Odwiedzający tegoroczny High-End Show w Monachium z pewnością doznali sporego zaskoczenia na stoisku Octave. Niemiecki producent wzmacniaczy lampowych zaprezentował bowiem niewielki wzmacniacz zintegrowany o bardzo nietypowych proporcjach i „piętrowej” budowie, podłączony do vintage’owych głośników tubowych. Co ciekawe, na drugim z egzemplarzy można było posłuchać dość trudnych do wysterowania słuchawek typu zamkniętego. Zaraz, zaraz… głośniki o wysokiej skuteczności? Dwie lampy na obudowie? Czyżby… Tak – właśnie w ten sposób Octave zaprezentowało pierwszy w swojej historii wzmacniacz Single Ended, który w dodatku jest high-endowym wzmacniaczem słuchawkowym. Model oznaczony symbolem V 16 dysponuje mocą 8 W na kanał przy obciążeniu 4 ohm, ale konstruktorzy nie byliby sobą, gdyby nie zrobili Single Ended całkiem po swojemu, z bezkompromisowością znaną ze swoich pozostałych urządzeń. SE w wydaniu Octave oznacza m. in. spory zakres dynamiki, ekstremalną stabilność, długą żywotność lamp, a także komfort użytkowania dzięki zastosowaniu zaawansowanych układów zabezpieczających. Dedykowany transformator wyjściowy własnej konstrukcji pozwolił na rozszerzenie pasma niskich tonów aż do 10 Hz, natomiast górną częstotliwość graniczną udało się przesunąć z 10 na 100 kHz, co osiągnięto dzięki zoptymalizowaniu poszczególnych poziomów wysterowania odpowiednio dobranym sprzężeniem zwrotnym. Uzyskanie tak szerokiego pasma przenoszenia było jak dotąd nieosiągalne dla wzmacniaczy SE. Odpowiednie umiejscowienie transformatora zasilającego w stosunku do separujących spowodowało z kolei obniżenie szumów własnych na wyjściu do niemierzalnego poziomu, a zaawansowana elektronika stabilizująca zapewnia redukcję szumów zewnętrznych i przydźwięku. Ten ostatni zarówno na wyjściu głośnikowym jak i słuchawkowym osiąga poziom -110 dB dla 1 W i obciążenia 8 ohm, co odpowiada wielkości 15-20 μV dla częstotliwości 50 Hz. W przeciwieństwie do większości wzmacniaczy typu SE, gdzie wysterowanie lamp sięga nierzadko 150 % ich mocy znamionowej, powodując ekstremalne nagrzewanie, V 16 dysponuje trójstopniowym układem wysterowania, który dopasowuje poziomem automatycznie w zakresie od 30 do 100 %, zależnie od obciążenia współpracujących głośników lub słuchawek. Jak łatwo się domyślić, obniża to wydatnie temperaturę pracy lamp i wydłuża ich żywotność. Bonusem jest firmowy tryb Ecomode, dzięki któremu wysterowanie podczas przerw w podawaniu sygnału muzycznego jest redukowane do 30 % i automatycznie powraca do poziomu optymalnego przy wykryciu sygnału. V 16 w wersji fabrycznej jest dostarczany z lampami KT120, lecz istnieje możliwość ich wymiany na KT88, KT150, 6550, a nawet EL34. Wzmacniacz wyposażony jest w pilota do sterowania głośnością, a także w złącze do opcjonalnego zasilacza zewnętrznego z modułu Super Black Box. Co ciekawe, oprócz srebrzystej szarości i matowej czerni, V 16 będzie dostępny także w niebieskawo-popielatej wersji kolorystycznej. Cena urządzenia wynosi: 36 900 zł.
Dystrybucja: Nautilus
Opinia 1
Przywrócona jakiś czas temu do łask płyta winylowa ani myśli po raz drugi ustępować pola mediom cyfrowym i z wydawałoby się chwilowej mody przeszła do stabilnego stadium okopywania się na zajętych obszarach audiofilskiej świadomości. Jeśli więc do niedawna można było jeszcze dywagować, czy obsługujące analogowe krążki źródło warto w swym systemie mieć, to w chwili obecnej, o ile nie jesteśmy tylko zdeklarowanymi ortodoksami zdigitalizowanych mediów i świata poza plikami nie dostrzegamy, fakt posiadania choćby podstawowej klasy gramofonu wydaje się być równie oczywisty, jak w latach 70-ych, czy początku 80-ych. Jednak warto mieć świadomość, że gramofon to nie koniec a dopiero początek drogi do czerpania pełnymi garściami z dobrodziejstw zaklętych w płytowych rowkach dźwięków. O ile na początku, od przysłowiowej biedy, można się posiłkować wbudowanymi w przedwzmacniacze i integry układami phonostage’y, to wcześniej, lub później (najlepiej wcześniej) warto rozejrzeć się za odpowiednio wysokiej klasy dedykowanym przedwzmacniaczem gramofonowym. I w tym momencie dochodzimy z jednej strony do clue, czyli tematu dzisiejszej recenzji a z drugiej, chcąc zachować równowagę w audiofilskim ekosystemie pozwoliliśmy sobie na wybór reprezentujący taki a nie inny obóz technologiczny. Jeśli powyższym zdaniem zamiast rozwiać wątpliwości i uchylić rąbka tajemnicy jeszcze bardziej całą sprawę zagmatwałem, to … bardzo dobrze, gdyż właśnie taki miałem zamiar. Summa summarum chodziło mi przede wszystkim o skupienie Państwa uwagi a w przypadku jednostek nieco bardziej dociekliwych, również do małego rekonesansu po ostatnio przez nas recenzowanych konstrukcjach. Oczywiście faktem niepodlegającym dyskusji jest, iż dzisiejszym bohaterem będzie przedwzmacniacz gramofonowy, lecz nawiązując do naszej chęci utrzymania jako takiej równowagi pomiędzy konstrukcjami półprzewodnikowymi i lampowymi po właśnie wyposażonym w szklane bańki McIntoshu MP1100 i tranzystorowym Gold Note PH-10 przyszła pora na kolejnego przedstawiciela obozu bazującego na lampach, czyli amerykańskiego VTLa TP-2.5 SERIES II.
Wbrew szumnym i nieco patetycznym zapewnieniom tak producenta, jak i naszego rodzimego dystrybutora marki – warszawskiego Hi-Fi Clubu o wstępie do wymarzonego High Endu za sprawą tytułowej konstrukcji, pierwszy rzut oka na TP-2.5 SERIES II wydaje się temu przeczyć. Mamy bowiem do czynienia z tak prostą i ewidentnie nawiązującą swą surową estetyką do segmentu pro bryłą, że pomimo najszczerszych i przy tym dobrych chęci, nijak znamion luksusu i ekskluzywności odnaleźć w niej nie sposób. Centymetrowej grubości, wykonany z płata szczotkowanego i anodowanego na czarno aluminium front mieści bowiem jedynie po swej prawej stronie masywny włącznik główny, pojedynczą mini diodę i hebelkowy przełącznik umożliwiający wyciszenie urządzenia. Nawet firmowy logotyp jest li tylko namalowany, kiedy w wersji poprzedniej mógł się pochwalić formą odrębnej tabliczki ze złoconymi literami. Już pal sześć skośnie biegnąca bruzdę, która przełamywała monotonię płaszczyzny. No nic, najwidoczniej ktoś w dziale księgowości uznał, że tak jest lepiej, bo … o kilka centów taniej.
Płyta górna, podobnie jak i boki są solidnie ponacinane, aby ułatwić w miarę swobodną cyrkulację powietrza wewnątrz korpusu, za to na ścianie tylnej panuje zaskakujący spokój. Do wyboru mamy bowiem jedynie parę wejść dedykowanych wkładkom MM, parę dla MC, zacisk uziemienia i pojedyncze wyjścia liniowe. Koniec. Jednak wbrew pozorom nie mamy do czynienia z w pełni automatyczną konstrukcją w stylu Tellurium Q Iridium, bądź Phasemation EA-1000, gdzie wszystkie nastawy robią się same, lecz stanowiącą zaprzeczenie ergonomii i zdrowego rozsądku a zarazem kontynuację wielce niepokojącego trendu reprezentowanego przez Octave Phono Module. Mowa bowiem o smutnej i żmudnej konieczności rozkręcania phonostage’a przy każdorazowej zmianie wkładki (chyba, że będziemy wybierali modele o takich samych parametrach i wymaganiach). Jeśli komuś w tym momencie wydaje się, że marudzę i z czystej, wrodzonej złośliwości szukam haków na VTLa, żeby mu po prostu dokopać, to nie wiem jak Państwo, ale ja znam setki, jeśli nie tysiące przyjemniejszych rzeczy aniżeli wykręcanie i ponowne wkręcanie dwudziestu śrub mocujących zintegrowaną z bokami płytę górną tylko po to, by zmienić tryb pracy z MM na MC, ustawić wzmocnienie i impedancję za pomocą stosownych zworek. Może i dla statystycznego melomana tego typu zabiegi mają charakter czysto okazjonalny i wykonywane są jedynie w przypadku wyzionięcia ducha przez eksploatowaną przez lata pojedynczą wkładka, lecz dla recenzenta to najdelikatniej mówiąc dość irytujący mankament, żeby nie określić tego dosadniej.
Wnętrze w ¾ powierzchni wypełnia solidny zielony laminat z czterema lampami i baterią kondensatorów a kolejną płytkę drukowana umieszczono już prostopadle do podstawy a równolegle do ściany tylnej. Uwagę zwraca całkiem solidny, oddzielony od pozostałych komponentów, prowizorycznym ekranem transformator toroidalny i filtr sieciowy Schaffner FN2350Y-2-06. W stopniu wzmocnienia MC pracuje podwójna trioda 12AU7, a w MM dwie, również podwójne 12AX7. Na wyjściu znalazła się za to lampa 12AT7. Jak już zdążyłem napomknąć zmian ustawień dokonujemy poprzez przepinanie stosownych, dokładnie opisanych i zaznaczonych na zawartych w instrukcji obsługi ilustracjach zworek.
Pomijając upierdliwości natury nastawczej codzienne użytkowanie VTL-a nijakich przykrości już nie sprawiało. Wystarczyło go tylko włączyć, poczekać kilkadziesiąt sekund aż układy się ustabilizują a dioda na froncie z pulsującej przejdzie na emisję ciągłą i już można było zapomnieć o bożym świecie. Za ów stan zapomnienia odpowiada swoboda, dynamika i typowo lampowe nasycenie, oraz gładkość TP-2.5. W dodatku w samych superlatywach wypadałoby opisać tak rozdzielczość, jak i zdolność zapanowania nad wieloplanowością kreowanej sceny. Nie problem bowiem umieścić muzyków hen za linią głośników i sprawić, że ostatnie rzędy orkiestry będą zlewały się z linią horyzontu, lecz cały myk polega na tym, aby zgodnie z zasadami perspektywy całość poddawana była proporcjonalnej do odległości od miejsca odsłuchowego gradacji. Taki nad wyraz udany miks precyzji, rozdzielczości i dynamiki świetnie sprawdzał się zarówno w wielkiej symfonice – wgniatające w fotel japońskie tłoczenie (RCL-1517) „Symphony No. 6 „Pathétique”” Czajkowskiego pod batutą Leopolda Stokowskiego, czy składanka najpiękniejszych fragmentów chóralnych z oper Giuseppe Verdiego w wykonaniu Coro e Orchestra del Teatro alla Scala pod batutą Claudio Abbado i Romano Gandolfiego, jak i klasyce rocka w stylu „The Wall” Pink Floyd, czy „Amused to Death” Watersa. Swoje przysłowiowe trzy grosze dorzucała jeszcze wszechobecna lampowość, w związku z powyższym o wysycenie średnicy, czy też dopalenie, dosaturowanie wokali nie trzeba było się martwic, gdyż ww. atrakcje dostawaliśmy w bonusowym pakiecie wraz z całym dobrodziejstwem amerykańskiego inwentarza. Co ciekawe w pierwszej chwili i porównując z innymi – tranzystorowymi wzmacniaczami można było odnieść wrażenie, że VTL gra zauważalnie ciemniej, lecz po jakimś czasie okazywało się, iż to tylko pochodna owej lampowej estetyki i dbałości o odpowiednie, miłe uszom słuchaczy zaakcentowanie przełomu średnicy i basu, gdyż o ile ciemniej utożsamiane jest z większą, bądź mniejszą utratą szczegółów i niuansów, to akurat w tym wypadku nic takiego nie miało miejsca. Jako dowód polecę minimalistyczne i nad wyraz przestrzenne, spotkałem się też z opiniami, że wręcz chłodne, wydawnictwo „Vägen” Tingvall Trio, gdzie ilość zawartego w nagraniach audiofilskiego planktonu wcale nie została zredukowana a jedynie zyskała nieco bardziej … analogowy wymiar. Podobne odczucia miałem po odsłuchu naszej rodzimej płyty „SMOLIK / KEV FOX” duetu Smolik, Kev Fox, gdzie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki udało się VTLowi praktycznie całkowicie zminimalizować irytujący zazwyczaj cyfrowy nalot i dość wyraźną kompresję. Rockowy charakter został jednakże zachowany a jedynie wyrugowaniu poddano pasożytnicze artefakty zaburzające rzeczywisty obraz kompozycji. Powiem nawet więcej. Otóż z tytułowym phonostagem w torze odsłuch ww. krążka stawał się całkiem sugestywną namiastką i impulsem do uruchomienia lawiny wspomnień z niesamowitego koncertu Andrzeja i Keva w Studiu U22. Czy potrzeba lepszej rekomendacji?
VTL TP-2.5 SERIES II to istny dwulicowy Dr. Jekyll & Mr. Hyde. W dodatku w zależności od tego, czy bliżej nam do obozu melomanów, czy też nader często targają nami ataki audiophilii nervosy będziemy go postrzegali w zupełnie innym świetle. Z jednej bowiem strony, jak na swoją cenę, gra wprost nieprzyzwoicie dobrze, lecz jeśli zbyt często będziemy zmuszeni do jego rozkręcania może się okazać, iż zamiast miłości zapałamy do niego uczuciem równie intensywnym, lecz o przeciwnym wektorze – czyli nienawiścią. Ze swojej strony mam jednak pewną i w dodatku skuteczną,sprawdzoną empirycznie, aczkolwiek niekoniecznie zgodną z przepisami HP i ppoż radę. Jeśli dacie się zauroczyć brzmieniu VTLa a jednocześnie lubicie często żonglować wkładkami, to … po pierwszym rozkręceniu zostawcie przedwzmacniacz właśnie w takim nieco „rozbabranym” stanie. Jeśli tylko zachowacie odrobinę zdrowego rozsądku i ostrożności a przy tym będziecie mieli na niego oko zmiany nastaw mogą okazać się zdecydowanie szybsze i mniej kłopotliwe niż jakby mikroprzełączniki znajdowały się na ściance tylnej, bądź na spodzie urządzenia. I w tym momencie, w ramach podsumowania, trudno mi będzie znaleźć jakikolwiek argument żeby Państwu VTLa TP-2.5 SERIES II gorąco nie polecić i szczerze go nie rekomendować.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Przedwzmacniacz liniowy: Air Tight ATC-2; Gato Audio PRD-3S
– Wzmacniacze mocy: Air Tight ATM-2; Gato Audio PWR-222
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Nie wiem jak Państwo, ale osobiście, będąc w miarę zdrowym (przynajmniej na ciele) nie martwię się na zapas o ogólnie pojętą przyszłość, każdorazowo ciesząc się, gdy co jakiś czas w moim recenzenckim bycie zdarzają się dłuższe mitingi z hołubionymi przeze mnie komponentami domeny analogowej. Co mam na myśli? Nawet niezobowiązująco przeglądając nasze ostatnie testy wyraźnie widać, iż w niedalekiej przeszłości mieliśmy przyjemność zmierzyć się z dwoma, nad wyraz ciekawymi przedwzmacniaczami gramofonowymi. Tymczasem okazuje się, że oprócz dzisiejszej relacji ze sparingu z trzecim z kolei phonostagem w przygotowaniu jest jeszcze starcie z wkładką gramofonową, a na horyzoncie materializuje się kolejna analogowa zabawka, której tożsamości dla utrzymania nutki tajemniczości na razie nie zdradzę. Po tej wyliczance chyba przyznacie mi rację, że nieobliczalność losu ma czasem i dobre strony. Ale wracajmy do clou spotkania. Jak zdążyłem nadmienić, kreślony obecnie tekst jest relacją ze spotkania z bardzo ważnym elementem toru opartego o gramofon, czyli wzmacniającym bardzo delikatny, a przez to podatny na zniekształcenia, sygnał z wkładki gramofonowej jakim jest phonostage. Ale ale, to nie koniec ciekawych informacji, gdyż na tapetę trafił nie pierwszy lepszy z brzegu zawodnik, tylko gość zza wielkiej wody, który dodatkowo może pochwalić się zaprzęgnięciem do pracy bardzo związanej z dźwiękiem poczciwego drapaka techniki lampowej, co wielu melomanom dodatkowo powinno przyspieszyć rytm serca. O kim mowa? Panie i panowie, mam przyjemność oznajmić, iż tym razem nasze skromne progi zaszczycił amerykański VTL TP-2.5 SERIES II, a jego wizytę zawdzięczamy warszawskiemu Hi-Fi Clubowi.
Jak wygląda tytułowy przedstawiciel rodziny lampowców? Myliłby się ten, kto sądziłby, że konstruktorzy postawili na mamienie użytkownika szklanymi bańkami, gdyż ogólnie rzecz ujmując mamy do czynienia z typową dla urządzeń tranzystorowych skrzynką. Owszem, jej dach najeżony jest podłużnymi blokami poprzecznych otworów wentylacyjnych, ale bez wiedzy, iż na pokładzie mamy lampy elektronowe, testowany produkt wiązalibyśmy raczej z techniką półprzewodnikową. Wspomniana obudowa może z lotu ptaka nie jest jakoś szczególnie urodziwa, jednak w trosce o przynajmniej dla użytkownika cieszący oko wygląd front panel TP2.5 wykonano z grubego płata drapanego aluminium. Ten z racji pracy z raz wybranymi dla danej wkładki wartościami wzmocnienia i obciążenia (to wybieramy wpięciem zworek w odpowiednie miejsca wewnątrz urządzenia po odkręceniu górnej części obudowy) nie posiada widocznej baterii manipulatorów, tylko na prawej flance włącznik główny, diodę sygnalizującą działanie i hebelkowy przełącznik trybu pracy: RUMBLE, OPERATE, MUTE, a na zewnętrznych rubieżach po dwie z każdej strony delikatnie zagłębione śruby montażowe. Skok na tył urządzenia również nie przysparza długiej listy informacji. Znajdziemy tam, patrząc od lewej strony: osobne gniazda zasilania i bezpiecznika, pojedyncze wyjście liniowe RCA, wejścia dla sygnału z wkładek MM i MC i z prawej strony zacisk uziemienia. Przyznacie, że zaproponowany do oceny produkt nie poraża ilością ozdobników i zbędnych funkcji. Ale według mnie to bardzo dobry znak, gdyż dbałość o główny cel, jakim jest dobry dźwięk przy unikaniu przesadnego uzbrajania w zbędne dla analogowca dodatków typu: przedwzmacniacz liniowy, słuchawkowy, czy nawet przetwornik cyfrowo-analogowy już na starcie bardzo dobrze rokuje. I choćby za to amerykańskiej myśli technicznej należy się niezobowiązujący mały plusik.
Jak gminna (czytaj audiofilska) wieść niesie, produkty VTL-a najczęściej kojarzone są z bardzo szybkim, dobrze rysowanym w domenie ostrości kreski światem źródeł pozornych i pełnym oddechu, a przez to wszystko bardzo bliskim tranzystorowemu dźwiękiem. To oczywiście nie jest żadną wadą, a powiedziałbym nawet, iż biorąc pod uwagę rzetelność oddania dobrej jakości fonii ewidentną zaletą, ale z niezobowiązujących rozmów wiem, że lampiarze w konstrukcji ze szklanymi bańkami wolą zdecydowanie większą ich sygnaturę. Ja jednak po zapoznaniu się z kilkoma produktami z tej stajni stwierdzam jednoznacznie, to mimo mniejszej krągłości fraz muzycznych niż ogólnie przyjęte, niepisane normy nadal jest pełnoprawna lampa i bez względu na konsekwencje będę tego zdania bronił niczym Reytan. Dlaczego? I tutaj dochodzimy do sedna, czyli relacji z poczynań naszego bohatera w starciu z posiadaną przeze mnie Therią. Pierwsze co po wpięciu w tor TP 2.5 rzuca się w przysłowiowe ucho, to będąca pochodną lamp elektronowych dobrze osadzona w gładkości i masie średnica. Ba, wbrew pokutującym opiniom (cherlak w dziedzinie wysycenia) kilkukrotnie miałem wrażenie, że zakres basu momentami był zbyt obfity. Jednak nie szukałbym winnych tego stanu rzeczy w samym urządzeniu, tylko być może w przecież już wiekowych, bo wydanych w epoce świetności winylu starych realizacjach, co dla zdroworozsądkowo myślącego melomana jak najbardziej ma rację bytu. I tak prawdę mówiąc dobrze, że podobne niuanse miały miejsce, gdyż bezwzględna eliminacja takich artefaktów świadczyłaby o całkowitym wyzbyciu się cech lampy przez testowany produkt, co przeczyłoby sensowi jej powstania. Tutaj mamy zachowany całkowity konsensus pomiędzy panowaniem nad każdą nutą i w nie do końca dobrze zrealizowanych utworach wplataniem tak ważnych dla nas niuansów starego nośnika z lampowym nalotem w tle. Ale nie traktujcie tego co dotychczas napisałem jako zachowań notorycznych, gdyż wspominałem jedynie o potwierdzających przynależność do pewnej grupy produktów pojedynczych przypadkach, a nie nadrzędnej tendencji. Zatem co takiego jest myślą przewodnią tego phonostage’a? Już zdradzam. Przy całej otoczce zaprzęgniętych do pracy zamkniętych w szklanych słoikach wolnych elektronów VTL TP2.5 jest orędownikiem sporego oddechu prezentowanej muzyki. I według mnie połączenie przed momentem wynotowanych, a wynikających z użytej technologii niuansów brzmieniowych z pełnym witalności budowaniem brył na wirtualnej scenie jest na tyle wyśrubowaną w dobrym tego słowa znaczeniu cechą, że dla wielu konkurentów może okazać się bardzo trudnym, nawet nie do przeskoczenia, ale rzekłbym choćby do dogonienia poziomem jakości i wyrafinowania. Owszem, znajdą się delikwenci twierdzący, iż lampa ma grać krągło i miło, ale sądzę, że będą to albo jej ortodoksyjni fani, albo zwyczajnie niezbyt osłuchani, stawiający pierwsze kroki w dziale High End adepci dobrego dźwięku. Innej opcji nie widzę. A co to oznacza dla konkretnych produkcji muzycznych? Oczywiście zwyczajowo zrobiłem przegląd bardzo oddalonych od siebie nurtów od jazzującej Diany Krall, przez pełne szaleństwa AC/DC, po pokazującą kunszt wokalistów w kubaturze kościelnej twórczość okresu Baroku. I gdybym miał przybliżyć pewne, ciekawie wypadające symptomy każdej z tych pozycji, za każdym razem w zdecydowanej przewadze byłyby pochwały aniżeli niedociągnięcia. Jak to? Przy gładkim środku i ogólnej świeżości było pole do jakiś utyskiwań? Powiem tak. Może nie były to wady jako takie, gdyż trochę czepiałem się na siłę, ale gdy barwny i czasem soczysty środek ma pozytywny wpływ na wszelkie wokalizy i wysycenie mniejszych instrumentów strunowych, to już wymagające ostrzejszej krawędzi sporej wielkości kontrabasy i szybkość oddania stopy perkusji potrafiły pokazać spowolnienie ataku i utratę krawędzi. Minusy z innej beczki? Proszę bardzo. Spójrzmy na budowanie emocji podczas prezentacji materiału sakralnego. Owszem, wgląd w panującą podczas rejestracji tego wydarzenia atmosferę jest mile widziany, ale czasem nasz amerykański wojownik potrafił tak dokładnie zaprezentować wszelkie artefakty pogłosu i mimiki każdego z artystów, że nie wiadomo kiedy, ale ginął duch tej muzyki. A przecież ona ma za zadanie wprowadzić nas w stan kontemplacji, a nie zmuszać do analizy wydarzeń. Oczywiście wszystkie przykłady nieco przejaskrawiałem, ale na pułapie cenowym jaki okupuje testowany VTL, wszelkie niuanse dla potencjalnego nabywcy są na wagę złota, dlatego też w trosce o nich wyznałem wszystko jak na spowiedzi. Niemniej jednak Wasza wyrobiona na podstawie dzisiejszego testu ogólna opinia powinna być przepuszczona przez delikatnie uśredniający każdy z przypadków filtr, inaczej produkt może zostać przez Was skrzywdzony, a zapewniam, to jest bardzo dobry phonostage.
Patrząc przekrojowo na już trzeci w ostatnim czasie opisywany przedwzmacniacz gramofonowy muszę się przyznać, iż ten ostatni jest najbliższy mojemu sercu. Naturalnie główny powód to idąca w parze z żądaną za niego kwotą jakość generowanego dźwięku. Dobra rozdzielczość, szeroka i głęboka wirtualna scena muzyczna i ogólnie panujący na niej spokój były tym, czego wymagam od mającego zadowolić mnie produktu, a co tytułowy Jankes spełniał bez jakichkolwiek problemów. Ale to nie wszystko. Przy zbieraniu wszelkich za i przeciw nie mogę nie wspomnieć o roli może nie w pełnej sygnaturze, ale jednak mającym swoje do powiedzenia umiejętnie wkomponowanym smaku lampy w przekazie muzycznym. Kiedy wymagał tego materiał nutowy, szklane bańki potrafiły czarować, a gdy niezbędnym okazywała się świeżość realiów wydarzenia, TP2.5 VTL-a bez problemu napowietrzało wirtualną scenę muzyczną wyraźnie pokazując przy tym, że przejście z jednego stanu w drugi nie jest dla niego jakimś karkołomnym zadaniem, tylko wpisaną w jego portfolio umiejętnością. I gdy dodam, iż to potrafią tylko najlepsi, dalsze zachwalanie wydaje się być zbędne. Tak więc nie pozostało Wam nic innego, jak wykonanie telefonu do dystrybutora, aby nausznie przekonać się, czy po drodze Wam z taką prezentacją poczciwego winylu. Jedno jest pewne, będzie co najmniej ciekawie.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Cena: 11 500 PLN
Dane techniczne:
Lampy: MC 1x12AU7, MM 2x12AX7 i 1x12AT7
Gniazda wejściowe: MC 1 para RCA, MM 1 para RCA
Wzmocnienie: MC 56 lub 62 dB, MM 42 dB
Impedancja wyjściowa: 425 Ω
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 50 kHz (+0 -1dB)
Maksymalny poziom wyjściowy: 20 V przy <1% THD
Impedancja wejściowa: MC przełączalna: 100 Ω, 250 Ω, 470 Ω, 1 kΩ, 4 kΩ, 47 kΩ;
MM przełączalna: 47 kΩ, 100 kΩ
Minimalny rekomendowany poziom wyjściowy wkładki: MC 0,2 mV, MM 1,5 mV
Stosunek S/N: MC 50 dB,MM 56dB
Separacja kanałów: > 50dB (20Hz – 20 KHz)
Pobór mocy: 25 W
Wymiary (Sz. x Gł. x Wys.): 48,25 x 35,5 x 9,5 cm
Waga: 10 kg
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
ProAc rozszerza swoją gamę produktową o nową konstrukcję. Reponse DT8 jest wolnostojącym modelem wykorzystującym unikatowe rozwiązanie, w którym dwa z trzech przetworników pracują w tandemie, a cała konstrukcja zachowuje 2-drożny układ.
ProAc to niezwykle ceniony producent kolumn głośnikowych, który sławę zawdzięcza perfekcyjnie dopracowanym konstrukcjom gwarantującym bardzo wysoki poziom wierności odwzorowania dźwięku. Do najbardziej cenionych głośników tego brytyjskiego producenta należą modele z serii Response, która teraz poszerzona została o najnowszą kolumnę wolnostojącą Response DT8.
Już przy pierwszym kontakcie model ten, podobnie jak inne konstrukcje firmy ProAc, przykuwa uwagę dbałością o szczegóły. Wysokiej jakości materiały współgrają z perfekcyjnym wykończeniem i przemyślanymi rozwiązaniami. Przykładem tych ostatnich jest m.in. umieszczenie wylotu systemu bass-reflex w podstawie, dzięki czemu kolumna może stać blisko ściany lub w narożniku pomieszczenia – bez wpływu na jakość dźwięku.
Jednak tym, co decyduje o wyjątkowości modelu Response DT8, jest wykorzystanie niestandardowego rozwiązania. Konstruktorzy zastosowali dwie 165-milimetrowe jednostki nisko/średniotonowe. Pracują one w tandemie, a specjalnie zaprojektowana zwrotnica dba o perfekcyjnie dopasowanie do siebie dwóch różnych materiałów membran. Jeden z przetworników wykorzystuje membranę z masy mikowej i gwarantuje niesamowity bas. W drugim pracuje polipropylenowa membrana, która pozwala cieszyć się szczegółowym, pozbawionym podkolorowania brzmieniem zakresu średniotonowego.
Obsługiwane zakresy częstotliwości są inteligentnie nakładane na siebie poprzez nową zwrotnicę, której projekt opracował Stewart Tyler. Dzięki przemyślanej konstrukcji z łatwością integruje ona zakres wysokotonowy obsługiwany przez 25-milimetrowy tweeter z pozostałymi odtwarzanymi częstotliwościami. W efekcie projektanci stworzyli 2-drożną kolumnę głośnikową. Przetwornik wysokotonowy z miękką kopułką umieszczony jest pomiędzy dwoma pozostałymi głośnikami i przesunięty w stosunku do centralnej osi pionowej na przedniej ściance.
Kolumny głośnikowe ProAc Response DT8 już są dostępne w sprzedaży. Poglądowa cena detaliczna modelu z wykończeniem czarny jesion, mahoń, wiśnia, klon i dąb wynosi 6249 zł za sztukę. W przypadku wersji z wykończeniem premium, heban oraz różany, cena jest o 1000 zł wyższa i wynosi 7249 zł za sztukę.
Dystrybucja: Audio Klan
Już od drugiej połowy sierpnia bieżącego roku do sprzedaży na terenie Polski trafi najnowszy wzmacniacz zintegrowany powszechnie szanowanej norweskiej marki Hegel Music Systems. Nowy wzmacniacz otrzymał symbol H90 i jest on bezpośrednim następcą, uważanego przez wielu za kultowy, modelu H80.
W stosunku do swojego utytułowanego poprzednika, Hegel H90 został przede wszystkim wzbogacony o wejście cyfrowe typu LAN RJ45, dzięki któremu wzmacniacz posiadł nie tylko funkcję odtwarzacza strumieniowego, ale również w pełni współpracuje z technologią Airplay ® firmy Apple. Rozwiązania te idąc zgodnie z aktualnymi trendami rynku audio zdecydowanie ułatwią integrację urządzenia z systemami stereo i kina domowego nowoczesnych i wymagających konsumentów.
Zmianie uległa również moc, jaką dysponuje najnowszy produkt norweskiego producenta. Teraz w zamiana dotychczasowych 75W znanych z modelu H80, projektanci Hegla postanowili zaimplementować stopień wzmacniający o sile 60W na kanały przy 8 Ω oporności. Choć mogło by się to wydawać ograniczeniem, to biorąc pod uwagę zastosowanie najnowszej rewizji autorskiej i opatentowanej technologii SoundEngine2, rzeczywiste umiejętności napędzania wymagających zespołów głośnikowych H90 mogą się okazać wyższe od swojego uznanego poprzednika. Producent deklaruje w swoim nowym dziele współczynnik tłumienia na poziomie ponad 2000, co jest wynikiem blisko dwudziestokrotnie lepszym od średniej prezentowanej przez konkurencyjnych producentów, oraz dwa razy lepszym od wspomnianego H80.
O wysokiej wartości nowej integry rodem z krainy fiordów świadczy fakt wyposażenia jej w całą gamę wejść tak cyfrowych, oraz analogowych. Z pomocą jednego wejścia coaxial S/PDIF, wspomnianego już LAN RJ45, jednego USB, oraz aż trzech optycznych S/PDIF. Tak bogata gama złączy umożliwi szczęśliwemu nabywcy łatwe scalenie całego domowego centrum rozrywki wokół prostej i nowoczesnej platformy, jaką bez wątpienia jest H90. Kolejnymi argumentami popierającymi tą tezę jest możliwość skonfigurowania dostępnych dwóch par wejść analogowych RCA w tryb Home Theater o stałej, maksymalnej sile głosu. Dzięki temu H90 może pełnić rolę końcówki mocy, kontrolowaną przy pomocy innego urządzenia, jak DAC, streamer czy amplituner kina domowego. Nowy Hegelzostał również wyposażony w wyjście analogowe RCA typu viarable, dzięki któremu możemy kontrolować głośność innego wzmacniacza czy też końcówki mocy.
Dodatkowo Hegel H90 może się pochwalić implementacją wysokiej jakości wyjścia słuchawkowego, które zapewnia pełną kontrolę nad nawet najtrudniejszymi konstrukcjami o nominalnej impedancji wynoszącej nawet 600 Ω. Wyjście jack 6,3mm znalazło swoje miejsce na froncie urządzenia, tuż obok nowoczesnego wyświetlacza wykonanego w technologii OLED, wyświetlającego wszystkie informacje w czytelnym, białym kolorze.
Na koniec warto zwrócić uwagę na dołączenie do urządzenia nowego, wygodnego i funkcjonalnego pilota RC10, który umożliwi łatwe przejęcie kontroli tak samym H90, jaki i pozostałymi komponentami domowego systemu Hi-Fi.
Cena nowego wzmacniacza wynosić będzie 7390 PLN.
Wyłącznym dystrybutorem marki Hegel Music Systems na terenie Polski jest firma: Camax
Specyfikacja techniczna:
Moc wyjściowa: 60W na kanał / 8 Ω
Minimalna oporność głośników: 2 Ω
Wejścia analogowe: 2 x RCA
Wejścia cyfrowe: 1 x coaxial S/PDIF, 3 x optical S/PDIF, 1 x USB, 1 x Ethernet
Wyjście analogowe: 1 x RCA, viarable
Pasmo przenoszenia: 5Hz – 100kHz
Poziom przenikania kanałów: < -100dB
Poziom zniekształceń: < 0.01% / 25W 8 Ω / 1kHz
Intermodulacja: < 0.01% (19kHz + 20kHz)
Współczynnik tłumienia: > 2000
Wymiary: 8cm x 43cm x 31 (HxWxD)
Waga: 11kg
Opinia 1
Zgodnie z deklaracjami poczynionymi podczas relacji z polskiej premiery przewodów zasilających Siltech Triple Crown & Crystal Cable Ultimate Dream mamy niewątpliwą przyjemność poinformować Państwa, że po dłuższej chwili oczekiwania „słowo ciałem się stało” i pierwsza transza holenderskiej audio-biżuterii zagościła w naszych skromnych progach. Zamiast jednak prowadzić bratobójczy pojedynek i próbować skonfrontować ze sobą oba ww. brzydko mówiąc „druty” postanowiliśmy nieco ostudzić emocje i doskonale zdając sobie sprawę, że nic tak nie podnosi ciśnienia jak właśnie high-endowe przewody zasilające uznaliśmy, że tego typu ekstrema należy dozować z rozwagą i iście aptekarską dokładnością. Dlatego też kierując się troską o serca naszych Drogich Czytelników i zasadami savoir-vivre pierwszeństwo przypadło marce znajdującej się pod opieką Gabi Rijnveld, czyli Crystal Cable i topowym przewodom zasilającym The Ultimate Dream Power, których cztery sztuki dotarły do nas dzięki uprzejmości krakowsko – warszawskiego Nautilusa.
Bynajmniej żadną tajemnicą nie jest, że zarówno za wyrobami Crystal Cable, jak i Siltecha stoi nie kto inny jak Edvin Rijnveld a oba byty prowadzone są równolegle w ramach typowo rodzinnego przedsięwzięcia. Dlatego też, choć produkcja odbywa się w tej samej fabryce w Elst i przestrzeń biurowa w imponującym World Trade Centre w Arnhem jest wspólna, używając marketingowego żargonu ich „target” nieco się różni i nikt nikomu w drogę nie wchodzi a jeśli tylko Klient ostatecznie zdecyduje się na Crystala zamiast Siltecha, bądź na odwrót, to nikt z tego powodu nie będzie rozpaczał, gdyż i tak, i tak wszystko zostanie w rodzinie.
W przeciwieństwie do Triple Crowna, nad którym powinniśmy poznęcać się już za dosłownie chwilę, zasilający Ultimate Dream sprawia zdecydowanie mniej przytłaczające wrażenie. Można wręcz uznać, że ma w sobie coś niezaprzeczalnie jubilerskiego i … kobiecego. Mówiąc prosto z mostu jest po prostu ładny i to urodą nienachalną a jednocześnie jasno dającą do zrozumienia o swojej bezdyskusyjnej ekskluzywności. Podkreśla to już samo opakowanie, które zamiast konwencjonalnego, kartonowego pudełka przybrało formę porytej intrygującym „włosiem” walizeczki. Sam przewód jest dość skomplikowaną a przy tym wiotką plecionką o srebrno-złotym zabarwieniu z umieszczoną od strony odbiornika ozdobną złoto-chromowaną mufą i został zaterminowany modyfikowanymi japońskimi, topowymi wtykami Oyaide z serii F1. Jeśli zaś chodzi o jego budowę wewnętrzną, to w tym wypadku mamy do czynienia z wiązką siedmiu, podwójnie ekranowanych drutów solid-core. Sześć z nich to monokrystaliczne srebro a siódmy – centralnie umieszczony,, jest srebrno-złoty i pełni rolę przewodu masy. Również ich ekranowanie wykonano ze złoconego, monokrystalicznego srebra i z monokrystalicznej, srebrzonej miedzi a jakby było tego mało izolację stanowi podwójna warstwa Kaptonu wraz z PEEK (PolyEtherEtherKetone).
A jak tytułowa biżuteria gra? Bo przecież wbrew pozorom i zdaniu wszystkich tych co nie słyszeli, kontaktu z tym, bądź nawet nie tyle podobnej, co jakiejkolwiek klasy przewodem nigdy nie mieli, ale głoszą prawdy objawione, choć tak po prawdzie wyssane z palucha i to niekoniecznie pierwszej czystości, kable zasilające wpływ na brzmienie urządzeń z ich pomocą zasilanych wpływ mają i basta. Jeśli zatem dobrnęliście Państwo do tego momentu, to znaczy, że zamiast usilnie próbować sobie wmawiać, że coś nie gra, skoro gra, wolicie ufać własnym zmysłom i sami decydować o tym co w waszym torze audio się znajdzie a co nie. I wiecie co? Nie wiem, czy zepsuję komuś niespodziankę, czy nie, ale bez zbędnego stopniowania napięcia śmiem twierdzić, że … Crystal Cable Ultimate Dream znaleźć się powinien. Powodów jest kilka. Po pierwsze pomimo mało imponujących gabarytów, czy też podatności na zginanie porównywalnej do pręta zbrojeniowego, przewód ten swoją żywiołowością, chęcią do grania i dynamiką może wprawić w konsternację niejednego „boa dusiciela” grubości węża strażackiego. W dodatku nie jest to granie bezkształtną, obezwładniającą i niemożliwą do opanowania masą, lecz w pełni kontrolowanym i świetnie zróżnicowanym wolumenem zwartym niczym żelbetowy blok poruszający się z zegarmistrzowską precyzją. Każde uderzenie ma swój atak, właściwą siłę i dokładność sterowanego z serca Pentagonu bojowego drona. Nie dość, że potrafi pojawić się znikąd, to po przeprowadzonym ataku równie błyskawicznie zniknąć. Aby tego doświadczyć najlepiej sięgnąć po coś równie ekstremalnego jak debiutancki krążek supergupy Dead Cross o zaskakującym tytule „Dead Cross” . Obłąkańcze ataki perkusji, za którą zasiadł sam Dave Lombardo i wyrykiwane, niemalże agonalne partie wokalne Mike’a Pattona wraz ze ścianą gitarowych riffów mozolnie tkaną przez basistę Justina Pearsona i gitarzystę Michaela Craina na mniej rozdzielczych przewodach sprawiały dość monotonne wrażenie i po blisko dwudziestu ośmiu minutach, bo tyle właśnie ww. album trwa, można było czuć pewne znużenie. Tymczasem obecność w torze Crystali (jak już zdążyłem zasygnalizować we wstępniaku podczas testów dysponowaliśmy czterema sztukami) sprawiła, iż całość nie dość, że nabrała niesamowitej szybkości i motoryki, to ukazała wielowarstwowość samych kompozycji i to, co do tej pory wydawało się li tylko monolitycznym, piekielnie brzmiącym łomotem okazało się misternie tkanym hardcore -punkowym i heavy metalowym majstersztykiem. Z jednej strony dźwięk był gęsty i świetnie osadzony na basowym fundamencie a z drugiej trudno było uznać go za przyciemniony, czy zaokrąglony. Jedynie najwyższe składowe, oczyszczone z granulacji mogły wydawać się nieco złagodzone, lecz każdorazowo, po nieco bardziej wnikliwej analizie okazywało się, że to nie zaokrąglenie, bądź ich wycofanie, lecz właśnie oczyszczenie z pasożytniczych artefaktów sprawiało, iż brzmiały one zdecydowanie finezyjniej aniżeli z innym okablowaniem.
Mając jednak na uwadze ciężkostrawność powyższego repertuaru jednostkom dysponującym zdecydowanie delikatniejszym podniebieniem muzycznym sugeruję zaprząc do roli materiału testowego fenomenalny duet Raya Browna z Laurindo Almeidą, czyli wydawnictwo „Moonlight Serenade” i jeśli tylko macie Państwo taką możliwość, to najlepiej na winylu. A czemu właśnie na LP a nie CD, bądź plikach spytacie. Otóż biorąc pod uwagę fakt, iż nagrania dokonano w 1981r. w technologii Direct to Disc, czyli na setkę, z praktycznie z zerową reżyserią dźwięku – efekt finalny zawdzięczamy jedynie odpowiedniemu doborowi i ustawieniu mikrofonów.
Crystale nie tylko nie zaburzają, bądź osłabiają słyszalnej między muzykami więzi i tożsamego dla ich wirtuozerii feelingu, lecz to zjawisko intensyfiują. W dodatku precyzyjnie kreśląc krawędzie instrumentów nie zawieszają ich i nie separują w czarnej otchłani, lecz zachowując atłasowe tło pozwalają wzajemnie się przenikać, wchodzić we wzajemne interakcje. Pozostając w tym samym klimacie i tym samym instrumentarium nie odmówiłem sobie również przyjemności przesłuchania „In New York” Rona Cartera i Joela Xaviera, gdzie kontrabas stanowi już jedynie akompaniament dla gitary, ale nadal czaruje i barwą i swym natywnym wolumenem, więc jeśli tylko szukamy ukojenia od codziennego zgiełku w typowo analogowej i niespiesznej estetyce, to jest to pozycja wręcz dla nas wymarzona.
Mając do czynienia z przewodami, które umownie rzecz ujmując wyszły spod kobiecej ręki nie omieszkałem zweryfikować ich wpływu na sposób reprodukcji wokali należących do płci pięknej i szczerze przyznam było to świetne zwieńczenie mojej przygody z Ulimate Dreamami. Bardzo delikatne dopalenie emocjonalne i dosaturowanie głosów Natalie Cole, Niny Simone, czy nawet Mizuho Lin (udzielającej się w brazylijskiej formacji Semblant m.in. na albumie „Lunar Manifesto”) sprawiły, że panie zrobiły pół, bądź nawet cały krok do przodu i zaczęły śpiewać bardziej dla nas.
Crystal Cable Ultimate Dream Power to jedne z droższych przewodów dostępnych na naszym rynku i choć niby nie wypada, czy wręcz nie należy oceniać „książki po okładce”, to już na pierwszy rzut oka widać, że należą one do elitarnego grona produktów, których posiadaniem mogą szczycić się jedynie najzamożniejsi audiofile. Jednak wysmakowane wzornictwo, szlachetne materiały i typowo jubilerskie oblicze metalurgii nie są sztuką dla sztuki a jedynie sposobem, drogą prowadzącymi do określonego i precyzyjnie zdefiniowanego celu. Celu, którym jest jak najwierniejsza reprodukcja naszej ulubionej muzyki i sprawienie, by wreszcie zabrzmiała ona tak, jakby grana była tylko i wyłącznie dla nas.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Przedwzmacniacz liniowy: Air Tight ATC-2
– Wzmacniacze mocy: Air Tight ATM-2
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Z pozycji zwykłego Kowalskiego, jak również zgodzie z ogólnie obowiązującymi prawami fizyki, dzisiejsze spotkanie ocierać się będzie o zapędy stricte szamańskie. Dlatego też już na stracie informuję, iż wszyscy negujący wpływ różniących się od siebie konstrukcyjnie kabli w systemie audio na jego końcowy efekt soniczny (bez zagłębiania się w temat przenoszonych przez nie sygnałów) proszeni są o znalezienie sobie innego, z ich punktu widzenia znacznie ciekawszego, zajęcia. Powód? Banał, gdyż tym razem na portalową tapetę trafił właśnie set okablowania. Mało tego. Nie chodzi nawet o czasem uważane przez niedowiarków za mogące coś wnieść do dźwięku głośnikowe czy interkonekty. W tym odcinku zderzymy z czystą herezją, czyli z drutami sieciowymi. A żeby tego było mało, będzie to sparing z jednymi z droższych konstrukcji na światowym rynku. I nie chodzi mi w tym momencie o wyjadaczy typu: Siltech, MIT, czy Transparent, tylko markę co prawda z tym pierwszym bardzo spokrewnioną, bo prowadzoną przez żonę wspomnianego holenderskiego producenta, która po osobistej konfrontacji nie wiedzieć czemu, jakimś dziwnym trafem pośród osłuchanych audiofilów mimo ewidentnych zalet dźwiękowych nie jest zaliczana do pierwszej ligi tego typu akcesoriów. Zatem jeśli ta informacja nie spowodowała u Was nieodwracalnie negatywnych skutków w psychice, zapraszam na krótką opowieść o tym, jak cztery pięknie się prezentujące holenderskie kable sieciowe, ukrywające się pod handlowym kryptonimem Crystal Power Cable The Ultimate Dream zmieniły oblicze stacjonującego u mnie japońskiego systemu. Gdy zaproszenie zostało przyjęte, na koniec wstępniaka dodam jeszcze, iż wizytę owego kompletu prądowego do celów testowych zawdzięczamy warszawsko-krakowskiemu dystrybutorowi Nautilus.
Aparycja rzeczonych drutów sieciowych nie pozostawia złudzeń. Walory estetyczne natychmiast sugerują, że rola kobiety w tym projekcie biznesowym nie kończy się jedynie na zarządzaniu, ale w kontrakcie znalazł się również podpunkt związany z dbałością o design. Dlaczego? Ja wiem, wygląd kabli jest nieistotny, gdyż zawsze leżą gdzieś na podłodze za szafką. Tymczasem Pani Gabi Rijnveld będąc właścicielem marki dopilnowała, aby bez względu na często nikłe szanse ich wyeksponowania przez potencjalnego klienta choćby podczas implementacji w tor audio zawsze cieszyły jego oko. A jak wyglądają? Ewidentnie widać to na fotografiach. W ogólnym postrzeganiu przoduje jasna, a przez to napawająca optymizmem kolorystyka. Sam element nośny, czyli niezbyt gruby, skręcony z kilku żył srebrny przewodnik ubrano w eksponującą połysk przewodnika przezroczystą koszulkę. Mało tego, tuż przed wtykiem żeńskim, czyli przed wejściem do odbierającego dawkę energii urządzenia zamontowano wykończony matowym złotem owalny pojemnik, w którym skryto będący tajemnicą firmy układ filtrujący. I gdy do tego dodamy zaprojektowane dla CC, wizualnie podobnie do reszty komponentów, mieniące się srebrem wtyki, mamy coś, co nawet jeśli nie wpłynie na dźwięk (lojalnie ostrzegam, z wydawaniem ostatecznych wyroków zalecam poczekać do końca tekstu), z pewnością poprawi nam samopoczucie. Puentując tę część opisu dodam tylko, iż ostatnim namaszczeniem damską ręką tego produktu są wyściełane wewnątrz aksamitem, a na zewnątrz wykończone mieniącą się odcieniami brązu i ciemnego złota panterką transportowe kuferki. Ale to nie koniec ważnych dla klienta informacji. Niestety, w komplecie otrzymujemy coś, co jest wymogiem ostatnich, nasączonych chęcią nieuczciwego zysku czasów, czyli certyfikat autentyczności towaru w postaci karty magnetycznej. To może wydać się śmieszne, ale w dobie, gdy podrabianie praktycznie wszystkiego jest na porządku dziennym, dobrze byłoby mieć pewność, że zakup komponentu za równowartość średniej klasy samochodu nie jest rosyjską ruletką, tylko zabezpieczoną przed przypadkowością transakcją.
Gdy wpinałem tytułowy zestaw okablowania sieciowego w swój tor, byłem bardzo ciekawy, co takiego może się wydarzyć. Przecież to, co obecnie posiadam, jest pewnego rodzaju serią świadomych, kilkuletnich wyborów i przynajmniej teoretycznie rzecz biorąc każdy nowy komponent, a tym bardziej ich pakiet powinien wywrócić moją układankę do góry nogami. I wiecie co? Tak się nie stało. Co więcej, sprawa prezentacji dźwięku, a co za tym idzie wirtualnej sceny za sprawą użycia przedstawicieli jednego modelu okablowania dla całego systemu przybrała bardzo pozytywną, bo wprowadzającą dodatkową spójność grania cechę. Cechę, która z jednej strony dzięki będącej znakiem rozpoznawczym tej serii okablowania dawce gładkości dla wszystkich elementów toru audio w wymiarze symboliki nieco temperowała pracę najwyższych rejestrów, ale za to z drugiej w rozgrywające się przede mną wydarzenia muzyczne tchnęła tak bardzo poszukiwany przez kochających muzykę melomanów spokój. To może wydawać się niedorzeczne, teoretycznie zmniejszamy ilość lumenów na scenie, a mimo to w bardzo naładowanym gęstą średnicą zestawie powodujemy wyraźną poprawę jego brzmienia. Niemożliwe? Niestety możliwe, gdyż dzięki zarezerwowanej dla najlepszych rozdzielczości nadal wszystko jest bardzo czytelnie podane. Jeśli tego nie czujecie, sądzę, że jeszcze wszystko przed Wami, gdyż muzyka nie powinna nas napadać efektem „łał”, tylko sprawiać, iż swoją pozorną bezinteresownością bytu międzykolumnowego mimo woli przykuwać naszą uwagę. Wiem, postradałem zmysły, ale dawno mam za sobą systemy reprodukujące rozedrgane w eterze instrumenty. Obecnie stawiam na wyraźny atak, unikający nadmiernej ekscytacji ton i jego swobodne wybrzmienie do samego końca, bez jakichkolwiek fajerwerków wokół wygenerowanej nuty. Ale nie o tym dzisiaj rozprawiamy, dlatego wracamy do tytułowego okablowania. Idźmy dalej. Wspomniana przed momentem praca w sferze prezentacji wysokich tonów nie jest jedynym pozytywnym zabiegiem testowanych drutów, gdyż w sukurs tak postawionej sprawie idzie lekko rozświetlona wyższa średnica, która natychmiast zwiększa uczucie wyraźniejszego i głębszego budowania bardzo obszernej sceny 3D. Aby założeniom ponadprzeciętności przecież nie tanich kabli stało się zadość, całości wykończenia fenomenalnego pomysłu na dźwięk pomaga delikatnie wzmocniony wyższy bas. Ktoś zapyta: „To w systemie z podobnymi artefaktami wpisanymi w kod DNA szczypta wyższego basu jest w stanie jeszcze pomóc? Przecież ten zakres w nadmiarze zazwyczaj jest idealnym zamulaczem”. I tutaj w teorii macie rację, ale w odniesieniu do oferty Crystal Cable się mylicie. Całą obawę o nadmiar dobroci przełomu basu i środka niweluje przecież otwarcie wyższych partii tego drugiego. To sprawia zaś, że mimo tak chwalonego przeze mnie spokoju generowanej muzyki, ta oferuje bardzo przyjemny w odbiorze drive w postaci odczucia większej niż dotychczas energii materializujących się fal dźwiękowych i co ważne bez jakiegokolwiek spowolnienia. Sam miałem problem z zaakceptowaniem tego zjawiska, ale kilkukrotne próby przełączeniowe z różnorodnym materiałem muzycznym za każdym razem jedynie potwierdzały tę nadającą pożądany sznyt dźwięku mojego systemu cechę. Zatem gdy karty zostały rozdane, próba opisania w jednym zdaniu najważniejszych zalet testowanych The Ultimate Dream brzmiałaby następująco: To są zaskakująco gładko grające, a zarazem bardzo energetyczne kable, które w bardzo wyrafinowanych systemach bez jakichkolwiek strat są w stanie wprowadzić daleki od uczucia nudy spokój słuchanej muzyki. Zatem, jak wytłumaczę sprawę nieco większej iskry z posiadanym przeze mnie okablowaniem? Jest lepiej od propozycji testowej? Z pewnością w wartościach bezwzględnych nie, ale to jest mój świadomy wybór, gdyż na chwilę obecną preferuję trochę bardziej błyszczące blachy, co jednak nie przeszkadza mi przyznać wyższości jakości dźwięku produktowi pokazującemu nieco inne oblicze (Crystal Cable) niż osobiście preferuję. Przecież każdy z nas mimo dążenia do prawdy jaką jest przekaz live, przemierza całkowicie inną, sprawiającą mu przyjemność drogę.
Zdaję sobie sprawę, że oceniany dzisiaj zestaw okablowania zasilającego z racji zajmowanej pozycji w cenniku jest ofertą jedynie dla wybranych. Jednak w swej długiej drodze świadomego audiofila nie raz przekonałem się, iż wysoka cena jako taka nie gwarantuje końcowego sukcesu. Tymczasem jestem bardzo rad, że w tym przypadku żądana za produkt niezła sumka jest wprost proporcjonalna do trochę uciekającej konkurencji oferty sonicznej. Czy widziałbym taki zestaw u siebie? Z całą powagą okupionej sporym wydatkiem decyzji odpowiem, że tak, mimo nieco łagodniejszego sznytu bardzo ważnych dla mnie skrajów górnej części pasma. To są niuanse, a nie radykalne różnice, a pełna akceptacja nie byłaby równoznaczna z siłowym przyzwyczajeniem się do tak prezentowanej muzyki, tylko idąc za wyartykułowaną kilka linijek wcześniej teorią szukania piękna w muzyce przekroczeniem kolejnego stopnia wtajemniczenia. Dlatego też wszyscy, którzy są w stanie wyasygnować sugerowaną przez holenderskiego producenta kwotę, bez względu na stan samozadowolenia z tego co posiadają, powinni spróbować zmierzyć się dzisiejszymi bohaterami. Nawet jeśli coś między Wami nie zaiskrzy, gwarantuję bardzo ciekawie spędzony z muzyką w tle czas. Naprawdę warto.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Nautilus
Cena: 11 900 € / 1,5 m
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 1
Pomimo pełni lata i rozleniwiającego ciepełka zarówno za oknem, jak i wewnątrz naszych domostw (szczęśliwi Ci, co w klimatyzację zainwestowali), postanowiliśmy tematykę przenośno – akcesoryjną odstawić na boczny tor i zająć się głównym nurtem audiofilskich westchnień kierując naszą uwagę ku budzącej jednoznacznie pozytywne skojarzenia Japonii. Kraj Kwitnącej Wiśni od dawien dawna uznawany jest bowiem za jeśli nie kolebkę, to przynajmniej Mekkę większości legendarnych konstrukcji lampowych i ich wiernych akolitów a jak wiadomo lampy to swojego rodzaju esencja i wyższy stopień wtajemniczenia naszego hobby. Urządzenia z choćby śladowym poziomem ulampowienia nie dość, że wyglądają co najmniej intrygująco – poprzez stosowne wyeksponowanie rozżarzonej bańki, to w dodatku potrafią zagrać zdecydowanie bardziej „organicznie” od swoich czysto krzemowych pobratymców. Nie twierdzę, że jest to sprawdzająca się zawsze i wszędzie reguła, ale ujmując rzecz czysto statystycznie szanse na to, że urządzenie lampowe zagra bardziej „lampowo” od tranzystorowego są dość spore i tej wersji się trzymajmy. Pojawia się zatem pytanie, gdzie owe lampy sprawdzą się najlepiej. W stopniu wyjściowym, wejściowym, w końcówce mocy a może tylko w przedwzmacniaczu. Aby się o tym przekonać nie ma jednak co gdybać, tylko trzeba samemu posłuchać, dlatego też tym razem mamy niewątpliwą przyjemność zaprezentować jedną z powyższych opcji w wersji ekstremalnej, czyli nie dość, że dzielonej, to w dodatku opartej na lampach od samego początku do samiuteńkiego końca. Panie i Panowie oto pochodzący z Osaki dzielony zestaw wzmacniający znanej manufaktury Air Tight, czyli przedwzmacniacz ATC-2 i stereofoniczna końcówka mocy ATM-2.
Jak to zwykle w przypadku Air Tighta bywa po raz kolejny, wcześniej cieszyliśmy oczy i uszy potężnymi ATM-211, mamy do czynienia z nader udanym połączeniem minimalistycznego wzornictwa przemysłowego z iście zegarmistrzowską precyzją i typowo japońskim poczuciem smaku. Otrzymujemy zatem zwarte, nieabsorbujące tak wizualnie, jak i gabarytowo bryły, które z powodzeniem sprawdzą się zarówno w nowoczesnych, jak i klasycznie rustykalnych wnętrzach. I tak, idąc zgodnie z kierunkiem przepływu sygnałów pierwszeństwo w opisie przypada przedwzmacniaczowi ATC-2, który swą aparycją niespecjalnie wpisuje się w ekshibicjonistyczne tendencje standardowych lampowców, gdyż oprócz niewielkiego napisu na froncie informującego o szklarni ukrytej w jego trzewiach nic na jego przynależność do czerpiącej z dobrodziejstwa żarzących się w próżni drucików rodziny nie wskazuje. Niby zarówno sam korpus, jak i płyta czołowa mają całkiem sporą wysokość, ale nie od dziś producenci stosują takie zabiegi mające na celu podniesienie pozornej powagi swoich wyrobów serwując nam – odbiorcom masy tzw. „audiofilskiego powietrza”. Skupiając się jednak na razie na froncie warto od razu zaznaczyć, że wszystkich nastaw i regulacji dokonujemy jedynie z jego poziomu i na pilota zdalnego sterowania nie mamy co liczyć. Mamy za to wyraźne rozgraniczenie pomiędzy częścią nastawczą a nazwijmy ją umownie dekoracyjną. I tak mniej więcej 3/4 szerokości przeznaczone zostało na pięć gałek – wyboru źródła, wejścia, przełączania źródła nagrywania, odsłuchu po taśmie, regulacji głośności i balansu, oraz dwa hebelkowe przełączniki – trybu pracy (mono/stereo) i wyciszenia. Nie zabrakło też niewielkiej diody informującej o gotowości urządzenia do pracy, gdy ustabilizują się parametry lamp po włączeniu. Pozostałą ćwiartkę zdobi pozłacana płytka z logotypem producenta, oraz włącznik główny z dedykowaną diodą.
Na ścianie tylnej znajdziemy baterię interfejsów (wszystkie RCA) w takim bogactwie, że nawet wielokanałowe amplitunery mogą czuć się w towarzystwie Air Tighta nieco zakłopotane. Oprócz pięciu par wejść liniowych do dyspozycji mamy dwie pary wyjść i dwie pętle magnetofonowe. Dodatkowo, jak to Japończycy mają w zwyczaju, nie zabrakło zacisku uziemienia. Za ciekawostkę można uznać również trzy amerykańskie gniazda zasilające i wielopinowy terminal zasilający do zewnętrznego modułu phonostage’a – ATE-1 (również lampowy „bibelot” za drobne 14 000 PLN). Podobne rozwiązanie widzieliśmy już w ultra high-endowych Audio Tekne TFA 9501 i TEA 9501.
Po zdjęciu pokrywy i rzucie okiem do wnętrza okaże się, że gdyby nie pionowo umieszczone, uzbrojone w cylindryczne nakładki ekranujące lampy, czyli pracujące w ścieżce sygnału pojedyncza 12AX7 (ECC83) i dwie 12AU7 (ECC82), oraz w zasilaniu – prostownicza 6X4 całość z powodzeniem mogłaby być nieco niższa a i przy nieco innym układzie komponentów redukcji ulec by mogła i tak już niewielka głębokość preampu. Prawą część wnętrza przydzielono zasilaniu z solidnym transformatorem w roli głównej a lewą dwóm niewielkim płytkom drukowanych i selektorowi źródeł połączonemu z dedykowaną gałką długim prętem.
W przypadku gabarytowo zbliżonej do ww. przedwzmacniacza stereofonicznej końcówki mocy ATM-2 żarty kończą się w momencie próby jej podniesienia. Okazuje się bowiem, że ten nad wyraz kompaktowy maluch jest zaskakująco ciężki a jego 32 kg wyraźnie wskazują na brak ingerencji księgowości w jakość zastosowanych traf. A są to trafa nie byle jakie, bo pochodzące od Tamury. Oczywiście występują one w ilości trzech sztuk, z czego dwa są wyjściowe i dostarczone właśnie przez Tamura Seisakusho a jedno zasilające. Skoro jednak zaczęliśmy od technikaliów a nie od opisu aparycji to od razu nadmienię, że moc wyjściową wzmacniacza określono na 2×80 W, co dobrze wróży jeśli o kompatybilność z dostępnymi na rynku kolumnami. Warto również rzucić nieco światła na historię tytułowej końcówki, gdyż kiedy w portfolio Air Tighta zagościł ATM-2 na lampowym rynku trwało całkiem spore zamieszanie związane z pojawieniem się i dynamiczną ekspansją nowej generacji lamp z rodziny KT, czyli 120-ek. Czas jednak płynie nieubłaganie i właśnie przez jego pryzmat i z jego perspektywy patrząc, śmiało można powiedzieć iż był to równie nagły, co krótkotrwały przewrót stanowiący jedynie podwaliny i przygotowujący przedpole do mającego wkrótce nadejść i trwającego do dnia dzisiejszego okresu świetności pisankopodobnych KT150. Czemu o tym wspominam? Cóż, powód jest dość oczywisty, gdyż uzbrojony w cztery KT88 ATM-2 na tle współczesnych konstrukcji może dla postronnego widza wydawać się równie archaiczną konstrukcją, jak nie szukając zbyt daleko klasyczny McIntosh MC275. Wspomniane 88-ki sterowane są przez parę podwójnych triod 12BH7 a na wejściu znajdziemy parę 12AX7, oraz w roli odwracaczy fazy kolejną parę 12AU7. Przy okazji warto zwrócić uwagę, iż 12AX7 zaimplementowane zostały na specjalnych cokołach a wokół nich pozostawiono na tyle miejsca, aby można było dopieścić je poprzez założenie specjalnych, metalowych – ekranujących płaszczy. A skoro jesteśmy przy ekranowaniu, to … płytę spodnią wykonano z miedziowanej blachy stalowej, dzięki czemu zadbano o eliminację zarówno pól elektrostatycznych, jak i zakłóceń wysokoczęstotliwościowych.
Ponieważ ATM-2 nie został wyposażony w układy autobiasu regulacji prądów spoczynkowych lamp dokonujemy manualnie – za pomocą śrubokręta „kręcąc” dostępnymi tuż za lampami wyjściowymi japońskimi potencjometrami Cosmos i w tzw. międzyczasie zerkając na znajdujący się na froncie okrągły, podświetlony na bursztynowo bulaj wskazujący poziom biasu.
Skoro opis natury technicznej mamy już za sobą możemy wreszcie poświęcić chwilkę na kontemplację aparycji tytułowej końcówki a jest na czym oko zawiesić, bowiem w przeciwieństwie do dedykowanego przedwzmacniacza ATM-2 nie tylko swojej proweniencji nie ukrywa, co czyni z niej niezaprzeczalny wabik i atut. Ponadto na utrzymanym w zielono-tytanowej tonacji froncie oprócz wspomnianego bursztynowego oczka z dedykowany przełącznikiem pomiaru lamp i oczywistego włącznika głównego znajdziemy nie tylko złotą tabliczkę znamionową, lecz również … parę wejść liniowych RCA, selektor źródeł (druga para jest na ścianie tylnej) i dwa potencjometry odpowiedzialne za regulację głośności – osobno dla lewego i prawego kanału. Dzięki temu drobiazgowi można, po kilku dniach treningu całkiem sprawnie tytułową końcówkę da się użytkować jako standardową integrę. Jak już zdążyłem nadmienić parę wejść liniowych znajdziemy również na panelu tylnym, gdzie starczyło jeszcze miejsca na zacisk uziemienia i terminale głośnikowe z odrębnymi odczepami dla 8 i 4 Ω obciążenia, nakrętkę bezpiecznika i trójbolcowe gniazdo zasilające EIC.
No dobrze. Trochę podywagowałem nad budową i aparycją tytułowej parki, lecz audiofile to taki dziwny odłam populacji Homo Sapiens, dla którego wygląd i to co siedzi w środku mają znaczenie co najwyżej drugorzędne za to pierwszeństwo zawsze i wszędzie ma brzmienie a dokładnie jego jakość generowana przez konkretny komponent. W przypadku Air Tightów do powyższego zagadnienia można podejść w dwójnasób – traktować jako nierozerwalną całość, bądź jako dwa niezależne komponenty. Dlatego też pozwolę sobie obie opcje pokrótce opisać. Zanim jednak do tego przejdę pragnę od razu Państwa uprzedzić, że jeśli poszukujecie karmelowej słodyczy i nieprzyzwoicie więc rozgrzanej, wybitnie stereotypowo „lampowej” średnicy, to … nie tym razem. Bardzo mi przykro, ale proszę nie liczyć na cuda i umowną „muzykalność” z lamp, które niejako genetycznie takowych cech nie posiadają a właśnie pracujące w stopniu wyjściowym KT88 do takowych należą. Oczywiście jest to moje, wybitnie subiektywne zdanie, ale z rodziny KT jedynie 150ki potrafią ową muzykalnością i słodyczą czarować. Całe szczęście przesaturowanie przekazu i wycofanie względem średnicy skrajów pasma nie jest wyznacznikiem sukcesu i jedyną drogą do audiofilskiej nirwany, więc nie ma co rozpaczać, tylko pogodzić się z faktami i po prosu zacząć słuchać.
W duecie Japończycy stawiają bowiem na zaskakującą równowagę tonalną oraz umiar tak we wspomnianym czarowaniu własną lampowością, jak i rozleniwiającą eufonią. To raczej konkretne i koherentne, rzetelne granie, w którym każdy, najmniejszy element pasuje do misternej układanki i zna swoje miejsce w szeregu. O dziwo szorstkie, rockowe albumy w stylu „Is This The Life We Really Want?” Rogera Watersa i „Spirit” Depeche Mode wcale przez to stonowanie nie tylko nie straciły pazura, co wręcz nabrały odpowiedniej surowości i autentyczności. Jeśli dodamy do tego fenomenalny wgląd w głąb tak nagrania, oraz kreowanej przez lampowce sceny okaże się, że z Air Tightami nie wiadomo kiedy i jakim sposobem znaleźliśmy się bliżej prawdy i nieco studyjnej estetyki niżbyśmy mogli się na wstępie tego spotkania spodziewać. Powiem więcej – nawet taki garażowy staroć, jak „Heartbreak Station” Cinderelli wcale nie został napiętnowany i zmieszany z błotem, lecz całkiem nieźle sobie radził. Co prawda i tym razem cud się nie zdarzył i głębia sceny bardzo niechętnie dawała pole do popisu dla naszych zmysłów, no może z wyjątkiem kilku symfonicznych wstawek, ale słuchało się tego na niesamowitym luzie i bez zbędnych wygórowanych oczekiwań. Na brak powietrza, trójwymiarowości i informującego o panujących podczas warunkach akustycznych pogłosu nie można było natomiast narzekać przy odsłuchu albumu „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda, gdzie gardłowy śpiew na „L’Abbesse” potrafił wywołać u słuchaczy gęsią skórkę.
Wypięcie z toru ATC-2 i ograniczenie amplifikacji do samej końcówki przynajmniej w moim systemie okazało się krokiem w dobrą stronę, gdyż posiadana przeze mnie wersja Preamp + Signature Ayona CD-35 w regulowany stopień wyjściowy została wyposażona, jak i dysponuje w pełni satysfakcjonującą baterią wejść liniowych, więc po prawdzie dodatkowy przedwzmacniacz niespecjalnie jest mi do szczęścia potrzebny. Jednak ad rem. Otóż bezpośrednio dostarczany z 35-ki sygnał dostał przysłowiowego kopa, zniknęła wspominana lekka zachowawczość a i sama przestrzeń zyskała na swobodzie. Bardzo możliwe, że akurat w moim przypadku obecność lamp w źródle, pre i końcówce spowodowała przekroczenie cienkiej czerwonej linii i krytycznej zawartości cukru w cukrze, ale nie podlega dyskusji fakt, iż eliminując ATC-2 efekt finalny bardziej przypadł mi do gustu. Jak się okazało ATM-2 wcale nie potrzebował tonizacji i ucywilizowania, jakie był mu w stanie zaoferować dedykowany preamp a jedynie możliwie czystego i dynamicznego sygnału, by w miarę sprzyjających warunkach rozwinąć skrzydła. Dodatkowo nie straszne okazały się nawet trudne do prawidłowego wysterowania Gaudery a proszę wierzyć, że nawet przez myśl mi nie przeszło stosowanie względem niego jakiejkolwiek taryfy ulgowej, więc niemalże codziennie musiał mierzyć się z wyzwaniami w stylu „S&M” Metallicy, czy „The Fat Of The Land” The Prodigy i to właśnie na drugim z powyższych albumów pokazał swoje mniej cywilizowane, bardziej męskie oblicze trzymając syntetyczny bas w stalowym uścisku i nawet na milimetr nie pozwalając mu na samowolę. Jak na „tylko” 80W można nieźle się zdziwić.
Choć Air Tight ATC-2 i ATM-2 niespecjalnie wpisują się w stereotypowe, lampowe granie trudno nie docenić ich fenomenalnej jakości wykonania, nienachalnego designu i niezwykłej uniwersalności. Oba urządzenia nie próbują na siłę przypodobać się swoim potencjalnym nabywcom, lecz stawiają silniejszy akcent na prawdomówność i transparentność aniżeli odciskanie własnego piętna na reprodukowanym materiale. Dzięki temu szanse na to, że znudzą się nam, lub zaczną irytować za miesiąc, rok, czy dwa uznaję za bliskie zeru a to dobrze wróży na przyszłość i pozwala ze spokojem przejść do poszukiwań dalszych elementów składowych naszego systemu marzeń.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Micromega M-One 100
– Przedwzmacniacz liniowy: Gato Audio PRD-3S
– Wzmacniacze mocy: Gato Audio PWR-222
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Bawiąc się od dobrych kilku lat w recenzowanie komponentów audio znakomicie zdaję sobie sprawę, jak typowemu przedstawicielowi obozu audiofilów z dziecinną łatwością podnieść ciśnienie (w dobrym tego słowa znaczeniu) krążącej w jego żyłach krwi. I nie chodzi tutaj o wychwalanie w tekście przypadkowo posiadanych przez niego urządzeń. Zatem, o co takiego? Dla zwykłego Kowalskiego sprawa wydaje się być banalna, ale dla wspomnianych adeptów dobrej jakości dźwięku zazwyczaj wystarcza, aby w dziale zapowiedzi ukazała się wzmianka, iż na tapetę trafia znany produkt rodem z Japonii. Mało tego, śmiem twierdzić, iż reakcje przyspieszonego bicia serca wywołuje u nich prawie każdy pochodzący z kraju kwitnącej wiśni brand, dlatego chyba nikogo nie muszę uświadamiać, jak blisko palpitacji serca są miłośnicy wywołanej do tablicy, jednej z bardziej rozpoznawalnych na naszym rynku samurajskich marek. Skąd to wiem? Zwykłe prześledzenie ilości odsłon tego newsa natychmiast dało nam z Marcinem do zrozumienia, że czeka nas dość trudne, bo bardzo niecierpliwie wyczekiwane zadanie opisania przysłowiowego obiektu kultu. Przesadzam? Nie sądzę, a jako dowód unikania sztucznego nadmuchiwania recenzenckiej bańki, zdradzę personalia naszego bohatera. którym będzie nie kto inny, tylko japoński producent Air Tight ze swoim zestawem pre-power ATC-2 i ATM-2. Puentując wstępniak z przyjemnością informuję, iż wizytę owego tandemu w naszych progach zawdzięczamy warszawskiemu dystrybutorowi Sound Club.
Nie będę zbyt oryginalny, gdy przypomnę, że produkty z Japonii swoim wyglądem już przy pierwszym kontakcie wzrokowym potrafią nas zauroczyć, ale również całkowicie do siebie zniechęcić. Co prawda wszyscy zdajemy sobie sprawę z zerowego wpływu wyglądu urządzenia na generowany przez nie dźwięk, jednak przyznacie, fajnie jest mieć coś ładnego na swoim audiofilskim ołtarzyku. I tutaj mam dobrą informację, gdyż prezentowany duet przez zdecydowaną większość moich rozmówców postrzegany jest jako coś nietuzinkowego, a dla niektórych wręcz fantastycznego. A co ciekawe, obydwa komponenty mimo wykorzystywania w swoich układach elektrycznych lamp elektronowych do opakowania całości elektroniki wykorzystują całkowicie różny typ obudowy. Jaki? Oczywiście japońscy projektanci koła po raz kolejny nie wymyślili, ale to co zaproponowali pod względem wizerunkowym, według mnie jest istnym majstersztykiem. Aby to w miarę strawnie pokazać rozpocznijmy od końcówki mocy. Ta idąc tropem typowego ”lampiaka” jest niczym innym jak płaską platformą dla usadowienia w jej przedniej części dwóch rzędów szklanych baniek i na zapleczu trzech przyjemnie dla oka ubranych transformatorów. Spoglądając na panel przedni zauważamy przebiegający przez całą szerokość, łamiący odczucie monotonii niezbyt szeroki frez, a pod nim dość bogatą ofertę manipulatorów i przyłączy. Zanim przejdę do wyliczanki, dla niektórych może być to zaskoczeniem, ale dobrą informacją wydaje się być możliwość pracy naszego w założeniach sterowanego przedwzmacniaczem liniowym dawcy mocy jako wzmacniacz zintegrowany. I tak rozpoczynając recytację oferowanych dóbr od lewej flanki znajdziemy: przełącznik wyboru znajdującego się obok, skracającego ścieżkę sygnału wejścia liniowego, dwa pokrętła (osobne dla każdego kanału w opcji integry) VOLUME, a na prawej: okrągły wskaźnik kontroli prądów podkładu dla lamp mocy, selektor wejść i główny włącznik. Ostatnim dotknięciem projektanta tej części obudowy jest centralnie umieszczona złota tabliczka z logo marki i oznaczeniem modelu. Krótki spacer po plecach ATM-2-ki powiadamia nas o aplikacji terminali kolumnowych dla 4 i 8 Ohm, jednego wejścia liniowego RCA, zacisku uziemienia , gniazda zasilającego i gniazda bezpiecznika. Jeśli ktoś nie znając tego producenta zapyta: „Co według mnie w tej zbieraninie blachy i szkła jest takie ładne?” , ja natychmiast ripostuję, że prym w odbiorze wizualnym wiedzie kolorystyka. Kolorystyka, która w owym prozaicznym zderzeniu metalu ze szkłem wykorzystuje odcienie zgniłej, wpadającej czasem w niebieski zieleni kubków transformatorów i panelu frontowego, połyskującej czerni głównej platformy nośnej i boków, srebra manipulatorów i złota firmowego exlibrisu. Misz masz? Bynajmniej. Dla mnie jest to mistrzostwo świata i kropka. Pozostawiając końcówkę mocy w spokoju przejdźmy do przedwzmacniacza liniowego, który tym razem jako domek dla elektroniki wybrał klasyczną skrzynkę. Trochę wydaje się to dziwne, gdyż podobnie do piecyka wykorzystuje lampy, ale w procesie projektowym konstruktor zabezpieczył dla nich na tyle dużo miejsca, że spokojnie mógł je skryć pod dachem. Ogólny rzut okiem na ten komponent podobnie do poprzednika uświadamia nam znaczenie kolorystyki w procesie przyciągania zakochanych w japońskich produktach melomanów. Odcienie przedwzmacniacza współgrają z współpracującym piecykiem, co powoduje, że stojąc obok siebie urządzenia nie rażą designerską odmiennością. Relacja z analizy oferty panelu przedniego donosi, że jedną trzecią część jego prawej strony odcięto pionową bruzdą, a w tak utworzoną parcelę wkomponowano wzorowaną na wzmacniaczu złotą tabliczkę i tuż pod nią włącznik główny z diodą sygnalizującą pracę urządzenia. Przyglądając się pozostałej części awersu zauważamy cztery okrągłe gałki funkcyjne: INPUT SELEKTOR, COPY, MONITOR, VOLUME, BALANCE , dwa przełączniki hebelkowe: MODE, MUTE i diodę sygnalizującą wybraną opcję użytkowania przedwzmacniacza (OPERATE). Rzut oka na tył liniówki z lewej strony górnej jego części ukazuje wielopinowe wejście dla dodatkowego zasilania, a w dolnej gniazdo zasilania, gniazdo bezpiecznikowe, zestaw wejść i wyjść w standardzie RCA i typowy dla zabawek z Japonii zacisk uziemienia. Przyznacie, iż na tle wzmacniacza nie otrzymujemy już takiej ferii zabiegów upiększających, ale jak wspomniałem, nie można powiedzieć, że pre zostało potraktowane po macoszemu. To są nieco inaczej ubrane dwa produkty lampowe, ale jestem dziwnie spokojny o bardzo pozytywny odbiór każdego z nich nawet przez zatwardziałych malkontentów.
Zanim przystąpiłem do opisywania przygody z tytułową japońską szkołą wzmacniania sygnału audio, dość długo zastanawiałem się, jak ugryźć temat, aby w miarę strawnie przybliżyć Wam jego możliwości soniczne. Już zastosowane w końcówce mocy lampy KT88 wielu użytkownikom podobnych urządzeń jasno daje do zrozumienia, że przy całej otoczce uroku szklanych baniek bardzo mocno stawiamy na ilość oddawanych watów. Powód jest prosty. Przy eufonii jaką oferują pojemniki na wolne elektrony, dla producenta ważnym było zaproponowanie komponentu mogącego wysterować sporą paletę kolumn. Niestety, nadeszły czasy, w których cherlawe wzmacniacze schodzą na margines zainteresowań i często nie ma znaczenia, że są przedstawicielami przez wielu uważanych za dawców emocji. Dlatego też zespół Air Tighta zdecydował się na ciekawy ruch. Jaki? To jest chyba najważniejszy punkt tego tekstu. Chodzi bowiem o przynajmniej zaistniałe w moim systemie wyraźne podzielenie ról poszczególnych komponentów. Pracująca jako samodzielny wzmacniacz zintegrowany ATM-2-ka jest szybka, energiczna i jak na lampę trochę zbyt mało „dogrzana”, natomiast ATC-2-ka oprócz dodatkowej oferty wejść liniowych torpem założeń wielu konstruktorów nadaje tandemowi odpowiedni lampowy sznyt. Czyżbyśmy mieli rasowe leczenie dżumy cholerą? Niestety nie, gdyż zdecydowana większość audiofilów jest zdania, iż sterujące wzmakiem pre liniowe ma nadawać całości odpowiedni rys brzmieniowy i właśnie to idealnie realizują opisywani dzisiaj elektroniczni samurajowie. To oczywiście stawia nas przed decyzją, czy chcemy dźwięk z niewielką nutką magii (sama końcówka), czy pełen pakiet sprawiających na przyjemność ze słuchania muzyki artefaktów dobrej lamy, ale chyba zawsze lepiej jest mieć wybór, niż zdawać się na czyjeś widzimisię. Ja podczas testu w zdecydowanej większości słuchałem pełnego mariażu Air Tigh’ta, ale przyznam, że w kilku newralgicznych momentach pozwalałem sobie sprawdzić, co byłoby gdyby…. i minimalizując tor wypinałem przedwzmacniacz. Jakieś przykłady płytowe? Proszę bardzo. Na początek bardzo czarująca cyzelowaniem każdej nuty koreańska artystka Youn Sun Nach z materiałem „Same Girl”. Efekt? Od pierwszych fraz tego albumu wiedziałem, że próba studzenia emocjonalnych poczynań wokalnych wspomnianej divy poprzez rezygnację z przedwzmacniacza będzie ewidentnym strzałem w stopę. Co więcej, ta myśl nie przyszła mi do głowy nawet podczas słuchania autorskiej interpretacji znanego utworu zespołu Metalica „Enter Sandman”. To jest co prawda bardzo powoli rozwijający się utwór, ale w końcowych fragmentach ociera się o szaleństwo śpiewania z pełnych płuc, a mimo to ani razu nie pomyślałem o jakiś ruchach skracających tor audio. Nasycenie, energia i magia bez dwóch zdań pokazywały ten krążek z jak najlepszej strony, dlatego też na drugi ogień poszedł free jazz spod znaku Petera Brotzmanna w trio z Wiliamem Parkerem i Hamidem Drake i ich kompilacja „Never Too Late But Always Too Early”. Jak wypadło to wydarzenie? Powiem szczerze, również w tym przypadku wysycenie testowanego seta powodujące zwiększenie energii grania saksofonu bardzo mi odpowiadało i na dłuższą metę spokojnie mógłbym z tym żyć. Jednak znając tę płytę z innych odtworzeń postanowiłem odpiąć ATC-2-kę (pre) i nausznie przekonać się, co z tego wyniknie. W efekcie sytuacja na scenie nabrała nieco rozpędu i chyba zrobiło się nieco bliżej oferowanej przez ten nurt muzyczny prawdy. Jednak trochę broniąc opisywanej konfiguracji zalecam wziąć pod uwagę fakt bardzo gęstego grania moich kolumn, co już na starcie muzykalnemu połączeniu pre-power Air Tight’a rzucało spore kody pod nogi, a i tak w obydwu odsłonach przekaz miał dużo punktów za i symboliczną ilość przeciw. To zaś tylko potwierdza bardzo umiejętne dozowanie mocy, energii i świeżości przez samą końcówkę i pakietu pełnej czaru średnicy przy wykorzystaniu obydwu dzisiejszych bohaterów na raz. Zbliżając się ku końcowi naszego spotkania gdybym na tle wspomnianych krążków miał przyjrzeć się sposobowi budowania wirtualnej sceny, przyznam, że bez względu na ciężar i szybkość grania oferowała bardzo dobry wgląd w nagranie z godną naśladowania jej szerokością i głębokością. Wpięcie lub wypięcie przedwzmacniacza oprócz zmiany punktu przecięcia wykresu nasycenia dźwięku nie powodowało anomalii w jej odwzorowaniu, co tylko potwierdza kunszt konstruktora. I gdybym nawet miał na siłę się do czegoś przyczepić, to w najgorszym przypadku nie powiedziałbym, że przekaz nosił znamiona ociężałości. O nie. Raczej powiedziałbym, że w każdym kawałku z nadmiarem pakietu barwy i wysycenia muzyka nabierała większej dostojności, a to w tak trudnym, bo już mającym w swoim kodzie DNA barwę systemie jest pewnego rodzaju rekomendacją.
Gdy bywając u dystrybutora pytałem o sparing testowy z końcówką mocy ATM-2, zawsze otrzymywałem odpowiedź, że tylko w komplecie z przedwzmacniaczem ATC-2, co z racji częstych występów u potencjalnych klientów tego ostatniego kilkukrotnie oddalało planowany test. Cóż, nie wiedząc dlaczego podejmująca decyzję instancja tak się upiera, zwieszałem nos na kwintę i grzecznie czekałem. I gdy nadeszła wiekopomna chwila, proces testowy jak na dłoni pokazał mi, dlaczego ten dość długi czas oczekiwania nie był czasem straconym. Analizując zaistniałe przypadki nausznie przekonałem się, że komplet pod względem oczekiwanych przeze mnie i wielu potencjalnych nabywców potrafił wprowadzić do dźwięku coś, bez czego system oparty o szklane bańki byłby może nie jedynie namiastką, gdyż sama końcówka przy delikatnym przeniesieniu ciężaru i szybkości dźwięku o oczko wyżej również oferowała w fonii szczyptę czaru lampy, ale dalekim od oczekiwanego punktem „G”. Owszem, zdaję sobie sprawę, że efekt soniczny ze szczuplejszymi kolumnami wypadłyby lepiej, jednak wbrew oczekiwaniom rezygnacja z grającego ciepłem lamp przedwzmacniacza powodowała natychmiastowy powrót do pełnego seta, gdyż pozorne zyski w jednym aspekcie przynosiły zbyt wiele strat w odbiorze całości. Prezentowane komponenty w założeniach mają się uzupełniać i stwierdzam z całą stanowczością, że to robią. A to, że gdzieś po drodze zagrały inaczej niż mam ze swojego systemu na co dzień, jest ewidentną winą testowej przypadkowości. Dlatego za podjętą z przeciwnościami losu walkę i nie oddanie pola przeciwnikowi zestawowi ATC-2/ATM-2 należą się brawa.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Sound Club
Ceny:
Air Tight ATC-2: 35 000 PLN
Air Tight ATM-2: 54 000 PLN
Dane techniczne:
Air Tight ATC-2
Lampy: 12AX7 (ECC83) x 1, 12AU7 (ECC82) x 2
Napięcie wyjściowe: rated 2V, max. 15V
Impedancja wyjściowa: 200 Ω
Zniekształcenia THD: < 0.01%
Czułość wejściowa: 110mV (przy 1V)
S/N: 90dB
Wymiary (S x G x W): 410 x 337 x 156 mm
Waga: 12 kg
Air Tight ATM-2
Lampy: KT88 × 4, 12AX7A × 2, 12AU7A × 2, 12BH7A × 2
Moc wyjściowa: 80W + 80W (8 Ω); 160W + 160W (8 Ω) jako monobloki
Impedancja wejścia: 100 kΩ
Wejścia: 2 pary RCA (jedna z tyłu, jedna z przodu)
Wymiary: 415(W) × 380(D) × 223(H)mm
Waga: 32kg
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Najnowszą konstrukcję Audiovector SR 3 Arreté Raw Surface Limited Edition można określić jako wyjątkową i niezwykle nowatorską za sprawą surowego wykończenia obudowy z betonu powierzchniowo woskowanego oraz kontrastującymi z powierzchnią detalami, wykończonymi 24-karatowym złotem.
NOWOCZESNY WYGLĄD
Nowoczesne trendy we wzornictwie zastosowane przy projektowaniu tych głośników decydują o ich bezkompomisowym stylu i sprawiają, że są one dla ludzi, którzy na równi cenią sobie doskonały dźwięk i perfekcyjny design. Powstały w limitowanej liczbie zaledwie 100 par. Przez ponad 15 miesięcy skupieni byliśmy na pracy z najlepszymi specjalistami w swojej dziedzinie, testowaliśmy i ocenialiśmy brzmienie w różnych warunkach, zanim uznaliśmy, że zarówno jakość dźwięku, jak i wygląd nas satysfakcjonują.
Przy konfiguracji charakteru brzmienia naszej nowych kolumn korzystaliśmy ze wspaniałych tradycji Audiovector, a za punkt odniesienia braliśmy dźwięk naszej referencyjnej konstrukcji R 11 Arreté 2.0.
PRZEŁOMOWE ROZWIĄZANIA
SR 3 Arreté Raw Surface L.E. brzmi bardziej masywnie i jednocześnie szczegółowo, niż moglibyśmy się spodziewać po kolumnie tego rozmiaru. Połączenie specjalnym klejem twardej obudowy MDF typu sandwich z warstwą betonu, zastosowanie perfekcyjnego tweetera AMT z modelu SR 6 Avantgarde Arreté, okablowanie z flagowych R 11 Arreté oraz wiele innych cech, sprawia, że nasze najmłodsze dziecko dysponuje potężnym dźwiękiem z głębokim, mocarnym basem, a zarazem jedwabistą i przestrzenną barwą wysokich tonów.
Cena detaliczna – 49 990 PLN
Dystrybucja: Voice
Opinia 1
Tym razem od razu na wstępie uprzedzę, że będzie dość nietypowo. Po pierwsze zajmiemy się bowiem produktem o pozornie dość egzotycznym, jak na audiofilskie realia rodowodzie, po drugie będzie to produkt tańszy i sytuowany w firmowej hierarchii niżej, aniżeli testowany przez nas wcześniej, a po trzecie ze względu na osobę zajmującą się PRem dzisiaj opisywanej marki. Kolejno rozwijając powyżej zasygnalizowane zagadnienia wypadałoby nadmienić, iż tytułowa marka – Meze Audio pochodzi z położonego w okręgu Marmarosz malowniczego miasteczka Baia Mare, czyli z … Rumunii.
Nad punktem drugim nie ma się co zbytnio rozwodzić, więc jedynie nadmienię, iż blisko półtora roku temu mieliśmy okazję zapoznać się z debiutującym wtenczas na rynku modelem słuchawek 99 Classics Walnut Gold, który w porównaniu z dzisiejszym obiektem testu był i nadal jest o 60€ droższy. Krótko mówiąc schodzimy w dół a to z reguły wiąże się z większymi, bądź mniejszymi, ale jednak koniecznymi oszczędnościami i kompromisami. Jak będzie w tym przypadku? Czas pokaże.
No i punkt trzeci, czyli kanał komunikacji producenta ze światem zewnętrznym. Z reguły obowiązki związane z marketingiem i kontaktami z mediami przydzielane są dynamicznym i ambitnym handlowcom o dość stonowanej aparycji. W tym momencie proszę wybaczyć odrobinkę męskiego szowinizmu i seksizmu, lecz od powyższej dość stereotypowej charakterystyki są oczywiście wyjątki i dotyczą one w 99,9% płci pięknej, której olśniewającej urody i obdarzone zabójczym wręcz intelektem przedstawicielki potrafią zdziałać prawdziwe cuda z pozornie opornymi i nieugiętymi interlokutorami. Do zagospodarowania pozostaje jednak jeszcze 0,1%, który przypada na osobników wymykających się jakimkolwiek zaszeregowaniom, ramom i regułom. Do tego elitarnego grona należy m.in. nasz dobry znajomy – gitarzysta zespołu Video a zarazem polski dystrybutor przewodów Tellurium Q Bartek Szymański, oraz … właśnie odpowiedzialny za marketing i PR w Meze Audio … basista operującej w zdecydowanie cięższych klimatach formacji Riot Monk Lorand Czibere. Czemu o tym wspominam? Cóż, dziwnym trafem jeśli chodzi o samą muzykę, jak i sposób jej reprodukcji większe zaufanie mam właśnie do muzyków i ludzi w owych tematach siedzących z powołania i bardzo często dla samej przyjemności a nie jednego dnia operujących branży hotelarskiej, meblarskiej, czy motoryzacyjnej a następnego, widząc sprzyjająca koniunkturę, próbujących swoich szans na poletku Hi-Fi i High-End. Dlatego też skoro Roland już po raz drugi zaproponował nam wyrażenie własnej opinii o najnowszym pełnowymiarowym modelu Meze 99 Neo z wielką radością przystaliśmy na jego propozycję. A na pytanie, co z tego wynikło powinniście Państwo znaleźć odpowiedź w poniższym tekście, do lektury którego serdecznie zapraszam.
Dokonując wzajemnych porównań, czyli mogąc pomacać, pukać i założyć może nie tyle w ślepym teście, co w pełni jawnej konfrontacji nowy – tytułowy i wcześniejszy – klasycznie rustykalny model okazuje się, że zapowiadany i otwarcie deklarowany „downgrade” przez zastąpienie szlachetnego, orzechowego drewna kruczoczarnym, chropawym ABSem, poza wynoszącą 60€ obniżką ceny niespecjalnie wpłynął na postrzeganie 99-ek. Pozytywne postrzeganie oczywiście, bo Meze nie tylko nadal prezentują się świetnie, co poprzez stonowanie estetyki mają szanse zdobyć zaufanie kolejnych miłośników dobrego brzmienia nie do końca przekonanych wcześniejszą, nieco zbyt ostentacyjną i rzucającą się w oczy wspominaną rustykalnością. Wraz ze zmianą materiału muszli oczywiste jest, że zmieniła się również masa samych konstrukcji i to dla większości z nas powinna być dobra informacja, gdyż 99-ki po drodze straciły 30g, przez co stały się jeszcze wygodniejsze i nawet podczas dłuższych sesji praktycznie całkowicie nieabsorbujące. Jednak wpływ na ergonomię i komfort użytkowania mają wpływ jeszcze dwa inne detale, na które zwróciłem uwagę dopiero po dłuższej chwili. Jak bowiem wiadomo, fabrycznie nowe słuchawki, tak jak dopiero co kupione buty, muszą się na nas ułożyć, dopasować. Dlatego też początkowo niespecjalnie starałem się na siłę doszukiwać rzeczywistych, czy też wyimaginowanych modyfikacji wcześniej wykorzystywanych rozwiązań pozwalając Neo na bezstresową akomodację. Jednak już w trakcie tej swoistej rozgrzewki okazało się, że Antonio Meze – założyciel i właściciel marki, wraz ze swoim teamem w tzw. międzyczasie co nieco dopieścił i poprawił. Tak, tak. Ani ja się nie przejęzyczyłem, ani Państwu się nie przewidziało. Napisałem poprawił i w tym momencie nie wiem, czy odnotowane zmiany dotyczą jedynie modelu Neo, czy również zostały zaimplementowane w Classicach, ale gąbka wypełniająca pady jest nieco bardziej miękka a co najważniejsze same otwory na uszy stały się odrobinę większe, przez co, przynajmniej w moim przypadku Meze ewoluowały z konstrukcji typu nausznego na wokółuszne, co patrząc z dłuższej perspektywy drastycznie wpływa – czytaj poprawia, komfort ich użytkowania. Tak samo jest z podatnością pasa nagłownego, który „chodzi” teraz nieco lżej. Nie mówię jednak w tym momencie, że moje półtoraroczne Classicsy były pod tym względem niewygodne, lecz po prostu Neo idą o krok dalej i sprawiają, że nawet wielkogłowe, ponad stukilogramowe i blisko studziewięćdziesięciocentymetrowe Ogry, do populacji których niezaprzeczalnie należę, mogą bez obaw Meze na swe czerepy nakładać.
Wracając do zagadnień z obszaru materiałoznawstwa i elektryki warto wspomnieć, że zarówno ekologiczna skóra, którą obszyto pady i pas nagłowny, stalowo-manganowy podwójny pałąk i podkreślające ekskluzywność cynkowe dodatki nadal są na najwyższym poziomie. Jednak wbrew pozorom różnice oprócz zastąpienia drewna ABS-em sięgnęły nieco głębiej, na co wskazuje spadek nominalnej impedancji z 32 na 26 Ω.
Całość dostarczana jest w eleganckim tekturowym pudełku, w którym znajdziemy idealnie sprawdzający się tak podczas podróży, jak i domowego przechowywania sztywny, zapinany na suwak pokrowiec, same słuchawki, dedykowany im, odłączany, wyposażony w pilot i mikrofon 1,2 m przewód, oraz stosowne przejściówki – lotniczą i dużego jacka 6,3 mm. Pytanie, jak te kosmetyczne, konstrukcyjne i finansowe zawirowania wpłynęły na brzmienie Meze.
Starając się nieco przybliżyć brzmienie Neo i szukając odpowiednich punktów odniesienia w pierwszej kolejności sięgnąłem po model 99 Classics Walnut Gold, który zdążył przez ostatnie kilkanaście miesięcy zdobyć nie tylko uznanie, ale i zapracować na całkiem znaczącą rozpoznawalność zarówno na światowych, jak i polskim rynku. I tak na pierwszy rzut ucha w porównaniu z Classicsami może nie tyle równowaga tonalna Neo jest przesunięta odrobinkę w dół, co ich średnica nie jest już tak zmysłowo dopalona i dosaturowana. W rezultacie brzmienie stało się bardziej pulsujące a wspomniana średnica już, uwaga – teraz będzie celowa hiperbola, nie wyrywa się przed szereg. Nie oznacza to jednak, że nagle Meze zaczęły grać skrajami pasma w stylu Beatsów, nic z tych rzeczy. Po prostu najnowsze 99-ki zyskały na spontaniczności i niejako przy okazji nieco zelżała ich własna, rozmarzona sygnatura. Zaraz, zaraz. Minęło kilka dni, przesłuchanych zostało kilkadziesiąt albumów i okazało się, że początkowo zaobserwowane różnice pomiędzy Classicsami a Neo zinterpretowałem zbyt powierzchownie. To nie średnica została wypłaszczona a najniższe i najwyższe tony zaczęły jej dorównywać kroku, czyli zamiast równać w dół nastąpił efekt odwrotny, czyli swoisty upgrade dotychczas nieco ustępujących pola średnicy zakresów. Jak na produkt niezaprzeczalnie tańszy działania producenta można uznać za cokolwiek kontrowersyjne, ale prawdę powiedziawszy nie czuję w tym momencie najmniejszego powodu, aby mieć mu to za złe. Idźmy jednak dalej. Otóż powyższa, „kosmetyczna” modyfikacja charakterystyki tonalnej sprawiła, iż kruczoczarne, o nieco gotyckiej aparycji, Neo dość wyraźnie dawały do zrozumienia, że dostarczany im repertuar niespecjalnie trzeba profilować i selekcjonować przez pryzmat ich upodobań a raczej spontanicznie sięgać po to, na co w danym momencie mamy ochotę. Dlatego też nie namyślając się zbyt długo wybrałem wielką symfonikę i z rumuńskich nauszników popłynęły pierwsze takty fenomenalnego wykonania „The Planets – World Premiere Recording of Asteroids” Holsta pod batutą Sir Simona Rattle’a i Berliner Philharmoniker. Nie muszę chyba nikogo uświadamiać, ze nie jest to żadne pitu-pitu na ukulele i tamburyn, tylko wgniatająca w fotel klasyka symfoniki, z którą równać się mogą jedynie najbardziej spektakularne ścieżki dźwiękowe hollywoodzkich superprodukcji. O dziwo i ku mojej nieukrywanej uciesze Neo nad wyraz spontanicznie rzuciły się w wir wydarzeń z dziką radością oczekując nie tylko lirycznych pasaży, lecz również a może wręcz przede wszystkim kulminacyjnych spiętrzeń i wgniatających w fotel transjentów. Tutaj nie było miejsca ani na zastanowienie, ani na mozolne wspinanie się po spiętrzających się dźwiękach. Liczyło się tylko to, co działo się w danym momencie – natychmiastowość i precyzja. A tego rumuńskim nausznikom nie tylko nie brakowało, co spokojnie można było uznać, że dość niefrasobliwie zapuszczały się w rejony zarezerwowane do tej pory dla konstrukcji z przedziału 3-5 kPLN. Zero kompresji, zero prób upraszczania i spłaszczania wieloplanowej sceny muzycznej. Referencja? W swojej cenie na pewno, jednak dysponując punktem odniesienia w postaci ultra high-endowych Finali Sonorus X uczciwe przyznaję, iż było słychać różnice tak jeśli chodzi o samą rozdzielczość, zdolność kreowania trójwymiarowych wydarzeń, jak i szeroko rozumianą homogeniczność. Warto jednak nadmienić, że porównujemy w tym momencie Meze do konstrukcji dwudziestokrotnie droższych i trudno, żeby między nimi nie było zasadniczych różnic. Jednak również uczciwość nakazuje mi przyznać, iż owe różnice nie okazywały się bądź to nader bolesne, bądź wręcz dyskwalifikujące tytułowe konstrukcje. Nic z tych rzeczy. Można było jedynie mówić o zauważalnym dążeniu do wyznaczonego przez Finale pułapu i tyle. W dodatku wraz z chęciami szły w parze umiejętności, więc oprócz wspomnianej symfoniki nie było najmniejszych problemów z odtwarzaniem zarówno naszpikowanego elektronicznymi dygresjami albumu „The Optimist” Anathemy, jak i czysto metalowego „The Rise of Chaos” Acceptu. Za każdym razem otrzymywaliśmy bowiem dźwięk czysty, dynamiczny i co najważniejsze nie tylko świetnie nasycony, co komunikatywny i rozdzielczy. Nic się nie zlewało w bezkształtną breję, nie ciągnęło jak smród za @#$%& wojskiem i nie sprawiało wrażenia powierzchowności. To był kawał porządnej, prawdziwej – z krwi i kości muzyki, gdzie nie ma szans na pozerstwo i sztuczne prężenie napompowanych anabolikami mięśni. Chodzi bowiem o to, iż wraz z masą musi, podkreślam musi, iść zwinność i różnorodność, gdyż jeśli tylko ów porządek odpuścimy momentalnie tracimy kontrolę nad tempem i najniższymi składowymi. A Neo ani myślały na takowe ustępstwa iść trzymając całe pasmo w stalowych ryzach. W dodatku tytułowe słuchawki świetnie „dogadały się” z testowanym równolegle odtwarzaczem Astell&Kern A&ultima SP1000 i pomimo wyraźnego mezaliansu cenowego bez najmniejszego trudu były w stanie podołać nad wyraz wysoko ustawionej przezeń poprzeczce grając pełną piersią takie muzyczne ekstrema jak daleko nie szukając „God Hates Us All” Slayera. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż przed chwilą wymieniony repertuar nad wyraz odległy jest od audiofilskich samplerów i wycyzelowanych, wydanych na złocie białych kruków, ale bądźmy szczerzy – Meze 99 Neo powstały nie po to by uszczęśliwiać trzypłytowych frustratów, ale by nieść radość z obcowania z ulubioną muzyką, jaka by ona nie była, wszystkim tym, którzy do tej pory nie mieli szans na kontakt z nią na tak wysokich poziomach jakościowych.
Na zakończenie niniejszej epistoły pragnąłbym oświadczyć iż po blisko półtoramiesięcznych testach nie dość, że doszukałem się w budowie, ergonomii a przede wszystkim brzmieniu Meze 99 Neo jakichkolwiek, nawet najmniejszych oznak oszczędności i znamion świadczących o tym, iż ich producent postanowił wprowadzić nowy model jadąc tylko i wyłącznie na pochlebnych opiniach ich poprzedników. 99 Neo są nie tylko tańsze od Classicsów i mniej rzucają się w oczy, co przy sprzęcie przenośnym nierzadko odgrywa niebagatelną rolę, to grają z większą werwą i dynamiką a przy tym nie grymaszą przy wyborze źródła. Choć z drugiej strony … mając już je na stanie niespecjalnie sugerowałbym ograniczać wybór dedykowanego im wzmacniacza słuchawkowego/DACa do pułapu adekwatnego do ich ceny, gdyż tak jak zdążyłem w powyższym tekście nadmienić godnych im sparingpartnerów należy szukać w okolicach 3-5 kPLN, wiec i warto byłoby zainwestować w odpowiednio wysokiej klasy elektronikę. Zanim jednak wyasygnujecie Państwo jakąś poważną kwotę warto zadbać o jakiś zdroworozsądkowy punkt wyjścia i tym razem zamiast czegoś typowo high-endowego pozwolę sobie zasugerować niepozornego, wręcz nieprzyzwoicie taniego plikograja – Hidizs AP-60. Możecie mi wierzyć na słowo – taki duet może bardzo pozytywnie Was zaskoczyć.
I jeszcze jedno. Otóż choć rumuński producent oferuje swoje wyroby przez wielce intuicyjny sklep internetowy zintegrowany ze stroną główną, to zaglądając do zakładki z mapką bez trudu można odnaleźć polskie sklepy tak stacjonarne, jak i internetowe mające w swoim asortymencie tytułowe słuchawki. Jeśli zaś chodzi o opiekę dystrybucyjną marki, to pod swoje skrzydła wziął ją warszawski Audiomagic.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; LENOVO TAB2 A7-10; Astell&Kern AK380; Astell&Kern A&ultima SP1000
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– DAC/Wzmacniacz słuchawkowy: Ifi Micro iDAC2 + Micro iUSB 3.0 + Gemini; Copland DAC 215
– Słuchawki: Meze 99 Classics Gold; q-JAYS; Audioquest NightOwl; Final Sonorus X
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF( R ) /FI-50M NCF( R )
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS( R )
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Nie wiem jak Was, ale mnie bardzo cieszy fakt coraz śmielszego zdobywania rynku zaawansowanego audio przez często skazane na długoletnie oczekiwanie w przedsionku, lub dopiero co debiutujące w sektorze High End marki. Przykłady można by mnożyć. Jakieś typy? Proszę bardzo. Choćby ostatnio opisywana przez nas duńska elektronika Gato Audio, stacjonujące u mnie na co dzień austriackie kolumny Trener&Friedl, czy ok. trochę wcześnie, ale zdradzę, będące dzisiejszym tematem rumuńskie słuchawki. Zdziwieni? Mam nadzieję, że nie, gdyż przytoczeni przed momentem przedstawiciele interesującego nas segmentu gospodarki są tylko wierzchołkiem energicznie rozrastającej się góry lodowej, co jak mniemam, podobnie do mnie traktujecie jako pewnego rodzaju dobrze wpływający na kondycję oferty tuzów tego świata impuls. I wiecie co? Mam dla Was wyśmienitą wiadomość, gdyż w tym podejściu testowym dokonamy rzutu uchem na już drugi w dorobku dość młodej, pochodzącej z dawnego bloku wschodniego (Rumunia), produkt słuchawkowej marki Meze. Co ważne, jej debiut w postaci modelu 99 Classics Walnut Gold podobnie jak my w swojej recenzji, równie dobrze odebrał szeroko pojęty świat opiniodawców urządzeń audio. Dlatego też nie dziwi fakt, iż po ciepłym przyjęciu modelu startowego, firma poszła za ciosem i nie bacząc na sezon „ogórkowy” przygotowała nowy, celujący w nieco niższą półkę kwotową, dla potocznie zwanego zwykłego Kowalskiego model 99 Neo. Zapowiada się ciekawie? Jeśli tak, ta zapraszam do lektury zderzenia nowości z rzeczywistością ostatnimi czasy dynamicznie rozwijającego się, a przez to bardzo wymagającego, rynku słuchawek, których wizytę testową w redakcji w tym odcinku zawdzięczamy samemu producentowi – Meze Audio.
Z uwagi na fakt bardzo zbliżonej aparycji nowych NEO do „starych” Classicsów, nie będę jakoś szczególnie długo rozpisywał się na temat ich budowy, tylko dla choćby zdawkowego przypomnienia tematu w kilku zdaniach wyłożę główne cechy organoleptyczno-użytkowe. Analizując ogólną prezentację rzeczonych Blacków w roli spoiwa całości zauważamy dość prosty w budowie, jednak dzięki kilku designerskim zabiegom (srebrne nity mocujące muszle słuchawek, czy będące punktem zaczepienia skórzanego nagłowia z wytłoczoną nazwą modelu swoiste pająki) ciekawie wkomponowujący się w projekt plastyczny pałąk nośny konstrukcji. Ja wiem, że w kontekście najważniejszego zadania prezentowanych nauszników wymienione aspekty podczas użytkowania są zbędnymi dodatkami, ale nie mówcie mi, że nie lubicie, gdy na Waszych ośrodkach zawiadamiania ciałem znajdzie się coś wysmakowanego. Idąc dalej tropem budowy, należy wspomnieć, iż w stosunku do poprzednika oprócz kolorystyki, zmianie uległ materiał wykorzystany do budowy muszli. I gdy w projekcie startowym ów budulec był pięknie wykończonym drewnem orzechowym, to obecna inkarnacja wykorzystuje chropowate tworzywo ABS. Ale od razu uspokajam. Nie odczuwamy z tego powodu najmniejszego dyskomfortu, gdyż może fotografie tego nie oddają, ale podczas codziennego obcowania całość odbieramy bardzo przyjemnie. Gdy główne zmiany zostały przywołane, dla spełnienia recenzenckiego obowiązku doniosę jeszcze o przyjemnych ze wskazaniem na intymne w dotyku, wydaje się, że nieco większych niż u poprzedniczek eko-skórzanych padach muszli i trosce konstruktora o bezpieczeństwo w procesie ewentualnego transportu, oraz codziennego przechowywania jaki wyraża znajdujące się w komplecie startowym zgrabne etui. Jak wynika z powyższej relacji, dostajemy nieco mniej wykwintny w domenie użytych materiałów, ale dzięki zabiegom designerskim tym razem srebrno – czarny, bardzo modny „bibelot”.
Zanim rozpocznę przelewanie osobistych odczuć na zadany dzisiaj temat, gwoli zachowania porządku jestem zobligowany poinformować, iż w walce o dobrą ocenę tytułowym Rumunkom pomagał wzmacniacz słuchawkowy będący na pokładzie duńskiego przetwornika cyfrowo-analogowego Copland DAC 215. Ze swoich obserwacji wiem, iż owa marka jest na naszym rynku doskonale znana, dlatego też w poniższym tekście skupię na clou programu, czyli samych słuchawkach. Próbując opisać brzmienie oczekujących na wyrok słuchawek nie sposób się odżegnać od stojących o oczko wyżej w hierarchii cenowej ich sióstr. Dlaczego? Przecież gołym okiem widać bardzo zbliżony ogólny, sugerujący jedynie drobne, mające na celu nieco inne ukierunkowanie końcowego efektu sonicznego prace projektowe. I wiecie co? Patrząc na skreślone gdzieś podczas testowych nasiadówek notatki wspomniane konfrontowanie obu konstrukcji nie tylko jest dopuszczalne, ale według mnie nawet zalecane. Analiza krótkich, zawierających przygotowane do rozwinięcia strof zdradza, iż nowe rozdanie serii 99 w tym przypadku ukrywające się pod kryptonimem Neo jest pewnego rodzaju podkreśleniem pewnych, bardzo poważanych przez wielbicieli rockowego, choć nie tylko, grania niuansów brzmieniowych bez szkodliwego odchodzenia od wypracowanego przez produkt startowy wzorca. Jaki to wzorzec? Przecież w stosownym teście dokładnie raportowałem, że dostajemy nastawiony na dobrze dociążony, a przez to muzykalny przekaz, który w myśl „zbyt dużo cukru w cukrze raczej zaszkodzi niż pomoże”, przy całej palecie kolorów oferuje bardzo dobrze napowietrzoną scenę muzyczną. I gdy do tego wszystkiego dodamy dodatkowe, ale delikatne podkreślenie energii przełomu średnio-niskotonowego samego basu, dla wielu słuchawkowych melomanów temat ewentualnego zakupu pomiędzy poszczególnymi modelami kreować będzie nie tylko muzyka, ale również oczekiwana estetyka. Niestety, to, co dla jednego jest wysycone, dla innego jest zbyt anemiczne i na odwrót. Producenci dobrze o tym wiedzą, dlatego też w tak bliskim sąsiedztwie cenowym mamy dwie z pozoru podobne, ale dla smakosza całkowicie inne propozycje soniczne. Naturalnie bardzo ważnym jest konsekwentna dbałość o czytelność wirtualnej sceny muzycznej, o co w identyczny do poprzedniczek sposób zadbano w tej odsłonie 99-tek. Mamy blask, swobodę, a wszystko okraszone nieco gęstszymi dolnymi częstotliwościami. A jak to wypada w praktyce? Bardzo dobrym przykładem może być koncert Bluiet Baritone Nation zatytułowany „Libation For The Baritone Saxophone Nation”. W większości tego materiału nic szczególnie innego pomiędzy porównywanymi konstrukcjami możemy nie zauważyć. Ale gdy do głosu dochodzą wystrzeliwane z wentyli nisko grających dęciaków masy powietrza, okazuje się, że ta z założenia niewielka, ale jednak różnica pokazuje to wydarzenie w jeszcze bardziej wciągający sposób. A najśmieszniejsze jest to, że już przy siostrach z muszlami z naturalnego drewna zaliczałem tę płytę do trafionych w punkt, tymczasem gdy ma się pomysł i wiedzę, zawsze coś jeszcze możemy poprawić. Oczywiście, w myśl przysłowia „Lepsze jest wrogiem dobrego” należy z wszelkimi poprawkami bardzo uważać, ale po wnikliwym przyjrzeniu się najnowszemu dokonaniu konstruktora z Rumunii nie stwierdzam faktu przekroczenia magicznego punktu smaku. Dla mnie w odniesieniu do tego krążka ewidentnie jest lepiej. A czy zawsze lepiej? I tutaj zaczynają się schody. Jednak nie ze względu na występowanie jakichkolwiek wynaturzeń, tylko bardzo mocnej determinacji odbioru danej estetyki brzmienia w odniesieniu do dwóch aspektów. Pierwszy, to preferencje słuchacza, drugi zaś idąc za kolejnym przykładem sam materiał muzyczny. Do czego piję? Weźmy na tapetę Casandrę Wilson z krążkiem „Glamoured”. Owa cechująca się „czarnym”, o niskim tembrze głosem diva w zderzeniu z dodatkową dawką wypełnienia w niższych rejestrach zaczynała mocno przybierać na masie. Więcej. To jest mocno podkręcony w domenie wagi materiał, co tylko potwierdziło moje przekonanie, iż nie można zakładać, że coś jest do wszystkiego. W tym przypadku otrzymaliśmy co prawda w totolotku bardzo pożądaną, ale dla recitalu wspomnianej piosenkarki niekoniecznie pomagającą w ogólnym postrzeganiu kumulację dobra wysycenia. To naturalnie nie było rażąco złe odtworzenie. Niemniej jednak, momentami nosiło delikatne znamiona przegrzania atmosfery, czego będąc wyedukowanym słuchaczem należy unikać. Naturalnie nieco przejaskrawiam temat, jednak tylko dla pełnego uświadomienia Wam, gdzie tkwią różnice w obydwu modelach, co i tak w perspektywie różnorodności gustów muzycznych populacji audiofilów niczego nie przesądza. A jak znam życie, gdy zdecydujecie się proces doboru docelowych słuchawek, bez względu na fakt dość dokładnego z mojej strony przybliżenia każdej z opcji i tak sprawdzicie to osobiście, do czego bardzo zachęcam.
Otrzymując tytułowe MEZE 99 Neo do recenzji i zapoznając się z nieco łagodzącym cenę pakietem materiałów użytych do ich budowy od razu zapaliła mi się lampka kontrolna typu: „Na ile jest to możliwe, kontrolowanie oszczędzamy, żeby zejść w rejony cenowe szerszej siły nabywczej”. Tymczasem efekt dźwiękowy zaskoczył mnie na tyle pozytywnie, że nawet skłaniająca się ze swoją wokalizą ku zbyt niskim oktawom Cassandra Wilson nie byłaby gwoździem do trumny dla tytułowych nauszników, a jedynie drobnym punktem spornym. Przecież większość płyt nie ma w swym zapisie tak soczystego basu i podgrzanej średnicy, dlatego jedna płyta nie może przesądzać o zakupie na lata. I właśnie z tego powodu nie odważę się powiedzieć, czy opiniowane dzisiaj słuchawki są lepsze lub gorsze od przewijających się przez cały czas w tle sióstr Classics Gold, tylko zachęcę wszystkich, aby podczas przygotowań do procesu wyboru obie pozycje znalazły się na liści odsłuchowej. Szczerze? Ja z podjęciem decyzji o wyborze pomiędzy nimi miałbym spory problem. Ale z jednej strony, przecież nikt nie powiedział, że zabawa w audiofila będzie sielanką, a drugiej, im więcej problemów podczas ostatecznego doboru, tym dłuższy okres nieprzerwanej, długoterminowej radości.
Jacek Pazio
Słuchawki do testu dostarczył producent: Meze Audio
Dystrybucja: Audiomagic
Cena: 249 €
Dane techniczne:
– Średnica przetworników: 40 mm
– Pasmo przenoszenia 15 Hz – 25 kHz
– Skuteczność: 103dB @ 1KHz, 1mW
– Impedancja: 26 Ω
– Moc wejściowa: 30 mW
– Maksymalna moc wejściowa: 50 mW
– Przewód: Odłączny, OFC w koszulce z Kevlaru
– Wtyczka: 3.5 mm pozłacana
– Waga: 260 g
– Muszle: Tworzywo ABS
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU, napęd CEC TL0 3.0
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-44 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Crystal Cable Ultimate Dream
Stolik: Solid Base VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra SS, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: Power Base High End 6
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: Miyajima Madake
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Theriaa
High-End nieodzownie kojarzy się większości z nas z nie tylko bajońskimi kwotami, jakich żądają producenci za przynależące do tej kategorii dobra doczesne, lecz również, a może przede wszystkim z mało akceptowalnymi przez większość populacji gabarytami. Weźmy na ten przykład iście monstrualne kolumny Wilson Audio WAMM Master Chronosonic, czy też niewiele ustępujący standardowej zmywarce, lecz zdecydowanie cięższy, bo 375 kg wzmacniacz Danish Audio Design The Only One. Krótko mówiąc jeśli coś ma być High-Endem to musi być co najmniej ogromne, pioruńsko ciężkie i kosztować równowartość PKB niewielkiego państewka. Nie ma zmiłuj, w końcu to jazda nie dość, że na maxa to najczęściej bez trzymanki i wybierając się do tego wesołego miasteczka zdrowy rozsądek najlepiej zostawić w domu. Jednak również i w tym wypadku, jak od każdej reguły są odstępstwa, gdyż o ile w urządzeniach stacjonarnych jak to mawia klasyk „sky is the limit” a istne rozpasanie rozmiarówki jest na porządku dziennym, tak w segmencie desktopowo – przenośnym każdy „zbity” gram, podobnie jak w wyczynowym kolarstwie, jest niemalże na wagę złota. No dobrze, nieco przesadziłem, gdyż niszę ultra i micro okupuje plastikowa budżetówka a tym, przynajmniej na razie, się nie zajmujemy. Jeśli jednak popatrzymy na tzw. segment „portable” jasnym stanie się, iż jeśli tylko celujemy w górną półkę, to tak naprawdę wybór mamy jak przy wyborze koloru legendarnego Forda T. Karty rozdaje i niepodzielnie rządzi jedna marka – Astell&Kern. Jednak jak to nawet w najlepszej rodzinie, a właściwie zdecydowanie bardziej pasującym stwierdzeniem byłoby dynastii, bywa co jakiś czas następuje pokoleniowa zmiana i na drodze naturalnej, zgodnej z obowiązującym prawem aneksji, bądź nieoczekiwanego zamachu stanu tron obejmuje najnowszy model.
Jeśli zastanawiacie się Państwo po co ten cały, nieco zagmatwany, wstęp już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż nieczęsto zdarza się, aby dystrybutor, bądź producent zgłosił się do nas z prośbą o werdykt, które z dostarczonych urządzeń naszym zdaniem, może nie tyle jest lepsze, co raczej gra lepiej a jeśli mielibyśmy być do bólu szczerzy to bardziej wpasowuje się w nasze, podobno bezdyskusyjnie spaczone gusta. Takowe przypadki jednakże mają miejsce czego namacalnym dowodem niech będzie przeprowadzony przez Jacka i zakończony remisem, weekendowy test porównawczy Furutechów μ-X Ag i FX-Alpha Ag , jak i dzisiejszy pojedynek. A któż i z kim będzie się mierzył? Będący dystrybutorem marki stołeczny MIP wystawił do bratobójczego starcia dwóch zawodników najcięższej, mistrzowskiej wagi – miłościwie nam panującego AK380 i dopiero wkraczającego na światowe areny A&ultima SP1000. Jeśli zatem interesuje Państwa wynik sparringu „starego” i nowego flagowca serdecznie zapraszam do dalszej lektury.
Na koniec wstępniaka pozwolę sobie jeszcze na małą dygresję natury organizacyjnej. Mianowicie chcąc wycisnąć maksimum informacji z tytułowych DAPów i niejako już na starcie wyeliminować ewentualne zarzuty o ułomność reszty toru wraz z przedstawicielami dystrybutora uznaliśmy, iż rola miarodajnej aparatury pomiarowej, czyli referencyjnych słuchawek przypadnie recenzowanym już przez nas ultra high-endowym Final Audio Sonorus X .
Jak widać na załączonych zdjęciach Astell&Kern wprowadzając do swojego portfolio A&ultima SP1000 postanowił nieco zaszaleć i oprócz godnego odnotowania faktu zachowania ceny znacząco zwiększył … gabaryty i wagę w stosunku do dotychczasowego flagowca, czyli AK380. W związku z powyższym z jednej strony mamy problem natury logicznej związany z wszechobecną tendencją do minimalizacji a z drugiej pełną zgodność z obowiązującymi na rynku najwyższej klasy smartfonów trendami, gdzie jednym kryteriów ekskluzywności jest przekątna wyświetlacza. Dlatego też SP1000-kę wyposażono w 5” a nie jak dotychczas 380-kę w 4” ekran i co nieco unowocześniono jej trzewia, lecz zanim tam zajrzymy pozwolę sobie zwrócić Państwa uwagę na kilka drobiazgów natury ergonomiczno – stylistycznej. Otóż spece z A&K wyszli z nader słusznego założenia, iż skoro przyzwyczajenia są drugą naturą człowieka, to nie ma co z naturą walczyć i bezsensownie zmieniać wyuczonych i opanowanych do stopnia nieświadomej biegłości nawyków użytkowników wcześniejszych modeli. Dlatego też zarówno topologia menu, jak i sama klawiszologia jest praktycznie niezmieniona. I tak lewą krawędź kupują trzy przyciski nawigacyjno – funkcyjne a górną podwójne gniazda słuchawkowe w tym 3,5 mm combo mini jack /optyczne i 2,5 mm dedykowane słuchawkom zbalansowanym. I tu jest mała zmiana, gdyż o ile w 380-ce obie dziurki sąsiadują z włącznikiem głównym, tak w 1000-ce jest elegancko zasklepiony slot na kartę micro SD a urządzenie do życia budzi się poprzez przytrzymanie wciśniętego pokrętła regulacji głośności/nawigacji, które w obu przypadkach jest na prawym boku. W 380-ce towarzyszy mu dodatkowo slot na kartę micro SD. Dół to już królestwo gniazd USB (Micro-B w AK380 i 3.0 Type-C w SP1000), oraz magistrali przydatnej przy użytkowaniu dedykowanych akcesoriów w stylu stacji dokujących itp.
Zaglądając w głąb pancernych korpusów, z których skorupa nowszego modelu może pochwalić się bardziej logicznym rozkładem masy (już nie rozszerza się ku górze) i milszą oczom smukłością zauważyć się dadzą dwa nader istotne szczegóły. Dotychczasowy „mózg”, czyli procesor zastąpiono nowocześniejszą – ośmiordzeniową jednostką a dwie kości DACa AKM AK4490 wymieniono na parę AKM AK4497EQ. W rezultacie zdolność natywnej obsługi DSD wzrosła z 5,6MHz do 11,2MHz a niejako przy okazji poprawie uległy parametry dotyczące odstępu sygnału od szumu i zniekształceń. Zwiększono także poziom sygnału na wyjściu zbalansowanym z 2,3 Vrms na 3,9 Vrms. A, i jeszcze jeden drobiazg. Wraz ze wzrostem przekątnej urosła również rozdzielczość i Ultima może pochwalić się 720 x 1280 px, co przy 480 x 800 wygląda całkiem imponująco, oczywiście zakładając, że akurat ten aspekt ma jakiekolwiek znaczenie podczas odtwarzania plików muzycznych. Z czysto reporterskiego obowiązku wspomnę jeszcze o zaimplementowanej w obu modelach łączności bezprzewodowej.
Ponieważ od naszej ostatniej przygody z plikograjami Astell&Kern minęło ponad dwa lata i jak sami Państwo mogą zobaczyć przez ten czas 380-ka godnie zastępowała recenzowaną przez nas, dopiero co wtenczas zdetronizowaną 240-kę. Dlatego też w pierwszej kolejności, chcąc zachować chronologię przemian w ramach oferty marki sięgnąłem po AK380, który to zagrał nie tylko na pierwszy rzut ucha, ale i podczas kolejnych podejść z właściwą swojej królewskiej proweniencji dynamiką, swobodą i rozmachem. W dodatku zamiast męczącej hiper detaliczności zarówno niuanse, jak i zlokalizowane w górze pasma alikwoty nie raniły uszu a jedynie dostarczały zdawałoby się wszystko, co w materiale źródłowym zostało zapisane. Poczynając od ekstatyczno agonalnych porykiwań i iście obłąkańczych riffów komponujących się w przerażającą ścianę dźwięków zarejestrowanych na „God Hates Us All” Slayera po pełne barokowej, egzystencjalnej zadumy i podniosłości sakralne nagranie „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda trudno było dobiegającej mym uszom muzyce cokolwiek zarzucić. Wszystko było nie tylko na swoim miejscu, co w idealnym porządku i wzorcowej równowadze. Nic nie wyrywało się przed szereg i nic niepotrzebnie nie przykuwało uwagi. Podobnie sprawy się miały na prog-rockowych poczynaniach Pink Floyd. Gęsta (24/96) wersja „The Division Bell” jasno dawała do zrozumienia, że jeśli tylko nowy master przygotowano z należytym pietyzmem i dbałością o wierność nie tylko prawdzie epoki, ale i tego, co rzeczywiście na master-tape’y trafiło, to bezapelacyjnie po takie nagrania warto sięgać, bo nie dość, że wszystko słychać lepiej, to i tego samego „wszystkiego” jest nieco więcej aniżeli mogłoby nam się początkowo wydawać.
I w tym momencie dochodzimy do punktu, w którym miejsce AK380 zajmuje A&ultima SP1000 a całą zabawę w słuchanie rozpoczynamy od nowa. Od razu zaznaczę, że sformułowanie „zabawa” ma charakter typowo frazeologiczny, gdyż do samych testów podchodziłem może nie tyle ze śmiertelną powaga, gdyż jakby na to nie patrzeć audiofilizm to tylko nasze, mające w swym założeniu sprawiać przyjemność, hobby a nie codzienna i żmudna praca, co z należytą uwagą. Dlatego też pierwsze takty stanowiącego swoiste intro „Darkness Of Christ” i już pełnowymiarowego „Disciple” wprawiły mnie w lekką konsternację. Źródłem owej konsternacji był bowiem fakt, a właściwie konieczność, zredefiniowania moich dotychczasowych wniosków dotyczących doznań nausznych zaobserwowanych podczas odsłuchów 380-ki. Okazało się bowiem, że A&ultima SP1000 praktycznie pod każdym względem odsadza swojego poprzednika z łatwością porównywalną do wyprzedzania klasycznej C-klasy przez 476 konne AMG C 63. To, co w tamtym przypadku uznawaliśmy za jakość samą w sobie i sięganie do źródeł okazało się bowiem jedynie punktem wyjścia, bądź co najwyżej przystankiem na drodze, jaką pokonała najnowsza generacja azjatyckiego flagowca. SP1000 gra ze zdecydowanie większą namacalnością, rozdzielczością i oddechem a przy tym udaje mu się uniknąć nawet najmniejszych oznak szklistości, czy osuszenia. Dynamika, zarówno w skali mikro, jak i makro przez cały czas utrzymywana jest na nieosiągalnym dla 380-ki poziomie. Jednak o ile z jednej strony mamy niesamowitą natychmiastowość, to z drugiej nie czuć pośpiechu, czy też nerwowości. Wszystko odbywa się swoim własnym, w pełni naturalnym tempem, lecz pozbyto się pewnych przymiarek, podchodów i rozbiegu przed i powolnego wygaszania transjentów. To, co ma się dziać w ułamku sekundy to się dzieje i w owym ułamku kończy i już. Podobnie jest z możliwością wglądu w głąb nagrania. Każdy plan jest kreślony nad wyraz precyzyjną i pewna kreską. Brak jest rozedrgania, czy zaokrąglenia krawędzi a wraz z gradacją dalszych rzędów zajmowanych przez muzyków nic się nie zlewa w impresjonistyczne plamy, tylko zgodnie z tym, co znamy z codziennej rzeczywistości spada ilość rozpoznawalnych detali. Przesiadka na 1000-kę dość boleśnie pokazała, że nowy znaczy po prostu lepszy. Różnice nie się delikatne, symboliczne, czy na granicy percepcji. One są bezdyskusyjne i to w dodatku wprost proporcjonalne do różnicy w wielkości obu odtwarzaczy. Powiem nawet więcej, gdyż o ile po, przyznaję bez bicia, dość pobieżnych i dodatkowo obarczonych błędem zmęczenia odsłuchach podczas monachijskiego High Endu SP1000 wydawał mi się nieco odchudzony i szklisty, przynajmniej w porównaniu z Kannem, to tym razem nijakich anomalii dotyczących tak wypełniającej kontury tkanki, jak i samej saturacji nie odnotowałem. Niby obecne na stoisku producenta AK T5p od wykorzystywanych przeze mnie podczas testów Sonorusów X dzieli przepaść trudna do przemilczenia, ale … nawet po zmianie nauszników na zdecydowanie tańsze Meze 99 Classics Walnut Gold i 99 Neo różnice w ww. aspektach, oraz charakterystyce tonalnej pomiędzy obiema tytułowymi modelami pozostały niezmienne i mniej więcej na tym samym poziomie. Mniej więcej, gdyż rumuńskie Meze do tematu reprodukcji podchodziły nieco mniej krytycznie skupiając się na przyjemności odsłuchu jako takiej i wyraźnie ustępowały Finalom pod względem rozdzielczości, co patrząc na rozstrzał cenowy niespecjalnie powinno dziwić. Wracając jednak do naszych plikograjów dochodzę do wniosku, że A&K nie bez kozery przearanżował swoją stronę główną eksponując A&ultima i Kanna na honorowym miejscu a całą resztę, czyli dotychczasową ofertę pakując do wspólnego wora z etykietą „pozostałe”. Jeśli bowiem ten mniej podobający mi się przy pierwszym spotkaniu model, czyli SP1000 z iście dziecinną łatwością zdeklasował AK380-kę, to cóż innego mógł zrobić ich producent. Ot zainicjował nową generację, obwieścił nowe porządki i … chwała mu za to. Różnicę klas słychać bowiem nie tylko pod względem rozdzielczości i selektywności jakże koniecznych na ww. ekstremalnym łomocie, ale i na bardziej cywilizowanym repertuarze, jak wspomniany Pink Floyd, czy jeszcze bardziej wymagający Godard, gdzie wcale nie trzeba się obsesyjnie wsłuchiwać, by wyłowić ile niuansów i mikrodetali tworzących zjawiskową aurę pogłosową jest w stanie zaprezentować SP1000 a AK380 jedynie ich obecność zasygnalizować. Jeśli jednak myślicie Państwo, że i czegoś „skocznego” w testowej playliście zabrakło, to jesteście w błędzie, bo idealnym podkładem do weekendowego chilloutu okazał się pełen pulsujących funkiem i hip-hopem rytmem album „Doo-Bop” Milesa Davisa i o ile do tej pory wydawało mi się, że z topowymi Sonorusami na głowie nie da się zbyt entuzjastycznie podrygiwać, to mając je podpięte pod SP1000 owa pozornie awykonalna sztuka jednak stała się faktem.
Niestety nie wiem jakimi pobudkami kierował się polski dystrybutor dostarczając oba urządzenia do testu porównawczego, ale mając w głębokim poważaniu tzw. poprawność polityczną i kierując się jedynie własnym słuchem śmiem twierdzić, że Astell&Kern A&ultima SP1000 deklasuje AK380 pod … prawie każdym względem. Prawie, gdyż pomimo najszczerszych i przy tym w 100% dobrych chęci nie wyobrażam sobie spacerowania z blisko 400 g cegłą w kieszeni. W domowym zaciszu, na kanapie, przy biurku jak najbardziej tak, ale noszenie SP1000 w spodniach może przypominać pierwsze kroki po … wazektomii.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: MIP
Ceny:
Astell&Kern AK380: 16 998,98 PLN
Astell&Kern A&ultima SP1000: 16 998,99 PLN
Dane techniczne
Astell&Kern AK380
Wyświetlacz: 4” (480 x 800)
Obsługiwane formaty audio: WAV, FLAC, WMA, MP3, OGG, APE, AAC, ALAC, AIFF, DFF, DSF
Częstotliwość próbkowania:
PCM: 8 kHz ~ 384 kHz/8-32-bit
DSD Natywne: DSD64 (1 bit 2,8MHz), Stereo / DSD128 (1 bit 5,6MHz), Stereo
Poziom wyjściowy:
Niezbalansowany: 2.2 Vrms
Zbalansowany: 2,3 Vrms (Stan bez obciążenia)
Odstęp sygnał/szum:
Niezbalansowany: 116dB @ 1kHz
Zbalansowany: 117dB @ 1kHz
Całkowite zniekształcenia (THD+N): 0.0008% @ 1kHz
Niezbalansowany: 0.0007% @ 1kHz
Zbalansowany:
DAC: AKM AK4490 x2 (Dual DAC)
Dekodowanie: Obsługa do 32bit / 384 kHz
Wejście: wejście USB Micro-B (do ładowania i transmisji danych (PC i Mac)) / Tryb połączenia: MTP (Urządzenie mediów)
Wyjścia: Wyjście słuchawkowe (3,5mm) / Wyjście optyczne (3,5mm) / Wyjście zbalansowane (2,5mm – tylko 4-polowe wtyki)
Wi-Fi: 802.11 b / g / n (2.4GHz)
Bluetooth: V4.0 (A2DP, AVRCP)
Wymiary (S x W x G): 79,8 x 112,4 x 17,9 mm
Waga: 230 g
Kolor: Meteoric Titan
Astell&Kern A&ultima SP1000
Wyświetlacz: 5″ (720 x 1280)
Obsługiwane formaty audio: WAV, FLAC, WMA, MP3, OGG, APE, AAC, ALAC, AIFF, DFF, DSF
Częstotliwość próbkowania:
PCM: 8 kHz ~ 384 kHz/8-32-bit
DSD Natywne: DSD64 (1 bit 2,8MHz), Stereo / DSD128 (1 bit 5,6MHz), Stereo / DSD256(1bit 11,2MHz), Stereo
Poziom wyjściowy:
Niezbalansowany: 2,2 Vrms
Zbalansowany: 3,9 Vrms (Stan bez obciążenia)
CPU: Octa-Core
DAC: AKM AK4497EQ x2 (Dual DAC)
Dekodowanie: Obsługa do 32bit / 384 kHz
Wejście: wejście USB 3.0 Type-C (do ładowania i transmisji danych (PC i Mac)) / Tryb połączenia: MTP (Urządzenie mediów)
Wyjścia: Wyjście słuchawkowe (3,5mm) / Wyjście optyczne (3,5mm) / Wyjście zbalansowane (2,5mm – tylko 4-polowe wtyki)
Wi-Fi: 802.11 b / g / n (2.4GHz)
Bluetooth: V4.0 (A2DP, AVRCP, aptXTM HD)
Wymiary (S x W x G): 75,8 x 132 x 16,2 mm
Waga: 386,6 g
Kolor: Stal nierdzewna, miedź
Słuchawki użyte podczas testu: Final Sonorus X, Meze 99 Classics Walnut Gold, Meze 99 Neo, q-JAYS, MEE Pinnacle P1
Najnowsze komentarze