Opinia 1
Nie sądzę, aby ktoś próbował oponować, gdy postawię tezę, iż będąca naszym punktem zainteresowań, niezwykle wymagająca od towarzyszących komponentów, pochodząca z Danii marka Gryphon Audio, idąc za nazwą jednego z oferowanych modeli, jest swoistym diabłem wcielonym. Dla mnie to oczywistość, jednak obecnych, lub potencjalnych użytkowników pragnę natychmiast uspokoić, bowiem wspomniane określenie w mojej wypowiedzi ma jak najbardziej pozytywny wydźwięk. Dlaczego? Otóż nie jest sztuką nabyć łatwy w aplikacji, zazwyczaj soczysty, w pierwszej kolejności stawiający na spokój, czy to lampowy, czy nawet tranzystorowy, milusi w odbiorze produkt. Bez specjalnej, wynikającej z eksploracji ekscytacji zatopić się w owym przyjemnym, jednak na dłuższą metę często nudą dźwięku. Sztuką jest powalczyć o wynik soniczny finalnej konfiguracji, która w pierwszej chwili nawet delikatnie balansując na granicy naszych przyzwyczajeń w stylu zbytniej dosłowności, po niedługim czasie okazuje się gwarantem naszpikowanej zaskakującymi zjawiskowymi alikwotami radości z obcowania z muzyką i brakiem chęci dalszych zmian. Bynajmniej nie neguję pierwszej grupy miłośników muzyki, gdyż sam do niej niegdyś należałem, tylko pokazuję, że są dwa nurty poszukiwań pomysłu na dźwięk w naszych samotniach. Jednak jak to zwykle w życiu bywa, jest jeden mały haczyk, jakim jest świadomość własnych oczekiwań i wiedza, jak dany cel osiągnąć. Jaki przekaz ma powyższy wywód? Bardzo jasny. Otóż postaram się przybliżyć Wam, co czeka potencjalnego zainteresowanego w przypadku wpięcia w swój tor audio, będącej starszym rodzeństwem testowanego na naszych łamach wzmacniacza zintegrowanego Diablo 300, końcówki mocy Gryphon Audio Antileon EVO Stereo, których dystrybucji na naszym rynku podjął się łódzki Audiofast.
Próbując przybliżyć aparycję i tajniki obsługi tytułowej końcówki mocy w kwestii wyglądu nie mogę użyć innego przymiotnika jak odważny. Przesadzam? Bynajmniej. Nasza bohaterka wymyka się bowiem jakimkolwiek normom i standardom. Charakteryzuje ją na tyle wyrazisty design, że pokusiłbym się o stwierdzenie, iż można założyć wystąpienie przypadków, gdy w momencie podejmowania decyzji zakupu nabywca Antileona będzie miał problemy z oswojeniem się z jego mocno agresywnym , jednak w moim odczuciu nadającym mu wyrazistości, wyglądem. Tak tak, użyte we wstępniaku określenie marki jako diabła w tym przypadku pasuje idealnie. Patrząc nań do frontu mamy do czynienia z dwoma okalającymi go od zewnątrz grubymi płatami czernionego akrylu, a w jego centrum na tle przedzielonych przyozdobionym pionowymi frezami półwalcem wąskich płaszczyzn znajdziemy nadbudowaną na nim wariację zaokrąglonego na krawędziach trapezu z kilkoma skrytymi pod czarnym akrylowym filtrem kolorowymi piktogramami i tuż pod nimi podświetlanymi przyciskami funkcyjnymi. Ale zaznaczam, to nie są delikatne akcenty, tylko solidne bryły, które z resztą obudowy okazują się być bardzo spójnym, a po dłuższym obcowaniu z urządzeniem, niezwykle ciekawym pomysłem wzorniczym. Co mam na myśli pisząc o spójności z kolejnymi akcentami obudowy? Otóż patrząc na naszą końcówkę z lotu ptaka pierwszym co rzuca się w oczy, są monstrualnie użebrowane radiatory, które z racji oddawania dużych mocy (150W/8 Ω) w czystej klasie „A” całkowicie zastąpiły konwencjonalne ściany boczne. Ale, ale. To nie koniec fajerwerków, bowiem płaszczyzna pomiędzy owymi wymiennikami ciepła jest jeszcze ciekawsza, gdyż oprócz zajmującej sporą część ażurowej perforacji, znajdziemy mówiąc żartobliwie swoiste lądowisko dla dronów, czyli ni mniej nie więcej, tylko ozdobione logiem marki miejsce schronienia pary 1500 W transformatorów. Jeśli chodzi o temat awersu, ten nieco ułatwiając proces logistyki na bokach uzbrojono w dwa uchwyty i pomiędzy nimi, z racji osobnego zasilania każdej z sekcji wzmacniania sygnału (dual mono z transformatorami włącznie) dwa gniazda zasilania IEC, tuż obok nich niezbędne włączniki główne, przepiękne, acz tylko pojedyncze terminale kolumnowe i wejścia analogowe w standardzie XLR. Tak fantastycznie prezentującego się Gryphona Antileon EVO Stereo posadowiono na czterech dźwigających 85 kilogramów, okrągłych stopach i dla celów transportowych spakowano w solidną drewnianą skrzynię.
Jak wspominałem w poprzednim akapicie, w przypadku Antileona EVO Stereo mamy do czynienia z piecem stawiającym na czystą klasę „A”. Co ważne, konstruktorzy w tej kwestii poszli tak daleko, że podobnie do najlepszych konstrukcji lampowych zaproponowali użytkownikowi wybór prądu podkładu dla tranzystorów mocy – tak zwany BIAS (niski, średni i wysoki). Naturalnie, w zależności od wyboru trybu pracy wzmacniacza, niesie to ze sobą następstwa natury energetycznej, jednak z racji skazanej na porażkę konfrontacji kosztów zakupu rzeczonego pieca z wydatkami na prąd na poziomie kilkudziesięciu złotych więcej miesięcznie w moim odczuciu owa propozycja ma całkowicie inny, aniżeli pozory szukania oszczędności, cel. Jaki? Otóż w odpowiedzi na wykorzystanie danego BIAS-u dźwięk dość pozytywnie ewoluuje. To naturalnie nie są zmiany typu dzień i noc, tylko idąc od najniższego podkładu ku górze doznajemy lekkiego otwarcia się, a co za tym idzie przyspieszenia, a także zebrania w sobie w domenie konturu, słyszanego dźwięku. Czyli w standardzie zyskujemy dodatkowe trzy opcje kreowania końcowego wyniku sonicznego naszego muzycznego konglomeratu. Zbędna rzecz? Zapewniam, że nie. Dlaczego? To proste. Nawet jeśli będąc purystycznymi audiofilami na co dzień nie będziecie z tego korzystać, w momencie pewnego rodzaju znudzenia posiadanym dźwiękiem możecie go z łatwością przemodelować. Skorzystacie, dobrze, nie skorzystacie drugie dobrze. Ważne, że jest i nie degraduje dźwięku. Od zawsze idąc drogą bez najmniejszych kompromisów – obecne źródło razem z zegarami zewnętrznymi składa się z czterech kostek, podczas testu korzystałem z maximum oferowanej jakości brzmienia Antileona. Co z tego wynikło? Nie uwierzycie, gdyż ten uważany za bezdusznego, bo stawiającego na przejrzystość i szybkość ponad wszystko diabeł, pokazał dobitnie, na czym polega fenomenalne zaaplikowana klasa „A”. Ale nie uważana za piękną z racji wprowadzania niedoścignionej dla większości konstrukcji tak zwanej „eufonii” budowanego pomiędzy kolumnami spektaklu, tylko oprócz fantastycznego kreowania sceny 3D tchnienia w każdy aspekt dźwięku od górnego, przez środkowy, po najniższy rejestr odpowiedniego dla odtwarzanej muzyki ładunku energii. Po prostu każdy podzakres zaczął tętnić dotychczas niespotykanym nawet podczas wykorzystania mocnych pieców innych marek życiem, uwalniając w każdej częstotliwości efekt na kształt znacznie silniejszego pulsu. Ale nie uśredniającego przekaz bulgotu, tylko pozwalającej wybrzmieć z większym wolumenem eksplozji każdej nucie. A co najciekawsze, przy takim postawieniu sprawy, Gryphon nie zapomniał o najważniejszej swojej cesze, jaką jest bezkompromisowa rozdzielczość, sprawiając, że obok zjawiskowego pulsu muzyki w pakiecie zyskałem świetne oddanie czerni tła i witalności wirtualnej sceny. Dźwięk z moich kolumn nadal był dość ciemny – taki jak lubię, jednak biorąc wszystko co najlepsze z wymienionych cech wzmacniacza zyskał na energii tak basu, jak i środka, mogąc pochwalić się przy tym nie tylko zjawiskowym rysowaniem ostrych krawędzi źródeł pozornych, ale również dzięki pozbawionemu zniekształceń sygnałowi, zaprosił muzyków do mojego pokoju. Jednak nie w odczuciu przybliżenia kreowanej sceny do miejsca odsłuchu – ta bez powiększania instrumentów, idąc w sukurs wymienianym przed momentem pozytywnym odczuciom, zyskała na rozmachu w zakresie szerokości i głębokości, tylko oczekiwanej od zawsze ich namacalności, czyli ciężkiego do zrealizowania dla sporej grupy konkurencji trzeciego wymiaru wydarzeń muzycznych. Niemożliwe? Mówiąc szczerze, do momentu wpięcia w tor Antileona też tak myślałem. A że od jakiegoś czasu postanowiłem nigdy nie mówić nigdy, teraz nie muszę niczego odszczekiwać, tylko z przyjemnością przelewam doznania na klawiaturę. Jak wszystkie wypisane plusy wypadły podczas zderzenia z materiałem muzycznym? Nie będę jednak opisywać konkretnych płyt z osobna, z czego bez dwóch zdań wyszłaby niebezpieczna dla mojej reputacji laurka, lecz skreślę jedno, ale nie zwięzłe – mogłoby nie zawrzeć niezbędnych informacji, tylko wielokrotnie złożone zdanie. Otóż począwszy od słuchanej przeze mnie stosunkowo rzadko muzyki elektronicznej, w której główny akcent położony jest na najniższe, powodujące arytmię serca siedzącej piętro wyżej mojej żony, oddające energię zbliżoną do trzęsień ziemi rejestry, przez wywołującą ciarki na plecach „Lamentującą Nimfę” Claudio Monteverdiego w wykonaniu solistki zespołu Jordi Savalla średnicę, po zjawiskowo świecące, ale nie kłujące w ucho i nawet w najmniejszym stopniu nie męczące, bo pozbawione zniekształceń wysokie tony, wszystko było tak jak wcześniej, tylko lepiej. Co to znaczy? Sam nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale od dawna na co dzień mając odbierany przeze mnie jako bardzo dobry dźwięk, od jakiegoś czasu drobnymi zmianami w systemie starałem się kroczyć drogą, którą podczas testu w dużej mierze pokazał mi Duński piec. Dlatego padło stwierdzenie „to samo tylko lepiej”. Żadnego drugiego dna. Co z tą opinią zrobicie, zależeć będzie od Was. Ja tylko zdałem relację jak na spowiedzi i bez naciągania faktów podpisuję się pod tym tekstem obydwoma rękami.
Szczerze powiedziawszy, w najbardziej optymistycznych snach nie spodziewałem się tak pozytywnego obrotu sprawy podczas testu Antileona Evo Stereo w moim zestawie. Powód? Test mniejszego brata – Diablo 300 niósł ze sobą pakiet niewiedzy, w którą stronę pójdzie druga od góry końcówka mocy. W duchu bałem się, że po aplikacji „Antka” w mój tor jeszcze mocniej niż z diabłem zbierze w sobie bas i co ma często miejsce odchudzi średnicę, przy okazji podkreślając mogącą wówczas zamęczyć mnie otwartość wysokich tonów. Już wówczas było na granicy przyjemnego przyswajania muzyki. Żywo, szybko, otwarcie, ale mimo hołdowania gęstemu graniu jeszcze bardzo ciekawie. Tymczasem postawiona w Antileonie na pierwszym miejscu specyfika obróbki sygnału audio w klasie „A”, z jednej strony znacznie podciągnęła aspekty brzmienia Diablo, ale z drugiej za sprawą magii niestety bardzo stratnej w swej pracy klasie dźwięku napełniła poszczególne zakresy częstotliwości dawką energii, gęstości i co ważne zapewniła muzyce odpowiednią szybkość narastania. Czy to końcówka dla wszystkich? Ręki w zastaw nie oddam, ale jeśli Waszym celem nie jest zbliżanie jakości uzyskanej w domu fonii do krzykliwości powodującej pękanie szkliwa na zębach, tudzież uzyskania efektu latających w pokoju żyletek, nie widzę przeciwskazań w podejściu testowym żadnego z potencjalnych zainteresowanych. To jest rasowy przedstawiciel ekstremalnego High Endu i jedyne co może zaważyć na końcowym wyniku, to niezgrywający się z soniczną ofertą Gryphona mocny rys posiadanego zestawu. Wówczas może okazać się, że zwyczajnie im nie po drodze. Ale i w takim przypadku mam pewną napawającą optymizmem informację. Zobaczcie z jak gęstym zestawem Antileon zderzył się podczas testu, a mimo to bez najmniejszego problemu wyszedł z tego z tarczą. Lepszej rekomendacji nie widzę.
Jacek Pazio
Opinia 2
Podobnie jak w obrębie wierzeń, przesądów, mitologii i baśni od zarania dziejów pojawiały się mityczne postaci i stworzenia o dość pogmatwanej proweniencji, tak i w audio części producentów, dzięki legendarnym wręcz urządzeniom, udało się zyskać status kultowych. Takie swoiste wyznaczniki nieosiągalnych dla zwykłych śmiertelników przejawów absolutu na tyle głęboko wrosły w naszą audiofilską rzeczywistość, że nawet jednostki, którym nie dane było dostąpić zaszczytu choćby rzucenia okiem i uchem na owe Święte Grale, niejako podświadomie nie tylko z nimi porównują inne – konkurencyjne rozwiązania, co do owych ideałów uparcie dążą. Do tegoż, niezwykle hermetycznego, grona z pewnością można zaliczyć duńskiego Gryphona, który dziwnym zbiegiem okoliczności niejako z automatu był, jest i mam cichą nadzieję, jeszcze długo będzie, umieszczał w panteonie gwiazd praktycznie wszystkie wprowadzane na rynek urządzenia.
W dodatku warto wspomnieć, iż to właśnie Gryphon, za sterami którego stał niezwykle charyzmatyczny Flemming E. Rasmussen, odważył się jako pierwszy ultra-highendowy gracz zaprezentować światu tzw. superintegrę – Diablo, której aktualną inkarnację oznaczoną symbolem 300 ponad trzy lata temu mieliśmy szaloną przyjemność testować. I to właśnie Diablo 300 był w moim przypadku swoistym triggerem pozwalającym na metaforycznie uwolnienie się od „piętna” Antileona. Tak, tak mili Państwo – piętna, bowiem dziwnym zrządzeniem losu od blisko dwóch dekad ilekroć nadarzała się okazja kontaktu z tytułową duńską marką każdorazowo sercem prezentowanego systemu był owy Antileon a porównywanie z nim czegokolwiek zlokalizowanego poniżej jego pozycji kończyło się zazwyczaj wzruszeniem ramion. Nie da się jednak ukryć, iż wspomnienia mają to do siebie, że wraz z upływem czasu ulegają podświadomym podkolorowaniom i zabiegom upiększającym. Dlatego też zasadnym wydaje się możliwie regularnie weryfikować owe zachowane w pamięci artefakty z nieraz wcale nie taką różową rzeczywistością i właśnie z tego powodu, dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora marki – łódzkiego Audiofastu, mogliśmy ową weryfikację przeprowadzić we własnych ośmiu (OPOS jest oktagonem) kątach. Panie i Panowie oto Gryphon Audio Antileon EVO Stereo.
Duńczycy od lat przyzwyczaili nas do tego, że ich urządzenia mają szatę wzorniczą na widok której nawet czarne serce Lorda Vadera zatrzepotałoby niczym u pryszczatego podlotka. To nad wyraz charakterystyczne – bezsprzecznie drapieżne połączenie kruczoczarnego akrylu i szczotkowanego, anodowanego aluminium. Zamiast jednak jednolitych tafli i spokojnych przebiegów Gryphon stawia na swoistego rodzaju instalacje przestrzenne, w których masywne 40 mm bloki akrylu przeplatają się z industrialnymi aluminiowymi profilami i szczerzącymi zęby monstrualnymi radiatorami. I tak, patrząc na front, który pomimo najszczerszych chęci trudno nazwać ścianą, mamy wychylające się poza obręb płatów akrylu radiatory i centralnie umieszczoną, wystającą nieco poza bryłę końcówki, wyspę z wyświetlaczem, podświetlonym na czerwono logotypem i sześcioma niewielkimi przyciskami. Płytę górną zdobi kolejne firmowe logo umieszczone na „talerzu” imitującym pokrywę transformatora i gęsta perforacja zapewniająca cyrkulację powietrza wewnątrz obudowy. Ścian bocznych de facto nie ma, gdyż ich miejsce zajęły potężne grzebienie radiatorów, które choć niewątpliwie atrakcyjne wizualnie, pełnią głównie rolę funkcjonalną – odprowadzają generowane przez przymocowane do nich … 80 (na kanał!!!) tranzystorów ciepło. A jest go naprawdę sporo, gdyż warto mieć świadomość iż Gryphon na wszelakiej maści przejawy ekologii i oszczędności w audio (klasa D, zasilacze impulsowe itp.) patrzy podobnie jak miłośnik klasycznych muscle carów na jednolitrowe, trzycylindrowe popierdółki udające samochody. Znaczy się z obrzydzeniem. Mamy zatem do czynienia z prawdziwą A-klasową, całkowicie zbalansowaną końcówką mocy do zasilania której potrzebować będziemy nie jednego a dwóch przewodów zasilających (my zdecydowaliśmy się na parkę Furutechów NanoFlux-NCF). I tym oto sposobem znaleźliśmy się na zapleczu, gdzie pomimo blisko 60 cm (dokładnie 57) szerokości miejsca wcale nie jest tak wiele. Wynika to z faktu, iż prawie połowę powierzchni zajmują radiatory a swoje trzy grosze dorzucają konieczne przy 84 kg wagi uchwyty. Dlatego też na ścianie tylnej znajdziemy jedynie parę wejść XLR, pojedyncze, acz szalenie masywne i wygodne, terminale głośnikowe, dwa włączniki główne i takiż sam zestaw gniazd zasilających IEC wraz z odpowiadającym im dekielkami bezpieczników. Całość dopełnia terminal Green Bias (dedykowany przedwzmacniaczom Gryphona wyposażonymi w taki sam układ) i wejście triggera.
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to trudno nie zauważyć dwóch solidnie odizolowanych od obudowy i oczywiście szczelnie ekranowanych 1500W transformatorów toroidalnych, współpracujących z baterią kondensatorów o imponującej pojemności 670 000 µF. Stopień wejściowy oparto na podwójnych J-FETach a o stopniu wyjściowym już wspominałem, więc jedynie nadmienię, że wewnątrz połączeń kablowych jest jak na lekarstwo i tak po prawdzie widać je jedynie przy kondensatorach i terminalach sygnałowych. No i jeszcze jedno – moc. Otóż Antileon EVO zdolny jest oddać w klasie A pierwsze 150W. A czemu piszę, że pierwsze? Ponieważ jego moc wraz ze spadkiem impedancji sukcesywnie rośnie osiągając 1 200 W przy 1 Ω i … 5 000 W/0,25 Ω. Jeśli zatem komuś przyjdzie do głowy zamiast głośników użyć stołów bilardowych, to proszę bardzo.
Z drobiazgów natury użytkowej pozwolę sobie jedynie zwrócić uwagę na dwa detale. Pierwszy dotyczący terminali głośnikowych zlokalizowanych bezpośrednio nad gniazdami zasilającymi i przy sztywnych, zakończonych widłami przewodach głośnikowych, oraz odpowiednio masywnych zasilających, trzeba będzie się nieco nagimnastykować, żeby ów kablowy galimatias ogarnąć. I drugi, wynikający z zastosowania czarnego akrylu, który pyli się i palcuje niemalże od samego patrzenia, więc przejawiający objawy nerwicy natręctw miłośnicy sterylnej czystości powinni zapobiegliwie wcześniej zaopatrzyć się w klimatyzację z zaawansowaną filtracją przeciwpyłową, bądź mając poważą wadę wzroku tuż przed odsłuchem po prostu zdejmować okulary.
Pół żartem, pół serio przechodząc do opisu walorów sonicznych Antileona śmiało można stwierdzić, iż są one pochodną widocznego na pokrywie jego transformatorów i frontu logotypu. Zgodnie bowiem z obowiązującą symboliką gryfom, czyli nad wyraz charakterystycznym stworom – lwom z orlimi skrzydłami (i czasami oślimi uszami) przypisywano takie cechy jak szybkość (orzeł), siłę (lew) i czujność (ośle uszy) a jeśli chodzi o te mniej pozytywne, to również wspominano czasem o zachłanności. Czyli wszystko pasuje jak ulał. Mamy bowiem do czynienia z niepodrabialnym mixem pierwotnej i dzikiej potęgi oraz niszczycielskiej mocy z piekielną wręcz zwinnością. Śmiem wręcz twierdzić, iż nie jest to krzyżówka lwa z orłem, lecz trzynastotonowego rekina wielorybiego z wygłodniałą piranią. Jeśli zaś chodzi o wspomnianą zachłanność, to chyba 5 kW maksymalnego zapotrzebowania na prąd inaczej zinterpretować się nie da. W dodatku wypadałoby choćby słowem wspomnieć o pierwiastku nie tyle kobiecości, co kameleona, gdy w zależności od wybranego ustawienia biasu charakter brzmienia końcówki dość zauważalnie się zmienia, więc żonglując pomiędzy L, M i H spokojnie jesteśmy w stanie dopasować sposób prezentacji tak do repertuaru, jak i własnych oczekiwań. Operujemy bowiem w zakresie od estetyki niemalże lampowego wysycenia i karmelowej lepkości (Bias H – 100% klasa A) po noszącą znamiona wyczynowości koncertową, prawdziwą jazdę bez trzymanki na pełnej mocy (L – dostępna pełna moc w klasie AB). Oczywiście osoby niezdecydowane, przynajmniej na początku znajomości ze skrzydlatym lwem, spokojnie mogą dozować sobie doznania w uniwersalnym trybie M udostępniającym pierwsze 50 W w klasie A, a pozostałe (ze 175 W) już w AB. Czyli, przynajmniej teoretycznie, do „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena wystarczy tryb H lub nawet M a do wielkiej symfoniki w stylu „Wagner Reloaded: Live in Leipzig” Apocalypticy i porządnego łojenia („Lateralus” TOOL) lepiej do końca otworzyć przepustnicę i wybrać L? Niby tak, jednak nie zaszkodzi pójść nieco pod prąd i spróbować wybrać jeden tryb, kombinowanie i przełączanie ograniczając do minimum. Przykładowo może się okazać, że zamiast pierwotnej mocy zdecydowanie bliżej nam do swoistej krainy może nie tyle łagodności co … organiczności i uzależniającego od pierwszej „działki” wszechobecnego, na wskroś analogowego spokoju. To taka swoista (smocza?) pewność siebie, że nic się nie musi a co najwyżej można i nic nikomu udowadniać nie trzeba. A czemu dosłownie chwilę temu przemyciłem w powyższych peanach „analogowość”? Cóż, nie da się ukryć, że w dzisiejszych czasach stosunkowo łato i przy tym tanio można osiągnąć imponujące moce. Ot dowolny układ Ice-Power, czy Hypexa, firmowy, bądź jakikolwiek inny, moduł zasilający (najlepiej impulsowy) i voilà – mamy przysłowiową „spawarkę”. Niestety to, co na papierze wygląda świetnie w rzeczywistości wypada co najwyżej po japońsku, czyli „jako-tako” i o ile na pułapie Hi-Fi jeszcze ma szansę się obronić, o tyle nawet nie tyle wkraczając, co zbliżając się do terytorium High-Endu, staje się przysłowiowym chłopcem do bicia i workiem treningowym dla graczy w stylu Gryphona. Chodzi bowiem o to, że nie sztuką jest ową dużą moc uzyskać, lecz warto pamiętać jeszcze by nią właściwie operować i przy okazji nie zapomnieć o takim „drobiazgu” jak wydajność prądowa. I właśnie od owej wydajności prądowej tak naprawdę zależy finalne brzmienie a nie od napięcia. A Antileon, jak i jego pozostałe rodzeństwo, jest wzmacniaczem wybitnie wysokoprądowym. Generuje zatem dźwięk nie tylko duży i dynamiczny, ale również świetnie zdefiniowany i wielowarstwowy. To nie jest wydmuszka, kinowe dekoracje, gdzie za imponującą fasadą są tylko ażurowe rusztowania, lecz solidna konstrukcja zdolna wytrzymać niejedną nawałnicę, czy trzęsienie ziemi.
A właśnie skoro o następstwach ruchów tektonicznych mowa, nie mogłem odmówić sobie przyjemności przesłuchania na Antileonie pełniącego w naszej redakcji dość niewdzięczną rolę KaOwca (tym razem nie oznacza to od skrótowca KO czyli instruktora kulturalno-oświatowego, lecz nokaut – ang. knockout, KO ) albumu „Khmer” Nilsa Pettera Molværa. Jest to bowiem niezwykle wymagające połączenie naturalnego instrumentarium – m.in. dęciaków, z syntetycznymi, zapuszczającymi się do najgłębszych lochów Hadesu, iście infradźwiękowymi wstawkami, które mówiąc delikatnie potrafią rozłożyć spore grono utytułowanych konstrukcji na łopatki. Co ciekawe większość delikwentów bądź rzuca ręcznik na ring, bądź rozpaczliwie udaje, że poniżej pewnych częstotliwości nic a nic tam nie ma, już w okolicach czwartej minuty utworu „Tlon”. Tymczasem tytułowy Gryphon ową morderczą „ścieżkę zdrowia” potraktował niczym leniwy niedzielny spacer z babcią po Łazienkach Królewskich. Zero jakiejkolwiek nerwowości, prężenia muskułów i chęci zwrócenia na siebie uwagi. Oczywiście dotyczy to grania w czystej klasie A, bo przesiadka na tryb L nieco podnosi poziom adrenaliny szczerząc co jakiś czas śnieżnobiały uśmiech wynikający ze świadomości o własnej zajebistości. Bas schodząc niesamowicie nisko cały czas pozostawał w pełni kontrolowany i zachowywał zarówno swoje świetnie zdefiniowane kontury, jak i fakturę. Był przy tym przyjemnie ciemny, odpowiednio mroczny i całkowicie pozbawiony suchości, przez co stanowił oczywiste rozwinięcie podobnie atrakcyjnej i wysyconej średnicy a zarazem idealnie równoważył odważną i otwartą górę. Drut ze wzmocnieniem? Nie tym razem – Gryphona w torze słychać i co ciekawe nie sposób mieć do niego o to pretensję, gdyż tak po prawdzie to nie jego a nasza wina, że akurat wybraliśmy taki a nie inny tryb pracy. W dodatku bardzo szybko przyjdzie nam zmierzyć się ze świadomością, że wynikający z konkretnej nastawy charakter prezentacji Antileona nie jest jego manierą, czy sygnaturą a jedynie odzwierciedleniem naszych indywidualnych preferencji i nieraz głęboko skrywanej próżności. Ot słyszymy to, co tak naprawdę chcemy usłyszeć – taki audiofilski odpowiednik „lustereczko powiedz przecie …”. I nie jest to bynajmniej zarzut a jedynie stwierdzenie empirycznie doświadczonego faktu. Dlatego też im szybciej przejdziemy nad nim do porządku dziennego, tym lepiej, dzięki czemu zamiast szukać dziury w całym będziemy mogli bez zbędnych wyrzutów sumienia cieszyć się fenomenalnym i niejako uszytym dla nas na miarę dźwiękiem.
A czy Antileon EVO ma jakieś własne preferencje i upodobania? Szczerze powiem, że po blisko miesięcznym użytkowaniu niczego takiego nie zauważyłem. Oczywiście dla ortodoksyjnych miłośników SET-ów opartych o lampy 300B i 2A3 tytułowy Duńczyk wszystko robi nie tak, jednak podchodząc do tematu zdroworozsądkowo, nie sposób przypiąć mu jakiejkolwiek łatki. Chociaż … no dobrze. Na upartego można uznać, że tytułowa końcówka jednak nieco czaruje i sprawia, że reprodukowane przez nią dźwięki nie dość, że nieco szybciej ewoluują do postaci finalnej zwanej muzyką, jak i stają się nieco bardziej atrakcyjne aniżeli ma to miejsce w rzeczywistości. Ma to jednak swoje dobre strony, gdyż nawet tak wycyzelowane, dopieszczone a przez to niestety nieco zbyt sterylne nagania jak np. „Live ad Alcatraz” Fausto Mesolella zyskują na … normalności. Normalności a nie realizmie? Dokładnie tak, gdyż jak to w przypadku większości audiofilskich krążków bywa cierpią one na swoisty nadrealizm objawiający się czymś na miarę gombrowiczowskiego gwałtu przez uszy. Gryphon w tym momencie ściąga wodze i ową zbytnią poufałość ze słuchaczem, z pakowaniem języka do ucha włącznie, doprowadza właśnie do stanu normalności. Czyli sytuacji, gdy wreszcie wyciągamy głowę z pudła gitary i zasiadamy na widowni.
Z kolei komercyjne pozycje w stylu „Trav’lin’ Light” Queen Latifah są delikatnie podkręcane. Wokal staje się bardziej sexy, bardziej intymny, zmysłowy a obecne w tle instrumentarium dostaje niejako w prezencie dodatkowe oświetlenie i mikrofony. Nie oznacza to jednak, że dalsze plany są przybliżane, a tym samym scena ulega spłyceniu. O nie. Tym razem mamy do czynienia z zupełnie odwrotnym efektem. Chodzi bowiem o poprawę rozdzielczości dalszych planów, a co za tym idzie lepszy w nie wgląd, przy jednoczesnym uatrakcyjnieniu wydarzeń pierwszoplanowych. Czy jest neutralnie? Raczej … naturalnie i organicznie, przez co zamiast każdorazowo walczyć z materią i „prawdą nagrania” otrzymujemy dźwięk na wskroś luksusowy i wysublimowany, w którym nie pozostaje nam nic innego jak tylko się zanurzyć i dać się ukołysać, bądź porwać i skotłować, gdy z głośników zamiast zmysłowej wokalistki i swingującego ensemble’u zacznie się na nas wydzierać Nergal ze swoją ferajną prezentując z pełną brutalnością walory brzmieniowe „I Loved You at Your Darkest”.
No i stało się. Demony przeszłości powróciły ze zdwojoną intensywnością i po raz kolejny wypaliły żywym ogniem swoje krwawe piętno na mojej psychice. Nie da się bowiem obok ostatniej inkarnacji Gryphona Antileon EVO Stereo przejść obojętnie i nie da się zapomnieć jego bezwzględnej dominacji nad torem audio w którym przyjdzie mu grać. Dlatego też na wszystko proszę Państwa, że jeśli tylko nie planujecie zmian w posiadanych zestawach i przy okazji nie dysponujecie stosowną kwotą lepiej nawet nie zbliżajcie się do Antileona. Po co popadać w audiofilską odmianę traumy, nad wyraz boleśnie uświadamiając sobie, że przeważająca większość konkurencji tytułowego Duńczyka gra bez emocji i dynamiki. To jednak nie koniec złych wiadomości. Wiecie czemu? Bo przecież Antileon nie jest wcale ostatnim słowem ekipy Gryphona i tuż za horyzontem, ze stoickim spokojem, cały czas czeka upadły anioł … Mephisto.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS VIVALDI DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, Boulder 1110
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Boulder 1160
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
Step-up Thrax Trajan
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Audiofast
Cena: 153 380 PLN
Dane techniczne:
Moc RMS: Czysta klasa A 2 x 150 W, 2 x 175 W/8 Ω, 2 x 1 200 W/1 Ω, 2 x 5 000 W/0,25 Ω
Moc szczytowa: 5 000 W
Ustawienia prądu podkładu: 3 nastawy prądu podkładu: wysoki, średni i niski lub BIAS automatyczny poprzez układ Green Bias
Odstęp od zakłóceń nieważony w paśmie 20Hz-20kHz: < -78dB
Odstęp od zakłóceń średnio-ważony: < -81dB
Dynamika: 111 dB
Poziom zniekształceń (THD+N): < 0,06% przy 50 W, < 1% przy 150 W / 8 Ω
Czułość wejściowa: 0,975 V
Wzmocnienie: +31dB
Pasmo przenoszenia: 0 – 350 kHz
Separacja kanałów: nieskończona
Impedancja wejściowa: 20 kΩ
Impedancja wyjściowa: <0,04 Ω
Wejścia: 1 x pozłacane gniazdo XLR, gniazdo triggera 12V
Wyjścia: 2 pary pozłacanych terminali głośnikowych
Pobór mocy w stanie gotowości: < 0,5 W
Pobór mocy w stanie jałowym: 500 W na kanał (bias wysoki), 175 W na kanał (bias średni), 75 W na kanał (bias niski)
Pobór mocy maksymalny: 2 500 W na kanał
Pojemność kondensatorów: 670 000 µF
Rodzaj wtyczki zasilania: 2 x 15A C15/C13
Wymiary (S x W x G): 57 x 26 x 60 cm
Waga: 84 kg
Ponieważ na rodzimym rynku audio pojawił się nowy producent akcesoriów antywibracyjnych – działająca w Bielsku Białej manufaktura Audio-Stability, jednogłośnie uznaliśmy, że zamiast czekać na ploteczki i informacje z trzeciej ręki, najrozsądniej będzie własnousznie zapoznać się z tematem. Tym oto sposobem udało nam się pozyskać na testy stopki antywibracyjne the ONE.
cdn. …
Najnowsza integra sygnowana logiem Vitus Audio jest uzupełnieniem szerokiej oferty serii Signature. Jednak i tym razem Vitus Audio był w stanie dostarczyć produkt, który wyznacza nowe standardy dla wszystkich producentów wzmacniaczy zintegrowanych na świecie.
Model SIA-030 korzysta między innymi ze zmodyfikowanych układów modelu MP-M201 (seria Masterpiece). Bez wątpienia warto również zwrócić uwagę na zupełnie nowo opracowaną technologię kontroli głośności. Dzięki niej użytkownik wzmacniacza SIA-030 jest w stanie zmieniać ją co 0,5 dB (słownie: pół decybela!) od początku do końca. Kolejną innowacją znaną z monobloków jest wybór pomiędzy dwiema formami prezentacji dźwięku. Classic, nieco gładsza z większym „polotem” i Rock, bardziej drapieżna o bezpośrednim przekazie. Dzięki temu najnowsza integra od Vitus Audio sprawdzi się doskonale we wszystkich warunkach, niezależnie od systemów, w których się znajdzie czy odtwarzanej muzyki.
Idąc z duchem czasu, funkcjonalność wzmacniacza zintegrowanego SIA-030 może zostać zwiększona poprzez dokupienie opcjonalnych modułów. Pierwszy z nich to przetwornik cyfrowo-analogowy i streamer w jednym. Drugi moduł to przedwzmacniacz gramofonowy MM/MC, wyposażony w dwa niezbalansowane wejścia z oddzielną regulacją każdego z nich. Oba moduły zostały opracowane specjalnie pod kątem nowego urządzenia i są zaprojektowane tak aby ich instalację mógł wykonać użytkownik we własnym zakresie. Chociaż są jedynie dodatkiem do wzmacniacza zintegrowanego, każdy z nich stanowi pełnowartościowy produkt, dzięki któremu użytkownik SIA-030 będzie mógł cieszyć się wysokiej klasy brzmieniem.
Wzmacniacz zintegrowany SIA-030 jest już dostępny w sprzedaży, podobnie jak dedykowane mu opcjonalne moduły DAC-a i przedwzmacniacza gramofonowego.
Cena od 35 000 € (wersja podstawowa). Dystrybucja RCM
Specyfikacja techniczna:
Wejścia: 3 x XLR, 2 x RCA
Czułość: 2/4/8 Vrms
Impedancja: 10 kΩ
Moc (klasa A/klasa AB): 30/200 W
Stosunek sygnał/szum: > 120 dB
THD + szum: < 0,01%
Pobór mocy (standby/klasa AB): < 1/90 W
Wymiary (W x S x G): 268 x 435 x 530 mm
Waga: ok. 63 kg
Firma Voice, polski dystrybutor urządzeń marki Chord Electronics, informuje o wprowadzeniu do sprzedaży najnowszego produktu tej marki: przedwzmacniacza gramofonowego MM/MC o nazwie Huei.
Model Huei jest odpowiedzią na pytania wielbicieli dźwięku spod znaku Chord Electronics, którzy chcieli uzyskać to samo wysokiej klasy brzmienie w swoich systemach gramofonowych. Przedwzmacniacz ten obsługuje zarówno wkładki MM (Moving Magnet), jak i MC (Moving Coil), dzięki czemu jego użytkownik może bez przeszkód korzystać z obu typów. Co więcej, dzięki umieszczonemu na froncie przyciskowi „Gain”, osoba korzystająca z przedwzmacniacza Huei bez problemu dostosuje wzmocnienie do swoich aktualnych potrzeb.
Na pokładzie Huei znajdziemy tę samą technologię, która zapewniła firmie Chord Electronics znakomitą opinię wśród krytyków audio i miłośników high-endowego dźwięku na całym świecie. Mowa tu między innymi o zaawansowanym mikroprocesorze odpowiedzialnym za kontrolę urządzenia. Mikroprocesor oferuje między innymi możliwość zmiany impedancji czy wzmocnienia, a także funkcję zapamiętywania ustawień, dzięki której korzystanie z przedwzmacniacza Huei jest niezwykle przyjemne i bezproblemowe. Co istotne, opisywany tutaj przedwzmacniacz oferuje wejścia RCA oraz wyjścia RCA oraz XLR.
Podobnie jak inne produkty sygnowane logotypem Chord Electronics, również Huei został wyposażony w wysokiej jakości obudowę wykonaną z precyzyjnie obrabianego aluminium. Jej forma jest podobna do tej znanej z firmowego przetwornika c/a Qutest i również oferuje niewielkie „okienko” do podglądania podświetlonego wnętrza urządzenia. Uwagę powinny także przykuć umieszczone na froncie sferyczne gałki służące do kontroli pracy urządzenia: te są nie tylko łatwe w obsłudze, ale i znakomicie się prezentują.
Przedwzmacniacz gramofonowy MM/MC Chord Electronics Huei pojawi się w sprzedaży na terenie Polski w połowie sierpnia tego roku. Jego cena detaliczna wyniesie 4990 zł. Urządzenie będzie dostępne w czarnej wersji kolorystycznej.
Specyfikacja techniczna:
Impedancja wejściowa (MM/MC): 47 kΩ/ 30 Ω – 47 kΩ
Wzmocnienie (MM/MC): 25-35/48-70 dB
Szum (wejście): 1,1 nV/Hz
Maksymalne napięcie wyjściowe (RMS): 10 V RMS
Pasmo przenoszenia: 12 – 25 000 Hz
Impedancja wyjściowa: 520 Ω
Wymiary (W x S x G): 41 x 160 x 72 mm
Waga: 657 g
Obserwując dynamicznie zmieniający się wokół nas świat, w myśl znanego powiedzenia jedno niezaprzeczalnie jest pewne: „Kto stoi w miejscu, ten się cofa”. Tak tak, nastały czasy, w których zabiegające o naszą uwagę podmioty, bez względu na dział gospodarki, aby być w kręgu zainteresowań, przez cały czas muszą oferować nowe rozwiązania. Czy to źle? Naturalnie, że nie. Jednak w moim odczuciu biorąc pod lupę nasze podwórko, owe zmiany powinny być skutkiem prawdziwego progresu jakościowego danego produktu, a nie li tylko spełnieniem zachcianek konsumenta i podyktowaną oczekiwaniami rynku kosmetycznym zmiana liftingiem. Niestety bardzo często tak nie jest, bowiem najważniejszy jest stan konta danego wytwórcy. Na szczęście dla audiofilów i melomanów, czyli ludzi stawiających wszelkim nowościom pewne oczekiwania nie wszyscy dają się bezwiednie nieść wspomnianemu trendowi i jeśli już w ich portfolio następują jakieś zmiany, jest to efektem albo faktycznej poprawy jakości konstrukcji, albo nieco inne spojrzenie na to samo zagadnienie. Co lub kogo mam na myśli? Już zdradzam. Otóż dzisiejsza relacja będzie próbą przybliżenia Wam delikatnej zmiany kursu znanego chyba wszystkim miłośnikom dobrej jakości dźwięku, stacjonującego w Japonii producenta Comback Corporation w dziale okablowania systemów audio, czyli wprowadzenie na rynek kolejnego kabla sygnałowego w standardzie XLR z serii Hijiri model HCI-X10, którego dystrybucją zajmuje się wrocławskie Moje Audio. Co takiego zmieniło się w postrzeganiu świata muzyki przez Pana Kazuo Kiuchi – właściciela wspomnianej marki? O nie, wstępniak jest zbyt wczesnym miejscem na zdradzanie takich informacji. Dlatego też w celu zgłębienia powyższego zagadnienia zapraszam do lektury.
Jak widać na załączonych fotografiach, obcując z tytułowym przedstawicielem przesyłu sygnału audio pomiędzy poszczególnymi komponentami w wydaniu Hijiri HCI-X10 XLR mamy do czynienia z zaskakująco skromną w stosunku do szczytu oferty szatą zewnętrznej otuliny kabla (model Kiwami jest żółto, czerwono, czarny) w postaci opalizującej czarnej plecionki. Jednakże nie jest to najważniejsza informacja na jego temat, bowiem dla nas, czyli wymagających specjalnego podejścia do użytkowanych komponentów najistotniejszym zagadnieniem jest całkowicie ręczna produkcja każdej sztuki tego modelu. To zaś oznacza, że od początku do końca danym egzemplarzem zajmuje się jedna, a przez to gwarantująca pewność wykonania w najwyższym standardzie jakości osoba. Zadowoleni? Myślę, że ortodoksyjni audiofile na pewno. Idźmy dalej. Omawianą dziesiątkę wykonano z wysokiej czystości miedzi i jak wszystkie inne druty, z głośnikowymi włącznie, nadano jej kierunkowość przepływu sygnału. Omawiana konstrukcja dla zapewnienia stabilności pracy została otulona wykonanym na bazie rodowanej miedzi PCOCC ekranem zabezpieczającym przed szkodliwym wpływem zakłóceń RFI. Zaś temat wtyków zrealizowano przy użyciu rodowanego brązu z pozłacanymi stykami. Tak wykonany kabel ułożono na nadającym wyjątkowości produktowi białym pergaminie i spakowano w ciekawie ozdobione graficznymi okrągłymi stemplami kartonowe pudełko.
Kreśląc tekst o najnowszym dziecku wspominanego właściciela marki Pana Kazuo Kiuchi nie sposób nie odnieść się do przewodów z linii poprzedzającej serię Hijiri – dawniej Harmonix. Dlaczego? Ano dlatego, że w nowej wizji bez najmniejszego problemu znajdziemy wiele cech starego pomysłu na fantastyczny dźwięk. Co konkretnie? Otóż tak jak poprzednie kable, również tytułowa X10-ka stawia na dobre wypełnienie zakresu średniotonowego. Jednak przy podobnym punkcie ciężkości średnicy znacznie otwiera przekaz, czyli przekładając z polskiego na nasze, jest bardziej rozdzielcza, niwelując tym sposobem kojarzony z marką efekt soczystości i wypełnienia ponad wszystko. Zaskoczeni? Ja śledząc interesujący nas wycinek przemysłu elektryczno-akustycznego osobiście wcale, bowiem obecny świat producentów audio oprócz umilania nam życia przyjemnym, nawet bardzo gęstym graniem, teraz dodatkowo podąża w kierunku podania przy okazji odpowiedniego pakietu informacji na temat słuchanej muzyki. Niestety, jest to bardzo często odbierane przez wielu użytkowników starszej generacji okablowania jako wprowadzanie pewnej nerwowości, jednak zapewniam wszystkich tak odbierających ten kabel, iż raczej stawiałbym na zwyczajną, dotychczas ukrytą, krzykliwość poszczególnych systemów, którą najnowsza japońska propozycja jedynie brutalnie unaocznia. Skąd takie przypuszczenia? Otóż wystarczy dysponować rozdzielczym systemem. Jednak przypominam, że rozdzielczy nie oznacza jasnego, co zazwyczaj jest nagminnie mylone i co po użyciu lepszej jakości produktu natychmiast skutkuje wspomnianymi przed momentem problemami typu natarczywość, a w ekstremalnych przypadkach nawet krzykliwość. Chyba nie muszę udowadniać (wystarczy przejrzeć dostępne na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy kompilacje), iż kilkukrotnie miałem okazję wpiąć naszych bohaterów do zrównoważonych sonicznie zestawów, dlatego też bez dwóch zdań jestem w stanie stwierdzić, iż opiniowany dzisiaj set jest ostoją gęstego, pełnego emocji grania. A że przy okazji z zaaplikowanym pakietem oddechu w środku pasma, dlatego też natychmiast pokazuje palcem potencjalnym zainteresowanym ich ewidentne potknięcia konfiguracyjne. Jak będzie w Waszym przypadku, niestety z powodu braku kontaktów z siłami pozaziemskimi najzwyczajniej w świecie się nie dowiem, jednak bez kruszenia kopii w telegraficznym skrócie z przyjemnością wspomnę, co takiego wydarzyło się w moim zestawie po wpięciu w tor łączówki Hijiri HCI-X10.
Powiem tak. Bez względu na rodzaj muzyki: uduchowiona muzyka dawna, emocjonalny jazz, szaleństwo rockowe, czy choćby w dużej mierze oparta o modulację i przestery dźwięku elektronika, jej waga w zakresie wypełnienia środkowego i najniższego zakresu nadal pozwalała cieszyć się solidną masą stopy perkusji, dostojeństwem fortepianu, czy ruchami tektonicznymi podłogi mojego pokoju. Jednak przy wspomnianym dobrym wyważeniu w obecnie preferowanym pakiecie firmowym zostałem obdarowany większym konturem brylujących w tym zakresie dźwięków i znacznie lepszym akcentowaniem początku i końca każdej nuty, co natychmiast poskutkowało znaczną poprawą czytelności rozgrywających się pomiędzy moimi kolumnami wydarzeń. Pozostawałem nadal w uwielbianej przeze mnie estetyce nasycenia, ale ze szczyptą od zawsze oczekiwanego oddechu muzyki. To wbrew pozorom jest bardzo istotny element, bowiem zbyt gęsta adaptacja zapisanych na pięciolinii informacji na dłuższą metę staje się nudna. Owszem, często jest ratunkiem dla nie do końca dobrze zestawionych komponentów audio, ale nie oszukujmy się, idąc z duchem czasów powinniśmy nieco ewaluować ze swoimi oczekiwaniami. Nie mówię, żeby jedną decyzją zakupową zmieniać swoje dotychczasowe przekonania o sto osiemdziesiąt stopni, jednak drobne, jak wspomniałem mocno propagowane przez najnowsze produkty zdecydowanej większości producenckiej braci korekty bardziej otwartego brzmienia naszego zestawu, po zrozumieniu o co w tym wszystkim chodzi – próba zbliżenia się do prawdy – z pewnością nie zaszkodzi. Bredzę? Bynajmniej, gdyż sam użytkując przez lata sporą próbkę oferty wystawiającego do sparingu swój najnowszy pomysł na przesył sygnału pomiędzy poszczególnymi komponentami brandu, doświadczyłem tego na własnej skórze. Dlatego też liczę na Waszą dobrą wolę i w przypadku próby sił na własnym żywym organizmie choćby minimalną próbę podążenia za moim tokiem myślenia. I zapewniam, to nie jest siłowe namawianie nikogo na natychmiastową wyprawę do sklepu, tylko chęć unaocznienia co nowym kablem sygnałowym Hijiri HCI-X10 przywoływana kilkukrotnie do tablicy firma chce nam przekazać.
Jak wynika z poprzedniego akapitu, następca znanego chyba wszystkim miłośnikom dobrej jakości dźwięku Harmonix’a linia Hijiri jest godnym kontynuatorem od zawsze dbającego o dobrą oprawę środka pasma pomysłu na dźwięk. Naturalnie idąc za wstępniakiem, aby nie zaliczyć przysłowiowej cofki, konstruktor poszedł z duchem czasów i oprócz zmniejszenia ilości średnicy w średnicy dodatkowo tchnął w model HCI-X10 nieco świeżości. Jednak aby zrozumieć co miał na myśli, w przypadku konfiguracyjnej porażki niektórzy melomani muszą wziąć sobie do serca, że to być może ich układanka obciążona jest skrywanymi przez lata problemami, a nie opiniowany kabel jest ułomny. Jeśli tak się stanie, w moim odczuciu ciężko będzie znaleźć grupę melomanów, która będzie mogła coś złego o nim powiedzieć. Owszem, swym jedynie delikatnym przewartościowaniem poziomu nasycenia i napowietrzenia przekazu może okazać się zbyt zachowawczy, ale wówczas nie będzie to porażka jako taka, a jedynie pokłosie zbyt dużych oczekiwań od przecież zajmującego w portfolio marki stosunkowo niskim pułapie cenowym przewodu. Ale spokojnie. Jeśli moje przewidywania się sprawdzą i chcielibyście w tej estetyce pójść jeszcze dalej, nie trzeba kierować wzroku na innego producenta, tylko przeskoczyć o oczko wyżej w cenniku. W jakim celu? Otóż z autopsji wiem, że wyższy model jest ewidentnym rozwinięciem 10-ki, co z pewnością postawi kropkę nad „i” większości potencjalnych oczekiwań sonicznych.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, Boulder 1110
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Boulder 1160
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up Thrax Trajan
Dystrybucja: Moje Audio http://www.mojeaudio.pl/
Ceny: 0,75 m – 7390 PLN, 1 m – 7590 PLN, 1,5 m – 7990 PLN
– dostępne długości: 0,75m, 1m, 1,5m, 2m, 2,5m, 3m
Opinion 1
After our very nice encounter with the top, factory confectioned, loudspeaker cable from the Japanese company Furutech, the phenomenal Nanoflux, time came to have a closer look at its competitor, offered … from spool only. Yes, yes, while the only power cords that come with plugs are the Nanoflux-NCF, Powerflux (PS-950-18E) and Power Reference III, you should not expect it is different in other cable assortments. So with the enthusiasm adequate to the expected quality of the cables we received the very nicely named DSS-4.1, which were supplied to us by the Katowice based distributor of the brand – RCM .
As you can see on the pictures, the RCM team was kind enough to provide us with a dedicated 2.5m long demonstration set, equipped with plugs and nicely looking splitters, instead of just tossing us two roughly cut pieces on the floor. Of course there is no reason why you would not fit the plugs yourselves, or have the confectioning done by the distributor/shop, but in this case we think, the less complication and steps to be taken, the better, so this pair of ready made cables fulfilled our expectations completely.
The cable itself is not overly thick, so it should pose no real problem when trying to fit it behind the stereo and loudspeakers. This is helped by the single wires sticking out from the splitters. The external, protective sheath, opalescent with silky black and having silvery spots on it, reminds me of the one known from the Danish Organic Original Series. It is very nice for touching, which does not have any tendency for pulling threads or catching dust. In terms of a more thorough vivisection, I mean reaching under the sheath, I must confess that the Japanese did not try to reinvent the wheel but used their experience gained during design and production of the, otherwise brilliant, power cord … DPS-4, the “pink candy”. True, the pink cable reached version 4.1 during last two years, and the sheath is not as purple as it was anymore, evolving into a kind of “bishop crimson” (you can see that on Jack’s photos), yet the idea and the used materials remained unchanged. Going outward from the dead center we have here a double wire conductor, double isolated, where each of the runs is woven around a NCF PE core with 0.8mm diameter. On the outside of this, we have 89 wires from α-OCC copper, 0.18mm each, woven to the right, then another layer of 39 of such wires woven to the left, and finally, a layer of 62 wires with 0.13 diameter woven to the right, but this time the wires are made from α-DUCC. Each of such runs has a secondary isolation made of FEP (Fluoropolymer) and an external one made from PE, brown for “+” and blue for “-“. The whole is wrapped in fabric, then black PVC enriched with ceramic carbon nanoparticles, upon which a double shielding is applied made from copper foil and braid. This is then wrapped in a paper tape and finally a deep purple PVC tube, as known from the “pink candy”. But to make this cable less eye-catching the whole is covered with a black-silver sheath made from Nylon.
The cable is directional, and the proper orientation is marked by arrows on the aluminum splitters.
Knowing what is inside this cable, under the nicely looking “skin”, and what its sibling, the DPS-4, is able to achieve, one could expect similar performance regarding resolution and dynamics. Yet things are somewhat different, as due to, maybe not even the small construction differences, but the much lower currents flowing through the DSS 4.1, make the tested cable behave in its very own way. It has a lot of resolution, but is not as uncompromised, and due to the place it is implemented, it does not have such high demands of the “throughput” of things attached to it. So while the “pink candy” could almost “drown” a device, which was not able to cope with the wealth of information it provided, the DSS-4.1 has only the loudspeakers on one of its ends, and that changes things slightly. Yes, slightly, as we cannot escape reality, and claim that cables are the most important thing, as it is known, that the final sound of the loudspeakers depends in 90% on the amplifier, and in 10% on the package of information we try to preserve with cables. Yes, Dear Readers, the cables cannot add anything from themselves, as being a passive element, they have no means of getting any kind of extra information. At most they can keep some details for themselves, filter out some nuances, accent others, but we are always within the amount of electric impulses provided by the amplifier. Keeping things short it is about the idea, that a certain cable should keep as little to itself as possible, “disappearing” from the sound path, providing the highest possible conformity of what comes in on one end with what exits on the other end. And here we deal with exactly this case. Let us take for example the soundtrack “Tuntematon Sotilas (musiikki Aku Louhimiehen Elokuvaan)” from Lasse Enersen, where grand symphonics mixes with Finnish Christmas songs (“Joulu Rintamalla”) and the sound stage, usually kept at a distance, comes very close, completely changing the perspective. With this kind of aesthetics it is very hard to keep the coherence and mood of the composition. Yet the Furutech was able to master this, precisely pinpointing the individual sound sources, due to what the orchestra remained in its place, and only the vocalists sat down close to the listener. Equally good impression makes the extension, precision and volume of the lowest notes. Absolutely no oneiric spots or flowing around your ankles. Just like the midrange or treble, where we can define the structure and saturation of the contours of the sounds, it is the same with the bass, and although on the mentioned soundtrack this foundation is only there to make an appropriate climate, then on the incredibly fast and perfectly virtuoso “Controlled Chaos” by Nita Strauss, the drums not only push you into your listening seat, but just jerks your internal organs, while the guitar riffs, something this whole album is mostly composed of, are burning with living fire. But instead of thrashing your ears with hisses and fizzles seemingly coming to life under the finger of the only woman honored with a custom, signed with her name, beautiful Ibanez JIVA with a mahogany-maple body and maple-amaranthine neck, the Furutech weaves a subtle spider’s web of fire and hangs it in space. This is not a mindless sprint, who can play faster, or more, but pure virtuoso playing and juggling with conventions, at the same time bucking the trends, like a woman would not be able to “shred” like Steve Vai (who also has a dedicated Ibanez, the Jem7). The thing that counts here is the ability to truthfully reproduce the fingers moving on the strings and the neck, and that speed determines success or failure. And I probably do not need to tell you, that this test was passed with flying colors? Really? OK – it did.
You can experience the refinement and resolution and transparency embedded in this cable’s DNA not only by exploring the extremes of the guitar giants, but also with much more civilized, what does not mean easier, repertoire. Let us take for example “Baubles, Bangles and Beads” from Steve Kuhn and his trio, where each instrument could have its own album, while there were nicely blended in the boundaries of a combines project, and it is somehow our problem not to be overwhelmed with the richness of sounds. With the Furutech every listening means reaching deeper into the recording. So the first one we can perceive as kind of reconnaissance and rough assessment of the potential buried in this recording, the second one would be getting acquainted with the precise positioning of the individual musicians on the stage and the sizes of the instruments themselves, while subsequent listening becomes the music lover’s feast, who can move between the players and feed his eyes and ears with the performance of the members of the trio.
It cannot be denied, that the Furutech DSS-4.1 is an incredibly interesting, but almost three times less expensive, maybe not alternative, but introduction, to what the top Nanoflux can offer. The DSS-4.1 has the same sound aesthetics, internal calmness combined with incredible resolution and refinement, while the “older brethren” has more to show in terms of the size of generated sound, its saturation and the darkness of the background. I am writing about this, because I had the opportunity to host the Nanoflux in my system for a longer time, and I had it quite fresh in my memory, so I compared it with the tested cable more or less automatically. Without this comparison, there would be less of the “but” for the tested cable, but having the reference point at appropriately high level, it is much easier to assess the assets or shortcomings of a lower model. And the DSS-4.1 not only proved itself in such an uncomfortable comparison, but it is very hard to find any shortcomings in it. In short, this is a splendid cable, which has good odds to satisfy maybe not all, but at least 99% of the audiophile population. And what with the missing 1%? For them there is the Nanoflux, the Siltech Triple Crown and other high-end brand top offerings.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Network player: Lumin U1 Mini; Roon Nucleus
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Speaker cables: Signal Projects Hydra
– Power cablese: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Table: Rogoz Audio 4SM3
Opinion 2
One thing is absolutely certain. Furutech is one of the best known manufacturers creating changes on the world audio market in terms of audio cables and accessories used for them. Of course, when you take a deep dive into the company’s portfolio, there is also some electronics, but having in mind, how this brand is recognized by the audiophiles, this is just a margin of their manufacturing. That products also have some followers, but there is no way of putting an equal sign between those two parts of the company. What is the reason for that? A much broader offering in the cabling area and all kinds of plugs, sockets and connectors for our systems. Am I not right? You do not need to respond, as for most high quality music lovers this is a kind of unwritten axiom, what does not leave any space for any discussion. What is the reason for my writing above? Well, after the recent marketing entrance of the DPS-4 (currently DPS-4.1) power cable, due to the uncommon dark-pink color of the external sleeve named “pink candy” by its users, time came for the introduction of this series to loudspeaker cabling. This is also the reason that I invite everybody to read a few sentences about the approach to music served by the tested set of loudspeaker cables DSS-4.1, provided to us by the Katowice distributor RCM.
Talking about the construction of our tested cable, I would like to remind you, that this is a kind of adaptation of the idea for power transfer from the wall socket to the powered device. But this is not a 1:1 transfer of all solutions, because when you look at the cross-sections visualized on the company web pages you can clearly see, that we deal here with small changes in the amount and diameter of wires in each of the layers, while covering the currently purple sheath with a black braid with white dots. The cable supplied for testing was equipped with a barrel at each end, which split the signal into the positive and negative wire, and each of those is terminated with solid, proprietary spades. So in short, this is how the cable is made. But I think, that the most important information for many of you, will be the nod to the DIY community, and having this cable available from spool, what, in great probability, will lower the cost of purchase, when you would like to have it in your system. Although I myself, would ask the distributor for help in terminating it, but I know a lot of people, who would exploit this aspect and do everything themselves. So I think that such approach from Japanese cannot be underestimated and positively influences the perception of the brand.
What interesting happened when I plugged the DSS in my audio system? Well, the music gained speed. An interesting phenomenon was the specifics of the cross-section of the acoustic band reproduced by my system. Usually boosting of the attack happens on the expense of saturation and vividness of the sound, yet this time I still had a very energetic and vivid sound. It gets even better. There was no penalty for the treble, identical as with the power cord, resonant, yet far from offensive. The only part, what sounded a bit different than I remembered from the power “candy”, are the more tight bass, so converting from my language into the general one, the bass became tighter without losing weight. All in all, that what was presented by my set, due to the fact, that I purposely emphasize on the aspect of saturation of the music, after application of the DSS-4.1, the sound evolved slightly in the direction of neutrality, more widely searched for by music lovers. Is it bad? Of course not, this is even very good, because people sometimes have to have shown, that they are erring, and this was clearly shown by the tested loudspeaker cables. But rest assured – this was not a lesson like one from the basic school, because the correction was not course opposite, but just a slight change of azimuth. This is the reason, that I used the whole time of the test for my own, checking if I can live with that kind of sound in the long term. First on the review table was jazz from the ECM label. This is my daily bread, so any sign of losing musicality, while the bass was drawn with a finer line, what could mean it being thinner, would cause my immediate protest. And the effect? Everything was perfectly well. A little different in terms of mass of the low playing instruments, but without signs of anorexia, which would mean losing information about the sound of the contrabass or the majesty of a well recorded grand piano. It was just a tendency to contour the notes, but with avoidance of deteriorating thinning or too quick evaporating from the ether between the loudspeakers. Next genre I tested was the, widely understood, rock. Here there were no surprises. All corrections of the visibility of the beginning and the end of the individual sounds allowed for easier understanding, that the musical uprising means, to most extent, speed, coherence and distinctness of any sound artefact. No understatement, like melancholic flow of the music on the floor of a church, but for as far as it was possible and needed, I got an immediate attack, a solid amount of energy in the midrange and open treble, something, what is the main domain of the tested cable. Are you surprised? If yes, then this would only mean, you are not familiar with what Furutech offers, which places similar characteristics, of course with visibility depending on the position in the catalog, in all its portfolio. Using a few if those proposals in my system at a daily basis, I know this way of sounding by heart, so everything I heard during the test was just a positive impression made by the evolution of the sound I knew from this manufacturer.
Like I mentioned before the aspects of the sound of the DSS-4.1, we deal here with a donor of a tad of sound attack, while keeping the juiciness of the midrange and openness of the treble. This is the reason, that without any apprehension, I can recommend the tested loudspeaker cable for practically each audio system. Of course it can always happen, that an audiophile, who does not have a clear understanding of what he wants, will not find his way with it. But in such case – first I would place it on the overly high expectations, or the lack of defining clear goals by the homo sapiens (audiophile), who is overinflated with his all-knowledge. Or secondly – someone who is too much into timbre, having a setup, which is described by its owner as musical, but being too mudded in fact. All other audio combinations will be content when visited by the tested Furutech. Am I stretching the facts? This you would need to verify yourselves, as the verification of my conclusions is up to you. From my end, I can only assure, that it will be at least very interesting, and this is what our game is about, isn’t it?
Jacek Pazio
System used in this test:
– CD: CEC TL 0 3.0 + Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU, VIVALDI DAC 2.0
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: Trenner & Friedl “ISIS”
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
– IC RCA: Hijri „Million”,
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA
Distributor: RCM
Price: 1 700 PLN / m
Najnowsze komentarze