Monthly Archives: wrzesień 2020


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Ledwo opadł kurz po „wirtualnych” premierach serii 12SE i 30 Marantza a już dystrybutor marki – Horn Distribution S.A, zaprosił do swojej stołecznej siedziby przedstawicieli rodzimej prasy branżowej, by na własne oczy i przede wszystkim uszy mogli przekonać się cóż ciekawego przygotował, posługując się materiałami promocyjnymi „światowej klasy zespół inżynierów i akustyków”. Oczywiście, jak to przy tego typu eventach bywa Organizatorzy w ramach w pełni zrozumiałej autopromocji pochwalili się osiągniętymi, pomimo pandemii, sukcesami, pokrótce zarysowali plany na przyszłość i scharakteryzowali przygotowane dla nas systemy. Nie zabrakło również kilku wielce budujących informacji o rozszerzaniu strefy wpływów, coraz większej konsolidacji marek pod skrzydłami Sound United, czy też rozrastającej się sieci salonów Audio Forum oferujących możliwie komfortowe warunki odsłuchu. Krótko mówiąc Horn Covidowi nie tylko się nie daje, co potrafi zaistniałą sytuację przekuć w pełni mierzalny sukces.

Zanim jednak udaliśmy się na dość niezobowiązujące, w końcu po tak długiej przerwie niewidzenia i braku perspektyw na tegoroczne Audio Video Show, rozmowy brały górę nad skupieniem na tym co dobiegało naszych uszu, odsłuchy moją uwagę zwróciła słuchawkowa ekspozycja Focala. Jak sami Państwo widzicie nie zabrakło na niej topowych Utopii , które bardzo miło wspominamy, jak i nie mniej urodziwych Stelli.

Jednak ad rem. W głównym (większym) pokoju odsłuchowym do naszej dyspozycji został skonfigurowany set w skład którego weszły odtwarzacz Marantz SACD 30n, integra Model 30 i doskonale nam znane po lutowych testach kolumny Definitive Technology Demand D17, które na życzenie można było zastąpić monitorami Polk Legend L100. Zamiast jednak żonglować głośnikami skorzystaliśmy z okazji odsłuchu własnych krążków wzbogaconego  filiżanką aromatycznej kawy.  Pierwsze wrażenia? Nad wyraz pozytywne, tym bardziej, że kompozytowe fronty w rzeczywistości okazały się zdecydowanie bardziej „szlachetne” aniżeli na prezentowanych wcześniej zdjęciach a i na pierwszy rzut ucha zastosowanie Hypexów w stopniu wyjściowym i impulsówki w zasilaczu nie spowodowało odejścia od „firmowego” brzmienia.

Z kolei w mniejszym pokoju za oko łapał szampański duet Marantz SA-12SE & PM-12SE współpracujący z kipiącymi energią podłogówkami Definitive Technology BP 9060 i zdecydowanie bardziej filigranowymi, przecudnej urody mini-monitorkami Dali Menuet SE. O dziwo, o ile Definitive Technology nader skutecznie powodowały aktywację sejsmografów w Instytucie PAN (najbliższy znajdował się bodajże w Konstancinie), o tyle kwintesencją wyrafinowania okazały się do jakiegoś czasu ubóstwiane przeze mnie duńskie mikrusy, których brzmienie w sposób oczywisty korespondowało z ich iście po mistrzowsku wykonaną stolarką. Czy można byłoby lepiej? Z pewnością, gdyż miałem całkiem niedawno okazję gościć Menuet SE w swoim systemie i z 300W Brystonem 4B³ potrafiły zagrać z jeszcze większym drajwem.  Niemniej jednak, jak na nieznane okoliczności przyrody, czyli pierwszy raz wizytowane lokum, jak i jeszcze pachnący fabryką system efekt finalny jednoznacznie wypada określić jako wysoce satysfakcjonujący.

Zaglądając w trzewia obu ww. systemów pół żartem, pół serio można byłoby stwierdzić, że Marantz za jednym zamachem stara się upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, gdyż różnice są nad wyraz znikome. Z drugiej jednak strony trudno się temu dziwić, gdyż kompletnie nowy design 30-ek z pewnością skierowany jest do zupełnie innego odbiorcy aniżeli kultywujące tradycyjne wzorce 12-ki w odsłonie Special Edition. Powyższe obserwacje potwierdzały poniekąd doznania nauszne, choć na bardziej merytoryczne wnioski przyjdzie jeszcze czas. W końcu w piątkowe przedpołudnie chodziło jedynie o li tylko pobieżne rzucenie tak okiem, jak i uchem i ewentualną aranżację przyszłych, przeprowadzanych już w redakcyjnych systemach odsłuchów, co też oczywiście uczyniliśmy, a efektów ustaleń powinniście Państwo wypatrywać na naszym portalu i w mediach społecznościowych dosłownie na dniach.
Warto w tym momencie również wspomnieć, iż organizatorzy piątkowego śniadania prasowego zamiast klasycznej „ustawki”, czyli uraczenia przybyłych „zamkniętą” – odpowiednio skompilowaną pod prezentowane nowości playlistą, wykazali się dalece idącą pewnością nie tylko siebie, co przede wszystkim będącej clue spotkania elektroniki, gdyż dali nam wolną rękę co, z czego i z jaką głośnością będziemy słuchać. Krótko mówiąc prawdziwa wolna amerykanka, a biorąc pod uwagę iż o ww. formule zostaliśmy poinformowani z odpowiednim wyprzedzeniem, więc i co nieco zarówno na krążkach SACD, jaki i 24k złocie dziwnym zbiegiem okoliczności przy sobie mieliśmy.
Wnioski? Enigmatycznie powiem, że zachęcające do bardziej wnikliwych, przeprowadzanych już we własnych czterech, bądź jak w przypadku OPOS-a ośmiu kątach. Niemniej jednak śmiało możemy uznać, że materiał dobrze zagrany i nagrany na mającym bodajże od ponad dekady udać się do piachu nośniku, jakim jest płyta CD nadal ma się świetnie.

I tym optymistycznym akcentem chciałbym serdecznie podziękować Organizatorom za zaproszenie i gościnę a Państwa zachęcam do nieodchodzenia zbyt daleko od radioodbio …, znaczy się komputerów i smartfonów.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, w jakim, niestety bardzo ograniczającym swobodę czerpania przyjemności z codziennego życia, od pół roku pandemicznym czasie się znaleźliśmy. To zaś sprawiło, że biorąc na tapet choćby tylko wycinek najbardziej interesującego nas obszaru gospodarki, zamarły wszelkiego rodzaju większe lub mniejsze prezentacje przecież konsekwentnie pojawiających się w portfolio wielu marek, nowości. Oczywiście mam na myśli w tym momencie jedynie realne spotkania nie tylko branżystów, ale również potencjalnych nabywców, gdyż ku pokrzepieniu serc dodam, iż przywoływane przeze mnie wydarzenia medialne, obecnie przeniosły się do sieci internetowej jako prawie już cykliczne webinaria. Niestety obcowanie z monitorem nie jest w stanie oddać panującego podczas realnych spotkań ducha, co na szczęście znakomicie zrozumiał warszawski dystrybutor Horn i w zgodzie z reżimem sanitarnym zorganizował realne przybliżenie nowości rozpoznawalnego przez każdego miłośnika muzyki japońskiego Marantza z najnowszej linii 30.

Naturalną koleją rzeczy, całość przedsięwzięcia rozpoczęła się od prelekcji opiekunów marki Marantz, która z wiadomych względów była ramowym przybliżeniem nie tylko clou spotkania, ale również innych ważnych nowości w ofercie dystrybucyjnej Horna, a także jego strategicznych planów na najbliższy okres w postaci rozwoju sieci salonów DENON i nieco odmłodzonej w kwestii logo sieci sklepów Audio Forum.

Jak obrazują powyższe fotografie, wydarzenia tego poranka odbywały się w dwóch salach. Pierwsza, odpowiednio duża była ostoją najważniejszego punktu programu, czyli nowowprowadzanej linii 30. W jej skład wchodził wzmacniacz zintegrowany Model 30 i odtwarzacz płyt CD i SACD o handlowej nazwie SACD 30 n. Jako uzupełnienia, dla pokazania walorów sonicznych, dystrybutor zaproponował dwa zestawy kolumn w postaci wolnostojących Definitive Technology Demand D17 i monitorów Polk Legend L100. Tak się złożyło, że mnie udało się posłuchać jedynie seta z podłogówkami. Efekt? Na bazie takiej, z oczywistych względów krótkiej i do tego w obcych warunkach, prezentacji ciężko jest napisać coś ze swobodnym położeniem ręki pod przysłowiowy topór. Dlatego też jedyne co z tej wizyty mogę przywołać, to fakt ciekawej prezentacji już dobrze, bez poszukiwań przerysowanych dźwiękowo samplerów, nagranych płyt ze wskazaniem na przyjemny odbiór krążków SACD. Skąd ta opinia o tłoczeniach na złocie? Organizator poprosił o wzięcie ze sobą kilku takich pozycji, co jako druga połowa papużek nierozłączek naszego teamu Marcin uszanował, a dzięki czemu na bazie możliwości najnowszego źródła Marantz-a i znanego repertuaru mieliśmy okazję wyrobić sobie dobre pierwsze wrażenie o japońskich nowościach. Oczywiście w celach uzyskania szansy do oceny oddalenia usłyszanego dźwięku od realnej prawdy tak skonfigurowanego systemu, nie była to realizacja muzyki buntu, tylko oparta o instrumenty naturalne muzyka klasyczna z krążka „The Devil’s Trill” https://www.linnrecords.com/recording-devils-trill Palladians . Nie wiem, jak reszta gości, gdyż to będzie zależeć od preferencji muzycznych, ja spędzony z takim repertuarem w towarzystwie zestawu Marantz Model 30 i SACD 30n, czas wspominam bardzo miło, jako fajny rozmach i łatwość wypełniania pomieszczenia przyjemnym dźwiękiem.

Drugi odsłuch opierał się o również mającym swój debiut zestawie Marantz-a PM-12SE/SA-12SE, jednak tym razem w połączeniu innymi zespołami głośnikowymi typu wolnostojące Definitive Technology BP 9060 i podstawkowe Dali Menuet SE. To był bardzo ciekawy pokaz, bowiem z moim udziałem odbył się przy pomocy obydwu par kolumn. Duże pokazały, o co w bezkompromisowej prezentacji tak naprawdę chodzi, czyli gdy wymagał tego materiał, system odpowiednio trząsł goszczącym nas pomieszczeniem. Jednak w mojej głowie utkwiła raczej sesja z monitorami. Powodem był rozmiar pokoju, który faworyzował zastosowanie małych, a przez to znacznie łatwiej budujących fajną wirtualną scenę muzyczną monitorów ze świetną spójnością przekazu w roli głównej. Niestety w naszym kraju panuje pogląd, iż duża kolumna oznacza duży, a przez to z założenia lepszy dźwięk, co przy dobrej konfiguracji systemu bez problemu obalają podobne do opisywanego spotkania przy muzyce, a do czego z racji złego postrzegania przez znajomych nie dopuszczają potencjalni zainteresowani. Tak, w tym przypadku nie zaznałem spektakularnych trzęsień ziemi, ale uwierzcie mi, nie zawsze o to w muzyce chodzi. Zatem jeśli smagająca słuchacza tego typu artefaktami twórczość muzyczna nie jest Waszym konikiem, spróbujcie zmienić podejście do tematu budowania zestawu audio w danym pomieszczeniu i pozwólcie pokazać małym monitorom ich niezaprzeczalne walory, a może okazać się, iż dotychczas błądziliście. Oczywiście nawiązując do dzisiejszej relacji, bardzo dobrymi kompanami mogą okazać się opisywane w tym tekście zestawy Marantz-a, do sprawdzenia których w swoich okowach serdecznie zachęcam.

Tym optymistycznym akcentem zakończę tę od dawna oczekiwaną przez wielu z nas, bo opisującą realne wydarzenie opowieść. Było ciekawie nie tylko z uwagi na spotkanie oko w oko z od dawna niewidzianymi znajomymi, ale również z racji prezentacji zjawiskowych, opartych o pachnące jeszcze stołem kreślarskim, zestawów audio. Mam nadzieję, że to dopiero początek przełamywania covidowego marazmu, dlatego też dziękując za zaproszenie i miłą atmosferę zachęcam organizatorów do kreowania większej ilości podobnie przebiegających medialnych akcji.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Szczerze przyznam, że z większością rodzimych formacji mam jeden problem i to problem całkowicie niezależny od gatunku muzycznego w jakim dani artyści się poruszają. Chodzi bowiem nawet nie tyle o warstwę tekstową i ewentualną jej miałkość, bądź zachwycający artyzm, co dysonans jaki odczuwam, gdy zamiast języka ojczystego sięgają po angielski. Nie wiedzieć czemu, większość takich prób brzmi jak kultowe „pasendżer Stanisław Paluch”, bądź wypowiedzi rezydującego drugą kadencję na Krakowskim Przedmieściu jegomościa. Oczywiście są wyjątki potwierdzające powyższą regułę, jak daleko nie szukając Riverside, jednak najdelikatniej rzecz ujmując sytuacja nie napawa optymizmem. Co powyższe wynurzenia mają wspólnego z dzisiejszą recenzją albumu „Fiasco” Romana Odoja? Okazuje się, że całkiem sporo. Jednak po kolei.

Jeśli wydaje się Państwu, że o Romanie Odoju słyszycie po raz pierwszy, to macie Państwo 100% rację. Wydaje się Wam, gdyż ponad dwa lata temu wspominaliśmy o Nim, przy okazji recenzji mini albumu „Di Pamp” formacji o takiej samej nazwie, w której Roman raczył był odpowiadać za partie gitary. Jak jednak widać na załączonym obrazku przyszła pora na krążek firmowany własnymi personaliami i na nim się dzisiaj skupimy. Zamiast jednak podzielić niniejszą epistołę na część poświęconą walorom artystycznym i tę dedykowaną audiofilsko zorientowanym odbiorcom, pozwolę sobie na drobną niesubordynację i po prostu postaram się pokrótce możliwie szczerze, a przy tym wybitnie subiektywnie, przyjrzeć się zamieszczonym na tytułowym krążku dziewięciu kompozycjom.

Cóż zatem znajdziemy na tym koncept albumie opartym na motywach powieści „Fiasko” Stanisława Lema? Przewrotnie powiem, że materiał na tyle zróżnicowany i wymykający się zaszufladkowaniu, iż w zależności od utworu spokojnie można byłoby zrobić sobie spacer od reggae i muzyki ilustracyjnej poprzez klasyczny Rock a skończyć gdzieś w przedsionku prog-metalu. Dość jednak kurtuazji i zabawy w konwenanse, trzeba zakasać rękawy, założyć gumowany fartuch, grube rękawice i przystąpić do wiwisekcji.
Otwierający album „Titan” ma wielce obiecujący, lekko postapokaliptyczny wstęp a „pustynny” (?) wiatr przywodzi na myśl klimat rodem z „Wasteland” Riverside. Potem wchodzą jednak mocno zaszumione i skompresowane instrumenty, przez co cały czar pryska jak bańka mydlana. Niby całość nieco odtyka się pod względem rozdzielczości i dynamiki przy partiach wokalnych Jędrzeja Skiby i zyskuje na blues-rockowej motoryce, jednak nie wiedzieć czemu, warstwie wokalnej brakuje energii, siły emisji, przez co nie sposób mówić o namacalności a wszystko jest na dystans. Powyższa uwaga dotyczy również mających niezaprzeczalnie prog-rockowy potencjał gitar a lepiej – mocniej i bliżej brzmią od nich w kilku miejscach nawet klawisze. Ponadto partie lidera cierpią na dziwną matowość i zubożenie aury, czego, biorąc pod uwagę ich potencjał zrozumieć za bardzo nie mogę, choć mniej więcej czwartej minuty następuje zauważalna poprawa sytuacji – bardziej namacalnie odzywają się klawisze i ktoś wreszcie zdjął koc z gitary. Czyżby zaproszona na sesję ekipa, bądź odpowiedzialny za mastering Paweł „Bemol” Ładniak musieli się rozgrzać? Zobaczymy, co będzie dalej.
2-ka, czyli „One of You” wita się ze słuchaczami odświeżającym rozmachem , no i wokal (ponownie Jędrzej Skiba) całkiem nieźle materializuje się na pierwszym planie, co można byłoby uznać za plus, gdyby nie to, że całość jakoś zupełnie mi nie leży. Brakuje jej właściwej językowi angielskiemu śpiewności. Całe szczęście warstwa instrumentalna z saxem i skrzypcami nader skutecznie rekompensuje powyższe mankamenty.
3-ka –„Castaway” – smyczki na starcie zapowiadają coś ciekawego, jednak potem wchodzi mocno kanciasty (głównie poprzez strasznie sztuczną manierę – obniżanie głosu powoduje zburzenie melodyki i nieprawidłowe akcentowanie) i nie wiedzieć czemu drastycznie odseparowany od reszty instrumentarium wokal Łukasza Szuby. I nie owijając w bawełnę, ten dubowo – reggae’owy utwór mógł być przebojem tegorocznego lata, jednak Szuba wydaje się być z zupełnie innej bajki i koncertowo go położył.
4-ka – „Deux”, to klasyczna powtórka z rozrywki – fenomenalna, intrygująca warstwa instrumentalna co i rusz zaburzana przez brzmiącego jakby pierwszy raz widział tekst na oczy Łukasza Szubę i ktoś go nieopatrznie nagrał. I bynajmniej nie przemawia przeze mnie złośliwość, tylko po prostu tak jest, gdyż od mniej więcej 4:20 wokal już jest co najmniej OK, jakby wreszcie załapał o co w tym wszystkim chodzi.
5-ka – „Eurydice”. Dla tego utworu warto posłuchać i nawet zakupić „Fiasco”. To jest prawdziwa perełka, gdzie praktycznie całą robotę robi gitara okraszona elektronicznym „planktonem”. Cud, miód i orzeszki.
6-ka – „Human Cartoon” to totalne, w dodatku w pełni pozytywne zaskoczenie. Świetny, śpiewający w stylu Tanity Tikaram … Jędrzej Skiba. Wreszcie wszystko jest na miejscu. Generalnie ten kawałek brzmi jakby został inaczej/przez kogoś innego zmiksowany / zmasterowny. Może wokal i jest cofnięty, ale całość jest przez to bardziej homogeniczna. Klawisze lśnią, saksofon czaruje gładkością, co świetnie kontrastuje ze zmysłową matowością wokalu.
7-ka – „Annuciation”. Coś niepokojącego dzieje się z partią basu – traci rozdzielczość i kontur, przez co zlewa się w niekontrolowaną, pulsującą bułę. Co ciekawe przy wejściu pierwszy akord jest ok., jednak potem jakby ktoś koc nałożył – wygląda mi to na jakieś problemy przy nagraniu/masterze. Podobne uwagi mam do partii perkusji. A może taki był „zamysł artystyczny”? W każdym bądź razie przydałoby się nieco więcej definicji i konturu. Za to wrażenia przestrzenne są całkiem, całkiem.
8-ka – „Fiasco”. Początkowo wokal (znowu Łukasz Szuba) psuje cały klimat, pomijam fakt, że jego ustawienie pływa – im wyżej i mocniej wchodzi, tym bardziej się oddala. Z kolei „Dorsowe” organy świetne, blachy spaprane – jakby ktoś wziął je z jakiejś budżetowej biblioteki sampli – brzmią tępo i zbyt szybko „gasną” (tylko w refrenie są OK). Są też całe szczęście pozytywy, gdyż bas Arkadiusza Suchary wreszcie wrócił do formy (zamiast gumowych wreszcie dostał porządne struny?) i można go zdefiniować. Morrisonowy wokal Szuby w samej końcówce wreszcie brzmi jak należy. Wygląda na to, że … „rozkręca się” dopiero od 4-5 minuty.
Album zamyka 9 –ka, czyli „Quintans” https://tidal.com/browse/track/139286589 i … mamy kolejną perełkę. Kopiąca stopa, energetyczny bas, iście „Riverside’owe” gitary i klimat, który wciąga bardziej niż chodzenie po bagnach. Powiem więcej, nawet blachom ktoś wreszcie „poluzował łańcuch” i pozwolił na nieco więcej swobody na górze. A jeśli chodzi o szukanie porównań i inspiracji, to klawisze śmiało można osadzić gdzieś pomiędzy Komendarkiem a Tomkiem Pauszkiem, co przynajmniej w moim mniemaniu śmiało można za komplement.

Wniosek? Jeśli można, to poproszę alternatywną „wersję instrumentalną” tytułowego albumu z pełną aranżacją jedynie „Human cartoon” w roli bonus tracka. A tak już zupełnie na serio. Potencjał od strony kompozytorsko-wykonawczej Roman Odoj i spółka mają przeogromny potencjał a jedyne czego można byłoby im życzyć, to większego szczęścia w doborze wokalistów, za co trzymam kciuki.

Marcin Olszewski

Lista utworów
1.Titan 5:44
2.One of you 5:55
3.Castaway 4:24
4.Deux 5:11
5. Eurydice 3:27
6. Human Cartoon 4:10
7. Annunciation 3:24
8. Fiasco 6:28
9. Quintans 6:50

Skład:
Roman Odoj – guitars
Łukasz Szuba, Jędrek Skiba – voc
Arkadiusz Suchara – bass guitar
Darek Gola – drums
Maciej Caputa, Robert Gajgier, Adam Kozubek – keyboard
Paulina Obstój – cello
Marcin Skaba – violin
Jan Swaton, Łukasz Zgoda – saxophone
Jakub Mokrzysiak – mix,production and electronics
Paweł „Bemol” Ładniak – mastering

  1. Soundrebels.com
  2. >

Luxman, japońska ikona w świecie high-end, poszerzył swoją gamę produktową o nowy odtwarzacz płyt SACD/CD – flagowy model D-10X. Stworzona w oparciu o dziedzictwo cenionego D-08u, ta debiutująca konstrukcja jako pierwszy na świecie odtwarzacz CD wykorzystuje zaawansowane moduły DAC PCM768 kHz/32 bity, DSD22,4 MHz/1 bit oraz wspiera pełne dekodowanie MQA. Ponadto D-10X wyróżnia się nowym układem mechanicznym z niezwykle sztywnym transportem LxDTM-i oraz nowymi dyskretnymi, w pełni zbalansowanymi wzmacniaczami ODNF-u.

Luxman D-10X jest flagowym odtwarzaczem płyt CD w gamie produktowej Luxmana, japońskiej ikony w świecie audio. Bazując na referencyjnym modelu D-08u, najnowsza konstrukcja oferuje więcej możliwości odtwarzania, najnowszą technologię konwersji, solidnie wzmocniony mechanizm napędu i udoskonalony analogowy stopień wyjściowy. Mocno osadzony na fundamentalnych zasadach projektowania i wykorzystujący najbardziej zaawansowaną technikę cyfrową, analogową i mechaniczną, Luxman D-10X odsłania kurtynę prowadzącą na najdoskonalszą scenę dźwiękową.

LxDTM-i – nowy mechanizm napędu

Nowy, jeszcze bardziej wytrzymały transport LxDTM-i (Luxman original Disc Transport Mechanism-improve) jest oryginalnym mechanizmem Luxmana, szczycącym się najwyższą precyzją odczytu i sztywnością konstrukcji eliminującą wibracje. Mechanizm zamknięty jest przez biegnące przez całą jego długość boczne panele z aluminium o grubości 8 mm oraz stalową płytę górną o grubości 5 mm. W celu zwiększenia ochrony napędu przed wibracjami, fizyczny system mocowania tworzy zintegrowaną strukturę, która wspiera boczną ramę. Efektem jest niezwykle precyzyjny i stabilny system odczytu o niezrównanej wytrzymałości. Specjalne „żaluzje” odporne na kurz umożliwiają czystą i cichą obsługę płyt.

Wysokiej klasy DAC firmy ROHM z obsługą najnowszych formatów

D-10X wyposażony jest w wysokiej klasy przetwornik cyfrowo-analogowy firmy ROHM Co., Ltd. z siedzibą w Kyoto. Ten uznany na świecie producent półprzewodników stworzył nowe, wysoko zaawansowane układy DAC „MUS-IC” BD34301EKV, które zostały opracowane z myślą o urządzeniach audio klasy high-end. Z najlepszą specyfikacją i najwyższą jakością w branży, niskimi zniekształceniami (THD+N: 115 dB) i niskim szumem (stosunek S/N: 130 dB), mogą one pracować w trybie dual mono. Dzięki temu atmosfera w miejscu nagrania i wszelkie niuanse dźwiękowe urzeczywistniane są przez muzykę, która jest wiernie odwzorowywana w domu użytkownika.

Wejście USB obsługuje pliki PCM 768 kHz/32 bity i DSD 22,4 MHz/1 bit. Odtwarzacz wspiera także format MQA (MQA-CD/pliki MQA) z pełnym dekodowaniem i wyposażony jest w nowy, wysoko precyzyjny moduł ultra-niskofazowego zegara z niskim jitterem, który redukuje szum w pobliżu częstotliwości oscylacji.

Nowy układ wzmocnienia ODNF-u (Only Distortion Negative Feedback – ultimate)

ODNF, unikatowy obwód wzmacniacza, został zaprojektowany przez Luxmana do samochodowych urządzeń audio w 1999 r. Od chwili swojego debiutu układ ten został udoskonalony i jest kluczowym elementem nowoczesnej techniki amplifikacji Luxmana. Tylko wykryte zniekształcone elementy toru audio przesyłają informację zwrotną w celu wyeliminowania zniekształceń bez zmiany muzycznych komponentów. W efekcie urządzenie zapewnia wysoką jakość dźwięku, pełnię dynamiki i doskonały stosunek sygnału do szumu.

Czwarta generacja układu ODNF-u Luxmana jest już o kolejny krok bliżej perfekcji. Wyjście wzmacniacza detekcji zniekształceń ustawione jest na równoległą pracę, ulepszając precyzję detekcji zniekształceń i zachowując niższą impedancję. Wysoko precyzyjne układy DAC działają w trybie dual mono z w pełni różnicowymi wyjściami, które przesyłają sygnał do zbalansowanego układu konwersji napięciowo-prądowej. W efekcie najnowszy układ Luxmana wyróżnia się wysoką czystością dźwięku w szerokim zakresie pasma przenoszenia, zapewniając nowy poziom jakości brzmienia.

Wydajne zasilanie, perfekcyjnie dopracowana konstrukcja

W D-10X projektanci zastosowali nowe, większe transformatory mocy opracowane z myślą o urządzeniach audio (z pojemnością większą o 27 proc. w porównaniu z konwencjonalnymi) i niezależne regulatory dla każdego obwodu charakterystycznego dla Luxmana, niezwykle stabilnego zasilania wykorzystującego duże filtrujące kondensatory pojemnościowe. Mechaniczny układ urządzenia został tak opracowany, aby zapewniał maksymalną separację pomiędzy zasilaniem i wyjściem analogowym, a przy tym cechował się doskonałą izolacją od wibracji i balansem wagi.

Obudowa urządzenia chroni przed polem magnetycznym, impedancją uziemienia i cyfrowymi zakłóceniami. Jako środek zaradczy projektanci zastosowali kompozytową strukturę pozbawione pętli i ekranowane komponenty chassis. Ponadto Luxman zadbał o idealny tor sygnałowy, odczyt – konwersja – wyjście, co pozwoliło wyeliminować zakłócenia i wibracje źródeł. W ograniczaniu drgań pomaga specjalnie dobrany gradient gęstości żeliwnych nóżek, dzięki czemu D-10X precyzyjnie odwzorowuje nawet najdelikatniejsze sygnały muzyczne.

Łatwa obsługa

Funkcjonalność urządzenia zwiększa fluorescencyjny wyświetlacz, który dzięki trybowi zoom zawsze pozostaje czytelny. Trzy kolorowe diody LED informują o statusie dekodowania MQA (MQA-CD/pliku MQA) – Studyjny/niebieski, Oryginalny/zielony, Zrenderowany/magenta.

Odtwarzacz CD Luxman D-10X wyposażony jest w terminale RCA z wysokiej jakości stopu miedzi, które łączą twardość mosiądzu z przewodnością miedzi. Rolę analogowych wyjść pełnią także terminale Neutrik XLR. Ponadto urządzenie wykorzystuje cyfrowe wejścia – USB, dwa optyczne i jedno koncentryczne – oraz cyfrowe wyjścia: jedno optyczne i jedno koncentryczne.

Oryginalne oprogramowanie Luxmana, Luxman Audio Player, zapewnia prostą i wygodną obsługę tego modelu z poziomu komputera Mac/PC. Oprócz standardowego transferu izochronicznego dostępne są cztery tryby Bulk Pet gwarantujące wysoką jakość dźwięku poprzez zredukowanie obciążenia obróbki.

Luxman D-10X już jest dostępny w sprzedaży. Poglądowa cena detaliczna urządzenia wynosi 74 999 zł.

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Choć niemiecka manufaktura Brinkmann Audio kojarzona jest głównie z domeną analogową, to i miłośnicy cyfry w jej portfolio znajdą coś dla siebie – przetwornik cyfrowo/analogowy Nyquist mk2.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Pomimo niezbitych dowodów na to, że świat przez ostatnie kilkanaście lat zauważalnie, oczywiście w przenośni, „zmalał”, czyli w większości przypadków podróż z praktycznie dowolnie zlokalizowanego na naszym globie punktu A do punktu B liczymy (o ile tylko planów nie pokrzyżuje Covid-19 i związane z nim uroki kwarantanny czy też lockdownu) w godzinach a przesyłki docierają do nas z najdalszych zakątków globu w kilka dni, to nadal część nabywców, czy to z przyzwyczajenia, czy to z innych względów ceni sobie możliwość organoleptycznego kontaktu z konkretnym przedmiotem przed jego zakupem. Dlatego też, choć nie mamy najmniejszych oporów przed testowaniem oferty producentów niemających naszego rodzimego przedstawicielstwa, szalenie miło nam poinformować, iż biorąc po raz kolejny na redakcyjny tapet wyrób o nader egzotycznym, gdyż pochodzącym ze słonecznej Bali (niezorientowanym podpowiem, że to indonezyjska wyspa w archipelagu Małych Wysp Sundajskich), rodowodzie wreszcie zamiast li tylko namiarów na wytwórcę możemy na końcu podwójnej epistoły podać polskiego dystrybutora, którym niedawno zostało gliwickie 4HiFi. Mowa oczywiście o prowadzonej przez Hendry’ego Ramli jednoosobowej manufakturze Vermöuth Audio, której to portfolio ostatnimi czasy poszerzyło się o dwóch przedstawicieli topowej serii Reference – będący przedmiotem niniejszej recenzji interkonekt Phono w wersji RCA/RCA i spokojnie czekający na swoją kolej przewód USB.

Biorąc pod uwagę fakt, iż jest to już nasze czwarte spotkanie z balijską myślą techniczną w jej topowym – referencyjnym wydaniu kwestie natury około-logistycznej dotyczące zunifikowanego firmowego opakowania w postaci minimalistycznego czarnego pudełka i chroniącego jego zawartość przed obtarciami lnianego(?) woreczka potraktuję dość zdawkowo. Nadmienię jedynie, że nie zabrakło stosownego certyfikatu potwierdzającego autentyczność i tyle. Jeśli zaś chodzi o sam wygląd, to pół żartem, pół serio śmiało możemy uznać, iż mamy do czynienia z miniaturką głośnikowców z tą tylko różnicą, że zamiast widełek/bananów mamy wtyki RCA a oprócz żył sygnałowych pojawiło się zielonkawe uziemienie. Cała reszta jest toczka w toczkę taka sama, oczywiście uwzględniając wspomniane przeskalowanie. Firmowe, carbonowe splittery, z tego samego materiału wykonane, wieńczące cieńsze odcinki krańcowe korpusy wtyków i opalizująca perłowa bielą ożywiona pojedynczą czarną nitką zewnętrzna koszulka sprawiają, że mając tytułową łączówkę w rękach niejako podświadomie wiemy, że sroce spod ogona nie wypadła i bez najmniejszych problemów powinna wpisać się w indonezyjską „rodzinę królewską”. A właśnie, skoro jesteśmy przy doznaniach organoleptycznych, czyli teście na tzw. „macanta” warto nadmienić, że VARP (Vermöuth Audio Reference Phono) jest nad wyraz wiotki, przez co jego aplikacja jest czysta przyjemnością i nie nastręcza najmniejszych trudności nawet przy nader ograniczonym miejscu za spinanymi nim urządzeniami.
W związku z przynależnością do serii Reference trudno się dziwić, że tak konstrukcja, jak i wykorzystane do produkcji dzisiejszego bohatera materiały są generalnie takie same jak w przypadku testowanych już przez nas interkonektów. Jednakże, co z resztą widać już na pierwszy rzut oka, w przypadku gramofonowej łączówki użyto przewodników o mniejszym przekroju (24AWG) i nieco innej geometrii. W Phono sygnał biegnie dwiema podwójnymi przewodami w których każda wiązka z miedzianych (OCC) drucików o zróżnicowanym przekroju jest izolowana FEP i taki podwójny przebieg dla lewego i prawego kanału otula dodatkowa izolacja z PVC. Żyła uziemienia z miedzi OFC poprowadzona została osobno w izolacji PVC. Wszystkie trzy przewody otulono wypełnieniem poliestrowym, na które nasunięto pełniącą rolę ekranu plecionkę z miedzi OFC, koszulkę z PVC i dopiero zewnętrzny – charakterystyczny opalizujący biały peszel z pojedynczą czarną nitką (również z PVC).

Skoro tak z zewnątrz, jak i w trzewiach mamy niejako to, co do tej pory logicznym wydaje się oczekiwanie zbliżonej do rodzeństwa estetyki brzmienia ze strony dzisiejszego bohatera. I tak też jest w istocie, bowiem VARP oferuje zarówno niezwykłe bogactwo i nasycenie barw, jak i wyśmienitą rozdzielczość i motorykę, czyli pełnokrwisty Vermöuth i już. Jeśli jednak ktoś z Państwa nie miał do tej pory przyjemności obcowania z balijskim okablowaniem i zależałoby mu na nieco bardziej oczywistych porównaniach, to śmiało można porównać dzisiejszego gościa do oferty Duńczyków z Organic Audio nomen omen z serii Reference. Przypadek? Nie sądzę. Dla mnie osobiście oznacza to jedynie tyle, że wpinając VARP-a każdorazowo z trudem przychodziło mi przestawienie się z trybu hedonistycznego delektowania się serwowanym mi, znaczy się sobie samemu – była to klasyczna samoobsługa, gdyż domownicy wolą niczego w redakcyjnym systemie nie dotykać, repertuarem w tryb recenzencki i dzielenie przysłowiowego włosa na czworo. Zamiast bowiem skupiać się na wychwytywaniu ewentualnych zalet i wad zdecydowanie bardziej wolałem czerpać radość z dobiegających mych uszu wielce urodziwych dźwięków. Piszę to z premedytacją i pełną świadomością, gdyż o ile każdorazowo staram się, podobnie jak Jacek, podchodzić do krytycznych odsłuchów na serio, po wielokroć informując o wybitnej subiektywności wyrażanych opinii i wypunktowywać kluczowe cechy konkretnych, poddawanych wiwisekcji osobników, to tym razem już po kilku taktach dawałem sobie spokój z pisaniną. Po prostu, po kilkunastodniowej rozgrzewce (otrzymaliśmy fabrycznie nowy egzemplarz) VARP na tyle wpasował się, żeby nie powiedzieć, że wrósł w mój system, że jego obecność traktowałem jako oczywistą oczywistość. Może nie był to taki zastrzyk energii jak przy XLR-ach, jednak analogie do łączówek RCA wydają się w pełni uzasadnione. Co istotne mając oba interkonekty w torze nie zaobserwowałem nawet najmniejszych oznak przesytu, czy zbyt wysokiego stężenia „cukru w cukrze”. Zamiast tego jedynie podkreślona została wspomniana energetyczność przekazu, oraz jego iście organiczna homogeniczność.
Przykładowo na mocno agresywnym, opartym na ostrych riffach i elektronicznej szorstkości „RECHARGED” Linkin Park całość nabrała soczystości i namacalności. To już nie były suche, komputerowo posklejane mixy, tylko nader sensownie skompilowany koncept-album. Wokale cechowała odpowiednia emocjonalność i siła a wszelakiej maści loopy, sample i bity z zaskakującą precyzją były rozmieszczane na w pełni definiowalnej, trójwymiarowej scenie. Co istotne nawet mój dyżurny, wielce energetyczny Dynavector DV-10X5 potrafił zejść jeszcze niżej, nie tracąc nic a nic ze swojego drajwu i konturowości. Przesiadka na prog-rockowy „Hiraeth” Lion Shepherd tylko potwierdziła moje obserwacje dotyczące lekkiego zgęszczania przy jednoczesnym unikaniu przyciemniania i spowalniania przekazu. Niezaprzeczalnie zyskują na tym nieco gorsze, zbyt krzykliwe realizacje i nastawione na bezkompromisową analityczność systemy, w których po jakimś czasie zachwytu zaczyna brakować chociażby odrobiny naturalności zamiast neutralności. Nie oznacza to bynajmniej, że „Hiraeth” taki jest, lecz Rock to Rock i czasem potrafi wwiercić się w mózgownicę odpowiednio zmodulowanym riffem, pomijając fakt, że wolę sięgać po takie – zagrane na płynącym z głębi serca spontanie albumy, zamiast bazować na chłodno skalkulowanych samplerach, na których ilość ozdobników i iście bizantyjskiej ornamentyki przysłania właściwą treść.
Z Vermöuthem jest łatwiej – wpinamy w tor, włączamy płytę, którą wydawać by się mogło, że znamy na pamięć i … niby dostajemy, to do czego się przyzwyczailiśmy, tylko w nieco bardziej atrakcyjnej, realistycznej, namacalnej formie. Czy nazbyt cukierkowej? Absolutnie nie, po prostu lepiej wpisującej się przynajmniej w moje gusta. To coś jak z fotografią, gdzie niby i tak i tak efekt finalny zależy w znacznej mierze od post-procesu, jednakże dokonując zmiany systemu z Nikona z pełną świadomością wszedłem w Fuji, gdyż niby Sony oferował po wielokroć większy wybór szkieł i wzorcową wręcz ostrość, to nijak nie byłem, i nadal nie jestem, w stanie przekonać się do jego równowagi tonalnej. A jak te dość abstrakcyjne wynurzenia mają się do audio? A tak, że z powodzeniem można znaleźć przewody bardziej rozdzielcze, czy też oferujące bardziej spektakularny dźwięk, jednakże sekretem VARP jest to, że on wszystko robi po prostu dobrze i co najważniejsze z głową. Nie poświęca jakiegoś podzakresu, bądź cechy, by przykuć na siłę uwagę słuchacza jakimś innym aspektem, dlatego z jednej strony gra nad wyraz rzetelnie, jednak czuć i słychać w owej rzetelności potężną dawkę artyzmu. Wystarczy tylko sięgnąć po „Moonlight Serenade” Raya Browna i Laurindo Almeidy i wszystko powinno stać się jasne. Jeśli tak ma brzmieć kompromis, to ja się na niego piszę. Najlepiej dwa razy, gdyż pojedynczy odsłuch pozostawia niedosyt. Mamy bowiem atak, wypełnienie, odpowiednią skalę, namacalność, barwę i soczystość każdego dźwięku okraszone wielce satysfakcjonującym oddechem.

Jeśli powyższy opis moich osobistych obserwacji wydaje się Państwu przesadzony, to niestety nic na to nie poradzę. Tak bowiem Vermöutha Reference Phono odebrałem i nie będę ukrywał, że wielce przypadł mi do gustu. To przewód, który może nie wywraca systemu do góry nogami i powoduje „opadu szczęki”, chyba że przesiadamy się z interkonektów zrobionych co najwyżej z wieszaka na ubrania, ale zauważalnie poprawia komfort odsłuchu i sprawia, że nasze ulubione płyty brzmią po prostu lepiej. Ponadto jeśli miałbym dokonywać jakiejś subiektywnej kategoryzacji i na potrzeby lobby gwiazdkowo – procentowego jakoś zakwalifikować ww. łączówkę, to pomimo jej nad wyraz przystępnej, nieśmiało przekraczającej 2 kPLN, ceny bez chwili wahania wręczyłbym jej bilet wstępu do klubu High-Endu. Czemu? Bo po pierwsze mogę. Po drugie, podobnie jak w przypadku pozostałych Vermöuthów w tym wypadku płacimy praktycznie tylko i wyłącznie za dźwięk a nie za modną „naklejkę”, czyli rozbudowane kampanie promocyjne, zastępy speców od wszystkiego i nie mniej liczebną armię księgowych. I po trzecie – cenę niniejszego przewodu poznaliśmy de facto już po testowych odsłuchach i zdefiniowaniu końcowych wniosków, więc wszelakiej maści podprogowe bodźce, vide pozycjonowanie właśnie przez cenę, możemy sobie darować.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity M6 Vinyl; RCM Audio Sensor 2 Mk II; Thrax Trajan
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Być może zabrzmi to jak typowy przejaw zapędów narcystycznych, jednak nie da się ukryć, iż nasz portal jest swoistym ojcem chrzestnym bytu tytułowego brandu na polskim rynku. To my jako pierwsi pomagaliśmy w przecieraniu szlaków podejmując decyzję bliższego przyjrzenia się poczynaniom pochodzącego z wyspy Bali producenta okablowania dla systemów audio. Jak wypadły przywołane sparingi możecie sprawdzić przy użyciu wyszukiwarki, nas jednak cieszy fakt, że suma summarum włożone do puli nasze trzy grosze przyczyniły się do znalezienia dystrybucji na polskim rynku dla tak ciekawej oferty. O kim mowa? Naturalnie o znanym chyba większości z Was indonezyjskim producencie Vermöuth Audio, który dzięki gliwickiemu dystrybutorowi 4HiFi w tym podejściu testowym wystawił do zaopiniowania kabel Phono flagowej serii Reference.

Tytułowe druty nie odbiegając od reszty oferty z tej serii po transportowym skryciu ich w jasnych, bawełnianych, ozdobionych nadrukiem logo marki woreczkach pakowne są dodatkowo w wykończone w czerni, eleganckie kartony. Temat technikaliów z uwagi na użycie miedzi o popularnej specyfikacji OCC jako przewodnika nie będzie obfitował w informacje rodem z Przylądka Canaveral, bowiem clou stanowią podwójne wielodrucikowe żyły jako sygnały plus/minus i nieco mniejszy w kwestii średnicy również wielożyłowy przebieg uziemienia. Oczywiście to nie jedyne ważne od strony technicznej informacje, gdyż ważnym tematem jest odizolowanie poszczególnych przebiegów drutu od siebie, co w przypisany tej linii produktowej sposób realizowane jest takimi materiałami jak: FEP, PVC i poliester. Tak skonfigurowany konglomerat miedzianego drutu w roli przewodników, różnej maści izolatorów i nałożonej na to miedzianej siatki ubrano w opalizującą bielą z krzyżującym się cienkim, czarnym ściegiem plecionkę. Jeśli zaś chodzi o końcówki, te zaterminowano firmowymi, wykorzystującymi włókno węglowe jako zewnętrzne poszycie wtykami RCA, oraz widłami dla przebiegu uziemienia.

Przyznam szczerze, że po kilku testach potwierdzających świetny stosunek jakości do ceny konstrukcji z tej serii, moje oczekiwania skierowane były li tylko w jedną stronę. Mianowicie byłem ciekaw, czy w ogóle, a jeśli już, to jak daleko, sygnatura brzmienia kabla gramofonowego odbiegnie od zakorzenionej w mojej głowie specyfikacji sonicznej flagowej linii produktowej. I wiecie co? Nie zawiodłem się. Nie dość, że Reference Phono szły wypracowaną wcześniej przez przedstawicieli tej serii drogą, to rzekłbym nawet, iż znacznie podniosły wspomnianą poprzeczkę wskaźnika cena/jakość. Pewnie nie uwierzycie, ale przez cały okres testu byłem wręcz pewien, że bawię się konstrukcją w cenie interkonektów, a mimo to nie mogłem nadziwić się, jak wiele te druty potrafią. Jakież było moje, oczywiście bardzo pozytywne zdziwienie, gdy okazało się, iż cena rzeczonej łączówki gramofonowej opiewa na nieco ponad dwa tysiące złotych. To wydaje się być niemożliwe, jednak jak się okazuje, gdy ktoś nie ma w genach nawyku naciągania ludzi, wiarygodnie bilansuje ofertę brzmieniową do żądanej za nią kwoty. Jaka to oferta? Otóż podobna do poprzednich konstrukcji spod znaku Reference, czyli soczyście, z energią i ciekawym oddechem, a przez to budowaniem szerokiej i głębokiej wirtualnej sceny muzycznej. Od samego dołu miałem do czynienia z solidną podbudową wszelkich brylujących tam instrumentów od perkusji, przez fortepian, po, pewnie się zdziwicie, ale nawet sejsmiczne pomruki sztucznie generowanej muzyki elektronicznej. Oczywiście naturalną konsekwencją znajomości tematu przez producenta było wspomaganie w takiej prezentacji basu przez dobrze podgrzaną, zapewniam, nie przegrzaną średnicę, co za każdym razem dobitnie unaoczniała mi wszelkiego rodzaju muzyka wokalna, oraz uwielbiany przeze mnie jazz z saksofonem, wiolonczelą i kontrabasem na czele. A gdy dodam, że nad tym wszystkim górowały świetnie wyważone, bo dźwięczne, jednak bez wyskoków w bok, wysokie tony, okaże się, iż miałem do czynienia z bardzo poszukiwanym przez wielu melomanów, osadzonym w nienachalnej barwie, przy tym niezgaszonym, muzycznym Graalem. Muzyka tętniła pełnym energii, masy i witalności życiem, generując tym sposobem naturalny odruch słuchania każdej położonej na talerz płyty od początku do końca rowka na każdej ze stron, a to zdarza się nader rzadko. Zazwyczaj słucham jednego lub dwóch otworów, by zmienić repertuar w celach posłuchania jak największej ilości różnorodnego materiału muzycznego. Niestety w tym podejściu testowym jeśli jakimś trafem udawało mi się tego trzymać, to bardzo sporadycznie, czego oczywiście w najmniejszym stopniu nie żałuję i za co finalnie konstruktorowi dziękuję. Naturalnie będąc w pełni szczerym muszę dodać, iż jako to w życiu bywa, zawsze można lepiej, co pokazały mi stacjonujące u mnie na co dzień kable z kraju kwitnącej wiśni. Jednak w tym momencie bardzo istotny jest jeden drobny aspekt. Otóż wspomniani samurajowie byli kilkukrotnie drożsi, a zapewniam, tyleż samo razy lepiej niestety się nie prezentowały. Oczywiście to jest audiofilskie abecadło – nigdy wielokrotność ceny nie przekłada się na bezwzględną wielokrotność jakości gania systemu, jednak w tym przypadku indonezyjski kabel w estetyce prezentacji był na tyle podobny do japońskiego, że jako swoistą, oczywiście w pełni zasłużoną lurkę nie mogłem o tym nie wspomnieć. Jednym słowem brawo południowa Azja.

Jak wynika z powyższego testu, tytułowy model kabla gramofonowego idzie przez lata wypracowanym szlakiem sonicznym tej serii. To jest muzykalność przez duże „M” z umiejętnym unikaniem szkodliwych uśrednień przekazu. Jednak w moim mniemaniu obok oferty brzmieniowej opisywanej łączówki ważny jest również inny temat. Otóż istotnym jest, że nie oszukujmy się, już spora rozpoznawalność marki na naszym rynku nie zwiodła producenta na manowce, jakimi zwyczajowo jest odcinanie kuponów w postaci nieuzasadnionego windowania cen co chwila pojawiających się w jego portfolio nowości. To zaś sprawia, że jeśli w temacie połączeń sprzętowych sekcji analogowej jesteście na rozstaju dróg, nie możecie nie wpisać tytułowego Vermöuth Audio Reference Phono jako jednego z pierwszych na listę odsłuchową. Jeśli jakim cudem tak się stanie, mówiąc kolokwialnie strzelicie sobie w stopę.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA, RCM Sensor 2 MK II

Dystrybucja: 4HiFi
Cena: 2 100 PLN / 1m