Monthly Archives: maj 2022


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Octave Audio Jubilee

Opinia 1

Dzisiejszy bohater, jakim jest niebagatelny, bo flagowy zestaw wzmacniający Octave Audio Jubilee znakomicie pokazuje, jak określający nasz byt na tym ziemskim łez padole czas nie tylko nieubłaganie, ale i szybko mija. Tak tak, ze smutkiem oznajmiam, iż od pierwszego starcia na naszych łamach z tą konstrukcją minęło nieco ponad siedem lat. Lat, które oprócz zrozumiałego zasiadania marki w loży producentów segmentu High End, przy okazji pozwoliły działowi inżynierskiemu skupić się na próbie udoskonalenia już wówczas znakomitego produktu. Po co kolokwialnie mówiąc grzebać w czymś bardzo dobrym? Z dwóch powodów. Po pierwsze – bez względu na znajomość znanej prawdy, iż „lepsze jest wrogiem dobrego”, jeśli w swym dążeniu do ideału umiemy zachować zdrowy rozsadek, w końcowym rozliczeniu temat ma szansę się powieść. Zaś po drugie – mimo naturalną koleją rzeczy niezmiennego wzorca dźwięku na żywo, na przestrzeni czasu ewaluują gusta oraz wymagania melomanów, co liczący się w branży podmiot powinien brać pod uwagę. Co mam na myśli wspominając zmiany gustu i oczekiwań? Z jednej strony same banały, zaś z drugiej swoiste pułapki typu: poszukiwanie przez konsumentów nieco innego sznytu grania niż poprzednik lub w przypadku będących bohaterami dzisiejszego spotkania, z uwagi na coraz bardziej wymagające kolumny znaczne zwiększenie wydajności prądowej. Dlaczego pułapki? W pierwszym przypadku zderzamy się ze zmianą znanego od lat brzmienia, co rodzi ryzyko buntu wiernych fanów, a w drugim bardzo łatwo wpaść w pułapkę przerostu formy nad treścią, gdy nastawienie konstruktora na uzyskanie jak największej mocy zabije muzykalność urządzenia. Jeden i drugi aspekt na tym poziomie jakości jest bardzo newralgiczny dla finalnego brzmienia systemu, a mimo to Niemcy w odpowiedzi na potrzeby konsumentów podjęli rękawicę skorygowania czegoś teoretycznie skończonego. A jeśli tak, pewnie zainteresuje Was kilka poniższych akapitów, w których postaram się przybliżyć starcie numer dwa z dystrybuowanym przez warszawsko-krakowskiego dystrybutora Nautilus zestawem pre-power niemieckiego producenta Octave Audio Jubilee Preamp z najnowszą odmianą monofonicznych końcówek Jubilee Mono SE.

Jeśli chodzi o kwestię budowy i wyglądu obydwu produktów, w znakomitej większości mamy do czynienia z identycznymi konstrukcjami. Jednak stwierdzenie „znakomita większość” nie oznacza 100% zgodności. Temat identyczności dotyczy jedynie przedwzmacniacza liniowego – to ta sama konstrukcja sprzed lat i wyglądu końcówek mocy ze znakiem rozpoznawczym w postaci zaaplikowanego w centrum frontów pomiędzy dwoma grubymi płatami aluminium, przepięknego, bo jasnobeżowego z wyrazistymi żyłami w odcieniu brązu kamiennego granitu. Jak pokazują fotografie liniówkę podzielono na dwa moduły, z czego jeden jest wydzielonym zasilaczem, drugi sercem konstrukcji z układami elektrycznymi w swych trzewiach wykorzystującymi szklane bańki. W kwestii obudowy zasilacz prostopadłościanem, a główny człon wariacją przyjemnie wyglądającej płaszczki z bardzo pomocnymi uchwytami logistycznymi na bokach. Wyposażenie frontów w przypadku zasilacza opiewa na główny włącznik i diodę sygnalizująca pracę urządzenia, natomiast sekcji sterującej trzy wielkie gałki – lewa aktualny wybór stanu urządzenia, środkowa wzmocnienia, a prawa wybór wejść. Gdy dotarliśmy do rewersów obydwu konstrukcji, w dawcy energii mamy do dyspozycji wyprowadzony na stałe, zakończony wielopinowym wtykiem kabel dystrybuujący prąd, gniazdo zasilania, dwa gniazda pozwalające na kontrolę całego zestawu z pułapu jednego komponentu oraz przydatny uchwyt transportowy, natomiast w pre kilka różnorodnych bloków wejść i wyjść w wersji RCA./XLR, kilka hebelków wybory pracy RCA/RLX, zacisk uziemienia, komputerowy terminal dla podłączenia opcjonalnego pilota zdalnego sterowania oraz wielopinowe gniazdo odbierające energie elektryczną.
Czym zaszczycają nas monobloki? Tym razem obudowa przy solidnej głębokości, dość niewielkiej szerokości tworząc dwie wieże w temacie wysokości poszybowała mocno w górę. Powód? W dolnej części znajdują się układy elektryczne, zaś na samej górze pod metalowymi osłonami dwa rzędy po cztery sztuki – po 8 na każdy piecyk – lamp mocy KT 120. Przyznam szczerze, że nie tylko wygląda to fenomenalnie, ale również jest bardzo funkcjonalne, gdyż nie zajmuje połowy podłogi i tak obstawionego sprzętem pokoju. Front tak prezentujących się skrzynek jest kontynuacją pomysłu z przedwzmacniacza, czyli umieszczony pomiędzy dwoma płatami grubego aluminium identycznie wyglądający granit z logo marki. Górna część obudowy w swym centrum jest ostoją dla trzech guzików – Standby, Muting oraz wyboru punktu pracy lamp Power Pre Selector, tuż za nimi pokrętła wyboru regulowanej w danym momencie lampy mocy, natomiast tuż przed tylną ścianką wyświetlacza wartości poziomu wybranej pracy lampy. Co do rewersu, w górnej części znajdziemy 8 pokręteł regulacyjnych wartość BIAS-u wspomnianych baniek próżniowych, z lewej strony wejścia RCA/ XLR z hebelkami wyboru jednego z nich, tuż obok nich wielki prostokątny radiator, a pod nim włącznik główny, dwa komplety zacisków kolumnowych, gniazdo zasilania oraz gniazdo opcjonalnie spinające monobloki w jedną kompatybilną całość z całym zastawem Octave.
Co można powiedzieć o różnicach pomiędzy wcześniejszą, a najnowszą wersją końcówek mocy? Po pierwsze – oczywistym posunięciem są drobne zmiany w układach elektrycznych. Po drugie – zamiast wyboru pracy pomiędzy funkcją triody i pentody mamy do wyboru poziomy punktu pracy lamp, czyli dwa rodzaje Bias-u – wysoki i niski. Po trzecie – konstruktor w trosce o ostatnimi czasy bardzo oczekiwaną dobrą wydajność wzmacniaczy zamierzenie przewymiarował transformatory, które przy poborze energii na poziomie 2KW znacznie łatwiej oferują podawane przez producenta wówczas i obecnie 400W mocy na kanał. Mało? Bynajmniej, bowiem tym razem w przypadku Octave Jubilee śmiało możemy mówić o potrafiących napędzić przysłowiowe słupy telegraficzne „konsumenckich spawarkach”. Spawarkach, które w połączeniu z dwoma opcjami wzmocnienia w przedwzmacniaczu dają użytkownikowi nie tylko szeroką paletę wyboru odpowiedniego wzmocnienia do posiadanych zespołów głośnikowych ale również specyfiki budowania realiów spektaklu muzycznego.

Rozpoczynając opis recenzenckiego mitingu o tytułowym zestawie jestem zobligowany wspomnieć, iż w kwestii ostatniego szlifu brzmienia słyszałem go w dwóch ciekawych odsłonach. Jednej z wyrazistymi kolumnami Audio Physic Midex 2, zaś drugiej z będącymi tematem dzisiejszego opisu stacjonującymi u mnie na stałe Gauderami Berlina RC-11 Black Edition. W pierwszym kontynuując sznyt grania niemieckich kolumn było bardzo wyraziście w domenie krawędzi i ekspresji na górze, zaś w najnowszej odsłonie również niemieckich produktów ze stajni Rolanda Gaudera znacznie płynniej. To były dwa nieco różniące się światy, co pokazuje, że set Octave mimo posiłkowania się lampami we wzmacnianiu sygnału nie forsował sznytu zawsze miłego i plastycznego grania, tylko w zależności co do niego podłączyłem, czyniąc produkt w miarę uniwersalnym wynik w zdroworozsądkowym zakresie ciekawie ewaluował. Mało tego. Dodatkowym atutem była możliwość dobrania do własnych potrzeb poziomu wzmocnienia w przedwzmacniaczu w stosunku do Bias-u w końcówkach mocy, co oprócz wyrazistszego lub płynniejszego wysterowania kolumn zmieniało realia budowanej wirtualnej sceny. Raz była bliska i dzięki temu bardzo namacalna, zaś innym razem odleglejsza, a przez to budowana z sugestywnym rozmachem. No dobrze, posłodziłem ile mogłem, zatem przyszedł czas zdradzić, jak nasz bohater spisał się w głównym starciu?
Po pierwsze – zagrał z mocnym, gdy wymagał tego materiał powodującym trzęsienia ziemi, bo soczystym i energicznym dolnym zakresem. Po drugie – z zarezerwowaną dla lamp elektronowych świetną plastyką na środku pasma. A po trzecie – z podobnie prezentowanymi, czyli w estetyce raczej informacyjnego, ale jednak spokoju wysokimi rejestrami. Bez wyostrzeń, czy nadmiernej ekscytacji poszukiwaniem ostrej kreski, tylko w służbie muzykalności gładko i esencjonalnie. Czy to jest bajka dla każdego, to już inny temat, gdyż jeden woli ostro i wyraziście, inny w stylu naszego bohatera, czyli z pulsującą plastyką, a jeszcze inny anorektyczny syrop. Ja osobiście w odniesieniu do poprzednika, oczywiście bazując na dwóch wspomnianych występach wolę obecną niż poprzednią odsłonę Octave Jubilee, gdyż nowa oprócz przyjemnego sznytu grania potrafiła pokazać go w dwóch różniących się obliczach. Wcześniejszy model bez względu na fakt wyboru pracy w trybie pentody lub triody zawsze był mocno wyrazisty w oddaniu krawędzi dźwięku i agresji górnego zakresu, za co wielu melomanów przyklejało mu łatkę tak zwanego lampowego tranzystora. Nie było znaczenia, z jakimi kolumnami grał, zawsze był zaczepny, dlatego jestem rad, że w tym przypadku udało się uniknąć.

Jak wypadała konkretna muzyka? Na początek ewidentna woda na młyn opiniowanego konglomeratu w postaci ścieżki filmowej „Blade Runner 2049”. To była feeria sejsmicznych pomruków poprzecinana mocnymi tąpnięciami i długimi elektronicznymi smugami dźwiękowymi. Na tyle narkotycznie wypadającymi, że popadając w zamierzoną przez kompozytora hipnozę mój mózg natychmiast, wręcz bezwiednie, jednak z pełną aprobatą formatował się na pełne chłonięcie tych raz spokojnych, a innym razem mrocznych fraz nutowych. I nie było znaczenia, że co któryś kawałek ta batalia o zawładniecie moim ośrodkiem zarządzania ciałem była przerywana również dobrze odbieranymi utworami wokalnymi, gdyż natychmiast po powrocie do głównego motywu za sprawą nie tylko głębi dźwięku, ale również fenomenalnej wieloplanowości wirtualnej sceny, system ponownie wyłączał moje odruchy obronne i pozwalał wybudzić się dopiero po dobrnięciu soczewki lasera do stanu początkowego.
Innym przykładem potwierdzającym sznyt plastyki przekazu była muzyka barokowa spod znaku Jordi Savalla „Pieśni do Sybilli”. Wszelkiego rodzaju wokaliza – czy to damska, męska, czy chóralna – wypadała zjawiskowo. Esencja wspomagania gładkością, a przez to namacalnością znakomicie odnajdywały się w wielkich kubaturach kościelnych. Z dobrym pokazaniem ich budowlanego rozmachu i monumentalizmu, a także oddaniem gradacji wszechobecnego echa. Naturalnie w znakomitej większości w sukurs ludzkim głosom szło często będące wierną repliką instrumentarium. Oddanie materiału z jakiego zostały wykonane, pokazanie czasem ich innego niż obecnie strojenia z jednym małym „ale” w konfiguracji z Gauderami, a bez uwag z Audio Physic-ami były znakomite. Co takiego mi doskwierało? Spokojnie, to drobiazg, ale czasem pożądany. Chodzi mianowicie o sporadyczne poczucie zbyt małego udziału palca na przykładowej strunie gitary barokowej i temu podobnych aspektów. Było miło i przyjemnie, jednak szczypta agresji w szarpaniu strun czasem jest niezbędna. Jednak zaznaczam, taki niuans odczuwałem w jednej z konfiguracji.
Na koniec kilka zdań o muzycznym buncie w wykonaniu Yello na płycie „Touch” oraz AC/DC „Higway To Hell” . Biorąc pod uwagę swobodę oddania energii basu oraz jego niezbędnej ilości płyta z elektroniką wypadła fenomenalnie. Było mięso i mocny puls. Natomiast w kwestii pokazania elektronicznie wykreowanego oddechu i ostrego cięcia międzykolumnowego eteru z uwagi na zapisaną w kodzie DNA plastykę prezentacji nieco łagodniej niż prawdopodobnie życzyliby sobie miłośnicy takich nurtów. Nie to, że źle, ale ze zbyt dużym spokojem. Z drugiej strony produkcja hardrockowa raczej na tym zyskiwała. To jest materiał zrealizowany dość szczupło i jazgotliwie, dlatego posmak lampy, a także jej esencja podparta energią spowodowały, że mimo naturalną koleją rzeczy spowolnienia narastania sygnału, odbiór niewiele stracił na nieobliczalności, a za to stał się znacznie przyjemniejszy. Niestety zawsze jest coś za coś, co występ naszego punktu zainteresowań na ile to możliwe, starał się minimalizować.

Gdzie na osi sznytu grania umieściłbym tytułowy set pre/power Octave Jubilee? Bez większego namysłu pomiędzy ostrym i nadmiernie wyrazistym malowaniem świata muzyki, a jego przeciwnością, czyli przekazem zdradzającym symptomy zażycia Pavulonu – niby gładko i plastycznie, jednak bez energii. Najnowsza odsłona niemieckiego wzmocnienia nie szuka poklasku w byciu pierwszym w każdym aspekcie typu: ostra kreska, czy bezpardonowa wyrazistość prezentacji, tylko skupia się na pokazaniu świata muzyki z jego przyjemniejszej strony. Jednak jak wspominałem, w zależności do konfiguracji z możliwością lekkiego naginania jej do swoich potrzeb. Oczywiście także wówczas oferuje kopnięcie i wyczuwalny puls niskich tonów, pełną energii średnicę i skrojone w służbie reszty pasma, nie wychodzące przed szereg wysokie tony. Czy to jest oferta dla każdego? I tak i nie? powód? Jeśli wszyscy zadadzą sobie trud dobrania odpowiedniej reszty toru, wówczas spokojnie poleciłbym ją każdemu. Jeśli natomiast opisany zestaw jednorazowo bez prób z kilkoma innymi, podłączycie do przypadkowych, nie do końca wpisujących się w Wasze gusta kolumn, wówczas wiedząc, iż może wydarzyć się porażka, takowych delikwentów natychmiast bym skreślił. Tylko tyle i aż tyle. Co zatem z tym fantem zrobić? To proste. Jeśli jesteście otwarci na wpisane w naszą zabawę nieodzowne próby przed końcową oceną i ewentualnym zakupem tytułowego zestawu, śmiało możecie dzwonić do dystrybutora. Jestem pewny, że będzie z tego chleb.

Jacek Pazio

Opinia 2

O ile z publikacją recenzji Synergistic Audio Galileo SX IC XLR przed zawirowaniami w amerykańskim portfolio się nie wyrobiliśmy, o tyle z testem poprzedniej inkarnacji topowego zestawu Octave Audio Jubilee już takiej nerwówki nie było. Co prawda obecne wersje monobloków, tym razem rozszerzone o dopisek SE światło dzienne ujrzały właśnie w 2015 r., jednak wprowadzone przez Andreasa Hofmanna i jego zespół zmiany śmiało można określić, przynajmniej od strony konstrukcyjnej, mianem ewolucyjnych a nie rewolucyjnych. Dla przybliżenia ciągu życia niemieckiej elektroniki jeszcze tylko wspomnę, iż Jubilee Mono produkowano od 2003 r. do 2013 roku praktycznie bez żadnych zmian – bazując na lampach 6550 lub KT 88, jedynie później wprowadzono opcjonalną wersję High Power z KT 120 a będące obiektem naszych dzisiejszych westchnień katafalki, również oparte na 120-kach, trafiły na sklepowe półki w 2015. O schodzącym w 1998 r. z deski kreślarskiej przedwzmacniaczu można napisać jeszcze mniej, gdyż przeszedł on drobny lifting w 2001 r i od tamtej pory jego ewentualnymi modyfikacjami nikt specjalnie się nie chwalił, choć uważni akolici marki z pewnością odnotowali fakt zastąpienia odpowiedzialnego za regulację głośności potencjometru zmotoryzowanym, czyli już współpracującym z pilotem, Alpsem. Krótko mówiąc fluktuacja modeli w katalogu Octave ma iście żółwie tempo, co szalenie cieszy, gdyż świadczy o gruntownie przemyślanych i dopracowanych projektach, których nie trzeba co chwilę poprawiać, bądź nie daj Bóg wycofywać od razu po premierze. Dlatego też biorąc na redakcyjny tapet bądź co bądź mające już siedem lat na karku konstrukcje, czyli Octave Jubilee Mono SE wraz z dedykowanym przedwzmacniaczem liniowym o wszystko mówiącym oznaczeniu Preamp bynajmniej nie czuliśmy, że otrzymaliśmy jakąś skamielinę, lecz produkt, który jeszcze kilka, jeśli nie kilkanaście, lat w katalogu egzystować będzie.

Nie da się ukryć, iż tytułowy, dostarczony przez krakowską ekipę Nautisusa (unboxing unaocznia skalę przedsięwzięcia) zestaw Octave Jubelee do najmniejszych nie należy, więc zapobiegliwie warto wziąć ów fakt pod uwagę i zawczasu przygotować dla niego odpowiednią miejscówkę, gdyż o ile dwumodułowe Pre jeszcze na standardowym stoliku bez większych problemów ustawimy, to już dla Mono-sów lepiej zaopatrzyć się w jakieś platformy. Sam przedwzmacniacz prezentuje się nad wyraz elegancko. Masywną płytę czołową wykonano bowiem z dwóch płatów anodowanego na czarno aluminium (dostępna jest też wersja srebrna) pomiędzy którymi umieszczono centralnie osadzony element z przepięknego granitu z masywnym pokrętłem głośności. Pozostałe, bliźniacze gałki umieszczone po bokach, już na aluminiowych płytach służą do wyboru źródeł, lewa – z pętlą magnetofonowa, bądź bez niej i prawa – już klasyczny selektor wejść. Płyta górna prezentuje się równie atrakcyjnie gdyż w roli optycznego przedłużenia elementu granitowego zastosowano przydymioną szybę po bokach której poprowadzono już aluminiowe, perforowane płyty zapewniające cyrkulację powietrza wewnątrz korpusu. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że największe wrażenie robi widok pleców niemieckiego przedwzmacniacza ma których patrząc od lewej mamy port RS232 do zdalnego sterowania (jest to płatna opcja), parę wejść XLR (CD SYM) z hebelkowym aktywatorem, wejścia XLR i RCA dla phonostage’a z zaciskiem uziemienia i selektorem, przełącznik masy, trzy pary wejść liniowych RCA, dwie pętle magnetofonowe i po dwie pary wyjść w standardzie RCA i XLR. Listę zamyka wielopinowe gniazdo zasilania. Co do zasilacza, to wbrew tradycji, że takie „dodatki” z reguły wstydliwie chowa się za modułami sygnałowymi, Octave dopasowało jego wzornictwo do jednostki głównej i nie poskąpiło zarówno masywnych aluminiowych płyt, jak i granitowej wstawki na froncie, więc nigdzie go chować nie trzeba. Płytę czołową zdobi jedynie spory przycisk włącznika głównego i niewielka czerwona dioda informująca o stanie pracy urządzenia. Korpus wykonano z blaszanej kształtki z poprzeczną perforacją na płaszczyźnie górnej. Na ścianie tylnej znajdziemy standardowe, zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC, wyjście przewodu zasilającego dla sekcji sygnałowej i dwa terminale sterujące dedykowane monoblokom.
Strzeliste kolumny monobloków powtarzają pomysł na front z centralnie umieszczonym pasem granitu okolonym z obu stron grubymi płatami aluminium. Płyta górna zachowuje powyższą zasadę trójpodziału, z tą tylko różnica, że boki z litych przeszły w ażurowe maskownice chroniące lampy a pas środkowy z granitowego ewoluował do postaci aluminiowego będącego nosicielem trzech zlicowanych z nim przycisków odpowiedzialnych za usypianie/wybudzanie, wyciszenie, nastawy przedwzmacniacza i pokrętło oraz czerwono/czarny wyświetlacz pozwalający na pomiar i biasu poszczególnych lamp, których regulacji dokonujemy już z poziomu panelu usytuowanego na ścianie tylnej. Oferta przyłączy obejmuje w każdym monobloku gniazda RCA i XLR wraz ze stosownym przełącznikiem oraz aktywatorem energooszczędnego trybu Eco. Podwójne, zakończone motylkowymi nakrętkami terminale głośnikowe umieszczono tuż przy podstawie i uzupełniono o towarzystwo gniazda zasilającego, włącznika głównego i terminala magistrali sterującej (opcjonalny Remote Activation).

Nieśmiało zapuszczając żurawia do trzewi warto wspomnieć o pewnej wydawać by się mogło oczywistej prawdzie. Otóż nikomu nie trzeba chyba uświadamiać, że jeśli się chce, żeby coś było zrobione porządnie, to z reguły trzeba to zrobić samemu, bądź chociażby czujnie niczym ważka nadzorować cały proces. Z podobnego założenia wyszedł również Andreas Hofmann, dlatego też bądź co bądź kluczowe dla brzmienia lampowców, wszystkie transformatory produkowane są przez Octave własnym sumptem na dwóch nawijarkach Meteor a następnie zalewane są żywicą w warunkach próżni. Z kolei elementy mechaniczne, których nie można wykonać na miejscu zlecane są pobliskim, wyspecjalizowanym wytwórcom. Dzięki temu Octave ma praktycznie pełna kontrolę nad produkcją utrzymując zarazem odpowiednie stany magazynowe lamp, co w realiach wojny za naszą wschodnią granicą dobitnie świadczy o zapobiegliwości niemieckiej ekipy.
Z rzeczy najistotniejszych nie sposób pominąć faktu, iż choć Jubilee Pre ma korpusy obu modułów – zarówno sygnałowego, jak i zasilającego zamknięte, to w sygnałowym, jak na Octave przystało za wzmocnienie sygnału dopowiadają oczywiście lampy, a dokładnie pięć podwójnych triod z rodziny ECC82. Z kolei moduł zasilający lwią część swoich 11,5 kg zawdzięcza potężnemu, ekranowanemu transformatorowi EI, w osobnej komorze wygospodarowano miejsce dla dwóch zasilaczy z diodami Shottky’ego, układami stabilizującymi i sterującymi układami sekcji sygnałowej. Z kolei monobloki, które już tradycyjnie rozbudowywano w górę a nie jak to zwykle bywa w orientacji poziomej mogą pochwalić się piętrową budową. Dwa biegnące wzdłuż krawędzi bocznych górne tarasy, ukryte przed paluszkami ciekawskich milusińskich pod gęsto ponacinanymi aluminiowymi profilami okupują lampy mocy. W każdym monobloku rezyduje tam po osiem KT120. Piętro niżej zlokalizowano układy wejściowe oraz sterownik lamp mocy, tuż obok przycupnął tercet ECC82 i monstrualne kondensatory, którym pod względem postury dorównuje jedynie nie mniej imponujący transformator zasilający współpracujący z soft-startem.

Przechodząc do części odsłuchowej głównym, nurtującym mnie pytaniem było co przyniosła zmiana ich punktu pracy 120-ek i niemalże dwukrotny (z 250 na 400W) przyrost mocy w stosunku do podstawowej wersji. Może to odważna teza, jednak już wielokrotnie się przekonałem, że to nie same lampy wpływają na brzmienie danej konstrukcji, lecz raczej mniej, bądź bardziej udana aplikacja a we wzmacniaczach jeszcze jakość transformatorów. Weźmy na ten przykład kultowe w pewnych kręgach konstrukcje Audio Tekne, czy Air Tight, gdzie właśnie trafa „robią robotę”. Dlatego też mając świadomość iż w Octave transformatory nawijane są „własnoręcznie” przez ekipę z Karlsbad-u od zawsze, to w przyroście mocy można było dopatrywać się ewentualnych zmian w porównaniu do protoplastów. I tak też było w istocie, jednak już ich kierunek okazał się zupełnie przeciwny do zakładanego. Co prawda przedwzmacniacz nadal dyskretnie usuwał się w cień perfidnie udając, że go w torze nie ma, co osobom postronnym i nieobeznanym z High-Endem może wydawać się co najmniej dyskusyjne, szczególnie jeśli na jego wpływ a raczej jego praktyczny brak patrzą przez pryzmat ceny, to proszę mi wierzyć na słowo, że określenie „całkowita transparentność” dla preampu jest najwyższym komplementem, na jaki może zasłużyć. I tak też Jubilee Preamp oceniam, czyli jako element szalenie poprawiający ergonomię – vide nader szeroki wachlarz wejść i wyjść, zapewniający zgodność tak impedacyjną, jak i prądową wzmocnienia z pozostałymi komponentami systemu a jednocześnie praktycznie nieposiadający własnego charakteru. Z kolei duet Jubilee Mono SE to już zupełnie inna para kaloszy, gdyż o ile ich poprzednią wersję bez chwili zastanowienia określiłbym mianem bezkompromisowej, szalenie angażującej, lecz jednocześnie wyraźnie stawiającej na atak i transparentność, co przy niektórych nagraniach delikatnie zahaczało o wyczynowość godną topowej wersji GT-Ra, to brzmienie tytułowej odsłony SE wraz ze wzrostem mocy ewoluowało w kierunku elegancji i dojrzałości. Pozostając w kręgu motoryzacyjnych analogii można byłoby zatem mówić o wyrafinowaniu, czy wręcz prezesowskiej dostojności Mercedesa-AMG S 65, bądź nawet Maybacha S 680, gdzie przyjemność z jazdy przede wszystkim ma dotyczyć pasażerów zasiadających na tylnym siedzeniu i mających do dyspozycji oprócz barku, również system audio Burmestera. Nie oznacza to bynajmniej utraty kontroli nad samym procesem odsłuchu a jedynie oczekiwany przez nas wzrost komfortu i to niezależnie od prędkości „przelotowej”. Tutaj, znaczy się z aktualnym wypustem topowych Octave, akcent z aspektów dynamicznych, które nadal są wysoce satysfakcjonujące, o czym dosłownie na chwilę, został przeniesiony na koherencję i niewymuszoność przekazu. Dzięki temu o ile na poprzednich wersjach każde potknięcie realizatora oznaczało uderzenie jakbyśmy twardo zawieszonym GT-R-em wjechali w jakąś nierówność na drodze, co natychmiast odczuwaliśmy całym ciałem, to tym razem set Octave tego typu atrakcje traktował z iście stoickim spokojem niewzruszenie snując reprodukowaną opowieść. Oczywiście próżno spodziewać się nawet po tej klasy systemie, że z wykastrowanego z najniższych składowych i czerstwego jak suchary serwowane przez prowadzącego jeden z teleturniejów, który lata świetności dawno ma za sobą „…And Justice for All” Metallicy zrobi coś chociażby zbliżonego do soczystości i energetyczności basu dostępnego na „IMPERIAL” Soen, jednak tym razem zamiast wskazywania nieprawidłowości była jedynie przekazywana smutna refleksja, że bardzo nam przykro, ale to w samym materiale „nie pykło” i lepiej już nie będzie, bo z pustego, to i Salomon nie naleje. Za to wspomniany Soen zabrzmiał wprost wybornie – gęsto, potężnie i z fenomenalnym timingiem zadając tym samym kłam twierdzeniom, że ciężkie brzmienia nie „grają” dobrze na high-endowych systemach. Jednak nawet w trakcie najbardziej spektakularnych spiętrzeń perkusyjnych blastów, podwójnej stopy i ściany gitarowych riffów nie dało się nie zauważyć braku jakiejkolwiek kompresji, czy prób upraszczania, bądź nawet delikatnego podkręcania tempa, by nie musieć skupiać się na pozornie drugo, bądź trzecioplanowych detalach. Tutaj, niezależnie od partyturowej gmatwaniny i ilości nałożonych ścieżek panowała pozorna nonszalancja i niewzruszoność. Jednak nonszalancja nie wynikająca z zadufania, lecz z profesjonalizmu i świadomości mocy, jaką ma się do dyspozycji. Octave niczego nikomu udowadniać nie tylko nie musi, co wręcz nie zamierza. Po prostu robi swoje i robi to nie oglądając się na innych.
Kobiece wokale wypadają równie urzekająco, więc odsłuch „Lost Souls” z jednej strony pieścił nasze zmysły wysokim, acz niepozbawionym ciepła wokalem Loreeny McKennitt, a z drugiej nie dawał zapomnieć, że mamy do czynienia ze składanką, więc różnice realizacji poszczególnych utworów były nad wyraz oczywiste. Dopiero przesiadka na pełnokrwiste wydawnictwa w stylu „Visit”, czy „The Book of Secrets” wprowadziły pełną spójność przekazu oszczędzając odbiorcom niepotrzebnych „rozpraszaczy”. Jest to oczywisty przykład, że pomimo wspominanego wyrafinowania Octave niczego nie uśredniają i nie przedkładają muzykalności ponad prawdomówność. Co innego realizm i namacalność wszelakiej maści niuansów i audiofilskich smaczków, których na albumach McKennitt mamy w bród. Świergot ptactwa wydaje się na tyle rzeczywisty, że zamiast nerwowo rozglądać się za jego źródłem po prostu przyjmujemy go jako oczywistą oczywistość – jakbyśmy wraz z artystką przenieśli się na jakąś ukwieconą irlandzką łąkę, bądź zacisznego sadu stając się niemym obserwatorem plenerowego muzykowania. Nie muszę chyba dodawać, iż przestrzenność okraszonych tego typu atrakcjami nagrań staje się od pierwszych taktów właściwa realizacjom live na świeżym powietrzu.
Na osobny akapit zasługuje reprodukcja najniższych składowych, które na pierwszy rzut oka, znaczy się ucha, wydają się dość miękkie i na swój sposób niezobowiązujące. Ot, są, bo są – niby na swoim miejscu, ale bez jakiś ochów i achów. To wszystko jednak pozory, gdyż po pierwsze niemiecki tercet egzotyczny odwzorowuje zapisane w materiale źródłowym informacje, gdzie przecież nie zawsze i nie wszędzie jest miejsce i czas na basowe pomruki a po drugie, gdy takowa potrzeba się pojawi, to Octave potrafią zejść zaskakująco nisko zachowując właściwą energię i potęgę praktycznie do samego końca. Proszę tylko sięgnąć po dowolną hollywoodzką superprodukcję, ot chociażby daleko nie szukając soundtrack do „Pacific Rim”, gdzie właśnie ten najniższy – subsoniczny bas wcale nie stanowi permanentnego tła dla reszty instrumentarium, lecz odzywając się od czasu do czasu jedynie buduje klimat i podkreśla kulminacyjne momenty. Momenty na które warto czekać i do których wracać, by nie tylko usłyszeć, lecz przede wszystkim poczuć stosowne „tąpnięcie”.

„Najnowsza” (cudzysłów z racji wieku tytułowych konstrukcji w pełni zamierzony) odsłona Octave Preamp & Jubilee Mono SE, to zestaw, który ma jasno sprecyzowane priorytety, którymi są wyrafinowanie i elegancja oparte na potężnej mocy i jedwabistej gładkości. Czy jest to propozycja dla przysłowiowego „każdego” miłośnika High Endu? Z racji ceny przekraczającej 100 000€ z pewnością nie. Jednak o ile tylko taki pułap cenowy nie jest dla kogoś problemem, to chociażby z ciekawości warto na niemiecki set rzucić uchem, gdyż jest to przykład, że da się jednak z pomocą lampy na poziomie w pełni satysfakcjonującym napędzić nawet trudne kolumny i o ile kontur i definicja może nie będą tak precyzyjne jak z potężnych tranzystorowych pieców Gryphona, czy Vitusa, to ewentualne różnice oceniać będą sami zainteresowani i coś mi się wydaje, że raczej w kategoriach własnych gustów i preferencji a nie na zasadzie wyższości jednego nad drugim.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Nautilus
Producent: Octave
Ceny:
Jubilee Preamp: 29 995 €
Opcjonalny sterownik głośności (47 pozycji): + 2 500 €
HT-Bypass: + 290 €
Wykończenie panelu środkowego: birch, walnut lub Makassar burl: + 690 €
Wykończenie panelu środkowego: rainforest brown marble: + 1 200 €
Jubilee Mono SE: 82 500 €/para
Remote Activation (12V-Trigger): + 850 €

Dane techniczne
Jubilee Preamp
• Pasmo przenoszenia: 3 Hz – 500 kHz / 1.5 dB
• Stosunek sygnał/szum: 90 dB/high, 98 dB/low
• THD: 0.001%
• Przesłuch między kanałami: 65 dB @1 kHz
• Impedancja wejściowa: 100 kΩ
• Impedancja wyjściowa: 30 Ω/RCA, 2 × 30 Ω/XLR
• Wejścia: 6 × RCA, 2 × XLR
• Wyjścia: 2 × RCA, 2 × XLR, 2 × RCA (rec)
• Regulacja głośności: 0.5 dB (-70 dB)
• Max. poziom wyjścia: 8 V
• Wymiary (S x W x G): 435 × 170 × 480 mm (przedwzmacniacz); 220 x 170 x 480 mm (zasilacz)
• Waga: 17,2 kg (przedwzmacniacz); 11,5 kg (zasilacz)
• Dostępne kolory: czarny, srebrny

Jubilee Mono SE
• Moc wyjściowa: 400 W / 4 Ω
• Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 80 kHz / ±0.5 dB
• THD: <0.1%
• Stosunek sygnał/szum: >103 dB
• Impedancja minimalna: 2 Ω
• Wzmocnienie: +28 dB / 1.5 V
• Zastosowane lampy: 8 × KT120 / 3 × ECC82 (na kanał)
• Wejścia: 1 × RCA, 1 × XLR
• Pobór mocy: 420 W / 800 W (pełna moc)
• Wymiary (S x W x G): 280 × 707 × 484 mm
• Waga: 66 kg/szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Z lekkim przymrużeniem oka moglibyśmy stwierdzić, że kiedy w zeszłym roku zupełnie spontanicznie i niemalże jedynie przy okazji odsłuchów majestatycznych Wilson Audio Alexx V w siedzibie Audiofastu (dystrybutora marki) zdecydowaliśmy się wziąć na wynos, a finalnie na redakcyjny tapet, przewód Synergistic Research Galileo SX Ethernet nawet przez myśl nam nie przeszło jakie ów spontan będzie mieć skutki. Nie dość bowiem, że powyższa łączówka bezpardonowo zdetronizowała nasze dotychczasowe topy topów stając się z automatu punktem odniesienia i wzorcem, z którym konkurencji przyszło i nadal przychodzi się mierzyć, to jeszcze pociągnęła za sobą chęć dalszej eksploracji serii Galileo SX amerykańskiego wytwórcy. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy, czego niezbite dowody znajdziecie Państwo na łamach naszego magazynu w postaci recenzji głośnikowców Galileo SX SC, które dziwnym zbiegiem okoliczności zostały już u nas na stałe oraz nie mniej imponującego przewodu zasilającego Galileo SX AC. I kiedy nienerwowo zabieraliśmy się za wiwisekcję kolejnego delikwenta Amerykanie ni stąd ni zowąd zrobili nam psikusa odświeżając swoje portfolio i zastępując dotychczasowe wersje SX głośnikowców, zasilających i interkonektów analogowych (z wyłączeniem phono) inkarnacjami Discovery. Chwilową konsternację zaistniałą sytuacją podsumowaliśmy stoickim wzruszeniem ramion i zamiast odesłać posiadane już na stanie łączówki, bo właśnie o Galileo SX IC XLR mowa, uznaliśmy za stosowne dokończyć, to co zaczęliśmy. W końcu pojawienie się nowego wypustu wcale nie oznacza, że wycofywany model nagle przestaje grać a jeśli gra dobrze, to i podstawy do negocjacji finalnej ceny z racji zamieszania w firmowym katalogu są w pełni uzasadnione. Tym oto sposobem dobrnęliśmy do końca zwyczajowego wstępniaka, więc bez zbędnego odwlekania nieuniknionego serdecznie zapraszamy na spotkanie z interkonektami Synergistic Research Galileo SX IC XLR.

Jak przystało na pełnokrwistego przedstawiciela drugiej od góry, na szczycie niepodzielnie królują SRX-y, serii Galileo SX IC XLR już samą swoją aparycją budzi w pełni zrozumiały respekt. Nie dość bowiem, że pod względem średnicy spleciony z trzech przebiegów „powróz” z powodzeniem może konkurować z całkiem pokaźną populacją przewodów głośnikowych, to jeszcze jest nosicielem dość absorbujących karbonowych cylindrów UEF. Zanim jednak zajrzymy do trzewi warto choć na chwilę zatrzymać się na aparycji naszego gościa. Po pierwsze zewnętrzny oplot utrzymano w tonacji klasycznej, opalizującej czerni, która wprost idealnie komponuje się z satynowym połyskiem wspomnianych karbonowych cylindrów i zarazem kontrastuje ze srebrem masywnych wtyków. A właśnie, od strony źródła sygnału nie zabrakło charakterystycznych wąsów umożliwiających zarówno podpięcie modułów tuningowych Gold i Silver UEF, jak i samych interkonektów pod opcjonalny moduł SR Ground Block z filtrem UEF Ground Filter lub aktywny moduł Active Ground Block, co zgodnie z zapewnieniami producenta pozwala wyeliminować degradujący wpływ zasilaczy pozostałych komponentów systemu a tym samym znacząco obniżyć szum tła. Podobną, choć rozszerzoną o właściwości antywibracyjne, rolę pełnią wspomniane cylindry komórek UEF, w których znajdziemy srebrną folię o czystości 99,9999% oraz teflonowe i jedwabne dielektryki. Same zaś przewody również mogą pochwalić się zaawansowaną technologicznie „wsadem”, gdyż do ich budowy wykorzystano osiem przewodników AirStrings z monokrystalicznego srebra i cztery wiązki przewodników Silver Martix 2-giej generacji z monokrystalicznej miedzi, przy czym srebrne izolowane są „powietrznym dielektrykiem” w rurkach PTFE a miedziane PTFE. Z kolei w roli ekranu wykorzystano autorskie rozwiązania UEF Matrix Shield z grafenem zgodnie firmową nomenklaturą sklasyfikowane jako poziom 5. Warto też wspomnieć o jakże istotnym, acz przez co poniektórych tak wytwórców, jak i odbiorców pomijanym detalu jak konfekcja, czyli użyte wtyki. I o ile w niższych seriach Synergistic Research stosuje XLR-y pochodzące od Neutrika, tak w Galileo sięgnięto po własne wtyki SR 20. Dla uspokojenia Czytelników jeszcze tylko dodam, iż pomimo znacznej średnicy i obecności wspomnianych cylindrów zbalansowane Galileo nader wdzięcznie się układają, więc jeśli tylko wygospodarujemy miejsce na to, by zapewnić im w miarę swobodny przebieg, to z ich aplikacją nie powinno być większych problemów.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu na samym wstępie pozwolę sobie na pewne uproszczenie i zarazem prośbę do Państwa a przynajmniej tej części, która bądź jeszcze nie zapoznała się z naszą wcześniejszą twórczością o przedstawicielach linii Galileo, bądź po prostu pewne, zawarte tamże, wnioski nieco jej przyblakły, o sięgniecie do naszych archiwaliów. Chodzi bowiem o to, iż tym razem po rozgrzewkowo – akomodacyjnych odsłuchach mój wybór padł na konfigurację z modułami tuningowymi Gold UEF, więc jeśli kogoś zainteresuje co wnoszą Silver-y, to wystarczy do naszych wcześniejszych wynurzeń wrócić i proszę mi wierzyć na słowo, a jeszcze lepiej przekonać się nausznie, wpływ poszczególnych modułów na efekt finalny jest we wszystkich przewodach ww. serii w pełni powtarzalny, więc po prostu nie widzę większego sensu kolejnego dublowania identycznych uwag.
Jednak ad rem, czyli najwyższa pora na odpowiedź na nurtujące nas pytanie jak Synergistic Research Galileo SX IC XLR grają, lub co bardziej zgodne ze stanem faktycznym, jak wpływają na brzmienie systemu w którym przyszło im pracować. I tu chyba nikogo nie zaskoczę, jeśli stwierdzę, że ogólny charakter brzmienia zbalansowanych łączówek jest w pełni zgodny ze szkołą brzmieniową reprezentowaną przez zasilające i głośnikowe rodzeństwo z tą różnicą, iż ich, znaczy się interkonektów, sygnatura jest nieco delikatniejsza, mniej intensywna i tym samym mniej porażająca swym absolutem. Wrażenie to było o tyle dominujące, że pierwszym krążkiem, po jaki sięgnąłem podczas krytycznych odsłuchów była ścieżka dźwiękowa do „Justice League” autorstwa Danny’ego Elfmana rozpoczynająca się przynajmniej w intro nad wyraz eterycznym coverem niejakiej Sigrid cohenowskiego hitu „Everybody Knows”. Jednak z każdym kolejnym utworem, gdzie iście hollywoodzkie w swym rozmachu orkiestracje nie pozostawiały złudzeń, co do tego, że amerykańskie łączówki nie znalazły się w linii Galileo przez przypadek. Scena była niezwykle szeroka, lecz zamiast efektu sztucznego jej rozciągnięcia kosztem głębi tutaj gradacja planów była wzorcowa. Ponadto potęga wielkiego aparatu wykonawczego wspieranego w kulminacyjnych momentach partiami chóralnymi wgniatała w fotel i to nie nasz – ustawiony w dużym pokoju, lecz ten na widowni którejś z filharmonii, gdzie dźwięki nie tylko się słyszy, lecz czuje własnym ciałem. I tutaj mam jedną, małą uwagę. Otóż o ile zarówno przewód zasilający SX AC, jak i głośnikowe SX SC przysłowiowy efekt Wow! wywoływały nie tyle podkręcając, co uwalniając zawartą w materiale źródłowym dynamikę, to nasz dzisiejszy bohater akcent z aspektów dynamicznych nieco przesuwał właśnie w kierunku przestrzenności i głębi prezentacji. Jest w tym pewna logika, gdyż co za dużo to niezdrowo i multiplikowanie tych samych cech przewodnich we wszystkich połączeniach systemu mogłoby finalnie doprowadzić do przedobrzenia i przesytu, a nie sądzę by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach, inwestując pi razy drzwi dwieście tysięcy, i to przy bardzo ostrożnych kalkulacjach z parą interkonektów, niezbyt długimi głośnikowcami i dwoma zasilającymi, o „niewielkim” rabacie od Dystrybutora nawet nie wspominając, chciałby przekroczyć cienką czerwoną linię nawet nie tyle umiaru, co dobrego smaku. A tak, nawet we w pełni okablowanym Synergisticami systemie uzyskamy dynamiczne i potężne, acz nieprzesadzone, za to świetnie napowietrzone i zachowujące rozdzielczość nawet w najdalszych planach brzmienie.
Na potwierdzenie powyższej tezy pozwoliłem sobie sięgnąć po repertuar nie tylko schodzący jeszcze niżej, co dalece mniej wyrafinowany, czyli „The Atlas Underground Fire” Toma Morello z tłumnie przybyłymi gośćmi. Iście wybuchowa mieszanka, gdzie oparty na syntetycznych loopach i hip-hopowych melodeklamacjach beat miesza się z agresywnymi metalowymi riffami i wokalizami zahaczającymi o scream może słabsze psychicznie jednostki przyprawić o palpitacje serca, jednak na SX IC nie zrobiła najmniejszego wrażenia i nawet najbardziej zagmatwane figury stylistyczne brzmiały równie czytelnie, co spokojne, stricte rockowe przerywniki oparte na liniach melodycznych z powodzeniem nadających się do zanucenia przy goleniu brzytwą po dziadku. Przy okazji warto wspomnieć iż Galileo w sposób całkowicie bezpardonowy wskazywał na różnice pomiędzy naturalnym instrumentarium a dźwiękami wygenerowanymi „cyfrowo”. Jednak od razu zaznaczę, iż wskazywać bynajmniej w tym przypadku nie oznacza oceny a jedynie pokazanie oczywistych różnic tak w definicji generowanych dźwięków, jak i ich konsystencji. Podobnie sprawy się miały z samą jakością materiału źródłowego. Niby zarówno ww. soundtrack, jak i covidowy antydepresant Morello są całkiem dobrze nagrane i zagrane, lecz dopiero sięgając po referencyjną kameralistykę w stylu „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen okazuje się z jaką precyzją definiowani są poszczególni muzycy i z jaką wiernością oddawane są barwy ich instrumentów. Jeśli komuś wydaje się, że nie sposób oddać jednoczesnej chropowatości smyków, ich eteryczności a zarazem pełnej pracy pudła rezonansowego, to … widocznie nie miał przyjemności z naszym dzisiejszym gościem, gdyż dla Synergistica to oczywista oczywistość i chleb powszedni. Amerykanie dorzucają do tego fenomenalnie naturalną aurę pogłosową – bez sztucznego jej rozdmuchiwania a zarazem bez sztucznego wygaszania w celu uzyskania wrażenia studyjnej realizacji. Krótko mówiąc cud, miód i orzeszki.

Czy możemy zatem uznać, że Synergistic Research Galileo SX IC XLR jest przewodem idealnym i dla wszystkich? Byłbym niepoprawnym optymistą dwukrotnie udzielając twierdzącej odpowiedzi. Niestety warto mieć na uwadze iż za metrową parę tytułowych interkonektów należy wysupłać drobne 50 kPLN, więc już niejako z automatu wstępna selekcja grona potencjalnych nabywców jest nad wyraz restrykcyjna. Jeśli jednak ww. wydatek zbytnio nie nadszarpnie domowego budżetu – pamiętajmy, że zabawa w audio to jedynie hobby, to tytułowy Synergistic powinien trafić na Państwa listę łączówek definitywnie kończących dalsze poszukiwania.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Co jak co, ale chyba nikt z odwiedzających nas czytelników nie powie, że tytułowa marka Synergistic Research jest dla niego tak zwaną białą kartą. Oczywiście powodem tego jest spowodowane dobrym odbiorem oferty brzmieniowej jej produktów dość mocne eksplorowanie szerokiej oferty. W portfolio naszego zaangażowania w tym temacie znalazło się różnego rodzaju okablowanie – od zasilającego, przez Ethernet, po kolumnowy, switch ethernetowy i podstawki antywibracyjne. I nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie drobny fakt zamierzonego sfokusowania naszych działań w domenie kabli na serię Galileo. Powód? Temat tak prawdę mówiąc ustawił pierwszy test kabla sygnału cyfrowego Synergistic Research Galileo SX Ethernet https://soundrebels.com/synergistic-research-galileo-sx-ethernet/, który pokazał dobitnie, iż pochodzący zza wielkiej wody producent wie, na czym polega dbałość o dobrą jakość dźwięku. To było na tyle owocne spotkanie, że po kolejnych bataliach z przewodem kolumnowym (Synergistic Research Galileo SX SC) i zasilającym tej serii (Synergistic Research Galileo SX AC), w dzisiejszym odcinku za sprawą łódzkiego AudioFastu przyjrzymy się analogowemu okablowaniu sygnałowemu w postaci Synergistic Research Galileo SX IC w wersji XLR.

O produktach serii Galileo pisaliśmy już tyle razy, że każdy następny opis ogólnej budowy danego modelu zazwyczaj jest krótszą lub dłuższą powtórką z rozrywki. Dlatego też nie powielając kilkukrotnie artykułowanych, dostępnych nie tylko w stopce pod tekstem, ale również w poszczególnych naszych opisach i zamieszczonych na stronie dystrybutora informacji dzisiaj podam jedynie najważniejsze informacje. Jako przewodnik sygnału kalifornijscy inżynierowie wykorzystali najczystszą postać srebra (99/9999%). Jednak clou jest nie tylko użycie szlachetnego kruszcu – podobny półprodukt wykorzystuje wiele firm, ale również skomplikowany splot izolowanych technologią UEF wielu wiązek, firmowe ekranowanie ich materiałem na bazie siatki z grafenu oraz końcowe skręcenie ich wokół siebie. Jednak i to nie jest wszystko. Chodzi mianowicie o dodatkowe zabiegi dbające o jakość dźwięku, jakimi są: zastosowanie zmniejszających poziom szumu w przewodzie, bazujących na srebrze, grafenie i jedwabiu dwóch cylindrów UEF, możliwość użycia dwóch rodzajów modułów tuningowych UEF – srebrny daje większy wgląd w nagrania, a złoty więcej muzyki w muzyce, a także opcjonalna (za dopłatą) możliwość zastosowania zmniejszającego szum tła uziemienia ekranu każdego interkonektu przy pomocy modułów SR Ground Black lub aktywnego modułu Active Ground Black. Przyznacie, że jeśli chodzi o komplikację konstrukcji mamy do czynienia z czystym szaleństwem. Szaleństwem, które w teorii powinno przełożyć się na jakość dźwięku. Czy tak było? Po odpowiedź zapraszam do kolejnego akapitu.

Nie będę Was trzymał w niepewności, tylko już na wstępie zdradzę, że w moim odczuciu wszelkie wyartykułowane w odezwie na stronie producenta obietnice potwierdziły się w stu procentach. Rozmach, swoboda, praktyczny brak zniekształceń, otwartość i szybkość narastania sygnału były na najwyższym poziomie. To zaś oznacza, że nie było żadnego sztucznego podkolorowywania średnicy, czy wyostrzania przekazu, tylko pokazanie go jak najbardziej transparentnym. Jeśli system był nasycony, taki pozostawał, zaś w przypadku nacisku na swobodę i witalność projekcji nie popadał w nadpobudliwość. Jaki zatem był udział naszego bohatera? Po prostu niewnikanie w to co się dzieje, tylko przekazanie sygnału w jak najczystszej postaci. To naturalnie przez niektórych może być odbierane jako brak swojego, często oczekiwanego charakteru, jednak w końcowym rozliczeniu chyba nie o to chodzi. Owszem, wiele produktów jest pewnego rodzaju korektorami brzmienia systemu audio, jednak w przypadku tytułowej marki jest to zło, które na ile to jest możliwe na danym pułapie cenowym, stara się eliminować. Jak zatem w wartościach bezwzględnych wypadł nasz bohater?
Po pierwsze – w dolnym zakresie był energiczny i dzięki temu zwarty. Po drugie – średnica bez sztucznego podkolorowania oferowała dobrą, zawsze opartą o możliwości zastanego systemu barwę. A po trzecie – górny zakres tętnił feerią mieniącego się wieloma odcieniami blasku, pakietem od najcichszych do najgłośniejszych informacji. A najlepsze w tym wszystkim było to, że przekaz nie był ani ostry, ani odchudzony. Jak to możliwe? Po prostu opiniowane okablowanie sygnałowe prawie nie wnikało w odtwarzane wydarzenia, a jedyną jego ingerencją, był brak jej w stylu rozjaśniania lub nasycania muzyki. Wydarzenia sceniczne konsekwentnie oferowały dobry bilans wagi i otwartości, co dzięki minimalizacji efektu wszechobecnej mgiełki znakomicie podnosiło poczucie ich realizmu. Bez jakichkolwiek, często zbędnych naleciałości barwowych, tylko unikając popadania w zbytnią ofensywność rzeczone kable dbały o pokazanie jego wersji możliwie najbliższej, raz kreowanej jako ostra i przenikliwa, a innym razem jako snujące się w kubaturach kościelnych barokowe pieśni, najprawdziwszej prawdy. A jeśli tak, chyba nikogo nie zdziwi fakt, iż podczas kilkutygodniowego obcowania z nimi nie złapałem systemu na niedomaganiu na żadnym materiale muzycznym. Czy to ostry rock, elektronika, jazz, czy klasyka, system zawsze umiał pokazać, o co w danym nurcie chodzi. W przypadku mocnego grania i muzyki na bazie sztucznej inteligencji świetnie kopał w dolnym paśmie, kreował dobry bilans tonalny i informacji na środku oraz ciął wyraziście przestrzeń mocnymi riffami. Zaś w jazzie i klasyce pokazywał znakomite wyczucie w dobieraniu energii, długości i swobody dźwięku do separującej każdą nutę ciszy międzykolumnowego eteru. Jednym słowem zawsze starał się wspierać daną prezentację w dążeniu do unikania zakłamywania rzeczywistości. Co to oznacza? Tłumacząc z polskiego na nasze nie dodawał nic od siebie. Naturalną koleją rzeczy w zależności od zastanego systemu – korzystałem z niego podczas kilku innych testów – czasem był to drobny problem, jednak ów niekorzystny aspekt był li tylko wynikiem powodowanym przez jego otoczenie sprzętowe. Na szczęście z jednego, notabene bardzo ważnego powodu nie była to tragedia Tytanica. Czego? Niby nic specjalnego, jednakże na tle konkurencji ciężkiego do powielenia. Chodzi o utrzymanie dążenia do maksymalnie otwartej projekcji dźwięku bez zbędnego wzmagania jego agresji, czyli zbyt mocnego akcentowania otwartości i krawędzi. Tylko tyle i aż tyle. Dla mnie był to świetny, ba jeden z najlepszych w okresie kilku ostatnich lat testowy występ.

Co wynika z powyższego testu? Dla melomanów nie tylko wiedzących czego potrzebuje ich system, ale również z dobrze skrojonymi zestawami tytułowa sygnałówka Synergistic Research Galileo SX IC jest postawieniem tak zwanej kropki nad „i”. Nie kreuje własnej rzeczywistości, tylko przekazując czysty, bo nietknięty barwowo i wagowo sygnał pozwala rozwinąć im skrzydła. Mało tego. Nie zdziwiłbym się, gdyby dotychczas uważany za skończony set po aplikacji amerykańskiego okablowania nagle przeskoczył na wyższy level. Oczywiście takiej gwarancji nie ma, jednak zapewniam, nawet w przypadku konfrontacji z innymi wyśmienitymi drutami nasz bohater jeśli ich nie przeskoczy, to przynajmniej idąc łeb w łeb pokaże muzykę z innego, również ciekawego punktu widzenia. Jest tylko jeden ważny niuans. Niestety trzeba wiedzieć, co oznacza przezroczystość przekazywania sygnału pomiędzy komponentami audio, gdyż dopuszczam sytuację, w której wielu oczekujących kolorowania świata muzyki melomanów mylnie odbierze nasz punkt zainteresowania jako kabel zbyt jasny. Jeśli tak się stanie, bazując na kilku przeprowadzonych z jego pomocą testach raczej będzie to oznaczać jakiś drobny błąd w posiadanej konfiguracji sprzętowej, a nie efekt problemów wprowadzanych przez Amerykanina.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Synergistic Research
Cena: 49 660 PLN / 1m + 5 230 PLN / dod. 0,5m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Vantage Live to wyjątkowy, kompletny system zapewniający oszałamiającą jakość dźwięku w połączeniu z wyjątkową wygodą i elastycznością instalacji.

Jest to kulminacja wielu lat badań i rozwoju zespołu obejmującego trzy firmy (YG Acoustics, Bel Canto i Cambridge Acoustic Sciences) na dwóch kontynentach, zjednoczonych pasją do redefiniowania granic high-endowego audio.

Jest to produkt, który powstał tylko dzięki najnowocześniejszej akustyce, inżynierii i elektronice, połączonym za pomocą wyrafinowanych modeli superkomputerów.
Elegancki kontroler połączony z parą kompaktowych głośników podłogowych, Vantage Live zapewnia dokładność i muzykalność na najwyższym poziomie, konkurując z najlepszymi systemami wielokomponentowymi.

Zaczęliśmy od naszych wielokrotnie nagradzanych głośników Vantage: naszego najbardziej kompaktowego modelu trójdrożnego. Są one wyposażone w nasz słynny głośnik wysokotonowy ForgeCore i głośniki stożkowe BilletCore w pozbawionej rezonansów, całkowicie aluminiowej obudowie.

Każdy aspekt Vantage Live został zaprojektowany i dostrojony przy użyciu złożonego wielodomenowego modelowania obliczeniowego, połączonego z tysiącami godzin krytycznego słuchania.
Zwrotnica DSP uwzględnia każdy niuans zachowania przetwornika i obudowy, aby zapewnić doskonały dźwięk na wszystkich poziomach głośności: nie tylko nadzwyczajnie zmierzoną wydajność, ale także angażujący, naturalny dźwięk, który jest całkowicie niemęczący. Wyjątkowe zachowanie fazowe zapewnia holograficzne obrazowanie w szerokim spektrum przy niezwykłej elastyczności w rozmieszczeniu głośników.
Współpracując z Bel Canto, opracowaliśmy specjalną kombinację najwyższej klasy układów DSP, DAC i wzmacniacza, które razem zapewniają dynamikę, czystość i muzykalność. Każdy przetwornik w Vantage Live jest napędzany dedykowanym wzmacniaczem o mocy 700 watów.
Ogólnym wynikiem jest poziom jakości dźwięku, który nigdy wcześniej nie został osiągnięty w zintegrowanym systemie.

Elegancki i kompaktowy sterownik zapewnia pełną elastyczność, jakiej pragną klienci. Vantage Live to również end-point Roona; bezpośrednio przesyła strumienie Tidal i Qobuz; odtwarza dźwięk DSD, MQA, 192k PCM.
Kontroler ma nawet niesamowity przedwzmacniacz gramofonowy, godny najlepszych gramofonów i wkładek, akceptujący wkładki MM lub MC i pozwalający na regulację wzmocnienia i obciążenia. W zestawie znajduje się również szereg innych wejść, w tym AES/EBU, S/PDIF (BNC), optyczne (Toslink), USB-B, host USB, Ethernet i dwie pary wejść analogowych RCA. RS232 służy do sterowania systemem.
Ta elastyczna platforma wspiera klientów chcących zintegrować się z szeroką gamą źródeł zewnętrznych lub tych, którzy po prostu chcą przesyłać strumieniowo przez Ethernet. Specjalnie dobrany, wydajny klucz Wi-Fi jest również przewidziany do bezprzewodowego przesyłania strumieniowego.

System ma być kontrolowany przez urządzenie mobilne z uruchomionym Roon-em lub darmową aplikacją SEEK, która może bezpośrednio przesyłać strumieniowo Tidal i Qobuz. W zestawie znajduje się również wysokiej jakości metalowy pilot.
Cały nasz zespół jest przekonany, że gdy usłyszysz Vantage Live, natychmiast zauważysz, jak wyjątkowy jest to produkt. Vantage Live uwalnia dotychczas niewykorzystane możliwości łatwego w użyciu, niewielkiego, pięknie wykonanego systemu audio do domów miłośników muzyki na całym świecie.

Specyfikacja VANTAGE LIVE:
Deviation:
±1.5 dB 40 Hz to 23 kHz in free space
±2° relative phase throughout entire overlap
Exceptional pair-matching
Usable output extends from 25 Hz to above 30 kHz
Drivers:
BilletCore ultra-high-rigidity woofer and mid-woofer
ForgeCore ultra-low-distortion tweeter
Woofer: 22 cm (8.75″)
Mid-woofer: 18.5 cm (7.25″)

Zwrotnica:
Zaawansowana zwrotnica DSP zoptymalizowana przy użyciu superkomputera i zasobów przetwarzania w chmurze, a następnie dostrojona do tysięcy godzin krytycznego słuchania. Wyjątkowa odpowiedź fazy, amplitudy i dokładności impulsu na wszystkich poziomach głośności.

Amplification:
Dedicated 700W amplifier per drive unit
0.001% THD+N 20Hz to 20kHz at half peak power
135dB SNR unweighted ref. peak power
137dB SNR A-weighted ref. peak power
93% efficiency at peak power
1.5 mΩ output impedance

Zwrotnica:
Zaawansowana zwrotnica DSP o wysokiej rozdzielczości zoptymalizowana przy użyciu superkomputera i zasobów przetwarzania w chmurze oraz dostrojona podczas tysięcy godzin krytycznych odsłuchów.

Cena detaliczna: 380 440,00 PLN / 77 800,00 €

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Balanced Audio Technology VK-3500

Opinia 1

Po ponad dwóch latach od pojawienia się na naszych łamach recenzji VK-3000SE będącej swoistym zwiastunem powrotu na polski rynek amerykańskiej marki Balanced Audio Technology nie tylko w formie pozycji cennikowych, lecz fizycznej obecności urządzeń na sklepowych półkach, przyszła pora na spotkanie z następcą ww. hybrydowej integry, czyli powstałym w ramach świętowania 25-lecia istnienia BAT-a modelem VK-3500. Oczywiście w tzw. międzyczasie udało nam się pozyskać na redakcyjne odsłuchy jeszcze małe co nieco, czyli pyszniące się diabełkami VK-80i i VK-90T z VK-80, jednak to właśnie możliwość porównania protoplasty i następnego pokolenia konkretnego modelu w większości przypadków daje odpowiedź na pytanie w jakim kierunku zmierza firmowa szkoła brzmienia, o ile tylko takową dana marka może się pochwalić, jakie aspekty projektanci wzięli tym razem pod lupę i co chyba najważniejsze pozwala rozwiać wątpliwości posiadaczy starszych wersji co do tego, czy ewentualny upgrade ma sens. Jeśli zatem interesują Państwa tego typu dywagacje nie pozostaje nam nic innego niż zaprosić Was na jak to zwykle u nas bywa, obejmujące dwa punkty widzenia spotkanie z dostarczonym przez ekipę Electronic International Commerce, czyli EIC hybrydowym wzmacniaczem zintegrowanym Balanced Audio Technology VK-3500.

Po części dla ułatwienia odróżnienia wersji a po części dla odmiany, skoro VK-3000SE opisywaliśmy w srebrnym wykończeniu szczotkowanego aluminium, to VK-3500 udało nam się pozyskać w czarnej anodzie i nie wiem jakie jest Państwa zdanie w tym temacie, jednak na moje oko w czerni amerykańskim wzmacniaczom zdecydowanie do twarzy. Z jednej strony podkreśla ich zazwyczaj nader absorbujące gabaryty, choć podobno to właśnie ciemne barwy wyszczuplają, czego patrząc na swoje – ponad 100kg cielsko właśnie w czerń przyobleczone, pomimo najszczerszych chęci powiedzieć nie mogę, a z drugiej pozwalają uniknąć zarzutów dotyczących zbytniej sterylności i swoistego chłodu pozornie „surowego” metalu. Mniejsza jednak o kolorystykę, gdyż nawet podczas pobieżnego porównania aparycji VK-3000SE i VK-3500 wyraźnie widać, że tytułowy BAT mówiąc wprost wypiękniał. Poczynając od seksownego taliowania korpusu poprzez delikatny, acz nadający większego wyrafinowania lifting masywnej płyty czołowej wszystko sprawia zdecydowanie przyjemniejsze wrażenie. Co ciekawe układ frontu, oczywiście poza przeniesieniem szyldu informującego o model z prawego na lewy bok i aktualizacji firmowego logotypu, pozostał praktycznie bez zmian, jednak zmniejszenie przycisków i rezygnacja z okalających je podfrezowań na rzecz zwiększenia gałki głośności pozwoliły uzyskać większy spokój. Nadal centralnie umieszczony jednowierszowy błękitny wyświetlacz podkreślony jest rządkiem pięciu przycisków wyboru źródła, patrząc od lewej znajdziemy przycisk standby i parę umożliwiającą dostęp do menu i odwrócenie fazy a po prawej bliźniaczy duet odpowiedzialny za wyciszenie i aktywację trybu monofonicznego. Tak jak zdążyłem już wspomnieć gałka pokrętła głośności nieco urosła i dodatkowo „obrysowano” ją okalającymi delikatną falą cienkimi liniami podłużnych nacięć.
Płytę górną zdobi gęsta sieć otworów wentylacyjnych ułożonych w tzw. „jodełkę” w których podstawie zgrabnie wkomponowano kolejny firmowy logotyp. Lekko wklęsłe ściany boczne również nie umknęły ostrzu frezarki, więc i one mogą pochwalić się licznymi prześwitami poprawiającymi cyrkulację powietrza wewnątrz korpusu. Rzut oka na ścianę tylną również nie przynosi większych zmian. Do dyspozycji mamy bowiem okupujące skraje pojedyncze i niestety niezmiennie dość blisko siebie umieszczone pojedyncze zakręcane terminale głośnikowe o mocno dyskusyjnej ergonomii, zbalansowaną parę wyjść z sekcji przedwzmacniacza, wyjście RCA na zewnętrzny rejestrator, trzy pary wejść RCA (w tym jedno phono MM/MC) i dwie pary XLR. I tutaj właśnie można zauważyć drobną różnicę, gdyż w VK-3000SE zacisk uziemienia dla gramofonu umieszczony był pomiędzy wejściami 4 i 5 a w VK-3500 jest pomiędzy 3 i 4. W pobliżu okupującego prawy dolny narożnik gniazda zasilającego IEC umieszczono również komorę bezpiecznika, więc bez rozbebeszania urządzenia mamy możliwość zastąpienia fabrycznie zamontowanego „cywilnego” rurkowca czymś bardziej adekwatnym do klasy wzmacniacza.
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to tak jak już zdążyło się kilkukrotnie w tekście przewinąć mamy do czynienia z konstrukcją hybrydową, czyli lampowym, opartym na dwóch „super lampach” (SuperTube) 6H30 i tranzystorowym (bipolarnym) symetrycznym stopniu wyjściowym zdolnym oddać po 150 W przy8 Ω i 300 W przy 4 Ω obciążeniu na kanał. W przedwzmacniaczu nie zabrakło również kondensatorów olejowych drugiej generacji, których aplikacja zgodnie z zapewnieniami producenta ma zapobiegać m.in. dzwonieniu a tym samym zbytniej ostrości reprodukowanego dźwięku.

A teraz najważniejsze, czyli brzmienie, które zachowując część walorów VK-3000SE jest w sposób oczywisty i bezapelacyjny od niego … różne. Po pierwsze VK-3500 zachowując rozdzielczość protoplasty zdecydowanie odważniej korzysta z dobrodziejstw zaimplementowanych w jego wnętrznościach lamp, więc właśnie wspomniana rozdzielczość i moc pochodząca z tranzystorowych stopni mocy zostaje suto okraszona bursztynową poświatą i miodową słodyczą. Nie oznacza to bynajmniej, że współczesny BAT to upraszczając i spłycając sprawę zamulony ulepek, lecz, że nowemu pokoleniu zdecydowanie bliżej do klasycznych, opartych wyłącznie o lampy konstrukcji pod względem wysycenia i gładkości aniżeli jego pierwowzorowi. Po drugie drzemiąca w nim moc jest jakby lepiej wyczuwalna – nie trzeba go wcale tak mocno „kręcić” by uzyskać nie tylko odpowiednią głośność, lecz również oczekiwaną dynamikę. Nawet niezwykle eklektyczny i praktycznie wymykający się wszelkim próbom zaszufladkowania album „Spirituality and Distortion” formacji Igorrr wypadł wręcz zjawiskowo, co biorąc pod uwagę jego niezwykłą różnorodność wcale nie jest takie oczywiste. Wystarczy wspomnieć, iż Gautier Serre będący pomysłodawcą całego przedsięwzięcia niezwykle odważnie miesza tu między sobą m.in. death/black metal, trip hop, barokowe trele i folkową muzykę bałkańską. Krótko mówiąc niektóre fragmenty mogą przywodzić na myśl sytuację, gdy podczas prób jakiejś pierwszoligowej gwiazdy death metalu nieostrożni technicy zrzuciliby ze schodów klawesyn, który finalnie przygniótłby będącego pod wpływem środków psychoaktywnych kataryniarza a obserwujący cały ten galimatias bałkańscy ziomkowie Trebuniów-Tutków postanowiliby dorzucić do tego swoje trzy grosze. Krótko mówiąc psychodelia najwyższych lotów i zarazem istne pole minowe dla muszącej się z takim repertuarem zmagać elektroniki. Tymczasem BAT przeszedł przez tę jakże miłą mym uszom kakofonię niczym atomowy lodołamacz przez centymetrową krę na Zalewie Zegrzyńskim miażdżąc słuchaczy przepotężnym basem, którego nie powstydziłaby się moja dyżurna 300W końcówka Brystona. Nie da się w tym momencie ukryć, iż o ile w brzmieniu VK-3000SE zwracałem uwagę na kontrolę i precyzję, to tym razem pierwsze skrzypce ewidentnie gra typowo amerykańska dynamika. Dynamika i rozmach, bo dźwięk tytułowego BAT-a jest po prostu duży i przy tym cholernie atrakcyjny. To nie jest bezsensowna gigantomania i sztuczne rozdmuchiwanie źródeł pozornych, lecz w pełni adekwatne do zawartego w materiale źródłowym ładunku energetycznego proporcjonalne budowanie sceny. O ile bowiem na Igorrr-ze wszystkiego było pełno, wszystkiego dużo i owe wszystko też było duże, to już po przesiadce na zdecydowanie spokojniejszy album „Waterfall: Music of Joe Zawinul” Oleś Brothers i Piotra Orzechowskiego wszystko wracało do normy a dynamika z trybu makro przełączała się na mikro. Przy okazji wyszło na jaw, że VK-3500 lubi równowagę tonalną przesunąć nieco ku dołowi, dzięki czemu brzmi może i ciemniej, lecz przede wszystkim bardziej zmysłowo od czasu do czasu mrucząc jak rasowa V8-ka. Proszę tylko wsłuchać się w partie kontrabasu, czy perkusji, gdzie dołu nikomu brakować nie powinno, jednak nawet najbardziej karkołomne zejście będzie miało świetną kontrolę i definicję. Ich przeciwieństwem będą oczywiście górne rejestry fortepianu i niezwykle dźwięczne blachy. Ileż tam powietrza, przestrzeni i swobody. Ileż delikatności, o którą słuchając wcześniejszego łomotu amerykańskiej integry podejrzewać było nie sposób. I to bez kombinowania, zmiany trybu pracy, jak to czasem w standardowych lampowcach trzeba uskutecznić, czy też zabawy filtrami. Po prostu włączamy ulubioną pytę a już BAT-a w tym głowa by zagrać ją tak, jak nie tylko wymarzył to sobie sam artysta, lecz również w sposób nader skutecznie przykuwający słuchacza do zajmowanego miejsca.
Niejako na deser zostawiłem kwestię wokali, gdyż, to właśnie one najczęściej decydują, czy dany krążek zagości na naszej playliście dłużej aniżeli na pojedynczy odsłuch. Dlatego też w ramach pewnej przewrotności, mając na uwadze tendencje VK-3500 do delikatnego obniżania tonacji sięgnąłem po „Voodoo Cello” Imany, czyli niski, kobiecy wokal, z którego Imany zrobiła swój znak firmowy, osadzony w instrumentarium złożonym wyłącznie z ośmiu wiolonczeli. Ciężkostrawny materiał? Dla nieobeznanych z tematem bardzo możliwe, lecz biorąc pod uwagę fakt, iż na trackliście znalazły się same covery największych światowych hitów nie taki diabeł straszny jak go malują. Pikanterii dodaje jednak świadomość że, powyższe wydawnictwo zostało „zaśpiewane”, zaaranżowane, zarejestrowane i wyprodukowane osobiście przez Imany, co nieco ułatwia ocenę, bo jeśli coś nie „pyknie” wiadomo kogo obarczyć winą za porażkę. Całe szczęście BAT okazał się na tyle uniwersalną amplifikacją, by wiedzieć kiedy powiedzieć pas i już nie obniżać i tak niskiej tonacji. Dzięki temu wokal miał wystarczająco dużo powietrza wokół siebie a wspomniane wiolonczele bynajmniej nie grały wszystkiego na jedno kopyto. Niezwykle miło mi również oznajmić, że przerośnięte skrzypce nie straciły nic ze swojej natywnej chropowatości, co bardzo często zdarza się w przypadku „romantycznych” lampowców, gdy bezgraniczna, stereotypowa muzykalność stawiana jest ponad zdrowym rozsądkiem i prawda o nagraniu.

Pół żartem pół serio można byłoby uznać, iż Balanced Audio Technology VK-3500 jest chlubnym wyjątkiem potwierdzającym złośliwe twierdzenie mówiące, że wzmacniacze hybrydowe łączą w sobie wady obu wykorzystywanych przez siebie technologii. Powodem takiego stanu rzeczy jest bowiem nad wyraz udane zespolenie w niezwykle koherentną całość … zalet tak lamp, jak i tranzystorów. Z pierwszych ekipa BAT-a wzięła gładkość, słodycz i soczystość, która oparła na krzemowym tranzystorowym egzoszkielecie, nieskrępowanej dynamice i zaraźliwym timingu. Czy komuś takie brzmienie może się nie podobać? Cóż, historia zna takie przypadki, więc jeśli ktoś gustuje w iście prosektoryjnej, odartej z emocji i barw analityczności, to na VK-3500 będzie kręcił nosem. Reszta populacji mając możliwość pozostawienia go w swoim systemie raczej nie powinna mieć nie powodów do marudzenia, co argumentów do dalszych poszukiwań docelowej amplifikacji.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Gdybym miał wymienić kilka ciekawych marek wykorzystujących w swoich trzewiach szklane bańki, bez namysłu jako przykład polskiej inżynierii wymieniłbym Audio Reveala, zaś z szerokiego portfolio wielkiego świata Audio Reseracha, Ayona … i mocarnego BAT-a. Co próbuję przekazać określeniem „mocarny”? Jestem przekonany, że bardzo się zdziwicie, bowiem przewrotnie nie mam na myśli brzmienia jego komponentów, zaawansowania technicznego, czy znakomitej wizualizacji produktów – z tego doskonale zdają sobie sprawę wszyscy, a raczej solidność konstrukcji. Chodzi o fakt z życia wzięty, gdy lata temu końcówka mocy mojego znajomego – modelu nie pomnę – wskutek przeciążenia podczas napędzania bardzo trudnych kolumn na solidnym poziomie głośności w dosłownym tego słowa znaczeniu stanęła żywym ogniem. Bubel? Bynajmniej, to było ewidentne przekroczenie zdrowego rozsądku i finał był jaki był. Jednak najciekawsze w tym wszystkim było, że ów piecyk nie zrażając się całą sytuacją, czyli radośnie płonąc bez najmniejszych oznak utraty jakości dźwięku grał do samego końca jak muzycy na Titanicu. Przypadek? Nic z tych rzeczy, po prostu produkt z solidnej stajni Balanced Audio Technology, z której portfolio za sprawą warszawskiego dystrybutora EIC udało się nam pozyskać do testu nie do końca lampowy, gdyż dwie niewielkie lampki trafiły jedynie do sekcji przedwzmacniacza, hybrydowy wzmacniacz zintegrowany o symbolu VK-3500.

Jak unaoczniają fotografie, w przypadku tego modelu mimo obecności w układach elektrycznych pary lamp elektronowych SuperTube 6H30 mamy do czynienia z obudową zamkniętą. To oczywiście wiąże się z koniecznością dobrej wentylacji wnętrza, jednak jak to u BAT-a bywa, dzięki zastosowaniu nadających wizualnego smaku obudowie szeregu otworów wentylacyjnych nie mieli z tym tematem najmniejszego problemu. Sama bryła również nie jest bezmyślnym powieleniem nudnego, bo standardowego prostopadłościanu, tylko jego wariacją ze szerokim frontem i płynnie zbiegającymi się ku węższemu tyłowi, skośnie naciętymi otworami wentylacyjnymi bocznymi ściankami. Jeśli chodzi o awers, ten jako gruby płat szczotkowanego aluminium stał się ostoją dla centralnie umieszczonego wyświetlacza, z jego prawej strony gałki głośności i tuż obok przycisku Mute, pod mieniącym się błękitnymi informacjami okienkiem pięciu przycisków wyboru wejść liniowych, zaś z lewej strony trzech przycisków: wyboru funkcji wyświetlacza, zmiany fazy i wprowadzania urządzenia w stan spoczynku. Naturalną koleją rzeczy górna powierzchnia obudowy jest feerią bardzo ważnych od strony chłodzenia, a przy okazji zmyślnie poprowadzonych otworów grawitacyjnej wentylacji urządzenia. Natomiast w przypadku tylnego panelu producent zaproponował nam rozrzucone na boki pojedyncze zaciski kolumnowe, pomiędzy nimi pięć wejść liniowych 3xRCA i 2xXLR, po jednym wyjściu liniowym RCA/XRL oraz gniazdo zasilania i bezpiecznika. Wyposażenie rzeczonego piecyka wieńczy zgrabny, bo nieprzeładowany funkcyjnie, dlatego prosty w obsłudze pilot zdalnego sterowania.

Gdy biorę na warsztat coś z puli wzmacniania sygnału audio bankami próżniowymi, jestem bardzo ciekawy, czy w trosce o przypodobanie się całej populacji melomanów, co notabene jest utopią, zagoniwszy się w kozi róg producent nie przekroczy dobrego smaku. Chodzi oczywiście o uniknięcie zbytniego przegrzania prezentacji, co owszem zawsze znajdzie swoich piewców, jednak znaczną większość potencjalnych zainteresowanych tego typu wzmocnieniem zniechęci. Owszem ma być barwnie, przyjemnie krągławo i plastycznie, mimo to nie należy zapominać o zachowaniu dobrego drive’u i swobodzie wizualizowania wydarzeń scenicznych. To nie mogą być ciepłe kluski, tylko przyjemnie, acz z energią podany świat dźwięku. Bez tego słuchany materiał staje się zwyczajnie nudny. Gdy muzyka ma nas kopnąć, system nie powinien nic markować, tylko to realizować. Gdy ma być miło i przyjemnie, również ma tak być, z tą tylko istotną kwestią, że bez popadania w nadmierne lukrowanie. Jednym słowem we wszystkim mam być umiar. Naturalnie mieszczący się w pewnych widełkach, jednakże nie za szerokich, w których w moim odczuciu nasz hybrydowy bohater idealnie się odnajduje. Co to oznacza?
Gdybym miał opisać zalety 3500-ki, bez wahania powiedziałbym, że jest gęsta w dolnym pasmie, soczysta w średnicy i lotna, acz zarazem złotawa na górze. Jednak co w tym wszystkim jest najistotniejsze, jest na tyle dobrze zbilansowana energetycznie, że przy wspomnianej dobrej masie dźwięk nie nosi cech spowolnienia, czy otyłości. Owszem, jest magia i plastyka, jednak idące w sukurs dobre zbieranie się dźwięku w domenie kontroli i mimo odczuwalnego ciepła nośne wysokie tony sprawiają, że na wirtualnej scenie zawsze coś się dzieje. A dzieje się dlatego, że dzięki będącej pokłosiem lamp elektronowych magii wspomniana scena nie tylko jest szeroka, ale naturalnie głęboka i nie szczędząca wizualizacji w specyfice 3D. To są niby banały, jednak zapewniam, często są jedynie pobożnymi życzeniami konstruktora, a nie zastanymi realiami, z realizacją czego nasz bohater nie miał najmniejszych problemów.
Idealnym przykładem na obronę powyższej tezy jest japońska kompilacja Blu-spec CD2 arii z opery „Wesele Figaro” pod Teodorem Currentzis-em. Naturalność oddania nie tylko wokalnej wirtuozerii artystów z najdrobniejszymi smaczkami mimiki ich twarzy, ale również rozmiaru sceny, jej odgłosów podczas przemieszczania się śpiewaków oraz odległości pomiędzy nimi po zamknięciu oczy okazywały się być bliskie tym jakie miałem okazję zaliczyć na scenie Opery Narodowej w Warszawie. Bez wysiłku wracania do tamtych realiów, tylko podświadome wizualizowanie podobnych realiów z udziałem własnym. A to dopiero preludium, gdyż do tego pakietu ciekawych informacji na temat przywoływanego widowiska dochodziła jeszcze przyjemna barwa prezentacji i namacalność jego podania. Zatem chyba nikogo nie zaskoczę, gdy przyznam się do wielokrotnych powtórek niektórych, oczywiście tych najbardziej lubianych arii, co z ręka na sercu jest u mnie stosunkową rzadkością.
Inny dobrze wypadający materiał również jest realizacją koncertową. Jednak tym razem z tak zwanego drugiego bieguna. Chodzi o free jazz spod znaku Johna Zorna i jego projektu Masada „Live In Sevilla 2000”. Nie będę owijał w bawełnę, tylko zdradzę, iż to jest ogień w najczystszej postaci. Owszem, z uwagi na niezbędny czas do odpoczynku pomiędzy mocnymi kawałkami na płycie znajdzie się kilka ballad, jednak w założeniu jest szaleństwo kilku dęciaków i perkusji. Bezpardonowe ataki energią, kopanie stopą perkusji oraz krzyk spierających się ze sobą trąbki z saksofonem są na porządku dziennym, a mimo to ta amerykańska hybryda bez najmniejszej zadyszki prowadziła dwumetrowe Niemki (Gaudery Berlina RC-11 Black Edition) niczym potulne owieczki na pastwisko. Bylem pozytywnie zaskoczony, że mimo tak szybko zmieniającej się sytuacji scenicznej przekaz nadal nie skąpił fajnej barwy i wypełnienia, przy umiejętnym dotrzymywaniu kroku niezbędnemu drive’owi. Nie powiem, bardzo pouczające doświadczenie.
Na koniec coś z pogranicza psychodelii z lat 90-tych, czyli Nine Inch Nails „Pretty Hate Machine”. Niby bez ładu i składu. Ba dla wielu moich znajomych materiał jeszcze mniej stawny niż przed chwilą wspomniany John Zorn, a mimo to system nie zapomniał o energii, barwie i niezłym rytmie, co udowodniło jedno, jednak co BAT to BAT i nie ma bata, żeby nie zagrał z jakąś muzą.

Czy nasz bohater jest dla każdego? Dla mnie, jeśli nie jesteście skażeni poszukiwaniem szybkości i transparentności w muzyce ponad wszystko, jak najbardziej tak. Powiem więcej. Wystarczy w tym poszukiwaniu zachować zdrowy rozsądek by tytułowy BAT VK-3500 miał bardzo duże szanse na zaskarbienie sobie nawet wywołanych do tablicy ortodoksów. A jeśli tak, to chyba nikogo nie zdziwi moje dedykacja testowanego Amerykanina dosłownie każdemu poszukiwaczowi fajnie zawieszonej w eterze muzyki. I to nie konkretnego nurtu, tylko szerokiego jej spektrum.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: EIC
Producent: Balanced Audio Technology
Cena (na dzień publikacji): 64 999 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 150 W/8 Ω, 2 x 300 W/4 Ω
Pasmo przenoszenia: 2 Hz – 180 kHz
Wejścia analogowe: 2 x XLR + 3 x RCA (w tym jedno wejście gramofonowe)
Wyjście: pre out (XLR), tape (RCA)
Sprzężenie zwrotne: brak
Sekcja przedwzmacniacza gramofonowego MM/MC: wzmocnienie 44/58 dB
Regulacja głośności: zakres 140 dB w 0,5 dB krokach
Impedancja wejściowa: 100 kΩ
Lampy w przedwzmacniaczu: 2 x 6H30
Wzmacniacz mocy: Konstrukcja unistage z jednym blokiem wzmocnienia i brakiem kondensatorów w ścieżce sygnału
Wymiary (S x W x G): 440 x 145 x 390 mm
Waga: ok. 22 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

Already Albert Einstein himself said “It is madness to do the same over and over and expect different results”, so having done some in-depth testing on the influence of plugs on the sound of the Furutech FP-3TS762 cable, we could easily claim, that we have authoritatively confirmed such differences exist, and we do not need to fuss about that anymore, just taking it for granted. And in case our word would not be enough for that, we could always take support from Oyaide, who had their, until recently, only power cable TUNAMI GPX available with two different plug sets – the P/C-046 Special Edition “Italian Red” as well as the P/C-004 Special Edition “Aspirin White”. Although in case of Oyaide, both options are quite close together in terms of pricing (2490 vs 3490PLN), the connectors of the plugs P/C-046 are made from phosphor-bronze covered with gold and palladium, while the P/C-004 from beryllium-copper coated with platinum and palladium; for the earlier mentioned Furutech, the change of plugs has the character of an obvious upgrade. This means a change from the quite low priced rhodium plated FI-28R/FI-E38R to the then top of the line piezo-ceramic FI-50 NCF (R) series. Leaving those metallurgical nuances aside, we have never touched the, maybe not directly superiority, but at least a discernible difference between gold and rhodium coated pins, something that causes a very heavy polarization between consumers, who do hear the influence of power cables on sound (and I will not mention the non-hearing ones; and those, who deny the ability of hearing anything anyway, who do not even bother listening to those items at all, I will keep under a thick cover). But better late than never. As you know we have started cooperating, with which I mean exploring their products, with the Polish cable manufacture David Laboga Custom Audio, so it would be a deep sin of negligence, if we would turn a blind eye to the fact, that in their catalog there are identical cable models with both types of confection. In this way we finally get closer to the finale of this introductory paragraph, which unexpectedly turned out a bit long, as while we are remembering the nice listening session with the GR-AC-Connect power cord equipped with the 48 (R) NCF plugs, we now have it’s sibling fitted with the 46 (G) G-AC.

We managed to present you with the genealogy and the description of visual aesthetics as well as the very sparse information on the construction of the cables during the test of the DLCA (David Laboga Custom Audio) GR-AC-Connect, so I would like to direct all of you interested in those to that test. For the others, I will just mention, that the cables are placed inside a grey-black-brown protective sheath (Viablue Stone?) and have much more visually appealing massive splitters, which have the function of anti-resonance isolators and carry the printed information about the purpose, manufacturer, model and length. Of course, in both cases, the differences are only regarding the name and the plugs themselves. I will just also mention, that the name and the plugs have no influence on aesthetics (although the rhodium 48 are high-gloss polished, and the gold 46 are satin-brushed) or mechanics of the cable – both are easy to place, despite their quite significant weight.

Before I move to the part devoted to the eventual changes and differences of the sound between the tested cables, I would like to digress a little, to shed some extra light on the situation. The first is not only a suggestion, but a recommendation from the manufacturer to use the G-AC for the sources (especially the digital ones) while the GR-AC for the amplification. But to make things less rosy – here comes digression no. 2 – my personal preferences and habits. When someone from our readers is wondering, what this has to do with all of this, let me explain, that they do have a lot. Most of the cabling I use is rhodium plated, and used mostly to supply digital sources, while the amplification is powered by a cable with gold coated plugs. Moving to the details – from the double, rhodium coated power socket in the wall (a dedicated power line running from a separate circuit breaker), the Furutech FT-SWS-D (R) NCF, to the power amplifier Bryston 4B3 runs the Acoustic Zen Gargantua II, equipped with gold plugs, and the Furutech FP-3TS762/Fi-50 NCF(R)/FI-50M NCF(R) goes from the mentioned socket to the Furutech e-TP60ER power strip. From this strip we have another Furutech FP-3TS762 with FI-28R/FI-E38R plugs to the streamer, and the Furutech Nanoflux Power NCF to the Ayon CD/DAC/Pre. So in short this is completely the other way round and in opposition to the recommendation of David. But in line with the saying that no-one should tell me what to do, I came to the conclusion, that this configuration fares better in my system/is more to my liking, and I will stick to my version, when putting rhodium to gold.
Now when I had two equivalent solutions at my disposal, there was no excuse for anything else, than to put my preferences into my pocket, and try to confront theory with practice with an open mind. The beginning was easy to foresee, as during the previous test, the GR-AC was so convincing, that the Gargantua, which had to make place for it, almost felt enjoyment before a great journey, as it came very close to being evicted, feeling the domination of the Laboga. It was hard to give a different verdict, when the rhodium Laboga offered a more resolved sound, with bigger volume and better control. The second stage remained more of an unknown, when I planned to replace the Furutech Nanoflux Power NCF, which is a much better cable than the Acoustic Zen, with the golden G-AC-Connect. But if you said “A” you need to say “B”. A quick exchange of cabling and … things got different, but not worse. Yes, yes. I was surprised myself, and could not believe my conclusions coming from the listening session, but this is how it was. Of course the character of the narration changed, as some elements of golden juiciness and sweetness appeared, but the motoric and timing did not lose anything from their immediacy. The effect could be compared to that, what is achieved by decanting good and heavy wines (for example an Uruguay Tannat), where the initial roughness and spiciness flows into an enchanting roundness and fullness of the bouquet. Interestingly, the contours were drawn with a slightly softer line, but let me underline this word – slightly, like moving from a 4H to 3H pencil, and not the 2B one, but the majority of changes pertained to the midrange, and to a lesser extent, to the treble. For example on the “Round M: Monteverdi meets Jazz” the vocal of Roberta Mameli was more sensual, or, in more descriptive terms, based on my, not necessarily stereotypical, associations, I could claim it became more … “Italian”, more temperamental and fiery. I observed similar differences comparing the G-AC with the GR-AC, so please allow me, that from now on, the descriptions will be about the changes between those two cables. The upper registers were a bit more sparkling and, in a way, warmer. But let me assure you – this was not a result of this part of the sound spectrum being withdrawn, or cut, as the volume of information remained untouched, only the slider for the timbre was moved from the neutral, studio lighting towards a golden sunset. The change was maybe cosmetic, but every photographer knows, that just after sunrise and before the sunset, the warm and soft lighting makes the best job. And that is the case here, the content does not change, but the perspective or the optics encompassing it, does.
To be sure, that the mentioned golden touch and accented sensuality does not become detrimental for a repertoire that does not have anything in common with sensuality, I took a disc, that I do not know when became 40 years old, “The Number of the Beast” from Iron Maiden. For those not familiar with classics, I will just mention, that this is a kind of energetic playing based on catchy riffs, high octane rhythmic section and the first album of the group with Bruce Dickinson behind the microphone. In short a joyful heavy metal with a disputable quality of recording, to which I return only for sentimental reasons, and not when wanting to experience any audiophile mystery. However with the G-AC I got very close to this state of sacred exultation, and I do not know why. The miracle did finally not happen, and I did not get any depth of stage, as you could only discern maybe three, very shallow layers, but the usually tinny treble and dry midrange went through a successful metamorphosis regarding their refinement and fleshiness. Tissue appeared on the bony skeleton, the drums and percussion, to which Clive Burr was saying goodbye, gained some extra Jules. In this case it turned out, that things did not just get different, but just plain better.

During the summary I just want to make sure, I have written, that I prefer the rhodium coated plugs. Because I did mention that, yes? And I could still claim, that I will not change my mind. But the problem is, that David Laboga has planted a grain of doubt in my, seemingly well grounded, belief. A grain, that for now is just a small “but”, so I am not doing any major moves, but I cannot exclude the situation, that the golden version of David Laboga Custom Audio G-AC-Connect will finally find its place in my system. However I am not sure, if this cable will end in the back of the tube source, or the solid state power amplifier, as I am used to certain sound, or the specific setup of my system would require that. But this is for sure not just my defiance. Time will tell, but for now I warmly recommend to perform your own, personal comparisons, as with those two cables, when responding to the question which one of those a statistical listener would like to keep, the most common answer will be … both. And if you do not believe me, please listen for yourself – in the end, the whole game is about listening.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Network player: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Speaker cables: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + Silent Angel S28 + Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC; Innuos PhoenixNet
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Opinion 2

If you are at least a bit acquainted with the theme of our hobby, you surely know, that the case of influence of cabling on the final sound of an audio setup, is still debated and controversial amongst many specimens of the homo sapiens. Yes, the opponents agree, that those are inevitable, but only as suppliers of power and analog or digital signals, but with a categorical denial of their influence on the modeling of the sound of connected electronics. Unfortunately they do not take on any arguments, that for example different weave or thickness of the conductor, or its shielding, do have an influence. They just deny it. Of course, we live in a free society, and anyone is free to think and do what he or she pleases. But when those people disagree with us – us, who absolutely know the influence of the complex construction of the cables on our setups – what do you think, they will say, when we are testing identical cables, but with different plugs? Rest assured, I know their answer. And for us it would be fairly disappointing. So let them remain in their lucky realm of not hearing those changes, while inviting the music lovers being on my side of the barricade to the comparison of two different plugs from the catalog of the Japanese Furutech applied on identical power cable from David Laboga Custom Audio. Are you interested? If yes, then I can only tell you, that the Polish manufacturer supplied us with two power cords. One of those we tested recently, it was the GR-AC with rhodium coated plugs, and its counterpart with gold plated plugs – the G-AC.

Of course, similar to our previous encounter, also this time, the knowledge about the internals of the tested cable is very sparse. The only thing we do know, is, that it is made using woven copper conductors of different purity and cross-section. There is no available knowledge about the shielding or isolation. However the rectangular boxes on the cable do not hide any circuitry, that would model the sound, they just cover the place, where the thicker inner cable changes diameter, to become smaller as it reaches the plugs. They are also used as carrier of the company logo and cable name. Similar to the cable with the rhodium plugs, the gold plated version is 1.8 meters long and is packaged in a wooden box, with foam upholstering, what boosts the product’s exclusivity.

So did the identical cables with different plugs really influence the final sound of the same system? Well, this really depends on the position you take, but their other influence was immediately audible, from the very first notes. Of course, those were not changes on the level of changing speakers, like the tube Avantgarde Acoustic to representatives of the British school by Harbeth, but the correction of the sound was evident. If I would try to describe it very shortly, then I would say that the sound got more noble. This however did not happen through mudding, as it often happens, but by lifting the level of the body of the reproduced music. What is important, this happened without any losses in terms of freedom of presentation and breath, but by raising the overall saturation and warmth. What does this mean? Seemingly nothing much, but if you are trying to raise the timbre of your system, things look very different. Compared to the rhodium version, which was brilliantly balancing the weight and resolution of the sound, while reproducing the attack very well, the golden version moved the sound in the direction of upping the emotionality of the music. But with one important remark – this process did not degrade anything in its path. Yes, the line delineating the virtual sources got a bit thicker, and the attach was not as fast as a F-16 jet, but in conjunction with the increase of the content of music within the music, I perceived those changes as something expected. This could look as wishful thinking, when we put it against the similar, yet unsuccessful attempts of the competition, but I absolutely assure you, it did happen in reality. The music shone with a bigger amount of colors, the individual sounds, while being a bit rounder, decayed longer, and the vocals was full of intimate artefacts. You could only dive into the music listened to, and forget about the world around you. And I must confess, that it is exactly what happened with me. This is such a narcotic way of presentation, that regardless of having an even more coherent one on a daily basis, I caught myself on having my soul get free from the body, as instead of listening to just one piece, I got up from my chair to change the repertoire, only when the laser returned to the resting position after finishing scanning the whole disc. And it did not matter, if I listened to something easy and nice like Melody Gardot, contemplative jazz or rock madness, every time the system fared brilliantly. On one hand it enchanted with a full palette of colors, on the other, it did not destroy the impression of good dynamics of the music listened to. Of course, as I had my master in my head, I knew, how much I was pushed away from it by the cable with the golden plugs. Fortunately for it, it managed to never cross the thin line of moving into overinterpretation, and I do not really know, how it has done that. But it did, and won. It had a different shade and weight, but still defended itself in every case.

So where would I see the tested cable? I think, it can fit everywhere without problems. But it would do best in systems, which require a tad more of emotion. And it is not about mudding of the sound, but about upping it’s essence without any side effects. And what about the rest of the population of music lovers? Of course all of you, who are looking for attack and transparency, might be a bit disappointed, but if you will not be overly mischievous in your assessment, even when you are looking for something a bit different, you will see why the tested David Laboga Custom Audio was equipped with golden plugs in the version G-AC-Connect.

Jacek Pazio

System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker Cables: Synergistic Research Galileo SX SC
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
– Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
– Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: Clearaudio Concept
Cartridge: Essence MC
Step-up: Thrax Trajan
Phonostage: Sensor 2 mk II

Manufacturer: David Laboga Custom Audio
Prices (Net)
David Laboga Custom Audio GR-AC-Connect: 1,8m / 2710 € (EU), 2840 € (UK), 2710€ (US); + 650€ each additional 50cm
David Laboga Custom Audio G-AC-Connect: 1,8m / 2560 € (EU), 2690 € (UK), 2560€ (US); + 650€ each additional 50cm

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Przyglądając się nad wyraz dynamicznie zmieniającemu się rynkowi przetworników z łatwością można zauważyć dwa główne i jeden poboczny nurt, w których ów rozwój zmierza. Maistream reprezentują oczywiście wytwórcy czerpiący pełnymi garściami z ogólnodostępnych (biorąc pod uwagę obecne realia obracamy się w sferze pobożnych życzeń) kości AKM, bądź Sabre, w ich cieniu przykucnęli miłośnicy NOS-owych a tym samym zaimpregnowanych na najnowsze formaty kości TDA1541, a zupełnie odrębną grupę stanowią będący sobie sterem, żeglarzem, okrętem pasjonaci stawiający na własne-autorskie rozwiązania oparte o dyskretne drabinki rezystorowe pracujące pod kontrolą odpowiednio zaprogramowanej kości FPGA, czyli tzw. technologię R2R. Krótko mówiąc dla każdego coś dobrego, choć warto mieć również na uwadze głosy szepczące, że tak naprawdę sama kość przetwornika znaczenie ma co najwyżej drugorzędne a kluczową rolę odgrywa prawidłowa, czytaj świadoma, jego implementacja. I to chyba rzeczywiście jest klucz do sukcesu, gdyż na przestrzeni ostatnich kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu lat doświadczenie, czyli empirycznie zdobyta podczas odsłuchów wiedza, tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, że dysponując komponentami z najwyższej półki można stworzyć zarówno raniącego uszy bubla, jak i z pozornie budżetowych części wycisnąć przysłowiowego maxa deklasując po wielokroć droższą konkurencję. Dlatego też z niekłamanym zainteresowaniem przystaliśmy na propozycję testu przetwornika cyfrowo – analogowego bazującego właśnie na autorskich rozwiązaniach konstruktora z zarazem dość egzotycznego na naszym rynku przetwornika cyfrowo-analogowego, czyli rumuńskiego i właśnie będącego reprezentantem obozu R2R flagowego DAC-a Rockna Audio Wavedream Signature.

Dostarczony przez pomorskie Premium Sound przetwornik okazał się nad wyraz okazałą, wykonaną z grubych płatów anodowanego na czarno aluminium maszyną. Próbując obiektywnie ocenić jej design nie sposób nie zauważyć pewnych, nieco brutalistyczno – industrialnych akcentów w postaci wystającej poza obrys korpusu, blisko centymetrowej grubości, płyty czołowej, widocznych na niej łbów mocujących wkrętów, czy niezbyt wyrafinowanych i spójnych wzorniczo opisów marki, modelu i funkcji poszczególnych przycisków umieszczonych wokół centralnie usytuowanego wyświetlacza. I tu ciekawostka, bowiem producent na swojej stronie uparcie twierdzi, w dodatku wbrew dostępnej na tejże instrukcji obsługi, iż w swych wyrobach implementuje żółte matryce OLED o rozdzielczości 128×64 a z tego co mi się udało dowiedzieć od blisko trzech lat obowiązuje widoczna na naszych zdjęciach błękitna odsłona. Mniejsza jednak z tym, choć na dobrą sprawę uważam, że warto byłoby z tym zrobić porządek, tym bardziej, że istnieje możliwość dokonania fabrycznego upgrade’u i jeśli komuś wcześniejsze podświetlenie z niczym nie koresponduje, to wygląda na to, że można temu w stosunkowo prosty sposób zaradzić.
Wracając jednak do meritum, patrząc od lewej szczęśliwy nabywca do dyspozycji otrzymuje włącznik główny i po parze chromowanych przycisków po obu stronach displaya. Z lewej mamy dostęp do menu i regulacji jaskrawości wyświetlacza a po prawej dwuprzyciskową regulację głośności (od -127,5 do 0 dB, co 0,5 dB), która po wbiciu się do menu pozwala na nawigację po kolejnych nastawach. A tych, wbrew pozorom, jest całkiem sporo, gdyż Rockna oferuje nie tylko dostęp do czterech opcji cyfrowej filtracji (Linear, Minimum, Hybrid, wyłączona), lecz również dedykowanych sygnałom DSD charakterystyk (szeroka i wąska), możliwość odwrócenia fazy, dodanie do sygnału dithera, czy też rezygnacji z wbudowanego zegara na rzecz układu zewnętrznego. Płytę górną zdobi za to centralnie umieszczony firmowy logotyp skomponowany z niewielkich otworów.
Zdecydowanie więcej dzieje się na zapleczu, gdyż jak na flagowca przystało Rockna Audio Wavedream Signature może pochwalić się nie tylko okupującymi obie flanki wyjściami RCA i XLR, lecz nad wyraz ciekawym wachlarzem wejść cyfrowych z klasycznym koaksjalem, AES/EBU zdolnymi obsłużyć sygnały PCM 24bit/44.1-192k a przez DoP również DSD64 i zdublowanymi I²S w standardzie HDMI oraz USB radzącymi sobie zarówno z PCM 24bit/44.1-384k, jak i DSD64-512. Gniazdo zasilające IEC jest zintegrowane z komorą bezpiecznika, więc bez większych problemów można niewielkim nakładem finansowym co nieco w brzmieniu przetwornika poprawić zastępując cywilny komponent adekwatnym do klasy urządzenia audiofilskim odpowiednikiem. Wraz z przetwornikiem dostarczany jest również pilot, choć ten pomimo firmowej naklejki pochodzi od włoskiego Gold Note’a.
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to tak jak już zdążyłem nadmienić, zamiast mniej, bądź bardziej zgodnej z datasheetem implementacji ogólnodostępnej kości DAC-a z oferty AKM, bądź Sabre w Rocknie zastosowano autorskie moduły RD-0 kontrolowane przez programowalną kość FPGA i ultra precyzyjny zegar FEMTOVOX. Z kolei dyskretny, pracujący w klasie A stopień zgodnie z założeniem projektantów pełni rolę możliwie najbardziej transparentnego bufora i oparto go na tranzystorach bipolarnych i j-fetach. Na uwagę zasługuje również zaskakująco rozbudowane zasilanie wykorzystujące 3 klasyczne i przy tym solidnie ekranowane transformatory i aż 20 liniowych stabilizatorów.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu i zerkając na pułap cenowy na jakim operuje topowa Rockna z pewnością część z Państwa spodziewa się nie wiadomo jakich fajerwerków, opadu szczęki i generalnie rzecz ujmując efektu Wow! Tymczasem Wavedream jest urządzeniem niejako zaprzeczającym powyższym, przypisywanym High-Endowi stereotypom. O ile bowiem niezaprzeczalnie oferuje brzmienie najwyższych lotów, to nie sposób uznać go za przetwornik usilnie zabiegający o atencję słuchaczy, czy też próbujący na nowo pisać reprodukowane partytury. On po prostu robi swoje, czyli zamienia sygnał cyfrowy na analogowy dwojąc się i trojąc, by nic podczas owej konwersji nie zginęło a jednocześnie, by zgodnie z ideą wysokiej wierności (high fidelity) również samemu nie odciskać jakiegokolwiek piętna. Utopia? Na niższych poziomach zaawansowania z pewnością, lecz przy blisko 80 kPLN na stole trudno byłoby godzić się na jakiekolwiek kompromisy i uproszczenia. Tutaj po prostu wszystko jest takie jak należy i na swoim miejscu. Wszystko się spina i nie ma do czego się przyczepić. Oczywiście wieczni malkontenci z pewnością znajdą jakieś „ale”, ale proszę mi wierzyć na słowo, iż decydując się na topowy rumuński przetwornik raczej nie będą Państwo skorzy szukać dziury w całym, jeśli ten czas poświęcić będzie można na kontakt z ulubionymi wykonawcami. Chodzi bowiem o to, iż Wavedream Signature operuje w estetyce, którą na własne potrzeby ochrzciłem mianem naturalnej rozdzielczości, czyli brzmienia nad wyraz akuratnego i poniekąd będącego synonimem kulinarnego pojęcia al dente, gdzie uwalniając wszelkie walory smakowe zachowujemy jędrność i sprężystość przyrządzanych potraw, unikając zarzutów zarówno dotyczących niedogotowania, jak i rozgotowania. Przykładowo burza w „Raiders on the Storm” z „L.A. Woman” The Doors była w pełni namacalna i realistyczna, lecz nie przekraczała cienkiej czerwonej linii za którą zaczyna się samplerowa sztuczność i hiper-detaliczność ze śledzeniem każdej kropli deszczu w jakości już nie 4 a 8K. Tymczasem tutaj – z Rockną w torze, nikt nie musi mnie przekonywać, iż w nagraniu, czyli de facto na wykreowanej tuż przede mną scenie, pada a jednocześnie nie jestem wtłaczany w fotel tuż przed wielkoformatowym ekranem ustawionym w trybie ekspozycyjnym, gdzie dosłownie po kilku minutach łzy same płyną z oczu a spojówki pieką żywym ogniem. Zachowany jest bowiem zdroworozsądkowy umiar i właściwy prawidłowo kreowanej scenie dystans, które zdecydowanie lepiej wróżą na przyszłość niż ponadnormatywna emocjonalność, która po okresie pierwszej ekscytacji może być głównym powodem wykonywania dalszych roszad w systemie.
Kolejnym dowodem wyrafinowanej neutralności rumuńskiego przetwornika jest zdolność oddania właściwej agresji nagrań rockowych bez jednoczesnego piętnowania ich nieraz garażowej siermiężności i chropawości. Nawet na nad wyraz, całe szczęście jedynie fragmentami, hałaśliwym, czy wręcz kakofonicznie zagmatwanym, prog-metalowo-art-rockowym albumie „Ramagehead” formacji O.R.k., na którym oprócz stałego składu wśród którego znajdziemy Colina Edwina (Porcupine Tree) na basie i zasiadającego za perkusją Pata Mastelotto (King Crimson) gościnnie udzielającego się wokalnie samego Serja Tankiana świetnie oddane zostały niezwykle karkołomne spiętrzenia dźwięków, po których następowały chwile lirycznego wyciszenia. O ile bowiem w tych pierwszych nie sposób było mówić o nawet najmniejszym poluzowaniu dołu pasma, czy choćby śladowym bałaganie w dalszych planach, to w momentach wytchnienia również i tzw. gry ciszą nie próbowano zastąpić odwracaniem uwagi mniej bądź bardziej absorbującymi partiami wokalno-instrumentalnymi. Krótko mówiąc gdy miało byś ostro i piekielnie szybko tak właśnie było, a gdy spokojnie nikt nikogo nie popędzał sztucznie podkręcając leniwe tempa.
Co ciekawe równie angażująco zabrzmiały dość niestandardowo i nieoczywiście zrealizowane samplery Erzetich Audio Gold, które podobnie jak Rockna stawiały na brzmienie rozdzielcze, naturalne i nieprzesadzone z jakże daleką od skompresowanych koszmarków dynamiką. Niby to tylko lekkie, łatwe i przyjemne pop-rockowe, z przewagą popu, utwory niekoniecznie pierwszoligowych wykonawców, lecz właśnie ze względu na brak ciśnienia i uderzeń sodówki do głowy zaskakująco autentyczne w swym wyrazie. I właśnie ową autentyczność Wavedream z łatwością i wynikającą z własnej naturalności i transparentności przekazywał w pełni. Ani nic dla siebie nie zachowując, ani od siebie nie dodając. Oczywiście zabawa dostępnymi filtrami, czy też ditherem pozwalała na delikatne modelowanie charakteru rumuńskiego przetwornika, lecz owe zmiany odbywały się na zasadzie naprawdę delikatnego przenoszenia pola łapania ostrości w tym samym kadrze.

Im dłużej gościłem w swoim systemie tytułowy przetwornik Rockna Audio Wavedream DAC Signature, tym częściej łapałem się na refleksji, że tak po prawdzie z chęcią zostawiłbym go u siebie i podobnie jak mam na chwilę obecną ze swoim dyżurnym Ayonem nadal mógłbym z powodzeniem obywać się bez standardowego przedwzmacniacza liniowego, wpinając go bezpośrednio pod końcówkę mocy. Jest to o tyle kusząca propozycja, iż 256-krokowa (co 0,5dB) regulacja głośności w rumuńskim DAC-u pozwala na naprawdę ultra-precyzyjne nastawy, co przy wieczorno-nocnych odsłuchach jest szalenie istotne. Dodając do tego wielce muzykalny i zarazem naturalny charakter brzmienia Rockna wydaje się idealną propozycją dla wszystkich tych, którzy gustując w delektowaniu się wszelakimi gatunkami muzycznymi w zaciszu domowego ogniska niespecjalnie chcą tracić czas na szukanie ciągłych podniet z wyławiania dotąd nieodkrytych szumów i trzasków egzystujących na granicy słyszalności.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

To, że świat High Endu przestał być domeną jedynie tak zwanego „zgniłego zachodu” wiemy nie od dzisiaj. Ktoś raczy oponować, gdyż naginam fakty? Bynajmniej, bowiem oprócz na obecną chwilę dość swobodnego poruszania się w meandrach absolutu światowego audio przykładowych rodzimych producentów typu David Laboga Custom Audio – okablowanie, czy ostatnimi czasy zdobywający zachodnie rynki Cirlcle Audio – sekcje wzmocnienia, świadczą o tym również takie brandy jak znany z naszych łamów bułgarski Thrax – elektronika, czy litewski AudioSolutions – kolumny głośnikowe. To już jest na tyle ugruntowany trend na rynku, że jeśli coś jest dobre, kraj pochodzenia dla potencjalnego klienta praktycznie nie ma znaczenia. I dobrze, gdyż świeża krew nie tylko przynosi nowe pomysły, ale również zmusza starych wyjadaczy do trzymania jakościowego fasonu. Wiedzą, iż każde potknięcie może być bolesne od strony biznesowej, dlatego cieszy fakt, że co chwila na szeroko rozumianym rynku audio pojawiają się manufaktury w stylu winnego „nowego świata”. Jakie? Choćby dzisiejsza. Co prawda z sukcesami działająca już od 1999 roku, jednak na naszym portalu mająca swoje pierwsze pięć minut. O kim mowa? O rumuńskiej manufakturze Rockna Audio, która dzięki zaangażowaniu sopockiego dystrybutora Premium Sound wystosował do zaopiniowania przetwornik cyfrowo/analogowy z regulowanym wyjściem Wavedream DAC Signature.

Próbując przybliżyć Wam rzeczonego bohatera dla jasności zaznaczę, że z uwagi na jego oszałamiającą wszechstronność w domenie odczytu wszelkich formatów, ich wielorakiej obróbki oraz wielu innych funkcji, odsyłając zainteresowanych do tabeli pod tekstem, wspomnę jedynie o z mojego punktu widzenia możliwości ominięcia przedwzmacniacza liniowego, bardzo ważnym aspekcie, czyli regulowanym wyjściu sygnału. Owszem, to często jest słabo wypadającą opcją, jednak podobnie do mojego przetwornika dCS Vivaldi w tym przypadku jest bardzo dobrym jakościowo atutem Rockny. Jeśli zaś chodzi o wygląd i uzbrojenie manualne, mamy do czynienia z typowej wielkości aluminiową, dzięki wizualnemu zabiegowi czołowego płata, trudną do przeoczenia bryłą. Wykonany z pogrubionego w centralnej części, dzięki temu przełamującemu wizualną nudę, masywnego płata aluminium front oferuje nam umieszczony w środkowej części czytelny wyświetlacz, symetrycznie rozmieszczone na obydwu flankach po dwa guziki – z lewej wybór funkcji i obsługa jasności wyświetlacza, a prawej sterowanie głośnością regulowanego wyjścia sygnału oraz całkiem z lewej strony główny włącznik. Kierując swój wzrok ku tyłowi mijamy przyjemną dla oka, bo ozdobioną wyfrezowanym w formacie kwadratu wielkim logo marki, górną połać obudowy. Zaś po dotarciu do rewersu zderzamy się wyjściami analogowymi w formacie RCA/XLR, wejściami cyfrowymi w specyfikacji SPDiF, AES/EBU, USB oraz HDMI (I²S) i wieńczącym każde urządzenie czerpiące energię elektryczną z sieci gniazdo zasilania IEC. Tak prezentujący się DAC posadowiono na 4 sporych rozmiarów, a przez to solidnych w kwestii eliminacji wibracji stopach i wyposażono w pilota zdalnego sterowania.

Jak odebrałem naszego bohatera? Być może na tle osobistych preferencji raczej cięższego przekazu zabrzmi to dziwnie, ale przyjemnie lekki. Nie, nie odchudzony, czy zdradzający cechy anoreksji, tylko bardzo angażująco otwarty. Bez siłowego kolorowania świata muzyki, a mimo to z dobrą wagą, plastyką i energią. Minimalnie mniejszą niż mam na co dzień, jednak odbierałem to jako inne, bardziej transparentne spojrzenie na ten sam materiał. Z luzem, ale bez męczącego natręctwa, czy ostrości. Z dobrym zaznaczeniem szybkości narastania sygnału, jednak z dbałością o pozostawienie niezbędnej ilości czasu na wybrzmienie każdej nuty. Całość epatowała witalnością okraszoną fajnym kolorem i idącą w sukurs swobodnej prezentacji, umiejętnie dobraną wagą. I gdy wydawałoby się, ze przy moich preferencjach nieco większego nasycenia przekaz mógłby być nieco meczący, okazało się, że podczas testu bez najmniejszych problemów z niekłamaną przyjemnością serwowałem sobie liczne serie kilkugodzinnych odsłuchów. Nic nie męczyło, nic nie popadało w nadinterpretację, co przy zachowaniu dobrej jakości dźwięku z dziecinną łatwością pozwalało mi zakochać się w oferowanej projekcji. Ale zaznaczam, powyższy wywód jest jedynie głębszym przybliżeniem z jednej strony minimalnych różnic zderzanych ze sobą przetworników, a z drugiej bez dwóch zdań zobrazowaniem teoretycznie innego, a mimo to fenomenalnego brzmienia. Bez zawoalowanego zgłaszania jakichkolwiek problemów, których na tym poziomie nie tylko nie powinno być, ale również nie było, dzięki czemu z przyjemnością można było słuchać dosłownie każdego rodzaju muzyki.
Na poparcie powyższej tezy wspomnę o ostatnio mocno eksploatowanej przeze mnie płycie „13” Black Sabbath. To jest gatunek, w którym zbyt swawolne podejście do wagi i transparentności prezentacji jest jawnym proszeniem się o problemy. Tymczasem przywoływane przed momentem aspekty swobody w graniu Rockny niczego takiego nie wywoływały. Ba, gitarowe riffy nadal były mocne, perkusja dobitna, a wokaliza wyrazista, z tą tylko różnicą, że minimalnie lżej w od sparingpartnera, a mimo to z niezbędnym pakietem przykuwania uwagi nawet tak wymagającego słuchacza – to jest muzyka mojej młodości – jak ja. Jak to możliwe? Tego nie wiem. Wiem jednak, że dosłownie po kilkunastu taktach rumuński pomysł na muzykę w sobie tylko znany sposób okazywał się być moim punktem widzenia i nawet na moment nie poszukiwałem wypracowanego przez lata swojego wzorca. To zaś oznacza, że musiało być dobrze nie tylko w kwestii odpowiedniego drive’u, ale również bez szkodliwego odchudzenia.
Innym przykładem na fajne podanie muzyki był spokojny jazz. Weźmy choćby najnowszą płytę braci Oleś z Piotrem Orzechowskim „Waterfall”. To dość spokojny, rzekłbym nawet kontemplacyjny materiał muzyczny, co przy zbyt lekkim podejściu elektroniki do nasycenia instrumentów mogłoby skończyć się spektakularnym kruszeniem szkliwa na zębach. Tymczasem opiniowany przetwornik pokazał całość jedynie w estetyce przyjemnej lotności, ale z zachowaniem dobrego bilansu pudła rezonansowego i strun kontrabasu, energii stopy perkusji oraz dostojności i dźwięczności fortepianu. Wcześniej wydawało mi się, że lżej niż mój wzorzec może otrzeć się o ostrość. Niestety, choć w tym przypadku dla wyniku testu pozytywne „stety”, nawet nie wiedziałem, jak bardzo się myliłem, co dobitnie pokazał mi tytułowy produkt serwując mi ewidentnie lżejsze, a mimo to na swój sposób barwne i wciągające popisy rodzimego trio.
Jako finał wystąpi ścieżka dźwiękowa filmu „Incepcja”. To znowu wbrew pozorom jest bardzo wymagający materiał. A wymagający dlatego, że raz musi tąpnąć podłogą, a innym razem przeszyć eter ostrym cięciem. Niby bułka z masłem, jednak to jest muzyka generowana sztuczną inteligencją, dlatego wspomniane przestawianie ścian musi mieć nie tylko swoją amplitudę, ale dodatkowo energię, a mocne akcenty szybkość i ostrość. A jeśli tak i przy wiedzy czego można spodziewać się po naszym obiekcie zainteresowania, chyba wiadomym jest, że jeśli przywołuję ten przykład, był kolejną ewidentną wodą na młyn konstrukcji. Gdybym miał opisać to w trzech słowach, powiedziałbym, że było ostro, szybko i mocno, co bez dwóch zdań oddało ducha nie tylko tego materiału muzycznego, ale również nieobliczalności wydarzeń na ekranie odwiedzanego swego czasu kina.

Reasumując powyższy test jedno chyba jest jasne. Nasz bohater mimo przyjemnie otwartego i przy okazji witalnego sposobu prezentacji nie przekracza granicy dobrego smaku. Jest zwiewnie, ale również z dobrą, bo mimo, że daleką od lubianej przez sporą grupę osobników homo sapiens, bardzo dobrze zbilansowaną w stosunku do założeń sposobu prezentacji masą. To natomiast sprawia, że Rockna Audio Wavedream DAC Signature w kwestii predyspozycji potencjalnych zainteresowanych praktycznie nie ma większych przeciwwskazań. A jeśli już na siłę miałbym szukać potencjalnych malkontentów, to byliby to jedynie piewcy tak zwanego „mułu i wodorostów”, czyli tłumacząc z polskiego na nasze miłośnicy wszechobecnego sonicznego syropu, na co w obozie inżynierów Rockny zwyczajnie nie ma zgody. Owszem, ma być barwnie, ale w granicach zdrowego rozsądku.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Premium Sound
Producent: Rockna Audio
Cena: 79 200 PLN

Dane techniczne
Wejścia cyfrowe
S/PDIF; AES/EBU: 24bit/44.1-192k PCM , DoP DSD64
USB; 2 x HD-Link1 (LVDS): 24bit/44.1-384k PCM, DSD64-512
Wyjścia analogowe: para RCA, para XLR
Zniekształcenia THD+N (@ -6db): 0.0008% lub -102 dB
Odstęp sygnał/szum (0 dB): 132 dB
Dynamika: 132 dB
Impedancja wyjściowa: 0.5 Ω
Max. napięcie wyjściowe: 10Vpp(RCA); 20Vpp(XLR)
Częstotliwość sygnału na wejściach cyfrowych: 560MHz
Pętla PLL, wyłącznie sygnał cyfrowy: 300fS jitter
Filtry: liniowe, minimalnofazowe, x16
Typ filtrów: Parks-McClellan, 4820 taps
Precyzja matematyczna: 68 bitów
Tłumienie: -145dB
Dewiacja amplitudy: 0,0001 dB
Sterowanie głośnością: 256 kroków co 0,5dB
Wymiary (S x G x W): 440 x 360 x 90mm
Waga: 7,8 kg