Opinia 1
Wiadomym jest, iż kolumny głośnikowe są najbardziej determinującą brzmienie składową, mozolnie dopieszczanego przez długie lata systemu audio. To zaś sprawia, że praktycznie każdy producent tych, mówiąc kolokwialnie mniej lub bardziej wyrazistych „megafonów” ma swoich zwolenników i przeciwników. I nie ma znaczenia, że ich liczba jest zazwyczaj zbilansowana, gdyż najsilniejsze w swym przekazie są te mniej pochlebne. Jednak nie podważające zasadność egzystencji na rynku danej marki, tylko najczęściej z powodu jasno określonej estetyki grania obciążone pewnym pakietem roszczeń. W jakim celu kreślę ten wywód? Otóż dzisiaj, po raz kolejny, postaram się może nie udowodnić, gdyż musiałbym zrobić to podczas spotkania ucho w ucho, ale pokazać, że kategoryczne przyklejanie łatki jakiemukolwiek wytwórcy bardzo często obarczone jest niefortunną konfiguracją a nie problemami samej konstrukcji. Wręcz idealnym przykładem wydaje się być francuska marka Triangle, która dzięki białostockiemu dystrybutorowi Rafko tym razem do boju o najwyższe laury wystawiła wielce urodziwe kolumny Magellan Quatuor.
Tytułowe piękności znad Loary, jak to u Francuzów od dawien dawna bywa, są wysokie i smukłe. Naturalnie opiniowane dzisiaj z racji znajdowania się bardzo blisko szczytu cennika są jednymi z najwyższych panien tej stajni, co dodatkowo czyni je bardzo eleganckimi, a za sprawą wykończenia fortepianową bielą, wpisującymi się w praktycznie każde, bez względu na stylistykę pomieszczenie. Obudowa, zachowując spójność z resztą oferty, kształtem przypomina lutnię, co nie tylko uatrakcyjnia ją wizualnie lecz również zapobiega powstawaniu fal stojących w jej wnętrzu. Jeśli chodzi o informacje na temat układu elektrycznego zastosowanych przetworników, mamy do czynienia z konstrukcją trójdrożną bazującą na firmowych głośnikach w układzie patrząc od dołu: trzy basowe, jeden średniotonowy i dwa tubowe wysokotonowe – jeden na froncie, a drugi wspomagający propagację fal w przestrzeni zakolumnowej. Analizując fotografie jasnym jest, że mamy do czynienia z kolumnami wentylowanymi a port bass-refleks usytuowany jest w dolnej części frontu. Będące zwieńczeniem zbiegających się ku tyłowi płynnym łukiem bocznych ścianek plecy Magellanów są nieco węższe od awersu i oprócz przywołanego przed momentem zlokalizowanego prawie na szczycie konstrukcji dodatkowego gwizdka, w dolnych partiach oferują użytkownikowi zagłębiony w aluminiowej kształtce osobny dla sekcji niskotonowej i średnio-wysokotonowej zestaw zacisków. Wieńcząc pakiet danych o testowanych konstrukcjach jestem zobligowany wspomnieć o ważnym dla prawie całej rodziny kolumn Triangla temacie, czyli podstawie kolumn. Otóż dla poprawienia stabilności przecież bardzo wysokich i wąskich obudów zastosowano zdecydowanie szersze od ich podstaw cokoły. Ale co jest istotne, nie jest to jedyny punkt styczności Francuzek z podłożem, gdyż owe profile przymocowane są do kolumn jedynie w ich tylnej części cedując w ten sposób frontowe podparcie na od lat wykorzystywany przez inżynierów tego brandu sporej wielkości stożek.
Jak twierdziłem w akapicie startowym, wiele kolumn ma przyklejoną często niezasłużoną, jawiącą się w odbiorze jako co najmniej kontrowersyjna metkę. Nie wiem jakie odczucie macie Wy, ale niestety z moich kuluarowych rozmów z ludźmi kochającymi muzykę wynika, że również tytułowy producent często wzbudza diametralnie przeciwstawne opinie. I gdy kiedyś, jeszcze bez osobistego kontaktu, byłem gotów iść z tym nurtem, to po obecnie przybliżanym i mającym niedawno swoje pozytywne zakończenie teście, jestem zdziwiony, oczywiście w moim odczuciu, niezasłużonymi negatywnymi reakcjami po odsłuchach współrozmówców. Dlaczego? Otóż słowem kluczem jest fraza „konfiguracja”. Uwierzcie mi, zespoły głośnikowe spod znaku Triangle’a naprawdę są dość łatwym do oswojenia zwierzęciem. Owszem, jeśli ktoś nakarmi je mocnym, a przy tym idącym drogą neutralności z naciskiem na sterylność tranzystorem, porażkę ma jak w banku. Tymczasem wystarczy zadbać o fajną lampkę lub tak jak w moim przypadku kolorowo grający tran z odpowiednio dobranym okablowaniem, aby nagle malowany francuskimi głośnikami świat stał się atrakcyjny również dla tak kochającego soczyste granie osobnika jak ja. Niemożliwe? Jeśli tak twierdzicie, nawet nie wiecie, w jakim błędzie jesteście. Naturalnie dźwięku brytyjskiej szkoły typu Harbeth, czy Spendor z tego nie zrobicie, ale z pewnością nie powiecie, że są krzykliwe czy bezduszne. Zatem jakie? Proszę bardzo. Otóż przy naprawdę odrobinie przedtestowych starań uzyskałem w domenie neutralności, dzięki unikaniu przesadnego koloryzowania przełomu środka z basem szybkie i energetyczne, ale przyjemne w odbiorze granie. Było lżej i mniej eufonicznie niż mam na co dzień (tutaj chcę przypomnieć, iż osobiście lubię nieco przerysowany dźwięk), ale trudno mieć pretensję, że kolumna gra w wykreowany przez lata produkcji, a przez to poszukiwany przez wielu zwolenników, idący raczej w stronę neutralności niż zbytniego podgrzewania wydarzeń sposób. Ważne jest, że robi to w adekwatny dla zajmowanej w cenniku pozycji jakości, która w przypadku modelu Magellan Quatuor jest na niezwykle wysokim poziomie. I chyba nikt z Was nie będzie zdziwiony, gdy jako pierwszy w procesie opiniowania francuskich panienek wystąpił krążek zespołu Metallica. Tak, to jest kompilacja z sekcją muzyków symfonicznych, ale nie oszukujmy się, gdy artyści zapragnęli nieco mocniej wyrazić swoje emocje, bez odpowiedniego rysunku, czytaj wyraźnej kreski źródeł pozornych wespół z konieczną szybkością i energią poszczególnych akordów nie uzyskalibyśmy wrażenia, że mamy do czynienia z muzyką buntu. Ukulturalnioną zestawem instrumentów klasycznych, ale jednak w swoim przekazie mającą pokazać pazur w stylu kultowego filmu „Psy” Pasikowskiego, a nie nadal mającej w sobie wiele piękna, jednak stawiającej na delikatne rozwadnianie pakietu danych powieści Elizy Orzeszkowej „Nad Niemnem”. Gdy wymagał tego materiał, perkusja z szybkością bolidów F1 nadawała rytm odgrywanych na scenie wydarzeń, a gdy muza opiewała na współpracę sekcji kontrabasów z mocnymi gitarowymi pasażami, wszyscy w domenie wyrazistości rozlokowania ich na wirtualnej scenie w wektorach szerokości i głębokości zawieszeni byli wręcz książkowo. A trzeba dodać, że dzięki smukłości kolumn, kreowany przez nie świat bez najmniejszych problemów pokazywał nawet najdalej oddalone od frontmena symfoniczne formacje. W bardzo podobnym odbiorze wypadała muzyka jazzowa z mojej ulubionej wytwórni ECM. To jest label w swoich wyborach muzycznych bardzo mocno preferujący małe składy. Ale nie dlatego, że nie potrafią poradzić sobie z nagraniem większej liczby muzyków, tylko mocną stroną jazzowego trio, lub kwartetu, jest swobodne operowanie fantastycznie wprowadzającą słuchacza w odpowiedni stan świadomości ciszą. Tak tak, umiejętnie dozowana cisza jako taka jest pełnoprawną częścią podobnych składów i gdy zrozumie się, o co w takiej twórczości chodzi, może okazać się, iż w dotychczas swych wyborach muzycznych mocno błądziliśmy. Jednak w zrozumieniu tego fenomenu niezbędny jest potrafiący pokazać go zestaw audio, w którego ideę w moim mniemaniu bez najmniejszych problemów wpisują się tytułowe kolumny. Pełna kontrola niskich rejestrów, a co za tym idzie bardzo konturowe występy mających swoje pięć minut kontrabasów i wyraziste, pokazujące najdrobniejsze muśnięcie blach perkusisty wysokie tony były idealnymi środkami do wejścia w wymagany przez muzyków stan jej odpowiedniej percepcji. Bez takich umiejętności podobne pozycje płytowe brzmią nijako, zaś Triangle ze swoimi cechami wydają się być wręcz poszukiwanymi. Ok. dotychczas muzyka wypadała niezwykle przekonywująco, ale czy ze wszystkimi gatunkami jest równie idealnie? I tutaj właśnie zaczynają wychodzić nasze preferencje, gdyż w momencie utożsamiania się z nurtem mocnego kolorowania wydarzeń na scenie możemy mieć nieco inne oczekiwania. Ale zaznaczam, po odpowiedniej konfiguracji nie będzie to problem wyboru pomiędzy złym a dobrym graniem, tylko nieco inaczej usytuowanym punktem ciężkości w zakresie wysycenia średnicy i według mnie tylko niej, bowiem reszta jest znakomita. Jaki materiał mi to pokazał? Każdy z wokalizą, choćby pochodząca z Bałkanów Amira Medunjanin ze swoim krążkiem „Damar” . Całość w materiału w kwestii rozdzielczości i lokalizacji w eterze wypadała znakomicie, a jedyną mogącą wejść nieco mocniej w estetykę gładkości i nasycenia dźwięków składową muzycznego konglomeratu była fantastyczna wokalistka. Ale zaznaczam, pani Amira nie krzyczała, tylko w moim odczuciu była zbyt zwiewna, co jak to zwykle bywa w dużym stopniu uzależnione jest od naszych oczekiwań. Jak ocenicie to Wy, musicie sprawdzić sami.
Poprzedni test kolumn matki Triangle sprawił, że aplikując w swój tor audio oceniany tym razem model Magellan Quatuor widziałem, co należy zrobić, aby bez zbędnego błądzenia od razu przejść do głębokiej analizy oferty dźwiękowej. Wystarczyło zadbać o muzykalne wzmocnienie i gęste okablowanie, aby całkowicie zdewaluować przyklejone Francuzkom opinie nazbyt ofensywnych. Naturalnie wykończone w fortepianowej bieli panny nadal wykazywały się mocnym przywiązaniem do szybkości i wyrazistości przekazu, ale to był już ich atut, a nie problem. Czy są to kolumny dla całej populacji miłośników muzyki? Szczerze? Mimo, że w opiniowanie sprzętu audio bawię się już kilka lat, jeszcze takich bez względu na cenę nie znalazłem. Dlatego też mogę powiedzieć tylko jedno, jeśli cenicie w muzyce energię, szybkość i idealne ogniskowanie muzyków na scenie, tytułowe piękności są idealnymi kandydatkami. Jednak po raz kolejny przypominam o odpowiednim dla nich towarzystwie, gdyż zlekceważenie jego składu zakończy się spektakularną porażką, a nie dźwiękiem na lata. Ja mimo codziennego celowania w bardziej podgrzaną estetykę grania mojego zestawu audio, te kilkanaście dni z divami z nad Loary wspominam bardzo przyjemnie.
Jacek Pazio
Opinia 2
Próbując zagrać w nieco zmodyfikowaną wersję, całkiem popularnego jeszcze jakiś czas temu, edukacyjnego zabijacza czasu, czyli państwa – miasta i prosząc zorientowanych w temacie interlokutorów o wymienianie znanych im marek audio z danego kraju, z graniczącym z pewnością prawdopodobieństwem możemy założyć, iż pytając o Francję usłyszymy jeśli nie w pierwszej, to już na pewno w drugiej kolejności nazwę Triangle. Jest to niezbity dowód na to, że ponad 35-letnie starania w dostarczaniu odbiorcom możliwie wiernego granej na żywo muzyce ładunku emocji i precyzji nie poszły na marne. Tym bardziej, że francuskie kolumny pojawiają się praktycznie w każdym przedziale cenowym i to począwszy od przystępnej „budżetówki” w postaci linii Plaisir, po reprezentowany przez topowe Magellany ekstremalny High-End. Jest zatem w czym wybierać, jednak sięgając po dowolnego przedstawiciela powstających nieopodal Soissons – w Villeneuve-Saint-Germain, kolumn możemy mieć jednocześnie pewność, że witalność i spontaniczność nie będą reglamentowane. Co prawda, o słuszności tej tezy zdążyliśmy się już przekonać przy okazji testu wieńczących linię Signature modelu Alpha, lecz jak to zwykle z ludzką naturą bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności goszczenia, środkowego pod względem gabarytów, członka najwyższej serii Magellan, czyli Triangle Magellan Quatuor.
Pomimo pozornych podobieństw do wspominanych na wstępie Alph, będące przedmiotem niniejszej recenzji Quatuory, to jednak zupełnie inna i zarazem niezaprzeczalnie wyższa liga. Pomijając bowiem zbliżone gabaryty i pulę wykorzystanych przetworników, mamy do czynienia z nieco bardziej przemyślanym, stonowanym projektem plastycznym. Oczywiście to wyłącznie moje, prywatne a tym samym wybitnie subiektywne zdanie, ale właśnie poprzez pewne niuanse, całość wydaje mi się bardziej wysmakowana i mniej ofensywna wzorniczo. O co chodzi? Między innymi o klasyczny, a zarazem spójny układ przetworników, pod którymi wygospodarowano miejsce dla eleganckiej, grawerowanej i wypolerowanej na lustro tabliczki znamionowej, a tuż przy samej podłodze wylot kanału bas – refleks. Drobiazg? Oczywiście, ale w Alphach ów szyldy zlokalizowano mniej więcej na wysokości wzroku słuchaczy, którzy chcąc nie chcąc odbijali się w nich niczym w krzywym zwierciadle, co dla części z nich mogło być nieco deprymujące i skłaniające do założenia na kolumny maskownic, co z kolei wiązało się niewielkim, bo niewielkim, ale jednak kompromisem brzmieniowym. Przy Quatuorach takie kombinacje alpejskie nie będą konieczne. W zamian za to, patrząc od góry, mamy dwie najnowszej generacji, wspomagane tubkami, kopułki TZ2900 GC (druga znajduje się na ściance tylnej) z charakterystycznymi, przypominającymi nabój karabinowy, korektorami fazy i pojedynczego średniotonowca o niezwykle łatwym do zapamiętania symbolu T16GMF100-THG06. Jego membranę wykonano z włókien celulozowych a zawieszenie oparto na impregnowanych włóknach lateksowych uformowanych w kształt dwóch połówek fali sinusoidalnej. Powyższy set otrzymał dedykowaną, zamkniętą komorę a obecność tylnego tweetera ma na celu bipolarne, symetryczne rozpraszanie dźwięku w ramach systemu DPS drugiej generacji, który z kolei wspomaga system poprawiający zgodność fazową głośników RPC. Obsługujące dół pasma trzy 16 cm basowe T16GM-MT15-GC2 mogą się z kolei pochwalić odlewanymi z aluminium koszami i kanapkowymi membranami, w których pomiędzy dwoma warstwami włókna szklanego znalazła się warstwa strukturalnej celulozy do złudzenia przypominająca plater miodu. W układzie napędowym znajdziemy 4-warstwowe cewki, które zapewniają liniową pracę nawet z dużymi, sięgającymi ± 7mm skokami.
Kilka słów wypadałoby również poświęcić samym obudowom, których lekko wypukłe ściany boczne skutecznie zapobiegają tworzeniu się wewnątrz fal stojących a gęste wzmocnienia w formie kratownic zapewniają potwierdzoną akcelerometrycznie sztywność. Gniazda głośnikowe są podwójne i niezwykle solidne, co szalenie ułatwia sprawę nawet przy opasłym okablowaniu. Dla poprawienia stabilności kolumny spoczęły na masywnych cokołach, lecz w przeciwieństwie do konkurencji, zamiast pozostać jedynie na tym jednostopniowym sposobie odsprzęgania od podłoża, Francuzi wzbogacili układ o umiejscowiony tuż pod przednią ścianką pokaźnych rozmiarów stożek. Wbrew pozorom jego zasada działania jest bardzo prosta i choć producent używa autorskiej nomenklatury (SPEC – Single Point Energy Conduction) opisującej technologię ograniczającą przenoszenie wibracji ze ścian i podłogi pomieszczenia na kolumny i w odwrotnym kierunku, to tak naprawdę chodzi o przesunięcie środka ciężkości z cokołu na ów kolec, który łączy się z podłożem tylko w jednym punkcie a tym samym nie przenosi drgań z i do kolumny.
Jakość 12 warstwowej powłoki lakierniczej nie budzi najmniejszych zastrzeżeń, choć tak po prawdzie, nie możemy doczekać się chwili, gdy w końcu dotrą do nas Triangle w naturalnej mahoniowej okleinie a nie sterylnej bieli – jak niniejsze, bądź smolistej czerni, jak to miało miejsce w przypadku Alph.
To wszystko jednak w pewnym stopniu niezbyt istotne technikalia, które choć leżą u podstaw finalnego brzmienia, to podczas podejmowania decyzji o zakupie konkretnego modelu są co najwyżej ciekawostką, o której uczynny sprzedawca nie omieszka nas poinformować a my kurtuazyjnie wykażemy umiarkowane zainteresowanie. W końcu nie od dziś wiadomo, że w przypadku nieumiejętnej aplikacji nawet najlepsze przetworniki nie mają prawa zagrać na miarę swoich możliwości. A jak jest w Trianglach?
Cóż, mając na uwadze fakt, iż w Quatuorach zastosowano wyłącznie autorskie drajwery, czyli takie, których ze świecą szukać u konkurencji, szans na jakiekolwiek porównania nie ma, no chyba, że w obrębie samych Magellanów. Całe jednak szczęście, wcale nie musieliśmy szukać nijakich wymówek i tłumaczeń, gdyż po około tygodniowej rozgrzewce (w przypadku Triangli proces ten ma równie fundamentalne znaczenie, co w przypadku konstrukcji opartych na Accutonach) pomimo usilnych prób, nie za bardzo mieliśmy się do czego przyczepić. Oczywiście dla osób postronnych taka informacja może spowodować, iż zaczną nas postrzegać jako dwóch roszczeniowych szukających przysłowiowej dziury w całym tetryków, lecz proszę wziąć od uwagę, że ostatnimi czasy mieliśmy prawdziwą „klęskę urodzaju” konstrukcji głośnikowych z przedziału 200 – 400 kPLN i przesiadka z takich cudeniek na coś zdecydowanie bardziej przystępnego cenowo może, choć w cale nie musi, wywoływać pewien niedosyt. Istotny przekaz powyższego wywodu jest zatem taki, że Triangle owego niedosytu nie powodowały. Powiem nawet więcej – ich odsłuch okazał się nader przyjemny, gdyż natywna zadziorność i „charakterność”, z jaką utożsamiane są zazwyczaj francuskie kolumny, wzbogacono odpowiednim wyrafinowaniem i klasą. Iście wybuchowy album „Flamenco” Pepe Romero został oddany z właściwą dynamiką i impetem. Uderzenia obcasów o posadzkę brzmiały jak wystrzały i pół żartem pół serio można byłoby uznać, iż widać było kurz unoszący się po każdym tupnięciu. Triangle bowiem okazały się piekielnie szybkimi kolumnami niemającymi najmniejszych problemów zarówno z oddaniem wirtuozerskich partii gitarowych, jak i właśnie nieodzownego we flamenco wybijania rytmu nogami. Co istotne, wbrew naszym obawom, czy aby bateria trzech basowców równoważona parą tweeterów, nie spowoduje podkreślania skrajów reprodukowanego pasma, całość prezentowana była nad wyraz liniowo a pracująca na ścianie tylnej tytanowa kopułka czuwała jedynie nad głębią sceny i stabilnością planów na niej obecnych, bez tendencji do podkreślania sybilantów, bądź też wyciągania na pierwszy plan detali tam ewidentnie niepasujących.
W roli kolejnej pozycji testowej wykorzystałem „audiofilską”, wydana przez Linna, płytę „Notes From A Hebridean Island” będącą swoistym papierkiem lakmusowym pod względem kultury pracy wspomnianej sekcji wysokotonowej. Bowiem o ile wykorzystane instrumentarium może nie należy do najłagodniejszych (piskliwe dudy), to już rejestry, na jakich operują siostry Mackenzie, potrafią w niezbyt zrównoważonych systemach, nie tylko zdjąć kamień nazębny, ale i porysować szkła okularów. Tymczasem na Quatuor-ach słychać było dosłownie wszystko, lecz bez nawet najmniejszych oznak wyostrzenia, czy też ziarnistości. Rozdzielczość szła w parze z gładkością a całość przyprószona została drobinkami złota, przez co od czasu do czasu można było wyłowić o słodkich refleksach.
Gęsta i wymagająca klasyka również zabrzmiała wybornie. Nagrane dość daleko „Symphonien No. 5 & No. 7” Ludwiga van Beethovena (Carlos Kleiber / Wiener Philharmoniker) zyskały na namacalności i realizmie. Zniknęła delikatna mgiełka oddzielająca słuchaczy od orkiestry a gradacja planów nabrała klarowności. O prawidłowym rozciągnięciu pasma, czy oddaniu potęgi wielkiego aparatu wykonawczego nie ma nawet co pisać, gdyż w tym przypadku wszystko jest na tip – top. Nawet włączone dla ostatecznego podsumowania „Rhapsodies” Leopolda Stokowskiego nie były w stanie wprawić Triangli w zakłopotanie i to na iście koncertowych poziomach głośności. Jednak nie tu należy upatrywać potencjału francuskich podłogówek, bo głośno większość konstrukcji gra zdecydowanie lepiej niż cicho, o ile oczywiście dostaną do dyspozycji odpowiednią amplifikację. Triangle natomiast fenomenalnie sprawdzały się również przy cichych wieczorno-nocnych nasiadówkach, gdy zamiast ilości decybeli, liczyła się przede wszystkim ich jakość. Nie tracąc nic a nic z rozdzielczości uparcie dostarczały tę samą dawkę informacji, więc nie trzeba było uciekać się do poszukiwania pokrętła contur/loudness o ile takowe posiadamy. Wystarczy bowiem sięgnąć po coś w stylu „Pavane For A Dead Princess” Steve Kuhn Trio by momentalnie się zorientować, że jeśli tylko jesteśmy „nocnymi Markami”, to obok tytułowych Triangli nie powinniśmy przejść obojętnie. Blask fortepianu, skrzenie się blach i gęste a zarazem świetnie zróżnicowane brzmienie kontrabasu nie zmieniają się nawet jotę, a my mamy spokojne sumienie, że nie pobudzimy smacznie śpiących za ścianą domowników.
Triangle Magellan Quatuor może nie są tanie, lecz biorąc pod uwagę, iż spokojnie można je uznać za spełnienie większości audiofilskich marzeń a jednocześnie zaprzeczenie większości stereotypowych opinii o nieco łobuzerskim charakterze wysokich tonów oferowanych przez francuskiego wytwórcę. Tutaj perfekcja pod względem komunikatywności idzie w parze z gładkością i homogenicznością przekazu, więc jeśli tylko nasz system nie ma tendencji do szeleszczenia powinniśmy być z Quatuorami w torze co najmniej zachwyceni.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Rafko
Cena: 75 995 PLN
Dane techniczne:
Konstrukcja: 3-drożna, 6-głośnikowa
Głośniki wysokotonowe: 2 x TZ2900 GC
Głośniki średniotonowe: T16GMF100-THG06
Głośniki niskotonowe: 3 x T16GM-MT15-GC2
Skuteczność: 90 dB/W/m
Pasmo przenoszenia: 33 Hz – 20 KHz (+/- 3 dB)
Moc ciągła (RMS): 260 W
Moc szczytowa: 500 W
Maksymalne ciśnienie akustyczne (SPL Max): 113 dB
Impedancja nominalna: 8 Ω (min 3 Ω)
Częstotliwości podziału : 400 Hz (12 dB/Oct), 2800 Hz (24 dB/Oct)
Wymiary (W x S x G): 1338 x 423 x 371 mm
Waga: 45 kg/szt
Co prawda poniższa playlista zawiera jedynie niewielki procent, wycinek naszych muzycznych preferencji i upodobań, lecz mamy nadzieję, że pozwoli Państwu poznać materiał testowy, który przewija się podczas odsłuchów recenzowanych przez nas urządzeń. Nie ukrywamy, że wybór akurat tych utworów może początkowo dziwić pozorną przypadkowością, lecz wychodzimy z założenia, że dobry system powinien podołać każdemu repertuarowi. W związku z powyższym na playliście „Audiophilia Nervosa” znajdą Państwo nad wyraz eklektyczną mieszankę kameralnej muzyki baroku, wysmakowanego skandynawskiego Jazzu, współczesnego popu, na thrashu kończąc. Ciekawe propozycje znajdą u nas zarówno miłośnicy „gry ciszą”, jak i ogłuszającego, pierwotnego ryku i gitarowych riffów. Serdecznie zapraszamy.
Opinia 1
Jak pamięcią sięgam dawno nie było sytuacji, by pozornie niewinny news, wywołał takie poruszenie wśród audiofilskiej braci. W końcu co i rusz na rynku pojawiają się bądź to nowe/odświeżone wersje już dobrze zakorzenionych w świadomości odbiorców modeli i marek, bądź też do głosu dochodzi zupełnie młoda krew próbująca zaistnieć na tzw. świeczniku choćby przez chwilę. Krótko mówiąc dzieje się tyle, że chcąc trzymać rękę na pulsie trzeba byłoby non stop śledzić branżowe newsy, międzynarodowe fora dyskusyjne a czasem i samemu podpytywać producentów niespecjalnie przywiązujących odpowiednią wagę do aktualności własnych witryn, czyli de facto nie odchodzić od komputera. Tymczasem jakiś miesiąc temu ni stąd ni zowąd gruchnęła w Polsce wiadomość, że świetnie rozpoznawalny praktycznie na wszystkich pułapach cenowych AudioQuest postanowił pokazać pazurki i topową serią Storm napsuć krwi typowo high-endowej konkurencji. Co prawda ww. linia produktowa ujrzała światło dzienne już w 2017r., ale jak wdać propagacja ochów i achów wcale nie odbywa się z szybkością błyskawicy a i sam producent po premierze dość oszczędnie chwalił się nowościami. Robi się ciekawie? Ano właśnie, a jeśli weźmiemy pod uwagę, że to nie jednorazowy strzał, lecz kompletny i w dodatku nader szeroki wachlarz opcji. Zamiast bowiem sukcesywnie, krok po kroku kompletować portfolio Amerykanie przypuścili zmasowany atak rzucając do boju cztery modele i to w dodatku w dwóch odmianach – Source i High Current, (prawie) każdy. Mamy zatem otwierające stawkę Thunder i Tornado (jedynie w wersjach wysokoprądowych) a następnie Hurricane’a, oraz topowego Dragona – oba w obu odmianach. I tutaj drobna uwaga natury porządkowej – powyższa wyliczanka dotyczy tego, co AudioQuest oficjalnie prezentuje na swojej stronie a nie stanów magazynowo/sklepowych, gdyż poszczególne wersje sukcesywnie wprowadzane są na kolejne rynki, a biorąc pod uwagę kraj pochodzenia dzisiejszego bohatera pierwszeństwo mają USA i Kanada. Z tej wesołej gromadki, dzięki uprzejmości dystrybutora marki – Sieci Salonów Top HiFi & Video Design udało nam się wyłuskać … Hurricane’y i to nie tyle w obu odsłonach, co w dwóch inkarnacjach tej samej odmiany, czyli High-Current.
Jak sami Państwo widzicie tytułowe przewody, choć de facto reprezentują dokładnie ten sam model, dość znacznie różnią się przede wszystkim kolorem – starsza – pierwotnie wprowadzona na rynek, wersja jest utrzymana w tonacji głębokiego burgunda a najnowsza urzekającego granatu. O powód takiej kolorystycznej volty pozwoliliśmy zaczerpnąć wiedzy u źródła i odpowiedź otrzymaliśmy z samej kwatery głównej, czyli z Irvine – ze słonecznej Kalifornii. Okazało się bowiem, że nie dość, że starano się nie tylko zachować pewną, oczywistą wzorniczą spójność w ramach obecnej serii Storm, to w dodatku uznano, że warto ową transformację zrobić na początku, gdy jeszcze tytułowe przewody nie zdążyły się opatrzeć i zapaść odbiorcom w pamięć, aniżeli później robić niepotrzebne zamieszanie. A czemu w ogóle jakiekolwiek zamieszanie miałoby mieć miejsce? Cóż nie wiem, czy w tym momencie nie zdradzę, zupełnie przez przypadek i niechcący, jakiejś tajemnicy poliszynela, ale już na horyzoncie majaczy, pojawiając się tu i ówdzie, jeszcze jeden model, który poszerzy linię Storm i to właśnie dla niego zarezerwowana będzie burgundowa czerwień. Mowa o … modelu Firebird, któremu, jak na ognistego ptaka przystało, wspomniana czerwień się po prostu należy, a jeśli chodzi o jego pozycjonowanie w ww. linii, to powinien wylądować pomiędzy Hurricane’ami a Dragonami.
Wracając jednak do naszych dzisiejszych bohaterów, oprócz nieco innych piktogramów (starsza wersja nie posiada oznaczenia HC), w trakcie organoleptycznego sparringu jasnym staje się, iż niebieski warkocz, choć złożony z nieco grubszych przewodów, jest zarazem nieco bardziej wiotki i tym samym bardziej podatny na układanie od swojego rubinowego odpowiednika. W obu przypadkach warto jednak mieć na uwadze, iż tuż za wtykami IEC umiejscowiono zasobniki z ogniwami zasilającymi 72V autorski Dielectric-bias system – DBS (System polaryzacji dielektryka napięciem stałym), więc zawczasu mając ochotę na tytułowe specjały AudioQuesta sugerowałbym małe przearanżowanie posiadanego ołtarzyka, gdyż warto minimum 20-25 cm bezpośrednio za urządzaniami przewidzianymi do uhonorowania Hurricane’ami wygospodarować. Jeśli zaś chodzi o same wtyki, to pomijając pełną ofertę standardów obowiązujących zarówno w Europie, jak i USA, konfekcję AQ można, na tle wyrobów Furutecha i Oyaide, uznać za wagę piórkową. Jak jednak zdążyłem już nadmienić kwestię eliminacji ewentualnych zakłóceń w amerykańskich przewodach rozwiązano nieco inaczej aniżeli za pomocą pancernych wtyków, gdyż w ich przypadku sprawę załatwia autorski system DBS. I w tym momencie docieramy do kolejnej, już niewidocznej gołym okiem, zmiany odróżniającej obie odmiany Hurricane’a. Otóż owa nieznaczna, bo nieznaczna, lecz odnotowana przez nas różnica w wiotkości obu warkoczy, wynikała nie tylko ze zmiany umaszczenia zewnętrznego peszelka, co również drobnych zmian konstrukcyjnych dotyczących zastosowania wyższej jakości cienkich drucików odpowiedzialnych za odprowadzanie zakłóceń do gniazda ściennego. Czyli de facto tych części wiązek składających się na widoczne na zdjęciach warkocze, które nie mają bezpośredniego udziału (za to odpowiedzialne są wypolerowane miedziane druty PSC+) w dostarczaniu życiodajnej energii do naszych urządzeń. A czemu sam producent powyższymi udoskonaleniami się nie chwali? Bo mówiąc bez ogródek po prostu nie musi, w końcu nie każdy czuje tzw. „parcie na szkło” by każdą drobnostkę sygnować stosownym oznaczeniem we własnym portfolio, dodając w kilkumiesięcznych interwałach kolejną cyfrę po sygnaturze Mk. AudioQuest tym razem skorzystał z wszechobecnej klauzuli mówiącej iż „producent zastrzega sobie prawo do zmian konstrukcyjnych i zmiany parametrów nie pogarszających walorów użytkowych produktów bez uprzedzenia”, a że zastosowanie wyższej klasy przewodników bezsprzecznie należy uznać za swoisty upgrade, to tylko z korzyścią dla końcowych odbiorców.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu Hurricane’ów chcąc mieć spokojne sumienie i być w porządku w stosunku do naszych Czytelników od razu na wstępie zaznaczę, iż opisane poniżej różnice brzmieniowe pomiędzy obiema przewodami są z oczywistych względów poddane „poetyckiej” hiperboli i opierają się na kilkutygodniowych, a przy tym wnikliwych i przede wszystkim bezpośrednich, porównaniach. Cóż z tego wynika? Otóż to, iż nie mając możliwości jednoczesnego przetestowania obu inkarnacji i na tyle transparentnego (wrażliwego?) na zasilanie systemu prawdopodobieństwo ich wyłapania jest bliskie trafienia szóstki w Totka. Serio, serio, ale pech chciał, że Sieć Salonów Top HiFi & Video Design dostarczyła nam, dwóm stetryczałym upierdliwcom obie odsłony a my, chcąc trzymać się faktów, pewne niuanse w trakcie sesji odsłuchowych wyłapaliśmy, co tak po prawdzie zaskoczyło nie tylko nas samych, lecz nawet producenta, który uznał je za na tyle „śladowe”, iż wręcz pomijalne.
Mniejsza jednak z tym. Grunt, że Hurricane HC (nieważne czy w tym momencie mówimy o burgundowym, czy granatowym) praktycznie od razu po wpięciu w system zaznacza swoją obecność generując niepodrabialne przez większość, nawet wielokrotnie droższej, konkurencji absolutnie czarne i nieprzeniknione tło. Jednak w tym momencie dość istotna uwaga. Owa czerń nie działa na zasadzie zamalowywania dalszych planów, pochłaniania ich i sprawiania wrażenia klaustrofobicznej mrocznej i dusznej celi. Ową „audioquestową” czerń porównać można jedynie do tego, co spotkać można będąc w głębi pustyni podczas nocy, gdy księżyc jest w nowiu. Najoględniej rzecz ujmując odczucia podczas takiej nocnej eskapady są tyleż ekstremalne, co kojące, gdyż z jednej strony nie jesteśmy w stanie dostrzec własnej, wyciągniętej do przodu dłoni, a zarazem, pomimo nieprzeniknionej absolutnej czerni, czujemy się otoczeni bezkresnym wszechświatem i zawieszeni w nim, niczym migocące na nieboskłonie gwiazdy. Mam cichą nadzieję, że nie popłynąłem zbyt z metaforami, ale właśnie tym poziomem intensywności doznań Hurricane’y się przedstawiają a to dopiero początek. Dalej jest jeszcze lepiej, bowiem do głosu dochodzi dynamika i to w swej najbardziej spektakularnej – amerykańskiej, iście hollywoodzkiej, wgniatającej w fotel odsłonie. Proszę sobie wyobrazić, że nawet tak kanciasty materiał, jak japońskie wydanie „Reise, Reise” Rammteina nabrało blasku, soczystości i szlachetności. Zamiast jednak iść na łatwiznę i za jednym zamachem kwestię eufonii załatwić podlewając całość miodowo-karmelowym sosem AudioQuesty z godnym podziwu pietyzmem niejako odrestaurowywały każdą nutę i z zegarmistrzowską precyzją umieszczały ją na swoim miejscu. W rezultacie wzrastała komunikatywność przekazu, rozdzielczość i swoboda. Pół żartem, pół serio można byłoby stwierdzić, iż Hurricane jest swoistą wypadkową rozdzielczości NanoFluxa-NCF Furutecha, rozciągnięcia słyszalnego pasma przez Triple Crown-y Siltecha z … wysyceniem i saturacją ‘TAKUMI’ MAESTRO 聖HIJIRI. Mieszanka wybuchowa? Raczej audiofilski odpowiednik zachwycających drinków serwowanych w BackRoom Warsaw, gdzie z czasem dość zaskakujących mieszanek wykwintnych trunków barmani wyczarowują prawdziwe ambrozje.
A co do ambrozji to … polecam odsłuch „The Hunter” Jennifer Warnes i „Ballads” Johna Coltrane’a, bowiem w jednym i drugim przypadku przyjemność z odsłuchu powinna osiągnąć poziom iście mistrzowski. Uzyskamy bowiem fenomenalną homogeniczność przekazu, rozdzielczość pozwalającą na swobodne wędrówki wzrokiem po scenie, a na deser wspominaną na wstępie bezkresną przestrzeń. To wszystko jednak uwagi, obserwacje zbierane niejako na siłę, bo każdorazowe włączenie systemu okablowanego Hurricane’ami przynosiło ukojenie skołatanych nerwów i działało niczym urlop od codziennych trosk i bieganiny. Była tylko muzyka i my.
Jeśli zaś chodzi o wychwycone różnice, to aktualną – granatową wersję cechuje nieco szersze spectrum i większa żywiołowość, energetyczność przekazu, choć wychodzą one na jaw głównie w przypadku implementacji amerykańskiego warkocza w mocnych i bardzo mocnych końcówkach. Przy czym, po raz kolejny powtórzę, iż są one do wychwycenia jedynie w momencie dysponowania obiema wersjami i bezpośredniego sparringu z jego burgundową odmianą. Bez tego spokojnie można uznać je za co najwyżej kosmetyczne.
Pojawienie się na naszym rynku AudioQuestów Hurricane High-Current śmiem określić mianem swoistego przełomu, gdyż dawno nie dane mi było testować tak pełnokrwiście high-endowych przewodów w tak przyjaznych budżetowi audiofila cenach. Nie twierdzę, że są to tanie, czy wręcz budżetowe kable, lecz biorąc pod uwagę panujące trendy AudioQuest idzie niejako pod prąd, gdyż zamiast pozycjonować swoje produkty za pomocą ceny, stawia na ich walory brzmieniowe, czyli niejako wraca do genezy Hi-Fi, kiedy jakość miała swoją cenę, lecz oprócz chęci zysku kierowano się również nie tyle zdrowym rozsądkiem, co zwykłą przyzwoitością. A co do samych cen, to jeśli tylko zastanawiacie się Państwo, czy warto skusić się na tytułowe Hurricane’y, to w ramach podprogowej motywacji pragnąłbym zaznaczyć iż w Stanach Zjednoczonych wersje High-Current właśnie nieco podrożały i lada moment księgowi z Irvine przypomną sobie o starym kontynencie, więc chociażby z czystej ciekawości sugerowałbym przynajmniej rzucić na tytułowe warkocze uchem.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Lumin U1 Mini
– Przedwzmacniacz/DAC/Streamer: Auralic Vega G1
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Obserwując rynek zaawansowanego podejścia do tematu audio w naszych domostwach nietrudno jest zauważyć bardzo burzliwy rozwój tak zwanego działu kablarskiego. Nie, żebym miał coś przeciwko temu, gdyż sam z ochotą uprawiam “drutową” żonglerkę, ale patrząc na tę tendencję z większej perspektywy w moich oczach jawi się teoria zdecydowanie bardziej widocznego rozkwitu oferty dopiero początkujących, aniżeli mających już swoje sukcesy marek. Nie wiem, jaka jest geneza tego zjawiska, ale sądzę, że można domniemywać iż jest to obawa o utratę statusu solidności w momencie zbyt częstych zmian w swoim portfolio. Czy to źle? Naturalnie, że nie, gdyż przy takim podejściu do tematu do produkcji wchodzi coś w pewnym sensie ponadczasowego (czytaj mogącego utrzymać się w cenniku przez kilka lat), co bezpośrednio przekłada się na nasze bardziej rozciągnięte w czasie wydatki. Do czego zmierzam? Otóż w dzisiejszym odcinku będziemy mierzyć się z okablowaniem amerykańskiej marki AudioQuest, która jest wręcz idealnym przykładem producenta dokonującego zmiany w ofercie dopiero w momencie solidnego przeskoku jakościowego wprowadzanej na rynek nowości w stosunku do produktu odchodzącego na emeryturę. A z czym dokładanie będziemy obcować? Na pierwszy ogień penetrowania najnowszego wcielenia portfolio Jankesów zawitały do nas kable sieciowe Hurricane, a całą opisywaną dzisiaj recenzencką zabawę zawdzięczamy warszawskiemu dystrybutorowi – Sieci Salonów Top HiFi & Video Design.
Stanowiące punkt zapalny naszej pogadanki tytułowe druty AudioQuesta z uwagi na ewaluowanie projektu w domenie zewnętrznego izolatora mimo zaliczania się do jednej serii delikatnie różnią się kolorystyką (jeden jest wariacją czerni z błękitem, a drugi czerni z bordo), Dlaczego? Idąc za informacjami producenta temat zmiany barwy zewnętrznego peszelka wymogło znormalizowanie kolorystyki okablowania w ramach serii Storm. Ja wiem, że to skomplikowane, ale producentowi chodziło o zachowanie spójności nazwy z wyglądem zewnętrznym i z tego powodu mimo, że docelowo wszystkie mają być niebieskie, opiniowany dzisiaj Hurricane występuje w dwóch odcieniach tęczy. Temat konfekcji obejmuje wykorzystanie firmowych wtyków z wyraźnym, bo w formie nadruku zaznaczeniem, iż kabel przystosowany jest do pracy z wyższymi prądami i jak to od lat u AudioQuesta jest w standardzie, w celu mówiąc kolokwialnie uodpornienia przepływającego w przewodnikach prądu na zewnętrzne czynniki elektromagnetyczne zastosowanie firmowego systemu redukcji zakłóceń DBS. Co to za ustrojstwo? Wydaje się, ze nic szczególnego, ale tak po prawdzie mamy do czynienia z wytworzeniem stabilnego pola elektrostatycznego wokół przewodników w celu poprawy jakości dostarczanej do urządzenia w tym przypadku życiodajnej energii. Jak widać gołym okiem, trzy osobno przebiegające żyły modelu Hurricane zostały zaplecione w stosunkowo luźne warkocze. To z jednej strony według producenta znacząco wpływa na końcowy efekt soniczny konstrukcji, a z drugiej – dla zdecydowanej większości mających problem lokalowy, czyli z systemami stojącymi tuż pod ścianą, melomanów sprawia, że są dość giętkie i dzięki temu bardzo łatwo dają się uformować do niezbędnego przebiegu. Mimo, że kabel na tle większości konkurencji prezentuje się nader ładnie, a rzekłbym nawet dostojnie, do klienta dociera zapakowany w estetycznie wyściełanych pudełkach.
Na wstępie całego procesu przelewania informacji na klawiaturę istotną wiadomością dla zainteresowanych tym testem czytelników jest fakt generowania bardzo równego przekazu przez zasilany przez model Hurricane system audio. To jest kreowane na zjawiskowo czarnym tle, a przy tym bardzo gładkie granie. Jednak w tym przypadku słowo „gładkość” nie jest usprawiedliwieniem jakichkolwiek ograniczeń w zakresie oddechu, czy witalności dźwięku. Muzyka aż kipi od niezbędnych do oddania zamierzonej przez artystów aury świeżości każdego wydarzenia muzycznego alikwot, a mimo to za każdym razem czułem zarezerwowany dla najlepszych konstrukcji spokój prezentacji kreowanego pomiędzy kolumnami wirtualnego bytu. Mało tego. Takie postawienie sprawy sprawiało, że rozgrywający się przede mną spektakl mógł pochwalić bardzo dobrymi rozmiarami tak w zakresie szerokości, jak i głębokości, nie zapominając przy tym o okraszonej sukcesem mozolnej pracy nad stworzeniem efektu 3D. Byłbym daleki od prawdy, gdybym do tej wyliczanki zapomniał dorzucić jeszcze pakiet danych o dobrym rysunku dolnych rejestrów, przyjemnie nasyconej średnicy i otwartej, ale unikającej stanu nadpobudliwości górnej części pasma akustycznego, co sprawia, że mamy do czynienia z bardzo spójnym pomysłem na zapisane na srebrnych krążkach ciągi nutowe. Jakieś przykłady? Nie muszę specjalnie szukać, gdyż powyższa lista zalet co najmniej dobrze wypadała w praktycznie każdym gatunku muzycznym. Czy to pochodzący ze stajni ECM jazz, gdzie wspomagana diabelsko czarnym tłem wszechobecna cisza była tym, czego zawsze szukam w tej muzie, czy free jazz ze swoim szaleńczym, ale wymagającym dobrego ataku i wybrzmień instrumentów tempem, czy choćby rockowy bunt zespołu Metallica z jej znakami rozpoznawczymi w postaci energii perkusji, gitarowych pasaży i heroicznym wokalem, wszystko wypadało w poszukiwanej nie tylko przeze mnie, ale również szeroką rzeszę miłośników muzyki estetyce z jednej strony bogatego w informacje, ale za to z drugiej pełnego aksamitności świata. Przyznam szczerze, że co prawda niezbyt często mi się to zdarza, ale w pewnym momencie podczas słuchania ocknąłem się, że od jakiegoś czasu podświadomie raczej delektuję się możliwościami wyciskania takich rzeczy z mojego zestawu przez omawiane druty, niż je testuję. Czy to źle? Naturalnie, że nie. Tym bardziej, że mamy do czynienia ze stosunkowo niedrogim modelem. A co będzie w przypadku przesiadki o oczko lub dwa wyżej? Odpowiedzcie sobie sami. Jeśli powoli zbliżając się ku końcowi tego bardzo ciekawie wypadającego testu miałbym pokusić się o jakieś delikatne wskazówki, z którą muzą modelowi Hurricane jest bardziej po drodze, to bez wahania powiedziałbym, że cechująca się dawką eteryczności i stawiająca na wielobarwność świata. Dobitnie świadczą o tym wspomniane nurty z proszę się nie śmiać nawet koncertowym wydaniem ręka w rękę ze składem muzyków klasycznych płyty „S&M” zespołu Metallica. Ja wiem, że ostatni przykład przywołuje lekki uśmieszek na twarzy, ale uwierzcie mi, kiedyś słuchałem tylko takich produkcji i nie dla pospolitego łojenia, tylko dla napawania się liniami melodycznymi nawet najcięższych gitarowych riffów. Reszta była tylko dodatkiem. I gdy z takim założeniem spróbujecie przyjrzeć się tej dotychczas ocenianej z innej perspektywy muzyce, okaże się, że bez tak prozaicznej rzeczy jak recenzowany dzisiaj, unikający krzyku w przekazie, ale pełen energii kabel zasilający AudioQuest Hurricane możecie nie wejść na odpowiedni stopień zaangażowania podczas słuchania i zaliczycie kolejną z rzędu ograbioną z możliwości innego spojrzenia sesję muzyczną przecież przeze mnie całkowicie inaczej odbieraną produkcję muzyczną.
Analizując powyższy tekst wyraźnie widać, że jeśli w słuchanej muzyce stawicie na spójność przekazu z wyrafinowanym zaznaczeniem jej płynności, nabywając przybyłych zza wielkiej wody Amerykanów czeka Was wiele niezapomnianych sonicznych chwil. Czy testowane kable są dla wszystkich? Według mnie tak. Dlaczego? To proste. Ja mam bardzo mocno nasycony zestaw audio, a mimo to przywoływana w tekście gładkość w najmniejszym stopniu nie powodowała poczucia zbytniej eufonii, czyli szkodliwego uspokojenia dźwięku. Dlatego też jestem w stanie podnieść tezę, iż każdy idący w stronę neutralności zestaw do pokazania na czym polega bliski prawdzie dźwięk, takiego ożenku może wręcz wymagać. Zatem jeśli jesteście na rozstaju dróg, czyli ni mniej ni więcej w trakcie ataku tak zwanej „audiofilii nervosy”, lub zaplanowanym procesie roszad w systemie, będące tematem tego odcinka kable sieciowe AudioQuest Hurricane powinny być pierwszymi na potencjalnej liście odsłuchowej. Nie gwarantuję spełnienia oczekiwań, ale jedno mogę powiedzieć na pewno, podczas analizy takiej konfiguracji nie będzie nudno, a przy dobrych wiatrach odsłuch może skończyć się pozostaniem Jankesów w systemie.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Ceny:
NRG Hurricane High Current: 5 999 PLN / 1m, 8 799 PLN / 2 m
CMA Twelve / CMA Twelve Master – to flagowy przetwornik cyfrowo-analogowy firmy Questyle ze zintegrowanym zbalansowanym wzmacniaczem słuchawkowym to nowy model, który bazuje na doświadczeniu firmy w produkcji znakomicie skonstruowanych i zbudowanych urządzeń audio. Jednocześnie jest produktem na dwunastą rocznicę wprowadzenia rewolucyjnej technologii wzmocnienia w trybie prądowym przez firmę Questyle.
Najwyższej jakości wykonanie
Aby w pełni docenić budowę CMA Twelve, trzeba to urządzenie zobaczyć na własne oczy. Jakość wykonania jest wręcz niespotykana, a to dzięki współpracy firm Questyle i Foxconn. Ponadto, czarna obudowa posiada znakomite zdolności odprowadzania ciepła. A to z kolei sprawia, że CMA Twelve pracuje w czystej Klasie A zachowując pełną stabilność i optymalną temperaturę pracy – 45 stopni.
Co więcej, obudowa CMA Twelve posiada eleganckie linie, laserowe diody informujące o stanie pracy urządzenia. Laserowe diody, rozmieszczone dookoła pokrętła głośności informują także o jego położeniu, co dodatkowo podkreśla klasę i profesjonalne pochodzenie urządzenia.
Każdy detal został dogłębnie przemyślany i został uchwycony w starannie wypiaskowanej obudowie, której jakość dodatkowo podkreśla bursztynowy blask diod LED.
Kontrola rezonansów
Wibracje mechaniczne nie od dzisiaj są bolączką wielu urządzeń audio, znacząco pogarszając ich właściwości soniczne. Aby uniknąć niepożądanych rezonansów, obudowa CMA Twelve jest wykonana ze sztab aluminium lotniczego 6063 o grubości aż 10mm. Jakby tego było mało, obudowa jest spasowana z dokładnością do 0.02mm. Tej klasy dokładność jest naprawdę rzadko spotykana i jej uzyskanie możliwe było poprzez współpracę z firmą Foxconn, która wykonuje urządzenia dla samego Apple.
Technologia
Praca w trybie wzmocnienia prądowego
Opatentowany przez Questyle tryb pracy znacząco odróżnia wzmacniacze tej firmy od innych rozwiązań dostępnych na rynku. Zastosowanie tego zaawansowanego rozwiązania oferuje bezpośredni, namacalny dźwięk. Słuchacz ma wrażenie niczym niezakłóconego uczestniczenia w spektaklu muzycznym.
Praca w czystej Klasie A cały czas: “Pure Class A Bias Control”
CMA Twelve posiada układ, dzięki któremu urządzenie pracuje zawsze w Klasie A, dzięki czemu może bezproblemowo „napędzić” szeroki wachlarz słuchawek. Pozwala to na uzyskanie zawsze optymalnego brzmienia.
CMA Twelve obsługuje standard Direct Stream Digital aż do formatu DSD256 (czyli Quad-DSD) w sposób bezpośredni. Oznacza to, że, w przeciwieństwie do wielu innych urządzeń, w samym przetworniku cyfrowo-analogowym maksymalnie skrócono manipulowanie sygnałem. Dzięki temu na CMA Twelve usłyszymy wszystkie zalety brzmieniowe formatu DSD.
Pełne osiągi z każdymi słuchawkami
CMA Twelve jest zbudowany w oparciu o cztery grupy wzmacniaczy pracujących w trybie wzmocnienia prądowego. Uzyskano przez to bardzo duży zapas mocy do napędzenia każdych słuchawek a jednocześnie niskie zniekształcenia, na poziomie 0.0005%. Ponadto, system kontroli prądu podkładu (biasu) zapewnia jego optymalny poziom, tak aby uzyskać pełnię brzmienia, transparentności i barwy z każdych podłączonych słuchawek.
Zbalansowane gniazdo 4.4mm – jedno z pierwszych na rynku
Nietrudno zgadnąć, że zbalansowane słuchawki z gniazdem typu Jack 4.4mm będą istotnym trendem w przyszłości. Zwłaszcza, kiedy tak znane marki, jak Sony, Sennheiser, Campfire Audio, FiiO czy Audio-Technika dynamicznie adoptują to rozwiązanie. Każda z nich ma już w ofercie słuchawki z wtykiem zbalansowanym przystosowanym do gniazda 4.4mm. A CMA Twelve jest jednym z pierwszych urządzeń, które takie gniazdo posiada. Co więcej, firma Questyle zamierza pewnie kontynuować ten trend w przyszłości w innych swoich urządzeniach. A to dodatkowo umocni ten standard na rynku.
CMA Twelve – przystosowany do pracy w studio
Oprócz cyfrowych wejścia optycznego i koaksjalnego, CMA Twelve posiada na pokładzie wejście cyfrowe w studyjnym standardzie AES/EBU zrealizowane na gnieździe XLR. Możliwe jest monitorowanie wejścia cyfrowego w czasie rzeczywistym korzystając z wbudowanego gniazda słuchawkowego 6.5mm. Warto zwrócić uwagę, że jego poziom można przełączać pomiędzy poziomami 14dBu a 20dBu natychmiastowo. A to sprawia, że bez problemu można zgrać poziomy sygnału z każdym sprzętem studyjnym.
Dostosowanie do najwyższej jakości streamingu hi-res
Cyfrowe sygnały audio mogą zostać wysłane do CMA Twelve za pomocą gniazda S/PDIF (koaksjalnego), optycznego, jak i USB. Opatentowane technologie wzmocnienia w trybie prądowym, True DSD oraz potrójnej asynchronicznej transmisji sprawiają, że CMA Twelve brzmi znakomicie zarówno, jako DAC, jak i jako przedwzmacniacz oraz wzmacniacz słuchawkowy.
CMA Twleve & CMA Twelve Master
Aby lepiej sprostać oczekiwaniom rynku, Questyle oferuje dwie wersje urządzenia: CMA Twelve i CMA Twelve Master. Ta druga wersja posiada laserowo wygrawerowane logo z napisem „MASTER” oraz ceramiczną płytę PCB firmy ROGERS. Zapewnia to jeszcze dodatkowy przeskok jakościowy w stosunku do i tak znakomitej „zwykłej” wersji CMA Twelve. Obie wersje są dostępne zarówno w czarnym, jak i złotym wykończeniu.
Cena sugerowana Questyle Audio CMA Tvelve w wersji Standard wynosi 4999 PLN brutto, a . wersji Master 8999 PLN brutto. Produkty pojawią się w sprzedaży pod koniec listopada br. Natomiast już w dniach 16-18 listopada 2018 będzie można ich posłuchać podczas Targów Audioshow na Stadionie Narodowym w Strefie Słuchawkowej na stanowisku sieci sklepów MP3store.
SPECYFIKACJA
Sekcja przetwornika cyfrowo-analogowego i wzmacniacza słuchawkowego
-Wyjścia: 4.4mm zbalansowane jack/4-ro pinowe zbalansowane jack/gniazdo słuchawkowe jack 6.35mm
-Maksymalna moc wyjściowa:
247mW @ 300Ω; 900mW @ 32Ω(gniazdo 6.35mm)
825mW @ 300Ω; 2W @ 32Ω (gniazdo zbalansowane)
-THD + N: 0.00070% @Po=100mW, 300Ω 0.00167% @ Po=50mW, 32Ω
-Pasmo przenoszenia: DC–20kHz(+0, -0.4dB)@0dBFS, 24Bit, 192kHz
DC–80kHz(+0, -3dB)@0dBFS, 24Bit, 192kHz
-Stosunek sygnał-szum: 112dB (nie ważone)
Sekcja przetwornika cyfrowo-analogowego i przedwzmacniacza
-Wejście USB typu B:
Wsparcie dla formatów: 44.1kHz-384kHz/16Bit-32Bit PCM oraz natywnego DSD64, DSD128, DSD256, a także DSD64, DSD128, DSD256 w formacie DoP
(Uwaga: wsparcie w Win XP, Vista, Win7, Win8, Win10 oraz MAC OS)
-Cyfrowe wejście i wyjście: Wejście i wyjście SPDIF, wejście optyczne, wejście AES/EBU
Wsparcie dla formatów 44.1kHz-384kHz/16Bit-32Bit PCM
-Wyjścia analogowe i poziomy na nich: 1 para wyjść zbalansowanych XLR, 1 para wyjść niezbalansowanych RCA
STANDARD 14 dBu: XLR: 5.084V RCA: 2.549V
STUDIO 20 dBu: XLR: 8.887V RCA: 4.475V
THD+N@STUDIO 20 dBu: RCA: minimalnie na poziomie 0.00115% na XLR: minimalnie na poziomie 0.00085%
SNR: RCA> 109dB XLR>112dB (nie ważone)
Dystrybucja: MIP
XRT2.1K to czterodrożne, pełnopasmowe, referencyjne zestawy głośnikowe firmy McIntosh, które oferują przestrzenną prezentację muzyki i niezwykle głęboką sceną dźwiękową. Ich najwyższej jakości obudowa powstaje z użyciem aluminium, wykończonego aż siedmioma warstwami lakieru w fortepianowej czerni.
Najbardziej charakterystyczną cechą konstrukcyjną XRT2.1K jest wykorzystanie dwóch zespołów wielu głośników ułożonych w długie pionowe linie i aproksymujących źródło liniowe. To rozwiązanie jest od dawna stosowane przez McIntosha. Pierwsze prace badawcze z takim typem konstrukcji były prowadzone w firmie już pod koniec lat 1970-tych i stosowane z powodzeniem przez kolejne lata w topowych zestawach głośnikowych.
O ile większość typowych zestawów głośnikowych ma charakterystykę kierunkową w zgrubnym przybliżeniu sferyczną, to dzięki zastosowaniu aproksymacji źródeł liniowych XRT2.1K mają charakterystykę w przybliżeniu walcową. Dzięki temu zmniejszane są odbicia od sufitu i podłogi.
W ich konstrukcji zastosowano charakterystyczne dla McIntosha rozwiązanie polegające na wykorzystaniu bardzo wielu przetworników elektroakustycznych ustawionych w dwie długie pionowe linie. W każdej sztuce XRT2.1K użyto ich łącznie aż 81. Na tę imponującą liczbę składa się w sumie: sześć 8-calowych głośników niskotonowych, dwa 6,5-calowe głośniki odtwarzające niższe tony średnie, 28 głośników 2-calowych dla pasma reprodukującego górną część tonów średnich oraz 45 tweeterów 3/4 cala odpowiedzialnych za optymalne brzmienie tonów wysokich.
Wiele osób może zastanawiać się co daje zastosowanie tak dużej ilości przetworników? Przecież konkurencyjne firmy tworzą swoje topowe konstrukcje z wykorzystaniem kilku lub kilkunastu przetworników. Otóż rozwiązanie wybrane przez firmę Mcintosh zapewnia słuchaczom siedzącym w różnych miejscach pomieszczenia odsłuchowego podobne natężenie oraz zbliżoną jakość dźwięku. Nie musimy ograniczać się do jednego idealnego punktu odsłuchowego, aby cieszyć się ich wybitną prezentacją muzyczną. Poza tym kolejną korzyścią wynikającą, ze zwielokrotnienia przetworników jest znaczące zmniejszenia obciążenia każdego z nich i wynikająca stąd minimalizacja poziomu zniekształceń.
Główna obudowa jest wewnątrz wzmocniona i mieści głośniki basowe oraz niskośredniotonowe. Obudowy lewa i prawa są różne i wzajemnie symetryczne. Wyloty tuneli bass-reflex znajdują się na tylnej ściance. Natomiast zespoły głośników średniowysokotonowych i wysokotonowych umieszczono w osobnej smukłej obudowie zamocowanej przed obudową główną. Do wykonania obudowy wykorzystano elementy aluminiowe, a lakierowanie na wysoki połysk wymaga położenia siedmiu warstw lakieru.
8-calowe głośniki basowe odpowiadające za reprodukcję dolnej części pasma to zupełnie nowe konstrukcje, zaprojektowane specjalnie dla tego modelu. Mają one duży zakres wychyleń oraz kanapkowe membrany z nanowęglowych włókien i Nomexu o strukturze plastra miodu. Ekstremalna sztywność ich membran w połączeniu z nadzwyczajną lekkością umożliwiają pracę z dużymi wychyleniami co skutkuje zadziwiającymi możliwościami w zakresie odtwarzania najniższych tonów. Te same materiały i kanapkową konstrukcję membrany zastosowano też w 6,5-calowych głośnikach niskośredniotonowych, także zaprojektowanych specjalnie dla XRT2.1K. Głośniki średniowysokotonowe oraz wysokotonowe mają neodymowe magnesy, aluminiowo-magnezowe membrany i zostały specjalnie zoptymalizowane do projektu XRT2.1K.
Zwrotnica zapewnia równomierną charakterystykę przenoszenia w całym paśmie. Zastosowano elementy zdolne do pracy z dużymi prądami. Cewki mają niską rezystancję i każda z nich jest tak dobrana do konkretnej aplikacji aby zapewnić wysoką liniowość także na dużych poziomach głośności. Większość cewek ma metaliczne rdzenie. Kondensatory to też elementy niskostratne, są wśród nich kondensatory olejowe. Rezystory mają zintegrowane radiatory aby zapewnić stałość parametrów przy większych mocach. Oprócz tego w zwrotnicy zainstalowano bezpieczniki PTC. Jeśli nadmierne obciążenie spowoduje ich aktywację, po zmniejszeniu poziomu sygnału samoczynnie wracają one do normalnego stanu.
Eleganckie maskownice mocowane są do przedniego panelu za pomocą magnesów. Wykonano je ze specjalnej czarnej dzianiny o wysokim połysku, dzięki czemu idealnie harmonizują z okrągłymi metalowymi elementami ozdobnymi nawiązującymi swoim wyglądem do charakterystycznych gałek stosowanych w urządzeniach McIntosha.
Podstawy tych mierzących 211 cm wysokości konstrukcji wykonuje się ze szczotkowanego aluminium i barwionego na czarno szkła. W celu ich optymalnej stabilizacji firma McIntosh stworzyła specjalnie zaprojektowane regulowane stopki, mające na celu uzyskanie optymalnego kontaktu kolumn z każdym podłożem i wyeliminowanie potencjalnych zniekształceń czy wibracji.
Opatentowane przez firmę McIntosh, pozłacane terminale głośnikowe Solid Cinch™, umożliwiają bezproblemowe i jednocześnie pewne podłączenie nawet najgrubszych kabli głośnikowych z gwarancją, iż ich mocowanie nie poluźni się, dzięki czemu do kolumn dostarczany jest najwyższej jakości sygnał dźwiękowy. Jak przystało na referencyjny model zestawów głośnikowych, XRT2.1K oferuje oddzielne gniazda dla poszczególnych sekcji pasma: średniowysokotonowego, niskotonowego oraz dla sekcji subwoofera. Takie rozwiązanie umożliwia zastosowanie tri-ampingu lub tri-wiringu.
Dane techniczne XRT2.1K:
• Zestaw głośnikowy 4-drożny, obudowa typu bass-reflex
• Impedancja nominalna : 8Ω
• Moc: 2.000W
• Pasmo przenoszenia: 12Hz – 45kHz
• Efektywność: 90dB
• Częstotliwości zwrotnicy: 150Hz, 450Hz, 2.100Hz
• Wymiary (W x S x G) : 2112 x 577 x 656 mm
• Waga: 160,2 kg
Rockport Technologies z dumą prezentuje zestaw głośnikowy Atria II, następcę darzonego uznaniem modelu Atria. Zachowując elegancką formę wizualną swojego poprzednika, Atria II ustanawia zupełnie nowy poziom muzycznego realizmu.
Wykorzystując korzyści płynące z zastosowania nowego berylowego tweetera pracującego w falowodzie, całkowicie przeprojektowano zwrotnicę kolumn Atria II co spowodowało fundamentalne zmiany w tym modelu. Atria II wykorzystuje w membranach głośników najnowszą generację firmowego kompozytu przekładkowego z włókna węglowego, zaprojektowaną i opracowaną od początku do końca przez Rockport Technologies.
W przetwornikach niskotonowych jak i średniotonowych zastosowano, rewolucyjne membrany wykonane z nowej odmiany plecionki włókna węglowego, co zaowocowało zwiększeniem stosunku sztywności membran do ich wagi. Dzięki temu wspomniane wyżej membrany pracują niczym sztywny tłok w całym obsługiwanym przez nie paśmie częstotliwości. Poza tym przetworniki niskotonowe i średniotonowe Atria II posiadają nowo zaprojektowane profile membran, a także najwyższej jakości, wysokomocowe systemy napędowe o znakomitej liniowości. Wszystko to skutkuje niezwykle niskimi zniekształceniami, nieporównywalną z innymi konstrukcjami rozdzielczością i ogromnym zakresem dynamiki.
Atria II posiada potrójnie laminowane, tłumione obudowy. Przednia ścianka ma grubość 10 cm. Zakrzywione ścianki boczne mają zmienną grubość osiągającą maksymalnie 6,3 cm. Obudowa jest bardzo sztywna i ma zminimalizowane rezonanse. Zastosowano duże skośne ścięcia i płynie zmieniające wymiary ścianek co minimalizuje wpływ efektów dyfrakcyjnych. Ukośny kształt ścianki tylnej oraz pokrycie obudowy czarnym lakierem fortepianowym, stanowią idealne dopełnienie wspaniałego dźwięku oferowanego przez kolumny Atria II. Za dopłatą możliwe są także inne kolory wykończenia obudowy.
‘’Jednym z najważniejszych wyzwań podczas projektowania nowego wcielenia modelu Atria II była chęć uzyskania wrażenia większej sceny dźwiękowej i swobody w odtwarzaniu dźwięków, niż ktokolwiek by oczekiwał po kolumnach tego rozmiaru. Jesteśmy niezwykle zadowoleni z tego, iż powyższy cel udało nam się osiągnąć, a nawet prześcignąć wszystkie pierwotne wytyczne dla Atrii II. I choć kolumny te zostały tak zaprojektowane, aby dobrze prezentować się w mniejszych i średnich pomieszczeniach, to nie ograniczajmy ich możliwości, gdyż Atra II są zestawami głośnikowymi o lwim sercu, które zadziwiają na każdym polu.’’
Parametry techniczne:
– Bas: jeden głośnik – kompozyt przekładkowy z włókna węglowego – 9″ [22.86 cm]
– Średnica: jeden głośnik – kompozyt przekładkowy z włókna węglowego – 6″ [15.24 cm]
– Wysokie tony: jeden głośnik – berylowy pracujący w falowodzie – 1″ [2.54 cm]
– Skuteczność: 87.5 dB SPL/2.83v
– Impedancja nominalna: 4 Ω
– Pasmo przenoszenia: 28 Hz – 30 kHz, -3 dB
– Minimalna moc wzmacniacza: 50 W
– Wymiary całkowite: Wysokość – 110,49 cm
– Szerokość – 31,75 cm (podstawa)
– Głębokość – 50,80 cm (podstawa)
– Standardowy kolor wykończenia obudowy – czarny piano lakier.
– Waga: 68 kg / szt.
Cena: 119 900 PLN/para
Odkryj na nowo brzmienie swojej kolekcji płyt SACD i CD dzięki MCD600. Ten najwyższej klasy odtwarzacz SACD/CD posiada wszystko czego potrzebujesz, aby cieszyć się godzinami wspaniałych odsłuchów swoich ulubionych płyt.
Sercem MCD600 jest najwyższej jakości, nowo zaprojektowany układ cyfrowy z 8-kanałowym przetwornikiem cyfrowo-analogowym 32-bity PCM/DSD o szerokim zakresie dynamiki i wyjątkowo niskich zniekształceniach. Przetwornik pracuje w trybie Quad Balanced. Oznacza to, że cztery kanały przetwornika są przydzielone dla pojedynczego kanału audio. Dzięki temu zapewniają one dokładniejszą reprodukcję sygnału dźwiękowego, czego efektem są ekstremalna precyzja oraz wybitna klasa uzyskanego brzmienia. Wszystkie sygnały PCM są konwertowane do rozdzielczości 32-bity/384kHz. MCD600 nie tylko dekoduje sygnały PCM z płyt CD i wejść cyfrowych ale także sygnały DSD z płyt SACD.
Oprócz odczytu zwykłych płyt CD i SACD McIntosh MCD600 odtwarza też pliki audio w formatach takich jak AAC, AIFF, ALAC, DSD (do DSD128), FLAC, MP3, WAV (do 24/192) oraz WMA. Pliki mogą być odczytywane z płyt CD-R/RW i DVD-R oraz z nośników USB podłączonych do gniazda na przednim panelu. Oprócz tego MCD600 może też odtwarzać sygnały cyfrowe ze źródeł zewnętrznych – na wyposażeniu jest wejście koncentryczne i wejście optyczne.
MCD600 ma zarówno wyjścia analogowe jak i cyfrowe. Sygnał cyfrowy jest dostępny na wyjściach koncentrycznym i optycznym. Koaksjalne oraz optyczne gniazda wejściowe i wyjściowe, pozwalają na bezpośrednie przesyłanie sygnału o wysokiej rozdzielczości (optyczne do 24bitów/192kHz, a koaksjalne również do 24bitów/192kHz). Natomiast wyjścia analogowe dostępne są zarówno w postaci niesymetrycznych RCA jak i symetrycznych XLR. MCD600 posiada gniazda RCA i XLR o stałym i regulowanym poziomie natężenia sygnału, oferując tym samym nadzwyczajnie dużą wszechstronność w podłączeniu odtwarzacza do posiadanego systemu audio. Dzięki gniazdom o regulowanym natężeniu sygnału możliwe jest podłączenie MCD600 bezpośrednio do wzmacniacza mocy lub monobloków, tworząc w ten sposób minimalistyczny system audio.
Wbudowany wzmacniacz słuchawkowy High Drive, oferuje wyższy od standardowego poziom wzmocnienia. Został on zoptymalizowany do pracy z praktycznie wszystkimi dostępnymi na rynku słuchawkami, czego efektem stało się uzyskanie najwyższej jakości wrażeń odsłuchowych. Wyjście słuchawkowe to jack 1/4 cala.
Czytnik płyt ma podwójny laser (650nm dla SACD, 790nm dla CD). Transport ma tackę z aluminiowego odlewu, zapewnia cichą pracę i posiada układ cyfrowego serwo. Napęd transportu MCD600 obraca płytą CD lub SACD z dwukrotnie wyższą prędkością od standardowej i zapisuje dane w buforze pamięci dla lepszej korekcji błędów i precyzyjniejszego odczytu płyty.
Wzornictwo trzyma się tradycyjnej firmowej stylistyki. Obudowa jest wykonana częściowo z polerowanej stali nierdzewnej, frontowy panel jest wykonany z czarnego szkła, gałki są aluminiowe. Całość uzupełnia nowoczesne podświetlenie LED. Na górnej ściance umieszczono szklany panel z nadrukiem specyfikacji i schematu blokowego. Wyposażenie uzupełniają tradycyjnie gniazda dla sygnałów sterowania i wyzwalaczy.
Specyfikacja techniczna:
• Stereofoniczny odtwarzacz płyt SACD/CD.
• Możliwość dekodowania sygnału cyfrowego o rozdzielczości do 24bitów/192kHz.
• Gniazda RCA oraz XLR o stałym i regulowanym poziomie natężenia sygnału.
• Gniazdo USB umożliwiające odczytywanie plików muzycznych o rozdzielczości do 24bitów/192kHz.
• Wzmacniacz słuchawkowy z gniazdem wejściowym na panelu przednim
• Gniazda optyczne i koaksjalne sygnału cyfrowego (wejściowe i wyjściowe).
• Aluminiowa tacka transportu płyty.
• Pilot zdalnego sterowania.
Dane techniczne:
• Stosunek sygnał/szum …. 110dB (waga A)
• Zakres dynamiki …. 100dB
• Impedancja wyjścia słuchawkowego …. 47Ω
• Impedancja wyjść liniowych …. 600Ω (wyjście symetryczne i niesymetryczne)
• Napięcie wyjścia stałopoziomowego …. 2 Vrms RCA | 4 Vrms XLR
• Napięcie wyjścia regulowanego …. 0-8 Vrms RCA | 0-16 Vrms XLR
• Poziom zniekształceń harmonicznych: SACD: 0.002%, CD: 0.002%, Pliki: 0.002%.
• Wymiary SxWxG …. 445x152x483 mm
• Waga …. 12,7 kg
Cena : 31 500 PLN
Opinia 1
Po zaskakująco słonecznym przełomie października i listopada, przyroda niestety przypomniała sobie jaką porę roku mamy i postanawiając czym prędzej nadrobić zaległości zaserwowała tzw. opad ciągły. Zamiast jednak siedzieć w domu z parującym kubkiem herbaty z miodem i cytryną (w ramach tzw. przeciwgrypowych działań wyprzedzających) skorzystaliśmy z zaproszenia stołecznej siedziby SoundClubu, by w gronie podobnie zakręconych na punkcie najwyższej jakości dźwięku jednostek, móc delektować się specjałami, jakie na tę okazję przygotowali Gosodarze. Tym razem jednak to nie miał być zwykły odsłuch, gdyż spotkanie uświetnić mieli, i de facto uświetnili, Panowie Yutaka Miura z AirTighta – czyli producenta elektroniki stanowiącej trzon wczorajszego systemu (detale dosłownie za chwilę), oraz Mieczysław Stoch – właściciel jednej z największych (jeśli nie największej) kolekcji winyli w Polsce a zarazem właściciel niemalże kultowego w wiadomych kręgach sklepu płytowego Art Reco.
Jeśli chodzi o aspekt czysto sprzętowy to sprawa już od progu była jasna – do wyboru był winyl i winyl, ale żeby nie było zbyt monotonnie, to w dwóch odmianach mono- i stereofonicznej. W roli źródła wystąpił zatem wielce urodziwy gramofon Brinkmann Audio Balance, którego dwa ramiona zostały uzbrojone we wkładki Air Tighta – monofoniczną Opus-1 i stereofoniczną PC-1 Supreme. Dalej w torze, skromnie schowany z tyłu, spoczął step-up ATH-3, a następnie, już na industrialnym stoliku Artesanii, phonostage ATE-3011, przedwzmacniacz liniowy ATC-5, a na honorowym miejscu – na ustawionej w pierwszym rzędzie platformie Franc Audio Accessories jubileuszowy wzmacniacz ATM-300 Anniversary z budzącymi audiofilskie pożądanie 300B Takatsuki na pokładzie. Całość, przynajmniej jeśli chodzi o tę sygnałową, okablowano przewodami Jorma. W roli zakończenia toru, czyli głośników, wystąpiły wysokoskuteczne Cessaro Wagner.
Jak z pewnością nasi wierni Czytelnicy pamiętają, a jak nie pamiętają, to pozwolimy sobie przypomnieć, ze znaczną częścią niniejszego systemu mieliśmy okazję już się zapoznać podczas minionej wystawy High End w Monachium, gdzie trio ATH-3, ATE-3011, ATC-5 wspomagane potężnymi monoblokami ATM-3211 współpracowało z kolumnami autorstwa Wolfa Von Langi. Co innego jednak wystawowe warunki i permanentny niedoczas a co innego niezobowiązujące spotkanie z człowiekiem za danym projektem stojącym i odsłuch w znanym pod względem akustyki pomieszczeniu.
Zamiast jednak czysto marketingowego przekazu i prób udowadniania, że jego racja jest jedynie słuszną, Pan Yutaka Miura z niezwykłą szczerością wielokrotnie powtarzał, iż stworzona przez Air Tighta elektronika jest li tyko po to, by nie tylko dostarczać, co intensyfikować przyjemność, jaką odbiorcy powinni czerpać podczas kontaktu z reprodukowaną przez ww. urządzenia muzyką. Ponadto, aby ta przyjemność była w pełni adekwatna do poniesionych przez nabywcę kosztów, zrobili co w ich mocy, by możliwie zbliżyć się do tzw. „prawdy nagrania”, czy jak kto woli „prawdy czasów” w jakich dane nagrania powstawały. O co chodzi? O to, że od momentu pojawienia się na rynku płyt winylowych obowiązywały różne i niestety niezbyt ze sobą kompatybilne krzywe korekcyjne. Brak normalizacji doprowadził w rezultacie do tego, że koncerny fonograficzne stosowały własne krzywe korekcyjne a na końcowych odbiorcach spoczywał smutny obowiązek każdorazowego dopasowywania własnego systemu do konkretnej płyty. Po co była ta cała zabawa? Po to, by po prostu usłyszeć to, co tak naprawdę na danej płycie się znajdowało, gdyż korekcja charakterystyki częstotliwościowej (obniżenie poziomu niskich tonów i podwyższenie tonów wysokich) wykonywana jest przed nacinaniem płyty matki, więc do odsłuchu konieczne są przedwzmacniacze gramofonowe z układami zapewniającymi korekcję o odwrotnej charakterystyce – podnoszącymi poziom tonów niskich i obniżającymi tonów wysokich. Od 1955r. sytuacja ulegała sukcesywnej i znaczącej poprawie, gdyż amerykańskie stowarzyszenie przemysłu fonograficznego RIAA opracowało krzywą korekcyjną, która koniec końców stała się ogólnie przyjętym standardem, który w latach 70-ych doczekał się kolejnej modyfikacji (dodano jedną stałą czasową w celu zmniejszenia poziomu najniższego basu) i od tamtego czasu nosi nazwę RIAA/IEC. Żeby jednak nie było tak łatwo i różowo ówcześni (czyli sprzed normalizacji) „majorsi” niespecjalnie chwalili się jakiej korekcji podczas nagrania użyli, więc pomimo wybitnie analogowej tematyki do prawidłowej identyfikacji przyda się jakaś ściąga i właśnie po taką – online’ową, w trakcie sobotniego spotkania co i rusz Pan Yutaka Miura sięgał.
Jeśli zatem posiadacie Państwo w swoich płytotekach wyłącznie współczesne tłoczenia, to spokojnie możecie przestać sobie powyższą tematyką zawracać głowę, lecz jeśli z uporem maniaka polujecie na first-pressy sprzed półmetka lat 50-ych a jednocześnie niekoniecznie macie ochotę na kompromisy i przekłamania, to warto się ATE-3011 zainteresować.
Teoria teorią, ale nie ma jak zajęcia praktyczne i czysto empiryczne doświadczenia nauszne. Dlatego też na scenę wkroczył Pan Mieczysław Stoch i na konkretnych przykładach płytowych (oczywiście z epoki) unaoczniał o co w tej całej zabawie chodzi. Nie muszę chyba w tym miejscu wyjaśniać, iż słyszalne różnice były dalekie od kosmetycznych a w ekstremalnych przypadkach osiągały tak odległe stany jak „całkowita nie słuchalność” vs „balsam dla uszu”.
Jednak jak to zwykle podczas takich eventów bywa sztywne ramy da się utrzymać jedynie na samym początku, gdyż później górę bierze spontaniczność i nad wyraz aktywny udział w dyskusji przybyłych słuchaczy. Tym razem było podobnie a na talerzu Brinkmanna zaczęły lądować nawet „biedronkowe” wydania, gdyż w ramach porównań sięgano po kilka wersji jednego albumu (przykładowo „Kind of Blue” Milesa Davisa), które odsłuchiwano np. w wersji mono na monofonicznej i stereofonicznej wkładce a przy odsłuchu stereofonicznym w szranki stawały zarówno audiofilskie – japońskie wydania, jak i współczesne, jubileuszowe tłoczenia.
Serdecznie dziękując Organizatorom za gościnę a honorowym Gościom za chęć podzielenia się posiadaną wiedzą wszystkim zainteresowanym nieśmiało przypominamy, że na podobną dawkę doznań mogą liczyć podczas nadchodzącego wielkimi krokami Audio Video Show.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Nie oszukujmy się. Dla zdecydowanej większości z nas, przy odpowiedniej organizacji pracy, miniony weekend w pełni zasługiwał na miano „długiego”. Owszem, podstawowym założeniem takiej konfiguracji tygodnia było odwiedzanie grobów bliskich, ale sądząc po sobie, prawdopodobnie spora grupa podobnie zakręconych na punkcie dobrej jakości muzy osobników, po zaliczeniu pełnej listy wytypowanych do bezwzględnej wizyty nekropolii miała sporo wolnego czasu. Jak spożytkowaliście go Wy, nie dane jest mi wiedzieć, ale prawdopodobnie kogoś zainteresuje fakt, na co wykorzystałem go ja. O co chodzi? Otóż dla wszystkich miłośników sztuki obcowania z torem analogowym mam ciekawe informacje. W minioną sobotę 03.1.2018 r. miałem przyjemność zapoznać się z najnowszym, i co ciekawe będącym jeszcze w z finalnej fazie projektu, phonostagem japońskiej marki Air Tihgt. Ale żeby dodatkowo podgrzać atmosferę dodam, iż wspomniany przedwzmacniacz gramofonowy był jedynie drobną składową całego systemu wspomnianego brandu. Pełna konfiguracja składała się z penetrujących rowek czarnej płyty, zawieszonych na topowym werku marki Brinkmann, również oferowanych przez japońskiego producenta, topowych wkładek stereo i mono, przedwzmacniacza liniowego i wykorzystujących królewskie lampy 300B kocówki mocy. Całość zestawu zaś wieńczyły spełniające oczekiwania wzmacniacza małej mocy kolumny niemieckiej marki Cessaro. Myślicie, że to koniec sobotnich ciekawostek? Bynajmniej, gdyż z całą pewnością dla wszystkich przybyłych tego popołudnia do siedziby dystrybutora tytułowej, pochodzącej z kraju kwitnącej wiśni marki słuchaczy najważniejszym punktem były zapowiadana od kilku tygodni obecność głównego inżyniera Air Tight-a Pana Yutaka Miura i znanego z miłości do płyt winylowych, posiadacza wielu tak zwanych first pressów Pana Mieczysława Stocha.
Przybliżając pakiet danych na temat tego spotkania chyba nikogo nie zaskoczę, gdy zeznam, iż każdy ze wspomnianych we wstępniaku gości miał swoje fantastyczne w odbiorze przez wypełnioną po brzegi salę odsłuchową pięć minut. I nie było znaczenia, czy wykład prowadził Pan Miura, czy Pan Stoch. Obydwaj swoją prezentacją wręcz przykuwali nasze ośrodki zarządzania ciałem dotychczas pozostającymi w naszych osobistych przemyśleniach jako przypuszczenia informacjami. Gość z Japonii nietuzinkowym możliwościami phono – dwustopniową konfiguracją obróbki odczytywanego sygnału – wręcz zachęcał do kupowania starych wydań płyt winylowych. Ale nie dlatego, że będą dla nas sentymentalną podróżą w czasie, tylko jego dzieło pozwoli nam odtworzyć takie pozycje według oryginalnej specyfikacji nagrywania, czyli w używając dedykowanej korekcji dla każdej wytwórni płyt, również, a powiedziałbym, że ze szczególnym uwzględnieniem tych tłoczących pozycje w swoim katalogu jeszcze przed wprowadzeniem światowego standardu RIAA. Myślicie, że to przerost formy nad treścią? Jeśli tak, lepiej nie zbliżajcie się do tego phono, bo po osobistym starciu z prawdą o starych wydaniach przepadniecie z kretesem. Ja już czekam na prywatne zderzenie we własnym systemie, a znając swoje zamiłowanie dla tego formatu, boję się o końcową decyzję zakupową takiego sparingu. Jeśli zaś chodzi o Pana Stocha, ten ze stoickim spokojem swoją wiedzą i umiejętnościami mówcy potrafił wykrzesać w nas zazdrość posiadania nawet zazwyczaj nikogo nie interesujących pozycji naszych rodzimych wytwórni spod znaku Polskie Nagrania typu pierwsze tłoczenie płyty zespołu pieśni i tańca Mazowsze. Czyżbym po raz kolejny wyczuwał nutkę drwin? Błagam, najpierw zaliczcie pogadankę z podobną osobowością, a potem ferujcie wyroki. Ja ze swej strony mogę wszystkich zapewnić, że każda minuta tej prezentacji, obfitującej w audiofilskie zagraniczne smaczki, była bardzo owocna w pełen pakiet doznań organoleptycznych, gdyż omawiane wyjątkowe krążki za sprawą występów będącego jeszcze oficjalnie w fazie prototypu phonostage’a Air Tihgt z uwzględnieniem odpowiedniego kodowania można było nie tylko posłuchać, ale również mówiąc kolokwialnie pomacać. Nie często ma się okazję zetknąć z płytą z „numerem numer jeden” zachodniej oficyny sprzed 50-60 lat. Dlatego jeśli chcecie coś takiego przeżyć, wertujcie internet w poszukiwaniu spotkań z Panem Mieczysławem. Zapewniam, że warto.
Zbliżając się ku końcowi tej bardzo skrótowej relacji z sobotniego mitingu miłośników analogu chciałbym podziękować organizatorowi za zaproszenie i skonfigurowanie ciekawego sonicznie zestawu audio, prowadzącym swoje prezentacje gościom za wyczerpujące liczne pytania odpowiedzi, a odwiedzającym włącznie ze mną tę mekkę dobrej jakości muzyki słuchaczom, za miłą atmosferę. Żadnych napinek na wszechwiedzę, tylko przebiegające w przyjacielskim tonie konwersacje. Jeszcze raz dzięki i do zobaczenia na zbliżającym się święcie muzyki AVS 2018.
Jacek Pazio
Opinia 1
Pomimo faktu, że za oknami wystartował listopad, nadal mamy piękne, klasyczne babie lato, media prześcigają się w doniesieniach o zgubnym wpływie globalnego ocieplenia, a dziwnym zbiegiem okoliczności i w dodatku zupełnie niepostrzeżenie zamarzło … piekło. Jeśli zastanawiacie się Państwo do czego piję, bądź co też piję, co tak intensywnie wpływa na moje postrzeganie rzeczywistości, spieszę donieść, iż nie wiadomo kiedy zdewaluował i zdezaktualizował się jeden z audiofilskich mitów dotyczących marki uchodzącej za swoisty synonim konserwatyzmu a zarazem dość unikalnego podejścia do współcześnie obowiązujących kanonów piękna. Mowa oczywiście o Naim-ie, który mówiąc bez ogródek, niesamowicie wypiękniał. Tak, tak mili Państwo – z post-industrialno-militarnego kokonu wykluł się bowiem zaskakującej urody motyl, którego widok po prostu cieszy oczy, a co do uszu, to w niniejszym teście postaramy się odpowiedzieć co z rodowej spuścizny sonicznej zostało a co pojawiło się nowego. Nie przedłużając zatem wstępniaka, z dziką rozkoszą, mam przyjemność przedstawić Wam szczytowy model lifestyle’owej linii Uniti naimowskich urządzeń – Naim Uniti Nova.
Jak sami Państwo widzicie po typowych zielonkawych, blaszanych „pudełkach po butach” nie pozostało nawet wspomnienie. Uniti Nowa zarówno z daleka, jak i z bliska zachwyca bowiem szlachetnością wykorzystanych materiałów i niezwykłą precyzją spasowania poszczególnych elementów. Wykonany ze szczotkowanych, perfekcyjnie anodowanych (rzadkość i to niezależnie od półki cenowej) grubych płatów aluminium korpus na dwie połowy dzieli, biegnąca przez środek głęboka bruzda, sprawiająca iż pomimo, że mamy do czynienia z pojedynczym urządzeniem, to odnosimy nieodparte wrażenie, że to tak naprawdę ustawione obok siebie dwa mniejsze moduły – monolityczny lewy, będący z pewnością końcówką mocy i prawy – przyozdobiony na froncie taflą czernionego szkła (a nie plexi/akrylu jak co poniektórzy sądzą) 5” wysokorozdzielczym wyświetlaczem zintegrowanym z sensorami nawigacyjnymi, ze zgrabnie wkomponowanymi gniazdami USB i słuchawkowym, oraz mogący pochwalić się potężnym, otoczonym białą aureolą pokrętłem na płycie, sterujący. Tymczasem, zaglądając do trzewi (szczerze polecam animację na stronie producenta) okazuje się, iż jest nieco inaczej, gdyż za wyświetlaczem i niejako bezpośrednio pod gałką, znajduje się budzący respekt toroid, natomiast wszelakie interfejsy wejściowe, układy przetwornika, streamera, etc., zlokalizowano w sąsiedniej części. Znajduje to oczywiście odzwierciedlenie na ścianie tylnej, jednak zanim tam przejdziemy wspomnę tylko, że zamiast standardowych ścian bocznych znajdziemy solidne, biegnące przez całą głębokość Novej radiatory, które dzięki delikatnemu cofnięciu względem frontu i płyty górnej stają się zupełnie nieabsorbujące wizualnie.
Jeśli natomiast chodzi o tył Naima, to lepiej przed wizją lokalną tamże zażyć coś na uspokojenie. Chodzi bowiem o to, iż patrząc od lewej mamy całkiem normalne, trójbolcowe gniazdo zasilające EIC, a następnie pojedyncze terminale głośnikowe w postaci … otworów akceptujących wyłącznie wtyki bananowe i BFA. Od razu dodam, że ze względu na fakt zupełnie irracjonalnego ich zagęszczenia zdecydowanie odradzam kombinowanie z jakimikolwiek przejściówkami, bo pytanie o ewentualne zwarcie będzie brzmiało kiedy a nie czy. Porzućcie zatem wszelką nadzieję posiadacze przewodów zakonfekcjonowanych widłami. Całe szczęście im dalej w prawo, tym, w przeciwieństwie do polityki, normalniej. Odnajdziemy tam bowiem slot na karty SD (nader kusząca alternatywa dla dysków zewnętrznych), gniazdo Ethernet i USB a poniżej analogowe wyjścia z sekcji przedwzmacniacza– firmowe DIN i klasyczną parę RCA. W dalszej kolejności napotkamy zaślepkę mogącą zostać zastąpioną anteną DAB/FM w przypadku zaimplementowania stosownej karty rozszerzeń, port HDMI, gdyby naszła nas ochota podpięcia NAIM-a pod konsolę lub TV, przełącznik uziemienia i nad wyraz rozbudowane sekcje wejściowe – na górze cyfrową z dwoma Toslinkami, pojedynczym BNC i parą coaxiali, oraz dolną analogową z dwoma DIN-ami i dwiema parami RCA.
Biorąc pod uwagę bogactwo wejść nie dziwi fakt, że również i część software’ową zapięto na ostatni guzik. Uniti obsługuje bowiem Google Cast, Apple Airplay, TIDALa, Spotify Connect, Bluetooth (AptXHD), Radio internetowe, UPnP a po Wi-Fi śmiga dwuzakresowo – na 2,4 i 5 GHz. Jakby tego było mało nie zapomniano o pięciominutowym buforze dbającym o to, by nic podczas streamingu nam się nie rwało i nie czkało. Nad całością z resztą czuwa wydajny procesor DSP SHARC 4 generacji dokonujący m.in. 16-krotnego upsamplingu a pracujący w klasie AB tranzystorowy stopień wyjściowy może pochwalić się mocą 80W / 8 Ω na kanał. Na wyposażeniu znajduje się również elegancki, podświetlany pilot, choć patrząc z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że zdecydowanie częściej aniżeli po niego, sięgałem po tablet z dedykowana appką.
Skoro w szacie wzorniczej zaszły kolosalne, choć uczciwie trzeba przyznać, że jednoznacznie pozytywne zmiany, zasadnym wydaje się pytanie, czy również i strefa dźwiękowa została poddana podobnie gruntownemu liftingowi. Niby zarówno podczas testów ND5 XS & XPS DR, jak i CDX2, NAC N-272, NAP 250 DR niczego niepokojącego nie odnotowaliśmy, ale jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach a biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z linią wybitnie lifestyle’ową naprawdę trudno było zgadywać, co może popłynąć z głośników. Sprawę nieco problematycznego spięcia Naima z głośnikami całe szczęście udało się ogarnąć dzięki równolegle recenzowanemu kompletowi okablowania Tellurium Q Statement (test wkrótce), więc już bez dalszego marudzenia wziąłem się do roboty. Oczywiście standardowo dałem Novej kilka dni na akomodację, choć biorąc pod uwagę, iż do naszej redakcji dotarła ona prosto z warszawskiego salonu FNCE S.A. – dystrybutora marki, gdzie praktycznie non stop stała pod prądem, była to z mojej strony bardziej kurtuazja aniżeli konieczność.
Pierwsze takty, nad wyraz wymagającego od systemu „Psychotic Symphony” Sons of Apollo (to taka kapela, w której za perkusją siedzi niejaki Mike Portnoy), i jest … dobrze, wręcz bardzo dobrze. Po pierwsze mamy bowiem wszystko to, z czym od dziesięcioleci elektronika Naima była i nadal jest utożsamiana, czyli niesamowity drajw, energetyczność i spontaniczność w oddawaniu nawet najbardziej szaleńczych partii sekcji rytmicznej i zawiłych linii melodycznych. Jest zatem stara dobra gra na tzw. setkę, bez nawet ułamka sekundy na chłodną kalkulację, czy lepiej oddać potęgę uderzenia podwójnej stopy, czy też skupić się na niemiłosiernie katowanych blachach. Jest za to fenomenalna ściana wgniatającego w fotel dźwięku, która aż się prosi, by zrobić głośniej a po chwili jeszcze głośniej i głośniej, a że do dyspozycji mamy stukrokową regulację natężenia dźwięku, więc zmian można dokonywać z niemalże neurochirurgiczną precyzją. W tym momencie pojawia się jednak pewne novum a zarazem niezaprzeczalny progres w stosunku do stereotypowej naimowskiej estetyki grania. Otóż o ile braku drajwu elektronice z Salisbury nikt przy zdrowych zmysłach, nigdy nie zarzucił, to już z umiejętnością kreowania głębi sceny, czy też precyzyjną gradacją planów nie zawsze było tak różowo. To było takie bardziej rockowe, nieco bezrefleksyjne stawianie na żywioł. Tymczasem Nova bez najmniejszego trudu i grymaszenia oferuje w pełni komfortowy wgląd w to, co dzieje się nie tylko na pierwszym, ale i dalszych planach, przy czym nie zapomina też o takim drobiazgu jak aura pogłosowa i oddanie akustyki pomieszczeń w jakich miała miejsce rejestracja. Dzięki temu nawet dość nieoczywisty wybór repertuaru, jakim dla tytułowego Naima mógłby wydawać się „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Niby w kategoriach bezwzględnych można było mówić o delikatnym turbodoładowaniu energetyczno-emocjonalnym, ale jeśli miałbym być do bólu szczery, to zdecydowanie wolę takie działania, niż silenie się na eteryczność będącą pochodną anemiczności przekazu. W przypadku Novej mamy bowiem świetnie zogniskowane i rozmieszczone na wirtualnej scenie źródła pozorne i wszystkie niuanse sprawiające, że mamy pewność, iż skład nagrywał w przepięknym opactwie Cystersów a nie jakimś przetłumionym studiu, chociaż … nawet takie, pogrążone w mroku absolutnej ciszy tła sterylne perełki potrafiły podczas kilkunastodniowej bytności Naima w moim systemie się pojawiać. Wystarczy wspomnieć „From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna zarejestrowane w uchodzącym za jedno z najcichszych w Europie studiu Galaxy w Mol, w Belgii. I tu kolejna niespodzianka, bo z pojedynczego, dość stonowanego pod względem dynamiki instrumentu, jakim jest lutnia Naimowi udało się zrobić prawdziwy One Man Show. Strój lutni został bowiem nieco urockowiony i pojawiła się zadziorność niepozwalająca nawet na chwilę nudy, czy wytchnienia, gdyż uwaga słuchacza była absorbowana dosłownie w całości.
Jak sami Państwo widzicie Naim wprowadzając na rynek wszystkomającego Uniti Nova pokazał, iż nawet w ramach typowo lifestyle’wej integracji i przyjaznego, czy wręcz ekskluzywnego designu można zrobić coś po swojemu i zaoferować produkt mogący wreszcie pogodzić ortodoksyjnych audiofilów i zmanierowanych projektantów wnętrz. Decydując się bowiem na tytułowy brytyjski „kombajn” otrzymujemy nawet nie tyle rasowe naimowskie brzmienie, co jego zauważalnie rozwiniętą, wyższą postać. a jednocześnie mamy prawdziwą, hi-techową ozdobę salonu. Jeśli dodamy do tego pełne usieciowienie, obsługę serwisów streamingowych, bogactwo cyfrowych interfejsów i moc zdolną prawidłowo wysterować większość dostępnych na rynku kolumn, to nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Państwu właśnie takich pozornie „niezobowiązujących” systemów grających.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Auralic ARIES G1; Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Sądzę, że zdecydowana większość naszych czytelników zdaje sobie sprawę z mojego, kolokwialnie mówiąc, podchodzenia jak pies do jeża do tematu grania z plików. Naturalnie za każdym razem staram się tłumaczyć, skąd bierze się ten pewnego rodzaju opór przez wspomnianą materią, jednak jeśli ktoś z Was śledzi moje może jeszcze nie systematyczne, ale jednak już nie sporadyczne, zmagania z komponentami obsługującymi zapisane na twardym dysku, lub pendrive’ach zapisy nutowe, również wie, iż są komponenty, które dzięki ciężkiej pracy programistów okazują się bardzo przyjazne programowo, a przez to stabilne użytkowo nawet dla takiego komputerowego neandertalczyka jak ja. O jakich produktach mowa? Nie kojarzycie? Bez żartów. Oczywistym jest, że jeszcze nigdy nie zawiodłem się (i za to bardzo lubię z nim obcować) na pochodzącej z Wysp Brytyjskich marce Naim Audio, który notabene jest punktem zapalnym dzisiejszego testu. Niestety z mojej strony niewiele dowiecie się o jego zaletach radzenia sobie z siecią i jej pochodnym funkcjami, ale z pewnością kilka ciekawych przemyśleń na temat jakości oferowanego dźwięku z pendrive’a, twardego dysku i transportu cd potencjalnemu zainteresowanym zawsze się przyda. Jeśli tak, to zapraszam na kilka spostrzeżeń z czasu spędzonego przy muzyce z angielską myślą techniczną w postaci lifestyle’owego odtwarzacza plików, streamera, przetwornika D/A, przedwzmacniacza liniowego i wzmacniacza włącznie Naim Uniti Nova, o którego wizytę w naszej redakcji zadbał warszawski dystrybutor FNCE.
Analiza ogólnej budowy testowanego wielofunkcyjnego odtwarzacza w pierwszej kolejności przynosi nam informację o jego typowych rozmiarach dla komponentów audio w domenie szerokości i delikatnie mniejszych gabarytach w zakresie głębokości. Jeśli chodzi o ogólną aparycję, za sprawą stosunkowo głębokiego frezu, bryła Uniti Nova została podzielona na dwie części. Lewa przynosi nam jedynie usytuowane w dolnej części, tym razem mieniące się błękitem logo marki, a prawa proponuje zajmujący prawie całą powierzchnię jej frontu, ukryty pod czarnym szkłem wielofunkcyjny kolorowy wyświetlacz, gniazdo USB i słuchawkowe, a także cztery pozwalające poruszać się po MENU urządzenia bez użycia pilota okrągłe przyciski. Idąc tropem opisywanych połówek ku tylnej części plikograja, górna płaszczyzna lewej nadal jest swoistym monolitem, a przeciwległa została zobligowana do aplikacji ciekawego wizualnie, bo płynnie podświetlanego wokół swojego obwodu w zależności od oddawanej mocy, delikatnie zagłębionego w niecce, sporej średnicy pokrętła głośności. Oczywiście, gdy funkcję wzmocnienia sygnału wywołamy pilotem, wielgachna gała obraca się samoczynnie, ale gdy jesteśmy w pobliżu tego designerskiego w wyglądzie, a przez to świetnie prezentującego się Anglika, bez problemu możemy zrobić to ręcznie. Boczne ścianki skrywającej układy wewnętrzne skrzynki ubrano w masywne, ale nie przytłaczające konstrukcji wizualnie radiatory. Przybliżając ofertę wyposażenia tylnego panelu miłą wiadomością dla całej rzeszy audiofilów jest kontynuacja odejścia ortodoksyjnych Anglików od złączy w jedynym słusznym standardzie DIN, W tym przypadku wyspiarze po raz kolejny, ale nadal bardzo delikatnie poszli z duchem czasu. Dlaczego tylko delikatnie? Otóż owszem, złącza RCA udało im się jakoś przeboleć, niestety temat podłączenia kabli kolumnowych eliminując na starcie widełki konsekwentnie zrealizowali przy pomocy mówiąc kolokwialnie zwykłych dziurek, a nie solidnych zakręcanych zacisków. Czy to źle? Nie pokuszę się o rozwiązywanie tej kwestii, ale jedno jest pewne, marka jest na świecie bardzo dobrze znana i na tej podstawie ma prawo decydować o swoich wyborach. Uzupełniając pakiet danych na temat przyłączy należy wspomnieć jeszcze o slocie na kartę pamięci i wejściach LAN, USB, HDMI, DAB, OPTICAL, SPDIF. Ostatnimi informacjami na temat pleców są niezbędne dla pracy urządzenia gniazdo zasilania i pozwalający ustalić najlepszą konfigurację od strony elektrycznej współpracy z resztą systemu przełącznik masy. Miłym pomysłem na spełnienie oczekiwań potencjalnego klienta jest dodawany w standardzie, samoczynnie zapalający się przy delikatnym ruchu pilot zdalnego sterownia.
Dlaczego idąc za wygłoszonym we wstępniaku oświadczeniem lubię testować wszelkie urządzenia marki Naim z konstrukcjami współpracującymi z plikami włącznie? Wydawałoby się, że sprawa jest banalna, ale ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, iż nie jest oto takie oczywiste. Chodzi o to, że konfigurując przykładowego Uniti Nova, lub każdy inny tego typu wytwór wiadomej stajni, w banalny sposób podłączam do niego twardy dysk lub pendrive’a, następnie wyświetlacz stosownym komunikatem każe mi chwilę poczekać i po kilku minutach (to zależy od objętości zasobów płytowych na dysku) pojawiająca się jako dostępna pełna lista mojej płytoteki zaprasza do bezproblemowego jej zgłębiania bez jakichkolwiek zawieszeń, czy restartów systemu przez cały czas użytkowania. Da się? Da. I żeby było jasne, u konkurencji bywa z tym różnie, co na obecny moment jest głównym powodem mojej absencji w tym dziale konstrukcji high end-owych. Przechodząc do meritum sprawy, czyli wartości sonicznych tego bardzo uniwersalnego źródła dźwięku – konstrukcja all-in-one czyni je samowystarczalnym od sygnału z sieci lub dysku po informacje skierowane już do kolumn jako sygnał z wbudowanego wzmacniacza – dla ortodoksyjnych klubowiczów tego brandu mam dobrą wiadomość. Otóż podobnie do reszty rodziny, również ta propozycja oferuje użytkownikowi bardzo dobrze uzbrojony w wypełnienie przekaz z wyraźnym zaznaczeniem najważniejszej cechy tej elektronicznej rodziny, jakim jest słynny PRAT. Może w stosunku do starszych, czyli okupujących wyższe rejony cennika braci, przekaz jest mniej szczegółowy ( sprawa jest już pochodną możliwości układów elektrycznych, a nie efektem jakichkolwiek problemów), ale co w tym jest najważniejsze, za sprawą panowania nad energią basu i jak to w Naim’ie jest w standardzie, unikanie wyskakiwania przed szereg wysokich tonów, rysunek muzyczny cechuje fenomenalna spójność, która z łatwością pozwala skupić się na muzie jako całości, a nie na siłowym szukaniu szkodliwego w dłuższym rozrachunku efektu „łał”. Wszyscy wiemy, iż dbałość o odpowiednie dociążenie najbardziej czułego dla naszego ucha pasma akustycznego w połączeniu ze znakomitą kontrolą dźwięku w domenie jego rytmiki i gładkości, od lat jest sztandarowym działaniem angielskich inżynierów, dlatego miło jest nausznie potwierdzić te cechy również tutaj. To naturalnie temperaturę brzmienia wszelkich zapisów nutowych samoczynnie kieruje w stronę ich delikatnego podkolorowania niż dryfowania ku neutralności, dlatego też podczas konfiguracji bohatera testu w zależności jakie końcowe brzmienie chcemy uzyskać, musimy zadbać o odpowiednie zespoły głośnikowe. Ale spokojnie, to nie jest żadna magia. Wystarczy wiedzieć, czego się oczekuje, a ewentualne nietrafione połączenie natychmiast w łatwy sposób zostanie nam książkowo wyartykułowane. Pierwsza przymiarka do analizy umiejętności pretendenta do laurów miała za zadanie zweryfikować temat budowania realiów muzyki dawnej w wykonaniu Jordi Savalla. I tutaj mam ciekawe spostrzeżenie. Mianowicie chodzi o przypisany temu producentowi sznyt grania w postaci solidnego pilnowania rytmiki fraz nutowych. Słuchaną kompilację płytową Jordiego znam na wskroś, a mimo to w tym podejściu oprócz fajnego oddania kolorów i wybrzmień instrumentów z epoki w pakiecie dźwiękowym dostałem ciekawie wypadające pewnego rodzaju wyraźne zaznaczenie ataku każdej nuty, co do niedawna wydawało mi się być bardziej istotnym w muzyce buntu, czyli wszelkich odmianach rocka niż w tak zwanym plumkaniu. Naturalnie w moim codziennym zestawie nie występuje jakikolwiek problem z utrzymaniem poprawnego rytmu, ale takie naprawdę delikatne podkręcenie tego aspektu pokazało mi, że na to samo wydarzenie muzyczne można spojrzeć z nieco innej, ale z równie ciekawej strony. Ale to nie koniec miłych wieści. Oprócz ciekawej kolorystyki kreślonego przez wyspiarski pomysł na fonię wirtualnego świata niebanalnym atutem był również jego rozmiar w zakresie szerokości i głębokości, co natychmiast prawie jeden do jeden przekładało się na bardzo bliskie oddanie realiów prawdziwych kubatur kościelnych, na co zawsze dokładnie zwracam uwagę.
Kolejnym nurtem muzycznym po jaki sięgnałem był swoisty pewniak dobrej prezentacji, czyli koncert ze składem muzyków klasycznych Metallicy „S&M”. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, iż to jest woda na młyn tego „grajka”. Dlatego jeśli wspomnę o fantastycznie prowadzonych pasażach sekcji kontrabasów, mocnych gitarowych solówkach, energii perkusji i na koniec energetycznym i mocnym wokalu frontmena, nawet najwięksi oponenci tego producenta nie odważą niczego deprecjonować, tylko z pokornie pochyloną głową przytakną tej wyliczance. Ale żeby nie było, że mamy do czynienia z absolutem dźwiękowym bez względu na wszystko, na koniec przywołam serię płyt z elektroniką. Co takiego się wydarzyło? Otóż nawet nie wiem, czy można to zaliczyć do zbioru niedomagań, czy jakichkolwiek potknięć, ale jedynym czego szczyptę dodałbym do sznytu grania Uniti, to większa iskra w górze pasma. I nie chodzi mi o doskwierające poczucie braku wysokich tonów, ale przez lata zabawy w ocenianie konstrukcji słyszałem już kilka, które w pakiecie z energią i masą, kiedy wymagał tego materiał, niosły pozwalającą planowo przyczynić się do utraty słuchu iskrę we wszelkich przesterach i świstach sztucznych dźwięków. W tym przypadku teoretycznie wszystko było na swoim miejscu, ale patrząc na to z perspektywy bezwzględności, mogłoby być nieco bardziej dźwięcznie. Jednak jak wspomniałem, ocenę tego niuansu w domenie dobrze / źle pozostawiam do osobistego rozstrzygnięcia.
Czy recenzowany samowystarczalny kombajn audio Naim Uniti Nova jest dla każdego? Szczerze mówiąc od strony bezproblemowości konfiguracji i późniejszej bezawaryjności w pracy ciężko o coś bardziej przystępnego. I nie mam na myśli jedynie podobnych do mnie laików, ale również zaawansowanych miłośników plików. Drugim plusem tego produktu jest bardzo przyjazna dla naszej percepcji dźwięku estetyka dobrze osadzonego w barwie i energii dźwięku. Trzecim zaś idący z duchem obecnych czasów lifestyle’owy design obudowy. Jeśli jednak miałbym kogoś przed czymś ostrzec, to ewentualny ożenek Anglika ze zbyt masywnie grającymi kolumnami. Ale akurat to jest swoistym elementarzem dobrej konfiguracji systemu audio, dlatego też naprawdę jedynym mogącym nie wpisać się w oczekiwania potencjalnego klienta aspektem będzie szukanie w tej konstrukcji Naim’a neutralności ponad wszystko. Niestety, grania z latającymi żyletkami w eterze nawet jeśli będzie wymagał tego materiał, nie uświadczycie. Jednak powiedzmy sobie szczerze, producent nigdy w swoich propozycjach sprzętowych tego nie szukał, a tym bardzie nie oferował, co spycha ten temat na bardzo odległy margines przedzakupowych rozważań. Zatem reasumując nasze dzisiejsze spotkanie powiem jedno, jeśli szukacie solidnego sonicznie i użytkowo, a przy tym nowocześnie wyglądającego swoistego kombajnu plikowego, tytułowy Naim Uniti Nova jako jeden z pierwszych powinien zostać uwzględniony na potencjalnej liście do posłuchania.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”, Triangle Magellan Quatuor
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: FNCE S.A. / Naim
Cena: 21 999 PLN
Dane techniczne:
• Moc wzmacniacza: 2 x 80W / 8 Ω
• Wejścia audio: 2 x optyczne TOSLink, 2 x koaksjalne RCA, 1x BNC, 1 x HDMI ARC, 2 x analog RCA, 2 x 5-pin DIN, 2 x USB typu A (przód i tył), 1 x karta SD
• Opcjonalny moduł tunera DAB/FM
• Wyjścia audio: 1 x gniazda głośnikowe, 1 x wyjście RCA dla subwoofera/z przedwzmacniacza, 1 x mini-jack 3,5 mm
• Streaming: Google Cast, Apple Airplay, TIDAL, Spotify Connect, Bluetooth (AptXHD), Radio internetowe, UPnP (streaming w wysokiej rozdzielczości)
• Ethernet (10/100/1000Mbps), WiFi (802.11b/g/n/ac poprzez wewnętrzną antenę)
• UPnP: może działać jako serwer nawet dla 6 odtwarzaczy sieciowych, sterowanie za pomocą aplikacji Naim App
• Możliwość odtwarzania, przechowywania bądź wysyłania do innych urządzeń nawet do 20,000 utworów z lokalnego dysku USB.
• Odtwarzane formaty: WAV, FLAC i AIFF, ALAC (Apple Lossless), MP3, AAC, OGG i WMA, DSD
• Obsługa sygnałów cyfrowych: PCM 24bit/192 kHz, DoP DSD64)
• Aplikacja Naim App dla iOS oraz Androida
• 5 calowy kolorowy wyświetlacz LCD oraz pokrętło regulacji głośności z czujnikiem zbliżeniowym
• Synchronizacja odtw. muzyki nawet na 6 odtwarzaczach Uniti lub innych streamerach Naima, sterowanie za pomocą Naim App.
• Wymiary (WxSxG): 95 x 432 x 265 mm
• Waga: 13 kg
• Akcesoria: Pilot, kabel zasilający Power-Line Lite, szmatka do czyszczenia, instrukcja obsługi.
Najnowsze komentarze