Monthly Archives: październik 2018


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Lumïn U1 Mini

Dawno, dawno temu, kiedy na rynku pojawił się nowy gracz a do sklepów trafił pierwszy odtwarzacz plików, czyli tzw. streamer sygnowany marką Lumin byłem, podobnie z resztą jak większość miłośników plikograjów, niezwykle zaintrygowany, a gdy go w końcu posłuchałem, zachwycony. Zanim jednak podjąłem decyzję o jego zakupie ni stąd ni zowąd jak przysłowiowe grzyby po deszczu w portfolio azjatyckiego producenta zaczęły pojawiać się kolejne, nieraz bliźniaczo do siebie podobne propozycje. Owa klęska urodzaju wywołała moją lekką konsternację i z tego co mi wiadomo nie byłem w niej osamotniony, gdyż utrzymując mykologiczną analogię runa leśnego w przysłowiowym barszczu wylądowało zbyt dużo grzybów. Ot odwieczny dylemat typu „osiołkowi w żłobie dano” i idealna pożywka wszelkiej maści nerwic rodem z „Dnia świra”. Nie wierzycie? No to proszę. Na chwilę obecną w katalogu Lumina znajdziemy 5 (słownie pięć) odtwarzaczy sieciowych (X1, S1, A1, T1, D2 – następcę D1) od niedawna dwa transporty (U1 i U1 Mini), wzmacniacz sieciowy (M1), końcówkę mocy (AMP) i serwer plików (L1). Wystarczy? Sądzę, że aż nadto. Z tego całego galimatiasu postarajmy się jednak wyłuskać ostatnio debiutującą nowość, czyli … U1 Mini, która dzięki uprzejmości wrocławskiego Moje Audio na dłuższą chwilę zagościła w naszej redakcji.

Lumin U1 Mini wygląda dokładnie tak, jak wcześniej recenzowany przez nas D1 a obecnie D2 i właśnie podobnie jak w przypadku D2-ki zintegrowano w nim moduł zasilający, więc tym razem nie tylko nie trzeba szukać miejsca na zewnętrzy niezbyt urodziwy zasilacz, lecz wreszcie można użyć możliwie wysokiej klasy przewodu. I w tym miejscu istotna informacja dla wszystkich tych, którzy z niepokojem patrzyli na wiszący nad tylną ścianką urządzenia „okap”. Otóż bez najmniejszego problemu da się w trójbolcowe gniazdo IEC wpiąć wtyki typu Furutech FI-28R, więc i z konkurencyjnymi wtyczkami nie powinno być najmniejszych problemów. Skoro już zacząłem wizję lokalną od „zakrystii” to pozostańmy tam jeszcze na chwilę, gdyż nawet z porządnym przewodem zasilającym cały czas mamy dostęp do włącznika głównego, co wcale też nie jest standardem. Oprócz sekcji poświęconej zasilaniu do dyspozycji otrzymujemy nad wyraz szeroki wachlarz interfejsów cyfrowych obejmujący wejścia AES/EBU, BNC, koaksjalne, optyczne TOSLINK i dwa USB. Nie zabrakło oczywiście portu Ethernet, oraz … zacisku uziemienia.
Front, jak to front – gruby płat szczotkowanego aluminium z centralnie umieszczonym czarno-zielonkawym wyświetlaczem i skromnym, firmowym logotypem tuż pod nim. Korpus stanowią dwa nakładane na siebie blaszane profile, przy czym górny, o czym zdążyłem już wspomnieć tworzy nad ściana tylna niewielki daszek. Nie da się ukryć, iż srebrna, utrzymana w naturalnej kolorystyce surowego aluminium wersja wygląda przy swoim kruczoczarnym rodzeństwie nad wyraz siermiężnie, dlatego też przed podjęciem ostatecznej decyzji warto obie dostępne opcje kolorystyczne ze sobą skonfrontować.
Wnętrze transportu dość szczelnie wypełnia błękitna płytka drukowana z identycznym, co u starszego rodzeństwa (U1) procesorem zdolnym obsłużyć zarówno sygnał DSD256, jak i PCM do 384 kHz, oraz szczelnie zabudowany – ekranowany moduł zasilający. Jednym słowem schludnie, estetycznie i jakoś tak kompletnie (przynajmniej pod względem optycznym) porównując do dość „oszczędnie” zagospodarowanej przestrzeni wewnątrz niedawno przez nas testowanego Auralica ARIES G1. Za to wynik na remis Aries wyprowadza klasą swojej obudowy, której Lumin może mu co najwyżej pozazdrościć. Jeśli jednak ktoś miałby ochotę na nieco bardziej wnikliwą zabawę w „znajdź trzy różnice” to odsyłam na strony obu producentów, którzy byli łaskawi stosowne, poglądowe zdjęcia na nich zamieścić.
Jeśli zaś chodzi o zagadnienia natury użytkowo – funkcjonalnej, to … jest nie tyle dobrze, czyli jak dotychczas, lecz lepiej i to znacznie. Otóż od ubiegłorocznego lutego, czyli od recenzji U1-ki, ekipa R&D Pixel Magic Systems Ltd. poszła wreszcie po rozum do głowy i przestała ignorować odbiorców korzystających z urządzeń pracujących pod kontrolą Androida dopracowując dedykowaną im appkę i wreszcie umożliwił z jej poziomu pełną obsługę TIDAL-a. W dodatku w pełni wspierane są pozycje Master – kodowane w MQA, które są nader zgrabnie oznaczane i po „rozpakowaniu” i ewentualnym upsamlowaniu w zrozumiałej dla większości DAC-ów postaci wysyłane na zewnątrz. Jeśli zastanawiacie się Państwo czemu tak pieję nad tym dość prozaicznym zagadnieniem proszę przy pierwszej nadarzającej okazji porównać ceny tabletów i smartfonów z obu stron cyfrowej barykady a potem na spokojnie zastanowić się nad zasadnością wydawania równowartości 1/5 ceny tytułowego streamera na coś z nadgryzionym jabłkiem, czego używać będziemy w roli bądź co bądź li tylko … pilota.

Jak to zwykle z nowościami bywa tytułowe urządzenie dotarło do mnie prosto z odprawy celnej w stanie praktycznie całkowicie dziewiczym (jakby ów stan występował w postaci połowicznej) – zafoliowane, obklejone plombami i pachnące fabryką. Pomimo późnej pory (dochodziła północ), nie zważając na głos rozsądku i … nieco zirytowanej Małżonki, zamiast czekać do rana, czym prędzej wypakowałem transport, wpiąłem w grający od ładnych paru godzin system i … tylko wzruszyłem ramionami. U1 Mini grać, grał, lecz mając na uwadze szalenie euforyczne opowieści wspomnianego dystrybutora, jak i krążące po sieci pierwsze wzmianki, gdzieś tam podświadomie liczyłem na … już teraz sam nie wiem na co, ale co najmniej na wyrwanie z kapci. Tymczasem było OK i tylko OK, ale jakoś tak nijako i niezwykle zachowawczo.
Bardziej z poczucia obowiązku, aniżeli z ciekawości, posłuchałem jeszcze przez jakieś dwa kwadranse i już bez większych emocji udałem się na zasłużony odpoczynek. Aha – Lumina zostawiłem pod prądem, z włączoną internetową stacją radiową. I to był bardzo dobry pomysł, gdyż po kilku(nastu) godzinach nieprzerwanej rozgrzewki wczesnym popołudniem zminiaturyzowana U1-ka pokazała swe zdecydowanie piękniejsze oblicze. Po pierwsze wreszcie można było mówić o firmowej – znanej z pozostałych modeli, analogowej dojrzałości, a po drugie zamiast pierwszych trzech planów do głosu doszła pełna głębia sceny. W dodatku aby to stwierdzić wcale nie musiałem sięgać po Michela Godarda i jego zjawiskowe „Monteverdi – A Trace of Grace”, gdyż nawet pozornie leniwemu, idealnemu jako tło słonecznego sobotniego poranka, albumowi „Turn Up The Quiet” Diany Krall udało się wywołać efekt przykucia do fotela. Oczywiście po Godarda też sięgnąłem, bo dzień bez niego jest dniem straconym, ale skupmy się na okołojazzowym chilloucie. W dużym uproszczeniu ww. album opiera się na zmysłowym wokalu Krall, powleczonym złotą poświatą fortepianie, plamie kontrabasu i od czasu do czasu szeleszczącej miotełkami perkusji. Towarzysząca powyższemu trio orkiestra jest z reguły na dalszym, pomijalnym i ujednolicanym planie. Tymczasem najmniejszy z Luminów był w stanie, pozostawiając ją w słusznej odległości od słuchacza, pokazać pełen jej potencjał, selektywnie wyłuskiwać poszczególne sekcje i dzięki temu zbudować fenomenalną głębię prezentowanego spektaklu. To przecież jednak dopiero początek, gdyż z każdym kolejnym dniem obserwowałem sukcesywne rozszerzanie się reprodukowanego spektrum, gdyż zarówno wysokim, jak i niskim tonom co i rusz udawało się pójść krok, bądź dwa dalej. Dlatego też co dwa-trzy dni pozwalałem sobie na tzw. powtórkę z rozrywki i weryfikację, na tym samym materiale testowym, ewentualnych zmian. O dziwo takowe, przez pierwszy tydzień niemalże nieustannej pracy niezaprzeczalnie występowały, więc zarówno „Khmer” Nilsa Pettera Molværa drążył kolejne pokłady piekielnych czeluści, jak i Klezmer Brass Allstars – „Brotherhood Of Brass” wspinał się na coraz to wyższe poziomy blaszanej jazgotliwości. Jednak co istotne, całość cały czas pozostawała spójna i proporcjonalna, więc obyło się bez zniekształceń rodem z gabinetu luster w objazdowym lunaparku.
Ponieważ producent zarówno w materiałach firmowych, jak i na stronie www zarzeka się, że od pełnowymiarowej U1-ki wersję Mini odróżnia jedynie … rozmiar i cena postanowiłem nieco odkurzyć redakcyjne archiwalia, spróbować przypomnieć sobie tamten „sound” i skonfrontować wspomnienia z dniem dzisiejszym. Wtenczas, w nieco innym niż obecnie posiadany systemie, odebrałem U1-kę jako nieco przyciemnioną, z delikatnie obniżonym środkiem ciężkości, czego szczerze nie powiedziałbym o U1Mini. W dodatku sesja z „Achtung Baby (Deluxe Edition)” U2, pokazała, że maluch nie jest aż tak dobroduszny jak jego większy brat i gdy Larry’emu zdarzyło się raz czy dwa walnąć od serca w blachy, każdorazowo zachodziłem w głowę jak przy takiej kasie cały czas gra na jakiś wystruganych z kapsli po mleku i nagrywanych mikrofonem z demobilu zestawach. Bardzo możliwe, że swoje trzy grosze dorzuciło też używane przeze mnie podczas testów okablowanie, czyli dopiero co zrecenzowany set Audiomici (Anort & Pebble Consequence) i czekający na swoje przysłowiowe pięć minut zestaw Fidaty (HFU2 i HFLC), które pod względem rozdzielczości i selektywności miały zdecydowanie więcej do zaoferowania aniżeli mój dyżurny Wireworld Starlight, czy Goldenote Firenze Silver. Szczególnie wyraźnie było to słychać na „In My Solitude: Live at Grace Cathedral” Branforda Marsalisa, gdzie wielowątkowość pogłosu budowli sakralnej stanowiła pełnowartościowy element składowy spektaklu a nie li tylko tło do popisów solisty.
Całe szczęście owa dbałość o detale i niuanse nie prowadziła do niemalże klinicznej aseptyczności, lecz była niejako dodatkiem, bonusem do soczystości i gładkości przekazu, choć wystarczyło sięgnąć po surowe i mroczne skandynawskie brzmienia w stylu „Runaljod – Ragnarok” Wardruny, by na własnej skórze doświadczyć że naga prawda nie zawsze jest piękna pięknem wymuskanych playmates, lecz również potrafi zachwycić zapachem soli, rysami smaganymi porywistym wiatrem i zadrapaniami „zdobytymi” podczas szaleńczego biegu przez las, w którym potrafią czaić się demony.

Wydawać by się mogło, że Pixel Magic Systems Ltd. wprowadzając do swojej, już i tak przebogatej oferty, owy model transportu U1 Mini robi kolejny krok ku dalszemu, może nie tyle rozmienianiu się na drobne, co komplikowaniu życia swojej potencjalnej klienteli. Tymczasem bliższy kontakt z tytułowym maluchem przynosi dość zaskakujące rezultaty. Po pierwsze rzeczywiście w mniejszej a zarazem skromniejszej, a więc i tańszej obudowie udało się zakląć przynajmniej 99,9% z brzmienia pełnowymiarowego protoplasty. Po drugie uproszczono zagadnienia natury logistycznej, wynikające z wyeliminowania zewnętrznego zasilacza i po trzecie U1 Mini jest wprost idealnym rozwiązaniem dla wszystkich posiadaczy DACów z nad wyraz szerokiego spektrum cenowego, gdyż bohater niniejszej epistoły powinien bez najmniejszych problemów sprawdzi się zarówno w towarzystwie sobie podobnych urządzeń, jak i po wielokroć droższych, byleby tylko w tym drugim przypadku pamiętać o odpowiednio wyrafinowanym okablowaniu pozwalającym w pełni rozwinąć mu skrzydła. Jeśli więc posiadacie Państwo idealnie wpasowujący się w Wasze gusta a więc z oczywistych względów wyrafinowany system i chcielibyście nie tracąc nic a nic z jego klasy zagłębić się w odmęty plików ii streamingu gorąco polecam poszukiwania rozpocząć właśnie od tego niepozornego transportu.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Auralic ARIES G1; Lumin U1 Mini
– All’in’One: Naim Uniti Nova
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence; Fidata HFLC
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chip

Dystrybucja: Moje Audio
Cena: 9 590 PLN

Dane techniczne:
Obsługiwane formaty audio:
– bezstratne: DSF (DSD), DIFF (DSD), DoP (DSD); PCM : FLAC, Apple Lossless (ALAC), WAV, AIFF; kompresowane stratnie: MP3, AAC; MQA
Obsługiwane częstotliwości i rozdzielczości bitowe: DSD do DSD256 11.2 MHz, 1-bit; PCM do 384 kHz / 16–32-bit
Cyfrowy stopień wyjściowy:
USB: DSD256 – 11.2MHz, 1-bit; PCM 44.1–384 kHz / 16–24-bit,
Optical, Coaxial RCA, Coaxial BNC, AES/EBU: DSD (DoP, DSD over PCM) 2.8MHz, 1-bit; PCM 44.1kHz–192kHz, 16–24-bit
Obsługiwane protokoły: UPnP AV, Roon Ready, Spotify Connect, Apple AirPlay, Gapless Playback, On-Device Playlist
Wejścia: Ethernet RJ45 1000Base-T Gigabit, wejście USB obsługujące pamięci flash drive, USB HDD (FAT32, exFAT, NTFS i EXT2/3)
Wymiary (s x G x W): 300 x 244 x 60 mm
Waga: 3 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Patrząc na nasze ostatnie publikacje wierni czytelnicy mogli dojść do wniosku, że najwidoczniej początkowe ciągoty do przysłowiowego wsadzania kija w mrowisko, uległy widocznemu stępieniu a kontrowersyjne, wywołujące burzliwe dyskusje, tematy zastąpił „bezpieczny” mainstream. Proszę się jednak nie martwić. Z nami wszystko jest OK a chwile przerwy w drażnieniu „śpiącego misia” upłynęły nam bynajmniej nie na błogim lenistwie a kompletowaniu odpowiedniego wsadu. Za swoistą zapowiedź niniejszego testu można bowiem uznać zeszłotygodniową relację z inauguracji cyklu „Odsłuchów z Lampizatorem”, podczas której Łukasz Fikus empirycznie udowodnił, iż sygnał DSD jest … na wskroś analogowy. Co za tym idzie wypadałoby nieco zrewidować kategoryzację przewodów zazwyczaj stosowanych do takowych transmisji a tym samym przejść do porządku dziennego nad ich oczywistym wpływem na finalne brzmienie naszych systemów. Do powyższego tematu podeszliśmy jednak nieco szerzej, gdyż poza dość logicznym sięgnięciem po przewody USB w kręgu naszych zainteresowań znalazły się również nieco po macoszemu traktowane przez prasę branżową łączówki ethernetowe. Tak, tak, ethernetowe, lecz nie pod postacią podstawowej, zalegającej na podłogach marketów budowlanych w kilometrowych szpulach, skrętki, lecz dedykowanych zastosowaniom audio, dopieszczonym do granic, a czasem i poza nimi, przyzwoitości z niezwykłą dbałością fabrycznie zaterminowanych modeli. Ponadto nie będzie to jednorazowy wybryk z naszej strony, lecz swoisty początek kolejnej sagi biorącej pod lupę mniej, bądź bardziej egzotyczne konstrukcje. Na pierwszy ogień postanowiliśmy jednak wziąć na warsztat rodzime specjały i tym oto sposobem w naszej redakcji zagościły sygnowane przez gorlicką Audiomica Laboratory topowe Anort Consequence i Pebble Consequence.

Jak się łatwo domyślić po samym wyglądzie i utwierdzić w przekonaniu nawet po dość pobieżnym pierwszym kontakcie organoleptycznym Anort nie jest ordynarną „skrętką” lecz potrójnie ekranowanym przewodem Ethernet najwyższej kategorii 8.2 / class II. Zanim jednak omówię ekranowanie uważam, iż warto zerknąć nieco głębiej, czyli przyjrzeć się samym przewodom, których budowa opiera się na ośmiu żyłach solid-core 0,70 mm / 0,38 mm² wykonanych z miedzi OCC 7N, zgrupowanych w czterech parach i ułożonych wg. firmowej geometrii. Jeśli zaś chodzi o wspomniane ekranowanie, to jest ono potrójne i składa się z plecionki miedzianej, oraz dwóch warstw folii – jednej aluminiowej, a drugiej metalizowanej. Zewnętrza izolacja antystatyczna produkcji Acoustic Points ma perłowo biały odcień z szarymi refleksami, przy czym odcinki tuż przy wtykach (za mufami elektrostatycznymi) są ciemniejsze – o tytanowo – grafitowym umaszczeniu, nieco cieńsze i bardziej wiotkie, co niezaprzeczalnie ułatwia ich aplikację. I nie są to tylko czcze mrzonki, lecz najprawdziwsza prawda, gdyż Anort, pomimo całego swojego dostojeństwa i masywności okazał się łatwiejszy w aplikacji od moich dyżurnych Neytonów, które choć nie odbiegają przekrojem od standardowej skrętki są jednak dość sprężyste i niezbyt ochoczo się układają. I w tym momencie dochodzimy do istnej biżuterii, czyli konfekcji, której w tym wydaniu reprezentują wtyki RJ45 Telegärtner ze złoconymi pinami.

Równie okazale prezentuje się Pebble Consequence zbudowany z czterech oddzielnie ekranowanych i spiralnie skręconych wiązek, z których każda zawiera trzy równoległe żyły. Taka konstrukcja eliminuje wzajemne indukowanie się prądów przez pola magnetyczne sąsiednich przewodów. Zastosowany został również unikalny izolator FEP o dużej gęstości. Każda z czterech wiązek jest indywidualnie chroniona przed polami elektromagnetycznymi ekranem z folii aluminiowej o 100% pokryciu. Z wielką troską potraktowano również nie zawsze brane podczas projektowania zagadnienie, czyli wiotkość a dokładnie podatność przewodu na układanie. O ile bowiem w przypadku „konwencjonalnych” przewodów dedykowanym stacjonarnym systemom audio temat jest dość znany i okiełznany, bądź nawet sami użytkownicy pamiętają by zostawić przynajmniej pół metra na tzw. kabelkologię, to przy dość ograniczonej przestrzeni nabiurkowej już tak różowo nie jest. Dlatego też pomiędzy miedziane żyły wpleciono tekstylne rdzenie. Najwyższej jakości wtyki USB są oczywiście rodowane, a prawdziwą wisienką na torcie jest to, że są one wykonywane przez Audiomicę na drodze wydruku 3D.

Oba przewody dostarczane są w firmowych, przepięknie wykonanych, wyściełanych gąbką drewnianych szkatułkach, a wraz z nimi nabywcy otrzymują stosowny, potwierdzający oryginalność certyfikat. Na czas podróży ich elektrostatyczne mufy TFSS dodatkowo zabezpieczane są siateczkami z tworzywa sztucznego zapobiegającymi ewentualnym otarciom i zarysowaniom. Jednym słowem nie tyle luksus, co poszanowanie dla Klienta mamy zagwarantowane już od samego progu. I jeszcze jedno, czyli zagadnienie kierunkowości, która w przypadku Anorta zależy niejako od inwencji użytkownika, za to w Pebble od umiejscowienia samego przewodu. O co chodzi? Otóż, gdy wepniemy Pebble pomiędzy dysk a streamer, to wspomniana mufa, czyli filtr TFSS znajdzie się od strony odbiornika, czyli streamera, jeśli natomiast Pebble znajdzie się pomiędzy streamerem a DACiem, to ów filtr będzie po stronie źródła. Wspominam o tym z dość oczywistych względów, czyli obserwacji nausznych poczynionych podczas testów Anorta, którego można wpinać i tak i tak, a co za tym idzie sprawdzić, jaka opcja bardziej nam pasuje. Mi osobiście zdecydowanie bardziej przypadło do gustu umiejscowienie mufy tuż przy odbiorniku sygnału a jakie były ku temu powody, to już wyjaśnię w kolejnym akapicie.

Z serią Consequence Audiomici spotykamy się już po raz … czwarty. Do tej pory mieliśmy bowiem okazję gościć we własnych systemach interkonekty Pearl wraz z głośnikowymi Miamen, dedykowany gramofonom interkonekt Thasso, oraz zasilające Allbit, więc pewne cechy zarówno wyglądu, jak i brzmienia zaczynamy traktować jako oczywistą oczywistość i początkowo nie zwracaliśmy na nie najmniejszej uwagi, bo i po co, skoro spodziewaliśmy się ich a one tam po prostu były. Zanim jednak niniejszy tekst ujrzał światło dzienne zreflektowaliśmy się, iż to, co jasne i oczywiste dla nas, wcale takie być nie musi dla czytelników, którzy po raz pierwszy mają przyjemność z gorlickimi drutami. Dlatego też od razu na wstępie poinformuję iż choć Audiomici mają wybitnie rodzimy rodowód, to odkąd pamiętam wykazywały zaskakująco dużo cech brzmieniowych utożsamianych z wyrobami zza wielkiej wody. Mowa tu o oczywistym iście hollywoodzkim rozmachu, swobodzie, potędze i pewnej wielce przyjemnej w odbiorze odrobinie słodyczy sprawiającej, że to co słyszymy staje się nieco piękniejsze, aniżeli sądziliśmy do tej pory. Mocno generalizując i upraszczając przekaz można lapidarnie określić topową linię produktów wchodzących w skład rodziny Consequence jako grającą „dużym dźwiękiem”, lub jak kto woli „po amerykańsku”. Jest tylko jedno „ale”. Otóż wszystkie powyższe cechy gorlickiej szkoły brzmienia określaliśmy na podstawie „analogowej” części oferty a tymczasem przedmiotem niniejszego testu są przewody umownie uznawane za cyfrowe. Czemu umownie, nie będę po raz kolejny wyjaśniał, gdyż uczyniłem to już we wstępniaku, więc osoby, które świadomie, bądź nie, odpuściły sobie tę część mojej radosnej paplaniny o ewentualne nadrobienie zaległości. Nie chodzi mi bynajmniej w tym momencie o nawet najmniejszą złośliwość, tylko proszę mi uwierzyć na słowo – mając świadomość tego, co tak naprawdę potrafią owe przewody przesyłać powinno być Wam łatwiej przyjąć do wiadomości takie a nie inne rezultaty odsłuchów. Tylko tyle i aż tyle.

No to zacznijmy część właściwą, czyli bardziej szczegółową analizę obu przypadków. Na początek od razu zagram z Państwem w otwarte karty i powiem, iż pojawienie się Anorta pomiędzy NAS-em a routerem, bądź między routerem a streamerami było co najwyżej … ledwo zauważalne. Niby było nieco bardziej rozdzielczo a tło bardziej zaczernione, ale zmiany spokojnie można było uznać za wpływ autosugestii i chęci udowodnienia samemu sobie, że dobrze zainwestowaliśmy bądź co bądź poważną kwotę. Całe szczęście sytuacja poprawiła się, gdy oprócz Anorta pojawiła się druga, równie wysokiej klasy łączówka ethernetowa a tym samym cały tor NAS – router – streamer został odpowiednio okablowany. Problem w tym, że takie rozwiązanie to niestety dodatkowe koszty a jeśli chcielibyśmy pozostać w kręgu Conseqence’ów to robi się cytując klasyka „jakby luksusowo”. Warto mieć jednak świadomość, iż jeśli tylko mamy zamiar na poważnie wejść w pliki, to taką sytuacją można bardzo łatwo uprościć eliminując jeden z elementów powyższej układanki, decydując się na połączenie bezpośrednie, czyli serwer plików – streamer/transport. Opcję taką bowiem nie tylko oferuje, ale i wręcz zaleca np. Fidata w swoim HFAS1-XS20U, czy równie ciekawe serwery Melco. W takim wypadku router ląduje niejako poza torem audio i o jego ewentualnym wpływie będziemy mogli mówić jedynie w przypadku, gdy zamiast zgromadzonych na dyskach ww. serwerów plików zdecydujemy się na dobrodziejstwa serwisów streamingowych. Pech jednak chciał, iż z powodu nie tyle przeciwności losu, co zagadnień czysto logistycznych i stale rosnącego popytu na powyższe urządzenia na czas testu nie udało mi się takowego pozyskać. Jak się jednak okazało nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gdyż korzystając z gościnności warszawskiego salonu Nautilusa urządziliśmy sobie nad wyraz intensywną sesję odsłuchową z wykorzystaniem referencyjnego, dzielonego źródła Accuphase DP-950 / DC-950, które równie dobrze, co z płytami CD radzi sobie również z SACD a do komunikacji między transportem a DAC-iem wykorzystuje magistralę HS-Link opartą, dziwnym zbiegiem okoliczności, na … połączeniu przewodem ethernetowym.

No to jesteśmy w domu, znaczy się nie tyle w domu, ale mamy system, na którym słychać nie tylko ile warstw lakieru zostało położonych na obudowie fortepianu, ale które z nich polerowane były w prawą, a które w lewą stronę. Ok, żarty żartami, ale przed Avantgarde’ami Trio w torze niewiele, nawet najmniejszych niuansów, ma szansę się ukryć, chociaż trzeba byłoby mieć naprawdę poważne problemy natury laryngologicznej, by faktu pojawienia się w torze Anorta nie odnotować. Z mufą od strony napędu dźwięk był nad wyraz spektakularny, potężny i wgniatający w fotel, jednak już po chwili jasnym stało się, że ilość stawiana jest ponad może nie tyle jakość, co niuanse i detale, więc o ile do koncertowego łojenia i dość prostego popu trudno wyobrazić sobie coś lepszego, to już przy nieco bardziej wyrafinowanym repertuarze może już nie być tak różowo. Choć z drugiej strony … przy takiej konfiguracji można było bez większego żalu zrezygnować z pary SHORT BASSHORN-ów i to nawet przy tak lubiącym nisko zejść albumie jak „Elephants on Acid” Cypress Hill, czy odzywających się na „Bryllupsmarsj” z „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena potężnych, wręcz monumentalnych, kościelnych organach.
Zmiana orientacji przewodu pokazała jego drugie, zdecydowanie bardziej uniwersalne oblicze. Oprócz wolumenu i potęgi pojawiła się bowiem sięgająca hen w głąb sceny gradacja planów, aura otaczająca poszczególne instrumenty stała się faktem a i akustyka pomieszczeń w jakich dokonywano nagrań zyskała pełnoprawne miejsce w spektaklu. Warto również wspomnieć o niezwykle przyjemnym dla ucha wypełnieniu soczystą tkanką konturów, które z kolei kreślone były zdecydowaną, mocna kreską przez co o stabilności źródeł pozornych na scenie można było wypowiadać się wyłącznie w superlatywach.

Z Pebble Consequence aż takich przejść nie miałem, gdyż kombinowania z jego kierunkowością, poza tą wynikającą z jego umiejscowienia w torze, nie było. Ponadto, tak prawdę mówiąc jego wpływ najbardziej zauważalny był głównie pomiędzy streamerem / transportem plików i DAC-em i to właśnie w takiej konfiguracji najczęściej u mnie gościł. W dodatku miałem to szczęście, iż z przewodów Audiomici mogłem spokojnie korzystać przez blisko dwa miesiące, więc przez ten czas nie tylko zdążyły się spokojnie wygrzać, lecz również sprawdzić w nad wyraz zróżnicowanym towarzystwie. Grały zatem zarówno z niedawno testowanym Auraliciem ARIES G1, jak i pachnącym jeszcze fabryką Luminem U1 Mini, oraz nie mnie intrygującym i zarazem wszystkomającym Naimem Uniti Nova (recenzje wkrótce) i za każdym razem pokazywał się od jak najlepszej strony. Było to bowiem wielce udane połączenie dynamiki i firmowego rozmachu z przyjemnym dosaurowaniem przekazu i równie wysokich lotów rozdzielczością. Co ważne trudno byłoby mu zarzucić jakiekolwiek znamiona zbytniej narowistości, czy ponadnormatywnej analityczności. To był pełnokrwisty członek rodu Consequence’ów idealnie wpisujący się w firmową estetykę grania.
Niezwykle trudna do zaszufladkowania pierwsza solowa płyta Toma Morello „The Atlas Underground” może i nigdy nie zostanie zaliczona do pozycji stricte audiofilskich, ale proszę ją tylko odpowiednio głośno odtworzyć a będą Państwo wiedzieli czy i gdzie Wasz system cierpi na niedobory motoryki i ewentualnie traci kontrolę nad najniższymi tonami, bo to, co pojawia się u Toma na krążku potrafi wprawić w zadyszkę niejedną high-endową legendę. Jeśli jednak ktoś obawiałby się, że topowa Audiomica ma tendencję do zbytniego hołdowania zbytniej potędze brzmienia, to czym prędzej spieszę z wyjaśnieniem, iż to nie chodzi o sztuczne podkręcanie spektakularności, gdzie jej tak naprawdę nie ma, a jedynie o brak limitacji takowej, gdy jej obecność wydaje się konieczna. Dlatego też wszystkim niezdecydowanym gorąco polecam blisko czterogodzinny maraton z przepięknym symfonicznym wydaniem „The Lord Of The Rings: The Return Of The King – The Complete Recordings” Howarda Shore’a, gdzie znajdziecie Państwo nie tylko potężne orkiestrowe tutti i równie imponujące partie chóralne, lecz również delikatne, prowadzone niemalże na granicy słyszalności, pasaże i równie eteryczne popisy solistów (m.in. zjawiskową Renée Fleming). Podobnie jest z oddaniem barw i gabarytów reprodukowanego instrumentarium, które jest po prostu możliwe bliskie rzeczywistości bez tendencji czy to zbytniego ochładzania, ocieplania, powiększania, czy pomniejszania a wspomniany imponujący wolumen nie jest pochodną dość oszukańczego powiększania źródeł pozornych, lecz jedynie zdolności polskiego przewodu do rozmieszczenia poszczególnych muzyków w takiej odległości, że nikt nikomu nie wchodzi na głowę i to niezależnie, czy mówimy o jazzowym trio, czy o wielkiej orkiestrze.

Jak sami Państwo widzicie, oba tytułowe przewody nie dość, że idą ramię w ramie jeśli chodzi o podejście do tematu dynamiki i szeroko pojętej swobody grania, to z równą atencją potrafią skupić się na pozornie nieistotnych, lecz tak naprawdę tworzących atmosferę nagrań niuansach. Jeśli zaś chodzi o kwestię wyboru pomiędzy Annortem a Pebble, to … takowej nie ma gdyż obie łączówki mają swoje jasno przypisane role i jedna drugiej nie wchodzi w paradę a że niejako pry okazji świetnie się ze sobą zgrywają, to już zasługa ich konstruktor, który wielokrotnie podkreślał, że właśnie po to w każdej linii swoich produktów oferuje pełne spektrum przewodów, by bez najmniejszego problemu można było nawet nad wyraz rozbudowany system okablować nimi od przysłowiowego gniazdka w ścianie po terminale głośników.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Auralic ARIES G1; Lumin U1 Mini
– All’in’One: Naim Uniti Nova
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Producent: Audiomica Laboratory
Ceny:
Anort Consequence Ethernet: 2300 € / 2m, 2700 € / 3m + 400 € za każdy dodatkowy metr
Opcje: 150 € DFSS Filtr, 250 € DFSS Filtr + Smart Couplers, 350 € TFSS Filtr + Smart Couplers

Pebble Consequence USB: 1050 € / 2 m, 1250 € / 3 m + 200 € za każdy dodatkowy metr
Opcje: 150 € DFSS Filtr, 250 € DFSS Filtr + Smart Couplers, 350 € TFSS Filtr + Smart Couplers

Dane techniczne:
Anort Consequence
Przewodnik: Miedź OCC N7 solid-core
Budowa: 8 x 0,70mm/0,38mm2
Średnica przewodu: ~ 8,2mm
Ekran 1: plecionka miedziana o 90% pokryciu
Ekran 2: folia aluminiowa o 100% pokryciu
Ekran 3: folia metalizowana o 100% pokryciu
Wtyki: RJ45 (ze złoconymi pinami)
Filtry: DFSS, TFSS

Pebble Consequence
Przewodnik: Miedź OCC N7
Budowa: 4×0,64mm/0,32mm2
Średnica przewodu:~ 9,6mm
Ekran: folia aluminiowa o 100% pokryciu
Rdzeń rozdzelający: Textile Fiber
Wtyki: USB A/B, rodowane
Filtry (conditioner): DFSS, TFSS

  1. Soundrebels.com
  2. >

Druga generacja AK T5p to najnowszy efekt współpracy firm Beyerdynamic i Astell&Kern. Pierwsza z tych firm, to znany na całym świecie producent słuchawek z ponad stuletnią tradycją. Astell&Kern to z kolei wiodący producent odtwarzaczy przenośnych klasy premium i hi-end, które nierzadko wyznaczają nowe kierunki i standardy na rynku.

Astell&Kern T5p drugiej generacji to konstrukcja zamknięta, która została pieczołowicie dostrojona tak, aby uzyskać znakomite, synergiczne brzmienie w połączeniu z przenośnymi odtwarzaczami Astell&Kern. Możemy dzięki temu uzyskać połączenie, które nie tylko zapewni znakomitą czystość, naturalność i precyzję w całym paśmie, ale da także doskonały, rozciągnięty i kontrolowany bas.

Słuchawki te używają przetworników w technologii Tesla o dużej skuteczności. Posiadają też wysokiej klasy zbalansowany oraz odłączany kabel z solidnym, także zbalansowanym wtykiem 2.5 mm. W kablu tym zastosowany hybrydowy przewodnik, który częściowo składa się z miedzi OCC o czystości 7N a częściowo z czystego srebra o czystości 4N.

Co więcej, Astell&Kern T5p produkowane są ręcznie w Niemczech. Mają solidne a jednocześnie komfortowe pady, które zapewniają wygodę nawet podczas wielogodzinnych odsłuchów. Dodatkowym atutem jest czarna osłona muszli, która dodaje elegancji i polotu.

Beyerdynamic – połączenie tradycji i innowacyjności
Firma ta została założona w 1924 roku w Berlinie przez Eugena Beyera i do dzisiaj reprezentuje esencję technologii, solidności i innowacyjności w audio. Beyerdynamic ma na swoim koncie wiele osiągnięć, które sprawiają, że naprawdę zasługuje na miano jednej z kluczowych marek audio. Weźmy chociażby jako przykład, pierwsze na świecie dynamiczne słuchawki – DT 48, które są dostępne aż do teraz. Jednocześnie warto zaznaczyć, że nawet w dzisiejszych czasach firma jest wierna wizji swojego założyciela, Eugena Bayera. Wizja ta sprawia, że Beyerdynamic stał się niekwestionowanym liderem rynku zarówno, jeżeli chodzi, o jakość, jak i także w zakresie innowacyjności swoich produktów.

Technologia Tesla
Nazwa tego rozwiązania podchodzi od jednostki, jaką mierzy się siłę indukcji magnetycznej. W przetwornikach z technologią Tesla firmy Beyerdynamic siła ta ma wartość właśnie powyżej 1 Tesli, co często jest poza zasięgiem konkurencji. Wysoka indukcja oznacza wysoką skuteczność, co z kolei przekłada się na szereg praktycznych zalet. To nie tylko lepsza kontrola całego układu magnetycznego, jego szybsza praca, ale także i wyższa skuteczność całego przetwornika. To ostatnie zaś bezpośrednio przekłada się na możliwość zasilania słuchawek z przetwornikami Tesla nawet z odtwarzaczy przenośnych dysponujących mniejszą mocą. Pomaga w tym także niska impedancja T5p MkII, wynosząca 32 Ohm.

Znakomita przestrzenność
AK T5P drugiej generacji oferują jednocześnie znakomitą, rozbudowana scenę dźwiękową. Dzieje się tak dzięki umieszczeniu przetworników pod kątem w taki sposób, aby uzyskać optymalne budowanie panoramy stereo.

Kabel z hybrydowym przetwornikiem z miedzi OCC i czystego srebra z 2.5mm zbalansowanym wtykiem
Dołączony do zestawu z Astell&Kern T5p MkII kabel jest zadziwiająco wręcz dopracowany. Przede wszystkim jest to konstrukcja hybrydowa. Umiejętnie połączono w niej zalety dwóch różnych przewodników. Jednym z nim jest czyste srebro o czystości 4N (czyli 99.99% czystości), drugi zaś to miedź OCC o czystości aż 7N. Ten, składający się z ośmiu przewodników kabel nie tylko znakomicie wygląda. Jest przede wszystkim zoptymalizowany brzmieniowo tak, aby osiągnąć z T5p drugiej generacji wręcz spektakularne rezultaty. A przy tym nie trzeba się martwić o zbyt ostre wysokie tony, czy wyeksponowany bas – ten kabel zachowuje znakomity balans tonalny.

Astell&Kern T5p MkII – słuchawki ręcznie wykonywane w Niemczech
Celem firmy Astell&Kern jest przede wszystkim satysfakcja naszych klientów i dostarczanie im najlepszych, dopracowanych oraz świetnych jakościowo rozwiązań. Dlatego słuchawki są produkowane są ręcznie w Niemczech, zgodnie z najwyższymi standardami produkcji. Począwszy od znakomitego i precyzyjnego brzmienia, aż do wykorzystania znakomitych jakościowo i pewnych rozwiązań, nasze słuchawki godnie reprezentują filozofię bezkompromisowego audio.

Dane techniczne
Typ przetwornika: Dynamiczny
Zasada działania: Słuchawki zamknięte, wokół uszne
Pasmo przenoszenia: 5 – 50,000 Hz
Impedancja: 32 Ω
Skuteczność: 102 dB
Deklarowana moc: 300 mW
Waga bez kabla: 340 g
Kabel: 1.4m / odłączany, czyste srebro 4N plus miedź OCC 7N, wtyk 2.5mm czterostykowy
Połączenie : 2.5mm zbalansowane / 3.5mm jack / adapter 6.35mm

Astell&Kern AK T5p MkII pojawią się na rynku w ilości tylko 1000 sztuk.
Cenę sugerowaną AK T5p MkII na rynek polski ustalono na poziomie 4999 PLN brutto, dostępne będą do sprzedaży w wybranych sklepach w tym do odsłuchów w sklepach MP3store z grupy Audiokracja.
Słuchawki AK T5p MkII, do sprzedaży trafią w listopadzie 2018 roku, a swoją premierę będą miały podczas Targów Audio-Video-Show na Stadionie Narodowym w dniach 16-18 listopada 2018. Zapraszamy na Strefę Słuchawkową w sekcji prezentowanej przez sieć specjalistycznych sklepów audio MP3Store gdzie będzie można je zobaczyć i przetestować wraz z najnowszymi odtwarzaczami marki Astell&Kern.

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Po nad wyraz miłym spotkaniu  z przedstawicielkami francuskiej wyższej klasy średniej, czyli Trianglach Signature Alpha , przyszła pora na prawdziwą arystokrację, czyli Magellany Quatuor.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Sonus faber świętuje 35 lecie współtworzenia świata muzyki i przedstawia nową wersję legendy – Electa Amator III

8 października 2018 r. W 2018 roku przypada 35 rocznica powstania marki Sonus faber, która w maju zaprezentowała nową kolekcję Sonetto – stanowiącą definicję „Made in Italy” oraz reprezentującą świat włoskiej tradycji, kultury i rzemiosła.

ELECTA AMATOR III: PROJEKT

Dzisiaj kontynuujemy obchody tego przełomowego wydarzenia, bazując na naszym nieustannym dążeniu do ciągłego rozwoju oraz czerpiąc inspirację z przeszłości. Od 35 lat Sonus faber jest synonimem doskonałości wykończenia, unikalnych szczegółów produktu oraz rozpoznawalnego dźwięku – wszystko to łączy się w naszym najnowszym dziele – Electra Amator III. Przeprojektowane wydanie specjalne, które jak mamy nadzieję zostanie przyjęte z takim samym entuzjazmem i emocjami, których doświadczyliśmy podczas tworzenia tej wyjątkowej konstrukcji.

Nowa dwudrożna kolumna głośnikowa to prawdziwa perła włoskiego rzemiosła i kunsztu wykonania: niewielka, ale wyrafinowana kolumna głośnikowa, która dziedziczy cechy kolumn Electa Amator (1987) oraz Electa Amator II (1997) – dwóch naszych modeli, które przyczyniły się do międzynarodowego sukcesu naszej legendarnej marki.
Zidentyfikowaliśmy Electa Amator III jako ostatni krok w ewolucji naszej tradycji – procesie, który rozpoczął się w 2017 roku wraz z wprowadzeniem naszej kolekcji Homage Tradition, a następnie naszego flagowego modelu Aida i kontynuowanego w 2018 roku wraz z kolekcją Sonetto oraz subwooferami Gravis.

DESIGN
Electa Amator III to efekt naszej 30 letniej podróży. Trzecia generacja kultowego produktu wygenerowanego przez ekspresję naturalnej ewolucji, podtrzymującej elementy, które czynią nas wyjątkowymi: szlachetne materiały, kunszt wykonania oraz naturalne brzmienie.

Obudowa harmonijnie łączy lite drewno orzechowe, które staje się integralnym korpusem wraz z podstawą wykonaną z marmuru Carrara, poprzez mosiężną wkładkę, która podkreśla linie oraz wzmacnia całość konstrukcji. Ta kombinacja stała się cechą charakterystyczną dla twórców Sonus faber, wywodzącą się z wizji naszych projektantów, aby zachować najbardziej heterogeniczne mechaniczne zachowanie każdego produktu, skutkujące korzyściami dla naturalności brzmienia.

Ręcznie nakładana skóra otula tylny panel oraz frontową płytę głośnika, podczas gdy dedykowane czarne anodowane aluminiowe kolumny, wypełnione materiałem tłumiącym oraz zamontowane na podstawie z marmuru Carrara, zapewniają wsparcie dla całości konstrukcji. Aluminium i marmur są oddzielone cienką blaszką mosiężną, tworząc spójną całość z obudową głośnika.

ROZWIAZANIA ELEKTROAKUSTYCZNE

• Przetwornik wysokotonowy o średnicy 28 mm z technologią DADTM – Damped Apex DomeTM (statyw nawiązuje do charakterystycznego elementu swojego poprzednika);
• Konstrukcja zwrotnicy w technologii Paracross topologyTM z kondensatorami Clarify Cap ESA, dla zapewnienia subtelniejszego dźwięku, który nawiązuje do brzmienia modeli z lat 90 tych;
• Głośnik niskotonowy o średnicy 6,5 cala specjalnie opracowany dla tego wyjątkowego projektu.

CENA DETALICZNA
Cena detaliczna dla pary głośników ze standami wynosi 43.998 zł (z VAT).

DOSTĘPNOŚĆ
Model Electa Amator III jest produkowany w jednym wykończeniu i będzie dostępny na rynku od listopada 2018 roku w Europie, oraz od grudnia 2018 roku w Azji i Ameryce Północnej.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

W minioną niedzielę, kiedy przeważająca większość „normalnej” części naszej populacji zasiadała do rodzinnego obiadu, my podążaliśmy w kierunku Okęcia, by … Nie, nie tym razem – na jakieś dalsze wojaże jeszcze przyjdzie czas. By … w ramach działań wyprzedzających zbliżające się wielkimi krokami Audio Video Show zapoznać się z wizją stojącego za rodzimą manufakturą audio – Lampizatora, konstruktora i pomysłodawcy – Łukasza Fikusa. Nie ma bowiem co się czarować – zarówno na AVS, jak i wszelakich imprezach masowych wszystkiego jest w bród z wyjątkiem czasu potrzebnego na chociażby pobieżne zapoznanie się z prezentowanymi dobrami doczesnymi. Dlatego też takie indywidualne, sprofilowane spotkania pozwalają w pozbawionej presji czasu atmosferze zorientować się nie tylko co w danym portfolio się znajduje, lecz przede wszystkim kto za wszystkie sznurki w tym spektaklu pociąga.

Z okien zlokalizowanego na dziesiątym piętrze Airport Hotel Okęcie przestronnego Aviator Bar & Lounge roztaczał się przepiękny widok na panoramę Warszawy z jednej i nie mniej intrygujący na pasy startowe z drugiej strony. Słowem okoliczności przyrody wydawać by się mogły wprost idealne, by w ekskluzywnej przestrzeni klubowej z filiżanką aromatycznej kawy w dłoni oddać się niezobowiązującej kontemplacji. Pech jednak w tym, iż dokonana przez Organizatorów aranżacja dostępnej przestrzeni i ustawienie całego systemu wzdłuż panoramicznych, o zgrozo pozbawionych jakichkolwiek rolet, zasłon itp. okien spowodowały, że większość z przybyłych słuchaczy zmuszona była patrzeć na prowadzącego pod ostre, oślepiające wręcz światło. A trzeba pamiętać, że ostatnia niedziela była nad wyraz słoneczna, więc ilość lumenów jakimi bombardowane były nasze gałki oczne przyprawiała o prawdziwy ból głowy. Mniejsza jednak z tym, bo akurat muzyki się słucha a nie ogląda, więc zawsze można było zamknąć oczy, co przy percepcji nausznej raczej pomaga a nie przeszkadza. Gorzej ze zdjęciami, ale proszę nam wierzyć, że robiliśmy co w naszej mocy, by coś z niedzielnej prezentacji na „kliszach” zostało.

Jak się miało jednak okazać tytułowe „Odsłuchy” to nad wyraz pojemne wyrażenie, gdyż de facto samego słuchania przygotowanego przez Łukasza Fikusa materiału muzycznego, jak na kilkugodzinny miting, było stosunkowo niewiele, za to informacje, jakimi postanowił się z nami podzielić w pełni to rekompensowały.
Pierwszy kwadrans upłynął na krótkiej charakterystyce Lampizatora, który z jednoosobowej firmy ewoluował do zatrudniającej na stałe około dziesięciu osób i współpracującej z mniej więcej stałym gronem bytów doradczych firmy. W dodatku firmy mającej jasno sprecyzowany model biznesowy nastawiony przede wszystkim na rynki zagraniczne, w odbiorcach rodzimych upatrując nie głównego a jedynie uzupełniającego źródła przychodów. Dziwne? Smutne? Bynajmniej – na pewno zdroworozsądkowe i oparte na twardych faktach. Skoro bowiem Lampizator nie tylko działa, ale i zyskuje na popularności sukcesywnie rozszerzając swoje portfolio, to znaczy, że droga jaką obrał jest całkiem słuszna. Niestety uzależnianie własnego być albo nie być od chłonności lokalnego rynku złożonego ze znajomych, znajomych znajomych i itd. sprowadza większość rodzimej branży do brzydko mówiąc wegetacji. Dlatego też oprócz Lampizatora nie dziwi nastawienie na eksport takich marek jak Audiomica Laboratory, Franc Audio Accessories, czy Gigawatt. Mając bowiem stabilną sieć odbiorców można spokojnie poświęcić się doskonaleniu własnej oferty i nowym rozwiązaniom.
A właśnie, w tym momencie dochodzimy do jednej z najciekawszych, zaprezentowanych przez Łukasza Fikusa, tez dotyczących obarczania winą za określoną sygnaturę brzmienia kości DAC-ów, które tak naprawdę owej cechy nie posiadają, bo posiadać nie mogą. Te demonizowane kawałki krzemu odpowiadają bowiem jedynie (oczywiście w dużym uproszczeniu) za obliczenia i wydawanie komend pozostałym komponentom, co one (owe komponenty) mają z otrzymanymi sygnałami/danymi robić. Krótko mówiąc to tak jakby uważać, że wynik działania matematycznego w Excelu jest uzależniony od zastosowania procesora Intela, bądź AMD. Skąd więc owe różnice się biorą? Z aplikacji DACów. Okazuje się bowiem, iż przerażająca większość producentów odtwarzaczy i przetworników cyfrowo analogowych, obsesyjnie wręcz jest wierna datasheetom dostarczanym wraz z układami elektronicznymi przez ich wytwórców, skupiając się głównie na obudowywaniu takich „gotowców” własnego pomysłu peryferiami. Dlatego też Lampizator z premedytacją nie podaje z jakich układów korzysta, gdyż jak to stwierdził sam konstruktor sięga praktycznie po wszystkie dostępne na rynku DAC-i i co równie istotne … stosuje je zamiennie.

Kolejny z poruszanych tematów, dotyczył powodu zastosowania lamp w urządzeniach Lampizatora, które wybrane zostały nie ze względu na swoją stereotypową, eufoniczność i właśnie „lampowość” a na skrócenie i uproszczenie samej topologii układów. Oczywiście nie pominięto kwestii dostępności poszczególnych modeli, typów lamp, możliwości pewnej „customizacji” wersji z bieżącej produkcji i oczywiście zaleceń, oraz przeciwwskazań związanych z zagadnieniami natury logistycznej typu „czemu nie należy kupować/przesyłać używanych lamp”.

To jednak, jak się miało okazać, było jedynie preludium do części właściwej, w której de facto okazało się, iż prawdziwych napędów CD już tak naprawdę nie ma. W roli poddawanego wnikliwej wiwisekcji nieszczęśnika wystąpił oparty na referencyjnym, szalenie masywnym mechanizmie VRDS-NEO transport CD/SACD Esoteric P-03. Czyli teoretycznie płyty CD/SACD odtwarzane z takiego cudu techniki powinny czuć się jak przysłowiowy pączek w maśle. Bynajmniej nie przeczę, że tak się nie czują, jednak „brutalne” – manualne (przy zdjętej pokrywie górnej) zatrzymanie odtwarzanej płyty wywołało … absolutnie nic. Dosłownie, muzyka dalej płynęła jak gdyby nigdy nic a z głośników nasze uszy pieścił jedwabisty głos Deana Martina. Cud? Niestety nie – to rzeczywistość. Okazuje się bowiem, że VRDS-NEO nie jest współczesnym transportem CD, lecz „pancernie” opakowanym transportem DVD/SACD, który odczytuje serwowane mu krążki z dajmy na to 52 krotną prędkością a następnie odczytane dane zapisuje w znajdującym się za nim buforze, z którego dopiero, tak zmagazynowane ruszają w dalszą drogę. Oznacza to mniej więcej tyle, że równie dobrze można było zastosować w jego miejsce najzwyklejszy plastikowy napęd komputerowy.
Komuś zrobiło się słabo? No to niech lepiej weźmie czym prędzej coś na serce, bo będzie jeszcze ciekawiej. Skoro bowiem mamy do czynienia z transportem SACD i sam producent się chwali, iż sygnał DSD „przesyłany jest bez jakiejkolwiek konwersji”, to wydawałoby się, że na wyjściu cyfrowym takowy sygnał zostanie podany. I rzeczywiście – wydaje się, bo DAC-i przystosowane do standardowego sygnału PCM tego nie odczytają, jednak rzut okiem na oscyloskop wskaże, że jak najbardziej jest to PCM, jednak poddany autorskiemu „scramblingowi”.

No i jeszcze prawdziwa wisienka na torcie. O ile samo powstanie formatu DSD nie budzi zbytnich emocji, gdyż powszechnie wiadomo, iż na początku lat 90-ych ubiegłego tysiąclecia Sony opracowało go w celu możliwie szybkiej i przy tym taniej archiwizacji posiadanych zbiorów muzycznych, to okazuje się iż jest to format bynajmniej nie cyfrowy a jak najbardziej analogowy. Aby udowodnić powyższą tezę Łukasz Fikus posłużył się dość prostym eksperymentem. Odtwarzając plik DSD na komputerze pod przewód USB przesyłający ów sygnał na zewnątrz, zamiast spodziewanego DAC-a podłączył … najzwyklejszy w świecie głośnik, z którego popłynęła zniekształcona, bo zniekształcona i na bardzo niskim poziomie głośności, ale bezapelacyjnie muzyka w owym „pliku” zapisana. Czemu wziąłem plik w cudzysłów? Cóż, trudno tego nie zrobić, gdy okazuje się iż tak naprawdę cyfrowy jest jedynie „kontener”, czyli znaczniki początku i końca, oraz swoisty identyfikator mówiący DAC-om, cóż z jego analogową zawartością należy zrobić. Dlatego też, niejako zupełnie przy okazji, wypłynęła kwestia „brzmienia” i wpływu na nie przewodów USB. Skoro bowiem płyną przez nie sygnały analogowe, to trudno traktować je inaczej aniżeli pozostałe wersje interkonektów.

Po takiej dawce emocji zarządzono krótką przerwę regeneracyjną, podczas której na stole pojawił się … urodzinowy tort. Okazało się bowiem, iż w niedzielę przypadały urodziny Łukasza Fikusa, który właśnie w gronie rodziny, współpracowników i przybyłych na odsłuchy audiofilów postanowił świętować kolejny krzyżyk na karku.

Życząc Jubilatowi dalszych sukcesów serdecznie dziękujemy za zaproszenie i szalenie miło spędzone niedzielne popołudnie.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Tak się jakoś złożyło, że miniony tydzień zapewnił nam udział w dwóch bardzo ciekawych muzyczno-technicznych wydarzeniach. O co chodzi? Już tłumaczę. Spójrzcie na naszą stronę startową. Jej analiza z pewnością przypomni Wam naszą czwartkową wizytę na zorganizowanej w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej prezentacji jubileuszowego wydania płyty Johna Lenona “Imagine”. I gdy wydawałoby się, że do końca tygodnia nic ciekawego nie powinno się już wykluć, w słoneczną niedzielę (07.10.2108) w Airport Hotel Okęcie z ciekawością zaliczyliśmy spotkanie z Łukaszem Fikusem – właścicielem cieszącej się znacznie większą popularnością na świecie, aniżeli na naszym rodzimym rynku (choć ostatnimi czasy zaczyna się to zmieniać) marki Lampizator.

Tematem przewodnim spotkania było przybliżenie informacji przybyłym słuchaczom na temat bardzo modnego ostatnimi czasy formatu DSD. Naturalnie zanim gospodarz doszedł do clou, w kilku, ale za to bardzo zrozumiałych słowach przybliżył nam genezę powstania, potem okres rozwoju, a na koniec stan obecny i widoki na ewentualną przyszłość swojego dynamicznie rozwijającego się dziecka, jakim jest przynoszący nam chlubę za granicą brand Lampizator. Nie będę przelewał na klawiaturę pełnego pakietu usłyszanych informacji (trzeba było pojawić się osobiście), ale jednio z przyjemnością mogę Wam przekazać. Chodzi o fakt wręcz uwielbiania przez Pana Łukasza lamp elektronowych. Ale nie z racji sentymentu do dawnych lat, czy jej ciepła nie tylko oddawanego przez szkło jako wynik pracy żarników, czy wnoszącego dawkę eteryczności do muzyki, tylko z uwagi na bardzo łatwą aplikację w dążeniu do ekstremalnie dobrego grania w porównaniu do ogólnie panujących na rynku półprzewodników. Zdziwieni? Ja przyznam się szczerze, że po kilku niezobowiązujących spotkaniach z jego urządzeniami, ale przed opisywanym mitingiem byłem i to bardzo. Dlaczego? Stali bywalcy for internetowych powinni gdzieś się na to natknąć, ale jeśli nie, przypomnę, iż w jednej z moich wypowiedzi na temat produktu Lampizatora (model jest nieistotny) padło stwierdzenie, że nie słyszę zbytnio lampy w tak naszpikowanej nimi konstrukcji. Jak wspomniałem, wówczas wcześniej tego nie rozumiałem, gdyż zazwyczaj lampa w torze ma jedno, znane wszystkim zadanie, ale po tym weekendowym spotkaniu wiem, czego szuka, jak stara się to zrealizować i jakich środków używa, aby z jego systemu popłynęła spełniająca powstałe podczas projektowania urządzenia założenia muzyka. To jest nastawiony na swobodę i otwarte granie przekaz, w którym próżno szukać nazbyt ugładzonych bytem szklanej bańki w torze dźwięków. Czy to jest bajka dla wszystkich, to jest już inna para kaloszy, ale fakt jest faktem, to z czym miałem okazję zderzyć i słyszałem w tą niedzielę, nigdy nie szło drogą sznytu soczystej i gęstej lampy, a dodatkowo z tego co po monologu właściciela marki można się domyśleć, kolejne konstrukcje raczej w tę stronę nie podryfują.
A co z tym nieszczęsnym DSD? Otóż według opinii Łukasza Fikusa nie jest to plik cyfrowy, tylko analogowy. Zaś cyfrowymi są jedynie niezbędne do zakodowania i potem odczytania zapisanego w jak to nazwał magmie DSD pakietu danych informatyczne narzędzia. Bredzi? Nie jestem w tej materii specjalistą, ale na potwierdzenie swoich teorii prelegent pokazał kilka trików z jednym bardzo mocno potwierdzającym jego wywód dowodem w postaci podłączenia bezpośrednio do kabla USB z wysyłanym sygnałem DSD zwykłego głośnika. Efekt? A jakże, popłynęła muzyka. Oczywiście cicha, bo bez wzmocnienia, ale fakt jest faktem, gdyby tymi drutami płynęły zera i jedynki, analogowy przetwornik nie wydał by najmniejszego tchnienia. Tymczasem z łatwością można było rozpoznać kto i co w tym momencie śpiewał. Czary? Nie wiem, nie znam się, dlatego jeśli potrafią coś udowodnić, a ja nie mam kontr teorii, z reguły słucham mądrzejszych.

Nie wiem, jak odebraliście opisaną w ostatnich linijkach poprzedniego akapitu informację na temat uważanego przez wielu za cyfrowy format DSD, ale bez względu na Wasze ewentualne oburzenie lub nie, pozwolę sobie tym według mnie optymistycznym, bo obalającym tezę cyfrowości tego pliku akcentem zakończyć tę relację. Czy wyrwana rodzinie ostatnia niedziela warta była takiego poświęcenia? Po tym czego udało mi się doświadczyć, uważam, że tak. Mało tego. Jeśli gdzieś w Waszych rejonach będzie odbywać się podobna pogadanka (a wiem, że takie są planowane), nie wahajcie się z podjęciem decyzji o pojawieniu się na niej, tylko klepcie miejsce na prezentacji. Nawet jeśli nie zmienicie swoich poglądów, warto jest znać inny, po doświadczeniach na żywym organizmie jednak poparty popierającymi tezę wynikami punkt widzenia. Ja ze swojej strony dziękuję gospodarzowi za dostarczony pakiet ciekawostek i miłą oprawę tego niedzielnego popołudnia, a Was po raz kolejny namawiam do wzięcia udziału w następnych tego typu wydarzeniach. Naprawdę warto.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Niby czwartek zwiastuje nadchodzący weekend, lecz większość z nas – przedstawicieli pracującej w pocie czoła klasy robotniczej (wliczając w to nieprzebrane rzesze korpoludków) doskonale zdaje sobie sprawę, że przedsmak to jedno a konieczność stawienia się w piątkowy poranek u wrót zakładu to zupełnie insza inszość. Całe szczęście organizatorzy czwartkowego spotkania w Muzycznym Studio Polskiego Radia im. A. Osieckiej, czyli krakowsko-warszawski Nautilus i prowadzący całe to muzyczno-towarzyskie zgromadzenie Piotr Metz wzięli powyższe okoliczności pod uwagę, ustalając rozpoczęcie przedpremierowego odsłuchu jeszcze pachnącego tłocznią wydawnictwa „Imagine – The Ultimate Collection” Johna Lenona na godzinę 19-ą z obostrzeniem, iż reprodukowany na 3-kowej scenie materiał, uczestnicy będą mogli nabyć w drodze kupna dopiero od godz. 21-ej. Oczywiście sam czas oczekiwania na przysłowiowe „zielone światło” nie upłynął nam na zbiorowym wpatrywaniu się w radiowy zegar, lecz na czymś o nieb bardziej przyjemnym, czyli odsłuchu na nowo zremasterowanego pod czujnym okiem i uchem Yoko Ono, przez Roba Stevensa, „wsadu” noszącego komercyjną nazwę „Imagine – The Ultimate Collection”.

Mając na uwadze niezaprzeczalnie imponującą kubaturę trójkowej sali nagraniowo-koncertowej (256 m² / ok. 1500 m³, 150 miejsc siedzących.) i znając portfolio krakowsko-warszawskiego dystrybutora, tak naprawdę w grę wchodziły dwie opcje – niedawno goszczące u nas Dynaudio Evidence Master, bądź również mające swoje pięć minut w naszym redakcyjnym oktagonie, Avantgarde Acoustic Trio. Jak sami Państwo widzicie wybór padł na opcję numer dwa, przy czym Trio otrzymały znaczące wsparcie na basie przez dedykowane im moduły SHORT BASSHORN. Oprócz ww. tubowych delicji na scenie stanęła również elektronika w składzie: gramofon Transrotor Crescendo, odtwarzacz CD, Ayon CD35HF, przedwzmacniacz Ayon Auris, również znanych z naszych redakcyjnych refleksji końcówek mocy Phasemation MA-2000 a całość okablowano przewodami Siltecha, Acrolinka (czujne oko powinno wyłapać niezwykle intrygującą nowość) i Oyaide . Jednym słowem praktycznie sami starzy, dobrzy znajomi. Jednak abstrahując od warstwy czysto sprzętowej w czwartkowy wieczór najważniejsza była muzyka i to zarówno grana z gramofonu (jedynie dwa utwory), jak i cały album odtworzony z płyty CD. Oczywiście prowadzący i nadzorujący od strony organizacyjnej odsłuch Piotr Metz postarał się, by oprócz najnowszej inkarnacji kultowego albumu na deskach radiowej sceny pojawiły się unikatowe, wydawnicze „białe kruki” – w tym wersje kwadrofoniczne i zapisane na ośmio – ścieżkowej kasecie magnetofonowej. A sam jubileuszowy box? W telegraficznym skrócie … powalająca ogromem włożonej pracy rewelacja. Na czterech płytach CD i dwóch Blu-Ray znalazło się … 140 utworów w tym oczywiście multum materiałów dodatkowych: niepublikowane wcześniej nagrania demo, rarytasy ze studia, oraz audio przewodnik opowiadający o powstaniu każdego utworu. Jakby tego mało dodano również pięknie wydaną 120-stronicową książkę.

O samej muzyce nie czuję się kompetentny wypowiadać, gdyż „Imagine” jest swoistym ponadczasowym absolutem i manifestem Johna Lenona zrywającego z landrynkowo-ulepkowym wizerunkiem The Beatles. Tu już nie ma miejsca na asekuranckie trzymanie się za rączki („I Want To Hold Your Hand”) i niewinne pląsy („I’m Happy Just to Dance with You”), jest za to pacyfistyczny protest-song „I Don’t Wanna Be A Soldier Mama I Don’t Wanna Die”, iście rewolucyjny „Power To The People”, czy nieco utopijny, ale jakże idealistyczny „Imagine”. Jeśli zaś chodzi o doznania natury brzmieniowej, to Avantgarde’y w 3-ce poczuły się jak ryba w wodzie i wreszcie mogły zagrać na miarę swoich możliwości – pełną piersią i bez najmniejszych oznak kompresji.
Powiem nawet więcej – w miniony czwartek Trio zagrały tak, jak jeszcze nigdy nie dane mi było ich słuchać a trochę okazji ku temu na przestrzeni kilku (nastu) ostatnich lat miałem.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Sięgając pamięcią wstecz, trzeba przyznać, że od naszej ostatniej wizyty w koncertowym studio Trzeciego Programu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej zdążyło upłynąć dobrych kilkanaście miesięcy. Powód? Nie żeby nic w nim w tym czasie się nie działo, gdyż nie tylko z rozmów z częstymi bywalcami w tym kultowym przybytku, ale również cotygodniowe, antenowe rozdawnictwo zaproszeń na odbywające się tam koncerty dobitnie potwierdzają, iż od wielu już lat jest to prawdziwa mekka krzewienia miłości do muzyki wśród naszego narodu. Zatem jaki jest powód tak długiej naszej absencji? Otóż tak poprzednie wizyty, jak i ta opisywana dzisiaj były zainicjowane przez dystrybutorów wysokiej klasy audio, czego my, jako jedni ze źródeł informacji na temat wszelkich prezentacji segmentu High Endu nie mamy zwyczaju odpuszczać. A że dotychczas według naszej wiedzy odbyło się tam kilka takich wydarzeń, nie mamy w tej materii zbyt dużych osiągnięć, co dzisiejszym tekstem chcemy choć trochę nadgonić. Kto tym razem podjął rękawicę i postanowił spełnić oczekiwania ponad setki oczekujących mistycznych przeżyć duchowych miłośników muzyki? Tak tak, dla wielu z Was seria fotografii mówi wszystko, jednak dla spełnienia obowiązku zeznam, iż tym razem o oprawę sprzętową zadbał krakowsko-warszawski Nautilus, który na potrzeby prezentacji najnowszego remastera płyty Johna Lenona „Imagine” dostarczył do Trójki zestaw oparty o wspomagane modułami basowymi tubowe kolumny Avangarde Trio, elektronikę Phasemation i Ayon Audio, gramofon Transrotor, a całość okablował produktami Acrolinka, oraz Siltecha.

Chyba nikomu nie trzeba przypominać, jak wielki wkład w dzieje muzyki wniósł wspomniany John Lenon. To zaś sprawia, że w teorii wszyscy powinni wszystko o nim wiedzieć. Jednak jak wiadomo, nie jest tt takie oczywiste, dlatego też po upłynięciu kolejnych rocznic posiadające prawa autorskie do jego dyskografii wytwórnie płytowe chcą nam o nim przypomnieć. Na szczęście będące punktem zapalnym dzisiejszego tekstu wydawnictwo nie jest li tylko kolejnym tłoczeniem znanych wcześniej materiałów, tylko zostało poddane delikatnemu dotknięciu przez maseringowca. Ale to nie jedyny bonus tego wydania. W tym przypadku na 30-to lecie powstania płyty do materiału źródłowego dodano kilka dotychczas mniej lub wcale nieznanych bonusowych kawałków. Ale i to nie wszytko, gdyż oprócz tego w pakiecie jubileuszowym znajdziemy jeszcze kila innych krążków, na których wytłoczono sample poszczególnych ścieżek instrumentalnych dla kilku w końcowej fazie złożonych w całość utworów. Dzięki temu możemy prześledzić poszczególne partie instrumentów saute. Szczerze? Jak nie przepadam za takimi kolejnymi podgrzewaniami starych kotletów, to takie wzbogacone o kilka ciekawych materiałów wznowienia bez problemu do mnie przemawiają. Dlatego też, jeśli zastanawialiście się nad decyzją zakupową tej pozycji, bez problemu jestem w stanie ją zarekomendować. Oczywiście moją zachętę kieruję jedynie dla niezdecydowanych, gdyż wiedząc jak dużo dozgonnych fanów ma John Lenon zdaję sobie sprawę, że oni mając już wszystko aby nadal mieć wszystko, zakupią również tę odsłonę chyba nie będę odosobniony, gdy napiszę, że najlepszej płyty Lenona „Imagine”.

Jak wyglądała prezentacja od strony interesującego nas sprzętu audio? Panowie, przecież znacie te kolumny z pokazów podczas warszawskiej wystawy, więc wiecie, że nie ma dla nich przewymiarowanych kubatur. A gdy do tego dodano jeszcze nie topowe, ale bardzo wysoko stojące w hierarchii modele bas-hornów, temat odpowiedniego oddania energii muzyki nawet w tak dużej do nagłośnienia przestrzeni nie stanowił żadnego problemu. Jednym słowem, kiedy wymagał tego materiał było agresywnie, a kiedy w grę wchodził naładowany emocjami tytułowy kawałek płyty, ze sceny rozlewał się spektakl na miarę przekazu life. A jak wyglądało to od strony audiofilskiej? Niestety nieznane pomieszczenie, dramatycznie wpływająca na akustykę duża liczba słuchaczy i sam, powiedzmy sobie szczerze niezbyt audiofilski materiał, nie pozwalają na kategoryczne twierdzenia. Jednak to, co pozostało mi w pamięci, pozwala stwierdzić, że było bardzo dobrze. Z energią, ale bez spowodowanego walką z metrażem sali uczucia wysilenia. A zaznaczam, warunki są trudne, w których dodatkowym problemem jest powodujący pogłos rozlanego basu podest, na którym stała sprzęt, a nad którym pracownicy Nautilusa z powodzeniem zapanowali.

Kończąc tę relację chciałbym podziękować nie tylko organizatorom w osobie przedstawiciela radiowej Trójki Piotra Metz’a i właściciela systemu audio Roberta Szklarza za zaproszenie na to spotkanie z piękną muzyką, ale również wytwórni płytowej za tak bogato wydaną najnowszą odsłonę znanej całej populacji melomanów płyty Johna Lenona „Imagine”. Po raz kolejny z przyjemnością spędziłem z nią kilkadziesiąt pięknych minut, w czym bez dwóch zdań pomógł mi dostarczony z dużym logistycznym wysiłkiem z warszawskiej siedziby Nautilusa wysokiej jakości zestaw audio.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Walka w segmencie streamerów i transportów cyfrowych robi się coraz bardziej zacięta i jak widać wcale nie oznacza to dążenia do gigantomanii. Po wielce urodziwym Auralicu ARIES G1 przyszła pora na jego bezpośredniego konkurenta, czyli Lumina U1 Mini, który dotarł do naszej redakcji wraz z wyśmienitym okablowaniem Fidata.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Zmiana kodu na czwórkę z przodu jest z reguły okazją nie tylko do nad wyraz hucznego świętowania, bądź co bądź okrągłego jubileuszu, lecz również do zdecydowanie bardziej poważnych podsumowań i refleksji. O związanych z obchodami tzw. kosztach reprezentacyjnych nawet nie ma co wspominać, ale jeśli ktoś ma ów moment jeszcze przed sobą, to sugeruję już teraz, od czasu do czasu wrzucić małe co nieco do świnki skarbonki. Okazuje się jednak, że nie wszyscy wychodzą z założenia, że jak szaleć, to na całego – jakby jutra miało nie być, lecz podchodzą do tematu z iście stoickim spokojem. Zamiast utracjuszowskiego „zastaw się, a postaw się” wybierają umiar, rozwagę i pewien, pozbawiony pejoratywnych podtekstów asekurantyzm, czyli podejmowanie decyzji w sposób na tyle odpowiedzialny, by po ich dokonaniu niczego później nie żałować i nie mieć wyrzutów sumienia. O czym mowa? O nie raz i nie dwa, popełnianych pod wpływem irracjonalnego impulsu zakupach, co do których, gdy opadają emocje, już tak nie do końca jesteśmy przekonani, co niewątpliwie potrafi nader skutecznie zepsuć, jeszcze do niedawna, iście szampański nastrój. Pewnie doskonale znacie to Państwo z autopsji, więc nie ma co się rozpisywać. Najwidoczniej z podobnego założenia wyszli znani z pragmatycznego podejścia do życia Skandynawowie, a dokładnie Duńczycy z Dynaudio, i w ramach uświetnienia istnienia wiadomej marki podczas monachijskiej wystawy High End 2017 zaprezentowali jubileuszowy model Special Forty, nad którym to, dzięki uprzejmości krakowsko-warszawskiego Nautilusa – przedstawiciela marki, będziemy się w niniejszej recenzji wspólnie z Jackiem pastwili.

Jak sami Państwo widzicie 40-ki prezentują się nad wyraz elegancko, lecz też, szczególnie biorąc pod uwagę powagę jubileuszu, nad wyraz … skromnie i to zarówno pod względem gabarytowym, jak i, co budzi jeszcze większe zdziwienie, również cenowym. Bądźmy bowiem brutalnie i do bólu szczerzy. Przecież nauczeni doświadczeniem i doskonale pamiętając istne szaleństwo, jakie piętnaście lat wcześniej ogarnęło rynek w momencie wypuszczenia nań, z okazji ćwierćwiecza istnienia, jubileuszowych Special Twenty-Five, spokojnie mogli dokonać zdecydowanie poważniejszego drenażu kont nabywców. Skoro bowiem 25-ki w momencie swojego debiutu kosztowały 16 kPLN, co patrząc na dzisiejsze realia oznaczałoby jakieś 22-25 kPLN (jak nie więcej), to za 40-ki, oczywiście przy odpowiednich zabiegach inżyniersko – marketingowych, można byłoby krzyknąć idealnie dopasowane do ich symbolu … 40 kPLN. A tymczasem Special Forty wyceniono na niemalże budżetowe 12 900 PLN, co z jednej strony szalenie cieszy, lecz z drugiej skłania do daleko posuniętej ostrożności. Skoro bowiem od zarania dziejów wszem i wobec wiadomo, że co jak co, ale jakość musi kosztować, to w takim razie jak należy 40-ki odbierać? Jako gorsze od swoich poprzedniczek? Na to pytanie na razie pozwolę sobie nie odpowiadać, a w ramach rekompensaty skupię się na kilku detalach, które, bądź widać już na pierwszy rzut oka, bądź trzeba je nieco bardziej inwazyjnie wyłuskać.
Do pierwszej grupy z pewnością możemy zaliczyć dość odważną, acz nieprzesadzoną szatę wzorniczą. Otóż dostępne są jedynie dwie, niezbyt standardowe, opcje kolorystyczne – szara i czerwona Brzoza (Grey/Red Birch), co w sposób nad wyraz czytelny ułatwia odbiorcy dokonanie właściwego wyboru. Oczywiście stolarka, jak to w Dynaudio, jest świetna a zarówno proporcje, jak i cały projekt plastyczny dobrane są na tyle idealnie, że samo patrzenie na 40-ki może i sprawia przyjemność. Zgrabne, delikatnie zwężające się ku tyłowi bryły wyposażono w jubileuszowe wersje wyselekcjonowanych przetworników. I tak góra pasma przypadła 28 mm miękkiej, uszlachetnionej sekretną recepturą DSR ( Dynaudio Secret Recipe) kopułce Esotar Forty, a średnica i bas 170 mm, bezkompromisowej wariacji na bazie 17W75. Czym owa bezkompromisowość się objawia, skoro patrząc na mid-woofer widzimy dyżurną membranę z autorskiej mieszanki polimerowo-magnezowej Magnesium Silicate Polymer (MSP)? Między innymi na nowo zaprojektowanym koszem AirFlow Basket zapobiegającym ewentualnym dyfrakcjom generowanego przez tylną część membrany ciśnienia, nowemu zawieszeniu, liniowością pracy cewki napędzanej hybrydowym układem magnetycznym złożonym z umieszczonego wewnątrz cewki magnesu neodymowego i okalającego ją pierścienia ferrytowego. Dodatkowo punkt podziału ustalono na 2000 Hz a sama zwrotnica jest 1 rzędu (6 dB/oktawę). Pozostając jeszcze chwilę przy froncie pragnę podkreślić, że w komplecie są również maskownice, które jak widać do montażu nie wymagają żadnych działań inwazyjnych (vide otwory na kołki), na co pomstowałem przy okazji recenzowania Evidence Master. Można? Można, trzeba tylko chcieć i przynajmniej odrobinę pomyśleć. Brawo!
Na ścianie tylnej, mniej więcej na wysokości tweetera umieszczono pokaźnej średnicy wylot kanału bas refleks a w pobliżu dolnej krawędzi, na ozdobnym jubileuszowym, aluminiowym szyldzie, pojedyncze, szeroko rozstawione terminale. Wraz z kolumnami producent zapobiegliwie dostarcza, pomocne przy nadmiarze niskich tonów, gąbkowe zatyczki a na czas transportu kopułki zabezpieczane są plastikowymi osłonami, które po wypakowaniu 40-ek sugerowałbym zdjąć.

No to najwyższa pora na danie główne, czyli doznania nauszne. Szczerze powiem, że po wysmyknięciu z kartonów, ustawieniu i pierwszym włączeniu tytułowych monitorów byłem autentycznie przerażony, tym co dobiegało do mych uszu, a co ewidentnie nie zasługiwało na miano muzyki. Był to bowiem szary, płaski i nijaki zlepek przypadkowych dźwięków równie przyjemny w odbiorze co odgłos frezowanej przez drogowców nawierzchni. Serio, serio. W związku z zaistniałą sytuacją czym prędzej przystąpiłem do poszukiwania ewentualnych uszkodzeń, błędów w podłączeniach, czyli generalnie przyczyn katastrofy. Gdy audyt nie przyniósł żadnych rezultatów, całkiem poważnie zacząłem się zastanawiać, czy to przypadkiem nie efekt nieświadomego auto-sabotażu Duńczyków i ich nazbyt daleko posuniętej „optymalizacji” kosztów własnych podczas projektowania jubileuszowych kolumienek. Całe szczęście powyższe anomalia wynikały z ewidentnego niewygrzania dostarczonych na testy egzemplarzy i po około czterech dobach rozgrzewki ustąpiły jak ręką odjął. Wspominam jednak o tym z dość oczywistych pobudek. Chodzi bowiem o to, iż jeśli kogokolwiek z Państwa najdzie ochota na odsłuch 40-ek, to warto dysponować rzetelnymi informacjami dotyczącymi ich faktycznego przebiegu.
Patrząc z perspektywy stanu początkowego, wpływ procesu akomodacyjnego można spokojnie porównać co najmniej do cudownego ozdrowienia, jeśli nie zmartwychwstania. Bowiem wygrzane Dynki pod względem brzmieniowym nie tylko dorównują ich wielce urodziwej aparycji, co ją bezpardonowo deklasują. Nie oznacza to jednak, że wyglądowi 40-ek można cokolwiek zarzucić, bo jak sami Państwo widzą takiej możliwości, bez silenia się na złośliwość, nie ma, lecz o de facto zaskakującą, jak na tę cenę klasę brzmienia jako taką. Pierwsze co zwraca uwagę, to otwartość i rozdzielczość góry pasma, co jak na obiegowe, stereotypowe, przypisywane Dynaudio opinie, dla niewtajemniczonych może być pewnym zaskoczeniem. Jednak mając możliwość kontaktu z aktualną ofertą marki z Skandenborga, z uwzględnieniem ich topowych „drapaczy chmur” z serii Evidence, śmiem twierdzić, że to oczywista oczywistość a jubileuszowa limitacja tylko to potwierdza, ustawiając poprzeczkę na zabójczym dla konkurencji pułapie. Zarówno Tarja Turunen na „From Spirits and Ghosts”, jak i Johanna Platow Sadonis (frontmanka Lucifera) na „Lucifer II”, czyli przedstawicielki płci pięknej, które potrafią zapuszczać się w wysokie rejestry i nader często to czynią, dodatkowo lubujące się w ciężkich aranżacjach na 40-kach zabrzmiały iście zjawiskowo. Siła emisji ich głosów została sugestywnie dopalona a jednocześnie na tyle uszlachetniona, że o ile pierwsza z Pań zabrzmiała niczym rasowa operowa diva (co de facto niewiele mija się z prawdą), to operująca w zdecydowanie bardziej garażowo – stonerowych klimatach Johanna weszła na zdecydowanie wyższy poziom namacalności. A to wszystko dopiero początek, gdyż im niżej będziemy schodzili, tym będzie ciekawiej.
Średnica jest równie komunikatywna i rozdzielcza, lecz przy okazji firmowo gęsta. Podana niezwykle energicznie z zadziwiającą, jak na tak niewielkie konstrukcje dynamiką i przy odpowiednio dobranym repertuarze imponuje impetem. Pisząc o odpowiednim wsadzie materiałowym nie miałem jednak na myśli jakiegoś gorącego soulu, czy innych zmysłowo wyginających się przed mikrofonem wokalistek, lecz coś bez porównania bardziej bezpardonowego, wręcz ekstremalnego a zarazem, jak na recenzenckie realia nieoczywistego, czyli jeszcze przedpremierowo odsłuchiwany w Studiu U22 album … „I Loved You at Your Darkest” Behemotha. Przesada? Czyste szaleństwo i zarazem złośliwość z mojej strony? W żadnym, no może z wyjątkiem odrobiny wrodzonego i troskliwie pielęgnowanego szaleństwa, przypadku. Po prostu wychodzę, przynajmniej w moim mniemaniu, ze słusznego założenia, że nie ma taryfy ulgowej i jeśli coś jest po prostu dobre, to co najmniej dobrze powinno poradzić sobie z każdym repertuarem. Tak też było i tym razem. Potępieńczy growl Nergala, już nawet nie ściana dźwięku, a piekielny walec zdolny zmiażdżyć swą potęgą nieprzygotowanego na takie doznania słuchacza, wgniatały w fotel. Jednak wbrew pozorom to nie była obłąkańcza i bezrefleksyjna młócka, gdyż Dynaudio z tej pozornej kakofonii nie dość, że z łatwością potrafiły wyodrębnić partie poszczególnych instrumentów będących na stanie kapeli, co z równą swobodą operowały wśród wykorzystanego w nagraniu składu orkiestrowego, czy chóralnych wstawek małoletniej dzieciarni. Nie twierdzę, że próbowały zbliżać się do koncertowych poziomów głośności, bo tak nie było, ale jak na domowe warunki i nieco ponad dwadzieścia metrów kwadratowych, jakie mogłem 40-kom zaoferować, osiągnięty przez nie rezultat był nad wyraz imponujący.
Tym oto sposobem doszliśmy do basu, który oczywiście, z niewymagających wyjaśnienia powodów, nie był w stanie zapuszczać się w rejony zarezerwowane zdecydowanie większym, wielodrożnym konstrukcjom, lecz również całkiem dziarsko sobie poczynał. O ile jednak na Behemocie operował mniej więcej na stałym pułapie, to już sięgając po „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, bądź zakręcony niczym domek ślimaka „Elephants on Acid” Cypress Hill można było delektować się pulsującym i świetnie kontrolowanymi a zarazem pociągniętymi wyraźną kreską najniższymi syntetycznymi składowymi.
Wszystkie powyższe uwagi dotyczą odsłuchów prowadzonych bez użycia gąbkowych zatyczek, gdyż ustawione jakieś 80 cm od tylnej ściany kolumny z wrodzoną naturalnością utrzymywały równowagę tonalną i dalekie były od prób wspomagania się obecną za nimi powierzchnią. Kreowana przez nie scena dalece wykraczała poza wynoszący dwa metry rozstaw, co do jej głębokości i gradacji poszczególnych planów też nie sposób było się przyczepić, bo i niby jak, skoro już przy pierwszych dźwiękach Dunki po prostu się dematerializowały.

Wypuszczając jubileuszowe Special Forty Dynaudio w pewnym sensie zagrało na nosie konkurencji, stawiając ją w dość kłopotliwej pozycji. Zamiast bowiem wykorzystywać oczywisty w marketingu mechanizm gry na sentymentach i podbijania ceny poprzez jubileuszową limitację zaprezentowało model godnie celebrujący okrągłą rocznicę powstania marki, lecz zarazem wyceniony na tyle rozsądnie, że większość akolitów duńskich kolumn, przynajmniej teoretycznie może sobie na nie pozwolić. W dodatku 40-ki nie tylko świetnie wyglądają, lecz równie wyrafinowanie grają, co wydaje się być okazją, której przegapienie może za nami chodzić przez kolejne dziesięciolecia.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10; Auralic ARIES G1
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Zazwyczaj każda mogąca pochwalić się dekadą, lub choćby okrągłym pięcioleciem bytu na przecież bardzo trudnym rynku audio marka, ten ważny dla siebie jubileusz w jakiś sposób stara się w świadomości swojej grupy docelowej zaznaczyć. Co to oznacza? Nic nadzwyczajnego. Po prosu producent powołuje do życia mającą utrwalić w głowach klientów jego istnienie ekskluzywną konstrukcję. Po co ten cały rocznicowy wywód? Otóż nasz dzisiejszy, pochodzący z Danii punkt zainteresowań (firma Dynaudio) jest właśnie w czasie uświetniania okrągłego, w tym przypadku czterodekadowego, jubileuszu podboju serc miłośników muzyki. Jednak co w tym wszystkim jest bardzo ciekawe, mimo tak dużego stażu na rynku nie wypuścił naznaczonych 40-leciem pozostawania w grze modelu kolumn dedykowanych nielicznym, dopracowanych pod każdym względem, a przez to bardzo drogich flagowców, tylko zaproponował produkt dla zwykłego zjadacza chleba. Co dokładnie? Otóż miło mi jest poinformować wszystkich, że okrągłą czterdziestkę na karku marki Dynaudio decyzją kierownictwa przez długie lata sławić będą maleńkie, ale za to wielkie duchem kolumny podstawkowe DYNAUDIO SPECIAL FORTY (40 ANNIVERSARY), których dystrybucją na naszym rynku zajmuje się krakowsko-warszawski Nautilus.

Jak przystało na coś mającego zwrócić na siebie uwagę od pierwszego kontaktu wzrokowego, tytułowe maluchy ubrane są w ciekawie prezentujący się, wykończony w politurze, wpadający w bordo naturalny fornir. Na ich froncie znajdziemy dwa głośniki i zlokalizowany tuż nad podstawą emblemat z logotypem. Wysokie tony obsługuje jedwabna kopułka Esotar Forty, a dół, uważany za najlepszy w dziejach marki Dynaudio, 17-to centymetrowiec. Co prawda przy tak fantastycznym wykończeniu skrzynek nikt ich nie będzie używał, ale dodam, iż w komplecie z opisywanymi zespołami głośnikowymi dostarczane są nadające dodatkowej wizualnej dystynkcji czarne maskownice. Dokładna analiza fotografii zaowocuje ważną informacją natury konstrukcyjnej, jaka jest zdecydowanie większa szerokość frontu od tylnej ścianki, co oprócz wartości designerskich jest przejawem walki ze szkodliwymi falami stojącymi wewnątrz tak zaprojektowanej obudowy. Patrząc na rewers zgrabnych Dunek gołym okiem widać, że idą z duchem marki, czyli do podłączenia ze wzmacniaczem oferują zaimplementowane na ozdobionej stosownymi jubileuszowymi informacjami czarnej aluminiowej płytce jedynie pojedyncze terminale kolumnowe. To oczywiście nie jest żadną wadą, ale z autopsji wiem, jak wielu miłośników dobrej jakości dźwięku lubi eksperymentować z osobnym okablowaniem dla każdego podzakresu częstotliwościowego, dlatego ortodoksi jak zwykle mogą trochę narzekać. Dalsza analiza tej części obudów zdradza również wykorzystanie przez 40-ki bardzo ważnego w procesie prezentacji dużego jak na tak małe kolumny, podpartego solidnym basem dźwięku istnienie portu bas-refleksu. Będzie buczało? O nie, uwierzcie mi, dzięki takiemu zabiegowi te nieduże konstrukcje są w stanie solidnie zagrać w nawet w przewymiarowanym dla nich pomieszczeniu, ale również nie popadać w monotonną „bułę” w dole pasma w idealnie dobranej do nich kubaturze. Wiem to z własnego, kilkunastodniowego i zdobytego w dwóch pokojach odsłuchowych doświadczenia. Zbliżając się ku końcowi akapitu wizualizacyjnego z niekłamanym zadowoleniem dodam, iż w testowej walce jubilatki wspomagały umożliwiające zasypanie granulatem pionowej nogi firmowe standy. Były to jednonożne, z płaskim blatem na górze i rozstawioną w kształcie litery X podstawą, wykończone w czerni bardzo solidne filary. Ale o dziwo, wspomniane akumulatory stabilizującego konstrukcje sypkiego wsadu (wspomniane nogi) nie były wypełnione po brzegi, tylko wykorzystując jedynie części ich zbiornika poddano je w ten sposób pozytywnie wpływającemu na końcowy wynik soniczny tego tandemu odpowiedniemu strojeniu.
Przybliżanie możliwości wygenerowania bliskiego prawdy świata muzyki przez tytułowe, jubileuszowe monitory z przyjemnością rozpocznę od informacji o zadziwiająco swobodnym oddaniu przez nie, trudnych nawet dla zdecydowanie większych konstrukcji, realiów dźwiękowych w znacznie przekraczających zalecane im rozmiary metrażach. Naturalnie należy wówczas w kwestii niskich rejestrów mierzyć siły na zamiary, jednak na podstawie tej przygody mogę powiedzieć, że może trzęsień ziemi podczas słuchania muzyki elektronicznej nie zanotowałem, ale spokojnie czuć było spory pakiet drzemiącej w maleńkich skrzynkach energii. Zaintrygowani? Jeśli tak, to gdy dorzucę do tego gładką i naładowaną dawką soczystości średnicę, którą wspaniale wspomaga idealnie wpisująca się w ogólnie znaną, jako wyrafinowany spokój, estetykę kolumn Dynaudio jedwabna kopułka, potencjalni zainteresowani z mety powinni wpisać te bądź co bądź ekskluzywne produkty na listę odsłuchową. Jak wspomniane aspekty brzmienia przekładały się na konkretną muzykę? Weźmy na początek krążek Johna Surmana z jego partiami klarnetu basowego w roli głównej. To był spektakl oddający istotę tego instrumentu w estetyce najlepszych konstrukcji. Nie dość, że emanował homogenicznością i soczystością, to bardzo dobrze pokazywał, że wszystko co słyszymy jest skutkiem wibracji drewnianego stroika, czego często zbyt mocno osadzone w gęstości przełomu niskich i średnich rejestrów większe rozmiarowo kolumny nie są w stanie tak dobrze oddać. Ale to nie koniec dobrych wieści, gdyż w sukurs wspomnianemu dęciakowi idzie dostojnie kreowany fortepian i krągły, ale bardzo dźwięczny wibrafon. Jednym słowem wizyta tej pozycji płytowej w moim japońskim napędzie poskutkowała odtworzeniem jej od przysłowiowej dechy do dechy. Jeśli w ten sposób odebrałem występy formacji stricte jazzowej, to w momencie wspomnienia jako drugiej płyty pochodzącej z Korei pani Joun Sun Nah „Lento” aby uzmysłowić sobie wynik kolejnego starcia, wystarczy do wyartykułowanych przed momentem zalet dołączyć pakiet danych na temat czarującego z idealnie oddaną mimiką twarzy głosu artystki. Erotyka lała się z kolumn niczym woda z wodospadu Niagara. Wiem, wiem. Niektórzy odbiorą taki przekaz jako zbyt przerysowany, ale przecież muzyka ma nas czarować i hipnotyzować, co Tytułowe Dynki robią wyśmienicie, a co ja utożsamiając się z naznaczoną romantyzmem z premedytacją całkowicie pochwalam. Niestety, jeśli ktoś chce neutralności ponad wszystko, powinien szukać gdzie indziej, gdyż Duńczycy stawiają na emocje, a nie soniczną walkę. A żeby podkreślić ich tendencyjne dążenie gry na emocjach słuchacza dodam jeszcze, że w tej krucjacie jubilatki posługują się zarezerwowanym dla kolumn monitorowych budowaniem szerokiej i głębokiej wirtualnej sceny. Wystarczy? Dla mnie tak. A jeśli już jesteśmy przy walce. Wręcz znakomitym przykładem może nie wzorcowego, ale biorąc pod uwagę możliwości krwistych Dunek, co najmniej dobrego pokazania się w kilku jej aspektach jest koncertowy krążek „S&M” Metallicy. Owszem godnej rockowego koncertu ściany dźwięku nie odnotowałem, ale ze stoickim spokojem mogę pochwalić producenta za sprostanie wymaganiom podczas odtwarzania gęstych gitarowych riffów, co jest chlebem powszednim tej formacji, dobrze nasyconego, a przez to czytelnie odtworzonego wokalu i świetnych pasaży kilku ważnych dla tego symfonicznego koncertu kontrabasów. Da się? Da. A jeśli ktoś raczy owe plusy potraktować po macoszemu i mimo wszystko ocenić tę rocznicową wersję kolumn na poziomie mierności, oznaczać będzie, że nie ma pojęcia o nabraniu odpowiedniej perspektywy do ocenianej konstrukcji. To są produkty przeznaczone do małych metraży i raczej spokojnej muzyki, a nie do osiągających 50 i więcej metrów salonów i z nurtami buntu, jako myśl przewodnia potencjalnego słuchacza. Dlatego też w mojej ocenie to co usłyszałem podczas kilkudniowego sparingu bez problemu oceniam jaki trafienie konstruktorów w punkt dobrej prezentacji bez uczucia sztucznego wysilenia dźwięku.

Jeśli czytając powyższy tekst komuś z Was przychodzi na myśl zadanie w moim kierunku pytanie typu: „A czy ja, jako potencjalny klient, wybrałbym te kolumny w momencie poszukiwań?”, bez zmrużenia okiem powiedziałbym, że byłyby pierwszymi na liście do ostatecznej decyzji. Są fantastycznie wykonane, generują bliski memu sercu dźwięk i są przecież namaszczone wydaniem rocznicowym, co z perspektywy mijającego czasu wbrew trendom tanienia starszych konstrukcji po latach użytkowania w momencie odsprzedaży może zagwarantować nam jeśli nie zysk, to co najmniej wyjście na zero. Komu rekomenduję nasze bohaterki? Teoretycznie wszystkim. Nawet wielbicielom muzyki metalowej, gdyż ze swojego doświadczenia z okresu młodości wiem, iż każdy człowiek czasem potrzebuje emocjonalnego wytchnienia, co Dynaudio Special Forty oferują wyśmienicie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Nautilus / Dynaudio
Cena: 12 900 PLN

Dane techniczne
Skuteczność: 86dB (2.83V / 1m)
Moc nominalna: 200W
Impedancja nominalna: 6 Ω
Pasmo przenoszenia (±3dB): 41Hz – 23kHz
Konstrukcja: 2-drożna, Bass-reflex na tylnej ścianie
Częstotliwość podziału: 2000Hz
Zwrotnica: 1-rzedu
Przetwornik średnio-niskotonowy: 17cm MSP
Przetwornik wysokotonowy: 28mm Esotar Forty
Waga: 8.1 kg
Wymiary (SxWxG): 198 x 360 x 307 mm
Wymiary z maskownicami (SxWxG): 198 x 360 x 322mm
Dostępna kolorystyka obudów/maskownic: Szara Brzoza/Czarny, Czerwona Brzoza/Czarny

  1. Soundrebels.com
  2. >

FOSTEX TH909 to flagowy model bazujący na zamkniętych słuchawkach TH900mk2. Zachowując oryginalną charakterystykę dźwięku, producent znacznie poszerzył i powiększył generowaną przestrzeń poprzez zastosowanie otwartej konstrukcji oraz przeprojektowanie konstrukcji.

Wcześniejszy model firmy Fostex – TH900 – to model, który zaskarbił sobie serca wielu miłośników słuchawek i audiofilów. Fostex TH900, pomimo konstrukcji zamkniętej, posiadały zaskakująco dobrze oddane sceny i akustyki, a jednocześnie oferowały znakomity bas i zadziwiająco dobrą, nasyconą barwę. Dlatego też firma Fostex postanowiła wykorzystać wszystkie zalety dotychczasowego modelu i zawrzeć je w konstrukcji otwartej. Zwłaszcza, że taka konstrukcja pokazuje wszystkie zalety przetworników z mieszanką biocelulozy a jednocześnie jest świetnym wręcz uzupełnieniem dotychczasowych TH900mkII.

Najważniejsze cechy modelu Fostex TH909
o szeroki zakres dynamiki z niskimi zniekształceniami dzięki użyciu 50mm przetworników posiadających układy magnetyczne o sile 1.5 Tesla.
o membrany wykonane z materiału „Biodyna”. Jest to unikalna mieszanka słynnej biocelulozy oraz włókien nieorganicznych. Takie połączenie daje bogate niskie tony, naturalną średnicę oraz wyjątkową czytelność wysokich tonów.
o Bioceluloza jest powszechnie uznawana za jeden z najlepszych materiałów do przetworników dynamicznych, zwłaszcza, jeżeli chodzi o jakość reprodukcji średnich tonów.
o W konstrukcji muszli użyty jest podwójnie wytrawiany materiał. Niweluje to rezonanse i zapewnia znakomity wygląd.
o Zewnętrzne osłony muszli są wykonane w fabryce “Sakamoto Urushi Factory” założonej 110 lat temu. Mają one dzięki temu unikalny i niepowtarzalny charakter.
o Standardowo w zestawie jest najwyższej jakości kabel (ET-H3.0N7UB) zbudowany z miedzi OFC o czystości 7N (99.99999%). Wtyk kabla zbudowany jest z wysokiej jakości duraluminium.
o Wtyki kabla są odłączane. Wysokiej jakości przewody 7N są użyte także wewnątrz słuchawek. Możliwe jest połączenie zbalansowane za pomocą kabla XLR (ET-H3.0N7BL).
o Zarówno wtyki kabla, jak gniazda w słuchawkach są rodowane dla zachowania najwyższej jakości przesyłu sygnału, jak i dużej odporności za zarysowania i korozję.
o Nowo zaprojektowane gąbki o dużej miękkości zapewniają najwyższą wygodę i dopasowanie.
Specyfikacja techniczna
• Typ: Otwarte
• Impedancja: 25 Ohm
• Czułość: 100dB/mW (przy 1kHz, 1mW)
• Maksymalna moc wejściowa: 3,000 mW
• Pasmo przenoszenia: 5Hz- 45 kHz
• Waga: około. 390 g (bez kabla)
• Akcesoria: ET-RP3.5UB, adapter 3,5 mm do 1/4 „, etui transportowe, stand słuchawkowy ST300, naklejka z logo Fostex
Kable opcjonalne:
• ET-RP3.5UB, 3,5 mm, niezbalansowany (kabel identyczny z załączonym w zestawie ze słuchawkami)
• ET-RP2.5BL, 2,5 mm, zbalansowany
• ET-RP4.4BL, zbalansowany 4,4 mm
• ET-RPXLR, zbalansowany XLR

Cenę sugerowaną słuchawek Fostex TH909 w Polsce ustalono na 7499 PLN z VAT. Premierę będą miały podczas Targów Audio-Video-Show na Stadionie Narodowym w dniach 16-18 listopada 2018r. (zapraszamy na Strefę Słuchawkową w sekcji prezentowaną przez sieć specjalistycznych sklepów audio MP3Store, gdzie będzie można je zobaczyć i przetestować). Słuchawki Fostex TH909 będą w sprzedaży w wybranych sklepach oraz do odsłuchu w sklepach MP3store grupy Audiokracja