Opinia 1
Fakt, że prąd dedykowany naszym drogocennym urządzeniom należy oczyszczać i uzdatniać już od dawien dawna nie podlega dyskusji. O ile jednak przy urządzeniach o niespecjalnie absorbującym poborze energii sprawa nie wydaje się być problematyczna o tyle przy odznaczających się zdecydowanie większym apetytem na Waty i Ampery amplifikacjach już tak różowo nie jest. Tzn. o ile tylko kwestiami finansowymi nie musimy zaprzątać sobie głowy, to jest w czym wybierać. Jest fenomenalny, w pełni pasywny, Furutech Pure Power 6, jest oparty na potężnym 5kVA trafie Keces Audio BP-5000 na monstrach w stylu niemieckiego Stromtanka skończywszy. Choć, jeśli tylko wystarczy nam niewielka multiplikacja gniazd dostarczających życiodajną energię do audiofilskiego ołtarzyka, można zastanowić się nad Furutechem FP-SWS-D Box R/NCF (oczywiście z dwoma gniazdami NCF), który tylko rozdziela ale ze to nawet w najmniejszym stopniu mówiąc wprost nie „muli” – nie limituje dynamiki nawet Gryphona Mephisto. Niby osiołkowi w żłobie dano, jednak doskonale zdajemy sobie sprawę, że akurat na naszym, obfitującym w niezwykle wybredną klientelę obszarze zainteresowań od przybytku głowa nie boli. Dlatego też z myślą właśnie o tych najbardziej wymagających, dzięki uprzejmości 4HIGHEND s.r.o. przez ostatni miesiąc mogliśmy gruntownie poznać bohatera naszego dzisiejszego spotkania, czyli posługując się nomenklaturą producenta „pierwszy na świecie, całkowicie pozbawiony połączeń kablowych, filtr One-Board” GMG POWER X-BLOCKER.
Jak sami Państwo widzicie GMG POWER X-BLOCKER swymi gabarytami zbytnio nie odbiega od standardowej rozmiarówki pełnowymiarowych komponentów Hi-Fi, więc ustawiony wśród nich nie powinien zbytnio się wyróżniać. Dodatkowo wykonany z masywnych, półcentymetrowej grubości płatów szczotkowanego aluminium korpus śmiało może uchodzić za domostwo jakiejś egzotycznej końcówki mocy, więc nabywcy powinno udać się uniknąć nad wyraz irytujących uwag nieobeznanych z tematem znajomych odnośnie faktu, iż im do pełni szczęścia wystarcza hipermarketowy rozgałęziacz, jakich setki zalegają w wielkopowierzchniowych sklepach m.in. sieci, która dziwnym zbiegiem okoliczności, od momentu, gdy jej „twarzą” został beczący niczym zarzynana owca jegomość z Podlasia, zaprzestała selekcji na wejściu ograniczającej dostęp do jej asortymentu idiotom. Frontowy płat w centralnej części, wzdłuż swojej górnej krawędzi został wycięty a w trapezoidalnym podfrezowaniu wkomponowano nazwę modelu z dyskretnie podświetlonym na biało-niebiesko X-em. Z kolei firmowy logotyp zdobi płytę górną filtra. Za to widok ściany tylnej jest prawdziwą ucztą dla oczu i przykładem przemyślanego połączenia minimalizmu, elegancji i symetrii. Centralnie ulokowano rodowane zasilające gniazdo wejściowe Furutech IEC C20 a po jego obu stronach po dwa wyjściowe, również rodowane i pochodzące od Japończyków NCF-y – każde zdolne poradzić sobie z obciążeniem 3 700W. Całość usytuowano na czterech masywnych, toczonych nóżkach a biorąc pod uwagę blisko 20kg masę filtra warto ustawić go w miejscu gdzie dostęp do jego zakrystii nie będzie wymagać zbytnich ekwilibrystyk, o wysuwaniu / przesuwaniu lepiej nie wspominając. Oprócz widocznej na powyższych zdjęciach wersji utrzymanej w naturalnym kolorze aluminium dostępna jest również opcja czarna. Żadnego włącznika nie przewidziano, więc X-BLOCKER-a do życia budzi wpięcie do sieci. Proekologicznie zorientowanych odbiorców z pewnością ucieszy fakt, iż nasz dzisiejszy bohater sam z siebie praktycznie nie zużywa prądu, nie licząc 2 mA dla ukrytego pod X-em LED-a.
Podzielone masywnymi aluminiowymi grodziami na sześć komór wnętrze szczelnie wypełnia czterowarstwowy laminat PCB z grubymi ścieżkami z platerowanej i pokrytej 24-karatowy złotem miedzi. Sięgając do materiałów promocyjnych wypada również zwrócić uwagę, iż mamy do czynienia z konstrukcją opartą na „filtrach hartowanych” zapobiegających propagacji zakłóceń RF wewnątrz urządzenia a rezygnacja z połączeń przewodowych wyeliminowała problem ich „zbierania” zakłóceń EMI. Z kolei w pełni symetryczna topologia ma zapewnić idealny rozkład obciążeń zaimplementowanej siedmiostopniowej filtracji i sześciostopniowych filtrów. Skuteczność filtracji, w zależności od częstotliwości, waha się od 15 do 98 dB w paśmie od 1 kHz do 3 GHz.
No dobrze, wszystko pięknie, ładnie, jednak poza tym, że urządzenia wpięte w X-Blockera działają spodziewać by się należało choćby niewielkiej, bo niewielkiej, ale jednak poprawy. Żeby jednak nie było zbyt łatwo, czyli mówiąc wprost, by nie zostać posądzonym o ordynarne „drukowanie meczu”, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Kecesa BP-5000, niejako na dzień dobry w zadek tytułowego filtra zaaplikowałem przewód zasilający nie tylko od źródła, lecz również i nader wybrednego i uczulonego na jakiekolwiek limitacje 300 W Brystona 4B³ i … . I powiem szczerze, że początkowo miałem mocno ambiwalentne odczucia. Uszczuplając bowiem swój budżet o blisko 35 kPLN spodziewałbym się efektu jeśli nie piorunującego i wyrywającego z butów, to co najmniej od pierwszych taktów wywołującego rosnący wraz z upływem czasu podziw. Tymczasem wszystko wydawało się grać po staremu. Znaczy się nie odnotowałem nijakiego spadku (tzw. „plusy ujemne”) dynamiki, lecz również i jej wzrostu, co poniekąd kwalifikowało powyższą obserwację do braku „plusów dodatnich”. Ponieważ jednak w tzw. międzyczasie miałem dość napięty grafik działań post-produkcyjnych, czyli traciłem resztki wzroku nad obróbką zdjęć, a ponadto podczas wstępnego etapu akomodacji i tak i tak staram się niespecjalnie sugerować ewentualnymi zmianami brzmienia „układającego się” w moim systemie gościa, niezobowiązująco w tle leciał jubileuszowy, blisko dwu … nastogodzinny box Jorna „50 Years on Earth”, czyli z pazurem, wykopem i w lubianym przeze mnie hard-rockowym, „whitesnake’owym” stylu. Grało dobrze, dynamicznie i konturowo, jednak do efektu znanego z Kecesa BP-5000 było daleko, szalenie daleko. Utwory „leciały” jeden za drugim, aż w chwili dojścia na playliście do ścieżki dźwiękowej autorstwa Jamesa Newtona Howarda do zrealizowanego na podstawie powieści Stephena Kinga horroru „Dreamcatcher”, coś się zdarzyło. Otóż w pewnym momencie moją uwagę przykuła cisza. Cisza kompletna i absolutna, jakby nagle „zabrakło” internetu, albo co gorsza mój system się wyłączył. Nic, nada, czarna otchłań i kompletny brak jakichkolwiek bodźców dźwiękowych. Jakbym znalazł się w komorze bezechowej i sam stał jedynym źródłem decybeli. Szybki rzut okiem na linnowskie Kazoo, z którego poziomu – desktopowo steruję Luminem. Niby wszystko działa a „licznik” niezakłócenie odmierza kolejne sekundy utworu. Display U1 Mini również wskazuje, iż wszystko jest OK a i 35-ka nie zgłasza żadnych problemów z zaprzestaniem otrzymywania sygnału. Czyli w drodze eliminacji wszystko wskazuje na to, że albo strzeliło wyjście w Ayonie, albo poleciała końcówka mocy. I w tym momencie przez mój centralny ośrodek zarządzania nieco ponad 100 kg. ciałem przemknął ciąg wyrażeń, których przytoczyć publicznie nie wypada. Zanim jednak wygenerowane w mózgowych synapsach kalumnie zdążyły dotrzeć do mego ośrodka mowy z głośników jak gdyby nigdy nic znów popłynęła muzyka. Ki czort? Zatrzymanie odtwarzacza, powrót na początek, start i … gra muzyka, cisza, że aż w uszach dzwoni i … gra muzyka. Co za czkawka? I dopiero po chili dotarło do mnie, iż sprawcą tego całego zmieszania jest nie kto inny a czeski filtr. Filtr, który robi dokładnie to, co deklarują jego twórcy – czyści prąd, jednak robi to na tyle spektakularnie i totalnie, że jeśli w nagraniu nijakich dźwięków nie ma, czyli de facto w głośnikach powinna być cisza, to owa cisza jest … „absolutna”. To nie jest brak muzyki i jakieś bliżej niezidentyfikowane szumy, trzaski i inne operujące na granicy słyszalności artefakty w tle, lecz prawdziwa nicość i czerń Vantablack.
Dlatego też od razu uprzedzę, iż pierwszy kontakt z X-Blockerem może wywołać dość mieszane i trudne do przewidzenia odczucia. Bowiem o ile przy gęstych aranżacjach jego działanie wydaje się całkowicie transparentne o tyle im bardziej będziemy redukowali instrumentarium i im bardziej zbliżać będziemy się do tzw. „gry ciszą”, tym częściej będzie on dochodził do głosu. Jednak wcale nie trzeba w ramach każdorazowego potwierdzania słuszności zakupu ograniczać się do akustycznych, purystycznych projektów w stylu skądinąd świetnego „Concierto de Aranjuez” Muñoz Coca & Santi Pavón, gdzie zawieszone z nieprzeniknionej czerni gitary stanowią jedyne obiekty mogące przykuć nasza uwagę a generowane przez nie dźwięki rozchodząc się omnipolarnie powoli gasną w bezkresnej przestrzeni. Równie przekonująco wypadają decydowanie bardziej zelektryfikowane propozycje w stylu kipiącej energią i niepozwalającym spokojnie usiedzieć w miejscu funky’owym goovem „I Told You So” Delvon Lamarr Organ Trio. Z czeskim filtrem robi się wyraźniej, precyzyjniej a prezentowany przez system spektakl staje się bardziej skupiony, skondensowany, niejako bardziej zwarty. Jednak tu nie chodzi o kompresję, czyli wzrost gęstości poszczególnych bytów scenicznych kosztem ich gabarytów a raczej zjawisko oddania bogactwa stanowiących ich „body” tkanek przy jednoczesnym zachowaniu wierności oryginalnej rozmiarówce. A to wszystko na absolutnie czarnym tle. Nic nie przeszkadza, nic nie rozprasza. Jesteśmy tylko my i muzyka.
Decydując się na GMG POWER X-BLOCKER warto mieć świadomość, że im bardziej rozdzielczym systemem będziemy dysponowali, tym więcej zalet czeskiego filtra poznamy. W dodatku zdaję sobie sprawę z faktu wynikającego poniekąd z indywidualnych przyzwyczajeń, bowiem jeśli ktoś do tej pory pochodzące z sieci elektrycznej artefakty uważał za określający akustykę pomieszczeń w jakich dokonywano poszczególnych nagrań „audiofilski plankton”, to pojawienie się X-BLOCKER-a może okazać się dla niego nad wyraz bolesnym sprowadzeniem na ziemię. Jednak budując system w oparciu o tytułowy uzdatniacz prądu mamy niebywałą okazję skupić się na tym, co rzeczywiście muzycy zagrali a nie nieprzewidywalnej interpretacji „wzbogaconej” zafundowanymi przez śmiecące w sieci peryferia „ozdobnikami”.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact; Esoteric K-03XD
– DAC: Gryphon Audio Kalliope
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R); Atlas Eos Modular 4.0 3F3U & Eos 4dd
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Śledząc nasze zmagania z tematyką zasilania systemów audio, z pewnością zauważyliście bardzo wyraźną w tej materii dominantę mniej lub bardziej zaawansowanie poprawiających nasz prąd w gniazdku, tudzież od nowa go generujących kondycjonerów. Jednak to nie wszystkie opcje działań na tym polu, gdyż szerokie portfolio tego wycinka branży audio, oprócz przywołanych kondycjonerów, oferuje melomanom również wszelakiej maści filtry sieciowe. Oczywiście każdy ze wspomnianych komponentów jest pewnego rodzaju filtrem tego, co dostarcza nam elektrownia, jednak jak to życiu bywa, diabeł tkwi w szczegółach, czyli zastosowanych rozwiązaniach technicznych. Naturalnie nie mamy czasu na dogłębne rozwikłanie nazewnictwa poszczególnych opcji, dlatego też bez zbędnego rozwadniania tekstu zdradzę, iż w dzisiejszym odcinku testowym po ostatnich dwóch spotkaniach z wytwarzającymi nowy energetyczny sinus – kondycjonerami Keces Audio BP-2400 i BP-5000, zmierzymy się z według deklaracji producenta typowym filtrem sieciowym. Jakim konkretnie? Otóż miło jest mi poinformować, iż dzięki stacjonującemu za naszą południową granicą – Czechach – dystrybutorowi 4HGIGHEND s.r.o. do naszego audio-przybytku trafił będący wytworem tamtejszych inżynierów filtr sieciowy firmy GMG Power – X-BLOCKER.
Omawiany dzisiaj poprawiacz prądu to pokaźnych rozmiarów, osiągająca gabaryty średniej klasy wzmacniacza zintegrowanego, aluminiowa, o niebagatelnej wadze 19 kg skrzynka. Jej front zdobi wygrawerowana na centralnie zagłębionej połaci względem jego całej powierzchni, nazwa urządzenia, zaś górną płaszczyznę wielkie, okrągłe logo marki. Jeśli chodzi o ofertę przyłączeniową, to oprócz zaimplementowanego w centrum rewersu gniazda czerpiącego życiodajną energię z sieci poprzez wtyk IEC 20, daje nam do dyspozycji po dwa symetryczne rozlokowane z każdej strony, japońskie gniazda Furutech NCF. Ciekawostką jest bark jakiegokolwiek włącznika, co oznacza, ze nasz cleaner energii elektrycznej zaczyna pracę w momencie podłączenia kablem zasilającym do prądu, zaś sygnalizowane jest znajdującym się na froncie, mieniącym się bielą znakiem X. Jakie zadanie spełnia nasz bohater? Według producenta jego najważniejszym polem działań jest walka z szumami harmonicznymi sieci elektrycznej. Jako to realizuje? W teorii dość prosty sposób wykorzystując do tego celu kilka samodzielnych sekcji filtrujących. Jednak w opinii pomysłodawcy blockera pojedyncza sekcja nie spełniała wysoko zawieszonej poprzeczki jakości zabezpieczenia systemów audio przez szkodliwymi śmieciami sieci elektrycznej, dlatego też w celach spełnienia wyśrubowanego reżimu filtracji kilka wspomnianych małych cegiełek – bloków – kaskadowo połączył ze sobą w jedną całość. Jaki jest tego efekt? O tym za moment, bowiem wieńcząc akapit opisowy nie mogę nie wspomnieć o dodatkowej implementacji w naszym prądowym bodyguardzie kilku zabezpieczeń podłączonych urządzeń przed częstym w sieci wstrząsem elektrycznym i maksymalnej obciążalności całej konstrukcji na poziomie 4600W.
Gdy doszliśmy do części opisującej wynik pracy GMG Powera po aplikacji w moim systemie, istotną informacją jest fakt podłączenia do niego przeze mnie jedynie źródła cyfrowego. Dlaczego tylko źródło? Otóż wzmacniacz z poborem energii elektrycznej na poziomie 1,4 kW w stanie spoczynku, mimo deklaracji obciążeniowej producenta nie tylko mógłby zbyt mocno wysilić tytułowy filtr, ale sam z dozą prawdopodobieństwa również odczułby skutki takiego stanu rzeczy, co finalnie zakłóciłoby wynik soniczny testu, a przecież nie o to w tej całej zabawie chodzi. Jednak żeby pokazać uniwersalność naszego czyściciela energii karmiłem nim nie tylko transport i przetwornik cyfrowo-analogowy, ale również współpracujące z nimi, zasilane uważanymi za niezbyt szczęśliwe, impulsowymi modułami zewnętrzne zegary Mutec-a. Co z tego wynikło?
Szczerze powiedziawszy, spodziewałem się najgorszego. Już sama nazwa wykonywanej czynności – filtrowanie – na bazie wieloletnich doświadczeń powoduje u mnie zapalenie się czerwonej lampki. Owszem, w niedrogich, często generujących spore zniekształcenia – nie mylić z rozjaśnieniem i do tego zasilanych prądem z mocno zaszumionej tętnieniami sieci, systemach to jest wręcz zbawienie, jednak w moim przypadku zamieszkiwania w domu jednorodzinnym z dedykowaną linią do audio temat zazwyczaj wygląda zgoła inaczej. Po prostu w ekstremalnych przypadkach moja, oparta o idealne zbilansowanie swobody grania z nasyceniem i energią i do tego bez najmniejszego nadmiaru nadpobudliwości, po wpięciu w podobne ustrojstwa potrafi kolokwialnie mówiąc, jeśli nie umrzeć, to co najmniej przejawiać oznaki zażycia pavulonu. Tymczasem ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu przywołane wyniki dźwiękowe po ożenku posiadanej elektroniki z czeskim filtrem nie miały racji bytu. Naturalnie zauważyłem delikatne cofnięcie się witalności przekazu, jednakże nic a nic nie straciła przy tym energia, swoboda wybrzmiewania i rozmach generowanego dźwięku. Nadal był soczysty, mocny w dole, rozdzielczy w środku pasma, a jedynie nieco gładszy w górnych rejestrach. Nie zgaszony, tylko delikatnie mniej wyrazisty. To oczywiście było dla mnie całkowicie zrozumiałe, gdyż już bardzo dobra energia w moim gniazdku została poddana dodatkowemu procesowi obróbki, który naturalną koleją rzeczy miało swoje, opisane przed momentem, zapewniam, że delikatne i nie powodujące utraty radości ze słuchania muzyki reperkusje. Dodatkowym pozytywnym zaskoczeniem takiego stanu rzeczy był brak jakiegokolwiek wpływu na budowanie realiów wirtualnej sceny w jej trzech wymiarach, co w wielu przypadkach często kończyło się utratą informacji o jej najdalszych planach. Tutaj nic takiego nie mało miejsca, co świetnie odzwierciedlała słuchana muzyka. Jak to wyglądało na tle sprzed aplikacji Czecha w tor?
Jak wspominałem, nadal wszystko było w jak najlepszym porządku, tylko z mniejszym akcentowaniem najwyższych rejestrów i lekkim uspokojeniem krańcowych partii mikrodynamiki. Po prostu wszelkie zapisane na płytach byty okazały się być jedynie bardziej plastyczne. Jednak nie na tyle, aby coś brutalnie uśredniać, tylko podać je w bardziej intymny, ale nadal ekspresyjny sposób. Weźmy na przykład muzykę rockową. Ta z racji zazwyczaj słabych realizacji mimo opisanego działania na poziomie lotności i wyrazistości, wydawała się wręcz czerpać z owych dobrodziejstw pełnymi garściami. Nie traciła na masie, energii i co istotne szybkości, przez co nadal cieszyła uszy swą wpisaną w sceniczny wizerunek soniczną brutalnością. Ale to nie wszystkie dobre wieści z pola walki z tytułowym filtrem, gdyż takie traktowanie nie odcisnęło zbytniego piętna również na muzyce elektronicznej. Nie przeczę, była mniej przenikliwa w najostrzejszych pikach i piskach, ale nadal z wyraźnym celem zniszczenia mojego słuchu i do tego fenomenalnie próbującą wywołać u mnie spowodowaną niskimi pomrukami arytmię serca. Gdy miał być ogień, było ostro, a gdy artysta chciał zburzyć mój dom, system sprawiał wrażenie dokonywania tej czynności z dziecinną łatwością. Nie wiem, jak to się działo, ale w porównaniu z porażkami z tego typu ustrojstwami, to podejście testowe dla ciężkiej muzy okazało się być zaskakująco przyjazne.
Bardzo podobne odczucia miałem również w zderzeniu z lżejszymi gatunkami dla tak zwanego ducha. Naturalnie tak jak w poprzednim przypadku słychać było lekkie cofnięcie się perkusjonaliów bębniarza w formacjach jazzowych, jednak tylko w domenie ostrości latających w eterze iskierek, a nie ich ilości. Reszta z pracą w środku i dole pasma było w jak najlepszym porządku, czyli bez buły i ospałości nawet w karkołomnych pasażach mainstreamowych kontrabasistów typu Charie Haden, czy Gary Peacock – znawcy tematu wiedzą, co mam na myśli. Dlaczego wspomniałem akurat ich? To proste. Nie ze względu na modne ostatnimi czasy polityczne koniugacje, tylko na fenomenalne popisy na obsługiwanych przez nich wielkich skrzypcach, z czym nie oszukujmy się, wiele zestawów ma spore problemy, a co opiniowany dzisiaj filtr sieciowy nieco uspokajając propagację wysokich tonów, bez uszczerbku na rozdzielczości i kontroli środka pasma, w umiejętny, ba daleki od przerysowania sposób, znakomicie wyeksponował. Nie przerysował, tylko naświetlając wydarzenie muzyczne z ich udziałem, na tle moich codziennych odsłuchów, pokazał ich wyczyny nieco dobitniej. Czy to na pewno dobrze? W moim odczuciu tak, gdyż bardzo lubię ich wirtuozerię i wiem, kiedy system przekroczy cienką linię przesady, do czego w tym wydaniu nawet na milimetr się nie zbliżyliśmy. Dlatego też cieszy mnie fakt tak wyrafinowanego wpływu X-Blockera na mój zestaw. Nie uduszenie przekazu, tylko skierowanie jego sznytu grania w inną niż mam na co dzień, jednak pozbawioną strat w jego jakości, stronę.
Czy tytułowy filtr sieciowy jest dla wszystkich? Jak wynika z powyższego testu, nie ma większych przeciwwskazań, gdyż nawet moja, raczej świetnie radząca sobie bez takich urządzeń układanka, po podpięciu do niego nie wskazywała jakiegoś poważnego odejścia do wypracowywanego przeze mnie przez lata brzmienia. O ile słyszalnej zmianie uległa nieco witalność przekazu, jednak rozpatrując to zagadnienie należy pamiętać o moich energetycznych realiach, które pozwalają z powodzeniem obyć się bez takich zabawek. Tymczasem gdy weźmiemy to pod uwagę potencjalne problemy praktycznie większości z Was, temat nawet jeśli nie zakupu, ale choćby próby na własnym podwórku wydaje się być wręcz obowiązkowym. Jak zakończy się taki sparing, to zależeć będzie od zastanych w danej konfiguracji warunków. Niemniej jednak jedno jest pewne, muzyka nabierając nieco ogłady, zwyczajnie przestanie krzyczeć, co w moim odczuciu jest już wystarczającym argumentem, by powalczyć u siebie o dobrej jakości prąd.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Darc 140
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: 4HIGHEND s.r.o.
Cena: 7 600 €
Dane techniczne
Znamionowe napięcie wejściowe: 230V ~ 50/60Hz ±10%
Maksymalny ciągły prąd wejściowy: 20A
Znamionowe napięcie wyjściowe: 230V ~ 50/60Hz ±10%
Ciągły prąd wyjściowy na gniazdo: 16A
Ciągła moc wyjściowa na gniazdo: 3700W
Moc szczytowa: 10 000W
Całkowita moc: 4600W
Zintegrowany filtr DC: Max. 3V
Max. zaabsorbowany prąd szczytowy: 100 000A (1900J puls 8×20µs)
Ochrona odgromowa:20 000A
Filtrowanie w zakresie częstotliwości: RFI/EMI 1 kHz do 3GHz 15-98dB
Gniada: 4xEU(Schuko) Furutech Rhodium NCF 16A; FURUTECH Rhodium IEC C20
Wymiary (S x W x G): 450 x 120 x 310 mm
Waga brutto: 19kg
Opinia 1
Zakładam, że nazwa Huikang Electronic Co., LTD. niewielu z Państwa obiła się o uszy i prawdę powiedziawszy zupełnie mnie to nie dziwi. Sytuacja powinna nieco się zmienić, gdy podpowiem, iż powstające w jej zakładach urządzenia sygnowane są marką Keces a ta już z rozpoznawalnością nie ma większych problemów. Mowa oczywiście o świadomych i trzymających rękę na pulsie odbiorcach, gdyż nie ma co się łudzić – dla przeciętnego, nieskażonego audiophilią nervosą konsumenta, nawet przysłowiowy top-ten high-endowych producentów będzie zbiorem zupełnie przypadkowych wyrazów, bądź może zostać uznany za listę z personaliami zarządu jakiejś egzotycznej korporacji. Skoro jednak zajrzeliście Państwo na naszą stronę, to raczej nie w poszukiwaniu asortymentu zalegającego na hipermarketowych półkach, zatem macie zdecydowanie wyższe wymagania tak w kwestiach brzmieniowych, jak i jakościowych. W związku z powyższym śmiało możemy domniemywać, iż poszukując odpowiedniego uzdatniacza energii elektrycznej zamiast „zwykłej” listwy antyprzepięciowej swoje kroki kierujecie ku specjalistycznym i dedykowanym systemom audio rozwiązaniom ,a właśnie na takim polu urzędująca w Nowym Tajpej ekipa zdobywa coraz większe poważanie. Dlatego też po nader ciekawym zbalansowanym kondycjonerze BP-2400, dzięki uprzejmości dystrybutora marki – łódzkiego Audiofastu, postanowiliśmy wziąć na redakcyjny tapet seniora rodu i na chwilę obecną topowy model z portfolio Kecesa o symbolu BP-5000.
Z racji w pełni zrozumiałej unifikacji śmiało możemy stwierdzić, iż nasz dzisiejszy bohater w 5/6 swej aparycji (tylko przypomnę iż mamy do czynienia z prostopadłościenną bryłą) jest wiernym odwzorowaniem tego, co mieliśmy już okazję poznać podczas spotkania z jego młodszym rodzeństwem, czyli modelem BP-2400. Nie mając jednak pewności co do faktu zakonotowania w Państwa zakamarkach zwojów mózgowych, bądź chociażby pobieżnej lektury naszej wcześniejszej radosnej twórczości pozwolę sobie w telegraficznym skrócie dokonać możliwie skondensowanej charakterystyki.
Korpus wykonano z grubych, 4 mm płatów szczotkowanego, kruczoczarnego aluminium, przy czym biorąc pod uwagę 35 kg ciężar kondycjonera uczciwie trzeba przyznać, iż spasowano je z iście zegarmistrzowską precyzją, gdyż obudowa jest niezwykle sztywna i nawet podczas przenoszenia urządzenia nie wydaje żadnych niepokojących dźwięków. Nie dziwi zatem również fakt pełnej izolacji od zakłóceń EMI/RFI. Na froncie, podobnie jak u poprzednika, w lewym dolnym narożniku znajdziemy włącznik główny w towarzystwie dwóch niewielkich diod informujących o stanie pracy i ewentualnym przeciążeniu, centralnie umieszczony, wycięty firmowy logotyp i informację o przeznaczeniu tajwańskiego ustrojstwa. Z wiadomych względów okupujący prawy narożnik symbol modelu ma już inną, wynoszącą 5000 wartość będącą jednocześnie informacją odnośnie maksymalnego, sumarycznego obciążenia, jakim możemy potraktować Kecesa. Jednak najciekawszy, przynajmniej dla nas obszar, to ściana tylna, którą w odróżnieniu od BP-2400 podzielono na trzy dedykowane konkretnym urządzeniom sekcje – dwie dwugniazdowe 600VA dla reprezentantów domen cyfrowej i analogowej, oraz czterogniazdową 3800 VA, przewidzianą do zasilania zdecydowanie bardziej prądożernych odbiorników.
Zapuszczając żurawia do trzewi zaliczymy klasyczną powtórkę z rozrywki, gdyż zasada działania naszego dzisiejszego bohatera jest identyczna, jak w niższym modelu a różnica dotyczy, przynajmniej teoretycznie li tylko rozmiaru – mocy zajmującego lwią część wnętrza toroidalnego trafa. Ponieważ mamy jednak do czynienia z topowym modelem da się zauważyć i miłe oku dopieszczające zbiegi. Przykładowo ów toroid zamknięto w stosownej puszce, co dodatkowo ogranicza jego pole promieniowania elektromagnetycznego. Jednak kluczowa dla Kecesa, jest jego zbalansowana konstrukcja, co oznacza, iż do każdego gniazda zamiast zwyczajowych 230V podanego w postaci „zera” i „fazy” dostarczone jest napięcie dwufazowe 2 x 115V a dzięki autorskiej konstrukcji kondycjoner absorbuje przepięcia o wartościach większych niż 2 V powyżej szczytowego napięcia linii, bez wpływu na uziemienie. Nie zabrakło też wbudowanego ogranicznika prądu rozruchowego, więc nie ma obaw o domowe bezpieczniki.
Dzięki uprzejmości Audiofastu również i ten model mogliśmy testować przy użyciu przewodu zasilającego Shunyata Research Alpha v2 NR, co pozwoliło ograniczyć ilość zmiennych do niezbędnego minimum.
Jak mam nadzieję doskonale Państwo pamiętacie już na samym początku gościnnych występów BP-2400 moja dyżurna końcówka mocy Bryston 4B³ nad wyraz jednoznacznie i dosadnie dała do zrozumienia, że porozumienia pomiędzy nią a ww. kondycjonerem raczej nie powinienem się spodziewać i koniec końców wróciła do swojego własnego „gniazdka”, to mając na uwadze ponad dwukrotny wzrost mocy w przypadku BP-5000 zasadnym wydało mi się podjęcie kolejnej próby ożenku „kanadyjskiego buntownika”. W końcu co miałem do stracenia? Jeśli okazałoby się, że jest gorzej niż bez filtracji, to Bryston wylądowałby na „starej” linii a wpływ Kecesa określałbym na podstawie jego interakcji z resztą rezydujących u mnie urządzeń. No to wszystko wpięte, na playliście ląduje stanowiąca próbę ognia „13” – ka Black Sabbath a już po kilku taktach „Końca początku” („End Of The Beginning”), nie mylić z początkiem końca, wiem, że tym razem mam do czynienia z zupełnie inną półką i zupełnym brakiem jakichkolwiek kompromisów. Riffy są piekielnie gęste, ciężkie i cudownie brutalne. Zero spowolnienia i złagodzenia, jedynie zauważalny przyrost mocy, masy i motoryki. Zaraz, zaraz. Przecież do tej pory żaden, podkreślam żaden kondycjoner tego nie robił. Najbliższy owego stanu był „rozgałęziacz” Furutecha Pure Power 6, ale on przecież w sobie praktycznie … nic nie miał. Tymczasem Keces ewidentnie nie tyle powiększa źródła pozorne i „pompuje” scenę, jak daleko nie szukając stereotypowe, pochodzące zza wielkiej wody elektronika i kable, lecz działa niczym „autotransfuzja” krwi zwiększając wydolność systemu. Jest ciężej, mocniej, brutalniej i po prostu lepiej. Ponadto wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż ów efekt Wow! nie ma okresu przydatności do spożycia, nie starzeje się, nie nudzi i nie powszednieje. Piszę to z pełną premedytacją, gdyż po kilkutygodniowym użytkowaniu, gdy z racji zdalnego trybu pracy słuchałem muzyki praktycznie dzień w dzień po 12 – 14 godzin, każdorazowe wyłączenie systemu było w pewnym sensie małą traumą pozostawiającą po sobie pustkę i ciągły niedosyt.
Co istotne poprawa atrakcyjności przekazu dotyczyła nie tylko wymuskanych, dedykowanych złotouchym pozycji, lecz również, a może przede wszystkim tych wydawnictw, po których lwia część wybrednych melomanów niczego sensownego raczej by się nie spodziewała. Tymczasem „The Devil You Know” projektu Heaven & Hell , czy jakże szalenie odległy od realizacji Taceta, bądź nawet Deutsche Grammophon „Symphonic Terror” Accept zabrzmiały na tyle organicznie i uzależniająco, że każdy z nich był grany dwukrotnie. Wysycenie – dosaturowanie średnicy, oczyszczenie z granulacji i nerwowego rozedrgania najwyższych składowych plus nawet nie tyle zaakcentowanie, co wyswobodzenie basu połączone z poprawą jego różnorodności nie tylko zwiększyły przyjemność odsłuchu, lecz przede wszystkim pozwoliły bez większych obaw sięgnąć po pozycje, które ze względu na swoją wysoce niesatysfakcjonującą realizację obrastały kurzem w zakamarkach domowej płytoteki.
Myliłby się jednak ten, który po powyższych ochach i achach uznałby Kecesa za dedykowanego wyłącznie ciężkim brzmieniom. Wystarczyło bowiem zmienić repertuar na zdecydowanie bardziej zwiewny i oniryczny, jak daleko nie szukając prog-rockowy „Here Comes the Sun” Klone, by odkryć bogactwo wybrzmień i niuansów wszędzie tam, gdzie do tej pory wydawało nam się obecne są li tylko bliżej nieokreślone, czysto impresjonistyczne muzyczne plamy. Krótko mówiąc również i rozdzielczość osiągnęła zdecydowanie wyższy poziom wyrafinowania. Cały obecny w domowej sieci mówiąc potocznie „syf” został bowiem zatrzymany przez Kecesa a czysty niczym górski kryształ prąd nie niósł ze sobą już żadnych ponadprogramowych artefaktów mogących zamazać i ujednolicić drugo- i trzecioplanowe partie instrumentalno-wokalne. A co w sytuacji, gdy dźwięków do reprodukcji jest jeszcze mniej? Dajmy na to tyle, co w solowym „FLUR” Martina Kohlstedta. Prezentacja staje się bardziej namacalna a zredukowane do minimum instrumentarium jest jedynym obiektem na jakim możemy skupić uwagę w otaczającej nas czerni muzycznego mikrokosmosu. Proszę się jednak nie niepokoić. To nie jest klaustrofobiczne uczucie, lecz raczej można odnieść wrażenia zbliżone do przebywania na oddalonym od aglomeracji pustkowiu, gdzie jesteśmy tylko my, gwiazdy i … wszystkie te dźwięki, których w wielkomiejskim gwarze usłyszeć nie sposób. Z owego tła możemy bowiem z łatwością wyłuskać ambientowe szumy i inne wkomponowane przez artystę dźwięki. A właśnie – odgłosy leniwie przechodzącej za oknem burzy („AJA”) okazały się na tyle sugestywne, że co i rusz zerkałem za okno, czy przypadkiem wyładowania atmosferyczne z warstwy muzycznej nie znalazły swego odwzorowania w naturze. To się dopiero nazywa realistyczny dźwięk.
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, więc i moja przygoda z Kecesem BP-5000 dobiegła końca. Patrząc z perspektywy czasu śmiem twierdzić, iż nie sposób nie uznać go za urządzenie nie dość, że referencyjne, to na swój sposób jeśli nie obowiązkowe, to kluczowe w dążeniu do osiągnięcia audiofilskiego spełnienia. W tym momencie jedyne co mogę od siebie, oprócz powyższych superlatyw dodać, to to, że prędzej, czy później ściągnę do siebie BP-5000 z powrotem. Tym razem już na stałe.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R); Atlas Eos Modular 4.0 3F3U & Eos 4dd
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
To, że kwestia zasilania systemów audio jest jednym z bardziej kluczowych tematów naszego hobby – oczywiście chodzi o jakość dostarczanego prądu, a nie jego nieodzowny byt, wie chyba każdy, nawet początkujący miłośnik dobrej jakości muzyki. Prawdopodobnie niewiele minę się z prawdą, gdy stwierdzę, iż często walczymy jak lwy, aby wykrzesać z naszych układanek siódme poty. Jedni przy pomocy mniej lub bardziej rozbudowanych listew zasilających, inni wykorzystując niwelujące zakłócenia sieci różnego rodzaju filtry, a jeszcze inni stosując kondycjonery sieciowe. Z racji mnogości konstrukcji nie będę rozpisywał się na temat dwóch pierwszych opcji, tylko powoli kierując nasze myśli ku clou spotkania, symbolicznie wspomnę o kondycjonerach. Te z uwagi na topologię rozwiązań w trzewiach dzielą się kolokwialnie mówiąc, na wykorzystujące specjalistyczne układy elektryczne „poprawiacze” lub tak jak dzisiaj opiniowany przypadek generatory czyściutkiego sinusa życiodajnej energii. Tak tak, będący bohaterem tego spotkania kondycjoner Keces Audio BP-5000 nie poprawia zaśmieconego przykładowymi pralkami, lodówkami i innymi generatorami tętnienia sieci elektrycznej, prądu w gniazdku, tylko posiłkując się pobranymi z niego elektronami, wytwarza go całkowicie od nowa. Mało tego, robi to w sposób zbalansowany, czyli na obydwu pinach mamy po 125V, co z automatu zwalnia nas ze sprawdzenia pozycji gorącego styku na wejściu do każdego z komponentów audio. Coś sobie przypominacie? A jakże, stosunkowo niedawno mieliśmy na tak zwanym warsztacie jego młodszego brata BP-2400, który nieźle namieszał nam w głowach. Jak zatem na jego tle prezentuje się dzisiejszy flagowiec? Po będącą wynikiem starań łódzkiego Audiofastu odpowiedź zapraszam do lektury poniższego tekstu.
Zajmująca szczyt oferty Kecesa wersja BP-500 wizualnie nie odbiega do młodszego brata. To konsekwentnie jest solidnych rozmiarów, z uwagi na wielki transformator (5 kW) formujący nowy prąd, bardzo ciężka (blisko 40 kg), czarna, wykonana ze szczotkowanego aluminium, zaoblona od przodu skrzynka. Jej awers bez specjalnych fajerwerków oferuje użytkownikowi jedynie włącznik główny, dwie diody sygnalizujące stan pracy, wyfrezowane logo marki i dwa nadruki z nazwą i modelem urządzenia. Przemierzając obudowę ku tyłowi na jej górnej powierzchni tuż przy froncie znajdziemy ponownie potwierdzenie nazwy marki w formie wykonanych techniką frezowania, drukowanych liter. Natomiast jeśli chodzi o najważniejszą połać naszego bohatera, jaką są niewątpliwie jego plecy, te zostały obdarowane ośmioma różnie obciążalnymi gniazdami. Znajdziemy na nich dedykację dla czterech wzmacniaczy, dwóch urządzeń analogowych i dwóch cyfrowych. Co istotne, temat obciążalności podzielono na 3 związane z dedykowanym zasilaniem obwody i tak mamy do dyspozycji po dwa sumarycznie obciążalne gniazda do 600W i cztery mogące w sumie obsłużyć zapotrzebowanie na poziomie 3800W. Jak je wykorzystacie, to zależeć będzie od naszych potrzeb. Ważne są jednak dwie kwestie. Po pierwsze – z małymi wyjątkami praktycznie każde z gniazd jest w stanie obsłużyć większość – owe wyjątki to podobne do mojego Gryphona Mephisto prądożerne smoki – używanej przez nas elektroniki, A po drugie – dwa gniazda są dedykowane dla komponentów zasilanych popularnymi impulsówkami, co pozwoli odseparować te ostatnimi czasy popularne, jednak nieco zaśmiecające sieć zasilacze od reszty czerpiących energię z Kecesa zabawek. Wieńcząc dzieło opisu 5000-ki należy dodać, iż oprócz gniazd oddających świeżutki pakiet elektronów na rewersie znajdziemy jeszcze niezbędny do ich pobrania z domowej instalacji terminal IEC i przycisk resetujący urządzenie w przypadku stwierdzenia przez nie jakiś konfiguracyjnych nieprawidłowości.
Myślę, iż naturalną koleją rzeczy jest bezpośrednie odniesienie się w dzisiejszym teście modelu BP-5000 do niżej stojącego w hierarchii cennika, testowanego kilka miesięcy temu młodszego brata BP-2400. Dlatego też biorąc pod uwagę poprzednie występy, mogę powiedzieć tylko jedno. Na tle tamtych około-muzycznych wydarzeń nasz dzisiejszy bohater mocno od niego odskoczył. Dla mnie nie są to drobne, często ocierające się o poziom percepcji zmiany, tylko mocno posunięte i co istotne bardzo pozytywnie wpływające na brzmienie zasilanego systemu, milowe kroki soniczne. W tym wydaniu przy nadal nasyconym, a przez to świetnie namacalnym przekazie muzyka dostaje przysłowiowego „kopa”. Jednak nie staje się nadpobudliwa, tylko świetnie zbiera się w domenie konturowości najniższych rejestrów, pozytywnie dla ucha otwiera się w środku pasma i fantastycznie realizuje zamierzenia artystów w kwestii swobody wypełniania pomieszczenia bardzo rozdzielczymi, ale dalekimi od natarczywości najwyższymi rejestrami. Gdybym miał określić usłyszane plusy jednym zdaniem, powiedziałbym, iż dźwięk w każdym wycinku pasma przenoszenia bardzo się uporządkował. To nie oznacza jego nadmiernego wykonturowania, tylko oferowana dodatkowa, nie oszukujmy się, prawie podwojona obciążalność prądowa 5000-ki pozwoliła elektronice uniknąć tak zwanej przyduchy, dzięki czemu znacznie swobodniej mogła rysować w przestrzeni miedzy-kolumnowej nawet najbardziej karkołomne pasaże nutowe. To był fantastyczny zastrzyk witalności, z dobrodziejstwa którego pełnymi garściami czerpała praktycznie każda muzyka. Dodatkową ciekawostką był fajny efekt przestrzenny, jakim było delikatne przybliżenie się do słuchacza pierwszego planu wirtualnej sceny. Jednak nie skutkowało to skracaniem jej w wektorze głębokości, tylko za sprawą mniejszego zaszumienia dźwięku tak zwaną woalką, od nawet najbardziej szaleńczych wydarzeń dzieliła mnie znacznie bardziej krystaliczna, bardzo naturalnie skracająca dystans do muzyków, przejrzystość powietrza. Nie było znaczenia, w jakim rodzaju twórczości miałem chęć się zatracić, gdyż od najnowszej symfonicznej kompilacji grupy Metallica „S&M2” po wymagającą, bo okraszoną możliwymi do wygenerowania jedynie przez instrumenty bazujące na modulacjach komputerowych, dźwiękami typu lejąca się lawa na przemian z przeraźliwymi przesterami zespołu The Acid na krążku „Liminal”, za każdym razem system dawał wyraźne znaki, że tym razem jedzie bez tak zwanej trzymanki. Trzymanki, którą zazwyczaj powoduje w teorii duży, jednak w zderzeniu z realnym graniem nieco ograniczony pakiet energii oferowanej przez taki, czy inny kondycjoner. Keces BP-5000 zdawał się tego problemu nie zauważać. Nie rzucał systemowi najmniejszych kłód pod nogi nie tylko zapraszając mnie na rzadko tak realny koncert na stadionie – Metallica, ale również podczas odbioru zafundowanego mi przez panów z The Acid kakofonicznego kataklizmu, co zapewniam Was, nie jest takie oczywiste nawet pośród bardzo znanych konstrukcji. Jednak to nie wszystko, gdyż swoboda w oddaniu niczym niezakłóconego, oczywiście dużego zapasu prądu do zestawu audio ma swoje przełożenia również na muzykę z pozoru lekką, łatwą i przyjemną. Jak to możliwe? Otóż brak ograniczeń w dostępie do życiodajnych dla elektroniki elektronów słychać również podczas oddawania prawdy o wielkich kubaturach kościelnych jako arena dla muzyki barokowej. Mało tego. Taki sam feedback dostajemy podczas obcowania z małymi składami jazzowymi. W jaki sposób? Ja natychmiast słyszę swobodę prezentacji takich sesji. Oddech, niekończące się, wydawałoby się, że nikomu niepotrzebne, bo żyjące swoim tokiem wybrzmienia nie są głównymi aktorami, tylko bardzo wyraźnym, ale jednak tłem. I tak powinno być. Tymczasem przekaz lekko zduszony brakiem dostępu do zapasu energii, za sprawą braku lotności dźwięku zmienia je w coś na kształt równoważnego z główną treścią nagrania, często nawet przerysowanego, bo siłowo nadmuchanego bytu na wirtualnej scenie, objawiając się jako brak kontrastów pomiędzy poszczególnymi składowymi. Ciężko jest mi to opisać, jednak inaczej nie jestem tego w stanie Wam wyłożyć. Jeśli nie rozumiecie mojego wywodu, a chcielibyście to w jakiś sposób zweryfikować, musielibyście pożyczyć dwóch braci ze stajni Keces-a. Jednak bez względu na wszystko, w przypadku Waszych poszukiwań tego typu akcesoriów audio, zaręczam solennie, iż szkoda czasu, bowiem flagowiec jak na zajmowaną pozycję w cenniku przystało w materii przygotowywania nowego prądu rozdaje przysłowiowe karty.
Przyznam szczerze, że jak nigdy, ciężko jest mi napisać puentę tego testu. Powodem jest zaskakująco pozytywny wynik soniczny opiniowanego kondycjonera, co przy potencjalnej utracie kontroli nad brylującymi jeszcze w okresie procesu testowego, myślami mogłoby zakończyć się zbyt pochwalnym słowotokiem. Słowotokiem, na który Keces Audio BP-5000 całkowicie zasługuje, jednak jeśli jest napisany z przed momentem przywołanym ostrzeżeniem, wówczas według mnie nie będzie obciążony bagażem nadinterpretacji, bo tego zwyczajnie nie potrzebuje. Komu poleciłbym naszego bohatera? Powiem krótko i treściwie. Wszystkim. Koniec, kropka.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Audiofast
Ceny
Keces Audio BP-5000: 15 540 PLN
Shunyata Research Alpha v2 NR: 10 000 PLN
Dane techniczne
Moc: 5000 VA
Gniazda wyjściowe: 8 szt. Schuko
Gniazdo wejściowe: IEC 320/C20 (20 A)
Sekcje zasilania: 3 obwody – 3800 (4 x amplifier) + 600 (2 x analog) + 600 (2 x digital) VA
Obudowa: 4 mm aluminium
Wymiary (S x G x W): 430 x 340 x 133 mm
Waga: 35 kg
Opinia 1
Okres wszelakiej maści świąt i generalnie dni powszechnie wolnych od pracy wydaje się być wręcz wymarzony do empirycznych doświadczeń z prądem. Nie, nie chodzi mi w tym momencie o latanie po całym domu z próbnikiem i weryfikację poprawności umiejscowienia „fazy” w poszczególnych gniazdkach, choć i to, o ile już takiego audytorskiego maratonu nie wykonaliśmy, każdego nas wcześniej, czy później czeka, lecz o wielokrotnie podnoszony temat zakłóceń a dokładnie jeśli nie ich braku, to drastycznego spadku ich obecności w tym, czym karmimy nasze drogocenne zestawy. To tak jakbyśmy załapali się na kilkudziesięciogodzinną, bądź nawet dłuższą noc, podczas której, jak wszem i wobec wiadomo gra po prostu lepiej. A gdyby taki niezaśmiecony prąd mieć na co dzień? I w dodatku bez wyjeżdżania na odludzie (przysłowiowe Bieszczady niestety coraz mniej się do tego nadają), własnej elektrowni wodnej/wiatrowej itp.? Kusząca perspektywa, nieprawdaż? Łatwiej jednak powiedzieć, aniżeli zrobić, gdyż o ile odrębną linię zasilającą od tablicy jeszcze bez większych nakładów tak pracy, jak i finansów jeszcze większość z nas jest w stanie jeszcze w ramach nawet niewielkiego remontu, czy też odświeżania / malowania przemycić, o tyle już na jakość tego, co ową instalacją popłynie wpływ mamy nad wyraz znikomy. I w tym momencie na scenę wkraczają dedykowane zastosowaniom audio listwy, filtry i kondycjonery, czyli ustrojstwa, które od czasu do czasu goszcząc na naszych łamach nader często wywołują zaskakująco silną polaryzację opinii. A to, że mulą, a to, że po co czymkolwiek z tej puli się zajmować, skoro od elektrowni biegną kilometry parszywej jakości drutów a w dodatku za ścianą sąsiad złośliwie w czasie naszych popołudniowych odsłuchów lubi pobawić się spawarką a już w samej naszej domowej instalacji kuchenka mikrofalowa prześciga się z pralką i niezliczoną obfitością zasilaczy impulsowych, co do skali wprowadzanego do sieci kolokwialnie mówiąc syfu. Co prawda można na takie status quo machnąć ręką i nauczyć się z tym żyć, jednak Soundrebels nigdy nie był, nie jest i nie będzie miejscem, gdzie spolegliwość i szeroko pojęty tumiwisizm miałyby jakąkolwiek rację bytu. Dlatego też po testach uzdatniaczy z filtracją (ISOL-8 MiniSub Axis, IsoTek EVO3), bez (Furutech Pure Power 6) i pół na pół (Atlas Eos Modular 4.0 3F3U i Furutech e-TP80ES NCF) przyszła pora na rozwiązanie zdecydowanie poważniejszego kalibru – kondycjoner i to w dodatku w zbalansowanej postaci, Keces Audio BP-2400, który trafił do naszej redakcji dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu.
Już przy organizacji detali natury spedycyjnej okazało się, iż nasz dzisiejszy gość zarówno swą posturą, jak i ciężarem będzie szalenie daleki od dodatkowego akcesorium stanowiącego li tylko uzupełnienie naszych systemów. Jak się jednak miało okazać wyobrażenia sobie a rzeczywistość sobie, gdyż tytułowy kondycjoner okazał się pełnowymiarowym komponentem śmiało mogącym startować w szranki z większością jeszcze rozsądnie wycenionych wzmacniaczy zintegrowanych i końcówek mocy. Solidny, wykonany ze szczotkowanych, 4mm płatów anodowanego na czarno aluminium korpus nader jasno dawał do zrozumienia, że lekko nie będzie. I rzeczywiście. 25 kg to nie w kij dmuchał, tym bardziej iż na powyższy wynik w głównej mierze „pracuje” ukryte wewnątrz potężne 2400 VA toroidalne trafo. Zanim jednak zapuścimy żurawia do trzewi skupmy się na razie na walorach zewnętrznych, gdyż wbrew pozorom jest na czym oko zwiesić. Centrum ściany przedniej zdobi pokaźnych rozmiarów precyzyjnie wyfrezowany firmowy logotyp, pod którym, już białą czcionką, wyjaśniono czymże ów nader namacalny przykład tajwańskiej myśli technicznej jest, czyli iż mamy do czynienia ze zbalansowanym kondycjonerem zasilania. Lewy dolny róg okupuje włącznik główny z dwiema niewielkimi diodami informującymi o stanie pracy urządzenia a prawy górny to już miejscówka zarezerwowana na wizytówkę naszego dzisiejszego gościa, czyli oznaczenie modelu. Płytę górną zdobi napis Keces biegnący wzdłuż przedniej krawędzi, jednak to co najciekawsze znajdziemy na ścianie tylnej, gdzie w równych dwóch rzędach umieszczono łącznie osiem wyjściowych gniazd zasilających Schuko i pojedyncze gniazdo wejściowe IEC w standardzie C-20 z usytuowanym tuż nad nim przyciskiem resetu. I co w tym takiego niezwykłego? Ano to, że wspomniane przed chwilą 2400 VA trafo separujące o przekładni 1:1 jest również transformatorem symetryzującym, więc zamiast standardowego „zera” i „fazy” w każdym gnieździe wyjściowym mamy napięcie dwufazowe 2 x 115V pochodzące z jednego z ośmiu uzwojeń wtórnych, co jednocześnie zapewnia ich separację. Powyższe rozwiązanie to nie tylko nader skuteczne tłumienie zakłóceń współbieżnych (CMR – Common Mode Rejection), lecz również zakłóceń wysokoczęstotliwościowych, gdyż potężny toroid pełni rolę filtra dolnoprzepustowego. Przy takiej mocy układu zasadną wydają się obawy dotyczące kultury jego pracy i co najistotniejsze momentu samego uruchamiania. Całe szczęście producent nie zapomniał o soft-starcie i układach zabezpieczających przed udarami, oraz przepięciami, więc możemy być spokojni o bezpieczniki w domowej „skrzynce”.
Niezależnie jednak od technologicznego zaawansowania prądowego uzdatniacza kluczową kwestią nadal pozostaje fakt nawet nie tyle wpływu, co oczekiwanej poprawy brzmienia systemu z usług takowego ustrojstwa korzystającego. Zakładam bowiem, iż uszczuplając domowy budżet o blisko 10 kPLN, nie licząc ceny towarzyszącego mu i dorzuconego prze Audiofast przewodu, nie chcemy zmiany jako takiej, lecz wyraźnego i bezdyskusyjnego upgrade’u walorów sonicznych posiadanej układanki. I właśnie z takim nastawieniem do naszego dzisiejszego bohatera podszedłem. Wpiąłem zatem całą swoją domową maszynerię odpowiedzialną za generowanie dźwięków wszelakich w BP-2400, włączyłem „13”-kę Black Sabbath i … I musiałem wyglądać naprawdę nieszczególnie, gdyż obserwująca moje poczynania Małżowinka najpierw zaczęła dopytywać, czy dobrze się czuję a potem co tym razem … zepsułem. Do kwestii samopoczucia zaraz wrócę, jeśli zaś chodzi o psucie, to ową ewentualność niejako od razu wykluczyłem, gdyż przy Kecesie nie da się bowiem źle podłączyć przewodów zasilających. Jeśli zaś chodzi o ww. samopoczucie, to nie było z nim najlepiej, ponieważ było ono pochodną słyszalnej zmiany, której pomimo najszczerszych chęci za korzystną uznać było nie sposób. Całość zabrzmiała na tyle ospale, jakby Ozzy z chłopakami dorwał się do NFZ-owskich zapasów Pavulonu, które dodatkowo popili kilkoma wiadrami kropli walerianowych, osiągając tym samym dynamikę godną sędziwych żółwi z Galapagos. Niby średnica czarowała zjawiskowym wręcz wysyceniem a góra zyskała na złotym blasku, ale dół niestety nie nadążał za tempem narzucanym przez resztę pasma. Chwila konsternacji i mój dyżurny, 300W Bryston 4B³, który potrafi i po 1000W do gniazdka się zgłosić (a zmostkowany nawet i 1700W) nijakich limitacji nie toleruje, czym prędzej opuścił wydawałoby się gościnne plecy Kecesa wracając do niefiltrowanego Furutecha e-TP60ER. Kolejna chwila niepewności i … oj tak. W takiej konfiguracji można z powodzeniem dalej prowadzić odsłuchy. Energia i chęć do gry chłopakom nie tylko wróciła, lecz dostali potężny zastrzyk wypełnienia i masy, w dodatku już bez zamulenia i spowolnienia, gdyż ujętych w żelazne ramy konturów i trzymane nawet nie tyle na krótkiej smyczy, co łańcuchu o kutych ogniwach. Lekkie podkręcenie tempa, chwila słabości z power/pudel-metalowym krążkiem „From Hell with Love” Beast In Black i jasnym staje się, że taki układ wszystkim pasuje. Dociążenie średnicy i dosłodzenie góry nie wpływa na ogólną motorykę i zadziorność przekazu a ewentualne kanciastości i kostropate artefakty wreszcie nie psują przyjemności odbioru. Obecność Kecesa sprawiła również, iż nieco plastikowe partie syntezatorów przywodzące na myśl dokonania Modern Talking i im podobnych już tak nie odstręczały swoją plastikowością. Stały się może nie tyle bardziej analogowe, bo to byłoby istne nawet nie interpretowanie, czy rekonstruowanie, co kompletnie nowa sesja nagraniowa, lecz bardziej wielowymiarowe i złożone.
Z kolei na repertuarze, gdzie niczego nie trzeba było poprawiać, jak daleko nie szukając „Live ad Alcatraz” Fausto Mesolelli, uwagę zwracało niezwykłe wysycenie i namacalność gitary frontmana. Pierwszy plan został nieco dosunięty do odbiorcy, przez co dystans uległ skróceniu a my siadaliśmy tuż przed wykonawcą. Oczywistemu skróceniu ulega również perspektywa, przez co Mesolella był „większy” od towarzyszącego mu na ‘pedal steel’ Ferdinando Ghidellimiego. Na upartego można by jeszcze uznać, iż aura pogłosowa i wszelakiej maści mikro-wybrzmienia gasną nieco szybciej, jednak na tym pułapie również czy tego chcemy, czy nie, musimy iść na jakiś kompromis, mając świadomość, że zawsze jest coś za coś i jeśli dostajemy zjawiskową namacalność spektaklu, przy miejscówkach w pierwszych rzędach, to jednocześnie co nieco z tego, co dzieje się pod sklepieniami pomieszczeń w jakich dokonywano nagrań może nie być aż tak akcentowana.
Jeśli ktoś z Państwa liczył na to, że Keces BP-2400 okaże się lekiem na całe zło, to bardzo przepraszam, ale niestety, przynajmniej w moim systemie, tak się nie stało. Stało się za to coś innego – tytułowy kondycjoner znacząco poprawił wysycenie i namacalność dźwięku w momencie, gdy zostały w niego wpięte wszystkie mniej prądożerne i łakome na energię urządzenia aniżeli moja dyżurna końcówka. Poniekąd potwierdza to nader częste obserwacje, że jeśli dysponujemy wysokomocową amplifikacją, to w większości przypadków i tak i tak pełnię swoich możliwości pokaże ona wpięta bezpośrednio w ścianę, więc nierozsądnym byłoby kierowanie jakichkolwiek pretensji do BP-2400, czego też nie mam zamiaru czynić. Śmiało możemy również założyć, iż ze słabszą – kilkudziesięciowatową integrą efekt finalny mógłby być już jednoznacznie pozytywny, jednak jak to w audio bywa, bez empirycznego doświadczenia z konkretną konfiguracją i w konkretnych warunkach można tylko domniemywać. Całe szczęście przed podjęciem finalnej decyzji nic nie powinno stać na przeszkodzie, by tytułowego Kecesa wypożyczyć i we własnych czterech kątach nausznie przekonać się, czy wpasowuje się on w naszą misterną układankę, czy też warto będzie nieco zaszaleć i sięgnąć po topowy model BP-5000, który dziwnym zbiegiem okoliczności już czai się u nas za rogiem, więc za jakiś czas z pewnością i ze spotkania z nim podzielimy się z Państwem naszymi obserwacjami.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Założę się o każde pieniądze, iż wielu z Was w batalii o jak najlepszy dźwięk swojego, zazwyczaj mocno rozbudowanego zestawu audio często boryka się z prozaicznym problemem dostarczenia do elektroniki życiodajnej energii elektrycznej. Jednak nie mam na myśli w tym momencie li tylko zbyt małej ilości gniazdek, choć to wręcz notoryczny problem uzbrojonego po zęby melomana, ale również odnoszę się do jakości pojawiającego się w nich prądu. Naturalnie radzimy sobie z tym na różne sposoby. Pierwszy z brzegu to wetknięcie w dodatkowej listwie oczyszczającego prąd Enacoma japońskiej marki Harmonix lub pochodzących ze stajni Nordosta produktów typu Qv2, czy Qk1, jednak za każdym razem owe gadżety zabierają nam drogocenne miejsce na rozgałęziaczu. Drugim sposobem jest zastosowanie wielogniazdkowego terminala ze stosownymi, co istotne, zaimplementowanymi już wewnątrz niego filtrami, co notabene często przekłada się niechciane efekty soniczne z ospałością przekazu włącznie tak zasianego zestawu. Jest zatem jakieś inne, już u podstaw technicznych może nie niwelujące, ale przynajmniej minimalizujące zły wpływ dodatkowych tweaków rozwiązanie? Naturalnie. Mam na myśli wszelkiego rodzaju kondycjonery energii elektrycznej. Oczywiście nie ma możliwości, aby i one nie sprzedały naszemu zestawowi swoich trzech groszy w finalnym brzmieniu, ale przyznacie, że jeśli coś od nowa – tak jak w przypadku dzisiejszego bohatera – w swoich układach elektrycznych wytwarza idealnie czysty, bo tym razem już pozbawiony tętnień sieci prąd, sprawy zaczynają wyglądać co najmniej ciekawie. O czym mowa? Otóż podczas tego spotkania przyjrzymy się kondycjonerowi Keces Audio BP-2400, który to na bazie sygnału z gniazdka ze ściany wytwarza nowy, a przez to wolny od zniekształceń sinus prądu dla naszego zestawu audio. Zainteresowani? Jeśli tak, zatem zapraszając Was na kilka informacji o tej domowej elektrowni dodam, iż o jego pojawienie się w naszej redakcji zadbał łódzki Audiofast.
Jak wskazują fotografie, tytułowy generator prądu jest solidną, obudowaną grubymi płatami szczotkowanego aluminium konstrukcją. Jego rozmiary osiągają gabaryty sporej końcówki mocy tak w domenie szerokości, głębokości, jak i wysokości. To naturalnie jest pokłosiem zastosowania niezbędnego do wytworzenia nie tylko dobrej jakości, ale również niezbędnej ilości energii, wielkiego, dzięki specjalnej budowie pozwalającego dodatkowo zmniejszyć rozpraszanie pola magnetycznego, a przez to zrezygnować z zastosowania przeciwdziałających przeciw temu filtrów, toroidalnego transformatora. Co w tej konstrukcji jest bardzo istotne, to fakt, że mamy do czynienia z prądem tak zwanym symetrycznym, czyli po Kecesie na każdej z żył mamy do dyspozycji jedynie 115V, które sumują się – dając niezbędna 230V – już w pobierającym energie docelowym urządzeniu. Takie rozwiązanie nie jest przypadkowe, bowiem dodatkowo zabezpiecza sygnał prądowy przed szkodliwymi zakłóceniami. Front FB-2400 bez szukania zbędnych aspektów designerskich, z lewej strony został obdarowany w główny włącznik i tuż pod nim dwie diody sygnalizujące stan i jakość pracy, w jego centrum znajdziemy wydrążone w aluminium logo marki oraz naniesione pod nim białym drukiem firmową nazwę urządzenia, zaś w górnym prawym rogu swój byt oznajmia wykonana również białą czcionką nazwa modelu.
Jeśli chodzi o tylny panel, mamy do dyspozycji 8 gniazdek, przycisk bezpiecznika przeciwprzepięciowego i gniazdo zasilania. Wieńcząc garść najważniejszych technikaliów spieszę donieść, iż idąc za oznaczeniem modelu, maksymalne obciążenie dla sumy wszystkich gniazdek nie może przekroczyć 2400VA, co tak jak w moim, w wielu innych systemach prawdopodobnie nie pozwoli podłączyć do niego prądożernej końcówki mocy. To oczywiście nie jest normą, ale w dbałości o potencjalnie niezorientowanego nabywcę nie mogłem o tym nie wspomnieć.
Jak nadmieniłem w akapicie rozbiegowym, każdy komponent audio wnosi coś do zastanej układanki audio. Oczywiście tytułowy Keces nie był w tym odosobniony, jednak to co robił, sprawiało raczej wrażenie pracy dla dobra zestawu czerpiącego zeń energię. Niestety podczas aplikacji w mój tor naturalną koleją rzeczy, jaką jest pobór prądu na postoju w okolicach 700W na kanał, nie mogłem zasilić z niego Gryphona Mephisto, dlatego też wszystko co się wydarzyło, było skutkiem karmienia jedynie źródeł dźwięku.
Taka konfiguracja sieciowa spowodowała, że w porównaniu do stosowanej przeze mnie listwy przekaz delikatnie ewaluował w stronę większego spokoju, szczypty dodatkowego nasycenia i gładkości. Muzyka stała się bardziej esencjonalna, dostojniejsza i epatowała czarniejszym tłem. Oczywiście w zderzeniu jeden do jeden ze stanem przed testem minimalnie zwolniła tempo, jednak dzięki rozdzielczości zestawu nic na tym nie straciła, a rzekłabym nawet, że zyskała. Co? To było arcyciekawe, bowiem gdy wszelkiego rodzaju twórczość sakralna, wokalna i nawet stricte jazzowa wręcz odbierały taki stan rzeczy jako wodę na młyn ich zjawiskowości, to o dziwo również sporo dobrego widziała w tym muzyka o znacznie cięższym brzmieniu typu rock z jego wszelkimi odmianami, a nawet free-jazz. Pierwsi beneficjenci nabrali ogólnej ogłady, większej namacalności, malowali świat cieplejszymi barwami, ale nigdy nie pokazali stanu przegrzania lub nadwagi. Byli orędownikami raczej barwnego, aniżeli transparentnego grania, ale to w ich przypadku odbierałem jako nieco inny niż mam w swoim zestawieniu na co dzień, ale nadal ciekawy punkt widzenia na sprawy kolorystyki. Drudzy natomiast, nawet z lekkim dozowaniem kwestii natychmiastowości zmian tempa i związanego z tym czasu narastania sygnału podobnie do materiału celującego w pozytywne emocje – czytaj zapisy nutowe z epoki Baroku wespół z wszelkimi damskimi męskimi współczesnymi, oczywiście intymnymi wokalizami, również sprawiali wrażenie zadowolenia z większego nasycenia czy to mocnych gitar, wściekłych dęciaków i znacznie lepszego pozycjonowania frontmena na tle burzącego mury rockowego teamu.
Nie wiem, jak producent to pogodził, ale w takim duchu odbierałem cały opisywany test. Test, który tylko w jednym przypadku, chyba to jest zrozumiałe, że spowodowanym wpisanym już w kod DNA mojego zestawu startowym solidnym ciężarem muzyki, mógł sprawić wrażenie zbyt zachowawczego, nawet biorąc pod uwagę spory margines tolerancji. Ten przypadek związany był z muzyką elektroniczną. Ta owszem, kiedy wymagał tego materiał, bez najmniejszych problemów realizowała zapisane w nutach sejsmiczne pomruki. Ba, nawet często preparowane wstawki wokalne pokazywały się z niezłej, bo nadal podszytej agresywnością strony. Jednak w moim odczuciu największym polem do narzekań dla wielbicieli tego rodzaju planowo powoływanych do życia zniekształceń była zbyt ciepła barwa wszelkich, z założenia nieprzyjemnych dla ucha pisków i przesterów. Nie było problemu z rozmachem, energią, a także namacalnością prezentacji. Problemem była za to zbyt duża dawka gładkości. Byłbym nie fair, gdybym nie wspomniał, iż w moim przypadku dało się tego słuchać nawet z nutą przyjemnością. Tylko czym innym jest przyjemność stroniącego od takich wydarzeń podstarzałego melomana, a czym innym przyjemność oczekującego niestrawnego dla ucha poziomu wrzasku, pełnego życiowej werwy młodzieńca. Jednak zaznaczam, mój zestaw sam w sobie kroczy ścieżką barwy, co pozwala snuć przypuszczenia, że inny set zareaguje na aplikację niemieckiej myśli technicznej w mniej chimeryczny sposób.
Czy zachęciłem Was do nabycia tytułowego kondycjonera? Mam nadzieję, że przynajmniej do zapoznania się z nim na własnym podwórku. Przecież każdy zestaw audio to inna historia. Naturalnie uzyskane wyniki prawdopodobnie pójdą w opisaną przez mnie stronę, jednak to, co dla jednego jest sonicznym nietaktem, dla innego może być minimalnym przesunięciem poziomu temperatury przekazu, który w ogólnym rozrachunku może okazać się nawet tym oczekiwanym. Ja wiem jedno. Wszyscy skazani na słaby, bo okupiony wielkomiejskim życiem w wielorodzinnym domu prąd, bezwarunkowo powinni pochylić się nad omawianym Kecesem BP-2400. Reszta natomiast tylko wówczas, gdy nie hołubi latającym w eterze żyletkom. Te niestety jeśli nawet się pojawią, będą bezpiecznie dla ucha w dobrym tego słowa znaczeniu, stępione.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Avantgarde Acoustic Trio Luxury Edition 26
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Audiofast
Ceny
Keces BP-2400: 9 710 PLN
Shunyata Research Alpha v2 NR: 10 000 PLN
Dane techniczne:
Moc: 2400 VA
Liczba gniazd wyjściowych: 8
Wymiary (S x G x W): 430 x 340 x 133 mm
Waga: 25 kg
Amerykańska firma Shunyata Research wprowadziła do swojej oferty całkowicie nową linię kondycjonerów o nazwie DENALI. Specjalnie opracowana pionowa konstrukcja kondycjonerów DENALI sprawia, że można je ustawić za stolikiem audio, oszczędzając cenne miejsce na półkach. Niewielka odległość kondycjonera od komponentów systemu oznacza z kolei możliwość stosowania krótszych przewodów zasilających.
Pionowe kondycjonery DENALI są wyposażone w zintegrowaną podstawę antywibracyjną z własnymi stalowymi stopkami. Dla miłośników tradycyjnych, poziomych kondycjonerów zaprojektowano tańszy model DENALI 6000/S, który pod względem konstrukcji wewnętrznej nie różni się niczym od pionowego odpowiednika DENALI 6000/T. Na potrzeby serii DENALI opracowano również unikalne rozwiązanie problemów związanych ze stosowaniem ciężkich high-endowych przewodów zasilających. Nowy system równoważy ciężar przewodu i zapobiega wypadaniu wtyczki z gniazda.
Kondycjonery DENALI zapewniają prąd o praktycznie nieograniczonym natężeniu, wystarczający by napędzić nawet potężne końcówki mocy. Urządzenia te są wyposażone w zaawansowany automatyczny wyłącznik elektromagnetyczny 20 A, a wewnętrzne okablowanie to grube przewody 8 AWG.
W nowej serii DENALI zastosowano również cały szereg unikalnych, nowatorskich technologii firmy Shunyata Research, jak między innymi:
– styki CopperCONN – wykonane z miedzi OFE styki zapewniające najlepszą możliwą przewodność przy minimalnej rezystancji. W branży nie ma w tej chwili lepszych gniazd sieciowych.
– wykorzystanie w produkcji procesu KPIP [Kinetic Phase Inversion Process], znacznie skracającego czas wygrzewania urządzenia oraz poprawiającego jakość jego brzmienia.
– wewnętrzne okablowanie korzystające z opracowanej przez firmę Shunyata Research technologii ArNi, wykonane w geometrii VTX z miedzi OFE C0100 i poddane obróbce w procesie KPIP.
– opatentowane komory izolacji szumu NICv2 znacząco redukujące zakłócenia wysokoczęstotliwościowe w zakresie mega- i gigaherców – nowe komory są wydajniejsze i mniejsze od komór pierwszej generacji.
– technologia QR/BB pozwalająca zminimalizować wrażenie kompresji dynamiki słyszanej często po podłączeniu wzmacniacza mocy do kondycjonera prądu. Po podłączeniu wzmacniacza do kondycjonera DENALI, dynamika wręcz poprawia się, nawet w porównaniu do bezpośredniego podłączenia wzmacniacza do dedykowanego gniazda ściennego.
– filtry klasy medycznej CCI [Component-to-Component Isolation] zastosowane między poszczególnymi komponentami eliminują transmisję szumu między poszczególnymi częściami układu. Filtry te zostały opracowane dla potrzeb urządzeń wojskowych i medycznych, i dziś są na przykład stosowane również w elektrokardiologii. Poziom zniekształceń pojawiających się między komponentami można dzięki nim zredukować o ponad 60 dB w paśmie od 500 kHz do 10 MHz!
Ceny detaliczne:
Shunyata Research Hydra Denali 2000/T 21 160 zł
Shunyata Research Hydra Denali 6000/S 24 860 zł
Shunyata Research Hydra Denali 6000/T 30 150 zł
Dystrybucja: Audiofast
Najnowsze komentarze