Czytelnikom w miarę systematycznie śledzącym nasze poczynania nie muszę raczej udowadniać, iż w stołecznej siedzibie SoundClubu pojawiamy się od lat na tyle regularnie, że przynajmniej, jeśli chodzi o główną salę odsłuchową, czujemy się niemalże jak w domu. Co bynajmniej nie znaczy, że już od bladego świtu wchodzimy tam jak do siebie w rozciągniętych dresach i Crocsach na stopach, jednak doskonale wiemy, gdzie posadzić swe cztery litery by słychać było najlepiej. I o ile podczas gremialnych prezentacji i odsłuchów podporządkowujemy się regułom rotacji w sweet spocie o tyle w trakcie krytycznych, takich jak niniejsza nasiadówek stosowne siedzisko mamy na wyłączność. Dlatego też, gdy gabaryty i waga proponowanych na testy urządzeń wywołują w pełni zrozumiały entuzjazm wśród pracowników niepublicznych placówek medycznych o profilu ortopedycznym a grymas bólu na twarzach soundclubowej ekipy, wykazując się daleko idącą empatią nie widzimy problemu, by zamiast zrzucać na nich spedycyjne komplikacje udać się tam „na gotowe” by na miejscu stosowne odsłuchy przeprowadzić. I tak też było tym razem, bowiem na naszym celowniku znalazły się spełniające wszelkie kryteria „ponadnormatywności” zjawiskowe kolumny … Goebel Divin Noblesse, na których test serdecznie zapraszam.
Słowem wstępu odnośnie przygotowanego na niniejszą okazję systemu a raczej wypadałoby napisać systemów, to śmiało mogę uznać, iż raczej nie było w nich nic, z czym nie zetknęlibyśmy się wcześniej, czyli w roli źródła wystąpił tercet WADAX-a – Reference Server / Reference PSU / Reference DAC a za wzmocnienie odpowiadały na przemian dwa duety – zapamiętany z przedostatniego High Endu https://soundrebels.com/high-end-2024/ szwajcarski Soulution ( 727 / 717 ) o mocy 2 × 150 W @ 8 Ω / 2 × 300 W @ 4 Ω i znany nam m.in. ze spotkania z Jackiem Gawłowskim i odsłuchów Metallici amerykański Boulder ( 2110 / 2160 ) dysponujący mocą 2 x 575 W @ 8 Ω / 2 x 1100 W @ 4 Ω, co przy 95dB skuteczności i 4 Ω impedancji tytułowych kolumn wydawało się aż nadto wystarczające. Warto również wspomnieć, iż całość elektroniki spoczęła na platformach i stolikach Franc Audio Accessories a kolumny z iście aptekarską dokładnością wspomaganą wrodzoną nerwicą natręctw co do milimetra ustawił i do sekundy dogiął Bartek Wężyk.
A co do samych kolumn, to z Divin Noblesse mieliśmy już przyjemność m.in. podczas edycji 2019 i zeszłorocznej monachijskiego High Endu – w pokoju Vitus Audio oraz minionego Audio Video Show i choć nasze dzisiejsze bohaterki trudno uznać za konstrukcje kompaktowe i niezbyt absorbujące gabarytowo, to mając w pamięci fakultatywny odsłuch flagowych Divin Majestic w siedzibie producenta śmiało można je uznać za zdroworozsądkowy kompromis. Przynajmniej w stricte ultra high-endowym ujęciu, bo jakby nie patrzeć mierzące blisko 170 cm i ważące 260kg kolumny jakoś wnieść i gdzieś ustawić trzeba móc. Kwestie finansowe litościwie przemilczę, gdyż przy kwocie 1,1 mln PLN (całe szczęście za parę) większości z nas przydałaby się jakaś kumulacja w popularnej grze losowej określanej przez wtajemniczonych mianem podatku od marzeń.
Pomimo nad wyraz wybujałej formy i prawdziwego bogactwa przetworników Goebel Divin Noblesse są konstrukcjami „tylko” trójdrożnymi, w których za reprodukcję najwyższych składowych odpowiada zlokalizowany w ich „talii”, stanowiący centrum symetrycznego układu potężny 5.6” przetwornik wysokotonowy AMT w masywnym, aluminiowym falowodzie dostosowanym do profilu Tractrix. W bezpośrednim sąsiedztwie modułu wysokotonowego umieszczono 8” firmowe średniotonowce o membranach z włókna węglowego i papieru, którym z kolei, w rozszerzających się ku krańcom kolumn komorach towarzyszą 12” basowce wspomagane symetrycznym układem bas-refleks. Korpusy kolumn wykonano z 8 cm (11 cm na froncie), wielowarstwowych sandwichy kompozytowych o właściwościach antyrezonansowych dodatkowo wzmacnianych stopami aluminium. Terminale głośnikowe są podwójne i zlokalizowane tuż przy podstawach, dzięki czemu bez problemu można zaaplikować w nich masywne (w tym firmowe, widoczne na powyższych zdjęciach) okablowanie.
Pomijając imponującą posturę i równie niekonwencjonalne, przypominające futurystyczne hantle / zaprojektowane przez Pabla Picassa klepsydry kształty tego „kalibru” kolumn nie kupuje się przecież po to, by wyłącznie się im przyglądać i ewentualnie próbować zaimponować ich posiadaniem znajomym, choć od razu uprzedzę, iż jednostki postronne, nieskażone audiophilią nervosą mogą patrzeć na szczęśliwców Divin Noblesse posiadających jak na totalnych szaleńców. Mówiąc wprost nad tytułowymi Goebelami warto zastanawiać się wyłącznie w kategoriach dbania o własny dobrostan, więc logicznym jest, iż oprócz wspomnianych walorów natury estetycznej należy mieć również a raczej przede wszystkim na uwadze ich walory soniczne. A te … cóż. W wersji skróconej dają się określić mianem zjawiskowych i redefiniujących pojęcie referencji, jeśli takową już sobie zdefiniowaliśmy. Zakładam jednak, że Czytelników, którzy dobrnęli do tego miejsca bardziej interesuje nieco bardziej rozbudowana forma. Dlatego też nie pozostaje mi nic innego jak tylko przejść do meritum z czysto kronikarskiego obowiązku nadmieniając, iż pierwszą turę odsłuchów prowadziłem z amplifikacją Soulution, by po krótkiej przerwie poznać drugie oblicze tytułowych kolumn wzmacnianych duetem Boulderów.
Jak można domniemywać przy tak absorbujących gabarytowo i pyszniących się budzącą respekt baterią potężnych przetworników kolumnach oczywistym wydaje się otwarcie części poświęconej brzmieniu pytaniem o reprodukcję najniższych składowych. I słusznie, bowiem w takim jak niniejszy przypadku bardzo łatwo popaść w przesadę i pójść na ilość, wolumen i spektakularność licząc na to, że odbiorca korelując skalę dźwięku z rozmiarem kolumn uzna ją za właściwą i adekwatną do rzeczywistości. Tymczasem o ile wielkie składy symfoniczne („Gladiator”) i apokaliptyczne porykiwania szarpidrutów („Pro Xristou” Rotting Christ) zgodnie ze swym DNA wgniotą słuchacza w fotel zwiewając przy okazji kapcie ze stóp i aromatyczną WZ-kę wraz z talerzykiem ze stolika kawowego, o tyle kameralne składy i mniejsze formy muzyczne zabrzmią wręcz karykaturalnie i przesadnie. Dlatego też, tak jak we wszystkim, również i w High-Endzie, choć czasem trudno w to uwierzyć, liczy się zdroworozsądkowy umiar i możliwie wierne trzymanie się faktów. A tytułowym Goebelom z faktami było nad wyraz po drodze, bowiem kiedy trzeba potrafiły rozpętać prawdziwe piekło zapuszczając się np. na „Issa Dub” Murkury w rejony częstotliwości uaktywniających czuwające w PAN-ie sejsmografy, by na lirycznym „Bird On A Wire” w wykonaniu Katey Sagal zagrać z eteryczną zwiewnością i w znany tylko sobie sposób zdematerializować się w zajmowanym przez siebie pokoju. I tu de facto poruszyłem kluczową, przynajmniej w moim odczuciu i postrzeganiu ich cechę. Chodzi bowiem o fakt, iż pomimo potężnych gabarytów i znacznego rozstawu przetworników Divin Noblese grają nadspodziewanie … monitorowo – koherentnie i spójnie pracując niczym wzorcowe źródło punktowe. O ile jednak czegoś podobnego dane mi było doświadczyć z Cabasse La Sphère o tyle z bądź co bądź konwencjonalnych kolumn taka sztuka nie udaje się zbyt często. Wypada zatem tylko się cieszyć i zarazem mieć nadzieję, że ich przyszły posiadacz z równą atencją co Bartek podejdzie do ich ustawienia we własnym pokoju i podobny efekt osiągnie. Idźmy jednak dalej, gdyż podobnej do dołu pasma intensywności można byłoby, chociażby z racji rozmiaru (a ten jak wiadomo ma znaczenie) spodziewać się po wysokich tonach. I tu znów mamy swoistą niejednoznaczność i pewną aberrację pomiędzy stereotypowymi oczekiwaniami a stanem faktycznym bowiem z jednej strony nie można odmówić Goebelom niezwykle otwartej i rozdzielczej góry, lecz zarazem nie sposób określić jej mianem ofensywnej, czy chociażby przesadnie eksponowanej. I to praktycznie niezależnie od repertuaru, gdyż o ile jeszcze co prawda dość surowe, ale zarazem całkiem kulturalne gitarowe kompozycje Keitha Richardsa na „Crosseyed Heart” pozwalały z wręcz aptekarską dokładnością śledzić pracę ręki po gryfie i przebiegi kostki po strunach bez jakichkolwiek znamion męczącej na dłuższą metę metaliczności, to już smyczki na „Paganini: Diabolus in Musica” Salvatore Accardo oprócz oczywistej swobody i zadziorności cechowała trudna do przeoczenia natywna szorstkość. Co jednak ciekawe nie była ona ani nazbyt akcentowana ani wygładzona i „polukrowana” przez co z powodzeniem można było mówić o najwyższej próby realizmie porównywanym do odsłuchu na żywo. W dodatku, pomijając różnice natury realizacyjnej, nad którymi Goebele przechodziły po prostu do porządku dziennego ów realizm dla jakże różnego repertuaru stawał się czymś permanentnym i oczywistym na tyle, że po dłuższej sesji powrót do własnego stanu posiadania wymagał sporego samozaparcia. Generalnie rzecz ujmując w pewnym momencie uzmysłowiłem sobie, iż zamiast skupiać się na tytułowych kolumnach z nieprzebranych zasobów Tidala i Qobuz-a wyłuskuję nie utwory / albumy stricte testowe, co po prostu takie, które darzę sympatią i po prostu lubię ich słuchać dla własnej przyjemności. A że moje, podobno spaczone, gusta mają całkiem sporą rozpiętość estetyczną więc z dziką przyjemnością pozwoliłem sobie na odsłuch zarówno momentami brutalnego albumu „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects, jak i baśniowego „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena jedynie utwierdzając się w przekonaniu, że gładkość i lśnienie najwyższych składowych nie tylko nie powodują przesytu, co świetnie korespondują z komunikatywnością i ekspresją średnicy a tym samym naturalnością reprodukcji ludzkich głosów, czy to w formie podniosłej polifonii, czy niemalże zwierzęcego ryku.
I kiedy tak sobie siedziałem i delektowałem się trudnym do zapomnienia sonicznym absolutem, gdzie każda nawet najdrobniejsza składowa miała swoje jasno zdefiniowane i niemalże z obsesyjną precyzją przypisane tak w domenie czasu, jak i trójwymiarze lokalizacji na scenie miejsce utwierdzając się w nomen omen całkiem słusznym przekonaniu, że raczej nic lepszego spotkać mnie już nie może nadszedł czas małej roszady i szwajcarski duet zstąpiła amerykańska parka pre/power a okablowanie głośnikowe z pojedynczego ewoluowało do wersji bi-wire. Efekt? Cóż, skoro stopniowanie superlatyw skończyło mi się przy konfiguracji z Soulution, to w tej części jedynie skupię się na najbardziej oczywistych, acz biorąc pod uwagę iście stratosferyczny pułap obu konfiguracji, li tylko różniących oba podejścia do tematu niuansach. Po pierwsze do głosu doszła większa „organiczność” prezentacji, co bynajmniej nie tyle oznaczało zmiękczenie, czy też zaokrąglenie krawędzi definiujących źródła pozorne, co nieco większą dawkę plastyczności. Jakby przypięty do średnioformatowego „body” obiektyw makro zastąpić „portretowym” ekwiwalentem o takiej samej ogniskowej i świetle. Bez zmiany kompozycji, czy też kąta widzenia otrzymujemy jedynie inną, milszą oku właśnie plastykę sprawiającą, iż z trybu mniej bądź bardziej (pod)świadomej analizy odbiorca przestawia się na opcję bardziej zrelaksowanego, naturalnego obcowania z muzyką. Patrząc na ową roszadę z mojego, czysto prywatnego punktu widzenia Goebele z Soulution grały na poziomie iście studyjnego hiper-realizmu, dzięki któremu z łatwością można określić nie tylko splot wełny z jakiej uszyto marynarkę drugiego skrzypka, co również markę wody kolońskiej jakiej użył rano przed nagraniem. To wprost wymarzony zestaw recenzencki do obserwacji i definicji sygnatur wszelkich elementów pojawiających się w torze. Z kolei Bouldery pozwalały Divin Noblesse zachowując równie imponujący wachlarz informacji nieco inaczej rozkładać akcenty, przez co oprócz detalu, i to na poziomie atomów i molekuł, równie istotne były całe bryły, czy wręcz pełne aparaty wykonawcze, przez co na prezentację patrzyliśmy właśnie z perspektywy koherentnej, stanowiącej jeden organizm a zarazem będącej niezwykle złożoną i misterną układanką całości. To jednak, jak już zdążyłem nadmienić niuanse, lecz niuanse budujące klimat, ów obraz całości. Powrót do „Crosseyed Heart” pokazał legendarnego Stonesa w nieco bardziej lirycznej odsłonie. „Robbed Blind” i „Suspicious” zabrzmiały „głębiej” / „gęściej”, z mocniejszym ładunkiem emocjonalnym na średnicy i osadzeniem w niższych częstotliwościach. Mniej prawdziwie? Niekoniecznie, po prostu bardziej … po ludzku. Bo właśnie amerykański duet potrafił z niemieckich kolumn wycisnąć więcej aspektów tzw. komunikacji pozawerbalnej, gdzie porozumienie pojawia się po przysłowiowej pierwszej nutce, pierwszym dźwięku, kiedy po prostu wiemy, że to jest to i nic więcej do szczęścia nie jest nam już potrzebne. No dobrze, nieco się zagalopowałem, bo kiedy z głośników popłynął album „Wallflower” Diany Krall jasnym się dla mnie stało, że aktualna kumulacja w popularnej grze losowej może okazać się niewystarczająca do zatrzymania owej pełni szczęścia dłużej aniżeli li tylko na czas salonowego odsłuchu.
Reasumując, nie pozostaje mi nic innego jak tylko z głębokim żalem oznajmić, iż Goebel Divin Noblesse to jedne z najlepszych i zarazem najbardziej uniwersalnych kolumn, jakich dane mi było słuchać. Czy można lepiej? Bez cienia wątpliwości stwierdzę, że tak, bowiem mając na koncie kontakt z flagowymi Divin Majestic muszę uznać wyższość ww. monstrów. A jeśli zastanawiacie się Państwo skąd bierze się ów głęboki żal, to tylko nieśmiało chciałbym nadmienić, iż zakup tytułowych Divin Noblesse to tak naprawdę nie koniec a początek drogi, gdyż nie licząc odpowiedniego pomieszczenia wypadałoby czymś równie wyrafinowanym co same kolumny je napędzić, zadbać o odpowiednio wysokich lotów źródło a na koniec jeszcze wziąć rok albo i dwa urlopu, żeby w spokoju i bez pośpiechu przesłuchać posiadaną pliko i płytotekę ciesząc się jak dziecko nie tylko z autentycznej referencji wymuskanych i dopieszczonych nagrań, lecz również świetnie oddawanych emocji w niekoniecznie audiofilskich i nieco nadgryzionych zębem czasu realizacji. To jednak, przynajmniej na razie jedynie pobożne życzenia, więc nie ma co rozpaczać a jedynie przyjąć do wiadomości, iż na tle Goebel Divin Noblesse większość dostępnej na rynku konkurencji może wypaść niezbyt przekonująco, nazbyt zachowawczo bądź zamiast możliwie wiernej reprodukcji oferować własną niekoniecznie zgodną z oryginałem interpretację. Więc nawet jeśli nigdy nie dane będzie Wam ich wpisać na listę posiadanych dóbr doczesnych warto posłuchać ich dłuższą chwilę w kontrolowanych warunkach, gdyż mając taki punkt odniesienia zdecydowanie łatwiej będzie dążyć do upragnionego ideału.
I już zupełnie na koniec, jeśli komuś po głowie chodzi pomysł na brzmienie proponowany przez Olivera Göbela i jego ekipę, to sugeruję nie oddalać się zbytnio od radioodbiorników, gdyż jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to jest szansa na dalszą eksplorację portfolio tytułowej manufaktury z Landshut i to z nieco mniej ekstremalnego pułapu cenowego.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
Źródło: Wadax Reference Server /Reference PSU
Przetwornik cyfrowo/analogowy: Wadax Reference DAC
Przedwzmacniacz: Soulution 727, Boulder 2110
Wzmacniacz mocy: Soulution 717, Boulder 2160
Okablowanie: Goebel Lacorde Statement – głośnikowe, interkonekty, zasilające + zasilające Jorma Paragon & Jorma Statement głośnikowe (bi-wiring przy Boulderze)
Stolik / platformy antywibracyjne: Franc Audio Accessories
Dystrybucja: SoundClub
Producent: Göbel High End
Cena: 1 100 000 PLN (para)
Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, wentylowana, podłogowa
Zastosowane przetworniki
– wysokotonowy: 1 x 5,6” AMT
– średniotonowy: 2 × 8″
– niskotonowy: 2 x 12″
Skuteczność: 95 dB / 1 W / 1 m
Pasmo przenoszenia: 21 Hz – 24 000 Hz (–3 dB)
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 140 Hz / 1600 Hz
Impedancja: 4 Ω (nominalna); 3,8 Ω przy 100 Hz (minimalna)
Wymiary (W × S × G): 168 × 56 × 82 cm
Waga: 260 kg / szt.
Opinion 1
It is hardly surprising that since the world in which we live has shrunk to the proverbial „global village”, where distance is most often counted by time zone changes and related delays in electronic correspondence, the market of all kinds of goods is trying to adapt to these changes. Popular fashion chains, seemingly inseparable from the landscape of shopping centers, are gradually liquidating their stationary shops and moving to the Internet, manufacturers of household appliances/electronics are investing more and more boldly in their own online stores, and in fact, for the lion’s share of consumers, it is less and less important whether they shop locally or on the other side of the globe, since delivery is usually free and instant, whether he website is available in an understandable dialect, or translated on the fly by the browser, and the possible return is more convenient than, until recently, in a conventional store. And although it might seem that, due to its specificity, the Hi-Fi/High-End industry will use the benefits of E-commerce at most to sell the smaller goods – non-binding accessories and budget cabling, yet only a few (ten) years after the spread of broadband Internet, not only dealers/distributors, but also audio manufacturers themselves see e-commerce as a chance to stay afloat. In fact, some manufacturers are giving up global distributor networks, putting everything on one card – making the sales not only electronic, but also direct to consumer (the so-called B2C model). Madness? Not necessarily. After all, in order to be sure of the accuracy of the choices made, you will need to listen in your own four corners and in your own system anyway, and in addition, shortening the supply chain by a step or two (distributor/dealer/store) allows you to noticeably reduce prices by removing distributor and store margins. And this is the path chosen by the Danish manufactory Dyrholm Audio, from whose portfolio we have the pleasure to extract and at the same time have a closer look at the representatives of the latest reference series, Nexus, the culmination of two decades of struggle with the subject matter. However, in order to dose these pleasures, digital cables – USB and Ethernet – come first, and we will take care of their analogue siblings in due time.
Looking back at our previous encounters with the effects of John Dyrholm’s metallurgical work, let me note that while the issue of packaging – elegant, but quite modest cardboard suitcases remains unchanged, the progress in the design of the cables themselves is as noticeable as it is indisputable. To put it bluntly, the Nexus, dressed in olive-green-black textile braids, look extremely gorgeous. Having a quite large diameter, although they come a bit short of the ZenSati #X in these terms, it is reduced near the ends with black anodized aluminum bushings with printed information about the manufacturer, model and … directivity. Both cables are covered by a 5-year warranty, and the buyer is also entitled to return them within 4 weeks if they do not meet the hopes placed in them.
From pure usability, it is worth mentioning that USB is available in lengths of 1 – 2 m and the Ethernet cable in 1 – 3 m, although if someone has different requirements, due to the fact that each copy is made to a specific order, there should be no problems with obtaining a different length. And when it comes to anatomy, in the USB connector, the signal cores are made of the purest UPOCC silver available (6N+) and the power wires are made of UPOCC copper. Of course, all conductors are 100% protected against oxidation, and the signal section is practically completely separated from the power supply one – both „buses” are separate, shielded runs in an outer sleeve filled with anti-resonance foam, converging just before the gilded copper plugs. The Ethernet cable, on the other hand, is made of eight (four pairs) of 6N+ monocrystalline silver wires that are 100% oxidation-protected and braided with unbleached cotton insulation. Unlike most high-end competitors, the massive plugs do not come from the Telegärtner catalog, but from Wireworld.
As most readers have certainly noticed, we are not so much struggling with an embarrassment of riches, because as you know plenty is no plague, but we can safely talk about a surprising abundance of all kinds of accessories and wiring representing the broadly understood digital domain. Various filters (Aardvark Isolator Classic & Ultra, AB-Tech STILL) and connectors (TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger), Luna Cables Gris, Stealth Audio Black Magic Ultra T-Select (test coming soon) run through our systems, and despite the ecstatic reactions of the cable-skeptics that negate their influence on the sound of devices connected, noticeable sonic changes are caused by their appearance in the audio path, about which we regularly inform you on our pages. It was no different with the title duo, which focused on dynamics, spontaneity and bluntness of the sound, which is the opposite of veiling. I will only point out right away that this bluntness has nothing to do with crude aggressiveness, offensiveness, or forcibly pushing the sound in front of the speakers, but only means an extraordinary expressiveness of reproduction. In the sound of the Dyrcholms, there is not even a trace tendency to distance themselves from the reproduced material. They go all out, and, without taking prisoners, they present the listener with a fait accompli – music in the form in which it sounds best – native, primordial and unlimited both dynamically and spatially. Spectacular? In fact, it is enough to reach for Japanese soundtracks, e.g. to „Original Drama W KAIBUTSU” by Takashi Ohmama & Tatsuhiko Saiki or „魔都精兵のスレイブ2” („Chained Soldier 2”) by Kohta Yamamoto to feel the breathtaking, truly Hollywood momentum and the lack of any bottlenecks and cataracts that can disrupt the fast stream of data. However, it is not only the scale and extensiveness of the stage that draws attention, but also the precision of the gradation of the plans that create it. Here, not only quantity but also quality matters, so in addition to volume, the detail is crucial, even the smallest one, existing at the level of „plankton” and dust particles sparkling on the stage illuminated by spotlights. Interestingly, this „extensiveness” is also perfectly audible where things are about … silence. The minimalist and even contemplative „Sounds of Mirrors” by Dhafer Youssef, although still full of concentration, with the Dyrholms the mystery ceases to be a miniature and evolves into a form that absorbs listeners, a kind of galaxy of magical and at the same time extremely well-defined sounds, suspended in the velvety black immensity of space. The timbres are crisp, bright and juicy, but at the same time not oversaturated or too warm, so even Queen Latifah on „Trav’lin’Light” does not look candy-like, but only silky smooth and sensually lazily oozing her stories. The low timbre of the voice, phenomenal articulation and discreet accompaniment „on the Dyrholms” sound complete, elegant and at the same time extremely engaging, showing that even from commercial recordings it is possible to obtain excellent results, when sufficient care is given to the digital sound path.
As a summary, I will allow myself a small excuse and at the same time an explanation of the reason why I described both wires together and not each separately. Well, already during the accommodation period, it turned out that their impact on my system was identical, that is, to put it bluntly, the audibility of either USB or Ethernet connectors was not only perfectly noticeable, but also repetitive. Therefore, instead of duplicating the observations made during the listening, I reduced them to a common denominator. So if you are wondering whether it is worth „entering” the digital Dyrholms from the reference Nexus series, all you have to do is reach for one of the tested connectors and everything will become clear. At the same time, I will immediately reassure everybody who is afraid of excess and/or oversaturation of the „Danish signature”, because I have not observed anything like this with the full digital wiring of the system I have, and the only thing that can happen to you with the title duo, is the elimination of the „foreign element” – a difficult to predict reaction to a cable from another stable. The point is that with the USB & Ethernet set, you will not get anything more than what each of the connectors is able to show separately, but simply 100% of what John Dyrholm wanted to include in the Nexus series. That is all and that is it.
Marcin Olszewski
System used in this test
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x Quantum Science Audio (QSA) Blue Fuse
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + Omicron Decoupler Clamp
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinion 2
When you use our search engine, you will easily see that we have been exploring the portfolio of the Dyrholm Audio brand, which is the hero of today’s epistle, for several years now. And I would not be completely honest if I did not say that every meeting, apart from the sonic diversity of each tested series, has always been a fun adventure with music in the background. Regardless whether we are talking about the Phoenix, Draco or Vision series, each time the system showed interesting nuances offered by each of them. What are they? Naturally, I will not artificially dilute the text, because you will find everything in the relevant entries, especially since today we will deal with the flagship series of the mentioned brand. And it will be, provided by the Danes at their own expense – in order to minimize the prices of products for the end customer, this year the brand has switched to a very convenient direct sales system – a digital cabling package of the top Nexus line in the form of a USB and Ethernet cable. Curious about what this clash will bring? If so, there is nothing else left for you to do but spend a few minutes reading the following paragraphs, to reveal a bit of the mystery. I will add that the text below finished for me in a surprisingly interesting way.
Starting the description of the construction of our heroes with the Ethernet cable, we know that its heart, i.e. the signal conductor, was made in the European Union – there is no need to laugh about this, because for a lot of people, frequent quality mishaps of Asian manufacturers make this issue very important – made of solid silver wire with a purity of 6N+. In its bowels, 8 conductors were used, in 4 pairs of two wires wrapped in unbleached cotton and finally 100 percent protected against oxidation. When it comes to shielding, tinned copper wire was utilized for that, which allows to completely eliminate noise from the network. The issue of plugs was solved with the help of the well-known brand Wireworld. As the Danish Dyrholm is a manufactory that takes care of every detail during the production process, all cables are made by hand with great care. And what is also an interesting non-standard feature on the market, the manufacturer is happy to implement constructive requests from a potential customer. This, of course, is associated with a slightly longer waiting time for your product, but if someone wants a custom version, they will certainly come to terms with such a turn of events.
On the other hand, a USB cable, unlike a LAN, uses the purest UPOCC silver (6N+) available as a conductor. Similar to its predecessors, the signal runs have been wrapped in cotton and protected against oxidation with a hundred percent degree of certainty. If we were to vivisection this version of the digital cable, it would turn out that inside we would find 2 separate shielded wires placed in a tube made of damping foam with an additional screen. The cable is terminated with high quality, gilded copper plugs of the A and B type.
What was the effect of replacing my set of USB and LAN cables with the designs from Denmark that were the focal point of this meeting? I will say briefly, I heard two excellent changes. The first was the presentation of the music with better clarity. However, not in the sense of brightening, but by removal of the “fog” from the virtual scene. I like music presented directly in the sense of avoiding any warming treatments that increase the pleasure of reception, and surprisingly, what seemed to me being a great result before the test, improved, in a way known only to Dyrholm’s principals. And the most interesting thing was that the additionally cleaned spark of the upper registers, which, despite the clearer glitter in the inter-speaker ether, was even more pleasant to listen to than the previous one, slightly smoothed. This is probably the result of effective prevention of network noise interference with the signal transmitted between devices. Admittedly, I am not sure, but this is how I would interpret the work of the tested cables in the service of the sonic result I heard. Apart from all the guesses, however, one thing is certain, this aspect of creating stage events has climbed to heights that have not occurred in my system so far.
As for the second positive impact of the Nexus on my setup, it was the increased control and verbal reception of the sound. Well, it was not the usual reduction of the essentiality of energy, i.e. de facto flattening of the diversity of the pulse served by the stereo, which is a notorious action to improve the legibility of the lines visualizing the sound. In this case, the point is, that with better control of the lower range and improvement of the edges of virtual entities, there was a kind of amplification, both in the domain of clarity and energy, juicy, but also multi-colored. Suddenly, the music not only sped up, but also served a much stronger accentuation of the formation of individual chords, which translated into presenting it with much more joy, which I did not expect in the most optimistic guesses. And I did not expect it, because if I were to try some kind of enumeration, successfully applied injections of impulses of energy through all kinds of wiring, and in addition at such an affordable price for an ordinary Kowalski, it would suffice to use one hand to count. This is why I had such a reaction.
Therefore, it will probably not surprise anyone that the above list of changes introduced by cables working in tandem from Denmark literally and figuratively disarmed me. So much so that I will no longer artificially dilute the text with flowery descriptions of the sound of the albums I listened to, because the aforementioned constructions will probably defend themselves in the when put in your systems. On the other hand, without beating around the bush, I am very pleased to announce that the Scandinavian digital set Dyrholm Audio Nexus USB and Ethernet has not returned to the manufacturer after such a successful, strongly raising the bar of sound of my test sessions, but has become a reference point for further attempts to evaluate the sound of this type of designs. As you know, I am not some die-hard fan of using file-based music, but when something positively surprises me, I can easily say it directly in the test, which has happened more than once. But as you can see from today’s clash, when, in the positive sense of the word, a product knocks me out, even if it is not a complement to my beloved analogue system, but it clearly increases the sound qualities of another segment of the setup I have – most often I play using a turntable and a studio tape recorder, often a CD player, and following today’s story, of course, I do not forget about the file sources, immediately becomes a permanent component of it. Gentlemen, without a doubt, you deserve well-deserved respect for bringing the tested cables to life.
Epilogue
At this point, I usually try to gather the most important features of the tested products into one whole. However, I think that if I, an individual who does not really play with files on a daily basis, left the eponymous digital wiring for myself, without unnecessary duplication of the information contained in the text, I inform the entire population of audiofreaks that it would be a sin not to try them. If you buy or do not buy, it does not really matter. It is important that the time spent on personal testing with them will be one hundred percent pleasantly spent. And I would not be surprised if a face-to-face meeting would end with a decision similar to mine. After what I have heard in my own room, I think with a high degree of certainty that it can really happen.
Jacek Pazio
System used in this test:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– Streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Commander
– Power amplifier: Gryphon Audio APEX Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– Digital IC: Furutech Project V1 D XLR
– Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
– USB cable: ZenSati Silenzio
– Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: SME 60
– Cartridge: My Sonic Lab Signature Diamond
– Phonostage: RCM Audio The Big Phono
– Clamp: Omicron Luxury Clamp
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80
Manufacturer: Dyrholm Audio
Prices
Dyrholm Audio Nexus USB: 1 775 € / 1,5m
Dyrholm Audio Nexus Ethernet: 2 370 € / 1,5m
Opinia 1
Jak doskonale się Państwo orientujecie w kultywowaniu naszego hobby kierujemy się głównie emocjami i wrodzoną ciekawością i emocjami, chwilą a tym samym niekoniecznie zdrowym rozsądkiem, więc jeśli tylko coś nas zaintryguje, to bez zbędnych przymiarek i kalkulacji, na „pełnym spontanie” wskakujemy w samochód/pociąg/samolot, by na własne oczy i uszy przekonać się o potencjale, bądź jego braku, sprawcy całego zamieszania. I tak też było tym razem, gdy po wymianie kurtuazyjnej korespondencji nie tylko otrzymaliśmy zaproszenie do siedziby MIXMANN AUDIO SYSTEMS – rodzimego przedstawiciela w pewnych kręgach kultowej marki Daniel Hertz, co wraz z owym anonsem dotarły do nas nie mniej intrygujące didaskalia wskazujące na niezwykle mało sprzyjające warunki akustyczne w jakich zapowiadany jako system marzeń zestaw miał być prezentowany. Łącząc powyższe fakty można byłoby dojść do wniosku, iż wspomniani polscy reprezentanci ww. marki wykazują, jeśli nie samobójcze, to przynajmniej wskazujące na zamiłowanie do zabaw S&M / face slapingu ciągoty, więc skoro sami się proszą, to czemu nie skorzystać z okazji i przejechać się po nich jak walec z piosenki Młynarskiego. Tym oto sposobem w samo południe wylądowaliśmy w minioną sobotę w podwarszawskim Grodzisku a to, co zastaliśmy na miejscu opisujemy i unaoczniamy w formie poniższego materiału słowno – zdjęciowego.
Niby jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów, ale chyba nikomu obeznanemu w temacie nie muszę wyjaśniać, iż warunki w jakich prezentowany był system Daniel Hertz, w skład którego wchodził dysponujący sekcją DAC-a (autorski procesor Daniel Hertz Mighty Cat) D-klasowy, oparty o moduły Hypex NCORE NC502NP wzmacniacz Maria 350 oraz łapiące za oko 15” coaxialnym drajwerem, acz niemalże dosunięte do samej ściany, dość absorbujące gabarytowo podłogowe kolumny Anton, grał w warunkach najdelikatniej rzecz ujmując urągających audiofilskim prawidłom. Z czysto kronikarskiego obowiązku nadmienię tylko, iż za źródło służył … Mac Mini, z którego wychodzący po USB sygnał uzdatniał duet Ideon Audio Σigma Wave USB audio isolator i re-clocker eos Time a całość spięta była okablowaniem zgodnie z zapewnieniem Gospodarzy w pełni rekomendowanym przez samego Marka Levinsona, acz przywodzącym na myśl przysłowiowe przewody od lampki. Pozbawiony jakiejkolwiek adaptacji akustycznej, połączony z aneksem kuchennym salon, jedna (prawa) ściana w 90% zajęta przez okna balkonowe i samotny narożnik reprezentujący rodzinę mebli tapicerowanych jasno dawały do zrozumienia, kto tu rządzi. Zapowiada się ciekawie? A to przecież dopiero preludium, gdyż niejako na dzień dobry usłyszeliśmy mrożącą krew w żyłach propozycję zapoznania się z możliwościami tytułowego seta bazując na repertuarze dostępnym na … Youtube. I to uruchamianym nie z natywnej aplikacji a z poziomu internetowej przeglądarki. Wbrew pozorom efekt okazał zaskakująco nie tylko akceptowalny, co niczym z reklamy Glenmorangie z Harrisonem Fordem … miły i przyjemny. Herezja i konfabulacja? Cóż, patrząc na zdjęcia sami z pewnością tak właśnie byśmy myśleli, jednak realia temu wyraźnie przeczyły. Na niewielkich składach i akustycznych realizacjach pierwszy plan okazał się niezwykle namacalny, aura pogłosowa nader realistyczna i choć na zasugerowanym przeze mnie „Helvegen” w wykonaniu Einara Selvika, Eivør & The Danish National Symphonic Orchestra pojawił się lekki bałagan w dalszych planach, to jak na niemalże „dworcową” akustykę pomieszczenia i konstrukcję samych kolumn (o ich kontrowersyjnym ustawieniu nawet nie wspominając) śmiało można było uznać za sukces.
Przesiadka na zdecydowanie mniej dyskusyjne źródło kontentu w postaci streamingu z Tidala i Qobuza pokazało, iż tytułowy system nie tylko jest w stanie różnicować jakość samych nagrań, co również samo ich pochodzenie. Pliki grane „z chmury” cechowało przyjemne kreowanie sceny za linią głośników i wyraźna gradacja planów, przy czym poluzowanie najniższych składowych podkreślało spektakularne możliwości dynamiczne samych kolumn, z którymi firmowa amplifikacja radziła sobie w stopniu satysfakcjonującym, acz niekoniecznie stawiającym na zamordystyczną kontrolę. Jeśli jednak ktoś stawia na wolumen i masę a nie timing i audiofilskie zróżnicowanie, to raczej nie powinien w tym przypadku kręcić nosem. I bynajmniej nie chodzi o to, że się czepiam, gdyż przygotowany przez Gospodarzy repertuar brzmiał jak to mawiał w ww. promocyjnych filmikach Harrison Ford „nice”, jednak sięgnięcie po nieco bardziej problematyczne pozycje z mojej dyżurnej playlisty, czyli „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects i „Hold Me Down” Murkury sprawiło, że grały nie tylko kolumny, lecz również a może przede wszystkim samo pomieszczenie dość wyraźnie zaburzając czytelność reprodukowanego materiału. Warto jednak mieć na uwadze, iż ww. repertuar nie należy do mainstreamu, więc i prawdopodobieństwo, by ktoś próbował się nim na tytułowym systemie i w podobnie spartańskich warunkach akustycznych delektować śmiało możemy uznać za znikome. Chociaż może sprawę pozwolę sobie ująć z nieco innej perspektywy. Otóż doskonale zdaję sobie sprawę, iż obaj z Jackiem możemy uważać się za niezwykłych szczęśliwców, gdyż nasze Małżowinki nie tylko tolerują, co wręcz kibicują naszemu hobby a tym samym pozwalają nam na zaskakująco wiele pozornie kontrowersyjnych pod względem logiki, finansów i wystroju wnętrz działania. Tymczasem większość skażonych audiophilią nervosą osobników w swej walce z materią jest skazana na ciągłe i nader bolesne kompromisy i ustępstwa, więc zastane w Grodzisku warunki wcale tak dalece nie odbiegają od tego, czym dysponuje znacząca część potencjalnych nabywców. A zestaw Daniela Hertza właśnie w takich niezbyt sprzyjających okolicznościach przyrody grał i grał … przyjemnie. Może nie w rozumieniu stricte audiofilskim, gdzie akcent stawiany jest na rozdzielczość i bezkompromisową holografię, lecz raczej z niezobowiązującą swobodą, imponującym rozmachem i przyjemnie masującym trzewia fundamentem basowym, które zarówno przy słuchaniu muzyki, jak i seansach filmowych pozwalają po prostu cieszyć się pozbawionym nerwowości, za to stawiającym na czysto hedonistyczną przyjemność dźwiękiem.
No i niejako na deser zostawiliśmy granie ze zgromadzonych na dysku Maca Mini, gdyż właśnie z tego „źródła” udało się osiągnąć najbliższą audiofilskim wzorcom prezentację – z najlepszą z dotychczasowych odsłon rozdzielczością i różnicowaniem poszczególnych realizacji. Warto przy tym wspomnieć, iż również różnicowanie jakości/gęstości materiału źródłowego było bardziej oczywiste i z łatwością zauważalne, co dobrze świadczy o sekcji przetwornika Marii.
Jakie zatem nasuwają się wnioski z powyższych dywagacji? Przede wszystkim to, że nawet w niezbyt sprzyjających warunkach nie ma co załamywać rąk i zamiast odpuszczać temat decydując się na soundbar bądź zestaw słuchawkowy można spróbować pomysłu na dźwięk z portfolio Daniela Hertza. Czy będzie Wam z nim po drodze przekonacie się sami, jednak tak jak ze wszystkim co gra, również i w tym przypadku trzeba przekonać się samemu – na własne uszy. A ponadto śmiało można założyć, że jeśli to, co usłyszycie Państwo w Grodzisku przypadnie Wam do gustu, to w Waszych czterech ścianach zapewne nie zagra gorzej. Pomijając bowiem „dworcową” akustykę pomieszczenia dystrybutora zakładam, iż potencjalni zainteresowani zamiast „cywilnego” Maca Mini finalnie zdecydują się na nieco wyższych lotów źródło a i wbrew zapewnieniom Marka Levinsona choćby odrobinę lepszym okablowaniem (przynajmniej sygnałowym) warto się zainteresować. Ale to już raczej wyjdzie w praniu.
I już zupełnie na sam koniec serdecznie dziękujemy za zaproszenie i gościnę ekipie MIXMANN AUDIO SYSTEMS szczerze podziwiając ich odwagę by skonfrontować reprezentowane przez siebie podejście oraz własne wyobrażenie referencji z naszym niezaprzeczalnie bezkompromisowym i krytycznym spojrzeniem na owe zagadnienie.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Gdy w minioną sobotę większość z Was wspólnie z rodziną lub znajomymi była pochłonięta grillowaniem razem z Marcinem w celach poznawczych udaliśmy się do podwarszawskiego Grodziska Mazowieckiego, bowiem właśnie tam stacjonuje przedstawiciel przyjaznej dla pełnego spektrum domowników konfiguracji sprzętowej. Jednak nie byle jakiej, tylko systemu będącego owocem pracy znanego wszystkim Marka Levinsona realizującego swe pasje pod szyldem marki Daniel Hertz. Jednak w odróżnieniu do dotychczasowych owoców jego pracy ze świata High Endu, tym razem oferując sprzęt audio postawił na pewnego rodzaju minimalizm w postaci wyposażonego w sekcję DAC-a wzmacniacza zintegrowanego Daniel Hertz Maria 350, opartych o przetwornik szerokopasmowy kolumn Anton oraz dedykowanego przez konstruktora, spełniającego założenia idealnej współpracy z systemem w zakresie parametrów okablowania. Intrygujące? Spokojnie, jeszcze nie odpowiadajcie, gdyż to nie koniec istotnych informacji dotyczących tego mitingu. Mianowicie chodzi o jego clou, czym w tym przypadku była próba udowodnienia przez polskiego przedstawiciela marki, iż najnowszy pomysł Levinsona jest lekiem na praktycznie wszelkie problemy zwyczajnej rodziny. Jakie to problemy? Aby nie rozwadniać tekstu, wymienię tylko trzy najważniejsze. Pierwszym jest eliminacja notorycznej walki melomanów z żonami buntującymi się przed zbytnim zagracaniem będącego centrum życia rodziny salonu gościnnego, co ma zapewnić ograniczenie rozbudowania elektroniki. Drugim zapewnienie dobrej jakości dźwięku bez zazwyczaj także nie do przyjęcia przez nasze drugiej połówki ingerencji w akustykę. Zaś trzecim łatwa konsolidacja zestawu audio z pełnym spektrum domowych multimediów z oglądaniem telewizji sonicznie wspieranej przez jego system włącznie. I dopiero teraz tak naprawdę powinienem zapytać, czy jesteście zaintrygowani. Jednak spokojnie, też nie odpowiadajcie, to pytanie retoryczne, bo jestem pewny, że tak. Zatem jeśli mam rację, zapraszam na kilka poniżej opisanych spostrzeżeń z tego spotkania.
Jak widać na zdjęciach, system, a tak naprawdę wzmacniacz czerpiący sygnał Mac-a Mini i kolumny, gospodarz spotkania wstawił do typowego pokoju, któremu z racji pełnienia funkcji rodzinnego salonu obce było audiofilskie szaleństwo w postaci zagracania go panelami akustycznymi. Po prostu widzimy zwyczajną komodę, nieduże urządzenie na górnej półce, stojące po jej bokach kolumny, a w centrum tylnej ściany telewizor. Teoretycznie dla hardcore’owych audiofilów po stokroć temat nie do przyjęcia. Jednak jak ustalaliśmy podczas umawiania spotkania i co potem potwierdzał organizator sobotniej zabawy, to calowy zabieg, gdyż multimedialny komplet dedykowany jest zwykłym ludziom, a nie szurniętym – choćby takim jak ja – poszukiwaczom Świętego Grala w audio. Ma być nienarzucający się wizualnie – oczywiście oprócz kolumn, bowiem te muszą zapewnić dobrą jakość dźwięku, uruchamiany bez procedur rodem z Przylądka Canaveral podczas startu kosmicznego wahadłowca i grać od przysłowiowego kopa, czyli bez zwyczajowej dla audiofilów dłuższej lub krótszej rozgrzewki. I muszę powiedzieć, że co prawda, gdy weszliśmy do pokoju, muzyka niezobowiązująco już plumkała, ale temat minimalizmu całości odebrałem w opisany przed momentem sposób. Nawet kolumny choć duże, stojąc po bokach sprej komody niespecjalnie mnie absorbowały. Nie mówię, że nie intrygowały technicznie, bo bym skłamał, gdyż były ciekawe z racji zastosowania przetworników szerokopasmowych, ale to już efekt zboczenia spowodowanego moim hobby, a nie braku spójności w unikaniu nadmiernego rozbudowania słuchanej konfiguracji. Jak to zagrało?
Tutaj zaliczyłem pierwsze ciekawe zaskoczenie, gdyż słuchaliśmy muzyki z Youtube’a, Tidala i lokalnych plików, co mi osobiście nie przyszło by do głowy. I gdy myślałem, że będzie ciężko coś ciekawego usłyszeć, te 3 różne źródła danych pokazały fajną cechę tego systemu, jaką było różnicowanie każdego z nich. A co najciekawsze, najgorzej wypadł Tidal. Tidal, który pozornie ma być bezstratny, ale jak wiemy, nigdy nie wiemy, co tak naprawdę dostajemy. Dwa pozostałe źródła do oferowanej jakości zaś są pewne. Youtube jest skompresowany, żeby brzmiał wszędzie dobrze i przez to bardzo odporny na wszelkiej maści niechciane zakłócenia, natomiast pliki lokalne zazwyczaj zgrywane z płyt CD / kupowane z zaufanego źródła i dlatego nie pozostawiają marginesu na domysły co do jakościowej hochsztaplerki. Oczywiście różnice pomiędzy słuchanymi platformami mimo słyszalności, były na tyle drobne, że systemowi w pokazaniu fajnego dźwięku to specjalnie nie przeszkadzało. Była energia dolnego zakresu, ogólna otwartość brzmienia i rozmach prezentacji. Nic, tylko usiąść na kanapie i delektować się przyjemnie podaną na tacy muzyką. Całość wypadała na tyle przyjemnie w odbiorze, że nawet ja będąc przedstawicielem hardcore’owego podejścia do tematu obcowania z muzyką bez problemu zatapiałem się w słuchanym materiale. Oczywiście tylko słuchanym, gdy źródłem był Tidal i pliki z dysku, natomiast w przypadku zatrudnienia Youtube’a także oglądanym. I nie byłbym szczery, gdybym nie wspomniał, iż ta wizualna funkcja niosła ze sobą dodatkową wartość emocjonalną. A przykładem na lepszy odbiór muzyki z opcją wizji jest choćby wyprawa do opery. Na sucho materiał dla 90 procent populacji melomanów jest nie do ogarnięcia. Jednak, gdy bierzemy udział w widowisku muzycznym – czy to werbalnie, czy poprzez koncertowe projekcje w telewizji, nawet te smętne operowe kawałki jawią się jako ciekawy pakiet głęboko zapadających w nasze dusze emocji. Abstrahując jednak od prezentacji tego dnia mużyki z wizją lub bez, wszystko co udało się zaliczyć, nawet dla mnie wypadało na tyle atrakcyjnie, że bez problemu mogę potwierdzić, iż gospodarz podczas wstępnych ustaleń mówił prawdę. To niezobowiązujący wizualnie, bardzo uniwersalny od strony konfiguracji z domowym centrum spędzania wolnego czasu całej rodziny oraz fajnie brzmiący w ciężkich warunkach akustycznych zestaw. Na pierwszy rzut oka tak nie wygląda, jednak w zderzeniu z muzyką się broni. Oczywiście nie na poziomie wyczynowym, czego tak naprawdę według gospodarza Daniel Herz nie poszukiwał, ale na tyle przyjemnym w odbiorze, że gdybym nie posiadał swojego prywatnego lokum do uprawiania audio-szaleństwa, jest duża szansa ewentualnego rozpatrywania aplikacji tytułowego zestawu w moim rodzinnym salonie.
I tym optymistycznym akcentem kończę opis odsłuchu najnowszego dziecka Marka Levinsona. Czas spędzony w towarzystwie gospodarza i prezentowanych przez niego produktów mainstreamowego konstruktora zabawek ze świata High Endu był czasem spędzonym w miłym i okraszonym fajnymi wrażeniami muzycznymi towarzystwie. Jeszcze raz, jednak tym razem już na piśmie dziękuję za zaproszenie, konstruktywną wymianę zdań i miłą atmosferę podczas spotkania.
Jacek Pazio
Dystrybucja: MIXMANN AUDIO SYSTEMS
Producent: Daniel Hertz
Ceny:
Maria 350: 16 000 € netto
Anton Speaker: 40 000 € netto
Dane techniczne
Maria 350
Moc: 2 x 350W / 8 Ω
Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 30 kHz
Wejścia analogowe: 3 pary RCA
Wejścia cyfrowe: koaksjalne, USB Audio 2.0
Łączność: Bluetooth (24 bit/48 kHz), Wi-Fi
Wyjście: słuchawkowe
Wymiary (W x S x G): 110 x 430 x 330 mm
Anton Speaker
Skuteczność: 99,5 dB/1W/1m
Impedancja: 8 Ω
Moc RMS: 800W
Pasmo przenoszenia: 25 Hz – 20 kHz
Wymiary (W x S x G): 127 x 47 x 43,5 cm
Waga: 75 kg
Opinia 1
Trudno się dziwić, że skoro świat w jakim żyć nam przyszło zmalał do przysłowiowej „globalnej wioski”, gdzie dystans liczy się najczęściej zmianami stref czasowych i związanymi z nimi opóźnieniami w korespondencji elektronicznej to i rynek dóbr wszelakich stara się do owych zmian dostosować. Popularne i wydawać by się mogło, że nierozerwalnie wpisane w krajobraz centrów handlowych modowe sieciówki sukcesywnie likwidują swoje stacjonarne placówki przenosząc się do Internetu, producenci AGD/RTV coraz odważniej inwestują we własne sklepy internetowe i tak po prawdzie dla lwiej części konsumentów coraz mniejsze znaczenie ma fakt, czy zakupy robią lokalnie, czy na drugim krańcu globu skoro dostawa jest zazwyczaj darmowa i błyskawiczna, storna dostępna w zrozumiałym narzeczu, bądź w locie tłumaczona przez przeglądarkę a ewentualny zwrot wygodniejszy niż jeszcze do niedawna w konwencjonalnym sklepie. I choć wydawać by się mogło, że ze względu na swą specyfikę branża Hi-Fi/High-End z dobrodziejstw E-commerce będzie korzystać co najwyżej w celu upłynniania umownej „drobnicy” – niezobowiązujących akcesoriów i budżetowego okablowania, to tymczasem zaledwie kilka (naście) lat po rozpowszechnieniu się szerokopasmowego Internetu nie tylko dealerzy/dystrybutorzy, lecz również i sami wytwórcy audio właśnie w handlu elektronicznym widzą szansę na utrzymanie się na powierzchni. Ba, część producentów rezygnując z globalnych sieci dystrybutorów wręcz stawia wszystko na jedną kartę – kartę sprzedaży nie dość, że elektronicznej, to w dodatku bezpośredniej (tzw. model B2C). Szaleństwo? Niekoniecznie. W końcu, żeby mieć pewność trafności wyboru wszystkiego trzeba i tak i tak posłuchać we własnych czterech kątach i we własnym systemie a ponadto skrócenie łańcucha dostaw o ogniwo, bądź dwa (dystrybutor/dealer/sklep) pozwala zauważalnie obniżyć ceny redukując je o marże dystrybutorskie i sklepowe. I właśnie tę ścieżkę obrała duńska manufaktura Dyrholm Audio, z której to portfolio mamy przyjemność wyłuskać i zarazem pochylić się nad reprezentantami najnowszej i stanowiącej zwieńczenie dwóch dekad walki z materią referencyjnej serii Nexus. Aby jednak dozować sobie owe przyjemności na pierwszy ogień poszły przewody cyfrowe – USB i Ethernet a ich analogowym rodzeństwem zajmiemy się za czas jakiś.
Patrząc na nasze dotychczasowe spotkania z efektami metalurgicznej radosnej twórczości Johna Dyrholma pozwolę sobie zauważyć iż o ile kwestia opakowań – eleganckich, acz dość skromnych tekturowych walizeczek pozostaje niezmienna, to progres w designie samych przewodów jest tyleż zauważalny, co wręcz bezdyskusyjny. Mówiąc wprost przyodziane w oliwkowo-zielono-czarne tekstylne oploty Nexusy prezentują się nad wyraz korzystnie. Całkiem pokaźne, choć do ZenSati #X nieco im brakuje, jak na pełnioną rolę średnice, redukują przy końcach przebiegów anodowane na czarno aluminiowe tuleje z nadrukami informującymi o producencie, modelu i … kierunkowości. Oba przewody objęte są 5-letnią gwarancją a nabywcy przysługuje również możliwość ich zwrotu w ciągu 4 tygodni, jeśli nie spełnią pokładanych w nich nadziei.
Od strony czysto użytkowej warto wspomnieć, iż USB dostępny jest w długościach 1 – 2m a Ethernet 1 – 3m, choć jeśli ktoś ma inne wymagania, to z racji, iż każdy egzemplarz wykonywany jest pod konkretne zamówienie nie powinno być problemów z pozyskaniem innej rozmiarówki. A jeśli chodzi o anatomię, to w łączówce USB żyły sygnałowe wykonano z najczystszego dostępnego srebra UPOCC (6N+) a zasilające z miedzi UPOCC. Oczywiście wszystkie przewodniki są w 100% zabezpieczone przed utlenianiem a sekcja sygnałowa od zasilającej jest praktycznie całkowicie odseparowana – obie „magistrale” stanowią osobne, zaekranowane przebiegi w wypełnionej anty rezonansową pianką koszulce zewnętrznej zbiegające się dopiero tuż przed wtykami ze złoconej miedzi. Z kolei przewód Ethernet wykonano z ośmiu (czterech par) drutów z monokrystalicznego srebra 6N+ w 100% zabezpieczonych przed utlenianiem i oplecionych izolacją z niebielonej bawełny. W przeciwieństwie od większości high-endowej konkurencji masywne wtyki pochodzą nie z katalogu Telegärtnera a od Wireworld-a.
Jak z pewnością większość Czytelników zdążyła zauważyć ostatnimi czasy nie tyle zmagamy się z klęską urodzaju, gdyż akurat od przybytku głowa nie boli, to śmiało możemy mówić o zaskakującej obfitości wszelakiej maści akcesoriów i okablowania reprezentujących szeroko rozumianą domenę cyfrową. Przez nasze systemy przewijają się najróżniejsze filtry (Aardvark Isolator Classic & Ultra, AB-Tech STILL) oraz łączówki ( TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger), Luna Cables Gris, Stealth Audio Black Magic Ultra T-Select (test wkrótce)) i pomimo ekstatycznych reakcji negujących ich jakikolwiek wpływ na brzmienie spinanych nimi urządzeń kablosceptyków jednak zauważalne zmiany soniczne ich pojawienie się w torze audio powoduje, o czym z resztą regularnie na naszych łamach informujemy. Nie inaczej było z tytułowym duetem, który postawił na dynamikę, żywiołowość i stanowiącą przeciwieństwo zawoalowania dosadność przekazu. Tylko od razu zaznaczę, iż owa dosadność nie ma nic a nic wspólnego z ordynarną napastliwością, ofensywnością, czy też siłowym wypychaniem dźwięku przed kolumny a jedynie oznacza niezwykłą ekspresyjność reprodukcji. W dźwięku Dyrcholmów nie ma nawet śladowych tendencji do dystansowania się od transmitowanego materiału. One idą na całość i nie biorąc jeńców stawiają słuchacza przed faktem dokonanym – przed muzyką w takiej postaci w jakiej brzmi ona najlepiej – natywnej, pierwotnej i nieograniczonej tak pod względem dynamicznym, jak i przestrzennym. Spektakularnie? Ba, wystarczy bowiem sięgnąć po japońskie soundtracki np. do „Original Drama W KAIBUTSU” Takashi Ohmama & Tatsuhiko Saiki czy „魔都精兵のスレイブ2”(„Chained Soldier 2”) Kohta Yamamoto by na własnych trzewiach poczuć zapierający dech w piersiach, iście hollywoodzki rozmach i brak jakichkolwiek wąskich gardeł i katarakt mogących zaburzyć wartki strumień danych. Uwagę zwraca jednak nie tylko skala i obszerność sceny, lecz równiej precyzja gradacji planów ją tworzących. Tutaj liczy się nie tylko ilość, lecz również jakość a więc oprócz wolumenu kluczowe znaczenie ma detal i to nawet ten najdrobniejszy, egzystujący na poziomie „planktonu” i drobinek kurzu skrzących się na oświetlonej reflektorami scenie. Co ciekawe owa „obszerność” doskonale słyszalna jest również tam, gdzie gra dotyczy również … ciszy. Minimalistyczny i wręcz kontemplacyjny „Sounds of Mirrors” Dhafera Youssefa choć nadal jest pełnym skupienia misterium z Dyrholmami przestaje być miniaturą a ewoluuje do wchłaniającej słuchaczy postaci swoistej galaktyki magicznych a zarazem z niezwykłą atencją definiowanych dźwięków zawieszonych w aksamitnie czarnym bezmiarze kosmosu. Barwy są rześkie, rozświetlone i soczyste, lecz zarazem nieprzesaturowane, czy nazbyt ocieplone, więc nawet Queen Latifah na „Trav’lin’Light” nie wypada cukierkowo a jedynie jedwabiście gładko i zmysłowo leniwie sącząc swoje opowieści. Niska barwa głosu, fenomenalna artykulacja i dyskretny akompaniament „na Dyrholmach” brzmią kompletnie, elegancko i zarazem szalenie angażująco pokazując, że przy dbałości o tor cyfrowy nawet z komercyjnych nagrań da się uzyskać wyborne rezultaty.
Niejako w ramach podsumowania pozwolę sobie na małe usprawiedliwienie i zarazem wyjaśnienie powodu, z którego to oba przewody opisałem razem a nie każdy z osobna. Otóż już w trakcie okresu akomodacyjnego okazało się, iż ich wpływ na mój system jest ze sobą tożsamy, czyli mówiąc wprost słyszalność czy to łączówki USB, czy Ethernet była nie dość, że doskonale zauważalna, co powtarzalna. Dlatego też zamiast dublować poczynione w trakcie odsłuchów obserwacje sprowadziłem je do wspólnego mianownika. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo, czy warto w cyfrowe Dyrholmy z referencyjnej serii Nexus „wchodzić” wystarczy, że na początek sięgniecie po jedną z tytułowych łączówek a wszystko stanie się jasne. Przy czym od razu uspokoję jednostki obawiające się nadmiaru i/lub przesytu „duńskiej sygnatury”, gdyż nic takiego przy pełnym cyfrowym okablowaniu posiadanego systemu nie zaobserwowałem a jedyne co przy tytułowym duecie może Was spotkać, to eliminacja „elementu obcego” – trudnej do przewidzenia reakcji na przewód z innej stajni. Chodzi bowiem o to, że przy komplecie USB & Ethernet nie dostaniecie czegokolwiek więcej aniżeli to, co jest w stanie pokazać każda z łączówek osobno lecz po prostu 100% tego, co John Dyrholm w serii Nexus chciał zawrzeć. Tylko tyle i aż tyle.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Gdy wykorzystacie naszą wyszukiwarkę, z łatwością przekonacie się, iż portfolio będącej bohaterem dzisiejszej epistoły marki Dyrholm Audio kolokwialnie mówiąc penetrujemy poznawczo już od kilku lat. I nie byłbym do końca szczery, gdybym nie oznajmił, że każde spotkanie oprócz różnorodności sonicznej każdej testowanej serii zawsze było fajną przygodą z muzyką w tle. Bez względu na to, czy mówimy o serii Phoenix, Draco, czy Vision, za każdym razem system pokazywał ciekawe niuanse oferowane przez każdą z nich. Jakie? Naturalnie nie będę sztucznie rozwadniał tekstu, bowiem wszystko znajdziecie w stosownych tekstach, tym bardziej, że dzisiaj zajmiemy się flagową serią tytułowego znaku towarowego. A będzie nim dostarczony przez Duńczyków własnym sumptem – marka w celach minimalizacji cen produktów dla końcowego klienta w tym roku przeszła na bardzo dogodny w obsłudze system sprzedaży bezpośredniej – cyfrowy pakiet okablowania topowej linii Nexus w postaci kabla USB oraz Ethernet. Zaciekawieni co przyniesie to starcie? Jeśli tak, to nie pozostaje nic innego, jak poświęcić kilka minut na lekturę poniższego, zdradzając nieco rąbka tajemnicy dodam, iż zaskakująco ciekawie zakończonego dla mnie poniższego tekstu.
Rozpoczynając opis budowy naszych bohaterów od kabla Ethernetowego wiemy, iż jego serce, czyli przewodnik sygnału został wykonany w Unii Europejskiej – nie ma się co śmiać pod nosem, bowiem dla sporej grypy ludzi na tle częstych wpadek jakościowych producentów z Azji to bardzo istotne – z litego drutu ze srebra o czystości 6N+. W jego trzewiach zastosowano aż 8 żył wspomnianego przewodnika w 4 przebiegach po dwa druty otulone niebieloną bawełną i finalnie w 100 procentach zabezpieczono przed utlenianiem. Jeśli chodzi o ekranowanie, w tej służbie pracuje cynowany drut miedziany pozwalający całkowicie wyeliminować szum w sieci. Kwestię wtyków rozwiązano przy pomocy znanej marki Wireworld. Jako że duński Dyrholm jest manufakturą, która dba o każdy detal podczas procesu produkcji, wszystkie kable z wielką pieczołowitością wykonywane są ręcznie. I co dodatkowo na rynku jest ciekawą niestandardowością, producent chętnie realizuje konstruktywne prośby potencjalnego klienta. To oczywiście wiąże się z nieco dłuższym czasem oczekiwania na swój produkt, ale jeśli ktoś zażyczy sobie wersję custom z pewnością z takim obrotem sprawy bez problemu się pogodzi.
Natomiast kabel USB w odróżnieniu od LAN jako przewodnik wykorzystuje najczystszą dostępną odmianę srebra UPOCC (6N+). Podobnie do poprzedników przebiegi sygnału zostały otulone bawełną i ze stuprocentowym stopniem pewności zabezpieczone przed utlenianiem. Gdybyśmy zrobili wiwisekcję tej wersji cyfrowej sygnałówki, okazałoby się, że wewnątrz znajdziemy 2 oddzielne ekranowane przewody umieszczone w tubie z pianki tłumiącej z dodatkowym ekranem, Całość konstrukcji wieńczy zaterminowanie jej wysokiej jakości wtykami A i B z pozłacanej miedzi.
Jaki był efekt podmiany posiadanego przeze mnie zestawu kabli USB i LAN na będące punktem centralnym tego spotkania konstrukcje z Danii? Powiem krótko, usłyszałem dwie znakomite zmiany. Pierwszą było zaprezentowanie muzyki z lepszą przejrzystością. Jednak nie w sensie rozjaśnienia, tylko zdjęcia z wirtualnej sceny przysłowiowej mgiełki. Lubię muzykę podaną bezpośrednio w rozumieniu unikania jakichkolwiek ocieplających zabiegów podkręcających przyjemność odbioru i o dziwo to co przed testem wydawało mi się świetnym wynikiem, w znany tylko mocodawcom Dyrholma sposób udało się poprawić. A najciekawsze było to, że dodatkowo oczyszczona iskra górnych rejestrów mimo wyraźniejszego brylowania w międzykolumnowym eterze była nawet przyjemniejsza w odbiorze od wcześniejszej lekko ugładzonej, na tle tej prezentacji jakby szeleszczącej. Zapewne to efekt skutecznego przeciwdziałania ingerencji szumów sieci w przekazywany pomiędzy urządzeniami sygnał. Co prawda pewny nie jestem, ale bez problemu tak bym pracę rzeczonych drutów w służbie usłyszanego wyniku sonicznego interpretował. Abstrahując jednak do wszelkich domysłów jedno jest pewne, ten aspekt kreowania wydarzeń scenicznych wspiął się na dotychczas niewystępujące u mnie wyżyny.
Jeśli chodzi o drugi pozytywny wpływ Nexusów na mój zestaw, było nim zwiększenie kontroli i werbalnego odbioru dźwięku. Otóż nie było to zwyczajowe zmniejszenie esencjonalności energii, czyli de facto jakby spłaszczenie różnorodności serwowanego przez zestaw impulsu, co jest wręcz notorycznym działaniem mającym poprawić czytelność kreski wizualizującej przekaz. W tym przypadku chodzi o to, że przy lepszej kontroli dolnego zakresu i poprawieniu krawędzi wirtualnych bytów nastąpiło jakby wzmocnienie tak w domenie wyrazistości, jak i uderzenia soczystą, ale także wielobarwną pigułą energii. Nagle muzyka nie tylko przyspieszyła, ale także serwowała znacznie mocniejsze akcentowanie powstawania poszczególnych akordów, co przekładało się na prezentację jej ze znacznie większą radością, czego w najbardziej optymistycznych domysłach się nie spodziewałem. A nie spodziewałem, bowiem gdybym miał pokusić się i pewnego rodzaju wyliczankę, udanie zaaplikowanych przez okablowanie zastrzyków wzmacniających zwarty impuls energii przez wszelkiej maści okablowanie, a do tego w tak przystępnej dla zwykłego Kowalskiego cenie, spokojnie zmieściłbym na palcach jednej ręki. Stąd taka reakcja.
Dlatego chyba nikogo nie zdziwi fakt, że powyższa lista zmian wprowadzanych przez pracujące w tandemie kable z Danii dosłownie i w przenośni położyła mnie na łopatki. Na tyle, że nie będę więcej sztucznie rozwadniał tekstu kwiecistymi opisami brzmienia słuchanych płyt, bo rzeczone konstrukcje w starciu z Waszymi zestawami zapewne same się obronią. Za to nie owijając w bawełnę z wielką przyjemnością oświadczam, iż skandynawski cyfrowy set Dyrholm Audio Nexus USB i Ethernett po tak udanej, mocno podnoszącej poprzeczkę brzmienia mojej zbieraniny sesji testowej nie wrócił już do producenta, tylko stał się dyżurnym punktem odniesienia dla kolejnych prób oceny brzmienia tego typu konstrukcji. Jak wiecie, nie jestem jakimś zatwardziałym piewcą obcowania z muzyką na bazie plików, jednak, gdy coś mnie pozytywnie zaskoczy, bez problemu umiem to w teście wprost oznajmić, co nie raz i nie dwa miało miejsce. Ale jak widać po dzisiejszym starciu, gdy najzwyczajniej w świecie w pozytywnym rozumieniu słowa jakiś produkt mnie znokautuje, nawet jeśli nie jest uzupełnieniem mojego oczka w głowie, jakim jest tor analogowy, jednak wyraźnie podnosi walory dźwiękowe innego segmentu posiadanego systemu – najczęściej bawię się gramofonem i magnetofonem studyjnym, często odtwarzaczem CD i idąc za dzisiejszą opowieścią oczywiście nie zapominam o źródle plikowym, natychmiast staje się jego stałą składową. Panowie bez dwóch zdań za powołanie do życia tytułowych kabli należy Wam się zasłużony szacun.
Epilog
W tym miejscu zwyczajowo próbuję zebrać w jedną całość najważniejsze cechy testowanych produktów. Jednak myślę, że jeśli ja, na co dzień osobnik niespecjalnie parający się zabawą z plikami zostawiłem sobie tytułowe okablowanie cyfrowe, bez zbędnego powielania zawartych w tekście informacji informuję całą populację audiofreaków, że grzechem byłoby ich nie spróbować. Kupicie, nie kupicie, nieważne. Ważne, że czas poświęcony na osobiste próby z nimi będzie czasem w stu procentach przyjemnie spędzonym. A nie zdziwiłbym się, gdyby spotkanie twarzą w twarz zakończyło się decyzją podobną do mojej. Po tym co usłyszałem u siebie, z dużą dozą pewności myślę, iż to naprawdę może się zdarzyć.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Producent: Dyrholm Audio
Ceny
Dyrholm Audio Nexus USB: 1 775 € / 1,5m
Dyrholm Audio Nexus Ethernet: 2 370 € / 1,5m
Opinia 1
Kiedy pod ostatnią relacją z Hi-Fi Systemu pojawiły się pytania, czy rzeczywiście spodobały mi się JBL-e Summit Makalu Ebony Veneer HGL zgodnie z prawdą odpowiedziałem twierdząco. Nie zamierzałem bowiem ukrywać, iż ww. podłogówki nie dość, że na żywo prezentowały się jeszcze atrakcyjniej aniżeli na zdjęciach, to brzmieniowo oferowały zaskakująco udane połączenie żywiołowości, dynamiki, rozdzielczości i co wcale nie takie oczywiste … wyrafinowania. Nie da się jednak ukryć, iż nasza styczniowa wizyta była jedynie niewinnym rekonesansem i dość niezobowiązującą formą zapowiedzianego dosłownie chwilę wcześniej niemalże spontanicznego nalotu mającym na celu zorientowanie się nie tylko w dostępnej na miejscu ofercie, co przede wszystkim warunkach w jakich potencjalni nabywcy mogą doświadczyć jakże kluczowego w naszym hobby pierwszego wrażenia, które jak wiadomo można zrobić tylko raz. A skoro czytacie Państwo te słowa, to znak, iż owe odczucia mieliśmy na tyle pozytywne, by poniekąd zafundować sobie, tym razem wiosenną powtórkę z rozrywki. I to dosłownie, bowiem odnajdując resztki litości w naszych skorodowanych sercach i doskonale znając z autopsji ból logistyki audiofilskich katafalków uznaliśmy, iż w przypływie empatii oszczędzimy ekipie ww. przybytku noszenia po wąskich i krętych schodach wspomnianych przed chwilą amerykańskich podłogówek. Krótko mówiąc, mając już jako-takie rozeznanie czego po Hi-Fi Systemowej salce odsłuchowej „na pięterku” można się spodziewać postanowiliśmy już nieco bardziej krytycznie przyjrzeć się i przede wszystkim przysłuchać JBL-om Summit Makalu Ebony Veneer HGL.
Jak mam cichą nadzieję na powyższych zdjęciach widać tytułowe JBL Summit Makalu w jedynym na ten moment w Polsce wykończeniu Ebony Veneer HGL prezentują się wprost obłędnie. Perfekcyjnie położony fornir pokrywa nadająca mu głębi wielowarstwowa powłoka lakiernicza a całości dopełniają złote akcenty. W alternatywnej, „fortepianowej” czerni dodatki są w kolorze platyny. Górę frontów zajmuje charakterystyczny duży falowód o wysokiej rozdzielczości Sonoglass® High-Definition Imaging (HDI™) w którego centrum zaaplikowano opatentowany przez JBL 3-calowy (75 mm) podwójny przetwornik kompresyjny D2830K. Za reprodukcję średnicy i basu odpowiada duet 8″ (200 mm) i 12″ (300 mm) o membranach z trójwarstwowego hybrydowego kompozytu węglowo-celulozowego (HC4), wykonanych według zastrzeżonej receptury z włókna węglowego stanowiącego rdzeń w formie pianki o zamkniętych komórkach i czystej pulpy na przedniej i tylnej powierzchni. Sekcję średnio-niskotonową umieszczono na płacie carbonu, który nader udanie kontrastuje z rustykalnym rysunkiem hebanu więc znajdujące się na wyposażeniu maskownice można śmiało trzymać fabrycznie zapakowane, bądź używać wybitnie okazjonalnie. Na plecach znajdziemy jedynie umieszczone tuż przy podstawie z zdublowane ujścia kanałów bas-refleks oraz podwójne terminale głośnikowe. Kolumny uzbrojono w antywibracyjne nóżki IsoAcoustic®. Niepożądanym wibracjom zapobiega również nieregularny kształt obudów oraz ich dodatkowe wewnętrzne wzmocnienia, oraz wytłumienie.
Od strony elektrycznej mamy do czynienia z konstrukcją trójdrożną z częstotliwościami podziału ustalonymi na 285 i 1100 Hz o 4 Ω impedancji i 88 dB skuteczności. W zwrotnicy MultiCap™ standardowo stosowane pojedyncze większe pojemności zastąpiono większą liczbą mniejszych kondensatorów, dzięki czemu uzyskano niższy ESR (opór elektrostatyczny) i mniejsze straty energii.
Mając już na koncie styczniowy wieczorek zapoznawczy i dysponując dokładnie taką samą jak poprzednio konfiguracją bez zbędnych ceregieli wzięliśmy się za odsłuchy. Na fenomenalnym coverze „Dream On” z albumu „Burn the Ships” Blacktop Mojo uwagę zwracała grająca pierwsze skrzypce przyjemnie dosaturowana i nieco wypchnięta przed szereg średnica, której towarzyszyły słodkie wysokie tony i delikatnie zmiękczony dół pasma sprawiając, że całość brzmiała nad wyraz gładko i kremowo kojąc skołatane po całotygodniowej orce nerwy. Podobne obserwacje poczyniłem przy cięższym i ostrzejszym „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects, gdzie zaskakująco, jak na reprezentowany nurt muzyczny, wysokich lotów realizacja nie tylko pozwalała amerykańskim podłogówkom rozwinąć skrzydła pod względem dynamicznym, co również pokazać jak koherentnie i punktowo potrafią zagrać bądź co bądź całkiem pokaźne podłogówki. Kiedy jednak mój wybór padł na bezpardonową młóckę zarejestrowaną na „Bleed the Tuture” Archspire a tytułowe JBL-e z wiadomych chyba tylko sobie powodów nadal starały się zaprezentować iście piekielne, wściekle wyrykiwane frazy suto oblane obłąkańczą kakofonią blastów i riffów w gładki i wręcz słodki sposób zaczęliśmy z Jackiem poważnie się zastanawiać, czy to ich natywna natura, czy też pochodna egzystujących w torze komponentów. Zamiast jednak prowadzić czysto akademickie – teoretyczne dysputy zgłosiliśmy ekipie Hi-Fi Systemu chęć drobnych roszad a tym samym zastąpienie dzielonej amplifikacji Accuphase (C-2300 + 2 x P-4600) stojącą cierpliwie na pierwszym planie integrą Gryphon Audio Diablo 333. Downgrade? Przynajmniej na papierze, gdyż warto mieć na uwadze, iż pracujące w trybie zmostkowanym P-4600 dysponowały przy 4 Ω imponującymi 900W a Diablo miał pod maską „zaledwie” 666 W. Jak się jednak miało okazać oprócz samej „katalogowej” mocy liczy się również dopasowanie natury charakterologicznej a w przypadku Summit Makalu i powyższego repertuaru, który po przesiadce na „duńską spawarkę” pozwoliłem sobie przesłuchać ponownie pojawiło się zdecydowanie więcej życia i zadziorności. Wyraźne utwardzenie najniższych składowych pozwoliło uzyskać lepsze różnicowanie nawet najbardziej karkołomnych tutti bądź spiętrzeń potężnych uderzeń podwójnej stopy podczas metalowych galopad. Co ciekawe średnica straciła nieco z lepkiej soczystości, lecz jednocześnie, z racji lepszej – wyraźniejszej artykulacji zyskała na komunikatywności. Podobnie uszczuplona o złotą posypkę góra zamiast jedynie zalotnie smyrać zmysły potrafiła zadziornie ukłuć i ukąsić ognistym riffem, bądź ekstatycznie smaganymi blachami, co przynajmniej na moje ucho bliższe było jakże hołubionemu przez akolitów marki DNA JBL-i.
Zmiana repertuaru na elegancki i dystyngowany „Charlie Watts Meets The Danish Radio Big Band” Charliego Wattsa, zmysłowy „Memory” Palomy Dineli Chesky i niepokojącą Brodkę („Wszystko czego dziś pragnę”, „Ostatni”) pozwoliła docenić rozdzielczość i swobodę w kreowaniu dalszych planów i głębi sceny tytułowych kolumn, które może nie znikały tak skutecznie jak klasyczne monitory, bądź większość Raidho, jednak nie sposób było im zarzucić jakąś ewidentną manierę „przyklejania” się do nich dźwięków. O nie, nic z tego. Bowiem niezależnie od głośności JBL-e dyskretnie usuwały się w cień ustępując miejsca reprodukowanym muzykom i wokalistom. Nie dało się również nie zauważyć faktu, iż o ile Summit Makalu czuły się jak ryba w wodzie praktycznie na każdym gatunku muzycznym, to równocześnie nie omieszkiwały na bieżąco informować słuchaczy o mizerii, bądź też wybitności serwowanych im realizacji i to bez zbytnich konwenansów, więc jeśli nagle w nagraniu pojawiała się kompresja, to mogliśmy mieć niemalże 100% pewność, że stosowna notatka trafi na nasze biurko a reprodukowany materiał boleśnie straci na namacalności i rozdzielczości. Doskonale to słychać na wszelakiej maści retrospekcyjnych składankach, „debeściakach” i wszelakiej maści „muzycznych bajaderkach”, gdzie pośród naprawdę sensownie nagranych i zagranych kawałków trafiają się zwykłe buble i zapychacze, po które po jednokrotnym przesłuchaniu raczej już nie wrócimy a z Summit Makalu w torze owo „raczej” śmiało możemy zamienić na „nigdy”, choć wieść gminna niesie, żeby akurat definitywności tego zwrotu nigdy nie być pewnym …
Z JBL Summit Makalu sprawa jest jasna jak słońce i prosta jak przysłowiowy drut. Mówiąc wprost, jak sobie i im pościelicie, tak się wyśpicie, czyli przekładając z polskiego na nasze finalny efekt soniczny w głównej mierze zależny będzie od tego co znajdzie się przed JBL-ami w torze. Chcecie karmelowej gładkości i bezwstydnej średnicy? Nie ma problemu – wybierzcie elektronikę Accuphase, dzielone Luxmany lub innych reprezentantów „gabinetowej elegancji”. Chcecie poczuć rockowy pazur i hektary przestrzeni open-plenerowych festiwali zwróćcie uwagę na „spawarki” Gryphona, Bouldera, bądź nawet nieco tańszego Brystona a na brak emocji raczej nie będziecie narzekać. A jeśli nie wiecie jak mieć ciastko i zjeść ciastko, to coś czuję w kościach, że i z mocną lampą (monoblokami na 211-kach?) Summit Makalu mogą bardzo się polubić.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Jeśli czytając ten tekst ktoś z Was odniesie wrażenie przeżycia ewidentnego déjà vu, wszystkich przerażonych takim stanem ducha spieszę uspokoić, to nie są potocznie zwane zwidy, tylko konsekwencja fajnego odbioru niezobowiązująco słuchanego jakiś czas temu najnowszego modelu kolumn JBL. Niezobowiązująco dlatego, gdyż ówczesnym celem wyjazdu była chęć fotograficznego przybliżenia Wam prężnie działającego w północno-wschodniej części stolicy salonu z high end-ową elektroniką Hi-Fi System, a nie próba oceny sonicznych możliwości zastanego tego wieczora zestawu. A, że wówczas te zaoceaniczne panny pokazały się z bardzo fajnej strony, wspólnie z rzeczonym salonem postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej ich możliwościom. Czemu konkretnie? Naturalnie pochodzącym ze Stanów kolumnom JBL o wdzięcznej nazwie Summit Makalu Ebony Veneer HGL.
Tytułowe Jankeski to co prawda średniej wysokości, jednak o solidnej pojemności 3 drożne konstrukcje. Naturalnie w służbie każdej z „dróg” zastosowano opatentowane, skonstruowane własnym sumptem głośniki. I tak zakres góry obsługuje umieszczony w typowej dla JBL-a, licującej prawie z bocznymi ściankami wielkiej tubie podwójny, 3 calowy głośnik kompresyjny. Średnie i część niskich tonów ogarnia 8 calowy hybrydowy przetwornik z kompozytu celulozowego. Zaś dół także mogący pochwalić się hybrydową membraną z kompozytu celulozowego głośnik w uwielbianym przez wielu audiofreaków rozmiarze 12 cali. Jeśli chodzi o system strojenia dolnego zakresu, Summity wykorzystują podwójny bass-reflex skierowany do tyłu. W temacie wykończenia naszych bohaterek, powiem bez ogródek, wyglądają zajefajnie, bowiem zastane w salonie w swym umaszczeniu wykorzystują piękny kolorystycznie, wykończony w high glosie naturalny fornir dla boków, góry i tylnej części obudowy oraz pięknie prezentujące się włókno węglowe dla połaci wokół głośników zakresu środka i basu. A żeby ich aparycja nabrała dodatkowego wizualnego smaku, projektant dodał nieco mocno zbliżonego do koloru pomarańczy złota jako wykończenie belek nad i pod sekcją średnio-niskotonową oraz krawędzi ringów osłaniających strefę montażu tychże głośników. Jak widać, jest na bogato. A co bardzo ciekawe, odbiór werbalny jest świetny, gdyż ilość designerskich dodatków jest daleka od przekroczenia cienkiej linii dobrego smaku, a powiedziałbym nawet, że w moim odczuciu połączenie piękna mocno usłojonego, połyskującego high gloss- em forniru ze złotem rafia w tak zwany punkt.
Jak zabrzmiały Amerykanki? Pierwszą ważną informacją jest ich znakomita akomodacja z zastosowanym zestawem wzmacniającym. Chodzi mianowicie o to, że nie forsują finalnego brzmienia na swoją modłę, tylko reagują na podłączoną do nich elektronikę, o czym wspomnę za moment. Najpierw jednak dodam, iż mimo zastosowania tuby mocno ukierunkowującej promieniowanie wysokotonówki efekt jej wykorzystania nie był przerysowany w rozumieniu atakowania mnie peronowym megafonem. Ot, przekaz był wyraźny, jednak bez efektu przysłowiowego wkładania głowy do „wiadra”, co jest częstą pochodną stosowania falowodów. W tym przypadku nic takiego nie miało miejsca, a to skutkowało dobrym rozbudowaniem sceny w głąb, wszerz z w górę. I gdy do tego dodamy dobre osadzenie dźwięku w masie oraz umiejętne unikanie zbytniej ofensywności górnego zakresu, mam nadzieję, że nikogo nie zdziwi fakt mojej oceny ich prezentacji jako bardzo uniwersalnej. Tym bardziej, że jak wspomniałem nieco wcześniej, kolumny świetnie reagowały na podłączoną sekcję wzmacniającą, co pokazały dwie odsłony testu.
Pierwszą było początkowe zasilanie JBL-i tak dzielonką Accuphase. Wynikiem takiej konfiguracji było przyjemne, bo płynne, ale konsekwentnie uzbrojone w stosowny pakiet informacji granie. Bez pogoni za źle rozumianą wyczynowością, jednak cały czas z dobrym akcentowaniem ataku, stosownej dla danego nurtu muzycznego wagi odtwarzanej muzyki i jej dźwięczności. Nic, tylko usiąść i godzinami słuchać ulubionego materiału z pełnym zaangażowaniem się w zawartych w niej emocjach. Jednak w tej konfiguracji emocjach bazujących na płynności i unikaniu niepotrzebnej agresji, ale co ważne, nadal z istotną dla oddania intencji muzyków dawką drapieżności. I gdy wydawało nam się, że to wszystko, co potrafią tytułowe kolumny, poprosiliśmy o zmianę konfiguracji i w roli wzmocnienia wystąpiła najnowsza integra Gryphon Diablo 333.
W efekcie tego konfiguracyjnego ruchu wszystko diametralnie się zmieniło. Nagle muzyka przyspieszyła, stała się bardziej transparentna, dzięki czemu przekaz nabrał oddechu, szybciej reagował na zmiany tempa oraz akcentowanie ostrości grania muzyków. W efekcie roszady bardzo przyjemna, nastawiona na romantyczne kontemplowanie muzyki inkarnacja przekazu zmieniała się w prawdziwego sonicznego drapieżcę. Ale drapieżcę w rozumieniu pozytywnym, gdyż w takiej konfiguracji jakby prawdziwiej od występów z Accuphase zabrzmiała twórczość spod znaku rocka i elektroniki. Owszem, w pierwszym starciu także dało się takich produkcji fajnie słuchać, jednak w drugim pokazały swoje prawdziwe ja. Po prostu zaczęły stosownie do potrzeb materiału kopać słuchacza, bezlitośnie przecinać okalający eter i nadal w ramach świetnej prezentacji błyszczeć, czego wcześniej nieco brakowało. Ale nie piszę tego ostatniego, aby deprecjonować pierwsze zestawienie, tylko jako pokazanie, iż będące naszym punktem zapalnym spotkania kolumny świetnie pokazywały estetykę brzmienia tego, co akurat się do nich podłączy. Dla mnie to ewidentna zaleta, dlatego od samego początku tekstu staram się to unaocznić, a tym samym zachęcić do ich posłuchania przez szerokie grono audio-maniaków. I żeby nie było, z pełną świadomością czynu oświadczam, że z hołubiącymi legendarną szkołę radia BBC włącznie. Tak tak, tytułowe zabawki od JBL-a w odpowiedniej konfiguracji mogą sprawić im wielką radość. Naciągam fakty? Nic z tych rzeczy, zwyczajnie słyszałem ich możliwości na własne uszy.
Gdzie widzę nasze bohaterki? To chyba wynika z końca opisu ich brzmienia, czyli moim zdaniem wszędzie. Naturalnie wszystko zależeć będzie z czym je sparujemy. Jednak, jeśli zrobimy to dobrze, bez problemu spełnią nawet najbardziej wysublimowane oczekiwania. A jeśli tak, myślę, że jeżeli jesteście na etapie poszukiwania zestawów głośnikowych, grzechem byłoby nie wziąć ich tytułowych JBL-i na próbny odsłuch. Najzwyczajniej w świecie strzelilibyście sobie w stopę.
Jacek Pazio
System wykorzystany podczas testu
Odtwarzacz plików: EverSolo DMP-A6 Master Edition Gen 2
DAC: Chord Electronics Dave
Przedwzmacniacz liniowy: Accuphase C-2300
Wzmacniacze mocy:2 x Accuphase P-4600
Wzmacniacz zintegrowany: Gryphon Audio Diablo 333
Kondycjoner zasilania: Shunyata Research Eiger 6/T
Dystrybucja: SUPORT sp. z o.o. s.k.
Cena: 189 980 PLN (para)
Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, podłogowa, wentylowana
Zastosowane przetworniki
– Wysokotonowy: 3″ (75 mm) pierścieniowy D2830K
– Średniotonowy: 8″ (200 mm) hybrydowy węglowo-celulozowy JMW200SC
– Basowy: 12″ (300 mm) hybrydowy węglowo-celulozowy JW300SC
Skuteczność (2,83 V @ 1 m): 88 dB
Zalecana moc wzmacniacza: 25–300 W RMS
Maksymalny poziom ciśnienia akustycznego (SPL): 113 dB
Pasmo przenoszenia: 20 Hz–34 kHz (-10 dB na osi) 23 Hz–33 kHz (-6 dB na osi)
Impedancja: 4 Ω (nominalnie); 3,5 Ω (minimum przy 79 Hz)
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 285 Hz/1100 Hz
Opcje wykończenia: Czarny wysoki połysk (BG); Fornir hebanowy z wysokim połyskiem (EG)
Wymiary z maskownicą (W x S x G): 1102,3 x 464,3 x 393,0 mm
Waga: 69,2 kg/szt.
VTL z dumą przedstawia Lohengrin, nowy referencyjny monofoniczny wzmacniacz mocy, który stanowi kolejny krok naprzód w dążeniu do muzycznej doskonałości. Uosabiając szlachetność, współczucie, mądrość i godność swojego mitycznego imiennika, Lohengrin stanowi obecnie kulminację naszych dążeń do wywołania doznań, które może zapewnić tylko muzyka. Lohengrin to coś więcej niż tylko nowy wzmacniacz; symbolizuje on nasze nieustanne zaangażowanie i pasję w dążeniu do osiągnięcia audiofilskiej doskonałości, ustanawiając nowy standard muzykalności i realizmu. Jego opracowanie zajęło pięć lat intensywnych badań i udoskonaleń. Lohengrin łączy w sobie rozległą wiedzę konstruktorów VTL z głębokim zrozumieniem technologii niezbędnych do realistycznej reprodukcji muzyki. Naszą motywacją jest stworzenie wzmacniacza, który skupia się na muzyce, przybliżając słuchaczy do istoty intencji artysty.
Znane z nowoczesnych konstrukcji, które łączą w sobie ogromną moc z harmonijną bogatą barwą dźwięku i intuicyjną łatwością obsługi, wzmacniacze mocy marki VTL od dawna cieszą się uznaniem dzięki swojej zdolności do zapewnienia szybkości, finezji i muzycznej zwinności, które zazwyczaj kojarzą się ze wzmacniaczami o mniejszej mocy. W modelu Lohengrin te często nieuchwytne cechy zostały jeszcze bardziej podkreślone.
Opis techniczny.
Wzmacniacz może dostarczyć 400W w trybie tetrodowym lub 200W w trybie triodowym. Stopień wyjściowy działa w klasie AB1 i wykorzystuje 8 lamp 6550 lub KT-88, a oprócz tego we wzmacniaczu pracuje jeszcze jedna lampa 12AT7 oraz dwie 12BH7. Układy zasilania i stopnie sterujące zachowano z charakteryzującego się wyższą mocą modelu VTL Siegfried.
W stopniu wejściowym i stopniu sterującym zastosowano układy w pełni symetryczne, różnicowe. Kiedy na wejście podany jest sygnał niesymetryczny na wyjściu sygnał jest symetryczny. Lohengrin nie ma globalnego sprzężenia zwrotnego. Krótka i szybka pętla sprzężenia ma zapewniać lepszą jakość tonalną bez przesunięć fazowych.
Precyzyjne, stabilizowane zasilacze utrzymują optymalne warunki pracy lamp nawet przy najtrudniejszych obciążeniach. Stabilizowane jest zasilanie anody i siatki, a także zasilanie stopnia wejściowego i sterującego. Niska impedancja wyjściowa stopnia wyjściowego oraz specjalnie zaprojektowany, wielosekcyjny, symetryczny transformator wyjściowy zapewniają szerokie pasmo (do 100kHz, -1dB) i kontrolę podłączonych głośników.
Sterowana przy pomocy mikroprocesora kontrola polaryzacji jest w pełni automatyczna. Punkt pracy lamp wyjściowych jest niezależny od normalnych fluktuacji napięcia zasilania. Wzmacniacz ma wielowarstwowy system wykrywania nieprawidłowości, co służy poprawie niezawodności i ułatwia zarządzanie lampami wyjściowymi. Dwukierunkowy interfejs RS-232 zapewnia kontrolę i informacje diagnostyczne.
Oprócz możliwości wyboru pomiędzy trybem triodowym i tetrodowym można też przy pomocy przełączników pod górną pokrywą regulować impedancję wyjściową (czyli współczynnik tłumienia) i dopasować się do impedancji podłączonych głośników. Wzmacniacz jest bezwarunkowo stabilny i nie potrzebuje kondensatorów kompensujących.
Wszystkie kondensatory w ścieżce sygnału to Mundorf silver oil. Główne kondensatory w zasilaczu zrównoleglono kondensatorami foliowymi aby poprawić rozdzielczość wysokich tonów.
Panel frontowy jest wykonany z aluminium i ma okienko przez które widać lampy. Do wyboru jest czarne lub srebrne wykończenie. Konstrukcja jest sztywna i zapewnia poprawioną wentylację dla uzyskania niższych temperatur pracy.
Wzmacniacz ma symetryczne wejście XLR, niesymetryczne wejście RCA i uniwersalne terminale głośnikowe pozwalające na podłączanie różnego rodzaju zakończeń kabli.
Podsumowanie.
Aby podkreślić wprowadzone udoskonalenia w zakresie jakości dźwięku, wprowadziliśmy zmiany w projekcie wizualnym wzmacniacza, tak aby jego wygląd dorównywał wyrafinowanemu brzmieniu. Skalowalność techniczna rozwiązań zaimplementowanych w modelu Lohengrin, umożliwia ich zastosowanie w przyszłości w innych produktach marki VTL.
Pod względem muzycznym model Lohengrin ucieleśnia naszą filozofię uczciwości i zaangażowania. Spektrum tonalne jest spójne od najwyższych do najniższych tonów, charakteryzując się oszałamiającą czystością i precyzyjną strukturą harmoniczną. Scena dźwiękowa jest dokładnie nakreślona i rozległa, obrazując miejsce, w którym muzycy występują z zadziwiającym realizmem. Lohengrin prezentuje mikrodynamikę – subtelne zmiany dynamiki, których muzycy używają do wyrażania piękna i emocji – z pełną niuansów żwawością. Instrumenty wydające dźwięki o niskich częstotliwościach są prezentowane z wyrazistością i kontrolą. Wierny swojemu dziedzictwu, Lohengrin ukazuje ciężar i estymę oryginalnego wydarzenia muzycznego z wdziękiem i mocą. Dźwięk jest świeży, żywy i immersyjny, głęboko wciągając słuchaczy w muzykę.
Bazując na naszym charakterystycznym fundamencie dynamicznie ekspresyjnego, autorytatywnego brzmienia, Lohengrin zapewnia niezwykłą bezpośredniość, wciągając słuchaczy w głąb muzyki, wykraczając poza samą precyzję dźwiękową i zmierzając w stronę czegoś subtelniejszego i prawdziwszego – ukrytych intencji, nieuchwytnych emocji oraz niewypowiedzianych prawd, które muzycy starają się przekazać.
Premiera pod koniec maja, cena det. 498 500 zł/para
Dane techniczne:
• Moc wyjściowa 20 Hz – 20 kHz, przy 5 Ω: Tetroda 400 Watów na kanał, Trioda 200 Watów na kanał
• Lampy: 1 x 12AT7, 2 x 12BH7, 8 x 6550 lub KT-88
• Optymalny zakres impedancji podłączonych zestawów głośnikowych: 4Ω – 8Ω
• Całkowite zniekształcenia harmoniczne: < 2,5% (THD 20Hz-20kHz – 400W tryb pracy tetrody, 200W tryb pracy triody)
• Stosunek sygnał/szum: 110dB, 120 Hz
• Impedancja wejściowa: 47kΩ
• Czułość wejściowa: 1V-2V zależnie od współczynnika tłumienia
• Gniazda wejściowe: 1 x RCA, 1 x XLR
• Wymiary (szer. x głęb. x wys.): 29 x 49 x 50 cm
• Waga: 77 Kg – jeden monoblok bez opakowania, 227 kg – oba monobloki zapakowane w jedną skrzynię i gotowe do transportu
Najnowsze komentarze