Chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę, iż następujące po sobie w dość krótkich odcinkach czasu odsłuchy zdecydowanie łatwiej, a przy tym dokładniej, pozwalają wychwycić wszelkie aspekty różniące porównywane ze sobą konstrukcje. Najczęstszą potrzebą podobnych mocno zbliżonych terminowo weryfikacji jest proces wyboru docelowego produktu przez zainteresowanego klienta, ale w strukturze recenzenckiej jawi się to jako zgłębianie, co takiego wpływa na wzrost lub, jak w dzisiejszym przypadku obniżenie ceny. I tak też zalecam traktować obecne spotkanie. Jednak moja przygoda nie do końca była celem samym w sobie, tylko czystym zbiegiem okoliczności trochę przypadkowego pojawienia się jeszcze owianego tajemnicą urządzenia w moich progach, co bez najmniejszych skrupułów postanowiłem wykorzystać. Nie trzymając Was dłużej w niepewności niniejszym komunikuję, iż mam przyjemność przelać na klawiaturę kilka ważnych informacji, co takiego do powiedzenia ma oscylujący w zakresie 10 tysięcy złotych wzmacniacz zintegrowany M5si angielskiej marki Musical Fidelity, którą opieką dystrybucyjną objęła firma RAFKO z Białegostoku.
Wzmacniacz MF będąc przedstawicielem segmentu dobrego HI-FI podczas procesu logistycznego nie uszkadza trwale kręgosłupa dźwigającego go przedstawiciela homo sapiens, ale przy typowej dla podobnych produktów audio szerokości i wysokości wbrew pozorom ma w zakresie wagi co nieco do powiedzenia. To oczywiście niczego nie przesądza, ale z pewnością nutka ciekawości co ów piecyk potrafi staje się dźwięczniejsza. Przyglądając się bryle urządzenia widzimy wysmakowany pomysł designerski dość prostej i zwartej konstrukcji czarnej obudowy ze sprawiającymi w odbiorze pozytywne wrażenie znajdującymi się na przednim panelu srebrnymi dodatkami typu: gałka głośności i przyciski manipulacyjne. Front dla podkreślenia przywiązywania uwagi projektantów do sposobu postrzegania całości produktu przełamano na trzy płaszczyzny, z których dolna i górna odchylają się do tyłu względem środkowej. To bardzo prosty zabieg, ale naprawdę w efekcie niesie ze sobą wiele pozytywnych doznań organoleptycznych, a o to chyba w tej zabawie chodzi. Wracając jeszcze na moment do wspomnianych manipulatorów, trzeba przyznać, że te wydawałoby się bardzo kontrastujące z czernią srebrne dodatki dzięki swoim niewielkim rozmiarom – oprócz gałki Volume – są raczej wieńczącym dzieło smaczkiem, a niżeli burzącym ogólny spokój szkodliwym krzykiem. Zmierzając z opisem ku tyłowi na górnej płaszczyźnie obudowy zobaczymy dwa panele chłodzenia grawitacyjnego, z czego w tym modelu wykorzystując tylko jeden drugi zmyślnie zaślepiono, pozostawiając jednak odczucie implementacji dwóch identycznych otworów. Plecy urządzenia z racji pełnionej funkcji uzbrojono w pojedyncze terminale kolumnowe, serię 4 wejść, jedno wyjście RCA, wyjście bezpośrednio z przedwzmacniacza liniowego pracującego w klasie A, port USB-B dla sygnału 24/96, wejście na przedwzmacniacz gramofonowy dla wkładek MM, zacisk masy i gniazdo IEC. Jak widać na załączonym obrazku, konstrukcja teoretycznie niedroga, ale wyposażona bogato.
Gdy przeczytałem materiały firmowe, okazało się że testowany dzisiaj piętnastokilogramowy piecyk może pochwalić się 150-cioma Watami mocy konsumując w międzyczasie 450 wspomnianych jednostek, co wyraźnie dało mi do zrozumienia, że nie dostajemy energii z kapelusza, tylko sygnał wygenerowany z przewymiarowanej puli elektronów. A to w linii prostej może nie jest pewnikiem, ale co najmniej dobrą wróżbą w sprawie generowania i panowania nad niskimi tonami. Niestety wszyscy wiemy, że bez zapasu mocy dźwięk jest kluchowaty, a w skrajnych przypadkach snujący się monotonnym basem po podłodze. I gdy po wstępnej rozgrzewce doszło do konfrontacji tego co oczekiwałem z tym co usłyszałem, sprawa około prądowa okazała się być całkowitym potwierdzeniem utartych w dziedzinie audio prawd. Co takiego? Nawet się nie zdziwiłem, a nawet powiem więcej, wręcz przeszedłem nad tym faktem ze stoickim spokojem do porządku dziennego, gdy generowana przez M5si muzyka miała odpowiednią do potrzeb podbudowy dźwięków dawkę najniższych tonów. Oczywiście w porównaniu niedawno przez nas testowanym modelem M6 500i bas było nieco mniej zwarty, ale biorąc pod uwagę różniące oba urządzenia 50% ceny wszystko jawiło się w najlepszym porządku. Co więcej, owa dawka masy bardzo dobrze współpracowała z gęstą średnicą i nie szukającymi poklasku wysokimi tonami, pokazując, iż konstruktorzy wiedzieli co zrobić, by zbytnimi fajerwerkami nie zniechęcić osłuchanego miłośnika muzyki w dobrej jakości, nieoczekiwaną nadpobudliwością. Wplatając w dzisiejsza opowieść kilka przykładów płytowych musze pochwalić piątkę MF za dobre oddanie masy dźwięku w twórczości grupy RADIOHEAD ze studyjnej sesji „Hail to the Thief”. Oczywiście takie stawianie sprawy miało swoje pozytywne konsekwencje w reprodukcji reszty pasma, gdzie frontmen bez najmniejszych oporów czerpał same korzyści w dwójnasób, czyli przyjemna temperatura wokalu z umiejętnym dawkowaniem sporej ilości występujących na płycie zgłosek syczących. Ale nie odbywało się to na zasadzie: „tniemy jak leci, byleby wyciąć”, tylko dodajemy szczyptę balsamu, by gdy w nagraniu dużą rolę odgrywały wplecione utwór dzwoneczki, nie dało się odczuć efektu firanki. Było czytelnie i perliście, z dobrym drivem. No tak, a co z transparentnością szybkich pasaży kontrabasu? Wiadomym jest, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Ale uspokajam, spoglądając na ten aspekt przez pryzmat krążka Bobo Stensona „Cantando” owszem było nieco mniej informacji, ale w korelacji z, nie oszukujmy się, średnią półką Hi-Fi całość dawała wiele pozytywnych odczuć nawet po przesiadce z biorąc pod uwagę testowy set odniesienia trzydziestokrotnie droższego zestawienia. Oczywiście podstawowym warunkiem był nieuchronny proces akomodacji, ale w swoich bataliach z różnymi konstrukcjami wzmacniającymi już nie raz nawet po kilkudniowym kontakcie nie zanotowałem iskry porozumienia, która pojawiła się podczas zabawy z testowaną integrą z Anglii. Gdy sprawy barwy, czytelności i masy mamy już wyjaśnione, przyszedł czas na sposób budowania sceny muzycznej. I tutaj spore zaskoczenie, gdyż przywołując z pamięci starcie z droższą konstrukcją MF również tutaj parkiet dla artystów miał bardzo dobre rozmiary tak w szerz, jak i głąb z pełną swobodą lokalizacji artystów występujących w danej kompilacji płytowej. I gdy dodam do tego sprawę poruszonego już spójnego potraktowania całości pasma, nagle okaże się, że dostajemy soczysty przekaz w adekwatnej do całości witalności, która unika napinania na nad-dźwięczność wysokich tonów. I nawet jeśli komuś to może nie przypaść do gustu, proszę nie odebrać tego jako wadę, tylko pewien sznyt grania, który będąc konsekwencją powiedzenia „A” w dole pasma, nie może szkodliwie unikać frazy „B”. Sytuacja, gdy każde z pasm żyje swoim życiem byłoby spektakularnym seppuku, dlatego osobiście cieszę się, że konstruktorzy postawili konsekwencję ponad wszystko. I aby udowodnić słuszność ich stanowiska dodam, że większości dzisiaj opisanych niuansów, każdy, powtarzam, każdy pnący się w górę wyrafinowania dźwięku wielbiciel muzyki raczej nie usłyszy z bardzo prozaicznego powodu, jakim jest ocierający się o szaleństwo mój punkt odniesienia. I nie piszę tego jedynie w celach celebryckiego autolansu (już z tego wyrosłem), tylko uzmysłowienia wszystkim co z czym porównujemy. Niemniej jednak, zataczając koło i wspominając o przywoływanym wcześniej modelu M6 chcę potwierdzić, że nasz dzisiejszy bohater jest dobrym przedsionkiem do High Endu, gdyż prezentuje wiele walorów starszego brata. Może nie punkt w punkt, ale sposób budowania sceny muzycznej i konsekwencja w spójności pasma przy nastawieniu na dobrą masę dźwięku są tym, co droższy krewny w swej konstrukcji rozwija. Niestety gdzieś muszą się odbić poczynione spadkiem ceny oszczędności konstrukcyjne danego komponentu. Ważne jednak jest, że nie jest to degradacja, tylko nieco niższy poziom wyrafinowania, a to buduje zaufanie klientów do danego brandu.
Młodszy brat M6-ki, a grał w podobnej specyfice. Owszem to trochę inna liga, ale gdy w danym momencie naszego życia jesteśmy w stanie wyasygnować kwotę wystarczającą jedynie na M5si, na miejscu potencjalnego klienta nie smuciłbym się tym faktem, gdyż nie wiedzę najmniejszych szkodliwych przywar testowanego dzisiaj wzmacniacza. To jest bardzo ciekawy punkt spojrzenia na muzykę, a biorąc pod uwagę dobre panowanie nad tak poszukiwanym przez wielu dociążeniem dźwięku sądzę, że produkt ma spory potencjał zaskarbiania Waszych serc. Czy to jest zabawka akurat do posiadanej aktualnie układanki musicie sprawdzić sami. Ja jednak jestem w stanie zaanonsować ją wszystkim kochającym muzykę rockową, ale bez sztywnej generalizacji, gdyż z autopsji wiem, iż nawet muzyka jazzowa ma swoje wymagania w dziedzinie wypełnienia, czemu wiele setów audio najzwyczajniej w świecie nie jest w stanie sprostać, a co za sprawą omawianej dzisiaj konstrukcji może wydać się bułką z masłem.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Rafko
Cena: 9 999 PLN
Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 2 x 150 W/8 Ω
THD (+ szum): <0,010% (typowo, 20 Hz – 20 kHz)
Stosunek sygnał/szum: >100 dB (ważony, „A”)
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 20 kHz (+0, –0,1 dB)
Wejścia: 4 pary RCA, 1 USB (max. 24-bit/96kHz), 1 para RCA gramofonowe MM
————————————————-
Wejście gramofonowe MM
Czułość wejściowa: 3 mV
Stosunek sygnał/szum: >70 dB (ważony, „A”)
Impedancja wejściowa: 50 kΩ
Pasmo przenoszenia: RIAA/IEC | ±0,5 dB, 20 Hz-20 kHz
————————————————-
Wymiary (SxWxG): 440 x 100 x 405 mm
Waga: 14,6 kg
System wykorzystywany w teście:
– dzielony odtwarzacz Cd Reimyo: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz liniowy: Roberto Koda Takumi K-15
– końcówka mocy Reimyo: KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 1
Przez ostatnie niemalże trzy lata w naszych wyjazdowych relacjach wielokrotnie wspominaliśmy, że gdy tylko nadarza się ku temu okazja staramy pojawiać się wszędzie tam, gdzie dzieje się coś interesującego. Takie chęci mamy nadal, lecz coraz mocniej napięty grafik wymusza na nas pewne, nieraz niezwykle trudne decyzje i konieczność rezygnacji z dalszych, bądź bliższych wojaży. Tym razem nie przewidywaliśmy żadnych „ale”, gdyż nadarzała się niezwykła okazja uczestnictwa w prezentacji wyjątkowej nie tylko ze względu na zapowiadany system, lecz przede wszystkim samo miejsce. Prowadzony już szósty rok przez Piotra Guzka wrocławski Audiofil będąc imprezą cykliczną jest zarazem chyba jedynym przypadkiem tego typu „eventów” o charakterze niemalże wędrownym. Wspierany finansowo przez władze Wrocławia korzysta z dostępnych w danym sezonie lokalizacji i … operatywności samego organizatora. Po hotelowo – konferencyjnych wnętrzach przyszedł jednak taki moment, że nad wyraz sprzyjająca koniunkcja ciał niebieskich sprawiła iż na marcowe spotkanie wyznaczono Salę Kameralną Narodowego Forum Muzyki. Słowem nie być tam to grzech, tym bardziej, że 220 metrowe, zaadaptowane akustycznie pomieszczenie miał nagłośnić wielce intrygujący system przygotowany na tę okazję przez katowicki RCM.
Oczywiście kilka słów wstępu i krótką charakterystyka to stała część programu, więc i tym razem Piotr Guzek starał się w możliwie przystępny sposób przedstawić przybyłym melomanom i audiofilom imponujący system skonfigurowany przez RCM specjalnie z myślą o rzadko spotykanej w warunkach domowych kubaturze. W skład zestawu weszła elektronika Einstein Audio Components pod postacią przedwzmacniacza liniowego The Preamp i końcówki mocy The Poweramp. Przedwzmacniacz jest w pełni zbalansowaną konstrukcją opartą na 18 lampach – ośmiu PCC88 i dziesięciu ECC88. Jego cechą charakterystyczną jest eliminacja standardowego selektora źródeł na rzecz układu załączającego tylko te lampy, które w danym momencie otrzymują sygnał. Stereofoniczna końcówka mocy również ma się czym pochwalić, gdyż jest to układ hybrydowy z podwójnymi triodami PCC88 na wejściu i tranzystorami na wyjściu, lecz żeby było ciekawiej zbudowany zgodnie z technologią OTL.
Równie intrygująco wyglądały kolumny – topowy model marki Odeon- model No.38 z, jak sama ich nazwa wskazuje 38 cm głośnikiem niskotonowym i 130 mm przetwornikiem średniotonowym wspomaganym tubą sferyczną o średnicy 56cm.
W roli źródeł wykorzystano gramofon SME 20/3 z ramieniem SME V uzbrojonym we wkładkę Shelter Accord, wspomagany przedwzmacniaczem RCM Sensor2, magnetofon szpulowy Studer A 807 Mk1 i sporadycznie, od czasu do czasu odzywający się odtwarzacz CD C. E. C CD 3N. Okablowanie stanowił miks produktów Furutecha, Argento i Organic Audio.
No to kilka słów o doznaniach sonicznych. Wrocławski Audiofil, jak i każda tego typu impreza, z naszym stołecznym Audio Video Show, czy monachijskim High Endem włącznie, rządzą się takimi samymi prawami. Wszędzie można spotkać systemy skonfigurowane zgodnie z zasadą pospolitego ruszenia, czyli bierzemy co mamy w katalogu i idziemy na tzw. żywioł, oraz takie, które dobierane są z myślą o zakładanym efekcie finalnym. Nie muszę chyba nikomu uświadamiać, że pierwsza metodyka, choć zdecydowanie łatwiejsza i szybsza najdelikatniej rzecz ujmując nie zawsze przynosi pozytywne rezultaty. Co innego drugie – zdecydowanie trudniejsze, lecz zarazem mające duże szanse powodzenia podejście do tematu. O gustach się nie dyskutuje, więc dany pomysł na brzmienie, nie wszystkim musi się podobać, ale ewidentnych błędów i nieprawidłowości być w nim być nie powinno. Tym razem jednak już na wstępie mowy o nawet najmniejszej przypadkowości nie było, bo gdzie jak gdzie, ale w RCMie wiedzą co z czym spiąć, żeby miało ręce i nogi. Pozostawała jedynie kwestia koniecznej do nagłośnienia przestrzeni, choć patrząc z perspektywy czasu i spektaklu, jaki Roger Adamek potrafił stworzyć w jeszcze większym (256 metrów kwadratowych) Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej raczej nie było powodów do obaw.
Co prawda ze względu na dość mało sprzyjające warunki atmosferyczne, czyli tzw. opad ciągły i temperaturę ani myślącą nawet zbliżyć się do pięciu kresek na plusie, pierwsi przybyli słuchacze starali się przede wszystkim zaakomodować termicznie, to bardzo szybko okazało się, że wielka symfonika potrafi rozgrzać lepiej aniżeli szczodrze doprawiona kawa po irlandzku. Swoboda, rozmach i brak najmniejszych oznak kompresji nawet przy niemalże koncertowych poziomach głośności sprawiały, że Sala Kameralna po prostu kipiała muzyką. Efekt musiał być na prawdę sugestywny, gdyż co jakiś czas zaglądali do nas ćwiczący w innych pomieszczeniach NFM muzycy zaciekawieni dobiegających ich uszu dźwiękami.
Szybkość narastania i iście subsoniczne poczynania sekcji basowych Odeonów dość jednoznacznie dawały do zrozumienia, że nie są to konstrukcje dedykowane do standardowych blokowych mieszkań i aby w pełni rozwinąć skrzydła potrzebują może niekoniecznie aż 220 metrów, ale przynajmniej 80-100. W dodatku na własne uszy można było się przekonać, że do osiągnięcia pełnej spójności, homogeniczności przekazu konieczne było zajęcie miejsc wcale nie w pierwszych, jak to zwykle bywa, rzędach, lecz co najmniej trzecim, bądź nawet dalszych. Z resztą do takich nad wyraz ubogacających spacerów zachęcał też sam Organizator, gdyż akurat w tym przypadku usłyszeć znaczyło uwierzyć.
Kolejnym aspektem na który warto było zwrócić uwagę to stereotypowa „humanitarność” urządzeń lampowych dla gorszych nagrań. Zwykło się bowiem uznawać, że lampy z reguły grają „ładnie” uśredniając przy okazji co nieco. Tym razem pyszniące się szklanymi bańkami Einsteiny grały wręcz zjawiskowo, lecz owa zjawiskowość nie była permanentna i ciągła, lecz pojawiała się tylko wtedy, gdy materiał źródłowy na to pozwalał. Spektakularny album „Rhapsodies” Stokowskiego, przepiękny Nat King Cole, czy równie zjawiskowa Chie Ayado wypadały wręcz oszałamiająco i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosiły słuchaczy w magiczny świat muzyki. Jednak wystarczyło sięgnąć po nie do końca zapięte na ostatni guzik pod względem realizacyjnym propozycje i czar pryskał jak bańka mydlana. Niby wszystko było OK, ale nie da się ukryć, że między magią a OK jest dość znaczna różnica. Całe szczęście podczas naszej bytności momenty magiczne przeważały a pojawienie się w torze klasycznego szpulowca Studer A 807 tylko ten stan podtrzymało. Jeśli na sali znajdowali się (ukryci) malkontenci dla których dotychczasowy – winylowy drive i dynamika były niewystarczające, to zaprezentowane z taśm nagrania The Commodores i Steviego Wondera z pewnością wprowadziły ich w stan ekstazy.
Jeśli ktoś miał wątpliwości w jakiej kondycji jest poczciwy analog i czy jest sens bawić się w cały ten High-End, to właśnie kończący się weekend był okazją do ich rozwiania. Co prawda warunki były iście koncertowe a zaprezentowany system trudno będzie przenieść do większości naszych domostw, lecz tym co warte jest zapamiętania jest namacalność i realizm reprodukowanej we wnętrzach NFM muzyki. Czyli coś, do czego wartko konfigurując nasze systemy dążyć. Ponadto wszyscy Ci, którzy na Audiofilu pojawiają się choćby na chwilę od jego pierwszej edycji po raz kolejny byli świadkami, czemu katowicki RCM nie bez kozery uznawany jest za hegemona analogowego High-Endu w naszym pięknym kraju. W dodatku ostatnia prezentacja jeszcze ową pozycję umocniła. Czy była to zatem najlepsza „sesja” w niemalże sześcioletniej historii Audiofila? Tego niestety nie wiem, wiem za to, że była najlepszą, na jakiej do tej pory we Wrocławiu dane mi było być.
Serdecznie dziękuję Organizatorowi i ekipie RCMu za gościnę i szalenie miło spędzone chwile. Oby częściej audiofilskie spotkania miały taką oprawę jak powyżej opisane. Do zobaczenia.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Po spowodowanej notorycznym brakiem czasu dłuższej przerwie w naszych relacjach „prawie na żywo” ze znanego chyba wszystkim, bo odbywającego się już od sześciu lat prowadzonego przez Pana Piotra Guzka wrocławskiego cyklu „Audiofil”, z przyjemnością komunikuję, iż po negocjacjach z naszymi drugimi połówkami wygospodarowaliśmy z Marcinem wolny dzień we właśnie zmierzającym ku swojemu końcu weekendzie i udaliśmy się na prezentację dystrybutora stojącego analogiem. Powiem szczerze, nie mam najmniejszego pojęcia, jak w dzisiejszym wstępniaku musiałbym lawirować z różnymi związanymi z bohaterem naszego spotkania faktami, by wprowadzić choćby nikłą nutkę tajemniczości. Już sama przedstawiona w kolejności lista najważniejszych nośników: po pierwsze analog w odmianie magnetofonowej, potem gramofonowej, a dopiero jako ciche uzupełnienie całości cyfra z rozdzielnika sugerują świat katowickiego RCM-u. Tak więc nie siląc się na dłuższe rozwadnianie tekstu zapraszam na nie tyle recenzję tego co usłyszałem, tylko kilka nasuwających się spostrzeżeń natury ogólnej z tej co by nie mówić ciekawej sobotniej przygody.
Gdybyśmy w zadumie spojrzeli na piękne czasy świetności winylu, naszym oczom natychmiast ukazałby się pewien wzorzec królujących wówczas zestawów opartych o gramofon lub magnetofon, elektronikę lampową i kolumny tubowe. I taki też będący wierną kopią tamtych lat set za sprawą zaproszonych na pokaz gości z Katowic przybył do stolicy Dolnego Śląska. Źródła w postaci magnetofonu Studer i gramofonu SME 20 współpracowały z niemieckim wzmocnieniem wykorzystującym szklane bańki marki Einstein, a całość zestawienia wieńczyły również niemieckie konstrukcje w postaci tubowych kolumn Odeon. Nie możemy zapomnieć również o dawcy sygnału cyfrowego, którym okazał się być podstawowy model japońskiego CEC-a, ale jak wspomniałem, z racji życiowych priorytetów bohatera spotkania był raczej dodatkiem niż gwiazdą. Dokładną wyliczankę zaprezentował już Marcin, dlatego ja zdawkowo dodam tylko, że użyte podczas tego pokazu druty pochodziły od Organica, Furutecha i Argento.
I gdy w typowym teście w tym miejscu pojawia się akapit oceniający umiejętności soniczne słuchanego zestawienia, ja będąc wierny zasadzie unikania krytycznego oceniania na jakichkolwiek pokazach skieruję Wasze myśli na pewnie błahe dla przeciwników, ale jakże ważne z bezwzględnego punktu widzenia sprawy około percepcyjne podobnie skonfigurowanego systemu. Chyba znacie moją wstrzemięźliwość do kolumn tubowych, które w znakomitej większości grają wyśmienicie, jednak na chwilę obecną nie w mojej estetyce. Jednak bez względu na fakt ich postrzegania ostatnia odsłona wrocławskiego mitingu przy muzyce dzięki sporej gabarytowo Sali Kameralnej Forum Muzycznego pozwoliła mi nieco do nich się zbliżyć. Dlaczego wspominam o kubaturze sali pokazowej? Ano właśnie dzięki rozmiarom mogłem dosłownie na przestrzeni kilkudziesięciu metrów (około 20) sprawdzić jakość propagowanych przez tuby dźwięków, które przy wymuszonym przez próbę napełnienia informacjami sporego wycinka pomieszczenia głośnym graniu w pierwszym rzędzie prawie krzyczały. Jednak każda następna linia krzeseł pozwalała odetchnąć, a przy tym zgubić rezonans tub dochodzącym do słuchacza informacjom. Całość przekazu stawała się gładsza, ale bez jakiejkolwiek utraty dźwięku w dźwięku. Co więcej, owe zgubione, spowodowane lejkami tub zniekształcenia pozwalały wyklarować się o wiele większej ilości zapisanym na płycie czy taśmie cichszym zapisom muzycznym. To teoretycznie jest elementarz audiofila, ale z doświadczenia – nawet z ostatniej prezentacji – wiem, że ma się nijak do rzeczywistości i często jest lekceważony pełną obsadą pierwszego rzędu. Jednak podczas ostatniej soboty po delikatnym apelu prowadzącego wrocławski serial przy muzyce Piotra Guzka zgromadzona tego dnia publiczność zaczęła sukcesywnie się przemieszczać się po sali, co sądząc po twarzach dawało sporo pozytywnych doświadczeń. Ja wiem, że można nie lubić dźwięku z megafonów, ale nie będąc złośliwym dajmy im jakąkolwiek szansę na pokazanie swoich umiejętności i nie słuchajmy muzyki z głową w lejku. I dla mnie i pewnie kilku innych osób przy całej przyjemności ze spotkania ze znanymi mi z podobnych imprez ludźmi z południa Polski ten aspekt był chyba najwartościowszy. A jak to ogólnie grało? Raz lepiej, a raz gorzej, ale tylko dlatego, że tak zaaplikowane przetworniki nie kolorują świata i nie tłamszą potknięć realizatorskich. Dlatego też, gdy materiał był wybitny, muzyka czarowała, a gdy panu przy konsoli powinęła się nóżka, wszystko pokazane było z najdrobniejszymi szczegółami. Niemniej jednak, większość dawnych nie ruszanych przez współczesnych mistrzów poprawiania tłoczeń zadziwiała witalnością i budowaniem wirtualnej sceny muzycznej. I tak naprawdę o to w analogu chyba chodzi, by tak jak ja całą przyjemność z zabawy w gramofon czerpać podczas słuchania nieruszanych dźwiękowo wydań z epoki, nowe wydawnictwa cedując na dobry tor cyfrowy. A jak jest u Was?
Puentując to wydarzenie chcę podziękować gospodarzowi za zaproszenie, a gościom z Katowic za możliwość zgłębienia sztuki słuchania kolumn tubowych w oprawie wyśmienitej reszty toru. Nie ma innej drogi do wiedzy, jak tylko własne w celach decyzyjnych i pokazowe w ramach ogólnego spojrzenia na zagadnienie odsłuchy sprzętu audio. Dlatego chyba szczególne podziękowanie od stałych bywalców należą się właśnie Panu Piotrowi, gdyż mnie prawie każdy sprzęt do domu przywiezie dystrybutor, a Wy poniekąd jesteście na niego skazani. Ale proszę się nie oburzać, gdyż z rozmów kuluarowych wiem, iż robi to z czystej miłości do muzyki, którą w ten sposób chce w Was zaszczepić.
Jacek Pazio
Astell & Kern jak dotąd niezmiennie oferował możliwie najprawdziwszy i najbardziej naturalny dźwięk. Nowy Astell&Kern AK380 w wersji limitowanej Copper oferuje jeszcze bardziej autentyczny dźwięk.
Miedź została wybrana jako główny surowiec do najnowszego wariantu AK380 aby przekazać informację, że jest to coś więcej niż tylko medium do przesyłania muzyki – to jest „narzędzie”.
Kiedy muzyka staje się czymś więcej niż tylko dźwiękiem
Drugim co do jakości – zaraz po srebrze, materiałem przewodzącym ładunki elektryczne, jest miedź. Dzięki doskonałej przewodności elektrycznej; Astell&Kern AK380 w wersji Copper jest w stanie dostarczyć inną sygnaturę dźwiękową niż dotychczas istniejący AK380 wykonany z duraluminium.
Astell&Kern AK380 Copper jest wykończony w dwuetapowym procesie z użyciem frezarki 5 –osiowej. Wytworzenie i obrobienie jednej sztuki zajmuje około 4 godzin.
Ze względu na bardzo plastyczny charakter miedzi, wióry mają tendencję do zwijania się do wewnątrz, a niekiedy tworzą linie gwintu.
Powoduje to iż końce frezów mogą zostać uszkodzone. Ze względu na to, materiał wymaga bardziej dokładnego procesu wykonywanego przez operatora, w porównaniu z innymi materiałami, takimi jak aluminium.
Niezabezpieczona surowa miedź szybko się utlenia, ze względu na narażenie na działanie czynników zewnętrznych, co sprawia, że masowa produkcja jest bardzo trudna do opanowania.
Nie zdziwi, że Astell&Kern AK380 Copper jest droższy od swojego „duraluminiowego brata” i kosztuje 19 999 PLN z VAT.
Oczywiście producent nie zapomniał o dedykowanym wzmacniaczu, również w tym wypadku wykonanym ze szlachetnej miedzi. Koszt wzmacniacza to wydatek: 4890zl z VAT.
Pod koniec marca b.r. produkt będzie dostępny do odsłuchu i zakupu w wybranych sklepach audiokracji w Polsce.
Dystrybutor: MIP
Po istnej rewolucji i niemalże wywróceniu do góry nogami rynku high-endowych streamerów stworzona przez Pixel Magic Systems Ltd marka Lumin, a raczej ludzie za nią stojący, wcale nie myślą o wcześniejszej emeryturze, wakacjach w tropikach i odcinaniu kuponów od odniesionego sukcesu. Wręcz przeciwnie – zamiast cierpliwie czekać aż rynek nasyci się dotychczasowymi modelami cały czas podsycają ogień zainteresowania co i rusz wypuszczając w świat intrygujące nowości. Warto przy tym zauważyć, że zamiast pompować marketingową bańkę i bazując na nie tyle pochlebnych co huraoptymistycznych recenzjach iść coraz wyżej z górnym pułapem cenowym myślą też o „normalnych” ludziach chcących w możliwie prosty i bezbolesny, nie tylko pod względem ergonomii, jak i finansowym wejść obiema nogami w świat cyfrowego audio. W ramach potwierdzenia powyższej tezy spokojnie można wspomnieć o testowanej przez nas nie tak dawno temu D1-ce, czy dedykowanym azjatyckim plikograjom serwerze L1. Jednak uzupełnianie oferty to jedno a patrzenie w przyszłość to zupełnie inna bajka. Dlatego też panowie Nelson Choi i Li On po raz kolejny zagrali va banque i stawiając na szali swoją ciężko wypracowaną reputację pokazali zintegrowany z sekcją wzmacniającą streamer M1. Jeśli zatem ciekawi Państwa jak wypadła próba ekspansji na obce do tej pory dla Lumina terytoria wzmocnienia sygnału serdecznie zapraszam do dalszej lektury.
Sama bryła – projekt plastyczny urządzenia, jak i wykorzystana obudowa do złudzenia przypominają to, co do tej pory świetnie sprawdzało się np. w przypadku modelu T1. Co prawda ze względu na dodanie funkcji wzmocnienia i wewnętrzny zasilacz dodano jej małe co nieco we wszystkich wymiarach, ale nie mając możliwości porównania 1:1 obu Liminów spokojnie możemy mówić o daleko idącej unifikacji. Solidny płat aluminium na froncie i nie pozostawiający jakościowego niedosytu korpus z również aluminiowych giętych profili sprawiają minimalistyczne, ale niezaprzeczalnie eleganckie wrażenie. Centralnie umieszczony, zielonkawo-niebieski wyświetlacz uzupełniają włącznik po lewej i pokrętło głośności po prawej. Jaskrawość displaya oczywiście jest regulowana a na nim samym podawane są wszystkie najistotniejsze parametry odtwarzanego materiału, jednak biorąc pod uwagę, że i tak, i tak gdzieś pod ręka musimy mieć tablet/smartfon to spokojnie można dać sobie radę bez niego. Równie, a raczej wręcz zaskakująco ascetycznie przedstawia się ściana tylna, bowiem oprócz pojedynczych terminali głośnikowych i gniazd zasilającego użytkownicy do dyspozycji mają jedynie dwa porty USB i port Ethernet. Koniec, kropka. Nijakich innych wejść i wyjść, niezależnie czy to analogowych, czy cyfrowych po prostu nie ma. Na otarcie łez pomyślano za to o zacisku uziemienia. W związku z powyższym zdani jesteśmy li tylko na granie po tzw. skrętce a przynajmniej wpięcie M1-ki w domową sieć w celu zapewnienia jej choćby symbolicznego sterowania.
A właśnie sterowanie. Pilota, podobnie jak w przypadku starszego rodzeństwa nie ma co szukać, więc chciał nie chciał zdani jesteśmy na obsługę streamo-wzmaka Lumina z poziomu tabletu/smartfona i choć sytuacja od premiery pierwszego azjatyckiego plikograja uległa znacznej poprawie, bo tytułowe cudo nakarmimy plikami z NASa, bądź wpiętego bezpośrednio w niego dysku USB za pomocą appki zainstalowanej na Androidzie, to i tak i tak, jeśli chcemy w pełni wykorzystać drzemiący w M1-ce potencjał kompatybilności z serwisami streamingowymi z Tidalem HiFi na czele, to jesteśmy skazani na możliwie młode modele urządzeń z nadgryzionym jabłkiem w herbie. Powyższy stan rzeczy niespecjalnie mi się podoba, bo nie przepadam za traktowaniem mnie jako konsumenta drugiej kategorii, bądź skazywanie na użytkowanie produktów wyłącznie jednej i jedynie słusznej marki. O samej appce i działających zamiennikach (Kinsky, Bubble) pisałem już przy okazji D1-ki, a skoro nijakich specjalnych różnic funkcjonalno – wizualnych nie zauważyłem, więc wspomnę tylko, że całość działa stabilnie i tak jak po prostu powinna.
Topologia wewnętrzna M1-ki jest zaskakująco prosta od strony wizualnej i zdecydowanie bardziej skomplikowana od strony elektronicznej niż na pierwszy rzut oka można byłoby się spodziewać. W ogólnym ujęciu opiera się ona na dwóch układach TI TAS5558 współpracujących z parą kości TAS5624A w stopniu wyjściowym odpowiedzialnych za konwersję sygnału do postaci PWM. Same TAS5624A są niczym innym jak wzbogaconymi o Mosfety D-klasowymi układami TAS5614A wykorzystującymi wzmocnienie stałonapięciowe. Żeby jednak nie było zbyt „normalnie” ktoś w Luminie uznał, że zaprzęgając do pracy TAS5558 nie ma co kombinować i ustawiono w nim „na sztywno” częstotliwość próbkowania na 176.4kHz zapewniającą zgodność zarówno z sygnałami PCM, jak i DSD a przy okazji eliminując konieczność obecności dwóch oscylatorów kwarcowych, na rzecz jednego – o parametrach 12.288MHz. Krótko mówiąc niezależnie od tego, jakim sygnałem nakarmimy tytułowego Lumina to i tak i tak zostanie on zresamplowany do postaci 24 Bit/176.4kHz a o wszystkie konieczne nastawy zadbają filtry cyfrowe zaszyte w FPGA Altera Cyclone IV. W związku z powyższym logicznym stało się wyłączenie znanej z „gołych” odtwarzaczy opcji zmiany częstotliwości próbkowania z poziomu GUI użytkownika. Oczywistą oczywistością jest regulacja głośności dokonywana w domenie cyfrowej a sygnał analogowy pojawia się dopiero na końcowych filtrach – tuż przed terminalami głośnikowymi.
Biorąc pod uwagę mocno kompaktowe gabaryty i możliwie największa integrację zamiast zewnętrznego zasilacza zdecydowano się na umieszczenie układu impulsowego wewnątrz korpusu, lecz dbając przy tym zarówno o brzmienie, jak i o komfort psychiczny jednostek najdelikatniej rzecz ujmując nie przepadających za tego typu rozwiązaniami całość ukryto wewnątrz prostopadłościennej ekranującej puszki.
I jeszcze jeden drobiazg. M1-ka nie została wyposażona w żadną łączność bezprzewodową, więc jeśli nie mamy możliwości pociągnięcia do niej skrętki warto zaopatrzyć się w stosowny router Wi-Fi mogący pełnić rolę access pointa.
Samo wpięcie w domową sieć LAN, skomunikowanie z dostępnymi w niej serwerami UPnP (gorąco polecam darmowy MinimServer) i zindeksowanie posiadanych plikozbiorów w przypadku M1-ki odbywa się całkowicie intuicyjnie a jeśli tylko mamy aktywne konto np. na Tidalu, to wystarczy w stosownej zakładce wpisać swój login i hasło, by dosłownie po chwili móc swobodnie czerpać pełnymi garściami z nieprzebranych zasobów ulubionego serwisu streamingowego. O zupełnie bezbolesnym procesie uruchamiania tej niezwykle zaawansowanej pod względem technologicznym maszynerii wspominam nie bez satysfakcji, gdyż wcale nie jest to standardem a wręcz coraz częściej okazuje się, że usługi instalacyjno – konfiguracyjne oferowane przez wyspecjalizowane salony audio mające na półkach najświeższe nowinki cyfrowego audio wcale nie są tak zbyteczne, jakby mogło się na pierwszy rzut oka wydawać. Tym razem jednak wystarczy wypakować niepozornego all’in’one’a, wpiąć mu w zadek przewód zasilający, skrętkę, kable głośnikowe, zaopatrzyć się w stosownej klasy kolumny i voilà – możemy słuchać muzyki. A proszę mi wierzyć, że słucha się jej nad wyraz przyjemnie. Podobnie jak swoje starsze rodzeństwo M1-ka gra w sposób całkowicie niewymuszony i daleki od próby oszołomienia słuchacza od pierwszych taktów reprodukowanym materiałem. Stawia raczej na kulturę i spójność przekazu aniżeli epatowanie detalami, cięcie krawędziami i kłucie alikwotami. To po prostu nie ta szkoła grania. On nic nikomu udowadniać nie musi, coś jak Eric Clapton na albumie „Eric Clapton & Friends”, który gra bo chce i lubi a nie dla tego, że musi, bo ktoś mu kazał. Jest w tym brzmieniu jakiś wewnętrzny spokój, który już po kilku minutach udziela się również słuchaczowi, więc to, co było zaplanowane „za godzinę” automatycznie zmienia swój status na „na jutro”. Siedzimy, słuchamy, ba chłoniemy muzykę i jest nam po prostu dobrze. Czyż nie o to chodzi?
Początkowe obawy o rzeczywistą wydajność prądową Lumina równie szybko jak się pojawiły to w takim samym tempie stopniały do poziomu zero, gdyż równo z moimi Guderami, które nawet przy dużej dozie dobrej woli trudno byłoby nazwać łatwymi do napędzenia, jak i potężnymi trójdrożnymi Dynaudio Excite X44 radził sobie nadspodziewanie dobrze. Może nie była to kontrola pełna i absolutna, jaką zapewniał im Accuphase E-470, czy Musical Fidelity M6 500i, ale proszę wybaczyć. W tej cenie i przy takiej funkcjonalności uznawanie tego za wadę byłoby daleko posuniętym nietaktem. Co prawda kreska, jaką kreślone były kontury źródeł pozornych pochodziła raczej z ołówka HB aniżeli twardej H5-ki, ale nic się nie zlewało, ani tym bardziej nie miało tendencji popadania w impresjonistyczną nieokreśloność. Począwszy od mocno niezobowiązujących soft-rockowych klimatów „The Long Run” Eagles po thrashowy album „Dystopia” Megadeth nie odnotowałem nawet najmniejszych problemów z selektywnością. Jeśli chodzi o gradację poszczególnych planów to zdecydowanie lepiej w roli papierka lakmusowego sprawdza się repertuar klasyczny. Racząc zatem zamplifikowanego Lumina specjałami w stylu kameralnego „TARTINI secondo natura” i monumentalnego „Rhapsodies” zwracałem uwagę nie tylko na wydarzenia pierwszoplanowe, lecz i na to, co działo się w dalszych rzędach a działo się tam całkiem sporo. Bardzo sugestywnie została oddana barwa instrumentów, ich natywna tkanka i iście analogowa soczystość okraszona przyprószonymi złotem najwyższymi rejestrami.
Im dłużej słuchałem M1-ki tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że jest to produkt wręcz idealny dla praktycznie każdego melomana. Nie dość, że za każdym razem i na każdym repertuarze stara się skupić na zaletach danego materiału aniżeli wadach, to jeszcze uroczo czaruje sprawiając, że nie sposób się od tak prezentowanej muzyki oderwać. Patrząc na powyższą manierę zupełnie na chłodno i obiektywnie mamy bezdyskusyjnie do czynienia z tzw. dźwiękiem „zrobionym”, ale zrobionym bardzo dobrze. To w żadnym razie nie jest ordynarne lukrowanie, ale i do absolutnej, laboratoryjnej neutralności i transparentności „trochę” Luminowi brakuje. Pytanie tylko co z tego, skoro dzięki temu bez obaw możemy sięgać po nagrania, które do tej pory trzymaliśmy na dysku głównie przez sentyment a każda próba odsłuchu kończyła się migreną. Tym razem kolejne podejście ma całkiem spore szanse na sukces, sukces okupiony płaską i dwuwymiarową, ale jednak strawną prezentacją.
Tym oto sposobem dochodzimy na koniec do pewnej, zauważalnej po dłuższej znajomości cechy tytułowego Lumina – do delikatnego, lecz jednak uśredniania. Całe szczęście ów proces nie opiera się na równaniu w dół, lecz na utrzymywaniu wysokiego i w większości przypadków w pełni satysfakcjonującego stałego poziomu ambitnego Hi-Fi, ale miłośnikom dzielenia włosa na czworo i porównywania 15 różnych wydań tego samego albumu sugeruję skierować swe kroki gdzie indziej. Po prostu, skoro i tak wszystko na wejściu sprowadzane jest do wspólnego mianownika 24 Bit/176.4kHz takie wyścigi bitowości i częstotliwości tym razem nie mają większego sensu, gdyż więcej w nich będzie autosugestii wynikającej z interpretacji wskazań wyświetlacza aniżeli rzeczywistych różnic. Zdecydowanie lepiej zamiast na cyferkach skupić się na muzyce.
Lumin M1 jest niezwykle udanym urządzeniem mogącym z powodzeniem stanowić trzpień ambitnych i dostarczających wiele satysfakcji z jakości reprodukowanego dźwięku systemów Hi-Fi. Warto jednak pamiętać, że jest to trzpień niezwykle hermetyczny i ograniczający swobodę wyboru jedynie do kolumn i okablowania. Jednak to, co dla jednych (vide audiofilów) wydaje się być przekleństwem, dla innych (melomanów) jawi się wybawieniem. Jeśli zatem zależy Wam na maksymalnej integracji i z pełną stanowczością, sami przed sobą – patrząc sobie głęboko w oczy przed lustrem uznacie, że właśnie i zarazem wyłącznie w plikach jest przyszłość a zakup M1-ki ma stać się końcem Waszych elektronicznych poszukiwań to nie zastanawiajcie się ani chwili dłużej. Lumina pokochacie miłością szczerą i bezgraniczną.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Moje Audio
Cena: 11 900 PLN
Dane techniczne:
– Protokół przesyłu: UPnP AV
– Minimalna zalecana impedancja głośników: 4 Ω
– Moc wyjściowa: 2x60W / 8 Ω, 2x100W / 4 Ω
– Wejścia: Ethernet 1000Base-T, USB (pamięci masowe z jedną partycją FAT32, NTFS, EXT2/3)
– Obsługiwane formaty plików audio:
Bezstratne
PCM: 16 – 32bit/44.1kHz – 384kHz FLAC, Apple Lossless (ALAC), WAV, AIFF
DSD: 1bit/2.8MHz – 5.6MHz DSF, DIFF, DoP
Stratne: MP3, AAC
– Odtwarzanie Gapeless
– Obsługiwane urządzenia sterujące: wszystkie modele Apple iPad (v2 lub później) z iOS 5.0 lub nowszym
– Funkcje aplikacji: grafika wysokiej rozdzielczości, kompatybilność z AirPlay, obsługa znaczników, obsługa platform streamingowych Tidal i Qobuz.
– Zasilacz: 100-240V AC
– Wymiary (S x W xG): 361mm x 323mm x 58mm
– Waga: 4,5 kg
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Bluesound NODE2
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Accuphase E-470
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Audiovector SR3 Signature; Dynaudio Excite X44
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; 聖Hijiri Nagomi
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 1
Pamiętają Państwo nasz test uroczo filigranowych podłogówek Dynaudio Excite X34? Oczywiście, ze … nie bardzo. My prawdę powiedziawszy też. W końcu pojawił się na naszej stronie na początku listopada 2013 roku i od tamtego czasu zdążyliśmy zrecenzował ładnych parę ton wszelakich audio – specjałów. Fakt jednak pozostaje faktem i szukając niedrogich i łatwych do napędzenia kolumn podłogowych do niewielkich pomieszczeń nie sposób o wspomnianych Dunkach zapomnieć. Pytanie co zrobić, jeśli w tzw. międzyczasie wzrósł nasz apetyt na dynamikę, bądź udało nam się wygospodarować dodatkowych parę metrów kwadratowych. Z odpowiedzią na powyższe dylematy przyszło nam czekać blisko 2,5 roku, gdyż dopiero niedawno światło dzienne ujrzały nowe flagowce serii Excite, czyli model X44. Oczywiście można zamiast solidnego skoku drobić jak przysłowiowa gejsza i zadowolić się pośrednimi X38, tylko … jakoś tak się składa, że nie przepadamy z Jackiem za półśrodkami i wychodzimy z założenia, że jeśli upgrade’ować to z rozmachem i jak to się ładnie mówi po bandzie. A tytułowe Excite’y X44 w takie właśnie kryteria wpisują się wręcz perfekcyjnie. Nie wierzycie, no to patrzcie, czytajcie i a osłuchy się czym prędzej umawiajcie.
Ponieważ 44-ki to zupełnie nowe, zaprojektowane niemalże od zera konstrukcje nie dziwi fakt zaimplementowania w nich zarówno sprawdzonych rozwiązań, jak i pewnych technicznych nowinek. Przykładowo na górze jeszcze nie czas i nie miejsce na Esotara, ale wyprzedzając nieco porządek niniejszej recenzji nadmienię, że 27 mm tekstylny Esotec + naprawdę „daje radę”, podobnie z resztą jak średniotonowa 14-ka MSP. Całe szczęście biorąc pod uwagę gabaryty tytułowych podłogówek cieszy fakt obecności w każdych z nich pary 20 cm wooferów 20W75 MSP Esotec+, które właśnie znamiona owej nowości niewątpliwie noszą.
Już wyciągając, a raczej wysuwając, je z kartonów widać, że jest po prostu dobrze. Po pierwsze ścian przednich nie szpecą ordynarne dziury po kołkach mocujących maskownice, które tym razem utrzymują się na ukrytych pod okleiną magnesach. Pytanie tylko kto przy zdrowych zmysłach i choćby odrobinie poczucia estetyki wpadnie na pomysł, by ukrywać pokryte przepięknym naturalnym fornirem fronty (i nie tylko fronty) Dynek za tekstylnymi panelami. Mniejsza jednak z tym. Maskownice są a że musu ich stosowania nie ma, to tym lepiej. Ściana tylna jest ostoją spokoju i minimalizmu – pojedynczym terminalom głośnikowym towarzyszy również samotny wylot bass refleks.
Podobnie, jak w przypadku młodszego rodzeństwa w celu poprawy stabilności bądź co bądź dość smukłych kolumn zastosowano eleganckie, dokręcane podczas procesu wypakowywania stopki wyposażone w świetnie przemyślany i co najważniejsze perfekcyjnie działający system wykręcanych kolców ukrytych wewnątrz gumowych ringów (zdjęcie). Można zatem spokojnie pojeździć z kolumnami nawet po egzotycznym parkiecie, znaleźć optymalne ustawienie i dopiero wtedy kilkoma obrotami dołączanego klucza wysunąć ukryte do tej pory kolce, umieszczając je w stosownych podkładkach. W tym celu warto zaopatrzyć się np. w komplet Acoustic Revive SPU8 / SPU4. A właśnie, skoro już jesteśmy przy akcesoriach izolacyjnych to ciężkim grzechem zaniedbania byłoby pominięcie milczeniem inicjatywy polskiego dystrybutora Dynaudio, który w ramach promocji do każdej pary 44-ek dodaje szalenie miły gratis w postaci wykonanych na wzór i podobieństwo a co najważniejsze zaaprobowanych przez twórców protoplastów kwarcowych platform antywibracyjnych będących naszą rodzimą wersją Acoustic Revive RST-38H !
Nurtuje Was pytanie co daje przesiadka z 34-ek na Dynki z czwórką z przodu? Cóż, szukając możliwie najbliższych intensywnością doznań analogii spokojnie można uznać, że wpinając 44-ki w tor zamiast większości podobnie wycenionych konstrukcji, o ww. maluchach nawet nie wspominając, możemy poczuć się jakbyśmy przesiedli się z Forda Fiesty do Mustanga GT albo z Chevroleta Spark do Camaro i w dodatku płacąc za taki awans w motoryzacyjnej hierarchii mniej więcej równowartość Dacii Logan. Piszę to całkowicie na poważnie i serio. Nie mam zielonego pojęcia co inżynierowie z Dynaudio dosypali swoim kolegom z księgowości i finansowego kontrolingu do kawy, ale to musiał być naprawdę skuteczny specyfik, skoro ilekroć słuchając 44-ek zerkałem do cennika, miałem nieodparte wrażenie, że widoczna tam cena dotyczy pojedynczej sztuki a nie pary, co i tak, jak na to, co miały do zaoferowania topowe Excite’y wydawało się nad wyraz rzadko spotykaną okazją i to okazją noszącą znamiona ewidentnego dumpingu. No bo niby jak w logiczny sposób wytłumaczyć fakt wycenienia na raptem 17,5 kPLN pary niemalże 130 cm kolumn mogących nawet w pięćdziesięciu metrach rozpętać prawdziwe piekło a w mniejszych kubaturach zafundować słuchaczom wycieczkę po lotniskowcu (oczywiście bez słuchawek) w trakcie ciągłych startów i lądowań odrzutowców przy zachowaniu wszystkich zasad określających dany produkt jako ambitne Hi-Fi a dla większości populacji wręcz noszący znamiona High-Endu? Gdzieś musi być jakiś haczyk, problem jednak w tym, że podczas kilkutygodniowych odsłuchów nie udało mi się go nigdzie namierzyć.
O ile w przypadku Excite’ów X34 zachodziły, jak się miało w trakcie testów okazać, całkiem uzasadnione obawy co do przekraczającej ich możliwości koniecznej do nagłośnienia ponad dwudziestometrowej powierzchni o tyle tuż przed dostawą bohaterek niniejszej recenzji spotkałem się z wątpliwościami, czy owa kubatura nie okaże się tym razem zbyt skromna. Czyżbym miał być świadkiem przeskakiwania z jednej skrajności w drugą? Nic z tych rzeczy mili Państwo, nic z tych rzeczy. X44 oczywiście od pierwszych taktów jasno dały do zrozumienia, że teraz one rządzą, ale na takie postawienie sprawy byłem niejako przygotowany, na co z resztą wskazywała odpowiednio spreparowana playlista rozpoczynająca się od możliwie dalekiej od anorektycznej eteryczności ścieżki dźwiękowe z „300: Rise of an Empire” autorstwa Junkie XL. Spektakularne a w kulminacyjnych momentach wręcz apokaliptyczne połączenie elektronicznego i orkiestrowego brzmienia w nieraz bardzo agresywnej formie okraszone elementami sięgającymi do stylistyki śródziemnomorskiej może nie jest tak kunsztowną formą artystycznego wyrazu jak typowa klasyka, czy nawet filmowe dokonania Jana A.P. Kaczmarka, ale to zupełnie inna stylistyka i zupełnie inny odbiorca. Tym razem postawiono na nieokiełznaną dynamikę, powodujące utratę tchu tutti i efekt szalonej jazdy rollercoasterem po zażyciu garści substancji psychoaktywnych. I właśnie w takich klimatach największe Exite’y z radością rozpościerały skrzydła. Właśnie takim repertuarze oszałamiały swoimi zdolnościami kreowania niesamowitego widowiska, którego intensywność i rozmach zależały tylko i wyłącznie od odpowiednio dobranej amplifikacji i … tolerancji sąsiadów. O ile o pierwszą zmienną nie musiałem się zbytnio martwić, gdyż przez większość czasu Dynki współpracwały z ostatnio przez nas recenzowaną integrą E-470 Accuphase’a, której nijakiej ospałości i niechęci do cięższych brzmień zarzucić nie sposób o tyle z głośnością szalałem tylko wtedy, gdy miałem pewność, ze nikomu w pobliżu nie będzie to przeszkadzało. Skoro wspomniałem o niezbyt lirycznych klimatach to nie odmówiłem sobie przyjemności sięgnięcia po „Got Your Six” i „The Wrong Side Of Heaven And The Righteous Side Of Hell, Volume 1” Five Finger Death Punch. Potęga riffów, pulsowanie stopy i dziki ryk Ivana L. Moody’ego potrafią niejeden high-endowy system zmusić do kapitulacji a tym razem nie dość, że wszystko było na swoim miejscu, to w dodatku nie sposób było wytknąć takiej prezentacji najmniejszych mankamentów. Oczywiście wieczni malkontenci mogą doszukiwać się lekkiej chropowatości górnych rejestrów, co z pewnością byłoby podstawą do tęsknych westchnień za upragnionym Esotarem, ale proszę mi wierzyć, że FFDP nawet na diamentowych Accutonach i „cebulach” MBLa zabrzmiałoby równie szorstko, bo tak chłopaki po prostu grają a jeśli wspomniany brud zostałby odfiltrowany, to tylko ze szkodą dla autentyczności i prawdę powiedziawszy przyjemności odbioru. No chyba, że ktoś lubi taki uładzony i przypudrowany „pudel-metal” po sporej dawce pawulonu i prozaku. Ja w każdym bądź razie za czymś takim delikatnie rzecz ujmując nie przepadam.
Na bardziej cywilizowanym repertuarze, gdzie do głosu dochodzi naturalne i mogące obyć się bez zbędnej amplifikacji instrumentarium za jaki spokojnie możemy uznać „Time Out” Dave’a Brubecka do głosu dochodziło romantyczne oblicze duńskich podłogówek, które zamiast wściekle atakować i kąsać ochoczo przystąpiły do roztaczania swoich wdzięków w rytm melodii wygrywanych na fortepianie. Całkowita zmiana nastroju wcale nie wytrąciła ich z równowagi. Ne było efektu duszenia w sobie, kumulowania nadmiaru energii i czyhania na moment, w którym mogą huknąć. Nic z tych rzeczy. Miało być lirycznie i tak właśnie było a potencjał dynamiczny przekładał się na niesamowitą swobodę i naturalność prezentacji tego dość minimalistycznego nagrania. Czuć było spokój i płynącą z głębi trzewi świadomość własnej klasy, której Dynaudio odmówić było nie sposób. Gabaryty fortepianu Brubecka zgadzały się co do centymetra z tymi znanymi z „natury” a soczystość saksofonu altowego Paula Desmonda sprawiała, że na sercu robiło się jakoś cieplej. W dodatku powyższy, nad wyraz miły klimat osiągnięty został nie poprzez zmulenie przekazu a jedynie poprzez możliwie wierne naturze oddanie aury pogłosowej i prawdziwych barw poszczególnych instrumentów. Scena dźwiękowa budowana była za linią kolumn, przez co muzycy mieli gdzie złapać oddech i swobodnie rozstawić swoje instrumentarium. Nikt nikomu nie wchodził na głowę, lecz i ani razu nie przyłapałem 44-ek na zbytniej alienacji poszczególnych źródeł pozornych. Nie było mowy o tym, żeby słuchając nagrań realizowanych na przysłowiową setkę mieć do czynienia z kilkoma całkowicie odseparowanymi od siebie źródłami pozornymi. Zamiast tego mając świetny wgląd w to, co dzieje się na scenie i co poczynają konkretni muzycy być świadkiem przenikania się generowanych przez nich dźwięków, tworzenia niezwykle homogenicznej aury pogłosowej dającej tym samym świadectwo autentyzmu danego nagrania. Nie wierzycie? No to w wolnej chwili, na spokojnie posłuchajcie np. albumu „Inner City Blues” Midnight Blue wydanego przez Mapleshade Records a wszystko powinno stać się dla Was jasne. Tak złociście lśniących i „sypkich” blach nie słyszy się zbyt często a to przecież dopiero wstęp do długich godzin delektowania się tymi i im podobnymi niuansami.
Dynaudio przez długie lata rozpieszczało swoich wiernych fanów brzmieniem eleganckim, kremowym i w przypadku swoich topowych konstrukcji wręcz dostojnym. Najnowszy i zarazem największy model z serii Excite, czyli nasz tytułowy X44 pokazuje, że bez szkody dla wcześniejszych cech jakże lubianych przez naprawdę liczne rzesze nabywców można również pokazać iście rockowy pazur i kiedy trzeba to nawet zdrowo przyłoić. Jeśli dodamy do tego szalenie okazyjnie skalkulowaną kwote, jaką życzy sobie za nie dystrybutor okaże się, że oferujących podobnie korzystną relację do ceny konkurencji próżno i ze świecą szukać. Jeśli więc rozglądacie się Państwo za pełnopasmowymi kolumnami do dużych i średnich pomieszczeń, które nie przytłoczą otoczenia swoją zwalistą posturą a jednocześnie nie skażą słuchaczy na kompromis pod względem dynamiki to odsłuch Dyaudio Excite X44 będzie nie tyle wart rozważenia, co raczej stanie się koniecznością.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Bluesound NODE2
– Wzmacniacz/streamer: Lumin M1
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Accuphase E-470
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Audiovector SR3 Signature
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; 聖Hijiri Nagomi
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Każdy segment rynku dóbr konsumenckich, bez względu na dziedzinę której dotyczy, ma swoje rozpoznawalne nawet przez choćby minimalnie zorientowanych w temacie klientów ikony. Oczywiście nie oznacza to, że całość zainteresowanej tematem gawiedzi zakrzyknie radośnie jednym głosem na temat każdego z brandów tego zbioru: „mistrzostwo świata w każdym aspekcie”, ale z pewnością odda im należny z racji pewnego wyrafinowania honor. I nie jest to jakakolwiek próba naciągania faktów, tylko potwierdzenie aksjomatu, jakim jest niemożność dogodzenia wszystkim tylko jedną konstrukcją mimo niezaprzeczalności posiadanych zalet. Gdy spojrzymy na ów problem nieco szerzej, okaże się, że właśnie dzięki takiemu postawieniu sprawy świat jest tak fascynujący. I gdy dorzucę do tego tak banalną sprawę, jak ewolucja naszego gustów, okaże się, że ta początkowa wyłaniająca się jako problem niemoc w zaspokojeniu potrzeb wszystkich jednym wzorcem jest dla nas zbawieniem pozwalającym uniknąć nudy, jaką jest zastój przy tylko jednej poprawnej politycznie estetyce piękna. Przekładając mój wywód na nasze podwórko i zbliżając się do przedstawienia dzisiejszego bohatera zdradzę, że będziemy obracać się w kręgu zespołów kolumnowych bez najmniejszych problemów mieszczącej się we wspomnianym przez momentem panteonie wielkich graczy duńskiej myśli technicznej, czyli marki DYNAUDIO, która bez najmniejszych obaw o końcowe wyniki wystawiła na próbę model EXCITE X44, dostarczony przez krakowskiego Nautilusa.
Przybyłe na spotkanie kolumny są dość wąskimi, o słusznej wysokości konstrukcjami, na froncie których znajdziemy podwojoną baterię przetworników niskotonowych, jeden średnio i jeden wysoko-tonowy. Gdy spojrzycie na zdjęcia, bez najmniejszych problemów zauważycie, iż Duńczycy zaproponowali klasyczną, stawiającą na ułatwiającą znikanie z kolumn pomieszczenia wąską przednią ściankę, całość wykańczając lakierowanym na jedwabisty połysk dzięki temu fantastycznie prezentującą się naturalną okleiną. Jako czysto designerskie dotknięcie konstruktora wszystkie głośniki ubrano w srebrne, lekko kontrastujące z kolorem drewna srebrne ringi, a do ustabilizowania tych co by nie mówić wysokich skrzynek zaproponowano również srebrne zwiększające na boki rozstaw punktów podparcia kolumn stopki. Tył naszych czterdziestek czwórek uzbrojono dość skromnie, bo jedynie w umieszczony tuż nad podstawą pojedynczy port terminali głośnikowych i nieco nad nim otwór bas-reflexu. Jako bezpłatny dodatek poprawiający walory soniczne dystrybutor dostarcza w komplecie dedykowane do tego modelu kolumn czerpiące swój rodowód z japońskiego ACOUSTIC REVIVE platformy z tłumiącym niepożądane wibracje wsadem kwarcowym. Możecie nie wierzyć, ale swego czasu testowałem podobne produkty pod elektroniką i muszę stwierdzić, że zmiany in plus były niezaprzeczalne.
Gdybym miał skreślić kilka ogólnych zdań o testowanych Dynkach, z pewnością zaznaczyłbym ich fajną otwartość grania, która w innych propozycjach bywa czasem zbyt wstrzemięźliwa, mocno ukierunkowując dany produkt w stronę cierpiących na rozjaśnienie systemów audio. Tutaj sytuacja jest na tyle klarowna, że spokojnie możemy pokusić się o umiejscowienie opisywanego modelu w zbiorze kolumn przyjaznych sporej grupie docelowej. I powiem Wam, dobrze byłoby, gdyby odpowiedzialni za pomysł na dźwięk inżynierowie w kolejnych propozycjach nie zbaczali z tej drogi. Co ciekawe, owa świetlistość oferowana jest przez „szmaciaki”, co tylko podwyższa uznanie dla twórców kolumn. Przechodząc z opisem do znajdującego się oczko niżej zakresu częstotliwościowego muszę przyznać, że na samym początku miałem lekkie problemy z oceną tego pasma. Teoretycznie było ok., ale w wartościach bezwzględnych dla marki DYNAUDIO było trochę zbyt chłodno. Nie, żeby zalatywało Arktyką, ale do Amazonii również było daleko. Jakież było moje może nie zdziwienie, a raczej potwierdzenie zasady niezbędności aplikacji zapoznawczo-rozgrzewkowego seta muzycznego testowanej kompilacji, gdy po kilkunastu utworach wspomniany aspekt wrócił do zakorzenionej gdzieś w zakamarkach moich szarych komórek estetyki barwy przede wszystkim. Kończąc bieg przełajowy po poszczególnych pasmach na basie, trzeba oddać temu modelowi należny honor w zakresie generowania podwojonymi głośnikami solidnego basiszcza. Jak na moje pomieszczenie było go zaskakująco dużo, ale o dziwo nie popadał w monotonną bułę, tylko umiejętnie radził sobie z występującym w moim pomieszczeniu „rezonansowym pikiem na poziomi 69 Hz”. Owszem, gdy w napędzie kompaktu wylądował folk-metalowy „Svantevit” Percival Schuttenbach a gałka głośności osiągnęła nieprzyzwoitą dla mnie na co dzień wartość wychylenia, czasem wspomniany negatywny punkt „g” pokoju odsłuchowego niespecjalnie natarczywie, ale dawał o sobie znać. Jednak powiem szczerze, jeśli testowane kolumny poradziłyby sobie z tą przypadłością, to można byłoby mówić, że brak im basu lub wyraźnie przeskoczyły konkurencję z tego pułapu cenowego. A tak, tylko sporadycznie dając się złapać na niedoskonałościach pokoju z bardzo dobrym wynikiem wpisały się w mój ranking możliwości dla danej konstrukcji. Kończąc ten zgrubny zarys możliwości EXCITÓW chcę dodać, że bardzo dobrze wykorzystały swój potencjał smukłości w zakresie rysowania wirtualnej sceny muzycznej. Wirtuozi zajmowali sporej wielkości przyporządkowane sobie przez realizatora danej płyty obszary podestu koncertowego, w najmniejszym stopniu nie stąpając przy tym sobie po piętach, a dzięki wspomnianej sporej świeżości grania bardzo łatwo dawali się lokalizować, co przy muzyce barokowej jest niemałą zaletą.
Kilka przykładów muzycznych? Proszę bardzo. Zacznijmy od Johna Pottera i jego krążka a materiałem Montewerdiego. Ta płyta miała dwie odsłony, gdyż wspomniane początkowe niedogrzanie środka pasma stawiało materiał w niezbyt dobrym świetle. Teoretycznie w pierwszym podejściu było bardzo świeżo, ale przywołane oziębienie średnicy przenosiło ciężar grania nieco w górę, co przy głośniejszych frazach wokalnych powodowało uczucie szkodliwego odchudzenia wokalu. Na szczęście, gdy sprawy ułożenia się systemu wjechały na właściwe tory, temat odszedł w niebyt. Gdy po początkowym falstarcie temat osadzenia dźwięku w barwie nabrał rumieńców, okazało się, że kolumny z Danii bez najmniejszych oporów pokazywały mi rozmach goszczącej muzyków kubatury budowli sakralnej z jej fenomenalnie wykorzystanym w procesie nagrywania naturalnym pogłosem. Kolejną muzyczną propozycją była Diana Krall z krążkiem „The Girl In The Other Room”. To mocno podbudowana basem płyta, jednak przy współpracy Duńczyków z Japończykami te mocno przysadziste dźwięki nie nastręczały większych problemów natury buczenia. Ktoś powie, że właśnie dzięki takiemu ciężarowi dźwięków ten krążek jest tak lubiany przez sporą ilość melomanów, bo fantastycznie masuje wnętrzności. Jednak gdy zestaw generujący muzykę nie panuje nad basem lub same kolumny w zakresie tego pasma nie dają się zbytnio ujarzmić, sprawa nie wygląda tak różowo. Ale proszę o spokój, jak napisałem, tutaj było ok. I na koniec dzisiejszego spotkania przywołam tego nieszczęsnego, budzącego z letargu moje pomieszczenie Percivala. Ta muzyka ma swoje wymagania co do poziomu głośności odtwarzania i trochę tłumacząc duński produkt nie zwalałbym całości problemu na same kolumny, tylko na sumę jakości masteringu z ich możliwościami wygenerowania niepodbarwionego bas-reflexem basu. Ta nieszczęsna dziura w obudowie z jednej strony ratuje daną konstrukcję w zakresie produkcji niskich tonów, ale z drugiej czasem jest jej niechcianą zmorą. Dlatego sprowadzając całość do wspólnego mianownika raczej nie skreślałbym EXCITE X44 na całkowitą banicję, tylko sprawdził, czy czasem Wasz pokój nie jest dla nich łaskawszy, albo taki repertuar w ogóle nie gości na waszych półkach z płytami. Jednak wracając jeszcze na moment do wspomnianego krążka chcę zaintonować kilka pozytywów sonicznych. Spora dawka basu powodowała pożądany przyrost masy gitarowych riffów i tak hołubionej przez miłośników tego gatunku stopy perkusji, sprawiając mi przy tym dużo frajdy. Dodając do tego otwartość głosów wokalistów nie pozostawało mi do roboty nic innego, jak założyć perukę z długimi włosami i kiwać głową w wybijany w dzikim szaleństwie przez kilku artystów rytm muzyki. Szczerze? Tak bawiłem się kiedyś przy twórczości AC/DC, a teraz owa chęć zlasowania mózgu powróciła za sprawą duńskiego pomysłu na dźwięk. Ciekawe.
Reasumując. Kolejny produkt ze stajni Dynaudio i kolejne potwierdzenie umiejętnego operowania barwą. To oczywiście nie jest świat dla wszystkich, jednak jeśli nie narzekacie na zbytnią obfitość najniższych tonów w swoim systemie, spokojnie możecie zapoznać się z możliwościami sonicznymi dzisiejszych bohaterek. Nie zmasakrują posiadanego wzorca, a dzięki zastrzykowi masy mogą go na tyle przewartościować, że jeśli nawet nie od razu, to za jakiś czas właśnie za sprawą owej ciekawej kolorystyki rysującej Wasz muzyczny świat pomyślicie o przesiadce na nie na stałe. Kto wie? Jako dodatkowy bardzo pomagający testowanym konstrukcjom pozytywny aspekt uznałbym delikatnie doświetloną górę pasma. Oprócz oferty sporej dawki koloru i masy umiejętnie okraszają całość nie odstającą od reszty pasma szczyptą światła, wyraźnie zaznaczając tym poczucie swobody materializujących się przed nami zdarzeń sonicznych . I gdy zbilansujemy wszystkie za i przeciw dzisiejszego testu, nagle okaże się, iż to naprawdę są bardo ciekawe kolumny, a jedynym problemem w ich bliższym poznaniu jest wykręcenie telefonu do dystrybutora. Moja rada? Nie czekajcie.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Nautilus
Cena: 17 490 PLN (para)
Dane techniczne:
Skuteczność: 89dB (2,83V/1m)
Moc maksymalna (IEC): >250W
Impedancja: 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 27Hz-23kHz (+/-3dB)
Waga: 30 kg
Wymiary (SxWxG): 226 x 1210 x 344mm ; z nóżkami 284 x 1238 x 365mm
System wykorzystywany w teście:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz liniowy: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy Reimyo: KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
RAFKO Dystrybucja, wyłączny przedstawiciel Musical Fidelity na Polskę wprowadza do sprzedaży nową serię produktów M6s Encore, która zaczyna się od topowego urządzenia Encore 225.
Encore 225 to kompletne rozwiązanie w zakresie elektroniki audio do hi-endowego systemu stereo. Łączy w sobie:
– odtwarzacz strumieniowy Tidal i Spotify wraz z radiem internetowym
– serwer NAS UPnP z odtwarzaczem plików: FLAC, WAV, MP3 i innych
– interfejs z obsługą za pomocą ekranu 800x320px lub aplikacji iOS / Androida
– wzmacniacz stereo z końcówkami mocy znanymi ze wzmacniacza M6si
– odtwarzacz CD z możliwością ripowania do plików za pomocą interfejsu bit-perect
– wysokiej klasy przedwzmacniacz z regulacją głośności
– przetwornik DAC Burr-Brown PCM1795 z kompletem wejść i wyjść cyfrowych
– wysokiej klasy wzmacniacz słuchawkowy oparty o podzespoły serii MX
Encore to urządzenie, które odpowiada na potrzeby audiofila XXI wieku. Multiformatowy odtwarzacz i wzmacniacz stereo oraz słuchawkowy wspiera wszystkie nowoczesne cyfrowe formaty dźwięku i oferuje podłączenie praktycznie dowolnego sprzętu. Co najistotniejsze nie są to tylko papierowe umiejętności – każdy podzespół urządzenia został starannie wybrany i przetestowany we wcześniejszych konstrukcjach producenta.
Końcówki mocy i przedwzmacniacz – ze wzmacniaczy M6s. Odtwarzacz CD – z serii M6s. Przetwornik DAC i wzmacniacz słuchawkowy – z serii MX. Aplikacje i interfejs czerpią z kolei doświadczenia z serii M1, w której to pojawił się jeden z najlepiej sprzedających się odtwarzaczy strumieniowych M1 Click.
Całością zarządza zintegrowany komputer osobisty wyposażony w dwurdzeniowy 64 bitowy procesor Intel oraz 2GB pamięci RAM. System operacyjny oparty o Linuxa pozwala na ciągłe aktualizowanie wzbogacanie funkcjonalności systemu operacyjnego.
Kolejną wyjątkową cechą Encore jest bogactwo interfejsów obsługi: od klasycznego pilota przez aplikacje do smartfonów/tabletów Android / iOS aż do kolorowego wyświetlacza w wysokiej rozdzielczości na czole obudowy.
Cena:
Musical Fidelity M6s Encore – 25.595 PLN
Dystrybucja: Rafko
It is not so long ago, that there was a stir-up caused by the appearance of the phenomenal interconnects Hijiri HGP-RCA “Million”, which shattered the high-end market composure, and Combak Corporation is causing hype again. However instead of completing its flagship collection, composed of the mentioned interconnect and the X-DC Studio Master “Million” Maestro, with a loudspeaker cable, the company decided to present another power cord – Hijiri Nagomi. Surprised? You do not have to be ashamed – we were also surprised at first, but then we found the possible reason for that. What reason? Well, if you think a bit, then it seems quite logical. First a tracking question. Did you notice the drastic difference between the power cord and the interconnect? And in addition in the name X-DC Studio Master “Million”, there is no “Hijiri” signature. So the appearance of the Nagomi seems to be a clear signal, that it should be paired with the similarly named interconnect, and a match for the Studio Master cord will come later. But let us return to the topic and concentrate on the tested cable – the 聖Hijiri Nagomi.
As usual with Harmonix products, the description is close to none – Mr. Kazuo Kiuchi is legendary for that. This time we learn, that the Nagomi was designed and made from special copper and the final production version was not only a result of laboratory testing, but also rigorous listening. The sheath on the cable is textile and toned down in color – the palette is dark blue and black. The whole is decorated with a wooden box with the model name written on it. I would not be surprised, if compared to competition emanating with technological jargon and NASA-like patents, you would find the Japanese manufacturer being very modest. But you should not care about that too much, as Mr. Kazuo Kiuchi always asks not to think about the engineering aspects of his products, but to concentrate on music, because that is most important, and the materials and technologies used to create a product are only secondary. However there is something for the most die-hard numbers and figures lovers. I am talking about the plugs – this time the Wattgate 350iRH and 390iRG were utilized. Everybody happy? Then we can continue to the listening part, just briefly mentioning, that the cable is quite flexible and can be quite easily placed as desired.
I would like to calm down all brand lovers and tell you, against all the rumors you might have heard, and belie all the fairytales, claiming that the Nagomi does not sound according to the canon set by Harmonix during the years the brand is on the market. The truth, which I am going to reveal to you, is that the newest Hijiri cable sounds like a typical Harmonix, only … better. And in addition much better, than the attractive, but not overly imposing, looks and modest price would suggest. However I would like to suggest, that you should not allow your fantasy work overtime and count on Sensei Kazuo Kiuchi would mock his most devoted followers and introduce to the market an almost “budget” cable (from the high-end point of view) that could equal the top X-DC Studio Master “Million” Maestro. Nothing like that. It is not that good. But I can say, with absolute certainty, that for some audiophiles and music lovers the tested power cord could be a more interesting, and more universal alternative to the X-DC350M2R Improved-Version. In addition both cables are priced on a similar level (at least at the time of this review) so we could have the idea, that we have a fratricidal struggle here. But also here we are deceived by the appearances, as both models are more distinct in terms of sound than they are similar. Those are almost two different sound aesthetics, connected only by the native and irreproducible Harmonix DNA. This DNA is the musicality, heard from the first notes, and clearly recognizable by subject matter experts. But this is where the similarities end, because that what was on the verge of viscosity and darkening with the X-DC350M2R, with the Nagomi shines and sparkles with zillions of shades, where the signature of the proverbial “land of gentleness” dominated now we have vividness and spontaneity.
But let us give the past its rest and let us concentrate on the present, on how the newest Hijiri really “sounds”, as it does it greatly, and we can easily assume, that this is a planned and conscious evolution of the Japanese brand.
It happened, that the end of the accommodation period for the Nagomi coincided with the premiere of the newest, monumental album “The Astonishing” Dream Theater. You may wonder, if this is an innocent malice, or deliberate action aimed to discredit the achievements of the tested cord? You should not worry, as it is neither of those. I did mention before, that the manufacturer changed his approach to the aesthetics of the reproduced sound, and this disc seems almost dedicated to it. It is enough to allow yourself a (longer) moment to enjoy the climate of the futuristic-apocalyptic vision of the future world to become carried away by music with “Brother, Can You Hear Me?”. The worked out orchestral passages by the Prague orchestra and aesthetics coming dangerously close to “The Wall” Pink Floyd clearly show the dynamic potential of the tested cable. The sound is not only “nice”, but also loaded with emotions and boiling with energy. Bass is reaching extremely low, but it is controlled all the time, and in climax moments nothing is flowing together and the sound stage does not become compressed or flattened. What is important, and at the same time I liked it very much, is the size of the reproduced music. It was especially clear with the mighty, three-way Dynaudio Excite X44. Usually going from the Acoustic Zen Gargantua II – an American cable the size of a garden hose, to any kind of competition results in the need of adapting to lower scale of … everything. And here the size remained untouched, while the definition, control and palpability of the nuances, confirming the wealth of ornaments, or lack of them, in the music, improved. But not everybody must like such “baroque” climates, although I must confess, that on the last, double disc, the guys from Dream Theater reached true mastery. But if somebody would feel insufficiency after this prog-rock feast, lasting for over two hours, then for desert I would recommend something stronger, and at the same time more complex, ragged in terms of melody “Underworld” Symphony X, which directness and guitar madness can clog a lot of systems. Yet the Nagomi plugged into the back of the Accuphase 470, powering the Excite X44, which are capable of creating volume at concert levels, did not think about capitulating or limiting the dynamics. Despite its inconspicuous figure, it allowed pure energy to flow into the transformers. Frankly speaking I have not expected such dynamics and vividness from a modestly priced Harmonix.
And how does this black-blue wonder of Japanese metallurgy fare on the area, where its predecessors and brethren are ruling? To check this I took the emotionally vibrating, but at the same time original recording “Hard Rain [The Songs of Bob Dylan & Leonard Cohen]” Barb Jungr. And I want to tell quickly, that also here, on the ground of its ancestors, I had no reasons to complain, and actually I needed to constrain myself, to not to put only praises in my notes, and if, that they would be coming in more reasonable timeframes. Slightly screechy and at the same time not free from harshness vocals of Barb was greatly supported by the classical jazz instruments, and the insight into the recording cannot be described different than extraordinary. In addition this incredibly organic timbre and almost subcutaneous, pulsating drive made even “Everybody Knows”, a song that I accept almost only in original form, impossible to sit in one place and the joy of listening became almost obscene. The above effect can only be compared, to the completely imagined situation of total abolition, when everything that was unhealthy, fattening or against the law becomes harmless and acceptable. Only assets, no shortcomings and consequences.
The last question, if things can be done better, I will consider as an academic and rhetorical question, as if not everybody, then at least the bigger part of the listening part of the homo sapiens population knows, that it can. Better smoothness, saturation and finesse is offered by the already mentioned, and used by Jacek on a daily basis, X-DC Studio Master “Million” Maestro, and in terms of dynamics the Nagomi is bettered by the NanoFlux from Furutech. But is that bad? It is enough to look at the prices of the mentioned competition, then we know it is not, as just comparing the tested cable to them is ennobling in itself. And yet the Hijiri Nagomi, with a price tag around 6.5 thousand zlotys for a 2 meter length, not even coming close to the 10000 range, boldly comes to the high-end salons, and this absolutely deservedly and without any complexes.
Marcin Olszewski
Distributor: Moje Audio
Price: 4999 PLN/1 m; 5799 PLN /1,5 m; 6499 PLN /2 m
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Network Music Player: Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Integrated amplifier/streamer: Lumin M1
– Integrated amplifier: Electrocompaniet ECI5; Accuphase E-470
– Speakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Dynaudio Excite X44
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall Socket: Furutech FT-SWS(R)
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Jak mieliśmy okazję nie raz i nie dwa się przekonać w Studiu U22 nie sposób się nudzić i liczyć na, nawet najmniejszą przewidywalność jeśli chodzi o klucz według którego pojawiają się tamże albo premierowe wydawnictwa, albo sami artyści. Taki iście wybuchowy eklektyzm pozwala nie tylko poszerzać własne horyzonty, ale i pozostawać na bieżąco z aktualnymi trendami w stylach muzycznych, po które sięgamy nad wyraz sporadycznie, bądź … wcale. Jest jednak wspólny mianownik, z reguły, popołudniowo – wieczornych spotkań przy muzyce, lampce wina i szklaneczce ponczu – zaproszony gość, czy też dostarczony przez wydawcę materiał musi charakteryzować „coś”, co wyróżnia go od setek, bądź tysięcy jemu podobnych i próbujących zaistnieć na muzycznym rynku. Oczywiście w przypadku największych legend i sław sprawa jest oczywista i niepodlegająca dyskusji, jednak „młodzi gniewni” muszą postarać się nieco bardziej aniżeli trochę. Tym razem traf chciał, że przytulny lokal w Alejach Ujazdowskich 22 odwiedziła wypływająca na szersze wody przemysłu muzycznego Lanberry.
Zanim jednak przejdziemy do części właściwej pozwolę sobie na kilka zdjęć z zarówno przygotowanego instrumentarium, jak i ujęć obsługi technicznej, bez której całe piątkowe przedsięwzięcie nie miałoby racji bytu.
Małgorzata Uściłowska czyli Lanberry początkowo próbowała swych sił tworząc covery, którymi dzieliła się z fanami m.in. na swoim kanale Youtube (LanberryMusic), jednak najwidoczniej taka forma artystycznego wyrazu stała się dla wokalistki zbyt ciasna, gdyż we wrześniu 2015 roku światło dzienne ujrzał jej debiutancki singiel „Podpalimy Świat” a na początku bieżącego roku kolejny – „Każdy moment”.
Tym razem mieliśmy okazję zapoznać się z nieco bardziej obszernym materiałem z jak to się dawniej mawiało „długogrającej” płyty „Lanberry” i zgromadzonej w piątkowy wieczór publiczności zaprezentowane zostały m.in. „Podpalimy Świat”, „Electricity (Ogień)”, „Na Smyczy” i „Bunt”. Oczywiście na „studyjne” potrzeby powyższa tracklista została delikatnie przearanżowana, choć i tak bez najmniejszego trudu można było wyłowić to, co sama Artystka określa mianem melodyjnego elektropopu z … „duszą”.
Całość wypadła niezaprzeczalnie spójnie a minimalistyczne elektroniczne brzmienia całkiem zgrabnie przeplatały się z partiami gitary.
Po części „live” przyszła pora na małą reorganizację lokum i licznie przybyła publiczność, oraz sama Lanberry miała okazję porównać przed chwilą zaprezentowany materiał z wersją komercyjną – dostępną na rynku. System demonstracyjny od pewnego czasu pozostaje w głównym obrysie mniej więcej niezmienny, więc i tym razem honory gospodarzy domu pełniły flagowa superintegra Denon PMA-2500NE i potężne Thiele CS 7.2 a w roli źródeł wystąpiły streamer Denon Heos Link i odtwarzacz Denon DCD-2500NE. Oczywistą oczywistością był także fakt, że odsłuch prowadzony był nie z nośników fizycznych, lecz z plików zalegających na przepastnych serwerach TIDALa.
Biorąc pod uwagę fakt, że nie samą strawą duchową człowiek żyje organizatorzy jak zwykle zadbali o strefę konsumpcyjną, co w iście ekspresowym tempie przełożyło się na nad wyraz miłe rozluźnienie i dłuższą „chwilkę” zapomnienia o codziennej gonitwie.
Serdeczne podziękowania za zaproszenie i kolejny, szalenie miło spędzony wieczór.
Marcin Olszewski
Przed nami trzecia tegoroczna prezentacja domowej aparatury audio – „Audiofil”. Odbędzie się ona w dniach 12 i 13 marca bieżącego roku, w sali kameralnej – II p. Narodowego Forum Muzyki, Wrocław – plac Wolności 1. Spotkania odbywać się będą w godzinach: 12.00 – 15.00 i 16.00 – 19.00.
Gospodarzem prezentacji będzie katowicka firma RCM Hi Fi Atelier. Tej firmy ani jej szefa Pana Rogera Adamka nie trzeba specjalnie przedstawiać stałym bywalcom „Audiofila”. Firma wielokrotnie gościła na wrocławskiej imprezie. Wszystkie jej prezentacje były bardzo udane. Sądzę, że i tak będzie tym razem.
To będzie prawdziwa uczta przede wszystkim dla miłośników analogu. Dominować będzie muzyka z płyt winylowych. Odtwarzane one będą z gramofonu SME 20/3. Zalicza się go do grupy gramofonów o miękkim zawieszeniu. Cechą charakterystyczną takich konstrukcji jest znoszenie drgań układu odczytującego zrealizowane za pomocą systemu sprężyn i tłumików. Będzie on uzbrojony w ramie tegoż samego producenta MZ -9R. Doskonale współpracuje z bardzo szeroką gamą wkładek, ze szczególnym uwzględnieniem tych o średniej i małej podatności. Ramię występuje w dwóch długościach – 9 oraz 12 cali. Rura ramienia jest wykonana ze stali. Główka ramienia jest wykonana z aluminium w formie nadającej korpusowi dużą sztywność i małą masę. Mocowanie typu „concorde” zapewnia precyzyjny i sztywny uchwyt w ramieniu, oraz umożliwia regulację azymutu i szybki demontaż. W ramieniu zamontowana będzie wkładka Sheltera typu MC. Gramofon współpracować będzie z przedwzmacniaczem RCM’u Sensor 2, który jest rozwinięciem pierwszej wersji Sensora.
Zamierzamy także po raz pierwszy na „Audiofilu” zaprezentować nagrania z taśmy magnetofonowej. W tym celu wykorzystany zostanie magnetofon szpulowy Studer A 807 Mk1.
Po raz pierwszy także zobaczymy i usłyszymy na wrocławskiej imprezie system dzielony niemieckiego producenta – firmy Einstein Audio. Firma powstała w 1988 roku i została założona przez Volkera Bohlmeiera. To szalenie interesująca postać, prace konstruktorskie, prowadzenie własnej firmy łączy z olbrzymią pasją do muzyki. Jest gitarzystą, kolekcjonerem gitar. Jak sam stwierdził: „ zawsze traktował muzykę jako podstawę, na której będzie budować swoje życie”.
Oferta firmy jest bogata: wzmacniacze zintegrowane, systemy dzielone, przedwzmacniacze gramofonowe, kable połączeniowe, zasilające, listwy sieciowe, wkładka gramofonowa.
Na „Audiofilu” zaprezentujemy system dzielony: EINSTEIN AUDIO The Preamp i EINSTEIN AUDIO The Poweramp.
The Preamp to przedwzmacniacz liniowy stanowiący rozwinięcie wprowadzonego oryginalnie w 1998 roku The Tube. Jego w pełni zbalansowana konstrukcja posiadająca 18 lamp. Osiem z nich to lampy wyjściowe. Zastosowano tutaj lampę PCC88, która odznacza się wyjątkowo liniową charakterystyką. Pozostałe 10 lamp to ECC88, po jednej na każde wejście. Pracuje tylko ta para lamp, której wejście jest aktywne. Wewnętrzne układy przedwzmacniacza skonstruowane są jak dwa wzmacniacze monofoniczne. Pozwala to na uzyskanie znacznie wyższej dynamiki i szerokości pasma.
The Poweramp to stereofoniczna końcówka mocy powstała w oparciu o doświadczenia z monoblokami The Silver Bullet OTL. Znaczna większość układów to dokładna kopia technologii OTL, zastosowano tu jednak tranzystory na wyjściu. Pozwoliło to nieco ograniczyć koszty produkcji urządzenia, zachowując jednak naturalność charakterystyczną dla produktów EINSTEIN. Układy urządzenia są w pełni zbalansowane, gwarantując wyśmienity stosunek sygnału do szumu. Brak kompresji niezależnie od poziomu głośności doskonale oddaje najdrobniejsze detale. Na wejściu urządzenia pracują podwójne triody EI PCC88 o doskonałej charakterystyce liniowej. Układ „pływającej” masy pozwolił na unikniecie degradujących jakość sygnału pętli masy. Dopełnieniem całości jest układ zasilający o wysokim współczynniku tłumienia i wysokiej stabilności niezależnie od warunków.
Cała elektronika podłączona będzie do kolumn tubowych niemieckiego producenta firmy Odeon – modelu No 38. To bezkompromisowa i największa konstrukcja w ofercie firmy. wykorzystuje kombinacje bassreflexu i otworu stratnego. Jako driver niskotonowy pracuje głośnik o średnicy 38cm z papierową membraną i potężnym układem magnetycznym. Za średnie częstotliwości odpowiada 130mm głośnik typu Aerogel z podwójnym układem magnetycznym pracujący w komorze kompresyjnej i współpracujący z tubą sferyczną o średnicy 56cm. Wysokie częstotliwości przetwarza jednocalowy driver kompresyjny z mylarową membranom i neodymowym magnesem współpracujący z 200mm tubą sferyczną. Zwrotnica została zbudowana z selekcjonowanych z tolerancją 1% elementów. Obie tuby są wytoczone ze sklejki lub drewnianej klejonki w zależności od wykończenia głośnika i są pozostawione w kolorze naturalnym lub malowane w palecie RAL. Kolumna składa się z dwóch modułów ustawianych na sobie. Moduł niskotonowy (dolny) stoi na kolcach odsprzęgających go od podłoża. Moduł średnio-wysokotonowy ustawiono na górze specjalnych absorberach zapobiegającym przenoszeniu się wibracji.
Po niżej wykaz prezentowanego sprzętu:
– źródła analogowe:
gramofon SME 20/3, ramię SME M2 – 9R, wkładka Shelter MC,
magnetofon szpulowy Studer A 807 Mk1,
– źródło cyfrowe odtwarzacz CD C. E. C CD 3N,
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor2,
– przedwzmacniacz liniowy EINSTEIN The Preamp,
– końcówka mocy EINSTEIN The Poweramp,
– zestawy głośnikowe Odeon No38,
– okablowanie firm: Furutech, Argento, Organic.
Jak zwykle podczas prezentacji mnóstwo bardzo różnorodnej dobrej muzyki i pokaźna garść informacji o wydarzeniach muzycznych, które już niebawem odbędą się we Wrocławiu. W sobotę 12 marca około godziny 17-tej gościem „Audiofila” będzie Pan Wojciech Siwek, który przedstawi program tegorocznej edycji – 52 JnO.
Opinia 1
Dzisiejsze spotkanie trochę na przekór typowym praktykom testowania sprzętu dość młodej marki w kolejności powstawania jej produktów po raz kolejny przybliżać nas będzie do jednego z rodzimych znanych szerokiemu ogółowi melomanów brandów. Nasz bohater w swym portfolio ma już pięć urządzeń, z których trzy – mniejsza końcówka mocy, przedwzmacniacz gramofonowy i przedwzmacniacz liniowy – doczekały się już naszej redakcyjnej weryfikacji. Nie będę odrabiał za Was lekcji i szukał odnośników do każdego z testów, ale w skrócie powiem, iż głównym mianownikiem tamtych spotkań była świetnie korelująca z sugerowaną ceną jakość generowanego dźwięku. Nasi konstruktorzy chcąc wejść na rynek przy ciekawej dla portfela kwocie skupiają się raczej na wyrafinowaniu sonicznym urządzeń, dlatego ich propozycje w zderzeniu z konkurencją zza granicy mogą powalczyć ze zdecydowanie wyżej plasowanymi kontrpropozycjami. I gdy powiem, że dzisiejszy produkt jest startem z wysokiego „C” skupionego pod nazwą ABYSSOUND krakowskiego zaplecza inżynierskiego, chyba większość z czytelników jednym głosem zakrzyknie: oddająca 80 Watt w klasie A stereofoniczna końcówka mocy ASX-2000. Gdy wszystkie informacyjne karty zostały rozdane, zapraszam na moje spojrzenie na przywołany przed momentem monstrualny piec, który dzielnie wspomagał testowany już na naszych łamach firmowy przedwzmacniacz liniowy ASP-1000. Z racji faktu, że ABYSSOUND jest rodzimą marką, sprzęt do testów dostarczył sam producent.
Testowana dzisiaj końcówka mocy swoimi osiągami tak rozmiarowymi, jak i wagowymi jest w stanie złamać niejeden kręgosłup. 52 kilogramy przy wymiarach 54/54/28 centymetrów sprawiają, że proces logistyczny jest nie lada wyzwaniem. Praktycznie nie ma szans na ustawienie tego monstrum samemu na docelowym miejscu stacjonowania, dlatego każde przemieszczenie było od początku do końca ściśle zaplanowane i wykonywane przy pomocy dwóch osób. Przyglądając się projektowi plastycznemu trzeba przyznać, iż przy tak wielkiej bryle Krakusom udało się spiąć całość designu w bardzo spokojną stylistykę. Prawdopodobnie duże znaczenie miał trochę wymuszony trywialnym zadaniem wzmocnienia sygnału minimalizm przodu i tyłu. Front tworzą trzy płaszczyzny, z których dwie zewnętrzne wydają się nachodzić na środkową, na której znajdziemy jedynie okrągły srebrny włącznik. Kierując się ku tyłowi mijamy masywne, będące bokami urządzenia radiatory i przyjaźnie dla oka wkomponowane w górny płat obudowy trzy moduły otworów wentylacji grawitacyjnej. Tylna ścianka podobnie do przedniej idąc tropem unikania przesytu oferuje jedynie pojedyncze terminale kolumnowe, gniazdo zasilania z włącznikiem głównym, wejścia w standardzie RCA i dwa ułatwiające noszenie uchwyty. Jak widać, bez zbędnego szału przyłączeniowego, co mam nadzieję całkowicie zrekompensują umiejętności soniczne tysiączki, na opis których zapraszam do dalszej części testu. Aby być skrupulatnym w tym co robię, muszę choćby zdawkowo wspomnieć jeszcze o pracującym w ocenianym tandemie przedwzmacniaczu liniowym. Ten w przeciwieństwie do końcówki mocy jest zdecydowanie łatwiejszy w obsłudze logistycznej, gdyż przy dwutysiączce wygląda jak mały niewinny, umożliwiającymi sterowanie naszym zestawem audio placek. Przednia ścianka dość grubymi pionowymi frezami została podzielona na trzy płaszczyzny, z których lewa otrzymała taki sam jak w piecu okrągły włącznik, środkowa dwie okrągłe gałki: lewa Volume, a druga GAIN i MUTE, a prawa część frontu również gałkę, ale sterującą selektorem wejść. Plecy przedwzmacniacza, jak przystało na centrum dowodzenia oferują pięć wejść RCA, jedno XLR, dwa wyjścia RCA i jedno XLR i włącznik główny zespolony z gniazdem IEC.
Gdy stawiająca swoje warunki logistyczne końcówka mocy wraz z firmowym przedwzmacniaczem zajęły docelowe miejsce testowe, już od pierwszych dźwięków słychać było, że mamy do czynienia z rasową, uchodzącą za królewską klasą A. To niesie za sobą pewien sznyt grania, który zdecydowana większość audiofilów uważa za ikonę prezentacji materiału muzycznego w aspektach oddania barwy i gładkości. I z takim fenomenem za sprawą produktów z Krakowa mieliśmy do czynienia. Co więcej, drzemiący w piecu pochodzący z monstrualnego transformatora zapas mocy jako bonus implementował również do generowanych fraz muzycznych dodatkową dawkę przyjemnego dla ucha nasycenia dźwięków. To w zdecydowanej większości miało swoje zalety, ale w wartościach bezwzględnych dla miłośników poszukiwania latających w eterze żyletek może uchodzić za nadmierne słodzenie, a nawet zbytnie karmienie nas sterydami. Co prawda bardzo przyjemnymi w odbiorze, ale jednak w zestawie z już mającymi swój wkład w kolorowanie świata kolumnami mogącymi być lekkim przerysowaniem. Ale do rzeczy. Wspomniana specyfikacja układu elektrycznego dwutysiączki dawała mocno nasycony, ale dający pełny świetlistej góry obraz muzyczny. Próbując ustosunkować się do przywołanego przed momentem sztucznego pompowania dźwięku muszę oddać testowanej konstrukcji honor, gdyż pomijając moją aprobatę dla takiego postawienia sprawy nawet w najbardziej gęstych barwowo pasażach muzycznych w pełni kontrolowała najniższe tony. Ani razu nie zanotowałem szkodliwych „buczeń”, które przy braku umiejętności prowadzenia basu natychmiast dają znać o sobie w OPOSie na poziomie 69 Hz. Abyss bez najmniejszych problemów radził sobie z „sygnaturą” pomieszczenia, co dla wielu poważniejszych zagranicznych konstrukcji nie zawsze było takie oczywiste. Zatem tutaj mały plusik. Mając tak skonfigurowane wzmocnienie nie pozostało mi nic innego, jak korzystanie z wszelkich dobrodziejstw pełnymi garściami i na tacce napędu wylądował John Potter z twórczością Monteverdiego. Głęboki dźwięk wokalisty, skrzypiec i klarnetu barokowego pokazywały, jak z dużą dawką trzymanej pod pełną kontrolą gęstości można zaprezentować czerpiące dużo dobroci z takich artefaktów utwory. Może to wydać Wam się niedorzeczne, ale to odtworzenie bardzo mocno przypominało mi prezentację japońskich końcówek Accupchase A-200, ale nie w wartościach przesłodzenia, tylko umiejętnego podgrzewania atmosfery. I gdy dla pewnej grupy słuchaczy mogłoby to być zbyt „papuśne”, to dla mnie i mi podobnych odbiorców przy takim repertuarze idealnie trafiało w punkt. Dla podkręcenia atmosfery dodam jeszcze, że polskie wzmocnienie mimo ogólnego dociążenia dźwięku bardzo dobrze oddawało informacje o stroiku klarnetu, co często unika gdzieś w lejącej się czasem z zasilanych konkurencją kolumn zupie muzycznej. To już drugi punkcik. Kolejnym wyzwaniem dla Polaków był Bobo Stenson ze swoim trio w kompilacji „Cantando”. I tutaj swoje drugie imię pokazało owo dociążenie przekazu. Niestety każde działanie w jednym punkcie ma swoje odzwierciedlenie w nieco innym miejscu. O co chodzi? Gdy u J.Pottera wszystko było ok., to w wycyzelowanym ECM-owskim jazzie wyraźnie czuć było lekką ospałość niższego środka. Oczywiście nie było to na tyle szkodliwe, żeby degradować dźwięk, ale dało się wychwycić lekką wstrzemięźliwości w graniu kontrabasu i czytelności jego strun. Ni mniej nie więcej, tylko dostałem rasową konsekwencję zmiany ciężaru grania, która objawia się pogrubieniem kreski rysującej źródła pozorne. Jednak uspokajam wszystkich potencjalnych zainteresowanych, gdyż mimo takiego stanu rzeczy wirtualna scena oddana była bardzo dobrze. Może nieco bliżej niż z posiadanego na co dzień seta odniesienia, ale nie może być mowy o szkodliwym uśrednianiu, co wyraźnie sygnalizowali nie stąpający sobie po piętach grający na scenie muzycy. Analizując nieco bliżej aspekt lokalizacji dźwięków powiedziałbym, że wzmacniacz z Krakowa zaprasza nas do pierwszego, a nie jak to zwykle u mnie bywa piątego rzędu sali koncertowej, dlatego przywołany przed momentem niuans traktowałbym raczej jako zmianę punktu percepcji, a nie wskazywanie jakichkolwiek uchybień. Dla uspokojenia atmosfery jednak dodam, iż kontrola basu i nieco słodsza od wzmocnienia Reimyo, ale nadal bardzo dźwięczna góra sprawiały, że całość znakomicie się broniła, spychając ową delikatną niedoskonałość środka na nic nie znaczący margines odbioru. I gdy niechybnie zbliżałem się ku końcowi przygody z marka ABYSSOUND, nadszedł czas na rockowy materiał „Hail to the Thief” w wykonaniu grupy Radiohead. Znając niezbyt solidne podejście do masteringu realizatorów muzyki rockowej trzeba przyznać, że ta produkcja nie jest jakoś bardzo spaprana. Ba powiedziałbym nawet, że jest nieźle. Ale mimo takiego dotychczasowego odbioru tego krążka przewijający się przez cały dzisiejszy tekst sznyt mięsa w graniu idealnie wpisał się w oczekiwania tej może nie tak szaleńczej jak typowo metalowa muzy. Podbudowany bas fantastycznie pomagał operatorom wioseł osiągnąć przyjemne dla ucha kolorowe gitarowe riffy, nie zapominając przy tym również o samym wokaliście. Nie muszę chyba wspominać, iż takie artefakty najbardziej spektakularnie wypadały w uwielbianych przeze mnie wolnych wokalno –instrumentalnych pasażach. Dlatego też, z dużą dozą pewności to odtworzenie płyty będzie bardzo długo pewnym wzorcem dla kolejnych procesów testowych.
Jestem bardzo rad, że jeśli ktoś z Was bazując jedynie na rodzimych produktach zechciałby skompletować sobie zestaw do słuchania muzyki, bez najmniejszych problemów sporo wartościowych komponentów znajdzie w będącej dzisiejszym bohaterem krakowskiej ofercie. Samo zaawansowane wzmocnienie sygnału ma dwie twarze – odsyłam do stosownego testu, a jeśli jesteście miłośnikami winylu macie jeszcze do dyspozycji phonostage’a. Nic tylko brać na testy i konfigurować. Jednak wracając do naszej końcówki mocy ASX-2000 chciałbym jeszcze raz przywołać jej płynące z oferującego duży zapas mocy transformatora i topologii w klasie „A” masę i gładkość grania. Tutaj nie ma udawania, tylko pełna kontrola nad w pewnym zarezerwowanym dla tego projektu sposobem grania. Reasumując dzisiejsze spotkanie, po tych kilkunastu tygodniach obcowania z opisywaną końcówką jestem w stanie obiecać, iż tylko mocno przebasowione zestawy mogą mieć problemy natury „za dużo cukru w cukrze”, reszta raczej będzie czerpać samo najlepsze. Czy to Wasza bajka? Musicie sprawdzić sami. Ja po zapoznaniu się z możliwościami inicjującego wejście marki na rynek produktu Abyssounda na własnej skórze mimo posiadania kolumn już krążących wokół nasycenia nie miałem najmniejszych problemów w zakresie dobrej synergii. To co prawda był nieco inny punkt widzenia na słuchaną od lat muzykę, ale nic ponadto.
Jacek Pazio
Opinia 2
W dobie szalejących eko – krzyżowców i coraz „ciekawszych” pomysłów płynących wprost z brukselskich gabinetów widok rasowego, przywodzącego na myśl zamierzchłe czasy złotej ery High-Endu, A-klasowego pieca sprawia, że mięknie moje czarne serce. Zero czarowania fałszywą troską o globalne ocieplenie, pięcioma dużymi „A” z kilkoma plusami przy klasie energetycznej i innymi tego typu atrakcjami wywołującymi naprzemienne ataki furii i stanów lękowych u co bardziej obytych i osłuchanych audiofilów. W zamian za to surowość formy i czerpanie z pierwotnych a zarazem najlepszych wzorców jasno daje do zrozumienia, że oto mamy do czynienia z „zabawką” dla naprawdę dużych chłopców. W dodatku „zabawką” powstałą na naszym, rodzimym podwórku i co najważniejsze z zadziwiającą śmiałością gotową stanąć w szranki ze zdecydowanie bardziej utytułowaną konkurencją. Czemu o tym wspominam już na wstępie psując części Czytelników ewentualną niespodziankę? Cóż patrząc na powyższe zdjęcie nie sposób nie zauważyć, że zapowiada się przysłowiowa powtórka z rozrywki, czyli coś, co doskonale dane nam było poznać podczas kilkumiesięcznego obcowania z duetem ASP-1000 + ASX-1000, z tą tylko różnicą, że przenosimy się na wyższy i … przynajmniej na razie szczytowy poziom. Panie i Panowie, oto stereofoniczna końcówka mocy Abyssound ASX-2000.
Na początek pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż mając wątpliwą przyjemność kilkukrotnego przestawiania Abyssa podczas bytności w naszych skromnych progach potwierdziliśmy trzy, widoczne już na pierwszy rzut oka rzeczy. ASX-2000 jest niepokojąco duży, problematycznie ciężki i adekwatnie do gabarytów umięśniony. Oznacza to ni mniej ni więcej, tylko to, że cholernie niewygodnie się go przenosi (szczególnie w pojedynkę), niejako w trakcie tejże jakże nadwyrężającej kręgosłup czynności okazuje się, że przygotowane uprzednio miejsce jest niewystarczające, ale to wszystko momentalnie przestaje być ważne, gdy zdamy sobie sprawę, iż po wpięciu w system mamy szansę nie wysterować nim przysłowiowe płyty chodnikowe, ale i osiągnąć stan niebezpiecznie bliski audiofilskiej nirwanie. Nie wierzycie? W takim razie zapraszam do lektury.
Patrząc na testowaną w maju ubiegłego roku „mniejszą” odsłonę krakowskiej amplifikacji od postacią ASX-1000 i na dzisiejszy „mroczny obiekt pożądania” bez trudu można zauważyć nie tyle daleko idącą, co praktycznie stuprocentową unifikację. Bryła, za wyjątkiem 6cm różnicy w wysokości jest dokładnie taka sama. A nie, przepraszam – wygrawerowane w prawym dolnym rogu informacje różnią się jedną cyfrą (1 vs. 2) i tak po prawdzie nie mając skali odniesienia, bez postawienia obu ASX-ów obok siebie trudno bez sprawdzenia powyższego detalu wskazać który jest który. W związku z powyższym teoretycznie zasadnym byłoby odesłanie Państwa do części opisowej walorów estetycznych mniejszej końcówki naszego wcześniejszego artykułu, jednak nie byłoby to zbyt eleganckie rozwiązanie. Dlatego też poniżej akapit z małym trzy po trzy w wiadomym temacie.
Wykonany z masywnych płatów szczotkowanego i anodowanego na srebrno, bądź czarno aluminium dwuwarstwowy front, z czego środkową część stanowi warstwa głębsza a skrzydła warstwa wierzchnia. Za jedyne elementy dekoracyjne możemy uznać głęboko wyfrezowaną nazwę producenta i model urządzenia oraz … błękitną aureolkę okalającą centralnie umieszczony przycisk standby.
Zabezpieczone gęstą, metalową siatką otwory wentylacyjne na płycie górnej uczynnie wspomagają potężne radiatory zastępujące standardowe ściany boczne.
Tył końcówki również jest oazą spokoju i minimalizmu. Centralnie umieszczone gniazda RCA, okupujące dolne narożniki pojedyncze terminale głośnikowe i usytuowane pomiędzy nimi gniazdo zasilające z włącznikiem głównym niejako zamyka opis dostępnych interfejsów. Warto jednak wspomnieć o solidnych uchwytach znacznie ułatwiających przenoszenie krakowskiego monstrum.
A jak sprawy mają się wewnątrz? Cóż, tym razem ojciec projektu – dr inż. Juliana Studnickiego mógł popuścić wodze fantazji i po prostu twórczo się spełnić. Jeśli niejako na dzień dobry uświadomimy sobie, że ASX-2000 zdolny jest oddać w czystej klasie A 80 W przy 8 Ω i podwoić tę wartość (do 160 W) przy 4 Ω jasnym stanie się, że żarty się skończyły. Aby sprostać powyższym parametrom zadbano o odpowiednio wydajne zasilanie, czyli 1000 W (!!!) toroidalne trafo i imponującą baterię kondensatorów o łącznej pojemności 330 000 μF. Na stopień wyjściowy składa się dziesięć par tranzystorów pracujących w trybie push-pull a całość monitorowana jest przez dedykowany mikroprocesor. Patrząc na powyższą konstrukcję globalnie wypadałoby również wspomnieć o tym, że mamy do czynienia z układem dual mono, wyjątkiem jest wspólny dla obu kanałów toroid, pracującym bez globalnej pętli sprzężenia zwrotnego.
Ponieważ podczas odsłuchów ASX-2000 współpracował najczęściej z dokładnie już przez nas opisanym firmowym przedwzmacniaczem Abyssound ASP-1000 wspomnę tylko, że ze względu na brak wejść zbalansowanych w końcówce zdani byliśmy na połączenia przewodami RCA a przepinanie na nasz firmowy przedwzmacniacz Reimyo jedynie potwierdziło nasze wcześniejsze obserwacje, więc poniższa beletrystyka dotyczyć będzie li tylko (o ile to tylko możliwe) sygnatury samej końcówki.
Proszę tylko zbytnio nie obawiać się owej „sygnatury”, gdyż ASX-2000 zdecydowanie idzie krok, bądź nawet dwa w kierunku neutralności i transparentności dalej aniżeli jego mniejsze rodzeństwo. O ile wcześniej akcent kładziony był na homogeniczność i gładkość dźwięku, to tym razem wspomniane cechy nie dość, że zostały jeszcze dopracowane, to dodatkowo oparto je na zdecydowanie lepszej kontroli i w pełni autorytatywnej władzy nad praktycznie dowolnymi zespołami głośnikowymi. Proszę tylko spojrzeć z jakimi kolumnami przyszło pracować Abyssowi i proszę mi wierzyć, że niezależnie od nieraz mało akceptowalnych poziomów głośności, to nie on pierwszy rzucał ręcznik na matę. Co jednak istotne, owa władza absolutna nie miała nic wspólnego ze sztywną i bezduszną – typowo antyseptyczną, laboratoryjną reprodukcją, lecz była oczywistą pochodną drzemiącej wewnątrz niego mocy. Dodajmy, ze mocy dawkowanej mądrze, z umiarem i tylko w precyzyjnie serwowanych transzach, acz z jakąś taką całkowicie naturalną nonszalancją. Nie wiem, czy Państwo rozumieją o co mi chodzi, ale moc i potęga 2000-ki oddawana jest niejako bezwarunkowo, bez chwili zastanowienia i prężenia muskułów na pokaz. On jest silny „od urodzenia”, takim stworzyła go krakowska ekipa (taki audiofilski ekwiwalent Matki Natury) – nie został napakowany „końskimi” anabolikami na osiedlowej siłowni. Dlatego też świetnie odnajduje się zarówno w pełnej skupienia i „gry ciszą” jazzowej estetyce serwowanej np. na „Vägen” Tingvall Trio, jak i przepełnionym, wręcz kipiącym thrashowo-metalową energią ostatnim albumie „Dystopia” Megadeth. Żeby było jeszcze ciekawiej to właśnie na takim kakofoniczno – apokaliptycznym repertuarze jak na dłoni widać było, znaczy się słychać, wszelakiej maści różnice, niuanse i to zarówno czysto muzyczne, jak i produkcyjne. Żeby daleko nie szukać wystarczyło sięgnąć po poprzednie dokonanie Dave’a Mustaine’a czyli ewidentnie skopany w postprodukcji krążek „Super Collider”, po którym Abyss przejechał się potężna brona talerzowa po jałowym ugorze jasno dając do zrozumienia, że z tej mąki chleba nie będzie. Tutaj nie było prób negocjacji, czy też brania jeńców. Kilka pierwszych taktów i cała dość żałosna prawda o nagraniu wylądowała na srebrnej tacy. ASX może nie piętnował suchości i wszechobecnej kompresji, ale też nie próbował niczego ukrywać wybór i decyzję pozostawiając słuchaczom. A ta nie mogła być inna, jak zmiana płyty, gdyż życie jest zbyt krótkie na próby doszukiwania się zalet tam, gdzie ich po prostu nie ma.
Co innego, gdy biorący udział w nagraniu stanęli na wysokości zadania i dali z siebie wszystko. Proszę tylko posłuchać „The Sound Of Silence” z albumu „Immortalized” Disturbed, toż to prawdziwy majstersztyk i to po prostu słychać. Jest moc, potęga, ale i głębokie skupienie idące w parze z niesamowitym nasyceniem zarówno pod względem barwowym, jak i emocjonlnym. Dodając do tego nie spotykaną aż tak często w tych rejonach muzycznych głębię sceny i precyzję ogniskowania źródeł pozornych spokojnie możemy przejść do zdecydowanie bardziej wymagającej strawy muzycznej. Wymagającej, gdyż w dzisiejszych, pełnych pośpiechu i chronicznego braku czasu realiach skupienie się na ascetycznych frazach „Hildegard of Bingen: Vocal Ensemble Music” Canty okazuje sie nie lada wyzwaniem. Jednak tym razem już od „O virtus Sapientie” wprost nie sposób było oderwać się od muzyki. Fenomenalnie oddana aura pogłosowa, całkowicie zaczernione tło i wszechogarniający spokój z przepięknie zarysowaną sceną i odseparowanym głosem prowadzącym wysuwającym się przed partie chóralne.
Czy topowy piec Abyssa jest zatem całkowicie transparentny i stanowi wzorcowy przykład niedoścignionego wzorca „drutu ze wzmocnieniem? Po części na pewno tak, jednak niezależnie od stosowanych przedwzmacniaczy dało się zauważyć w nim pewną, nader miłą mym uszom cechę minimalnego i niezwykle dyskretnego dosaturowywania, nasycania soczystości prezentowanych barw, przez co całość nabierała większej aniżeli w wartościach bezwzględnych należałoby od sprzętu laboratoryjnego oczekiwać organiczności. Czy to źle? W żadnym wypadku, dla mnie osobiście to jedna z wielu zalet Abyssa świadcząca o tym, że jego twórcy opierali się nie tylko na pomiarach, lecz i na tym co w Hi-Fi i oczywiście High-Endzie, do którego ASX-2000 bezdyskusyjnie należy najważniejsze – na dostarczaniu zwykłej przyjemności z odsłuchu.
Abyssound ASX-2000 to potężna i na standardowe, polskie warunki mieszkaniowe mocno absorbująca gabarytowo stereofoniczna końcówka mocy. Warto jednak pokonać oczywiste trudności natury logistycznej, by choć przez kilka dni dać jej pograć w naszym własnym systemie. W większości przypadków szanse na to, by wróciła do salonu audio będą nad wyraz nikłe, gdyż z przysłowiową świecą szukać podobnie wycenionej konkurencji mogącej równać się nie tylko pod względem budowy i osiągów, co przede wszystkim pod względem klasy i wyrafinowania oferowanego brzmienia. Duża klasa, i to dosłownie, w dodatku najprawdziwsza klasa „A”.
Marcin Olszewski
Producent: Abyssound
Cena: 36 900 PLN
Dane techniczne:
ASX-2000
Moc wyjściowa RMS: 80 W/8 Ω, 160 W/4 Ω
Czułość wejściowa RMS: 1,2 V
Wzmocnienie: 29 dB
Pasmo przenoszenia (-3 dB,1W): 7 Hz – 80 kHz
Stosunek S/N: > 106 dB
THD: 0,019 %
Impedancja wejściowa: 30 kΩ
Napięcie zasilania: AC (50-60 Hz) 220-230 V
Pobór mocy:
– podczas pracy: min 450W – max 1200 W
– w trybie czuwania: <3W
Wymiary (S x W x G): 540 x 265 x 540 mm
System wykorzystywany w teście:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz liniowy: Reimyo CAT – 777 MK II; Abyssound ASP-1000; Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy Reimyo: KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”; Avcon Avalanche Reference Monitor; Audio Solutions Vantage; Bowers&Wilkins 802D3
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Najnowsze komentarze