Monthly Archives: październik 2017


  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Osiągnięcie 30-ki można fetować na setki sposobów, ale niemiecki AVM wybrał … wprowadzenie na rynek kilku uświetniających tę okazję urządzeń. Z Jubileuszowej puli trafiły do nas przedwzmacniacz V30 i monobloki M30.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Po blisko dwóch latach absencji jako lajtowo podchodzący do tematu alkoholu VIP-owski fotoreporter (ostatnie dwie odsłony zaliczyłem incognito) po odwiedzeniu odbywającego się w dniu 12.10 2017r. już po raz siódmy Salonu Alkoholi Mocnych postanowiłem wskrzesić tę dla wielu kochających wykwintne trunki melomanów mającą już kilka odsłon na naszym portalu świecką tradycję drażnienia Waszych kubków smakowych niestety tylko moimi organoleptycznymi przygodami. Jednak w tym roku moją pyszność mam lojalne prawo trochę usprawiedliwić. Powód? Gdy podczas poprzednich relacji kreślone przygody miały miejsce na prezentacjach zamkniętych, to w tym roku po zmianie formuły po raz pierwszy cała dystrybuowana przez salony M&P śmietanka alkoholowego świata była dostępna dla wszystkich zainteresowanych. Jedyny warunek to zakup stosownego biletu (70 złotych), który raz, że uprawniał do spróbowania wszystkiego co stało na stoliku do co najmniej średniej półki cenowej, a dwa przy wyjściu z imprezy otrzymywało się upominek w postaci oscylującej w cenie biletu szkockiej Whisky Highland Baron. Czyli ni mniej, ni więcej wszystko odbyło się za tak zwaną darmochę, a jedynym kosztem dla dumnych degustatorów była taryfa, a dla posiadaczy węża w kieszeni bilet na tramwaj. Jeśli ktoś nie był na tej imprezie, kwestię kasty do której się zalicza określi podczas kolejnej, wiosennej odsłony festiwalu sieci salonów M&P.

Zanim rozpocznę, a nie będę zaprzeczał, że przyjemne dla mnie pastwienie się nad Wami, wyjaśnię temat pojawiających się na sporej ilości butelek karteczek z cenami. Żeby była jasność, to nie jest wartość całej flaszki, tylko stawka za dawkę 25ml jej zawartości. I niech nie przerażą Was kwoty nawet 100 złotych, gdyż należy wziąć pod uwagę, że owe trunki miały czasem po 40 lat, a koszt flakonika 0.7l na półce sklepowej oscylował nawet wokół kilku tysięcy złotych. Niestety, tak jak w naszym hobby, wszystko co legitymuje się najwyższą jakością jest drogie, ale przewaga takich spotkań nad zabawą w audio jest taka, że jeśli ktoś jest fanatykiem danej rozlewni bez możliwości zakupu całej butelki, za sprawą podobnych akcji ma szansę spróbować tego zamkniętego w szkle absolutu dla kubków smakowych. Z pewnością jesteście ciekawi, czy ja za coś zapłaciłem? Przyznam szczerze, że z własnej kieszeni nie. Ale jak w którymś wcześniejszym artykule wspominałem, u gospodarza tej imprezy zdążyłem już nabyć tyle trunkw, że w dowodzie pewnego rodzaju wdzięczności otrzymałem okrągłą sumkę stu „Pawlino-złotówek”, które ze względu na mnogość oferty nie za bardzo widziałem jak spożytkować. I wiecie co, gdy tak łaziłem po wystawie i cyzelowałem, gdzie wykonać pierwszy strzał, dość przypadkowo padło na zapłacenie 25 zł. za próbkę 20-to letniego BARBEITO dla bardzo miłej, ale jak na standardy tego typu imprez starszej pary. Myślicie, że było szkoda? Bynajmniej. Ich radość i co ważniejsze zaskoczenie, że ktoś idący na alkoholowy spęd jest w stanie częścią swojego przydziału obdarować innych, była dla mnie przyjemnością, a nadmiar tego, cała akcja zakończyła się rasowym selfie z uradowaną panią. Ok., wystarczy tego pompowania balonika dobrotliwości, przejdźmy do konkretów.

Akapit dotyczący samych wrażeń narządów zmysłu niestety z racji zabicia kubków smakowych i powonienia już po kilku stolikach jest niemożliwy do dociekliwego rozwinięcia, ale jedno mogę Wam obiecać na pewno, dobór słów, określeń, metafor i wyszukanych smaków jest idealnie sprawdzającym się w moich wypocinach na temat sprzętu audio. Naturalnie nie ma mowy o jak to czasem w związanych z naszym hobby periodykach branżowych da się przeczytać walcowaniu konkurencji, tylko praktykowane jest szukanie innych, ale całkowicie porównywalnych informacyjnie, tłumaczonych sposobem dojrzewania, kupażowania i zastosowanymi do leżakowania beczkami po rozmaitych odmianach win zwrotów. Nie wiem, czy piliście bardzo dymnego szkockiego Kilchomana. Torf, dym i spora moc maltretują kubki smakowe i receptory nosowe już od samego zbliżenia kieliszka do naszego ośrodka sterowania ciałem (mam na myśli głowę), a panowie z obsługi jak z rękawa sypią frazami o dającym się wyczuć smaku i zapachu cytrusów, czekolady, wędzonej ryby, podkładów kolejowych, kawy, przypalanych śliwek i co często przyprawia i mnie o uśmiech na twarzy woń spalonego PlayStation. Szczerze powiedziawszy kreatywność w opisywaniu doznań po łyku tego dla wielu osobników mieniących się znawcami Whisky trudnego trunku nie ma granic. I zapewniam Was, jeśli nie bywacie na naturalnie mniejszych, dotyczących poszczególnych destylarni prezentacjach, wiele tracicie. Spróbujcie choćby raz na taką się wybrać, a zapewniam, gdy zaliczycie organoleptycznie coś, czego nigdy wcześniej z racji zalatywania trupem lub smołą nigdy nie próbowaliście, podczas wprowadzania w tajniki doznań jakie powinniście mówiąc kolokwialnie zaliczyć będziecie zrywać boki ze śmiechu. Zapewniam ze stuprocentową gwarancją.

I tym optymistycznym akcentem chciałbym podziękować organizatorom zaproszenie na kolejną, według mnie udaną, bo otwierającą się na nowych smakoszy edycję Salonu Alkoholi Mocnych. Co prawda nie zaglądałem w księgi przychodów i rozchodów, ale sądzę, że choćby z racji poznawania tak wyrafinowanego alkoholu przez zdecydowanie większą klientelę jest to dobry kierunek działań. Według mnie tak trzymać. Jeśli chodzi zaś o Was, czyli czytelników naszego portalu chcę przeprosić za brak wgryzania się w poszczególne marki i opisy konkretnych destylatów. Jak wspominałem, jest tego zbyt wiele i nawet zdawkowe powąchanie i pojedyncze przepłukanie jamy ustnej po kilku pozycjach bez względu na ich smakowe wyrafinowanie powoduje upośledzenie ważnych dla tego rodzaju opisów zmysłów. Niemniej jednak przyznam, że poświęcony na odwiedziny opisywanego festiwalu czas spędziłem przy rewelacyjnych na zimowe wieczory PORTO, przyprawowych Absyntach, leżakowanych w beczkach po Cherry i innych odmianach czerwonych win, różnorodnych Whisky, czy Burbonach, pochodzących z całego świata rumach, koniakach, likierach i straszącej trupią czaszką, ale bardzo delikatnej w smaku wódce Head. Nie wiem, może narażę się organizatorom, ale puentą tego spotkania niech będzie szczere, samoczynnie cisnące się na usta o powystawowym poranku wyznanie: „Dla mojego ducha od początku do końca była to uczta, ale dla narządów odpowiedzialnych za gromadzenie doznań katorga”, czego tak prawdę mówiąc wszystkim czytelnikom serdecznie życzę.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Firma Sennheiser, specjalizująca się w rozwiązaniach audio najwyższej jakości, zaprezentowała nowe otwarte dynamiczne słuchawki HD 660 S dedykowane najbardziej wymagającym słuchaczom. Udoskonalony przetwornik zapewnia zmniejszony poziom zniekształceń harmonicznych, co gwarantuje jeszcze bardziej naturalne i klarowne brzmienie. Dzięki niskiej impedancji (150 Ohm) model HD 660 S oferuje większą wszechstronność, a użytkownik może cieszyć się wiernie odwzorowanym dźwiękiem wysokiej klasy, korzystając zarówno z odtwarzaczy stacjonarnych, jak i przenośnych.

Czerpiąc z najlepszych rozwiązań technologicznych modelu HD 650, nowe słuchawki pod wieloma względami przewyższają swojego poprzednika. Lepszą charakterystyka akustyczna modelu HD 660 S osiągnięto dzięki zmniejszeniu poziomu zniekształceń harmonicznych oraz zastosowaniu autorskiego przetwornika firmy Sennheiser, który umożliwia większą kontrolę nad drganiami membran. Dzieje się tak za sprawą specjalnej konstrukcji ze stali nierdzewnej, przystosowanej do kształtu membrany. Przetworniki zostały starannie wyselekcjonowane i sparowane ręcznie, aby zagwarantować stałą, wąską (± 1 dB) tolerancję. W osiągnięciu wierności odwzorowywanego sygnału pomagają wyjątkowo lekkie, aluminiowe cewki. Zastosowane rozwiązania pozwalają osiągnąć bezkompromisowe brzmienie obfitujące w detale. Model HD 660 S zapewnia pełne basy, wyśmienite brzmienie w średnich częstotliwościach oraz przyjemne i łagodne wybrzmiewanie wysokich tonacji.

„Słuchawki HD 660 S są odpowiedzią na coraz większe wymagania i zróżnicowane potrzeby osób, poszukujących doznań audio na najwyższym poziomie. Najnowszy model pozwala słuchaczom cieszyć się doskonałym brzmieniem pełnym detali podczas odsłuchu plików cyfrowych czy utworów odtwarzanych w sposób analogowy, na urządzeniu mobilnym czy domowym systemie HiFi” – powiedział Axel Grell, Head of Portfolio Management Audiophile, Sennheiser. „Urządzenie gwarantuje wyjątkowo precyzyjny i wyrazisty dźwięk, który pozwala na całkowite zanurzenie się w ulubionej muzyce” – podsumował Axel Grell.

Stworzone dla przyjemności codziennego użytku
Słuchawki HD 660 S są ucieleśnieniem najnowocześniejszej technologii, doskonałego brzmienia i bezkompromisowej niemieckiej jakości. Połączenie solidnego wykonania oraz przełomowych rozwiązań technicznych zaobfitowało stworzeniem eleganckiego i ponadczasowego urządzenia w high-endowej stylistyce.

Mocna, a zarazem lekka konstrukcja sprawia, że słuchanie jest niezwykle komfortowe. Dopasowane do kształtu ucha wymienne nauszniki oraz miękkie obicie pałąka gwarantują wyśmienite odczucia i umożliwiają pełne skupienie się na muzyce.

Odsłuchy najwyższej klasy
Impedancja wynosząca jedynie 150 Ohm sprawia, że model HD 660 S może być wykorzystywany z powodzeniem zarówno do odsłuchu ze stacjonarnych systemów HiFi, jak i urządzeń przenośnych. Słuchawki pokazują swój pełny potencjał po podłączeniu wzmacniacza słuchawkowego, na przykład Sennheiser HDV 820, lub do odpowiednio zbalansowanego wyjścia audio w cyfrowym urządzeniu mobilnym. Model HD 660 S oferuje możliwość podłączenia do gniazd różnej wielkości: 6,35 mm oraz Pentaconn 4,4 mm. W opakowaniu znajduje się również adapter 3,5 mm. Kable zawarte w zestawie zostały wykonane z miedzi beztlenowej, co zapewnia profesjonalny i czysty przepływ sygnału.

Dystrybucja: Aplauz

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

AVM za pomocą media-playera OVATION MP 6.2 stara się pogodzić stare z nowym, czyli zapewnić swoim nabywcom możliwość czerpania radości zarówno z posiadanej płytoteki CD, jak i zgromadzonych na dyskach, oraz dostępnych w serwisach streamingowych plików. Jak te ambitne plany sprawdzają się w praktyce ocenimy już wkrótce.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Lumen White Kyara

Opinia 1

Jak znana zdecydowanej większości populacji audiofilów wieść gminna niesie, przetworniki ceramiczne są jednymi z najcięższych do zaaplikowania w kolumnach pomysłów branży głośnikowej. Naturalnie, bez względu na ten dla wielu oczywisty fakt, jak wszystko na tym ziemskim padole oparte o porcelanowe membrany kolumny mają tyle samo zwolenników co przeciwników. I nie ma znaczenia, jakie to są liczby, ważnym jest, że na chwilę obecną poszczególne obozy w swych osądach są bardzo mocno okopane i żaden nie chce oddać przeciwnikowi nawet pół łokcia pola walki. Dlatego też mając na celu choćby zdawkowe zbliżenie obydwu ugrupowań do siebie coraz częściej pojawiają się konstruktorzy, którzy na ile to jest możliwe, starają się pogodzić obydwa światy, czyli sprawić, aby będące składową jednego z dzisiejszych produktów głośniki niemieckiego Accutona dały się napędzić niezbyt mocnym setem lampowym. Niemożliwe? Nawet nie wiecie, jak się mylicie, co niniejszym testem postaram się Wam udowodnić. Tak tak, będziemy rozprawiać o zaproponowanym przez jednego dystrybutora tak zwanym „Systemie Marzeń”, który jest w stanie zmusić z pozoru wiejące chłodem porcelanowe membrany do dźwięku przyjaznego nawet dla otwartych na inny punkt widzenia miłośników systemów lampowych. O czym mowa? Miło mi poinformować, iż to podejście testowe opiewać będzie zestaw składający się z: austriackich kolumn Lumen White KYARA, japońskiego zestawu pre-power Phasemation MA 2000 + CA 1000, japońskiego odtwarzacza CD/SACD Accupchase DP-720 i okablowania holenderskiego Siltecha w topowej specyfikacji Triple Crown. Puentując wstępniak chyba nie odkryję Ameryki, gdy zdradzę, iż całość sprzętu, nie bez problemów logistycznych, do redakcji dostarczył krakowsko-warszawski Nautilus.

Z racji mnogości urządzeń biorących udział w relacjonowanym spotkaniu testowym aby Was nie zanudzić, akapit wizualizacyjno-manualny pod względem tekstowym postaram się nieco zminimalizować. Zatem idąc za obietnicą i rozpoczynając od początku toru jako pierwszym zajmiemy się odtwarzaczem Accupchase DP-720. Ten będąc typowym przedstawicielem tej stajni jest ostoją piękna w najczystszej postaci. Ubrana w polakierowaną na wysoki połysk skrzynkę elektronika i mieniący się szampańskim złotem front pokazują, jak powinien wyglądać zaliczający się do segmentu High End produkt. Przybliżając nieco jego ofertę przyłączeniowo-użytkową wspomnę, iż na jego przednim panelu znajdziemy centralnie umieszczone okienko z najważniejszymi dla użytkownika informacjami typu: rodzaj wejścia, informacje o zaaplikowanej płycie, czy obsługiwany format. Nieco poniżej tego delikatnie zaciemnionego informatora o stanie urządzenia zlokalizowano majestatycznie wysuwającą się szufladę na srebrne krążki i licujące z nią dwa włączniki funkcyjne. Całość oferty sterowania uzupełniają znajdujące się na poziomie przywołanej tacki na płyty, ale osadzone znacznie bliżej boków przyciski (z lewej: POWER, EXT/DSP i SACD/CD, a z prawej: PLAY, PAUSE, BACK, NEXT, STOP). Raport tylnej ścianki donosi o serii wejść cyfrowych: USB, OPTICAL, HS-LINK, COAXIAL, wyjściach w standardach XLR / RCA i gnieździe zasilającym. Kreśląc kilka zdań o elektronice wzmacniającej sygnał nie mogę nie wspomnieć o bardzo zbliżonym do źródła złotym odcieniu produktów Phasemation. Sam przedwzmacniacz składa się z trzech komponentów, z tą tylko w stosunku do większości konkurencji różnicą, że zasilanie i sterowanie znajduje się jednej dużej skrzynce, a same układy przedwzmacniacza w dwóch mniejszych. Naturalnie takie rozwiązanie wymusza na poszczególnych komponentach zastosowanie na ich plecach odpowiednich gniazd realizujących połączenia prądowe i sygnałowe, ale biorąc pod uwagę fakt Waszego śledzenia załączonych fotografii wiem, że na ich podstawie sami dokładne to przestudiujecie. Gdy temat rewersu przedwzmacniacza linowego mamy już za sobą, zdradzę, że fronty małych skrzynek w swej skromności oferują jedynie sygnalizujące ich prace diody, a przedni panel głównej, będącej swoistym centrum dowodzenia patrząc od lewej strony serię przycisków, dwa pokrętła, okienko poziomu wysterowania, gałkę wzmocnienia i na prawej przyciski wyboru przypisanych funkcji i diody informujące o ustawieniu balansu pomiędzy kanałami. Przechodząc do końcówek mocy należy przywołać ich zrealizowaną przy pomocy dwóch lamp 300B (do procesu testowego dostarczono lampy manufaktury TAKATSUKI) w układzie SE moc 25W, a temat sterowania i przyjmowania sygnałów zamyka się jedynie w włącznikach na frontach i wejściach sygnału w standardzie RCA, terminalach kolumnowych dla obciążeń 4/8 Ohm i gniazdach zasilających na plecach. Dochodząc do wydaje się najważniejszego punktu spotkania, czyli samych kolumn i idąc za informacjami producenta okazuje się, iż są dość łatwym obciążeniem, gdyż oferują skuteczność na poziomie 89.5 decybeli. Jak wspominałem we wstępniaku, wszystkie przetworniki są ceramiczne, bądź ceramiczno-aluminowe pochodzą od niemieckiego Accutona, a bryłę obudowy nie można określić inaczej niż osobiste spotkanie ze sztuką w najczystszej postaci. Pokryte naturalnym egzotycznym fornirem i polakierowane na wysoki połysk, wszędobylskie obłe kształty nie tylko pięknie prezentują się w każdym, nawet najbardziej wyszukanym pomieszczeniu, ale przy okazji pomagają w wygaszaniu wewnątrz konstrukcji zazwyczaj bardzo szkodliwych fal stojących. Jak widać na zdjęciach, na froncie zlokalizowano cztery przetworniki (wysoko-tonowy, średnio-tonowy i trzy basowce), zaś tylny panel pozwala na połączenie kolumn ze wzmacniaczem w trybie biwiringu i za pomocą dostarczonych w komplecie dwóch rodzajów „dusz” umożliwia delikatne dostrojenie finalnego brzmienia. Zbliżając się ku końcowi tego mimo skrótowego potraktowania tematu trochę długiego akapitu dodam, iż całość konfiguracji okablowano topową serią holenderskiej marki Siltech w odmienia Triple Crown (sieciowe, sygnałowe i kolumnowe), co ewidentnie pokazuje, że dystrybutor stając na wysokości zadania niczego nie pozostawił bardzo różnie wypadającemu przypadkowi, tylko temat tego testu domknął na ostatni guzik.

Zanim rozpocznę dzielenie się z Wami zaobserwowanymi spostrzeżeniami, zaznaczę jedynie, że zderzenia z tak drogimi systemami zawsze obciążone są bardzo wysoko zawieszoną poprzeczką w domenie generowanego dźwięku. Naturalnie, powinny wyróżniać się bardzo dobrym brzmieniem, ale jak to zwykle bywa, często każdy gra w nieco inny sposób i aby nie wyrządzić nikomu krzywdy, należy być bardzo otwartym na to co się usłyszy. A jakby tego było mało, czasem znając specyfikę danego rozwiązania pewnych artefaktów należy nawet oczekiwać. A czy ja osobiście byłem na coś przygotowany? Powiem szczerze, naturalnie, że tak. Przecież grałem głośnikami ceramicznymi i nie ma takiej możliwości, aby weszły w sznyt przekazu angielskich Harbeth’ów, czy choćby moich ISIS-ów. Dlatego aplikując opisywane zestawienie w moim pokoju interesowało mnie tylko jedno: „Jak mocno uchodzącej za najszlachetniejszą lampie 300B uda się ucywilizować stawiające na kontur i ostre cięcie uzbrojone w porcelanowe głośniki kolumny Lumen White KYARA. Efekt? Bez naciągania faktów oznajmię, że bardzo dobry. Oczywiście w prezentacji nadal słychać było manierę „porcelanek”, a nie „papierzaków” ale tak zmysłowego ich podania jak dotąd nie udało mi się zaznać. Gdybym miał w kilku zdaniach sprecyzować pozytywy opisywanego „Systemu Marzeń”, powiedziałbym, że otrzymałem rysowaną wyraźną, ale nad wyraz gładką kreską bezkresną głębię wirtualnej sceny. Pozycjonowanie poszczególnych źródeł pozornych było tak mocno wyśrubowane, że tego co swobodnie słyszałem podczas obcowania z opisywanym zestawem testowym po przejściu na system odniesienia nader często mocno się doszukiwałem. Ok. Kreowanie świata w domenie wizualizacji wypadło wzorowo. A co z resztą składowych przekazu muzycznego? Tutaj kłania się właśnie wspominane na początku tego akapitu wyczulenie na oczekiwane artefakty. Chodzi mianowicie o raczej oscylujące bliżej neutralności niż mój codzienny, solidnie pokolorowany zestaw wysycenie i unikającą przeciążenia masę dźwięku. Ale jak zaznaczyłem, nie można mieć pretensji o coś, co jest naturalną pochodną zastosowanych komponentów, a tym bardziej, gdy przyjrzymy się temu bliżej, tak jak w dzisiejszej odsłonie nagle okazuje się bardzo mocno oddalone od typowej maniery podobnych produktów. Zagmatwałem? Już wyjaśniam. Mówi ę o dalekiej od znanej wszystkim specyfice grania tytułowego zestawienia, czyli nie ostro, szybko i bezduszne, tylko może nie w kolorystyce złotej jesieni, ale gładkie, świeże i z wyraźnie wyczuwalną duszą do grania muzykowanie. Tak, dla mnie skażonego ociekającym barwą przekazem przydałoby się nieco więcej masy na środku pasma, ale za to moje kolumny nie budują tak głębokich przestrzeni i nie oferują takiej witalności. Niestety, zawsze jest coś za coś i jestem prawie pewien, że gdy odbiję się od przysłowiowej bandy przekraczającego punkt neutralności wysycenia dźwięku, pierwsze kroki podczas ewentualnych zmian skieruję właśnie w stronę napędzanych lampą kolumn typu Lumen White. Gdy temat sznytu grania mamy z grubsza zreferowany, na kilku przykładach płytowych postaram się pokazać, jak mieniący się szampańskim złotem i pięknem naturalnego forniru poszczególnych klocków układanki zestaw radzi sobie w warunkach bojowych. Na początek weźmy repertuar Christiny Pluchar „Teatro d’Amore” . Szczerze powiedziawszy nie sądziłem, że ta przecież bardzo wymagająca pod względem barwy twórczość wypadnie tak wciągająco. Rozmach wokalizy z oddaniem okalającego artystów tła był na najwyższym poziomie. Ba nawet głosy artystów specjalnie nie narzekały na oszczędność w wysyceniu dolnego środka (główne role śpiewane to sopran i kontratenor). Owszem, po kilku taktach ową oszczędność na podstawie użytego podczas tej sesji nagraniowej instrumentarium bez problemu wyłapywałem, ale patrząc na całość nie odbierałem tego jako szkodliwego wynaturzenia, tylko inny sposób oddania tego wydarzenia. Naturalnie, gdy któregoś razu gościłem większą grupę znajomych i dobiegającą z kolumn muzykę byłem zmuszony zbliżając się do maksimum zdecydowanie pogłośnić, momentami dało się wyczuć ogólną utratę równowagi tonalnej w stronę wyszczuplenia. Ale natychmiast stając w obronie naszego obiektu zainteresowania zaznaczę, że podczas unikającego dyskotekowych głośności słuchania (przecież do dyspozycji mamy jedynie 25W) wyartykułowany temat nie występował. Jako kolejny przykład płytowy posłużyła mi najnowsza kompilacja Gary Peacock Trio „Tangents”. Tak jak w przypadku muzyki dawnej, tak i tutaj większość przekazu z dobrodziejstwa swobody grania czerpała pełnymi garściami, a jedynym narzekającym na zbyt witalne granie instrumentem był kontrabas, który delikatnie zatracił wspomagane pudłem rezonansowym wybrzmiewanie strun. Reszta generatorów dźwięku oczywiście z blachami na górze, ale i stopą perkusji na dole wydawały się być ukontentowane (kiedy była potrzeba, podłoga potrafiła zadrżeć). I gdy tak płyta za płytą wszystko wypadało co najmniej ciekawie, przyszedł czas na elektronikę spod znaku Massive Attack „Blue Lines”. I wiecie co? To chyba jedyny gatunek muzyczny, który znacznie częściej niż inne pokazywał, gdzie mu się nie podoba. To ma być szybkość i energia sztucznych tworów nutowych, a tymczasem nasz złożony do celów testowych kombinat sprzętowy owszem szybkości nie żałował, ale najniższe, nie występujące w naturze pomruki mimo ochoty do pokazania prawdy oddawał zbyt lekko. Słowem, szybko, przenikliwie, ale w najniższych rejestrach zbyt kulturalnie, na co ortodoksyjni wielbiciele takich produkcji z pewnością mogliby ponarzekać. Ale umówmy się, nikt przecież nie kupuje zestawu audio za cenę apartamentu w centrum Warszawy, żeby słuchać na nim pozbawionych szacunku dla narządów słuchu tworów muzycznych. Zaproponowany do zaopiniowania zestaw ewidentnie skierowany jest do melomanów i jeśli tylko ów miłośnik dobrej jakości dźwięku będzie stawiał na jego magię, z pewnością się nie zawiedzie.

Przyznam szczerze, mimo zapewnień aplikujących system w moich progach pracowników Nautilusa, że zderzę się z magią w wydaniu Accutona, po doświadczeniach z wieloma podobnymi konstrukcjami konkurencji na to spotkanie sam na sam miałem przygotowany spory margines tolerancji. Tymczasem większość słuchanego przeze mnie materiału muzycznego bez problemu potrafiła mnie w pozytywnym tego słowa znaczeniu zadziwić, żeby nie powiedzieć zauroczyć. Owszem, zwiększenie ilości decybeli przy przecież niezbyt mocnych jak na potrzeby kolumn lampach czasem powodowało przenikliwość prezentacji. Ale przecież wspominałem, że były to okazjonalne wyskoki, których podczas osobistego kontaktu z muzyką ani razu nie wywołałem. A gdy tylko w napędzie lądował warty karmienia moich narządów słuchu projekt muzyczny, okazywało się, że mimo bardzo mocnego osobistego skrętu ku podkolorowaniu przekazu słyszałem wiele bardzo pożądanych, a u mnie nie tak spektakularnie wypadających cech. Do kogo zatem adresowany jest opisywany zestaw? Jak wspomniałem, w pierwszym rzędzie do melomanów stawiających na magię dobiegających do jego uszu swobodnie podanych, bezkresnych pokładów dźwięku. Jednak w drugiej kolejności nie odżegnywałbym się od polecenia go prawie wszystkim, gdyż mimo delikatnie wyczuwalnego sznytu grania porcelanowych przetworników system robi to na tyle gładko i czarująco, że nie zdziwiłbym się, gdyby nawet największy przeciwnik w osobie ortodoksyjnego lampiarza znalazł w tej konfiguracji czegoś ciekawego dla siebie. A jako wręcz idealny przykład tej teorii zaproponuję siebie, który będąc ze swoją układanką zdecydowanie bliżej przegrzania panującej atmosfery, w przypadku roszad systemowych z pewnością wykonałby kolejną, tym razem ocierającą się o decyzję zakupową próbę testową. A to chyba o czymś świadczy.

Jacek Pazio

Opinia 2

Niestety za oknem plucha, o romantycznej złotej polskiej jesieni przypominają co najwyżej reklamy funduszy emerytalnych a każdy z nas na miarę własnych możliwości radzi sobie ze związanym z pożegnaniem lata przygnębieniem. Jedni sięgają po wszelakiej maści samoopalacze mniej bądź bardziej udanie symulujące resztki wakacyjnej opalenizny, inni „jasne pełne” zastępują szkockimi destylatami a my, jak przystało na rasowych audiofilów, znaleźliśmy swój własny sposób na jesienną chandrę. Nie mówię, że od czasu do czasu nie sięgamy po szklaneczkę słomkowo-złotej ambrozji z Islay, bo sięgamy, ale przede wszystkim reaktywujemy nasz autorski cykl spotkań z tzw. „systemami marzeń”. Wyszliśmy bowiem z założenia, że dystrybutorzy i producenci powinni mieć szansę nie tylko podczas corocznego Audio Video Show i innych, nieco mniej popularnych eventów, prezentowania swoich autorskich konfiguracji. Skoro bowiem dysponujemy miejscem umożliwiającym wstawienie nawet takich „maleństw” jak Avantgarde Acoustic Trio, czy Trenner & Friedl Duke wielką niefrasobliwością z naszej strony byłoby ww. okoliczności przyrody nie wykorzystać. I w miarę skromnych możliwości wykorzystujemy. Jednak dziwnym zbiegiem okoliczności ostatnia recenzja ze wspomnianego cyklu nie dość, że pojawiła się na naszych łamach na samym początku bieżącego roku, to była niejako pokłosiem prezentacji mającej miejsce właśnie podczas zeszłorocznego Audio Video Show i tylko grzecznie czekającej na swoją kolej, gdy w naszym OPOSie gościł potężny system bułgarskiego Thraxa. Mowa oczywiście o austriackim systemie marzeń w skład którego weszła elektronika Ayona i kolumny Lumen White White Light Anniversary. Cóż zatem przygotowaliśmy tym razem? Całkiem zgrabne nawiązanie do ostatniego testu, nieco przewrotną konfigurację towarzyszącej elektroniki i iście niemoralną propozycję okablowania całości. Tak, tak drodzy Państwo. Po prostu dystrybutor, z resztą słusznie, uznał, że skoro ma być system marzeń, to niech taki będzie i zgodnie ze staropolskim, „czym chata bogata, tym rada” ustawił u nas set w skład którego weszły odtwarzacz CD/SACD Accuphase DP-720, dzielona amplifikacja Phasemation CA-1000 & MA-2000, kolumny Lumen White Kyara, oraz okablowanie Siltech Triple Crown.

Jak sami Państwo widzą wbrew obowiązującym regułom i niejako również naszym własnym doświadczeniom krakowsko – warszawski Nautilus nieco przewrotnie, wraz z opartymi na Accutonach Lumen White’ami zamiast spodziewanego potężnego „pieca” dostarczył … 25W triodową amplifikację Phasemation z przepięknymi lampami Takatsuki TA-300B (opcja dostępna za dopłatą) na pokładzie. Oprócz pary takowych perełek w każdym monobloku znajdziemy jeszcze stabilizująca 2A3, sterującą 12AX7A i prostowniczą JAN 5R4G Philipsa. Całość zamknięto w stylowej klatce, której front stanowi szyba pozwalająca cieszyć wzrok widokiem rozżarzonych baniek a jednocześnie mieć pewność, że buszującym po domu milusińskim nic z ich strony nie grozi. Dla towarzystwa i zachowania wzorniczej spójności wraz z ww. końcówkami trafił do nas również dedykowany przedwzmacniacz CA-1000 w którym czytelny wyświetlacz, przyciski wyboru źródeł i potężną oferującą 46 kroków, sprzęgniętą z hybrydowym układem z przekaźnikami, gałkę głośności zamontowano w module zasilając-sterującym, natomiast część sygnałowo-wzmacniającą podzielono na dwa odrębne moduły przypisane prawemu i lewemu kanałowi. Konstrukcja jest oczywiście lampowa i oparta na bańkach ECC803 (12AX7) pracujących w systemie SRPP (Serial Regulated Pull-Push) z buforem wyjściowym na podwójnych triodach 6922 (6DJ8). Lampy pracują bez sprzężenia zwrotnego. W roli prostownika użyto lampy 5U4G. Każdy z modułów dysponuje trzema gniazdami RCA i trzema XLR, w przypadku których zastosowano transformator zmieniający sygnał na niezbalansowany. Nie muszę dodawać, że całość skąpana jest w nad wyraz ekskluzywnym szampańskim złocie a drewniane podstawy tylko podkreślają urzekająco rustykalną szatę wzorniczą. Jak się jednak okazuje wykorzystanie drewna nie wynikało jedynie z walorów czysto estetycznych, gdyż producent otwarcie przyznaje, iż głownie chodziło o wynikające z natywnej anizotropowości tego naturalnego materiału cechy antywibracyjne.

W roli źródła wystąpił utrzymany dokładnie w takiej samej estetyce odtwarzacz CD/SACD Accuphase DP-720 będący najwyższym zintegrowanym dyskofonem w ofercie tego japońskiego wytwórcy. Wyżej jest już tylko duet DP-950/DC-950, z którym zdążyliśmy się już jakiś czas temu zaznajomić. Jeśli szlachectwo zobowiązuje, to już patrząc na bryłę 720-ki mamy pewność, ze w jej żyłach płynie nie błękitna, lecz wręcz szafirowa krew i o ile ustawione tuż obok niej Phasemation jest niezaprzeczalnie eleganckie, to przy Accu prezentuje się niczym siostra szarytka przy którymś z purpuratów. Głębia iście fortepianowej politury drewnianej skrzyni stanowiącej ozdobną nakładkę na wykonany w wysokowęglowej stali korpus, oraz bardziej złoty aniżeli klasycznie szampański satynowy front sprawiają iście piorunujące wrażenie, Dodając do tego onieśmielającą zielonkawą poświatę centralnie umieszczonego logotypu i dostojeństwo pracy masywnego, firmowego napędu można nabrać przekonania, że niezwykle trudno będzie nam znaleźć równie dopracowanego konkurenta. Oczywiście jak przystało na urządzenie spełniające kryteria XXI-wiecznego rynku na tylnej ściance oprócz oczywistych wyjść analogowych w standardzie RCA i XLR odnajdziemy pełne spektrum wejść cyfrowych włącznie z akceptującym 192 kHz/24 bit gniazdem USB i firmowym, zdolnym obsłużyć 24 MHz/1bit DSD autorskim HS-Linkiem. Dla miłośników wszelakich maści wiwisekcji i zabaw z lutownica dodam tylko, że sekcję cyfrową oparto w nim na ośmiu równolegle pracujących układach ES9018 ESS Technology Inc.

Najmniejsze Lumeny to nadal pokaźnych rozmiarów trójdrożne podłogówki, w których za średnicę i najwyższe tony odpowiadają przetworniki ceramiczne (istnieje możliwość dopłaty do diamentowych tweeterów) a za bas trzy ceramiczno-aluminiowe wypukłe sandwiche z neodymowo-kobaltowymi układami magnetycznymi. Jednak w przeciwieństwie do konstrukcji Gauder Akustik charakteryzujących się bardzo stromym (50-60 dB/oktawę) spadkiem symetrycznych zwrotnic wysokiego rzędu w Lumenach zastosowano układy pierwszego rzędu z 6 dB spadkiem na oktawę a eliminację charakterystycznych dla Accutonów rezonansów powierzono dodatkowym obwodom.
A teraz najlepsze i najbliższe m.in. ze względu na posiadane wykształcenie memu sercu, czyli obudowy. Pomijając ich nad wyraz finezyjny, inspirowany lutnią kształt, kosztowne forniry i perfekcyjną fortepianową powłokę lakierniczą najważniejsze jest to, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Chodzi bowiem o to, że nie dość, że „skrzynie” Lumenów wykonano z giętej sklejki, co aż takie dziwne, mając na uwadze ich pofałdowaną bryłę nie jest, to sam budulec już taki zwykły nie jest. Po pierwsze wykonywany jest pod dyktando, zgodnie z zaleceniami wyłącznie dla Lumen White’a, po drugie stanowi autorską mieszankę różnych gatunków i grubości poszczególnych fornirów, po trzecie obróbka odbywa się tak, aby nie przecinać ich włókien i po czwarte zamiast powszechnie stosowanych klejów syntetycznych w procesie zespalania używa się klasycznego kleju kostnego, czyli wszystko odbywa się zgodnie z tradycją. Wnętrze pozbawione jest wytłumienia a same konstrukcje pod względem akustycznym są pewną, nad wyraz zaawansowaną wariacją nt. obudowy otwartej, lecz pozbawionej swoich oczywistych wad. Śladowej szerokości ściana tylna nie pozostała jednak otwarta na całej swej długości, lecz pozostawiono na niej jedynie niewielki otwór stratny Airflow, który można, gdy zajdzie taka potrzeba, zasklepić dedykowanym, przykręcanym elementem ze sklejki.

No i na koniec, będące jak to mawia klasyk piłki kopanej „truskawką na torcie” holenderskie okablowanie Siltech z topowej serii Triple Crown, do której wreszcie, wcale nie tak dawno dołączył przewód zasilający.

No i to by było na tyle jeśli chodzi o część wprowadzającą i krótką charakterystykę każdego z elementów dostarczonego przez ekipę Nautilusa toru audio i skoro mamy tę część już z głowy spokojnie możemy przejść do rzeczy najważniejszej, czyli do brzmienia tej jakże intrygującej audiofilskiej układanki. I tutaj zaczynają się schody, gdyż po peanach jakimi uczciliśmy wizytujące u nas wraz z elektroniką Ayona przecudnej urody White Light Anniversary wydawałoby się, że nic sensownego napisać nie sposób. W końcu nie od dziś wiadomo jak (nie tylko) porcelanowe Accutony grają i albo się je kocha, albo niekoniecznie, ale obojętność wydaje się być w stosunku do nich pojęciem zupełnie obcym. Tak przynajmniej uważałem do niedawna, czyli do momentu, gdy tytułowy set wylądował w naszym OPOSie. Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do grudniowo-styczniowej recenzji wyższego modelu Lumen White’ów. Wspominałem wtenczas o dość powszechnej cesze, jaką przynajmniej na moje ucho odznaczały się wszystkie znane mi konstrukcje oparte o najnowsze, wypukłe aluminiowo-ceramiczne sandwiche. Chodzi mianowicie o delikatne zamglenie – semitransparentną matowość reprodukowanego przez nie pasma, z którym to problemem White Light Anniversary poradziły sobie wybornie minimalizując do niemalże niemierzalnego – niezauważalnego poziomu. Pytanie, czy osiągnięto na drodze modyfikacji samych drajwerów, czy z pomocą aktywnych, używanych wtenczas, zwrotnic pozostawało otwarte aż do teraz, gdy otrzymaliśmy w pełni konwencjonalne Kyary. I właśnie tutaj dochodzimy do clue, gdyż może nie w kategoriach bezwzględnych, co po prostu czysto subiektywnych gustów model tańszy i nieco mniejszy austriackiego producenta gra dla nie po prostu … lepiej. Oczywiście biorę pod uwagę diametralnie inną elektronikę towarzyszącą, ale Lumeny stały u nas na tyle długo, że nie tylko z gęsto grającym źródłem Accuphase’a i wręcz organiczną soczystością uzbrojonych w Takatsuki Phasemationami zdążyły swoje odsłużyć i za każdym razem było niby inaczej, ale dokładnie tak samo zjawiskowo, więc śmiem twierdzić, że to nie tylko wypadkowa całego systemu, ale ich natywna cecha.
A całość zagrała nad wyraz uzależniająco – gładko, rozdzielczo i niekoniecznie tak, jak można byłoby się po secie z Accutonami na końcu spodziewać. Niby podobnie gęstą, lekko ocieploną estetyką charakteryzowały się swojego czasu Estelony, ale Lumeny dodają do tego ponadprzeciętną swobodę, zauważalnie lepszą motorykę połączoną z konturowością źródeł pozornych i przede wszystkim napowietrzenie kreowanej sceny muzycznej. Prezentację dostarczonego przez Nautilusa systemu można porównać do fotografii wykonanej topowej klasy średnioformatowcem w stylu Hasselblada H5D-200c MS przy promieniach wschodzącego, bądź zachodzącego słońca. Mamy zatem wręcz idealne połączenie plastyczności z nieosiągalną dla większości konkurentów rozdzielczością a to wszystko przy całkowitym braku wymuszenia i wyczynowości. Jest to granie swobodne, wirtuozerskie, lecz niemalże od niechcenia i bez jakichkolwiek prób usilnego przyciągnięcia naszej uwagi tanimi sztuczkami i efekciarstwem. Dlatego też w bezpośrednim starciu z nastawionymi na pierwszy efekt i złudny zachwyt tytułowy system może wypaść zdecydowanie mniej przebojowo. Warto jednak dać mu dłuższą chwilkę pograć i samemu ocenić, czy zależy nam na jednosezonowym hicie w stylu „Macareny”, czy jednak wolimy nieprzemijający geniusz Louisa Armstronga, Milesa Davia, lub Nat King Cole’a.
Przechodząc do muzycznych przykładów, czyli konkretów na których wszyscy chętni mogą nausznie zweryfikować naszą radosną twórczość bajkopisarską zacznę od dość krytycznego repertuaru, czyli szeroko pojętej wokalistyki w wykonaniu płci pięknej. W tym celu sięgnąłem po trzy, ostatnio najczęściej przeze mnie eksploatowane albumy – pełen gorących portugalskch rytmów „Peregrinaçâo” Dulce Pontes, zupełnie oderwany od współczesnej estetyki folkowo nordycki „LYS” L.E.A.F i tradycyjnie bałkański, oszczędnie zaaranżowany „Damar” Amiry Medunjanin. Trzy wydawnictwa, trzy różne historie i trzy diametralnie inne estetyki, które w sposób bezapelacyjny pokazywały cechy charakterystyczne każdej z płyt a raczej każdej z wokalistek na nich zarejestrowanych. Mamy zatem nieco szorstki, zadziorny głos Dulce Pontes, dziewczęco – szczebioczący a zarazem jedwabiście gładki Kati Ran, czy wreszcie umiejscowiony gdzieś pomiędzy nimi, przepełniony spokojem, poruszający Amiry Medunjanin. Łączy je za to zerowa sztuczność, brak parcia na szkło i sama naturalność, która tym razem przybiera całkowicie materialną postać.
Swobodę i zaskakująco holograficzną wieloplanowość usłyszeć można na możliwie purystycznie zrealizowanych nagraniach, gdzie uwagi nie rozpraszają jak się okazuje całkowicie zbyteczne ozdobniki a clou stanowią jedynie artyści i przestrzeń, w jakiej nagrania dokonano. Dlatego też nie odmówiłem sobie przyjemności odsłuchu „Graduału Wiślickiego” Stoltzer Ensemble / Robert Pożarski, gdzie już i tak dopieszczony pod względem akustycznym OPOS przybrał iście sakralne gabaryty pod sklepieniem których generowane przez wokalistów i organy dźwięki miały nie tylko gdzie się rozpędzić, ale i w pełni naturalnie wybrzmieć.
Niejako na zakończenie zostawiłem coś bardziej energetycznego i ostrzejszego – „Skin Deep” Buddy’ego Guy’a, gdzie bez najmniejszych problemów oddane zostały zarówno drajw, jak i typowo klubowo-koncertowa atmosfera nagrania. Brzmienie gitar było akuratne – ani zbyt matowe, ani zbyt rozświetlone, czy zaokrąglone. Kiedy trzeba riff potrafił zakłuć ale też niepotrzebnie nie przekraczał granicy gdzie realizm przechodzi w zbytnią ofensywność.

Powiem szczerze, że tego typu pomysł na dźwięk, który zaproponowała autorska, dostarczona przez Nautilusa, kombinacja marek Accuphase, Phasemation, Lumen White i Siltech nie tylko zasługuje na miano ekstremalnego High Endu, co w pewien, swoisty sposób owo pojęcie definiuje. Nie sztuką jest bowiem wziąć wszystko to, co w danym momencie najdroższego ma się na półkach, lecz cały myk polega na ty, aby tak połączyć odpowiednie komponenty ze sobą aby osiągnąć jak najbardziej homogeniczny i możliwie uzależniający dla słuchaczy rezultat. I ta sztuka krakowsko-warszawskiej ekipie Nautilusa się bezdyskusyjnie udała, gdyż prawdę powiedziawszy dawno nie było sytuacji abyśmy niemalże z zegarkiem w ręku odliczali z Jackiem minuty do momentu, gdy tylko będziemy mogli odłożyć nasze codzienne obowiązki na bok, rozsiąść się wygodnie w fotelach i zacząć delektować ulubioną muzyką.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Nautilus
Ceny:
Accuphase DP-720: 79 900 PLN
Phasemation CA-1000: 149 000 PLN
Phasemation MA-2000: 149 000 PLN
Lumen White Kyara: 45 000 €
Siltech Triple Crown IC XLR/RCA: 20 000 € / 2 x 1m, 27 500 € / 2 x 1,5m
Siltech Triple Crown Speak: 50 000 €/ 2 x 2,5m
Siltech Triple Crown Power: 13 000 €/1,5m

Dane techniczne:
Accuphase DP-720
Wejścia cyfrowe, HS-LINK (RJ-45), Koaksjalne, Optyczne, USB; EXT DSP: HS-LINK (RJ-45), Koaksjalne
Częstotliwość próbkowania:
RCA: 32 kHz, 44,1 kHz, 48 kHz, 88,2 kHz, 96 kHz, 176,4 kHz, 192 kHz (16 do 24 bitów, 2-kanałowe PCM)
Optyczne: 32 kHz do 96 kHz,
HS-LINK: 2,8224 MHz (1-bit, 2-kanałowy DSD)
Przetwornik cyfrowo-analogowy: ośmiokanałowy układ MDSD (sygnał DSD), ośmiokanałowy układ MDS++ (sygnał PCM)
Pasmo przenoszenia: 0,5 – 50 000 Hz (+0, -3 dB)
Całkowite zniekształcenia harmoniczne (THD): 0,0006% (20 – 20 000 Hz)
Odstęp sygnału od szumu: 119 dB
Dynamika: 116 dB (wejście 24-bitowe, filtr dolnoprzepustowy wyłączony)
Separacja między kanałami: 117 dB (20 – 20 000 Hz)
Napięcie/impedancja wyjściowa: XLR: 2,5 V/50 Ω, RCA: 2,5 V/50 Ω
Regulacja sygnału wyjściowego: 0 dB do -80 dB w krokach co 1 dB (cyfrowa)
Pobór mocy: 31 W/standby – 0,3 W
Wymiary (S x W x G): 477 x 156 x 394 mm
Waga: 28 kg

Phasemation CA-1000
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz
Czułość wejściowa:500/1000 mV (RCA/XLR)
Impedancja wejściowa: 47 kΩ
Wzmocnienie: 6/12/18 dB
Stosunek S/N:-100 dBV (10μV):A-NET
Separacja międzykanałowa: >100 dB
Pobór mocy: 43 W (115 lub 230 V, 50/60 Hz)
Impedancja wyjściowa: 100 Ω
Wymiary (WxHxD):
214 x 118 x 355 mm (wzmacniacz)
434 x 118 x 374 mm (control)
Waga:
7.5 kg/szt. (wzmacniacz)
14 kg (control)

Phasemation MA-2000
Impedancja wejściowa: 47 kΩ
Wzmocnienie: 27 dB
Szum własny: 200 μV
Moc nominalna: 25 W
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 40 kHz
Odczepy głośnikowe: 4 lub 8 Ω
Pobór mocy: 160 W
Wymiary (WxHxD): 270 x 245 x 433 mm
Waga: 20 kg/szt.

Lumen White Kyara
Budowa: 3-drożna, Airflow
Obudowa: optymalizowana pod kątem rezonansów sklejka
Przetworniki:
– 1 x 1″ ceramiczna kopułka wysokotonowa
– 1 x 5” ceramiczny głośnik średniotonowy
– 3 x 7,5″ głośnik niskotonowy typu sandwicz (ceramika/aluminium) ze specjalnymi, neodymowo-kobaltowymi magnesami
Impedancja nominalna: 5 Ω
Skuteczność (1 W/1 m): 89,5 dB
Rekomendowana moc wzmacniacza: 30 W – 200 W
Pasmo przenoszenia: 26 Hz lub 30 Hz – 40 kHz (-3 dB)
Punkty przecięcia zwrotnicy: 350 Hz/3000 Hz
Zwrotnica: 6 dB/oktawę
Okablowanie wewnętrzne: własnej produkcji
Tłumienie Airflow – zmienne:
– otwarty mały port = 26 Hz
– otwarty duży port = 30 Hz
Wymiary (W x S x G): 1190 x 300 x 600 mm
Waga: 60 kg/szt.

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Zgodnie z regułą Alfreda Hitchcocka mówiącą iż „film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć” sobotnie spotkanie w ramach wrocławskiego Audiofila obfitowało w zaskakujące i nad wyraz spektakularne momenty. A zaczęło się tak niewinnie … Podróż z Warszawy minęła nam całkiem spokojnie i choć tradycyjnie nieboskłon, szczelnie zakryty był stalowo-czarnymi chmurami, co i rusz z mniejszą, bądź większą intensywnością serwował nad wyraz orzeźwiające opady niespecjalnie się tym faktem przejmowaliśmy. W końcu tradycja obowiązuje a ostatnimi czasy ilekroć wypuszczaliśmy się do stolicy Dolnego Śląska, tylekroć pogoda nazwijmy to delikatnie nie sprzyjała spacerom. Całe szczęście jechaliśmy tam w zupełnie innym celu i perspektywy na outdoorową aktywność wydawały się nad wyraz nikłe.
Na miejsce, czyli do użyczającego na potrzeby tegorocznej imprezy swą salę konferencyjną hotelu Qubus przybyliśmy jakieś dwa kwadranse z okładem przed czasem, więc mieliśmy okazję nie tylko na spokojnie poplotkować z obecnymi już na miejscu gospodarzami, czyli sprawcą całego zamieszania – Piotrem Guzkiem, gościem specjalnym – Reinhardem Thöressem, ekipą Moje Audio/Audio Atelier, oraz z obecnymi przedstawicielem zaprzyjaźnionych (wbrew pozorom i krążącym plotkom są takowe) redakcji, ale i zacząć przygotowywać, nieodzowny w takich sytuacjach, materiał zdjęciowy. I w tym momencie, znaczy się za jakieś dziesięć dwunasta, czyli godzinę oficjalnego rozpoczęcia imprezy w tzw. okamgnieniu nastały niemalże egipskie ciemności spowodowane, jak się miało okazać dość poważną awarią miejskiej sieci energetycznej.

Myliliby się jednak Ci, którzy myśleliby, że powyższa pozornie torpedująca misterne plany organizatorów niedogodność wywołała zamknięcie hotelowych podwoi, bądź wręcz odwołanie sobotnich odsłuchów. O nie. Po chwilowej konsternacji a następnie gremialnym odśpiewaniu refrenu „Always Look On The Bright Side Of Life” Monty Pythona uznaliśmy, że bezczynność podczas oczekiwania na przyjazd pogotowia energetycznego i bliżej nieokreślonej godziny usunięcia awarii jest ostatnią rzeczą jakiej wszyscy byśmy chcieli, więc … korzystając z nadarzającej się okazji zorganizowany został swoisty panel dyskusyjny a w krzyżowy ogień pytań trafił zaproszony przez polskiego dystrybutora konstruktor prezentowanej elektroniki i kolumn – Reinhard Thöress. Dzięki temu, zamiast skrótowej i możliwie skompresowanej charakterystyki grających na Audiofilu systemów mogliśmy na zupełnym luzie i nigdzie się nie spiesząc poznać ustawiony na dostarczonych przez wrocławską Galerię Audio stoliku i platformach Harmonium zestaw Thöress Puristic Audio Apparatus w składzie: przedwzmacniacz gramofonowy, przedwzmacniacz liniowy z wbudowanym wzmacniaczem słuchawkowym DFLH (dual function line & head) i 20 W monobloki SET 845 napędzające wyskokoskuteczne (97 dB) kolumny 2CD12 MKII. W roli źródła wystąpił po raz pierwszy publicznie w Polsce prezentowany projekt pana Olivera von Zedlitza – wyposażony w tytanowe ramię gramofon Cantano W/T. Uwagę przykuwała również wkładka japońskiej marki Murasakino Sumile MC, której wspornik igły wykonano z … kości wielbłąda. Jeśli kogoś powyższy metalicznie fioletowy przetwornik zaintrygował na tyle, by zastanawiać się nad jej zakupem, a proszę mi wierzyć na słowo, że gra iście zjawiskowo, to tylko z recenzenckiego obowiązku chciałbym nadmienić, iż jak przystało na jednostkową, ręczną robotę z Kraju Kwitnącej Wiśni jej cena oscyluje w granicach 35 000 PLN. Skoro już wkroczyliśmy w strefę kontrolowanego audio – szaleństwa wspomnę tylko, że na talerzu niemieckiego gramofonu spoczęła mata Harmonix TU-800M Tribute Million Maestro a zamiast firmowego docisku zastosowano nad wyraz biżuteryjnego Harmonixa TU-812MX Million Maestro.

Całe szczęście chwilę po 14-ej w gniazdkach pojawił się prąd a stojący przed licznie przybyłymi audiofilami i melomanami system wreszcie ożył. W tym momencie odbyło się oficjalne otwarcie, kilka słów wstępu i z głośników popłynęły pierwsze takty przeboju „Lucky Man” Emerson, Lake & Palmer. Powiem tak, jak na niewygrzane, czyli mające ponad dwugodzinną przerwę lampy dobiegające naszych uszu dźwięki wywołały nad wyraz entuzjastyczną reakcję publiczności chcącej jak najszybciej nadrobić czas prezentacji w trybie „unplugged”. Swoboda, dynamika i właściwa jedynie najwyższej klasy systemom organiczność sprawiły, że do przerwy obiadowej na playliście zdążyły wylądować jeszcze tylko „biedronkowy” „W Hołdzie Mistrzowi” Stanisława Soyki i koncertowy „We’re All Together Again For The First Time (Live)” Dave’a Brubecka.

Po przerwie, po raz kolejny, dla nowoprzybyłych słuchaczy odbyła się krótka charakterystyka grającego systemu a na talerzu Cantano W/T wylądował „Abraxas” Santany. I to było to, drive i dynamika nie pozwalały spokojnie usiedzieć w miejscu a widok podrygującej w rytm gitarowych riffów publiki był nad wyraz namacalnym dowodem na to, że set Thöressa potrafi grać nie tylko sam z siebie, ale i w grze na emocjach odbiorców jest wytrawnym mistrzem.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, więc i my, tuż przed osiemnastą musieliśmy się pożegnać i udać się w drogę powrotną. Serdecznie dziękując za zaproszenie i gościnę mówimy do zobaczenia, gdyż nie wyobrażamy sobie sytuacji, by siódma, właśnie zakończona edycja wrocławskiego audiofila miałaby być zarazem ostatnią.

Marcin Olszewski

Opinia 2

W miniony weekend (07.-08. 10. 2017 r.) w stolicy dolnego śląska – Wrocławiu odbyła trzecia w z kolei i niestety dla stałych bywalców ostatnia w tym roku edycja fantastycznej, organizowanej przez znanego z kwiecistych opowieści na temat artystów z całego świata Piotra Guzka imprezy zatytułowanej “Audiofil”. Dlaczego fantastycznej? Ano dlatego, że może nie za każdym razem, ale stosunkowo często owe spotkania są swoistymi prapremierami dopiero co wchodzących na nasz rynek produktów. I taką, będącą pierwszymi krokami na polskiej scenie audio za sprawą wrocławskiego dystrybutora Moje Audio okazała się być właśnie dzisiaj relacjonowana przez nas odsłona tej audiofilskiej uczty. Kto zatem był bohaterem dwudniówki? Choć fotografie mogą tego nie oddać, ale dla mnie nie tylko fantastycznie prezentujący się tak od strony designu, ale również na ile jest to możliwe do ocenienia po kilku godzinach wyjazdowego odsłuchu samego dźwięku, karmiony sygnałem z gramofonu Cantano W/T z wkładką Murasakino Sumile MC zestaw wzmacniający z kolumnami włącznie niemieckiej marki Thöress Puristic Audio Apparatus. Ważnym aspektem tego pokazu była również osobista wizytacja samego producenta, która podczas bardzo swobodnych kuluarowych rozmów dawała do zrozumienia, iż mamy do czynienia nie z wszechwiedzącym konstruktorskim guru, tylko żyjącym muzyką i potrafiącym zrozumieć inne niż jego własne spojrzenie na nią człowiekiem w osobie Reinharda Thoress’a.

Kreśląc kilka zdań na temat eksponowanej elektroniki należy wspomnieć, iż oferta marki nie jest przesadnie rozbudowana. Dwa wzmacniacze zintegrowane, przedwzmacniacz liniowy, phonostage i dwie monofoniczne końcówki mocy to jej portfolio, a przy tym warto dodać, iż dwa z serii wymienionych produktów są na liście od samego powstania brandu. To zaś wyraźnie pokazuje, że właściciel, pomysłodawca i konstruktor w jednym (Reinhard Thoress) nie odcina kuponów na siłę udoskonalając wiekowe konstrukcje, tylko każdorazowe wdrożenie projektu oznacza u niego maksimum możliwości sonicznych danej konstrukcji stały i pobyt w ofercie stajni. Uczciwie, nie sądzicie?

Choć zwykle staram się tego nie robić, trochę łamiąc zasady w tym przypadku chciałbym rozwinąć wspomnianą we wstępniaku myśl na temat ogólnego odbioru przeze mnie tej prezentacji w domenie jakości dźwięku. Ale spokojnie, nie będę silił się na lanie wody na młyn świetności konstrukcji, tylko konstruktywnie stwierdzę, iż całość przekazu była wielkiej próby. I nie chodzi mi w tym momencie o rozbieranie fonii na czynniki pierwsze (zakresy poszczególnych pasm akustycznych, czy budowanie wirtualnej sceny), tylko bardzo swobodny, kreowany dużymi przetwornikami (głośnik średnio-niskotonowy i solidna wstęga) sposób przedstawienia muzyki. Naturalnie owa bardzo pozytywna opinia może być pokłosiem codziennego korzystania z 15 calowego basowca i 20-to centymetrowego średnio-tonowca, ale z zasłyszanych rozmów pośród licznie zgromadzonej, a sądzę, że z racji zainteresowań tym hobby osłuchanej publiczności wiem, iż w takich wnioskach nie byłem odosobniony. Naturalnie w całej prezentacji oprócz wysokoskutecznych kolumn swoje trzy grosze miała do powiedzenia lampowa amplifikacja i sygnał z dopracowywanego w najdrobniejszych szczegółach gramofonu, ale moje pozytywne osądy o niewymuszanym graniu w największym stopniu spowodowane są zespołami głośnikowymi. Dlatego też, przy sporej dawce pewności co do wniosków jestem bardzo ciekawy, jak sprawdzą się poszczególne klocki opisywanej układanki w testowym starciu z moim codziennym setem, co mam nadzieję dzięki przychylności dystrybutora uda mi się zweryfikować.

Puentując dzisiejszy raport z placu boju wrocławskiego “Audiofila-a” chciałbym podziękować gospodarzowi – Piotrowi Guzkowi za zaproszenie na imprezę i po raz kolejny zagwarantowanie nie tylko ciekawie rokującego w zapowiedziach, ale również potwierdzającego wszystko na pokazie wystawcy, a samemu dystrybutorowi (Moje Audio) pogratulować wprowadzania na nasz wymagający rynek bardzo trafiającego w mój dźwiękowy gust i dobrze rokującego w opinii zgromadzonych gości, pochodzącego zza naszej zachodniej granicy (Niemiec) brandu.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Podtytuł niniejszej recenzji może na pierwszy rzut oka wydawać się zbyt patetyczny, jednak uczciwie trzeba przyznać, że nie dość, że zapada w pamięć, działa na wyobraźnię, rozbudza oczekiwania, to przede wszystkim … trafia w sedno audiofilskiej mentalności. Nie ma przecież sensu się oszukiwać, tylko spojrzeć prawdzie w oczy i uczciwie przyznać, że gdzie, jak gdzie, ale w Hi-Fi i High-Endzie oprócz oczywistych walorów brzmieniowych oraz jakości wykonania nader często całkiem normalne i powszechnie znane rozwiązania technologiczne otrzymują zaskakująco górnolotne określenia a tak podstawowe elementy toru jak kable swoimi nazwami mogą wprawić w zakłopotanie nawet speców od marketingu branży zbrojeniowej, motoryzacyjnej i meblarskiej razem wziętych. Dodając do tego po wielokroć nadużywane pojęcia typu nirwana, olimp, absolut i referencja bardzo szybko dojdziemy do wniosku, że chcąc oddać wysublimowanie i kunszt danego urządzenia bądź akcesorium obowiązujące stopniowanie przymiotników jest wysoce niesatysfakcjonujące. Może dla postronnego obserwatora wyglądać to kuriozalnie, ale dla osobników skażonych audiophilią nervosą „najlepszy” wcale nie oznacza końca a jedynie początek drogi. Nie wierzycie? To proszę bardzo – przykład pierwszy z brzegu. Duński Vitus startuje z poziomu … Reference, by poprzez Signature zatrzymać się na serii Masterpiece. Dlatego też producenci dwoją się i troją aby przyciągnąć do siebie nawet najbardziej zmanierowanych i wymagających nabywców jeśli nie samymi urządzeniami to swoistą, poetycką otoczką je okalającą. I dlatego właśnie hasło „The Power and the Glory” towarzyszące naszemu dzisiejszemu bohaterowi możemy uznać za genialne na tyle, by oczyma wyobraźni zobaczyć je na sztandarach i emblematach jakiejś elitarnej jednostki specjalnej, lub kolejnej części ekranizacji legendy o walecznych mieszkańcach Sparty. Tymczasem, zamiast zapuszczać się do najpilniej strzeżonych baz szkoleniowych sił szybkiego reagowania, bądź studiów Hollywood zaprosimy Państwa do … Berlina, gdzie powstają urządzenia Audioneta. W dodatku, przy odrobinie szczęścia i dobrej woli dystrybutora – łódzkiego CORE trends, aby pooddychać niemieckim powietrzem wcale nie trzeba planować kilkugodzinnej podróży, gdyż wystarczy telefon by móc oko w oko spotkać się z obiektem niniejszej recenzji – wzmacniaczem zintegrowanym o wszystko mówiącej nazwie WATT.

Jak na rasową high endową super integrę WATT przy pierwszym kontakcie wydaje się zaskakująco kompaktowy i nad wyraz mało absorbujący gabarytowo, choć w jego bryle widać pewne skupienie – kumulację a powyższe obserwacje potwierdza pokaźna waga. Posługując się lapidarnym językiem można byłoby powiedzieć o nim, że jest na swój sposób krępy i nabity niczym bulterier. Jednak zamiast analogii kynologicznych zdecydowanie bliżej mu do precyzyjnej i kosztownej aparatury badawczej, co m.in. tłumaczy przynależność do wprowadzonej w 2016 r. do oferty niemieckiego producenta serii Scientist. Jego obudowę wykonano z niezwykle precyzyjnie dopasowanych płyt (o grubości 12 i 6 mm) ze szczotkowanego aluminium, zespolonych za pomocą niewidocznych śrub dobranych pod kątem kontroli wibracji i dokręconych z odpowiednią siłą. Dla statystycznego samca alfa problematyczne może być jedynie autorytatywne określenie barwy obudowy, gdyż w zależności od kąta padania światła, jak i samego rodzaju oświetlenia mamy do czynienia z paletą od lekko przydymionego aluminium poprzez zielonkawą szarość tytanu po dość nieokreślony odcień określany przez producenta jako „lekki brąz”. Monolityczny front zdobią jedynie niewielki, acz zaskakująco czytelny, biały wyświetlacz i umieszczone pod nim masywne, toczone pokrętło głośności. Dostęp do uaktywnienia urządzenia, wyciszenia (mute), wyboru źródła i obsługi menu zapewnia rządek czterech chromowanych przycisków po prawej a za osamotniony element dekoracyjny można uznać równoważące poczucie równowagi – umieszczone po lewej stronie logo producenta. Poprzez otwory wentylacyjne szczodrze ponacinanej płyty górnej promieniuje intrygująco purpurowa poświata umieszczonych na ukrytych w trzewiach płytkach drukowanych diod, jednak prawdziwe atrakcje czekają na nas dopiero na ścianie tylnej. Pełna symetria, iście niemiecki porządek i nieodparte wrażenie luksusu. Pojedyncze terminale głośnikowe to budzące zaufanie rodowane Furutechy. Oczywiście dalej też jest równie ambitnie – trzy pary złoconych wejść RCA (jedno może pełnić rolę phonostage’a) i para XLR-ów Neutrika, oraz pojedyncze wyjścia (RCA) z przedwzmacniacza powinny wystarczyć w jakiś 99,9% przypadków. Ciekawostką jest obecność wyjścia słuchawkowego (sam wzmacniacz to odrębny laminat ze wzmacniaczami operacyjnymi Burr Brown OPA827 i OPA277, oraz stopniem wyjściowym opartym na arach tranzystorów bipolarnych 2SA1507 + 2SC3902), które dzięki swojej lokalizacji nie szpeci minimalistycznego frontu. W przypadku posiadania innych urządzeń berlińskiej marki przydana może okazać się firmowa magistrala Audionet Link, gdzie połączeń dokonujemy przewodami toslink a komunikację z domowa automatyką (np. Creston) zapewni złącze RS232. W zestawie znajdziemy również elegancki, masywny pilot zdalnego sterowania.
Dostając się pod iście pancerny korpus warto zwrócić uwagę na fakt iż tuż za XLR-ami znajduje się desymetryzator, więc po raz kolejny mamy dowód na to, że soje teorie o przewadze komunikacji po RCA nad połączeniami zbalansowanymi Audionet traktuje poważnie i po prostu wprowadza je w życie. Przedwzmacniacz ma budowę dual mono, końcówki mocy wraz z solidnymi radiatorami chłodzone są niewielkimi coolerami a największe wrażenie robi sekcja zasilania z … 200,000 µF pojemności filtrujących, oraz dwoma imponującymi 700 VA transformatorami toroidalnymi odpowiedzialnymi za stopień wyjściowy wspomaganymi mniejszą – 50 VA, również toroidalną jednostką.

A jak w praniu, znaczy się w odsłuchach, sprawdza się ten pancerny przejaw niemieckiej myśli inżynieryjnej, którą praktycznie na każdym kroku chwali się producent? Mając na uwadze, iż należy on do znajdującej się pod czujnym okiem twardo stąpających po ziemi inżynierów i naukowców serii Scientist można byłoby rzec, że nad wyraz zaskakująco. Otóż, jeśli miałbym w dosłownie kilku słowach go scharakteryzować, to określenia techniczny i analityczny, a więc zgodne z ww. inżynieryjnym rodowodem byłyby ostatnimi po jakie bym sięgnął. Watt gra bowiem porażająco wręcz organicznie, homogenicznie i zarazem … ciemno. Nie jest to jednak dźwięk mało selektywny, czy o ograniczonej rozdzielczości, jednak przez pierwszych kilka – kilkanaście minut z takim podejściem do tematu trzeba się oswoić. Pierwszy kontakt przypomina nie tyle snurkowanie po, lub tuż pod powierzchnią wody, lecz raczej zejście na jakieś 10m w miejscu, gdzie do dna jest jeszcze naprawdę bardzo daleko. Z góry wygląda to jak nieprzenikniony granat płynnie przechodzący w głęboką czerń, lecz im niżej schodzimy, tym więcej jesteśmy w tym pozornym mroku dostrzec. W dodatku coraz mniej rzeczy nas rozprasza, nasze zmysły zaczynają pracować na wyższych obrotach, stają się bardziej wyczulone a my sami zaczynamy się wyciszać, uspokajać i odpoczywać. I szukając nurkowych analogii Watta właśnie do takiej błękitnej głębi wypadałoby już na wstępie porównać. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by jedynie patrzeć na niego – traktować go z perspektywy snurkującego, unoszącego się na powierzchni turysty i poznać jedynie ułamek jego prawdziwych możliwości, choć uczciwie przyznam, że takie podejście do tematu na tym poziomie cenowym może dziwić, bo wymaga wyzbycia się typowo atawistycznej ludzkiej ciekawości. Osobiście takową ciekawością się charakteryzując a i z akwalungiem lubiąc dać nura ową głębię i wielowarstwowość Watta przyjąłem z wielką satysfakcją. W dobie wszechobecnej nachalności i dość ostentacyjnego epatowania wszelakiej maści wodotryskami dźwięk generowany przez Watta koi i otula. Daleko mu jednak do asekuracyjnej misiowatości, czy ekspresjonistycznego rozmycia konturów. O nie. Tutaj nie dość, że wszystko jest w perfekcyjnym porządku to w dodatku aż w kościach czuć bezwzględna kontrolę jakiej podlegają podpięte do niemieckiej integry kolumny. Jednak w tym swoistym zamordyzmie nie ma nawet najmniejszych oznak nerwowości, czy sztucznego pompowania muskułów. Tutaj kontrola wynika z dostępnego nawet w największych spiętrzeniach dźwięku zapasu mocy a zarazem świadomości, że topowa integra Audioneta naprawdę nikomu niczego udowadniać nie musi. Dlatego też podczas bytności tytułowej amplifikacji w moim systemie z zadziwiającą częstotliwością moja uwaga skierowana była bądź to w kierunku wielkiej symfoniki z nieśmiertelnym „Holst: The Planets – World Premiere Recording of Asteroids” (Sir Simon Rattle, Berliner Philharmoniker), jak i zdecydowanie mroczniejszym i brutalnym klimatom nie wyłączając „Avé” Venom Inc., czy „Gods of Violence” Kreator. Co ciekawe podczas odsłuchów powyższych kakofonicznych (dla większości melomanów) ekstremów Audionet potrafił pokazać piękno i soczystość tej jakże apokaliptycznej odmiany rocka. Bez zbytniego łagodzenia, czy maskowania wszelakiej maści wwiercających się w czaszkę riffów Watt dodawał całości nie tylko właściwej potęgi i destruktywnej, szczególnie przy odpowiednich poziomach głośności, motoryki ale przede wszystkim wypełniał żywą i krwistą tkanką wszystkie te kontury, które zazwyczaj cierpiały na anoreksję i galopujące suchoty. Z tego pozornego hałasu i zgiełku z iście dziecinną łatwością wyciągał na powierzchnię tak melodykę, jak i dotychczas niezauważalne akcenty, niuanse i „audiofilskie smaczki” zazwyczaj ukryte gdzieś w mrocznych zakamarkach, bądź zamaskowane pierwszoplanowym growlem.
Oczywistymi beneficjentami dociążenia i emocjonalnego dopalenia średnicy stali się wokaliści płci obojga, którym tu i ówdzie przybyło kilku kilogramów a i objętość płuc wzrosła, przez co ich głosy miały większą siłę emisji, były bardziej namacalne i generalnie sprawiały wrażenie, jakby ktoś niewidzialną ręką postawił przed nimi lepsze mikrofony. Proszę się jednak nie obawiać. Z premedytacją i na potrzeby niniejszej recenzji w sposób dość bezpardonowy przejaskrawiam i wyolbrzymiam pewne niuanse, ale owo faworyzowanie frontmanów nie ma nic wspólnego z ordynarnym wypychaniem ich przed szereg i pakowaniem bogu ducha winnym słuchaczom na kolana. To raczej chodzi o eliminację pewnego zawoalowania, delikatnej mgiełki ich otaczającej na rzecz bliższego kontaktu, lepszej interakcji z odbiorcą. Proszę sobie tylko wyobrazić, że intymny „Quelqu’un m’a dit” Carli Bruni, z nieco chropawym i mocno szeleszczącym wokalem artystki nabiera seksownych krągłości, podany jest nieco niżej a sama artystka podchodzi jeszcze bliżej mikrofonu. Niby jest nieco ciemniej niż u konkurencji, ale jednocześnie dziwnym zbiegiem okoliczności zyskaliśmy zdolność widzenia/słyszenia większej ilości detali w cieniach a i sama gradacja owych cieni i czerni wydaje się przebiegać w zdecydowanie szerszym spektrum.

Pomimo swojego „naukowo” – inżynierskiego rodowodu Audionet Watt okazał się szalenie muzykalną „bestią”, która nie dość, że ze względu na moc jaką dysponuje z powodzeniem powinna poradzić sobie nawet z prądożernymi i trudnymi do wysterowania kolumnami, to w dodatku jest w stanie wyciągnąć za uszy nie do końca audiofilsko zrealizowany materiał. Jednak zamiast uśredniać, bądź obcinać ewentualne „wyskoki” Watt stawia na wypełnienie istniejących w nagraniach niedoborów nasycenia i soczystości, co trudno policzyć mu za wadę. Jeśli tak wygląda naukowe podejście do audiofilizmu, to … jestem na TAK.

Marcin Olszewski

– CD/DAC: Ayon CD-35; Audionet Planck
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Jak potwierdzona wieloma recenzenckimi spotkaniami na właśnie odwiedzanym przez Was portalu Soundrebels wieść gminna niesie, nasi zachodni sąsiedzi, a konkretnie mówiąc niemiecka branża audio, jest na naszym rynku bardzo mocnym zawodnikiem. Niestety, jak to zwykle bywa, sam byt marki bez co najmniej dobrych walorów sonicznych produktów nie gwarantuje sukcesów i rozpoznawalności pośród klienteli, a co za tym idzie nie przekłada się na ich sukces finansowy. Na szczęście gro propozycji ze wspomnianego landu spełnia wysokie wymagania rodzimej braci audiofilskiej, dlatego też gdy uda nam się coś ciekawego, dotychczas nie wizytującego naszych progów, z tej wielkiej puli wyłuskać, możliwie szybko, produkt najpierw ląduje w dziale zapowiedzi, by za dosłownie tydzień lub dwa pojawić się w pełnoprawnym teście. I właśnie takim przypadkiem jest dzisiejszy bohater, czyli znany już z recenzenckich bojów z naszym duetem i jak dotąd zawsze co najmniej ciekawie wypadający brand AUDIONET. Jednak łamiącą standardy naszych poczynań ciekawostką tego testu jest fakt na tyle mocnego podkręcenia poprzeczki jakości dźwięku przez Niemców, że w iście sprinterskim tempie nawet nie zdążyli odwiedzić działu anonsującego ich pojawienie się w naszych systemach. Zatem precyzując temat oznajmiam, iż po wzmacniaczu zintegrowanym z funkcją przetwornika cyfrowo-analogowego i streamera DNA1, oraz słusznych gabarytów zestawie pre-power I G3+I V2 w tym odcinku pochylimy się nad kolejnym wzmacniaczem zintegrowanym o bardzo znamiennej nazwie WATT, który do celów opiniotwórczych tak jak dotychczas dostarczył do redakcji łódzki dystrybutor Core Trends.

Rozpoczynając akapit wizualizacyjny wszystkich zainteresowanych zakupem WATT-a muszę lojalnie ostrzec, iż proces jego logistyki jest swoistym wyzwaniem. Dlaczego? Już wyjaśniam. Sama bryła wzmacniacza jest stosunkowo niewielka, ale konstruktorzy wiedząc jak ważna dla dźwięku jest stabilizacja urządzenia, w jego podstawie zaimplementowali solidnej grubości płytę granitową, co przy nonszalanckim podejściu do tematu przemieszczania komponentu może skończyć się albo jego uszkodzeniem, albo co gorsza uszczerbkiem na zdrowiu. Gdy z perspektywy BHP bardzo istotna informacja została ogłoszona, przejdźmy do spraw około-wyglądowych i oferty przyłączeniowej. Patrząc na wykonaną w technologii szczotkowanego aluminium obudowę naszym oczom ukazuje się ostoja spokoju w domenie designu. Na dość wysokim froncie zogniskujemy jedynie średniej wielkości, ale za to bardzo czytelny wyświetlacz informujący o stanie urządzenia, pod nim nazwę modelu i gałkę wzmocnienia, a na zewnętrznych flankach z lewej nazwę marki, a prawej diodę sygnalizującą pracę i serię czterech przycisków funkcyjnych. Przemierzając obudowę ku rewersowi widzimy bardzo mocno ażurowany dach, przez który podczas pracy oprócz wydostawania się odczuwalnego ręką ciepła zauważamy poświatę licznie zaaplikowanych w układzie elektrycznym czerwonych diod. Patrząc na plecy wzmacniacza już przy pierwszym kontakcie wzrokowym szybko przekonujemy się o symetrycznym rozkładzie znajdującej się wewnątrz elektroniki. Osią tego rozwiązania są centralnie umieszczone gniazda słuchawkowe i zasilania, a na lewej i prawej stronie posadowiono odpowiedzialne za pracę każdego z kanałów terminale przyłączeniowe w postaci trzech wejść RCA, jednego XLR, jednego wyjścia PRE OUT i dwóch zacisków masy. Ale to nie koniec tematu gniazd tylnej części naszego bohatera, gdyż całkowicie na lewej flance znajdziemy jeszcze dwa terminale toslink firmowej magistrali, a z prawej komputerowe gniazdo zapewniające komunikacje z systemami automatyki. Puentą konstruktorów dla tego produktu jest unikanie korzystania z tanich plastikowych (OEM-owych) sterowników, dobrze leżący w ręku metalowy pilot.

Próba opisania jak wypada opisywany dzisiaj wzmacniacz nie może nie zawierać informacji, iż wespół z należącym do jednej linii odtwarzaczem PLANCK (o nim napiszemy w niedługim czasie) są idealnie zgrywającymi się elementami firmowej układanki. Każdy nich gra bardzo dobrze, ale ma nieco inną sygnaturę, co w połączeniu ich ze sobą daje na tyle ciekawy efekt, że dla wielu konkurujących z AUDIONETEM producentów może być ciężkim do przeskoczenia wyzwaniem sonicznym. Ale ok. Dzisiaj rozprawiamy o wzmacniaczu, zatem skupimy się jedynie na jego wadach i zaletach. Gdybym w skrócie miał przedłożyć, jak w walce solowej prezentuje się bohater testu, powiedziałbym, iż jest bardzo energetycznym w środku pasma, solidnie dociążonym i z dużą ilością powietrza w dźwięku integrą. Zatem gdzie jest uzupełniający wspomniany tandem haczyk? W mojej konfiguracji WATT na tle wspomnianych artefaktów małe trzy grosze dodaje dodatkowo na przełomie średnicy i basu. To jest coś, co po przepięciu z mojej zielonki wyraźnie wpadło mi w ucho. Nie jest to jakieś monotonne przesycenie, ale konstruktorzy wyraźnie postawili na zwiększenie pracy operujących w tym zakresie instrumentów. To zaś pozwoliło mi jeszcze bardziej niż z codziennym setem zatopić się we wszelkie, oparte o muzykę dawną produkcje płytowe. Gitary, skrzypce, viole i klarnety barokowe dostały bonusową dawkę POWERU, co dzięki dobrej rozdzielczości źródła, kolumn i testowanego zintegrowanego wzmocnienia pozwoliło mi spojrzeć na nie z co prawda zdecydowanie gęstszej akustycznie, ale nadal bardzo przyjemnej perspektywy. Ale zaznaczam, testowany wzmacniacz przy swojej obfitości podczas prezentowania dźwięku był bardzo witalny, dzięki czemu na przestrzeni kilkunastu dni zabawy z nim ani razu nie spowodowało uczucia przeciążenia. Jakieś przykłady? Proszę bardzo. Na początek najnowszy krążek Adama Bałdycha & Helge Lien Trio wytwórni ACT. To jest dość spokojny jazz, co bardzo spójny, pozbawiony przypadkowych wyskoków któregoś z podzakresów częstotliwościowych WATT podał mi w tak uwielbiany, czyli naładowany iskrą w górze, barwą w środku i masą na dole sposób. Blachy dzięki otwartości prezentacji pięknie się skrzyły, fortepian za sprawą dociążenia wspomnianego przełomu pokazał dobrą podstawę niskich rejestrów, perkusja również biła brawo dla takiego postawienia sprawy, a jedynym może nie narzekającym, ale brylującym na granicy przedobrzenia instrumentem był obfitujący w grę większą ilością pudła rezonansowego kontrabas. Ale jak wspominałem, to jest maniera bardzo wyważona, a wspominam o niej tylko z racji solidności recenzji, gdyż bez uczciwości w opisaniu tego co usłyszałem byłaby to podejrzanie wyglądająca laurka. Jako druga produkcja płytowa posłuży mi w większości wypadków idealnie wypadająca muzyka dawna. Dlaczego napisałem „w większości”, a nie zawsze? Otóż w tym przypadku materiał muzyczny zareagował dość dziwacznie. Przy całej poprawności nasycenia, dobrym w domenie głębokości i szerokości sceny pozycjonowaniu poszczególnych źródeł pozornych, ciekawym oddaniu rozmachu kubatury kościelnej wokaliza wypadła trochę zbyt lekko w stosunku do codziennych prezentacji. Nie, żebym zanotował jakieś krzyki, czy natarczywość, ale było nieco zbyt wiotko, co w produkcji zatytułowanej „Labirinto d’amore” Kapsbergera troszkę odwodziło mnie od uczucia uduchowienia tego materiału. Co mogło być przyczyną? Sądzę, że nacisk na przełom środka i basu spowodował minimalne odejście od barwy wyższej średnicy i gdy muzyka opiewała jedynie na instrumenty było ok, natomiast gdy do głosu doszły zapisy nutowe na wykorzystujące pełną pojemność płuc narządy gardłowe czarującej wokalistki, okazało się, iż jest odrobinę za lekko. Ale jeszcze raz zaznaczam tylko odrobinę. Na koniec tych bardzo ciekawych zmagań wpadła mi w ręce muzyka elektroniczna grupy Massive Attack „Heligoland”. Po jakiego czorta ten niszczyciel słuchu? Otóż plan był prosty. Solidna podstawa basowa, dobra masa niższego środka i świeżość wysokich tonów w tym repertuarze bardzo dobrze rokowały. Efekt? Tak jak się spodziewałem. Podłoga co chwilę drżała, preparowane głosy nie narzekały na opisywaną w muzyce barokowej manierę odchudzenia, a przenikliwe piski i świsty bezpardonowo wypełniały goszczące kompilację testową pomieszczenie. Jednym słowem woda na młyn tego rodzaju nurtów muzycznych. Naturalnie, ekstremiści tej twórczości postawią na zmniejszenie gładkości i wykonturowanie każdego ze źródeł pozornych, ale tego jak zaprezentował się niemiecki wzmacniacz z racji osobistego optowania za przyjemnością słuchania nie mogę ocenić inaczej niż na bdb. Zatem ostateczny werdykt przy tym repertuarze zależeć będzie od samych zainteresowanych, natomiast dla reszty potencjalnych nabywców prawie bez względu na rodzaj słuchanej muzyki testowany wzmacniacz jest bardzo ciekawą propozycją.

Kolejny produkt z Niemiec i kolejne potwierdzenie, że nie wszyscy wywodzący się stamtąd konstruktorzy stawiają na wszędobylskie cykanie górnych rejestrów. Owszem, ma być żywo i otwarcie ale nie natarczywie. A gdy do tego dodamy solidną podstawę basu i w tym przypadku troszkę bardziej podgrzany dolny środek, okazuje się, że potencjalny klient musi być naprawdę ponadprzeciętną zrzędą, aby wzmacniacz WATT AUDIONET-a skreślić z listy potencjalnych zainteresowań. Po czym tak wnoszę? Przecież moja układanka sama w sobie jest bardzo muzykalna, a mimo to przewijający się przez tekst pakiet zagęszczenia środka nie spowodował szkód, tylko zaproponował nieco inne rozdanie słuchanych płyt. A z dużą dozą pewności mniemam, że gdybym nie miał punktu odniesienia na zdecydowanie wyższym poziomie, ów temat mógłby przejść bez echa. Dlatego też puentując to wydarzenie testowe jestem w stanie przypuszczać, iż oceniany wzmacniacz zintegrowany poradzi sobie w znakomitej większości potencjalnych systemów, czego słuszną weryfikacją może być Wasze osobiste podejście odsłuchowe.

Jacek Pazio

Dystrybucja: CORE trends
Cena: 61 191 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 2 x 167 W / 8 Ω, 2 x 284 W / 4 Ω, 2 x 443 W / 2 Ω
Pasmo przenoszenia: 0.3 – 650,000 Hz (-3 dB)
Współczynnik tłumienia: 1,000 @ 100 Hz
Zniekształcenia harmoniczne (1 kHz, 25 W/4 Ω):k2 typ. -101 dB; k3 typ. -107 dB
THD + N: < -98 dB @1 kHz, 100 W / 4 Ω
SNR: > 106 dB (średnio ważony)
Separacja kanałów: > 103 dB @ 1 kHz
Pojemność filtrująca: 200,000 µF
Impedancja wejściowa: 50 kΩ (RCA), 7 kΩ (XLR)
Pobór mocy: < 1 W Stand by, 900 W
Wymiary (S x W x G): 430 x 130 x 450 mm
Waga: 22.5 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Nowa generacja słuchawek łączy najlepszą w klasie jakość dźwięku z rewolucyjną funkcjonalnością i strumieniowaniem Bluetooth aptX HD.

Bowers & Wilkins, brytyjski producent głośników słynący ze swoich niezwykle zaawansowanych produktów audio, prezentuje PX, swoje pierwsze słuchawki bezprzewodowe z aktywną redukcją hałasu. Model PX nie tylko zapewnia najlepszą w klasie jakość dźwięku, lecz także inteligentnie reaguje na zachowanie użytkownika, aby zagwarantować niczym nie zakłócone emocje muzyczne.

PX odzwierciedla bezkompromisowe podejście Bowers & Wilkins do możliwości akustycznych. Każdy element słuchawek został zaprojektowany pod kątem optymalnej jakości dźwięku.
Głośniki modelu PX wywodzą się z referencyjnego modelu P9 Signature i wykorzystują taką samą, ustawioną pod kątem konstrukcję, aby zapewnić jeszcze bardziej przekonujące brzmienie. Ich przemyślany system zawieszenia pozwala PX uzyskać precyzję niezbędną do odwzorowania wspaniałych wysokich częstotliwości sięgających aż do 30 kHz, a także głębokiego i dynamicznego basu. Te pełnozakresowe przetworniki mają średnicę 40 mm, a ich innowacyjne umiejscowienie skutkuje naturalniejszym dźwiękiem i znacząco udoskonalonymi efektami stereofonicznymi.

Projektanci udoskonalili także funkcję aktywnej redukcji hałasu, wszystko po to, aby zapewnić optymalną izolację bez wpływania na jakość dźwięku – proces, który zajął tysiące godzin rozwoju i testowania. Słuchawki wykorzystują również najnowszą technologię Bluetooth aptX HD, wspierającą rozdzielczość do aż 48 kHz/24 bitów i zapewniają w pełni cyfrowy dźwięk poprzez połączenie USB. Dalsze udoskonalenie dźwięku zagwarantowane jest dzięki próbkowaniu w górę i obróbce dźwięku przy 768 kHz, zachowując najlepszą możliwą jakość dźwięku.

Oprócz swojej niezrównanej jakości, być może najbardziej niezwykłą cechą PX jest łatwość użytkowania. PX są pierwszymi inteligentnymi słuchawkami Bowers & Wilkins, z sensorami, które pozwalają użytkownikowi sterować odtwarzaniem muzyki w całkowicie naturalny sposób.

PX działają inteligentnie reagując na naturalne zachowanie użytkownika. Załóż je na głowę, a słuchawki natychmiast włączą się i automatycznie wznowią odtwarzanie muzyki. Gdy je odłożysz, powrócą do trybu czuwania. Odchyl słuchawkę, aby móc swobodnie rozmawiać lub zawieś PX na szyi, żeby automatycznie zatrzymały odtwarzanie, powracając do niego, gdy już będziesz gotowy do słuchania. Wiodący w swojej klasie akumulator zapewnia 22 godziny odtwarzania w trybie bezprzewodowym i z redukcją hałasu, lub też 33 godziny w przewodowym trybie redukcji hałasu.

Alexander Van Der Heijden, główny menedżer w dziale słuchawek Bowers & Wilkins, stwierdził: „W Bowers & Wilkins zawsze wierzyliśmy, że rola akustycznej technologii polega na tym, aby nie przeszkadzała, pozwalając muzyce znaleźć się w centrum uwagi. PX wynoszą te reguły na całkowicie nowy poziom. Nie tylko stworzyliśmy najlepiej brzmiące słuchawki z redukcją hałasu, jakie można spotkać, ale słuchawki, które są tak inteligentnie skonstruowane i tak intuicyjnie reagujące, że możesz całkowicie o nich zapomnieć podczas ich użytkowania”.

Aby zapewnić optymalne wrażenia akustyczne w różnych środowiskach, PX wykorzystują trzy adaptacyjne tryby redukcji hałasu, które użytkownik wybiera w specjalnie przygotowanej aplikacji. „Miasto” pozwala usłyszeć szum ruchu ulicznego, dzięki czemu można bezpiecznie przechodzić przez ulicę. „Biuro” ułatwia słuchanie ludzkiego głosu, dzięki czemu będziesz słyszał to, co mówią do ciebie koledzy w pracy. „Samolot” całkowicie eliminuje hałas silników i otoczenia. Aplikacja umożliwia także aktualizowanie oprogramowania.

PX przygotowane są na przyszłe udoskonalenia. Za pośrednictwem specjalnie opracowanej aplikacji użytkownik może instalować nowe oprogramowanie i dodawać ulepszone funkcje, wraz z ich udostępnieniem.

Model PX podtrzymuje tradycję Bowers & Wilkins, wykorzystując wyłącznie wysokiej jakości materiały, jednocześnie zapewniając nowoczesny wygląd. Słuchawki wyposażone są w ergonomicznie zaprojektowane, eliptyczne muszle nauszne, gwarantujące doskonały komfort i najlepszą możliwą izolację akustyczną. Pałąk nagłowny i muszle nauszne z wytrzymałego nylonu balistycznego wykończone są miękką skórą. PX dostępne są w kolorze Space Grey lub Soft Gold z aluminiowymi elementami.

Słuchawki Bowers & Wilkins PX dostępne będą od listopada br. Poglądowa cena detaliczna tego modelu wyniesie 1799 zł.

 

Funkcje:
Bluetooth 4.1 z aptX HD
Cyfrowa hybrydowa redukcja hałasu
Inteligentne czujniki dla Auto Play/Pauza/Włącz/Wyłącz
Wymienne piankowe poduszki z efektem pamięci pokryte miękką skórą
Specjalna aplikacja z filtrami otoczenia
Inteligentne zasilanie
Składana na płasko konstrukcja
Wejścia: USB-C (audio, ładowanie baterii i aktualizacja oprogramowania), 3,5 mm stereo jack, 2 x mikrofony wspierające algorytm CVC2
Przetworniki: pełnozakresowe 2 x 40 mm
Pasmo przenoszenia: 10 Hz do 20 kHz
Impedancja: 22 Ω
Zniekształcenia: < 0,3% (1 kHz/10 mW)
Czułość: 111 dB/V przy 1 kHz
Maksymalna moc wejściowa: 1 W
Waga netto: 335 g
Czas pracy:
aż do 22 godzin – włączony Bluetooth i ANC (aktywna redukcja hałasu)
aż do 29 godzin – włączony Bluetooth
aż do 33 godzin – połączenie przewodowe z aktywnym ANC
aż do 50 godzin – tylko połączenie przewodowe
Dołączone akcesoria: 1,2 m standardowy przewód audio (TRS 3-biegunowy stereo), etui ochronne, kabel USB-A do USB-C

Dystrybucja: Audio Klan

  1. Soundrebels.com
  2. >

Po śniadaniu prasowym w Cosmopolitan i walentynkowym wieczorze „Tango & Hawana Night” w miniony wtorek mieliśmy okazję po raz kolejny spotkać się z Anną Marią Jopek, porozmawiać, oraz posłuchać jej ostatniego albumu „Minione”. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że mamy do czynienia z zawoalowanym „odgrzewaniem kotleta”, gdyż tym razem zamiast typowo marketingowo – promocyjnej otoczki tematyka była zdecydowanie bliższa naszym audiofilskim sercom. Otóż w Studiu U22 skupiliśmy się na nieco bardziej technicznej stronie sesji nagraniowej w The Hit Factory w Miami, mniej , bądź bardziej destruktywnym wpływie masteringu (tutaj zdania były podzielone) i „włochatej ręce” akompaniującego AMJ Gonzalo Rubalcaby. Nie zabrakło również kilku ciepłych słów o użytym podczas sesji mikrofonie Neumann U 87, jak i … komplementów nt. dyżurnych w U22 Shure’ów.

Rozmowy i opowieści, niezależnie od tego jak pasjonujące by nie były, a wtorkowego wieczoru za takie niezaprzeczalnie można je uznać, okazały się li tylko wstępem do odsłuchów porównawczych dwóch wersji masteringu – pierwszego, wykonanego pod nieobecność Wokalistki (odbywającej trasę koncertową w Japonii), odrzuconego i kolejnego – finalnego, przeprowadzonego już pod dyktando AMJ. Różnice były oczywiście ewidentne, a pytanie skierowane do licznie przybyłej publiczności, która wersja bardziej przypadła jej do gustu wywołała niezwykle silną polaryzację stanowisk i jak to zwykle w takich przypadkach bywa nad wyraz ożywioną polemikę. Do głosu doszła też frakcja audiofilska, do której jak się miało okazać należy sama AMJ. Koniec końców, mając świadomość wymogów rynku dotyczących oczywistych kompresji i „głośności” stanęło na tym, że najlepszym rozwiązaniem byłaby opcja dostępności zarówno wersji komercyjnej – ze „zmacdonadyzowanym” masteringiem, jak i gęstej, możliwie wiernej temu, co słychać w studiu – purystycznej i audiofilskiej, czemu oczywiście gorąco kibicujemy.
To jednak nie wszystko, gdyż po sesji plikowej przyszła pora na krótką przerwę regeneracyjną, zdjęcia, podpisywanie płyt i zmianę medium na … kruczoczarny winyl, który spoczął na recenzowanym swojego czasu na naszych łamach gramofonie McIntosh MT10 uzbrojonym we wkładkę Lyra . Resztę toru stanowił, również nam znany, przedwzmacniacz gramofonowy McIntosh MP1100 i … kompletny set elektroniki rodzimego LampizatOra zakończony niejako oficjalnie, publicznie debiutującymi kolumnami Fikus Electric FE P-17. Zagłębiając się nieco bardziej w detale i idąc zgodnie z kierunkiem przepływu elektronów tor otwierała stacja zasilająco – filtrująca Lampizator SILK, z której biegły przewody zasilające Lampizator Silver Shadow, w roli źródła sygnału wystąpił Lampizator Superkomputer z programem Roon / Tidal współpracujący z DACiem Golden Atlantic a ww. kolumny napędzały monofobloki Lampizator 211Balanced. Okablowanie IC i głośnikowe stanowiły przewody Silver Shadow Lampizator.

Nie zabrakło również kącika vintage, gdzie z pomocą niemalże muzealnych słuchawek Sansui można było w nieco bardziej kontrolowanych, aniżeli w sali głównej, warunkach przekonać się o potencjale udostępnionych przez Artystkę masterów.

Niezwykle miłym akcentem była również obecność reprezentowanego w Polsce przez Wyborową Pernod Ricard wyśmienitego koniaku Martell. Na zakończenie wtorkowego spotkania i jak pół żartem pół serio stwierdził przedstawiciel Martella w związku ze zbliżającymi się chłodami Anna Maria Jopek otrzymała wielce wysublimowany polepszacz percepcji w postaci najstarszych i najrzadszych eaux de vie – mających od 10 do 35 lat, czyli Cognac Martell X.O. . Okazało się, iż prezent był prawdziwym strzałem w przysłowiową dziesiątkę, gdyż Artystka najdelikatniej rzecz ujmując nie przepada za jesienno-zimowymi chłodami i tego typu specyfik powinien znacząco zniwelować dyskomfort z mało spacerową aurą związany.

Serdecznie dziękując za zaproszenie i zarazem nie chcąc zapeszyć po cichu liczymy na to, że deklaracje złożone przez AMJ o chęci uczestnictwa np. w prowadzonych w gronie podobnym do wczorajszego testów mikrofonów, etc. dojdą do skutku a samą Annę Marię Jopek uda się spotkać już podczas zbliżającej się wielkimi krokami kolejnej edycji Audio Video Show. Do zobaczenia.

Marcin Olszewski

 

  1. Soundrebels.com
  2. >

Przed nami trzecia i ostatnia tegoroczna dwudniowa prezentacja wrocławskiego Audiofila. Odbędzie się ona już w najbliższy weekend, w dniach 7.10 i 8.10. bieżącego roku, w godzinach: od 12.00 do 15.00 i od 16.00 do 19.00, w Sali Konferencyjnej Hotelu Qubus – Wrocław ul. Św. Marii Magdaleny 2. Wstęp wolny!
Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami jej gospodarzami będą: Audio Atelier i Moje Audio. Poniżej informacje jakie otrzymałem od wyżej wymienionych gospodarzy:

Na wystawę zaprosiliśmy jedną z najciekawszych postaci europejskiej sceny audio, właściciela i głównego konstruktora Thöress Puristic Audio Apparatus – pana Reinharda Thöressa.
Thöress to niewielka manufaktura sprzętu audio, znana przede wszystkim entuzjastom świetnego dźwięku.
Kompletna oferta firmy to obecnie osiem produktów: dwa przedwzmacniacze (w tym jeden gramofonowy), dwie monofoniczne końcówki mocy, dwa modele kolumn podłogowych oraz dwa wzmacniacze zintegrowane.
Szybki rzut oka na specyfikację oraz wygląd rzeczonych produktów daje bardzo konkretną informację, którą drogę obrał właściciel firmy. Papierowe membrany głośników, wysoka skuteczność, wszędobylskie lampy, w tym mało znane NOS-y, a także estetyka sporej części produktów rodem z lat 70. lub wcześniejszych to nie przypadek. Do tego typu produktów trzeba mieć zacięcie. Nie robi się ich też po to, żeby zarobić miliony. Nie tędy droga.

Postaramy się dla Państwa zaprezentować większość tych wspaniałych urządzeń w tym przede wszystkim najnowszy przedwzmacniacz Reinharda model DFLH (dual function line & head) oraz monofoniczne wzmacniacze mocy na lampie 845. Pokażemy także dwa wzmacniacze zintegrowane F2A11 oraz Hybrid Triode Integrated a także kolumny modele 2CD12 (97 dB) oraz 1D8 (90 dB).
W czasie naszego pokazu zaprezentujemy także unikalny przedwzmacniacz gramofonowy. Konstrukcja Reinharda Thöressa z Akwizgranu umożliwia nie tylko wybór krzywej korekcyjnej, ale i możliwość kształtowania na bieżąco przebiegu charakterystyki częstotliwościowej. Zakresy tonów niskich, przełomu basów i średnicy oraz sopranów można regulować niezależnie za pomocą przełączników obrotowych.
Wszystkie urządzenia są produkowane ręcznie w Aachen. Lutowanie punkt-w-punkt to jest kredo Reinharda, niezależnie czy w grę wchodzą wzmacniacze czy kolumny.
Rzeczą wyjątkowej powagi wg naszego konstruktora jest fakt, że nie kupuje on gotowych transformatorów. Zarówno wyjściowe, jak i mocy wytwarza sam i – nie ukrywam – niezaprzeczalnie jest to niemały powód do dumy. Mało tego, szef firmy Thöress osobiście nawija uzwojenia cewek… za pomocą wyprodukowanej w 1964 roku specjalnej maszyny niemieckiej firmy Auman. Mało tego, urodził się w tym samym roku, co uznaję za wyjątkowo ciekawy, wręcz zabawny zbieg okoliczności.
Ponieważ w czasie naszej prezentacji będziemy grali tylko z płyty winylowej postanowiliśmy pokazać gramofon równie ciekawy jak produkty marki Thöress.
Gramofon Cantano W/T to skromny w wyrazie, bardzo wyrafinowany w budowie projekt pana Olivera von Zedlitza. Oliver jest właścicielem berlińskiej firmy CNC-Gronemann GmbH in Berlin. Głównym polem zainteresowań CNC-Gronemann, i to od 50 lat, jest produkcja elementów o wysokiej precyzji przeznaczonych do zastosowań medycznych i dla laboratoriów. Jej właściciel jest wielkim fanem analogu. Gramofony Cantano przez 13 lat kilkakrotnie zmieniały swój kształt. Przetestowano setki materiałów i ich kombinacji, przeegzaminowano wiele różnych koncepcji. Cantano W/T jest ich szczytowym osiągnięciem.
Wkładka – unikalny produkt japońskiej marki Murasakino Sumile MC.
Okablowanie – kable prądowe, sygnałowe oraz głośnikowe z firm Hijiri oraz Harmonix;.
Dzięki uprzejmości Galerii Audio wszystkie urządzenia będą zaprezentowane na fantastycznie zaprojektowanych i wyglądających stolikach firmy Harmonium.
Mamy nadzieję, że wielu melomanów i audiofilów skorzysta z możliwości posłuchania muzyki w warunkach naszego pokazu.

Serdecznie zapraszamy
Audio Atelier/ Moje Audio

 

I już na sam konie dwa słowa ode mnie, przed nami kolejna bardzo dobrze zapowiadająca się prezentacja. Wspaniała unikalna elektronika, coś specjalnego dla miłośników lampy i analogu. Obecność obowiązkowa!

 

Serdecznie zaprasza Piotr Guzek IMPRESARIAT