Monthly Archives: marzec 2025


  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Kiedy pozornie zwykłe akcesorium nie tylko działa, jak należy, lecz staje się ozdobą systemu … Graphite Audio CLASSIC 100 ULTRA.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Nie od dziś wiadomo, że tzw. branżę kablarską można podzielić na wytwórców pełnymi garściami czerpiących z mniej, bądź bardziej ogólnodostępnej oferty „cywilnych” (niekoniecznie audiofilsko zorientowanych)/przemysłowych producentów kabli maści wszelakiej, którzy na drodze mozolnych prób i błędów zaplatają swoja autorskie kompozycje, jak i takich, którzy na miarę posiadanych możliwości tajniki metalurgii zgłębiają na własnym podwórku i pod własnym dachem przeprowadzają większość procesów technologicznych. Jak łatwo się domyślić obie populacje dramatycznie różnią się pod względem liczebności, więc tym bardziej cieszymy się, iż wreszcie, dzięki uprzejmości wrocławskiej Galerii Audio, udało nam się pozyskać na testy reprezentanta drugiego, i mówiąc wprost, bezsprzecznie elitarnego obozu. Mowa o amerykańskiej marce Tara Labs, z której to przepastnego portfolio na redakcyjny tapet trafił wielce intrygujący przewód USB z dedykowaną mu … stacją uziemiającą. Nie przedłużając zatem wstępniaka serdecznie zapraszamy na spotkanie z Tara Labs The Master USB & EVO Ground Station.

Jak zarówno na powyższych, jak i wcześniej publikowanych – unboxingowych zdjęciach widać dość niepozorna, jak na high-endowe standardy, amerykańska łączówka do odbiorcy końcowego dociera w zastanawiająco przewymiarowanym, zapinanym na zamek błyskawiczny materiałowym, zawierającym piankowe wypełnienie, kolistym pokrowcu. Niby doskonale zdaję sobie sprawę, że „szlachectwo zobowiązuje” i liczy się pierwsze wrażenie, a więc tzw. „wartość postrzegana”, lecz jednocześnie mam świadomość jak ostatnimi czasy dramatycznie podrożał fracht, czy ceny magazynowania, więc takie „wożenie powietrza” wydaje się nieco sprzeczne z obowiązującą, pro-ekologiczną narracją. Tzn. żebyśmy się dobrze zrozumieli – sam pomysł na opakowanie jest świetny, gdyż po wyłuskaniu zawartości (w tym pozbyciu się wspomnianej twardej pianki) praktycznie nie zajmuje miejsca, lecz zagadką pozostaje dla mnie logika doboru gabarytu owego etui do rozmiarówki samego wsadu, który bez najmniejszych problemów zmieściłby się w pokrowcu o wymiarach w jakim niedawno dotarły do mnie kolumnowe … zworki ZenSati. Mniejsza jednak o drobiazgi, gdyż może większość „targetu” Tary jest tożsama z gronem regularnie pojawiającym się na Royal Ascot, gdzie jak wiadomo arystokratki bez iście teatralnych nakryć głowy się nie pojawiają, wiec jak coś zawsze pokrowiec po kabelku do transportu kapelusza może się przydać. Dość żartów, wracamy do meritum.
The Master odziano w skromną, czarną tekstylna koszulkę i uzbrojono w wykonywane na zamówienie złocone wtyki zabezpieczone standardowymi, również czarnymi termokurczkami z firmowymi logotypami. I tu dochodzimy do znaku rozpoznawczego, gdyż właśnie spod takiej termokurczliwej koszulki – doprecyzowując tej od strony źródła wyziera pojedynczy drucik uziemienia zakończony fikuśnym mini-wtykiem z kanarkowo-żółtą koszulką. Cóż w tym wyjątkowego, skoro nie raz i nie dwa mieliśmy do czynienia z podobnymi rozwiązaniami sygnowanymi przez m.in. Synergistic Research (np. Galileo SX Ethernet), czy też Atlas-a (Mavros Grun) ? Cóż, przede wszystkim to, że właśnie jego należy spiąć jednym ze znajdujących się w komplecie drucików a ten z kolei wpiąć w niepozorną gabarytowo, acz zaskakująco ciężką – wykonaną z aluminium i wypełnioną autorską mieszanką kompozytu ceramicznego, „stację pływającego uziemienia” (EVO Ground Station), by ją z kolei połączyć z zaciskiem uziemienia któregoś z urządzeń w naszym systemie. Jeśli zaś takowego nie posiadamy, to Amerykanie zalecają wykręcenie jednej ze śrub w obudowie i umieszczenie w jej miejsce stosownego wtyku umożliwiającego podpięcie przewodu uziemiającego. Całe szczęście zarówno samo źródło – Lumïn U2 Mini, jak i mój dyżurny wzmacniacz zintegrowany Vitus Audio RI-101 MkII takowymi terminalami dysponowały, więc obyło się bez noszących znamiona DIY „rękoczynów”.
Sam przewód, pomimo deklarowanej przez producenta złożoności i wielowarstwowości, jest przyjemnie wiotki, więc nie powinien sprawiać problemów nawet w dość ciasnych zaszafkowych przestrzeniach. Do jego budowy użyto przewodników z posrebrzanej monokrystalicznej miedzi o czystości 99.999999% w niezwykle precyzyjnie – pod kontrolą dwuosiowych laserowych mikrometrów, nanoszonej izolacji z polipropylenowego polimeru o wysokiej trwałości i odporności na zgniatanie. W rezultacie przewody cechuje perfekcyjna jednorodność grubości izolacji a tym samym ich stała pojemność i impedancja. The Master wykonywany jest ręcznie, spiralnie skręcane przewodniki są zabezpieczane antykorozyjnie i potrójnie ekranowane (podwójny ekran z posrebrzanej plecionki miedzianej plus pełny ekran srebrno-mylarowy).

Przechodząc do części poświęconej walorom sonicznym dzisiejszego bohatera pragnąłbym już na wstępie nadmienić i zarazem ostrzec wszelkie cierpiące na nerwice natręctw jednostki, iż decydując się na Tara Labs The Master USB & EVO Ground Station otrzymujemy nie jeden, co de facto … trzy przewody. No dobrze, doprecyzowując przewód sygnałowy jest jeden, lecz w zależności od konfiguracji niczym starosłowiański Weles oferuje swoim, domniemywam, że szczęśliwym nabywcom, trzy oblicza. Co prawda koherentne w swej sygnaturze, niemniej jednak zauważalnie od siebie różne.
Jednak po kolei – zgodnie z chronologią i hitchcockowską logiką budowania napięcia. Na pierwszy ogień poszła bowiem wersja bazowa, czyli The Master „sauté” – bez dedykowanych mu peryferii. I od pierwszych taktów wielce udanej EP-ki „Amphibians”, do której niejako z automatu dokooptowałem poprzedni, już pełnowymiarowy album „Modern Primitive” greckiej formacji Septicflesh jasnym się stało, że Tara oferuje niezwykle wysokiej próby brzmienie. Gra na swój sposób, choć trafniejszym określeniem byłoby „pozornie”, ciemno, lecz szalenie rozdzielczo i z wręcz onieśmielającą odwagą wnika w głąb tkanki każdej z transmitowanych przez siebie kompozycji. Dlatego też nie bez powodu sięgnąłem po taki a nie inny materiał testowy, gdyż o ile owa rozdzielczość i głębia eksploracji na jakimś jazzowym trio nie byłaby czymś przesadnie trudnym do osiągnięcia, o tyle już oddanie death-metalowej brutalności dodatkowo spotęgowanej epicką orkiestracją (Filmharmonic Orchestra of Prague) poprzeczkę oczekiwań zawiesza na iście olimpijskim pułapie. I owym wymaganiom amerykańska łączówka sprostała z łatwością, oferując brzmienie niezwykle dojrzałe, pozbawione tak przesadnej, owocującej nerwowością nadpobudliwości, jak i „dystyngowanej nonszalancji” prowadzącej do uśrednienia przekazu. Zamiast tego „zagrała” szalenie komunikatywnie, lecz budując scenę nie przed a za linią kolumn, skrupulatnie definiując kolejne plany na sukcesywnie zwiększanym w stosunku do słuchacza dystansie. Zyskiwaliśmy dzięki temu nie tylko wspomniany wgląd w strukturę nagrań, lecz również zdolność objęcia wzrokiem oraz pozostałymi zmysłami całego, nader licznego aparatu wykonawczego. Proszę tylko uważniej rzucić uchem na „Coming Storm”, gdzie poziom złożoności i skomplikowania osiąga iście absurdalny wymiar a jednocześnie, oprócz brutalnego growlu mamy eteryczne partie chóru, czy też solową, dziecięcą wokalizę z onieśmielającym pogłosem i krystaliczną czystością, które z udziałem Mastera nabierają jeszcze intensywniejszej wymowy.
Dodanie do Mastera pracującego „luzem” – bez dalszego uziemienia EVO Ground Station powoduje pewne, pozorne obniżenie intensywności doznań. W pierwszej chwili można odnieść wrażenie jakby scena cofnęła się o metr-dwa / słuchacz przesiadł się do dalszego rzędu siedzeń, a tym samym ilość dobiegających jego uszu decybeli nieco zmalała. Efekt tyleż zaskakujący co wręcz komiczny, że kilkukrotnie sprawdzałem na wzmacniaczu nastawy. Całe szczęście Vitus regulację głośności ma krokową, więc to nie była ani moja autosugestia, ani tym bardziej techniczna niemożność osiągnięcia powtarzalności ustawień zafałszowująca prowadzone obserwacje. Im dłużej jednak porównywałem obie odsłony (bez/ z EVO Ground Station), tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, iż odpowiedzialność za to ponosi eliminacja dotychczas pomijalnego, uznawanego za w pełni naturalną „stałą składową” szumu tła. Mówiąc wprost dodanie EVO sprawia, że tzw. „gra ciszą” staje się faktem a nie pustym, bezrefleksyjnie klepanym frazesem i to nie tylko na referencyjnych realizacjach w stylu polifonicznej „Tomba Sonora” Stemmeklang z Kristin Bolstad, lecz i zbliżonych do wcześniej wykorzystywanej twórczości pozycjach w stylu prog-deathowego „Liminal Rite” amerykanów z Kardashev. Przesada? Bynajmniej. Po prostu usłyszeć znaczy uwierzyć. I tyle.
No i najwyższa pora na kulminacyjną konfigurację i wielki finał, czyli aplikację ostatniego ogniwa w postaci spięcia ww. EVO z uziemieniem urządzenia. I … bardzo mi przykro, że tyle musieliście Państwo czekać, ale przynajmniej na moje ucho, doświadczenie i osobiste, a więc wybitnie subiektywne, preferencje spokojnie można było dwie poprzednie kombinacje sobie darować, gdyż właśnie w tym, kompletnym set-upie Tara Labs The Master USB gra tak, jak to swojego czasu ujął Maestro Maksymiuk „jakby sam Pan Bóg Chicago Symphony Orchestra dyrygował”. Dopiero teraz słychać, że to jest ten moment, w którym wszystkie elementy niezwykle skomplikowanej i wydawać by się mogło, że od dawna kompletnej układanki znajdują się na swoim miejscu. Głośność i namacalność wróciły do swojej pierwotnej pozycji, lecz jednocześnie nadal pozbawiona kalającej nieprzeniknioną czerń tła mory prezentacja onieśmielała holograficznym realizmem bezpardonowo udowadniając ileż to informacji można przekazać i pokazać bez siłowego wypychania ich przed szereg. To, co „zagrała” amerykańska łączówka było kwintesencją najwyższej próby rozdzielczości, otwartości, swobody oraz naturalności niezależnie od tego czy nasze uszy pieściły wymuskane frazy „Hasse: Serpentes ignei in deserto”, czy też wlewał się płynny metal w postaci „Sleepless Empire” Lacuna Coil.

Reasumując, to jeden z najlepszych, szczególnie pod względem relacji jakość/cena oraz brzmieniowej dojrzałości i uniwersalności, co nie zawsze idzie w parze, przewód USB jaki do tej pory gościł w moim systemie. Nie dość bowiem, że był w stanie oddać bezkompromisowość i absolut referencyjnych, audiofilskich nagrań, to nie okazywał niechęci przy bezpardonowych krzykach i wrzaskach wydzierganych szarpidrutów, z dziką radością prezentując szaloną złożoność ich pozornie kakofonicznych kompozycji. Tara Labs The Master USB & EVO Ground Station udowodnił przy tym, że jednak da się (niemalże?) całkowicie wyeliminować wszelakiej maści szumy i inne pasożytnicze artefakty z transmitowanego sygnału dostarczając jedynie natywne i metaforycznie rzecz ujmując „nieskalane” dane do DAC-a. Za co należą mu się w pełni zasłużone brawa. Chapeau bas!

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Tytułowy amerykański producent okablowania jest tak rozpoznawalny w naszym hobby, że trudno jest sobie wyobrazić osobnika, który by o nim nie słyszał. Niemniej jednak, choć znam go bardzo dobrze, nawet robiąc niegdyś konfiguracyjne przymiarki do jego oferty, to moment na oficjalne testy z czymś spod tego znaku towarowego nadszedł dopiero dziś. Z jednej strony szkoda, jednak z drugiej to dobrze, że wreszcie w ogóle do tego doszło, bo marka zacna i ciekawa brzmieniowo. Co udało nam się pozyskać na pierwsze recenzenckie starcie? Otóż na dobry początek na tapet trafiła łączówka zajmująca się sygnałem cyfrowym w postaci dostarczonego przez dystrybutora marki – wrocławską Galerię Audio, kabla Tara Labs The Master USB & EVO Ground Station.

Idąc za informacjami producenta w kwestii materiału przewodników mamy do czynienia wysokiej jakości posrebrzaną miedzią monokrystaliczną 99.999999%. Geometria prowadzenia wspomnianego przewodnika jest w pełni kontrolowanym, o firmowym przebiegu, jednolicie izolowanym splotem. Tak ułożone przebiegi sygnału zabezpieczono antykorozyjnie oraz potrójnie zaekranowano – dwa ekrany to siatka z posrebrzanej miedzi i jeden jako pełna otulina srebrno-mylarowa. Ale to nie jedyne działania konstruktorskie, bowiem wewnątrz konstrukcji zastosowano dodatkowo elastyczne dielektryki PTFE i stabilizujące konstrukcję, odporne na zgniatanie polipropylenowe polimery. Tak prezentujący się kabel z jednej strony zakończono pozłacanym złączem USB 2.0, zaś z drugiej na osobiste zamówienie mamy wybór pomiędzy typami złącz USB A i B. Naturalnie umożliwiając zastosowanie wspomnianej we wstępniaku stacji uziemienia The Master został wyposażony w stosowne złącza do podpięcia niezbędnego okablowania. Jeśli chodzi o Ground Station, mamy do czynienia z niedużym, czarnym prostopadłościanem z dwoma wejściami, w komplecie z którym znajdziemy dwa pozwalające jego użycie cienkie druciki. W drodze do klienta tytułowa Tara Labs The Master jest pakowana w wykonany z odpornego na zniszczenia materiału, będący wariacją koła, wyściełany gąbką kuferek i opatrzona stosowanym certyfikatem oryginalności.

Gdy wpinałem naszego bohatera w swój zestaw, mimo niegdysiejszej przygody z ofertą tego podmiotu nie miałem zielonego pojęcia, czego tak naprawdę się spodziewać. Powód wbrew pozorom był prozaiczny i w pierwszej kolejności rozbijał się o dawny kontakt z jednak na tle obecnych nowości starymi modelami, zaś w drugiej były to konstrukcje obsługujące sygnał analogowy w postaci głośnikowców i sygnałówki XLR. Zatem jak ewidentnie widać, dzisiejszy podmiot miał tak zwaną czystą kartę. Na szczęście ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu od pierwszych chwil z muzyką z Tarą The Master USB zapisywaną intrygującymi ciekawostkami. Chodzi oczywiście o sposób podania muzyki. Ten zaskakiwał dobrą energią, nienachalnym detalem i blaskiem, co dawało poczucie niewymuszenia prezentacji oraz przyjemnej witalności. Wydarzenia sceniczne były pełne drive’u i radości, co powodowało, że nawet podczas ogromu codziennych zadań ciężko było kończyć przedłużające się, bo pełne emocji sesje odsłuchowe. I to sesje spod znaku mocnego grania oraz romantycznych uniesień. Pierwszy obóz reprezentowany przez grupę Slayer z płytą „South Of Heaven” cechowała niepohamowana chęć zabicia mnie – mimo sporej kompresji materiału – szybkimi i mocnymi uderzeniami dźwiękową agresją nie tylko generowaną przez pełen skład muzyków, ale także fajnie wyeksponowane perkusyjne i gitarowe popisy. Ten materiał nie pozostawia „jeńców” i albo się go kocha, albo omija szerokim łukiem, jednak aby diagnoza bycia za lub przeciw była podjęta zgodnie z zamierzeniami artystów, musi być odtworzona z dobrym timingiem, odpowiednią wagą dźwięku i jego rozdzielczością. I taki poziom pokazu dostarczył mi testowany kabel, co naturalnie bez problemu potwierdziło moje skądinąd słuszne przyjemne powracanie to materiału tego zespołu. Wymagającego osiągnięcia odpowiedniego stanu emocjonalnego – czytaj osiągnięcie stanu jak po zażyciu Pavulonu, ale gdy zrozumie się jego przekaz, intrygującego.
W drugim muzycznym przypadku bardzo dobrze wypadła najnowsza produkcja Adama Bałdycha Quintet „Portraits”. To jest muzyka oparta o wycyzelowaną wirtuozerię gry każdego instrumentu, co od odtwarzającego ją zestawu wymaga nie tylko dobrej kontroli dolnego zakresu i szybkości narastania sygnału, co oczywiście jest bardzo ważne, ale także odpowiedniej wagi dźwięku oraz swobody wybrzmiewania w eterze. A, że wspomniane są jednymi z wielu ciekawych cech testowanego kabla, podobnie do muzyki spod znaku szaleństwa, w zapisach bardziej romantycznych tytułowy kabelek także z łatwością pokazywał ważne dla ich istnienia emocje. I te dla melomana i te stricte audiofilskie, które dla mnie – mowa o przywiązywaniu uwagi do jakości prezentacji – są równie istotne co sam podprogowy przekaz, dlatego można powiedzieć o pewnego rodzaju uniwersalności Mastera. Uniwersalności bez specjalnej maniery, czego nie da się przecenić.

Mam nadzieję, że z powyższej opowieści jasno wynika, iż Tara Labs The Master wespół z dedykowanym systemem uziemienia Ground Station ma duże szanse na zagrzanie miejsca w znakomitej większości potencjalnych systemów. Oferuje cechy raczej uniwersalne, co w przypadku chęci poprawy, a nie ratowania zbyt ospałego lub krzykliwego brzmienia posiadanej układanki bez problemu powinno się sprawdzić. Dlaczego poprawy? To wynika z tekstu, który jasno artykułuje, że głównymi zaletami Tary jest dobra kontrola i drive dźwięku, a wszystko okraszone zostało unikającą efektu nadpobudliwości swobodą prezentacji. Czyli rzeczy, bez których z wirtualnej sceny wieją zwyczajne nudy. Zatem jeśli takowe podczas obcowania z ukochanymi płytami wam doskwiera, nie pozostaje nic innego, jak kontakt z dystrybutorem. To nawet w przypadku braku konsensusu konfiguracyjnego nic nie kosztuje, a może sprawić, że zaczniecie odkrywać te same płyty na nowo.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Galeria Audio
Producent: Tara Labs
Cena: 17 100 PLN / 1m; + 1 430 PLN za dodatkowy metr

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): XACT Immotus CL & CRX

Opinion 1

As practice shows, in the case of the XACT project led by Marcin Ostapowicz, there is no room for randomness, both when it comes to expanding the company’s portfolio and submitting new products for testing. Instead, there is iron logic and consistent pursuit of the chosen goal. Therefore, just like in the case of completing the system, first there was the S1 server/transport that we reviewed, then it was supplemented with the Phantom USB and LAN cabling, finally came the final tuning with the use of audiophile „trinkets” in the form of Immotus CL & CRX anti-vibration feet, which we will be testing today, and we cordially invite you to read on.

As we have already managed to show during the unboxing session, the Immotus reaches the end user in elegant, yet modest, quite minimalist, black cardboard boxes with foam filling to protect the feet from the hardships of shipping. The factory set includes three feet, although knowing market realities, there should be no problem with ordering a 4 pieces set. Here a note of utilitarian nature: while both models are quite different in terms of appearance, dimensions and price, they have the same diameter (60mm) and can bear the same load – up to 50kg per foot. And although the payload of any trio is in most cases completely sufficient, if you want to s a finite setup, especially when you have to move your gear around a lot (welcome to the reviewer’s hell), you would think it makes most sense to replace the OEM feet permanently with the XACT. This endeavor is made easier, as the tested feed do have threaded M6 holes in the upper parts. This is also the reason I suggested to think about the number of required feet, because when I conducted the test using 2 sets of 3 Immotus feet, so 6 in total, and I could live with that, all my devices, including loudspeakers have four support points, so it would absolutely make sense to have sets of 4 pieces. And the company packaging accepts such approach by providing the boxes with four holes in the foam insert.
Coming back to the point, the „basic”, which in this case (we are talking about 1,000 € here) is not synonymous with budget, the XACT Immotus CL are made of aircraft grade aluminum and were anodized in satin black. The only decorative element is the upper support platform with the company logo and the model markings in the form of white prints. On the other hand, the CRX, characterized by almost 50% larger height (31 vs 21.5 mm), can also boast a black anodized, but this time copper alloy body and a copper-gold upper platform with an iconography known from the lower model, this time engraved. Both versions are glued under with a material that resembles eco-leather to the touch. As you can easily guess, the aforementioned height difference is due to the slightly different technological advancement of each model. In the bowels of the CLs we will find a single-level bearing based on three ceramic balls (a solution similar to the Ceramic Disc TH known from Franc Audio Accessories, or the entire Cera – Finite Elemente family), while the CRX has a double bearing on six, higher-class porcelain balls.

Moving on to the part devoted not so much to the sound of the tested feet, but to their impact on the sound of the devices placed on them, it is worth mentioning a slightly different approach to idea of damping than most other products. While the lion’s share of manufacturers of this type of accessories declare more or less effective isolation of parasitic external vibrations to decoupled devices, the XACTs have the vector of their actions aimed … in the opposite direction. In short, they dissipate/lose mechanical vibrations generated by the internal components of these devices. And here comes a purely apparent (imaginary?) problem, because, at least theoretically, the sources of such vibrations can be easily observed, or, guided by logic/experience, identified in all kinds of „mechanical” devices such as physical media players, turntables, or servers/streamers based on classic “platter” disk drives. OK, we can add amplifiers with forced air circulation (equipped with „computer fans”) to this group. I am not even mentioning the speakers at this point, because there is nothing to explain here, because in fact the basis of their operation is vibration, so the matter is clear and not subject to discussion. And what about the rest of the equipment used in our systems? Is it art for art’s sake and a perfidious attempt to get money from the naïve? Not at all, if you realize, that the power supply also has its share in generating vibrations, and we can have issues with vibrations of connectors self-excited vibrations; for example, the principle of operation of quartz oscillators is based on … resonance, i.e. vibrations, of the quartz crystal. Of course, these are all phenomena that occur on a level invisible to the naked eye, but the fact that we do not see them, does not mean that they do not exist. Because not only do they exist, but they are defined and … measurable. Therefore, being on the safe side and with a reverence worthy of High-End, it is worth taking care of their elimination.

And this is where they enter the scene – the XACTs, (almost) all in black, promising, in accordance with the manufacturer’s solemn assurances, to improve the resolution, depth of the stage, bass control and stereophony of the sound. This is a lot. As it turned out, however, slightly spoiling the surprise, they do what they promised to. And this was true when placed under the Lumin U2 Mini (with the company’s power supply removed and replaced with an external – linear Farad Super3) and the much more serious 26 kg Vitus Audio SCD-025 Mk.II CD player/DAC. Fortunately, the observations made during the listening sessions were so repeatable, convergent and coherent, that for the purposes of this publication I will treat them as identical. Nevertheless, the differences between the CL and CRX signatures were noticeable and somewhat anticipating the final conclusions, as well as dispelling the doubts of potential customers, adequate to the amounts expected for them at the checkout.
And so, although inconspicuous, the XACT Immotus CL cause a clear increase, perhaps not so much of the weight of the sound, but a more solid anchoring in the bass foundation. This is an interesting phenomenon, because although we operate in the same frequency range all the time – neither the treble decreases, nor the bass goes lower, but only the distribution of accents is different. The lower midrange and higher bass were subjected to beauty treatments, something like underlining, while the upper registers gained in etherealness and refinement. This was perfectly audible on the Meccore String Quartet’s „Souvenir de Posen”, which uses natural instruments, where the use of CLs could be compared to switching from a hybrid SACD disc to its version burned on a gold CDR. I also positively evaluated the presence of the XACTs in my system on the prog-rock „Spooky Action at a Distance” by Pattern-Seeking Animals (also available in FLAC 24-bit/48kHz form on bandcamp), where lowering the center of gravity allowed the compositions, twisted like ram’s horns, to sound deeper, more intense and more powerful. In addition, the annoying „phone-like” tarnish disappeared from the vocal layer, so Ted Leonard finally seemed to put on less tight jeans and could sound „lower” with more pronounced saturation.

The CRX, on the other hand, goes a step or even two further in terms of resolution and intensification of dynamic impressions. There is better motoric and immediacy of transients, which makes the sound gain vitality, directness and palpability. However, to be clear – we still operate on the same „settings” when it comes to the location of the center of gravity of the presentation and the way of creating the scene – without artificially zooming in on the foreground, but with a wider spectrum of extreme frequencies. And here it is impossible not to mention the bass, because the nobler XACTs managed to increase the resolution without sharpening the edges and without forcibly increasing the contrast. That is, we gain a better insight into the structure and texture, while maintaining a truly analogue, pleasant to our senses, plasticity. How is this possible? Unfortunately, I have no idea, but with CRXs in the „Parasomnia” album, Dream Theater sounds as if Mike Portnoy not only expanded his, already monstrous, drum kit, but during the recording session he washed down an espresso doppio served about every fifteen minutes supplementing with Red Bulls or other energy drinks. And this is not at all the result of increasing motor skills and differentiation obtained by drying and hardening, but hitting the point of perfect balance of fleshiness and crunchiness. That is why the CRXs cannot be described as contoured or hard-sounding, but when used as a reference point, we can say about the aforementioned Franc Audio Accessories Ceramic Disc TH can successfully add softness to their portfolio.

The XACT Immotus may not be the most affordable anti-vibration accessories on the market, but they are not the most expensive either, so it is impossible to position them only through the prism of their pricing. That is why I suggest verifying their usefulness and effectiveness primarily empirically – borrow them for a tests, put them on wherever you can, and if they work somewhere, replace the OEM feet with them as soon as possible and forget about the topic. As for which of them are better, I will leave the decision to the interested parties themselves. I’ll just add that in my system, with my „toys”, CRX were closer (once again) to my private preferences, resulting partly from the repertoire that was most often featured on playlists.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Vitus SCD-025mkII + 2 x Quantum Science Audio (QSA) Blue Fuse
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Loudspeakers: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Switch: Quantum Science Audio (QSA) Red + Silent Angel S28 + Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Opinion 2

If not all of us, then at least most of us know that the products of the XACT line are a natural stage in the development of the portfolio of a well-known business project in the form of the JPlay music streaming program and JCAT computer components. The fact that this development is relatively fruitful is evidenced by our recent test sessions with new products from this segment of Marcin Ostapowicz’s business. Of course, I am thinking of the XACT S1 music server, which is excellent in terms of sound, and the XACT Phantom USB and LAN digital cabling, which are similarly received not only by us, but also by satisfied users. And since the aforementioned company owner does not like to leave anything to chance, he decided to support the existing designs working in the electrical domain with accessories from the physics department, combatting harmful vibrations. What do I mean? Well, it may surprise some of you, but in addition to the mentioned streaming device and digital cabling, the XACT brand also offers two models of anti-vibration feet. Seemingly simple in design, but very effective in their operation. And these were provided to us by the Lower Silesian manufacturer.

As the series of photos suggests, in both cases we are dealing with cylindrical shaped feet here. Naturally, the final size of each of them and the effect on the electronics mounted on them are the result of technical complexity. And so, starting the description with the simpler CL design and referring to the material used for the housing, we are talking about aviation grade aluminum, which guarantees adequate durability and effective vibration control. When it comes to the method of dampening vibrations, in this case we are dealing with a single-layer bearing based on ceramic balls that effectively disperse harmful waves. As you can see and what I managed to announce, the construction is relatively simple, and very interesting in my opinion, especially when compared against the observations about their influence, which I will describe in subsequent paragraphs.
Coming to the more complicated design of the CRX, very important information is the different housing material and the duplicated way of extinguishing micro-vibrations of the supported audio gear. The first one is a high-quality copper alloy for optimal control of the vibration damping process. The second one mentions a more extensive than in the previous feet, two layer bearing, guaranteeing better precision of operation on the electronics, additionally it uses technologically improved ceramic balls. Such action naturally has its size repercussions, which, while maintaining the same diameter, result in perhaps not doubling, but a significant increase in the height of the CRX feet in relation to the CL. In both cases, the manufacturer decided to pack three pieces in aesthetic cardboard boxes lined with foam cut to the feet’s shape.

What was the effect of using these XACTs? As you might expect, the different hardness of the housing material, plus the doubling of the bearing arrangement separating the load surfaces of the structure, gave completely different sonic results. However, before getting to the specifics, I would like to point out that it was a bit accidental, but I had a very grateful source for testing – dCS Rossini. Many satisfied users know what it is capable of, but it is also known for a long time that some people consider it too blunt in showing the sharpness of the drawing of virtual sources, and too sparse in the domain of saturation of the sound. So what was the result of mating the tested feet with this CD player? I started with the more complicated CRX model. As a result, the music gained nice mass, thanks to which the instruments gained in roundness. What is very interesting, and for me it was a positive surprise, such behavior of the test-configured system had a surprisingly positive effect on the sound, because it allowed individual entities to become juicier and thus more sonorous. Naturally, this is the result of increasing well-controlled energy, which, avoiding the effect of spilling edges, allowed each note to gain a certain kind of roundness, which strengthened their palpability and showed positioning on the virtual stage clearer. What’s more, the latter seemed to be clearly much more purified, in the sense of the music being projected against a much blacker background. If I had to describe the effect in one sentence, I would say that each material I listen to seemed to be teeming with more life. And because the system was able to reproduce the lower range well, show a larger body in the midrange, which is so important for our sensitive hearing, and thanks to the background cleanup, it did not extinguish the shine of the high registers. Of course, this does not mean that the source sounded anorexic before – for some reasons I used a higher model from this manufacturer myself, until a short while ago, but I wanted to show you, how interesting, in terms of delivering music, the application of the tested feet under a device that was very demanding from a configuration point of view, ended up. There was more “meat”, but thanks to the use of the right materials and bearings, it still had a positive effect in terms of the legibility of the sound of the music landing in the drive.
In the second test step, seemingly less advanced, but equally good performing CLs landed in the system. In what direction were the changes going? Of course, due to the use of slightly different half-products and the simplification of the design, there was no chance for the same result, but I can assure you, the sonic effect of their application followed the same path as their more expensive sisters. Which one specifically? In the expected one – I remind you those feet use soft aluminum for the housing instead of stiffer copper alloy and have a reduced number of bearings separating the upper and lower load surfaces – the music seems to have softened. But surprisingly, it was not painful averaging of its predatoriness, but as if by reducing of the sharpness of drawing of individual sounds, giving its aesthetics more roundness and plasticity. And when it would seem that the reception of the same albums would be worse than during previous test, after a thorough listening I have mixed feelings. Of course, the visualization of the music world did not offer such a clear line, but the increase in the level of saturation and roundness showed it from an even more pleasant side for me. It was such a successful operation that if I had to leave any of the feet for myself, I would have a hard nut to crack. I got a kind of less sharp, but still vibrant and even smoother image, which showed that the tested XACT anti-vibration feet offer is not only very well thought out from the technical point of view, but also giving a choice to the potential interested party.

Who would I recommend our heroines to? As it follows from the description, depending on the needs of the system, and in order to obtain a greater or smaller contour of virtual sources, I would recommend to choose the right model. But I think those are suitable for anyone who places their toys on an unstable surface. But not only that, because knowing that sometimes the most solid audio racks have their problems, I would encourage literally everyone to try. I assure you, even if you are one hundred percent sure of your knowledge about the vibration resistance of your audio furniture, after using one of the two XACT models, you can be positively surprised by the sound results obtained. As it turned out in the description above, for me both options had their positives. Therefore, if you take the appropriate test steps, try each of the two options, because the final choice after a longer musical meeting is not so obvious. Each XACT model gives an obvious correction of the previous sound pattern, but with different accents of creating a virtual world of music, the possible choice will depend on what is playing in your soul.

Jacek Pazio

System used in this test:
Source:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Quantum Science Audio (QSA) Red
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
USB cable: ZenSati Silenzio
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; Synergistic Research Orange fuse; Harmonix TU 505EX MK II; Stillpoints ULTRA MINI; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Dynavector DV20X2H
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80

Distributor: JCAT
Manufacturer: XACT
Prices
XACT Immotus CL: 1 000 € / a set of 3 footers
XACT Immotus CRX: 1 800 € / a set of 3 footers

  1. Soundrebels.com
  2. >

Nie da się ukryć, o czym świadczy chociażby coraz bardziej przyjazna dla nas pogoda, że nadchodzi wiosna. A jeśli tak, jedno jest pewne, będzie się działo. Naturalnie myślę o naszym hobby, które mnie osobiście w ostatni piątek sprawiło wielką przyjemność. Rozwijając po trosze tytuł opisywanego epizodu chodzi oczywiście o możliwość posłuchania w tych samych konfiguracjach sprzętowych z wkładką włącznie dwóch różnych gramofonów. Temat dla mnie bardzo istotny, gdyż od jakiegoś czasu jestem na etapie poszukiwania docelowego drapaka. A skoro pesel jasno stawia sytuację, że jak nie teraz, to kiedy, zmusza mnie do hołdowania maksymie „albo sufit, albo wcale”, naturalną koleją rzeczy padło na flagowe modele kultowych marek analogowego tortu. Co trafiło na tapet? Dla mnie bardzo ważne, bo będące w bezpośrednim zainteresowaniu jako potencjalnie docelowe gramofony Kuzma Stabi XL DC oraz SME Model 60. Gdzie mogłem się z nimi zmierzyć? Naturalnie w katowickiej analogowej mekce RCM-u, który nie tylko dysponuje pełną paletą od najtańszych, do najdroższych modeli oferowanych marek, to jest również w stanie bez problemu zorganizować całodzienny sparing dowolnych z nich w dosłownie każdej konfiguracji dla każdego zainteresowanego klienta. I uwierzcie mi, sytuacja jest standardem bez względu na poziom cenowy poszukiwanego gramiaka. Sam celuję dość wysoko, dlatego padło na flagowce. Jak wypadły i który zaskarbił moje serce?

Zanim przejdę do konkretów, kilka podstawowych, ale zapewniam istotnych dla brzmienia informacji o budowie. Zaczynając od Kuzmy Stabi XL DC mamy do czynienia z typowym mass-loaderem. Do tego o konstrukcji modułowej, czyli podstawa z talerzem stoi na jednej nodze, a ramię na drugiej – o akcesoriach rozstawionych wokół nie będę się rozwodził, bo nie mają bezpośredniego wpływu na brzmienie. Ale w moim odczuciu nie to jest najważniejsze. Chodzi mianowicie o materiał na werk, którym w tym przypadku jest mosiądz. Z jednej strony twardy, ale z drugiej będąc stopem miedzi i cynku stosunkowo dźwięczny. Co ciekawe, nawet talerz pozornie wyglądający na kanapkę POM-u z przezroczystym sztucznym tworzywem, w znakomitej większości jest z aluminium, co biorąc pod uwagę doświadczenie mocodawcy marki nie jest jakimkolwiek przypadkiem lub jako zwykła kontrą do obecnie zwyczajowego stosowania wspomnianego POM-u. Poruszając temat zastosowanego ramienia, idąc za przywołaną we wstępniaku maksymą w tym sparingu postawiliśmy na topowe, uważane za kultowe ramię tego producenta Safir 9.
Jeśli chodzi o SME, to także mass-loader, jednak miękko zawieszony na systemie odsprzęgania na bazie polimerowej żywicy o wysokiej gęstości. A to nie jedyne różnice, bowiem w tym przypadku materiałem dwóch platform nośnych jest aluminium. Na tle twardego i dźwięcznego mosiądzu nieco inaczej reagujące w temacie wewnętrznych rezonansów. Co do ramienia, nie mogło być inaczej, czyli w przeciwieństwie do możliwości wyboru u Kuzmy, w komplecie startowym mamy firmowe ramię w postaci rozwinięcia dawnej V-ki, teraz pod nazwą VA. Wykonane w całości z główką włącznie jako jeden stop na bazie twardej odmiany żywicy polimerowej, dzięki temu lżejsze, a przez to pozwalające zawiesić większą paletę wkładek.
Wieńcząc pakiet wstępnych informacji dodam jeszcze, że cały sparing odbył przy użyciu nie najdroższej, ale ciekawej wkładki My Sonic Lab Eminent EX. Jak widać, poza rylcem obydwie konstrukcje od strony technikaliów dość mocno się różnią, zatem zasadnym jest odpowiedzieć na pytanie, czy słychać to podczas użytkowania, a jeśli tak, to jak to się przekłada na brzmienie. O czym skrótowo przedstawię w kolejnym akapicie.

Na początek odpaliliśmy gramofon ze Słowenii. Muzyka zabrzmiała wręcz zniewalająco. Była kolorowa, soczysta i dźwięczna, ale bez najmniejszych oznak przerysowania, co dla mnie jest bardzo istotne. Chodzi mi o sytuację, grania wszystkiego na jedną modłę w stylu świata mlekiem i miodem płynącego. Nie raz i nie dwa z takimi projekcjami się spotkałem i dla mnie na dłuższą metę to zwyczajnie jest nudne. Owszem, ma być soczyście i perliście, jednak przy tym odpowiedni atak, jego energia i dobry rysunek źródeł pozornych, a nie nawet najprzyjemniejszy ulepek. Na szczęście XL-ka bez problemu pokazała oczekiwany przeze mnie pakiet zalet, ale przy okazji ku mojemu pozytywnemu, nie będę czarował, że oczekiwanemu zaskoczeniu, w dotychczas niesłyszanym u mnie osobiście w domu standardzie w pozytywnego jakościowego wyśrubowania. Utwory niby mi znane pokazywały się z całkowicie innej strony. Oferowały więcej informacji nie tylko w kwestii zapisanego na czarnym krążku materiału, ale także realiów jego powstawania. Nie będę jakoś specjalnie się na ten temat rozpisywał, bo to nie jest test, a tylko luźna relacja z wstępnego porównania dwóch konstrukcji na wyjeździe, ale takiego realizmu, a przez to namacalności próżno szukać w tańszych konstrukcjach. Doskonale to wiem, bo wiele analogowych konglomeratów u siebie gościłem i gdy wówczas otwierałem usta z zachwytu, teraz nieco żartując nawet nie próbowałem tego robić, bo pewnie wyskoczyłyby mi zawiasy w szczęce. To był zbiór moich dotychczas wyartykułowanych w duchu, bazujących na latach odsłuchów najlepszych konstrukcji oczekiwań od będącego moim potencjalnym celem gramofonu. Skąd to wiem? Mimo wiedzy, że do dyspozycji będę miał kilka setek płyt w salonie, wziąłem ze sobą tzw. Palec Boży, w postaci widniejącego na zdjęciach krążka Paul Motian Trio „Le Voyage”. Jak zapewne się domyślacie, główną rolę odgrywa dla mnie kontrabas. To jest szaleństwo tak od strony wirtuozerii, jak i realizacji nagrania wręcz stawiające przysłowiowe włosy na przedramieniu. Niskie zejścia na przemian z natychmiastowymi zmianami tempa i energii zaraz po sobie uruchamianych strun są wręcz zjawiskowe. Na tyle, że choćby minimalne uśrednienie rysunku tego generatora dźwięku i konsensusu ilości strun z pudłem rezonansowym w jednej sekundzie może zniweczyć maestrię wykonania. I gdy w pierwszych minutach tej części odsłuchu na bazie innych płyt myślałem, że ze swoim zjawiskowym rozwibrowaniem krągłego dźwięku Kuzma może mieć z tym nieco pod górkę, finalnie nic takiego nie miało miejsca. Kontrabas mimo przyjemnej dźwięczności i soczystości pokazał się z jak najlepszej strony. Na tyle dobrze, że pomyślałem, iż dalsza zabawa z SME chyba nie ma sensu. Niestety wówczas nie wiedziałem, jak bardzo się myliłem.

Spokojnie, ostatnie zdanie nie miało na celu jakiegokolwiek dyskredytowania poprzednika, a jedynie podkręcenie emocji. Chodzi o to, że przepięcie się na kolejny gramofon z tą samą wkładką w żaden sposób nie spowodowało utraty jakości, tylko kolejny raz, ku mojemu zaskoczeniu. przy zachowaniu znamion najlepszej jakości prezentacji drobną zmianę niektórych priorytetów. Co to za priorytety? Otóż SME nieco inaczej podeszło to temperatury brzmienia płyt i projekcji najniższych rejestrów. Dźwięk nie był już tak słodki, za to jakby twardszy, przez to dla mnie przyjemniej dosadny. Od pierwszych chwil odczuwalnie schodził niżej i dokładniej artykułował pracę będącego głównym testerem kontrabasu. Co istotne, zyskał na tym atak i kontrola dolnego zakresu. Naturalnie feedbackiem takiego postawienia sprawy było delikatne skróceniu czasu trwania oraz krągłości wybrzmień, za to odtwarzany materiał aż kipiał od w dobrej jakości aplikowanego testosteronu. W tym konkretnym przypadku umiejętnie podanego, gdyż będąc zatwardziałym fanem przywiezionej przez siebie płyty wspomniane zmiany w jej prezentacji mimo znakomitego odbioru Kuzmy, odebrałem jako oczekiwany krok w stronę mojego ideału. Tak tak ideału, gdyż wydawałoby się idealny wcześniej kontrabas teraz był zadziorniejszy. Prezentował większy drive, co w jego wizualizacji jest cechą bardzo istotną. Zaistniała sytuacja była na tyle znamienna w skutkach, że chcąc opisać emocjonalne podejście do obydwu występów posłużę się banalnym stwierdzeniem w stylu – najchętniej wybrałbym połączenie kolorowego i pełnego radości brzmienia Kuzmy z konkretnym podejściem do zwarcia i ataku SME. Ale to ja i pewnie dobrze, że tak nie jest, bo idealny, nawet spełniający potrzeby całej populacji melomanów świat na dłuższą metę byłby nie do przyjęcia. A tak mamy wybór i dobrze.

Jak zakończył się ten wypad ze zderzeniem ze sobą dwóch wybitnych gramofonów w tle? Otóż sprawa wygląda tak. Na chwilę obecną, co pewnie zdążyliście zauważyć w naszej zakładce z zapowiedziami, na pierwszy ogień w moje progi trafił planowany do testu gramofon SME Model 60. Potem oczywiście nie omieszkam pozyskać także Kuzmę. Powód jest chyba oczywisty, czyli taki sam jak opisany powyżej sparing, tylko na własnym podwórku, które nawet najlepiej zaadaptowane zawsze może podkreślić inne cechy każdej konstrukcji. A że zabawa w przypadku złych decyzji na tym poziomie cenowym jest bolesna, nie ma innej opcji jak przytarganie do siebie obu gramofonów. Dlatego wiedząc, że mocodawca katowickiego salonu RCM nie zostawi mnie bez pomocy, już dzisiaj chciałbym podziękować za jego wkład podczas mojej zeszłotygodniowej wizyty i pewnikiem trud związany z konfiguracją drugiego gramofonu zaraz po opuszczeniu OPOS-a przez SME. Z góry serdeczne dzięki.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Po gruntownej eksploracji wybitnego pod względem relacji jakości brzmienia i wykonania do ceny okablowania Vermöuth Audio przyszła pora na zdecydowanie bardziej niszowy projekt Hendry’ego Ramli – VLAD Audio Epitome Cables.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: McIntosh MC3500

Opinia 1

Jaki jest popularny Mac, każdy widzi. To zawsze strojny, oferujący ponadczasowy, bo od początku istnienia marki li tylko kosmetycznie zmieniany design, dla wszystkich osobników parających się naszym hobby wręcz kultowy producent elektroniki i w mniejszej skali kolumn głośnikowych. Co w tym przypadku jest dodatkowo bardzo istotne, w znakomitej większości konstrukcji umiejętnie aplikujący tak uwielbiane przez melomanów lampy elektronowe. Topologia ich zastosowania w zależności od konstrukcji jest różna – czasem to typowe układy oparte o szklane bańki, a innym razem tranztstory, ale fakt jest faktem, że jeszcze nie spotkałem się z produktem złym jako takim. Owszem, bywa, że z racji słabej wydajności prądowej z konkretnym modelem kolumn lub niedopasowania brzmieniowego coś nie wpisze się w daną konfigurację, ale to jest ewidentny przypadek złego doboru elektroniki do konkretnego zestawu, a nie problem jakości jako takiej. Ale co najmniej dobra jakość to nie jedyna cecha tego podmiotu gospodarczego, bowiem drugą jest rozpoznawalny od pierwszego taktu sznyt grania jego zabawek z nutą lampowej plastyki w tle. I nie ma znaczenia, czy rozmawiamy cherlakach do kolumn wysokoskutecznych, czy „spawarkach” potrafiących ożywić słupy telegraficzne, muzyka generowana z wykorzystaniem tych konstrukcji nosi znamiona trafiającej w nasze naturalne oczekiwania odpowiednio dozowanej homogeniczności. Czy zawsze? O tym przekonamy się w dzisiejszej epistole. O czym? Otóż dzięki staraniom warszawskiego Hi-Fi Clubu w nasze progi trafiły jubileuszowe, skonstruowane z dedykacją uczczenia 50-lecia kultowego koncertu Woodstock 1969 – wówczas w swym pierwszym wcieleniu były sekcją wzmocnienia imprezy, oferujące niebagatelną moc 350W, pochodzące ze Stanów Zjednoczonych – lampowe monobloki McIntosh M3500 Mk II. Monstrualnie duże i ciężkie, a jak brzmiące? Tego dowiecie się w kolejnych akapitach obecnego spotkania.

Jak wspominałem, konstrukcje McIntosha od strony wizualnej są dość żywe wzorniczo. Pomysł na bryłę jest bardzo ciekawy, gdyż po części umiejętnie skrywa układy elektryczne, ale nie zapomina także o wyeksponowaniu istotnych dla konstrukcji lamp elektronowych. Jednak co ciekawe, mocodawcy marki nie poszli prostą drogą zastosowania typowej platformy, tylko jakby firmowej unifikacji. Patrząc z lotu ptaka od strony zawsze uzbrojonego w Mac-u w błękitny, wskazówkowy wyświetlacz oddawanej mocy frontu mamy do czynienia z pełnowymiarową w domenie jego szerokości i wysokości wariacją skrzynki i za nią zajmującą drugą połowę głębokości, obudowaną kratką bezpieczeństwa, w celach lepszej ekspozycji chromowaną połać dla szklanych baniek. Opis tego nie oddaje, a być może nawet zaciera ideę pomysłu, ale zapewniam, na żywo wygląda to świetnie. Naturalnie aby podkreślić wyjątkowość wzorniczą obudowy, designerzy w wykończeniu poszczególnych płaszczyzn oraz elementów konstrukcyjnych posłużyli się grą kolorów i jakości wykończenia każdego z elementów w postaci umiejętnego kontrastowania czerni, chromu i satyny z będącymi znakiem rozpoznawczym marki wielkimi, błękitnymi wskaźnikami wychyłowymi. Jednym słowem patrząc na nasze bohaterki dzieje się. A co do zaoferowania mają od strony technicznej? Już we wstępniaku pisałem, że potrafią oddać niebagatelną moc na poziomie 350W dla obciążenia 2, 4 i 8 Ohm, co sprawia, że w temacie napędzenia nawet najbardziej prądożernych kolumn nic im nie straszne. Z innych ciekawostek najnowsze 350-ki zostały zaprojektowane z w pełni zbalansowaną sekcją sterującą oraz wyposażone w specjalnie opracowane dla tych konstrukcji, chroniące lampy przed przedwczesnym uszkodzeniem autotransformery. Zaś tak prezentujące się monofoniczne wzmacniacze mocy mogą pochwalić się wagą prawie 55-ciu kilogramów każdy. Jak wynika ze zdawkowego opisu, postawiłem u siebie konstrukcje ciekawe nie tylko wizualnie, ale także bardzo interesujące technicznie.

Rozpoczynając opis brzmienia pierwszą i zarazem w moim odczuciu najważniejszą informacją tego testu jest potwierdzenie przypuszczeń o bezproblemowości wysterowania przez 350-ki każdego rodzaju kolumn. Co prawda moje dwumetrowe wieże z baterią 7 głośników każda dają się już napędzić dobrze skonstruowanym średniej mocy wzmacniaczom, ale co innego fajnie je poprowadzić, a co innego trzymać w ryzach. Tak tak, w ryzach, gdyż nawet przy wysokich poziomach głośności amerykańskie piece prowadziły je jak na smyczy. Bez poluzowania basu i do tego ze swobodą, co pozwalało uzyskać efekt niezbędnego rozmachu dla danej pozycji płytowej. Rozmachu tak w odniesieniu do poziomu energii, jak i szybkości narastania sygnału. Jednym słowem wpięcie strojnych Jankesek pozwalało dosłownie na wszystko. Zagrać mocnego rocka, mruczącą sztucznie wygenerowanymi najniższymi tonami elektronikę i ulotne projekty jazowe. Każdy rodzaj muzyki wypadał bez najmniejszych problemów. I gdy wydawałoby się, że do pełnego szczęścia więcej nie potrzeba, opisywane wzmacniacze oferowały jeszcze jedną fajną cechę. Chodzi oczywiście o posmak dobrze zaaplikowanej lampy. Dzięki wpisanej w jej DNA plastyce i homogeniczności prezentacji dostawałem wrażenie większej namacalności słuchanego materiału. Namacalności opartej o rozbudowie wirtualnej sceny w kwestiach szerokości oraz głębokości, a także naturalną miękkość dźwięku. Jednak żebyśmy się dobrze zrozumieli, miękkość nie w formie tak zwanej „buły”, tylko minimalnego zaokrąglenia krawędzi i spulchnienia dźwięku. Nadal czytelnego i odpowiednio szybkiego, jednak w odniesieniu do typowego tranzystora mniej agresywnego w ostrości rysunku i twardości poszczególnych bytów, za co właśnie tak zwani lampiarze i często umiarkowani tranzystorowcy uwielbiają tytułowego McIntosha. Nieco krągłego w porównaniu do konstrukcji na bazie kwarcu, ale nadal gdy wymaga tego słuchany materiał agresywnego.
W udowodnieniu fajnych prezentacji wyrazistego nurtu posłużę się ostatnio rzadko lądującym w CD-ku, ale dobrze osłuchanym mi materiałem Rammsteina „Zeit”. To zbiór wolnych i szybkich utworów, czyli wydawałoby się, że pozornie banalnych do odtworzenia, bo sztucznie wygenerowanych dźwiękowych pasaży. Niestety pozornie. Bo owszem, pomruki, nawet te najniższe łatwo jest jakoś ogarnąć. Ale nadać im odpowiedniej mocny i zawartego w krótkim czasie impulsu zbliżonego to trzęsień ziemi, to wyższa szkoła jazdy. A w tym materiale trzeba pamiętać jeszcze o pokazaniu agresji wokalizy i wyrazistości mających spory udział w muzyce wysokich tonów. Zatem jak widzicie, elektronika prezentująca tak zwany muzykalny, ale w wartościach bezwzględnych „ulepek” nie ma szans nawet na zbliżenie się swoją prezentacją do zamierzeń artysty. Na szczęście tytułowe monobloki z łatwością udowodniły, że do tych ostatnich z pewnością nie należą. A powodem takiego odbioru było ich pełne zaangażowanie w oddaniu wyrazistości projekcji każdej nuty. Owszem, krągłej i lekko plastycznej, ale nadal mocnej i dźwięcznej bez efektu spowolnienia. Wszystko podane było nieco płynniej niż z moją tranzystorową końcówką, jednak oczekiwanie nadal wciągająco od strony mocnego uderzenia, świeżości i pewnego rodzaju nieprzewidywalności.
Jeśli chodzi o muzykę z innej puli, czyli dla mnie bardzo ważnego jazzu, spójrzmy na możliwości Mac-a z perspektywy twórczości rodzimego artysty Adama Bałdycha w kwintecie i jego najnowszego projektu „Portraits”. Zapewniam, to także niełatwa do zwizualizowania muzyka dla oczekującego wręcz Himalajów jakości prezentacji odbiorcy. Ważne jest dosłownie wszystko. Od swobody i czytelności zawieszenia muzyków w eterze, przez dobre skorelowanie ataku i wybrzmień instrumentów wykorzystywanych przez artystów, po nadanie dźwiękowi nutki plastycznego rozwibrowania celem podniesienia wrażenia namacalności odbioru muzyki. Jaki był wynik? Bez najmniejszego naciągania faktów stwierdzam, iż rzeczone wzmocnienie także z tym rodzajem muzyki spokojnie sobie poradziło. Powiem więcej, w pewnych aspektach zagrało przyjemniej, bo bardziej płynnie od mojego tranzystorowego pieca. To oczywiście feedback lamp elektronowych, które nadawały przekazowi jedynie nutki plastyki, a nie determinowały jego estetyki na swoją modłę. Być może to również wynik zapasu mocy, która nie pozwalała na przekroczenie poziomu dobrego smaku w aplikacji homogeniczności do prezentacji, jednak w końcowym rozliczeniu to nie ma najmniejszego znaczenia. Ważne, że amerykańskie wzmocnienie to co robiło, robiło z udowadnianą przez lata umiejętnością.

Zbierając powyższy opis w jedno konstruktywne typowanie docelowego klienta w pierwszej kolejności monoblokami MC350 powinni zainteresować się posiadacze trudnych do wysterowania kolumn. Wzmacniacze zza wielkiej wody oferują bardzo dużą moc i jeśli nie na wszystko, pozwalają naprawdę na bardzo wiele. Oczywiście dysponowanie prądożernymi kolumnami nie jest wiążącym kryterium, gdyż zapas mocy jeszcze nikomu nie zaszkodził, a zazwyczaj poprawia swobodę prezentacji, dlatego tak naprawdę tytułowe piecyki są prawie dla każdego. Z jakiego powodu użyłem sformułowania „prawie”? To naturalnie zwrócenie uwagi na ogólną estetykę grania McIntosha z lekką nutą lampy elektronowej. Z jednej strony zwiększającą przyjemną dla ucha plastyczność i esencjonalność, ale z drugiej nieco zmniejszającą ostrość krawędzi rysującej źródła pozorne. Znam grupę ludzi, którzy mimo fajnego odbioru takich obrazów z uwagi na swoje przyzwyczajenia zwyczajnie na to nie pójdą i dlatego z całej populacji osobników zajmujących się naszym hobby prewencyjnie ich wykluczyłem. Być może niepotrzebnie, bo człowiek z jego postrzeganiem świata muzyki zmiennym jest, ale pisząc puentę na temat wykorzystującej szklane bańki elektroniki nie mogłem o ich wpływie na finalne brzmienie systemu nie wspomnieć. Ale dla jasności oznajmiam, bez względu na wszystko goście z Ameryki to ze wszech miar bardzo poważni gracze. Na tyle, że nawet na co dzień stroniąc od takich konstrukcji warto sprawdzić je u siebie. Bez względu na finał jedno jest pewne, nudno nie będzie.

Jacek Pazio

Opinia 2

Choć wg. magazynu „Rolling Stone” The Woodstock Music and Art Fair, czyli mówiąc wprost Woodstock 69 został uznany za jedno z 50 wydarzeń, które zmieniły historię Rock’n’Rolla, to śmiem twierdzić, iż dla większości pasjonatów Rocka, to właśnie ów, zorganizowany pod haslem „Peace, Love and Happiness” niemalże półmilionowy (szacunkowo pojawiło się na nim 460 000 – 500 000 widzów) event stał się symbolem nie tylko tamtych czasów, co właśnie muzyki rockowej. Wystarczy tylko wspomnieć występujących tamże Ravi’ego Shankara; Santanę; Grateful Dead; Creedence Clearwater Revival; Janis Joplin; The Who; Jefferson Airplane; Joe Cockera; Blood, Sweat & Tears; Crosby, Stills, Nash & Young czy Jimi’ego Hendrixa. Oczywiście play-lista goszczących na scenie w Bethel artystów jest zdecydowanie dłuższa, lecz dokonując swoistej retrospekcji warto wspomnieć o jeszcze jednym, niekoniecznie cichym, zbiorowym bohaterze drugiego planu, Mowa o ciężko pracujących tamże, w roli nagłośnienia estradowego, monoblokach McIntosh MC3500, których współczesną, oznaczoną dopiskiem Mk II inkarnację, dzięki uprzejmości stołecznego Hi-Fi Clubu mamy przyjemność w naszych skromnych progach gościć.

Zerkając chociażby na stronę producenta jasnym staje się, iż o ile protoplaści naszych bohaterów najdelikatniej rzecz ujmując, z racji swej surowo-kanciasto-laboratoryjno/garażowej aparycji urodą nie grzeszyli, to współczesne wersje MC3500 spełniają wszelkie kryteria, by uznać je za prawdziwą ozdobę salonu. Spora w tym zasługa nie tylko samego, zdecydowanie mniej utylitarnego, wykończenia, co uspójnienia i powrotu do symetrii. Chodzi przede wszystkim o to, że początkowo zlokalizowany na lewej flance biały wskaźnik wychyłowy przeniesiono do centrum panelu frontowego, sięgając po uwspółcześnioną, oczywiście „dopaloną” niebieską LED-ową iluminacją, wersję wskaźników DualView™ o zauważalnie większej przekątnej. Ich górna skala informuje o chwilowej mocy wyjściowej (w W i dB), natomiast dolna o czasie nagrzewania jednostki – po uruchomieniu wskazówka zmierza ku 100%, by po ich osiągnięciu wrócić do punktu wyjścia, co oznacza pełną stabilizację urządzenia. Ponadto płytę czołową wykonano z grubego płata anodowanego na szampańską satynę aluminium udanie kontrastującego z dolnym pasem czernionego szkła z firmowym, oczywiście zielonkawym logotypem i dwiema charakterystycznymi gałkami – lewą odpowiedzialną za obsługę okna z „wycieraczkami” i prawą – włącznikiem końcówki. Za wielce pożądany dodatek warto również uznać obecność dwóch solidnych uchwytów, dzięki którym przenoszenie blisko 55 kg „maluchów” okazuje się całkiem wygodne. Z kolei ściany boczne zwracają uwagę nie tylko ażurową perforacją klatki chroniącej lampy, lecz również polerowaną na lustro stalową płytą podstawy. Rzut okiem na zaplecze i … jest dobrze, bardzo dobrze. Patrząc od lewej do dyspozycji otrzymujemy wejścia w standardzie XLR i RCA, oraz umożliwiające łączenie końcówek w bi- a nawet tri-ampingu wyjścia w bliźniaczej postaci, przelotkę triggera, przełączniki odpowiedzialne za auto-wyłączanie (w przypadku braku sygnału na wejściu) i selektor wejść. Z kolei prawa flanka to królestwo gniazda zasilającego i zacisku uziemienia. Zdublowane, ociekające złotem, biżuteryjne terminale głośnikowe Solid Cinch™ umieszczono w dedykowanej wnęce wygospodarowanej w klatce chroniącej lampy. A właśnie, lampy, których w MC3500 jest całkiem sporo, gdyż Amerykanie chcąc zachować imponującą moc 350W protoplastów sięgnęli po … nie, nie oktet pierwotnie używanych „Sweep tubes”, czyli tetrod 6LQ6, lecz po pentody EL509S w takiej samej liczebności, oraz firmowy transformator wyjściowy Unity Coupled Circuit. Z kolei w pełni zbalansowana sekcja sterownika obejmuje trzy podwójne triody 12AX7A i pojedynczą (również podwójną) 12AT7, czyli nieco uproszczony względem pierwowzoru set, gdzie „siedziała” para 12AX7, para 6DJ8, i po jednej 6CG7 oraz 6BL7. Nad dobrostanem ww. szklarni czuwa autorska technologia Power Guard Screen Grid Sensor™ (SGS) monitorująca prąd siatek lamp mocy a prąd wyjściowy znajduje się pod czujnym okiem Sentry Monitor™, który w przypadku zbyt dużego obciążenia wyłącza wzmacniacz. Warto również wspomnieć, iż o ile chłodzenie pierwszej odsłony MC3500 było wymuszone – wspomagane coolerem „Whisper Fan”, to tym razem tego typu atrakcji producent raczył był nam oszczędzić.

Jak łatwo się domyślić przy takiej mocy kwestia tego, czy dana konstrukcja reprezentuje obóz tranzystorowy, czy też lampowy nabiera czysto akademickiego wymiaru, gdyż niezależnie od przynależności mamy do czynienia z graniczącym z pewnością prawdopodobieństwem, iż z powodzeniem wysteruje umowny stół bilardowy. I tak też było tym razem, gdyż podobnie jak goszczące swojego czasu u nas 400W monosy Octave Jubilee Mono SE , tytułowe McIntoshe robiły z redakcyjnymi Berlinami co i jak chciały. Jednak podobnie jak niemieckie poprzedniczki, również i amerykański duet zamiast autorytatywnego zamordyzmu i siłowego narzucania własnej woli postawił na inteligentny, szalenie angażujący dialog i opartą na dobrotliwej perswazji, zgodną z naturalną koleją rzeczy symbiozę. Otrzymaliśmy bowiem dźwięk zaskakująco gładki i organicznie soczysty, lecz zarazem do szpiku kości naturalny – bez krztyny nerwowej wyczynowości, czy lepkiego przesaturowania mającego za zadanie podkreślenie jego lampowości. Jeśli jednak ktoś się po przeczytaniu powyższej, jakże zgrubnej charakterystyki obawia się, zgubnego, prowadzącego do nudy uśrednienia tak pod względem emocjonalnym, jak i objawiającym się brakiem różnicowania reprodukowanego materiału, to spieszę z wyjaśnieniami, że nic takiego nie ma miejsca. Wystarczy bowiem porównać „Black Market Enlightenment” Antimatter, a jeśli ma być ciężko i gęsto to jeszcze lepiej „GREIF” Zeal & Ardor z najnowszym wypustem Dream Theater w postaci albumu „Parasomnia”, by już po kilku taktach mieć pewność, co do tego, że czego jak czego, ale przynajmniej w wersji cyfrowej wielka trójca (produkcja – John Petrucci, inżynieria dźwięku – James „Jimmy T” Meslin, miks – Andy Sneap) jakości realizacji niestety nie dowiozła. Album brzmi płasko, z bolesną kompresją, bez dynamiki, oddechu a na tle dwóch wcześniej wspomnianych niemalże tak, jakby ktoś puszczał nam go przez telefon i to bynajmniej nie operujący w 5G a taki klasyczny, analogowy – po kablu i z „klawiatura kołową”. I to MC3500 pokazały jak na dłoni, lecz bynajmniej nie pastwiły się z dziką satysfakcją nad tą mizerią, lecz jedynie bezradnie rozłożyły ręce jasno dając do zrozumienia, że z tej mąki chleba nawet one rady ulepić i wypiec nie dadzą. Za to zarówno Antimatter, jak i Zeal & Ardor brzmią dynamicznie, niezwykle komunikatywnie i aż chce się powiedzieć / napisać, że muzykalnie, bowiem amerykańskim końcówkom udało się zespolić ze sobą właściwą ciężkim odmianom rocka zadziorność warstwy muzycznej i wokalny „wygar” z koherencją, melodyką kompozycji. Tutaj nie ma niczego obok, wszystko jest ze sobą powiązane, zrośnięte, stanowi jeden organizm i tę spójność McIntoshe za każdym razem eksponują i wręcz hołubią. Czy taka optyka narracji jest jedyną słuszną nie mi wyrokować, jednak ewidentnie wpisuje się w moje prywatne preferencje i upodobania. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, iż jednostki lubujące się w antyseptycznej analizie i iście prosektoryjnych wiwisekcjach każdego słuchanego utworu z rozbijaniem składających się na niego dźwięków na atomy mogą czuć się mocno rozczarowane brakiem takiej możliwości, niemniej jednak odkąd sięgam pamięcią Amerykanie nigdy z takiej estetyki prezentacji nie słynęli, więc i nie dziwota, że i tym razem nie próbowali jej pod postacią tytułowych monobloków przemycić.
Zmiana repertuaru na zdecydowanie bardziej wyrafinowany a przy tym bazujący w lwiej części na naturalnym, niezelektryfikowanym instrumentarium, czyli nasz dyżurny „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda pokazała jeszcze piękniejsze i bardziej pogodne oblicze końcówek. Plastyka prezentacji wręcz porażała a w pełni naturalny pogłos wznoszący się ku wysokim sklepieniom opactwa cystersów tylko namacalność i obecność grających i udzielających się wokalnie, będących niemalże na wyciągnięcie ręki, artystów podkreślał. Co ciekawe wbrew obecnej modzie na bezpardonowe przybliżanie pierwszego planu i wypychanie solistów przed szereg McIntoshe w pierwszej chwili mogą wydawać się wręcz lekko wycofane i zdystansowane. Jednak wystarczy kilka znanych albumów, by się owego, w pełni błędnego uczucia wyzbyć, albowiem tak jak wspomniałem obecność aparatu wykonawczego jest bezdyskusyjna a jedynie brak owego, jakże modnego, sadzania uczestników spektaklu na kolanach słuchaczy do chwilowego niedosytu może prowadzić. A o to, że scena nie znajduje się tuż pod naszą brodą, lecz kreowana jest tuż za linią kolumn raczej nie można mieć do nikogo pretensji a jedynie wynikające z trzymania się faktów uznanie.

Mam cichą nadzieję, iż z powyższego opisu jasno wynika, że tytułowe 350W „Makówki”, to końcówki mocy wręcz wymarzone dla wszystkich melomanów i audiofilów czerpiących przyjemność z obcowania z muzyką przez wielkie „M” a nie mniej, bądź bardziej przypadkowo sklejonymi ze sobą dźwiękami i rozbijania ich na atomy. Mówiąc wprost McIntosh MC3500 Mk II nie są dedykowane chłodnej analizie, lecz pełnej emocji syntezie. Biorąc jednak pod uwagę ich niebagatelną moc, wyrafinowane brzmienie i przynajmniej w stricte high-endowym kontekście wręcz dumpingową cenę nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć Państwu możliwości ugoszczenia ich we własnych systemach. O poprawność wysterowania nawet trudnych kolumn z wiadomych względów martwić się nie musicie, a jeśli tylko ich (znaczy się monobloków) dojrzałość soniczna przypadnie Wam do gustu, to jedynym problemem będzie brak czasu na odsłuchy.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: McIntosh Laboratory Inc.
Cena: 79 500 PLN / szt.

Dane techniczne
– Moc wyjściowa:350W @ 2, 4 lub 8 Ω
– Zniekształcenia THD: maks. 0.3% dla mocy od 250mW do mocy nominalnej, 20Hz – 20kHz
– Odstęp sygnał/szum poniżej mocy nominalnej :120dB
– Czułość wejściowa: 3,8V na XLR | 1,9V na RCA
– Dynamic Headroom: 2.4dB
– Współczynnik tłumienia: >25 szerokopasmowy
– Pasmo przenoszenia: +0, -0.5dB 20Hz – 20kHz | +0, -3.0dB 10Hz – 70kHz
– Zastosowane lampy: 8 x EL509S (mocy); 3 x 12AX7A + 12AT7 (sterujące)
– Wymiary (S x W x G): 45.7 x 30 x 54.9 cm
– Waga: 54.9 kg/szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Dwie wizyty i wyjazdowe odsłuchy w katowickim RCM-ie, to wystarczający powód, by uznać za stosowne sprawdzić uroczą 60-kę we własnym systemie. Krótko mówiąc SME Model 60 wylądował u nas na gościnnych występach.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Jeden z najdłużej wyczekiwanych przez nas duetów właśnie rozpoczyna gościnne występy – Panie i Panowie oto Rockna Audio Wavelight WLS & DAC.

Cdn. …