarowe riffy, czy energetyczna praca perkusisty są wręcz wizytówką tej formacji i nie oszukujmy się, cherlawe systemy, czyli nie potrafiące zaoferować odpowiednio gęstej, ale zaznaczam w pełni kontrolowanej średnicy, cały włożony przez muzyków w nagranie danej płyty wysiłek zostanie bardzo mocno uśredniony. Szkoła NAIM-a wie, jak o to zadbać i w stu procentach pokazał to opisywany zestaw. To co, kupno tego przecież nie taniego seta skazuje nas na słuchanie tylko jazdy bez trzymanki? Co to, to nie. Przecież środek pasma jest ważny dla większości nurtów muzycznych. Owszem, może w lirycznej muzyce dawnej jej zwartość i punktualna rytmiczność nieco oddali nas od niesionej przez ten gatunek dźwiękowej erotyki, ale zapewniam, nie odbierzecie tego jako odbębnienie nudnego plumkania, tylko w pewien sposób poddaną dyscyplinie w założeniach stawiającą na uduchowienie soniczną strawę. Czy to twórczość Jordii Savalla, czy Michela Godarda, wszelkie interpretacje partytur Claudio Monteverdiego bez problemu wciągały mnie w wir stworzonych przez zestaw z Wysp Brytyjskich wydarzeń. Natomiast jak wspomniałem, może prezentacja w domenie rytmiki była nieco dobitniejsza niż mam na co dzień, ale taki jest NAIM i albo się go kocha i bierze z całym dobrodziejstwem inwentarza, albo szuka gdzie indziej. Ja mogę powiedzieć jedno. To był mój powrót do przeszłości (kiedyś posiadałem startowy zestaw tej marki) i o dziwo przy obecnym, zdecydowanie większym doświadczeniu w przyswajaniu muzyki spotkanie z setem ze środka oferty tytułowego producenta zaowocowało fantastycznym potwierdzeniem, że moje początki nie były czasem straconym, tylko solidnym przygotowaniem do bycia wymagającym audiomaniakiem. Na tyle wymagającym że w moim repertuarze nie może zabraknąć mainstreamowego, czy nowoczesnego ECM-owskiego jazzu, a także damskiej lub męskiej wokalizy. Dlatego też dzisiejszy test nie byłby kompletny, gdyby takowe pozycje w nim się nie nalazły. I muszę Wam powiedzieć, że również we wspomnianych realizacjach firmowany przez NAIM AUDIO zestaw CDX2, NAC N-272 i NAP250 pokazał się z bardzo energetycznej i w większości wypadków bardzo pożądanej strony. Gdy wymagał tego materiał, solówki kontrabasisty bardzo wyraźnie, czyli z dobrym rysunkiem krawędzi dźwięków kreśliły każde jego dotknięcie wzmacnianych pogłosem pudła rezonansowego strun. A gdy na muzyczny tapet wkraczały wydawane z pełnej objętości płuc doniosłe wokale, wspomniane angielska trójka nie miała najmniejszych problemów, aby wypełnić miechy artysty odpowiednią dla oddania ich zamierzeń masą powietrza. Myślicie, że tak się nie da? Owszem da, co w tym przypadku pokazał mi punkt zapalny naszego spotkania. Ale przypominam, ów sznyt dbania o rytmikę każdej nuty czasem odciska swoje piętno. W większości bardzo pożądane, ale jak to w życiu bywa, są gusta i guściki. Ja mogę powiedzieć tylko tyle, że dla mnie to zaleta.

Jak pisałem w którymś z powyższych akapitów, dzisiejsze zderzenie z pełnym systemem NAIM-a od źródła, przez przedwzmacniacz, po końcówkę mocy było dla mnie pewnego rodzaju przypomnieniem początków zaawansowanej zabawy w wyrafinowane słuchanie muzyki. Próbując przywołać na myśl targające mną wówczas emocje przychodzi mi na myśl bardzo duże zadowolenie z efektów sonicznych. Dlatego też jestem bardzo rad, że kolejne podejście nie zdezawuowało zapamiętanych z dawnych czasów doznań. I gdy wezmę pod uwagę obydwa epizody, śmiało mogę powiedzieć, że bez względu na dochodzące do Was opinie o marce NAIM, ta w temacie generowania muzyki jest bardzo smakowitym kawałkiem tortu zwanym rynkiem audio i bez najmniejszego naciągania faktów zawsze będę polecał ją każdemu miłośnikowi muzyki. Tak, NAIM ma swój sznyt grania, ale według mnie jest to raczej pozytywne w odbiorze kreślenie energetycznego przekazu niż nudne pompowanie artystycznego świata masą bułowatej średnicy. Ja wiem, że znajdą się osobnicy stawiający na lejącą się po podłodze, bliżej nieokreśloną w konturach masę, ale to nie ma nic wspólnego z opartą na rytmie muzyką, tylko jest wylewaniem się z głośników mdłych pomruków. Anglicy nigdy na to nie pójdą, dlatego też podążenie ich drogą nawet początkującemu adeptowi dobrej jakości fonii gwarantuje w zdecydowanej większości radość, niż rozczarowanie ze słuchania swoich ulubionych płyt. A chyba o to w tej zabawie chodzi.

Jacek Pazio

Dystrybucja: FNCE S.A.
Ceny
Naim CDX2: 22 999 PLN
Naim NAC N-272: 19 999 PLN
Naim NAP 250 DR: 20 999 PLN

Dane techniczne
Naim CDX2
Wyjścia: analogowe: RCA i DIN
Wyjścia: cyfrowe: S/PDIF, 75Ω BNC
Pasmo: przenoszenia: 10Hz-20kHz (+0.1dB,: -0.5dB)
Poziom: wyjściowy: 2.1V RMS: przy 1kHz
Impedancja: wyjściowa: 10Ω max.
Zniekształcenia: i: szum: <0.1%: 10Hz-18kHz przy max.poziomie
Wymiary(WxSxG):87 x 432 x 314 mm

Naim NAC N-272
Wejścia analogowe: 1 x DIN, 2 pary RCA
Czułość wejść analogowych: 275 mV
Wejścia cyfrowe: 1 x BNC (24bit/192 kHz), 2 x Coax (24bit/192 kHz), 3 x TosLink (24bit/96 kHz)
nne wejścia: DAB/FM, USB, Ethernet, Wi-Fi, Bluetooth
Wyjścia analogowe: Jack 6,3 mm
– regulowane: 2 x DIN, 1 pary RCA
– liniowe: 1 para RCA
– słuchawkowe
Wyjścia cyfrowe: Cyfrowe S/PDIF (1 x BNC)
Napięcie wyjściowe: 775 mV (pre-out), 275 mV (liniowe)
Pasmo przenoszenia: 4 Hz – 40 kHz
Stosunek sygnał /szum: 87 dB
Obsługiwane formaty audio: WAV i AIFF (do 24 bit/192 kHz), FLAC (do 24 bit/192 kHz), ALAC (do 24 bit/96 kHz), WMA (do 16 bit/48 kHz), Ogg Vorbis (do 16 bit/48 kHz), MP3, M4a (do 320 kbit/s), Listy odtwarzania (M3U, PLS), DSD (tylko NAC-N 272). Odtwarzanie bez przerw obsługiwane dla MP3, M4A, AIFF, WAV, FLAC i ALAC.
Radio internetowe: AAC, zawartość sformatowana dla Windows Media™, strumienie MP3,
MMS, Ogg Vorbis, Spotify® Connect: Ogg Vorbis (do 320 kbit/s)
TIDAL: AAC (96 lub 320 kb/s), FLAC (16 bit 44,1 kHz)
Bluetooth: SBC, AAC, aptX, aptX-LL.
Obsługa Wi-Fi: 802.11b, 802.11g, 802.11n
Opcjonalne zasilacze zewnętrzne: 555PS, XPS, XP5 XS
Wymiary (W x S x G): 87 x 432 x 314 mm
Waga: 10,3 kg

Naim NAP 250 DR
– Wejście analogowe: 1 x XLR
– Impedancja wejściowa: 18 kΩ
– Wzmocnienie: +29 dB
– Pasmo przenoszenia: 3 Hz – 50 kHz (-3 dB)
– Złącza głośnikowe: gniazda 4 mm typu „banan”
– Moc: 80 W/8 Ω (znamionowa), 400 W (chwilowa)
– Pobór mocy (spoczynkowy) 25 W
– Wymiary (W x S x G): 87 x 432 x 314 mm
– Waga: 15,8 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

W minioną sobotę, gdy iście tropikalny, rodem z „Hydrozagadki” (to taki stary, czarno – biały film A.Kondratiuka), żar lał się z nieba i co rozsądniejsze jednostki wolały nie oddalać się od klimatyzatorów, warszawsko – katowicki SoundClub postanowił w swojej stołecznej siedzibie zaaranżować małą audiofilską oazę. Co prawda zlokalizowany na ul. Skrzetuskiego 42 salon, przynajmniej na razie, nie doczekał się dedykowanej instalacji wentylacyjnej, lecz dzięki zaadaptowaniu do celów odsłuchowych pomieszczeń usytuowanych w suterenie wolnostojącego budynku temperatury tamże panujące znacząco (oczywiście na korzyść) różniły się od tych na zewnątrz. Wspominam o tym na wstępie, gdyż może i jestem nieco bardziej aniżeli lekko zakręcony na punkcie tematyki audio, lecz traktuję owe hobby jedynie w kategoriach przyjemności a nie okazji do doznań z pogranicza „S&M” (bynajmniej nie chodzi o symfoniczną płytę Metallicy).

A teraz najwyższy czas na szczegóły, czyli czego można było w sobotę posłuchać, a trochę tego było, gdyż Gospodarze postanowili niejako za jednym zamachem przedstawić dwa oblicza amerykańskiego producenta kolumn głośnikowych DeVore Fidelity. O ile jednak, z dość oczywistych względów zmiana kolumn pociągała za sobą delikatną reorganizację części amplifikacyjnej prezentowanego toru, to już źródło pozostawało bez zmian. I tak, odtwarzaniem wszelakiej maści sygnałów cyfrowych zajęły się transport CD Accustic Arts Drive II i serwer/streamer Roon Labs Nucleus współpracujące z przetwornikiem cyfrowo analogowym Brinkmann Audio Nyquist. Kolejnym elementem toru był przedwzmacniacz liniowy Engström MONICA, po którym następowały już odpowiadające używanym w danym momencie kolumnom roszady.

W pierwszej, otwierającej sobotnią sesję, konfiguracji rola wzmocnienia przypadła potężnej, stereofonicznej końcówce mocy Boulder 1160 współpracującej z kolumnami DeVore Gibbon X.

W drugiej odsłonie miejsce Bouldera zajęły wielce urodziwe monobloki Engström LARS a na końcu toru audio pojawiły się przeurocze DeVore Oranagutan O/96. Całość została okablowana przewodami marek Jorma Design, Engström i Boulder, spoczęła na industrialnym stoliku Artesania Audio oraz platformach Franc Audio Accesories.

Jak sami Państwo widzicie prezentowanych w SoundClubie marek nawet z dość sporą dozą dobrej woli trudno określić mianem mainstreamowych. To raczej starannie wyselekcjonowane, prowadzone przez prawdziwych pasjonatów, manufaktury kierujące swoje produkty do świadomych własnych oczekiwań audiofilów. Z resztą sobotnie spotkanie było tego najlepszym przykładem. Set z Boulderem 1160 i Gibbonami X prezentował bowiem obóz zdolny odtworzyć praktycznie dowolny repertuar a z kolei lampowe monobloki Engström LARS wraz z oldschoolowymi Oranagutanami O/96 nad wyraz udanie wypadały w jazzowych i kameralnych klimatach. Wystarczyło jedynie wygodnie rozsiąść się na kanapie i ze szklanką orzeźwiającej lemoniady w jednej, pilotem, lub tabletem w drugiej dłoni, by zapomnieć na długie kwadranse o panującej na zewnątrz spiekocie.

Serdecznie dziękując Organizatorom za zaproszenie i iście świętą cierpliwość, przy wykonywanych podczas sobotniego odsłuchu sprzętowych roszadach, chciałbym jednocześnie nieśmiało napomknąć, iż opisane właśnie spotkanie nie było jednorazową akcją a jedynie inauguracją większego cyklu prezentacji mających na celu przybliżenie szerszemu gronu odbiorców portfolio SoundClubu.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Gdyby komuś z naszych wiernych czytelników wydawałoby się, że środek lata z racji tak zwanego sezonu ogórkowego nie jest w stanie wygenerować ciekawego wydarzenia w interesującym nas dziale wyrafinowanego audio, z niekłamaną przyjemnością spieszę go wyprowadzić z błędu. O co chodzi? Już wyjaśniam. Otóż owszem, zdecydowana większość ważnych imprez typu wprowadzanie nowości, czy kolejnej odsłony istniejącego już produktu, ze wspomnianych przed momentem przyczyn stara się mieć swoje pięć minut w bardziej sprzyjającym w uzyskaniu odpowiedniego rozgłosu okresie. Jednak gdy w grę wchodzi rocznica działalności, temat nabiera całkowicie innego wymiaru. I nie ma znaczenia, jaka cyferka jest wyznacznikiem danego jubileuszu, liczy się fakt pokazania światu, kiedy nastąpiła inicjacja danego pomysłu biznesowego. Oczywiście im więcej wiosen na koncie ma dane przedsięwzięcie, tym wydźwięk jest większy, ale nie zmienia to faktu, że najważniejszym jest możliwie huczne ogłoszenie ciągłości swojego bytu. Po co ten cały wywód? Powiem tak. Jeśli w choć minimalnym stopniu kochacie muzykę płynącą z gramofonu, powinniście wiedzieć do czego piję. Jeśli jednak jakimś zbiegiem okoliczności delikatnie się zarumieniliście, przypominam, iż w tych dniach, czyli środku wakacji jeden z czołowych producentów przeżywających w systemach audio prawdziwy renesans drapaków płyt winylowych, stacjonujący w niewielkim, ale za to malowniczym mieście Erlangen niemieckie Clearaudio obchodzi okrągłą – czterdziestą rocznicę działalności. To zaś było dla mnie fantastycznym zaczynem do poznania jubilata z nieco innej, pokazującej całe przedsięwzięcie od podszewki strony, co w poniższym tekście postaram się dość zwarcie w domenie tekstowej, ale za to rozbudowanie w kwestii fotograficznej zaprezentować.

Punktem zapalnym przedsięwzięcia zatytułowanego Clearaudio był obecny senior brandu Peter Suchy, który w 1978 roku swą aplikację do działu wyrafinowanego audio, z dużym odzewem klienteli, zaznaczył wprowadzeniem na rynek głośników Delta i Sigma. Jak można wyczytać z materiałów firmowych, ów sukces nie był sprawą jednostkową, tylko okazał się być zastrzykiem dawki adrenaliny w dążeniu do rozszerzenia oferty z wysublimowaną dbałością o doskonałość wszelkich produktów. To zaś po dziesięciu latach dynamicznego rozwoju, czyli w 1988 roku zaowocowało uzyskaniem patentu na własne ramiona tangencjalne, by po kolejnej dekadzie tj. w 1998 zdobyć patent na nową generację wkładek MC i po kolejnej dziesiątce długich latek (2008 rok) rozpocząć przebieg uzyskiwania patentu na ceramiczne łożysko magnetyczne. Naturalnie przywołane daty uzyskiwania ochrony swojej myśli technicznej nie są jedynymi ważnymi momentami w działalności firmy. Do wspomnianej puli ciekawych osiągnięć spokojnie można dorzucić wprowadzenie na rynek pierwszego gramofonu “The Reference” (1993 r.) i maszyny do mycia płyt winylowych “Matrix” (2002 r.). Lata mijały, Peter Suchy wcielał nowe pomysły w życie, w międzyczasie został seniorem rodu i nim zdążył się zorientować, okazało się, że nastał rok 2018 i jego biznesowemu dziecku stuknęła okrągła czterdziestka. Jednak myliłby się ten, kto sądziłby, że z pieczołowitością prowadzoną firmę oddał w obce ręce i spoczął na laurach. Obecnie tę określoną przez audiofilski świat mianem bezapelacyjnego przedstawiciela High Endu schedę przejęli potomkowie rodu Robert, Veronika i Patrick Suchy. Naturalną koleją rzeczy w celu dołożenia wszelkiej staranności w dalszej działalności firmy każde z nich zajmuje się innym jej sektorem, co według mnie dało fantastyczne skutki choćby w postaci będącego szczytem oferty marki gramofonu Statement. Myślicie, że naciągam fakty na potrzeby dzisiejszego tekstu? Niestety nie. W swej analogowej drodze do sonicznego absolutu doszedłem dość wysoko i naprawdę niewiele rzeczy jest w stanie mnie do siebie przekonać. Jednak po opisywanej wizycie do Erlangen na ewentualną, od razu zaznaczam bardzo krótką listę przeskoku z posiadanego przecież, bardzo uznanego w świecie drapaka, o oczko wyżej po bliższym zapoznaniu się z możliwościami oddania świata dźwięków trochę z obawą przed co chwila spełniającymi się w moim życiu marzeniami śmiało wpisuję wspomniany hołd dla muzyki w postaci modelu Statement.

Jak widać na załączonych fotografiach, goszczące nas miasto Erlangen zadbało, aby pogoda nie pokrzyżowała planów jubileuszowego eventu rozsławiającej jego byt na mapie świata. Dlatego też widniejący na rozpoczynających relację zdjęciach przedstawiciele rodu Suchy, począwszy od założyciela marki Pana Petera, przez będącego przysłowiowym wodzirejem tej trzydniówki Roberta po zapraszających wszystkich do miłego spędzenia czasu Veronikę i Patricka, nie zanudzali nas godzinnymi przemówieniami, tylko w zwięzłych zdaniach przechodzili do mającego wydźwięk radości z jubileuszu sedna sprawy. Jak było? Przyznam szczerze, podobnych imprez zaliczyłem już kilkanaście, ale takiego luzu gospodarzy w kontaktach nie tylko z gośćmi, ale również z pracownikami jak dotychczas nie spotkałem. To była w pełnej krasie pozbawiona nadęcia („co to nie my”) zabawa przez duże „Z”. Żadnych sennych wykładów, czy wielogodzinnych seminariów, co jest niestety bardzo częstą praktyką podobnych imprez. 40-lecie marki Clearaudio było jednym wielkim, w dobrym tego słowa znaczeniu, festynem, który, trzeba to jasno powiedzieć, według mnie w głównej mierze był pozytywnym efektem działań jednego z następców Petera w osobie niestrudzonego szaleńczym upałem Roberta. Nie wiem, jak on to zrobił, ale dbał o każdy punkt mocno napiętego programu zabaw przez całe trzy dni bez oznak większej zadyszki. Jednym słowem człowiek ze stali. I co w tym wszystkim jest najlepsze, zawsze się uśmiechał i tryskał humorem. Teoretycznie niemożliwe, a jednak byłem tego świadkiem.

Gdy dla części gości zabawa trwała w najlepsze, poszczególne grupy zostały zaproszone do odwiedzenia fabryki z pełnym wglądem co, gdzie i jak.
1. I tak rozpoczynając od pierwszej fotki odwiedziliśmy dział montażu ramion gramofonowych. Nie ma specjalnego podziału na konkretne linie. Produkty wykonuje się na konkretne zamówienia, co widzimy na przykładzie kilku rodzajów ramion gramofonowych na kilku stołach w różnych fazach produkcji.
2. Kolejne kroki zaprowadziły nas do niedużego magazynu, sekcji montażu zamówionych modeli gramofonów, gdzie między innymi znalazły się podzespoły tak drażniącego moje analogowe ego modelu Statement. Co ciekawe, jednymi z niewielu wykonywanych u kooperantów komponentów są właśnie widniejące w tej sali plinty. Jakie są tego przyczyny? Do końca nie wiem, ale być może, aby zrobić to na poziomie ideału, włodarze marki bez rozbudowywania fabryki woleli pozostawić to znającym się na rzeczy fachowcom, czego efektem jest widniejąca na zdjęciach dbałość o każdy szczegół wykończenia czy to w połysku, czy w macie wykonanej w danej stylistyce powierzchni.
3. Śledząc slajdy z pewnością zauważyliście wywołujące uśmiech na twarzy pudelka po pizzy. Tym razem nie są to jednak pozostałości po firmowych posiłkach regeneracyjnych, tylko z humorem zapakowane talerze do gramofonów.
4. Kolejnym działem jaki udało nam się obejrzeć, była sekcja mało kojarzących się z precyzyjnym gramofonem maszyn typu wiertarki lub tokarki. Jeśli ktoś jest zaskoczony, ze swojego doświadczenia zapewniam, iż to jest chleb powszedni każdego mechanicznego produktu.
5. Pewnie się uśmiechniecie, dlatego też zrobiłem kilka fotek, ale nawet do produkcji gramofonów, a w tym przypadku do montażu myjek do płyt winylowych wykorzystywany jest pospolity młotek. Może nie w rozmiarze XXL, ale bez względu na rozmiar raczej kojarzymy go z dewastacją niż precyzyjną pracą, a tu taki pozytywny „zonk”.
6. Po niszczycielskim młotku przyszedł czas na coś bardziej wyrafinowanego i wycieczka dotarła do precyzyjnych maszyn typu CNC.
7. Tuż za działem obróbki precyzyjnej trafiliśmy na salę składania do wysyłki kompletnych myjek płyt.
8. Gdy dostatecznie nasyciliśmy się zapachem chłodziwa z obrabiarek, pracownik firmy wpisując się w nasze oczekiwania zaprosił nas do działu produkcji wkładek gramofonowych, gdzie na jednym ze stołów mogliśmy zobaczyć proces pomiaru i wydruku dostarczanych z każdą wkładką parametrów jej pracy. Jeśli dobrze się przyjrzycie, bez problemu powinniście zobaczyć prezentowaną na dłoni bursztynową drobinkę, która jest niczym innym jak cewką igły wkładki gramofonowej i obok spakowane w plastikowy pojemnik magnesy zbierające sygnał z poruszającej się w ich polu, znajdującej się na końcu wspornika wspomnianej cewki.. Niestety jak to w życiu bywa, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą i ze smutkiem muszę potwierdzić Wasze spostrzeżenia na temat będących cmentarzyskiem wielu wkładek dwóch niebieskich kuwet. Smutny widok, nie sądzicie?

Jak wynikało z planu na piątek, oprócz zwiedzania fabryki kolejnym ważnym wydarzeniem dnia miał być wyścig na wytyczonym wokół budynku torze kartingowym. Choć z powodu praktycznie braku możliwości wyprzedzenia jednego bolidu przez drugi nie za bardzo orientowałem się jakie są zasady oceniania, zabawa była przednia. Naturalnie dla potrzeb podniesienia poziomu śmiechu podczas wielogodzinnych zmagań na torze, każdy z wyścigów miał swoją nazwę i z założenia delikatnie kreował mające się odbyć podczas każdego startu wydarzenia. Oczywiście to były jedynie pobożne życzenia organizatorów i niestety nie do końca przełożyły się na poczynania kierowców, gdyż ci po zajęciu miejsca w usytuowanym kilka centymetrów nad ziemią fotelu zazwyczaj parli do mety jak szaleni. Ale co tam, koniec końców chodziło zabawę, czego było pod dostatkiem. Wieńcząc ten akapit z przyjemnością donoszę, iż mieliśmy w tym wydarzeniu trzech przedstawicieli i co ważne, dwóch z nich zajęło drugie miejsca w swoich biegach.

Zobrazowany w tej serii zdjęć pokój jest prywatnym azylem muzycznym Pana Petera. Codziennie przychodzi do pracy, ale nie w celach wtrącania się w biznesowe poczynania swoich potomków – ci radzą sobie przecież znakomicie – tylko z sentymentu i raczej dla posłuchania muzyki. Patrząc na stojący tam zestaw w korelacji z tym co mam u siebie, a konkretnie mówiąc chodzi kolumny z głośnikami papierowymi , sądzę, że w kwestii ostatecznej estetyki dźwięku nadajemy na tych samych falach. Szkoda, że nie miałem okazji spróbować sonicznej szkoły założyciela marki Clearaudio. Może następnym razem?

Co prawda fotograficzna prezentacja tych bardzo ważnych dla audiofila urządzeń wygląda bardzo skromnie, ale wynika to z uwagi na używanie ich jedynie w celach realizacji nowych wydań płytowych. Spieszę jednak donieść, iż prezentowany set gramofonu szpulowego i wycinarki płyt winylowych mimo wyglądającego na wiekowy nadal jest pełnoprawną podczas nagrywania, masteringu i produkcji płyt składową sprzętowej układanki.

Już nawet niezobowiązujący rzut okiem na to pomieszczenie daje jasny przekaz, że w co jak w co, ale w system odsłuchowy swoich wyrobów przedstawiany producent grosza nie żałował. Stojące na zewnętrznych rubieżach amerykańskie kolumny Wilson Audio MAX i angielskie B&W 802 pozwalały pokazać możliwości tego samego urządzenia w dwóch nieco odmiennych specyfikach grania. W dniu naszych odwiedzin grały akurat MAX-y i powiem szczerze, że mimo osobistego obrania nieco innej drogi specyfiki dźwięku całego zestawienia, ta prezentacja bez najmniejszych problemów potwierdziła pokładane w topowym gramofonie oczekiwania. Owszem, z racji sesji wyjazdowej i wielu zmiennych nie był to odsłuch wiążący, ale jeśli coś aspiruje do miana elity High Endu, nawet w teoretycznie nie do końca idealnych warunkach, powinno pokazać, że wie, o co w tej zabawie chodzi. I zestaw oparty o gramofon Statement bez problemu mówiąc kolokwialnie owinął mnie wokół swojego palca.
Ale ale, ten pokój nie był li tylko cieszącym oczy uwielbieniem dla topowych konstrukcji niemieckiej marki. To tak prawdę mówiąc był salon wzorcowy, czego potwierdzeniem była wystawa produkowanych przez naszych zachodnich sąsiadów innych gramofonów i oferowanych w swoim portfolio urządzeń.

Ostatnim akcentem naszpikowanego ciekawostkami piątku były dwa występy muzyczne. Pierwszym okazał się być prezentacją wykonywanej przez ubrany w regionalne stroje zespół pochodzącej z tamtych regionów bawarskiej twórczości. Nuda? Bynajmniej. Repertuar był tak znakomicie dobrany, że oprócz natychmiastowego zaciekawienia swoją muzyką licznie przybyłych gości, sam stosownymi sekcjami solowymi danej sekcji (klarnety, trąbki, puzony, czy bębny) pokazał, jak znakomity warsztat posiada.
I gdy myśleliśmy, że przyszedł czas na pożegnanie piątku, na przygotowaną na opisywany event niezbyt dużą scenę wkroczył złożony z mających już swoje lata, ale przez to wiedzących jak przygarnąć serca słuchaczy zespół “Back in Time”. Jak wypadli? Powiem szczerze. Nie tylko repertuar jaki zaśpiewali i zagrali (znane przeboje rockowe i rock-popowe), ale również sposób interpretacji nie pozwalały na nic innego jak bezwiedne długie oklaski po każdym z kawałków. Sam byłem zdziwiony, że tak chętnie biłem brawo, a w tym aspekcie z reguły nie jestem zbyt wylewny.

Punktem centralnym podobnie przepięknej w kwestii pogody do piątku soboty było grupowe składanie gramofonów. Szczerze powiedziawszy do samego rozpoczęcia tego zadania nikt z nas do końca nie wierzył, że jest to możliwe. Tymczasem znajdująca się na liście wydarzeń zapowiedź stała się faktem i nadszedł czas zmierzenia się z podstawami budowy poczciwych gramiaków. Smaczku dodawał fakt, że obserwujący nas przedstawiciele producenta mieli być jedynie zdawkowo pomagającymi doradcami, a całą wiedzę na temat odpowiedniej kolejności montażu każdego elementu mieliśmy czerpać z pokazującej to dokładnie wycieczki po linii produkcyjnej. Jak wypadł ten budowniczy miting? Nie wiem z jakiego powodu, ale jednym z owoców było delikatne podniesienie poziomu adrenaliny u uczestników. Na szczęście był jedynie motywujący, a nie przeszkadzający w całej zabawie aspekt. Tym bardziej, że prawie każdy kto potrzebował pomocy, bez problemu ją otrzymywał i co ważne nie tylko od obsługi, ale również od bardziej zorientowanych w temacie sąsiadów. Suma summarum wszyscy lepiej lub gorzej, ale sklecili po jednym egzemplarzu, co wprawiło nas w znakomity nastrój, czego zwieńczeniem była kończąca całą trzydniową jubileuszową zabawę grupowa fotka.

Jak wynika z powyższej relacji, przez większość jubileuszu 40-lecia istnienia marki Clearaudio byliśmy zabawiani. Czy to źle? Czy goszczący nas organizatorzy zmarnowali pieniądze? Naturalnie, że nie, gdyż w takich przedsięwzięciach o to właśnie chodzi. Jednak cały myk polega na tym, aby bez zbędnego psychicznego obciążenia przemycić dawkę ważnych do umysłów uczestników, co za sprawą połączenia zabawy z okraszonym wieloma nurtującymi nas pytaniami zwiedzaniem linii produkcyjnej gospodarze zrealizowali znakomicie. Z doświadczenie wiem, że to jest trudne, gdyż dotychczas w podobny do tytułowej marki sposób potrafili zrobić jedynie nieliczni.
Puentując to bardzo ważne dla tytułowego brandu wydarzenie chciałbym pogratulować Panu Peterowi Suchy i jego spadkobiercom tak długiego, a przy tym owocnego w wiele przełomowych konstrukcji w domenie analogu, bytu na rynku audio, a ich pracownikom podziękować za bardzo miłą atmosferę podczas całego weekendu. Naturalnie w swych podziękowaniach nie mogę pominąć organizującego nasz wyjazd do Erlangen dystrybutora Audio Klan. Cieszę się, że miałem okazję pojawić się na tak ważnym dla świata High Endu imprezie, za co w ramach rekompensaty życzę polskiemu przedstawicielowi marki Clearaudio wielu sukcesów w propagowaniu jej spuścizny. I nie odbierajcie tego jako dziękczynne drukowanie meczu, tylko nauszne potwierdzenie możliwości dźwiękowych usłyszanych podczas wizyty w głównym salonie stacjonujących tam gramofonów.

Jacek Pazio