To już 17 lat od premiery pierwszego w ofercie Accuphase gramofonowego przedwzmacniacza C-27. Pionierski high-endowy phonostage co kilka lat zastępowany był kolejnymi modelami, ukoronowanymi dziś przez najnowsze wcielenie referencji w kategorii korekcji RIAA – model C-57. Zastępuje on zasłużonego C-47, wprowadzonego równe pięć lat wcześniej.
C-57 adaptuje ostatnie rozwiązania i patenty zastosowane przez japońskich inżynierów w przedwzmacniaczu liniowym C-3900 i wzmacniaczu zintegrowanym E-800S, kontynuując tradycję urządzenia o całkowicie zbalansowanej ścieżce sygnałowej dla każdego z osobnych modułów: wzmacniacza korekcyjnego oraz głównego. W tym ostatnim dla trybu MC zastosowano jednak po raz pierwszy w tego typu urządzeniach układ sprzężenia prądowego z firmową redukcją szumów ANCC. W sekcji zasilania pracują ponownie dwa wydajne transformatory toroidalne, uzupełnione ośmioma kondensatorami o łącznej pojemności 15 000 μF oraz stabilizatorami napięcia, całkowicie oddzielonymi od sekcji wzmacniających. Rezultatem tych wszystkich zabiegów w tak zaawansowanej konstrukcji typu dual-mono jest poziom szumów niższy aż o 1 dB w stosunku do poprzedniego modelu C-47, uzupełniony obniżonym poziomem zniekształceń harmonicznych, co podnosi po raz kolejny poprzeczkę w kategorii referencyjnych przedwzmacniaczy gramofonowych.
C-57 wykończony jest niemal identycznie jak poprzednik – boki wykonano z ekskluzywnego drewna, a panel górny z czarnego szczotkowanego aluminium. Na przednim panelu zaskakują jednak dwie duże gałki zamiast jednej. Tym razem do wyboru wejść służy lewy selektor, a prawym wybierzemy impedancję trybów MC/MM, z wartością podawaną na wyświetlaczu. Obydwa przełączniki są dziełem inżynierów Accuphase, zapewniając najwyższą jakość i niezrównany komfort obsługi, znane ze wzmacniaczy i preampów liniowych firmy.
Cena: 49900 zł
W ramach eksploracji nowej serii A, po podstawkowych A3m przyszła pora na podłogowe Perlisteny A4t.
cdn. …
Nie ma się co oszukiwać, dziesięć dni temu przekroczyliśmy półmetek tegorocznych wakacji. Na szczęście dramatu nie ma, gdyż przed nami jeszcze kilka ładnych tygodni błogiego chilloutu. A jeśli ma to być wypoczynek i wyluzowanie w pełnym wymiarze naszego jestestwa, także dzisiejsze spotkanie będzie w tym duchu. Co mam na myśli? Otóż dając lekko odpocząć szarym komórkom nie będziemy skupiać się na zazwyczaj istotnych dla każdego z nas niuansach brzmieniowych tytułowego podmiotu. Powiem więcej, nie będziemy nawet sprawdzać, czy w ogóle wpływa na brzmienie czegokolwiek. Powód? Banalny, gdyż ów bohater ma nam ułatwić płynne zakończenie w pełni kontrolowanego tudzież z jakiś powodów przypadkowo pozbawionego kontroli, odsłuchu. O czym mowa i jaki jest sens stosowania takiego rozwiązania? Zapewniam, że po spełnieniu istotnego warunku sprawa jest warta świeczki. A ów warunek to obcowanie z muzyką na bazie gramofonu. I bez znaczenia jest, jak często wykorzystywanego, gdyż nasz dzisiejszy gość – Little Fwend (automatyczny podnośnik ramienia gramofonowego) oprócz tego, że jest ułatwieniem analogowego życia, to bardzo często sposobem na przedłużenie żywotności zawieszonej na ramieniu wkładki gramofonowej, co za moment postaram się dokładnie opisać.
Za sprawą samego, norweskiego producenta podczas zeszłorocznej wystawy AVS 2024, dotarły dwa rozmiary (high i low) tytułowego podnośnika ramienia gramofonu po dotarciu igły do końca strony płyty analogowej. Dwa, aby niezależnie od goszczącej w danym momencie u mnie „szlifierki” miał szansę ów „dynks” zaaplikować. Model Low może być stosowany pod ramionami gramofonowymi, gdzie prześwit pomiędzy spodem ramienia a powierzchnią montażową wynosi od 32mm do 49mm, a Model High od 49mm do 82mm. Wszyscy zainteresowani zabawą z czarną płytą doskonale zdają sobie sprawę tak z mnogości pomysłów na plintę gramofonu, jak i budowy oraz zawieszenia na niej ramienia, co sprawia, że raz odległość pomiędzy taflą plinty, a belką ramienia jest większa, a raz mniejsza. Stąd pomysł, aby wyglądającą bardzo podobnie konstrukcję wykonać w dwóch rozmiarach w domenie wysokości. Podstawa tytułowego podnośnika to wariacja stożka ze ściętym czubkiem, w którą od góry wpuszczono płynnie podnoszącą się windę. Ta dodatkowo pozwalając na idealne dopasowanie jej zakresu działania do niezbędnej wysokości pomiędzy werkiem a belką ramienia została wyposażona w wydłużony wpust w współpracujący z podstawą, który na koniec kontrowany jest usytuowaną z boku śrubą na klucz imbusowy. To bardzo istotne, gdyż po wstępnym dobraniu Little Fwend w wersji wysokiej lub niskiej, w kwestii idealnego skalibrowania go do budowy konkretnego gramofonu operujemy dosłownie na poziomie milimetra lub nawet mniej. Naturalnie winda sama z siebie nie zadziała, dlatego w tym samym module co ona, oprócz wyściełanego gumą odboju w kształcie literki „T” wbudowano system zwalniający blokadę jej mikroskopijnego tłoka. Jak rozwiązali to w środku, nie mam pojęcia i tak naprawdę jest nieistotne. Najważniejsze, że skierowany do góry, w celach estetycznych zakończony kulką cienki pręcik po popchnięciu przez ramię w bok uruchamia proces jego podnoszenia. Spokojnie, aby wywołać ten efekt potrzeba dosłownie muśnięcia, tak więc nawet najdelikatniejszej wkładce nic nie zagraża – mam na myśli obawę o boczne obciążenia igły. Aby jednak rzeczony podnośnik w odpowiedni sposób zadziałał, naszego bohatera montujemy nie w miejscu po dojściu igły do końca rowka płyty, tylko odrobinę wcześniej, aby ruch belki ramienia zdążył dotknąć cienkiego pręcika zwalniającego blokadę. A oczywiście montujemy po to, aby mieć pewność, że igła nie będzie szorowała po wewnętrznym okręgu.
Jak montujemy? W banalny sposób, czyli przy pomocy załączonych w komplecie okrągłych dwustronnych plasterków. Dlaczego przyklejamy? To chyba jasne, że aby system zadziałał, podnośnik musi być stabilny i nie dać się przesunąć lub przewrócić działaniem ramienia. Co robimy po zakończeniu procesu unoszenia? Najpierw wracamy z ramieniem do stanu zero, a następnie wciskamy wspornik w podstawę, co powoduje automatyczne zabezpieczenie zwalnianej przez cienki pręcik blokady toczka. Finito. Możemy rozpocząć słuchanie drugiej strony płyty. Jak widać, być może sama aplikacja LF wymaga nieco skupienia, ale już obsługa tego ustrojstwa to banał. Jednak bez względu na wszystko przyznacie, biorąc pod uwagę ilość zaliczonych, co istotne, nieprzewidzianych przypadków pozostawienia grającej płyty bez kontroli zakończenia jej odtwarzania sprawia, iż temat wbrew pozorom jest bardzo ważny. A dodatkowy feedback jest taki, że przy okazji znakomitej funkcjonalności Little Fwend jest bardzo estetycznie wykonany.
Komu zaleciłbym zastosowanie naszego bohatera? Bez ogródek powiem, wszystkim bez względu na cenę i jakość posiadanego gramofonu. A to dlatego, że urządzenie znakomicie sprawdzi się w każdej konstrukcji, a tych drogich z uwagi na wykonanie w stylu High Tech z pewnością nie oszpeci. Po co? Przykład zaczerpnę ze swojego ogródka. Choćby po to, aby wymknąwszy się na moment ze swojej samotni po espresso bądź lód do kolejnej lampki bursztynowej ambrozji, spełnić kilka drobnych, zazwyczaj trwających dobre pół godziny – czyli zawsze dłużej niż cała strona płyty – próśb mojej drugiej połówki. Może nie zdarza się to jakoś często, ale wiem, że nawet sporadyczne odmowy współpracy mimo dużej wyrozumiałości wspomnianej białogłowy, na dłuższą metę mogą być zaczynem do zaburzenia bezcennego dla melomana miru domowego. A to tylko jeden przypadek niezbędności zastosowania opisywanego „lewarka”, gdyż nie należy lekceważyć także trywialnego zasypiania podczas słuchania muzyki po ciężkim dniu pracy. Bredzę? Panowie, parafrazując klasyka powiem tak: niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie zasnął podczas pełnego zatopienia się w muzyce. Ja nie raz na tym poległem i osobiście w pełni odpornego na takie sytuacje osobnika nie znam. A zapewniam, maniaków gramofonowych na mojej liście znajomych jest sporo. Kończąc ten wakacyjny lifestyle-owy tekst o poprawiaczu życia gramofono-maniakom wszystkich niezdecydowanych lub obawiających się o nieprzewidywane konsekwencje użycia Little Fwend zachęcam do odwiedzenia linka do strony producenta. Na niej z pomocą stosownego filmiku zapoznacie się z działaniem naszego bohatera.
Jacek Pazio
Dystrybucja: EIC
Producent: Little Fwend
Cena: 599 PLN (regularna 849 PLN)
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Po reprezentującej obóz cyfrowy łączówce USB przyszła pora na jej analogowe rodzeństwo – ZenSati sILENzIO RCA & XLR.
Cdn. …
Opinia 1
Wydawać by się mogło, że półmetek wakacji to niezbyt oczywista pora na dokonywanie jakichkolwiek retrospekcji. Tymczasem o ile jednostki nieskażone audiophilią nervosą skupiają się na tak ważkich czynnościach jak obserwacje długoterminowych prognoz pogody pozwalających na optymalizację destynacji kolejnej wycieczki, bądź dywagacjach dotyczących wyboru ulubionej smażalni w jednym z nadmorskich kurortów, to my nadal nie tyle tkwimy jedną nogą w około-monachijskich wspominkach, co sukcesywnie rozładowujemy kolejkę wypatrzonych tamże nowości, które w tzw. międzyczasie udało nam się na testy pozyskać. A wbrew pozorom nie zawsze ów proces przebiega z prędkością niemieckich ICE, gdyż demonstracyjne egzemplarze są, jak sama ich nazwa wskazuje, … demonstracyjne i chciał, nie chciał zazwyczaj wracają po wystawach do siedzib producentów, bądź jedynie okazjonalnie pojawiają się „stacjonarnie” w ramach ewentualnych „przymiarek”, jak to miało miejsce w przypadku uroczo zielonych YG Acoustics Hailey 3 w katowickim RCM-ie. Niemniej jednak, choć na brak zajęć i tematów do mniej bądź bardziej kwiecistych opisów nie narzekamy i mamy cichą nadzieję, że na naszym portalu nie widać przejawów pełni sezonu ogórkowego, to z radością pragniemy wreszcie wyspowiadać się z bodajże ostatniego „upolowanego” podczas przemierzania bezliku korytarzy MOC-a artefaktu, czyli na chwilę obecną domykających topową serię Furutech-a przewodów głośnikowych Project V1-S.
Jeśli chodzi o aparycję naszego gościa, to śmiało można stwierdzić, że wszystko jest zgodne z firmowym DNA począwszy od dostarczania przewodu w eleganckiej drewnianej skrzyni (unboxing) po samo czarno-miedziane umaszczenie i topową konfekcję samych przewodów. Warto jednak mieć świadomość, iż zachowane w obrębie rodzeństwa podobieństwo wizualne bynajmniej nie oznacza bliźniaczej identyczności anatomicznej, albowiem każdy z przewodów, choć bazuje na podobnych surowcach ma zoptymalizowaną pod względem swego przeznaczenia zindywidualizowaną budowę. I tak też jest z S-kami, których arterie o przekroju 6.1mm² co prawda, zgodnie z rodzimą tradycją, wykonano ze srebrzonych żył miedzianych α(Alpha) OCC i czystej (7N) miedzi α(Alpha) DUCC poddanych unikalnym procesom kriogenizacji i rozmagnesowania, to jednak już sam ich zaplot, przekroje i poszczególne warstwy tłumiąco – ekranujące dobrano pod kątem jego umiejscowienia w systemie i transmitowanych sygnałów. Zacznijmy jednak od tego, co widać gołym okiem, czyli charakterystycznej czarno-miedzianej koszulki zewnętrznej i masywnych antywibracyjnych muf nieco redukujących średnicę przebiegów, które w równie eleganckich splitterach rozdzielane są na przewody „+” i „-” zakończone firmowymi bananami (CF-202-N1(R)) i/lub widłami (CF-201-N1(R)). A jak to wygląda w środku? Patrząc zatem właśnie od samego środka każda z żył składa się z wewnętrznego rdzenia o 109 prawoskrętnie ułożonych przewodnikach Ø0.18 ze srebrzonej miedzi α (Alpha) OCC, wokół których, tym razem lewoskętnie ułożono 38 żył Ø0.18 ze srebrzonej miedzi α (Alpha) OCC, następnie 69 prawoskrętnie i 93 lewoskrętnie przewodników z miedzi α (Alpha) DUCC (Dia Ultra Crystallized Copper) o Ø0.18. Izolację każdej z żył wykonano z Polietylenu do zastosowań audio. I dopiero taka parka trafia do wspólnego, wypełnionego poliestrową przędzą tunelu z papierowej owijki. Kolejne dwie warstwy stanowią ekran – wewnętrzny z folii miedzianej α (Alpha) i zewnętrzny z plecionki miedzianej α (Alpha) OFC. Następnie na całość trafia wzbogaconego nano-ceramicznymi cząsteczkami związku węgla elastycznego PVC i równie wiotkich rurek z takiego samego materiału. Powoli zbliżając się do widocznej gołym okiem czarnej plecionki polipropylenowej nie sposób pominąć kolejnej papierowej owijki i finalnego, trzeciego ekranu z folii miedzianej α (Alpha) odpowiedzialnej za ww. „złote” prześwity.

Zakładam, że abstrahując od zawiłości natury metalurgicznej oraz elegancji aparycji większość czytelników przede wszystkim interesuje jak Furutech Project V1-S gra. Nie ukrywam, iż również nam owa kwestia może nie tyle spędzała sen z powiek, co po prostu mocno intrygowała. Jak się jednak okazało japońskie przewody dotarły do nas w niemalże dziewiczym – pachnącym fabryką stanie a jednocześnie docierające naszych uszu informacje o nadspodziewanie długim okresie ich akomodacji (wygrzewania) skłoniły nas do zaniechania jakichkolwiek gwałtownych działań na rzecz, jak się okazało ze wszech miar zasadnego, uzbrojenia się w cierpliwość. Dlatego też dopiero po paru tygodniach, gdy dynamika obserwowanych zmian wahań nastrojów spadła do zera zabraliśmy się za krytyczne odsłuchy. A te, nie ma co ukrywać, wprawiły nas w doskonałe nastroje, bowiem V1-S w pełni wynagrodziły czas poświęcony zarówno na ich wygrzewanie, jak i oczekiwanie na samo pojawienie. Nie dość bowiem, że świetnie korespondowały z sygnaturą dotychczas przewijającego się przez nasze systemy rodzeństwa, co niejako dopinały kompletność całej serii. Łączyły bowiem w sobie znaną z wcześniejszych spotkań dojrzałość brzmienia z zupełnie oczywistą a zarazem niewymuszoną rozdzielczością a nieskrępowaną dynamikę z brakiem jakiejkolwiek nerwowości, czy też sztucznego pompowania rozmiarów źródeł pozornych, czy też irytującego na dłuższą metę podkręcania tempa. Generalnie wszystko było akuratne – takie, jakim być powinno i na swoim miejscu, jednak im dłużej się ich słuchało, tym częściej łapaliśmy się na tym, że tak po prawdzie słyszymy nie tylko reprodukowaną muzykę, co swoisty zbiór natywnych sygnatur elementów będących przed i za tytułowymi przewodami w naszych systemach. Co ciekawe owo ubogacenie przekazu nie odbywało się na zasadzie „skażania” sygnału źródłowego a jedynie dodania wątku pobocznego, swoistych didaskaliów sygnalizujących, że pełną kontrolę nad eksplorującym najgłębsze zakamarki Hadesu basu na „Sprouted” Ganja White Night zawdzięczmy odpowiednio wydajnemu wzmocnieniu, zaś za zmysłowością wokali Palomy Dineli Chesky na „Memory” stoi takie a nie inne strojenie naszych kolumn. Jakby tego było mało V1-ka ani razu nie dała mi do zrozumienia, że serwowany jej repertuar jest w jakikolwiek sposób nieodpowiedni, bądź wręcz uwłaczający jej szlachetnemu urodzeniu, więc po kilku nieśmiałych próbach przestałem się krępować i jeśli tylko naszła mnie ochota połomotać, to już bez żadnych oporów sięgałem czy to po japoński („Nonnegative” Coldrain) , czy też angielski („The Sky, The Earth & All Between” Architects) metalcore wystawiając swe zmysły na bestialskie smagnięcia gitarowych riffów, wwiercające się w synapsy elektroniczne sprzęgnięcia i iście zwierzęce ryki i wrzaski. I proszę sobie wyobrazić, że nawet z tak kakofoniczną strawą japońskie przewody radziły sobie równie wybornie co z … daleko nie szukając wielką symfoniką („Stokowski: Gran Galà, vol. II” Leopold Stokowski / The Philadelphia Orchestra) oferując pełną precyzję obrazowania i rozdzielczość najdalszych planów nie tylko w bardziej lirycznych fragmentach, lecz również podczas wgniatających w fotel tutti całego aparatu wykonawczego / wyciskania z rockowego instrumentarium ostatnich soków. Kluczowy w owej zdolności był jednak fakt, iż ani razu nie udało mi się przyłapać Furutechów na próbach wybierania drogi na skróty, upraszczania prezentacji, czy też pozorowania swej natywnej rozdzielczości sztucznym wyostrzaniem najwyższych składowych. Ba, chociażby na tle Nanoflux-ów NCF V1-ka mogła wydawać się wręcz nieco przyciemniona i bardziej gęsta, lecz to tylko pozory wynikające z lepszego, dokładniejszego zaczernienia tła oraz głębszej sceny o bardziej płynnej gradacji planów. Mamy zatem z bardziej dojrzałym i wyrafinowanym sposobem narracji, w którym „podmiot” ją prowadzący nikomu niczego udowadniać nie musi.
Czy to zatem koniec naszych przygód z japońskimi flagowcami? Na chwilę obecną wszystko na to wskazuje, jednak absolutnie niczego nie sugerując, a tym bardziej nie uprzedzając faktów, pozwalam sobie zwrócić uwagę na dość zaskakującą lukę na szczycie portfolio Furutecha, gdzie ze świecą szukać adekwatnych klasą analogowemu rodzeństwu cyfrowych modeli. Wracając jednak do meritum i tytułowych głośnikowych Project V1-S wyraźnie trzeba zaznaczyć, że są klasą same dla siebie a jednocześnie wykazując zaskakująca łaskawość dla portfeli potencjalnych nabywców pozwalają wspiąć się okablowanym nimi systemom na wyżyny swoich możliwości.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Pewnie wielu z Was znakomicie się orientuje, ale jeśli ktoś w śledzeniu naszych ocen dokonań tytułowego brandu kolokwialnie mówiąc zaspał, oficjalnie oświadczam, iż sprawy mają się tak. Jeśli będąca tematem obecnej rozprawy japońska marka Furutech nie podejmie rękawicy w dziedzinie sygnału cyfrowego typu USB oraz LAN – jak pewnie pamiętacie cyfrówkę AES/EBU zdążyliśmy już opisać, śmiało można oznajmić, że poniższym testem obecnie flagowej linii Project V1 dobijamy do przysłowiowej mety. Ową metą oczywiście jest powołanie do życia i w tym odcinku przyjrzenie się przez nas ostatniej dostępnej pozycji spod wspomnianego znaku V1, jaką jest okablowanie kolumnowe. Co ciekawe i z pewnością bliskie prawdy, po znakomitym odbiorze przez rynek wcześniejszych konstrukcji – sam użytkuję sygnałowe XLR oraz sieciowy – okablowanie bardzo przezeń oczekiwane. Na szczęście panowie z kraju kwitnącej wiśni nie zasypiali gruszek w popiele i będąca tematem obecnego spotkania na monachijskiej wystawie w maju konstrukcja miała swoją oficjalną premierę. A jeśli tak, natychmiast poprosiliśmy katowicki RCM o testowy egzemplarz, w wyniku czego w tym odcinku z wielką przyjemnością przyjrzymy się flagowemu modelowi kabli głośnikowych Furutech Project V1-S.
Być może fotografie produktowe tego nie oddają, ale na sesji po wpięciu w system widać, że rzeczone kable są słusznej grubości. Na szczęście owa średnica nie wynika ze zwykłego włożenia przewodów sygnałowych do ogrodowego węża, aby nabrały oczekiwanej przez wielu melomanów dostojnej aparycji, tylko nałożenia na siebie wielu warstw przewodnika przedzielonego izolatorami, ekranami oraz przekładkami tłumiącymi szkodliwe drgania, co finalnie skutkuje pokaźną średnicą, jednak pozwala dość łatwo uformować przebieg kabla w docelowym systemie. Co konkretnie składa się na wspomnianą średnicę? Z uwagi na pokaźną mnogość zastosowanych półproduktów wspomnę tylko o najważniejszych kwestiach i do tego bardzo skrótowo. Co w moim odczuciu jest najciekawsze? Chodzi o materiał na przewodniki. Otóż konglomerat niosący ze sobą sygnał to połączenie dwóch rodzajów oczywiście jak w każdym przypadku tego producenta kriogenizowanej miedzi. Mam na myśli wielodrucikowy rdzeń wykonany ze srebrzonej miedzi OCC Alpha, na który nałożono dwie krzyżujące się, także złożone z wielu cieniutkich drucików warstwy z wysokiej czystości miedzi DUCC. Temat bardzo ciekawy, gdyż zazwyczaj producenci decydują się na jeden rodzaj glinu, gdy tymczasem u Furutecha mamy ewidentną, mającą dać konkretne wyniki siniczne kanapkę. Co z tego wyszło, zobaczymy w opisie brzmienia. Wracając jednak do innych kwestii budowy, jeśli chodzi o zabezpieczenie sygnału przed szkodliwym wpływem elektrycznym środowiska w jakim kabel się pojawi, w modelu V1 zastosowano dwukrotną izolację i podwójne ekranowanie, natomiast działania od strony minimalizacji wpływu wibracji na sygnał zrealizowano na bazie podłużnie ułożonych pręcików z nano-ceramiki oraz wypełnienia wolnych stref proszkiem węglowym zgodnie z normami RoHS. Poruszając temat konfekcji opisywanego okablowania, mamy do czynienia z najnowszą, jeszcze niedostępną jako konfekcja do samodzielnego montażu odsłoną widełek i bananów wykonaną w technologii NCF. Wieńcząc akapit dotyczący technikaliów przypomnę jeszcze, iż zgodnie z ideą pakowania produktów tej serii głośnikówka V1-S w drogę do klienta pakowana jest w estetycznie wyściełaną błękitnym materiałem, wykonaną z drewna bambusowego elegancką skrzynkę. Jak widać, nabywając produkt spod znaku Furutecha dostajemy udane połączenie zaawansowanej technologii z wyrafinowanym designem tak samego produktu, jak i kwestii jego ekspozycji podczas rozpakowywania przez klienta.
Jakie soniczne karty odkrył przede mną nasz bohater? Oczywiście jak zwykle obcując z topową serią Japończyków dostałem erupcję wulkanu energii w całym pasmie. Począwszy od samego dołu, przez kipiącą radością średnicę, po delikatnie posłodzone, jednak jedynie zdejmujące z nich pewnego rodzaju nerwowość, ale nadal dźwięczne wysokie tony ewidentnie było słychać, że muzyka nabrała oczekiwanej dostojności. Jednak co nie tylko dla tego modelu, ale całej serii okablowania jest znamienne, największym beneficjentem takiego działania to centrum pasma. Jednakże nie chodzi o typowe podkręcenie masy wypychające ją przed szereg sprawiając efekt robienia kroku wprzód w stosunku do linii kolumn. W tym przypadku dostajemy coś całkowicie innego. Na tyle mało inwazyjnego, za to bardzo znamiennego skutkach, że w pierwszych chwilach po przepięciu się z innych drutów można tego nie zauważyć, a co dopiero znakomicie dochodzi do głosu po powrocie do stanu zero. Mianowicie mowa o serwowaniu przez V1-S i resztę rodziny zastrzyku witalności w średnicy. Jakby czarującego rozwibrowania podnoszącego efekt życiowej radości brylujących w tym pasmie instrumentów. Gdy się je wypnie i w ich miejsce wstawi nawet najlepsze konstrukcje konkurencji, tej radosnej iskry zawsze będzie brakować. I nie pomoże doświetlanie tego zakresu, które zazwyczaj kończy się podniesieniem jego tonalności i odchudzeniem tudzież nasycaniem czasem sprawiającym wielką frajdę, ale jednak ich brzmieniową ociężałość. Flagowa linia Furutecha akurat w tym aspekcie ma to coś, co sprawia, że po wyeliminowaniu jej z toru audio muzyka nie tętni już tak ekspresyjnym życiem. Soczystym i krągłym, jednakże dzięki pewnego rodzaju prawdopodobnie wprowadzanej przez główny rdzeń przewodników z posrebrzanej miedzi świeżości, tryskającym pełnym krągłości brzmieniem oraz znakomitym drive-m. I piszę to bez jakiegokolwiek naciągania faktów, gdyż właśnie z tych powodów kilka konstrukcji z tej serii po testach u mnie zostało. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że opisany przed momentem zastrzyk energii nie burzy swobody brzmienia już przed próbą wpięcia Furutech-a w tor mocno osadzonego w nasyceniu systemu. Takim operuję na co dzień i mimo wprowadzenia do jego prezentacji wyartykułowanych powyżej aspektów w domenie podkręcania emocji w centrum pasma, nie zanotowałem żadnych złych efektów ubocznych. Owszem, dolny zakres minimalnie pogrubił rysującą go kreskę, a wysokie tony nabrały ogłady, jednak w pierwszym przypadku dzięki pełnej kontroli systemu nad kolumnami nie było mowy o utracie zwarcia w sobie i tym sposobem uśrednienia ich projekcji w kwestii wielobarwności, a w drugim za sprawą znakomitej rozdzielczości systemu po wyeliminowaniu drzemiących jeszcze w przekazie pozostałości zniekształceń, ten nadal cechowała znakomita paleta teraz podanych z większym efektem koherencji informacji. Reasumując ów stan w kilku żołnierskich słowach ogólnie było soczyściej, ale z efektem większej witalności środka pasma oraz niezaburzoną szybkością podania materiału muzycznego. I to dosłownie każdego materiału bez względu na jego rodowód.
Na pierwszy ogień weźmy choćby ostatni album w pełnym składzie zespołu Black Sabbath „13”. Na tle tego typu twórczości to znakomicie zrealizowana płyta, a mimo to po aplikacji w tor tytułowych kabli głośnikowych pokazała się z jeszcze bardziej angażującej mnie strony. I nie chodzi o zawartość merytoryczną, gdyż ta pochłania mnie nawet podczas słuchania tej płyty na przysłowiowym radyjku kuchennym, ale za ewidentną poprawę jakości prezentacji. Jak wspominałem, już na starcie bardzo dobrej, jednak po ingerencji w przekaz syndromów niesionych przez tytułowy kabel wzbogaconej o poprawiającą odbiór pełniejszej, lecz nadal drapieżnej wokalizy gładkość oraz soczystość skutkującą wzmocnieniem uderzenia popisami sekcji gitarowej i perkusyjnej. W teorii po dodatkowym zastrzyku oczyszczania i zwiększania masy dźwięku powinienem stracić na agresywności odbioru, tymczasem wynik był zgoła inny. Owszem, skutki w postaci większej gładkości i wagi były ewidentnie słyszalne, jednak odbierałem je jako wzmocnienie namacalności wizualizowania muzyki, a nie tonizowanie jej nieprzewidywalności.
Identyczne zmiany, naturalnie w rozumieniu pozytywnym – zanotowałem podczas przeczesywania zasobów z innej beczki muzycznej w postaci wszelkich odmian jazzu. Wszelkich dlatego, że idąc tropem poprzedniego nurtu także bardzo różnorodne sposoby wizualizowania tej nie zawsze spokojniejszej muzy kończyły się identycznym samym feedbackiem, czyli wzmożeniem radości i energii w centrum pasma, przy utrzymaniu stosownego dla danej produkcji, raz szybkiego, zaś innym razem powolnego timingu na dole wraz z odpowiednim doświetleniem zachowującego niezbędną długość wybrzmiewania najdrobniejszych nut górnego zakresu. Czy to free spod znaku Kena Vandermarka „Resonance”, gdzie często rytm nie istnieje, a jak się czasem pojawi, tryska szaleństwem następujących po sobie fraz, czy powolne zabawy instrumentami w produkcji naszego jazzowego teamu braci Oleś wespół z Christopherem Dellem „Komeda Ahaed”, gdzie pojawienie się i trwanie w nieskończoność pojedynczej nuty jest głównym mottem tej płyty, za każdym razem muzyka oprócz pokazywania swoich najlepszych cech, dawała poczucie bliższego obcowania z nią. Oczywiście wszystko za sprawą umiejętnego podgrzania emocji w średnicy, ale bez efektu spowolnienia czy ociężałości. To był festiwal nieco inaczej osadzonych w masie i barwie, ale przez to jakby z większą iskrą życia, całkowicie odmiennych w estetyce grania, ale fajnie wypadających brzmieniowo jazzowych popisów. Dla mnie bomba.
Gdzie widziałbym tytułowe kable głośnikowe Furutech Project V1-S? Jak można się domyślić, wszędzie tam, gdzie oczekujecie lekkiego natchnienia swojego brzmienia szczyptą rozwibrowanej energii. System nie straci na zadziorności, za to dzięki umiejętnemu ożywieniu środka pasma zyska w kwestii zwiększenia namacalności odbioru muzyki. Bardziej dźwięcznej, ale także bardziej soczystej, bez czego czasem nie da się w pełni zatopić w słuchanym materiale muzycznym. W tym temacie nasz bohater kolokwialnie mówiąc pozytywnie zamknie temat. A czy są jakieś przeciwwskazania? Nie jakoś dramatycznie ograniczające potencjalną grupę docelową, ale naturalnie tak. A chodzi oczywiście o osobników przedkładających ostrość oraz nienaturalną szybkość narastania dźwięku nad pełną życia, bo homogeniczną muzykalność. Popularny Furu zwyczajnie na to nie pójdzie, bo został zaprojektowany do pokazania muzyki przez duże „M”’. Jak widać, wybór za lub przeciw omawianym kablom głośnikowym jest banalnie prosty i opiera się jedynie o poprawne zdefiniowane swojego punktu widzenia na muzykę. Niestety ja tego za Was nie zrobię. Jednak bez względu na wszystko jestem zdania, iż każda, nawet ta nieudana próba z Japończykiem w swoich warunkach systemowych będzie dla Was bardzo cenna, dlatego zachęcam do podjęcia wyzwania. A nuż widelec coś między Wami „pyknie”.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: RCM
Producent: Furutech
Cena: 15 000 € / 2 x 2,5m
Jeszcze nie zdążył opaść kurz po weekendowej recenzji topowej integry Marantz Model 10 a dziwnym zbiegiem okoliczności wczoraj przyszło mi spotkać się nie tylko z nią, lecz i również u nas jakiś czas temu goszczącym, pochodzącym z tej samej stajni, plikograjem Link 10n. W dodatku pretekstem bynajmniej nie była chęć potwierdzenia wniosków, iż ów duet jest niejako dla siebie stworzony, gdyż choć w ramach solowych występów oba modele nie mają się czego wstydzić, to właśnie wespół/zespół błyszczą najjaśniej, lecz właśnie, znaczy się 1 sierpnia zainaugurowane, Dali Epikore 11 Roadtour. Dla niewtajemniczonych, czyli jednostek niekoniecznie śledzących poczynania naszych rodzimych dystrybutorów to swoiste Tour de Pologne (nomen omen tegoroczna edycja 4 sierpnia wystartowała) zazwyczaj flagowych modeli po własnych, bądź zaprzyjaźnionych, w tym wypadku związanych ze stołecznym Hornem, salonach. O ile pamięć mnie nie myli taką objazdówkę zorganizowano swojego czasu Piegom Master Line Source 2, Scansonicom MB5 B, Dali Kore, oraz Cantonom Reference GS Edition a teraz przyszła pora na „Duńskie księżniczki”. Skoro zatem po raz kolejny – po monachijskim High Endzie i warszawskim AVS-ie z tegoż samego – 2023 roku nadarzyła się okazja, by rzucić na nie tak okiem, jak i uchem w zdecydowanie bardziej kontrolowanych, aniżeli wystawowe, warunkach, czym prędzej dokonałem stosownych ustaleń z osobami władnymi i zarezerwowałem salę w warszawskim salonie Audio Forum (ul. Powązkowska 40 lok.U7) na poniedziałkowe popołudnie.
Jak z powyższych zdjęć jasno wynika przygotowany na potrzeby niniejszego odsłuchu set był najskromniejszym z jakich dane mi było 11-ki do tej pory usłyszeć, bowiem w Monachium korzystano z dzielonego zestawu topowych NAD-ów a na PGE Narodowym za oko łapał rozłożysty Unison Research Absolute 845 SE. Niemniej jednak wiedząc na co 10-ki stać byłem święcie przekonany, że tak sygnaturą brzmieniową, jak i pod względem „wydolności” 20-ki ujmy na honorze Marantzowi nie przyniosą. Za to otwartą kwestią pozostawała natura Epikorów, której po wystawowych spotkaniach określić w stanie nie byłem. Całe szczęście brak presji czasu – nikt mi nad głową nie stał wymownie zerkając na zegarek, i pełna dowolność repertuarowa pozwoliły mi bardzo szybko owe zaległości nadrobić. I tak, już od pierwszych taktów „Crosseyed Heart” Keitha Richardsa, po których przyszła pora na „Cantorę” Mercedes Sosy jasnym stało się, że co prawda pod względem gładkości góry, oraz organiczności średnicy 11-ki mają zaskakująco dużo wspólnego z Kore’ami (spora w tym zasługa hybrydowej sekcji wysokotonowej złożonej ze wspomaganego 35mm jedwabną kopułką planarnego panelu 10x55mm) , to już w domenie wolumenu i swobody prezentacji kwadra 8” firmowych „burgundowych” SMC to jednak nie ten sam poziom mocy i potęgi co para 11½’’ wooferów groźnie łypiących we flagowcach. W owych obserwacjach utwierdziła mnie zmiana repertuaru na zapuszczającą się w okolice samego jądra ziemi EP-kę „Hold Me Down” Murkury. Czy to źle? Absolutnie nie, po prostu Epikory 11 „chodzą w innej wadze” aniżeli Kore’y (różnicę w cenie dyskretnie pominę) i co w ich przypadku wydaje się kluczowe, są przeznaczone do mniejszych – bliższych warunków lokalowych większości melomanów, pomieszczeń. Ponadto zdecydowanie łatwiej je okiełznać, więc są niezbitym dowodem na to, że czasem mniej znaczy lepiej.
Pozwolę sobie stwierdzić, że swoje przysłowiowe trzy grosze dołożył również Model 10, który 11-ki prowadził na niezwykle krótkiej smyczy, przez co bas operował raczej w „chrupkiej” i trzymanej krótko przy (pardon my French) pysku estetyce. W rezultacie pomimo swojej całkiem pokaźnej postury (ponad 160 cm wzrostu i 72 kg/szt. ) zachowywały się niemalże jak klasyczne monitory nie tylko znikając w pomieszczeniu odsłuchowym, co zachowując niezwykłą zwinność nawet podczas najbardziej karkołomnych połamańców linii melodycznych serwowanych przez ekipę Architects na „For Those That Wish To Exist At Abbey Road”. Warto również pochwalić koherencję, spójność reprodukowanego pasma, bowiem przy takiej rozmiarówce i wielo – dokładnie 4½, drożności, a więc pocięciu podzakresów na poszczególne sekcje, wcale nie jest to takie oczywiste. Zakładam, że może być to pochodna m.in. w pełni świadomego strojenia całej konstrukcji, gdzie choć każda kolumna może pochwalić się wspomnianą kwadrą basowców pogrupowanych w dwie sekcje – górną i dolną, to górna pracuje do 170 Hz, by dalej, czyli do 370Hz, za bas odpowiadała tylko dolna para.
Skoro o ciekawostkach mowa, to pora na kolejną. Otóż w Monachium ekipa producenta przewody głośnikowe w 11-ki wpinała w górne terminale a sygnał do sekcji basowych szedł zworkami. Natomiast rodzimy przedstawiciel zarówno na AVS, jak i na Powązkach, poniekąd bazując na podanych w instrukcji obsługi zaleceniach, preferował konfigurację z wpinaniem się w dolne „basowe” terminale i zasilaniem sekcji średnio-wysokotonowej via wzory. Osobiście, na co dzień jestem wyznawcą „duńskiej” szkoły, jednak podczas salonowych odsłuchów nie próbowałem jej forsować – w końcu to nie kolumny a ja byłem gościem, więc przychodząc „na gotowe” nie czułem wewnętrznej potrzeby sugerowania jakichkolwiek zmian. Zamiast tego wolałem wygodnie rozparty na kanapie delektować się dobiegających mych uszu dźwiękami pozbawionymi jakichkolwiek oznak wyczynowości. Było to bowiem granie na totalnym luzie, z sugestywną przestrzennością i idealnie wpasowującą się w salonowy metraż dynamika, czyli pełną rozpiętością a jednocześnie bez przejaskrawienia na górze i nużącego na dłuższa metę monotonnego buczenia na dole.
Serdecznie dziękując Gospodarzom za gościnę gorąco zachęcam Państwa do skorzystania z okazji, by w zdecydowanie bardziej kontrolowanych od wystawowych i jednocześnie mniej zobowiązujących aniżeli te wynikające z wypożyczenia warunkach na własne uszy i oczy przekonać się co potrafią Dali Epikore 11. Dlatego też sugeruję uważnie śledzić profil dystrybutora oraz salonów Audio Forum i gdy tylko 11-ki pojawią się w Waszej okolicy wyrwać się na godzinę, bądź dwie.
Marcin Olszewski
Opinia 1
Choć z racji powszechności galopujących cen i już jakiś czas temu swoistego „odklejenia” się co poniektórych wytwórców mało kogo dziwią kwoty za sprzęt i akcesoria audio mogące z powodzeniem starczyć na wysokiej klasy dwuślad, bądź wygodne lokum w „dobrej” stołecznej dzielnicy, to uczciwie trzeba przyznać, że pojawienie się newsów i publikacja cennika 10 Series niekoniecznie kojarzonego z High-Endem Marantza wywołała wśród złotouchej braci spore zamieszanie. Pytania o ewidentny skok na kasę, utratę kontaktu z bazą i ewidentne przeszacowanie własnych możliwości na miarę ambicji Renault, które swojego czasu – za sprawą modelu Vel Satis, próbował zawojować segment premium, padały w audiofilskich kuluarach częściej aniżeli o podwyżki w budżetówce na Wiejskiej. Oliwy do ognia dolewał również fakt, iż na pierwszy rzut okiem, jak i uchem na sprawców całego zamieszania trzeba było poczekać do minionego Audio Video Show, podczas którego rodzimy Horn zaprezentował w towarzystwie niezwykle ciepło przez nas wspominanych Cantonów Reference GS Edition „tercet egzotyczny” w pełnym składzie, czyli w postaci odtwarzacza SACD 10, streamera Link 10n i integry Model 10. Jak jednak wiadomo wszelakiej maści targi i wystawy, w tym nasza, służą głównie do oglądania a nie słuchania, więc zegar odmierzający czas do bardziej krytycznej weryfikacji możliwości flagowych Marantzów dalej tykał. Tykał dokładnie do czerwca, kiedy to na gościnnych występach zagościło w naszych systemach majestatyczne, plikowe źródło, czyli wymieniony dosłownie przed chwilą streamer Link 10n. Z jakim rezultatem? Cóż, wszystkich zainteresowanych szczegółami odsyłam do tekstu źródłowego jedynie niezobowiązująco wspominając, iż kontakt z tym wszystkomającym kombajnem nie tylko miło wspominamy, co śmiało możemy uznać za niezbity dowód na to, że nikomu w Marantzu przysłowiowa sodówka do głowy nie uderzyła a pozycjonowanie Link 10n na pułapie 50kPLN+ bynajmniej nie jest pomyłką. Dlatego też zgodnie z zasadą mówiącą, iż apetyt rośnie w miarę jedzenia czym prędzej zgłosiliśmy dystrybutorowi chęć dalszej eksploracji topowych Japończyków, w efekcie czego z nieukrywaną radością możemy podzielić się z Państwem wrażeniami z odsłuchów kolejnego reprezentanta wspomnianego tercetu, czyli wzmacniacza zintegrowanego Marantz Model 10, na którego test serdecznie zapraszamy.
Powiem szczerze, że o ile na ww. plikograja rzuciliśmy się niczym szczerbaty na suchary, to z racji, iż pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz do naszego dzisiejszego gościa podchodziliśmy już ze zdecydowanie większym spokojem. Wystarczył bowiem pobieżny rzut oka i szybka weryfikacja rozmiarówki, by stwierdzić fakt niemalże bliźniaczych, 1mm różnicę głębokości pozwolę sobie litościwie pominąć, gabarytów obu urządzeń, więc to, co w przypadku streamera mogło uchodzić za ponadnormatywne przy integrze i to integrze mającej stricte high-endowe ambicje, nijakich emocji już nie budzi. Tym bardziej jeśli pod uwagę weźmiemy fakt, iż Model 10 pojawił się u nas niemalże jednocześnie z dopiero co opisanym, majestatycznym McIntoshem MA 12000, przy którym przeważająca większość super-integr jawi się nad wyraz skromnie. Wracając jednak do tematu i abstrahując od amerykańskiego krążownika szos uczciwie trzeba przyznać, że podobnie jak wcześniej goszczący u nas streamer zintegrowana 10-ka prezentuje się po prostu świetnie. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że nawet lepiej od plikograja, gdyż może pochwalić się kilkoma niuansami nader udanie nawiązującymi do swego dziedzictwa. Jednak po kolei.
Bryła Modelu 10 jest zwarta, potężna acz nieprzesadzona i o dziwo, dzięki dyskretnej iluminacji frontu oraz perforowanej płyty górnej, niezbyt zwalista. Zgodnie z tradycją dostępne są dwie wersje kolorystyczne – szampańskie złoto (Marantz Champagne) i klasyczna czerń, w jaką przyobleczono dostarczony na testy egzemplarz. Płyta frontowa jest zgodna z jakiś czas temu wprowadzoną ideą dwuwarstwowości, czyli łuskopodobną warstwą spodnią i nieco wysuniętą, okalaną dyskretną iluminacją częścią wierzchnią, na której za oko łapie przywodzący na myśl „starą” PM-10-kę, bądź 12-kę centralnie umieszczony okrągły bulaj wyświetlacza, po którego lewicy umieszczono gałkę selektora wejść i włącznik główny a po prawej bliźniacze pokrętło regulacji głośności oraz gniazdo słuchawkowe.
W swej lwiej części płyta górna została zastąpiona pofalowaną wzorem frontu metalową siatką, przez którą, również dzięki stosownemu podświetleniu można obserwować aż kapiące od miedzi trzewia. I tu pozwolę sobie na małą dygresję, gdyż choć pomysł na wspomagane iluminacją eksponowanie nie jest niczym nowym, wystarczy wspomnieć chociażby PowerCell SX Synergistic Research, to Japończycy nie dość, że zachowali dobry smak, to jeszcze nieco, że tak powiem podprogowo, zagrali na emocjach niewnikających w szczegóły oglądaczy. Ale o tym dosłownie za chwilę – w akapicie poświęconej anatomii. Zanim jednak to nastąpi nie sposób pominąć bogactwa ściany tylnej, gdzie pomimo istnego bezliku wszelakiej maści przyłączy udało się konstruktorom zachować wzorowy porządek. I tak idąc od lewego górnego narożnika otrzymujemy do dyspozycji sekcję phonostage’a z parą gniazd RCA wraz ze stosownym zaciskiem uziemienia, wy/wejścia RCA na zewnętrzny recorder, następnie dwie pary wejść liniowych XLR i dwie RCA, bezpośrednie wejście na końcówkę mocy w postaci XLR-ów oraz RCA i podobny zestaw zapewniający wyjście z sekcji przedwzmacniacza. Z kolei prawą flankę okupuje dwubolcowe gniazdo zasilające IEC. Za to w lewym, dolnym narożniku przycupnęły złącza i przełączniki autorskiego systemu F.C.B.S. pozwalającego wykorzystać dwie tytułowe integry w bi-ampingu, oraz interface triggera i czujnika IR. Terminale głośnikowe SPKT-100 są zdublowane, masywne, szeroko rozstawione i pozornie niezwykle wygodne, o ile tylko … nie zapragniecie zaaplikować w nich zakonfekcjonowanych porządnymi widłami przewodów. Okazuje się bowiem, że plastikowe ochronne kołnierze nie akceptują m.in. Furutechów CF-201R NCF, więc przed zakupem wskazane są stosowne przymiarki, bądź asekuracyjna przesiadka/zmiana konfekcji na banany.
A cóż ciekawego kryje się wewnątrz naszego gościa? Przewrotnie stwierdzę, że nie do końca to, na co mogłyby wskazywać podprogowe sygnały i sugestie producenta. Zacznijmy zatem od tego, co widać gołym okiem, czyli w pierwszej kolejności imponującego, uzbrojonego w dodatkowe radiatory miedzianego „rondla”. Wydawać by się mogło, iż poprzez swój gabaryt schowane w nim klasyczne trafo dostarcza życiodajną energię wszelkim układom, w tym wyjściowym. Tymczasem jest ono przeznaczone jedynie dla sekcji przedwzmacniacza, w której znajdziemy m.in. płytkę phonostage’a , firmowe moduły HDAM SA-3, opartą na układach JRC MUSES 72323 regulację głośności i przekaźniki przełączników źródeł. Jeśli zaś chodzi o oferujący imponującą moc 2 x 250W przy 8 i 2 x 500W przy 4 Ω stopień wyjściowy, to jest on schowany przed wzrokiem ciekawskich pod podłogą i w jego skład wchodzą cztery (po dwa na kanał) o zgrozo … D-klasowe moduły Purifi ze stosownymi (impulsowymi) zasilaczami. Na pocieszenie wypada dodać, że do terminali głośnikowych sygnał biegnie solidnymi złoconymi listwami. Oczywiście z tą zgrozą to przesada, gdyż czy tego chcemy, czy nie, D-klasa coraz odważniej jeśli nie przeciska się szparą pod drzwiami, to próbuje przez okna i komin przedostać się na high-endowe salony a daleko nie szukając bazujący na HybridDigital Purifi Eigentakt™ NAD M33, czy wykorzystująca 1500W D-klasowe moduły EPAM końcówka mocy Extraudio XP-A1500 MKII nijakiej infamii i ostracyzmu zarówno ich producentom, jak i posiadaczom nie przynoszą. Niemniej jednak fakt sięgania we flagowcu po co prawda modyfikowane wg. własnych wytycznych, lecz jakby nie patrzeć OEM-owe D-klasowe moduły może budzić i budzi pewne kontrowersje. Dlatego też każdy potencjalny nabywca musi na spokojnie rozważyć, czy ów szczegół będzie go gdzieś tam podświadomie uwierał, czy też będzie mu zupełnie obojętny, gdyż to jak Model 10 gra z powodzeniem mogłoby legitymizować obecność w jego trzewiach stada biegających w kołowrotkach chomików.
No właśnie, najwyższa pora na walory soniczne naszego gościa, które z jednej strony z powodzeniem można rozpatrywać z perspektywy jego występów solowych, lecz z drugiej równie zasadnym wydaje się próba spojrzenia na niego poprzez pryzmat pracy w firmowym ekosystemie, czyli chociażby w towarzystwie ww. streamera Link 10n. Jeśli zatem chodzi o brzmienie 10-ki w oderwaniu od natury jego rodzeństwa, to już od pierwszych taktów „13” Black Sabbath z nieodżałowanym Ozzym Osbournem przed mikrofonem jasnym jest, że z pietyzmem składany w zakładach Shirakawa, a więc niejako na wskroś japoński, wzmacniacz nijakich ograniczeń tak pod względem dynamiki, jak i motoryki nie ma a i jego natywna sygnatura niekoniecznie próbuje korespondować ze stereotypową estetyką D-klasowym amplifikacjom przypisywaną. Zamiast bowiem czarowania „analogową” aksamitnością i gładkością Marantz stawia przede wszystkim na timing, kontur i rozdzielczość, lecz zarazem nader zgrabnie unika oskarżeń o zbytnią analityczność, czy też kliniczny chłód. Po prostu jego bas jest „młodzieńczo” jędrny i zwarty, czy momentami, o ile tylko materiał źródłowy tego wymaga („Countdown To Extinction” Megadeth), wręcz żylasty i chrupki, przez co z grającymi w podobnej tonacji kolumnami efekt może początkowo onieśmielać swą punktualnością i bezwzględną kontrolą. Jak jednak wspomniałem, to nie anemiczna chudość a swoisty, poniekąd wynikający z oferowanej mocy, zamordyzm sprawiają, że thrashowa jazda bez trzymanki przebiega z tak ekstremalną wartkością. Ów efekt intensyfikuje również odważnie podana, rześka góra, która choć nie podkreśla i nie epatuje sybilantami to z pewnością nie ma ambicji ich łagodzenia i tonizowania, więc jeśli lubujecie się Państwo w popisach wokalnych starającej się połknąć mikrofon Anny Marii Jopek, bądź szeleszczącej Carli Bruni, to powinniście być w siódmym niebie. Za to nieco ofensywnie nagrany „Keeper of the Seven Keys, Pt. 1” Helloween pokaże pełnię swej garażowej surowości z „telefonicznymi” partiami Michaela Kiske na wokalu włącznie.
Owe, jak mam nadzieję jasno z powyższych wynurzeń wynika, ekspresyjne skraje idealnie wpisuje się na wskroś neutralna i zarazem szalenie komunikatywna średnica bezszwowo łącząca je w koherentną całość. Ale jak to? Ani grama przyjemnego ciepełka, dosaturowania i zmysłowej warstwy rubensowskiego tłuszczyku? Cóż, jak widać tak też można, jednak, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż nadal mamy do czynienia z wzorową gładkością i krystaliczną czystością, to po prostu wystarczy się mentalnie przestawić i z pseudo audiofilskiego zmanierowania czekoladowo-karmelowymi wokalami strzelających powłóczystymi spojrzeniami heroin przejść do porządku dziennego nad niemalże studyjną bezpośredniością i prawdomównością.
Jeśli jednak ktoś niekoniecznie czuje wewnętrzną potrzebę wyzwolenia poprzez dążenie do bezwzględnej prawdy, to nic nie stoi na przeszkodzie, by do Modelu 10 dokooptować jego rodzeństwo w postaci Link 10n. Tym to sposobem, dzięki mięsistości i organicznie wypełnionej, z niezwykłym taktem faworyzowanej średnicy całość może stworzyć wybitnie rozdzielczy a zarazem muzykalny i wyrafinowany duet, który nawet lekką monotonię, szklistość i podskórną szorstkość „Nieulotne (Lasting)” Daniela Blooma będzie w stanie zaprezentować w bardzo atrakcyjnym świetle.
Bez większej przesady można uznać, że najnowsze 10-ki, w tym tytułowy Model 10 są dla Marantz’a swoistym nowym otwarciem i przebiciem symbolicznego szklanego sufitu przez minione dekady separującego go od high-endowej konkurencji. Jak dalej potoczą się losy marki i jej starania zmiany „budżetowego” wizerunku pokaże czas. Jednak biorąc pod uwagę fakt, iż zarówno Rotel (MICHI), jak i Cambridge Audio (EDGE) takowe działania mają już dawno za sobą, wypada tylko za bohatera dzisiejszego spotkania trzymać kciuki i życzyć powodzenia. Swoją drogą, na samo zakończenie, naszła mnie taka nostalgiczna refleksja – szkoda, że Ken Ishiwata tego nie doczekał, by wreszcie móc zaprojektować urządzenia praktycznie bez oglądania się na księgowych …
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nie powiem, z portfolio tytułowego Marantz-a mieliśmy sporo fajnych konstrukcji. Zawsze ciekawych brzmieniowo, co znakomicie potwierdzało fakt bycia tego podmiotu producentem tzw. pierwszego wyboru dla sporej grupy miłośników muzyki. I co ciekawe, nie tylko z uwagi na jakość oferowanego dźwięku, ale także idealnie skorelowanej z nim ceny. Czas mijał, my bawiliśmy się coraz bardziej wyrafinowanymi produktami, aż nadszedł moment, gdy ów specjalista od elektroniki użytkowej postanowił powołać do życia coś bezkompromisowego. Co? Pierwszą jaskółkę mieliśmy u siebie stosunkowo niedawno w postaci obecnie topowego streamera oraz przedwzmacniacza w jednym , który oprócz przyjmowania i oddawania wszelkiego rodzaju sygnałów cyfrowych i analogowych pozwalał sterować dodatkowo aktywnym subwooferem. Jednym słowem był to w dobrym tego słowa znaczeniu elektroniczny kombajn w najczystszej postaci. Czym zatem uraczył nas warszawski Horn tym razem? Naturalnie odpowiedzią marki na wspomniane źródło Marantz Link 10N, czyli uzupełniającym linię 10N-ki wzmacniaczem zintegrowanym Marantz Model 10. Jak zabrzmiał i jak wypadł na tle dawcy sygnału? Tego oczywiście dowiecie się w poniższym opisie procesu testowego.
Naturalną koleją rzeczy będąc przedstawicielem jednej linii produktowej nasz bohater wygląda bliźniaczo do źródła z wymagającą sporego wysiłku podczas logistyki wagą włącznie. Czyli ni mniej nie więcej, to ta sama skrzynka z nieco innym wyposażeniem tak awersu, jak i rewersu. W kwestii wyglądu opisywanej bryły mamy do czynienia z wentylowaną od góry, pozwalającą zajrzeć do trzewi estetyczną siatką oraz ozdobioną nieco wysuniętym do przodu od głównej części obudowy, podświetlonym od tyłu panelem sterującym. Na frontowej płycie z racji obsługi sekcji wzmacniającej znajdziemy jedynie usadowione po bokach dwie gałki sterujące (lewa selektor wejść, prawa wzmocnienie sygnału), umieszczony w centrum okrągły wyświetlacz ze wskaźnikami wychyłowymi oddawanej mocy oraz gniazdo słuchawkowe pod potencjometrem głośności. Jeśli chodzi o tylny panel, ten w odpowiedzi na oczekiwania i będąc uzupełnieniem nieprzebranej ilości funkcji testowanego niedawno źródła mimo sporych gabarytów wzmacniacza uzbrojony jest po brzegi. A widzimy na nim powielane w sporej ilości wejścia i wyjścia analogowe, sekcję przedwzmacniacza gramofonowego dla wkładek MM/MC, zespół gniazd i przełączników pozwalających dokonać wyboru trybu pracy i upgreade’u urządzenia, dwa zestawy zacisków kolumnowych A/B oraz niezbędne do pracy gniazdo zasilania IEC. Oczywiście z racji spełniania wielu funkcji w komplecie producent dodaje nam systemowego pilota zdalnego sterowania. Na koniec kreśląc kilka informacji o technikaliach wspomnę o dwóch najważniejszych. Pierwszą, istotną od strony konstrukcyjnej, skądinąd bardzo pożądaną przez wielu potencjalnych zainteresowanych nabyciem urządzenia osobników kwestią jest zaprojektowanie urządzenia w wersji w pełni zbalansowanej od samego zasilania po oddanie sygnału na kolumny. Natomiast drugą pozwalająca wysterować praktycznie każde kolumny oferowana moc na poziomie 250W przy obciążeniu 8Ohm i 500W dla 4Ohm. Jak zatem wynika z powyższego opisu, tytułowy Marantz Model 10 w portfolio marki praktycznie w żadnym, czy to od strony budowy, jak i osiągów technicznych dotychczas nie miał sobie równych, co zapowiada nie lada ciekawe doznania dźwiękowe.
Jak zagrał Japończyk? Jedno jest pewne, to znakomity kompan dla źródła tej serii. Jaki jest powód, opiszę za moment. Najpierw kilka danych o usłyszanych osiągach jako singla. Nasz bohater zaprezentował się od bardzo swobodnej wagowo strony. Udanie unikał nadmiernego dociążania przekazu, dzięki czemu zaproponował znakomite utrzymanie tempa wizualizacji muzyki przy odtwarzaniu nawet najbardziej rozbudowanego instrumentalnie materiału. A to dopiero jedna strona medalu, gdyż biorąc pod uwagę, iż brzmiał raczej lekko, aniżeli z nadwagą, przy okazji nawet najbardziej przebasowione realizacje nie gubiły drzemiącej w muzyce radości wybrzmiewania. Niestety ostatnie czasy ewidentnie pokazują, iż realizatorzy nagrań w odpowiedzi na pojawiające się coraz częściej nieco krzykliwie brzmiące konstrukcje odtwarzające muzykę dość solidnie podciągają do góry suwaki dolnych i ich przełomu ze średnicą partii pasma akustycznego, co sprawia, że nawet grające neutralnie systemy tracą na świeżości podania materiału. Na Modelu 10 Marantz-a oczywiście nie robiło to żadnego wrażenia. Owszem, w takich realizacjach przekaz także dryfował w stronę większego body, gdyż to był naturalny feedback podejścia do tego typu masteringu, ale nadal nie tracił zwinności w dobrym pokazaniu wirtuozerii pracy muzyków na scenie. Ale żeby nie było, patrząc nań przez pryzmat zrównoważonych w tym aspekcie realizacji oprócz wspominanej swobody nie wpadał w anoreksję, tylko bez problemu realizował zadania poruszania moich trzewi pracą kontrabasisty czy bębniarza. W nieco oszczędniejszym wydaniu niż choćby mój piec, ale założę się, iż było to działanie zamierzone. Chodzi oczywiście o wspominane uzupełnianie się konstrukcji z jednej linii produktowej, a dokładnie lekką korektę nasyconego i przyjemnie plastycznego brzmienia źródła. Źródła wpadającego z tego powodu bardzo przyjemnie i wiem, że oczekiwanie przez melomanów, ale w konfiguracji z dedykowanym wzmocnieniem moim zdaniem w konfrontacji z wartościami bezwzględnymi znacznie dojrzalej. Jestem pewien, iż efekt połączenia tych dwóch urządzeń będzie na tyle udany, że po posłuchaniu tego tandemu mimo dobrych wyników w sesjach solowych nie widzę innej opcji, jak w momencie decyzji obracania się w ramach portfolio jednego producenta podczas zakupów sprzętu audio zdecydujecie się nabyć idealnie skonfigurowany komplet. To tyle o firmowym mariażu, wróćmy jednak jeszcze na moment do testu samego wzmacniacza, aby pokazać efekt projekcji różnej muzyki w li tylko jego wykonaniu.
Pierwszym dobrym przykładem na bezproblemowe radzenie sobie z wymagającą dobrej artykulacji ataku płytą jest pozycja z twórczości Johna Zorna wespół z Dave Lombardo „Memories, Dreams and Reflections”. To uwielbiany przeze mnie za nieprzewidywalność następujących po sobie fraz muzycznych najczystszy free-jazz. Po prostu ogień, który się uwielbia lub nienawidzi. Ja utożsamiam się z pierwszym obozem i często takich popisów używam podczas testów. Tak oczywiście było tym razem. Jaki był efekt? Chyba nikogo nie zaskoczy fakt poradzenia sobie Marantz-a z nim w sposób książkowy. Nadmierne dociążenie dźwięku nie dałoby szans na utrzymanie timingu tego szaleństwa, dlatego dostając pewnego rodzaju niezbędną lekkość prezentacji mogłem zatopić się w kaskadzie raz wojujących ze sobą pojedynczych instrumentów, zaś innym razem tworzących jedną ścianę pobudzającej moje zmyły kakofonii tworzonej przez całą formację sesyjną pakietach dźwiękowych. Tak, tak pakietach, gdyż melodii w free jazzie – przynajmniej tym ekstremalnym – raczej nie uświadczymy. Tak jak tego oczekiwałem, było to udane odwzorowanie zamierzeń artystów przez Japończyka. Czy mogłoby być więcej tak zwanego sonicznego „mięcha”? Naturalnie tak, jednak, gdy połączenie naszego bohatera z firmowym źródłem z pewnością oceniłbym pewnie na 5, to występ wzmacniacza w pojedynkę i tak bez najmniejszego problemu na 4+. A przypominam, muzyka jest nawet nie z tych trudnych, a zabójcza dla wielu systemów.
Drugim, tym razem udowadniającym, że mimo lekkości prezentacji, ale bez szkodliwych podbić ilości masy dźwięku muzyka nadal emanowała niezbędnym pakietem emocji jest krążek Joe Lovano zrealizowany wespół z naszymi przedstawicielami oficyny ECM Marcinem Wasilewskim Trio zatytułowany „Homage”. W tym przypadku również mamy do czynienia z jazzem, tylko z drugiej strony w odniesieniu do ilości doznań z puli szaleństwa. To zazwyczaj spokojne, czasem pełnoskładowe, innym razem solowe, ale jednak popisy cyzelujące każdą nutę, a nie strzelanie nimi bliżej niekreślonymi w domenie ilości i szybkości seriami. A jeśli tak, muzyka zaprezentowana z nawet najlepszej strony lotności prezentacji, ale z oznakami jak po zażyciu Pavulonu z braku odpowiedniej wagi powinna w jakiś sposób cierpieć na niedosyt energii. Tymczasem niczego takiego nie doświadczyłem. Nie przeczę, że czasem nasycenie mogłoby być większe, przez co zyskałoby uderzenie pudłem rezonansowym kontrabasu, jednak to co dostawałem na bazie możliwości 10-ki Marantz-a bez problemu pokazywało ten kontemplacyjny jazz z bardzo dobrej strony. Prawdopodobnie po ożenku ze źródłem podobnie do free-jazu byłoby to trafienie w punkt z każdym aspektem tego rodzaju twórczości, ale i bez takich działań miałem dużo frajdy podczas przemierzania rozbudowanej w tego typu materiał płytoteki.
Co sądzę o obecnie flagowym wzmacniaczu spod znaku kultowej marki Marantz Model 10? Jak wspominałem, w zestawie ze źródłem tej linii będzie to brzmienie trafione w punkt. Jednak moim zdaniem wzmacniacz słuchany „saute” także bez najmniejszych problemów zagrał na bardzo wysokim poziomie. Nieco lżej, niż osobiście bym tego oczekiwał, ale zalecam zachowanie zimnej głowy, gdyż znam wielu osobników, którzy mój zestaw oceniają jako zbyt ciemny i soczysty, dlatego jestem dziwnie spokojny, że owa, spowodowana unikaniem zbytniego dociążenia dźwięku swoboda kreowania wirtualnej sceny będzie wręcz pożądaną zaletą. Zaletą na miarę na długie lata zafundowania sobie nieskrępowanego w kwestii radości prezentacji dźwięku w okowach swojego domostwa. Muzyka ma nas radować, a to bezapelacyjnie jest najważniejszą zaletą opiniowanego dziś wzmacniacza.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Horn
Producent: Marantz (D&M Holdings Inc.)
Cena: 63 999 PLN
Dane techniczne
Moc wyjściowa RMS (20 Hz – 20 kHz, T.H.D. 0,05%): 2 x 250W / 8 Ω; 2 x 500W / 4 Ω
Zniekształcenia THD+N: 0,005 %
Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 60 kHz +0 dB/-3 dB; 20 Hz – 20 kHz +0 dB/-0,3 dB
Współczynnik tłumienia: 500
Czułość wejściowa: 400 μV (Phono MC); 3,6 mV (Phono MM); 700 mV (line XLR); 350 mV (Line RCA); 1,58 V (Power Amp. RCA); 3,16 V (Power Amp. XLR)
Max. napięcie wejściowe: 8 mV (phono MC); 80 mV (phono MM)
Odchylenie od wartości korekty RIAA: ±0,5 dB
Impedancja wejściowa: 33 Ω, 100 Ω, 390 Ω (Phono MC); 39 kΩ (Phono MM); 36 kΩ (line XLR); 47 kΩ (Line RCA); 47 kΩ (Power Amp. RCA); 15 kΩ (Power Amp. XLR)
Napięcie wyjściowe: 1,58 V (Preout RCA); 3,17 V (Preout XLR)
Impedancja wyjściowa: 230 Ω (Preout RCA); 480 Ω (Preout XLR)
Odstęp sygnał/szum: 76 dB (Phono MC); 88 dB (Phono MM); 122 dB (line RCA, XLR)
Pobór mocy: 270 W; 0,1W (Standby)
Wymiary (S x W x G): 440 x 192 x 473 mm
Waga: 33,7 kg
Z High-Endem jest jak z dobrymi garniturami – warto mieć szyte na miarę ;-) A tak już na serio, to właśnie dotarła do nas najbardziej „wypasiona” wersja redakcyjnego wzmacniacza zintegrowanego Vitus Audio RI-101 MkII wzbogacona o karty rozszerzeń DAC/Streamer i co nie mniej istotne w obłędnym malowaniu Midnight Blue.
Cdn. …
Thorens, uznany europejski producent gramofonów, wprowadza na rynek model TD 404 DD. To zaawansowane urządzenie klasy hi-end stanowi harmonijne połączenie sprawdzonej, legendarnej konstrukcji z nowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi. Nowy gramofon został zaprojektowany z myślą o najbardziej wymagających miłośnikach muzyki analogowej, którzy oczekują nie tylko bezkompromisowej jakości dźwięku, ale także wyrafinowanego wzornictwa.
Bezpośredni napęd inspirowany legendą
Centralnym elementem modelu TD 404 DD jest bezpośredni napęd, którego konstrukcja nawiązuje do kultowego gramofonu TD 124 DD. Rozwiązanie to zapewnia wyjątkową płynność pracy oraz wysoki moment obrotowy, gwarantując stabilność i precyzję odtwarzania nawet najbardziej wymagających nagrań winylowych.
Ramię o dużej precyzji i innowacyjny talerz
Za precyzyjny odczyt sygnału odpowiada ramię TP 160, cenione za dużą dokładność i minimalizację zniekształceń. Charakterystyczny talerz, wyposażony w zaawansowany system tłumienia rezonansów, nie tylko podkreśla nowoczesny charakter urządzenia, ale także znacząco poprawia czystość brzmienia. Na uwagę zasługuje ponadto zintegrowany stroboskop z funkcją Pitch Control, umożliwiający precyzyjną regulację prędkości obrotowej.
Wygoda obsługi i ochrona winylowej kolekcji
Użytkownicy docenią obecność elektronicznie sterowanego podnośnika ramienia (e-Lift) oraz funkcji automatycznego zatrzymania, które poprawiają komfort użytkowania i skutecznie chronią zarówno igłę, jak i płyty przed nadmiernym zużyciem. Rozwiązania te odpowiadają na potrzeby współczesnych entuzjastów analogowego dźwięku, dla których liczy się zarówno funkcjonalność, jak i dbałość o detale.
Stabilność, design i zaawansowana łączność
Gramofon Thorens TD 404 DD ma trzy regulowane, sprężynowe nóżki, zapewniające skuteczną izolację od drgań. Solidna obudowa typu sandwich z aluminiową płytą o grubości 5 mm nie tylko podnosi walory estetyczne urządzenia, ale również ogranicza rezonanse, wpływając na jakość odtwarzanego dźwięku.
Na tylnym panelu znajdują się pozłacane wyjścia RCA oraz zbalansowane złącza XLR, umożliwiające integrację z najwyższej klasy systemami audio. W komplecie jest zdejmowana pokrywa przeciwkurzowa, a dla uzyskania jeszcze lepszej jakości dźwięku, użytkownicy mogą opcjonalnie wyposażyć gramofon w zewnętrzny zasilacz liniowy TPN 124, gwarantujący wyjątkowo czystą i stabilną energię.
Dostępność i wersje wykończenia
Thorens TD 404 DD będzie dostępny w trzech eleganckich wariantach wykończenia: czarnym (wysoki połysk), orzechowym (wysoki połysk) oraz ciemny dąb (mat). To propozycja, która z pewnością zainteresuje pasjonatów analogowego brzmienia, poszukujących sprzętu najwyższej klasy, łączącego dziedzictwo marki Thorens z nowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi. Premiera u naszych partnerów handlowych planowana jest na czwarty kwartał bieżącego roku.
Najnowsze komentarze