Mając na stanie takie monstrum, jak Gryphon Apex (recenzja wkrótce) po prostu nie wypada go trzymać na zimnym kamieniu. Dlatego też z radością przystaliśmy na propozycję dystrybuowanej przez RCM manufaktury NEO, by sprawdzić, jak duński smok zagra na ich platformie Neo Quattron Reference.
cdn. …
Nowa seria Peaks sprawia, że znana dokładność i muzykalność głośników YG jest dostępna w niższej cenie.
Seria Peaks obejmuje pięć nowych modeli głośników oraz zasilany subwoofer, z których każdy działa na nowym poziomie referencyjnym w swojej cenie. Doskonale sprawdzają się w pomieszczeniu o dowolnej wielkości, we wszystkich gatunkach muzycznych i są oferowane w wysokiej jakości wykończeniach, które pasują do każdego stylu domu.
W całym procesie rozwoju Peaks jakość nigdy nie była zagrożona. Modele Peaks wykorzystują opatentowane przez YG tweetery ForgeCore i nasze wyjątkowe przetworniki BilletCore. Są one zamontowane w grubych aluminiowych przegrodach przednich, które są precyzyjnie obrabiane wewnętrznie do profilu prowadzonego przez szczegółowe modelowanie obliczeniowe.
Uszczelnione korpusy kolumn są wykonane z grubego, gęstego MDF-u, wygiętego w dokładnych tolerancjach w niestandardowych prasach przez doświadczone europejskie warsztaty. Zawierają innowacyjne usztywnienia i pochłaniacze akustyczne, które eliminują rezonanse obudowy i odbicia.
Innowacyjne topologie zwrotnicy są zoptymalizowane dzięki złożonej symulacji i niezliczonym godzinom krytycznego słuchania. Te projekty maksymalizują wydajność i zapewniają najszerszą możliwą kompatybilność ze wzmacniaczami. Zwrotnice Peaks wykorzystują najwyższej jakości komponenty i są ręcznie budowane na płytkach drukowanych, które YG wytwarza we własnym zakresie.
Dzięki unikalnemu połączeniu najnowocześniejszej nauki i inżynierii, Peaks reprezentuje podejście bez kompromisów. Wszystko, od przetworników, obudów i zwrotnic, po okleinę, lakier i wewnętrzne okablowanie, zostało starannie dobrane i wymodelowane, aby zapewnić jak najdokładniejsze, najbardziej muzyczne osiągi.
Głośniki Peaks tworzą ogromną scenę dźwiękową, zapewniając wgląd i szczegóły, a jednocześnie zachowują wyjątkową muzykalność i naturalny dźwięk, który nigdy nie jest męczący. Zapewniają obrazowanie holograficzne na bardzo szerokim obszarze, w połączeniu z czystością, dynamiką i głębokim, autorytatywnym basem.
Peaks zapewnia niezrównaną wydajność w każdym miejscu zbliżonym do ceny.
Oferujemy dwa modele wolnostojące z opcjonalnymi podstawkami dla każdego oraz trzy modele wolnostojące. Serię dopełnia wyjątkowy, zasilany subwoofer. Produkty Peaks są wprowadzane z trzema wysokiej jakości wykończeniami.
Poniżej kilka opisów produktów oraz wstępne ceny detaliczne produktów z serii Peaks:
Cairn
2-drożny pasywny głośnik podstawkowy/półkowy. Dostępne dedykowane stoisko. Zawiera głośnik wysokotonowy ForgeCore i 6″ (15 cm) przetwornik BilletCore. € 11,100
Wymiary:
370 x 192 x 262mm (H x W x D)
14.6 x 7.6 x 10.3″ (H x W x D)
Waga: 12.7 kg każdy
Tor
2-drożny pasywny głośnik podstawkowy/półkowy. Dostępne dedykowane stoisko. Zawiera głośnik wysokotonowy ForgeCore i 7-calowy (18 cm) przetwornik BilletCore. € 13,700
Wymiary:
425 x 230 x 300mm (H x W x D)
16.7 x 9.1 x 11.8″ (H x W x D)
Waga: 18.1 kg każdy
Talus
2-drożny pasywny głośnik podłogowy. Zawiera głośnik wysokotonowy ForgeCore i 7-calowy (18 cm) przetwornik BilletCore. € 18,500
Wymiary:
1015 x 270 x 325mm (H x W x D)
40 x 10.6 x 12.8″ (H x W x D)
Waga: 43.1 kg każdy
Ascent
3-drożny pasywny głośnik podłogowy. Zawiera głośnik wysokotonowy ForgeCore oraz 7-calowe (18 cm) i 8,5-calowe (22 cm) przetworniki BilletCore. € 25,800
Wymiary:
1015 x 270 x 450mm (H x W x D)
40 x 10.6 x 17.7″ (H x W x D)
Waga: 54.4 kg każdy
Summit
3-drożny pasywny głośnik podłogowy. Zawiera głośnik wysokotonowy ForgeCore wraz z 7-calowymi (18 cm) i 10,25-calowymi (26 cm) przetwornikami BilletCore. € 32,500
Wymiary:
1135 x 310 x 500mm (H x W x D)
44.7 x 12.2 x 19.7″ (H x W x D)
Waga: 72.1 kg każdy
Descent
Aktywny subwoofer. Wzmacniacz audiofilski o mocy 1000 W. Zawiera nowy 11-calowy (28 cm) przetwornik BilletCore z 3-calową cewką drgającą, formą tytanową i zaawansowanym magnesem. € 10,200
Wymiary:
445 x 400 x 475mm (H x W x D)
17.5 x 15.7 x 18.7″ (H x W x D)
Waga: 49.4kg
Cairn Stand aluminiowa podstawka w kolorze czarnym € 1900
Tor Stand aluminiowa podstawka w kolorze czarnym € 1900
Dystrybucja: CT Premium
Opinia 1
Patrząc z perspektywy czasu śmiało można stwierdzić, że koreańska marka HiFi Rose wdarła się na audiofilskie salony z impetem jaki ostatnio, znaczy się blisko dekadę temu, dane nam było obserwować w przypadku Lumïna. Ot nie wiadomo kto i nie wiadomo skąd, znienacka, wyskakuje niczym królik z kapelusza z urządzeniem brzmieniowo i funkcjonalnie wprawiającym w zakłopotanie zdecydowanie bardziej doświadczoną konkurencję. Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości proszę tylko zerknąć na pierwszą, przecierającą szlaki i inaugurującą pandemię „Różyczki” konstrukcję, czyli odtwarzacz plików/streamer RS150. I? I pomimo dwuletniego stażu na rynku dziwnym zbiegiem okoliczności próżno szukać mogącego konkurować z nim pod względem wzornictwa a i w kwestii brzmienia oraz funkcjonalności wcale nie tak łatwo będzie znaleźć mu godnego sparingpartnera. Jak to jednak mawiali uczeni w piśmie „tempus fugit” a brak rozwoju, również w audio oznacza regres. Dlatego też z niekłamaną radością przyjęliśmy propozycję 4HiFi – rodzimego dystrybutora HiFi Rose nie tylko ponownego pochylenia się nad odświeżoną wersją ww. streamera o oznaczeniu RS150B, lecz również dopiero co zaprezentowanym szerszemu gronu odbiorców steampunkowo – industrialnym AD-klasowym (kolejne novum) wzmacniaczem zintegrowanym RA180, czyli de facto zestawem, który dopiero co grał ze śnieżnobiałymi Bowersami na monachijskim High-Endzie. Jeśli zastanawiacie się Państwo czym tym razem spróbuje złapać za oko i ucho tytułowy duet nie pozostaje mi nic innego niż zaprosić Was do dalszej lektury naszych wybitnie subiektywnych wynurzeń i refleksji.
Jak sami Państwo widzicie w kwestii natury estetycznej pokolenie B od swojego, pozbawionego jakiegokolwiek dopisku protoplasty nie różni się absolutnie niczym. Korpus nadal wykonywany jest z pojedynczego bloku aluminium o wysokiej czystości, front to niezmiennie 14.9” dotykowy wysokorozdzielczy wyświetlacz IPS a ściana tylna zatłoczona jest w stopniu zbliżonym do zaawansowanych procesorów. Do dyspozycji otrzymujemy bowiem, patrząc od lewej, zintegrowane z komorą bezpiecznika i włącznikiem głównym gniazdo sieciowe IEC, przedzielone portem ARC wejście i wyjście AES/EBU, dedykowane transmisji I²S porty RJ45 i DVI pomiędzy którymi skromnie przycupnęło wejście USB. Piętro niżej ulokowano we/wyjścia SPDIF w standardach Coax i Toslink za którymi grzecznie umościła się para wejść analogowych RCA, którym towarzyszą zgodne formatem wyjścia uzupełnione XLR-ami. Jakby tego było mało kontynuując wyliczankę nie sposób pominąć wyjścia HDMI (4K oczywiście jest obsługiwane), przydatnego podczas update’ow portu USB-C, dwóch gniazd USB/USB 3.0 (współpraca z dyskami do 10TB), czytnika kart Micro SD (max. 400GB), gniazda Ethernet i kolejnego portu USB, tym razem zarezerwowanego dla dongle’a WiFi/Bluetooth, o którym warto pamiętać, jeśli tylko chcemy sterować 150-ką znajdującym się na wyposażeniu pilotem.
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to …choć są tacy, którzy twierdzą, że sama kość przetwornika jest jeśli nie pomijalna, co wpływ na brzmienie urządzenia ma zdecydowanie mniejsze aniżeli jej aplikacja, to o ile wierzyć producentowi różnice pomiędzy poprzednio przez nas recenzowaną 150-ką a jej uwspółcześnioną inkarnacją dotyczą właśnie wymiany dotychczas stosowanej kości Asahi Kasei VERITA AK4499EQ na ESS Technology SABRE ES9038PRO. Zanim jednak nausznie zweryfikujemy, czy takowa podmianka jakiekolwiek a jeśli tak, to jakie w sygnaturze flagowego plikograja Rose piętno odcisnęła na razie skupię się na związanych z ww. modyfikacją aspektach technicznych. Warto bowiem nadmienić, iż przesiadka na Sabre spowodowała obniżenie napięcia wyjściowego z 9.0 na 6.5 Vrms na XLR-ach i z 4.5 na 2.2 Vrms na RCA. Jest to o tyle istotne, że obecnie kompatybilność 150-ki wyraźnie wzrosła, gdyż zdecydowanie trudniej będzie jej przesterować stopień wejściowy (przed)wzmacniacza z którym przyjdzie jej pracować. Dodatkowo obniżono impedancję wyjściową ze 100 na 50Ω.
Dość jednak tej powtórki z rozrywki, gdyż z oczywistych względów nasze największe zainteresowanie budził wzmacniacz zintegrowany RA180, który już samą aparycją dawał do zrozumienia, że przy jego projektowaniu ekipie R&D dano wolną rękę i możliwość realizacji pozornie najbardziej szalonych wizji. W efekcie front tytułowej integry jest przykładem steampunkowego bogactwa w nieco chłodniejszej, industrialnej, przywodzącej na myśl wariację nt. klasycznych urządzeń Nagry odsłonie. Od razu się wytłumaczę, z polsko-szwajcarskich skojarzeń, gdyż widok okupującego lewą flankę obrotowego selektora źródeł takowe nasunął mi niejako z automatu. Przesuwając wzrok ku prawej stronie napotkamy aktywowaną hebelkowym przełącznikiem sekcję equalizacyjną z obrotowymi regulatorami basu, wysokich tonów i suwakiem balansu pomiędzy kanałami. Z kolei piętro niżej wygospodarowano miejsce na bliźniacze gałki aktywnej zwrotnicy z podobnym aktywatorem i również w takową wyposażoną sekcję dedykowaną obsłudze wkładek gramofonowych. Nie zabrakło również dwóch niewielkich i podświetlonych na bursztynowo wskaźników VU za którymi napotkamy twór na swój sposób tyleż intrygujący, co zagadkowy. Mowa o ponadnormatywnie rozbudowanej sekcji regulacji głośności składającej się z ażurowej gałki zespolonej z systemem czterech kół zębatych i przekładnią liniową z dedykowanym, oczywiście podświetlonym oknem. O ile jednak sam projekt i konstrukcja mogą się podobać i przy manualnej regulacji zachowują całkiem satysfakcjonującą precyzję, to już sterowanie z poziomu pilota zasługuje co najwyżej na miano zgrubnego, gdyż jego bezwładność praktycznie uniemożliwia ustawienie pożądanego poziomu głośności. Nie ma jednak co marudzić, gdyż nie od dziś wiadomo, że ruch to zdrowie, więc warto od czasu do czasu wstać z kanapy i przespacerować się do naszego ołtarzyka w celu dopasowania dawek dobiegających naszych uszu decybeli.
Z kolei prawa flanka to już obszar cieszących oko dwóch wajch odpowiedzialnych za wybór trybu pure direct, terminali głośnikowych i trzech przełączników hebelkowych umożliwiających wyłączenie iluminacji, aktywację filtra subsonicznego i chwilowe wyciszenie wzmacniacza a w górnym narożniku ulokowano włącznik główny. Ściany boczne wykonano w postaci radiatorów, którym w sukurs przychodzi osiem pokaźnych, chronionych od spodu metalowa siatką kanałów wentylacyjnych umieszczonych na płycie głównej. Po co, skoro zgodnie z informacjami podawanymi przez wytwórcę mamy do czynienia z D-klasową konstrukcją i to w dodatku zasilaną układem impulsowym. Ano po to, że w 180-ce zaimplementowano aż cztery najnowszej generacji monofoniczne moduły klasy AD wykorzystujące tranzystory GaN FET z azotku glinu (zamiast powszechnie stosowanych krzemowych) zdolne oddać po 200W (każdy) a po zmostkowaniu po 400W na każdy kanał. Czy mamy zatem przykład A-klasowej sprawności energetycznej, przy stereotypowo D-klasowym brzmieniu? Nic z tych rzeczy, Ekipa stojąca za tym novum zapewnia bowiem o nie tylko niezwykle szerokim, sięgającym 100kHz paśmie przenoszenia, bliskich zeru zniekształceniach i równie wyżyłowanej sprawności energetycznej, co stricte analogowym dźwięku, co jednak nie zmienia faktu, że Rose zauważalnie się nagrzewa i niewskazanym jest ustawianie na nim czegokolwiek (150-ka egzystowała na nim wyłącznie na potrzeby sesji zdjęciowej). Sekcja zasilania jest zbalansowana i oparto ją na 4 generacji SiC FET-ach pracujących w autorskim układzie PFC o mocy 2,5kW.
Zaglądając na zakrystię śmiem twierdzić, że mało kto spodziewa się widoku jaki tam zastanie. W końcu mamy do czynienia z konstrukcją stereofoniczną a tymczasem iście biżuteryjnych terminali głośnikowych jest … szesnaście, czyli osiem par. Powód takiej klęski urodzaju jest oczywisty i poniekąd wynikający z tego, co już zdążyłem zasygnalizować, czyli zastosowania czterech modułów wzmacniających, które można nie tylko mostkować, lecz również wykorzystywać do bi-ampingu. Oprócz ww. „złotej armii” zadbano o parę wejść XLR, trzy wejścia RCA, wejście na przedwzmacniacz gramofonowy (oczywiście RCA) z dedykowanym zaciskiem uziemienia i selektorem typu wkładki oraz wyjście subwooferowe. Po przeciwległej stronie ulokowano gniazdo zasilania IEC, terminal triggera, wejście na zewnętrzny czujnik IR i dodatkowy zacisk uziemienia. Całość usadowiono na trzech masywnych nóżkach z czego od frontu jest jedna a pozostała para zapewnia stabilność tyłowi.
Przechodząc do części odsłuchowej na pierwszy ogień poszła najnowsza odsłona plikograja, którą z protoplastą łączy wygląd, nazwa i ergonomia, bo sonicznie to już zupełnie inna bajka. O ile bowiem oparta na AK4499EQ 150-ka serwowała dźwięk rześki, rozdzielczy i neutralny – znaczy się bez tendencji do ocieplania, to bazująca na Sabre 150B pokazuje już zdecydowanie bardziej humanitarne oblicze. Nie oznacza to bynajmniej, że pierwsza wersja goliła słuchaczy nie tyle do gołej skóry, co razem z nią, lecz aktualna inkarnacja ma do zaoferowania nieco lepsze wysycenie i bardziej krwisty kontent. W dodatku obniżenie napięcia wyjściowego powoduje możliwość ustawienia większej głośności po stronie amplifikacji a tym samym zmianę punktu jej pracy, co dodatkowo wpływa na rozkład akcentów w spektaklu muzycznym. W efekcie dźwięk jest jeszcze potężniejszy a zarazem pozbawiony ofensywności, więc nawet przy iście koncertowych dawkach decybeli nie wywołuje efektu zmęczenia. I piszę to bazując nie na jakiś audiofilskich smętach, choć dedykowane złotouchym odbiorcom wydane na złocie kompilacje „Erzetich Audio Gold” wypadły niezwykle energetycznie i zwinnie unikając zarzutów o zwyczajowe przerysowanie i przysłowiowe dzielnie włosa na czworo, lecz na repertuarze ciężkim i brudnym jak sumienia polityków. Począwszy od radosnych porykiwań Coreya Taylora na ponad dwuipółgodzinnym, przekrojowym „Antennas to Hell” Slipknota na iście epickich growlach i patetycznych formach artystycznego wyrazu serwowanych na „The Ghost of Orion” My Dying Bride skończywszy każdorazowo otrzymywałem niezwykle dojrzały barwowo spektakl, który pomimo nad wyraz wybuchowego ładunku energetycznego cechował stoicki spokój i wynikająca z niego dojrzałość. To nie było granie pod publiczkę, czy obłąkańczy pęd na złamanie karku, lecz przy zachowaniu nadrzędnej płynności dbałość o oddanie nawet najdrobniejszego niuansu i wybrzmienia. Jednak każda składowa była właśnie integralną składową większej całości a nie oderwanym od niej bytem niezależnym, przez co na pierwszy plan wysuwała się iście kremowa koherencja i jedwabista spoistość.
Co zmieniło dołożenie RA180? Zasadniczo niewiele, gdyż spięta z cyfrowym źródłem najnowsza „różana” integra postawiła va banque na gładkość i muzykalność oscylując wokół bezpiecznej, acz niepozbawionej dynamiki neutralności. Główna różnica w stosunku do mojego dyżurnego wzmocnienia, czyli 300W końcówki mocy Bryston 4B³ to definicja basu. O ile bowiem kanadyjski piec stawia na niezwykle zwartą i precyzyjnie kreśloną definicję każdego instrumentu o tyle 180-ka nieco zaokrąglała i zagęszczała przekaz. Przykładowo Papa Emeritus IV wraz ze swoją zgrają Bezimiennych Ghouli na „IMPERA” Ghost na Brystonie był bardziej zadziorny i mocniej – twardszym butem kopał, to ze 180-ką w torze zaczynał przejawiać niemalże soulowo-dyskotekowe ciągoty do tłustszych beatów i soczystszej prezencji. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć. Tu nie zaszła jakaś zaskakująca metamorfoza i Papa nie zaczął nagle iść w ślady Timbalanda, jednak najniższe składowe stały się bardziej krągłe i „lepkie”. Gdybym był złośliwy, a przecież taki nie jestem (przynajmniej nie zawsze), mógłbym iść na skróty i stwierdzić, że po prostu bas RA180 jest D-klasowy, czyli z jednej strony jest go dużo i pozornie schodzi nisko, lecz wolumenem nadrabia aspekt różnorodności, co akurat w tym przypadku byłoby zbyt daleko idącym uproszczeniem, choć oczywistego, wynikającego z zastosowanej technologii DNA nie udało się twórcom do końca zniwelować i warto mieć tego świadomość.
Całe szczęście owa maniera nie była przesadzona, więc ostrzejsze kawałki dalej kąsały jak należy a jedynie ich równowaga tonalna została delikatnie obniżona. Z kolei klasyka w stylu „Unreleased” Cecilii Bartoli, gdzie włoska Diva z wrodzoną sobie ekspresją raczy nas przepięknymi ariami okazała się wiatrem w żagle koreańskiego zestawu i choć sama mezzosopranistka operuje w dość ciemnych i soczystych barwach, to nie dość, że jej maniera nie została pogłębiona dodatkowo obniżoną tonacją, co nastąpiło ewidentne uatrakcyjnienie przekazu poprzez delikatne przybliżenie pierwszego planu i dodatkowe dosaturowanie średnicy.
A skoro jesteśmy przy „ciemnych” głosach, to zamiast dyżurnej Cassandry Wilson pozwoliłem sobie sięgnąć po „The Wrong Kind of War” Imany też dostaje co nieco w gratisie, gdyż sama wokalistka dość zachowawczo operuje emocjami a Rose wyraźnie je podkreśla i podkręca, przez co ewentualna nuda nam nie grozi.
Jaki jest zatem werdykt? Cóż, o ile debiutancka wersję RS150 śmiało można było uznać za wprost idealną propozycję dla odbiorców o stricte audiofilskim zacięciu, to już zarówno RS150B, jak i RA180 z czystym sumieniem można polecić również melomanom szukających w muzyce ukojenia i piękna. Czy taka estetyczna wolta HiFi Rose się opłaci czas pokaże, jednak coś czuję w kościach, że aktualna sygnatura ma szansę przypaść do gustu zdecydowanie szerszemu gronu odbiorców, gdyż bez zbytniego uśredniania akcentuje ona aspekt emocjonalny i melodykę reprodukowanego repertuaru zbytnio nie obnażając obecnych tamże mankamentów a jak mówi stare ludowe porzekadło „czego oczy nie widzą …”
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Wzmacniacz strumieniujący: NAD Masters M33
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nasi stali czytelnicy doskonale wiedzą, iż tytułowy południowokoreański brand miał już swoją szansę na zrobienie dobrego pierwszego wrażenia na naszych łamach. Mało tego, wiedzą również, że w pełni ją wykorzystał. Jednak bez względu na nawet najbardziej spektakularne chwilowe laury, każdy szanujący się producent zawsze szuka sposobu dotarcia do jak najszerszego grona odbiorców. To natomiast jest ewidentnym bodźcem do wprowadzania stosownych zmian nawet w bardzo dobrze odbieranym komponencie. I nie szukajcie w tym działaniu drugiego dna, gdyż taki stan rzeczy jest konsekwencją rozwoju technologicznego, za którym chcące trzymać rękę na pulcie podmioty gospodarcze powinny podążać. Nikogo zatem nie zdziwi fakt właśnie takiego podejścia do sprawy przez tytułowego producenta, który dzięki stacjonującemu w Gliwicach dystrybutorowi 4HiFi dostarczył do testu tandem w postaci nowego wcielenia odtwarzacza plików HiFi ROSE RS150B i jeszcze pachnącej nowością w ofercie marki wzmacniacza zintegrowanego RA180.
Sam odtwarzacz w kwestii wyglądu i wielofunkcyjności jest wierną kopią poprzednika, a jedną z najważniejszych zmian konstrukcyjnych jest wykorzystanie innej kości przetwornika, w tym przypadku jednego z modelu SABRE. Obudowa jest wycięta z jednego bloku aluminium, której front jest fenomenalnie prezentującym się, bo zajmującym całą powierzchnię dotykowym wyświetlaczem. To jest na tyle istotne, że pozwala dokonać dosłownie każdej czynności bez użycia pilota zdalnego sterowania. Mało tego, pozwala również na wybór wyświetlania okładek słuchanych płyt, ustawienie panelu w funkcji wskaźników wychyłowych rodem z popularnego Mac-a i tym podobnych wizualnych atrakcji. Jeśli chodzi o plecy, te spełniając zadania urządzenia są feerią wejść i wyjść cyfrowych i liniowych od AES/EBU, przez USB, I2S, COAXIAL, LAN, HDMI, po XLR, RCA, na gnieździe zasilania kończąc. Jak widać, nic temu urządzeniu jest niestraszne, co w obecnych czasach podczas wyboru konkretnego urządzenia jest nie do przecenienia.
Przechodząc do wzmacniacza zintegrowanego, na samym wstępie nie sposób pominąć faktu powrotu designu obudowy do szalonych lat siedemdziesiątych. Top jest szaleństwo w najczystszej postaci. I nie mam na myśli jedynie wyglądu ze szczególnym uwzględnieniem awersu, ale również pozwalające dopasować jego finalne brzmienie piecyka do naszych potrzeb wyposażenie regulacyjne od balansu pomiędzy kanałami, ilości wysokich i niskich tonów, przez regulację aktywnej zwrotnicy, po obsługę phonostage’a. A to nie koniec ciekawostek, gdyż na froncie znajdziemy jeszcze dwa okrągłe wskaźniki wysterowania, realizowany za pomocą kilku kół zębatych na wielką gałkę wzmocnienie głośności, kilka hebelków typu DIMMER, SUBSONIC, ATTENUATOR, oraz rodem z czasów maszyny parowej „wichajstry” wyboru zestawu kolumn i pominięcia wszelakiej maści poprawiaczy – Pure Direct. Powiem tak. Bez względu na fakt niepodważalnej nietuzinkowości wyglądu frontu RA180 jego odbiór jawi się jako ewidentny przedstawiciel opcji „kochaj albo rzuć”. Nie da się osiągnąć stanu pośredniego. Nie ma szans. Przemierzając obudowę ku tyłowi na jej górnej powierzchni widzimy osiem biegnących ku rewersowi prostokątnych otworów wentylacji grawitacyjnej. Może to nie jest efekt piekarnika, ale wzmacniacz mimo pracy w klasie D zauważalnie się nagrzewa. Zaś jeśli chodzi o zlokalizowany na tylnym panelu pakiet przyłączy, ten jest ostoją bogactwa pozwalających na kilka różnych konfiguracji kolumnowych, pogrupowanych dla lewego i prawego kanału złotych zacisków, pakietu wejść liniowych RCA/XLR, wejścia na wbudowany phonostage, zacisku uziemienia i gniazda zasilania IEC. Przesada? Czy ja wiem. Obecnie wielofunkcyjność urządzeń jest jednym z istotnych parametrów, dlatego lepiej mieć wiele opcji, niż borykać się z ich brakiem, w konsekwencji dokupując dodatkowe urządzenie. Na koniec opisu wyglądu i wyposażenia naszych bohaterów dość istotną informacją jest występowanie pilota zdalnego sterowania w każdym z komponentów.
Jak zagrał dostarczony to oceny zestaw? Powiem szczerze, że co jak co, ale na klasie D w temacie zaspokojenia prądu do moich kolumn jeszcze nigdy się nie zawiodłem. To zwyczajny wulkan energii. Owszem na tle posiadanej przeze mnie klasy A trochę bardziej stawiający na prężenie muskułów w domenie kontrolowanego kopnięcia słuchacza energią muzyki, jednak ostatnimi czasy nie jest to okraszone masakrycznym uśrednianiem przekazu, tylko jego lekkim zawoalowaniem i wyczuwalną krągłością krawędzi dźwięku. Jednak uspokajam, rozprawiamy o różnicy cenowej na poziomie 10-krotności, co w oparciu o wiedzę na co można sobie na tym poziomie pozwolić, dosłownie po kilku utworach staje się aspektem wręcz niezauważalnym. Na tyle drobnym, że drobnymi roszadami kablowymi można go nieco przeciągnąć na swoją modłę. Ja tego nie robiłem, gdyż chciałem zobaczyć, jak tytułowy set sprawdzi się wrzucony 1:1 w posiadany system, aby jak najbliżej prawdy Wam o tym napisać. Jednak ogólna plastyka i gładkość dźwięku nie była cechą jedynie sekcja wzmocnienia, gdyż tą samą drogą, na szczęście bez przekraczania cienkiej linii przyzwoitości, podążał odtwarzacz plików. Poprzednik był bardzo stanowczy w podejściu do projekcji muzyki w odniesieniu do jej wyrazistości, co owszem, wielu użytkownikom w pierwszym momencie mogło się podobać, jednak nie zdziwiłbym się, gdyby na dłuższą metę bez zmian w systemie ocierałoby się o spowodowane nadpobudliwością stany lękowe. Nie twierdzę, że tak było, jednak na tle dzisiejszej odsłony, pierwsza wersja 150-ki moim zdaniem nie brała jeńców. Na szczęście producent na ten stan umiejętnie zareagował i skroił dźwięk nie tylko energiczny, ale przy okazji gładki i plastyczny. To zaś wespół z wprowadzoną do oferty marki integrą sprawiło, iż przez cały okres testu wszystkie lądujące w transporcie płyty leciały od deski do deski. A były różne. Od jazzujących Cassandry Wilson, przez rasowe składy jazzowe – Bobo Stenson Trio, po ciężki rock z portfolio zespołu Metallika. Nigdy nie brakowało energii, co być może przy popisach wokalnych wspomnianej artystki nie jest aż tak istotne, jednak już przy pracy kontrabasu w jazzowych popisach i co istotniejsze w oddaniu szaleństwa rockmenów jest aspektem wręcz determinującym końcowy sukces. Co ciekawe, wszystkie płyty pokazały się ze swoich najlepszych stron. Nie zgubiły informacji i nie miały problemów z utrzymaniem w ryzach niskich zejść. Zaś jedynym, nad czym można byłoby popracować, to czasem – szczególnie w jazzie – wyostrzenie kreski rysującej źródła pozorne. Podobnie zawieszone w eterze blachy dobrze zrealizowanej perkusji i wybrzmiewający w nieskończoność fortepian mogły by być nieco bardziej wyraziste. Z kolei bazujące na fajnej barwie i plastyce wokalizy oraz miłośnicy muzyki buntu z racji słabych realizacji takim umilaniem ich popisów powinni być raczej ukontentowani. Tragedii oczywiście nie było, jednak w tym temacie zalecałbym lekkie przearanżowanie okablowania i problem stanie się pomijalny. Oczywiście tylko w przypadku, jeśli takiego brzmieniowego akcentu szukacie. Jednak bez względu na fakt, czy to zrobicie, czy zostawicie jak jest, obcując z muzyką podaną przez zestaw ROSE, będziecie mili okazję pławić się w fajnie rozbudowanej w szerz i głąb przyjaznej duszy melomana wirtualnej scenie. Ja przynajmniej tak to odbierałem.
Czy przybyłe z Korei Południowej zabawki RS-150B i RA180 są dla każdego? Pewnie Was zaskoczę, ale powiem, że przemawia za tym wiele argumentów. Pierwszym jest swoboda wysterowania nawet najbardziej ekstremalnych rozmiarowo kolumn. Drugim ogólna energia i przyjemnie odbierana gładkość muzyki. A trzecim nietuzinkowy wygląd od nowoczesnego wizerunkowo streamera począwszy, a na vintage-owym wzmacniaczu zintegrowanym skończywszy. To jakby designerskie połączenie wody z ogniem, które jeśli Was do siebie przyciągnie, jak wynika z powyższego testu, to o proponowany sound nie musicie się martwić.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: 4HiFi
Producent: HiFi ROSE
Ceny
HiFi Rose RS150B: 21 000 PLN
HiFi Rose RA180: 29 990 PLN
Dane techniczne:
HiFi Rose RS150B
DAC: ESS Technology SABRE ES9038PRO
Obsługiwane formaty audio:
WAV, FLAC, AIFF, WMA, MP3, OGG, APE, DFF, DSF, AAC, CDA, AMR, APE, EC3, E-EC3, MID, MPL, MP2, MPC, MPGA, M4A
PCM : 8 kHz-384 kHz(8/16/24/32 bit)
Natywne DSD: DSD64 (2,8 MHz)/ DSD128 (5,6 MHz)/ DSD256 (11,2 MHz)/ DSD512 (22,5792 MHz)
Obsługiwane formaty video: ASF, AVI, MKV, MP4, WMV, MPEG-1, MPEG-2, MPEG-4 H.263, H.264, H.265, VC-1, VP9, VP8, MVC
H.264/ AVC, Base/ Main/ High/ High10 profile@level5.1 up to 4K x 2K@30fps
H.265/HEVC, Main/ Main10 profile@ level 5.1 High-tier up to 4K x 2K@60fps
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 40,000Hz(+/-0.5dB)
Zakres dynamiki: 132dB
Napięcie wyjściowe: 2.2 Vrms (RCA), 6.5 Vrms (XLR)
SNR: 118 dB @ 1 kHz (RCA), 121 dB @ 1 kHz (XLR)
THD+N: 0.0004% @ 1 kHz (RCA), 0.0003% @ 1 kHz (XLR)
Przesłuch międzykanałowy: max. – 138 dB
Impedancja wyjściowa: 50Ω
Łączność: Ethernet 10/100/1000 BASE-T, Wi-Fi przez zewnętrzną kartę sieciową USB, zewnętrzny moduł Bluetooth (A2DP Sink, AVRCP v1.3)
Streaming: Airplay / DLNA / Roon Ready / MQA Full Decoder / TIDAL / Radio internetowe / Podcast
Wejścia audio: optyczne x 1, COAX x 1, Line-IN x 1, AES/EBU x 1, HDMI ARC x 1, USB DAC x 1
Wejścia: USB 3.0 x 2, MicroSD x 1, SSD x 1
Wyjścia audio: optyczne x 1, COAX x 1, Pre-OUT (XLR x 1, RCAx 1), I2S-DVI x 1,I2S-RJ45 x 1, AES/EBU x 1,
Wyjścia wideo: HDMI 2.0 x 1 (do 3840 x 2160 px / 60 Hz)
Wyświetlacz: 14,9″ dotykowy HD IPS LCD
CPU: Hexa Core CPU
Dual-core Cortex-A72 o częstotliwości do 1.8GHz
Quad-core Cortex-A53 o częstotliwości do 1.4GHz
GPU: Mali-T864 GPU, OpenGL ES 1.1/2.0/3.0/3.1, OenVG1.1, OpenCL, DX11
Pamięć:LPDDR3 4GB
Pobór mocy: 55W
Wymiary (S x G x W): 430 x 316 x 123 mm
Waga: 13 kg
HiFi Rose RA180
Moc wyjściowa: 4 x 200W @ 4/8Ω; 2 x 400W @ 4/8Ω (BTL Mode)
Wejścia: para XLR, 3 pary RCA, Phono RCA
Wyjścia: Subwoofer Out
Czułość wejściowa: 2 000mV (XLR); 1000mV (RCA), 5mV/0,5mv Phono (MM/MC)
Impedancja wejściowa: 44kΩ (XLR); 47kΩ (RCA, Phono MM/MC)
Pasmo przenoszenia: 10Hz ~ 100kHz
Zniekształcenia THD: 0.006%
Współczynnik tłumienia: >150
Odstęp sygnał/szum: 108dB (XLR), 106dB (RCA), 79dB (Phono)
Impedancja wyjściowa: 53mΩ
Equalizacja: ±15dB( 100Hz – Bass; 10kHz – Treble)
Pobór mocy: 800W; 1 100W max.
Wymiary (S x G x W): 430 x 391 x 130 mm
Waga: 16,7 kg
Opinia 1
Jestem święcie przekonany, że będąca w centrum naszych dzisiejszych zainteresowań duńska marka Vitus jest rozpoznawalna praktycznie przez każdego, choćby minimalnie zorientowanego w temacie iście high end-owego grania melomana, czy audiofila. Mało tego. To na tyle ugruntowany na polskim rynku byt, że na naszych łamach jako bohater testu pojawiał się już bodajże czterokrotnie. Za każdym razem jakość wyniku sonicznego znakomicie korelowała z zajmowanym przedziałem cenowym, jednak co istotne, konsekwentnie w oparciu o ogólny sznyt firmowego brzmienia. Jaki? Bardzo uniwersalny w postaci usadowienia muzyki w estetyce barwy, mocnego dolnego rejestru i okraszenia całości unikającymi chadzania swoimi drogami, dobrze skrojonymi wysokimi tonami. I gdy wydawałoby się, że jeśli oferuje się coś uniwersalnego, można siąść na laurach odcinając przysłowiowe kupony, to u Ole Vitusa takie numery nie przejdą. Powodem jest jego niespokojna dusza, która nie pozwala mu pójść na łatwiznę i od jakiegoś czasu bazując na dotychczasowych doświadczeniach odświeża swoją ofertę poprawionymi technicznie modelami, z grona których z jednym, w postaci rozpoczynającej ofertę integry RI-101 mkII mieliśmy przyjemność już się spotkać. Efekt końcowy w stosunku do protoplasty był na tyle zaskakująco pozytywny, że tym razem poprosiliśmy katowicki RCM o flagową stereofoniczną końcówkę mocy MP-L201, którą w recenzenckim boju wspierać będzie dedykowany przedwzmacniacz liniowy MP-S201.
Wszyscy wiemy, jak ważna oprócz jakości oferowanego dźwięku jest rozpoznawalność produktów. To zaś sprawia, że wiele z nich podobnie do rzeczonego projektu Vitus Audio opracowało nie tylko dobrze prezentującą się, ale również idealnie spójną unifikację obudów. Chodzi o fakt analogicznego powielania tego samego wzoru najważniejszej części obudowy – w tym przypadku awersu – bez względu na jego wielkość, jedyne pozostawiając pole do potencjalnych różnic w kwestii determinowanego zadaniami danego urządzenia manualno-przyłączeniowego wyposażenia oraz wyglądu górnej i bocznej części obudowy – wzmacniacz na dachu w serię grawitacyjnych otworów wentylacyjnych ma zgrabnie wkomponowane logo marki i naturalne dla tego typu konstrukcji stanowiące boczne płaszczyzny radiatory. Jak sugerują fotografie, w przypadku awersu naszego bohatera mamy do czynienia z przedzielonymi pionową wstawką z czarnego akrylu dwoma płatami grubego aluminium. Wydawałoby się, że projekt jest banalny, jednak patrząc na dramatyczne różnice wielkości występujących dzisiaj produktów ewidentnie widać, iż mamy do czynienia z fenomenalną uniwersalnością. Chodzi mianowicie o fakt znakomitego wizualnego odbioru średniej wysokości dwóch części przedwzmacniacza – z konstrukcji do osobnej, pełnoprawnej i identycznej jak serce urządzenia obudowy wydzielono zasilacz, jak i monstrualnie wysokiej, mogącej jawić się jako nudny monolit końcówki mocy. Nie wiem, jak to się dzieje, ale projektant znakomicie ukrył nie tylko ich różnice, ale również rozmiarowy rozmach wzmacniacza, dlatego dostarczony do testu zestaw od strony tak estetycznej, jak i akceptacji gabarytów jest bardzo przyjazny wizerunkowo. Jeśli chodzi o wyposażenie naszych bohaterów, centralna część awersu obydwu składowych przedwzmacniacza (czarny akryl) została uzbrojona w kolorowy wyświetlacz, zaś boczne płaszczyzny w sześć w przypadku głównego komponentu (usadowione po trzy na każdej z nich) i dwa w zasilaczu (analogicznie do pre) guziki funkcyjne. W temacie tylnych ścianek S201-ki, jako realizuję założeń układu dual-mono bardzo bogatą baterię wejść i wyjść liniowych w standardach RCA/XLR oraz łączące wielopinowe gniazda zasilania jego serca rozlokowano wokół centralnie umieszczonego zacisku uziemienia, natomiast w zasilaczu jedynie dwóch okrągłych terminali oddających energię elektryczną wokół zintegrowanego z głównym włącznikiem i bezpiecznikiem gniazda zasilania. Analizując ten temat w odniesieniu do końcówki mocy, front podobnie do sterownika jest ostoją bursztynowego wyświetlacza i sześciu identycznie usadowionych guzików sterujących, natomiast tył zorientowanych poziomo trzech gniazd IEC (dwa zewnętrzne do każdej z końcówek mocy na każdy kanał osobno oraz centralne do elektroniki sterującej), poniżej wyposażonych w sprzęgiełka ustalających odpowiednią siłę dokręcania zacisków kolumnowych od Furutecha i na samym dole trzech wejść dla sygnału analogowego (zewnętrzne lewy i prawy kakał i centralne jako mono w przypadku wykorzystania dwóch tego typu końcówek mocy jako monoblok na każdą z kolumn). Wieńcząc część opisową budowy dzisiejszych głównych graczy dodam jedynie, iż w komplecie startowym przedwzmacniacz liniowy jest wyposażony w uniwersalny, bo obsługujący pełną gamę produktów Vitusa pilot zdalnego sterowania, natomiast końcówka mocy oferuje dwa sposoby pracy. Jedna to inteligentna klasa A (przy stałej mocy 25W/8Ohm resztę zapotrzebowania energii dzięki zaawansowanym układom elektronicznym urządzenie realizuje skokowo), a druga mocarna, bo oddająca 700W/8Ohm na kanał klasa A/B.
Zanim przejdę do clou programu, zaznaczę, iż w moim przypadku proces testowy przebiegł pół na pół w pełnej konfiguracji z preampem i końcówką solo. To było zamierzone działanie, gdyż pozwalało potwierdzić może nie zero-jedynkową, ale w wielu aspektach bardzo istotną zasadność użytkowania z pozoru zbędnego w torze audio przedwzmacniacza liniowego. Sam niegdyś korzystałem z pełnej konfiguracji wzmacniającej sygnał i dzięki takiemu działaniu kolejny raz potwierdziłem „nausznie”, co obecnie korzystając jedynie z regulowanego wyjścia z przetwornika, w pewnym sensie oddaję. Co takiego? Oczywiście nie dramatycznie, jednak pewnego rodzaju spójność prezentacji w domenie plastyki i ostrości rysunku przekazu muzycznego. A dokładnie chodzi o równowagę pomiędzy miękkością oddania środka pasma z ukazaniem podobnej estetyki w naturalnie dobrze kontrolowanych niskich tonach. Bez „liniówki” na chwilę obecną hołubiony przeze mnie wybór stygmatyzuje wyczuwalna – w zderzeniu jeden do jeden – różnica krawędzi wspomnianych zakresów. Gdy centrum pasma akustycznego kipi energią podsycaną przyjemną w odbiorze krągłością, zakresy dolny i górny oczywiście w żadnym stopniu niemęcząco, ba po krótkiej akomodacji nawet bardzo pożądanie, ale jednak zdradzają odmienność estetyki wykończenia dźwięków na korzyść większej dokładności. To źle? W wartościach bezwzględnych teoretycznie tak, jednak ja odbieram to jako świadomy, naprawdę minimalnie naciągający fakty na moją modłę kompromis, a nie zło w czystej postaci. Przecież to ma się nam podobać, a nie w duchu politycznej poprawności podczas obcowania z muzyką poddawać się procesowi masochizmu. Jednak zaznaczam, to są swoiste niuanse, co niestety na oferowanym przez zestaw Vitusa poziomie dla wielu mogą urastać do miana wyboru pomiędzy dobrem, a złem.
Kolejnym tematem podwójnej próby sparingu z Vitusem było przekonanie się, jak na finalne brzmienie systemu dramatycznie wpływa poziom sygnału wyjściowego z przetwornika 2V vs 6V. Przy niskim mamy analogiczną sytuację jak przy zastosowaniu przedwzmacniacza. Przekaz staje się spójny w klimacie energii, plastyki i rysunku każdego podzakresu. Natomiast przy wysokim, jakby „przesterowując” sygnał wejściowy w końcówce natychmiast wzmacniamy wyrazistość skrajów pasma, dzięki czemu uzyskujemy znakomitą twardość i ostrość podania basu oraz idące w sukurs temu znacznie wyraźniejsze, a przez to bardziej zjawiskowe, bo naładowane większą ekspresją wysokie tony. To naturalnie jest jakby pułapką do łatwego przekroczenia dobrego smaku, jednak jeśli system jest rozdzielczy i pozbawiony zniekształceń, a o takim w tym teście rozprawiamy, w moim przypadku po raz kolejny temat okazuje się kwestią pozbawionego bolączek wyboru do pełnego zadowolenia z obcowania z muzyką, a nie ratowanie jej prezentacji chadzaniem po konfiguracyjnej „bandzie”.
Po co w mojej epistole zawarłem powyższe, teoretycznie wręcz elementarne informacje? Z jednej niby prostej, jednak bardzo istotnej dla Was przyczyny. Otóż opisywany set Vitusa jak niewiele innych pozwalał pokazać te zależności dosłownie palcem. Bez zbędnego wnikania w szczegóły, każdy z przywołanych tematów był znakomicie widziany, a raczej słyszany. To natomiast pokazuje, że co jak co, ale na tym poziomie cenowym i jakościowym niebagatelny rozmiarowo Duńczyk czuje się jak ryba w wodzie. W wodzie, w której spora grupa konkurencji co najwyżej dryfuje, nie mówiąc już o dotrzymaniu obranego przez Skandynawa kursu.
Jak zatem w oparciu o przed momentem przywołane niuanse brzmieniowe, odebrałem tytułowy tandem? Szczerze? Tak znakomitego zestawu z tej stajni dotychczas u siebie nie gościłem. Owszem, poprzednie wcielenie końcówki na tamte lata – minęło ich ok. 6 – również było świetne, jednak obecna inkarnacja to inna liga. W pełni kontrolowana energia od najniższego poziomu głośności oraz zjawiskowa prezentacja barwy i rozdzielczości przekazu były na najwyższym poziomie. Spodziewałem się podobnych wrażeń, jednak nie w takiej skali. Gdy wymagał tego materiał muzyczny, kolumny swą ekspresją w dolnym zakresie niebezpiecznie zbliżały się do osiągów biblijnych trąb jerychońskich. Otaczające mnie mury nie zwaliły mi się na głowę tylko dlatego, że na tle obecnych standardów zamierzenie przez nas są przesadnie grube. Teoretycznie wiedziałem, że kolumny to potrafią, tylko posiadana przeze mnie znacznie mniejsza końcówka mocy Gryphon Mephisto stawiając na inne aspekty w centrum i górze pasma oraz minimalnie mniej esencjonalny wyraz prezentacji, w dolnym zakresie nie zapędza się aż tak daleko. Naturalnie nie jest to jakikolwiek problem, gdyż zwyczajnie stawia na inne niuanse brzmieniowe, za którymi podczas wyboru w pełni świadomy podążałem, dlatego fajnie, że Vitus swą nieposkromioną mocą pokazał mi pełne spektrum osiągów flagowych Gauderów. Co ciekawe, na tyle trafiających moje oczekiwania, że jeśli się da, rozważnymi roszadami w systemie z dużą dozą prawdopodobieństwa spróbuję je z nich wycisnąć. Po co mi to?
Choćby po to, aby w dosłowny sposób przekonać się, co tak naprawdę zapisane jest na przykładowym soundtracku z filmu „Blade Runner 2049” Ridley’a Scotta. Płycie, na której majestatyczne pasaże będących synonimem mrocznej przyszłości niskich pomruków nie tylko, że smagały moje trzewia, to znakomicie pokazywały nawet najdrobniejszą zmianę ich energii, amplitudy i poziomu zejścia do zaświatów. Zapewniam Was, jeśli nie słuchaliście tego krążka w takim wydaniu, w mojej ocenie nie wiecie, co tak naprawdę na nim wytłoczono. To nie jest zwykła, najczęściej przeznaczona jedynie do pochłaniania narządami słuchu projekcja muzyki, tylko zjawiskowe uwalnianie czystej energii. Dla wielu marek taki efekt jest raczej trudny do osiągnięcia, na szczęście popularny Vitek za sprawą majestatycznego poziomu oddawanej energii obchodził się z tym tematem jak z przedszkolakiem. Co więcej, nawet przy dużych poziomach głośności wzmacniacz nie sygnalizował jakiejkolwiek zadyszki, zaś jedynym ograniczeniem dla niego było zwyczajne niemieszczenie się zbyt głośno grających wielkich kolumn w teoretycznie zbyt małym dla nich pomieszczeniu. Ale to jest już fizyka, której nawet Ole Vitus nie jest w stanie oszukać.
Kolejnym przykładem na znakomite panowanie czarnych smoków nad dźwiękiem jest uwielbiany przeze mnie jazz spod znaku Torda Gustavsena Trio „The Other Side”. Z jednej strony to muzyka pozornie z tych łatwych, bo spokojna i raczej stroniąca od nagłych zmian tempa, jednak z drugiej zbyt monotonnie – czytaj nazbyt zachowawczo w domenie umiejętnego zawieszenia pojedynczych dźwięków w eterze – odtworzona staje się nudną papką. Niby wszystko – bas, środek i góra z wzorowym pokazaniem ich niuansów włącznie, wypadną ok, jednak całościowo jakoś nie będzie do nas przemawiać. I nie pomoże nieprzebrany zapas mocy, bowiem najważniejsze dla niej jest umiejętne spożytkowanie dostępnych Watt-ów. Nie na przysłowiowe hura, tylko wypośrodkowanie ich oddania pomiędzy energią i lekkością prezentacji. Gdy słyszmy fortepian, musi być i dostojny i lotny, gdy kontrabas, powinien odznaczać się dobrym balansem pomiędzy ilością informacji ze strun i pudła rezonansowego, a gdy do głosu dochodzi perkusja, stopa ma mieć swoją wagę i atak, zaś przeszkadzajki odznaczać się świetlistością. Niby proste, jednak z doświadczenia wiem, że mocarne piece puszczając wodzę fantazji czasem mają z tym problemy. Na szczęcie fraza „czasem” nie dotyczy opisywanej pozycji ze stajni Vitus Audio, gdyż w tym przypadku w moim odczuciu osiągnąłem pokaz na miarę moich nawet nie obecnych, które notabene są już bardzo wysokie, ale nawet przyszłych oczekiwań.
Na koniec coś koncertowego z damską wokalizą z portfolio Melody Gardot „Live in Europe”. I nie będę się w tym przypadku odnosił do skądinąd świetnego występu instrumentarium, a w szczególności popisów kontrabasisty w 6 kawałku drugiego krążka, tylko mistycyzmu głosu artystki. Jest słodki, a zarazem wyrazisty. Ogólnie delikatny, ale w odpowiednim momencie z pazurem. Barwny i mocny, a przy okazji przenikliwy. Co w tym dziwnego? Otóż dotychczas znałem te aspekty z nieco innej strony. Nie gorszej, a jedynie innej. Jednak po posłuchaniu testowej konfiguracji, mimo ugruntowanego ostatnimi czasy mocno osadzonego w moich oczekiwaniach wzorca, jakże zaskakująco ciekawej. Niby tylko tyle, jednak aż tyle, że nie mogłem o tym nie wspomnieć.
Chyba nikt z Was nie ma wątpliwości, że spotkanie z flagową stereofoniczną końcówką mocy i dedykowanym jej przedwzmacniaczem serii Masterpiece Vitusa jak rzadko, wywarło na mnie ogromne wrażenie. To było w dobrym tego słowa znaczeniu zderzenie ze ścianą świetnie podanego w dosłownie każdym aspekcie przez szerokość, głębokość, wysokość i namacalność w domenie 3D wirtualnej sceny, świata muzyki. I nie chodzi li tylko o zjawiskową energię podania całości, ale również umiejętne dozowanie raz jej agresji, a innym razem płynności. Dlatego też jeśli chodzicie w tej lidze cenowej i kochacie z jednej strony esencjonalne, a z drugiej ze świetnym wglądem w nagranie odtworzenie zgromadzonych na płytach lub w plikach zapisów nutowych, w moim odczuciu set Vitus Audio MP-L201 + MP-S201 bez dwóch zdań powinien znaleźć się na potencjalnej liście odsłuchowej. Z uwagi na różnorodność oczekiwań populacji melomanów gwarancji na ożenek dać nie mogę, jednak jeśli ze swoimi wzorcami ekspresji nie przekroczyliście linii dobrego smaku, kwestia zwrotu naszych bohaterów dystrybutorowi może okazać się nie lada wyzwaniem. Myślicie, że Was straszę? Nic z tych rzeczy, po prostu na bazie swoich rozterek tylko lojalnie ostrzegam.
Jacek Pazio
Opinia 2
Im głębiej zanurzamy się w odmętach High-Endu, tym częściej zastanawiam się gdzie kończą się ostatki zdrowego rozsądku a zaczyna czyste szaleństwo. I to wcale nie chodzi o ceny, które już dawno opuściły ziemską stratosferę, a o gabaryty współczesnych reproduktorów dźwięków wszelakich. I pal sześć kwestie natury logistycznej, gdyż jakby na to zagadnienie nie patrzeć spada ono na barki dystrybutorów, lecz o samą problematykę zmieszczenia i ustawienia danego komponentu w naszej codziennej przestrzeni życiowej. Przesada? Zdecydowanie tak, lecz nie z mojej strony a samych producentów, którzy ewidentnie dwoją się i troją, by ich flagowe konstrukcje śmiało mogły zostać zakwalifikowane do kategorii (nie)ruchomości. Okazuje się bowiem, że od pewnego pułapu audiofilskiego uzależnienia np. posiadacze budynków o konstrukcji szkieletowej zanim zdecydują się przygarnąć pod swój dach jakąś zacną końcówkę mocy, bądź kolumny zmuszeni są wnikliwie studiować dokumentację własnych domostw w celu weryfikacji, czy strop wytrzyma drobne kilkaset kg na stosunkowo niewielkiej powierzchni. Całe szczęście nasz OPOS wykonany został w czasach, gdy jakość wykonawcom nie kojarzyła się ze słowem „jakoś”, więc takowych obaw nie mieliśmy, choć kumulacja odwiedzających nasze skromne progi konstrukcji może co słabsze jednostki przyprawiać o migotanie przedsionków. Skoro jednak opadł już kurz po dwóch wieżach Octave a cały czas „bawimy się” Apexem, to najwyższa pora wyspowiadać się ze spotkania z również duńskim ekstremum, czyli duetem pre/power Vitus Audio MP-L201 mkII & MP-S201, który zjawił się u nas dzięki zaangażowaniu katowickiego RCM-u.
Nie trzeba sokolego wzroku, by odnotować fakt, że chociaż oba składające się na tytułowy przedwzmacniacz moduły posiadaj bliźniaczo do siebie podobne korpusy, to już z racji pełnionych funkcji zarówno awersy, jak i rewersy znacząco się różnią. Dlatego też o ile relegowana do własnej, zewnętrznej obudowy sekcja zasilająca po obu stronach cofniętej względem masywnych aluminiowych płyt frontowych szybki wyświetlacza może pochwalić się pojedynczymi przyciskami odpowiedzialnymi za uśpienie/wybudzenie (lewy), bądź całkowite włączenie/wyłączenie (prawy), to już moduł sygnałowy takich manipulatorów ma sześć. Po lewej znalazł się selektor wejść z przyciskiem dającym dostęp do menu a z prawej regulacja głośności i wyciszenie. Zanim przejdziemy dalej pozwolę sobie na chwilę skupić się na wspomnianym menu, w którym to wybierzemy nie tylko jasność wyświetlacza, i zdefiniujemy nazwy dla każdego z wejść, lecz również ustawimy fazę, wzmocnienie (od – 12 dB do +12 dB) i czułość (≤ 2 Vrms, ≤ 4 Vrms and ≤ 8 Vrms). Jakby tego było mało spokojnie możemy wyłączyć nieużywane gniazda.
Zdecydowanie więcej dzieje się na zakrystii. Co prawda zasilacz posiada jedynie centralnie umieszczone, zintegrowane z włącznikiem głównym i komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC i okupujące obie flanki wielopinowe terminale wprowadzające życiodajną energię do części sygnałowej, to już sekcja sygnałowa jest naszpikowana gniazdami jak niejeden amplituner kina domowego. Symetrycznie względem centralnie umieszczonego zacisku uziemienia przycupnęły idąc od środka, ku zewnętrznym krawędziom w górnym rzędzie dwa wejścia RCA i wyjście na zewnętrzny rejestrator (tape out) wyjście XLR i wyjście RCA a schodząc piętro niżej trzy wejścia XLR wyjście XLR i terminal zasilający danego kanału.
Zerkając do trzewi części sygnałowej MP-L201 mkII napotkamy spodziewany w duńskich wyrobach widok z obsesyjną wręcz starannością ulokowanych na solidnym laminacie szczelnie zamkniętych w prostopadłościennych puszkach ekranujących i dodatkowo zalanych specjalną żywicą modułów. Zgodnie z tradycją mamy do czynienia z konstrukcją w pełni zbalansowaną a za sterowanie głośnością odpowiada drabinka rezystorowa. Z kolei w zasilaniu mamy aż 24 stopnie stabilizujące .
Z kolei potężna stereofoniczna końcówka mocy MP-S201 już przy wypakowywaniu (vide unboxing) robi iście piorunujące wrażenie. O ile front, podobnie jak u rodzeństwa stanowi połączenie aluminiowych „skrzydeł” i pionowego „szybu” wyświetlacza po którego bokach umieszczono po trzy przyciski odpowiedzialne za wybór klasy pracy, dostęp do menu i uśpienie olbrzyma (po lewej) oraz wyciszenie i nawigację po menu po prawej, to już zamiast standardowych ścian bocznych, z racji możliwości oddania 500W w klasie AB i 25W w klasie A przy 8Ω obciążeniu na kanał, zastosowano potężne radiatory, które dodatkowo wspomagają cztery otwory wentylacyjne na masywnej płycie górnej. W centrum owej pokrywy znalazł się kwadratowy wykusz z adekwatnym rozmiarowo do bryły końcówki firmowym logotypem. Widok ściany tylnej mniej obeznane z tematem jednostki może wprowadzić w lekka konsternację, gdyż co prawda gniazd głośnikowych (fenomenalne Furutechy ze sprzęgłem) jest tyle co należy, czyli po parze na kanał, to już gniazd zasilających mamy … trzy. Tak jest – piękny tercet, gdyż oprócz osobnych interfejsów zasilających dla każdego z kanałów mamy jeszcze dodatkowy – do obsługi sterowania i logiki urządzenia. To się nazywa bezkompromisowe podejście do tematu.
Jak przystało na flagowca nie oszczędzano również na zasilaniu, gdzie potężną baterię kondensatorów o łącznej pojemności 1 200 000 μF zasila imponujące 4,5 kVa trafo UI. Cały układ jest w pełni zbalansowany i pozbawiony globalnego sprzężenia zwrotnego.
Przystępując do odsłuchów tytułowej parki (przedwzmacniacz, choć dwumodułowy, liczę jako pojedyncze urządzenie) warto mieć na uwadze fakt, że nie da się traktować jej niepoważnie i w tzw. przelocie – przy okazji. Nie da się i już. Chodzi bowiem o to, że Vitusy dobrze grają jak się rozgrzeją a biorąc pod uwagę ich gabaryty trochę to zajmuje, więc mając ochotę na poznanie pełni ich możliwości lepiej godzinę albo dwie przed umoszczeniem się na kanapie je włączyć i dać im popracować nawet z radiem internetowym. Po takiej rozgrzewce, gdy dotykając pokrywy MP-S201 stwierdzimy, że jest ciepła można brać się do formułowania jakichkolwiek wniosków. A te są nader intrygujące, gdyż nie dość, że MP-L201 mkII & MP-S201 grają zaskakująco gęsto, to w dodatku oferują nieposkromioną dynamikę i rozdzielczość. Dzięki temu oczywistym było, że pierwsze kroki skierowałem ku półce z repertuarem ciężkim i agresywnym chcąc czym prędzej się przekonać, czy przypadkiem taka estetyka grania nie okaże się idealnym wprost rozwiązaniem dla miłośników tzw. łojenia, którzy zazwyczaj muszą borykać się z piętnującymi ich ulubiony repertuar systemami. Na pierwszy ogień poszedł power-metalowy „Beast Reborn” Mob Rules i nagle okazało się, że ten album wcale nie brzmi plastikowo a nieodłączny w tym odłamie metalu patos daleki jest od śmieszności. Niby całość brzmi patetycznie, ale chóralne wstawki, orkiestracje i bogate aranżacje dziwnym zbiegiem okoliczności wreszcie się ze sobą kleją tworząc wielce przyjemny w odbiorze spektakl. Ba, jeśli dodamy do tego prawidłową gradację planów o których istnienie niekoniecznie ekipę Mob Rules można byłoby podejrzewać i podkreślającą klimat obszerność sceny, to ocena finalna może być tylko pozytywna. A, i jeszcze jedno. Wiadomym jest, że w power-metalu perkusista ma ciężki żywot i najlepiej jakby miał nie tylko wszczepiony w czerepie metronom, lecz również w każdą kończynę młot pneumatyczny, więc najniższych składowych nie dość, ze jest sporo, to jeszcze generowane są z prędkością z jaką zazwyczaj kule opuszczają lufę szybkostrzelnego karabinu maszynowego. I nawet z tym zadaniem Vitki poradziły sobie śpiewająco dostarczając istne kanonady zwartych i ciężkich impulsów, które ani na ułamek sekundy nie spóźniały się idąc ramie w ramię z soczystymi riffami i drącym się w niebogłosy Klausem Dirksem. A coś cięższego? Nie ma problemu. Od czego bowiem „Lamb of God” Lamb of God, gdzie Randy Blythe zwinnie przeplata gulgoczący growl przerażającym screemem, zasiadający za perkusją Art Cruz z podziwu godną konsekwencją kontynuuję ścieżkę obraną przez Chrisa Adlera tłukąc w gary i blachy ile tylko sił w górnych i dolnych kończynach staje a pozostały skład kapeli z taką zaciekłością szarpie struny jakby od tego zależało ich być, albo nie być. I? I śmiem twierdzić, ze jest jeszcze lepiej, bo kontrolę nad blastami i generalnie apokalipsą rozgrywającą się na scenie Vitusy miały pełną i bezdyskusyjną.
No dobrze a co z bardziej cywilizowanymi gatunkami muzycznymi? Cóż, śmiało mogę napisać, że bez zmian, jednak zamiast bezpardonowej kakofonii na „From The Green Hill” Tomasza Stanki otrzymujemy wyrafinowane zawiłości przyobleczone w słodką melodykę, która w duńskim wydaniu wpada w ucho i wypaść nie chce. Trąbka leadera jest na swój sposób miękka i lśniąca złotem, lecz nie jest to przejaw zmiękczenia serwowanego przez tytułową, dzielona amplifikację, lecz tak właśnie na tym albumie Stańko został zarejestrowany. Chociaż … Chociaż kiedy wiedziony ciekawością na dłuższą chwile pozwoliłem sobie zrezygnować z usług MP-L201 mkII grając z MP-S201 podłączonego bezpośrednio do dCS-a, który jak wiadomo dysponuje regulowanym stopniem wyjściowym, okazało się, że sama końcówka jest nieco bardziej otwarta na górze i ma cieńszą, mocniejszą kreską rysowane kontury aniżeli firmowy komplet, co dość wyraźnie wskazuje na delikatną „baśniową” sygnaturę przedwzmacniacza. Co jednak istotne preamp nie muli i nie spowalnia a jedynie wysyca i dociąża przekaz, stając się z automatu mrocznym obiektem pożądania miłośników wszelakiej maści ryków i krzyków. Z drugiej strony na finalne brzmienie oczywisty wpływ ma również tryb pracy samej końcówki i o ile w trybie A-klasowym całość prezentacji ukierunkowana jest na stricte hedonistyczne delektowanie się barwami i melodiami, to już przełączenie się w tryb AB działa może nie tyle jak Nitro w GTR-ze, co jazda 12 cylindrowym Bentleyem Continentalem GT. Nie wiem jak to wygląda u Państwa, ale ostatnio doszedłem do wniosku, iż jestem już w takim wieku, kiedy nawet pewne szaleństwo musi iść w parze z komfortem. A takie właśnie połączenie Vitus oferuje w pakiecie fabrycznym.
Nigdy nie ukrywałem i nadal nie mam zamiaru tego robić, że już tzw. podstawka, czyli otwierająca duńskie portfolio najnowsza inkarnacja integry RI-101 MkII zrobiła na mnie na tyle pozytywne wrażenie, że w cichości ducha cały czas się nad nią poważnie zastanawiam w kontekście docelowego wzmocnienia w moim prywatnym systemie. Pech jednak chciał, że na swojej drodze dane mi było spotkać zdecydowanie poważniejszy, tak gabarytowo, jak i niestety cenowo duet, czyli tytułowy zestaw dzielony Vitus Audio MP-L201 mkII & MP-S201, który z jednej strony reprezentuje dokładnie tę samą eufoniczną kulturę brzmienia, lecz na dramatycznie wyższym pułapie jakościowym. Brak tu jakichkolwiek oznak bezdusznej analityczności, gdyż serwowana rozdzielczość ma w swym DNA na stałe zapisane wyrafinowanie, nie sposób też przyłapać Duńczyków na próbach osuszania, czy wręcz odchudzania dźwięku poprzez sztuczne podbijanie reprodukowanych podzakresów, więc niejako z automatu zarzuty o swoistą bezduszność z jakimi swojego czasu w kierunku Vitusów się spotkałem można sobie co najwyżej w buty wsadzić. Reasumując, jeśli zależy Państwu zarówno na AB-klasowej nieposkromionej mocy jak i A-klasowej romantyczności w najlepszym wydaniu, to wybór Vitusów MP-L201 mkII i MP-S201 wydaje się jeśli nie oczywisty, to przynajmniej wysoce zalecany. Proszę tylko pamiętać, by przy składaniu stosownego zamówienia zaznaczyć, by ekipa dostarczająca tytułową dzielonkę wstawiła i ustawiła ją w docelowym miejscu, gdyż o ile z preampem jeszcze sobie Państwo poradzicie, to już do ruszenia końcówki potrzebnych będzie dwóch sąsiadów.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: RCM
Producent: Vitus Audio
Ceny
Vitus Audio MP-L201 mkII: 64 000€
Vitus Audio MP-S201: 87 000€
Dane techniczne
Vitus Audio MP-L201 mkII
Wejścia: 3 pary XLR; 2 pary RCA
Czułość wejściowa: 2/4/8 VRMS
Impedancja: 10kΩ
Wyjścia: 2 pary XLR, para RCA, Tape Out
Impedancja wyjściowa: 80Ω
Wzmocnienie: -91.5dB – +18dB
Pasmo przenoszenia: +800kHz
Odstęp sygnał/szum: >110dB @ 1kHz
Zniekształcenia THD+N: <0.01% @ 1kHz
Pobór mocy: <1W Standby; 30W czuwanie; 110W
Wymiary (W x S x G): 135 x 435 x 463 mm
Waga łączna: 50kg (20 kg część sygnałowa + 30 kg zasilacz)
Vitus Audio MP-S201
Wejścia: para XLR (stereo) + XLR mono
Czułość wejść: 0.7 VRMS
Impedancja wejściowa: 10kΩ
Moc wyjściowa:
Klasa AB: 2 x 500W/8Ω ; 2 x 1000W/4Ω
Klasa A: 2 x 25W/8Ω ; 2 x 50W/4Ω
Pasmo przenoszenia: +800kHz
Zniekształcenia THD+N: <0.01%
Pobór mocy: <1W Standby; 550W przy pełnej mocy
Wymiary (W x S x G): 445 x 505 x 708 mm
Waga: ~125kg
Co prawda 150-ka już u nas gościła, to jednak zmiana kości przetwornika z Asahi Kasei VERITA AK4499EQ na ESS Technology SABRE ES9038PRO wydała nam się całkiem niezłym pretekstem do ściągnięcia jej aktualnej inkarnacji, którą od poprzednika wyróżnia litera „B” w nazwie. Żeby jednak nie być posądzonym o odgrzewanie kotletów wraz z ww. wszystkomającym streamerem pozyskaliśmy na testy gorącą nowość – intrygujący wzmacniacz zintegrowany HiFi Rose RA180.
cdn. …
Opinia 1
Wiadomym jest, że technologiczna ewolucja to nieunikniony proces każdego komponentu audio. I nie ma znaczenia, czy mówimy o początku, czy szczycie oferty danego podmiotu gospodarczego, bowiem podnoszenie standardów jakości dotyczy praktycznie każdego pułapu cenowego. To jest tak zwany aksjomat. Jednak w zależności od marki ów proces może odbywać się dwojako. Najczęstszy, to odświeżanie oferty w postaci zdejmowania z afisza starego modelu. Niestety stosunkowo rzadki, ale zawsze, metodą upgrade’u poprzez doposażanie starszej wersji do najnowszej specyfikacji firmowymi kitami. To naprawdę jest ewenement w skali świata, niemniej jak najbardziej realny, czego dowodem jest dzisiejszy test. Czego? W pierwszym momencie wydaje się, że urządzenia skończonego. Tymczasem według konstruktorów spod znaku dCS dającego się jeszcze poprawić. A mowa o wybitnym przetworniku Vivaldi DAC 2, w którym podobno drzemią ukryte pokłady jeszcze lepszej obsługi sygnałów cyfrowych. Naturalnie wiąże się to z lekką modyfikacją wewnętrznych układów elektrycznych, a dokładniej mówiąc wymianą jednej z płytek i modyfikacją układu zasilania, jednak bez większego problemu temat jest do szybkiego ogarnięcia. Oczywiście w celu dokładnego, dosłownie 1:1 przyjrzenia się najnowszej odsłonie przetwornika Vivaldi nie musieliśmy oddawać swojego egzemplarza do transplantacji, tylko dzięki łódzkiemu Audiofastowi do naszej redakcji dotarł odpowiednio wygrzany egzemplarz najnowszej inkarnacji przetwornika cyfrowo/analogowego dCS Vivaldi DAC APEX.
Chyba nikogo nie zdziwi fakt bliźniaczego wyglądu i manualno-specyfikacyjnego wyposażenia dCS-owej nowości. To nadal jest sporej wielkości i stosunkowo ciężka jak na DAC, srebrna lub tak jak w przypadku dostarczonego na testy egzemplarza czarna, prostopadłościenna skrzynka z wykończonym przecinającymi się łukowatymi płaszczyznami frontem. Wspomniany awers w celach manualnej obsługi wszelkich dostępnych funkcji jest ostoją umieszczonego z lewej strony wielofunkcyjnego wyświetlacza, tuż obok niego z prawej strony pięciu niewielkich okrągłych przycisków, zaś na prawej flance średniej wielkości gałki poziomu wzmocnienia sygnału wyjściowego. Tył Vivaldiego podobnie do poprzednika w kwestii wyposażenia również nie zyskał niczego nowego, dlatego powiela ofertę poprzednika w postaci bloku wyjść liniowych XLR/RCA, pakietu wejść cyfrowych w standardach SPDiF, AES/EBU, BNC oraz USB, kilku terminali zegarowych BNC, wielopinowego gniazda serwisowego oraz zespolonego w głównym włącznikiem i bezpiecznikiem modułu zasilania IEC. Miłym dodatkiem na tym poziomie jakościowym marki dCS jest dostarczany w komplecie pilota zdalnego sterowania. Czym zatem różni się nasz bohater od swojego starszego brata? Naturalnie diabeł tkwi w szczegółach, jednak idąc za oficjalnymi informacjami producenta w temacie podstawowych zmian mamy do czynienia z poprawą zasilania i korektą płytki sygnału analogowego. Co, jak i gdzie dokładnie, mimo bogactwa zdjęć w necie, jest słodką tajemnica zespołu inżynierskiego.
Tak prawdę mówiąc mimo wielkich obietnic skądinąd kojarzonego z odpowiednią wiedzą na tym polu, angielskiego producenta byłem bardzo ciekawy nie tego, czy udało się coś nowego zaproponować, tylko raczej w którą stronę potencjalne zmiany podryfują. Czy dźwięk się nieprzyjemnie wyostrzy. A może znacząco straci werwę i tak rozpoznawalną dla tego brandu, bo wyrazistą i przy okazji twardą kreskę rysunku wirtualnych bytów. Czy też pod płaszczykiem ukierunkowania przekazu ku większej muzykalności przykryje całość tak uwielbianym przez wielu melomanów kocykiem pewnego rodzaju niedopowiedzenia o rozgrywanych w naszych domostwach wydarzeniach scenicznych. Jak widać, lista ewentualnych wyników jest spora, jednak gdybym miał być szczery, dla mnie osobiście każdy z wymienionych nurtów na tle dotychczasowych dokonań firmy byłby swoistym krokiem w tył. Jeśli ma być poprawa, to owszem, na tle poprzednika mają być wyraźne i słyszalne ruchy, jednak w pewien sposób będące progresem w obranym przed laty kierunku, a nie populistyczne przymilanie się nowym potencjalnym nabywcom. Na szczęście dCS ma na tyle ugruntowaną jakościową rozpoznawalność, że bez oglądania się na być może oklaski ze strony przyszłych zainteresowanych, jednak na dłuższą metę mając w głowie niezadowolenie wiernych użytkowników, ciekawie pogłębiła dotychczasowy sznyt brzmieniowy. A ciekawy, gdyż nie dewastując dotychczasowego pomysłu na dźwięk, tylko lekko podrasowując swój znak rozpoznawczy. Co to oznacza?
Otóż nadal mamy ostrą krawędź, zjawiskową w znaczeniu nienachalności twardość dźwięku, jednak obecnie ewidentnie słychać zastrzyk dodatkowej energii. Gdybym miał opisać zmiany w stosunku do posiadanej wersji Vivaldiego, którą na chwilę obecną jeszcze mam, powiedziałbym – pewnie nie uwierzycie, ale dotychczasowe „rozmycie” konturu występujących na scenie muzyków i instrumentów zostało zebrane w sobie i zamienione w mocniej akcentowany puls oraz masę muzyki. Nie odbiło się to jakimkolwiek kosztem utraty body niskich tonów i rozjaśnieniem całości prezentacji, tylko w sobie tylko znany sposób muzyka zyskała na rytmie, wzmocniła tętno i zaczęła obfitować większą energią środka pasma. To oczywiście odbiło się minimalnym zwiększeniem utwardzenia skrajów pasma, jednak w odbiorze całkowicie bezboleśnie, w konsekwencji czego wszystko co dzieje się na wirtualnej scenie, stało się jedynie bardziej oczywiste. Oczywiste w sensie namacalności, o co przecież cały czas przecież walczymy. Naturalnie nie wszyscy o tę namacalność wojują akurat w taki sposób – wspominałem już o miłośnikach romantycznego zawoalowania muzyki z pozoru czarującą, niestety w momencie oczekiwania obcowania z zapisana na pięciolinii prawdą szkodliwą mgiełką, jednak jeśli chcemy czerpać z naszego hobby pełnymi garściami bazując na gęstej pikselowo ilustracji sonicznej, najnowsza odsłona marki dCS Vivaldi APEX DAC jest do tego wręcz idealnym partnerem. Na tyle uniwersalnym, że w swoim kilkunastodniowym mitingu testowym w odbiorze dosłownie każdego rodzaju muzyki widziałem raczej pozytywy. Co oznacza fraza „raczej”? Spokojnie, nic dramatycznego. Chodzi o ewidentnie rewelacyjny wpływ nowego sposobu na muzykę dCS-a na poprawę dobrze rozumianej zadziorności nurtów typu rock, elektronika tudzież free-jazz. To był pewnego rodzaju jakościowy przeskok, dlatego jeśli jesteście miłośnikami takich kapel, nie ma innej opcji, jak zamawiać upgrade posiadanego Vivaldiego lub jeśli jeszcze nie macie nic z tej stajni, zakup w wersji opisywanej dzisiaj nowości. Czy to oznacza, że mniej agresywne, a co gorsza stawiające na romantyzm i emocje zapisy nutowe powinny stronic ode tytułowego Anglika? Nic z tych rzeczy. Owszem, sytuacja brzmieniowa nabiera nieco mocniejszych rysów, jednak rozpatrywałbym to jedynie w estetyce nieco mocniejszego akcentu każdej z fraz, niż szkodliwego kaleczenia muzyki nadmierną technicznością jej podania. A przecież od zawsze wiadomym jest, iż muzyka dawna i wszelkie odmiany spokojnego jazzu są moim konikiem, co w pewien sposób gwarantuje zdrowe podejście APEX-a do opisanych w powyższym akapicie sonicznych zmian. Tak, jest bardziej wyraziście w każdym aspekcie, jednak z dCS-owym rozsądkiem. Co więcej, nie zaskoczę się, gdy dla wielu z Was zaskakująco pozytywnym, bo dalekim od chadzania sposobu prezentacji po tak zwanej bandzie.
Czy nasz bohater jest bezwzględnym partnerem dla każdego? Być może trochę dziwnie to zabrzmi, ale gdy w pierwszym odruchu na usta ciśnie mi się fraza „tak”, to po głębszym namyśle wiem, że nie do końca. Powód? Po pierwsze wiodącą rolę w odbiorze brzmienia APEX-a będą odgrywać preferencje słuchacza – kolejny raz piję do piewców często „pokracznej” magii ponad wszystko. Zaś po drugie nazbyt anorektyczna lub nadpobudliwa zastana układanka sprzętowa. Niestety jednego i drugiego problemu opiniowany DAC nie będzie nawet próbował naprawiać. Po prostu poda czysty, okraszony energią i drivem sygnał i to my, czyli potencjalni nabywcy musimy wiedzieć, czy swoimi dotychczasowymi wyborami udowodniliśmy wiedzę na temat poprawnie odtworzonej muzyki. Jeśli zbłądziliśmy, to nasz, a nie jego problem. Koniec kropka. Brutalne, ale niestety prawdziwe. I chyba za tę bezkompromisowość podejścia do tematu – oczywiście w pewnym momencie poznawszy się na wiedzy Anglików, najbardziej cenię ich poczynania.
Jacek Pazio
Opinia 2
Jeśli chodzi o topowe przetworniki cyfrowo-analogowe, czyli w skrócie DAC-i, to większość zorientowanych w temacie niejako z automatu zerka w kierunku MSB, dCS-a, czy też nieco jeszcze egzotycznego, hiszpańskiego WADAX-a. Oczywiście chrapkę na audiofilski Olimp mają również i pozostali wykazujący high-endowe aspiracje gracze, więc jeśli tylko ktoś nie czuje ciśnienia na top topów z powodzeniem może wybierać wśród oferty Chorda, Brinkmanna, Thraxa, czy nawet Rockny i śmiem twierdzić, że powodów do marudzenia raczej mieć nie powinien. Warto jednak mieć świadomość, że tak jak i w innych dziedzinach radosnej twórczości przedstawicieli homo sapiens przykład idzie z góry i jeśli tam pojawia się coś nowego, to i na bardziej przystępnych pułapach cenowych po jakimś czasie można spodziewać się odzewu. Skoro jednak nadarzyła się ku temu sposobność, zamiast czekać na ową popularyzację skorzystaliśmy z uprzejmości łódzkiego Audiofastu i przygarnęliśmy pod redakcyjny dach najnowszą odsłonę rezydującego w naszym referencyjnym systemie przetwornika. Mowa oczywiście o dCS Vivaldi, którego wersja Apex trafiła na sklepowe półki 4 marca a do nas pachnący fabryką, kruczoczarny egzemplarz zawitał już na początki kwietnia, o czym nie omieszkaliśmy poinformować, zamieszczając stosowną unboxingową sesję. Mając jednak na uwadze, iż każda roszada na szczycie cennika potrafi nieco napsuć krwi wiernym akolitom marki już na wstępie pozwolę sobie nieco uspokoić posiadaczy starszych wersji Vivaldich i Rossinich, którzy bynajmniej nie muszą nerwowo zastanawiać się jak chcąc być na bieżąco, w najbliższym czasie upłynnić egzemplarze stojące u nich na półkach, gdyż dCS przygotował dla nich odpłatną aktualizację kluczowej sekcji Ring DAC™ do specyfikacji APEX. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo, czy po raz kolejny lepsze okaże się wrogiem dobrego, bądź wprowadzone zmiany będą miały charakter czysto kosmetyczny nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do dalszej lektury.
Patrząc na poprzednią ścianę aktualnej wersji angielskiego przetwornika trudno oprzeć się wrażeniu, że pod względem designu nie zmieniło się absolutnie nic. Masywny aluminiowy front nadal zdobią dwie leniwe fale układające się w kształt przywodzący na myśl obrys poddanej dekapitacji ryby w okolicy skrzeli której ulokowano niewielki błękitny wyświetlacz i pięć równie mało absorbujących srebrnych przycisków a w centrum płetwy ogonowej uniwersalne pokrętło umożliwiające nie tylko regulację głośności, lecz również nawigację po menu. Podobnie intensywne uczucie déjà vu przynosi wizja lokalna zakrystii, gdzie gdyby nie niewielki napis potwierdzający fakt, iż mamy do czynienia z Apexem, to z powodzeniem moglibyśmy żyć w przekonaniu, że moglibyśmy uznać, że dystrybutor przysłał nam dokładnie ten sam, co poprzednio recenzowaliśmy, egzemplarz. Analogowe gniazda wyjściowe XLR i RCA ulokowano z lewej strony centrum pleców przetwornika przeznaczając na zdecydowanie bardziej rozbudowany zestaw interfejsów cyfrowych w skład którego wchodzą cztery AES/EBU, dwa koaksjalne, BNC, optyczne i asynchroniczne USB 2.0 uzupełnione o cztery BNC dedykowane wejścia dla zewnętrznego zegara i podwójne SPDIF Coax. Wyliczankę zamyka port serwisowy RS232 i zintegrowane z włącznikiem i komorą bezpiecznika (wskazana wymiana standardowego rurkowca na nawet podstawowego Synergistic Research) główne gniazdo zasilające. Na wyposażeniu znajduje się oczywiście firmowy pilot z pomocą którego nie tylko dokonamy stosownych nastaw i przekopiemy się przez całe menu, lecz z powodzeniem sterować będziemy regulowanym (w domenie cyfrowej) stopniem wyjściowym przetwornika, czy też wybierać pomiędzy dedykowanym sygnałom PCM i DSD kilkunastoma filtrami cyfrowymi.
Jeśli chodzi o trzewia zamiast powtórki z rozrywki, czyli mocno odtwórczej powtórki w stylu kopiuj-wklej z opisu protoplasty jedynie zwrócę uwagę na zaimplementowane w APEX-ie zmiany dotyczące poprawy wydajności referencyjnego źródła napięciowego, z którego korzysta układ przetwornika, przeprojektowanie samej płytki przetwornika obejmujące m.in. wymianę tranzystorów i nowy analogowy stopień wyjściowy. Może na papierze nie wygląda to zbyt imponująco, szczególnie gdy po zerknięciu do cennika okaże się, iż dla posiadaczy dotychczasowych wersji Vivaldich i Rossinich wiąże się on z perspektywą uszczuplenia domowego budżetu o drobne 34 800 PLN, jednak życie już nas nauczyło, by werdykt wydawać dopiero po odsłuchu a nie przed, bazując jedynie na własnych wyobrażeniach, zdjęciach, czy wręcz pomiarach, z których tak naprawdę w końcowym rozrachunku niewiele wynika. Dlatego też z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku mogę schować aparat do torby, wygodnie rozsiąść się w fotelu i zabrać za to, co tak naprawdę stanowi kwintesencję naszego hobby – za słuchanie.
I tu od razu niespodzianka, gdyż zamiast nomen omen spodziewanych zmian o intensywności co najwyżej kosmetycznej mamy nader wyraźną ewolucję charakteru dźwięku w stronę lepszego wypełnienia, wyrafinowania i delikatnego obniżenia równowagi tonalnej w stosunku do tego, co prezentowała poprzednia inkarnacja tytułowego przetwornika. Ba, jeśli ktoś do tej pory jedynie bezrefleksyjnie powtarzał i pewnie po części nawet wierzył w głoszone tezy o wręcz atawistycznej analityczności i techniczności angielskich DAC-ów przejawiającej się nad wyraz szerokim wachlarzem generowanych dźwięków, przy jednoczesnym delikatnym upośledzeniu aspektu ich muzykalności, to pierwszy raz słuchając APEX-a może mieć mocno nietęgą minę. Nie da się bowiem ukryć, iż najnowsza inkarnacja dCS-a robi estetyczną woltę podobną do tej, jaką mieliśmy okazję obserwować w przypadku duetu Accuphase DP-1000 / DC-1000, tylko o przeciwnym zwrocie. O ile bowiem Japończycy z gabinetowego asekurantyzmu poszli właśnie w kierunku rozdzielczości i liniowości, o tyle dCS nie tyle odżegnując się, co zmieniając obszar zainteresowań, z chłodnej analizy rzucił się w wir iście sensualnych krągłości i pasteli. Nie oznacza to bynajmniej, iż jego rysunek został w jakimkolwiek stopniu rozmyty a jedynie dosaturowany, lepiej umocowany w barwie i masie. Dzięki temu nawet gatunki, które nie zawsze dogadują się z audiofilską aparaturą miały szansę nader często gościć na naszych playlistach. Prog-metalowy i wrednie zagmatwany „Vector” angielskiej formacji Haken zabrzmiał wręcz wybornie. Syntezatorowym wstawkom nie brakowało soczystości, gitarowe riffy kąsały jak wściekłe a drący się wniebogłosy do mikrofonu Ross Jennings wreszcie nie jawił się niczym wyspiarski odpowiednik Artura Rojka, czyli jakby za młodu zbyt często jeździł na bardzo niewygodnym rowerku, lecz kipiał wręcz testosteronem. Jednak pomimo wspomnianego dopalenia przekaz cały czas pozostawał niezwykle energetyczny a zagmatwane aranżacje nader zgrabnie łączące niemalże trip-hopowe wstawki z ostrym łojeniem dalekie były od sztuczności i przypadkowości niezwykle precyzyjnie atakując zmysły słuchaczy.
Z kolei około-hollywoodzka symfonika spod pióra Johna Williamsa, czyli „A Gathering of Friends” zachwycała potęgą i rozdzielczością suto podlaną natywną naturalnością niezelektryfikowanego, akustycznego instrumentarium. Z jednej strony mamy zatem w pełni zrozumiały rozmach rozbudowanego aparatu wykonawczego a z drugiej z łatwością jesteśmy w stanie wyłowić partie poszczególnych muzyków. Oczywiście pierwsze skrzypce, a dokładnie wiolonczelę gra tu Yo-Yo Ma, ale i reszta składu ma sporo do powiedzenia. O tak podstawowych aspektach prezentacji jak gradacja planów, czy właściwe rozciągnięcie sceny nie tylko w szerz i głąb, lecz również w domenie wysokości nawet nie wspominam, gdyż na tym pułapie to swoiste abecadło i jakakolwiek wpadka oznaczałaby automatyczną dyskwalifikację. Jednak zamiast owymi podstawami atakować i epatować dCS w tej odsłonie stawia na organiczną naturalność i niewymuszoność. Wyglądało to tak, jakby nawet „goły” Apex za punkt honoru wziął sobie zagrać co najmniej na poziomie Vivaldiego DAC2 wspieranego re-colckerem i zegarem wzorcowym Mutec-a. Czy to źle? Wręcz przeciwnie. Po prostu ewolucja i związany z nią progres pomiędzy obiema generacjami Vivaldich w tym wypadku nie budzą żadnych wątpliwości.
Od razu warto też wspomnieć, że dCS nie ma najmniejszych problemów z tzw. grą ciszą, czyli swoistym minimalizmem formy, gdzie im mniej tym lepiej a każdy szmer, czy pojedyncza fraza stają się wydarzeniami samymi w sobie. „Officium Novum” Jana Garbarka z The Hilliard Ensemble jest tego najlepszym przykładem. Ormiańskie wokalizy wypełniające wnętrza klasztoru św. Gerolda przeplatane są partiami saksofonu mistrza i niby nic specjalnego się nie dzieje a ucha od głośników oderwać nie można.
Oj udał się dCS-owi ten Apex. Bez jakichkolwiek zmian natury aparycyjnej wyraźnie odjechał swojemu poprzednikowi pod względem wyrafinowania i organiczności brzmienia. I choć nie twierdzę, że będzie w stanie zauroczyć Państwa od razu po wyjęciu z pudełka, gdyż do pełnej formy dochodzi w ciągu co najmniej kilkudziesięciu godzin, to wygrzany jeńców już nie bierze. Jeśli zatem rozglądacie się Państwo za przetwornikiem w okolicach 200 kPLN, to nie będzie przesady jeśli uznam, że dCS Vivaldi APEX ma spore szanse stać się zarazem pierwszym, jak i ostatnim DAC-iem jaki weźmiecie Państwo na testy.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: Audiofast
Producent: dCS
Cena: 189 400 PLN
Dane techniczne
Zastosowany układ przetwornika: dCS Ring DAC™
Wyjścia analogowe: para XLR, para RCA
Impedancja wyjściowa: 3Ω XLR, 52Ω RCA
Napięcie wyjściowe: 0.2V, 0.6V, 2V, 6V
Wejścia cyfrowe:
1 x USB 2.0: 24-bit 44.1 – 384kS/s PCM, DSD/64 & DSD128 @ DoP
4 x AES/EBU: 24-bit 32 – 192kS/s PCM & DSD/64 @ DoP
2 x Dual AES: 24-bit 88.2 – 384kS/s PCM, DSD/64 & DSD/128 @ DoP
2 x SPDIF Coax: 24-bit 32-192kS/s PCM & DSD/64 @ DoP
1 x SPDIF BNC: 24-bit 32-192kS/s PCM & DSD/64 @ DoP
1 x SPDIF TOSLINK: 24-bit 32 – 96kS/s PCM
1 x SDIF-2 BNC:24-bit 32 – 96kS/s PCM / SDIF-2 DSD (auto selected)
We/Wyjścia zegarowe: 3 x Word Clock BNC, akceptują standardowy sygnał zegara Word Clock przy 32, 44.1, 48, 88.2, 96, 176.4 lub 192kHz
Odstęp sygnał/szum: > -113dB0 @ 20Hz-20kHz
Przesłuch międzykanałowy: > -115dB0, 20-20kHz
Pobór mocy: 23W / 50W max
Wymiary (S x G x W): 444 x 435 x 151 mm
Waga: 16.2kg
Najnowsze komentarze