Jeśli jesteście spostrzegawczy lub pilnie śledzicie związane z działalnością naszego portalu testowo-newsowe perypetie, najpewniej wiecie, że z trzech pełnoprawnych spotkań z tytułową marką, dwa zakończyły się pozostawieniem opiniowanego komponentu w ramach redakcyjnego wyposażenia. Co prawda jak do tej pory nie była to wkładka gramofonowa z dedykowanym phonostagem – mieliśmy u siebie model DS 003, ale oprócz istotnego w zabawie z czarną płytą żelu czyszczącego igłę wkładki gramofonowej DS Audio ST-50, na stanie redakcji pojawił się również przyrząd do centrowania czarnej płyty na szpindlu talerza DS Audio ES-001. I chyba nie muszę udowadniać mówiąc, iż oba akcesoria sprawdziły się na tyle dobrze, że gdy tylko nadarzyła się okazja poznania kolejnego wypustu tego japońskiego brandu, z niecierpliwością czekałem na umówioną dostawę od dystrybutora. Co tym razem wyznaczył do zaopiniowania katowicki RCM? Zaskakująco fajną ciekawostkę w postaci niedrogiego zestawu dla analogowego melomana, czyli drugi od dołu w cenniku set wkładki gramofonowej z dedykowanym firmowym phono DS Audio E3 Optical Cartridge i DS Audio Equalizer for Optical Cartridge.
Rozpoczynając opis budowy obydwu komponentów od wkładki muszę powiedzieć, że ów cartridge jak na tego typu akcesorium jest spory gabarytowo. Dość szeroki, stosownie wysoki i przyjemnie zaoblony, a w kwestii otulenia czułych układów optycznych – o tym za moment – wykorzystujący pięknie wykończone wzorniczo aluminium. Co ciekawe, aluminiowy jest również wspornik igły, który w tym modelu został uzbrojony w diament z pozornie prostym, ale jakże wymownym w oddaniu motoryki i fajnego detalu muzyki szlifem eliptycznym. Co miałem na myśli wspominając o skrytych wewnątrz obudowy układach optycznych, a nie elektrycznych? Otóż clou działalności tej marki jest obróbka sygnału odczytanego z płyty winylowej nie za pomocą cewek i magnesów, tylko zakłócanego źródła światła przez wibrujący wspornik igły. Tak tak, sygnał z tego rylca jest wynikiem wywołanego rowkiem na płycie winylowej przesłaniania wiązki światła, co powoduje, że do użycia tego typu wkładki potrzebny jest dedykowany – w teście była to firmowa konstrukcja, ale są już na rynku firmy zajmujące się rozkodowywaniem tego typu sygnału – phonostage zwany equalizerem. Gdy dotarliśmy do sekcji obróbki sygnału wydobytego z czarnego placka, czyli wspomnianego equalizera E3, ten z racji zamierzonych cięć zbędnych kosztów jest bardzo kompaktowy. Jednak kompaktowy w przypadku Japończyków nie oznacza biedny. Dlatego mimo skromnych gabarytów jego obudowa została wykonana z elegancko prezentującego się, anodowanego aluminium. A to tylko jeden z zabiegów jego stylizacji, bowiem jako przełamanie potencjalnej monotonii ogólnego wyglądu front nie jest płaską, z tego powodu nudną połacią, tylko zbiegającymi się ku sobie płynnymi łukami trzema płaszczyznami, których punktem zbornym jest pionowo zorientowana w dolnej części awersu, mieniąca się zielenią wstawka na kształt przecinka. Ale i to nie jest koniec ciekawostek frotowych, gdyż nad wspomnianym przecinkiem designerzy zorientowali okrągły przycisk powołujący urządzenie do pracy, po włączeniu którego motyw pionowego neonu z awersu zapala się również tuż nad igła, czyli w przedniej części wkładki gramofonowej tworząc nie tylko w dzień, ale tym bardziej w nocy ciekawy iluminacyjny tandem. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy phonostage’a, mamy do dyspozycji zestaw wejść i wyjść RCA zacisk masy, hebelkowy przełącznik dwóch różnych korekcji sygnału oraz gniazdo zasilania IEC.
Jak zaprezentował się przybyły z Japonii analogowy konglomerat? Być może zabrzmi to banalnie, ale tak, jak opisał to producent w odezwie do potencjalnego nabywcy na firmowej stronie internetowej. Czyli? Muszę przyznać, że z zaskakująco angażującym drivem, dobrą motoryką i energią niskich rejestrów, stosownie dobraną do mocnego dolnego zakresu w domenie wagi średnicą i pełnymi ekspresji wysokimi tonami. Naturalnie na tle poprzedniego, stojącego znacznie wyżej w hierarchii cennika modelu DS 003 przekaz był nieco bardziej surowy, ale nie oszukujmy się, to naturalny efekt planowych cięć kosztów. Kosztów, które w założeniach miały przybliżyć nas do sposobu na muzykę według oficjalnej szkoły grania tej marki, ale w ramach znacznie niższego, dostępnego dla znakomitej ilości miłośników techniki analogowej budżetu. I bez dwóch zdań stwierdzam, że założenie zostało zrealizowane w stu procentach. Od pierwszych chwil słychać tryskającą radość słuchanej muzyki. Minimalnie mniej skierowaną na kreowanie najdrobniejszych niuansów zawartych w materiale, ale za to cały czas z pietyzmem pokazującą niesione przez nią emocje. Z uwagi na wrodzoną nadpobudliwość uwielbiam taki sposób prezentacji i zostałem w pełni usatysfakcjonowany. Żadnego czarowania rozmytymi źródłami pozornymi, nie do końca czytelnie zdefiniowanymi na wirtualnej scenie w imię audiofilskiego rozdrabniania włosa na czworo, tylko konkret. Kiedy ma być ogień, nie ma zmiłuj, energia wybucha niczym Etna. Gdy natomiast przychodzi czas na nostalgię, ta oczywiście jest, ale pokazana jest bez zbędnego ckliwego rozwadniania materiału, tylko barwnie, kolorowo i płynnie. A co najciekawsze, mimo cały czas przywoływanej bezkompromisowości podania słuchanego materiału, dźwięk przyjemnie dla ucha epatuje zarezerwowanym dla tego typu źródeł posmakiem analogowej plastyki. Owszem, na skrajach podanej z pewnego rodzaju pikanterią, ale nadal w estetyce nasycenia i z odczuwalną nutą homogeniczności. Ale jedna uwaga. Obcowanie z tego typu rylcem cechuje jeden ciekawy niuans. Chodzi mianowicie o to, że trzaski i pyknięcia będące sygnałem o złym stanie płyty słychać, natomiast fajnym feedbackiem użytkowania tytułowego zestawu optycznego jest brak informacji o przesuwie igły w rowku. Temat wygląda jakbyśmy słuchali materiału cyfrowego w estetyce analogowej. Na początku wydaje się to nieco dziwne, jednak po kilku utworach taka estetyka okazuje się być bardzo pożądaną. Nie raz i nie dwa pomiędzy utworami lub nawet podczas cichych pasaży muzyki klasycznej z głośników wydobywa się cichy przydźwięk lub brum będący wynikiem złego tłoczenia. A w tym przypadku jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki temat przestaje istnieć. To naprawdę fajny tweak. No dobrze, a jak powyższa lista sonicznych cech modelu E-3 przełożyła się na konkretną muzykę?
Chyba nie muszę specjalnie udowadniać, że ciężkie granie było idealnym partnerem dla japońskiego zestawu. Zawsze brylowało z drivem i odpowiednią drapieżnością, co powodowało, że nie tylko nachodziła mnie chęć długich odsłuchów, ale również ręka samoczynnie kierowała się w kierunku potencjometru głośności, żeby nie tylko usłyszeć, ale również poczuć na własnym ciele zawarty w danym kawałku pakiet emocji. Oddanie mocnych kopnięć stopu perkusji, czy energii gitarowych popisów oraz gardłowo wykrzyczanej wokalizy testowo skonfigurowanemu systemowi nie sprawiało najmniejszego problemu. Prezentacja była na tyle angażująca, że pod koniec serii słuchania mocnych nurtów zacząłem obawiać się, jak wypadnie również lubiany przeze mnie, akustyczny jazz. Czy w brzmieniu nie okaże się nazbyt kanciasty – czytaj nachalny lub technicznie brzmiący? Choć lubię dobry kontur okalający solidny pakiet energii zwieńczony dźwięczną górą, to nie przepadam za estetyką nadmiernej techniczności, czy nachalności. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Co prawda wspomniany jazz malowany był bardzo wyraźnie w kwestii kreski kontrabasu i swobody wybrzmiewania blach, ale przywołany wcześniej posmak plastyki powodował, że przekaz choć rześki, nie przekraczał cienkiej granicy dobrego smaku. A gdy wezmę pod uwagę proponowaną za ten zestaw wkładki z equalizerem cenę, czyli ocenię siły na zamiary, spokojnie mogę powiedzieć, że materiał brzmiał znakomicie. Pokazał najważniejsze aspekty takich produkcji w postaci szybkości i wyrazistość przy zachowaniu dobrej masy, co udowodniło, że nawet na tak niskim poziomie da się obcować z najbardziej wymagającym materiałem.
U kogo widziałbym tytułowy japoński tandem? W pierwszej kolejności u melomanów lubiących konkretne podanie muzyki. Bez nudnego rozmycia, czy zbytniego ocieplenia wirtualnego świata, a raczej z tak zwanym przytupem. Inną, również mogącą znaleźć nic porozumienia z zestawem E-3 grupą są osobnicy z systemem zbyt ulanym w domenie masy i lepkości dźwięku. Japończycy z dziecinną łatwością wprowadzą w jego brzmieniu odpowiedni rygor, a co za tym idzie, pokażą różnorodność realizacji poszczególnych produkcji płytowych. Bez tego nawet gdy sobie wmówimy, że jest ok., na dłuższą metę podczas słuchania gramofonu będzie wiało nudą. Zaś jedynym obozem mogącym postawić twarde „nie”, z pewnością okażą się piewcy milusińskiej, nacechowanej nostalgią nawet podczas słuchania buntowników z AC/DC czy Led Zeppelin estetyki prezentacji. Niestety DS Audio E3 najzwyczajniej na takie ustępstwa nie pójdzie. Dlatego jeśli nie utożsamiacie się z ostatnią nacją melomanów i nie lubicie zbytniego zawoalowania dźwięku zbytnim ciepełkiem i miękkością, powinniście zakosztować tego w moich oczach dość taniego, za to w wartościach sonicznych pełnego energii tandemu. Ten zestaw gwarantuje uwielbianą przeze mnie jazdę bez trzymanki i jeśli skrzyżujecie z nim szpady, naprawdę będzie się działo. A o to chyba w naszej zabawie chodzi.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference, Furutech Project-V1
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1 Furutech Project-V1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: RCM Audio
Producent: DS Audio
Cena:
DS E3 SET: 12400 PLN
DS E3 CARTRIDGE: 6200 PLN
DS E3 EQUALIZER: 6200 PLN
Dane techniczne
Wkładka DS E3
Separacja kanałów: > 26db (1kHz)
Waga: 7.7g
Sygnał wyjściowy: >70mV
Materiał wspornika: Aluminium
Materiał korpusu: Aluminium
Zalecana siła nacisku: 2.0g~2.2g (2.1g rekomendowana)
Szlif igły: eliptyczny
DS E3 Equalizer for Optical Cartridge
Napięcie wyjściowe: 500mV(1kHz)
Impedancja wyjściowa: 120Ω
Impedancja wejściowa: > 10kΩ
Wejścia/Wyjścia: RCA
Wymiary (S x W x G): 26 × 8,9 × 19,5 cm
Waga: 1,9kg
Opinia 1
Jak to zwykle u nas bywa wszystko wskazuje na to, że nie mamy w zwyczaju zaczynać przygody z kolejnymi markami od przysłowiowego przedsionka, tylko dziwnym zbiegiem okoliczności albo od absolutnego topu, albo idąc od dołu cennika od razu przeskoczyć kilka pierwszych stopni wtajemniczenia. Bywa też tak, że dziwnym zrządzeniem losu, pomimo doskonałej rozpoznawalności na rodzimym rynku, jak i świetnych relacji z dystrybutorem coś cały czas może nie tyle nam umyka, co z racji „klęski urodzaju” cierpliwie czeka na swą kolej. Tak też było z Aurenderem, z którym pierwszy raz mieliśmy okazję się zaprzyjaźnić dopiero po dekadzie naszej radosnej twórczości pod sztandarem SoundRebels przy okazji testów uroczo kompaktowego A200 a teraz, już trzymając się tak firmowego rankingu, jak i chronologii, możemy kontynuować eksplorację jego portfolio biorąc na redakcyjny tapet ulokowany oczko wyżej kolejny kombajn multimedialny, czyli połączenie serwera muzycznego i wyposażonego w komplet wyjść analogowych streamera o wdzięcznej nazwie A15, na którego to test serdecznie zapraszamy.
Nie da się ukryć, iż pomimo oczywistej unifikacji nasz dzisiejszy gość jasno daje do zrozumienia, że jest szlachetniej urodzony od swojego poprzednika. Może tych kilka centymetrów na szerokości frontu nie robi zbytniej różnicy, lecz już na pierwszy rzut oka widać, że przesunięcie kwadry przycisków nawigacyjnych spod wielofunkcyjnego pokrętła na „wyspę” oddzielającą ją od niemalże 7” displaya ewidentnie zrobiło projektowi plastycznemu dobrze. Reszta jest bowiem po staremu, czyli patrząc w lewo, oprócz wspomnianego wyświetlacza mamy włącznik główny a poniżej selektor źródeł i czujnik IR. Schowane w obrysie aluminiowej bryły boczne radiatory niezależnie od wybranej wersji kolorystycznej korpusu (czarny / srebrny) zawsze utrzymany jest w dystyngowanej czerni. Rzut oka na zaplecze również wskazuje na w pełni racjonalne powody wyższego zaszeregowania A15-ki bowiem oprócz znanych z A200 analogowych wyjść RCA mamy jeszcze parę XLR-ów. Sekcja interfejsów cyfrowych i dwóch slotów na dyski 2.5” zdolnych obsłużyć maksymalnie 16TB łącznie to klasyczna powtórka z rozrywki, jednak z czysto kronikarskiego obowiązku nadmienię, iż do dyspozycji otrzymujemy wejście koaksjalne, optyczne i wyjście USB Audio Class 2.0 z obsługą PCM do 32bit / 768kHz i DSD do DSD512 uzupełnione o dwa porty USB 3.0 dla zewnętrznych pamięci masowych oraz port gigabit Ethernet. Wyliczankę kończy włącznik główny i zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC. Choć na wyposażeniu znalazł się elegancki aluminiowy pilot, to tak po prawdzie w większości przypadków pełnić on będzie rolę wyłącznie dekoracyjną, gdyż zdecydowanie szybciej i zarazem wygodniej jest obsługiwać Aurendera z poziomu dedykowanej mu i dostępnej zarówno na iOSa, jak i Androida aplikacji Aurender Conductor App. Za podobnie dekoracyjny dodatek można obecnie również uznać zaimplementowaną technologię Full-Decoder MQA DAC, zapewniającą maksymalną wydajność audio podczas odtwarzania plików MQA, czyli formatu który najdelikatniej rzecz ujmując ostatnimi czasy nie tylko nie ma dobrej passy, co mówiąc wprost jest w odwrocie (vide całkowita z niego rezygnacja przez Tidala).
Opis techniczny pozwolę sobie zacząć dość niestandardowo, gdyż od w sposób wręcz obsesyjnie potraktowanego zasilania, gdyż zaglądając do trzewi 15-ki z łatwością zauważymy jak bardzo jest rozbudowane. Nie dość bowiem, że zamiast coraz bardziej popularnych modułów impulsowych producent zdecydował się na klasyczne jednostki toroidalne, to w dodatku zaaplikował ich … cztery sztuki i każdą solidnie zaekranował. Przesada i przerost formy nad treścią? Niekoniecznie, tym bardziej, że na tym pułapie cenowym oczekuję właśnie takich i podobnym im przewymiarowanych rozwiązań a nie robienia czegokolwiek na styk byleby tylko dało się spiąć na trytytki. A zasilaniem warto jednak przesadzać, bo to właśnie ono w lwiej części odpowiada za możliwości naszych urządzeń. Z nie mniejszą atencją pochylono się nad sekcją cyfrową, gdyż zamiast pojedynczej kości AKM4490 zastosowano dwa takie układy pracujące w trybie dual mono.
Powiem szczerze, że przechodząc do części odsłuchowej testów naszego dzisiejszego gościa miałem dość może nie tyle mieszane, co dwojakie odczucia. Nie żebym był w jakimkolwiek stopniu do A15-ki uprzedzony, lecz już teraz nawet nie wiem skąd zasłyszany cały czas pokutował w mej podświadomości osąd, iż de facto mamy do czynienia z li tylko wzbogaconą o XLR-y A200-ką. Krótko mówiąc na telerzu miał wylądować co najwyżej odgrzewany kotlet. Tymczasem już pierwsze takty „Mountain Fever” formacji Subterranean Masquerade pokazały, że o ile jeszcze natywną organiczność i pewną zmysłowość przekazu można uznać za wspólny mianownik obu plikograjów, to tak pod względem dynamiki, rozdzielczości i witalności A15 na tyle wyraźnie deklasuje swoje młodsze rodzeństwo, że nie ma szans na to by znaleźć racjonalne argumenty przemawiające za tym, by jednak zainteresować się tańszym modelem. Tzn. 200-ce niczego nie brakowało, nadal nie brakuje i jak wspominaliśmy grała nad wyraz przyjemnie oraz „muzykalnie” akcentując przy każdej nadarzającej się okazji swą przeczącą cyfrowej proweniencji organiczność, lecz nie da się też nie zauważyć, iż 15-ka całość okrasza sutą porcją oddechu, swobody i równie naturalnej rozdzielczości, która nie tyle absorbuje, co sprawia, że obrazowanie źródeł pozornych staje się bardziej oczywiste i realne. Weźmy na ten przykład niezaprzeczalnie odważne blachy, których na ww. albumie jest naprawdę sporo. Oba serwery\streamery oczywiście o tym fakcie nas informowały, lecz właśnie 15-ka je „otworzyła” dając zarówno natywną twardość, jak i blask. Czyli słuchając 200-ki wszystko było OK, lecz wpięcie 15-ki okazało się biletem w jedną stronę. Podobnie z delikatnie wplecionymi w niezwykle nieoczywiste rytmy perkusjonaliami, które miały zdecydowanie więcej do powiedzenia w kwestii budowania klimatu i wieloplanowości aranżacji.
Nie mniej przekonująco wypadł stonerowo-chropawy album „The Head & The Habit” Greenleaf, gdzie doskonale było słychać, że wspomniana chropawość jest w pełni świadomym środkiem artystycznego wyrazu i odpowiedniego „stroju” wykorzystanego instrumentarium a nie efektem niemożności tytułowego źródła do oddania odpowiedniej jego, owego instrumentarium, faktury. Jeśli dodamy do tego zaraźliwy, pulsujący rytm i generalnie motorykę sprawiającą, iż ów album niekoniecznie powinien znaleźć się na playliście towarzyszącej nam podczas pokonywania którejś z dróg objętych odcinkowym pomiarem prędkości jasnym stanie się, że właśnie po takie, działające niczym espresso doppio, nagrania mając na stanie A15 sięgać będziemy zaskakująco często. Nie oznacza to jednak, że zawsze i wszędzie drajw będzie przejmował pałeczkę i podporządkowywał sobie całość przekazu, gdyż wystarczy sięgnąć, po pełen pogodnej melancholii i pozbawiony jakichkolwiek oznak pośpiechu „As Time Passes” tria Arild Andersen, Daniel Sommer, Rob Luft, by dać się ponieść leniwie sączącym się dźwiękom, oprócz których nie mniej istotna jest obecna pomiędzy nimi i pełniąca rolę spoiwa … cisza. W takich momentach doskonale słychać jaką precyzją i rozdzielczością operuje Aurender i z jaką łatwością potrafi zawiesić w przestrzeni prowadzących ze sobą wyrafinowany dialog muzyków.
No i nie chce wyjść inaczej, jak tylko uznać Aurendera A15 za źródło nie dość, że świetne, to jeszcze kompletne, gdyż zupełnie niepotrzebujące do pełni szczęścia wspomagania zewnętrznego przetwornika cyfrowo-analogowego. Ba, śmiem twierdzić, że nawet sięgając po DAC-i z pułapu 100 kPLN zazwyczaj będzie co najwyżej … inaczej a niekoniecznie lepiej. Jeśli zatem rozglądacie się Państwo za wszystkomającym serwerem\streamerem o wybitnych walorach sonicznych i w niczym nieustępującej im ergonomii, to właśnie na Aurendera A15 sugeruję zwrócić baczną uwagę.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jedno jest pewne, streamowanie lub słuchanie muzyki z plików jest już na tyle rozpowszechnionym sposobem na spędzanie wolnego czasu, że nawet ja, raczej piewca analogu i ewentualnie płyty CD nie próbuję z tym walczyć. Co więcej, wiem, że z jakością dźwięku tej materii można dojść do szczytów niegdyś zarezerwowanych dla wspomnianych wcześniej formatów. Skąd to wiem i jaki jest powód zmiany mojej opinii na ten niegdyś mocno ignorowanej prze mnie mody na obcowanie z muzyką? Naturalnie konsekwentnie, empirycznie poznawany rozwój jakościowy obsługującej pliki elektroniki, czego pierwszym z brzegu przykładem jest choćby testowany dziś, będący w dystrybucji łódzkiego Audiofastu streamer Aurender A15.
Jak na komponent mający być ostoją nowoczesnego sposobu spędzania wolnego czasu z muzyką w tle nasz bohater jest idealnym przykładem synergii pomiędzy tym co ma robić, a ogólną aparycją. To w znakomitej większości srebrna (oprócz fajnie przełamujących ogólne umaszczenie czernią bocznych ścianek), aluminiowa, spora gabarytowo skrzynka z przyjemnie dla oka zaokrąglonymi poziomymi krawędziami awersu. W ten ostatni zaś z lekkim przesunięciem w lewą stronę od pionowej osi wkomponowano wielki, wielofunkcyjny i co warte podkreślenia kolorowy wyświetlacz LCD, z jego lewej strony będący odwzorowaniem kwadratu z płynnie wykończonymi narożnikami włącznik inicjujący pracę streamera, pod nim przycisk wyboru wejścia i okienko odbioru fal pilota zdalnego sterowania, natomiast z prawej cztery pozwalające obsłużyć urządzenie bez pilota, także kwadratowe z motywem obłości na rogach przyciski funkcyjne oraz dużej średnicy gałkę wzmocnienia. Jeśli chodzi o rewers A15-ki, typowo dla nowoczesnego źródła mamy do dyspozycji wyjścia analogowe XRL/RCA, dwa wejścia SPDIF, OPTICAL, 3 porty USB, jeden LAN, zacisk uziemienia, włącznik główny i naturalnie gniazdo zasilania EIC. Z uwagi na możliwość wyboru regulacji poziomu wyjściowego sygnału iw celach łatwiejszej obsługi konstrukcji w komplecie znajdziemy również pilota zdalnego sterowania. Wieńcząc opis A15-ki wspomnę jeszcze o obsługiwanych formatach, a są nimi PCM: do 32bit / 768kHz i DSD: DoP 256 i natywnie do DSD512.
Rozpoczynając opis brzmienia tytułowego „plikograja” zasadnym jest choćby zdawkowe odniesienie jego sposobu na muzykę do niedawno opiniowanego A200. I nie chodzi oczywiście kwestie jakościowe, tylko ogólną estetykę jej podania. Co zatem w tej materii mam do zakomunikowania? Otóż ku mojemu bardzo pozytywnemu zaskoczeniu A15 gra zdecydowanie wyraziściej. Spokojnie, nie krzykliwie, czy nawet nadpobudliwie, a jedynie z lepszym wykopem dolnego zakresu, bardziej ekspansywną energią średnicy i choć lekko ocieploną, ale jednak mocniejszą iskrą w górnym pasmie. Odebrałem to jako pokazanie muzyki w znacznie bogatszym świetle w ilość lumenów słonecznego dnia. 200-ka grała spokojniej, jakby układając się do pełnego przeżyć codziennego dnia, ale jednak snu, zaś 15-ka swoją soniczną propozycją nadal brylowała w okolicach pełnego nieoczekiwanych bodźców południa. Soczyście w dole i na środku, w estetyce złota na górze, ale cały czas z werwą i dobrym drivem. Jak widać, różnice spore. A jak opisałbym to w odniesieniu do warunków bezwzględnych? Gdy tak postawimy sprawę, powiedziałbym, iż zakres basu choć dobrze zebrany w sobie, co prawda niegroźnie dla jakości, ale ogólnie rysowany jest lekko miękkawą kreską. Środek moim zdaniem w idealnych proporcjach przedstawia ilość energii pakietu niezbędnych informacji do pokazania prawdy o danym materiale. Natomiast najwyższe rejestry chcąc uniknąć wyskakiwania przed szereg są planowo minimalnie złagodzone. Dźwięcznie i otwarte, ale raczej przyjemne, aniżeli drapieżne. Ale na spokojnie, owa wyliczanka ma odniesienie do o wiele droższych konstrukcji, dlatego wcześniej napisałem, iż oferta dzisiejszego bohatera jest wielkim, rzekłbym oczekiwanym zaskoczeniem, gdyż mimo osobistego poszukiwania plastyki i esencjonalności przekazu, lubię pewnego rodzaju wyrazistość. A ta na tle przywołanego jako punkt odniesienia brata jest ewidentnie wyczuwalna. Jednak na tyle umiejętnie dozowana, że opiniowany Aurender z sobie tylko znaną gracją nie wpada w tarapaty w rozumieniu nadinterpretacji ostrości rysowania danego spektaklu muzycznego. Odpowiednio dozuje raz energię i zejście dźwięku, a innym razem rozmach i dźwięczność, co pozwala z dobrym feedbackiem słuchać każdego rodzaju muzyki. A można dlatego, gdyż to co robi, nie zdradza cech silenia się na wyczynowość podania sonicznej materii, tylko raczej wyciąganie na światło dzienne jej najważniejszych zalet. Naturalnie tych agresywnych w rozumieniu rockowego szaleństwa i tych lirycznych podczas wizualizowania choćby muzyki sakralnej.
Weźmy na tapet przykładowo ostatni krążek Deep Purple „=1”. Nie jest to może bezpardonowa wojna tej formacji co lata temu, ale jest dość mocna energetycznie, aby pokazać, że kiedy wymaga tego materiał tytułowy streamer dobrze dociąża przebiegi gitarowych popisów, odpowiednio oddaje energię stopy, a z drugiej strony oferuje pełny pakiet blasku blach, tylko bez kolorytu czasem męczącego srebra, a przyjemniejszego w odbiorze zwłaszcza podczas ostrej jazdy posmaku złota. Takie spojrzenie na tego rodzaju muzę oczywiście skutkuje dwoma ciekawymi aspektami. Jeden to znacznie przyjemniejsze w odbiorze – szczególnie jak materiał jest niezbyt dobrze zrealizowany – spędzanie czasu z ukochanym rockiem. Zaś drugim jest automatyczna możliwość podniesienia gałką głośności ilości nadal bardzo strawnie wypełniających pomieszczenie odsłuchowe decybeli. I nie mówcie, że to nieistotne, gdyż w momencie takiej możliwości zawsze z tego korzystam.
Z innej bajki, spójrzmy na twórczość Claudio Monteverdiego według opracowania Johna Pottera na płycie „Care-charming sleep”. To podobnie do muzyki Deep Purple pełna, jednak innego rodzaju ekspresji opowieść, która w równym stopniu co rockmeni znakomicie bazuje na wypisanych wcześniej zaletach 15-ki. Chodzi oczywiście o soczystość i rozdzielczość, czyli pakiet informacji w środkowym pasmie oraz lekko posłodzoną, ale nadal dźwięczną, wypełniającą całą przestrzeń pomiędzy kolumnami górę pasma. Dlaczego to takie ważne? Otóż ten rodzaj sakralnych zapisów nutowych oparty jest na uduchowionej wokalizie i barwnym oraz lotnym instrumentarium, co dzięki wpisanym w estetykę grania testowanego źródła aspektom sprawia, że ten krążek aż tryska radością. Może zabrzmi to niewiarygodnie, ale pokazana przezeń barwa i tembr głosu Johna, posmak drewna w stroiku klarnetu, czy wizualizacja rozmachu będącej areną dla artystów kubatury kościelnej to tak zwana bułka z masłem. Banał? Dla kogoś, kto słucha takich kawałków marginalnie być może. Jednak w momencie zagłębienia się w temat, nagle okazuje się, że nawet najdrobniejsze przekroczenie cienkiej linii smaku choćby jednego podzakresu powoduje utratę równowagi pomiędzy lotnością, a esencjonalnością danego materiału. A zapewniam, do takiej sytuacji Aurender nie dopuści.
Czy bazując na powyższym opisie tytułowy streamer jest opcją dla każdego osobnika homo sapiens? Powiem tak. Jeśli nie szukacie wyczynowości w prezentacji muzyki, tylko wydobycie z niej zawartego piękna bez względu na rodzaj słuchanego materiału – rock/muzyka dawna, nasz bohater, czyli Aurender A15 z powodzeniem powinien sprawdzić się w większości potencjalnych systemów. Jest dobrze osadzony w masie, pokazuje niezbędny zakres informacji i nie narzuca się z interpretacją górnego zakresu, co czyni go bardzo bezpiecznym wyborem. A gdy do tego dodamy możliwość drobnej konfiguracji odpowiednim okablowaniem, będącą z opcji do wyboru ofertę wykorzystania regulowanego sygnału wyjściowego eliminującego przedwzmacniacz liniowy, wejście na wewnętrzny przetwornik choćby dla transportu płyt CD oraz możliwość aplikacji do wnętrza obudowy dwóch twardych dysków na muzykę, naprawdę konkurencji ciężko będzie z nim stoczyć zwycięski pojedynek.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1 XLR
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Aurender
Cena: 42 360 PLN
Dane techniczne
Wspierane rozdzielczości: PCM do 32bit / 768kHz; DSD do DSD512 / 8xDSD
Wyjścia analogowe: Niezbalansowane RCA / 2V RMS; Zbalansowane XLR / 4V RMS (regulowane z możliwością wyboru poziomu stałego)
Wejścia cyfrowe audio: 1 x Coaxial, 1 x Optical
Obsługiwane serwisy streamingowe: Tidal, Qobuz, Spotify Connect, Internet Radio
Przetwornik DAC: AKM4490 (dual mono), MQA Full-decoder certified
Wyjście cyfrowe audio: USB Audio Class 2.0 z obsługą PCM do 32bit / 768kHz i DSD do DSD512 / 8xDSD
Wyświetlacz: 6,9″, 1280 x 480 IPS Color LCD
Komunikacja: Gigabit Ethernet (podwójnie izolowany)
Dysk SSD na system i cache: 240GB NVMe
Pamięć serwera: 8GB RAM
Procesor serwera: Intel 4-rdzeniowy o niskim poborze mocy
Szuflady na dyski: 2 szuflady na dyski 2.5″ o wysokości do 15mm
Złącza dysków zewn.: 2 x USB 3.0
Sterowanie podczerwienią: Dostępne
Zegar główny: TCXO Based Precision Jitter Reducing Clock
Pobór energii: Play (29W), Peak (42W), Standby (7W)
Wymiary (S x W x G): 430 x 96 x 355 mm
Waga: 11,9 kg
Poniższy tekst jest ewidentnym dowodem na to, że co prawda rzutem na przysłowiową taśmę, ale w porozumieniu z sopockim salonem audio z wielką przyjemnością udało mi się wzbogacić niestety nieubłaganie kończące się wakacje o fajne doświadczenie. Co mam na myśli? To zdradza fotografia otwierająca poniższy tekst, a chodzi oczywiście o pełną muzycznych emocji wizytę w trójmiejskiej mekce audio Premium Sound. Salonu, który oprócz posiadania szerokiej oferty kilku dystrybuowanych przez siebie marek, posiada również bogate portfolio wielu światowych konstrukcji pochodzących spod ręki innych podmiotów gospodarczych. Rozpoznawanych brandów spoza własnej jurysdykcji nie będę wymieniał, gdyż jest tego nieprzebrana ilość, ale z wielką przyjemnością dla niewtajemniczonych wspomnę o najważniejszych markach z jego listy dystrybucyjnej. W telegraficznym skrócie są nimi choćby znane z naszych łamów litewskie kolumny AudioSolutions, czy rumuńska elektronika Rockna Audio, ale dla mnie najważniejszą pozycją, przyspieszającą bicie mojego serca niewątpliwie jest polska manufaktura gramofonowa Benny Audio. Co tak naprawdę było powodem tego sierpniowego wypadu? Najważniejszy już przedstawiłem, czyli pozwalające wziąć głęboki oddech przed jesienią przedłużenie kończących się już wakacji, zaś drugim niezobowiązujące rzuceniem uchem i naturalnie okiem na niedawno dopracowywaną przez salon akustykę na bazie konstrukcji polskiego producenta tego typu paneli Form at Wood. Gdy byłem około roku temu temat akustyki wyglądał nieco inaczej, dlatego oprócz chęci niezobowiązującego spotkania przy muzyce, istotnym motywem było zapoznanie się z efektem zmian wystroju salonu. Jak zapamiętałem opisywaną, odbytą w ostatni piątek nadmorską wizytę? Naturalnie wszystko znajdziecie w poniższym tekście.
Jak dokumentują fotografie, samo rozplanowanie salonu od ostatniej wizyty nie uległo zmianie. Naturalnie nadal mamy trzy oazy odsłuchowe. Zaraz po wejściu do salonu z prawej strony mamy propozycję odsłuchu sprzętu w tak zwanym bliskim polu, na wprost na głównej ścianie miejsce imitujące warunki wielkich salonów i w piwnicy chyba najbardziej przypominające warunki większości kochających muzykę freaków, czyli nieduży, niezbyt wysoki i mocno zagracony – w tym przypadku z zamysłem nieprzebraną ofertą do podłączenia od tak zwanej ręki różnego rodzaju elektroniką i zespołami głośnikowymi – skądinąd przytulny pokoik. Jak widać, jest w czym wybierać nie tylko w kwestii dostępnych na już komponentach audio, ale również w domenie sprawdzenia ich działania w różnych warunkach lokalowych. I żeby było jasne, zapewniam Was, to w naszym światku jest bardzo rzadkim zjawiskiem pośród tego typu przybytków. Zazwyczaj jest jeden wielki, no może czasem dwa pokoje, w których do odsłuchu dostępne są jedynie zabawki dystrybuowane przez dany podmiot. Tymczasem w Sopocie mamy nie tylko pokaźną ilość dobrze przygotowanych akustycznie lokali, ale dodatkowo kolokwialnie mówiąc multum możliwych do podłączenia na życzenie konstrukcji dosłownie z całego świata i z każdego pułapu cenowego. A gdy już jesteśmy przy temacie cen, nie uwierzycie, co z tego wyjazdu najbardziej utkwiło ki w pamięci. Powiem więcej. Gdy jadąc nastawiałem się na topowy system, który nieco przypomina moje warunki codzienne, wstępnie poznawszy możliwości przygotowanych tego dnia zestawów audio, większość czasu spędziłem w melomańskiej piwniczce. Piwniczce ze stosunkowo tanim i do tego fajnie zestrojonym systemem. Systemem opartym o źródło plikowe Lumina, gramofon Benny Audio, przetwornik Rockna, podstawkowe kolumny AudioSolutions i wisienkę na torcie w postaci lampowego wzmacniacza SE o mocy wyjściowej 11W polskiej manufaktury Bona Watt Tammesis. Sam wzmacniacz uważam za lampowe dzieło sztuki użytkowej. Wizualnie jest majstersztykiem, gdyż łączy dwie epoki. Jedną są oczywiście pięknie wyeksponowane lampy elektronowe, a drugą bryła, która odchodząc od typowych niskich platform z umieszczonymi z tyłu wielkimi kubkami najczęściej skrywającymi transformatory, jest pokaźnym rozmiarowo prostopadłościanem z wbudowanym na froncie wielkim wyświetlaczem. Co ciekawe, na awersie nie znajdziemy baterii manipulatorów, tylko jedno średniej wielkości pokrętło, które wespół z cyfrowym sterowaniem wzmacniaczem pozwala w pełni nad nim panować. To niby drobiazgi, ale finalnie w kontakcie bezpośrednim nie da się przejść nad nimi do porządku dziennego. Jak ten wielomarkowy konglomerat wypadł od strony brzmieniowej? Efektownie, bo bez napinania na wyczynowość, tylko wypełnienie niedużego pomieszczenia przyjemnym barwnym i pięknie zawieszonym w eterze dźwiękiem. Siedziałem z zapartym tchem i jako to w obcowaniu z plikami bywa – niestety zdając sobie sprawę z braku nadmiaru czasu tym razem nie udało mi się tego uniknąć – skakałem po znanym mi repertuarze, by za każdym razem znaleźć w dźwięku coś, co chętnie widziałbym u mnie. Oczywiście z uwagi na tranzystorowe wzmocnienia nie ma na to szans, ale bez najmniejszego problemu i co ważne, z wielką przyjemnością wizualizowałem sobie złapane w danej chwili aspekty w podwarszawskiej samotni. Co było tego bezpośrednią przyczyną, naturalnie nie mam pojęcia. Jednak z dużą dozą pewności był to splot zastosowanych działań gospodarza, czyli umiejętne dostrojenie pokoju do warunków słuchania muzyki oraz trafne dobranie sprzętowej konfiguracji. Nie na bazie szczytów cenników posiadanych marek, tylko w oparciu o końcową synergię wielu składników zabawy w zaawansowane audio. A chyba wszyscy wiemy, że to nie jest tak zwana bułka z masłem, tylko oparte o wiedzę trafne wybory co z czym połączyć, co nie powiem, w tym przypadku znakomicie się udało.
I tym optymistycznym akcentem zakończę ten ostatni wakacyjny wypad nad polskie morze do salonu Premium Sound. Wypad finalnie będący dla mnie całkowitym zaskoczeniem – piję do odsłuchu najtańszej konfiguracji, ale jak rzadko kiedy na długi czas stający się punktem odniesienia dla oceny potencjalnych wizyt w innych mekkach audio. Dlatego też żegnając się dziękuję gospodarzowi nie tylko za miłe przyjęcie, ale również intrygujące dla mnie, a pewnie dla niego planowe pokazanie, że w doborze kompletnego systemu audio pieniądze to nie wszystko. Równie ważna jest także pokazana tego dnia wiedza na temat naszej zabawy. Naturalnie niebagatelne znaczenie w zyskiwaniu zaufania pośród klientów ma też oferta sprzętowa. A, że w każdym przypadku tytułowy salon jest w pełni profesjonalnie przygotowany, jeśli stacjonujecie w tamtych rejonach, a nawet jeśli tak jak ja mielibyście przemierzyć pół Polski, w momencie poszukiwań czegoś ciekawego dla siebie grzechem byłoby nie skorzystać z jego pomocy. Ma wszystko, czego dusza zapragnie, co w naszym świecie niestety nie zawsze jest standardem.
Jacek Pazio
Opinia 1
Jak już z pewnością zdążyliście Państwo zauważyć w branży audio bez trudu można natrafić na wytwórców skupionych wyłącznie na elektronice, kolumnach, okablowaniu, zasilaniu, czy też akcesoriach. Ba, przyjęło się wręcz, że kompletując wymarzony zestaw warto każdy z komponentów brać właśnie z takich wyspecjalizowanych manufaktur, których właściciele/konstruktorzy/pracownicy zjedli na danym, wąskim wycinku obszaru naszych zainteresowań zęby. Są jednak byty udowadniające, że da się działać wielowątkowo a przy okazji logicznie rozbudowywać własne portfolio. Proszę tylko spojrzeć na Furutecha, który większości nabywców kojarzy się przede wszystkim z przewodami i to takimi, które pomimo swojej niezaprzeczalnej audiofilskości nie tylko nie są osnute tajemnicami, niedomówieniami, czy wręcz bajkami z mchu i paproci, lecz nawet w swych stricte high-endowych odsłonach na tle konkurencji okazują się wręcz zdroworozsądkowo wycenione. Za każdym razem dostajemy czarno na białym co w danym, za przeproszeniem drucie, bądź wtyczce siedzi, z czego jest zrobione, jakim procesom poddane i to zazwyczaj podparte precyzyjnymi przekrojami. Słowem Japończycy grają w otwarte karty i pokazują solidne inżynierskie podstawy. Jednak główny profil nie przeszkadza im sukcesywnie rozszerzać wątków pobocznych, czy to dotyczących zasilania (vide NCF Power Vault-E), czy też wszelakiej maści akcesoriów tak kablom dedykowanych (rodzina zasilających i sygnałowych Boosterów), jak i ogólnie energetyczno-sygnałowy krwiobieg uzdatniających. Jakich? A charakterystycznych „zaślepek” reprezentowanych przez recenzowany przez nas w styczniu 2021 NCF Clear Line i goszczące w naszych skromnych progach w październiku 2024 NCF Clear Line RCA i XLR. I skoro właśnie z tej serii pojawiły się dwa kolejne, tym razem celujące w domenę cyfrową – porty USB i LAN „oczyszczacze” a rodzimy dystrybutor – katowicki RCM takowymi nowalijkami dysponował czym prędzej wykazaliśmy nimi zainteresowanie a rezultatami owej aktywności właśnie się z Wami dzielimy.
Jak na powyższych zdjęciach dość wyraźnie widać oba tytułowe akcesoria zachowują właściwą rodzinnym tradycjom cechy. Mamy zatem ponownie do czynienia z wykonanymi ze specjalnej – niemagnetycznej odmiany stali nierdzewnej korpusami z charakterystycznymi „marmurkowymi” – szaro/czarnymi, trójwarstwowymi tulejami, których warstwę zewnętrzną stanowi specjalna utwardzana transparentna powłoka. Pod nią znajdziemy NCF (Nano Crystal² Formula) i kuty kompozyt z włókien węglowych, następnie hybrydę NCF-u i włókien węglowych a na samym spodzie mieszankę NCF z jednokierunkowymi włóknami węglowymi. Oczywiście każdy Clear Line posiada stosowny, zapewniający najwyższe tłumienie rezonansów, nylonowy dekielek (NCF damping clips) pokryty NCF a całość skręcono z precyzyjnie dobraną siłą śrubami z niemagnetycznej stali nierdzewnej. Powstała wewnątrz korpusu półszczelna komora powietrzna jest siedzibą pokrytego srebrną powłoką tłumiącą kondensatora elektrolitycznego odpowiedzialnego za eliminację wibracji i tym samym zwiększenie czystości dźwięku. Nie zapomniano również o dwuetapowym procesie demagnetyzacji Alpha, jak i kriogenice, czyli wymrażaniu poszczególnych elementów w temperaturach od -196 do -250°C. W obu wersjach zastosowano złocone, niemagnetyczne, ekranowane (EMI) wtyki ze stopu miedzi a producent w materiałach firmowych zaleca przynajmniej 24 – godzinne wygrzewanie.
Jeśli zaś chodzi o kwestie natury użytkowej, to zgodnie z rekomendacją wytwórcy NCF Clear Line Lan wędrował u mnie pomiędzy „cywilnym” routerem Xiaomi Mi AIoT AX3600 i będącym integralną częścią systemu audio switchem (wymiennie Silent Angel Bonn N8 oraz równolegle wygrzewany QSA Violet), natomiast USB zadomowił się w zadku a dokładnie w nieużywanym (całe szczęście są dwa) gnieździe Lumïna U2 Mini.
A jak wypadają tak pod względem intensywności, jak i samej sygnatury tytułowe optymalizatory? Z jednej strony spodziewanie a z drugiej nieco odmiennie od swojego analogowo-zasilającego rodzeństwa. Po pierwsze bowiem oferują natywne i zaszyte w firmowym DNA zaczernienie tła owocujące wyśmienitą rozdzielczością i precyzją ogniskowania źródeł pozornych a z drugiej, z racji operowania na nieco innych „warstwach” świetnie dogadują się w ramach pracy równoległej, czyli nie trzeba zastanawiać się nad tym na którą wersję się zdecydować i gdzie ją wpiąć, bo z powodzeniem można korzystać z ich uroków jednocześnie. Ponadto, przynajmniej w moim systemie obecność NCF Clear Line USB była wyraźniej słyszalna od wersji Lan, choć uczciwie trzeba przyznać iż pomimo ww. różnic w intensywności oba „pipki” zachowywały pełną zgodność brzmieniową. A jakby tego było mało, to zestawiając je z analogowo-zasilającymi poprzednikami w ramach bratobójczych porównań można dojść do wniosku, że optymalizacja magistral USB/Lan odbywa się z jeszcze większym kunsztem, precyzją i transparentnością. O ile bowiem wcześniej wpięcie Clear Lineów, abstrahując od oczywistych działań oczyszczająco-naprawczych, zazwyczaj odbierałem w kategoriach bezdyskusyjnie pożytecznej, jednakże ewidentnej ingerencji w strukturę posiadanego systemu, to tym razem działania te określiłbym mianem w pełni świadomej, czynionej z zegarmistrzowską precyzją … kalibracji. Ot tak, jakbym mając już dopieszczony od A do Z system Audio/Video na sam koniec dokonał finalnej, profesjonalnej kalibracji telewizora/projektora, m.in. przy użyciu wysokiej klasy spektrofotometru a następnie wgrał daleki od fabrycznych niedoskonałości profil. Niby wcześniej nikt nie zgłaszał obiekcji co do jakości oferowanego przez niego obrazu a jednak po przeprowadzeniu ww. procedury nagle okazało się, że może być lepiej i to dużo lepiej, jednak nie poprzez ordynarne podbicie saturacji, czy kontrastu do poziomów znanych z wypalających oczy sklepowych trybów demonstracyjnych a raczej osiągnięcia pełnej zgodności z wartościami wzorcowymi, czyli de facto eliminacji odchyłek. W rezultacie plusk wody na otwierającym album „White Rainbow” Mostly Autumn utworze „Procession” zabrzmiał z takim realizmem, że odruchowo zerknąłem w stronę prowadzącego do łazienki i kuchni korytarza, czy przypadkiem pralka, bądź zmywarka spontanicznie nie postanowiły zamienić mojego lokum w basen a muchy z „Bangkok” („Fire Garden”) Steve’a Vai’a wywołały mimowolny ruch ręki mający na celu odgonienie małych natrętów. Dlatego też osoby wykazujące symptomy wszelakich maści nerwic natręctw, bądź fobii (w tym przypadku etnomofobii) proszone są o przemyślany dobór lądującego na playlistach repertuaru.
Jak jednak wspominałem obecność Furutechów nie jest bezmyślnym ustawieniem umownych suwaków na maksa, lecz możliwie najbliższym odwzorowaniem zgodnego z rzeczywistością wzorcem. Dzięki czemu, pomimo bezsprzecznego przyrostu rozdzielczości nie ma mowy o jakiejkolwiek przesadzie, więc nawet szeleszcząca Carla Bruni („Quelqu’un m’a dit”), czy zazwyczaj nazbyt eteryczna Ane Brun („How Beauty Holds The Hand Of Sorrow”) nawet nie zbliżały się do cienkiej czerwonej linii, po przekroczeniu której ich wokalne popisy przestają potwierdzać możliwości systemu a stają się istną zmorą każdego z odsłuchów. Wystarczyło jednak usunąć Furutechy NCF Clear Line USB & Lan z toru a dźwięk robił się wyraźnie bardziej ziarnisty i właśnie szeleszczący – podkreśleniu uległy wspomniane sybilanty a całość, po dłuższej chwili, zaczynała niepokojąco irytować. Autosugestia? Wręcz przeciwnie. Jedynie dowód na to, że człowiek zaskakująco szybko przyzwyczaja się do dobrego i nawet najdrobniejszy regres odbiera jako ewidentny zamach na własny, ciężko wywalczony poziom egzystencji i stan posiadania.
Przechodząc do finalnych wniosków z rozbrajającą szczerością pragnę Państwu zakomunikować, iż bardzo możliwe, że dla wszystkich zainteresowanych, czyli de facto grających z plików (niezależnie czy z chmury – serwisów streamingowych, czy z lokalnych repozytoriów) kontakt z tytułowymi optymalizatorami – Furutechami NCF Clear Line USB & Lan może okazać się swoistym punktem zwrotnym. Jednak nie w momencie ich wpięcia w tor a w chwilę po ich z owego toru usunięciu. Dopiero wtedy będziecie mieli (bolesną) okazję doświadczyć tego, jak pozornie nieistotne i pomijalne anomalie degradują finalny przekaz. Interpretację, czy powyższe podsumowanie odbierzecie Państwo jako rekomendację, czy też przestrogę przed eksperymentami z najnowszymi akcesoriami Furutecha pozostawię już Wam, jedynie nieśmiało sugerując, że tak jak ze wszystkim w audio czasem trzeba coś na własne uszy usłyszeć, żeby uwierzyć.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
To było do przewidzenia. Co takiego? Powstanie konstrukcji czyszczących sygnał cyfrowy. Naturalnie idąc za tytułem testu chodzi o serię produktów spod znaku NCF Clear Line japońskiego specjalisty od szeroko rozumianych akcesoriów audio, z portfolio którego dotychczas zajmowaliśmy się związaną z tematem oczyszczania sygnału sekcją analogową w postaci zamkniętych w estetycznej obudowie układów filtrujących sygnał XLR i RCA. Jak można wywnioskować, efekt ich działania był na tyle spektakularny, że tylko kwestią czasu było powołanie do życia konstrukcji działających na sygnał cyfrowy. I jak się okazuje, po prawie roku w ofercie Furutecha, bo o tym podmiocie dziś rozprawiamy, dzięki staraniom katowickiego dystrybutora w naszych progach pojawiły się układy filtrujące ciągi zer i jedynek Furutech NCF Clear Line USB i LAN.
Nasi bohaterowie w kwestii ogólnego wyglądu prawie się nie różnią. To w obydwu przypadkach estetycznie wykończone cylindry o średnicy i długości kciuka typowego Kowalskiego. Naturalnie kwestię oczyszczania sygnału z ogólnego szumu magnetycznego ogarniają skryte wewnątrz układy elektryczne, a tak naprawdę specjalnie wykonany według specyfikacji Furutecha kondensator elektrolityczny. Coś więcej? Jeśli jest coś więcej, niestety nie dane jest mi tego wiedzieć. Wiem za to, że aby im nie przeszkadzać w tak zwanej „pracy”, obudowy tytułowych Cleaner-ów wykonano ze specjalnie wyselekcjonowanych oraz odpowiednio uformowanych od strony struktury materiałów. W ich skład wchodzi niemagnetyczna stal nierdzewna jako główna część obudowy, kilka warstw odpowiednio preparowanego i wzbogacanego technologią NCF Carbonu jako izolatory i otulina wspomnianego kondensatora, zorientowana z przeciwnej do wtyku strony, wieńcząca całość konstrukcji pokrywka z wielowarstwowego materiału z tworzywa sztucznego działającego antystatycznie i dzięki wewnętrznym kanalikom zmniejszająca rezonans konstrukcji. Jak można się domyślić, w zależności od produktu w każdym bullecie znajdziemy dedykowane dla jego zadań, złocone gniazda USB lub LAN. Naturalnie jak to u Japończyków jest standardem, każdy produkt oprócz spełniania konkretnych zadań w systemie audio musi również dobrze prezentować się od strony aparycji. A jeśli tak, chyba nikogo nie dziwi fakt świetnego doboru kolorystyki i wykończenia każdego z półproduktów opisanych Cleanerów, które gdy zostaniemy zmuszeni do zastosowania ich na front-panelu urządzenia, będą ewidentną, tak lubianą przez melomanów audio biżuterią. Jak zwykle w tej materii kolejny raz Furutech pokazał klasę.
Co tak naprawdę robią produkty Furutecha? Jak wspomina na stronie producent, czyszczą sygnał. I to nie na poziomie percepcji słuchu, tylko bezproblemowo słyszalnie nawet dla laika. Jeśli chodzi o skuteczność działania, z moich obserwacji wynika, że moduł USB w swym poprawianiu jakości sygnału jest jakby silniejszy niż LAN, jednak bezapelacyjnie obydwa mają wpływ na finalne brzmienie wykorzystującego je systemu. A żeby to dokładnie zweryfikować, nie zadowoliłem się jedynie aplikacją bohaterów w swoim zestawie, ale zaliczyłem z nimi dwie sesje wyjazdowe, których efekt był identyczny. Jaki? W pierwszej chwili odbiera się poprawę na zasadzie lepszego stosunku sygnału do szumu, co automatycznie przekłada się na poprawę mikrodynamiki, czyli pojawienia się w przekazie dotychczas gdzieś zagubionych najsubtelniejszych informacji. Mało tego. Podobny wzrost u mnie zaliczyła także dynamika, czego efektem było częste używanie pilota zdalnego sterowania podczas słuchania muzyki klasycznej. Jeśli nie ma się zbytniego doświadczenia z takim materiałem i poziom wolumenu dźwięku ustawiamy w stylu jazzu, gdzie energetyczne skoki nie są tak częste, a jak są, to nie tak nieprzewidywalne w domenie uderzenia, co chwila wydaje się nam, że jest zbyt cicho, a jak sobie podciągniemy głośność, za moment muzyka zdmuchuje nas z fotela. I taki właśnie stan zaliczyłem po aplikacji japońskich dynksów. Oczywiście nie na długo, bo osobiście nie jest to mój konik muzyczny i po kilku utworach zmieniłem repertuar na inny, ale dobrze było przekonać się, jaki efekt daje usunięcie z sygnału elektromagnetycznego szumu – mowa oczywiście o pojawieniu się detali i rozmachu prezentacji. Co bardzo istotne, dźwięk się nie pogrubia, nie rozjaśnia, ani nie przyciemnia, dlatego każdy zastany zestaw gra całą płytotekę w estetyce, jaką miał zapisaną w kodzie DNA przed procesem testowym. Po prostu wszystko podane jest jedynie ze znacznie większą namacalnością, lepszą kolorystyką i czytelniej, a przez to słuchanie muzyki odbywa się z większym zaangażowaniem emocjonalnym, bez oznak wyskakiwania jednego, czy drugiego aspektu przed szereg. Co ważne, dzięki większej rozdzielczości przekazu w stosunku do wcześniejszego grania czasem trzeba delikatnie zmniejszyć poziom głośności, gdyż naturalny feedback oczyszczania sygnału to poczucie podniesienia się jego energii i z automatu poczucia większego wolumenu. Nie raz taki stan podczas słuchania dobrych realizacji jazzowych i barokowych kawałków zaobserwowałem, co w celach poznawczych skrzętnie wykorzystywałem. Naturalnie fraza „można” nie jest obligatoryjna, gdyż osobiście, gdy sygnał jest odpowiedniej jakości, zazwyczaj pozwalam sobie na szaleństwo i zamiast napawać się wszechobecną ciszą przerywaną wcześniej nieosiągalnym, a teraz pełnym pakietem informacji, z premedytacją zwiększam ilość decybeli. Naturalnie nie w jazzie, bo ta muza do tego się nie nadaje – no może odmiana free, tylko ciężkim rocku lub elektronice. Zawsze czekam na szansę pełnoprawnego, to znaczy na niezbędnym poziomie głośności, zaliczenia fajnego koncertu Metallici z sekcją symfoniczną i gdy nadarza się okazja, nie zastanawiam się, tylko wykorzystuję dane mi pięć minut. I tak też było tym razem. Głośno, mocno i z wygarem nie tylko gitar, ale również sekcji symfonicznych, czyli tak jak to powinno być. Na tyle sugestywnie, że po dwóch krążkach tej formacji (jak wiecie w swoim repertuarze panowie mają dwa podobne koncerty) nie było innego wyjścia, jak zakończyć dalsze odsłuchy. I nie dlatego, że było źle, tylko dlatego, że z premedytacją i jakże wielką przyjemnością na własne życzenie zmusiłem narządy słuchu do odruchów obronnych i po zakończeniu drugiej produkcji z powodu szumu w uszach nie było już sensu dalszej penetracji posiadanych zasobów płytowych. Ina sprawa, że moim narządom słuchu się to jak najbardziej należało. I to po zastosowaniu takich niepozornych poprawiaczy sygnału. Cuda? Nic z tych rzeczy, wdrożona w życie technika.
Puentując powyższy, jak widać dość zwięzły opis procesu testowego japońskich cyfrowych Cleanerów, w pierwszej kolejności jestem winny Wam informację, czy gra jest warta świeczki. Tak, jak najbardziej jest. W drugiej, komu ewentualnie je bym polecił. To chyba jasne, że bez wyjątku wszystkim. Zaś w trzeciej, dlaczego nie widzę przeciwwskazań. Cóż, jak pisałem, nie zmienia estetyki grania danego zestawu, tylko z umiarem uwydatnia wcześniej przykryte szumem cyfrowym mikro-informacje, co sprawia, że muzyka jak nigdy wcześniej tętni życiem. Zatem jeśli w swej zabawie w zaawansowane audio przykładacie dużą wagę do maksymalizacji jakości dźwięku swojego zestawu na bazie plików, przynajmniej jedna z dwóch opisanych konstrukcji Furutecha NCF Cleaner Line USB lub LAN powinna znaleźć się w tej konfiguracji. Niczego nie popsuje, a za to zrobi czarną robotę w zakresie czystości sygnału.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints Ultra Mini
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: RCM
Producent: Furutech
Ceny:
Furutech NCF Clear Line USB: 1 290 PLN
Furutech NCF Clear Line Lan: 1 290 PLN
Najnowsze komentarze