Monthly Archives: kwiecień 2018


  1. Soundrebels.com
  2. >

Włoski producent prezentuje premierową serię Aviator, która ma wypełnić lukę pomiędzy nieodżałowanymi, bo wycofanymi z produkcji Constellation, a topowymi Academy. Pod kątem wzorniczym Aviatory kontynuują pomysł tych pierwszych, w postaci ścianek bocznych z litego drewna orzechowego o grubości do 45 mm oraz lakierowanych na ciemnoszary mat płyt HDF. Obudowy przyjmują jednak zupełnie inną formę: oszczędną, minimalistyczną, z bardzo opływowymi kształtami, smukłymi proporcjami i skosami płaszczyzn. Konstrukcyjnie natomiast bliżej Aviatorom do dużo droższych Academy: w najnowszych modelach głośniki pracują bowiem w konfiguracji odwrotnej, z tweeterem umieszczonym pod jednostkami nisko-średniotonowymi. Jest to więc połączenie koncepcji strojenia modeli Academy, z nieco węższą kierunkowością promieniowania wysokich tonów, znaną z Constellation.

Jeśli przyjrzymy się bliżej jednostkom podłogowym, okaże się że Chario powraca do jeszcze starszych rozwiązań, proponując woofery w umieszczone na tylnej i dolnej ściance. Jeśli chodzi o same głośniki, wysokie tony obsługuje nowa wersja dużej 38-mm kopułki „konstelacyjnej” T38 Waveguide, pracującej do ok. 1.2 kHz i filtrowanej stromymi zwrotnicami czwartego rzędu. Mid-woofery o średnicy 13 i 16.5 cm mają membrany z „akademijnego” tworzywa o nazwie Rohacell® i są napędzane magnesami NeFeB. Wszystkie modele Aviator charakteryzują się stosunkowo wysoką efektywnością: dla najmniejszych Ghibli wynosi ona 87 dB, większe monitory Nobile osiągają 90 dB, a wolnostojące Amelia i Cielo sięgają powyżej 90 dB. Obudowy typu bass-reflex zestrojono relatywnie wysoko, co gwarantuje dużą obciążalność. Jeśli chdzi o flagowy model Aria, jest to jakby mniejsza wersja potężnych Serendipity z serii Academy. Na przedniej ściance pracuje trójdrożny układ głośników, a w środku osobnego, dolnego modułu obudowy pracują dwa 20-cm woofery z włókniny celulozowej, w konfiguracji band-pass. Są one jednak filtrowane osobno i w różnych zakresach pasma, co czyni z Arii konstrukcję pięciodrożną. Efektywność układu sięga tutaj 95 dB, pasmo przenoszenia zaczyna się od 35 Hz, a moduł impedancji nie spada poniżej 3 Ω. Producent zaleca wzmacniacze o mocy do 250 W.
Ceny Aviatorów zaczynają się od 7 690 zł za parę mniejszych podstawkowych Ghibli i 9 690 za większe Nobile, mniejsze wolnostojące Amelia kosztują 16 900 zł, większe Cielo – 21 900 zł, a za flagowiec Aria cenę skalkulowano na 53 900 zł. W serii Aviator jest także głośnik centralny Balbo, którego cena wynosi 6 690 zł. Chario podkreśla, że wszystkie modele są zaprojektowane i wyprodukowane we Włoszech, a do ich budowy użyto tylko materiałów neutralnych dla środowiska naturalnego.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Kolejne spotkanie w ramach Piątków z Nową Muzyką w Studiu U22 za nami a ja powoli doprowadzam swoje struny głosowe do stanu używalności. Nie, nie, proszę się nie obawiać, to bynajmniej nic zaraźliwego w stylu panoszącej się jeszcze niedawno grypy, a jedynie pamiątka po jakże spontanicznym, chóralnym wykonaniu tytułowego utworu z najnowszego albumu Arka Jakubika „Szatan na Kabatach”. A miało być tak spokojnie … Jednak po kolei. W miniony, czwartkowy wieczór w gościnnych wnętrzach warszawskiego Studia U22 pojawili się, wraz z Arkiem, Jakub Galiński i Olaf Deriglasoff. Rola konferansjera i prowadzącego wywiad przypadła tym razem gospodarzowi – Piotrowi Welcowi a cała impreza rozpoczęła się dość niestandardowo, bo od … teledysku do utworu „Dziś w Internecie” – zapowiadającego ww. album, którego premierę zaplanowano na 20 kwietnia 2018.

Po tym jakże sarkastycznym obrazie współczesnej, bazującej na informacyjnym chaosie, krzyczących nagłówkach, fake newsach i wszechobecnym w globalnej sieci śmietniku, rzeczywistości przyszła pora na równie słodko-gorzkie refleksje o otaczającym nas świecie. Świecie, w którym artysta stoi, bądź stawiany jest przed dylematem, czy nagrywać coś dla wszystkich (czyli tak naprawdę dla nikogo), co ma szanse pojawić się w komercyjnych rozgłośniach / stacjach telewizyjnych i czerpać z tego znaczne korzyści, czy też tworzyć coś zgodnego z własnym sumieniem, dla grona swoich znajomych a zarazem świadomie, bądź nie skazywać się na swoisty underground. W przypadku Arka Jakubika sprawa jest jasna – wszelakim kompromisom, czy tez naciskom „życzliwych” pokazuje środkowy palec i idąc ewidentnie pod prąd robi swoje. Jeśli jednak w przypadku niniejszego solowego projektu liczą Państwo na powtórkę z rozrywki i kalkę twórczości formacji Dr Misio, to lepiej porzućcie takie nadzieje przed zapoznaniem się przygotowanymi przez Arka Jakubika specjałami. Najogólniej rzecz ujmując mamy bowiem do czynienia z ironiczno-sarkastycznymi obserwacjami solisty, lecz tym razem wzbogaconymi zdecydowanie inną warstwą muzyczną. Jest to swoisty, szalenie eklektyczny mix inspiracji samego Jakubika – sięgającego po klimaty zbliżone do Joy Division, Krafwerk, Bauhaus, czy Cabaret Voltaire z fascynacjami producenta albumu – Kuby Galińskiego, zmierzającymi ku Moon Duo, Ariel Pink, Sleaford Mods czy The Smiths.
W rezultacie otrzymujemy iście wybuchowy koktajl smaków i nastrojów w szaleńczym i nieprzewidywalnym tempie przeskakujący pomiędzy cyber punkiem, elektro-popem, elementami techno, czy post new wave. Istny rollercoaster. Jeśli dodamy do tego dość istotny szczegół, jakim jest świadome „ugarażowienie” brzmienia materiału muzycznego aby jak najbardziej zbliżyć się do walorów, jakie oferowała „zajechana” taśma magnetofonowa jasnym jest, że na lekki, łatwy i przyjemny seans nie ma co liczyć. I bardzo dobrze, gdyż „Szatan na Kabatach” nie powstał po to, by słodzić i głaskać, ale by po pierwsze intrygować, a po drugie skłaniać do myślenia, refleksji.

O ile jednak przedpremierowy odsłuch miał charakter zbliżony do statycznego, to istne szaleństwo miało miejsce przy mini koncertowej części wieczoru. Za bas chwycił Olaf Deriglasoff, gitarę i podkład elektroniczny we władanie objął Kuba Galiński a przy mikrofonie stanął sam rogaty – Arek Jakubik. No i się zaczęło. Niby początkowo reakcja publiczności ograniczała się do mniej, bądź bardziej rytmicznego kiwania głowami, lecz już po kilku chwilach „Szatana na Kabatach” znaczna część zebranych z dzikim błyskiem w oku skandowała chwytliwy refren.

Jeśli chodzi o zaplecze sprzętowe to tym razem również mogliśmy cieszyć oczy i uszy aktywnymi zestawami Sveda Audio Blipo + Chupacabra współpracującymi z przedwzmacniaczem Accuphase C-2120 a na sąsiednim stoliku Acoustic Dream spoczął set 10-ek Marantza.

O podniebienia i nastroje zebranych zgodnie z tradycją zadbał Ballantine’s.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

O fakcie, iż tym razem nie zamierzamy uczestniczyć w szaleńczym wyścigu do bycia pierwszymi w kolejce do testowania najnowszej flagowej integry Accuphase’a informowaliśmy już jakiś czas temu. Niby ekscytacja związana z poznawaniem jeszcze pachnącego fabryką, nietkniętego ludzkim uchem „sprzętu” nadal sprawia nam dziką przyjemność, lecz jest też druga strona tego medalu. Są bowiem urządzenia, które najzwyczajniej w świecie, do osiągnięcia pełni swoich możliwości potrzebują czasu, dużo czasu. I właśnie do owego szacownego grona należy m.in. dzisiejszy wytwórca, którego dzieła audiofilskiej sztuki użytkowej po wyjęciu z kartonu przez co najmniej pierwszy tydzień, a najlepiej dwa, najlepiej podziwiać wyłącznie od strony wizualnej, natomiast walory soniczne zacząć poznawać dopiero po powyższym okresie. Brzmi zachęcająco? Dla finalnego nabywcy zdecydowanie tak, gdyż może z wypiekami na twarzy śledzić rozwój wypadków i obserwować dokonującą się na jego oczach, znaczy się uszach, metamorfozę. Cóż jednak ma począć recenzent uszczęśliwiony przez czującego presję czasu i rynku dystrybutora, taką dopiero mającą zmienić się w pięknego motyla poczwarką? W idealnych okolicznościach przyrody najlepiej byłoby gdyby takie urządzenie na kilkanaście dni wylądowało w osobnym/rozgrzewkowym systemie, by dopiero po wymaganym okresie akomodacji zawitać na główny „ołtarzyk”. Niestety proza życia najczęściej niewiele ma wspólnego z ideałem, więc albo przychodzi „branży” pogodzić się z krótszym, aniżeli zalecany, okresem wygrzewania, bądź, co znacznie gorsze, używać dopiero ewoluującej sztuki do testów otrzymanych do zaopiniowania innych elementów systemu audio. Krótko mówiąc i tak źle i tak niedobrze. Dlatego też wiedząc, iż tym razem, głównie ze wzglądu na pełne obłożenie recenzenckiego grafiku, nie będziemy mogli pozwolić sobie na dwutygodniowy przestój powiedzieliśmy pass i ze stoickim spokojem poczekaliśmy aż przewidziany dla nas egzemplarz zdąży już swoje pograć a czarną robotę wykonają za nas inni. Skoro jednak czytają Państwo te słowa, to znak iż wszystko przebiegło po naszej myśli, mająca odpowiedni przebieg amplifikacja koniec końców do nas dotarła a my możemy się z Wami podzielić własnymi obserwacjami o … wzmacniaczu zintegrowanym Accuphase E-650.

W akapicie poświęconym walorom natury estetycznej o flagowej A-klasowej integrze Accuphase’a ze stoickim spokojem i zgodnie z prawdą można napisać, iż wygląda dokładnie tak, jak należałoby się po wyrobach ww. marki spodziewać i jak kilkudziesięcioletnia tradycja nakazuje. Nie zabrakło zatem szampańsko-złotego frontu z nieodzowną prostokątną szybką, za którą ukryto żarzące się magnetyczną zielenią centralnie umieszczone firmowe logo, dwa wskaźniki wysterowania (obecne w niższych modelach wskazówkowe VU-meter-y zastąpiły LED-owe bar-graphy), wyświetlacz informujący o wybranej głośności/parametrach dostarczonego sygnału cyfrowego (gdy zdecydujemy się na opcjonalną kartę DACa) i diody informujące o uaktywnionych funkcjach. Oczywiście oba skraje masywnej płyty czołowej okupują solidne toczone gałki – lewa pełniąca rolę selektora źródeł i prawa – odpowiedzialna za głośność, pomiędzy którymi, tuż pod wspomnianym przed chwilą „oknem na świat”, rozsiadła się majestatycznie opadająca klapa, za którą znajdziemy wszelakiej maści regulatory. Do dyspozycji użytkowników cierpiących na nerwicę natręctw czeka sześć pokręteł umożliwiających wybór terminali głośnikowych, regulację niskich i wysokich tonów, balansu, odseparowanie sekcji przedwzmacniacza od końcówki mocy, ustawienie statusu pętli magnetofonowej, oraz siedem przycisków – aktywujący sekcję equalizera, odwracającego fazę, wybór mono/stereo, aktywujące loudness i opcjonalne karty DACa oraz moduł phonostage’a. Można też z pomocą jednego z nich wygasić całą iluminację, choć szczerze przyznam, że nie znam żadnego użytkownika Accuphase’a, który w ogóle brałby taką opcję pod uwagę.
Powyższa, jakże imponującą wyliczankę zamykają, egzystujące już poza przed chwilą omówionym „centrum sterowania wszechświatem” włącznik główny po lewej i przycisk wyciszenia wraz z gniazdem słuchawkowym po prawej.
Ze względu na deklaracje producenta o pracy integry w klasie A pewne, w pełni uzasadnione, zdziwienie mogą budzić całkowicie gładkie boki tytułowego urządzenia. Proszę się jednak nie martwić – Japończycy nie mając najmniejszego zamiaru ugotować drogocennych trzewi stosowne, potężne radiatory ukryli wewnątrz korpusu, górną płytę porządnie ponacinali a gładkie panele boczne mają walory czysto dekoracyjne, przy okazji nadając całości mniej agresywnego, aniżeli w przypadku niezabezpieczonego użebrowania, wyglądu. Zaskoczenia za to nie ma patrząc na panel tylny 650-ki, który bogactwem wszelakiego maści przyłączy jest w stanie wprawić w zakłopotanie większość dedykowanych kinu domowemu amplitunerów. Lewą część okupują dwa sloty na karty DACa (DAC-50 lub DAC-40) i przedwzmacniacza gramofonowego (AD-50, AD-30 lub AD-20), oraz elegancko wydzielona sekcja pięciu par wejść liniowych, pętla magnetofonowa, we/wyjścia na końcówkę/przedwzmacniacz – wszystko w standardzie RCA. Do tego dochodzą XLRy – dwa wejścia i jedno wyjście liniowe, oraz bezpośrednie wejście na końcówkę mocy. Nie zabrakło również tradycyjnych w Accu przełączników polaryzacji dla gniazd zbalansowanych. Prawą cześć we władanie objęły zdublowane, monstrualne terminale głośnikowe bez najmniejszych problemów akceptujące przewody głośnikowe o dowolnej konfekcji, pod którymi skromnie przycupnęło gniazdo zasilania IEC.
I jeszcze niezwykle miły – polski akcent, którym są montowane w egzemplarzach dostępnych na terenie naszego pięknego kraju (zapewne w ramach opcji) nóżki antywibracyjne Franc Audio Accessories Ceramic Disc Classic. Dzięki tej kooperacji wzmacniacz otrzymuje nie tylko oczywiście lepszą izolację od ewentualnych drgać, lecz również zdecydowanie lepszą cyrkulację powietrza, co biorąc pod uwagę klasę w jakiej pracuje ma niebagatelne znaczenie.
Wewnątrz obudowy, oprócz potężnego trafa i masywnych radiatorów uwagę zwracają dwa potężne kondensatory o pojemności … 50 000 μF każdy.
W tym momencie warto zwrócić również uwagę na zabezpieczenia wyjść głośnikowych, w których zamiast mechanicznego opóźnienia zastosowano MOS-FETy o ultra niskiej impedancji 1,6 mΩ. Dość poważnie udoskonalono również moduł wzmacniacza słuchawkowego odznaczającego się nie tylko niższym szumem własnym (spadek z 7μV na 3,2μV), ale i wyższą mocą – 500 mW/8Ω. Sekcja przedwzmacniacza, wraz z autorskim układem regulacji głośności AVAA, jest oczywiście zbalansowana a jej tpologia wzorowana jest na flagowym preampie C-3850.
Co ciekawe Accuphase w przeciwieństwie do co poniektórych konkurentów zamiast swoje dane w mniej, bądź bardziej zawoalowany sposób zawyżać robi coś wręcz odwrotnego i je … poniekąd zaniża. Najlepszym przykładem współczynnik tłumienia (Damping factor), którego wartość w danych technicznych ustalono na 800 a tymczasem na pomiarach wychodzi, że Japończycy spokojnie mogliby wpisać … 1200.

Podsumowując powyższą część, dość wyraźnie widać, że czego, jak czego, ale kompromisów projektanci E-650 najwidoczniej nie brali pod uwagę i każdy, nawet najdrobniejszy detal starali się, adekwatnie do rangi tytułowego urządzenia, dopieścić. Pytanie jednak, jak powyższe, mające na celu przystosowanie dotychczasowego flagowca – recenzowanej przez nas 600-ki do realiów piątej generacji, działania przełożyły się na spodziewaną ewolucję brzmienia. Nie trzymając zatem Państwa już dłużej w niepewności powiem, że … znacząco. O ile bowiem nad E-600 trzeba było się nieco napracować, by w łaskawie podzielił się z nami drzemiącym potencjałem, to 650-ka nijakiej tremy, ani specjalnych wymagań co do towarzyszącego jej otoczenia nie wykazuje. W telegraficznym skrócie można ją scharakteryzować, jako wielce udany mariaż jedwabistej gładkości przedwzmacniaczy C-2420 lub C-2120 z dynamiką i rozdzielczością A-klasowej końcówki mocy A-36. W dodatku aby tego doświadczyć na własne uszy wcale nie trzeba posiłkować się żadnymi wysublimowanymi audiofilskimi samplerami, gdyż w zupełności wystarczy porządnie zrealizowany … progresywny Rock w stylu patetycznego, symfonicznego „Works Volume 1” Emerson, Lake & Palmer. Jednak w tym przypadku, oprócz zdolności oddania rzeczywistego wolumenu rozbudowanego do granic przyzwoitości składu, liczy się jeszcze jedno – dbałość o właściwe proporcje pomiędzy zmieniającą się lokalizacją poszczególnych planów. Posłuchajcie Państwo na spokojnie np. „C’est La Vie”, gdzie przysłowiowe pierwsze skrzypce gra wokal (włącznie z chórkami), następnie kilka kroków dalej i odrobinkę niżej odzywa się eteryczna gitara, w tzw. międzyczasie swoje trzy grosze dorzuca akordeon, a dopiero w oddali, stanowiąca swoiste tło, egzystuje orkiestra, która dopiero w finale nieco zbliża się do słuchacza. I to wszystko Accuphase jest w stanie z łatwością oddać, co patrząc na złożoność materiału źródłowego i niezbyt imponującą (deklarowaną) moc wzmacniacza wynoszącą zaledwie 2 x 30 W przy 8 Ω i 2 x 60 W przy 4 Ω (z 2 Ω obciążeniem też sobie dzielnie radzi) może się podobać i się ewidentnie podoba, gdyż Waty oferowane przez złocistą integrę okazują się smakowicie wysokoenergetyczne. Owa nadspodziewana energetyczność, żywiołowość i zdolność nader sugestywnego oddawania nawet najbardziej spektakularnych tutti ma jednak swoje drugie dno. Dnem tym jest właśnie, wspominane w części technicznej, świadome zaniżanie oferowanych osiągów. Okazuje się bowiem, iż 650-ka po przekroczeniu nominalnej mocy płynnie przechodzi z klasy A do zdecydowanie bardziej efektywnego (pod względem energetycznym) trybu AB zwiększając swoją moc do 75 W, 125 W i 190 W odpowiednio dla 8 Ω, 4 Ω i 2 Ω. Dzięki temu w większości przypadków czerpiemy pełnymi garściami z dobrodziejstw audiofilskiej klasy A, a gdy zapotrzebowanie na moc chwilowo wzrasta mamy psychiczny komfort wynikający z obecności „koła ratunkowego”. Dzięki temu zamiast spodziewanego „przytkania” wzmacniacz płynnie przechodzi w tryb AB i jak gdyby nigdy nic dalej gra.
Dlatego też dla 650-ki niestraszne okazują się nawet najbardziej karkołomne i wprawiające w zadyszkę większość konkurencyjnych konstrukcji muzyczne wygibasy, co pozwala na iście koncertowych poziomach głośności odtwarzać takie „rodzynki” jak „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, „Hallucination Engine” Material, czy „BBNG2” BadBadNotGood. Bas schodzi piekielnie nisko, choć nie jest tak restrykcyjnie kontrolowany jak w przypadku … 300W końcówki mocy Bryston 4B³ , czego mam nadzieję nie odbiorą Państwo jako krytyki a jedynie przykład, na to, że do pewnych kwestii można podejść diametralnie inaczej, a czy lepiej pozostawiam już pod indywidualną ocenę. Od wspomnianego Brystona integra Accuphase’a gra jednoznacznie bardziej krągło, stawia na soczystość i nasycenie praktycznie całego reprodukowanego pasma z przyjemnie rozdzielczą i czytelną górą. Całe szczęście nie przesadza ze słodyczą, więc nawet natywnie „podkręcone” pod tym względem nagrania, jak „Trav’lin’ Light” Queen Latifah nie powodują przesłodzenia i nieodpartej chęci sięgnięcia po potężny kubas gorzkiej herbaty. Wokal  jest oczywiście „firmowo” podkręcony, nieco bardziej atrakcyjny, lśniący i niemalże „wilgotny” aniżeli w rzeczywistości, ale taka jest właśnie natura i genetyczne dziedzictwo Accuphase’a, który z nieodpartym wdziękiem sprawia iż świat przez niego prezentowany jawi się lepszym aniżeli nasza szara codzienność.

E-650 to najnowsza, najwyższa i zarazem … najlepsza integra jaką do tej pory popełnił Accuphase. Jeśli ktoś chce z powyższym stwierdzeniem dyskutować nie mam nic przeciwko, gdyż tak jak wszystko związane z Hi-Fi i High-Endem w głównej mierze opiera się na naszych własnych, wybitnie subiektywnych doznaniach. A moje odczucia, bazujące nie na gdybaniu a empirii, czyli nausznych doświadczeniach zarówno z wcześniejszymi i niższymi modelami zintegrowanymi, jak i egzystującymi na zdecydowanie innych pułapach cenowo – jakościowych konstrukcjami dzielonymi są takie, iż śmiem twierdzić, że 650-ce zdecydowanie bliżej do tych drugich aniżeli do swojego zintegrowanego rodzeństwa.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Audionet SAM 20 SE
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Obserwując rynek audio bardzo łatwo można się zorientować, iż każda marka po osiągnięciu sukcesu, tak poprzez rozpoznawalność wizualną, jak i specyfikę dźwięku trzyma się wypracowanego wzorca jak długo się tylko da. Naturalnie każde kolejne pokolenie produktów niesie drobne modyfikacje firmowej sygnatury, ale nie oszukujmy się, ostateczny sznyt brzmieniowy nadal jest bardzo bliski pierwowzoru. I nie chodzi tutaj o jakiekolwiek odcinanie kuponów, tylko dbałość o zainteresowanego taką, a nie inną prezentacją wiernego klienta. Ale czy taki romans z jedną szkołą twa w nieskończoność? Na szczęście dla nas nie, gdyż producenci wiedzą, iż nadmierne eksploatowanie nawet najlepszej i zarazem jednie słusznej linii po jakimś czasie najzwyczajniej w świecie nawet ortodoksyjnym akolitom zaczyna się przejadać i wychwyciwszy moment zbliżania się do apogeum muszą podjąć zdecydowanie bardziej radykalne aniżeli li tylko kosmetycznie wzorzec. Po co to roztrząsam? Odpowiedź jest prosta. Prawdopodobnie najwierniejsi czytelnicy po zapoznaniu się z tematem dzisiejszego sparingu wiedzą do czego piję, jednak dbając o tych zaglądających na naszą stronę okazjonalnie, wyłożę kawę na ławę i przypomnę, że znana od lat orędowniczka bardzo muzykalnego, ale również przez wielu przeciwników uważanego za zbyt przesłodzonego brzmienia marka Accuphase mniej więcej od roku postanowiła nieco zweryfikować swój punkt „G” ostatniego szlifu dźwięku. O co konkretnie chodzi? O nic innego, jak tylko delikatne przesuniecie tonacji przekazu w górę, co przy konsekwentnym hołubieniu barwnej średnicy bardzo ciekawie doświetla jej wyższe zakresy i od startu zyskuje pochlebne opinie nawet pośród dotychczasowych oponentów. Zatem gdy karty zostały odkryte, zapraszam do lektury kilku akapitów o najnowszym dziecku marki Accuphase, czyli wzmacniaczu zintegrowanym E-650, który dostarczył krakowsko-warszawski Nautilus.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak trudne jest przybliżanie występujących po sobie kolejnych konstrukcji Accuphase’a. Ich ogólny wygląd nie zmienia się od lat, a nawet jeśli coś się wydarzy, taki manewr można określić jako kosmetykę. I wiecie co? Taka kosmetyka miała miejsce i tym razem. W czym rzecz? Otóż przy fantastycznie prezentującej się, wykorzystującej odcienie brązu zewnętrznych części obudowy i szampańskiego złota frontu, po raz kolejny (tak, to kiedyś już się pojawiło) japońscy inżynierowie odeszli od wskaźników wychyłowych na rzecz diodowych. Profanacja? Spokojnie. Ja do momentu kilkudniowego oswojenia z delikatną innością też tak myślałem, ale w konsekwencji bezpośredniej konfrontacji temat zaskakująco szybko nabiera rumieńców i wyskalowanie sygnału małymi prostokącikami traktujemy jakby nic się nie stało. Oczywiście dla spełnienia recenzenckiego obowiązku jestem zobligowany nieco bardziej przybliżyć Wam aparycję fantastycznie prezentującego się dzieła sztuki użytkowej. Rozpoczynając od przedniego panelu ważnym elementem jest jego symetryczność, którą odzwierciedla zlokalizowanie wszelkich manipulatorów wokół centralnie usytuowanego okienka ze wspomnianymi wskaźnikami ze znajdującą się tuż pod nim pokrywą przysłaniającą zdecydowaną większość mogących zaburzyć wizualny spokój frontu małych guzików i potencjometrów funkcyjnych. Wspomniane okienko typowo dla konstrukcji Accu uzbrojono w dwa tym razem diodowe wskaźniki mocy, numeryczny wyświetlacz głośności i mieniące się odcieniem turkusu logo marki. Na lewej flance awersu z łatwością można dopatrzyć się aplikacji stosunkowo dużej, ale za to idealnie współgrającej z projektem plastycznym całości gałki wyboru wejścia i tuż pod nią głównego włącznika, a na prawej znajdziemy bliźniaczą gałkę, tym razem pracującą jako potencjometr głośności i poniżej niej gniazdo słuchawkowe, guzik inicjujący otwieranie się wspomnianej przed momentem osłony dla przycisków okazjonalnie wykorzystywanych funkcji i przycisk wyciszenia. Gdy po analizie fantastycznie prezentującego się frontu urządzenia skupimy swoja uwagę na jego rewersie, okaże się, iż konstruktorzy oprócz dwóch zaślepionych slotów umożliwiających rozbudowę wzmacniacza o moduł przetwornika cyfrowo-analogowego i phonostage’a w standardowej ofercie zaproponowali serię wejść liniowych RCA/XLR, przelotkę dla rejestratora i dla przedwzmacniacza, podwojone terminale kolumnowe i gniazdo zasilające. Naturalnym dla tego producenta wydaje się być fakt dostarczania w pakiecie startowym idealnie wpisującego się w pomysł na wygląd systemowego, ale nie przeładowanego funkcjami pilota. Na koniec zaś mam przyjemność poinformować potencjalnych nabywców, iż ten model wzmacniacza w wyniku współpracy dystrybutora z polskim producentem akcesoriów antywibracyjnych Franc Audio Akcesories zaowocował wyposażeniem 650-ki w opcjonalne stopy eliminujące wibracje.

Przeczytawszy wstępniak, prawdopodobnie większość z Was ciekawi temat, co takiego zmieniło się w brzmieniu tytułowego wzmacniacza w stosunku do jego poprzednika. Spokojnie, nie zanotowałem trzęsienia ziemi. Owszem, przekaz dostał znacznego oddechu, ale co ważne, środek nadal jest kolorowy i ciepły. W bezpośrednim odczuciu nieco lżejszy, ale to jest wynikiem doświetlenia jego wyższego podzakresu. W sukurs takiemu postawieniu sprawy idą również niskie tony, które w konfrontacji z wcześniejszymi poczynaniami wyraźnie zebrały się w sobie, a to owocuje zaś nabraniem wyraźniejszych konturów przez źródła pozorne, co dotychczas przez adwersarzy tej marki było jednym z głównych powodów do narzekań. Na koniec wspominając o najwyższych rejestrach miło mi poinformować, iż konstruktorzy na szczęście nie poszli na żywioł i nie pozostawili tego zakresu samemu sobie w nieusprawiedliwionej estetyce wszechobecnego cykania, tylko zadbali o odpowiednią dla spójności dźwięku ich gładkość. Oczywiście nadal zachowują witalność i dźwięczność, ale z mniejszym udziałem złota w ich zabawieniu. A gdy do tego pakietu informacji dorzucę fakt bardzo szeroko i głęboko rozgrywającej się pomiędzy moimi kolumnami wirtualnej sceny muzycznej, chyba każdy zainteresowany klient może być spokojny o same przyjemne doznania podczas obcowania z opisywaną integrą. I żeby było jasne, gdy podobne czynności typu ożywienie środka pasma u konkurencji powodują lekką miniaturyzację spektaklu muzycznego w postaci zbliżenia do siebie poszczególnych formacji, w przypadku 650-ki tego efektu nie zauważyłem. To nadal zarezerwowana dla najlepszych, pełna emocji i rozmachu prezentacja. Jako przykład braku nawet najmniejszych strat w oddaniu i namacalności wokalistyki i rysowania budowli sakralnych niech będzie płyta „Kapsberger: Labirynto D’Amore”. To jest bardzo wymagająca od reprodukującego go sprzętu kompilacja, gdyż główna wokalistka wytwarza spore poziomy decybeli i przy zbytnim odejściu od gładkości i odpowiedniego wysycenia przekazu jej głos powoduje więcej krzyku niż sprawiającego przyjemności pławienia się w twórczości tamtych czasów. W tym przypadku punkt przecięcia się ważnych składowych typu emocjonalność i pakiet danych w stosunku do mojego punktu odniesienia co prawda przesunął się ku górze, ale owa, niesiona nowym sznytem grania Accuphase’ów otwartość bardzo przypadła mi go gustu. Dostałem nieco większy wgląd w artykulację każdej wyśpiewanej nuty, a instrumenty ze szczególnym uwzględnieniem strunowych, odwdzięczyły mi się nadal pełnym koloru, ale dodatkowo fantastycznie wycyzelowanym brzmieniem każdej ze strun. Zaskoczeni? Bo ja tak i w dodatku bardzo pozytywnie, gdyż raczej obawiałem się pewnego rodzaju ofensywności dźwięku, a temat skończył się na przyjemnym w wartościach audiofilskich wyostrzeniu rysunku wydarzenia muzycznego. Jako potwierdzenie wyartykułowanych przed momentem niuansów brzmieniowych mógłbym przytoczyć każdą z płyt jazzowych, ale ze szczególną uwagą postawię na najnowszy krążek Johna Surmana „Invisible Threads”. Niby nic specjalnego, ale jej frontmen jest wirtuozem saksofonu i żeby było ciekawiej, we wspomnianym trio ważną rolę odgrywa również wibrafon. A chyba nikomu nie trzeba wykładać, jak ławo mżna poślizgnąć się urządzeniom audio na tych generatorach fal dźwiękowych. Zbytnie odchudzenie środka pasma lub pozornie początkowo pozytywnie odbierane jego ożywienie mści się popadającą w dzwonienie utratę energii uderzanych pałką sztabek wibrafonu, czy zbliżenie się sferze prezentacji saksofonu do trąbki. Naciągam fakty? Bynajmniej, gdyż już nie raz miałem do czynienia z podobnymi wynaturzeniami, a rzeczony Accu owszem, pokazał obie płyty nieco inaczej niż mam na co dzień, ale nazwałbym to niosącą powiew świeżości do danych sesji nagraniowych nową estetyką tego producenta. Na koniec choć będzie to wyglądać na drukowanie meczu, chcę wspomnieć o muzyce elektronicznej często występującej w moich testach grupy Yello „Touch”. Jak myślicie, Japończyk wyszedł z tarczą, czy na tarczy? Naturalnie że z tarczą, gdyż opisywana od pierwszego zdania tego akapitu dźwiękowa wiosna była idealnym dopełnieniem nie tylko wszechobecnych sztucznych tworów nutowych, ale również mającej spory udział w produkcji wokalizy. Gdy wymagał tego materiał muzyczny było szybko i przenikliwie, a gdy artyści stawiali na głębię kobiecego głosu, ten owszem był lżejszy, ale nigdy agresywny. Po prostu mniej esencjonalny niż pokolorowałem go swoim zestawieniem, ale nadal bardzo emocjonalny. I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć ten tekst, gdyż kolejne propozycje do dotychczasowych wyników niewiele by już wniosły, a lanie wody nie jest w moim typie. I tak nie ominie Was ostateczna weryfikacja, dlatego też zapraszam wszystkich do puenty testu.

Jak po lekturze powyższego słowotoku wyraźnie widać, mamy do czynienia z nieco innym niż dotychczas sznytem grania produktu Accuphase. Po pierwszych testowych jaskółkach o przesunięciu punktu ciężkości brzmienia wzmacniacza w górę wielu wróżyło marce zaliczenie spektakularnego “zonka”. Tymczasem po nawet nie jakimś specjalnym przygotowaniu okablowania, tylko unikaniu drastycznych anorektyków udało mi się uzyskać bardzo ciekawy, na tle dotychczasowych osiągnięć marki efekt soniczny. Tak, przekaz był lżejszy, ale nadal gładki, a przy tym niosący większy pakiet informacji. Naturalnie połączenie otwarcia się dźwięku z jego dobrym odbiorem przez wymagającego melomana nie zawsze się udaje. Jednak wszyscy wiemy, w tym przypadku mamy do czynienia z dobrze wiedzącymi jak rozkochać nas w swoim najnowszym dziecku inżynierami z Kraju Kwitnącej Wiśni i chyba zdziwieni, że się udało trafić w punkt „G” mogą być wieczni malkontenci. Wszyscy inni po raz kolejny stwierdzą: „Japończycy znowu pokazali klasę”. Gdzie widziałbym naszego bohatera? Cóż, analizując wszystkie wyartykułowane aspekty jedynym niebezpieczeństwem jest bardzo jasno grający system. Ale nawet takich bym nie skreślał, gdyż często wystarczy takiego suchotnika z głową okablować, a może okazać się, że tak zestrojony zestaw jest tym, na który czekaliście od lat.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Nautilus
Cena: 49 900 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa (RMS): 2 x 30 W/8 Ω, 2 x 60 W/4 Ω, 2 x 120 W/2 Ω, 2 x 150 W/1 Ω
Zniekształcenia THD (obydwa kanały wysterowane równocześnie, pasmo 20-20 000 Hz): 0,03%
Zniekształcenia intermodulacyjne (IM): 0,01%
Pasmo przenoszenia (wejście liniowe i ‘Power In’): 20-20 000 Hz (+0/–0,5 dB), 3-150 000 Hz (+0/–3 dB) dla mocy 1 W
Współczynnik tłumienia (Damping factor): 800 (8 Ω)
Regulacja barwy dźwięku:
BASS: 300 Hz/10 dB (50 Hz)
TREBLE: 3 kHz/10 dB (20 kHz)
Loudness: +6 dB (100 Hz)
Stosunek sygnał/szum (ważony, A):
wejście RCA: 102 dB
wejście na końcówki mocy: 117 dB
Pobór mocy: 168 W (bez sygnału wejściowego),290 W (max.)
Wymiary (S x W x G): 465 x 191 x 428 mm
Waga: 25,3 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Dawno nie testowaliśmy wkładek gramofonowych, prawda? Dlatego też, niejako w ramach rekompensaty dla miłośników 33 i 45 obrotów, udało nam się pozyskać na redakcyjne odsłuchy prawdziwe dzieło analogowej sztuki – Murasakino Sumile MC.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

To, że większość mających pojęcie o budowaniu urządzeń audio i posiadających zapewniające komfort psychiczny zaplecze finansowe producentów jest w stanie zaoferować nam coś wybitnego, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Spawy zaczynają się komplikować w momencie, gdy chcąc zejść w rejony bliższe zwykłemu zjadaczowi audiofilskiego chleba z racji przymusowego ograniczenia kosztów nie ma innego wyjścia jak brnięcie krętą, naszpikowaną czającymi się za każdym rogiem, wynikającymi z błędnych decyzji, a przez to mogącymi zakończyć się spektakularną soniczną klapą ścieżką. Zauważacie problem? Bo jak tak. A na dowód istnienia podobnych rozterek konstruktorów mogę przytoczyć często używaną przez inżynierów w takich przypadkach żartobliwą maksymę, jaką jest fraza: „Jak umiejętnie popsuć flagowe urządzenie, aby z jednej strony nie przegrać z konkurencją, a z drugiej zaspokoić wymagania obracającego się w niższym pułapie cenowym, jednak nadal wymagającego klienta”. Śmieszne? Bynajmniej, gdyż globalna analiza znanej mi grupy miłośników muzyki (a zapewniam, że jest to spory zbiór osobników homo sapiens) obraca się właśnie na poziomie komponentów już podczas założeń projektowych obarczonych decyzjami co w zamian czego oddać. Niestety taka jest niezależna od nas rzeczywistość, dlatego też nie ma co kruszyć kopii o społeczną niesprawiedliwość i lepiej skupić się na poznawaniu tego, co w wyartykułowanych przed momentem biznesowych warunkach udało się producentom stworzyć. I w tym momencie doszliśmy do clou naszego spotkania, jakim jest opis wrażeń ze spotkania z zajmującym dolne poziomy cenowe w portfolio kanadyjskiej marki Simaudio wzmacniaczem zintegrowanym MOON NEO 240i, którego byt na testach w naszym portalu zawdzięczamy Sieci Salonów Top HiFi & Video Design.

Już pierwsze spojrzenie na aparycję tytułowej 240-ki wyraźnie unaocznia nam, iż obracająca się w dolnej strefie cennika integra idzie drogą designu wytyczoną przez zdecydowanie bardziej zaawansowane konstrukcje tej marki. Co ciekawe, mimo skromnych gabarytów w domenie wysokości opisywany piec oprócz banalnego wzmacniania dźwięku jest idącym drogą najnowszych trendów tego typu konstrukcji swoistym centrum obsługi sygnałów audio. I nie chodzi tylko o obsługującego wszelkie cyfrowe protokoły DAC-a, ale również zaaplikowany na pokładzie przedwzmacniacz gramofonowy dla wkładek MM. Jego pozornie skromny, m.in. z racji rozmiarów, front podobnie do starszych braci podzielono na trzy płaszczyzny, z czego dwie zewnętrzne płynnym łukiem odchylają się ku tyłowi, a wykonana z obrobionego techniką szczotkowania aluminium centralna, wraz z wielofunkcyjnym wyświetlaczem jest ostoją wszelkich guzikowych manipulatorów, gniazda słuchawkowego, Exlibris’u wraz z logo marki i dużej gałki głośności. Przemierzając lotem ptaka obudowę ku tylnemu panelowi przyłączeniowemu na jej dachu znajdziemy stabilizującą panujące wewnątrz urządzenia temperatury serię otworów wentylacyjnych. Po zadokowaniu naszego organu przyswajania wizji na plecach wielofunkcyjnego piecyka z dużym zadowoleniem dowiemy się, iż idąc za pakietem danych z początku tego akapitu konstruktorzy NEO nie poskąpili nam audiofilskiego dobra, czego potwierdzeniem jest: seria wejść liniowych w standardzie RCA w tym jedno dla gramofonu z wkładką MM, jedno wyjście analogowe RCA, dwa wejścia optyczne, dwa SPDIF i jedno USB na wewnętrzny przetwornik, niestety dość zorientowane blisko siebie pojedyncze terminale kolumnowe, cztery wejścia funkcyjne (trzy małe jacki i jedno RS 232), bezpiecznik, gniazdo zasilające IEC i główny włącznik. Przyznacie, że mimo rozmiarowej skromności otrzymujemy bardzo dobrze wyposażony, a przez to spełniający założenia kompatybilności z posiadanymi zestawami audio większości melomanów komponent. A gdy na koniec dodam, iż producent w komplecie startowym serwuje nietuzinkowego, tak z wyglądu, jak i obsługi wszelkich funkcji pilota a jedyną rzeczą jaka jest w stanie Was do rzeczonego wzmacniacza zniechęcić może okazać się generowany przezeń dźwięk. Zatem jeśli jesteście zainteresowani czy w sukurs wielofunkcyjności idzie fonia, zapraszam do lektury części merytorycznej.

Ok. Wyposażenie wyposażeniem, ale przecież najważniejszym dla konstrukcji audio jest jego wartość soniczna. Jak myślicie, czy wzmacniacz zintegrowany MOON NEO 240i broni się w tym temacie? Powiem tak, mierząc siły na zamiary wszystko jest na bardzo dobrym poziomie. Naturalnie po przełączeniu się z mojego dzielonego wzmocnienia na kanadyjską integrę świat muzyki znacznie oddalił się od wzorca, ale jak wspominałem we wstępniaku, byt urządzeń na tym pułapie cenowym rządzi się swoimi prawami, które na szczęście w tym przypadku nie pozbawiły obiektu naszych zainteresowań ciekawych aspektów. Co zatem się wydarzyło? Pierwsze na co należy zwrócić uwagę, to umiejętne dobranie okablowania, gdyż 240-ka gra dość lekką, a rzekłbym nawet nieco rozjaśnioną średnicą. Owszem, to na krótką metę może się nawet podobać, ale po kilkunastu płytach okazuje się, że jest zbyt mocnym akcentem przekazu. Natomiast gdy z głową uzbroimy NEO w odpowiednie druty, uzyskana tonacja delikatnego dociążenia dźwięku będzie bardziej uniwersalna bez względu na resztę posiadanej układanki. I taką, raczej optującą za gęstszym, choć nie do końca takim jak by tego oczekiwał na co dzień akcentem dźwięku estetykę udało mi się w dość prosty sposób uzyskać. Zaś owoc owej żonglerki wyglądał następująco. Choć nadal nie było wystarczająco esencjonalna w środku pasma muzyka nabrała pewnego rodzaju równowagi tonalnej polegającej na reprodukcji zaskakująco mocnego basu, fajnie chadzającej w domenie nierażącej średnicy i pokazaniu otwartej góry pasma. Naturalnie takie postawienie sprawy nie zawsze idealnie spisywało się w każdych warunkach muzycznych, ale nigdy nie złapałem Moona na kaleczeniu dźwięku, tylko raczej stawianiu na konkretną grupę docelową. Wieńcząc ten skrót myślowy na temat tytułowego wzmacniacza jestem zobligowany dodać kilka zdań na temat dobrego lokalizowania pozornych źródeł dźwięku na dobrze rozplanowanej dla tego pułapu cenowego w wektorach głębi i szerokości scenie. Co miałem na myśli głosząc tezę o uwarunkowaniach muzycznych dla naszego Kanadyjczyka? Nie, nie będę lał wody na młyn wszelkim przeciwnikom tego brandu, tylko wspomnę o bardzo istotnym dla np. muzyki dawnej aspekcie wysycenia dźwięku. To jest nieodzowny artefakt, gdyż ów nurt większości swojego repertuaru bazuje na głosie ludzkim i pracujących w tym paśmie instrumentach z epoki, a nasz bohater choć starałem się go ukierunkować nadal w tym zakresie był dość zwiewny. Ktoś zapyta: „Komu szkodzi unikanie gęstego środka pasma?”. Jak to komu? Właśnie miłośnikom muzyki sakralnej, gdyż odchudzenie tego podzakresu powoduje natychmiastową utratę namacalności fraz wokalnych i wyrazistości bazujących na głębi każdego dźwięku instrumentów, pomijając już fakt długość ich wybrzmień. Ale przypominam, rozprawiamy o przedsionku High Endu potocznie zwanym Hi-Fi, dlatego też wszelkie przemyślenia należy w pierwszej kolejności przepuścić przez odpowiedni filtr, a w drugiej najlepiej samemu się z tym tematem zmierzyć na własnym podwórku.
Ok. Stawiająca na emocjonalność muzyka może sprawić mu drobne problemy, a co z innymi gatunkami? Tutaj mam dobre informacje. W tym przypadku wyartykułowany sznyt grania nie sprawia już takich problemów, tylko bez ujmowania piękna twórczości muzycznej pokazuje ją w nieco innej tonacji, a to jak wiemy, jest już bardzo subiektywnym odczuciem. Jednak aby nie pozostawić niedomówień dodam, że wydarzenia typu folk-metal grupy Percival Schuttenbach, muzyka elektroniczna YELLO , czy nawet tak lubiany przeze mnie free jazz, MOON NEO prezentował z typową dla nich szybkością, energią i co najważniejsze przy odpowiednim odkręceniu gałki głośności uczuciem nieposkromionej jazdy bez trzymanki. I właśnie to miałem na myśli pisząc, że będący obiektem naszych zainteresowań wzmacniacz zintegrowany stawia na pewną grupę docelową. To jest w dobrym tego słowa znaczeniu wariat, ale według mnie w swoim repertuarze. Ze szczególnym naciskiem na frazę „według mnie”. I proszę tak to odbierać. Coś więcej w temacie dźwięku? Owszem, mogę napisać ciężkostrawny ze względu na ilość zapisanych stron elaborat, ale z szacunku do Was nie będę sztucznie rozwadniał tekstu. To jest stosunkowo prosta konstrukcja i sądzę, że wychwycone punkty, dla zainteresowanych są całkowicie wystarczające, a i tak konieczne do osobistej weryfikacji. Dlatego też tym optymistycznym akcentem w postaci dobrej prezentacji dynamicznej muzyki pozwolę sobie zakończyć dzisiejszy test.

Szczerze powiedziawszy wstępna propozycja zmierzenia się z produktem z tego pułapu cenowego jak zawsze formowała w mojej podświadomości bardzo wiele znaków zapytania. Oczywiście nie było to wynikiem mojej wszechwiedzy na tematy audio, tylko zmuszenia szarych komórek do wnikliwej oceny z założenia znacznie mniej wyrafinowanego komponentu audio niż zwykle. Wbrew pozorom to nie jest takie proste, gdyż bardzo łatwo jest kogoś (i nie mam tutaj na myśli producenta) skrzywdzić. Jednak po analizie powyższego tekstu sadzę, że chyba udało mi się coś ciekawego w dźwięku opisywanej integry wychwycić. Czy to jest dźwięk dla wszystkich, tego nie wiem. Ale jedno wiem na pewno. Tylko posiadacze nadpobudliwych zestawów przez sparingiem ze wzmacniaczem Moon NEO 240i powinni dobrze sprecyzować swoje oczekiwania, gdyż może okazać się, że finał takiej konfiguracji będzie zbyt ofensywny. Reszta miłośników muzyki z pewnością znajdzie w nim coś ciekawego, a nie zdziwiłbym się, gdyby pozostał w systemie na stałe.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Cena: 10 999 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 50 W / 8Ω
Czułość wejściowa: 370mV – 3.0V RMS
Impedancja wejściowa: 22,100Ω
Wzmocnienie (Gain): 37dB
Odstęp sygnał/ szum: 100dB
Pasmo przenoszenia: 10Hz – 80kHz +0/-3dB
Przesłuch: -100dB
Zniekształcenia THD (20Hz – 20kHz @ 1 W / 50 W): 0.02% / 0.02%
Zniekształcenia intermodulacyjne: 0.005%
DAC:
PCM: 16 – 32 bit / 44.1 – 384kHz
DSD: DSD64, DSD128 & DSD256
Waga 11 kg
Wymiary (S x W x G): 42,9 x 8,9 x 36,6 cm

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Dawno na żaden wzmacniacz nie musieliśmy tyle czekać i jeszcze żadna przesyłka nie jechała do nas z takimi przygodami. Skoro jednak dotarła, to nie pozostaje nam nic innego jak tylko ją wpiąć w system i dać czas na bezstresową akomodację –  w końcu to fabrycznie nowa Audia Flight FLS 10.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Kiedy testowaliśmy dzielony zestaw pre/power DAC-10H + ST-10 po cichu śmialiśmy się z Jackiem, że jakby ustawić oba elementy obok siebie, to i tak sumarycznie nie przekroczyłyby gabarytów konwencjonalnego komponentu audio. Najwidoczniej z podobnym pomysłem musiał nosić się sam producent, gdyż nawet nie minęły dwa miesiące a dziwnym zbiegiem okoliczności zostaliśmy uszczęśliwieni przez rodzimego dystrybutora marki NuPrime – białostockie Rafko, właśnie taką zintegrowaną „sklejką” w postaci flagowego wzmacniacza zintegrowanego wiadomego producenta o jakże wpadającej w ucho nazwie IDA-16.

Podejrzewam, iż większość z Państwa, słysząc o flagowym, pochodzącym zza oceanu, modelu, spodziewała się czegoś zdecydowanie bardziej spektakularnego i absorbującego tak pod względem gabarytowym, jak i wzorniczym. Tymczasem producenci 16-ki poruszając się po orbicie rozmiarówki zbliżonej do tej zarezerwowanej dla lifestyle’owych naleśników Devialeta bądź Wadii postanowili pewne rzeczy zrobić po swojemu i zamiast konsultacji ze sztabem projektantów sztuki użytkowej posłużyli się sprawdzonymi, przywodzącymi na myśl wybitnie militarne rozwiązania „kanonami piękna”. W związku z powyższym zamiast finezji „ciekłego metalu”, bądź po prostu budzącej zainteresowanie i łapiącej za oko bryły otrzymujemy mocno utylitarny, grubo ciosany monolit, który choć w oczach męskiej części populacji z pewnością znajdzie uznanie ze względu na swoją solidność, to już przedstawicielki płci pięknej raczej nie zatrzymają na nim wzroku dłużej aniżeli będzie to konieczne. Mniejsza jednak z tym. NuPrime jaki jest każdy widzi i to od konkretnego odbiorcy a nie od naszego marudzenia będzie zależało, czy zagości w danym systemie. Jak sami Państwo widzicie na przypominającym przód statku kosmicznego którejś z inkarnacji Lorda Vadera froncie brakuje standardowych i niejako spodziewanych w przypadku wzmacniaczy zintegrowanych pokręteł. Ich funkcje przejęły dwie sekcje (po trzy w każdej) przycisków, z których lewa odpowiada za wybór źródła i włączenie/uśpienie urządzenia a prawa za regulację głośności i wyciszenie. Na dwie części podzielony został również ukryty za perforacją ścianki wyświetlacz, którego lewy moduł przekazuje informacje dotyczące wybranego źródła a prawy o natężeniu siły głosu (każde ze źródeł regulowane jest niezależnie), oraz o parametrach dostarczanych sygnałów cyfrowych.
Równie niekonwencjonalnie potraktowano ścianę tylną, gdzie oprócz standardowego, zintegrowanego z włącznikiem głównym i zaślepką bezpiecznika gniazdem zasilającym IEC wygospodarowano miejsce na złącze RS-232, pojedyncze, dość pośledniej jakości terminale głośnikowe, wyjście analogowe i cyfrowe (bardzo miła niespodzianka), oraz sekcję wejść. I w tym momencie dochodzimy do clue, gdyż interfejsy gotowe przyjąć sygnał audio prezentują się cokolwiek osobliwie. Od razu uprzedzę, że wcale nie chodzi o jakieś egzotyczne gniazda i terminale dedykowane jakimś bliżej nieokreślonym, hermetycznym protokołom, lecz o ich może nie tyle ilość, bo ona papierze możliwość podpięcia sześciu źródeł prezentuje się całkiem normalnie, co równowagę (a raczej jej brak) pomiędzy domeną analogową a cyfrową. Jeśli bowiem nieco uważniej przyjrzymy się sekcji wejściowej okaże się iż wejście analogowe jest tylko jedno a resztę listy szczelnie wypełniają dwa wejścia optyczne, dwa koaksjalne i oczywiście, nieodzowne w dzisiejszych czasach, USB zdolne obsłużyć nie tylko sygnały PCM do 24 bit/384 kHz, lecz i DSD i to do 11,2 MHz). Krótko mówiąc IDA-16 dość jasno definiuje grono swoich docelowych odbiorców – to miłośnicy odmienianej przez wszystkie przypadki cyfry a jeśli już pojawia się w otoczeniu coś z analogu, to para RCA w pełni powinna spełnić ich nader skromne pod tym względzie oczekiwania. W komplecie znajdziemy również stylowy pilot o heksagonalnym przekroju z intuicyjnie rozmieszczonymi na krawędziach przyciskami.
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to … zacznijmy od samej obudowy. Jak się okazuje jej pancerny wygląd wcale nie jest li tylko zabiegiem czysto stylistycznym, lecz jej iście czołgowa solidność ma zadanie ochronę przed zakłóceniami EMI/RFI i co ciekawe nie chodzi o ochronę owych trzewi, lecz głównie o nienarażanie na zgubny dla całego otoczenia wpływ ID-y, która źródłem takowych artefaktów niestety jest. Powodem takiego stanu rzeczy, i w tym momencie zabieramy się za właściwą wiwisekcję, jest po pierwsze zasilanie integry oparte w znacznej mierze na zasilaczu impulsowym a po drugie pracujący w klasie D stopień wyjściowy przełączający się przy 600 kHz. Patrząc na interfejsy wyjściowe nie dziwi fakt, iż sercem dzisiejszego gościa jest układ przetwornika cyfrowo-analogowego ESS 9018K2M SABRE32 współpracujący z obsługującym wejścia S/PDIF odbiornikiem AKM AK4113 i dedykowaną dla portu USB kością XMOS. W sekcji analogowej znajdziemy bufor oparty na popularnym układzie Burr-Brown OPA2134, oraz tłumik MUES72320 firmy New Japan Radio.

O ile w przypadku wspominanego wcześniej zestawu z mikrusem ST-10 w roli wzmocnienia zaskoczenie wolumenem i dynamiką generowanego dźwięku można było określić jako totalne, to tym razem oczekiwania jeszcze przed wpięciem 16-ki w tor zapobiegliwie ustawiłem na dość wysokim poziomie. W końcu 25% wzrost mocy i nieco większy budżet powinny przynieś wymierne, a co najważniejsze pozytywne rezultaty. I … przynoszą. Jednak wbrew pozorom niezaprzeczalnie wyższa klasa, finezja generowanego dźwięku nie jest pochodną dalszego wzrostu dynamiki, co mogłoby wypaść już dość karykaturalnie, co skupieniu się na niuansach i pewnym wyrafinowaniu. Do głosu dochodzi bowiem gładkość i słodycz najwyższych rejestrów, której wtóruje przyjemna krągłość średnicy oparta na firmowym, sprężystym i piekielnie nisko schodzącym basie. W rezultacie NuPrime od pierwszych taktów całkiem sugestywnie czaruje swą „analogowością” a jednocześnie dość pobłażliwie traktuje nie do końca referencyjny materiał, jakim go nakarmimy. Przykładowo, nawet składankowo – kinowa kompilacja „Fifty Shades Freed”, niemająca nawet najmniejszych szans na miano audiofilskiej, nie raziła i nie odstręczała swą plastikowością. Uwaga słuchacza skierowana została ku jej pulsującemu rytmowi, chwytliwym (lub jeśli ktoś woli bliższe prawdy, to sugerowałbym określenie „prostym”) melodiom i generalnie bezpiecznej, nieangażującej lekkostrawności. Ot taki niezobowiązujący sposób na wypełnienie wnętrza dźwiękiem.
Wystarczyło jednak sięgnąć po naturalne instrumentarium, piękny kobiecy głos i rola NuPrime’a okazywała się niebagatelna. Na „Carry My Heart” Indry Rios-Moore docenić należy starania amerykańskiej integry do oddania klimatu nagrania, wzajemnych interakcji zachodzących pomiędzy muzykami i trzymaniu się realizmu dotyczącego odwzorowania nasycenia barw. Chodzi bowiem o to, iż znaczna część obecnych na rynku D-klasowych konstrukcji, chcąc możliwie najdalej odejść od stereotypowej, przypisywanej im suchości popada w wyraźną przesadę i zapędza się z saturacją i temperaturą barwową, serwując landrynkowy ulepek. Tymczasem IDA-16 jest pod tym względem jeśli nie zachowawczy, to z pewnością wyważony, lecz jeśli pragniemy nieco go emocjonalnie „podkręcić” nic nie stoi na przeszkodzie, aby takich iście kosmetycznych zmian dokonać za pomocą odpowiednio dobranego okablowania. Równowaga utrzymana jest również pomiędzy konturowością a wypełnieniem muzyczną tkanką źródeł pozornych, przez co kontrabas ma odpowiedni wolumen i jasno określone miejsce na wirtualnej scenie. Jeśli zaś chodzi o niuanse i porównanie z droższymi konstrukcjami, to uczciwie trzeba przyznać, iż na polu rozdzielczości dzisiejszy bohater „nieco” ustępuje np. niedawno przez nas testowanemu Brystonowi 4B³, czy też właśnie wygrzewanej topowej integrze … Accuphase E-650. Powyższych sparingpartnerów podałem jednak nie po to, by zgodnie z naszą narodową tradycją, delikwenta zmieszać z błotem i potem (brudnym) paluchem wytykać jego wady, lecz po to, aby jasno dać do zrozumienia, iż można lepiej, lecz za to lepiej trzeba zapłacić „nieco” więcej aniżeli za NuPrime’a. Dlatego też nad faktem iż wspomniany kontrabas grał z przewagą pudła a sama praca strun osiągała czytelność głównie w wyższych rejestrach wypada uznać za całkiem rozsądny kompromis i przejść nad tym faktem do porządku dziennego.
W dodatku trudno spodziewać się od nabywców tegoż wzmacniacza iż będą dzielili przysłowiowy włos na czworo i wertowali swoją pliko/płyto-tekę w poszukiwaniu takich problematycznych nagrań. Wystarczy bowiem sięgnąć po prog-rockowy, monumentalny repertuar w stylu „Shrine Of New Generation Slaves” Riverside by dać się porwać wartkiemu nurtowi muzycznych wydarzeń. Tutaj nie ma zbyt wiele czasu na kontemplację, za to potężne gitarowe riffy i iście „floydowska” estetyka sprawiają, że aż korci by pokręcić, znaczy się przeklikać, głośność o oczko, bądź dwa wyżej. Dopiero wtedy słychać, że deklarowane przez producenta Waty nie są li tylko … deklarowane, lecz jak najbardziej realne i że prędzej ogłuchniemy, bądź będący w pobliżu patrol służb mundurowych zrobi nam „wjazd na kwadrat”, aniżeli zmusimy wzmacniacz do kapitulacji.
I jeszcze jedno – choć w 16-ce królują wejścia cyfrowe i zaimplementowany DAC oferuje wysoce satysfakcjonującą jakość dźwięku, to pojedyncze wejście analogowe wcale nie zostało dodane jedynie z przyzwoitości, gdyż z odpowiednio wysokiej klasy źródłem nie tylko, używając potocznego żargonu, daje radę, lecz potrafi zaoferować dalszą poprawę efektu finalnego.

Nie da się ukryć, że NuPrime swoim integrowanym flagowcem bardzo wyraźnie puszcza oko do wszystkich posiadaczy obfitujących we wszelakie źródła cyfrowe systemów. Dzięki IDA-16 będą Oni w stanie wreszcie ogarnąć cały ten przysłowiowy bajzel, a możliwość odrębnej regulacji głośności dla każdego z nich (źródeł, nie posiadaczy) tylko ułatwi całą procedurę aplikacyjną. Pod względem brzmieniowym tytułowa integra również nie rozczarowuje i jeśli tylko szukamy relatywnie niedrogiego, a przy tym mocnego wzmacniacza odsłuch NuPrime’a wydaje się nie tyle rozsądny, co wręcz konieczny.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5, Accuphase E-650
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

W dobie wszechogarniającej nas już nie tyle mody, co pewnego rodzaju cywilizacyjnego obowiązku przygotowania każdego osobnika homo sapiens do uznania plików jako pełnoprawnego nośnika sygnału audio, po ostatnio ukazujących się na naszym portalu recenzjach jak na dłoni widać, że nie pozostajemy z tym tematem w tyle. Przykłady? O nie, znalezienie ich to Wasza działka. Ja tylko wspomnę, iż zdecydowana większość urządzeń i nie mam na myśli jedynie źródeł sygnału, ale również komponenty go wzmacniające, ma w swych układach elektrycznych obsługujące pełną gamę protokołów przetworniki cyfrowo-analogowe. A co jest w tym wszystkim znamienne, byt wspomnianych DAC-ów według konstruktorów coraz częściej staje się nieodzowny w coraz droższych konstrukcjach. Nie żebym z tego powodu bardzo narzekał, jednak osobiście lubię, gdy cały intelektualny wkład inżynierów skupionych wokół danego projektu skierowany jest ku idealnemu dopracowaniu każdej funkcji, co w przypadku tak zwanych „wszystkomających kombajnów” często jest mocno uwarunkowane końcową ceną urządzenia. Zatem nasuwa się pytanie typu: „Czy mam z takim stanem rzeczy jakiś problem?”. Naturalnie, że nie, czego ewidentnym potwierdzeniem jest dzisiejsze spotkanie z bardzo mocno idącą drogą nowoczesności konstrukcją (o tym w dalszej części testu), czyli wzmacniaczem zintegrowanym z funkcją wewnętrznego DAC-a IDA-16 amerykańskiej marki NuPrime, o którego wizytę w mojej samotni zadbał białostocki dystrybutor RAFKO.

Akapit przybliżający bohatera dzisiejszego spotkania chciałbym rozpocząć od rozwinięcia informacji na temat jego pozycjonowania w sferze audiofilskiej nowoczesności. O co chodzi? Prawdopodobnie się zdziwicie, ale na chwilę obecną do tego typu określenia według moich i nie tylko standardów nadal zalicza się zaprzęgnięta w tej konstrukcji do zasilania urządzenia cechująca się wysoką wydajnością oparta o zasilacze impulsowe klasa „D”. Dlaczego wysnułem taką teorię? To oczywiste. Mimo wielu zalet wspomniana odmiana zaspokajania urządzeń audio w niezbędny pakiet energii nie jest jeszcze bardzo rozpowszechniona, dlatego też wielu ortodoksyjnych audiofilów uważa ją za rodzaj eksperymentu. Owszem bardzo dobrze rokującego, ale nadal eksperymentu. Ale nie o tym dzisiaj rozprawiamy, dlatego też idąc tropem nowoczesności, a przy tym wymieniając zaimplementowane jej aspekty w tytułowym NuPrime nie możemy również przemilczeć aplikacji obsługującego wszelkie protokoły przesyłu w pełnej palecie gęstości plików cyfrowych z DSD włącznie nowoczesnego przetwornika D/A. To jak wspominałem we wstępniaku, w dzisiejszych czasach, mimo jeszcze wzrastającego trendu, dla wielu potencjalnych użytkowników nieodzowny w komponentach audio standard, dlatego też podobnie do sporej liczby producentów z Europy również nasi Amerykanie nie poskąpili dobra w tej materii. I gdy przeanalizujemy dotychczasowe dane na temat dążenia do wyznaczania szlaków przez IDA-16-kę, okaże się, że aby być do końca konsekwentnym, pomysłodawcy naszego obiektu zainteresowań, w trosce o spójność pomysłu od wyposażenia po wygląd zasięgnęli pomocy designerów i całość skomplikowanej elektroniki spakowali w bardzo skromną, ale za to mówiącą wszystko na temat docelowego klienta, kreśloną ostrymi krawędziami aluminiową obudowę. W kontakcie organoleptycznym zderzamy się ze stosunkowo niską, jednak osiągającą typową dla większości komponentów szerokość audio skrzynką, której front przy pomocy kilku skośnych płaszczyzn przypomina coś na kształt klina. Aby nie łamać pomysłu na spójność prezentacji wzrokowej również umieszczone na jednej z płaszczyzn awersu przyciski funkcyjne są cienkimi, skośnie zaaplikowanymi pręcikami, a wszelkie informacje o stanie urządzenia wyświetlane są za pomocą piktogramowych wyświetlaczy. Zapewne nikt z Was nie będzie specjalnie zdziwiony, gdy powiem, że ów front na tle reszty monolitycznego korpusu jest jedyną wizualną ekstrawagancją, dlatego też szybkim krokiem zbliżając się do końca tego akapitu streszczę ofertę awersu Jankesa. A patrząc od lewej znajdziemy na nim: zintegrowany z gniazdem bezpiecznika i głównym włącznikiem terminal sieciowy, przełącznik wykorzystywanej sieci (110/230V), gniazdo komunikacyjne RS232, dość wąsko rozstawione pojedyncze terminale kolumnowe, wyjście optyczne dla sygnału cyfrowego i RCA dla analogowego, jedno wejście liniowe RCA, po dwa optyczne i SPDIF, a także USB dla sygnału DSD. Przyznacie, że jak na takie maleństwo wzmacniacz został uzbrojony po zęby. Ale to nie wszystko, gdyż w pakiecie startowym producent przewidział wykorzystującego bryłę graniastosłupa designerskiego pilota. I to nazywa się pełne poszanowania podejście do klienta.

Kreśląc bardzo zgrubną opinię na temat prezentowanego przez testowaną integrę NuPrime’a dźwięku bez najmniejszych oporów jestem w stanie stwierdzić, iż żądana za ten bardzo bogato wyposażony wzmacniacz kwota jest w pełni adekwatna do efektu sonicznego. Clou programu jest bardzo energetyczny przekaz, który co prawda w starciu z kilkukrotnie droższym zestawem odniesienia naturalną koleją rzeczy wykazał kilka mankamentów, ale nie oszukujmy się, rozmawiamy o produkcie dla ludzi dopiero wspinających się po audiofilskiej drabince, a nie o szczycie inżynierskich możliwości naszej populacji. A gdyby ktoś nadal raczył narzekać, przypominam, iż na pokładzie znajdziemy godną pozazdroszczenia przez wielu konkurentów w tej cenie ofertę obsługi wszelkiej maści sygnałów cyfrowych. Ok., wystarczy lawirowania wokół tematu, przechodzimy do rzeczy. Jak po doświadczeniach z konstrukcjami tego producenta można było się wstępnie spodziewać, występ Amerykanina zaowocował bardzo zwartym zakresem niskotonowym. Nieco mniej widowiskowym w domenie wielowarstwowości, ale wszelkie obracające się w tym pasmie instrumenty ani razu nie zostały zostawione samopas. Przez cały czas bas brylował w obfitości, ale jednocześnie był w pełni kontrolowany, co chyba jest siłą napędową prac nad wyartykułowanym we wstępniaku jako powiew nowoczesności zasilaniem. Kierując swoje spostrzeżenia ku środkowi pasma również tutaj znalazłem kilka fajnych niuansów, z których jednym z ważniejszych był nadal gładki, ale bardziej doświetlony jej wyższy zakres. Dlaczego będąc wielbicielem gęstego pasma średniotonowego chwalę zjawisko jego rozjaśnienia? Otóż słowem kluczem są delikatnie stonowane wysokie tony. Nie są zgaszone, ale też nie błyszczą jak potrafią robić to konstrukcje oparte o staromodne dla niektórych orędowników nowoczesności transformatory kształtkowe lub toroidalne. Ale uprzedzając marudzenie malkontentów dodam, nie jest to jakaś niewybaczalna wada tylko sznyt grania, gdyż wolę takie postawienie sprawy, czyli przy dobrym operowaniu wzmacniacza w dole pasma i doświetlonej średnicy, spiąć całość gładką górą, niż co prawda bardzo efektowne, ale na dłuższą metę męczące konturowe śrubowanie każdego z podzakresów. Zapewniam, efekt „łał” tak skonfigurowanego systemu zemści się szybciej, niż myślicie, dlatego, zdając sobie z tego sprawę, konstruktorzy zza wielkiej wody woleli postawić na dłuższe przyzwyczajanie się do ich spokojnego pomysłu na dźwięk, niż bezpardonowym ranieniem uszu potencjalnych klientów stracić ich już po kilku godzinach słuchania. Jak zatem wypadła wzmacniana przez NuPrime’a muzyka? A jakże, ciekawie. Jedno jednak jest pewne, oferowane przez naszego bohatera możliwości pokazania świata muzyki raczej faworyzują cięższe gatunki. Oczywistym jest, że produkcje typu muzyka dawna, czy jazz również pokażą się z niezłej strony, ale już free jazz, czy rock we wszystkich odmianach będą tytułowym wzmocnieniem bardziej ukontentowane. Gdzie tkwi clou tematu? Chodzi o prezentację co prawda mocnej, ale niezbyt rozdzielczej podstawy basowej i nieunikającej zbytniego rozpasania wysokich tonów ich lekka stagnacja. W czym problem? Po prostu, gdy projekty młodzieżowego buntu w stylu znanego z wcześniejszych recenzji Percival Schuttenbach „Svantevit” nie potrzebują zbytniego dzielenie włosa na czworo, to już w muzyce sakralnej z jej smaczkami dotyczącymi akustyki klasztorów w połączeniu z wycyzelowaną wokalizą wręcz tego wymagają. Ale jak wspomniałem, biorąc pod uwagę z jakim segmentem audio mamy do czynienia, nie szukałbym w moim raporcie ze sparingu testowego drugiego dna, tylko przyjął wszelkie informacje jako ciekawą, zważywszy na cenę i wyposażenie ofertę. Ok. To co takiego doskwierało mi np. w jazzie? Otóż nie ułatwiając zadania amerykańskiej myśli technicznej w napędzie japońskiego CEC-a wylądował Tomasz Stańko z wykorzystującą ciszę jako główną myśl przewodnią kompilacją „Lontano” . Niby wszystko, co jest zapisane na płycie uwolniło się pomiędzy moimi kolumnami, ale przez cały czas czułem, że zawsze mieniące się milionem odcieni niczym iskierki z ogniska blachy perkusji zbyt szybko gasły. I co tylko to? No nie do końca, gdyż przerzuciwszy obserwacje na sam dół pasma, przy dobrym oddaniu masy bębnów perkusji przywołam nieco bardziej uśrednioną w estetyce wielobarwności pracę kontrabasu. Czepiam się? naturalnie, ale tylko po to, abyście zrozumieli, o co w tym pomyśle na dźwięk chodzi. A samą jego jakość będąc bezstronnym musicie odnieść do swoich systemów, sonicznego wyedukowania i miejsca w szyku pośród potencjalnej konkurencji. A co w takim razie było wodą na młyn gęstszych nurtów muzycznych? To samo, co szkodziło w oddaniu eteryczności poprzednich, czyli masa stopy perkusji plus mocne riffy nisko grających gitar zdawały się wręcz dziękować za panowanie nad konturem przekazu przez wzmacniacz. A jak z wysokimi tonami? Pewnie się zdziwicie, ale te, przy z furią wyśpiewywanych frazach wokalnych nie pozwalając zdominować materiału talerzami bębniarza umożliwiały wybrzmieć każdej wyśpiewanej sentencji. Ktoś jest ciekawy, jak wyglądało budowanie wirtualnego świata? Przyznam, że było dobrze, może nie zanotowałem hektarów głębi, ale to co pokazała płyta Tomka Stańki w kwestii jej rozplanowania w zupełności oddawało zamierzenia masteringowca. Może za sprawą rozjaśnionej średnicy wydarzenia wydawały się odbywać nieco bliżej, ale cały czas z zachowaniem gradacji pomiędzy formacjami, co przy wartości komponentu było bezwzględnym punktem dodatnim.

Jak wierni czytelnicy zdążyli się zapewne zorientować, dzisiejsze spotkanie było kolejnym sparingiem z propozycją amerykańskiego NuPrime’a. To nadal żywe, naładowane pełnymi kontroli niskimi rejestrami z gładkimi wysokimi tonami granie. Naturalnie zaaplikowana w zasilaniu impulsówka i pracujący w klasie „D” stopień wyjściowy odciskają swój sznyt na efekcie finalnym, ale na szczęście robią to w dyskretny sposób, dlatego podczas wspinania się po szczebelkach drabinki zwanej pogonią za króliczkiem tych przysłowiowych trzech groszy w brzmieniu zestawu z NuPrimem prawdopodobnie możecie nie zauważyć. Jednak abstrahując od Waszej znajomości tematu mogę powiedzieć jedno, za taką kasę ciężko będzie znaleźć coś, co zagra zdecydowanie lepiej. A przy ewentualnej konfrontacji nie należy zapominać o wielofunkcyjności urządzenia. Dlaczego? Nie pisałem tego w akapicie merytorycznym, ale jeśli nie do końca przypadłyby Wam do gustu przytoczone przeze mnie aspekty typu skutkująca wstrzemięźliwością przekazu nadmierna gładkość wysokich tonów, wystarczy skorzystać z opartego na kości SABRE wewnętrznego przetwornika, a zapisany na płytach kompaktowych i plikach muzycznych świat dostanie dodatkowego oddechu i świeżości. Oczywiście lekkim kosztem muzykalności, ale jak wiadomo, każdy z nas ma w tym aspekcie swój punkt „G”, dlatego też nie rozsądzam, co jest złe, a co dobre, tylko podaję do wiadomości, że macie wybór. A taka oferta jest chyba wystarczającym bodźcem, aby będąc na etapie zmian w systemie nie przegapić IDA-16-ki NuPrime’a w podczas tworzenia listy potencjalnych konstrukcji do posłuchania.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Rafko
Cena: 8 975 PLN

Dane techniczne:
Przetwornik DAC: ESS 9018K2M SABRE32
Wejścia:
Cyfrowe: 1 x USB (24 bit/384 kHz PCM, 11,2 MHz DSD); 2 x Coax S/PDIF (24 bit/192 kHz), 2 x Optyczne S/PDIF (24 bit/192 kHz)
Analogowe: para RCA
Wyjścia: Optyczne (24 bit/192 kHz), para RCA
Moc wyjściowa: 2 x 200 W (8 i 4 Ω)
Moc wyjściowa w szczycie: 400 W
Zniekształcenia THD+N: 0.004%
Pasmo przenoszenia: 10Hz – 80kHz
Wymiary (W x S x G): 6,5 x 43,2 x 38,1 cm
Waga: 7,2 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA