Opinia 1
Choć zwykło się uważać, że szczęśliwi czasu nie liczą to jednocześnie trudno nie zauważyć, iż ów czas, pomimo naszych najszczerszych chęci, nie tylko nie stoi w miejscu, co uparcie gna do przodu. A im bardziej imponujący wynik pokazuje licznik odmierzający liczbę lat spędzonych na ziemskim łez padole, tym wrażenie ciągłego przyspieszania staje się bardziej odczuwalne. Całe szczęście są obszary, gdzie upływ czasu odbywa się jakby wolniej, ewidentnie bardziej niespiesznie aniżeli reszty otaczającej nas rzeczywistości. I wbrew pozorom, utartym opiniom i zakorzenionym w zbiorowej mentalności jednym z takich obszarów jest … piekarnictwo. Jednak nie takie „przemysłowe – z proszku” a to prawdziwe, oparte na zakwasie, który jak to mawia prowadzący wypiek „chleba naszego powszedniego” Rafał „Nie da się go przyspieszyć, nie da się go oszukać, nie da się go wygenerować „na szybko””. Podobnie jest w High-Endzie, ale tym wielopokoleniowym, z bogatą historią i tradycjami, gdzie zmiany mają charakter ewolucyjny i podyktowane są rzeczywistą poprawą kluczowych parametrów i brzmienia a nie „ssaniem rynku”, czy ambicjami konkurowania z przysłowiową zupą pomidorową, którą jak wiadomo lubią wszyscy. Tam też wszystko, włącznie z fluktuacją generacji poszczególnych modeli, odbywa się w stosownym, dalekim od sezonowości tempie. Do owego wielce elitarnego grona bezsprzecznie należy japoński Accuphase, który od ponad półwiecza nieprzerwanie rozpieszcza złotouchą brać swoimi szampańsko-złotymi urządzeniami. Jednak robi to w swoim stylu i według własnych zasad, więc pomimo ewidentnego analogowego boomu i dominujących plików próżno w jego przepastnym portfolio szukać gramofonu, bądź streamera/transportu plików. Jest jedynie samotna jak palec wkładka AC-6 a plikograjów nie było, nie ma i z tego co wielokrotnie dane mi było usłyszeć podczas rozmów z przedstawicielami marki … nie będzie. Są za to wszelakiej maści odtwarzacze i transporty CD a przede wszystkim zarówno dzielone, jak i zintegrowane wzmocnienie, w którym można przebierać niczym w ulęgałkach i wbrew bazującym na unifikacji designu pozorom trudno mówić o jakiejkolwiek stagnacji czy osiadaniu na laurach. Dlatego też, skoro od testu wówczas flagowej 800-ki (obecna inkarnacja ma oznaczenie E-800 z sufiksem S) minęło blisko sześć lat a będącego bezpośrednim protoplastą naszego gościa E-650 … osiem (!!!), to ewidentny znak, że najwyższa pora zakasać rękawy i brać się za nadrabianie zaległości. Krótko mówiąc, dzięki uprzejmości ekipy Nautilusa możemy wreszcie rzucić tak okiem, jak i uchem na drugą od góry japońską A-klasową super-integrę – Accuphase E-700, na której recenzję serdecznie zapraszamy.
Co do aparycji naszego dzisiejszego gościa, to jak już zdążyłem zasygnalizować we wstępniaku kluczowa jest firmowa unifikacja designu, czyli de facto mając kontakt z dowolnym Accu bez trudu rozpoznamy jego, nawet najbardziej odległego pociotka, którego od reszty rodziny odróżniać będzie co najwyżej kilka funkcjonalnych niuansów. I od razu pragnąłbym zaznaczyć, że nie jest to mniej bądź bardziej udanie zakamuflowany zarzut a jedynie stwierdzenie faktu, w dodatku faktu potwierdzającego ponadprzeciętną rozpoznawalność japońskich urządzeń. I tak też jest w przypadku E-700, który po prostu wygląda jak rasowy Accuphase. Mamy zatem masywny szampański front z centralnie osadzoną taflą szkła chroniącego, jak to w przypadku A-klasowych wzmacniaczy tego producenta jest w zwyczaju, diodowe bargraphy VU-metrów. Pomiędzy nimi nie mogło zabraknąć zielono podświetlonego firmowego logotypu, czerwonego wyświetlacza informującego o sile wzmocnienia a w przypadku aplikacji opcjonalnych modułów przetwornika cyfrowo-analogowego (DAC-60) i przedwzmacniacza gramofonowego (AD-60) również o parametrach wejściowych sygnałów cyfrowych i wybranej impedancji wkładki. Tuż poniżej ww. bulaja rozmieszczono rządek niewielkich diod wskazujących na aktywne karty rozszerzeń, czy też podstawowe tryby pracy. Zanim przejdziemy do eksploracji istnego bezliku manipulatorów ukrytych pod dostojnie uchylającą się klapą nie sposób przeoczyć okupującą lewą flankę wraz z włącznikiem głównym gałkę selektora wejść oraz jej rezydującą po prawej stronie bliźniaczkę pełniącą rolę regulatora głośności. Listę zamyka „otwieracz” klapki, wyciszacz, oraz 6,3mm gniazdo słuchawkowe. A co kryje wspomniana klapka? Cóż, to już królestwo bądź, jak kto woli plac zabaw, wszystkich jednostek cierpiących na nerwicę natręctw. Do wyboru mamy obrotowy selektor wyjść i regulatory niskich i wysokich częstotliwości, balansu, trybu pracy wejść, czy też obsługi pętli magnetofonowej a pomiędzy nimi dziewięć przycisków umożliwiających aktywację sekcji equalizację, iluminacji, odwrócenia fazy, dokonania nastaw phonostage’a, czy też filtra subsonicznego i loudnessu.
Ściany boczne są lite i jedynie delikatnie pofałdowane, co biorąc pod uwagę A-klasowość E-700 może budzić pewne zdziwienie. Dla Accuphase’a to jednak nic nowego, bowiem odpowiednio „policzone” radiatory ukryto wewnątrz obudowy a ich wentylację zapewnia gęsta perforacja płyty górnej.
Jak można się było domyślić dostępne z poziomu płyty frontowej bogactwo opcji ma swoją kontynuację na plecach 700-ki, gdzie oprócz okupujących prawą parcelę akceptujących zarówno dowolną konfekcję, jak i gołe przewody podwójnych masywnych terminali głośnikowych pyszni się godny zaawansowanego procesora kina domowego istna bateria wszelakiej maści przyłączy. I tak, patrząc od lewej mamy dwa sloty na ww. karty rozszerzeń, sekcję pięciu par wejść liniowych RCA, pętlę magnetofonową, we/wyjścia na końcówkę i z sekcji przedwzmacniacza a piętro niżej dwie pary wejść XLR i oraz tym razem już w postaci XLRów zdublowane we/wyjścia z/na pre/końcówkę. Listę zamyka klasyczne gniazdo zasilające IEC. Wzmacniacz wyposażono w firmowe antywibracyjne nóżki wykonane ze stali wysokowęglowej. W zestawie nie zabrakło eleganckiego, oczywiście szampańsko złotego pilota utrzymanego w dopasowanym do jednostki głównej stylu vintage.
Na osobny akapit zasługują trzewia E-700, gdyż również i tam można zauważyć sporo dobrego. Zgodnie z tradycją uwagę przykuwa potężne, zamknięte w szczelnym ekranującym katafalku trafo zasilające, któremu towarzyszy para kondensatorów o pojemności 56 000 μF każdy. Z kolei w stopniu wyjściowym pracują w trybie push-pull przykręcone bezpośrednio do masywnych radiatorów po cztery pary MOSFET-ów (Vishay RFP9140 / IRFP240) na kanał zdolne oddać 35 W przy 8 Ω i aż 160 W przy 1 Ω obciążeniu w klasie A. Cała konstrukcja, pomijając wspólny transformator ma budowę zbalansowaną, więc również i z wejść RCA sygnał podlega symetryzacji. Dlatego też za regulację głośności odpowiada AAVA – Accuphase Analog Vari-gain Amplifier, w którym układ każdego z kanałów składa się z 16 linii napięciowych i pracuje pod kontrolą ANCC – Accuphase Noise and Distortion Canceling Circuit. Warto również podkreślić, iż zgodnie z obecną polityką firmy E-700 może pochwalić się wysokim, wynoszącym okrągły 1000 współczynnikiem tłumienia, czyli tyle samo co we flagowym E-800 / E-800S. Dla przypomnienia w 650-ce wynosił on 800.
Dość już jednak ochów i achów nad aparycją i anatomią, skoro wzmacniacz nie jest od wyglądania a grania i to przede wszystkim powinno nas interesować. A więc najwyższa pora przejść do meritum, które dla nieobeznanych z tematem może być zaskakujące, lecz nie od razu po wyjęciu z kartonu, co po pewnym czasie i to też nie zawsze. O co chodzi? Poniekąd o stereotypową, opartą na lekkim przyciemnieniu, zagęszczeniu i spowolnieniu – „gabinetową” sygnaturę przypisywaną Accuphase’om i de facto definicję najniższych składowych. I gdzie tu jakieś zaskoczenie? Przecież wypakowany prosto z kartonu i dopiero co włączony E-700 dokładnie tak zagra – przegrzaną średnicą, słodkimi wysokimi i z wyraźnie kreślonym, choć pogrubionym dołem. I w tym momencie wypada uzbroić się w cierpliwość, dać wzmacniaczowi pograć, pobyć pod prądem i to nie godzinę, bądź dwie, lecz przynajmniej kilka dni, bądź nawet tydzień, gdyż jak doświadczenia empiryczne dowodzą A-klasowe Accuphase’y wyłączania nie lubią i na tego typu praktyki reagują silną alergią objawiającą się powyższą „gabinetową” krągłością. Nie przeczę, takie pseudo-lampowe dosłodzenie może się podobać, podobnie z resztą jak ponadnormatywny i poniekąd żyjący własnym życiem najniższy bas, jednak warto mieć świadomość, że to jedynie stan przejściowy. W dodatku niespecjalnie zgodny z prawdziwym DNA i naturą naszego gościa. Jeśli jednak damy 700-ce się zaakomodować i rozwinąć skrzydła (ustabilizować tak termicznie, jak i prądowo) to zarówno na „Elgar” Sheku Kanneh-Masona usłyszymy lekkość i otwartość wiolonczeli, jak i na „Solo” Wojtka Mazolewskiego kontrabas nie będzie pracował samym pudłem a imponujący wolumen instrumentu będzie szedł w parze z wyśmienitą motoryką i rozdzielczością. Oczywiście całość prezentacji odbywa się w iście organicznej palecie barw, więc nie ma mowy o nawet najmniejszych oznakach osuszenia, czy też prosektoryjnej antyseptyczności. A gdy przed mikrofonem stanie Diana Krall, Michael Bublé bądź z grona nieco mniej mainstreamowych artystów Youn Sun Nah to robi się po prostu magicznie a szanse na terminowe skończenie odsłuchu topnieją równie szybko jak śnieg podczas ostatniej odwilży. Dostajemy bowiem niezwykle namacalny, nieco przybliżony pierwszy plan, sugestywnie rozciągniętą na boki i w głąb scenę, oraz świetnie zorganizowane, uporządkowane dalsze plany. Jedyne, co Accuphase robi „tylko dobrze” to operowanie wymiarem wysokości, co może bez odpowiednio wysokiej klasy punktu odniesienia może zupełnie umknąć uwadze obserwatora, jednak z racji iż nad wyraz regularnie umieszczam na testowych playlistach znany niemalże na pamięć album „Monteverdi – A trace of Grace” Michela Godarda na każdą, nawet najbardziej kosmetyczną, limitację jego ponadprzeciętnej przestrzenności jestem wyczulony. A 700-ka nieco obniża sklepienie Opactwa Noirlac i szybciej wygasza kłębiące się pod nim pogłosy. Co ciekawe owa maniera nie występowała na niezwykle bogatym we wszelakiej maści audiofilski plankton wydawnictwie „Sadza” Brodki a lekka krągłość najniższych składowych dodatkowo nadawała całości przyjemnej analogowości.
Czyżbyśmy byli zatem świadkami narodzin integry niemalże idealnej? Cóż, jeśli operowalibyśmy jedynie w tzw. cywilizowanych gatunkach muzycznych, to jak najbardziej. Jeśli jednak mamy słabość do post-apokaliptycznego łomotu i poziomów głośności potocznie określanych mianem stadionowych, to śmiem twierdzić, że warto w tym momencie mieć świadomość oczywistych ograniczeń mocowych Japończyka a tym samym szanować i jego i siebie. Dlatego też o ile „The End, So Far” Slipknot jeszcze dawało radę o ile tylko nie przesadziło się z dawkami decybeli, o tyle fani Behemotha mogliby „The Shit Ov God” odebrać jako nazbyt ugrzeczniony i pozbawiony niszczycielskiej potęgi. Tylko żeby była jasność – dla lwiej części potencjalnych nabywców Accuphase’a oferowana przez niego narracja będzie ze wszech miar tą oczekiwaną i pożądaną a jedynie kilka promil uzależnionych od siarkowych wyziewów i palącego jadu może uznać interpretację E-700 za nazbyt „ładną” na tle np. tej serwowanej przez kilkusetwatowe spawarki. Ale jak wiadomo, de gustibus …, więc każdy wybiera i kompletuje system pod swoje preferencje i najczęściej eksploatowany repertuar.
W ramach podsumowania nie pozostaje mi nic innego jak tylko formalne potwierdzenie, że Accuphase E-700 wyszedł Japończykom lepiej aniżeli Telly Savalasowi włosy. Nie dość bowiem, że jest wyraźnie lepszy od swojego poprzednika, to wygląda znacznie zgrabniej od flagowej 800-ki, więc jeśli tylko nie wstawicie go Państwo do 80-metrowego salonu i nie podepniecie pod słupy telegraficzne w stylu naszych redakcyjnych Gauderów przy okazji serwując mu playlistę złożoną z symfonicznego post-apokaliptycznego, kruszącego renifery, obrażającego Chrystusa, ekstremalnego wojenno-pogańskiego fennoskandzkiego metalu, to deklarowane przez producenta 35W na kanał w zupełności powinno wam do osiągnięcia audiofilskiej nirwany wystarczyć.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Pochylając się nad sprzętem japońskiego Accuphase’a jedno jest pewne, będzie to ciekawie spędzony przy muzyce czas. Oczywiście ciekawy z racji zwyczajowego oferowania bardzo dobrej jakości dźwięku. Czy zatem oznacza to, że tak naprawdę z racji powtarzalności fajnych wyników spokojnie możemy zarzucić opisywanie kolejnych konstrukcji? Otóż choćby z uwagi na drobne zmiany w zależności od panującej na rynku „mody” brzmienia elektroniki nie. I z takim zacięciem osobiście podszedłem do sprawdzenia możliwości będącego głównym tematem, stosunkowo niedawno wprowadzonego do oferty wzmacniacza zintegrowanego tego producenta. Czym tym razem będziemy się zajmować? Dla mnie bardzo ciekawą konstrukcją, gdyż krakowski Nautilus dostarczył pochodzącą z kraju kwitnącej wiśni, pracującą podobnie do mojego piecyka w czystej klasie A, bajecznie prezentującą się wizualnie, bogatą od strony wyposażenia, integrę Accuphase E-700. Przyznacie, temat zapowiada się ciekawie. Jeśli potwierdzacie moje stanowisko, nie pozostaje nic innego, jak zapoznać się z wykreowaną podczas kilkunastodniowej zabawy z nią serią poniżej skreślonych na klawiaturze wniosków.
Co wizualnie i w kwestii wyposażenia oferuje popularnie zwany Accu E-700? Być może zabrzmi to banalnie, ale pewnego rodzaju standard. Czyli jest pięknie ubranym w złotą szatę frontu oraz korelującym z nim ciepłym brązem reszty obudowy dziełem sztuki użytkowej. A dziełem, gdyż po oswojeniu się z ciekawą kolorystyką, pierwsze skrzypce na awersie grają tak lubiane przez użytkowników, w tym przypadku zamiast wskazówek wychyłowych, poprzecznie zorientowane na czarnym tle piktogramowe wskaźniki oddawanej mocy. Drugie usadowione na zewnętrznych flankach duże gałki wyboru wejścia i poziomu wzmocnienia. A trzecie skryta pod elegancką klapką bateria różnego rodzaju manipulatorów. Ta ostatnia jest naprawdę bogata, a przez to zapewniająca urządzeniu pełną uniwersalność konfiguracyjną z potencjalnym systemem. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, jest równie imponujący w domenie uniwersalności. Oczywiście za sprawą różnego rodzaju wejść, wyjść i przelotek sygnału w obydwu standardach – RCA oraz XLR. Nie będę wymieniał wszystkiego, bo to naprawdę jest w dobrym znaczeniu przysłowiowa „choinka”. Naturalnie oprócz tej ferii przyłączy znajdziemy na nim jeszcze niezbędne do pracy gniazdo zasilania, podwojony zestaw terminali kolumnowych oraz zaślepione dwa sloty na opcjonalne karty przetwornika D/A i phonostage’a. Jak w każdym tego typu urządzeniu standardowo dostajemy pilota zdalnego sterowania. Kreśląc kilka zdań na temat najważniejszych osiągów opiniowanego wzmacniacza, najważniejszymi są wspominana wcześniej przeze mnie praca w czystej klasie A oraz oddawanie ciągłej mocy na poziomie 35 przy 8, 70 przy 4 i 160W przy 2 Ohmach. Dużo? Mało? Powiem tak. Być może dla niektórych może to się wydawać stosunkowo skromnym zapleczem mocowym, jednak wielu z Was pewnie zaskoczę, gdyż codzienne życie z muzyką przy użyciu tej konstrukcji pokazało całkowicie coś innego. Co? Naturalnie o tym w kolejnej części tekstu.
Czym uraczył mnie japoński wzmacniacz? Po pierwsze typową dla dobrze zaaplikowanej klasy A esencjonalnością przekazu. Po drugie przy mocnym hołubieniu nasycenia zapewnieniem muzyce stosownej ilości informacji. Po trzecie dzięki fajnemu oddechowi i otwartym w brzmieniu wysokim tonom swobodą prezentacji. A po czwarte jako suma wszystkich poprzednich aspektów połączonych z dobrym budowaniem wirtualnej sceny w każdym z 3 wymiarów, namacalnością odbioru muzyki. Owszem, z wyczuwalną nutą plastyki i gładkości, jednak bez efektu nadmiernego zaokrąglania dźwięku powodującego uśrednianie wybrzmiewania tak ważnych dla niektórych nurtów muzycznych pojedynczych nut. A czy nie brakowało mu mocy, bo jednak zasilał wielkie kolumniszcza? Może Was zaskoczę, ale jakiejś niepokojącej zadyszki nie zauważyłem. Muzyka w zależności od estetyki jaka ją definiowała raz brzmiała miło i przyjemnie, a innym razem agresywnie. Ta druga oczywiście z delikatnym nalotem ciepła, jednak konsekwentnie z werwą w kwestii dynamiki i agresji. I nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, iż uniwersalność radzenia z dosłownie każdym materiałem była na tyle dobra, że bez kozery uważam ją za piąty z pozytywnych aspektów brzmienia naszego bohatera.
Jako dowód na dobry wynik w starciu z materiałem spod znaku mocnej ekspresji wspomnę grupę Radiohead płytą „Hail To The Thief”. Co prawda nie jest to szaleństwo typu Iron Maiden, ale na płycie zarejestrowano kilka reprezentacyjnych dla fajnego rockowego grania, czyli na przemian bardziej balladowych z mocniejszymi w kwestii wyrazistości oferowanej energii. W efekcie wykorzystania w systemie tytułowego Japończyka melodyjne kawałki zabrzmiały płynnie i intymnie, przez to trafiały w bardziej emocjonalną w rozumieniu intymności otchłań mojej duszy. Jeśli chodzi o ostrzejsze, także mocno angażując zmysły w dobrej, jedynie minimalnie bardziej płynnej jakości tym razem pomagały zaspokoić drugą stronę mojej pokręconej duszy, czyli dać się jej w pełni wykrzyczeć. I co bardzo ważne, bez najmniejszych szkód dla jakości podania materiału w pełnym spektrum poziomu głośności, co udowodniło, że co jak co, ale mocy E-700-ce nie brakowało.
Biorąc na tapet coś z przeciwległego muzycznego bieguna padło na ostatnią płytę Wojtka Mazolewskiego „Solo”. To bardzo udany popis wirtuozerii wspomnianego artysty. I co ciekawe, nie jako występ od początku do końca jednego instrumentu – mowa o jego podstawowym atrybucie w postaci kontrabasu, tylko podobnie do rocka raz szybki, a innym razem spokojniejszy muzyczny zapis multiinstrumentalny. Jednak w przeciwieństwie do poprzedniego krążka tym razem wszystkie, nawet te naładowane ekspresją popisy artysty były wodą na młyn pozytywnego występu wzmacniacza. Powodem oczywiście było idealne trafianie estetyki brzmienia Accuphase w potrzeby płynności, barwy i ciepłej transparentności tego typu twórczości. Naturalnie, aby przekaz cechowała odpowiednia dawka realizmu bardzo dobrze zostały oddane także niuanse typu ostrość rysunku scenicznych bytów i wiarygodne zagospodarowanie wirtualnej sceny. Efekt był na tyle udany, że bez naciągania faktów zaliczam go do tych najlepszych, jakie udało się wykreować w swoim pokoju. Lubię brzmienie klasy A i nasz bohater w zakresie zajmowanej półki cenowej pokazał jej najlepszą odsłonę.
Komu dedykowałbym opiniowanego Accuphase E-700? Z jednym małym wyjątkiem wszystkim miłośnikom muzyki w dobrej jakości. Swoimi walorami soniczmymi w mgnieniu oka potrafi wręcz zaczarować słuchacza. Na tyle skutecznie, że niejednokrotnie będziecie zaskoczeni dziwnie szybkim zakończeniem pochłaniającej Wasze zmysły płyty. Przynajmniej ja takich sytuacji z moim ulubionym repertuarem zaliczyłem co najmniej 3. A kogo miałem na myśli wystosowując drobne ostrzeżenie? Naturalnie chodziło o piewców radykalnego w każdym aspekcie, czyli agresywnego oraz szybkiego grania. Niestety będąca zaczynem do powstania tego wzmacniacza klasa A służy do słuchania muzyki w jej bardziej ludzkiej odsłonie i z racji innych złożeń konstrukcyjnych celowo unika wyścigów na parametry typu wyrazistość i szybkość ataku. Obie cechy poda w sposób stosowny dla swojej klasy pracy, czyli zawsze w służbie muzykalności, a nie wyrazistości ponad wszystko. I tym optymistycznym akcentem kończę tę sesję testową. Sesję, w której mam nadzieję, wszystko wyłożyłem w miarę jasno i zrozumiale.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Nautilus
Producent: Accuphase
Cena: 53 900 PLN
Dane techniczne
• Moc wyjściowa (RMS): 2 × 160 W/1 Ω, 2 × 140 W/2 Ω, 2 × 70 W/4 Ω, 2 × 35 W/8 Ω
• Pasmo przenoszenia:
Wejście liniowe: 20-20 000 Hz (+0/–0,5 dB),
Power IN: 20-20 000 Hz (+0/–0,2 dB) dla pełnej mocy,
Power IN: 3-150 000 Hz (+0/–3.0 dB) dla mocy 1 W
• Stosunek sygnał / szum (ważony A): high level 103 dB, balanced 103 dB, main in 117 dB
• Całkowite zniekształcenia harmoniczne (THD): 0.03%
• Zniekształcenia intermodulacyjne: 0,01%
• Współczynnik tłumienia (Damping factor): 1000 (8 Ω/50 Hz)
• Tłumienie: -20 dB
• Regulacja barwy dźwięku:
BASS: 300 Hz/± 10 dB (50 Hz),
TREBLE: 3 kHz/± 10 dB (20 kHz)
• Regulacja sygnału wyjściowego: +6 dB (100 Hz)
• Wyjście słuchawkowe: 8 Ω lub więcej
• Napięcie wyjściowe: 0.666 V/50 Ω
• Zasilanie: AC 230 V, 50 Hz
• Pobór mocy: 178 W (standby), 290 W (IEC 62368-1)
• Wymiary (S × W × G): 465 × 191 × 428 mm
• Waga: 24.9 kg
Opinia 1
Jak każda szanująca się marka produkująca kolumny głośnikowe, tak też tytułowe duńskie Raidho może pochwalić się szerokim portfolio swoich produktów. Naturalnie mam na myśli nie tylko linie kreowane przez skomplikowanie techniczne, a przez to finalne koszty danego modelu, ale także w zakresie każdej wspomnianej prze mnie momentem grupy propozycje determinowane rozmiarem. I gdy zapoznacie się z serią załączonych zdjęć, jasnym będzie, iż ten ostatni aspekt będzie główną osią dzisiejszego spotkania, gdyż na tle dotychczasowych doświadczeń testowych z ofertą ze Skandynawii tym razem przyjrzymy się skromnym gabarytowo monitorom. Czy to ma sens, przecież to naprawdę „maluszki”? Ależ jak najbardziej, gdyż nie każdy dysponuje dużym pomieszczeniem i czasem takie przysłowiowe „pudełka po butach” są jedyną szansą na jakiekolwiek obcowanie z muzyką w domowym zaciszu. Oczywiście nie można spodziewać się ściany nieskrępowanego w każdym aspekcie dźwięku, jednakże nawet tak małe konstrukcje, a czasem tylko takie małe są w stanie pokazać rzeczy, których wielkie skrzynie nie są w stanie tak namacalnie wykreować. Jeśli zatem jesteście ciekawi, co potrafią dostarczone przez warszawskiego dystrybutora Hi-Fi System pochodzące z Danii kolumny Raidho X1t, nie pozostaje nic innego, jak zapoznać się z poniższym opisem bardzo przyjemnej dla mnie w odbiorze sesji testowej.
Nasze bohaterki w temacie budowy od materiałów zastosowanych na obudowę, przez głośniki, po elementy wewnętrze są ewidentnym przedstawicielem szkoły Hi-Tech. A świadczą o tym usztywniający samą w sobie dość odporną w tej kwestii, bo małą obudowę aluminiowy front, zbudowany w systemie kanapkowym głośnik nisko-średniotonowy – połączenie czystego aluminium z tlenkiem tego materiału o nazwie Ceramix, zewnętrznie pokrytego powłoką tytanową, wysokotonówka z membraną na bazie aluminium, zastosowanie magnesów neodymowych oraz okablowanie z oferty marki Nordost. Jak widać, panowie z północy Europy nie szczędzili środków, aby powołać do życia coś ciekawego. Taki tropem poszli także kreując dedykowane dla tego modelu, ciekawe wzorniczo, za sprawą łagodnie łukowatej „nogi” lekko pochylone ku tyłowi, identycznie jak kolumny wykończone w czarnym lakierze fortepianowym podstawki. Jeśli chodzi o ich osiągi techniczne, są konstrukcjami dwudrożnymi o skuteczności na poziomie 85 dB / 6 Ohmów, wentylowanymi zorientowanym na przedniej ściance portem bass-refleks oraz bez podstawek ważącymi 8 kg sztuka.
Co pokazały maleńkie monitory z Danii? Jak można było się spodziewać, najniższego dolnego zakresu nie miały szans wygenerować. Jednak może się zdziwicie, ale w zamian miały inne zalety związane z tym zakresem. Chodzi mianowicie o udane przez konstruktorów unikanie siłowego poszukiwania tej częstotliwości w imię udawania większych niż są. To zawsze kończy się w najlepszym przypadku uśrednieniem, jak nie bolesnym napompowaniem, dlatego rad jestem, że Duńczycy nie poszli tym tropem. W zamian zaś tylko zaoferowali mocny sygnał, że coś w czeluści dolnych partiach się dzieje, a bardziej skupili się na wykreowaniu dobrze nasyconej średnicy. Oferującej duży poziom bogatej w informacje energii, co sprawiało, że mimo braku typowego dla wielkich kolumn dołu muzyka brzmiała bardzo przyjemnie. Oczywiście duży udział w takiej prezentacji miało umiejętne strojenie także często żywiej brzmiącej od głośników kopułkowych wysokotonowej wstęgi. Owszem, cały czas pokazywała pazur, jednak była daleka od nachalności, co jedynie wspierało rozmach budowania wirtualnej sceny, a nie serwowało jakiejkolwiek nerwowości lub natarczywości w tym pasmie. I gdy zbierzemy wymienione aspekty do kolokwialnie mówiąc „kupy”, okazuje się, że dostałem swobodny i świetnie wypełniający dźwięk nawet mój, naturalnie nazbyt wielki dla tych kolumn pokój odsłuchowy – to efekt typowej projekcji dla kolumn monitorowych, a jedynym ograniczeniem serwowanego dźwięku była ilość – z naturalnych względów występującego w formie solidnej informacji – najniższego zakresu. I żeby nie było, potraktujcie to jako pozytyw, gdyż próba dogonienia przez tak kompaktowe monitory dużych kolumn w kwestii basu, byłoby ewidentnym strzałem w stopę. Na szczęście inżynierowie Raidho znają się na rzeczy i jeśli ktoś oczekuje tego zakresu więcej, dobrze zestrojony dostanie w modelu o oczko wyżej w cenniku. Jak przy takim strojeniu wypadła muzyka?
Będąc rozsądnym nie wziąłem na tapet pewnego kilera dla kolumn w postaci ścieżki dźwiękowej filmu „Blade Runner 2049” , bo bym się ośmieszył. Ale już rockowe opowieści spod znaku Riverside „Love, Fear And The Time Machine” pokazały, iż Duńczycy wykonali znakomitą robotę. Chodzi o to, że nie forsowali ilości basu, a w zamian zadbali o soczystość i zapewnienie odpowiedniej energii w środku pasma, co pozwoliło uzyskać muzyce odpowiedni drive i wagę. A, że w moim wielkim roomie bez solidnych kopnięć na samym dole, to tylko dobrze, gdyż w małym pokoiku sytuacja odbierana będzie inaczej. Owszem, nadal nie byłoby najniższego basu, jednak odpowiedź pomieszczenia zapewne fajnie to skompensuje, dlatego w moich warunkach do dobrej oceny brzmienia tej formacji przy wykorzystaniu modelu X1t wystarczyło solidne podbudowanie wokalizy wraz z większością będących w składzie instrumentów – naturalnie bez stopy perkusji oraz dzięki zaletom monitorów swobodne wizualizowanie wirtualnej sceny w pełnym spektrum goszczącej kolumny kubatury. Było żywo i za sprawą środka pasma namacalnie, a dzięki temu z radością, o co przecież w naszej zabawie chodzi.
Próbując sił kolumn z choćby jazzem Leszka Możdzera na płycie „Piano” wiedziałem, że będzie tylko lepiej. Naturalnie, gdy kolumny idą do samego dołu, muzyka brzmi deczko inaczej. Jednak, jeśli zrobimy to nachalnie serwując ilość kosztem jakości, mamy przepis na jakościowy dramat. W tym przypadku kolejny raz znakomitą pracę wykonał środek pasma. Oczywiście także tym razem zgadzam się, że fortepian w dolnych partiach był zbyt skromy, jednak już ze swoim brzmieniem od środka, do żywej, ale nie przepalonej góry pokazywał raz znakomitą szybkość, innym razem lirykę, a jeszcze innym rozwibrowanie i lotność najdelikatniejszej nuty, co tak naprawdę jest clou tej pozycji płytowej. Niespiesznej w graniu, ale za to wymagającej jakości podania każdego akordu lub przypadkowego dotknięcia instrumentu, co akurat tytułowe Raidho mają zapisane w kodzie DNA. Reasumując to podejście mogę powiedzieć tylko jedno, gdy wziąłem poprawkę na ich naturalne ograniczenia, płyta zabrzmiała świetnie.
Gdzie widziałbym tytułowe Dunki? Oczywiście pomijając ich nietuzinkową, bo w estetyce popularnego Hi-Techu aparycję, wszędzie tam, gdzie podobni do mnie i mojego alter ego osobnicy, czyli zakochani w muzyce melomani oraz audiofile dysponują skromnym gabarytowo pokojem. I to bez jakichkolwiek dalszych ograniczeń. Po czym to wnoszę? Naturalnie na bazie zrelacjonowanej sesji testowej, która pozwala domniemać, że jeśli u mnie, czyli w skazującym je na porażkę wielkim pokoju wyszły ze starcia z tarczą, to w dedykowanym, już choćby o połowę mniejszym będzie tylko lepiej. A lepiej nie dlatego, że mają problem z wypełnianiem pomieszczenia świetnym dźwiękiem, tyko do oferowanego rozmachu dojdzie większy udział dolnego zakresu, co da solidniejszą w podstawie, a przez to prawdziwszą wersję słuchanej muzyki. Dla mnie to bez dwóch zdań bardzo udany projekt kolumn do małych kubatur.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Opinia 2
W czasach, gdy cena metra kwadratowego powierzchni mieszkalnej niebezpiecznie zbliża się do równowartości tygodniowych wakacji na Barbadosie w wypasionym hotelu powoli przestaje dziwić fakt dramatycznego kurczenia się metraży trafiających na rynek lokali. To co kiedyś było li tylko kawalerką awansowało do miana mikro-apartamentu, więc i 25 m² z kredytem do niemalże samej emerytury może być okazją zarówno do dumy, jak i zadania szyku „w towarzystwie”. Mam cichą nadzieję, iż rozumiecie Państwo ewidentne przejaskrawienie i poniekąd śmiech przez łzy, jednak obecna sytuacja daleka jest od wymarzonej. Dlatego też chcąc nieco ulżyć „szczęśliwcom” operującym iście japońskimi metrażami (w centrum Tokio powierzchnia kawalerek wynosi 13-25 m²) tym razem, dzięki uprzejmości ekipy Hi-Fi Systemu, postanowiliśmy pochylić się nad kolumnami niejako dedykowanymi do właśnie takich „przytulnych” wnętrz, czyli najmniejszymi z rodu Raidho X1t.
Jak na powyższych zdjęciach widać X1t są małe i na dodatek kruczoczarne, co biorąc pod uwagę, iż ciemne kolory podobno wyszczuplają dodatkowo podkreśla filigranowość tytułowych maluchów. Chociaż patrząc na białą alternatywę niespecjalnie zauważam jakąś istotną różnicę w postrzeganiu ich rozmiarówki. Mniejsza jednak z tym, gdyż zdecydowanie bardziej istotnym jest fakt, iż poza pokrytymi lakierem fortepianowym korpusami Raidho mogą pochwalić się ciekawą konstrukcją swoich frontów. Otóż zamiast konwencjonalnie przykręcić przetworniki do wykonanej z tego samego materiału co reszta skrzynek płyty czołowej Duńczycy zdecydowali się na znacząco bardziej zaawansowane rozwiązanie, czyli aplikację drajwerów masywnych aluminiowych profilach. Oczywiście uwagę zwraca autorski wstęgowy wysokotonowiec z aluminiową membraną, któremu towarzyszy 5,25″ kanapkowy (aluminiowo – ceramiczny) pokryty tytanem mid-woofer Ceramix wspomagany umiejscowionym pod nim kanałem bas-refleks. Z kolei na ścianie tylnej znajdziemy jedynie akceptujące banany i wtyki BFA pojedyncze terminale głośnikowe.
Mamy zatem do czynienia z klasycznym, wentylowanym układem dwudrożnym, który zgodnie z zapewnieniami producenta, od strony elektrycznej oferuje 85 dB skuteczność przy 6 Ω, co jasno wskazuje, iż dobierając do niego wzmocnienie warto sięgać po amplifikację wydajną prądowo i nieskąpiącą Watów. Z czysto kronikarskiego obowiązku nadmienię również, że wewnętrze okablowanie wykonano przewodami Nordosta, a decydując się na X1t sensownym wydaje się wybór opcjonalnych, acz świetnie dopasowanych wzorniczo, firmowych standów. Na wyposażeniu nie ma za to maskownic, więc warto mieć to na uwadze o ile tylko przestrzeń życiową dzielimy z ciekawską, małoletnią progeniturą bądź równie pomysłowymi „braćmi mniejszymi”.
A jak Raidho X1t grają? W telegraficznym skrócie … zaskakująco. Przynajmniej dla osób, które do tej pory nie miały jeszcze przyjemności zasmakować w duńskich delicjach. Chodzi bowiem o fakt, iż X1t generują na tyle obszerny i co najważniejsze osadzony na solidnym basowym fundamencie spektakl muzyczny, że część posiadaczy po wielokroć większych podłogówek może zacząć zachodzić w głowę, czemu wstawiła do siebie takie obeliski, skoro mogła osiągnąć porównywalne, bądź wręcz lepsze rezultaty za pomocą tytułowych maluchów. Nauszne omamy i omijanie praw fizyki? Raczej solidna inżynieria i znajomość psycho-akustyki, gdyż przecież historia zna przypadki, gdy z niewielkich, wręcz miniaturowych drajwerów starano się uzyskać kruszące mury (niekoniecznie Jerycha) basiszcze. Wystarczy wspomnieć wszelakiej maści Boomboxy i im podobne koszmarki łapiące za ucho „autorskimi” equalizacjami podbijającymi najniższe składowe. A Raidho są niejako zaprzeczeniem wszelakiej przesady i zaburzeń liniowości, gdyż charakteryzują się niezwykłą kulturą i koherencją prezentacji. A, że przy okazji nie sposób zarzucić im zbytniej chrupkości, bądź wręcz anorektycznej anemii basu to śmiem twierdzić powód do zadowolenia a nie szukania dziury w całym. Jedynie od razu na wstępie pozwolę sobie nadmienić, iż zgodnie z przewidywaniami Raidho zdecydowanie korzystniej – bardziej angażująco wypadają z mocnymi i dysponującymi odpowiednią wydajnością prądową klasycznymi A i AB-klasowymi wzmacniaczami aniżeli z mocnymi jedynie na papierze D-klasowymi wynalazkami. I choć mojego dyżurnego 300W Vitusa śmiało można uznać za sporo „przewymiarowanego”, to już mariaż z 35W Accuphase A-700 (recenzja wkrótce), pokazał, że szczególnie na gęstych, ciężkich i zagmatwanych aranżacjach w stylu „Pro Xristou” Rotting Christ mocy nigdy za wiele, gdyż duńskie maluchy Waty i Ampery chłonęły niczym gąbka. Jednak przy powyższym, dość apokaliptycznym repertuarze na jaw wyszły kolejne cechy Raidho. I tak poziom namacalności i zaangażowania rósł wprost proporcjonalnie do docierających mych uszu dawek decybeli, więc o ile nieobowiązujące poziomy głośności sytuowały X1t na poziomie dźwiękowych „zapychaczy tła”, które co prawda dźwięki generowały, lecz raczej pod postacią okołomuzycznych plam o tyle jeszcze pozwalające na w miarę komfortową rozmowę, ale zdecydowanie lepiej słyszalne przez resztę, niekoniecznie uczestniczących w odsłuchach, domowników poziomy bezsprzecznie tytułowe kolumny „otwierały”. Co jednak ciekawe nie udało mi się, nawet przy mało akceptowalnych głośnościach sprawić, by Raidho na skutek kompresji złapały zadyszkę bądź lekką nerwowość. O nie, prędzej sam byłem w stanie rzucić ręcznik na ring w obawie o swój słuch aniżeli one choćby zbliżyły się do granicy własnych możliwości. Nie da się jednak ukryć, iż X1t zdecydowanie bardziej komfortowo i zgodnie z własnym DNA czuły się przy nieco mniej ekstremalnych wytworach ludzkiej kreatywności. Wystarczyło bowiem sięgnąć po pełen urzekających orkiestracji najnowszy krążek Moby’ego „Future Quiet”, bądź nie mniej wysublimowany „Lost Pieces” Youn Sun Nah, by gładkie i niezwykle wyrafinowane dźwięki otuliły nas niczym jedwabny kokon. Raidho z wrodzonym sobie wdziękiem i wyczuciem budowały utkane z delikatnych dźwięków trójwymiarowe muzyczne pajęczyny i otaczały je bezkresną otchłanią aksamitnej czerni. I choć precyzja obrazowania zasługiwała wyłącznie na same superlatywy, to nie sposób było mówić o jakichkolwiek wyostrzeniach, czy nadmiernym konturowaniu. Ba, początkowo można było wręcz odnieść wrażenie, że firmowa wstęga gra aż nazbyt zachowawczo, jednak z biegiem czasu okazywało się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku a ów pozorny efekt wycofania najwyższych składowych bierze się jedynie z delikatnego zaakcentowania i dopalenia, dosaturowania średnicy, która „kradnie” lwią część naszej atencji. O tak oczywistych aspektach, jak znikanie z wirtualnej sceny nawet nie wspominam, gdyż skoro z owym wyzwaniem celująco poradziło sobie starsze rodzeństwo, to trudno, żeby tytułowe mini-monitory miały im pod jakimkolwiek względem ustępować.
Jak mam nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika, iż z racji swych dość nikczemnych gabarytów Raidho X1t trudno uznać za w pełni uniwersalne i sprawdzające się w każdej sytuacji. Jeśli jednak dysponujecie Państwo pokojem o powierzchni nieprzekraczającej 20 – 25 m² a jednocześnie macie na stanie odpowiednio muskularny wzmacniacz i/lub najcięższe odmiany metalu na Waszych playlistach goszczą raczej okazjonalnie, to szanse na to, iż duńskie maluchy przypadną Wam do gustu są całkiem spore. Ba, z racji praktycznie zupełnej niewrażliwości na bliskość ścian, owe prawdopodobieństwo synergii może okazać się zaskakująco wysokie, gdyż nie od dziś wiadomo, że co jak co, ale kolumny odsunięte na metr, bądź nawet więcej od ściany zazwyczaj nie znajdują uznania w oczach „strażniczek domowego ogniska” a tu raptem kilkanaście cm oddechu w zupełności wystarczy.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Dystrybucja: Hi-Fi System
Producent: Raidho Acoustics
Cena: 27 998 PLN
Dane techniczne
Konstrukcja: 2-drożna, bas-refleks
Pasmo przenoszenia: 70 Hz – 50 kHz
Impedancja nominalna: >6 Ω
Skuteczność: 85 dB/2,828 V/m
Częstotliwość podziału: 3,5 kHz
Zastosowane przetworniki: wstęgowy przetwornik wysokotonowy; 5,25″ nisko-średniotonowy Ceramix
Wymiary (S x W x G) 145 x 320 x 230 mm
Waga: 8 kg/szt.
Opinia 1
Mówcie co chcecie, ale będącą gościem dzisiejszej pogadanki rodzimą markę Fezz Audio śmiało można nazwać ambasadorem polskiej myśli technicznej. Powód? Nie będę zbyt długo się rozwodził, tylko przywołam udaną ekspansję na rynek azjatycki potwierdzoną m.in. firmowym salonem w … Guangzhou. Mało? Cóż, ja nie mam więcej pytań. Mam za to propozycję zapoznania się z relacją z sesji testowej oferującego sporą moc wzmacniacza. Oczywiście idąc za fotografiami będzie to opis brzmienia dostarczonego przez pabianicki 21Distribution – wzmacniacza zintegrowanego Fezz Audio Olympia. To nieduża, zgrabna, ale jak napomknąłem zaskakująco mocna konstrukcja, co sprawia, że w kwestii wysterowania większości kolumn głośnikowych jest bardzo uniwersalna. Zaintrygowani? Jeśli tak, zatem zapraszam zainteresowanych do lektury poniższego tekstu.
Jak unaoczniają fotografie, Olympia to zgrabne i przyjemne wzorniczo dla oka urządzenie. Mówimy tutaj o zintegrowanym wzmacniaczu, który do elektroniczne trzewia kryje wewnątrz typowej dla wielu urządzeń lampowych platformie, eksponując na niej zastosowany zestaw lamp sterujących, lamp mocy i transformatorów wyjściowych. Pomysł jest znany od lat, ale nie zawsze tak udany wizualnie, jak w przypadku ładnie zaprojektowanego przez firmę Fezz Audio. A ładnie dlatego, że oprócz zastosowania zaoblonej na krawędziach płaskiej skrzynki ze szklanymi bańkami na jej górnej połaci, zastosowano dodatkowo ciekawą grę kolorów. Chodzi oczywiście o srebrną obwolutę z aluminium i zachodzące lekko na rewers obie ścianki boczne oraz czerń górnej płaszczyzny, co jest obecnie najbardziej modnym połączeniem barwowym. Temat wyposażenia awersu rozwiązują zorientowane na zewnętrznych rubieżach dwie sporej średnicy gałki – lewa Volume, prawa selektor wejść oraz centralnie umieszczone, podświetlane logo producenta. Jeśli chodzi o rewers, ten typowo dla lampowych wzmacniaczy zintegrowanych oferuje nabywcy dwa odczepy da kolumn 4/8 Ohm. Nasz niepozorny piecyk to bezapelacyjny mocarz, bowiem aż 4 lampy KT88 na kanał pozwalają wygenerować wzmacniaczowi niebagatelne 100W mocy, a to już nie są przelewki. Wiem, bo podczas testu słyszałem, jak swobodnie radzi sobie z moimi wielkimi kolumnami, 3 wejścia liniowe RCA, wejście na końcówkę mocy, wyjście na subwoofer, przełącznik masy oraz niezbędne do pracy gniazdo zasilania IEC. Fajnym dodatkiem jest zastosowanie dodatkowego slotu – w wersji testowej była zaślepka – dla przetwornika cyfrowo-analogowego. Naturalnie w komplecie startowym występuje również pilot zdalnego sterowania oraz w znakomitej większości pochodzący z oferty JJ zestaw lamp.
Co potrafi lampowa Olympia? Naturalną koleją rzeczy odsłuch rozpocząłem stosując standardowe szklane bańki JJ. Nie powiem, dźwięk spokojnie się bronił, bowiem oprócz odpowiedniej kontroli moich kolumn, oferował niezłą barwę, plastykę i zaskakująco wyrazisty w kwestii budowania realiów wydarzeń scenicznych drive. Efekt był na tyle ciekawy, że gdy ktoś nie dysponuje wolnymi środkami pieniężnymi, spokojnie można z nim żyć. Efekt soniczny nigdy nas nie zawiedzie, ale uprzedzając nieco fakty nie będzie to ostatnie słowo tej konstrukcji. Do czego piję? Oczywiście do potencjalnej zmiany zestawu lamp na choćby na dostarczone przez dystrybutora jako w miarę niedroga alternatywa spod znaku Gold Lion. Po co o tym wspominam? Otóż, jeśli po ewentualnym zakupie tytułowej integry jesteście w stanie wysupłać kilka dodatkowych „dudków”, zapewniam warto przeznaczyć je na wspomniane szklane bańki. Może zabrzmi to górnolotnie, ale to całkowicie inny świat. Co prawda mniej agresywny w temacie krawędzi dźwięku i szybkości ataku, ale nie dość, że straty we wspomnianych kwestiach są minimalne, to zyskujemy rozmach prezentacji, czarujące rozwibrowanie dźwięku, jego większą homogeniczność, co z automatu przekłada się na lepszą namacalność kreowanych wydarzeń na szerokiej i głębokiej wirtualnej scenie. Nagle muzyka staje się bardziej radosna i kolorowa. Efekt jest na tyle udanie wprowadzony w życie, że muzyka nastawiona na czarowanie słuchacza czerpie z niego pełnymi garściami, a ta mająca go kolokwialnie mówiąc energetycznie sponiewierać, z minimalnym, naprawdę minimalnym w stosunku do lamp JJ uspokojeniem agresji jej podania, mimo wszystko dobrze oddaje zapisanego w kodzie DNA ducha grających wściekle na instrumentach buntowników.
Na pierwszy obrazujący możliwości Olympii ogień weźmy ostatnio mocno eksploatowanego przeze mnie Wojtka Mazolewskiego w kwintecie i jego koncertowy krążek „Live Spirit I” . To naturalnie mimo kilku dość wyrazistych w kwestii szybkości grania formacji utworów, bardzo nastrojowy materiał. Pokazujący nie tylko wirtuozerię muzyków, ale także ich zrozumienie siebie nawzajem, co przekłada się na fajnie współgrające ze sobą ciekawe pasaże instrumentalne. Oczywiście z pełną gamą najdrobniejszych niuansów każdego z nich. I właśnie ten ostatni aspekt wzniósł się na wyżyny dopiero po wymianie lamp na GL. Panowie bawiąc się czarowali i grą i barwą i sposobem artykulacji akordów, co nie ma się co oszukiwać, lepszy set lamp pokazał w najlepszym możliwym wydaniu.
Po takim pokazie audiofilskich smaczków przeskakując na drugi biegun muzycznych dokonań na testowym tapecie wylądowała grupa Iron Maiden z krążkiem „Fear Of The Dark”. To naturalnie klasyczny łomot. Ale nawet on dobrze odtworzony także dla nie do końca lubiących tego rodzaju muzykę melomanów potrafi nieść nutkę zaciekawienia. Ja oczywiście na podobnej muzie się wychowałem i nie miałem problemu z zatopieniem się w niej bez żadnych oporów, dlatego od pierwszych chwil wiedziałem, gdzie coś uleciało, a gdzie były ewidentne zyski. To oczywiste, że muzyka była płynniejsza i przez to deczko mniej diabelsko atakująca słuchacza, ale za to ogólna prezentacja zyskała w takich kwestiach jak barwa, melodyjność, dzięki czemu można było podnieść poziom jej słuchania o kilka oczek. Lubię dołożyć do pieca i gdy tylko podobne do testowej możliwości się zdarzają, bez namysłu je wykorzystuję. Nie powiem, mimo mniejszej ostrości i tak było pełen odjazd, bo z głośnością mogłem zbliżyć się do poziomów koncertowych, a to zawsze rekompensuje drobne niedociągnięcia w sferze kopania mnie mocną muzą. To podobnie do jazzu był także był fajny występ wzmacniacza.
Komu poleciłbym rzeczony wzmacniacz zintegrowany? W pierwszej kolejności naturalnie wszystkim wielbicielom tego typu konstrukcji Jest mocna, co pozwala wysterować większość kolumn, a po zmianie lamp dochodzi świetna barwa i wszelkie lampowe artefakty. A co z piewcami tranzystorów? Niestety ortodoksyjni zapewne nie znajda z nim nici porozumienia. Ale już otwarci na pewne ustępstwa w imię większej ilości muzyki w muzyce już tak. Jak duża będzie ostatnia grupa, nie wiem. Wiem jednak, że polska Olympia to świetny wzmacniacz i to ze światową renomą, co sprawia, że powinno go posłuchać u siebie pełne spektrum tak melomanów, jak i audiofilów. Zapewniam, nawet jak coś między Wami nie „pyknie”, jest tego wart.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Opinia 2
Obracając się cały czas w dość hermetycznym środowisku, czyli umownie rzecz ujmując dzień w dzień widząc te same twarze, o własnej w lustrze nawet nie wspominając, upływ owej „fundamentalnej wielkości fizycznej” wydaje się może nie tyle bezbolesny, co niemalże pomijalnie niezauważalny. W końcu wszystkie związane z nim procesy mają charakter ciągły i zazwyczaj powolny, poniekąd przypominając wpatrywanie się w transmisję online rdzewiejącej parkowej ławki, gdzie właśnie takie systematyczne, codzienne zerkanie nie unaocznia skali odbywającej się na naszych oczach erozji. Wystarczy jednak zrobić sobie dłuższą przerwę, która niczym twardy reset pozwala spojrzeć na dany obiekt, bądź nasze otoczenie świeżym okiem. I tak też jest z naszym dzisiejszym gościem, którego fakt istnienia był nam nie tylko znany, lecz i potwierdzony empirycznie redakcyjnymi testami, lecz po dwóch recenzenckich spotkaniach nasze kontakty ograniczyły się do corocznych migawek ze stołecznego Audio Video Show i monachijskiego High Endu. W rezultacie od testu Lybry 300B minęło ponad pięć a Miry Ceti … 9 lat. W tym czasie Fezzy przeszły poważny lifting i co tu dużo mówić po prostu w ramach generacji Evolution wypiękniały. Zamiast klasycznych, surowych kanciastości ich korpusy nabrały seksownych krągłości a miejsce nieco „garażowych” szyldów z firmowym logotypem zajęły podświetlone precyzyjne laserowe wycięcia ścian przednich. Owa transformacja, za którą stało biuro projektowe KABO & PYDO nie umknęła uwadze nie tylko „cywilnym” odbiorcom, co designerskiemu gremium Design Zentrum Nordhein Westfalen, które nowy projekt plastyczny ww. linii nagrodziło prestiżową nagrodą Red Dot. Oczywiście stosowne zmiany objęły również trzewia rodzimych lampiaków, lecz to już temat na osobny akapit. Jakby tego było mało zmienił się również model biznesowy wytwórcy, który lwią część swej uwagi, poza oczywistą działką projektowo-produkcyjną, skupił na działaniach eksportowych, lokalny rynek powierzając pabianickiemu 21Distribution . Tym oto sposobem nasz dzisiejszy gość, czyli Fezz Audio Olympia dotarł do nas nie z podlaskiej Kolonii Koplany a z podłódzkich Pabianic.
Skoro wspomniałem już o aparycji Olympii, to pozwolę sobie jeszcze co nieco o niej naskrobać, gdyż tytułowa integra ewidentnie na to zasługuje. Jej obły korpus okala pas satynowego aluminium, który dostępny jest w siedmiu (!!!) opcjach kolorystycznych – Big Calm (brązowej), Black Ice (czarnej), Burning Red (czerwonej), Evergreen (zielonej), Republika (czarno-białej), Sunlight (piaskowej) i widocznej na zdjęciach Moonlight (srebrnej). Każdorazowo masywne pokrętła – lewe odpowiedzialne za głośność i prawe za usypianie/wybudzanie ze standby oraz wybór źródeł są naturalnie (aluminiowo) srebrne. Podobnie jak chroniąca lampy klatka, która dla odmiany niezmiennie pozostaje czarna. Od razu nadmienię, iż owej osłony pozwoliłem sobie nie montować, więc jedynie doprecyzuję, iż jej front stanowi szklana tafla, więc wgląd na pyszniącą się na czarnej platformie nośnej szklarnię jest w pełni komfortowy. Włącznik główny ukryto w „podłodze”, tuż przy przedniej krawędzi. Co do lamp, to ekipa Fezza zaszalała i dążąc do jak największej uniwersalności Olympii wyposażyła ją w imponujący, jak na zaskakująco kompaktowe gabaryty zestaw lamp, o których dosłownie za chwilę. Za lampami natrafimy na duet masywnych rondli chroniących trafa. A jeśli chodzi o plecy, to patrząc od lewej do dyspozycji otrzymujemy zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC, zestaw zakręcanych terminali głośnikowych z osobnymi odczepami dla 4 i 8 Ω obciążenia, zaślepkę na opcjonalną kartę rozszerzeń (Bluetooth, Phono MM, DAC) oraz trzy pary wejść liniowych plus wejście direct (z zewnętrznego procesora / preampu) uzupełnione podwójnym wyjściem subwooferowym (wszystkie w standardzie RCA). Wzmacniacz posadowiono na czterech stożkowych nóżkach z dość twardej gumy zapewniającej zarówno odpowiednią stabilność, jak i antywibracyjną izolację, gdyż czego jak czego, ale wibracji lampy bardzo, ale to bardzo nie lubią.
I jeszcze jeden drobiazg. Zgodnie z informacjami dostępnymi na stronie w zestawie powinien znajdować się pilot zdalnego sterowania. Niestety w dostarczonym na testy egzemplarzu owego akcesorium zabrakło. Najwidoczniej ekipa Q21 uznała, że w ramach przygotowania do nowego sezonu przyda nam się podczas odsłuchów nieco ruchu. Niemniej jednak pilota w zestawie odbiorca końcowy powinien się spodziewać, tym bardziej, iż jest to dość zgrabna i poręczna jednostka wykonana z aluminium i wyposażona w pięć dużych, intuicyjnych przycisków umożliwiających uśpienie/wybudzenie wzmacniacza, wybór wejścia oraz regulację głośności. Skąd to wiem? Cóż, bynajmniej nie z kątowni a z zeszłomiesięcznego krótkiego „romansu” z Luną Mini katowaną na potrzeby poza soudrebelsowej publikacji.
Jeśli zaś chodzi o anatomię, to mamy do czynienia z konstrukcją dual mono, w której w sekcji wejściowej i jako odwracacze fazy pracują dwie pary podwójnych triod 12AX7 / 12AU7 natomiast w stopniu wyjściowym mamy po kwadrze popularnych tetrod strumieniowych KT88 zdolnych oddać w push-pullu po 100W na kanał. I tu od razu pozwolę sobie na dygresję, bowiem oprócz stanowiących standardowe wyposażenie JJ-ów dystrybutor był tak miły i dorzucił opcjonalny zestaw lamp premium, czyli Gold Lionów rosyjskiego Genalexa i to właśnie na nich finalnie prowadziłem odsłuchy. Oczywiście „fabryczne” lampy mocy można w dowolnym momencie wymienić we własnym zakresie a co do sterujących to warto mieć na uwadze, iż w standardzie Fezz posiada na pokładzie ECC82/12AU7 selekcjonowane przez TAD (Tube Amp Doctor) i spokojnie można je zostawić. Ponadto standardowe „bańki” przychodzą czytelnie ponumerowane, tak aby bez pomyłki umieścić je w złoconych, porcelanowych podstawkach, natomiast full-wypaśna extra – opcja takowych oznaczeń nie posiada. Wnętrze wzmacniacza dość szczelnie wypełniają dwie pokaźne płytki drukowane (po jednej dla każdego kanału) i pracujące na wyjściu firmowe (Toroidy.pl) toroidalne trafa głośnikowe o bardzo niskiej indukcyjności rozproszenia. Toroidalne są również dławiki. Płytkę z gniazdami wejściowymi uzbrojono w przekaźniki a same gniazda są złocone. Wzmacniacz wyposażono zarówno w dbający o dobrostan lamp soft-start (procedura zajmuje około 2 minuty), jak i auto-bias, więc śmiało możemy mówić o praktycznej bezobsługowości wzmacniacza.
Nie będę zaklinał rzeczywistości, że zastosowane w Olympii lampy mocy, czyli KT88 są moimi ulubionymi, bo mówiąc wprost takimi nie są. Co innego KT120-ki, choć już najnowsze KT150 takowego entuzjazmu u mnie nie budzą udowadniając, że moc to nie wszystko i warto pamiętać o czymś takim jak muzykalność. Dlatego do tytułowego Fezza podchodziłem bez większych emocji. Ot kolejna, lampowa integra o mocy wystarczającej do napędzenia większości kolumn z podobnego jej pułapu cenowego. Tymczasem już od pierwszych reprodukowanych przez Olympię taktów „Lost Pieces” Youn Sun Nah okazało się, że rodzimy lampiszon nader zgrabnie wymyka się prostemu, stereotypowemu zaszufladkowaniu i potrafi pokazać się od zaskakująco korzystnej strony. Warto jednak mieć na uwadze, iż jak na lampę Olympia niespecjalnie czuje ambicję uszczęśliwiania słuchaczy gęstym i słodkim niczym syrop klonowy dźwiękiem, gdyż bez trudu można znaleźć na rynku w pełni tranzystorowe konstrukcje oferujące bardziej dopalony temperaturowo i dosaturowany przekaz. Ot, chociażby daleko nie szukając i zarazem nieco spoilując (test wkrótce) Accuphase E-700. Ponadto Fezz do pełnego rozpostarcia skrzydeł i złapania wiatru w żagle potrzebuje czasu. I to zarówno, jeśli chodzi o wyciągnięcie prosto z kartonu i pofabryczne wygrzanie, jak i podczas codziennego użytkowania. Mówiąc wprost nawet mając na karku kilkaset przegranych godzin po włączeniu lepiej dać mu 3-4 kwadranse na prądowo – termiczną stabilizację i rozegranie, gdyż po wybudzeniu bywa zazwyczaj nieco zbyt zachowawczy emocjonalnie i szczególnie przy niskich poziomach głośności nienachalny pod względem rozdzielczości. A po spełnieniu powyższych warunków z łatwością można zauważyć, iż Fezz gra jedwabiście gładko, lekko obniżonym strojem z przyjemnie obszernym wolumenem i adekwatną do dysponowanej mocy swobodą. Zarówno źródła pozorne, jak i poszczególne plany definiowane są z wysoce satysfakcjonującą precyzją, przy czym organiczność i namacalność pierwszoplanowych artystów jest wręcz onieśmielająca. Podobnie z resztą jak timing basu umiejętnie podkreślający kluczową rolę sekcji rytmicznej i to nie tylko w skali makro, lecz również w zdecydowanie bardziej „ażurowej” jej mikro-odsłonie, gdzie wystarczy szarpnięcie struny kontrabasu, bądź uderzenie w werbel, by słuchacz podświadomie zaczynał rytmicznie podrygiwać. Co jednak istotne Olympia nie cierpi na męczącą nerwowość i nadpobudliwość, czy wręcz obsesję sztucznego podkręcania tempa i szukania drajwu tam, gdzie króluje np. przysłowiowa gra ciszą. Jednak, gdy owej ciszy jest jak na lekarstwo bądź nie ma jej wcale, jak np. na „Welcome to Horrorwood: Under Fire” Ice Nine Kills jasnym staje się, że deklarowana przez producenta moc nie jest li tylko pobożnym życzeniem, bądź przejawem marketingowej kreatywności, co stanem faktycznym. Bas jest mocny, zwarty i świetnie kontrolowany, lecz jednocześnie bez znamion żylastości, czy też zbytniej chrupkości. Ma solidny, pociągnięty mocną kreską kontur i świetne zróżnicowanie wypełnienia, co przy jego zwrotności i natychmiastowości z pewnością docenią miłośnicy ostrzejszych klimatów. Warto również wspomnieć, iż Olympia na tego typu krzykach i wrzaskach suto podlanych gitarowym jazgotem ani zbytnio nie epatuje garażowym brudem i męczącą na dłuższą metę ziarnistością ani nie próbuje nas ogolić ognistymi riffami utwardzając, bądź wręcz popadając w szklistość najwyższych składowych. A przecież nie sposób odmówić im swobody i energetyczności, więc nie ma mowy o ich wycofaniu, czy też zgaszeniu. Oczywiście warto zachować zdrowy rozsądek i umiar, gdyż Fezz nie zawsze i nie wszystko jest w stanie zaprezentować akcentując jedynie ewentualne zalety litościwie przemilczając ewidentne wady. Dlatego też sugeruję raczej nie spodziewać się cudów z okołobootlegowych koszmarków, które nawet na tytułowym lampowcu brzmią jazgotliwie, płasko i bez dynamiki, jakby nagrań dokonano, jeśli nie na pokomunijnym „jamniku”, to w ramach połączenia telefonicznego i to z budki (o ile jeszcze takowe gdziekolwiek się ostały). A tak już na serio i bez demonizowania, to Olympia nie boi się ostrego grania, więc niezależnie od tego czy najdzie nas ochota na serwowaną przez Megadeth dawkę thrashu, czy też sygnowany przez Behemotha monumentalny death/black metal możecie mieć Państwo pewność, że tytułowy lampiszon, o ile tylko nie podepniemy mu elektrostatów, albo kolumn o skuteczności stołu bilardowego z łatwością rozpęta w Waszym pokoju godną koncertowych doznań muzyczną apokalipsę.
Nie da się ukryć, że Olympia udała się ekipie Fezz Audio. Nie dość bowiem, że łapie za oko atrakcyjną bryłą i kusi szeroką gamą malowań, to jeszcze potrafi wycisnąć z popularnych i niedrogich lamp zaskakująco dużo wyrafinowania i muzyki. A jeśli dodamy do tego trudną do przecenienia wysoką moc jasnym stanie się, że warto go rozważyć nie tylko w kategoriach pierwszej, lecz również finalnej lampy. A swoją drogą owa lampowość widoczna jest głownie w designie i ilości oddawanego ciepła, bo pod względem sonicznym to po prostu świetny wzmacniacz i kompletnie bez znaczenia, że lampowy, bo tak jak wspomniałem na wstępie bez trudu można znaleźć konstrukcje tranzystorowe grające bardziej „lampowo” od niego. Dlatego też, jeśli lubicie Państwo słuchać praktycznie każdej muzyki dla przyjemności a nie z chęci dokonywania analitycznej wiwisekcji, a przy tym dysponujecie miejscem umożliwiającym zapewnienie Olympii odpowiednich warunków pracy (w przeszklonej szafce lepiej go nie zamykać), to po prostu warto zwrócić na niego uwagę i przygarnąć na weekendowe testy.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Dystrybucja: 21Distribution
Producent: Fezz Audio
Cena: 23 900 PLN; 26 000 PLN (z kompletem lamp premium)
Dane techniczne
Konstrukcja: dual mono
Moc: 2 x 100 W @ 4 Ω / 8 Ω
Zastosowane lampy: 8 x KT88 + 2 x 12AX7 + 2 x 12AU7
Wejścia analogowe: 3 pary RCA + direct
Wyjścia analogowe: sub-out
THD: <0,1% (poniżej 100 W); <1% (pełna moc)
Pasmo przenoszenia: 16 Hz – 80 kHz
Współczynnik tłumienia: >30
Impedancja wejściowa: 50 kΩ
Czułość: 0,7 V
Pobór mocy: 350 W (bez obciążenia); 700 W (pełna moc)
Dostępne kolory: Big Calm, Black Ice, Burning Red, Evergreen, Moonlight, Republika, Sunlight
Wyposażenie opcjonalne: moduł Bluetooth, karta Phono MM, karta DAC, kosz ochronny
Wymiary: 420 x 380 x 200 mm
Waga: 24 kg
Opinia 1
Dzisiejsze spotkanie z pochodzącą z Włoch marką nie jest naszym pierwszym. To od wielu lat jest na tyle znany na naszym rynku producent elektroniki, że każda szanująca się redakcja zabiega o zapoznanie się z jakimś intrygującym komponentem spod jego ręki. Oczywiście idąc za portalową wyszukiwarką również i my przez lata zaliczyliśmy pokaźną liczbę testów. A najciekawsze w tym jest to, że oprócz zespołów głośnikowych w znakomitej większości mierzyliśmy się z konstrukcjami z działu analogowego w postaci kilku wersji przedwzmacniaczy gramofonowych. Dlaczego to takie ciekawe? Po pierwsze dla mnie z powodu hołubienia temu rodzajowi obcowania z muzyką. A po drugie z uwagi na kolejne spotkanie z konstrukcją z tego właśnie działu. Chodzi oczywiście o widniejącą na serii fotografii jubileuszową wersję flagowego „drapaka”, a konkretnie mówiąc dostarczonego przez częstochowskiego dystrybutora Delta Audio gramofonu Gold Note Mediterraneo X w wersji Gold.
Tytułowy gramofon to rozwinięcie będącej w portfolio marki od jakiegoś czasu wersji Mediterraneo. Naturalnie, aby nadać mu cech jubileuszu, w pierwszej kolejności zastosowano w nim sterowanie za pomocą dotykowego panelu na górnej części plinty – ciekawostką jest możliwość sumowania pracy gramofonu w celu kontroli czasu pracy wykorzystywanej wkładki. Sama plinta gramofonu składa się z 3 warstw – aluminium, stalowy talerz i wykończona obłościami spodnia, de facto stabilizująca konstrukcję na podłożu, jak widać na serii fotografii pokryta płatkami prawdziwego złota warstwa z orzecha włoskiego. Kontynuując temat stabilizacji, ta realizowana jest za pomocą trzech regulowanych kolców spoczywających na dedykowanych podkładkach z anodowanego aluminium. Ważący 7 kilogramów talerz jest firmowym połączeniem obrabianego maszynowo aluminium i minimalizującego wibracje POM-u. Jeśli chodzi napęd talerza, tę funkcję poprzez pasek realizuje autorski system sterowania wykorzystujący mikrokontroler Qudral-Core wzbogacony o konwerter audio. Same obroty silnika sterowane są elektronicznie. Oczywiście jak na urządzenie z segmentu High End przystało, w komplecie znajdziemy sporej wielkości, będący osobnym komponentem zasilacz do silnika. Wieńcząc opis budowy Gold Note X Gold wspomnę jeszcze, że podczas sesji testowej był wyposażony w firmową wkładkę Giotto.
Test tytułowego gramofonu tak naprawdę był rozwinięciem organizowanego przez Piotra Metz-a w radiowej Trójce przy sprzętowym współudziale częstochowskiego dystrybutora Delta Audio odsłuchu mającej swój jubileusz 50-lecia powstania płyty Pink Floyd „Wish Your Were Here”. Wówczas miałem okazję posłuchać go po raz pierwszy, jednak takie okoliczności pozwoliły mi jedynie zapoznać się z ogólnym sposobem na muzykę. Sposobem ciekawym, bo dbającym o dobre nasycenie dźwięku, ale bez jakiś problemów z utrzymaniem kontroli nad wygenerowaną przez system energią. Po prostu było to spojrzenie na wspomnianą płytę od strony fajnego wypełnienia średnicy, dobrze oddającego realia brzmiących na samym dole instrumentów basu oraz aby przekaz brzmiał spójnie bez poszukiwania nadmiaru ekspresji wysokich tonów. Jak zatem wypadł u mnie? Cóż, efekt odbioru był traki sam, czyli poszukiwanie w muzyce tego, co pozwoli słuchaczowi się w niej zakochać. Mianowicie chodzi o oferowanie bardzo dużego poziomu płynności, a przez to muzykalności prezentacji, co wespół z odpowiednimi rozmiarami wirtualnej sceny z łatwością powala przenieść się duchem na rejestrującą dany materiał sesję nagraniową. Efekt tego działania jest natychmiastowy, bowiem wystarczy zamknąć oczy i oderwać umysł od codziennej prozy życia, aby nie wiadomo, kiedy znaleźć się tam i wtedy.
Świetnym przykładem na pokazanie przeniesienia słuchacza w realia słuchanego materiału jest choćby koncertowy krążek Back Sabbath „Reunion”. Nie jest to jakiś realizacyjny majstersztyk, powiem więcej, płyta potraktowana jest po macoszemu, na szczęście w celach przyjemnej dla uszu kosmetyki dźwięku wypisane przed momentem zalety włoskiego gramofonu tchnęły w nią nutę esencjonalności. Bez siłowego forsowania, tylko na zasadzie lekkiej zmiany priorytetów w stronę zwiększenia nasycenia. To zaś sprawiło, że ta agresywna, do tego zmasakrowana jakościowo muzyka zabrzmiała w przyjemniejszej, choć nadal mocnej w kwestii wyrazistości estetyce. Jednak wartością dodaną takiego postawienia sprawy przez gramofon Gold Note’a była możliwość mocniejszego podkręcenia gałki wzmocnienia, co, jeśli jest przyjemne w odbiorze, a dzięki naszemu bohaterowi było, z wielką przyjemnością czynię i jak można się domyślić, uczyniłem. Nie powiem, było ostro. Mocno uderzała pełnym składem, jednak z ciekawym pakietem płynności. A gdy do tego dodam dobre oddanie przez system realiów koncertu, sumaryczne połączenie poprawy jakości odbioru tej muzyki, jej rozmachu i odpowiedniej ilości decybeli z dziecinną łatwością emocjonalnie oddałem się tej płycie.
Z innej beczki wziąłem do posłuchania jedną z produkcji Wojtek Mazolewski Quintet „Beautiful People”. To jest materiał, który, jeśli tylko przekaz zostanie przegrzany – czytaj nazbyt nasycony, a przecież włoski drapak oferuje tego typu artefakty, instrument nie tylko zleją się w nieczytelną papkę, to utracony zostanie timing, prezentacji o transparentności wybrzmiewania pojedynczych nut nie wspominając. Na szczęście to co nasz bohater robił, czynił z umiarem i owszem, na tle mojego zestawu było nieco cieplej i płynniej, ale nadal z dobrym akcentowaniem istotnych cech tego typu twórczości. Oczywiście mówię o czytelności zawieszenia scenicznych bytów nie tylko od strony ostrości rysunku, ale także rozlokowania na szerokiej i głębokiej wirtualnej scenie. Dzięki temu bez problemu oddana była raz agresja szybkich pasaży całego składu, a innym razem lotność zwieszonej na dłuższy czas pojedynczej nuty. Byłem tym co prawda pozytywnie, ale z uwagi na cechy brzmienia X-a lekko zaskoczony, gdyż z pierwszych prób z mocnym graniem myślałem, że tutaj może mieć pod przysłowiową górkę, a w sobie tylko znany sposób wyszedł ze starcia z tarczą. A trzeba zaznaczyć, że punktem odniesienia był zestaw, w którym sama wkładka gramofonowa kosztuje tyle, co werk z ramieniem Gold Note, tak więc szacun.
Kogo widzę w roli ukontentowanego odbiorcy sonicznej oferty włoskiego konglomeratu gramofonowego – przypominam o zastosowaniu podczas testu wkładki spod tego znaku towarowego? Odpowiedź jest banalna, czyli wszystkich lubiących obcować z muzyką soczystą, ale także z odpowiednim pierwiastkiem arogancji. Co prawda ta ostatnia cecha nie będzie na poziomie wyczynowości, jednakże moim zdaniem to zaplanowany zabieg konstruktora budującego werk z plintą na bazie drewna i oczywiście dystrybutora wybierającego muzykalnie brzmiący rylec, aby nabywca odbierał przekaz całościowo, a nie rozdrabniał włos na czworo. Dla mnie to świetny zestaw do obcowania z ukochanymi płytami na długie lata i co bardzo istotne zawsze zaliczając wielogodzinne nasiadówy bez poczucia zmęczenia. Jeśli zatem szukacie ukojenia duszy na bazie czarnych płyt Włoch jest idealnym kandydatem.
Jacek Pazio
Opinia 2
Ledwo zaczął się marzec a od początku roku to już nasza trzecia recenzja gramofonu. Jeśli dodamy do tego dwa przedwzmacniacze gramofonowe i wkładkę, które również w tzw. międzyczasie zagościły na naszych łamach, oraz kolejne, kręcące się wokół czarnej płyty spotkanie w stołecznym Nautilusie, to mamy niezbity dowód, że analog nie tylko nie jest w odwrocie, co wręcz śmiało możemy mówić o pełnym rozkwicie tej jakże archaicznej metody reprodukcji muzyki. Jednak tym razem po dość rozsądnie wycenionych konstrukcjach ze Stanów (VPI Prime X) i Holandii (Takumi TT level 2.1 DC) przyszła pora na operującą na nieco wyższym pułapie cenowym włoską „szlifierkę” sygnowaną przez znaną i lubianą manufakturę Gold Note a dokładnie model Mediterraneo X wyposażony w firmową wkładkę MC Gold Note Giotto.
Nie wiedzieć czemu zamiast zjawiskowej wersji z dolną częścią plinty wykonaną z włoskiego orzecha rodzimy dystrybutor uraczył nas bardziej (przynajmniej w założeniach) „ekskluzywną” opcją pokrytą płatkami … czystego złota. Jak jednak wiadomo dobrymi chęciami piekło wybrukowano, więc dostarczony na testy, prezentowany wcześniej w 3-ce, egzemplarz pod względem aparycji pozwolę sobie określić mianem … kontrowersyjnego. Tzn. żebyśmy się dobrze zrozumieli. Powyższy sceptycyzm jest wyłącznie moją, wybitnie subiektywną opinią i nic nie poradzę, że zdecydowanie bardziej w me gusta trafia „orzechowa” a nie właśnie uszlachetniona pozłotkiem, będąca obiektem niniejszej recenzji. Całe szczęście kontrowersji nie budzi już aluminiowa, lakierowana na czarno górna część plinty na której zamontowano firmowe ramię B-7 Ceramic X, oraz napędzany z silnika asynchronicznego sterowanego mikrokontrolerem Quadral-Core za pomocą płaskiego paskiem z EPDM solidny, wykonany z POM-u i aluminium 7kg talemrz. Jak już we wstępniaku wspomniałem, dystrybutor marki – częstochowska Delta-Audio, raczył był wyposażyć testowy egzemplarz w wysokiej klasy niskopoziomową wkładkę MC Gold Note Giotto. Całe sterowanie odbywa się z poziomu ciekłokrystalicznego panelu dotykowego, który oprócz standardowego wyboru prędkości umożliwia również rejestrację czasu pracy a tym samym monitorowanie „przebiegu” wkładki. Wspomniana wcześniej plinta nie tylko nie jest monolitem, lecz de facto składa się z trzech warstw – górnej aluminiowej, środkowej – w postaci 3 mm płata stali nierdzewnej i dolnej, drewnianej odtwarzającej krzywą łańcuchową. Całość posadowiono na regulowanych stopkach z anodowanego aluminium. Warto również wspomnieć, iż Mediterraneo X ze światem zewnętrznym komunikuje się z pomocą pary złoconych gniazd RCA ze stosownym zaciskiem uziemienia. W zestawie znajduje się również stosowny interkonekt, co niewątpliwie jest miłą niespodzianką.
Powiem szczerze, że zdecydowanie łatwiej byłoby mi pisać o brzmieniu Mediterraneo X, gdyby testowy egzemplarz był w orzechu a nie upaciany złotem, ale w końcu nie od dziś wiadomo, że podczas odsłuchów ich miarodajności najlepiej robi „ślepota”, więc teoretycznie założyć możemy, że takie a nie inne umaszczenie na walory soniczne wpływu nie ma. A skoro tak to śmiało możemy uznać, iż tytułowy Gold Note reprezentuje hedonistyczno-rustykalno-karmelowy odłam audiofilizmu, gdzie pierwsze skrzypce gra przyjemność odbioru, kremowa konsystencja dźwięków i rozleniwiająca płynność oraz koherencja prezentacji. Nic tylko rozsiąść się w ulubionym fotelu i dać się otulić kojącymi dźwiękami. Jeśli zastanawiają się Państwo nad wizualizacją powyższej charakterystyki, to sugeruję zerknąć na okładki „Turn Up The Quiet” i „Glad Rag Doll” Diany Krall a następnie pozostać z takich, bądź podobnych im klimatach, bo włoski gramofon właśnie w takiej estetyce czuje się jak ryba w wodzie. Faworyzując średnicę i nieco obniżając strój delikatnie przyciemnia przekaz podkreślając jego intymność. Kanadyjska Diva śpiewa już nie tylko bliżej, co praktycznie wyłącznie dla nas a akompaniujący jej skład nie czuje większej potrzeby wchodzenia w nam „w kadr”. Jak łatwo się domyślić kontury brył kreślone są miękką i nieco grubszą aniżeli punkt odniesienia kreską sprawiając, że całość nabiera uroczej pluszowości a jednocześnie zapewnia pewien bufor bezpieczeństwa dla nagrań nazbyt suchych i lekkich. Przykładowo „Never Say Die!” Black Sabbath zabrzmiało zaskakująco ładnie i atrakcyjnie. Ciemniej, ciężej, gęściej a z racji, że również nieco „wolniej” niż zazwyczaj – już bez zwyczajowej zajadłości, co jest ewidentnym odstępstwem od wzorca, aczkolwiek śmiem twierdzić, że większości nieortodoksyjnych odbiorców właśnie taka uładzona, polukrowana interpretacja może bardziej przypaść do gustu. I choć tym sposobem nieco odchodzimy od nagiej prawdy, to niejako z automatu zbliżamy się do bezpiecznej krainy łagodności operując wewnątrz własnej strefy komfortu.
Co ciekawe pełen syntetycznych chropowatości, szumów i trzasków „AFR AI D” Mariusza Dudy okazał się zaskakująco dobrze zaimpregnowany na włoską manierę upiększania świata. A z racji operowania w niezbyt karkołomnych tempach również i na spadek motoryki. Pojawiło się za to więcej analogowej, organicznej mięsistości, przez co przekaz stał się mniej „cyfrowy” a właśnie bardziej „analogowy”. Spora w tym zasługa przyjemnie ozłoconej góry i „lepkiego” basu, gdyż zamiast fatygującej szorstkości i ewentualnego podkreślania sybilantów dostaliśmy przekaz krągły, gęsty i uzależniająco kremowy. Z kolei „The Endless River” Pink Floyd z racji nieco zredukowanej na rzecz dociążenia onirycznej eteryczności zabrzmiał bardziej dostojnie i melancholijnie a zarazem bliżej słuchaczy. Nie był już tak przestrzenny, lecz jednocześnie nie sposób było tego uznać za regres, gdyż ową zmianę kompensowała bliskość i namacalność pierwszego planu.
Zakładam, że zarówno ze zdjęć, jak i opisu słowno-muzycznego jasno wynika, iż Gold Note Mediterraneo X to konstrukcja o jasno zdefiniowanych aparycji oraz estetyce brzmienia. Dzięki czemu wystarczy nawet pobieżny rzut oka i ucha, by ocenić, czy to co widzimy i słyszymy to nasza bajka, czy jednak przyjdzie nam dalej gonić upragnionego króliczka. Dlatego też jeśli poszukujecie Państwo w muzyce piękna i unikacie ekstremów a urządzając miejsce odsłuchu chcecie cieszyć nie tylko uszy, ale i oczy czymś dalekim od banalności, to Mediterraneo X może spełnić Wasze oczekiwania. Tym bardziej, że wersja w naturalnym orzechu prezentuje się zdecydowanie mniej ostentacyjnie.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Delta-Audio / Gold Note Polska
Producent: Akamai s.r.l
Ceny
Gold Note Mediterraneo X: 51 230 PLN
Gold Note Giotto: 12 175 PLN
Dane techniczne
Gold Note Mediterraneo X
– Kołysanie i drżenie dźwięku: <0,1%
– Szum: -82 dB
– Prędkości obrotowe: 33 1/3 i 45 rpm +/-0,1%
– Zmiana prędkości: elektroniczna z precyzyjną regulacją
– Przeniesienie napędu: czarny, elastyczny pasek wykonany z EPDM
– Silnik: silnik synchroniczny 12V
– Talerz: aluminium z POM o wysokiej gęstości (45mm, 7kg)
– Łożysko: kulkowe, ceramiczne 4,3mm
– Ramię: B-7 Ceramic X
– Pokrywa: przydymiony akryl
– Pobór mocy: 20 W
– Wymiary (S x W x G): 470 x 210 x 360 mm
– Waga: 25 kg
Dostępne wykończenia
– Dolna plinta: płatki złota (gold leaf) lub włoski orzech
– Górna płyta: Czarna, lakierowana płyta aluminiowa
– Elementy metalowe: Czarne anodowane aluminium
– Talerz: Czarne aluminium
Gold Note Giotto
– Typ: MC niskopoziomowy
– Poziom wyjściowy: 0.35mV
– Pasmo przenoszenia: 10-40000Hz
– Impedancja: 8Ω
– Sugerowane obciążenie: 100 Ω
– Podatność wkładki: 12×10-6cm/dyne
– Separacja kanałów: > 30dB
– Sugerowany nacisk: 2g
– Wspornik: Bor
– Diament: Ultra Micro Elliptical 5x10uM
– Waga: 10g
– Wykończenie: Duraluminium 7000
Opinia 1
Jak już przy poprzednim teście wysokiej rangi łączówki wspominaliśmy w planach sprawcy dzisiejszego zamieszania przewodów oferowanych „luzem” w ofercie miało nie być wcale. Ot ojcowie założyciele wymyślili sobie taki model biznesowy, by oferować kompletne, ortodoksyjnie monoteistyczne – zamknięte na ingerencję z zewnątrz systemy. Czyli klient określając konkretne parametry graniczne otrzymywał dosłownie wszystko – od przewodu wychodzącego ze ściennego gniazda po kolumny sygnowane jednym logotypem. Utopia? Bynajmniej, raczej świadomość ważkości nawet najmniejszych zmiennych, czyli unikanie sytuacji wprowadzania do kompletnego systemu przypadkowych elementów spoza firmowego ekosystemu. Jak jednak życie pokazało nawet najbardziej ambitne plany trzeba akomodować do dynamicznie zmieniających się okoliczności przyrody, więc koniec końców również i Omega Audio Concepts przebudowała swój katalog tak, by oprócz rozwiązań „pod klucz” potencjalny nabywca mógł swój audiofilski ołtarzyk budować sukcesywnie, krok po kroku swoją przygodę z włoską myślą techniczną rozpoczynając czy to od elektroniki, kolumn, czy też okablowania. I właśnie po raz kolejny, dzięki uprzejmości chełmżyńskiego Quality Audio na owym okablowaniu przyszło nam się skupić. Jednak w tej odsłonie przyjrzymy się i przysłuchamy reprezentantowi drugiej od dołu linii DNA w postaci przewodu zasilającego Omega Audio Concepts DNA Power AC.
Jak na powyższych zdjęciach doskonale widać dostarczony na testy egzemplarz pod jednym względem niezaprzeczalnie różni się od tego, co można zobaczyć na stronie samego producenta. Chodzi oczywiście o umaszczenie, bowiem ekipa z Colle Umberto w swych mediach uparcie promuje gorącą czerwień a tymczasem nasz rodzynek przyodziany został w dystyngowaną, opalizującą czerń. Całe szczęście ekspresowa wymiana korespondencji z dystrybutorem rozwiała wszelkie wątpliwości i rzuciła nieco światła na powód owej rozbieżności. Okazało się bowiem, iż co prawda czerwień jest sugerowanym standardem, jednak producent dopuszcza pewne odstępstwa od firmowych dogmatów i nie widzi najmniejszego problemu z dostarczaniem swych przewodów w oplotach o innej kolorystyce, jak powyższa czerń, czy np. błękit. Niezmienne pozostają za to pozostałe składowe, czyli solidne, złocone wtyki, ozdobna aluminiowa mufa informująca o modelu, wytwórcy, pochodzeniu i oczywiście budowa anatomiczna. Jak jednak historia pokazuje również i Włosi nie są zbyt skorzy do dzielenia się tajemnicami R&D, więc jedynie dość lakonicznie informują o obecności pod opalizującą koszulką PET otulonych czterema ekranami i izolacją z poliolefinu pięciu miedzianych przewodów solid core o średnicy 1,5mm każdy. I właśnie z racji swej budowy włoska sieciówka charakteryzuje się zauważalną sprężystością i sztywnością, jednak od razu zaznaczę, iż w porównaniu z Micro Extra Signal ergonomia i podatność na zginanie jest o wiele bardziej przyjazna zaszafkowym ekwilibrystykom.
Skoro z aplikacją nie było żadnych problemów a i okres akomodacyjny, choć dystrybutor był tak miły i główne wygrzewanie wziął na swoje barki, minął najwyższa pora by sprawdzić i ocenić cóż takiego Omega Audio Concepts DNA Power AC oferuje pod względem wpływu na brzmienie podłączanych do niego urządzeń. A wbrew temu co twierdzą zaimpregnowani na empiryczne doświadczenia sceptycy ów wpływ jest tyleż zauważalny, co zarazem łatwo definiowalny. DNA stawia bowiem na kipiącą energią zwartość konsystencji w niektórych momentach idącą w cross-fitową żylastość. Nie oznacza to bynajmniej jakiegoś drastycznego odchudzenia dźwięku, czy wręcz wprowadzenia do niego pierwiastka podskórnej nerwowości, lecz raczej zebranie się całości w sobie i eliminację ewentualnego poluzowania i niesubordynacji najniższych składowych. Chociażby na „New Moon Daughter” Cassandry Wilson basu jest sporo i zazwyczaj jego definicja opiera się na pewnej pluszowości, umowności i niedopowiedzeniu definiowania bryły kontrabasu a prowadzona w nieco zwolnionym tempie narracja tylko ową umowność intensyfikuje. Tymczasem po pojawieniu się w systemie Omegi owa pluszowa krągłość nabiera konturów a gąbczasta tkanka ulega wyraźnej konkretyzacji. Całe szczęście odbywa się to bez uszczerbku dla melodyki i koherencji prezentacji, więc możemy w tym przypadku mówić jedynie o pozytywach, jak daleko nie szukając pojawienie się motoryki i drajwu, który wcześniej był jedynie sygnalizowany. Równie wyraźnie to słychać na zdecydowanie lżejszym i bardziej „wartkim” albumie „Rhytms Of The Heart” Reginy Carter, gdzie dopiero co wspomniana Cassandra, za sprawą coveru „Papa Was a Rollin’ Stone” również ma swoje nawet nie pięć a blisko siedem i pół minuty w świetle scenicznych reflektorów i wykorzystuje je wybornie. Warto również wspomnieć, iż lekkie utwardzenie przekazu nie sprawia, że skrzypce Reginy zaczynają intensywniej kąsać, czy wręcz popadać w szklistość. O nie, co prawda nie brakuje im zadziorności i natywnej chropawości, ale one tak właśnie brzmią i jakiekolwiek ich osładzanie i lukrowanie jest odstępstwem od stanu faktycznego, więc optykę narzucaną przez DNA Power śmiało możemy uznać za trzymającą się faktów obiektywność.
Jeśli jednak ktoś się obawia, iż owa konkretyzacja i „żylastość” przy mniej finezyjnym repertuarze na dłuższą metę może męczyć wprowadzając znamiona wyczynowości, to spieszę owe grono uspokoić, iż nic takiego, o ile tylko reszta systemu takowych cech nie przejawia, nie ma miejsca. Ba, nawet na obfitującym w iście szaleńcze tempa i zarazem niezwykle odległym od audiofilskich wzorców „The Funeral Album” Sentenced nijakich anomalii nie odnotowałem, a że gitarowym riffom nie sposób było odmówić ognistej kąśliwości a chropawy wokal Ville Laihiala nijak nie przypominał jedwabistości znanych z partii Michaela Bublé, to już oczywista oczywistość. Było szorstko, ciężko i szybko, ale zarazem bez ponadnormatywnej ofensywności i epatowania jazgotliwością. Powyższe obserwacje potwierdził ostatni album ww. jegomościa udzielającego się tym razem pod szyldem Saattajat na albumie „Ei meillä ole kuin loisemme”, gdzie jest jeszcze ciężej, brudniej, bardziej garażowo a z racji partii wokalnych wyrykiwanych po fińsku całość ma niepowtarzalny klimat. Czuć za to bezpośredniość i drzemiący w materiale źródłowym potencjał dynamiczny, więc zasadnym jest stosowne zwiększenie głośności i poczucie na własnych trzewiach co tak naprawdę potrafi nasz system, bo co jak co, ale Omega DNA na pewno nie będzie jego najsłabszym ogniwem.
Omega Audio Concepts DNA Power AC to niezaprzeczalnie przewód o własnym, jasno określonym charakterze, więc nie powinno być najmniejszych problemów z określeniem, czy wpisuje się w nasz system i prywatne gusta, czy też szukać musimy dalej. Jeśli jednak dzień rozpoczynacie od espresso doppio, lubicie „sportowy styl jazdy” a w muzyce wykluczacie nudę, to coś czuję w kościach, że powinniście polubić się z naszym dzisiejszym gościem.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jeśli czytaliście moją relację z naszego pierwszego starcia z sygnałową konstrukcją tytułowego brandu, zapewne wiecie, jeśli jednak nie, niezorientowanym czytelnikom spieszę wyjaśnić, iż marka Omega Audio Concepts nie wyskoczyła nagle na nasz rynek z przysłowiowego kapelusza. Mianowicie jest to od wielu lat bardzo dobrze znany na zachodzie Europy producent szerokiego spektrum konstrukcji z naszego podwórka. I może się zdziwicie, ale pisząc o bogatej palecie asortymentu mam na myśli dosłownie i w przenośni wszytko. Od będących dzisiaj tematem drugiego spotkania kabli, przez elektronikę, po kolumny, co sprawia, że bazując li tylko na jej pomysłach śmiało można skompletować pełen świetnie dopasowany do siebie brzmieniowo, bo pochodzący spod jednej ręki zestaw audio. A co w ich działalności jest najciekawsze, właśnie taki, czyli oparty na proponowaniu klientom kompletnego pomysłu na muzykę hołduje na co dzień. Tak tak, panowie ze słonecznej Italii, bo stamtąd pochodzi opisywany producent, w podstawowym nurcie działalności zajmują się zaspokajaniem potrzeb klienta w pełnym zakresie, a podobne do dzisiejszego wydarzenia oddania jedynie drobnego wycinka w dystrybucję są swoistym wyjątkiem potwierdzającym regułę. Na szczęście podobny wyjątek zdarzył się na naszym rynku, dlatego z przyjemnością informuję, iż dzięki logistycznym działaniom stacjonującego w Chełmży dystrybutora Quality Audio dzisiaj przyjrzymy się kolejnemu produktowi z zakresu okablowania systemów, którym w czasach obecnego szaleństwa będzie bardzo rozsądnie wyceniony przewód zasilający Omega Audio Components DNA Power AC.
Do kwestii budowy rzeczonego kabla mogę odnieść się jedynie interpretując zamieszczoną na stronie internetowej producenta tabelkę. Z niej zaś wynika, że podstawowym materiałem przewodników Solid Core jest wysokiej czystości miedź. Tak jak w każdym przewodzie serii DNA, tak też w prądowym znajdziemy aż 5 przebiegów sygnału, które całościowo osiągają przekrój o grubości 1.6 mm2. Jeśli chodzi o ekranowanie, stosując firmową specyfikację, aby odpowiednio zabezpieczyć sygnał przed zakłóceniami producent potroił ten zabieg, natomiast w kwestii izolacji posłużył się kombinacją na bazie powłoki Poliolefinu i powłoki PET. Finalnie nasz bohater został ubrany w estetycznie prezentującą się, czarną, opalizującą plecionkę i zaterminowany estetycznymi wtykami. W drogę do klienta podobnie do opisywanego niedawno kabla sygnałowego XLR, DNA Power AC pakowany jest w wyściełane białym materiałem, wyposażone w certyfikat oryginalności, krwistoczerwone kartonowe pudełko.
Jak wypadł włoski, tym razem czarny prądowy ogier? W ogólnej estetyce bardzo podobnie do wyższej serii sygnałowego XLR, czyli z dbałością werwę oraz czytelność kreowanej wirtualnej sceny. Naturalnie z nieco mniejszym zaangażowaniem w pokazywanie najdrobniejszych detali, ale patrząc na różnicę w cenie, a tym samym wykorzystanie mniej zaawansowanej technologii i jakości materiałów całkowicie zrozumiałe. Ale zapewniam, chodzi o niuanse, które w najwyższych modelach każdego producenta są oczkiem w głowie, a które nadmiernie eksponowane w niższych seriach mogłyby wypaść niekorzystnie. A przecież wszyscy wiemy, iż w całej naszej zabawie chodzi o przyjemność ze słuchania muzyki ze stosownym, a nie nadmiernym dla danej półki pakietem informacji. Ca zatem po tym wprowadzeniu mogę powiedzieć o tytułowym kablu? Przyznam, że pokazał się z bardzo ciekawej strony. A dlatego, że oprócz zapewnienia muzyce świetnej wagi i co za tym idzie, gdy trzeba energii, dzięki dobremu zwarciu dźwięku, czyli de facto jego kontroli, przez cały czas muzyka tętniła fajnym życiem. Życiem, które oferowało świetny drive, mocny atak i wyraziste krawędzie źródeł pozornych. A co w tym było najistotniejsze, przekaz brzmiał spójnie. W estetyce nasycenia oraz dobrego akcentowania wyrazistości skrajów pasma, co nie tylko przeciwdziałało popadania projekcji w monotonię, ale owocowało odpowiednim wizualizowaniem różnego rodzaju muzyki. Nie tylko miłej, łatwej i przyjemnej, ale także bardzo agresywnej.
Z puli tej łatwiejszej, a tak naprawdę spokojniejszej wziąłem na tapet Torda Gustavsena Trio „The Other Side”. Jednak zapewniam, ów spokój jest bardzo zdradliwy i raczej wspomniany przez mnie przekornie, bowiem jeśli system zabrzmi zbyt zachowawczo, muzyka będzie zdradzać stan jak po sporej dawce Pavulonu. Tymczasem jazzowe tria muszą zabrzmieć odpowiednio wyraziście w kwestii czytelności nie tylko krawędzi rysującej dany spektakl, ale także stosownego wykonturowania serwowanej energii, a wszystko powinno zostać okraszone nienachalną dawką otwartości górnych rejestrów. I wiecie co, dzięki oferowanej przez testowany kabel drapieżności, wspomniana formacja wypadła w sposób całkowicie spełniający warunki ciekawego odbioru. Dostałem fajny drive, dobrze określoną w domenie zwarcia masę i otwartość, a to przełożyło się na widowiskową projekcję materiału od wielu lat lubianego przeze mnie artysty. Ani przez moment nie odczułem sytuacji jakichkolwiek braków w dozowaniu istotnych niuansów, co dla mnie jest podstawowym kryterium pozytywnej oceny brzmienia ocenianego materiał – brawo.
Podejmując wyzwanie testowe z solidną dawką braku elegancji spod znaku grupy Slayer „Seasons In The Abyss” miałem jeden cel. Była nim weryfikacja, czy dobrze wpływająca na prezentację jazzu dawka dobrze zaznaczonej w kwestii rysunku energii nie zrobi przysłowiowego „kuku” samej w sobie dość kanciastej w brzmieniu muzyce rockowej. Otóż w tym przypadku także materiał wyszedł ze starcia z przysłowiową tarczą. Zapewne to efekt braku pogoni tytułowego kabla za wyciskaniem z prezentacji ostatnich soków, czyli poszukiwania nieposkromionej wyrazistości. Owszem, muzyka błysnęła w moim pokoju mocnym akcentem bezczelności, ale zapewniam, słuchani artyści takim obrotem sprawy byliby z pewnością ukontentowani, gdyż mimo wszystko – czyli nawet w najbardziej wściekłych pasażach – przekaz nie przekraczał cienkiej linii dobrego smaku. A muszę przyznać, że jak zawsze słuchałem tego krążka bardzo głośno i nic nie bolało, a to niekwestionowany sukces.
Komu poleciłbym nasz punkt zainteresowania w tym podejściu testowym? Jak można się domyślić, z jednym wyjątkiem wszystkim. A wszystkim dlatego, że jego podstawową zaletą jest podkręcanie emocji w muzyce działaniami w postaci zastrzyku kontrolowanej oraz dobrze określonej w domenie czytelności energii. Tego zazwyczaj nigdy nie jest za wiele. O co zatem chodzi z tym wyjątkiem? Otóż fraza „zazwyczaj” nie oznacza nigdy, dlatego polecając Wam tytułową sieciówkę wziąłem poprawkę na systemy już na starcie nazbyt wyraziste, żeby nie powiedzieć cierpiące na syndrom ADHD. Połączenie ich z Omegą oczywiście nie musi oznaczać porażki, ale podejmując się próby takiej konfiguracji, z tyłu głowy trzeba mieć jej estetykę brzmienia. Dość uniwersalną, ale jednak pełną ekspresji. Zatem jeśli szukacie zwiększenia dawki emocji lub wsparcia swojego systemu zwartym impulsem, przybyły do nas Włoch jest bardzo dobrym kandydatem na ratujący Wam przysłowiowy „tyłek” długotrwały ożenek.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Omega Audio Concepts
Cena: 5 000 PLN / 2m
Dane techniczne
Konstrukcja: solid core
Liczba przewodników: 5
Materiał przewodników: miedź
Średnica przewodników: 1,6 mm
Liczba ekranów: 4
Izolacja: Poliolefin
Osłona zewnętrzna: Poliolefin + plecionka PET
Najnowsze komentarze