Opinia 1
Działając już jakiś czas na rynku jesteśmy świadkami oczywistych, zachodzących na nim zmian. Pojawiają się nowi gracze, starzy wyjadacze dzielnie walczą o należne im miejsce, trwają ciągłe przetasowania tak właścicielskie, jak i dystrybucyjne, ktoś coś zyskuje, inny traci, bądź wypada z gry. Generalnie nie sposób narzekać na nudę. Jednak zdobywane przez lata doświadczenie przynosi jeszcze inne profity – możność obserwacji zmian przeprowadzanych na drodze ewolucji, bądź rewolucji w obrębie nie tylko segmentu interesującego nas obszaru, czy też konkretnych typów urządzeń, co przede wszystkim w aspekcie obecnych na nim marek. Ograniczając się li tylko do przewijających się na naszych łamach producentów wystarczy prześledzić drogę jaką pokonały Accuphase, Ayon, Gauder Akustik (dawniej Isophon), czy też będący przyczynkiem niniejszej epistoły Chord Electronics. Z premedytacją sięgnąłem po przykłady wytwórców, którzy goszczą u nas na tyle często, że ewentualne zmiany obranych przez nich kursów były tyleż łatwo wychwytywane, co oczywiste.
Wracając do ww. Chorda sprawę dodatkowo ułatwia fakt, iż dzisiejszy obiekt dysputy – dostarczona przez cieszyński Voice, stereofoniczna końcówka mocy Ultima 5 nie jest zupełnie nowym bytem, lecz oficjalnym następcą modelu SPM 1200 MkII, nad którym zdążyliśmy się w październiku 2016 r. pochylić. Jeśli w związku z powyższym jesteście Państwo ciekawi cóż tym razem popełnił John Franks z ekipą, to nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do dalszej lektury.
Masywny, wykonany z 28 mm szczotkowanego płata aluminium lotniczego front przedzielono w połowie pionową bruzdą, na której osi umieszczono ozdobny szyld z logiem producenta a pod nim intrygującą kulę z mlecznego poliwęglanu. Co prawda pełni ona przede wszystkim rolę włącznika, jednak ze względu na swoją iluminację nie sposób odmówić jej niewątpliwych walorów ozdobnych. W czasie pracy końcówki kusi ona przepiękną turkusową poświatą a w stand-by pulsuje głęboką czerwienią. Jeśli wydaje się Państwu, że nic więcej tu nie znajdziecie, to macie prawie rację. Prawie wynika bowiem z faktu, iż może tego nie widać, lecz producent najwidoczniej postanowił wykonać ukłon w kierunku swojej czytającej dołączane do urządzeń instrukcje klienteli i we wspomnianym kilka linijek wyżej pionowym nacięciu płyty frontowej ukrył sensor umożliwiający przyciemnienie/wyłączenie firmowej iluminacji. Otóż na odcinku pomiędzy ww. szyldem a pierścieniem otaczającym sferyczne, cyklopie oko wystarczy w miarę cienkim przedmiotem (świetnie do tego celu nadają się wszelkiego rodzaju karty kredytowe/płatnicze/biblioteczne, etc.) namierzyć ów czujnik i poprzez jego uciskanie dobrać intensywność podświetlenia do własnych oczekiwań.
Jak już zdążył przyzwyczaić nas Chord, jego pełnowymiarowe urządzenia, do grona których niezaprzeczalnie zalicza się 5-ka, oparto na wielce udanej tak pod względem wizualnym, jak i mechanicznym idei, zgodnie z którą korpus „zawieszony” jest wewnątrz swoistej klatki składającej się z biegnących wzdłuż boków par prętów łączących wykraczające poza jego obrys ściany przednią, oraz tylną i usadowiony na czterech masywnych, nanizanych na owe pręty, kolumnach pozwalających złożenie swoistej, spójnej wzorniczo systemowej „wieży”. Ponadto, o ile same urządzenia oferowane są jedynie w naturalnym srebrze aluminium i eleganckiej czarnej anodzie, to już nogi dostępne są również w opcji niklowanej. Ponadto jeśli kogoś taki nieco industrialny design razi zawsze może wybrać opcję w której zamiast owych cokołów będą zgrabne, akrylowe boczki dostępne oczywiście za stosowną opłatą.
Płyta górna jest ozdobą samą w sobie a to za sprawą wydawać by się mogło zwykłych otworów wentylacyjnych, które w Chordzie oprócz zadania czysto technicznego pełnią również rolę niezaprzeczalnie dekoracyjną. Tuż przy przedniej krawędzi wycięto bowiem kilkunastocentymetrowy okrągły otwór domknięty z obu stron kolejnymi, lecz tym razem przypominającymi masywne klamry i czwartym, już prostokątnym, poprowadzonym wzdłuż tylnej ściany. Oczywiście całość została zabezpieczona gęstą metalową siatką i odpowiednio podświetlona równie turkusową iluminacją, co frontowa kula.
Ściana tylna to tak naprawdę jeden duży radiator z centralnie umieszczoną niewielką płytką z pojedynczymi, całe szczęście akceptującymi widły, terminalami głośnikowymi, parą wejść RCA i parą XLR-ów uzupełnionymi o gniazdo 12V triggera i zasilające IEC w standardzie C-20, co warto mieć na uwadze przy doborze dedykowanego okablowania (zwykły, „komputerowy” przewód jest dołączany do wzmacniacza). My mieliśmy to szczęście, że dystrybutor marki – Cieszyński Voice zapobiegliwie do przesyłki dołączył adekwatnej klasy przewód Cardasa.
W swych trzewiach 5-ka mieści 64 „sportowe” MOSFET-y wymagające równie wyczynowego i zarazem pozbawionego elementów degradujących dźwięk stopnia sterującego. I taki też zastosowano – to wysokonapięciowe wzmocnienie o ultra niskich zniekształceniach charakteryzujące się dużą szybkością narastania (300V/µs) i zaawansowaną kompensacją sprzężenia zwrotnego. Ponadto stopień wyjściowy jest stale monitorowany przez układ korekcji błędów „dual feed-forward error correction” pracujący w czasie rzeczywistym. Klasę układu producent określa mianem „sliding class A”, czyli tak naprawdę AB z kilkoma pierwszymi Watami oddawanymi w klasie A. Sekcję zasilania oparto oczywiście na autorskich modułach impulsowych i całe szczęście szczelnie zaekranowano, choć producent wyraźnie odradza podchodzenie do Ultimy z telefonem komórkowym i zaleca jej odseparowanie od urządzeń wyposażonych w klasyczne – toroidalne trafa. Dodatkowy, ekran przedziela zasilanie zlokalizowane od góry, od zajmujących dolne piętro układów audio. Jakby tego było mało również sam korpus pełni rolę klatki Faradaya, chroniąc ukryte wewnątrz siebie układy od zakłóceń RFI i EMI. No i warto wspomnieć, że mamy do czynienia z konstrukcją zbalansowaną, więc wybór XLR-ów wydaje się aż nazbyt oczywisty.
O ile w przypadku SPM 1200 MkII mieliśmy nieco pod górkę, gdyż … z owej góry schodziliśmy (pozorna nielogiczność, lecz proszę czytać dalej), czyli przekładając z naszego na język ojczysty mieliśmy na świeżo w pamięci możliwości potężnej 560W końcówki SPM 5000 mkII, to tym razem podobnego błędu nie popełniliśmy i w roli wielce smakowitej przystawki wykorzystaliśmy niemalże kieszonkowego a tak po prawdzie desktopowego i posiadającego wielkie serducho do grania Étude. Czyli zamiast godzenia się na kompromisy i obniżania poprzeczki ową poprzeczkę podnosiliśmy. Efekt? Poniekąd piorunujący, gdyż ewidentnie słychać było akcenty, jakimi czarował uroczy maluch, lecz zaprezentowane w zdecydowanie wyższej klasie wydaniu. W dodatku biorąc pod uwagę na jakim pułapie oscylowały nasze oczekiwania po Étude, powinienem być uodporniony na ewentualne „sztuczki” starszego rodzeństwa. Tymczasem Ultima 5 niejako od pierwszych taktów porwała mnie w wir szaleńczej i wielce ekscytującej zabawy. Tylko cytując klasyka „Oh Lord, please don’t let me be misunderstood”, czyli proszę mnie tylko źle nie zrozumieć. To nie były nieskoordynowane, szczeniackie wybryki w stylu biegania po gzymsie kilkunastopiętrowego bloku, kiedy najpierw się coś robi a potem myśli o ewentualnych konsekwencjach, lecz raczej jazda na granicy przyczepności Aston Martinem DBS Superleggera z profesjonalnym kierowcą (nie mylić z SOP-owskimi mistrzami kierownicy mającymi chyb jakiś niejawny kontrakt ze specami od testów zderzeniowych ADAC) po torze Nürburgring. Zauważają Państwo delikatną różnicę? Ano właśnie. Niby i to i to szaleństwo, jednak to drugie pod pełną, fachową kontrolą. Dlatego też z dziką przyjemnościom oddawałem się wielogodzinnym sesjom (niewątpliwe uroki powszechnego lockdownu i home office’u) co i rusz zapuszczając się w coraz to bardziej zakręcone rejony muzycznych inspiracji. Na pierwszy ogień poszła blisko dwunastogodzinna (dokładnie 11h 40min 30s) kompilacja „50 Years on Earth (the Anniversary Box Set)” Jorna, co jak na rozgrzewkę wydawało się całkiem wystarczające. Skala i rozmach generowanego przez angielską końcówkę dźwięku bardzo szybko mi uświadomiły, że miłośnicy wszelakich spektakularności, ciężkich brzmień, bądź wielkiej symfoniki praktycznie już w tym momencie mogliby spokojnie logować się do bankowości internetowej w celu zlecenia stosownego przelewu na konto cieszyńskiego Voice’a. Po prostu to był przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Potężnie, gęsto i z wykopem a w dodatku na swój sposób podane w lekko przyciemnionej tonacji a jednocześnie bez nawet najmniejszych strat pod względem rozdzielczości. W dodatku z każdym kolejnym uderzeniem stopy, szarpnięciem struny i wyśpiewywaną, bądź nader często wyrykiwaną frazą utwierdzałem się w przekonaniu, że Ultima 5 jest swoistą, bardziej wysyconą i dociążoną pod względem krwistości tkanki inkarnacją mojego, również 300W Brystona 4B³, czyli odwołując się do motoryzacyjnej analogii ma bardziej komfortowe zawieszenie, oraz kulturę pracy silnika.
Zmiana repertuaru na ciężką elektronikę w stylu „The Fat Of The Land” The Prodigy i „Elephants on Acid” Cypress Hill tylko potwierdziło wyższość 5-ki nad swoim protoplastą pod względem zdolności zapewnienia nie tylko ataku, ale idącej wraz z uderzeniem ciągłości masy i ciężaru dźwięku. Jeśli dodamy do tego świetne różnicowanie niuansów rozgrywających się niemalże na granicy słyszalności, czy to ze względu na oddalenie planu, czy też operowanie na skrajach reprodukowanego pasma i równie godną superlatyw homogeniczność przekazu, to jasnym staje się, że Chord dość szczodrze obdarował całkiem rozsądnie wycenioną końcówkę cechami zarezerwowanymi do tej pory jedynie dla swoich flagowców. Całość jest przy tym organicznie wręcz gładka i krągła, lecz nie poprzez zaokrąglanie krawędzi i kreślenie źródeł pozornych zbyt grubą kreską, lecz poprzez jej naturalność i unikanie sztucznych przejaskrawień i przerysowań. Pierwszy plan, choć nieco faworyzowany i lekko przybliżany, nie popada w nachalność, przez co wokaliści nie wykazują ciągot do pakowania się nam na kolana, co przy części populacji jedno-sezonowych popowo-rapowych gwiazdeczek płci pięknej zawdzięczających swoją urodę w równej mierze klinikom medycyny estetycznej, co rodzicom i Najwyższemu, jeszcze nie byłoby takie złe, to już przy Marilyn Mansonie mój entuzjazm do bliskich spotkań trzeciego stopnia znacznie by osłabł.
Jednak żarty na bok, gdyż jeśli chodzi o namacalność wokali i zdolność ich materializacji nie tyle w przestrzeni międzygłośnikowej, co po prostu w naszym pokoju, w którym przyszło Ultimie pracować, to tutaj nie sposób grymasić. Śmiem wręcz twierdzić, iż Chord w swej manierze „uprzyjemniania odbioru” idzie w kierunku może nie lampowym, bo to nie dość, że nieprecyzyjne, to w dodatku nie zawsze pozytywnie kojarzone „słowo klucz”, lecz … ewidentnie analogowym i to w takim niejako ekskluzywnym, kojarzącym się z naszą redakcyjną Miyajimą Madake. Mamy bowiem do czynienia z czekoladową gęstością i niezaprzeczalną słodyczą, jednak z zachowaniem pełni rozdzielczości i pakietu informacji zawartego w materiale źródłowym. Dlatego też zarówno „Ariel Ramirez: Misa Criolla / Navidad Nuestra” Mercedes Sosy, jak i „En el amor” Natašy Mirković miały właściwy sobie oddech i zdolność oddania kubatury w jakiej dokonywano realizacji. W tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję, gdyż o ile „Misa Criolla” przewija się przez większość naszych recenzji o tyle „En el amor” już takim dyżurnym krążkiem nie jest. W związku z powyższym tylko nadmienię, iż nagrań dokonano we wnętrzu dawnej secesyjnej synagodze w St. Pölten (znajduje się przy Karl-Renner-Promenade 22) i kubaturę tego lokum na ww. albumie ewidentnie słychać.
Prawdę powiedziawszy zgodnie z naszymi planami powyższy tekst miał się pojawić na naszych łamach dopiero za jakiś tydzień. Powód jego wcześniejszej publikacji jest tyleż oczywisty, co mało dla ogółu populacji przyjemny i nazywa się Covid-19. Chodzi oczywiście o odwołanie wszelakich imprez masowych, w tym również monachijskiego High Endu. Skoro jednak w tym roku nie dane nam było spędzić kilku kwadransów z Johnem Franksem i jego ekipą na branżowych plotkach przy świetnym piwie Hacker-Pschorr Münchner Hell, co patrząc na ostatnie chordowskie prezentacje powoli stawało się tradycją śmiało możemy uznać, że kilkutygodniowa przygoda z końcówką Ultima 5 była całkiem przyjemną namiastką majowej wyprawy. To niezwykle dynamiczny a zarazem muzykalny wzmacniacz, który z łatwością powinien wpasować się w większość podobnej mu, bądź nawet wyższej, klasy systemów. Dysponując potężną mocą śmiało można uznać, że praktycznie żadne kolumny mu nie straszne a mając na uwadze jego zamiłowanie do firmowego „uprzyjemniania” przekazu, to nie dość, że będziemy mieli pełną kontrolę nad reprodukowanym pasmem, to i spectrum naszych muzycznych poszukiwań nie trzeba będzie ograniczać do wyłącznie audiofilskich realizacji. No i jeszcze ten wygląd, który nie pozwala na obojętność. Nie wiem jak Państwu, ale mi Ultima 5 szalenie przypadła do gustu.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– DAC: Chord DAVE
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³, Chord Electronics Étude, Abyssound ASX-2000
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Cardas Clear Reflection
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Finite Elemente Carbofibre SD & HD
– Stopy antywibracyjne: Finite Elemente Cerabase compact, Cerapuc, Ceraball
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Wireworld Chroma 8 + Starlight 8, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence, Cardas Audio Clear Network
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
Opinia 2
Znacie angielską markę Chord Electronics? Jestem pewien, że tak. Skąd ta pewność? Choćby z jeszcze ciepłego testu Dave’a i Étude z tak zwanej oferty lifestyle’owej. Jednak jeśli jakimś dziwnym trafem tylko z tego sparingu, potencjalnym niedoinformowanym spieszę donieść, iż ów producent oprócz podążania za nowymi trendami obcowania z muzyką w przenośnym i desktopowym wydaniu, w swej szerokiej ofercie ma jeszcze typowe komponenty audio od poziomu zasobności portfela zwykłego Kowalskiego po ekstremalny High End. Ale to nie wszystkie ciekawostki na temat tego podmiotu gospodarczego. Otóż wymieniona w pierwszym zdaniu tego akapitu firma, oprócz sprzedaży rozpoznawalnej na całym świecie elektroniki może dodatkowo pochwalić się sporymi sukcesami w wyposażeniu nią studiów nagraniowych, co jasno daje do zrozumienia, że co jak co, ale na temacie związanym z dobrej jakości muzyką się zna. Co uprawnia mnie do zaproszenia Was na swoistą ucztę w postaci kilku skreślonych informacji o dostarczonej do testu przez stacjonującego w Cieszynie dystrybutora Voice, stereofonicznej końcówce mocy Ultima 5.
Jeśli chodzi o aparycję naszego punktu zainteresowań, Ultima 5 konsekwentnie podąża drogą swoich seryjnych poprzedniczek, czyli do skrycia zaawansowanych układów elektrycznych wykorzystuje bardzo nowoczesną wizualnie obudowę. Co to oznacza? Otóż jest to mocno wentylowana ciekawymi, zabezpieczonymi siatką przypominającą plaster miodu otworami i dodatkowo chłodzona usytuowanym na plechach sporych rozmiarów radiatorem prostopadłościenna skrzynka. Ale przywołane wzrokowe akcenty to nie koniec designerskich fajerwerków, gdyż wspomnianej bryły nie posadowiono na nudnych, wyższych lub niższych stopkach, tylko zawieszono na czterech połączonych poziomymi prętami, nieco wyższych od urządzenia filarach. Ciekawe? Moim zdaniem tak. Jednak to nadal nie jest koniec pomysłowości konstruktorów znad Tamizy, bowiem każdy z filarów od spodu został uzbrojony w trzy licujące z wyżłobieniami na ich górnych połaciach gumowe stopki. To natomiast sprawia, że w momencie braku miejsca na docelowym stoliku, z zachowaniem nie tylko odpowiedniej izolacji antywibracyjnej, ale również temperaturowej każdego z elementów, posiadaną elektronikę można ustawić jednaną drugiej – patrz seria zdjęć z testu. Myślicie, iż przeczy to ortodoksyjnemu podejściu do zaawansowanego audio? Na pierwszy rzut oka pewnie tak, jednak po kilku próbach wykorzystania któregoś z komponentów w innym niż firmowe, czyli wspomniane przed momentem ustawieniu, zrozumiałem, że nie jest to jedynie wizualny myk, tylko przemyślana propozycja nawet dla bardzo wymagających melomanów. Natomiast pakiet danych manualno-przyłączeniowych, z racji prostego zadania jedynie wzmacniania zadanego sygnału przez Ultimę ogranicza się do implementacji zmieniającej kolor w zależności od stanu urządzenia, okrągłej półkuli w centralnym miejscu wykonanego z grubego płata aluminium frontu, jako włącznika głównego i wyeksponowanej płaszczyzny na tylnym radiatorze jako bazy dla pojedynczego zestawu terminali kolumnowych, pary analogowych wejść RCA/XLR i gniazda zasilania IEC. Skromnie? Tylko z pozoru, gdyż oferta w pełni zabezpiecza kompatybilność z praktycznie każdym potencjalnym zestawem audio. Dodatkowo zapewniam, że przy tylu zabiegach w kwestii ornamentyki, taki spokój jest jak najbardziej na miejscu.
Co ciekawego spotkało mnie po aplikacji Ultimy 5 w swój tor? Otóż otrzymałem świetne, bo odznaczające się wyborną motoryką granie. Dźwięk oferował znakomity atak i był przy tym bardzo rozdzielczy. Jednak co ciekawe, nie zauważyłem przy tym najmniejszego oddawania pola przez średnicę, która idąc w sukurs energetycznemu, a przy tym dobrze osadzonemu w masie niskiemu pasmu i świetnie napowietrzonej górze, cały czas serwowała mi trafiające w punkt, nie przegrzane, tylko odpowiednio dozowane nasycenie. Tak wyglądał temat poszczególnych podzakresów, jednak jak wiadomo, nie samymi pasmami jako takimi meloman żyje, gdyż najważniejszy jest efekt ich zszycia i sposób zawieszenia prezentowanych informacji w przestrzeni międzykolumnowej. W tym aspekcie również występ zaliczyłbym do udanych z tą tylko uwagą, że system zaczął skupiać się n wydarzeniach centralnych. Czyli? Spokojnie, nie był to li tylko popis pierwszego planu, a jedynie pewnego rodzaju maniera świetnej prezentacji pracy frontmenów, jednak drobnym kosztem wydarzeń odbywających się na peryferiach wirtualnej sceny. Oczywiście było to dalekie od karykaturalnej prezentacji w stylu powiększającej wycinek obrazu soczewki, tylko kiedy materiał okazywał się być projektem autorskim, zestaw co prawda umiejętnie, ale nieco bardziej podkreślał wszystko, co działo się w ogniskowej danej wizualizacji sonicznej, resztę zaś pokazując z pewnej perspektywy. Ale zaznaczam, to był jedynie na początku zauważany aspekt, który po kilku minutach stawał się całkowicie zrozumiały i co ciekawe fajny w odbiorze. Jak zatem wypadała konkretna muzyka? Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że w przypadku posiłkowania się zestawu wspomnianym na początku tego akapitu dobrym PRAT-em, wszelkie oparte o mocny rytm produkcje czerpały z oferty Chorda pełnymi garściami. Czy to mocne wyrażanie buntu przeciwko ogólnym światowym zasadom współżycia osobników homo sapiens z formacji Nirvana, czy rodem ze sztucznej inteligencji pasaże nienaturalnych dźwięków spod znaku Depeche Mode i im podobnych, zestaw zdawał się nie mieć ograniczeń. I nie było znaczenia, czy słuchałem cicho, czy głośno, ani przez moment muzyka nie stawała się męcząca i co najważniejsze, zawsze podana była w czytelny sposób. Nic tylko zmieniać płyty i oddawać się błogiemu poznawaniu ich na nowo. Tak wypadała twórczość z energią w swoim kodzie DNA. Nieco inaczej zaś sprawy miały się w bardziej intymnych gatunkach. Owszem, nadal było zjawiskowo. Rytmicznie, z oddechem i przy pełnej kontroli, tylko czasem owe, w ciężkich gatunkach muzyki rewelacyjne składowe przekazu w starciu z muzyką dla duszy powodowały lekkie odczucie zbyt technicznego grania. Po prostu czasem nie było miejsca na wytworzenie we mnie poczucia tchnięcia przez muzyków magii w odgrywane w kubaturach kościelnych zapisy artystów barokowych. Powód? Nie jestem pewien. Być może winę ponosi zbyt ostry i mocny rysunek źródeł pozornych, tudzież przywiązanie do pokazywania centrum wydarzenia, co w muzyce sakralnej bez współpracy z goszczącą muzyków budowlą blokowało poczucie bycia tam i wtedy. Jak wspomniałem, nie wiem. Ale proszę, nie bierzcie tego jako skazującą opisywaną końcówkę mocy na banicję wyrocznię, gdyż w swym opisie chciałem pokazać jedynie, że zawsze jest coś za coś. Co więcej, owe coś za coś nie było pietą Achillesową tego zestawienia, tylko w tym przypadku wynikiem pewnych konstrukcyjnych wyborów. A gdy do tego dodam, że nie było to rażące i wymagało solidniejszego przyjrzenia się tematowi, być może okaże się być przez Was niezauważalne. Ja będąc szczery nie traktowałem tego jako niedociągnięcia, tylko sznyt grania.
Jak wynika z powyższego wywodu, w przypadku zakupu końcówki mocy Chord Ultima 5 decydujemy się na emocje muzyczne przez duże „E”. I nie bierzcie sobie do serca moich uwag odnośnie zbyt dosłownego traktowania muzyki opartej o emocje bez osobistej weryfikacji . Ja jestem lekko na taką sformatowany i czasem wolę oddać nieco kontroli za dodatkową dawkę magii, no co angielscy konstruktorzy zamierzenie nie poszli. Postawili na konkrety typu energia, kontrola i rytmiczność grania i to od docelowej układanki zależeć będzie, czy ich poprawnie zestrojony piec spełni pokładane oczekiwania. Komu zatem dedykowałbym tytułową konstrukcję? Chyba nie zdziwicie się, gdy powiem, iż wszystkim. Powód? Przeczytajcie tekst jeszcze raz, wówczas zrozumiecie dlaczego.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Voice
Cena: 48 290 PLN
Dane techniczne
Wejścia: Para RCA, para XLR
Moc wyjściowa: 300 W RMS / kanał przy zniekształceniach 0.005% @ 8Ω
Pasmo przenoszenia (– 1 dB): 0,5Hz – 100kHz
Zniekształcenia THD: 0,005%
Wymiary (S x W x G): 480 x 180 x 360 mm
Waga: 22,4 kg
Kolor: Silver, Black
Na dworze szaro, buro i niezbyt ciepło. W dodatku dziś mamy 13, choć nie piątek, ale jak ktoś jest przesądny, to pewnie nerwowo rozgląda się za czterolistną koniczyną. Całe szczęście ani ekipie Nautilusa, ani nam takie mało optymistyczne okoliczności przyrody nie przeszkadzały, by przeprowadzić iście królewską dostawę. Panie i Panowie oto witamy w naszych skromnych progach parę Dynaudio Confidence 60.
cdn. …
Opinia 1
Wiem, wiem. Nie raz i nie dwa we wstępniakach poruszaliśmy tematykę naszych przyzwyczajeń, oczekiwań i generalnie zachowań im pochodnych. Jednak zagłębiając się w segment szeroko rozumianych platform antywibracyjnych szalenie trudno wyzbyć się wypracowanych przez lata doświadczeń nawyków. Dlatego też mówiąc właśnie o platformach spodziewaliśmy się konstrukcji w swym działaniu opartych na rozwiązaniach masowych. Tymczasem dostarczonym przez poznańską ekipę Korisa dwóm „pizzom” Finite Elemente Carbofibre zdecydowanie bliżej do pneumatycznej Acoustic Revive RAF-48H , czy też naszej redakcyjnej – ażurowej Solid Tech Hybrid, aniżeli masywnym rodzimym Franc Audio Accesories, bądź też THIXAR Silence Plus. To diametralnie inne, aniżeli zazwyczaj spotykane podejście do tematu na tyle nas zaskoczyło, że zamiast dorabiać do niego jakąś autorską ideologię postanowiłem nie rozwlekać wstępniaka, tylko serdecznie zaprosić Państwa do bardziej merytorycznej części naszych dywagacji.
Pierwsze skojarzenia z pizzą okazały się zaskakująco trafne, gdyż podnosząc dostarczone przez kuriera kartony z platformami ze zdziwieniem odkryliśmy, iż będące przedmiotem niniejszej epistoły akcesoria ważą właśnie mniej więcej tyle, co suto udekorowane smakowitymi kąskami włoskie placki. Uwolnienie firmowych kartonów z ochronnej folii tylko zintensyfikowało nasze kulinarne analogie, gdyż białe, niezbyt wysokie pudełka z czerwonymi nadrukami (Unboxing) śmiało mogłaby wykorzystać pobliska włoska jadłodajnia. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć. To nie są w żadnym wypadku zarzuty, czy jakaś mniej bądź bardziej zawoalowana forma sarkazmu, lecz najzwyklejsza i to w dodatku na wskroś pozytywna obserwacja, gdyż nie od dziś przecież wiadomo, iż najłatwiej do męskiego serca trafić przez żołądek.
No dobrze, żarty na bok, gdyż zamiast carbonary, capricciosy, czy budzącej niezdrowe emocje hawajskiej z podwójnym serem, dostarczone przez Koris platformy do konsumpcji się nie nadają i to nie tylko przez nas, ale i nawet najbardziej wygłodniałe osobniki Anobium punctatum, czyli Kołatka domowego (przez co poniektórych błędnie nazywanego Kornikiem). Powód takiego stanu rzeczy jest nader oczywisty, gdyż jak sama nazwa wskazuje korpusy Carbofibre wykonano z włókna węglowego, natomiast ich trzewia, zamiast materiałów o wysokiej gęstości wypełnia autorska izolacja polimerowa o strukturze plastra miodu. Różnice natury użytkowej pomiędzy wersjami SD a HD dotyczą nie tylko grubości platform nośnych (23 mm vs. 45 mm), co przede wszystkim ich udźwigu. Platformy SD charakteryzuje bowiem maksymalne obciążenie wynoszące 50 kg, natomiast HD zdolne są przyjąć na swe barki aż 100 kg. Zdublowanie ładowności bardzo łatwo wytłumaczyć, gdyż opcja HD jest niczym innym aniżeli ustawionymi jedna na drugiej warstwami wypełnienia wykorzystywanego w SD odseparowanych od siebie pojedynczą płytą włókna węglowego. Z kolei do cech wspólnych możemy zaliczyć obecność umieszczonej na płaszczyźnie górnej wielce przydatnej poziomicy, oraz użycie takich samych, solidnych i regulowanych w zakresie 10 mm firmowych i budzących zaufanie nóżek. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie by w ramach customizacji uzbroić Carbofibre w wyższej klasy stopki, gdyż za dopłatą do wyboru mamy modele Cerabase, Cerapuc i Ceraball. Podobnie jest z wymiarami samych platform, wiec jeśli kogoś naszłaby ochota zafundowania takowego postumentu np. mało normatywnemu gabarytowo Tenorowi 175S HP, to wystarczy tylko przy składaniu zamówienia podać oczekiwaną rozmiarówkę.
Przechodząc do sekcji poświęconej brzmieniu chciałbym zaznaczyć, iż dzięki uprzejmości poznańskiego dystrybutora tytułowymi platformami mieliśmy okazję żonglować przez ponad miesiąc i sprawdzić ich działanie nie tylko pod naszymi dyżurnymi urządzeniami, lecz również m.in. pod goszczącymi u nas w tzw. międzyczasie innymi recenzowanymi wzmacniaczami (m.in. oczekującymi na swoją kolej Chord Electronics Ultima 5 i Accuphase E-800). W moim przypadku obie platformy Finite Elemente ustawiane były zarówno na górnej półce 72 kg stolika Rogoz Audio 4SM, jak i dorównującej mu wagą, wykonanej z litej olchy potężnej komody, gdyż starałem się stworzyć im warunki pracy zgodne zarówno z audiofilskimi, jak i cywilnymi realiami. W tym momencie mam cichą nadzieję, że wybaczą mi Państwo brak sesji porównawczych przeprowadzanych z urządzeniami i platformami ustawianymi bezpośrednio na podłodze, jednak wyszedłem z założenia iż tego typu sytuacje wśród naszych Czytelników bądź to nie występują, bądź mają charakter czysto incydentalny. Ów brak presji czasu i zwiększenie poddanej badaniu populacji sprawiły, iż udało nam się niejako wyeliminować element przypadkowości a powtarzalność obserwacji jedynie potwierdziła nasze wcześniejsze wnioski.
Jakiei? Przewrotnie powiem, że oczywiste, czyli słyszalne i dające się nader łatwo zdefiniować. Ponadto obszar działania platform w głównej mierze skupił się na najbardziej dla ludzkiego słuchu newralgicznym obszarze, czyli średnicy, więc praktycznie po kilku minutach wiadomo było, czy pomysł na brzmienie proponowany przez Finite Elemente wpisuje się w nasze gusta i system, czy też dalej gonimy króliczka. W tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję a właściwie uogólnienie, gdyż obie platformy charakteryzowały się takimi samymi cechami, więc śmiało można je stosować wymiennie i tak samo opisywać, z tą tylko różnicą, że niejako odruchowo mając obie na stanie SD wykorzystywałem pod źródłami (świetnie sprawdziła się pod budżetową Audio-Technicą AT-LPW50PB i Thorensem TD 402) a HD pod amplifikacją. Oczywiście spokojnie mógłbym ograniczyć się li tylko do SD, gdyż zarówno waga mojego dyżurnego Brystona, jak i wymienionych kilka linijek wyżej konstrukcji nawet nie zbliżyła się do jej maksymalnej ładowności i jedynie Abyssound ASX-2000 wymagał HD, jednak nie jestem zbyt wielkim fanem stosowania rozwiązań na tzw. „styk” i biorących od uwagę li tylko chwilę obecną a nie ewentualną perspektywę dalszego rozwoju, co niestety w przypadku audio wiąże się z dramatycznym przyrostem masy (kwestię ceny litościwie przemilczę). Wracając jednak do tematu naszych dzisiejszych bohaterek śmiało mogę stwierdzić, iż ich główną, a zarazem wspólną cechą okazało się dążenie do jak największej namacalności wokali i ich odpowiedniego zaplecza instrumentalnego, przez co nawet ewidentnie po macoszemu traktowane przez realizatorów krążki jak „Knights Call” Axela Rudi’ego Pella mogły wreszcie pochwalić się namiastką soczystości. Riffy nabrały mocy i zamiast irytująco brzęczeć zaczynały zalotnie zerkać w kierunku niemalże lampowemu wysyceniu. Oczywiście do poziomu świetnie zrealizowanego a przy tym znacznie brutalniejszego i dostępnego w formacie 24Bit/48kHz metalcore’owego „Incarnate” formacji Killswitch Engage brakowało jeszcze paru lat świetlnych, ale nie da się ukryć, iż pojawienie się w moim systemie Carbofire było krokiem w dobrą stronę. Za to na „Incarnate” proszę tylko rzucić uchem jak misternie budowane są partie basu na „Embrace the Journey…Upraised”, które do tej pory stanowiły tylko jeden z oczywistych elementów tła dla porykiwań Jesse Leacha i riffów Adama Dutkiewicza, który również stoi za produkcją ww. krążka.
Jednak największe wrażenie robił realizm zdecydowanie lepiej zmasterowanych albumów. Mistyczny „Shandai Ya / Stanka” The Mystery Of The Bulgarian Voices z gościnnym udziałem Lisy Gerrard, czy niemalże pierwotny w swej surowości „Skald” Wardruny przykuwały do fotela równie skutecznie co potężna dawka Pankuronium. A właśnie, skoro pojawił się Pavulon, czyli roztwór bromku pankuroniowego, nie sposób nie poruszyć kwestii „plusów dodatnich” i „plusów ujemnych”. Nie raz i nie dwa spotykaliśmy się bowiem z sytuacją, gdy poprawa jednego aspektu powodowała pogorszenie pozostałych. Czyli mówiąc wprost np. zwiększenie wolumenu dźwięku okupione było utratą kontroli nad najniższymi składowymi, a lepsza rozdzielczość pociągała szklistość góry. Tymczasem Finite Elemente postawiło na zdrowy rozsądek, umiar i … maksymę „Primum non nocere”, czyli „po pierwsze nie szkodzić”. I nie szkodzi bowiem wspomnianej trosce o średnicę towarzyszy przyjemne wykonturowanie basu i połączona ze świetnym napowietrzeniem klarowność sopranów. Nie są to jednak zmiany o charakterze rewolucyjnym, czyli burzące dotychczasowy porządek, lecz ewolucyjnym – eksponujące drzemiący w naszym systemie potencjał. Dostajemy zatem, to co znamy i o istnieniu czego mieliśmy poniekąd wiedzę, lecz lepiej, wyraźniej nakreślone. Całe szczęście owa klarowność nie ma nic wspólnego z przerysowaniem, czy też niezbyt naturalnym podbiciem rozpiętości tonalnej w stylu nieudolnego HDR-a. Nawet chłodny, czy wręcz nieco sterylny, album „Vägen” Tingvall Trio bynajmniej nie poszedł w stronę „stockfischowej”, nadnaturalnej hiper rozdzielczości, lecz raczej skupił na energii środka i jego przełomu z basem, pozwalając swobodnie lśnić górze pasma.
Finite Elemente Carbofibre nie naprawią popełnionych przez nas w trakcie konfigurowania systemu błędów i nie sprawią, że to, co do tej pory grać nie chciało nagle zacznie zachwycać. O nie, jeśli ktoś liczył na cud, to przykro mi, ale pomylił adres. Ode mnie bowiem tego nie usłyszy. Jednak tytułowe, niemieckie platformy świetnie sprawdzą się wszędzie tam, gdzie niby wszystko jest OK., jednak brakuje ostatniego szlifu, muśnięcia pędzlem i zamknięcia tematu. A jeśli dodamy do tego ich dyskretną elegancję, niezwykłą uniwersalność, oraz łatwość w wypoziomowaniu nawet na mocno nierównych powierzchniach (10 mm dla każdej z nóg to naprawdę sporo), to jeśli tylko szukacie Państwo wysokiej klasy, solidnych podstaw dla Waszej elektroniki, to sugerowałbym zainteresować się dzisiejszymi obiektami naszej redakcyjnej wiwisekcji.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– DAC: Chord DAVE
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Accuphase E-800
– Końcówka mocy: Bryston 4B³, Chord Electronics Étude, Chord Electronics Ultima 5, Abyssound ASX-2000
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Cardas Clear Reflection
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Finite Elemente Carbofibre SD & HD
– Stopy antywibracyjne: Finite Elemente Cerabase compact, Cerapuc, Ceraball
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Wireworld Chroma 8 + Starlight 8, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence, Cardas Audio Clear Network
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
Opinia 2
To, że w celu uzyskania maksimum jakości dźwięku każdej układanki audio niezbędne jest dopracowanie najdrobniejszych jej szczegółów, nie boję się tego powiedzieć, wie praktycznie każdy, nawet okazjonalnie słuchający muzyki osobnik homo sapiens. Mało tego. Mniemam, iż ów przedstawiciel wie również, że nie mówię w tym momencie jedynie o elektronice, kolumnach, czy okablowaniu, ale także o często po macoszemu traktowanych, z pozoru prozaicznych, jednak bardzo istotnych w końcowym rozrachunku brzmieniowym dodatkach w postaci wszelkiego rodzaju akcesoriów antywibracyjnych. Myślicie, że na tym temat się kończy? Bynajmniej, gdyż zapewniam, wielu z nich zdając sobie sprawę z rangi tematu, bardzo często stosuje własne, znacznie tańsze od markowych producentów, jednak obciążone wieloma niewiadomymi rozwiązania. Jaki cel ma powyższy wywód? Bardzo istotny, bowiem wspomniane, wykonywane własnym sumptem pomysły na odsprzęgnięcie urządzeń elektronicznych od niezbyt stabilnego podłoża zazwyczaj dają przypadkowe wyniki soniczne, co ostateczne zmienia brzmienie zestawu, jednak nie zawsze na lepsze. Jaka zatem jest na to rada? Bardzo prosta. Spróbować skorzystać z naszych opisów ze spotkań z podobnymi ustrojami. Jednak nie dlatego, że ktoś nam za owe opinie w taki czy inny sposób się odwdzięczył, tylko dlatego, że w naszych tekstach znajdziecie konkretne kierunki zmian po zastosowaniu przybliżanego w danym teście produktu. A to już nie jest jedynie studiowanie przez Was internetowych opinii dla tak zwanego sportu, tylko znając potrzeby swojego zestawu i wypunktowany konkretny wpływ produktu na dźwięk, ewidentne skrócenie drogi dojścia do melomańskiej mety, czyli przekładając z polskiego na nasze, złapanie przysłowiowego audiofilskiego króliczka. Mam rację? Jeśli się ze mną zgadzacie, lub chociaż nie negujecie, nie pozostaje mi nic innego, jak z wielką przyjemnością zaprosić zainteresowanych do lektury testu dwóch bliźniaczych, jednak przeznaczonych dla innych obciążeń, pochodzących zza naszej zachodniej granicy (Niemiec) platform antywibracyjnych Finite Elemente Carbofibre SD i HD, których dystrybucją na naszym rynku zajmuje się poznański Koris.
Analiza załączonych fotografii, sugeruje, że w przypadku tytułowych platform mamy do czynienia z dwoma kawałkami ładnie wykończonych desek – cienkiej i grubej – posadowionych na równie atrakcyjnych stopkach. Jednak zapewniam Was, temat ma się zgoła inaczej. Otóż w obydwu przypadkach producent po wieloletnich doświadczeniach tym razem postanowił postawić na pracującą na rzecz dobrego dźwięku technologiczną nowoczesność i korpus wykonał z włókna węglowego, a przestrzeń roboczą pomiędzy wspomnianymi blatami wypełnił rdzeniem o strukturze plastra miodu. To zaś sprawiło, że opisywane Carbofibre z jednej strony są zaskakująco lekkie, a z drugiej potrafią unieść nawet 100 kilogramowe urządzenie. Ale to nie koniec ciekawych wieści, gdyż na życzenie klienta standardowo aplikowane do podstaw, wykonane z wysokiej jakości stali nierdzewnej stopy możemy zastąpić bardziej zaawansowanymi, firmowymi konstrukcjami Cerabase, Cerapuc i Ceraball. I jakby tego byłoby mało, z informacji prasowych wynika, iż producent jest w stanie zrealizować każdy zamówiony przez klienta wymiar podstawy. Zaś zwieńczeniem dbałości wytwórcy o jakość oferty jest wyposażenie obydwu platform w poziomnice ułatwiające idealną aplikację ich na docelowym podłożu. Tak wygląda temat wspólnych technikaliów. Pozostało wspomnieć o różnicach obydwu modeli. Otóż jak dokumentują fotografie, podstawową różnicą jest ich grubość. O co chodzi? Otóż mniej obciążalna platforma w swych trzewiach wykorzystuje pojedynczy rdzeń imitujący plaster miodu, a grubsza dwa przedzielone dodatkowym blatem z włókna węglowego. To zaś automatycznie przekłada się na podwojenie nośności z 50 – model SD – do 100 kilogramów – HD. Banalne? Być może, jednak zapewniam, każda z nich inaczej wpływa na ten sam unoszony komponent audio. Jak? Po takie informacje zapraszam do kolejnego akapitu.
Zanim przejdę do konkretów, kilka wyjaśnień. Dla łatwiejszego uzyskania wyników cały test przebiegł w trzech odsłonach. Pierwsza odbyła się na wręcz pokazującym palcem sposób grania końcówki mocy angielskiej marki Chord Electronics Ultima 5 twardym granicie. Kolejna na cieńszej SD, a wieńcząca całość testu na grubszej platformie Finite Elemente Carbifibre HD. Powód? Chciałem prześledzić ewaluowanie sygnatury, bowiem wiadomym jest, że im bardziej odsprzęgniemy dane urządzenie od podłoża, tym lepiej dla generowanego przez nie dźwięku. Naturalnie nieobliczalność konfiguracyjna nie zawsze to potwierdza, jednak biorąc pod uwagę stosunkowo rzadkie przypadki, będących skutkiem takich aplikacji, wpadek sonicznych, można nad takim twierdzeniem przejść do porządku dziennego. Co zatem wydarzyło się w konkretnych konfiguracjach? Już zdradzam.
Jeśli chodzi o występ na granicie, dźwięk był szybki, raczej stawiał na atak i natychmiastowość reakcji elektroniki na zapisane na płytach muzyczne pasaże. Niestety całość prezentacji może nie cierpiała na brak nasycenia i związanym z tego typu przypadłościami studzeniem emocji, to jednak w materiale barokowym i wszelkiego rodzaju popisach wokalnych brakowało mi intymności. Przecież muzyka to nie zawsze pogoń za wyczynowością oddania impulsu muzycznego, tylko odpowiednie trafienie w punkt pomiędzy atakiem, energią, nasyceniem i wybrzmieniami, co w przypadku zastosowania twardego kamienia delikatnie mówiąc szwankowało.
Kolejne podejście to platforma SD. Wynik? Cóż, witamy w świecie większej magii. Nagle pojawiły się alikwoty pozwalające znacznie łatwiej rozpoznać, że w danym momencie śpiewa ciemnoskóra diwa, a nie przebieraniec z programu „Twoja twarz brzmi znajomo” – z całym szacunkiem dla artystów biorących udział we wspomnianym przedsięwzięciu. Ogólna prezentacja nabrała tak oczekiwanego przeze mnie body. Dostałem więcej energii z pudeł rezonansowych instrumentów strunowych i co dla mnie bardzo ważne, saksofon pokazał, z jakiego materiału wykonano jego stroik. Jednak to nie wszystkie ciekawe obserwacje. Może to wydać się dziwne, ale muzyka ani trochę nie zwolniła, tylko dostała nadającego jej muzykalności zastrzyk energii i nasycenia, co w wartościach bezwzględnych znacznie zbliżyło prezentację systemu do wspomnianej wcześniej równowagi poszczególnych składowych przekazu. Co ja mówię, dla wielu z Was to byłoby już trafieniem z tematem w punkt. Jednak jak to w życiu bywa, nigdy nie jest tak, że nie da się lepiej. Co mam na myśli? Wyjaśnienie w kolejnym akapicie.
Na koniec wszelkie problemy rozwiązała platforma w specyfikacji HD. Co to były za problemy? Niby wcześniej było ok, jednak cały czas brakowało mi w dźwięku przyjemnej w odbiorze pulsacyjności. Niby oferował dobrą wagę i wybrzmienia, jednak nie emanował życiodajnym tętnem. Owszem, dawało się już zatopić w muzyce bez ograniczeń, jednak co z tego, gdy w znanych od podszewki nagraniach zarezerwowana dla najlepszych reprodukcji magia nadal nie do końca się nie urealniała, tylko była na wyciągnięcie ręki. A bez tego nici z zaprzedania duszy diabłu, o co w naszej zabawie w zaawansowane audio chodzi. Na szczęście ten aspekt jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestał istnieć w momencie wykorzystania do testu podstawy odsprzęgającej końcówkę mocy podwójną inkarnacją plastra miodu. To było oczywiście pogłębienie zmian poprzedniczki, jednak tym razem niskie i średnie rejestry oprócz wagi i masy niosły ze sobą dodatkowo coś na kształt przyjemnej krągłości. Nie mułu, czy buły, tylko jeśli to była stopa perkusji, to oprócz samego szybkiego kopnięcia dźwięk powodował w moich uszach odpowiednie ciśnienie akustyczne. Po prostu wyraźnie odczuwałem falę powodowaną wyginaniem się naciągniętej na stelaż bębna membrany. W takim tonie wypadał również odbiór wszelkich instrumentów strunowych, dęciaków z gardłowymi włącznie. To zaś już bez dwóch zdań pozwalało oderwać się od rzeczywistości i przenieść się nie tylko w czasy Cludio Monteverdiego z jego twórczością kościelną, ale również koncertowej Metalliki z jej wpisanym w kod DNA muzycznym buntem. Niemożliwe? Zapewniam, że jak najbardziej możliwe. Jak pisałem, wystarczy odpowiednio zrównoważyć poszczególne składowe dźwięku, co znakomicie zbilansowała platforma HD. Czy były starty w innym materiale? Nic z tych rzeczy. Nawet elektronika oprócz znakomitej masy odwdzięczała się zjawiskowymi pokazami przenikliwości, gdyż platforma nie ograniczała dynamiki i napowietrzenia przekazu. Gdy wymagał tego materiał, niewiele brakowało do niekontrolowanego odklejania się klepek od podłogi, zaś podczas zaplanowanych przez muzyków prób skruszenia szkliwa na zębach w trosce o swoją klawiaturę musiałem bardzo pilnować się, aby nie otwierać ust. Przekaz przez cały oprócz pełnego spektrum związanych z muzykalnością aspektów niczym kameleon potrafił przekształcić się w maszynę do robienia krzywdy słuchaczowi. I to wszystko dzięki odpowiedniemu wygaszeniu szkodliwych dla pracy urządzenia drgań podłoża. Cuda? Nic z tych rzeczy, zwyczajna fizyka.
Zaskoczeni aż tak pozytywnym obrotem spraw po wdrożeniu w życie teoretycznie znanych przez wszystkich prawd? Mam nadzieję, że nie. Jednak zaznaczam, że akurat w moim podejściu aplauz pełnej sali zebrała bardziej zaawansowana technicznie platforma było wynikiem takich, a nie innych potrzeb testowej układanki audio. Być może, ba jestem pewien, iż wielu z Was całkowicie zadowoli ta konstrukcyjnie prostsza. Dlatego też wspominałem we wstępniaku, iż celem studiowania naszych zmagań z materią audio nie jest formowanie ostatecznej decyzji, tylko poznawanie ewentualnych wyników aplikacyjnych. Naturalnie nie zaszkodzi sprawdzić wielu opcji, jednak zdobyta na podstawie podobnych opisów wiedza znacznie skraca proces nie tylko układania listy odsłuchowej, ale również wyboru jej bohaterów. Na tym kończę ten platformowy miting i mam nadzieję, że zachęciłem Was do spotkania sam na sam z tytułowym, nie oszukujmy się, zbierającym wiele pozytywnych opinii na świecie producentem. Z którym modelem Finite Elemente Carbofibre będzie Wam po drodze nie ma pojęcia. Jednak stawiam skrzynkę jabłek przeciwko skrzynce gruszek, że jeśli szukacie przyjemnego nasycenia dźwięku, pożyczonej nawet na niezobowiązujące odsłuchy, jakiejkolwiek platformy tego producenta prawdopodobnie już nie oddacie.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo, Chord Electronics Ultima 5
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Koris
Ceny:
Finite Elemente CARBOFIBRE SD (CF01 – 450 x 400 x 23 mm / CF02 – 500 x 475 x 23 mm): 5 890 PLN
Finite Elemente CARBOFIBRE HD (CFHD01 – 450 x 400 x 45 mm / CFHD02 – 500 x 475 x 45 mm): 7 890 PLN
Opinia 1
Sądzę, że zgodzicie się ze mną, iż na szeroko rozumianym światowym rynku audio egzystuje pewna grupa firm, które mimo swojej znakomitej rozpoznawalności – chodzi mi w tym momencie o aspekt oferowanej jakości dźwięku – w świadomości wielu, nawet zaawansowanych melomanów jest pewnego rodzaju egzotyką. Powód? Do końca nie wiem, jednak śmiem twierdzić, że pierwszą z przyczyn jest ich naturalnie adekwatna do możliwości, stosunkowo wysoka cena, która mocno ogranicza możliwość zaopatrzenia się w taką ofertę przez szerszą sieć sklepów. To zaś sprawia, że owszem, jest szansa na starcie z danym producentem na własnym podwórku, jednak z powodu stacjonowania potencjalnej konstrukcji jedynie w salonie dystrybutora i do tego bardzo często na drugim końcu kraju, okazuje się być sporym wyzwaniem logistycznym. I gdy wydawałoby się, że z prozaicznych przyczyn ułatwiania sobie życia wielu z Was nie pozostaje nic innego, jak pominąć taki byt na potencjalnej liście odsłuchowej, z pomocą przychodzimy my, starająca się pokazać plusy i minusy konkretnych produktów dwuosobowa ekipa SoundRebels. Co tym razem wzięliśmy na recenzencki tapet? Otóż trafiwszy w lukę pomiędzy kolejnymi odsłuchami u zdeterminowanych klientów, udało nam się zorganizować zbierającą świetne opinie na świecie, wykonaną w topologii hybrydowej kanadyjską stereofoniczną końcówkę mocy Tenor Audio 175S-HP, której to wizytę w naszej redakcji zawdzięczamy stacjonującemu w Warszawie SoundClubowi.
Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że wygląd rzeczonej końcówki mocy, tak jak całej oferty kanadyjskiego producenta, jest nietuzinkowy, żeby nie powiedzieć fenomenalny. W moim odczuciu mamy do czynienia z majstersztykiem połączenia industrialnych akcentów czarnej obudowy, naturalnego drewna frontu i stonowanej, bordowo-śliwkowej iluminacji nadających całości sznytu elegancji, wykonanych z hartowanego szkła okrągłych ekslibrisów. Jak to wygląda podczas bliższej analizy? W przypadku tytułowej końcówki mamy do czynienia ze stosunkowo niewysoką, za to szeroką i co chyba najważniejsze, bardzo głęboką, wykorzystującą jako boczne ścianki wielkie radiatory obudową. W celach estetycznych front wykonano z grubego płata ciekawie uformowanego i polakierowanego na wysoki połysk naturalnego drewna wiśni. Ten rozmyślnie przeciwdziałając potencjalnej monotonii w samym centrum oferuje nam w początkowej fazie mieniącą się ciemną czerwienią – uruchamianie wewnętrznych podzespołów, po kilku minutach zmieniającą się w odcień śliwki – urządzenie gotowe do pracy – okrągłą tarczę z logo marki. Zmierzając ku tylnej ściance przyłączeniowej mijamy nie tylko mocno wentylowaną poprzecznymi prostokątnymi otworami, ale dodatkowo ozdobioną podłużnymi, wąskimi wstawkami z identycznego jak awers drewna górną część obudowy. Zaś po dotarciu do rewersu zderzamy się z pojedynczymi terminalami głośnikowymi, parą wejść w standardzie RCA i XLR wraz z heblem wyboru pomiędzy nimi, gniazdem zasilania 20A, gniazdem bezpiecznika i głównym włącznikiem. I gdy wydawałoby się, iż temat budowy mamy przybliżony, nie mogę nie wspomnieć o dodatkowych manipulatorach na dolnej połaci obudowy tuż przy froncie, w osi okrągłego logo marki. Patrząc od lewej strony znajdziemy tam hebelek, po środku okrągły przycisk i na prawo podobny do tego na plecach zwykły przełącznik szalkowy, które nie tylko są niezbędne do całkowitego uruchomienia urządzenia, ale również pozwalają wyłączyć wspomnianą poświatę okrągłych okienek. Tak fenomenalnie prezentujący się piecyk w celach logistycznych ubrano w wyściełany w newralgicznych miejscach miękkim wsadem aksamitny pokrowiec i spakowano do wytrzymującego najcięższe warunki transportu aluminiowego kufra.
Jak prezentuje się Kanadyjczyk od strony sonicznej? Czy w swej estetyce grania nie przemyca zbyt dużej dawki smaku zastosowanych w układach wejściowych szklanych baniek? A jeśli raczej stawia na diametralnie inną stronę tak zwanego brzmieniowego medalu, to czy nie popada w nadmierną neutralność? O co chodzi z powyższymi pytaniami? Naturalnie to są moje przedtestowe dywagacje. Jakie miały podłoże? Bardzo solidne, bowiem testowana dzisiaj końcówka jest rozwinięciem starej 175-ki, co skutkuje znacznie wyższą mocą na poziomie 250W i dwukrotnie większym, bo obecnie o wartości 100, a nie 50 wskaźnikiem dumping factor. To zaś w praktyce oznacza, że z jednej strony nie ma rynku kolumn, których z jej pomocą nie dałoby się wysterować, a z drugiej mówiąc kolokwialnie, te łatwiejsze w napędzeniu może trzymać na krótszej smyczy.
Jaki zatem był efekt mariażu mocarnego Kanadyjczyka z moimi wysoko-skutecznymi Austriaczkami? Nie obawiam się podnieść opinii, że bardzo dobry ze wskazaniem, na zarezerwowany dla najlepszych. Jednak co ciekawe, na tle starszej, czyli słabszej wersji 175-ki model HP swój sznyt grania lekko przesunął w stronę neutralności. Naturalnie nie oznaczało to pójścia drogą bezdusznego kreowania wyciętych skalpelem wydarzeń muzycznych, jednak z pewnością w dźwięku pozostało znacznie mniej posmaku lampy. Owszem, szklana bańka w międzykolumnowym eterze nadal była wyczuwalna, ale tylko jako delikatna przyprawa do świetnie odtworzonego każdego rodzaju muzyki, a nie jako zadanie nadrzędne danego występu. Czy to oznaczało utratę magii? Nic z tych rzeczy, bowiem wystarczyło lekko skorygować zasilanie (piec podczas testów grał raz z sieciówką Cardas Audio, a raz z Jorma Audio) i przekaz natychmiast przyjemnie ewaluował w zaplanowaną stronę. Jednak nie ma co się oszukiwać, w wartościach bezwzględnych następca starej 175-ki w kwestii nostalgii sonicznej okazał się być bardziej wyważonym. Były z tego powodu jakieś poważne straty? Osobiście nie zauważyłem. Jak pisałem, wzmacniacz znakomicie kontrolował kolumny bez względu na repertuar. Nie oszczędzał na napowietrzeniu wirtualnej sceny muzycznej i co istotne budował ją w zjawiskowo szerokiej i głębokiej perspektywie. Co na to konkretna muzyka? Raczej dziękowała mi za wpięcie w system takiego mocarza. Począwszy od ostrzejszego grania free-jazzu przez Kena Vandermarka na zrealizowanej w krakowskiej Alchemii płycie „Four Sides To The Story – The Vandermark 5”, przez mocne uderzenie koncertowego krążka zespołu Metallica ze składem symfonicznym „S&M”, po mroczne tętnienia ziemi i wszechobecne przestery formacji The Acid z materiałem „Liminal”, za każdym razem zestaw serwował mi niczym nieskrępowane sesje muzyczne. I nie było znaczenia, czy w moim pokoju urealniała się sesja w klubie jazzowym z przekomarzającymi się w szaleńczym tempie wieloma dęciakami kolegów Kena, czy nagle zapragnąłem przenieść się na stadion pełen szalejącej publiczności zabawianej nie tylko bandą rockmenów, ale również muzyków klasycznych, opiniowana konfiguracja nie dość, że fenomenalnie oddawała całkowicie inne realia wydarzeń, do za każdym razem oferowała pełną skalę energii każdego zapisanego na płycie, świetnie zawieszonego w przestrzeni dźwięku. Zestaw zdawał się nie mieć żadnych ograniczeń wydolnościowych, co wespół z fenomenalną rozdzielczością przekładało się na chęć mimowolnego podkręcania poziomu głośności podczas słuchania każdego kolejnego krążka. Tak wyglądał występ w skali makro. A co z mikro? Też dobrze, jednak w moim odczuciu z drobnym może nie ale, jednak na tle poprzedniej wersji końcówki mocy wyraźnym niuansem. Spokojnie, w wartościach bezwzględnych nie było najmniejszego problemu. Chodzi mi jedynie o wspomniane kilka linijek wcześniej, obecne lekkie odejście od wówczas bardziej lampowego sznytu grania, co automatycznie nieco zmieniało odbiór muzyki dla duszy. I co ciekawe, nie tylko wszelkiego rodzaju zapisów kościelnych, ale również wokalnych. Owszem, patrząc przekrojowo, naprawdę trudno było się do czegoś przyczepić. Jednak zagłębiając się mocniej w aspekt utraty wprowadzanego przez szklane bańki przyjemnego rozedrgania dźwięku, wyraźnie słyszałem typowe dla takich sytuacji – zwiększenie kontroli i przyspieszenie ataku dźwięku – zderzenie konstruktorów z książkowym przykładem coś za coś. Instrumenty dawne, nawet te współczesne drewniane i po trosze popisy wokalne, jak dla mnie oferowały mniej mistyki na rzecz poprawności politycznej, którą w tym wypadku było dążenie do neutralności. Niestety w naprawie tego stanu rzeczy nie pomagała nawet żonglerka okablowaniem. Tak, zmianą drutów byłem w stanie nieco nasycić przekaz, jednak w porównaniu do magii lampy, uzyskany efekt nie był już tak intymny. Jednak zaznaczam, tym wywodem pokazuję jedynie różnicę pomiędzy dwoma wersjami, a nie potknięcia tej ostatniej, gdyż testowana dzisiaj z racji ewidentnych konsekwencji przedprodukcyjnych wyborów takowych nie posiada. Jest efektem ewaluacji firmowego brzmienia i taki był cel, a nie przypadkowy wynik. Dlatego też zapewniam, po uwzględnieniu powyższego stanu rzeczy – jak wspomniałem, to były drobne detale, bez najmniejszych problemów przez okres kilkunastu dni zabawy z kanadyjskim wzmocnieniem cieszyłem się pełnym spektrum posiadanej płytoteki, nawet z jej najbardziej romantycznym wycinkiem.
Jak wynika z poprzedniego akapitu, decydując się na nowe wcielenie końcówki mocy Tenor Audio 175S teraz z dopiskiem HP, otrzymujemy delikatnie przewartościowany w stronę neutralności przekaz muzyczny. To oczywiście nadal jest pełne mistyczności granie, jednak obecnie raczej skupia się na utrzymaniu tempa i energii generowanej muzyki, a niżeli namalowaniu jej mocno osadzonym w domenie barwy pędzlem. Oczywiście przerysowuję usłyszane akcenty i zalecam jedynie wziąć je pod uwagę podczas planowania listy odsłuchowej, a nie traktować jako wyrocznię. Komu poleciłbym nasz dzisiejszy obiekt zainteresowań? Może się zdziwicie, ale wszystkim. Powód? To nadal jest szkoła Tenor Audio, czyli swobodne, niewysilone pokazanie świata muzyki, co pozwala domniemać, iż tylko krańcowo ortodoksyjni melomani w bezpośrednim starciu mogą, choć nie muszą, pokręcić nosem. Osobiście bez najmniejszych problemów – mimo osobistego lekkiego sformatowania na większe nasycenie dźwięku – mógłbym z tą końcówką żyć przez długie lata. Niestety jak to będzie w Waszym przypadku mogę jedynie się domyślać. Jednak biorąc wszelkie za i przeciw o dobry występ konstrukcji z kraju klonowego liścia jestem dziwnie spokojny.
Jacek Pazio
Opinia 2
Pewnie macie Państwo urządzenia wokół których przez lata chodziliście, cmokaliście, oglądaliście, słuchaliście, podziwialiście i bądź dalej to robicie, bądź udało Wam się dopiąć swego i „dogonić króliczka”. Nie inaczej było w moim przypadku, a obiekt tęsknych westchnień nie tylko był, lecz nadal znajduje się poza finansowym zasięgiem. Całe szczęście z racji wykonywanej „po godzinach” profesji co i rusz miałem okazję załapywać się na jakiś mniej, bądź bardziej oficjalny odsłuch systemu, w którym owemu czemuś przyszło pracować. O czym mowa? O kanadyjskiej końcówce mocy Tenor Audio 175S – hybrydowej, ultra high-endowej amplifikacji znajdującej się w dystrybucji stołeczno-katowickiego SoundClubu. Nie ukrywam, że zabiegi mające na celu pozyskanie jej na testy uskuteczniałem od lat, jednak jak to w życiu bywa zawsze coś niespodziewanego stawało na przeszkodzie i plany recenzji przesuwały się na bliżej niekreśloną przyszłość. Niby mogliśmy pójść na kompromis i krytycznie pochylić się nad nią w siedzibie dystrybutora, jednak kompromis i high-end jakoś niespecjalnie pasują do siebie w jednym zdaniu. Dlatego też uzbroiwszy się w iście buddyjskie pokłady cierpliwości czekałem na upragniony moment, który koniec końców … nie nadszedł. Tzn. nadszedł, lecz zamiast podstawowej 175-ki w naszym redakcyjnym OPOS-ie (Oficjalnym Pokoju Odsłuchowym Soundrebels) zawitała udoskonalona i zarazem mocniejsza, dysponująca 250 W zamiast „tylko” 175 W na kanał, wersja – Tenor Audio 175S HP. Pozwolicie zatem, iż w ramach uspokojenia stanu przedzawałowego i ostudzenia emocji najpierw skupię się na aparycji i kilku szczegółach dotyczących budowy dzisiejszego gościa, by do wrażeń nausznych przejść już z nieco uładzonymi myślami.
Pięćdziesiąt centymetrów szerokości i ponad siedemdziesiąt długości sprawiają, że Tenora nie da się nie zauważyć nawet w przestronnym wnętrzu. Całe szczęście zarówno proporcje bryły, jak i projekt plastyczny wzmacniacza sprawiają, iż całość prezentuje się nie tylko zaskakująco zgrabnie, co wręcz kusi niezaprzeczalną elegancją. Spora w tym zasługa przepięknego, pokrytego dziesięcioma warstwami fortepianowego lakieru, wiśniowego frontu, kuszącego wzrok centralnie umieszczonym, okrągłym bulajem z firmowym logotypem podświetlanym bądź to czerwoną, bądź niebieską iluminacją. Z tego gatunku drewna wykonano również zdobiące gęsto perforowaną płytę górną, biegnące wzdłuż potężnych radiatorów listwy. Na płycie górnej umieszczono również imponujący, okrągły, wykonany z plexi i podświetlony logotyp marki. Jeśli już jesteśmy przy dopiero co wspomnianych wymiennikach ciepła, to zajmują one całą powierzchnię ścian bocznych i warto ów fakt mieć na uwadze podczas ustawiania i przenoszenia tytułowej końcówki, gdyż krawędzie piór radiatorów nie należą do najmilszych w dotyku, co w połączeniu z ponad 50 kg wagą daje dość morderczą dla naszych palców mieszankę.
Od zakrystii Tenor również nie ma się czego wstydzić. Pojedyncze terminale głośnikowe to ultra high-endowe, pokryte platyną zaciski WBT 0702 Signature Series, wejścia zlokalizowano na lewej (patrząc od frontu) flance i również na nich nie oszczędzano – RCA to WBT 0201 Topline a XLR-y są Neutrika przedzielono niewielkim selektorem. Tuż pod nimi umieszczono dwa hebelkowe przełączniki pozwalające dobrać do zastanych warunków podłączenie masy do obudowy, oraz bolca ochronnego. Przy okazji warto wspomnieć, iż w Tenorze znajdujące się na przeciwległym krańcu pleców gniazdo zasilające nie jest standardowym IEC C14, lecz prostokątnym C20, co trzeba mieć na uwadze przy jego zakupie i zawczasu zaopatrzyć się w stosowny kabel zasilający, bądź też zaufać dystrybutorowi, który do 175-ki poleca odpowiednio zakonfekcjonowany przewód Jorma Design Prime. Nad gniazdem zasilającym znajdziemy jeszcze włącznik główny (tzw. master switch) i zakręcaną komorę bezpiecznika a nad terminalami głośnikowymi licznik żywotności lamp.
Nieśmiało zaglądając do trzewi w pełni zbalansowanej (tuż z gniazdami RCA ulokowano transformatory symetryzujące) kanadyjskiej końcówki nie da się nie zwrócić uwagi na bardzo wyraźny podział na miękko zawieszony lampowy stopień wejściowy i potężny, oparty na komplementarnych parach 2SK1530+2SJ201 MOS-FETów Toshiby stopień wyjściowy. Co ciekawe znajdująca się na wejściu płytka z lampami stanowi tak naprawdę swoisty układ OTL, w którym w każdym kanale pracuje para podwójnych triod 12AX7/ECC83 Mullarda (NOS) sterująca czterema triodami ECC99 sygnowanymi przez JJ i wyposażonymi w radiatory oraz pierścienie zapobiegające mikrofonowaniu.
Po ustawieniu głównego, zlokalizowanego na ścianie tylnej, włącznika w pozycji ON frontowy bulaj z firmowym logotypem zaczyna żarzyć się na czerwono, co oznacza tryb wyciszenia (Mute) i nagrzewania, z którego samoczynnie wychodzi po trzech minutach zmieniając barwę iluminacji na niebiesko-fioletową. Na spodzie Tenora, nieopodal krawędzi ściany przedniej da się wymacać jeszcze dwa przełączniki – dwupozycyjny, biały włącznik (działający, gdy master switch jest ustawiony w pozycji On), oraz okrągły wyciszenia (odłącza jedynie wyjścia głośnikowe), którego pod żadnym pozorem nie należy traktować jako opcję stand-by. Zamiast jednak od razu rzucać się na odsłuch jak szczerbaty na suchary lepiej uzbroić się w cierpliwość, gdyż nawet sam producent w instrukcji jasno daje do zrozumienia, iż pełnię swoich możliwości Tenor jest w stanie pokazać dopiero po osiągnięciu właściwej mu temperatury, co zajmuje okrągłe sześćdziesiąt minut, czyli godzinę. Słuchać w tzw. międzyczasie co prawda można, jednak proszę mi wierzyć na słowo, że różnica pomiędzy przed i po ww. rozgrzewce jest na tyle wyraźna, że sami powinniście po kilku próbach dojść do wniosku, że lepiej nie próbować zaklinać rzeczywistości i psuć sobie humoru. Ponadto jeśli zdecydujecie się Państwo na fabrycznie nowy egzemplarz, to warto mieć świadomość, iż w pełni skrzydła powinien rozwinąć po 200h pracy. Dobra wiadomość jest taka, że połowę, czyli 100 h ma już za sobą, gdyż właśnie z takim przebiegiem Tenory opuszczają fabrykę.
I jeszcze jeden drobiazg. Otóż żywotność zaimplementowanych w 175-ce lamp ustalono na 10 000 godzin pracy, nad czym czuwa widoczny na tylnym panelu prosty timer. Po wypracowaniu ustalonego limitu wzmacniacz powinien wrócić do producenta na wymianę lamp i ogólny przegląd połączony z kalibracją.
Od razu na wstępie części poświęconej brzmieniu chciałbym nawet nie tyle powtórzyć deklarację ze wstępniaka, co otwarcie przyznać, że do standardowej – słabszej wersji 175–ki pałam miłością tyleż bezgraniczną, co platoniczną z racji jej nie tylko nader problematycznych, w moim 21-metrowym pomieszczeniu odsłuchowym gabarytów, co i ceny. Dlatego też do 175S HP podchodziłem jak do starszej, bardziej doświadczonej siostry lubieżnie czarującej wysyconą eufonią swych walorów kanadyjskiej końcówki. Tymczasem już pierwsze takty „The Astonishing” Dream Theater jasno dały mi do rozumienia, że seksowne zaokrąglenia, złota poświata i swoista romantyczność młodszego rodzeństwa w tytułowym wydaniu zostały przekute, zapewne podczas morderczych crossfitowych treningów, na perfekcyjną rzeźbę i muskulaturę, gdzie przez pozbawioną tłuszczowego podkładu skórę wyraźnie widać wszystkie ścięgna i mięśnie. Mało romantyczne? Dla miłośników sonicznych odpowiedników przesłodzonych donutów z proszku i ciężkiej od tłuszczu pizzy z popularnych sieciowych fastfoodów może i tak, lecz patrząc na tytułowy wzmacniacz zupełnie obiektywnie, to jego neutralność i transparentność wydają się w pełni namacalnym ucieleśnieniem idei stworzenia amplifikacji idealnej – będącej przysłowiowym drutem ze wzmocnieniem. Zarówno Dreamy, jak i operująca w podobnej estetyce formacja Sons Of Apollo (album „MMXX”) nie tylko potrafiły rozpętać prawdziwe prog-metalowe piekło, bezlitośnie tnąc powietrze ognistymi riffami i burzyć mury uderzeniami podwójnej stopy, lecz również wydobyć na światło dzienne chowające się w cieniach i mrokach dalszych planów mikrodetale, czy wręcz pokazać mikro chwile ciszy pomiędzy akordami. Bowiem wgląd w nagranie, precyzja ogniskowania źródeł pozornych, czy gradacja planów są tu na takim poziomie, że naprawdę nie tylko trudno byłoby mi się do czegokolwiek przyczepić, co cokolwiek innego aniżeli stwierdzenia faktu ich oczywistego istnienia napisać. Operujemy bowiem w sferze permanentnego realizmu. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć. 175S HP nie kreuje spektaklu mogącego dawać nam wyobrażenie o rejestrowanym koncercie, czy nagraniu – on je nam nawet nie tyle przedstawia, co działa na zasadzie wehikułu czasu zabierając nas w konkretne miejsce i czas, abyśmy osobiście doświadczyli dziejącego się na naszych oczach (i uszach) aktu tworzenia. Śmiem twierdzić, iż przy Tenorze wszelakiej maści gadżety VR, czy też środki psychoaktywne są li tylko marnymi substytutami tego, co on sam jest w stanie zaoferować. Oczywiście aby takową nirwanę osiągnąć trzeba się nieco nagimnastykować i odpowiednio skonfigurować tor w jakim Kanadyjczykowi przyjdzie pracować, gdyż każde, nawet najmniejsze uchybienie i próba pójścia na skróty zostaną nam nie tylko wypomniane, co po prostu się na nas zemszczą. Trudno bowiem rozpatrywać bezkompromisowość Tenora inaczej aniżeli obsesyjne wręcz dążenie do prawdy, niezależnie od tego jaka by ona nie była. W dodatku powyższe uwagi dotyczą nie tylko ogólnie mówiąc warstwy sprzętowej, lecz również materiału źródłowego, który przepuszczony przez 175-kę przestaje mieć przed nami jakiekolwiek tajemnice. Dlatego też litościwie przemilczę nazwę rodzimej formacji, jednak podczas odsłuchu jednego z popełnionych przez skądinąd szalenie sympatyczną ekipę albumu partii perkusji lepiej nie słuchać. Tak, tak. To nie przejęzyczenie, czy literówka i wcale nie chodzi o to, ze „nie słychać”, co właśnie „nie słuchać”, gdyż brzmią one jakby ktoś je nagrywał z budki telefonicznej za czasów głębokiego PRL-u. Powód jest oczywisty – perkusja „została dosłana” w ostatniej chwili w formacie … MP3 i właśnie czegoś takiego użyto w finalnym mixie. Sorry, ale o ile na mniej rozdzielczym wzmacniaczu można jeszcze jakoś się do tego przyzwyczaić, to na Tenorze brzmi to tak, jakby ktoś „gary” ordynarnie dokleił z całkowicie innej realizacji popełnionej na „Kasprzaku”. Ot taki Frankenstein z groteskową, cukierkowo-różową, plastikową głową My Little Pony. Nie wiem jak Państwo, ale ja takich bubli nie toleruję.
Jest też jednak i druga strona medalu. Otóż nagrania, które wydają się nieco zbyt komercyjne, zbyt „podkręcone”, jak ostatni album Youn Sun Nah „Immersion”, który artystka wydała już nie pod banderą audiofilskiej oficyny ACT a Warnera potrafią zachwycić maestrią i klimatem. To co do tej pory niespecjalnie chciało się zasymilować, tym razem tworzy spójną, w pełni koherentną całość. Syntetyczne wstawki przestają razić i z roli irytujących artefaktów ewoluują do poziomu swoistego spoiwa, lepiszcza konwencjonalnego instrumentarium z ciepłym a jednocześnie niezwykle rozdzielczym i komunikatywnym wokalem. Oczywiście można nie kombinować i od razu sięgnąć np. po uzależniająco minimalistyczny „Same Girl”, gdzie dominującą jest zasada głosząca, że im mniej, tym lepiej, co z resztą świetnie się w tym przypadku sprawdza a intensywność doznań osiąga iście ekstremalne poziomy. Niby Youn Sun to drobna, wręcz filigranowa kobietka, jednak dysponująca głosem o takiej skali, sile i ekspresji, że od delikatnego, intymnego szeptu jest w tzw. okamgnieniu przejść do pierwotnego, wręcz zwierzęcego ryku, od którego resztki włosów na głowie się jeżą, i bezlitośnie smagać nim słuchaczy. Szczerze powiem, że uwielbiam ten album i bardzo często do niego wracam, jednak po przesłuchaniu go na Tenorze musiałem zrobić sobie chwilę przerwy. Jednak nie z powodu zmęczenia, co po prostu dania sobie czasu na spokojne przemyślenie po jaki kolejny krążek sięgnąć, by nie sprofanować nastroju, klimatu jaki stworzyła kanadyjska końcówka. I wiecie Państwo co, a raczej kto zagrał następny? Równie, jeśli nie bardziej surowo „zdjęty” sam Johny Cash, który popełniając „American IV: The Man Comes Around” już niczego nikomu od dawna udowadniać nie musiał. Dlatego też jego muzyczne epitafium zaczyna się od opisu Biblijnej Apokalipsy a później dokonuje się swoista muzyczna spowiedź człowieka rozliczającego się z niezwykle barwnego życia, wystarczy wspomnieć, iż w latach sześćdziesiątych na skutek autodestruktywnego uzależnienia od amfetaminy, alkoholu i innych środków odurzających Cash nie zagrał bodajże żadnego koncertu na trzeźwo, i zarazem pogodzonego ze śmiercią. Tym jednak razem jest czysty jak łza, w pełni świadomy i przepojony autentyczną mądrością. Może i jego głos nie jest tak niski i głęboki jak dawniej, może tu i ówdzie szeleszczą sybilanty, ale tutaj nie ma miejsca na ściemę i ratowanie się technicznymi sztuczkami w postprodukcji. Jest tylko Cash i my. Jeśli zatem chcecie, by „Man in Black” zaśpiewał wyłącznie dla Was umówcie się na odsłuch Tenora 175S HP w siedzibie dystrybutora a jeszcze lepiej zamówcie sesję we własnych czterech kątach. Tylko pamiętajcie by rozważnie dobrać repertuar, bo możecie nie być przygotowani na tak potężną dawkę prawdy o własnej płytotece.
Cóż mogę napisać w ramach podsumowania? Chyba tylko to, że dalej będę robił maślane oczy do 175S a przed Tenorem 175S HP grzecznie się kłaniał, gdyż jest to konstrukcja ze względu na swoją absolutną rozdzielczość i transparentność wybitna. Czy mógłbym z takim ucieleśnieniem perfekcji żyć na co dzień, na tę chwilę nie wiem, ale wiem za to, że na pewno będę za nią tęsknił. W dodatku mając jej walory brzmieniowe w pamięci po raz kolejny udało mi się podnieść poprzeczkę osobistego wzorca i referencji.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna: SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: SoundClub
Cena: 320 000 PLN
Dane techniczne
Wzmocnienie: 32 dB RCA / 30 dB XLR
Moc wyjściowa: 2 x 250 W / 8Ω, 2 x 475 W / 4Ω, 2 x 750 W/2Ω
Odstęp S/N: -115 dBA
Pasmo przenoszenia: 3 – 200 000 Hz ± 3dB
Zniekształcenia THD + N @ 5 W 20-20K: < 0.10%
Zniekształcenia THD + N @ 10 W: < 0.08%
Zniekształcenia THD + N @ 175 W: < 0.25%
Przesłuch @ 1kHz: < -100db
Współczynnik tłumienia: 100
Wymiary (S x G x W): 50 x 71 (z terminalami) x 24 cm
Waga: 53.5 kg
Najnowsze komentarze