Monthly Archives: grudzień 2025


  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Choć Trigony pojawiają się na naszych łamach od dłuższego czasu trudno tę niemiecką markę zaliczyć do grona tych pierwszego wyboru. Wszystko jednak wskazuje, że za sprawą integry Trigon Excellence sporo może się zmienić …

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Sforzato DSP-05EX & PMC-05EX

Opinia 1

Niestety, pomimo najszczerszych chęci życie jedynie okazjonalnie przypomina przysłowiowe „pudełko czekoladek”. Z reguły to, co pozornie łatwe i proste w praktyce okazuje się trudne i skomplikowane. Podobnie jest w audio. Nie wierzycie? A znacie takich, co idąc w zaparte twierdzą, że „cyfra to cyfra, więc wystarczy, żeby zera i jedynki na wejściu zgadzały się z tymi na wyjściu”? No właśnie. Jak jednak praktyka dowodzi nawet pomimo zgodności „sum kontrolnych” zarówno transporty, jak i przetworniki dziwnym zbiegiem okoliczności nie grają … tak samo. Dlatego też zamiast kierować się li tylko wyglądem (ach te wysoko-rozdzielcze ekrany), czy funkcjonalnością (bezlik wejść, filtrów i innych wodotrysków) koniec końców i tak kończy się, bądź kończyć powinno, na odsłuchu. A jak wszem i wobec wiadomo jest w czym wybierać, gdyż przynajmniej zgodnie z aktualnie obowiązującą narracją to właśnie domena cyfrowa nadal najdynamiczniej się rozwija, więc choć wyścig w kwestii „gęstości” tak oferowanego/dostępnego, jak i obsługiwanego materiału zdroworozsądkowo przystopował, to doskonalenie tego co za finalne brzmienie odpowiada, a więc samych układów dekodujących – zwróćcie Państwo uwagę na wzrost udziału autorskich rozwiązań R2R, opracowywanie własnych układów DAC – vide Lumin, bądź nawet magistral komunikacyjnych – optyczny interfejs Akasa Wadax-a, czy Zero Link Soulnote/Sforzato jasno i wyraźnie pokazuje, że jednak można z cyfry jeszcze wycisnąć sporo dobrego. I właśnie z grona powyższych niepokornych jednostek pochodzi bohater dzisiejszego spotkania. W dodatku bohater, który już dwukrotnie miał okazję pokazać co potrafi, jednak dopiero teraz trafił w nasze skromne progi w pełnym firmowym rynsztunku.
Jak to jednak ludowa mądrość mówi, do trzech razy sztuka, gdyż wszystko wskazuje na to, że przynajmniej, jeśli chodzi o naszą przygodę z plikograjami spod znaku zaskakująco skutecznie rozpychającej się na naszym rynku japońskiej manufaktury Sforzato, to właśnie dobiega ona końca. Bowiem po podstawowym, kompaktowym DSP-09EX i już pełnowymiarowym DSP-07EX przyszła pora na prawdziwe opus magnum tokijskich speców od transferu i odczytywania „zer i jedynek” pod postacią ich topowego, komunikującego się po ww. magistrali Zero Link, odtwarzacza plików DSP-05EX i zegara referencyjnego PMC-05EX.

Jeśli ktoś decydując się na tytułowy zestaw liczy na to, że skoro to cyfra, to będzie miał nie tylko mniej gimnastyki, co zaoszczędzi nieco miejsca w porównaniu z torem analogowym, to odsyłając go do sesji unboxingowej chciałbym owe pobożne życzenia storpedować. Nie dość bowiem, że Sforzato składa się z trzech pełnowymiarowych komponentów, przynajmniej na potrzeby zdjęć tworzących całkiem zgrabną wieżę, to podczas codziennego użytkowania takową instalację szczerze odradzam. Po pierwsze o ile transport i DAC uzbrojono po trzy miękko podklejone i sensownie (pod kątem stabilności) rozstawione stopy, o tyle nie wiedzieć czemu zegar stoi również na trzech, acz niekoniecznie wspomnianą stabilność zapewniających stalowych obłych „czopkach”. A, że ani na DA-Cu, chociażby z obawy przed porysowaniem ani tym bardziej na zauważalnie nagrzewającym się transporcie zegara ustawiać nie polecam wszystko wskazuje na to, że każdy z modułów wymaga osobnej półki/platformy.
Zgodnie z tradycją korpusy to niemalże pancerna, lakierowana na czarno stalowa gięta blacha a fronty wykonano z grubych aluminiowych sztab, które wyfrezowano w finezyjne fale W przypadku DAC-a i zegara przyozdobiono je firmowymi logotypami, natomiast jak łatwo zauważyć transport zamiast ww. ekslibrisu może pochwalić się niewielkim monochromatycznym wyświetlaczem, po bojkach którego umieszczono chromowane przyciski wyboru źródła (po lewej) i odwrócenia fazy (po prawej). Zarówno czytelność, jak i przydatność owego wyświetlacza pozwalam sobie określić mianem pomijalnej, gdyż poza 5mm wskazaniach dot. wybranego źródła informuje on jedynie o wspomnianym odwróceniu fazy i parametrach sygnału przetwarzanego, więc po tak podstawowe detale jak nazwy odtwarzanych utworów, czy ich wykonawców i tak trzeba sięgać po tablet/smartfon. Chociaż z drugiej strony przynajmniej widać, że jest włączony, bo w przypadku DAC-a i zegara potwierdzenia ich pracy należy szukać zaglądając im pod „podwozie” gdzie umieszczono niewielkie diody świecące „w podłogę”. Od razu uprzedzę, że zarówno pilota, jak i trybu stand-by również nie przewidziano, więc każdorazowo chcąc włączyć/wyłączyć urządzenia, bądź nawet zmienić wejście trzeba osobiście pofatygować się do stolika i przeklikać schowane w podstawach pstryczki-elektryczki. Całe szczęście później da się jednak japońskim tercetem całkiem sensownie zawiadywać z poziomu dostępnej zarówno na Androida, jak i iOSa dedykowanej aplikacji Taktina, Roona (z którym nadal nam nie po drodze) a od niedawna również z naszej rodzimej aplikacji JPLAY (o ile tylko dysponujemy iPadem/iPhonem, gdyż użytkownicy androida takowej łaski nie dostąpili).
Rzut oka na zakrystię może wywołać u nieobeznanych z logiką tytułowego wytwórcy lekką konsternację, bowiem moduł DAC-a o ile pod względem wyjść analogowych oferuje po parze RCA i XLR, więc ma wszystko, czego potrzeba, to już wbić się nań sygnałem cyfrowym można jedynie poprzez firmową magistralę Zero Link zrealizowaną na złączach DVI. Całe szczęście dołączono stosowny przewód … Supry. I choć z pozoru wydawało mi się, że nie powinno być problemu ze znalezieniem nieco wyższej klasy łączówki w praktyce okazało się, iż poza marketową budżetówką zainteresowani takowymi eksperymentami są praktycznie całkowicie zdani na eksplorację rynku wtórnego i poszukiwanie wieki temu wycofanych z katalogów przewodów np. Kimbera lub Transparenta. Wszystko zatem wskazuje na to, że Japończycy dokonali takiego a nie innego wyboru, gdyż nikt oprócz Szwedów takowej prehistorycznej egzotyki w swym portfolio już nie miał. Wracając do meritum listę uzupełnia wejście zegarowe BNC ze stosownym terminalem zasilającym (w zestawie znajduje się znany z 7-ki „kieszonkowy” moduł) oraz zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo IEC.
Z kolei transport może, oprócz oczywistego wyjścia Zero Link pochwalić może się wejściem LAN (SFP/RJ45), oraz USB typ B. Co prawda jest jeszcze USB A, lecz pełni jedynie serwisową rolę. Nie zabrakło również gniazda zasilającego IEC.
Najskromniej prezentują się plecy zegara, gdzie znajdziemy jedynie pojedyncze wyjście BNC i dwa gwintowane trzpienie SMA, które uzupełnia gniazdo zasilające IEC.
Jak z powyższej charakterystyki dość jasno wynika przynajmniej, jeśli chodzi o combo DSP-05EX pomimo separacji obu modułów stanowi swoisty syjamski konglomerat, gdyż z nie sposób porównać jego składowych na drodze bezpośredniego zastąpienia ich urządzeniami firm trzecich, oczywiście poza Soulnote (transport Z-3 / DAC D-3 D/A, ew. odtwarzacz SACD S-3 Reference), które de facto jest współautorem Zero Linka. Czy będzie lepiej? Nie wiem, ale za pewno drożej. Oczywiście można kombinować jak koń pod górę i dokupić za drobne 25kPLN Mostek USB-ZERO LINK Soulnote B-3, tylko jest to sztuka dla sztuki, skoro taką samą rolę pełni w tytułowym zestawie moduł transportu takową przelotką dysponujący.
Co do anatomii, to w transporcie wyraźny nacisk położono na zasilanie, gdyż zaaplikowano aż trzy toroidy Triad oraz zaskakująco liczną gromadkę kondensatorów. Tor cyfrowy zbudowano w oparciu o moduły Variscite oraz Texas Instruments TMS320DSP a magistrala Zero Link izolowana jest kośćmi ADN4620. W przetworniku kontynuowana jest atencja dot. zasilania, choć liczebność toroidów zredukowano do 2 szt. Rolę obróbki sygnału powierzono parze (po jednym na kanał) przetworników ESS Sabre ES9038PRO a stopień wyjściowy oparto na OP-AMP-ach Texas Instruments LME49990. Zgodnie z logiką w zegarze toroid jest już jeden, choć bateria kondensatorów niewiele ustępuje tej z DAC-a, jednak najwięcej uwagi poświęcono zamontowanemu na osobnej płytce, zamkniętemu w szczelnym „sarkofagu” generatorowi zegara, który de facto wraz z owym laminatem „pływa” leżąc na metalowych kolcach.

No dobrze, nieco nagimnastykowaliśmy się z rozstawieniem całości, pomacaliśmy, co i jak jest zrobione, no to najwyższa pora sprawdzić, jak gra topowy zestaw Sforzato. A już od pierwszych taktów „TARTINI Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen śmiem twierdzić, że wybitnie … po japońsku. Znaczy się bynajmniej nie „jako-tako” a niesamowicie dyskretnie i elegancko. To jest wręcz przeciwieństwo jakże opacznie rozumianego High-Endu, gdzie wszystko ma oszałamiać, rozkładać na łopatki, czy po gombrowiczowsku wręcz gwałcić przez uszy. O nie, estetyka, natura brzmienia 5-ek jest niczym 茶の湯 (chanoyu)- rytuał parzenia herbaty, gdzie każdy ruch, gest a w tym przypadku dźwięk, melodia mają swój ściśle określony czas, miejsce i symbolikę. I właśnie zarówno czas, jak i miejsce w prowadzonej przez Sforzato narracji są kluczowe, gdyż na audiofilsko cyzelowanych barokowych miniaturach wszystko pasuje do siebie równie idealnie jak stolarka mistrzów z Kraju Kwitnącej Wiśni. Nic nie jest siłowo wypychane przed szereg, nic nie zabiega usilnie o atencję a jednak pomimo zauważalnego zwiększenia dystansu pomiędzy artystami a odbiorcami nie ma mowy o jakimś zdystansowaniu czy chowaniu się za pancerną szybą. To raczej zwrócenie uwagi, że budowanie sceny w głąb i zarazem cofnięcie pierwszego planu dodatkowo okraszone niezwykłą przestrzennością i eterycznością wcale nie musi oznaczać spadku intensywności doznań. Jest po prostu inaczej i to wyłącznie od nas zależeć będzie, jak ową zmianę zinterpretujemy. Skoro struny replik historycznego instrumentarium muskane są z większą delikatnością i wyrafinowaniem, a Jar Church zyskał nieco na pogłosie, to trudno na takie propozycje kręcić nosem i wybrzydzać, więc po prostu chłonie się w niemym zachwycie serwowane nam dźwięki i w tym stanie trwa do ostatnich zapisanych w materiale źródłowym taktów. Dopiero po fakcie przychodzi refleksja, że zamiast zwyczajowego wypełnienia dźwiękami naszego pomieszczenia odsłuchowego Sforzato otwiera je na dodatkową kubaturę, w której to dopiero rozgrywa się muzyczny spektakl. Czyli de facto każdy odsłuch powoduje może i chwilowy, ale jak to mawiał klasyk „chwilo trwaj!”, przyrost metrażu w jakim naszym audiofilskim pasjom się oddajemy.
Czy może być jeszcze lepiej? Okazuje się, że jak najbardziej, gdyż wystarczy postarać się o jakiś niewieści wokal (Alissę White-Gluz na razie zostawmy w spokoju) w stylu Stacey Kent śpiewającej utwory, do których teksty napisał sam laureat literackiej Nagrody Nobla z 2017 roku, Kazuo Ishiguro („The Summer We Crossed Europe in the Rain”) i robi się „jakby luksusowo”, lecz nie w wydaniu ociekającego złotem bizantyjskiego przepychu lecz wyrafinowanego minimalizmu, gdzie liczy się jakość i dobry smak a nie ilość, czyli zamiast bezliku zbędnych ozdobników lepiej zagrać jeden, ale ważny dla całości dźwięk, bądź nie zagrać … nic. W końcu podobno sam Miles Davis raczył był mawiać „Musisz znać 400 nut, które potrafisz zagrać, a następnie wybrać cztery odpowiednie.” I właśnie to robi Sforzato – skupia się na sensie, sednie, prawdzie takiej jaka ona jest i pokazuje bez tony makijażu, brokatu i tipsów. Nagą i piękną. Niby na scenie nie dzieje się zbyt wiele, emocje są jak na grzybobraniu, a barwy nie skwierczą od przesaturowania, ale nie sposób mówić o nudzie, gdyż cała akcja rozgrywa się na poziomie mikrodynamiki, gdzie do przekazania pełni informacji nie potrzeba nie wiadomo jakich spiętrzeń dźwięków, symfonicznych tutti i ryku waltorni a kanciastą kontrastowość zastępuje kremowa koherencja i kojąca pastelowość.
Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie spróbował choć na chwilę opuścić powyższej krainy łagodności by zweryfikować, jak Sforzato radzą sobie ze zdecydowanie częściej goszczącym na moich playlistach repertuarem i … I uczciwie musze przyznać, iż na pozornie całkowicie pozbawionym wcześniejszego wyrafinowania i kojącej zmysły melodyki, wręcz obłąkańczym „I Feel the Everblack Festering Within Me” Lorna Shore dłuższą chwilę zajęło mi oswojenie się z takim nieco teatralnym i spowolnionym o jakieś pół obrotu sposobem prezentacji. Nie przeczę, całość wypadła, przynajmniej dla niebędących fanami gatunku odbiorców, bardziej akceptowalna i mniej przerażająca, jednak trzymając się faktów, nie da się ukryć, że było to oczywiste odejście od zakładam, że w pełni zamierzonego efektu istnego Armagedonu. Zamiast ognistego walca rozjeżdżającego biegającą w obłąkańczym amoku ciżbę zdezorientowanych „muminków” pojawiła się nieoczekiwanie eteryczna lekkość i oniryczne pienia. Zdaję sobie jednak sprawę, iż odsetek zafascynowany nurtem techniczno-symfonicznego deathcore’u wśród potencjalnych nabywców topowych Sforzato jest bliski zeru, dlatego też proponuję moje powyższe uwagi potraktować jako mocno niezobowiązujące didaskalia wskazujące jedynie, że o ile z ogólnie skategoryzowaną jako muzyka wokalno-instrumentalna radosną twórczością gatunku homo sapiens Sforzato radzą sobie wprost wybornie, to już na szatańskich porykiwaniach i deathcore’owej kakofonii wychodzi ich wrodzone zamiłowanie do pełnej harmonii i piękna, z którymi owemu gatunkowi niespecjalnie po drodze.

Jak mam cichą nadzieję wynika z powyższego tekstu Sforzato DSP-05EX & PMC-05EX to bezkompromisowe źródło dla wszystkich melomanów i audiofilów, dla których liczy się przede wszystkim wyrafinowana przyjemność odsłuchu nagrań, gdzie tak warstwa muzyczna, jak i realizacyjna w pełni zasługuje na miano referencyjnej. Oczywiście z niższych lotów repertuarem japoński tercet również sobie poradzi, choć jak pozwoliłem sobie nadmienić najbrutalniejsze odmiany metalu niekoniecznie są tym, na czym Sforzato mógłby pokazać pełnię swoich możliwości. Dlatego też o ile w symfonice, szeroko rozumianej klasyce, czy jazzie dla części odbiorców Sforzato mogą nie mieć sobie równych, to już miłośnicy ognistego Rocka powinni z nieco większa uwagą zweryfikować na nich swoją płyto/pliko-tekę.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Opisując dzisiejszego bohatera śmiało można powiedzieć, iż przysłowie „Do trzech razy sztuka” w tym przypadku sprawdza się znakomicie. Jednak nie należy rozumieć go jako wytykanie błędów młodszym braciom, bowiem takowych w swoich kategoriach cenowych nie mieli, tylko stwierdzenie, iż decydując się na będący tematem tego spotkania model streamera możemy wygłosić frazę „Bingo”. Oczywiście mam na myśli fakt najlepszej oferty brzmieniowej tytułowej konstrukcji z całej rodziny pochodzących z kraju kwitnącej wiśni źródeł plikowych. Jakich konkretnie? To już trzecie spotkanie z tym brandem i zapewne stali bywalcy wiedzą, że chodzi o japońską markę Sforzato. Stosunkowo nową na naszym rynku, jednak bardzo przebojową w swym zaskarbianiu serc melomanów, gdyż oprócz ciekawie wypadających kilku sesji testowych w sieci, mającą na swym koncie także udany występ podczas ostatniej wystawy AVS 2025. Co tym razem wskoczyło na tapet spotkania? Naturalną koleją rzeczy po dwóch prostszych konstrukcjach DSP-09EX oraz DSP-07EX w nasze progi trafiła dostarczona przez krakowskiego Nautilusa topowa, wzbogacona o pełnowymiarowy firmowy zegar wzorcowy i z tego powodu trzyczęściowa konstrukcja Sforzato DSP-05EX & PMC-05EX.

Będące tematem tej opowieści urządzenia w odpowiedzi na chęć uzyskania spójności wizualnej wieloczęściowej konstrukcji mają ciekawie zunifikowane obudowy. Za każdym razem są to niewysokie, za to w kwestii reszty wymiarów sporej wielkości czarne skrzynki ze srebrnym frontem wykonanym z grubych płatów aluminium. Jednak udanie przeciwdziałając nudnej monotonności awersu trzyczęściowego konglomeratu każdy z nich został ozdobiony ciekawym podfrezowaniem w wyglądzie naśladującym jakby inny wycinek morskiej fali. Zabieg prosty, acz bardzo ciekawy i moim zdaniem świetnie wyglądający. Jak zatem rozpoznać, jaką funkcję spełnia dane urządzenie? Jedno już po front-panelu, gdyż streamer z przodu został uzbrojony w sporej wielkości, pokazujący format słuchanego materiału i jego źródło wyświetlacz oraz zorientowane na bokach dwa przyciski funkcyjne, resztę zaś po tylnej ściance przyłączeniowej. Te oczywiście z racji spełniania innego zadania oprócz posiadania standardowego gniazda zasilania IEC mocno się różnią. I tak wspomniany przed momentem transport może pochwalić się wejściami cyfrowymi sygnału w wersji LAN i USB, wielopinowym terminalem połączeniowych z przetwornikiem D/A (Zero Link) oraz wejściem USB2 jako port do aktualizacji urządzenia. DAC bliźniaczym do transportu wejściem Zero Link, gniazdem do podłączenia zewnętrznego zegara wzorcowego 10 MHz i pozwalającymi zrezygnować z typowego przedwzmacniacza liniowego i podłączenie sforzato bezpośrednio pod końcówkę mocy regulowanymi wyjściami analogowymi w standardach XLR / RCA. Zewnętrzny zegar zaś jedynie trzema gniazdami wyjściowymi wysokoczęstotliwościowego sygnału taktującego proces kolokwialnie mówiąc dogadywania się ze sobą dwóch poprzednich komponentów. W dobie cedowania zapewnienia systemowi stosownego jakościowo okablowania na wymagającego użytkownika miłym dodatkiem jest oprócz obecności obsługującej magistralę Zero Link Supry w komplecie startowym również łączówki zegarowej.

Jaki był powód gloryfikowania ewentualnego zakupu tytułowego urządzenia radosnym okrzykiem Bingo? Otóż sprawa ma się następująco. Stanowiąca nierozerwalną całość tytułowa trójka plikowych muszkieterów tak jak młodsi, występujący jako pojedyncze konstrukcje bracia konsekwentnie serwowała słuchaczowi bardzo dobry pakiet nasycenia oraz naturalną barwę przekazu i dzięki temu oczekiwaną muzykalność, jednak do kompletu w odróżnieniu do poprzedników zaproponowała mi zastrzyk fajnego luzu i znaczące zwiększenie rozmachu wizualizacji wirtualnej sceny. Luzu oprócz tego, że pozwalającego pokazać każdy rodzaj muzyki w estetyce bliskiej „naturalnemu środowisku”, to dodatkowo, a myślę, że przede wszystkim powalającej słuchać jej z większym zaangażowaniem, bo nie zdradzającej najmniejszych syndromów zbytniego wysilenia. Tańsze konstrukcje brzmiały fajnie, ale na tle naszego bohatera proponowały nieco ściśnięta formę dźwięku, czego teraz szukać z przysłowiową świeczką. Nagle długa lista pozycji do przesłuchania zaczęła grać w dobrym znaczeniu stwierdzenia od pozwalającego bezkreśnie się zatopić w muzyce niechcenia. A gdy w pakiecie dostałem bardziej naturalny – czytaj szerszy, głębszy i wyższy w projekcji – obraz muzyczny, od pierwszych chwil wiedziałem, że to wyższa liga prezentacji. Naturalnie będąca wynikiem innych nakładów finansowych i dzięki temu zaangażowania technicznego w projektowanie układów wewnętrznych oraz zastosowania znacznie lepiej dopracowanego technologicznie od będącego małym dodatkiem w przypadku tańszych konstrukcji, tym razem spakowanego w pełnowymiarową obudowę zewnętrznego zegara, ale mam nadzieję, że jeśli rozprawiamy o topowym produkcie, temat innego podejścia do każdego punktu procesu powstawania urządzenia jest całkowicie zrozumiały. Ja przynajmniej dokonując podobnych wyborów podczas kompletowania swojego zestawu całkowicie to rozumiem. A tym bardziej, gdy stawiam przed sobą coś, co gra nie tylko dobrze od strony barwy i naturalności podania słuchanej muzyki, ale także jej rozplanowania w bezkresnej przestrzeni międzykolumnowej.
Znakomitym potwierdzeniem opisanego stanu rzeczy był krążek Dino Saluzziego z kompanami zatytułowany „El Viejo Caminante”. Z pewnością wiecie, iż to materiał, który kocha swobodę i rozmach kreowania sceny muzycznej, a ta w przypadku trójpaku spod znaku Sforzato jest jedną z najważniejszych cech jego sposobu na kreowanie tegoż świata. I gdy z testowo skonfigurowanego zestawu dostałem mniej nachalne, ale nadal operujące świetną barwą i odpowiednim dociążeniem brzmienia źródeł pozornych wizualizowanie tej płyty, to co wydarzyło się pomiędzy kolumnami okazało się feerią bogactwa informacji i szerokiej palety kolorów każdego z występujących w tym projekcie instrumentów. Już od pierwszego taktu słychać było, że zagrany przez artystów materiał był wręcz wodą na młyn tego urządzenia, co dobitnie potwierdziło moje pełne wejście w nagranie nie tylko od strony wsadu materiałowego, ale także jego obrazowania w kwestii prawdy o wirtualnej scenie i jakości realizacji. A czy nie było zbyt zwiewnie? W tym przypadku w żadnym razie. A co z innymi rodzajami muzyki?
W roli potencjalnego pogromcy trójgłowego japońskiego smoka wystąpiła wściekła kapela Slayer ze swoim materiałem „Reign In Blood”. Kolejny raz mniemam, że zdajecie sobie sprawę z zapisanego w binarnym kodzie tej kapeli szaleństwa muzycznego. Mocny atak, natychmiastowe zmiany tempa i ogólna rozpierducha muzyczna to jej chleb powszedni. Jak w takim repertuarze wypadł nasz konglomerat plikowy? Powiem tak. Z racji raczej delikatnego, aniżeli agresywnego podejścia do ogólnej prezentacji muzyki może nie przestawiał u mnie ścian, ale nie mogę tez powiedzieć, że zagrał z jakimś odczuwalnym problemem. Po prostu nie był aż tak nachalny, jak czasem wymagał tego materiał – przypominam o forsowaniu grania od niechcenia odbieranym przeze mnie jako duża zaleta, ale przy minimalnym złagodzeniu twardości i szorstkości ataku, opisywane źródło nadal bez problemu spełniało wymagania odnośnie wagi oraz zjawiskowego rozmachu prezentacji tego rodzaju muzy. Owszem, ortodoksyjni słuchacze takiego szaleństwa pewnie woleliby jazdę bez trzymanki na przysłowiowego max-a, ale nie oszukujmy się, nikt o zdrowych zmysłach nie będzie szukał high end-owego źródła do notorycznego słuchania rockowej „rzeźni”, tylko postawi na coś mniej wyrafinowanego. Jednak żebyśmy się dobrze zrozumieli, zasłużenie broniąc przybyszów z Japonii zapewniam, że do sporadycznego obcowania z tego rodzaju uzewnętrznianiem się Sforzato we flagowej wersji jest w pełni przygotowany. Może nie skopie Wam tyłka, ale spokojnie pokaże, o co w tej zabawie chodzi.

Czy w imię zaoferowania jak najlepszego dźwięku rozbudowany do granic możliwości streamer Sforzato jest ofertą dla każdego? Jak – mam nadzieję – wynika z powyższego opisu, jedynymi osobnikami, którzy powinni przemyśleć kilka aspektów przed jego zakupem, to wielbiciele mocnego uderzenia. Ale tylko wówczas, gdy to jest jedyna forma muzyczna, jaka ich interesuje. Jeśli jednak są to tylko chwilowe przerywniki do oderwania się od monotonii codziennego wyścigu szczurów, spawa nie jest już taka oczywista, gdyż Japończyk może nie jest mistrzem świata, ale nieźle sobie w tej materii radzi. To zaś sprawia, że tak naprawdę pula potencjalnych zainteresowanych okrojona jest jedynie do marginesu błędu statystycznego, co sprawia, że dosłownie każdy z Was ma bardzo duże szanse na wieloletni ożenek z opisanym w powyższym słowotoku, japońskim źródłem plikowym. Jest tylko jedno „ale”, trzeba podnieść rękawicę, co zależy już tylko od Was.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Nautilus
Producent: Sforzato Corp.
Ceny
Sforzato DSP-05EX: 64 900 PLN
Sforzato PMC-05EX: 64 900 PLN

Dane techniczne
DSP-05EX
Wyjścia: RCA, XLR
Napięcie wyjściowe: 2 Vrms
Wejścia: LAN SFP/RJ45, USB typ B
Interfejs transport/DAC: Zero Link
Wejście zegara: 10 MHz
Układ przetwornika: 2 x ESS Technology ES9038PRO
Odtwarzane typy plików:
– AIFF, WAV, FLAC, ALAC → PCM: 44,1 kHz – 768 kHz 16/24/32 bity,
– dsf, diff → DSD64/128/256/512 (2,8 ⸜ 5,6 ⸜ 11,2 ⸜ 22,5 MHz), 1 bit,
Wymiary (S x G x W):
– transport – 390 × 327 × 85 mm
– DAC – 390 × 327 × 103 mm

PCM-05EX
Wyjście: fala sinusoidalna 10 MHz
Impedancja wyjściowa: 50 Ω
Gniado wyjściowe: 1 x BNC
Napięcie wyjściowe: 7 dBm
Wymiary (S x G x W): 390 × 327 × 103 mm

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Zgodnie z sięgającą czasów stanisławowskich tradycją śmiało możemy stwierdzić „jest czwartek – jest impreza”. Co prawda w nieco innym entourage’u aniżeli drzewiej bywało, gdyż dziwnym zbiegiem okoliczności nikt z zainteresowanych nie zaklepał ani Pałacu Błękitnego, ani 196 metrowej Sali Rady w Zamku Królewskim (wbrew panującym na zewnątrz temperaturom nieśmiało chciałbym zauważyć, że mamy praktycznie zimę), niemniej jednak kameralne wnętrza stołecznej delegatury Nautilusa na ul. Kolejowej 45 w czwartkowe popołudnie wypełnił gwar kuluarowych rozmów i niezobowiązująco sączącej się z dwóch systemów (o których dosłownie za moment) muzyki. Na pierwszy rzut oka dzień jak co dzień, gdyż na tym właśnie polega działalność salonów audio. Tym razem jednak okazją do spotkania w nieco szerszym gronie było nawiązanie współpracy Gospodarzy, czyli właśnie ww. Nautilusa i mającej swą siedzibę w Lublinie specjalizującej się w produkcji high-endowych gramofonów manufaktury J.Sikora. Jak widać krakowskiej ekipie udało się po Audio Reveal-u i Circle Labs przyjąć pod swoje skrzydła kolejną rodzimą markę zdejmując z jej barków obsługę lokalnego odbiorcy.

W ramach „czwartkowego wieczorka zapoznawczego” na Kolejowej zaprezentowano dwie lubelskie konstrukcje z dwóch niemalże przeciwległych skrajów katalogu oraz z zupełnie innych czasów – obecny od bodajże dekady (ultra) high endowy potężny (100 kg+) Reference oraz najnowszy, mający swoją premierę we wrześniu „budżetowy” i reprezentujący wagę lekką 21 kg Aspire. Z oczywistych względów moją uwagę w pierwszej kolejności zajął „Wielki Brat”, czyli wyposażony w uzbrojone we wkładkę ZYX Ultimate Airy G ramię KV12 Max kruczoczarny Reference, któremu towarzyszyła japońska elektronika Kondo (m.in. monobloki Gakuoh), oraz trudne do przeoczenia tuby Avantgarde Acoustic DUO SD.

W mniejszej salce przycupnął za to zdecydowanie skromniejszy set z powieszonym na carbonowym ramieniu srebrnego Aspire’a budżetowym Shelterem 301 II. W systemie grała również lampowa integra Audio Reveal Classique i przeurocze włoskie monitory Chario Sonnet.

Jak to przy tego typu spotkaniach bywa nie podejmuję się opisu niuansów dot. stanowiącego jedynie tło do rozmów (i konsumpcji) serwowanego przez oba powyższe systemy dźwięku, jednak mówiąc wprost nie taki był cel zarówno naszej wizyty, jak i samej prezentacji. Chodziło bowiem o możliwie niezobowiązujące ogłoszenie urbi et orbi nawiązania współpracy pomiędzy oboma podmiotami oraz zasygnalizowanie, że od teraz lubelskich gramofonów J.Sikora można posłuchać m.in. w salonach Nautilusa i z nautilusem współpracujących. Serdecznie dziękując za zaproszenie i gościnę szczerze życzymy obu zainteresowanym jak najbardziej owocnej współpracy i z uwagą będziemy śledzić dalszy rozwój wypadków.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Większość moich znajomych znakomicie wie, że jestem zgorzały. fanem analogu. A uzależnienie to jest na tyle brzemienne w skutkach, ze gdy gdzieś w tej materii dzieje się cos ciekawego, na ile pozwala mi wolny czas, pojawiam się w danym przybytku, aby czasem nie przegapić czegoś ciekawego. Choćby dla przykładu wczorajszego eventu, który po podobnym zeszłotygodniowym wydarzeniu w Krakowie, tym razem zorganizowany w Warszawie na Ul. Kolejowej 45 był oficjalnym ogłoszeniem rozpoczęcia współpracy stacjonującego w obu miastach Nautilusa z cieszącą się znakomitą rozpoznawalnością nie tylko na naszym, ale także na światowych rynkach marką J.Sikora.

Jak to zwykle na podobnych imprezach Nautilusa bywa, że tak powiem, było na bogato. I nie mówię w tym momencie jedynie o znakomitym cateringu, z jakości którego ten podmiot podczas organizacji ważnych imprez jest dobrze znany, ale w głównej mierze o przygotowaniu dwóch systemów z różnymi werkami spod znaku będącego nowym partnerem biznesowym J.Sikora. Naturalnie aby pokazać potencjał marki gramofonowej, panowie postawili na zderzenie dwóch światów. Jeden zorientowany w małej sali odsłuchowej – dla zwykłego Kowalskiego w postaci swoistej nowości, jakim jest najprostsza konstrukcja w jej portfolio Aspire. Zaś drugi usytuowany w głównej sali ekspozycyjnej, wymagający nie tylko od podłączonej do niego elektroniki, ale także kubatury goszczącego go pomieszczenia, zajmujący jedną z czołowych pozycji w ofercie model Reference Max. Pierwszy niby maluch, ale według mocodawcy marki z wielkim potencjałem mogącym konkurować z najlepszymi – mimo bycia nowością podobno taki jest feedback działań poza granicami naszego kraju. Natomiast drugi to już ledwo mieszczące się na bardzo głębokim stoliku monstrum z czterema silnikami i możliwością zamontowania na raz aż 3 ramion, który podobnie do podstawowej wersji, tylko już od długiego czasu cieszy wielu zadowolonych klientów. Jak zagrali nasi bohaterowie? Cóż, takie prezentacje nie są miejscem do wygłaszania jakichkolwiek wniosków. Jeśli któryś z nich trafi w moje progi, nie omieszkam skreślić ciekawy opis, na chwilę obecna mogę jedynie powiedzieć, iż każdy z nich w swojej „wadze” prezentował się okazale. na ile idzie za tym dźwięk, być może wkrótce się okaże.

I tym optymistycznym akcentem chciałbym podziękować organizatorom opisywanej imprezy w postaci gospodarza Nautilus Warszawa i będącego nowym partnerem biznesowym J.Sikora za osobiste zaproszenie mnie, zapewnienie ciekawego wizualnie i najprawdopodobniej sonicznie sprzętu oraz za jak zwykle w tym przybytku audio-maniaka miłą i serdeczną atmosferę. Pod każdym względem impreza była bardzo ciekawa, co sprawiło, że wczorajszy wieczór zaliczam do bardzo mile spędzonych, co automatycznie oznacza, że udanych.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: AudioPhase One

Opinia 1

Z tytułowym, co bardzo ważne w kontekście budowania polskiego zaplecza High End-u, rodzimym producentem kolumn na test jednej z jego konstrukcji byliśmy umówieni od kilku lat. Niestety los i jego przewrotność sprawiły, że zanim doszło do finalizacji umówionego spotkania, trochę wody w Wiśle zdążyło upłynąć. Tak naprawdę jednak nie ma co rozdzierać szat, gdyż gdy niegdyś rozmawialiśmy o produkcie z okresu stawiania przez niego pierwszych kroków w tej dziedzinie jako bonus za cierpliwość obecnie dostaliśmy coś naprawdę wyjątkowego. I to pod każdym względem, gdyż oprócz większego, naturalnie istotnego dla powołania do życia czegoś ciekawego bagażu wdrożonych w życie doświadczeń, obecnie dostarczone zespoły głośnikowe są najbardziej zaawansowaną technicznie konstrukcją z jego portfolio. O kim i o czym zatem mowa? Otóż w dzisiejszej sesji testowej zajmiemy się flagową konstrukcją stacjonującej w Sukowie rodzimej marki AudioPhase, w postaci dostarczonego przezeń własnym sumptem nietuzinkowego pod każdym względem zestawu przynależnych do serii Stealth kolumn głośnikowych One. Zaintrygowani? Jeśli tak, wicie co robić, czyli poświęcić kilkanaście minut na zapoznanie si z naszym opiniami na ich temat.

Jak ukazują fotografie, rzeczone One to średniej wielkości podłogówki, jednak ich rozmiar nie oddaje ilości zastosowanej w nich technologii. Pierwszym ważnym elementem jest wykonana w formie sandwicha ze sklejki i MDF-u obudowa, w której grubość poszczególnych ścianek w zależności od antywibracyjnych potrzeb waha się od 32 do 60 mm. Ale to dopiero jedna strona medalu, bowiem owa stabilna skrzynka została tak zaprojektowana, aby oprócz uzyskania dobrej propagacji generowanych fal dźwiękowych, dodatkowo zmniejszyć ich dyfrakcje zaraz po oddaleniu się od membrany głośnika, co zaowocowało wykonaniem na niej nie tylko skosów w górnej części, ale także w krytycznych miejscach stosownych podfrezowań. To zaś sprawia, że nie mamy do czynienia z nudnymi prostopadłościanami, tylko ze swojego rodzaju dziełami sztuki użytkowej. Kolejną istotną informacją jest pakiet zastosowanych przetworników. Wszystko z górnej półki, co od pierwszych chwil po wydaniu przez nie dźwięku znakomicie było słychać. W ich skład na awersie wchodzi diamentowa wyskotonówka Blisma, jeden średniak i dwa basowce Purifi, zaś na bocznych ściankach 4 membrany bierne także spod znaku Purifi. Z informacji producenta wiemy także, że również zwrotnica nie wypadła sroce spod ogona, gdyż w swych układach elektrycznych wykorzystuje drogie podzespoły Duelunda, Jantzena, Mundrofa i PathAudio. Jak można się domyślić, z racji zastosowania membran biernych naturalną koleją rzeczy mamy do czynienia z lubianą przez wielu z Nas konstrukcją zamkniętą. Tak prezentujące się kolumny mogą pochwalić się wagą na poziomie 50 kg sztuka, skutecznością 89 dB przy impedancji 4 Ohm oraz pasmem przenoszenia w zakresie 36 Hz – 50 Hz. Jak widać na załączonym obrazku, mimo średnich rozmiarów konstrukcje są zrobione na bogato, a do tego ich deklarowana skuteczność sprawia, że nie są jakoś szczególnie trudne do napędzenia, czyli poza innymi wspomnianymi walorami dodatkowo noszą nienaciągane znamiona sporej uniwersalności.

Co mogę powiedzieć o punkcie zapalnym spotkania? Otóż kolumny w pewnym sensie są zjawiskowe. Naturalne w swojej estetyce, która nie zawsze może wpisać się w pożądany ideał, ale dla mnie to znakomite granie. A jeśli tak i co jakiś czas czytacie moje opinie na temat sprzętu audio, chyba mniej więcej wiecie, jaka jest ich cecha nadrzędna? Spokojnie, to pytanie retoryczne, gdyż i tak muszę wszystko drobiazgowo wyłożyć jak kawę na ławę dla przypadkowych czytelników naszego portalu. Chodzi mianowicie o fajnie wpisaną w kod DNA One drapieżność podania muzyki. Bez poszukiwania zbędnych zawoalowań przekazu, aby chwycić za ucho nadpobudliwego emocjonalnie melomana, bez forsowania nadmiernej ekspozycji wyższej średnicy i wysokich tonów w imię lubianego, ale sztucznie wypadającego podbijania rozmachu i transparentności wizualizowania muzyki, tylko kiedy trzeba pozwalające przestawiać ściany podkręcenie zjawiskowo wypadającej, bo w pełni kontrolowanej i do tego bez rozmycia rysującej je kreski, w głównej mierze definiującej dźwięk energii. I to wszystko w dobrze wypadającym ciemnawym podaniu, ale z godnym pozazdroszczenia przez sporą rzeszę konkurencji zejściem dolnego zakresu, impulsywną, znakomicie kreującą najdrobniejsze informacje średnicą i zjawiskowymi, bo generowanymi przez diamentowy głośnik – taka konstrukcja dla mnie jest poza zasięgiem jakości prezentacji dla reszty przetworników konkurencji dla tego zakresu – dźwięcznymi, ze stosowną twardością i wagą wysokimi rejestrami. Gdybym miał określić przed momentem wyartykułowane cechy jednym zdaniem, powiedziałbym, że stawiając tytułowe kolumny w domu dostajecie godny pozazdroszczenia atak, taki sam pakiet kontrolowanej energii, do tego wszystko narysowane ostrym rysikiem, a całość okraszona jest do bólu wiernymi prawdzie wysokimi tonami. Naturalnie jak wspominałem na samym początku, to jest estetyka, która nie wszystkim może przypaść do gustu, bo dla przykładu ktoś może woleć muzykę oferującą więcej luzu i plastyki, czego tutaj raczej nie uwidzicie, ale zabijcie mnie, ja osobiście z dwojga wersji prezentacji muzyki z całą odpowiedzialnością tego słowa wybieram pomysł AudioPhase. Oczywiście gdzieniegdzie lekko podkręciłbym niektóre aspekty, ale byłaby to jedynie korekta pod przez lata wyrobiony gust, a nie brutalna próba naginania maniery brzmienia kolumn do oczekiwanej przeze mnie rzeczywistości. Kto był u mnie lub słyszał od bywających w moich progach gości, znakomicie wie, że lubię drive, mocne operowanie energią oraz bezpośredni, czyli pozbawiony efektu wolaki, pozwalający na uzyskanie idealnej czytelności wirtualnej sceny przekaz, dlatego gdy coś takiego dostanę od jakiejkolwiek testowanej konstrukcji, tak jak w przypadku tytułowych kolumn cały proces testowy jest dla mnie jedną wielką, do tego pełną radości przygodą z każdego rodzaju materiałem. I tym wyrazistym i raczej melancholijnym, gdyż dobry rysunek źródeł pozornych podparty odpowiednią wagą każdego z nich i rozdzielczością projekcji zawsze wycisną z muzyki najciekawsze aspekty.
Na potrzeby testowego pręgierza dla „polskich jedynek” weźmy choćby ostatnią płytę Depeche Mode „Memento Mori” To tak naprawdę skomasowany atak mocnymi pomrukami dolnego zakresu – pierwszy utwór jest idealnym przykładem, okraszonymi charyzmatyczną i pełną emocji wokalizą. Te natomiast bez odpowiedniego akcentowania w domenie ostrości i ilości masy najdrobniejszego impulsu powołującego każdą frazę byłyby monotonne, a przez to bardzo przewidywalne i finalnie nudne. A tak dzięki lubianej przeze mnie i oczywiście serwowanej w dowolnej ilości przez kolumny agresji prezentacji tak naprawdę poznawałem tę płytę od nowa. Jak to możliwe? Już wspominałem, że co nieco w ich sposobie na muzykę lekko bym przefiltrował, bo naprawdę pokazują ten świat z bardzo mocną, mocniejszą aniżeli ma na co dzień ekspresją, ale to co zaprezentowały nawet wychodząc poza ramy osobistych oczekiwań było wartościowym, nieco innym, ale bez dwóch zdać bardzo dobrym zjawiskiem. Nie dla wszystkich, ale tę kwestię już sobie wyjaśniliśmy. Reasumując popularni Depesze wypadli z werwą i drive-m, bez czego nie mieliby szans na dotarcie do mojej duszy.
Jeśli chodzi natomiast o muzykę mniej agresywną, ale nadal bardzo mocno czerpiącą z wyrazistego jej podania w postaci jazzu, wziąłem na tapet stosunkowo niedawna produkcję Johna Taylora zagraną w trio „Tramonto”. To typowa dla mnie, w znakomitej większości będąca przedstawicielem grania pojedynczymi nutami jazzowa opowieść. Opowieść, która nazbyt łagodnie podana – czytaj malowana luźną kreską lub nadmiernie „pluszowa” w brzmieniu – nie ma najmniejszych szans na rozkochanie mnie w sobie. Tego typu mitingi owszem, powinny być pokazane płynnie, ale przy tym czytelnie z bardzo dobrym wynikiem w kwestii czytelności sceny, co jest pokłosiem wyraźnego wizualizowania wirtualnych bytów przez system. Jeśli ten ostatni ma problemy z wykreowaniem zwartego uderzenia i przecięcia powietrza ostrym, ale z odpowiednią wagą uderzeniem wykonanego z kawałka grubego płata metalu, a nie aluminiowej folii talerza, gwarantuję, po kilku utworach płyta wyskoczy z napędu CD. Ma być wyraźnie, kiedy trzeba odpowiednio mocno i dzięki temu ciekawie, co opisywane kolumny wykonały z dziecinną łatwością. Dla mnie osobiście sposób pokazania tej płyty to kolejny, też nieco inaczej odebrany od wzorca, ale bezapelacyjnie pełen sukces naszego rodaka.

Czy bazując na powyższym opisie tytułowe kolumny AudioPhase One poleciłbym każdemu? Na sto procent nie. I mam nadzieję, że wiecie dlaczego. Z pewnością nie z uwagi na jakiekolwiek problemy, bo takowych nie zanotowałem. Chodzi oczywiście o wyraźny sznyt grania. Polskie „Jedynki” stawiają na mocne uderzenie zwartym, idealnie wyrysowanym, ale najważniejsze, że pełnym pozytywnie odbieranej ekspresji impulsem. To jest ich cecha numer jeden. A gdy do tego dorzucę znakomitą kontrolę i bezpośredniość przekazu, jasnym jest, że wielbiciele tak zwanego „mułu i wodorostów”, czyli piewcy płynności i plastyki ponad wszystko nie mają czego w przygodzie z naszymi bohaterkami szukać. Zatem wydaje mi się, że sprawa jest nader prosta. Lubisz szaleństwo, spróbuj jego wersji w wydaniu AudioPhase. Kochasz rozpływanie się w magii ciepła, plastyki i płynności, nie tędy droga. Niestety prościej wyjaśnić się nie da.

Jacek Pazio

Opinia 2

Patrząc na nasz rodzimy rynek przez pryzmat producentów kolumn głośnikowych naszła mnie pewna refleksja. A dokładnie dwie i to w dodatku logicznie ze sobą skoligacone. Pierwsza to klasyczne, pochodzące z GoT „Winter is Coming” („Nadchodzi zima”) a druga, również z ww. porą związana, że nie miałbym nic przeciwko temu, żeby była łagodna, bo inaczej może wymrozić połowę „staruszków”. Chodzi bowiem o to, że lwia część starej gwardii, czyli marek takich jak (w porządku alfabetycznym) Audiowave, ESA, GLD, QBA, RLS bądź to odeszła w niebyt zapomnienia, bądź zeszła jeśli nie do podziemia, to na pewno na dalszy plan ustępując pola, zdecydowanie odważniej rozpychającym się nowym (Ciarry, Horns, Pylon, Sisound), bądź powracającym z nowymi pomysłami i starymi nazwami (Tosil, Diora/Unitra) graczom. I właśnie z grona owych „młodych wilków” udało nam się wyłuskać rodzynka, czyli mającą siedzibę w podkieleckiej wsi Suków, działającą od 2017 r. jednoosobową manufakturę AudioPhase, której ojciec założyciel i główny konstruktor Karol Goliński raczył był popełnić dalece wykraczający tak zaawansowaniem, jak i podobno brzmieniem od wcześniejszych swoich projektów, należący do topowej serii Stealth model One. Jak łatwo się domyślić, skoro o tym fakcie wspominamy, to oprócz rzutu okiem i uchem na owego flagowca podczas minionego Audio Video Show uznaliśmy za stosowne wziąć go pod lupę w bardziej kontrolowanych warunkach, czego pokłosiem jest niniejszy test, do lektury którego serdecznie zapraszamy.

Jak już zdążyliśmy w ramach sesji unboxingowej pokazać ONE-y do szczęśliwego odbiorcy docierają w solidnych skrzyniach z płyty wiórowej. Aby jednak ułatwić ich aplikację owe katafalki wyposażone w wielce przydatne rączki a same kolumny ustawiono wewnątrz na uzbrojonych w kółka platformach, więc ich wyłuskanie okazuje się dziecinnie proste.
Za to daleki od prostoty jest sam projekt plastyczny ONE, gdzie nowoczesna stylistyka idzie w parze z równie hi-tech-owym, srebrzystym malowaniem. A skoro mowa o nieco odchodzących od sztampowej prostopadłościenności bryłach obudów, to śmiało można uznać, że AudioPhase nie próbuje na siłę wyważać już otwartych drzwi, nawiązując do rozwiązań znanych z m.in. z WATT/Puppy i Sophii Wilson Audio, PEARL Graphene Joseph Audio, czy nawet naszych rodzimych Esa Furioso 2. Jak jednak doskonale widać nie ma tu mowy o eufemistycznie rzecz ujmując zalegających na popularnym azjatyckim serwisie aukcyjnym „kopiach bezpieczeństwa” a w pełni świadomym wykorzystaniu zarówno ogólnodostępnych, jak i autorskich rozwiązań. O ile bowiem górna, pochylona i „obciosana” sekcja wysoko – średniotonowa z 1” diamentowym tweeterem Bliesma Diamond Dome i charakterystycznym 5,25″ papierowym Purifi poza ww. wielce ekskluzywnym duetem przetworników niczym specjalnym się nie wyróżnia, to już klasyczny w swej formie moduł niskotonowy nader skutecznie łapie za oko pozornie ponadnormatywną, jak na gabaryty kolumn, baterią … sześciu 6,5″ papierowych basowców Purifi. Jak się jednak okazuje z owego grona jedynie umieszczona na ścianie przedniej parka jest zasilana a pozostała kwadra pełni jedynie rolę membran biernych. Szybka inspekcja zarówno podstawy, jak i ściany tylnej jedynie potwierdzają brak innych metod wspomagania najniższych składowych. A skoro o „plecach” mowa nie sposób pominąć biżuteryjnych – złoconych, osadzonych na eleganckim aluminiowym szyldzie pojedynczych, „customowych” gniazd głośnikowych. Całość posadowiona jest na poprawiających stabilność poprzecznych belkach uzbrojonych w regulowane stopy antywibracyjne.
Pod względem elektrycznym mamy do czynienia z układem 3-drożnym z podziałem pasma ustalonym na 3600 i 250Hz o 89dB skuteczności i 4Ω (min. 2.8Ω @ 74Hz) impedancji, co pozwala, przynajmniej wg. producenta na udaną współpracę ze wzmacniaczami dysponującymi przynajmniej 50W mocy. Jeśli zaś chodzi o niuanse stricte konstrukcyjne, to ponieważ sam producent raczył był wspomnieć na swojej stronie o „autorskim materiale obudowy typu sandwich, stworzonej przez AudioPhase”, którego grubość „w zależności od sekcji waha się od 32 do 60 mm, co gwarantuje absolutną sztywność i eliminację niepożądanych rezonansów”. Wiedziony wrodzona ciekawością postanowiłem nieco zgłębić temat i przycisnąć rozmówców, co zaowocowało kontrolowanym przeciekiem, zgodnie z którym ów sandwich składa się z 3 warstw, od zewnątrz jest specjalny wzmacniany niebieski MDF wzbogacany polimerami, następnie 3 mm ultra-twardy wzmacniany włóknami HDF a od wewnątrz sklejka wysokogatunkowa, przy czym każdy z ww. materiałów bynajmniej nie jest ogólnodostępnym półkowcem, lecz jest wykonywany na indywidualne zamówienie AudioPhase. Następnie poszczególne warstwy są na miejscu sklejane a po ustabilizowaniu „kanapki” obrabiane na CNC. To jednak dopiero początek zabawy, bowiem cała konstrukcja jest dodatkowo wzmacniana stosownymi przegrodami i wytłumiana nowoczesnymi włókninami i matami aramidowymi oraz naturalnymi filcami z domieszką włókien węglowych. Jakby tego było mało każda z obudów przy podstawie posiada zasypaną drobnoziarnistym piaskiem kwarcowym komorę balastową.

A jak AudioPhase One grają? W telegraficznym skrócie całkowicie odmiennie od również wykorzystujących przetworniki Purifi, swojego czasu goszczących u nas na testach φ OePhi Immanence 2.5, czy Thrax Sirens o ile bowiem w ww. konstrukcjach można było mówić o pewnej mięsistości i kreśleniu najniższych składowych nieco grubszą aniżeli punkt odniesienia kreską, to One stawiały na niezwykłą punktualność i może nie tyle chrupkość, co wyraźne zaznaczenie konturowości i obsesyjne wręcz przywiązanie do iście wzorowego timingu. Nie wierzycie? No to polecam nieco zaszaleć z głośnością i sięgnąć po „Metal II” Annihilatora ze Stu Blockiem na wokalu i … Davem Lombardo za perkusją, co już powinno wszystkim tym, którzy zazwyczaj nie wychodzą poza pełną onirycznych plumkań własną strefę komfortu zapalić ostrzegawcze kontrolki. A AudioPhase z iście chirurgiczną precyzją tną lancetami gitarowych riffów, smagają bezlitośnie „tłuczonymi” blachami i kopią po trzewiach twardymi jak obuty w kowbojki Chuck Norris przy każdym uderzeniu stopy. To jest prawdziwa jazda bez trzymanki, gdzie nikt jeńców brać nie zamierza a ilość i bezpardonowość wtłaczanych w nasze uszy dźwięków może u słabszych jednostek już po kilku minutach wywołać ciężkie stany lękowe.
Wraz z punktualnością dołu idzie w parze idealnie zrównoważona średnica i nie mniej ekspresyjna i komunikatywna co przeciwległy skraj pasma góra. Nie oznacza to bynajmniej jej utwardzenia, czy wręcz ofensywności a jedynie wyborną rozdzielczość i otwartość, co z pewnością docenią miłośnicy dęciaków. Przykładowo na „Frohe Weihnachten!” Berlin Philharmonic Brass (dopiero co były Mikołajki, więc kolędy dostały zielone światło) jak łatwo się domyślić góry nie brakuje, jednak jak już zdążyłem wspomnieć jest wyborna i nie o kryształowej a zgodnej z budulcem tweetera diamentowo czystości. Co istotne nie dominuje i nie narzuca swojej narracji reszcie pasma, więc nawet sesja z klawesynem, czyli „Jean Baptiste Loeillet – Six Suits for the Harpsicord” jest dla wyrafinowanych smakoszy takowego brzdąkania do strawienia bez przerw co kwadrans bądź dwa. Chodzi bowiem o to, że AudioPhase dostarczają pełnię informacji już od całkiem cywilizowanych poziomów głośności, więc nie trzeba słuchać ich głośno. Ponadto dostępna od owych niezbyt przytłaczających dawek decybeli rozdzielczość sprzyja niezwykle angażującej dynamice i to bynajmniej nie tej trzęsącej posadami naszego domostwa – w skali makro, lecz również a może przede wszystkim mikro. Mamy zatem świetnie oddany ładunek energetyczny najdrobniejszego uderzenia naciągu perkusji, czy też złożoność trącenia pojedynczej struny a z racji trzymania się faktów, vide braku tendencji do sztucznego wyolbrzymiania źródeł pozornych sama scena również wiernie odwzorowuje rzeczywistość
Wracając jeszcze na chwilę do średnicy wypada docenić miłą, przynajmniej mojemu uchu, organiczność prezentacji. Jednak organiczność będącą pochodną nie zagęszczenia, czy wręcz przegrzania, co transparentnej, pozbawionej podbarwień „papierowej naturalności”, gdzie zarówno wokale, jak i instrumentarium operujące w tym jakże krytycznym wycinku pasma brzmią „jak na żywo” – bez „woalki”, bądź jak kto woli „bez pończochy na mikrofonie”. Bardzo wyraźnie słychać to np. na „2” Jucho, gdzie obecność tak artystki, jak i akompaniującego jej niewielkiego składy jest permanentna i oczywista i to na poziomie takiej intensywności, jakby nagrania/odtworzenia dokonywano w naszych czterech ścianach.

W ramach podsumowania pozwolę sobie jedynie stwierdzić, iż obecność tytułowego modelu One w serii Stealth AudioPhase bynajmniej nie jest przypadkiem a jedynie potwierdzeniem faktu ich „niewidzialności”. Bowiem czego by o nich nie mówić, to niezwykle trudno byłoby mi przypisać im jakiekolwiek ciągoty do podbarwiania, czy wręcz interpretowania reprodukowanego materiału. Śmiało można zatem uznać iż nasze rodzime kolumny idą drogą, jaką dane nam było poznać m.in. podczas testów Perlistenów S7T-LE, gdzie liniowość i transparentność wcale nie oznaczają bezduszności i analityczności a jedynie dostęp do nieskażonego „autorską wizją” źródła.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Producent/Dystrybutor: AudioPhase
Cena: 180 000 PLN

Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, podłogowa
Efektywność: 89dB
Impedancja: 4Ω, (min. 2.8Ω @ 74Hz)
Pasmo przenoszenia: 36hz – 50khz
Zalecana moc wzmacniacza: od 50w
Zastosowane przetworniki:
– Wysokotonowy: diamentowa kopułka 1″ Bliesma Diamond Dome
– Średniotonowy: papierowy 5,25″ Purifi
– Niskotonowy: 2 x 6,5″ Purifi + 4 x 6,5″ Purifi (membrany bierne)
Wymiary (W x S x G): 110 x 26 x 40 cm
Waga: 50kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Dla jednych to początek drogi, dla innych finał. To jednak zupełnie nieistotne, bo każdy ma indywidualne potrzeby. Grunt, że to bardzo „wdzięczny” gramofon – VPI Prime X.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Ledwo co opadł kurz po recenzji słowackiego all’in’one’a, czyli wszystkomającej integry Canor Audio Virtus A3 a tym samym moich wstępniakowych dywagacjach o może nie tyle bezliku, co po prostu „post-demoludowej” silnej grupie centralno-wschodnio-europejskich producentów audio a tymczasem w naszych skromnych progach zawitał kolejny przejaw słowackiej myśli technicznej. Tym razem jednak z pominiętego wtenczas rozpalającego Internet obszaru audio-okablowania. Przypadek? Nie sądzę, raczej potwierdzenie moich wcześniejszych obserwacji, tym bardziej, że mowa o stricte high-endowym okablowaniu, gdzie cena poszczególnych składowych dzisiejszego seta oscyluje wokół kwoty jaka widnieje na metce ww. integry. Robi się ciekawie? Z mojego, czysto subiektywnego punktu widzenia zdecydowanie tak, tym bardziej, iż mowa o praktycznie zupełnie u nas nieznanej manufakturze Authentic Audio Image, z której to portfolio, dzięki uprzejmości stołecznego dystrybutora Esoteric Audio Sound dotarł do nas przynależny do topowej serii Estremo kompletny set okablowania obejmujący dwie pary łączówek XLR, przewody głośnikowe i aż trzy zasilające, dzięki czemu podczas testów byliśmy w stanie praktycznie całkowicie wyeliminować z toru „druty” spoza słowackiego „kamiennego kręgu”. A to jak wiadomo, czego z resztą dowiodły testy tak rodzimego (WK Audio TheOne i TheRed), jak i duńskiego (ZenSati Razzmatazz, #X, Angel) zazwyczaj okazuje się kluczowe w procesie poznania rzeczywistego potencjału drzemiącego w danym okablowaniu. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo, co po słowackiej stronie Tatr piszczy nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na ciąg dalszy.

AAI (Authentic Audio Image) Estremo do odbiorcy końcowego docierają w eleganckich, miękkich tekstylnych, zapinanych na zamek błyskawiczny pokrowcach, które przywodzą na myśl etui znane m.in. z naszych spotkań z produktami Stealth Audio. Są poręczne, estetyczne a co najważniejsze po wyłuskaniu zawartości nie zajmują więcej miejsca niż złożony T-shirt. Same, lekko sprężynujące i operujące wokół dość cywilizowanych średnic przewody pokrywa biała (głośnikowce i XLR-y), bądź błękitnawy (zasilające) syntetyczna plecionka a konfekcję wykonano eleganckimi i jak to ostatnio bywa w modzie wzorowanymi na topowych, rodowanych Furutechach wtykami o aluminiowych korpusach i carbonowych „banderolkach”. Nieco dokładniejsza inspekcja wykazuje również, że AAI postanowiło je dodatkowo sygnować, więc np. na kołnierzach wtyków zasilających umieściło swój firmowy laserowy grawerunek. Stosowne informacje, czyli logotyp wytwórcy, dot. linii produktowej oraz kierunkowości trafiły również na aluminiowe tuleje, które nanizano na każdy z przebiegów. Z kolei pod względem budowy wiadomo o nich tyle co nic. Ot, producent jedynie raczył był podzielić się z zainteresowanymi faktem, iż w roli przewodników wykorzystał wysokiej czystości posrebrzaną miedź a z paramentów mierzalnych podaje jedynie … średnicę i dostępne długości. Znaczy się, że jeśli komuś obsesyjnie zależy na pomiarach, to spokojnie, nawet z pomocą „centymetra” krawieckiego takowe będzie własnym sumptem ogarnąć i skonfrontować z fabrycznymi danymi. Na otarcie łez miłośnicy zaawansowanych rozwiązań dostają całkiem sporą „pigułę” informacji o zaimplementowanej w tytułowym okablowaniu autorskiej Interference Suppression Technology (IST) mającej w swym założeniu eliminować, bądź minimalizować degradujący wpływ rezonansów, wszelakiej maści zakłóceń elektromagnetycznych a nawet anizotropowość przewodników powstającą w trakcie użytkowania przewodów.

Nie dysponując choćby śladową wiedzą nt. przebiegu dostarczonych przewodów pierwszych kilka dni po ich otrzymaniu poświęciłem na „akomodację” w moim systemie a następnie, kiedy okres ochronny minął, zasiadając do odsłuchów ustaliłem stosowny plan działań. Znaczy się testy rozpocząłem od łączówek XLR, później dołożyłem głośnikowce a na koniec zaaplikowałem tercet zasilających, by pod koniec sesji wypinać je w tej samej, co wpinałem kolejności. W rezultacie „solo” zagrały u mnie zarówno interkonekty, jak i „sieciówki”.
Efekt powyższych roszad? Tyleż intrygujący, co wbrew opiniom jednostek na takowe -znaczy się nauszne, doznania zaimpregnowanych, ewidentnie słyszalny. Przede wszystkim słowackie przewody najwyraźniej nie mają ambicji ukrywać swojej obecności w systemie, gdyż przynajmniej na tle moich dyżurnych TheRed-ów pokazują reprodukowany materiał z nieco innej perspektywy. Przede wszystkim nie schodzą tak nisko jak punkt odniesienia. Tzn., żeby sprawa była jasna – żaden z tytułowych „drutów” nie wykazywał tendencji do obcinania, bądź zbytniego odchudzania najniższych składowych a jedynie dało się zauważyć wraz z obniżaniem częstotliwości sukcesywną utratę energii, przez co sam skraj pasma był „sugerowany” a nie fizycznie namacalny / odczuwalny. Aby jednak tego doświadczyć trzeba dysponować odpowiednio nisko schodzącymi kolumnami oraz stosownym „materiałem badawczym” w stylu „٣ (Trois)” Acid Arab, bądź „Planetary Medicine” Murkury, gdzie część zapisanych w materiale źródłowym dźwięków jest nie tyle nie z tej ziemi, co wygenerowana została na konsolecie a nie przez „fizyczny” i zarazem analogowy instrument. Dlatego też zakochani w barokowej kameralistyce posiadacze niewielkich monitorów spokojnie mogą powyższych obserwacji nie uwzględniać. I tu ciekawostka, bowiem patrząc właśnie pod kątem „zachowania energii” najlepiej w stawce wypadają przewody zasilające, następnie głośnikowe a peleton zamykają interkonekty. Czyli zgodnie z narzuconym sobie porządkiem wpinania wypełnienie i energetyczność dolnych rejestrów w przypadku topowych AAI sukcesywnie wzrastała, co wyraźnie wskazuje na to, że o ile pojedynczymi egzemplarzami możemy dość wyraźnie modelować brzmienie posiadanego systemu, to już ze słowackim kompletem żwawo podążać w kierunku linearyzacji charakterystyki.
A właśnie, co do owej linearyzacji, to właśnie w tej estetyce prezentowana jest przez tytułowy set średnica, która początkowo może wydawać się odrobinę zbyt zachowawcza, jednak im dłużej się z nią obcuje, tym szybciej dochodzi się do wniosku, iż nie jest to zachowawczość a wzorowa, pozbawiona jakichkolwiek podbarwień, upiększeń i majstrowania przy saturacji naturalność. Dzięki niej wokal Palomy Dineli Chesky na „Soul on Soul” jest wyrazisty, delikatnie gardłowy i może nie tak zmysłowy i tak blisko podany jak z konkurencyjnym okablowaniem w torze, lecz za to niezwykle realistyczny.
Z kolei na „月出”(„Moonrise”) 朱哲琴(Dadawy) na jaw wyszła jeszcze jedna cecha AAI. Otóż wszelakiej maści blaszane perkusjonalia i przeszkadzajki były nad wyraz ekspresyjne i angażujące, więc niejako z automatu zwracały na siebie uwagę, co przy ich znaczącym udziale w ww. materiale mogło być problematyczne. Tymczasem pomimo ponad dwugodzinnej sesji z repertuarem o dalekiej od mainstreamu estetyce nie czułem nawet najmniejszego zmęczenia wszelakiej maści dzwonieniem, pobrzękiwaniem i cykaniem, co nad wyraz dobrze świadczy o czystości i gładkości tytułowych gości. Ponadto góra pasma, pomimo wysokiej próby rozdzielczości wcale nie była nazbyt napowietrzona, czy wręcz eteryczna, przez co nawet złapane przez mikrofony pogłosy, wybrzmienia i przysłowiowy plankton budujący wymiar wysokości sceny nie były przesadnie eksponowane. Oczywiście z łatwością można było rozpoznać, czy dane nagranie zostało zarejestrowane w potężnej katedrze, czy przydomowym studiu, lecz ani razu podczas testów Estremo nie zostałem zaskoczony dźwiękiem, bądź li tylko jakimś niuansem, o którego istnieniu wcześniej bym nie wiedział.

Jak mam cichą nadzieję z powyższej pisaniny jasno wynika, że słowackie przewody Authentic Audio Image Estremo mają szanse zadomowić się praktycznie w każdym, poprawnie skonfigurowanym systemie. Oczywiście, o ile tylko jego właściciel nie będzie oczekiwał po nich ponadnormatywnej dawki eufonicznej magii i iście piernikowego ocieplenia, bo akurat takimi cechami dziwnym zbiegiem okoliczności nie dysponują. Jeśli natomiast zależeć będzie Państwu na pewnej normalizacji nazbyt wylewnej średnicy, bądź zachowaniu zdroworozsądkowej ekspresji najwyższych składowych, to tytułowy tercet może okazać się wartą uwagi propozycją.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Z tego co pamiętam, od naszych południowych sąsiadów (Słowaków) mieliśmy już u siebie kilka fajnych produktów. Wszystkich pozycji z pamięci nie sposób wymienić, ale wiem, że na pewno była elektronika spod znaku Canor Audio, czy stoliki audio Neo High End. I z tego co pamiętam, każdy z wymienionych producentów w swej dziedzinie bez najmniejszych problemów proponował jakość i zaawansowanie techniczne na najwyższym światowym poziomie, co przekładało się na ciekawy finalny wynik testowo konfigurowanego systemu. I bez znaczenia jest, czy były to wzmacniacze lub źródła, czy z pozoru dla wielu naszych pobratymców mająca najmniej do powiedzenia galanteria stabilizacyjna dla urządzeń audio, gdyż każdy z wymienionych segmentów w skomplikowanej konfiguracji systemu zawsze ma bardzo realny wpływ na jego wynik brzmieniowy. Po co o tym wspominam? Naturalnie jako wprowadzenie w dzisiejszy test, jakim będzie próba zrozumienia wizji dźwięku w specyfikacji kolejnego słowackiego brandu. A będzie nim dystrybuowany przez Esoteric Audio Sound producent okablowania Authentic Audio Image. Dotychczas u nas nieznany jednak, jeśli zapadła decyzja o wprowadzeniu tej oferty na nasz rynek, przynajmniej w teorii ma sporo ciekawego do zaoferowania, co niniejszym starciem postaramy się zweryfikować. Czym uraczył nas nowy opiekun wspomnianej marki? Otóż ze sporej oferty Słowaków w nasze progi trafił komplet okablowania z flagowej serii, czyli set złożony z 3 sieciówek, 2 sygnałówek XLR i głośnikówki spod znaku Authentic Audio Image Estremo.

W tym miejscu powinienem zwyczajowo rozpisywać się o budowie testowanych konstrukcji. Niestety ochrona danych wrażliwych, jakimi według mocodawców marki są dogłębne informacje z czego i jak zostały zbudowane, spowodowała, że takowych danych na stronie firmy nie znalazłem. Co zatem znalazłem? Otóż po lekturze tabelek każdego dostarczonego kabla dowiedziałem się jedynie, że każdy z nich jako przewodnik wykorzystuje posrebrzaną miedź. Nic o izolacji, ekranowaniu i jakiś działaniach antywibracyjnych, które z dużą dozą pewności są, jednak zamierzenie utajnione. Czy to mi w jakimś stopniu przeszkadza? Bynajmniej, gdyż dla mnie najważniejszy jest wynik soniczny, o którym w kolejnej części napiszę, a nie z czego to wynika. Jeśli zatem dla Was brak drobiazgowego rozbierania kabla na części pierwsze także nie jest jakimś determinującym zainteresowanie problemem, żądnych wiedzy o naszych bohaterach zapraszam na kilka informacji skreślonych w kolejnym akapicie.

Gdy przepinałem mój zestaw okablowania na zaproponowany do testu, wiedziałem jedno. Otóż z racji stosunkowo słabej rozpoznawalności marki na naszym rynku nie wiedziałem o jej sposobie na muzykę dosłownie … nic. To z jednej strony trochę niezręczne, gdyż nie ma się wzorca, do którego można by odnieść usłyszany wynik, ale z drugiej dając konstrukcjom czystą kartę pozwalało na w miarę obiektywną ocenę wydarzeń. I muszę powiedzieć, że nie zawiodłem się na naszych bohaterach. A to dlatego, że zagrały bardzo spójnie. Bez wyskoków żadnego z podzakresów, tylko począwszy od pełnego energii, dobrze zwartego, nieco podkręconego emocjonalnie, ale przez to fajnie wypadającego basu, przez soczystą i oferującą odpowiedni pakiet informacji średnicę, po otwarte, a jedynie minimalnie na samej górze wygładzone wysokie tony, przekaz miał za zadnie pokazać odtwarzany materiał z muzykalnej, jednak z dalekiej od nudy strony. To oczywiście wynik konsekwentnego utrzymania przez system bardzo dobrego drive’u, a przez to częstego serwowania słuchaczowi fajnego kopnięcia pakietem zróżnicowanej od strony esencjonalności energii. Czyli tłumacząc powyższy pakiet informacji z polskiego na nasze ogólnie zawsze był to pokaz w estetyce znakomitego nasycenia i dobrej transparentności jednak, aby nie zrobiło się nadmiernie miło, gdy wymagał tego słuchany materiał, system generował pobudzające mnie do życia krótkie uderzenia przekładane sejsmicznymi pomrukami, co oczywiście pozwalało słuchać muzyki z zarezerwowanym dla danego gatunku poziomem dawki adrenaliny.
Weźmy na tapet choćby awanturniczą, pochodzącą z Mongolii formację grającą folk-metal The Hu i jej świetnie wypadającą od strony repertuaru i co bardzo istotne, także w podobnym duchu zrealizowaną płytę „The Gereg”. Od pierwszego do ostatniego utworu to popis gardłowego śpiewu podpieranego fajną aranżacją muzycznych motywów tego rejonu świata. Do tego brzmienie jest dobrze osadzone w masie, fajną nieprzewidywalność jej odbioru podkręca odpowiedni poziom agresji, a żeby całość wypadła odpowiednio dźwięcznie, masteringowiec zadbał o stosowny pakiet podania jej w estetyce swobody i rozmachu. Jest diametralnie inna od tej z naszego regionu, gdyż z jednej strony mroczna i powodująca ciarki na plecach, ale z drugiej samoczynnie uruchamiająca przysłowiowe dyganie nóżki w kolanie. A wspominam o tym dlatego, że jakiekolwiek przekroczenie granicy dobrej wagi i otwartości jej podania natychmiast zabije oferowane przez nią, przed momentem wspomniane zalety i stanie się nudą oraz dudniącą papką. I piszę o tym oczywiście w kontekście poradzenia sobie z tymże materiałem przez testowane druty. Na szczęście druty, które wyszły z tego niełatwego starcia z przysłowiową tarczą. Gdybym miał odnieść wynik soniczny do mojego okablowania, powiedziałbym, że lekko wzrosła waga uderzenia dołem i nieco mniej eksplodowały najwyższe rejestry, jednak nie było mowy o jakimkolwiek przekroczeniu poziomu dobrego podania, a jedynie o lekkiej zmianie priorytetów. Priorytetów, które dla mnie w żadnej mierze nie były krzywdzące dla tej produkcji, a nie zdziwiłbym się, gdyby dla kogoś z Was okazały się być czymś wręcz oczekiwanym.
Biorąc coś z innej muzycznej beczki postawiłem na coś równie egzotycznego, tylko z okolic jazzu – „After The Last Sky” Anouara Brahema. Po dokładnym opisaniu cech brzmienia testowanego okablowania nie będę się bardzo rozwodził nad tą płytą, tylko przybliżę jej ogólną prezentację. To jak można się domyślić, bardzo intymnie brzmiąca muza i kolejny raz, jeśli zostanie nadmiernie dociążona i przez to starci lotność lub nazbyt mocno ugładzona limitując dźwięczność kresowych instrumentów, zapewniam, wyjmiecie ją z odtwarzacza po pierwszym kawałku. To mam być przygoda dla ducha, a nie lincz nudą, dlatego tak ważne jest dobre operowanie aspektami wagi i otwartości. I muszę powiedzieć, że te ostatnie mimo innego podejścia od mojego codziennego zestawu okablowania od dziś opisywanego nie zrobiły krzywdy tej realizacji. Była minimalnie mniej lotnie zaprezentowana, ale cały czas bardzo ciekawie brzmiąca, co pozwoliło mi dokończyć słuchanie płyty z wielkim zaangażowaniem.

Kończąc powyższy wywód jestem Wam winny odpowiedź na pytanie, czy rzeczone okablowanie jest potencjalnym kandydatem do prób we własnym systemie? Powiem tak. Dala większości populacji osobników homo sapiens parających się słuchaniem muzyki w jak najlepszej jakości jak najbardziej tak. Dlaczego tylko dla większości, a nie dla wszystkich? Otóż spraw jest prosta, gdyż jedynymi audio-freakami, którym może być z nimi nie po drodze, są posiadacze mocno ociężałych systemów. Tytułowe okablowanie serwuje fajny zastrzyk dolnego zakresu i mimo jego dobrego różnicowania ożenek z ofertą Authentic Audio Image Estremo sumarycznie może okazać się nazbyt obfity w dolnych częstotliwościach. Oczywiście zawsze może wydarzyć się coś nieprzewidywalnego i warto spróbować jednak, jeśli miałem wytypować sporną grupę, ta wymieniona powinna wziąć moje wskazówki pod uwagę. Reszta z Was do prób na pełną skalę ma otwartą drogę.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Esoteric Audio Sound
Producent: Authentic Audio Image
Ceny
Authentic Audio Image Estremo XLR: 4 881,87 € / 0.5m; 5 491,95 € / 0.75m; 6 102,03 € / 1m; 7 323,42 € / 1.5m; 8 543,58 € / 2m; 1 220,16 € / dodatkowe 0.5m
Authentic Audio Image Estremo Speaker: 6 533,76 € / 1.5m; 8 167,20 € / 2m; 9 800,64 € / 2.5m; 11 434,08 € / 3m; 13 067,52 € / 3.5m; 1 633,44 € / dodatkowe 0.5m
Authentic Audio Image Estremo Power: 6 357,87 € / 1.5m; 7 947,03 € / 2m; 9 537,42 € / 2.5m; 11 126,58 € / 3m; 1 589,16 € / dodatkowe 0.5m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Od Audio Video Show minął ponad miesiąc a „zauważone” tam i wtedy urządzenia co i rusz wpadają do nas z wizytą. Tym razem jest to przetwornik ADMD Audio line dac.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audio-Technica zaprezentowała model ATH-ADX7000, flagową propozycję ze swojej prestiżowej serii ADX. Te nauszne słuchawki o konstrukcji otwartej, zaprojektowane i wyprodukowane w Japonii, stanowią zwieńczenie ponad 60-letniego doświadczenia firmy w dziedzinie inżynierii przetworników elektroakustycznych. Dzięki zastosowaniu opatentowanej technologii HXDT (High-Concentricity X Dynamic Transducer), ten innowacyjny model redefiniuje standardy przetwarzania dźwięku, oferując niezwykle czystą i naturalną reprodukcję, która spełni oczekiwania nawet najbardziej wymagających melomanów.

Filozofia True Open-Air Audio (TOA)
W odróżnieniu od konstrukcji zamkniętych czy półotwartych, model ATH-ADX7000 został opracowany w duchu koncepcji True Open-Air Audio (TOA). Rozwiązanie to umożliwia nieskrępowany przepływ powietrza przez obudowy przetworników elektroakustycznych, co skutkuje redukcją ciśnienia wewnętrznego oraz minimalizacją niepożądanych rezonansów. W efekcie użytkownik otrzymuje brzmienie czyste i naturalne, a odsłuch pozostaje komfortowy, nawet podczas wielogodzinnych sesji.
Zastosowane w tym modelu specjalistyczne przetworniki o średnicy 58 mm gwarantują szerokie pasmo przenoszenia, w tym głębokie i nasycone niskie tony, które zazwyczaj są domeną słuchawek o konstrukcji zamkniętej. Dźwięk jest wolny od sztucznych podbarwień, co zapewnia autentyczną przestrzeń i pozwala słuchaczowi na całkowite zanurzenie się w odtwarzanych nagraniach.

Innowacyjna technologia HXDT
Fundamentem doskonałości modelu ATH-ADX7000 jest rewolucyjna technologia HXDT (High-Concentricity X Dynamic Transducer). Opiera się ona na zaawansowanych metodach formowania i wyrównywania, które zapewniają idealną synergię pracy membrany, odgrody, magnesu oraz cewki drgającej. Precyzja osadzenia poszczególnych elementów jest imponująca, osiągając dokładność rzędu ±0,02 mm, co stanowi wynik wielokrotnie lepszy niż w przypadku konwencjonalnych konstrukcji.
Tak rygorystyczne spasowanie komponentów jest kluczem do uwolnienia pełnego potencjału otwartej konstrukcji modelu ATH-ADX7000. Umożliwia to płynny i spójny ruch membrany, co przekłada się na błyskawiczną reakcję na impulsy, większą szczegółowość oraz nieskazitelną czystość dźwięku. Dzięki optymalizacji transferu energii w układzie magnetycznym technologia HXDT gwarantuje brzmienie o wysokiej dynamice i wierności.
Udoskonalona cewka drgająca przetwornika, charakteryzująca się wysoką impedancją (490 omów), zwiększa siłę mechaniczną układu bez niepotrzebnego zwiększania jego masy. Rezultatem tego rozwiązania są bardziej wyraziste i kontrolowane basy, szerszy zakres dynamiki oraz wyjątkowa krystaliczność dźwięku w całym spektrum przetwarzanych częstotliwości.

Zawartość zestawu i dostępność produktu
Nabywcy modelu Audio-Technica ATH-ADX7000 otrzymają w komplecie bogaty pakiet akcesoriów. Obejmuje on m.in. dwa wysokiej jakości przewody słuchawkowe o długości 3 m (jeden zakończony wtykiem jack 6,3 mm, drugi 4-pinowym zbalansowanym złączem XLR), solidne etui transportowe oraz dwa zestawy wymiennych nauszników: wykonane z aksamitu i Alcantary. Te pierwsze zapewniają doskonały balans tonalny, natomiast pady z Alcantary oferują brzmienie cieplejsze i pełniejsze. Taki zestaw pozwala użytkownikowi na personalizację charakterystyki odtwarzanego dźwięku.
Dostępność nowych flagowych słuchawek Audio-Technica przewidywana jest jeszcze na grudzień bieżącego roku.

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Pierwszy krok w streaming wcale nie musi być skokiem na główkę z klifu. Można przecież delikatnie, niezobowiązująco i … budżetowo zweryfikować, czy to jest to, czego brakowało w naszym systemie. Jak? Np. za sprawą podstawowego plikograja Silent Angel SL1P.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Aurender AP20

Opinia 1

Patrząc na branżę audio z ponad ćwierćwiecznej perspektywy śmiem twierdzić, iż czego by nie mówić o czasach słusznie, bądź nie minionych, to kiedyś, m.in. z racji swoistej jednoznaczności życie audiofilów i melomanów było prostsze. Chciałeś bawić się w Hi-Fi? Mogłeś (obszar „demoludów” litościwie przemilczę) przebierać w rynkowej ofercie jak w ulęgałkach. Naszła Cię ochota na High-End? Cóż, tutaj sprawa była jasna – daleko posunięta, wykluczająca jakiekolwiek przejawy integracji separacja obejmująca swymi wpływami tak amplifikacje, jak i źródła była oczywistą oczywistością. Wiedzieli to wszyscy – od konsumentów, po producentów i to z Denonem, Sony i Technicsem włącznie. A potem przyszedł rok 1997 a wraz z nim Gryphon Tabu Century, który wywracając stolik zburzył dotychczasowy porządek rzeczy powołując do życia byt określany mianem „superintegry”. Potem już poszło z górki. Śladami Duńczyków podążył Mark Levinson prezentując Nº 383 a do peletonu ochoczo dołączyli inni, w efekcie czego ów „gatunek” ewoluował do tak imponujących form jak Vitus Audio SIA-030, McIntosh MA 12000, czy Gryphon Diablo 333. Czy to nadal jest High-End? Bez wątpienia, a że zintegrowany, to już zupełnie inna bajka, która tak naprawdę nikomu nie przeszkadza. O ile jednak początkowo wszelkie superintegry łączyły w swych przepastnych trzewiach li tylko sekcje pre/power, to z upływem czasu na ich pokład zaczęły wkraczać najpierw phonostage, potem DAC-i a od niedawna i sekcje streamerów nie są niczym niezwykłym, przez co śmiało można uznać je za skierowane do najbardziej wymagających odbiorców inkarnacje prehistorycznych amplitunerów. I właśnie z owego grona, dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu udało nam się pozyskać na testy wszystkomający kombajn Aurender AP20, na którego test serdecznie zapraszamy.

AP20 zaskakuje, i to pozytywnie, już od momentu podjęcia prób natury logistycznej, czyli chociażby wyciągnięcia go z przepastnego kartonu (vide unboxing). Okazuje się bowiem, że jak na D-klasową konstrukcję jest ciężki jak grzechy większości polityków. Zanim jednak zerkniemy w jego trzewia, by poznać przyczynę takiego stanu rzeczy, skupmy się najpierw na jego aparycji, gdyż i ona nie daje powodów do nawet najmniejszej krytyki. Aluminiowy, iście przeciwpancerny korpus budzi zaufanie, z kolei zgodny z firmową unifikacją front nader udanie łączy intuicyjność, ergonomię i ponadprzeciętną czytelność wszelakich informacji dotyczących czy to aktualnych nastaw, czy parametrów reprodukowanego materiału. Jak łatwo się domyślić dzieje się tak za sprawą zajmującego lwią część płyty czołowej 8,8” wyświetlacza LCD IPS o rozdzielczości 1920×480 px, po którego lewej stronie umieszczono włącznik, gniazdo słuchawkowe, dwa niewielkie przyciski odpowiedzialne za wybór źródła i wyjść oracz czujnik IR. Z kolei prawą flankę przejęło otoczone aureolą pokrętło głośności oraz cztery przyciski nawigacyjne. Zamiast standardowych boków w AP20 zastosowano wpisujące się w obrys korpusu radiatory o horyzontalnie prowadzonych skrzydłach. Szybki rzut oka na ścianę tylną i … jest dobrze. Boczne flanki zajmują pojedyncze terminale głośnikowe WBT nextgen™, pomiędzy którymi umieszczono tuż przy górnej krawędzi sekcję analogową z wyjściami i wejściami XLR uzupełnionymi parą wejść RCA. Z kolei sekcję cyfrową reprezentuje komplet wejść w składzie – para optycznych, koaksjalne i BNC w sąsiedztwie których dyskretnie przycupnęło gniazdo BNC do podłączenia zewnętrznego zegara 75Ω – 10 MHz. Z kolei tuż przy podstawie ulokowano interfejsy Gigabit Lan i dwa USB 3,0 umożliwiające zarówno wysłanie sygnałów cyfrowych do zewnętrznego przetwornika, jak i podpięcie pamięci masowych. Oczywiście o ile ktoś uzna, iż dwie kieszenie na 2,5″ HDD/SSD to za mało. Wyliczankę zamyka gniazdo zasilające IEC (Furutech NCF) i włącznik główny. W zestawie nie zabrakło równie pancernego co jednostka główna, aluminiowego pilota, choć śmiem twierdzić, iż przez większą część czasu będzie on jedynie leżał i się kurzył, gdyż choć jego ergonomii nie sposób czegokolwiek zarzucić, to zdecydowanie szybciej i wygodniej AP20 zawiaduje się z poziomu dedykowanej i dostępnej zarówno na iOS-a, jak i Androida aplikacji Conductor.
A co nasz dzisiejszy gość kryje w sobie, co niejako odpowiada za jego zaskakująco bolesną dla naszych pleców wagę? Oczywiście ponadnormatywnie rozbudowaną sekcję zasilania z parą 400VA transformatorów toroidalnych odpowiedzialnych za zasilanie układów wyjściowych (D-klasowe moduły Purifi 1ET400A w konfiguracji Dual-Mono o mocy 2 x 200 W / 8Ω i 2 x 350 W / 4Ω), uzupełnionych o mniejsze jednostki – 2 x 50W (karty DAC), 50W (zasilanie procesora), 25W (procesor FPGA) współpracujące z imponującym bankiem kondensatorów o łącznej pojemności 80 000 µF (40 000 µF / kanał). Za regulację głośności odpowiada oparta na przekaźniku drabinka R2R pracująca z dokładnością 0,25dB w zakresie -67.35 dB ~ 0dB a sercem sekcji cyfrowej jest para 32-bitowych kości z serii „Velvet Sound” AKM 4497 pracujących w konfiguracji dual-mono. Nad ich dobrostanem czuwa oparty na OCXO zegar z układem FPGA (Field-Programmable Gate Array) redukujący jitter poniżej 100fs.

Przechodząc do sekcji poświęconej brzmieniu i mając na uwadze dość boleśnie drenującą domowy budżet, oscylującą wokół 110 kPLN kwotę, o uiszczenie której zostaniemy poproszeni przy kasie, o ile tylko na zakup AP20 się zdecydujemy pozwoliłem sobie poprzeczkę oczekiwań zawiesić na stricte high-endowym poziomie. I … powiem szczerze, że już po pierwszych taktach „Alienation” Three Days Grace odetchnąłem z ulgą. Okazało się bowiem, iż absolutnie nie muszę martwić się, tym, czy tytułowy kombajn podoła stawianym mu wyzwaniom i spełni pokładane w nim nadzieje. Warto jednak podkreślić, że 20-ka nie ma w zwyczaju czymkolwiek oszałamiać, redefiniować dotychczasowych wzorców, czy mówiąc metaforycznie ściągać słuchaczowi bieliznę przez głowę i zdmuchiwać papucie ze stóp. To raczej reprezentant przysłowiowej krainy łagodności, gdzie kultura i wyrafinowanie stawiane są na pierwszym miejscu a ewentualne spontaniczne wybryki należą do rzadkości. Góra pasma jest jedwabiście gładka, suto ozłocona i w trosce o przyjemność odsłuchu zauważalnie zaokrąglona, przez co nawet na najbardziej ekspresyjnych partiach dęciaków, ognistych gitarowych riffów, czy też bezlitośnie smaganych blach raczej nie powinniśmy usłyszeć przykrej ziarnistości, czy też jakichkolwiek ukłuć. Jeśli jednak dla kogoś taka narracja wydaje się nazbyt asekuracyjna polecę eksperymenty z aktywowanym z poziomu menu (sekcja dla zaawansowanych) trybem Critical Listening Mode. Po jego włączeniu nie tylko wygasza się frontowy wyświetlacz i podświetlenie przycisków, lecz również nieco „otwiera” się góra, co nadaje całości przekazu nieco większej swobody i oddechu. Jednak nawet na fabrycznych nastawach Aurender oferuje dźwięk duży i obszerny – we wszystkich, włącznie z wysokością, wymiarach, więc na wszelakiej maści rockowym i symfonicznym repertuarze rozmachu i w pełni zrozumiale oczekiwanego łupnięcia nie powinno nam brakować. Dodając do tego świetną precyzję ogniskowania źródeł pozornych, choć w ramach firmowej estetyki kreślonych nieco grubszą aniżeli mam na co dzień kreską oraz wzorową gradację planów otrzymujemy brzmienie niezwykle koherentne i na wskroś … muzykalne. Co ciekawe energetyczność basu opiera się głównie na jego wolumenie i zejściu, więc aby wgryźć się w jego fakturę trzeba nieco wysilić zmysły i pamiętać o odpowiednim doborze okablowania tak głośnikowego, jak i zasilającego niekoniecznie powielającego naturę 20-ki. Wspominam o tym jednak jedynie z kronikarskiego obowiązku, gdyż jeśli w naszych plikozbrojach króluje elektronika w stylu „Unity” Ganja White Night i gustujemy w soczystej mięsistości basowych pomruków, to będziemy w siódmym niebie. Z kolei próbując z aptekarską dokładnością śledzić partie kontrabasu szarpanego przez Esperanzę Spalding („Milton + esperanza”) bądź Avishai Cohena („Little Big Beat Studio”) warto nieco pracy w konfigurację towarzyszących Aurenderowi komponentów włożyć, żeby oprócz pracy pudła było jeszcze słychać poszczególne struny.
Za to bez najmniejszego „ale” przyjmuję delikatnie podkręconą emocjonalnie i dosaturowaną średnicę serwowaną przez naszego dzisiejszego bohatera, gdyż dawno z taką przyjemnością nie zasłuchiwałem się w wokalne popisy Niny Simone, Etty James, Franka Sinatry, czy nawet Michaela Bublé, którzy za sprawą ww. kombajnu po prostu łapali wiatr w żagle i czarowali swymi głosami jakby ktoś ich nagrania nie tyle zremasterował z pomocą jakiś lampowych ustrojstw, co niemalże ponownie ustawił zainteresowanych przed wyciągającymi z ich płuc i ust „samo gęste i słodkie” mikrofonami. Całe szczęście Aurender zamiast pójść na który i suto oblać całość grubą warstwą lukru w swych upiększających zapędach ograniczył się jedynie do podkreślenia tembru i organiczności głosów, więc tym samym uniknął nadmiernego ich przegrzania i na dłuższą metę nudny.

W ramach podsumowania pozwolę sobie, oczywiście czysto subiektywnie, stwierdzić, że Aurender AP20 jest niezwykle … niewdzięcznym urządzeniem do analizowania. Analizowania tak jego poczynań, jak i reprodukowanego przezeń materiału muzycznego. Wystarczy bowiem wygodnie rozsiąść się w ulubionym fotelu, zasilić playlistę dopasowanym do naszego nastroju repertuarem i dać się otulić muzyką zapominając przy tym o troskach dnia codziennego. Jeśli zatem szukacie Państwo wszystkomającego all-in-one’a, któremu do szczęścia potrzebne są tylko prąd, kilka przewodów i kolumny a samym Wam zależy na delektowaniu i rozkoszowaniu się muzyką a nie jej chłodną wiwisekcją i rozbijaniem każdego dźwięku na atomy, to śmiem twierdzić, iż tytułowa 20-ka powinna spełnić Wasze oczekiwania.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF; 2 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + WK Audio TheRed Power
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Wiadomym jest, że Aurender od lat jest pełnoprawnym przedstawicielem plikowego mainstreamu. Jednak dziwnie spokojny o wygraną założę się o przysłowiową skrzynkę jabłek, że znakomita większość z Was nie zna go z będącej tematem tej epistoły strony. Chodzi o fakt kojarzenia go li tylko ze źródłami w postaci „gołych” transportów lub wyposażonych w przetwornik D/A streamerów, gdy tymczasem dzisiaj zajmiemy się jego bardzo uniwersalną i podobno mocno pożądaną wersją. Otóż łódzki dystrybutor AudioFast spośród szerokiej oferty Koreańczyków tym razem przysłał nam do zaopiniowania swoiste „All in One”. Tak tak, to transport, przetwornik i wzmacniacz w jednym, co nie tylko pozwala zmniejszyć koszty tego typu rozczłonkowanej „wieży”, ale także zaoszczędzić sporo miejsca na zazwyczaj zajmującej centralne miejsce w salonie komodzie. Fajnie? Myślę, że tak, jednak jest jeden warunek. Jaki? Tego typu urządzenie musi obronić się brzmieniem. Czy tak jest w tym przypadku? Tego dowiecie się z lektury dalszej części poniższej relacji.

Tytułowy kombajn nie jest specjalnie duży. Jednakże ze względu na sporą uniwersalność nie jest też mały, gdyż oprócz sekcji źródła teraz musi pomieścić także segment wzmocnienia, dlatego swoimi rozmiarami tak w zakresie szerokości, głębokości, jak i wysokości osiąga gabaryty pokaźnego wzmacniacza zintegrowanego. Jego obudowa jak na specjalistę z segmentu High End przystało jest wręcz pancerna, bowiem to skrzynka skręcona z grubych, nadających sztywność i solidną wagę konstrukcji płatów aluminium. Na jej awersie w centralnym miejscu dostajemy wielki, kolorowy i czytelny z dużej odległości wyświetlacz, co w obecnych czasach obsługi tego typu konstrukcji jedynie z aplikacji i wówczas rezygnacji z aplikowania tego typu dodatków, jest sporą rzadkością. Kontynuując opis frontu, naturalnie oprócz sporego telewizorka, z jego lewej strony znajdziemy kilka wejść obsługujących tor słuchawkowy oraz wykorzystujący wariację kwadratu włącznik, a na prawej cztery przyciski funkcyjne i sporej średnicy gałkę regulacyjną poziom wzmocnienia. Gdy dotarliśmy do rewersu, w odpowiedzi na mnogość zadań do wykonania wyposażenie jest bogate i choć sam jest źródłem, znajdziemy tam sekcję wejść cyfrowych – 2x Optical i 2x SPDIF, 2x USB, 1x LAN i wejście na zewnętrzny zegar, zaś w domenie analogowej poza terminalami kolumnowymi, 3 wejścia RCA, jedno XLR oraz jedno wyjście XLR. Całości wyposażenia dopełnia zacisk uziemienia i zintegrowane z głównym włącznikiem gniazdo zasilania IEC. Oczywiście zwyczajowo w tego typu urządzeniach w komplecie startowym dostajemy pilota zdalnego sterowania. Jeśli chodzi o osiągi naszego bohatera, w temacie wzmocnienia może pochwalić się mocą 200W / 8 Ohm i 350W /4 Ohm, a w kwestii formatów obsługuje PCM: max do 32-bit / 768 Khz i DSD: max do DSD 512.

W jaki sposób ulubioną muzykę przedstawił nasz bohater? Jedno jest pewne, zamierzenie i zarazem ciekawie unikając poszukiwania niezdrowej wyczynowości. Bez serwowania nadmiernej ilości dolnego zakresu – w sensie notorycznego burzenia murów, przez to bez problematycznego pompowania esencjonalności średnicy i po raz trzeci ze słowem „bez” doświetlania przekazu nadmierną ekspresją górnych częstotliwości. Czyli co, to nudny cherlak? Nic z tych rzeczy. Po prostu chodzi o to, że jego nadrzędnym celem było pokazanie muzyki w raczej miłej, aniżeli brutalnej odsłonie, a sposobem na taki sznyt grania było udane podanie jej w przyjemnie plastycznej estetyce. Jednak nie ulepionej na jedną nudną modłę, tylko ze sporym udziałem gładkości, ale także z dobrym akcentowaniem zmian tempa i wyrazistości zawartych w danym materiale zmiennych. Tak tak, nawet będąc umiarkowanym w kreowaniu wydarzeń scenicznych, nie przekracza cienkiej linii dobrego smaku a muzyka tętni odpowiednią werwą. Jak miało mnie coś kopnąć lub wywołać arytmię serca, dostawałem stosowną dawkę energii. Gdy innym razem miałem zakochać się w romantycznym zawieszaniu w eterze pojedynczych, w założeniu brzmiących w nieskończoność nut, mimo minimalnego ugładzenia nadal dźwięcznych wysokich tonów – po prostu unikały zbytniej ostrości, a nie były utemperowane – bez poczucia niedosytu ich lotności z wielkim zaangażowaniem wsłuchiwałem się w każdą z nich. Gdybym miał znaleźć jakieś sensowne motto brzmienia naszego punktu zapalnego spotkania, powiedziałbym, iż to wilk w owczej skórze. Na pierwszy rzut ucha jakby nieśmiały, natomiast po poznaniu jego sposobu na muzykę okazuje się, że jako umiarkowany romantyk, gdy wymaga tego materiał potrafi pokazać drugie, pełne złości ja.
Jeśli chodzi o spotkanie Aurendera z muzyką jazzową spod znaku Bobo Stenson Trio „Cantando”, tak jak po powyższej wyliczance można się domyślać, zabrzmiała w estetyce zdroworozsądkowo podanego romantyzmu. Odebrałem ją w ten sposób, bowiem w pierwszym rzędzie pokazywała zawartą w tej twórczości duchowość, a dopiero potem chcąc podkręcić do czerwoności rozbuchane w duszy emocje częstowała mnie przyjemnym dal ucha cyzelowaniem nienachalnie, acz wyraziście zawieszonych w eterze pojedynczych bytów. Muzycy brzmieli bardzo spójnie, mimo faktu częstych popisów solowych. Ale nie tylko spójnie w rozumieniu ich współpracy odnośnie rozumienia się podczas grania w pełnym składzie, ale także brzmienia samych instrumentów. Każdy na swój sposób był inny, ale ogóle podanie muzyki z nutą gładkości powodowało, że muzyka wchodziła we mnie jak w przysłowiowe masło.
Jak wypadło mocne brzmienie? Gdy słuchałem słabo zrealizowanego materiału, co zazwyczaj jest jego niechlubnym standardem – choćby Metallica „Master Of Pupptes” – wszystkie aspekty specyfiki podania materiału przez opisywane źródło działały na plus w odbiorze tej znakomitej muzy. Oczywistością jest, że lekkim kosztem zakorzenionej w niej agresji. Ale gdy jak zwyczajowo obcowałem z nią na bardzo wysokich poziomach głośności – dla tego typu kapel to prawie wymóg, aby zrozumieć, o co im chodzi, okazywało się, że pozornie niechciane ucywilizowanie dawało pozytywny rezultat, gdyż ze wzrostem serwowanej mi energii nie dostawałem już tylu realizatorskich błędów i mogłem bawić się nią do woli. Ktoś powie, że to jest niekoszerne. Być może tak, jednak, gdy w grę wchodzi przyjemność obcowania z kapelami z młodości i nawet lekkim kosztem ekspresji jest szansa zabawić się przy niej na poziomie ilości decybeli sprzed lat, ja wybieram opcję z Aurenderem. Owszem, lekko ucywilizował ów materiał, ale dzięki temu dał szansę na posłuchanie jej bez limitu wolumenu, co akurat dla mnie ma bardzo wielkie znaczenie. Cicho nawet najlepiej odtworzony rock nie smakuje, tak jak zaplanowali to muzycy, a dzięki bohaterowi testu miałem okazję popuścić wodzy fantazji.

Gdzie docelowo widziałbym opisywaną konstrukcję? Pierwszym kandydatem jest oczywiście audio-freak mający skromne warunki lokalowe i stroniący od nazbyt pobudzonej w domenie ekspresji prezentacji muzyki. AP20 to jedno, średniej wielkości pudełko, które serwuje muzykę po przyjemnej dla ucha stronie mocy. A kolejni? Z racji, że lista byłaby pewnie długa, wspomnę jedynie o osobnikach, którzy powinni omijać go z daleka. A będą nimi oczywiście wielbiciele brutalnej wyczynowości, czyli zabójczo, szybko i agresywnie. Tego od Aurendera nie dostaniecie, gdyż stawia na otulanie nas przyjemnie brzmiącą, a nie smaganie wściekle tnącą eter muzyką. Myślę, że wyłożone przeze mnie na stół karty dla wszystkich są czytelne i pomocne, gdyż wystarczy określić się co do przynależności do jednej z wymienionych grup i temat jest zamknięty. Niestety to już leży w Waszej gestii.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Aurender
Cena: 108 240 PLN

Dane techniczne
Znamionowa moc wyjściowa: 2 x 200 W / 8Ω; 2 x 350 W / 4Ω
Poziom zniekształceń harmonicznych: 0.003 % (1W do 200 W, 8 Ω i 4 Ω)
Współczynnik tłumienia: 800 (ref. 8Ω 20 Hz do 6.5 kHz)
Impedancja wyjściowa: <65μΩ @ 1kHz
Regulacja głośności: Stereofoniczny tłumik R2R oparty na przekaźniku -64dB ~ 0dB
Wyjścia analogowe: para XLR
Wejścia analogowe: 2 pary RCA, para XLR
Wejścia cyfrowe: Coax, BNC, 2 x Optical/Toslink; USB 3.0
Wejście dla Master Clock: Coaxial BNC 75Ω – 10 MHz
Komunikacja: Podwójnie izolowany Gigabit LAN; 2 x USB 3.0 (dla zewnętrznych pamięci masowych)
Obsługiwane częstotliwości: PCM:32 bit / 768 kHz; DSD512
Obsługiwane format plików: DSD (DSF, DFF), WAV, FLAC, AIFF, ALAC, M4A, APE i inne
Obsługiwane serwisy streamingowe: Qobuz, Spotify, Tidal, radio internetowe, AirPlay
Procesor: Intel Low Power Quad Core
Pamięć: 8 GB RAM; 480 GB NVME (SSD dla systemu i pamięci podręcznej); dwa sloty 2,5″ (pamięć masowa instalowana przez użytkownika)
Układ DAC: AKM 4497 – Dual-Mono
Zegar Audio: OCXO Rev2
Stopień wyjściowy: 2 moduły wzmacniacza klasy D Purifi 1ET400A w konfiguracji Dual-Mono
Pobór mocy: 47 W (Odtwarzanie), 80 W (Max), 6 W (tryb gotowości)
Wymiary (S x G x W): 43 x 36 x 15 cm
Waga: 25,9 kg