Opinia 1
Pierwszy kontakt za 110-ką uzbrojoną w kwadrę lamp KT-150 mieliśmy już w październiku ubiegłego roku i prawdę powiedziawszy nic nie wskazywało, żeby w jej teście miało nam cokolwiek przeszkodzić. Jednak tuż przed „produktową” sesją fotograficzną otrzymaliśmy z Nautilusa – krakowsko – warszawskiego dystrybutora marki informację, że model ten właśnie jest wycofywany a jego miejsce lada moment ma zająć gruntownie przeprojektowana wersja z dopiskiem SE. Dlatego też zamiast sztucznie utrzymywać przy życiu model właśnie odchodzący do lamusa grzecznie spakowaliśmy posiadany na stanie egzemplarz, odesłaliśmy gdzie trzeba i uzbroiliśmy się w cierpliwość. Jak się jednak okazało ów „lada moment” nieco się przeciągnął i suma summarum dopiero teraz z radością możemy z Państwem podzielić się własnymi obserwacjami z użytkowania najnowszej inkarnacji Octave V 110 SE. Jednak w ramach rekompensaty recenzja nie będzie dotyczyć li tylko samego wzmacniacza, lecz również opcjonalnie dostępnego modułu zasilającego Super Black box.
Jak, mam cichą nadzieję, widać na powyższych zdjęciach, które w przeciwieństwie np. do tych wykorzystywanych przez Naszą Szanowną Konkurencję (HFC) pokazują rzeczywisty obiekt niniejszego testu a nie stockowe materiały prasowe (z lampami KT120), V 110 SE idealnie wpisuje się w niemiecki kanon piękna lata temu zaprezentowany szerokiemu gronu zainteresowanych przez Andreasa Hofmanna. Nieco industrialna bryła nie jest, jak u większości lampowców, płaską platformą noszącą na swym grzbiecie oczywistą „szklarnię” i kubki traf, lecz dzięki prostemu zabiegowi konstrukcyjnemu nieco bardziej skomplikowanym obiektem audiofilskich westchnień. Oczywiście niewysoki front zdobią jedynie dwa pokrętła –lewe pełniące rolę selektora źródeł i prawe odpowiedzialne za regulację siły wzmocnienia, oraz centralnie umieszczone czernione okno pseudo wyświetlacza za którym ukryto informacyjne diody wskazujące nie tylko aktywne źródło, co stan pracy jednostki i … poprawność parametrów pracy lamp wyjściowych. Tak tak, po raz kolejny Octave nie posiadając automatycznej regulacji biasu pozwala nawet osobom zupełnie nieobeznanym z materią spokojnie sobie z owym zagadnieniem poradzić. Wystarczy bowiem przełączyć wzmacniacz w tryb pomiarowy (pozycja BIAS) a następnie zgodnie z instrukcją zinterpretować wyświetlane kombinacje kolorystyczne (czerwone, zielone, żółte) diod przypisanych konkretnym lampom pracującym w stopniu wyjściowym, a jeśli odczyty odbiegają od zalecanych wartości to z pomocą znajdującego się w komplecie śrubokręta owe wartości skorygować. Od razu nadmienię iż otwory regulacyjne znajdują się w szybce displaya, więc ergonomia całej operacji jest idealna. Płaszczyznę górną podzielono na umowne trzy strefy. Pierwszą linię frontu podniesiono niemalże do poziomu górnej krawędzi płyty czołowej a następnie wydrążono w niej otwory umożliwiające wpuszczenie w nie trzech lamp sekcji przedwzmacniacza. Efekt wizualny takiego posunięcia jest nad wyraz ciekawy gdyż postronny obserwator widzi tylko ok. dwucentymetrowe szklane łepki stanowiące przedpole dla kwadry zamocowanych w wyściełanym szczotkowaną blachą wąwozie lamp KT-150, za którymi z kolei wznosi się pionowa ściana prostopadłościennej osłony transformatorów. Włącznik główny umieszczono na lewym boku.
Plecy Octave nie pozostawiają złudzeń, że producent do tematu podszedł w sposób bezkompromisowy i o czymś zapomniał. Mamy zatem nie tylko możliwość sterowania trybem pracy wzmacniacza za pomocą przełącznika hebelkowego i wybór pomiędzy standardowym (Eco off), trybem Eco (Eco on) i Amp off zalecanym w czasie używania jedynie sekcji przedwzmacniacza, następnie wejścia na (opcjonalny) wbudowany phonostage MM/MC ze stosownym zaciskiem uziemienia i przełącznik mocy oddawanej przez stopień wyjściowy (Low 70W i High 110W). Od razu uwaga natury technicznej. Ustawienie High dedykowane jest dla lamp KT120 i KT150, natomiast LOW dla KT88. 6550, KT90 i KT100.
Piętro niżej, w równym rządku, ulokowano trzy pary wejść liniowych RCA, parę wyjść do rejestratora analogowego, parę wejść dla kanałów przednich w źródłach wielokanałowych, regulowane wyjście z przedwzmacniacza i już w standardzie XLR kolejne wejście liniowe. Zmierzając ku prawemu narożnikowi napotkamy solidne, pojedyncze terminale głośnikowe, port dla zewnętrznego zasilacza i zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC. Oczywiście w komplecie nie zabrakło nad wyraz pancernego a przy tym minimalistycznego pilota zdalnego sterowania wyposażonego jedynie w dwa duże przyciski umożliwiające regulację głośności.
Warto również nadmienić, iż V 110 SE jest pierwszym urządzeniem Octave oferującym zdolność dopasowania parametrów pracy do podpiętych pod nie głośników. Otóż użytkownik bądź to na drodze empirycznej, czyli odsłuchów, bądź bazując jedynie na dostępnych charakterystykach posiadanych kolumn ma możliwość wyboru trzech wartości współczynnika tłumienia – LOW, MED i HIGH, które dokonuje się poprzez wymianę pojedynczej lampy w sekcji przedwzmacniacza – sterującej opisanej przez Octave jako V5 (skrajna prawa). W telegraficznym skrócie 110-ka prosto po wyjęciu z pudełka jest fabrycznie ustawiona w trybie „MED” z zamontowaną ECC 81 (12AT7) produkcji Tung-Sola. Zgodnie z zapewnieniami producenta „ustawienie to jest optymalne dla współczesnych kolumn wyposażonych np. w duże głośniki średniotonowe, z wyraźnie wznoszącą się charakterystyką impedancji w zakresie środka pasma”. Ustawienie HIGH – czyli z lampą ECC 83 (12AX7) i tu kolejny cytat „sprawdzi się idealnie w przypadku głośników elektrostatycznych (dipolowych), które zazwyczaj mają bardzo niską impedancję w zakresie średnio-wysokotonowym – wyższy współczynnik tłumienia doskonale skoryguje tutaj typowy spadek efektywności w zakresie wysokotonowym. A z kolei tryb LOW i lampa ECC 82 (12AU7) dedykowane są konstrukcjom wysokoefektywnym (także tubowym), którym zdarza się zabrzmieć ostro i inwazyjnie przy pracy ze wzmacniaczami o standardowym lub wysokim współczynniku tłumienia. Od razu nadmienię, że podczas redakcyjnych testów zdecydowaliśmy się na tryb fabryczny – MED, dzięki czemu w obu naszych systemach wzmacniacz pracował na takich samych ustawieniach.
Gruntowne odświeżenie trzewi i znaczące zwiększenie wydajności sekcji zasilającej sprawiły, iż oznaczona dopiskiem SE 110 zyskała nie tylko drugi oddech, co wręcz drugą młodość. Niby i przy poprzedniej wersji można było korzystać z dobrodziejstw pisankopodobnych baniek KT150, jednak po pierwsze po implementacji ww. wielkanocnych jaj niemożliwym stawało się założenie ochronnej klatki, co przy małych dzieciach, bądź domowych, luźno wałęsających się po domu zwierzakach okazuje się koniecznością a po drugie znacząco wzrastała temperatura, do jakiej po kilkudziesięciu minutach pracy, dochodziła obudowa. Tymczasem V 110 SE nawet po kilkunastogodzinnych odsłuchach (były dni, gdy katowałem ją po 14 godzin ciągłego grania) była w tzw. temperaturze pokojowej. Oczywiście nie licząc samych lamp i osłony sekcji przedwzmacniacza. W dodatku nawet bez wspomagania Super Black boxem dynamika i wolumen generowanego przez tytułową integrę budziła mój niekłamany podziw i szacunek. Począwszy od włączonej niejako na rozgrzewkę a bezlitośnie wgniatającej w fotel „13” – ki Black Sabbath na patetycznie symfonicznych „Rhapsodies” pod Stokowskim ani razu nie udało mi się przyłapać Octavy nawet na najmniejszej próbie odpuszczenia czy to najniższych składowych, czy impetu uderzenia. Można byłoby wręcz przypuszczać, że pod względem właśnie bezpośredniości i bezwzględności ataku już, przynajmniej na rozsądnych pułapach cenowych, raczej nie da się więcej w tej materii osiągnąć i byłaby to prawda gdyby nie … dostarczony wraz z niemiecką integrą Super Black box, który 110-kę wprowadza na zupełnie inną orbitę możliwości. Jak się bowiem okazuje dziesięciokrotnie zwiększający pojemność filtrującą SBb czyni cuda większe aniżeli cena w jednej z ogólnopolskich sieci obuwniczych. Dźwięk dostaje bowiem takiego rozpędu jakby nie tylko legendarny Chuck Norris, ale sam Ronaldo potraktował go „z buta”. Poprawie ulega dosłownie wszystko, ze wspomnianą dynamiką i rozdzielczością włącznie. A właśnie. Niby bez wspomagania Octave’a świetnie sprawdza się podczas cichych wieczorno – nocnych odsłuchów, to dopiero podpięcie SBb pookazuje, że wcześniej nam się tak tylko zdawało, gdyż dopiero teraz wkraczamy w świat niuansów, półcieni i mikro detali zarezerwowanych wyłącznie dla amplifikacji z najwyższej półki. Powiem wręcz, że akurat na tym polu Octave deklasuje nawet nomen omen świetnego Accuphase’a E-470 , czy Ayona Spitfire . Po prostu wystarczy usiąść, włączyć „Misa Criolla” Ramireza z Mercedes Sosą i poczuć prawdziwe sacrum towarzyszące kreolskiemu misterium. Jeśli dodamy do tego fenomenalne odwzorowanie zarówno akustyki pomieszczenia, jak i samego ustawienia wokalistów jasnym stanie się, że do czasu aż nie wybrzmią ostatnie dźwięki zarejestrowane na tym albumie nikt nie ruszy się ze swojego miejsca. Myliłby się jednak ten, kto podświadomie oczekiwałby stereotypowo i jak widać na załączonym obrazku zupełnie niesłusznie, przypisywanych Octave zbytniej analityczności, czy wręcz kliniczności. Nic z tego drodzy Państwo. Czasy, gdy powstające w Karlsbad urządzenia określano mianem lampowych tranzystorówi dawno temu odeszły do lamusa. Obecnie jest to niezwykle homogeniczny konglomerat jedwabistej gładkości, nasyconych i soczystych barw ujętych w karne ryzy motoryki oraz sprężystego, lecz niezwykle nisko schodzącego basu. W dodatku jest to wzmacniacz obok którego wszyscy miłośnicy zrealizowanych z iście hollywoodzkim rozmachem ścieżek dźwiękowych po prostu nie powinni przejść obojętnie. I wcale nie chodzi tu o atakujące nasze trzewia iście kakofoniczne spiętrzenia dźwięków z „300: Rise of an Empire” Junkie XL, gdyż w zupełności wystarczy niezwykle zróżnicowany pod względem tempa i dynamiki klasycznie symfoniczny „Maleficent” Jamesa Newtona Howarda, aby zorientować się, że wpiąwszy w tor Octave 110 SE z Super Black boxem raz na zawsze pozbyliśmy się problemu z kompresją nawet na niemalże koncertowych poziomach głośności. Oczywiście o ile nasze kolumny zdołają tylko takiemu wyzwaniu podołać.
Tytułowy lampowiec to jednak nie tylko wykop, spektakularność i fenomenalny wgląd w nagranie, gdyż bez najmniejszego problemu zdolny jest przemienić się w prawdziwego mistrza klimatu i nastroju. Co prawda włączając „Quelqu’un m’a dit” Carli Bruni miałem pewne obawy, czy aby na pewno ex-modelka powinna się na testowej playliście pojawić, lecz zaledwie po kilku gitarowych akordach i wyszeptanych zmysłowo matowym głosem frazach nie miałem najmniejszych wątpliwości, ze mój wybór był trafny. 110-ka zamiast piętnować braki czy to wokalne, czy warsztatowe i realizatorskie skupiła się bowiem na podkreślaniu intymności nagrania. Reprodukowała niemalże holograficzny obraz Bruni z takim pietyzmem i podsuwała go na tak nieznaczną odległość, że „oczyma duszy” widziałem jak wiotka Włoszka pochyla się nad moim ramieniem, by wyszeptać kolejne wersy. Elektryzująca wizja, nieprawdaż? Wróćmy jednak na ziemię. Na ww. albumie ilość sybilantów sprawia, że na większości systemów wypada on mocno szeleszcząco. Tymczasem Octave nie odfiltrowując i nie zaokrąglając ich potrafiła osiągnąć poziom realizmu znany nam z życia codziennego. Przecież rozmawiając twarzą w twarz z osobą sepleniącą nie słyszymy, bądź może lepiej byłoby powiedzieć, nie odbieramy jego wady wymowy jako czegoś definitywnie nieprzyjemnego i raniącego nasze uszy. Podobnie jest przecież z instrumentami smyczkowymi, które „na żywo” charakteryzuje natywna chropawość i szorstkość, które odbieramy jako oczywiste i im właściwe. Zaciera się zatem cienka granica pomiędzy standardowym, biernym odsłuchem a czynnym – fizycznym uczestnictwem (oczywiście w roli widza) w konkretnym spektaklu muzycznym.
Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z amplifikacją idealną i doskonałą? Niestety w tym momencie muszę ze smutkiem stwierdzić, że nie, ale droga jaką obrało Octave jest w 100% zgodna z moim poczuciem piękna i realizmu. A czemu Octave V 110 SE z Super Black box ideałem nie jest? Nie jest, bo być nie może. Musi bowiem uznać wyższość m.in. flagowego, dzielonego seta Jubilee. Jest jednak zadziwiająco blisko wstąpienia na rodzinne podium a biorąc nieprzyzwoicie korzystną relację jakość/cena wydaje się wręcz idealną propozycją dla wszystkich tych, którzy pragnąc osiągnąć we własnych czterech kątach iście high-endową jakość muzycznych doznań kierują się zarówno słuchem, jak i rozsądkiem a zakup tytułowej amplifikacji z turbodoładowaniem wszystkie powyższe kryteria spełnia z nawiązką.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Convert Technologies Plato Lite
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Prawdopodobnie zauważyliście, iż od jakiegoś czasu świat audio usilnie zmusza nasze amplifikacje do oddawania coraz to większych mocy. Oczywiście podyktowane jest to zapotrzebowaniem na Waty najnowszych, bardzo obciążających je zespołów głośnikowych. I teoretycznie nie było w tym nic dziwnego, dopóki to polowanie na moc dotyczyło piecyków tranzystorowych. O co chodzi? O nic innego, jak obecna pogoń za dostarczanym do kolumn prądem z przecież dla wielu przeciwników ułomnych wzmacniaczy lampowych. Do niedawna temat wydawał się prosty. Lampa to zabawa z kolumnami łatwymi do napędzenia, a tran prawie nieograniczony przyziemnymi sprawami jak wydajność prądowa pozwalał na zdecydowanie większą wolność wyboru paczek. Niestety, świat idzie do przodu i konstruktorzy potomków radiostacji z II Wojny Światowej stwierdzili, iż nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Ok., wolno im. A jak to realizują? Gdy spojrzymy na rynek, okaże się, że są dwa nurty osiągnięcia zadanego celu. Jeden to konstruowanie coraz to nowszych, czasem bardzo rozbudowanych projektów, a drugi w momencie przekonania pomysłodawców o solidności konstrukcyjnej dotychczasowego modelu temat dodatkowej energii zamyka wymiana lamp na mocniejsze i drobna korekta obsługujących je prądów. Oczywiście, to nie jest tak, że do tej pory nic się w tej materii nie działo, gdyż ów proces już jakiś czas trwa, ale obecnie nabrał wiatru w żagle. To jest na tyle mocny trend, że nawet nie zdążyliśmy się obejrzeć, gdy niegdysiejsze owiane kultem i namaszczone sznytem wizualnym lampki KT88 obecnie swoim oznaczeniem dogoniły cyferkę 150 i przybrały postać wielkanocnego jajeczka. A to wszystko w imię dorównania uważanym przez wielbicieli lamp w torze za bezduszne tranzystorom. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale przypomina mi to lansowany w Europie nurt „Gender”, gdyż z jednej strony lampiaki nie wiedzieć czemu zaczęły poszukiwać dużych mocy, a z drugiej ostatnio słuchałem kilka konstrukcji półprzewodnikowych w tym aspekcie stawiających na ilościowy minimalizm. Po prostu świat oszalał. Nie wiem, co na dłuższą metę z tego wyniknie, ale osobiście będąc nastawionym do tematu dość konserwatywnie unikałbym trudnego do zrealizowania szukania w szklanych bańkach czegoś, co jest domeną tranzystorów. Owszem, zawsze się da, ale czy warto? I właśnie o tym będziemy dzisiaj dywagować. Zatem zapraszam na sprawozdanie z pola walki najnowszej odsłony niemieckiego wzmacniacza lampowego OCTAVE V 110 SE, wspomaganego firmowym bankiem dodatkowych kondensatorów SUPER BLACK BOX ze stacjonującą u mnie rodem z Japonii tranzystorową myślą techniczną. A co takiego ciekawego niesie ze sobą ów piec? Oczywiście spinając cały dotychczasowy tekst w nadającą mu klamrę oznajmię, że w testowej wersji zaproponowano najnowsze, pozwalające wykrzesać jeszcze więcej niż dotychczas mocy lampy KT 150. Co prawda z tego co udało mi się dowiedzieć, nie obyło się to bez drobnych zmian układu elektrycznego, ale suma summarum baza jest ta sama, dlatego możemy mówić o kolejnej wersji znanego już od kilku lat produktu teraz oznaczonego dodatkowym piktogramem „SE”. Puentując wstępniak dodam, iż rzeczoną V110-kę w moich okowach zawdzięczamy krakowsko-warszawskiemu dystrybutorowi Nautilus.
Bryła tytułowego wzmacniacza swoim wyglądem bardzo mocno nawiązuje do typowych konstrukcji lampowych, czyli przód górnej płaszczyzny jest czymś w rodzaju platformy dla wykorzystanych w układzie elektrycznym lamp próżniowych, a tył górującym nad nimi pojemnikiem na obsługujące wzmacniacz transformatory. Dla przełamania wyglądu opatrzonego przez wielokrotne powielanie przez innych producentów wyglądu skrzynki wzmacniacza środkowy segment obudowy z lampami mocy (w tym przypadku KT150) w stosunku do jego przedniej części z lampami sterującymi tworząc pewnego rodzaju kanion lekko obniżono. Front ubrano w dwie usytuowane na zewnętrznych flankach funkcyjne gałki (lewa wybór wejść i wprowadzanie w stan sprawdzania prądów podkładu lamp mocy, a prawa głośność) i centralnie umieszczony, informujący nas o stanie urządzenia wyświetlacz. Gdy spojrzymy na tylny panel przyłączeniowy, z przyjemnością odnotujemy, iż znajdziemy tam kilka wejść liniowych w standardzie RCA, jedno XLR, wejście na przedwzmacniacz gramofonowy, przelotkę PRE-OUT, pojedyncze terminale kolumnowe, gniazdo zasilające i port dla podłączenia wspomnianego POWER BOX-a. Jeśli chodzi o wygląd tego ostatniego, temat jest banalny, gdyż jest to zwyczajna aluminiowa skrzynka z diodą na froncie i na stałe zamocowanym kablem spinającym go z docelowym wzmacniaczem. Jak widać, prostota, prostota i jeszcze raz prostota. A jak to się ma do możliwości sonicznych, postaram się w miarę zwięźle zaprezentować w poniższym tekście.
Cóż takiego stało się, gdy z 200W z tranzystora przerzuciłem się na połowę tegoż watażu z lampy? Zdziwiłby się ten, kto sądzi, że idąc za powielanym stereotypem na temat Octave dźwięk nie tętnił próżniowym brzmieniem. Owszem, wyroby tego producenta często postrzegane są jako lampowo grające trany, ale recenzowany piec przy dobrym panowaniu nad rzetelnością oddania niuansów wirtualnej sceny muzycznej zdawał się zgrabnie omijać tę szufladę, gdyż przez cały przyjemnie spędzony z nim czas dźwięk nosił wyraźny nalot szklanych baniek. Co dziwne, przy dobrej plastyce odnotowałem lekkie cofnięcie się nasycenia średnicy. Nie, żeby nagle rwać włosy z głowy, ale w tym aspekcie delikatnie przypominał, iż lampa lampą, jednak według niego zbytnie przesłodzenie projektu muzycznego też nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem. Tutaj uspokajam, owszem, to było słychać, mimo to ogólne postrzeganie brzmienia nic na tym nie cierpiało celując jedynie w nieco inny sznyt grania. Oczywistym faktem przyjemnie brzmiącego wpływu lampek w torze było balsamiczne złagodzenie rysunku poszczególnych bytów na scenie. Czy to dobrze, czy źle zależeć będzie od obozu, który okupuje dany opiniodawca. Jednak co ważne, przy wszystkich wyartykułowanych niuansach rozbudowanie w wektorach szerokości i głębokości goszczącej artystów sceny muzycznej nie pozostawiało nic do życzenia. Owszem, słyszałem zdecydowanie większe połacie tylnych planów, ale to pociąga za sobą dramatycznie większe wydatki, dlatego prezentację recenzowanego wzmacniacza oceniam na bardzo dobrą. Na tyle dobrą, że nawet podczas bardzo wymagających realizacji Jordi Savalla ani razu nie złapałem V110-ki na problemach oddania wielkości kubatury kościelnej, w jakich często realizuje swoje projekty. Ale od razu zaznaczam, mówię o wielkości, a nie oddaniu panującej tam aury, gdyż dla mnie są to nieco inne kwestie. O co chodzi? Już wyjaśniam. Weźmy na przykład koncertową realizację „Llibre Vermell De Montserrat”. We wszystkich zakamarkach sonicznych tego wydarzenia propozycja Octave radziła sobie wyśmienicie. Gładkość wokalistyki, brak szorstkości w brzmieniu poszczególnych instrumentów, ba nawet wspomniane gdzieś na początku delikatne przesuniecie w górę środka ciężkości średnich tonów było bez znaczenia. Jedynym, czego mi w tym odtworzeniu gdzieś w głębi duszy brakowało, to będąca pochodną lamp w torze nieco inna niż z mojego tranzystora świeżość dźwięku. To zaś powodowało, iż momentami odczuwałem braki w oddaniu panującego podczas koncertu chaosu w przestrzeni pomiedzy posadzką, a sklepieniem budowli. Jaki chaos? Jak to jaki. Przecież osiągana przez kościoły wysokość zawsze wprowadza niekontrolowane, trudne do pełnego opanowania podczas nagrywania żywo odbicia od ścian, a tym przypadku nie należy zapominać dodatkowo o licznie zgromadzonej publiczności. Oczywiście mówię teraz o niuansach, jednak w naszej zabawie one są bardzo ważne, dlatego o nich wspominam. Niemniej jednak nie przejmujcie się, mam rozwiązanie. Aby idealnie wykrzesać z każdej płyty wspomniane artefakty, nie musimy daleko szukać. Wystarczy udać się do dystrybutora i nabyć topowy model tego brandu – Jubilee i temat jakości dźwięku we wszystkich zakresach mamy rozwiązany. Tymczasem, jeśli nasze drogi biegną przez zadane przez tytułowy wzmak rejony cenowe, musimy liczyć się z kompromisami. I nie wpadajcie w rozpacz, gdyż bez względu na osobiste uwielbienie tego co mam na co dzień, wiem, że to również jest pewien zbiór trudnych dla konstruktora ograniczeń decyzyjnych. Ok. zostawmy bardzo wymuskaną realizacyjnie muzykę dawną i przejdźmy do bardziej przyziemnych nurtów muzycznych, jakim w drugiej kolejności będzie free-jazz w wydaniu Jona Zorna i jego krążka „Masada Live In Sevilla 2000”. W tym przypadku mimo słuchania kolejnej kompilacji koncertowej wrażenie braku bycia tam i wtedy odeszło w niepamięć. Naturalnie, masa dęciaków mogłaby być nieco większa, ale szaleństwo repertuarowo-wykonawcze spychało analizowanie podobnych spraw na całkowity margines. I powiem szczerze, gdy ostre traktowanie rysunku instrumentów przez mój zestaw zawsze bardzo mnie cieszy, to homogeniczna prezentacja w wydaniu niemieckiego bohatera również dostarczyła mi wiele ciekawych doświadczeń sonicznych tworząc jedynie nieco przyjaźniejszy dla ucha posmak gładkości. Zostawiając wątek wyrazistości poszczególnych dźwięków dodam, iż implementacja najmocniejszej odmiany lamp ze stajni KT (w tym przypadku KT150) pozwoliła wzmacniaczowi bardzo swobodnie panować nad dolnymi partiami pasma akustycznego. Dlaczego to ważne? Wyobraźcie sobie pełen szaleństwa pasaż szybkich szarpnięć strun kontrabasu. Gdy nad samą ostrością ich ataku można przejść w dość swobodny sposób do porządku dziennego (jeden lubi żyletki w eterze, a inny polewę lukrową), to brak kontroli nad wybrzmiewaniem strun, a nie daj Boże grania samym rozlazłym pudłem rezonansowym spowodowałoby jedną długotrwałą „bułę”, a nie realizację zapisanych gdzieś w głowach artysty składających się w całość poszczególnych ich ataków. W tym temacie Octave stanął na wysokości zadania. Zatem w jakich rejonach muzycznych powinniśmy bliżej przyjrzeć się niemieckiej myśli technicznej? Jedyne co przychodzi mi do głowy i co nausznie sprawdziłem, jest muzyka elektroniczna. I tutaj również uczulam na nie branie moich słów jako wyroczni, tylko zachęcam do osobistej konfrontacji. Co by jednak nie mówić, zawsze posmak lampy odciśnie piętno na wszelkich przestrach, piskach i przeszkadzajkach, dlatego też tylko od stopnia zafiksowania na odpowiednio mocne niszczenie swojego narządu słuchu zależeć będzie subiektywna ocena danej prezentacji. Ja odebrałem ją jako dobrą, ale wiem, że ortodoksyjni fani mogą się buntować i nie pomoże tutaj dobra kontrola nad niskimi pomrukami i swoboda w środkowej części pasma. Dla nich ważne będzie z założenia oczekiwane zmęczenie narządów słuchu, a nie jak w przypadku Octave V110SE odpoczynek ośrodków mózgowych podczas słuchania przyjemnie podanej muzyki.
Jak w skrócie opisałbym testowany wzmacniacz zintegrowany Octave V 110 SE? Tak, otrzymujemy większą moc, za sprawą której odczuwamy więcej swobody w generowaniu świata muzyki. Idźmy dalej. Ów przyrost mocy, co również jest nie do przecenienia, znacznie powiększa wachlarz współpracujących z nim kolumn. Ale według mnie jeden aspekt wybija się ponad wszystko. Jaki? Przy wkraczających już w rejony konstrukcji tranzystorowych zapasach energii V110-ka nie zapomina o swoich korzeniach. To zaś sprawia, że gdy tylko jest ku temu dobra sposobność nadania muzyce elementów magii, bez nachalnej dominaty implementuje we wzmacniany dźwięk zarezerwowany dla szklanych baniek posmak intymności, gładkości i homogeniczności. Zatem w obliczu takiego stawiania sprawy, czy z naszym bohaterem wszystkim będzie po drodze? Nie jestem alfą i omegą, ale biorąc pod uwagę moje mocno nastawione na gęstość przekazu i granie papierem kolumny jestem w stanie stwierdzić, iż docelowy system musiałby być ukierunkowanym w stronę przegrzania i przysadzistości zlepkiem nieudanych decyzji zakupowych, aby mocna 110-ka nie potrafiła wykrzesać z niej odpowiedniej dawki witalności. Jednak czy mój wywód jest choćby w najmniejszym stopniu trafny, potwierdzą jedynie Wasze osobiste przygody, do czego serdecznie zachęcam.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Nautilus / Octave.pl
Ceny:
Octave V 110 SE: 29 900 PLN
Super Black box: 9 900 PLN
Dane techniczne:
Octave V 110 SE
Lampy: 4 x KT150, 2x Electro Harmonix ECC 81(12AT7), Tung-Sol ECC 81 (12AT7)/ ECC 82 (12AU7) / ECC 83 (12AX7)
Konfiguracja: Push-pull
Wykończenie: Aluminium w kolorze srebrnym lub czarnym
Dodatkowe moduły: Zasilacze Black-Box lub Super Black Box, moduł przedwzmacniacza gramofonowego MM / MC
Wejścia: 1 x XLR, 5 x RCA, 1 x RCA (AV), 1 x gramofonowe (opcja)
Moc wyjściowa: 2 x 110 W (sinus), 2 x 130 W (maks.) / 4 Ω
Wzmocnienie (LOW/MED/HIGH): 34dB / 37 dB / 38 dB
Współczynnik tłumienia (LOW/MED/HIGH): 5 / 7,2 / 10
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 70 kHz, 90 W, -1 / -3 dB; 5 Hz – 70 kHz, 10 W, -0 / -2 dB
Zniekształcenia harmoniczne (THD): <0,1 % (10 W / 4 Ω)
Stosunek sygnał / szum (S/N): >100 dB
Minimalne obciążenie: 2 Ω
Czułość wejściowa: 270 mV (RCA)
Impedancja wejściowa:: 50 kΩ (RCA), 25 kΩ (XLR)
Przesłuch międzykanałowy: 55 dB
Poziom napięcia wyjściowego PRE: 5 V
Impedancja wejściowa: MC: 500 Ω, MM: 47 kΩ
Pobór mocy: <20 W (tryb Eco), 190 W (bez sygnału muzycznego), 500 W (pełna moc)
Wymiary (S x W x G): 451 x 175 x 415 mm (490 mm po podłączeniu Black Boxa)
Waga: 22.7 kg
Super Black Box
Wymiary (S x W x G): 203 x 149 x 360 mm
Waga: 7,5 kg
Przewód zasilający: 90 cm
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 1
Dawno, dawno temu, czyli jakieś dwadzieścia lat temu, gdy polski rynek audio dopiero budził się do życia zamiast karnie przesiadywać na wykładach zdecydowanie bardziej wolałem zszywać się w jednym ze stołecznych salonów i wzdychać do odsłuchiwanych urządzeń. Jedną z moich ulubionych wtenczas marek była francuska Micromega i jej dwa odtwarzacze z serii Stage – 5 i 6. Oba oferowały nie tylko fenomenalną rozdzielczość, przestrzenność, lecz i sporą dawkę nieprzewidywalności. Po prostu decydując się na ich zakup wypadało mieć nadzieję i szczęście modląc się w duchu, by sztuka zdjęta z półki nie była zbyt kapryśna i po prostu działała. Może w dzisiejszych czasach wydaje się to niewyobrażalne, jednak najwidoczniej wtenczas audiofile mieli więcej cierpliwości i wyrozumiałości dla tego typu egzotyki. Wystarczyło bowiem przestrzegać kilku prostych zasad z których nadrzędne dotyczyły inwestycji w jakąś sensowną listwę filtrującą i niewyłączania odtwarzacza, który w zamian odwdzięczał się fenomenalnym brzmieniem.
Czemu o tym piszę? Bynajmniej nie dlatego, że zebrało mi się na wspominki, lecz z okazji bohatera dzisiejszej recenzji – przedstawiciela najnowszej generacji urządzeń Micromegi – wszystkomającego all-in-one’a M-One 100.
Nie ukrywam, że ustalając niuanse natury logistycznej z dystrybutorem marki – warszawskim Focal Polska FNCE S.A., miałem ambiwalentne uczucia. Z jednej strony byłem szalenie ciekaw cóż tam wysmażyli miłośnicy żabich udek i ślimaków winniczków a z drugiej bałem się, że ktoś próbuje ekshumować twór, który przynajmniej w mojej świadomości zakończył swoją działalność serią Minium próbując wciskać nieświadomym niczego klientom przepakowanego we własną obudowę apple’owskiego Airport Expressa. Całe szczęście pierwszy kontakt w tzw. okamgnieniu rozwiał moje wątpliwości. Wykonany z jednego bloku aluminium korpus w kolorze Imperial Red już na dzień dobry wywoływał ewidentnie motoryzacyjne skojarzenia (Ferrari) a dalsze kontakty organoleptyczne tylko owe pozytywne wrażenie umacniały. Weźmy na ten przykład dwa wyświetlacze – pierwszy, centralnie umieszczony na froncie ze zintegrowanym wyjściem słuchawkowym i drugi znajdujący się na ściance górnej nie dość, że ułatwiający obsługę podczas sterowania urządzeniem znajdującymi się na jego obrzeżach przyciskami, lecz również ułatwiający odczyt wskazań w momencie, gdy zamiast ustawiać Micromegę na stoliku … powiesimy ją na ścianie. Tak tak, M One podobnie jak ostatnio recenzowany przez nas Devialet Expert 440 Pro przystosowana jest zarówno w pozycji poziomej, jak i pionowej, co w we wnętrzach, w których rządzi dekorator wnętrz wydaje się jedyną szansą na zapewnienie sobie możliwie wysokiej jakości dźwięku i nie narażanie się na ostracyzm ze strony designera.Nie mogło też zabraknąć stosownej aplikacji umożliwiającej obsługę z poziomu tabletu, bądź smartfona.
W tym momencie warto zwrócić uwagę aby M One niczym nie zastawiać, bądź nie upychać w wąskich a tym bardziej zamkniętych szafkach, gdyż na jej lewym boku znajduje się wlot a na prawym wylot powietrza z kanału pełniącego rolę radiatora dla stopnia wyjściowego.
Jak to zwykle wśród lifestyle’owych urządzeń bywa znajdujące się na tylnej ściance terminale ukryte są pod stosownym „okapem” chroniącym niezbyt estetyczną plątaninę kabli przed wzrokiem ciekawskich. Tym razem jednak projektanci poszli po rozum do głowy i nie dość, że Micromegę zaopatrzyli w solidne terminale głośnikowe akceptujące zarówno wtyki bananowe, jak i pełnowymiarowe widły, lecz nawet gniazdo zasilające zostało umieszczone w takiej odległości od górnej i bocznej ścianki wykuszu, że bez najmniejszego problemu udało mi się w nim zaimplementować opasły wtyk Gargantuy II Acoustic Zena. Trzymając się jednak porządku i właściwej przy opisywaniu „zaplecza” kolejności patrząc od lewej mamy wejście na mikrofon umożliwiający (opcjonalną) korekcję akustyki M.A.R.S., wejście gramofonowe z dedykowanym zaciskiem uziemienia i przełącznikiem MM/MC, parę wejść liniowych w standardzie RCA i kolejną w postaci XLRów a od sekcji cyfrowej oddziela je para gniazd triggera. Dlej mamy wejście optyczne, koaksjalne AES/EBU, USB, dwa HDMI przeznaczone do transmisji sygnałów I2S (jak tylko pojawią stosowne- czytaj firmowe źródła), port Ethernet i dwa USB przewidziane do update’ów firmwearu. Zbalansowane wyjścia z przedwzmacniacza ulokowano pomiędzy wspomnianymi przeze mnie wcześniej pojedynczymi terminalami głośnikowymi i wydaje się to całkiem sensownym rozwiązaniem, gdyż nie sądzę żeby były one używane zbyt często a przy zaterminowanych widłami przewodach głośnikowych to właśnie one stają się praktycznie bezużyteczne. Tę zaskakująco obfitą wyliczankę interfejsów zamyka wyjście na subwoofer. I jeszcze jedno – wraz z Micromegą otrzymaliśmy uzbrojone w banany przewody głośnikowe Atlas Equator 2.0, dzięki którym nie było problemu z dostępem do wszystkich wejść i wyjść.

Jeśli zaś chodzi o trzewia, to wszystkie dostarczane do M One sygnały są konwertowane w układzie SRC CT-7301 do postaci I2S i dopiero w takiej formie trafiają do przetwornika AKM AK4490EQ. Całe szczęście, choć ze względu na nad wyraz wyraźny deficyt przestrzeni wewnątrz korpusu zdecydowano się na zasilacz impulsowy, to stopień wyjściowy jest już konwencjonalny i został oparty na pracujących po dwa na kanał standardowych tranzystorach przykręconych do biegnącego w poprzek urządzenia aluminiowego tunelu pełniącego rolę radiatora z wymuszonym przepływem powietrza. Mamy zatem, pomimo typowo D-klasowej aparycji klasyczny A/B klasowy wzmacniacz.
Choć we wstępie wspomniałem, iż M-One 100 niejako zasługuje na miano wszystkomającego all-in-one’a, to tak po prawdzie jest to bogato wyposażony wzmacniacz zintegrowany z zaimplementowaną, dość „kadłubkową” obsługą plików. Chodzi bowiem o to, że aby nakłonić Micromegę do odtwarzania zawartości naszego NASa należy wpiąć bohatera dzisiejszej recenzji w naszą domową sieć i wysłać do niej to, czego w danej momencie mamy ochotę słuchać z poziomu jakiegoś sieciowego odtwarzacza np. w stylu J-Rivera. Jeśli zatem chcemy cieszyć się pełną funkcjonalnością streamera z prawdziwego zdarzenia to wypadałoby jeszcze zainstalować na tablecie odpowiednią appkę do sterowania uruchomioną na komputerze aplikacją (polecam Gizmo i JRemote). Pojawia się jednak pytanie po co tak się męczyć, skoro na rynku bez problemu można znaleźć nieprzebrane krocie coraz rozsądniej wycenionych streamerów, które z powodzeniem można użyć w roli transportu i wpinając się któreś z wejść Micromegi czerpać z dobrodziejstw znajdującego się na jej pokładzie DACa.
O wygrzewaniu wspominam tylko z przyzwyczajenia, bo to, mam przynajmniej taką cichą nadzieję, oczywista oczywistość i nikt przy zdrowych zmysłach nie ocenia żadnego urządzenia prosto po wyjęciu z pudełka. Oczywiści pomacać, obstukać i pooglądać nie zaszkodzi, ale o brzmieniu lepiej wypowiadać się dopiero po kilku dniach, jak już dane coś na dobre się u nas w systemie rozgości. W tym wypadku było podobnie, lecz nawet „zimna” Micromega nie dawała nawet najmniejszych powodów do tego , aby starać się jak najszybciej zatrzeć pierwsze nauszne wrażenie. Podpięta pod moje dyżurne Gaudery M-One odwdzięczyła się dźwiękiem o zaskakująco obszernym wolumenie i potędze jakiej po 100W lifestyle’owym naleśniku trudno by oczekiwać. I piszę te słowa opierając się nie na odsłuchu jakiegoś kameralnego barokowego składu, czy też jazzowego trio, lecz obfitującej w nad wyraz spektakularne momenty ścieżki dźwiękowej „King Arthur: Legend of the Sword” autorstwa Daniela Pembertona. Tutaj nie było audiofilskiego pitu, pitu i basu kończącego się na głaskanym tamburynie, tylko prawdziwa, pełnokrwista hollywoodzka superprodukcja, której nadrzędnym zadaniem jest wciśnięcie widza w fotel tak obrazem, jak i dźwiękiem. I co? I było świetnie, nad wyraz sugestywnie – z właściwym uderzeniem, rozmachem i prawdziwą feerią barw. Może w kategoriach bezwzględnych góra pasma została nieco zaokrąglona i dosłodzona, lecz zabieg ten wykonano z zasługującą na pochwałę starannością i przede wszystkim umiarem. Było bowiem ładnie ale ani nie cukierkowo, ani tym bardziej mdło, co pozwala przypuszczać, że było to celowe działanie konstruktorów mające na celu tonizowanie i cywilizowanie niekoniecznie dobrze, bądź chociażby poprawnie zrealizowanych nagrań, z którymi w docelowych systemach Micromega mogłaby się spotkać. Podobnie sprawy się mają ze średnicą, której delikatnie podkręcona saturacja sprawia, że zarówno damskie, jak i męskie wokale brzmią nieco mocniej i nieco bardziej sugestywnie aniżeli w naturze. Całe szczęście nic nie tracimy, jak to czasem bywa „przy okazji”, jeśli chodzi o przestrzenność i zdolność do kreowania odpowiednio holograficznej sceny muzycznej. Tak pogłos, jak i zawieszenie dźwięków gdzieś tam hen za linią kolumn nie sprawia M One najmniejszych problemów a budujące nastrój, nieco ambientowe utwory w stylu „Vortigen and the Syrens” potrafią bardzo mile zaskoczyć.
Przesiadka na nieco bardziej hałaśliwy i surowy repertuar jaki bez wątpienia reprezentuje wydawnictwo „Wolves” Rise Against pokazała, że nawet miłośnicy ciężkich brzmień i zdzierania krtani nie powinni przechodzić obok Micromegi obojętnie. Może i „imperialistycznie” czerwona Francuska nie stawiała na typowo garażową siermiężność i wymieszaną z brudem chropawość, ale jej pomysłowi na dźwięk trudno było zarzucić brak tak finezji, jak i umiarkowania, bowiem jej rola ograniczała się tym razem do stworzenia możliwie spektakularnego spektaklu, uładzenia zbyt wyrywających się do przodu sybilantów i wszelakiej maści mogących wywołać grymas artefaktów i sprawienie, by praktycznie każdy album miał szansę wybrzmieć od pierwszej do ostatniej nuty. W dodatku podkreślony zostawał aspekt melodyjności i nawet te utwory, które zazwyczaj wydawały się nieco kanciaste i poszarpane pokazywane zostały od nieco bardziej spójnej i logicznej strony.
Czy jednak taki lekko podrasowany przekaz nie sprawia, że niejako natywnie „karmelowe” nagrania w stylu „Turn Up The Quiet” Diany Krall, czy „Trav’lin’ Light” Queen Latifah nie okażą się zbyt przesłodzone? Okazuje się, że nie, gdyż Micromega najwidoczniej za punkt honoru postawiła sobie pilnowania przysłowiowego stężenia cukru w cukrze i jeśli tylko reprodukowany przez nią materiał sam w sobie jest odpowiednio dosłodzony, to wzmacniacz grzecznie trzyma raczki na kołderce.
Dokonując porównań wejść cyfrowych i analogowych po którymś razie doszedłem do wniosku, że taka zabawa nie ma sensu, gdyż „setka” niejako nie zwracała uwagi na to co i jaką dziurką do niej trafia i do charakterystyki brzmieniowej źródła dokładała to i owo, aby na wyjściu osiągnąć zamierzony przez jej twórców efekt. Co prawda niby gęste pliki mogły pochwalić się nieco lepszą rozdzielczością i bardziej sugestywnym budowaniem sceny w głąb, a posiłkując się gramofonem z wbudowanego phonostage’a byłem w stanie wycisnąć sporą dawkę organicznej spójności, lecz będąc zupełnie szczerym powiem Państwu, że gdy tylko nie musiałem zwracać na to uwagi to tego nie robiłem, gdyż Micromega nad wyraz przekonująco nakłaniała mnie do delektowania się muzyką a nie jej analizowania i rozbijania na atomy.
Doprawdy trudno mi w kilku słowach opisać, czym objawia się fenomen Micromegi M-One 100, lecz po blisko dwutygodniowej obecności tego uroczego malucha w moim systemie doszedłem do wniosku, że nie miałbym nic przeciwko, gdyby miał on zostać u mnie na stałe. Nie dość bowiem, że z powodzeniem spełniał moje oczekiwania, co do ilości wejść tak analogowych, jak i cyfrowych, to w dodatku sprawiał, że słuchając go najzwyczajniej w świecie odpoczywałem. To nie było granie wysilone, stawiające na wyczynowość i usilne zaangażowanie słuchacza w wir wydarzeń. Oczywiście jeśli tylko chciałem mogłem praktycznie w każdym momencie z zapałem śledzić poszczególne partie instrumentów, pilnować, czy któryś z muzyków siedzących w dalszych rzędach nie ma gorszego dnia, czy też z lupą przy oku weryfikować czerń tła. Jednak gdy muzyka miała stanowić jedynie tło do chwili oddechu tak właśnie było.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Boulder 865
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Nie za bardzo wiem, jak to traktować, nie przepraszam, ja wiem dokładnie, ale w trosce o to, aby nie urazić sporej grupy audiofilów, nie wypadało mi rozpocząć tego akapitu inaczej, ale nadeszły czasy, w których nawet mocno zaangażowany w jakość generowanego dźwięku meloman osiągnięcie swojego sonicznego absolutu wiąże z urządzeniami typu „All in One”. Oczywiście mój ocierający się o brak zrozumienia wywód jest sporym uproszczeniem tematu. Przecież znakomicie zdaję sobie sprawę, iż ołtarzyk audio, jeśli nie w większości przypadków, to przynajmniej w ponad połowie populacji homo sapiens zależy od rodzinnych kompromisów. Jednak uwierzcie mi, jest grupa wydawałoby się bardzo ortodoksyjnych pochłaniaczy muzyki, która mimo sporej wolności w doborze produktów audio w nie do końca zrozumiały dla mnie sposób próbuje iść na skróty. Nie, nie mam nic przeciwko takim rozwiązaniom, ba, nawet widzę w nich sporo ogólnoużytkowych i konfiguracyjnych plusów, jednak na samym końcu jest najważniejszy dla nas dźwięk. Ten zaś, jak w innych dziedzinach naszego życia, gdy zostanie potraktowany ogólnikowo- czytaj, bez maksymalnego śrubowania każdego aspektu – owszem ma szanse być bardzo dobrym, ale zawsze będzie zbiorem większych lub mniejszych, zmuszających konstruktora do upchnięcia wszystkiego w jednej skrzynce kompromisów. Jednak obserwując rynek ewidentnie widać, iż trend budowania zestawu audio w pigułce jest nieodwracalny , dlatego też bez próby oceniania kogokolwiek za podążanie tą drogą lub omijanie jej szerokim łukiem nie mamy innego wyjścia, jak co jakiś czas przyjrzeć się podobnym propozycjom. I właśnie taką genezę istnienia ma dzisiejsze spotkanie. A z czym będziemy się mierzyć? Powiem tak, gdy złośliwcy powiedzieliby, że z typową „wagą łazienkową” (owszem, ogólna aparycja produktu bardzo ją przypomina), sami zainteresowani określiliby to spełniającym założenia dźwiękowe, wzornicze i gabarytowe marzeniem ograniczonego warunkami lokalowymi audiofila. A dokładniej? Puentując ten pokrętny akapit zdradzę, iż za sprawą stołecznego dystrybutora Focal Polska do redakcji Soundrebels zawitał przedstawiciel trendu Lifestyle, którym jest najnowsze dzieło marki Mocromega – M-One 100. A bliżej? Mam przyjemność zakomunikować, iż rzeczona nowość potrafi przyjąć i odczytać: sygnały cyfrowe jako DAC lub streamer plików, sygnały analogowe jako przedwzmacniacz liniowy, obsłużyć protokół danych z wkładki gramofonowej w specyfikacji MM i MC, by na koniec dzięki korzystającemu z zasilania impulsowego, ale pracującemu w klasie AB wzmacniaczowi przesłać uformowany finalnie sygnał do kolumn głośnikowych. Zapowiada się ciekawie? Zatem zapraszam na kilka osobistych, skonfrontowanych z codzienną układanką przemyśleń testowych.
Tytułowy przedstawiciel najnowszych nurtów designerskich – w tym przypadku Micromega M ONE – swym wyglądem zbliżonym do łazienkowego miernika naszej (nad)wagi ewidentnie pokazuje, iż ten segment urządzeń ze względu na osiągane gabaryty zalicza się do produktów z klasy slim. Jednak bez obaw, mimo pewnego rodzaju spełniania oczekiwań potencjalnej grupy docelowej, podczas projektowania obudowy zadbano, by na ile to jest możliwe, pomysł na bryłę był przyjazny nawet dla wymagającego oka. A zapewniam, iż może fotografie tego nie oddają, ale w kontakcie organoleptycznym wizualizacja jest bardzo ciekawa. Jak można zauważyć, obudowa naszej Micromegi oprócz symbolicznej wysokości otrzymała: – łagodnie zaokrąglone narożniki, dzielące górną część obudowy na trzy parcele przefrezowania, zainstalowany na dwóch płaszczyznach (front i górny panel) wielofunkcyjny, czytelny, oferujący cztery przyciski funkcyjne wyświetlacz, na bocznych ściankach dwa małe, ażurowe otwory wentylacyjne i wyfrezowane przy prawym boku górnej płaszczyzny logo producenta. I gdyby zderzyć ogólny wygląd M-jedynki z usytuowanym na plecach panelem przyłączeniowym, można by pomyśleć, że na tle ogólnie spokojnej aparycji całości tylna ścianka mimo ograniczeń rozmiarowych z jej bogactwem terminali jest jedyną pozwalającą na przyłączeniową wolną amerykankę w dziedzinie różnorodności płaszczyzną, z czego konstruktorzy skrupulatnie skorzystali. A co zaproponowali? Lista jest długa i obejmuje: phonostage MM i MC, po jednym wejściu liniowym RCA i XLR, zestaw wejść cyfrowych (SPDIF, AES/EBU, HDMI, USB, OPTICAL), wyjście PRE-OUT, wyjście na subwoofer i gniazdo zasilające. Przyznacie, że panowie z działu konstruktorskiego poszaleli i trochę musieli się natrudzić, by na tak małej powierzchni bez szkody dla sąsiadujących ze sobą gniazd wszystko zaimplementować. Niestety, mimo sporych chęci sprawdzenia stacjonującego na pokładzie francuskiego „kombajnu” przedwzmacniacza gramofonowego z racji niemożności wpięcia widełek uziemienia sygnału wkładki (bardzo mało miejsca i sam sprężynowy zacisk preferuje goły drucik, a nie widły) temat umarł w fazie aplikacji. Jednak bez względu na ten drobny mankament (oczywiście w momencie nabycia Micromegi sprawa obsługi gramofonu jest do rozwiązania), gdy do oferty startowej dodam sporych rozmiarów, ale za to bardzo przyjaznego w użyciu aluminiowego pilota, temat oferty dla potencjalnego klienta wydaje się być zapięty na ostatni guzik.
Co spotka nas, gdy wepniemy w tor, a raczej zastąpimy prawie jego całość tytułową Micromegą? Ano nic innego, jak pełen osadzonego w cieple, trochę ciemnego w swej estetyce i delikatnej miękkości dźwięków świat muzyki. To oczywiście jest lekkim uproszczeniem i bez osobistej weryfikacji możecie odebrać jako pospolite „mulenie”, ale zapewniam Was, na tle dotychczasowych przygód z podobnymi produktami tak ze smakiem potraktowany sygnał raczej znajdzie więcej zwolenników niż przeciwników. Nie wspominam już o fakcie, że moje obserwacje opieram o konfrontację z kilkudziesięciokrotnie droższym zestawieniem, dlatego mierzmy siły na zamiary i przyjrzyjmy się poszczególnym aspektom sonicznym na konkretnych przykładach płytowych. Swoją przygodę z francuską myślą techniczną rozpocząłem od wysokiego „C”, czyli Johnem Potterem i jego kompilacją muzyki dawnej „Care-charming sleep”. Efekt? Biorąc pod uwagę samo instrumentarium powiedziałbym, że ten wycinek materiału muzycznego wypadł dobrze. Odpowiednie nasycenie każdego z generatorów dźwięku plus może nie idealne, ale z pewnością przyzwoicie osadzenie na wirtualnej scenie z dużą dozą przyjemności pozwoliło zbliżyć się do rozgrywającego się przede mną wydarzenia. Mało tego, nawet głos artysty za sprawą lekko ugładzających przekaz artefaktów zdawał się czerpać z nich wiele dobrego. A co zatem poszło nie tak? Tutaj wskazałbym na zdecydowane odejście od realizmu bytu w wielkiej kubaturze kościelnej. Wspomniane zagęszczenie atmosfery spowodowało, że echo nie było już tak chętne do odpowiedzi na zadane przez muzyków frazy muzyczne. Owszem, nadal słychać było, że nie jesteśmy w studiu, ale efekt bycia tam i wtedy zszedł nieco na drugi plan. Co było tego przyczyną. Pierwsze na co bym postawił, to spowodowane ukierunkowaniem na masę, gładkość i pewną wstrzemięźliwość w oddaniu każdej nuty ograniczenia w ostrości ich rysunku, a to bezsprzecznie spowodowały niedobory rozdzielczości. Jednak nie oszukujmy się, testowany produkt jest pełen konstrukcyjnych kompromisów i jak kilka linijek wcześniej zaznaczyłem, stawia na funkcjonalność przy ciekawym efekcie brzmieniowym, co wydaje mi się bardzo wiele tłumaczy. Kolejnym, interesująco rysującym w kwestii reprodukcji fonii pretendenta do laurów przykładem muzycznym tego testu był może nie w pełni bezkompromisowy, ale już dość szybki free-jazz ze stajni Jona Zorna i jego produkcji „Masada Live In Sevilla 2000”. Tak, słychać było pewne niedostatki w przenikliwości dęciaków, ale nie odebrałem tego w domenie zła, tylko uwarunkowanej ograniczeniami konstrukcji innej estetyki prezentacji. Ale jak to zwykle bywa, to co gdzieś przynosi mały niedosyt, w innym aspekcie pozwala wprowadzić dodatkową dawkę cech pozytywnych. Chodzi o fakt bonusowego wysycenia dźwięku saksofonu, co podczas pełnych ekspresji ataków stroika przez narząd oddechowy Jona Z pomagało mu zwiększyć siłę dźwiękowego rażenia tego instrumentu. Kto lubi tego typu granie, wie, jak potrafi zaczarować słuchacza nisko schodzący i gęsty w swym brzmieniu sax. Oczywistym następstwem oscylowania wokół przyjemnego, ale jednak krągłego i nieco solidnego w masie dźwięku było jego delikatne spowolnienie. Ale na usprawiedliwienie dodam, że gdy do głosu dochodził pełen skład muzyków, bijąca od sposobu na dźwięk spójność Micromegi pozwalała zapomnieć o tych mankamentach. Powiem więcej, jeśli ktoś kocha podobne klimaty, z łatwością będzie mógł się skupić się na tym, co mają do przekazania z pozoru grający każdy na swą modłę artyści. Ok. Dwa nurty i każdy co prawda inaczej, ale coś w sobie miał. Zatem gdzie widziałbym największy, nie do końca pożądany wpływ sznytu grania urządzenia znad Loary? Według mnie najbardziej czułą jest muzyka elektroniczna. Owszem, pomoże w wydobyciu najniższych, z założenia artysty snujących się po podłodze niskich pomruków, ale w zamian możemy zbyt wiele utracić w tak ważnym dla wszelkich przesterów górnym paśmie. Osobiście nie widzę w tym problemów, gdyż bardzo rzadko słucham podobnych tworów, ale miłośnicy wszędobylskiego świstania i wiecznych zniekształceń mogą trochę kręcić nosem. Jednak i tutaj widzę bardzo łatwą do zrealizowania alternatywę, jakimi są przecież kolumny i okablowanie. Moje graty i druty stawiają na wyrafinowanie w każdym aspekcie, a przecież wystarczy nabyć orędowniczki przejrzystości i teoretycznie wszelkie mankamenty powinny samoistnie odejść w niebyt. I powiem Wam, że to najprawdziwsza prawda, tylko okupiona bezwzględną jakością dźwięku. Ale powtarzając wcześniej użytą maksymę przypomnę: nie oszukujmy się, to jest sprzęt do sprawiania przyjemności ze słuchania, a nie szukania świętego Grala.
Gdy testowana platforma wydająca dźwięki zawitała w moje progi, trochę obawiałem się zaliczenia powtórki z rozrywki, czyli jeśli coś jest do wszystkiego, to najczęściej do niczego. Tymczasem nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo jestem kontent, że mimo sporej odległości do dźwięku, za który oddałbym życie, biorąc pod uwagę cenę, minimalizm i funkcjonalność w korelacji z tym co za sprawą Micromegi M-One 100 udało mi się przeżyć, cały przebieg testu jestem w stanie określić jako kilkanaście wspólnie spędzonych, przyjemnych wieczorów. To zaś wyraźnie pokazuje, iż ktoś skazany na pozytywną decyzję lokalizacyjną małżonki i co czasem jest bardzo ważne, nieco ograniczają go kwestie finansowe, dzięki podobnym produktom dostaje istne światełko w tunelu. Nie wiem, jak odbierzecie ten produkt Wy, ale ja reasumując wszelkie za i przeciw bez najmniejszych obaw o podejrzenie lokowania produktu zachęcam do jego posłuchania, a może okazać się, iż przyszedł czas na zdroworozsądkowe przewietrzenie stolika ze sprzętem.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Focal Polska FNCE S.A.
Cena: 16 999 PLN
Dane techniczne:
Moc:2 x 100W / 8Ω, 2 x 200 W / 4Ω
Odstęp sygnał/szum: 106 dB (wejścia cyfrowe), 103 dB XLR, 100 dB RCA, >75 dB phono MM
Czułość wejść analogowych:
– liniowe: 1.4 VRms (1MΩ)
– MM 12mVrms (47kΩ)
– MC 1.2mVrms (110 Ω),
Obsługiwane sygnały:
– Toslink: 24bit/192kHz PCM
– COAX SPDIF, AES-EBU: 32bit/768kHz PCM
– USB: 32bit/768kHz PCM, 11.2MHz DSD/DSD-DoP
Impedancja wyjściowa: 15mΩ
Współczynnik tłumienia: 500
Zniekształcenia THD (8Ω@1kHz): < 0,005%
Pobór mocy: 1 W (standby), 140 W (2 kanały 1/8 mocy max przy 8Ω)
Wymiary (D x S x W): 43 x 35 x 5,6 cm
Waga: 9 kg
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
WooAudio to firma, która od kilku lat bryluje na rynku audiofilskich perełek – na całym świecie. Firma powstała w 2004 roku w USA, a siedzibę ma w Nowym Jorku.
Jak na tak krótką historię może dziwi popularność, jakość oraz wykonanie produktów, ale za sukcesem firmy stoją dwaj główni inżynierowie pan Wei i Zhi Dong, którzy mają za sobą ponad 60 lat konstruowania i budowania wysokiej klasy wzmacniaczy. Głównym animatorem jest przedstawiciel młodego pokolenia Jack Woo – dyrektor techniczny i główny manager. Dzięki właśnie tym trzem osobom WooAudio osiągnęło sukces i daje nam niezapomniane wrażenia towarzyszące słuchaniu muzyki z ich produktów.
Dziś produkty Woo Audio dzięki firmie MIP trafiają do Polski jako jednego z dwóch krajów w Europie, gdzie będzie można je obecnie nabyć.
Woo Audio to ekspert specjalizujący się przede wszystkim w produkcji wzmacniaczy lampowych, ale ciągle rozwija swoją ofertę dodając nowe urządzenia. Każdy model dopracowany jest w najdrobniejszych szczegółach. Montaż wykonywany jest z autorskich komponentów, na miejscu w Nowym Jorku. Wszystko po to, aby sprostać bardzo wysokim i rygorystycznym normom Woo Audio. Dodatkowo klient może wykupić “pakiety ulepszeń” umożliwiające indywidualne dobranie sprzętu pod swoje potrzeby. W skład takich pakietów mogą wchodzić np. lepsze lampy.
Jak powiedział sam przedstawiciel firmy Jack Woo: „Customers come to us to expect nothing but the best”. Możemy więc być pewni, że otrzymamy produkt najwyższej klasy, który jest wart zapłaconych za niego pieniędzy.
Produkty Woo Audio można kupić w wybranych sklepach, a także odsłuchać w salonach Audiokracja w Polsce.
Dystrybutor: MIP
Żarty się skończyły – dzięki uprzejmości stołecznego Sound Clubu właśnie wylądował u nas prawdziwy amerykański krążownik – super integra Boulder 865
cdn …
Opinia 1
Jeszcze do niedawna audiofilskim światem rządziły niepisane reguły, że jeśli na jakimś polu osiągnąłeś sukces, to warto dbać o wywalczona pozycję i nie tracić zarówno drogocennego czasu, jak i energii na próby podgryzania konkurencji w innych dziedzinach. Krótko mówiąc specjalizacja stawała się słowem – kluczem. Tymczasem stan ten powoli możemy uznać za miniony, gdyż coraz częściej producenci o zdawałoby się jasno określonym profilu zapuszczają się w rejony pozornie dla siebie obce. Przykładowo w portfolio Siltecha i Van den Hula można znaleźć elektronikę, Crystal Cable i Avida kolumny a Sonus fabera ekskluzywnego … boomboxa sf16 a patrząc znacznie bliżej warto wspomnieć, że nawet czeski Xavian jakiś czas temu wypuścił na rynek swoje przewody. I właśnie przez podobny pryzmat – niezobowiązującej ciekawostki, wypadałoby spojrzeć na naszego dzisiejszego bohatera, gdyby nie to, że Duńczycy z Audiovectora do tematu okablowania podeszli nad wyraz serio i od razu wprowadzi, podobnie jak w przypadku swoich kolumn, kilka ich odmian. W dodatku można zauważyć w ich działaniach pewną, niezaprzeczalna logikę, gdyż na chwilę obecną w katalogu mają jedynie przewody głośnikowe, a więc medium łączące ich sztandarowe wyroby z elektroniką, na którą wpływu już (jeszcze?) nie mają. Co ciekawe o ile na głównej – macierzystej stronie Audiovectora okablowanie znajdziemy w dziale Cables o tyle w jej spolszczonej odsłonie przewodów głośnikowych powinniśmy szukać w … Akcesoriach. Mniejsza jednak o niuanse, gdyż dzięki uprzejmości dystrybutora marki – cieszyńskiego Voice’a, do wyboru dostaliśmy trzy z czterech dostępnych wersji okablowania, czyli oprócz Signature podstawowy Super i dwa najwyższe – Avantgarde i Avantgarde Arreté, z których mogliśmy wybrać sobie najlepiej sprawdzający się w naszych systemach. Dziwnym trafem po wstępnej selekcji na polu bratobójczej walki pozostał jeden zwycięzca i jak nietrudno się domyślić był nim flagowy Audiovector Zero Compression Avantgarde Arreté, na recenzję którego serdecznie zapraszamy.
O budowie tytułowych głośnikowców wiadomo naprawdę niewiele, bowiem nie licząc tego, że sam producent wspaniałomyślnie informuje nas iż wykonał je z miedzi poddawanej procesowi kriogenizacji w temperaturze – 238 °C, solidnie zaekranował a konfekcja jest zaciskana a nie lutowana. Niewiele tego, nieprawdaż? Całe szczęście zdążyliśmy się już z Jackiem nauczyć, że ani deklarowane parametry, ani z iście benedyktyńskim pietyzmem wylistowane kosmiczne technologie nie zawsze gwarantują audiofilska nirwanę, więc nie zaprzątając głów zbędnymi technikaliami mogliśmy skupić na walorach natury tak estetycznej, jak i brzmieniowej.
Jeśli więc chodzi o szatę wzorniczą, to złego słowa o topowych Audiovectorach powiedzieć nie można. Dostarczane są bowiem w zgrabnych, eleganckich a zarazem prostych drewnianych skrzyneczkach o których zawartości dowiadujemy się z dyskretnych, umieszczonych na jednym z boków naklejek. Zero zbędnego blichtru i iście bizantyjskiej ornamentyki a jedynie odciśnięte i posrebrzone logotypy można uznać za bezwzględnie dopuszczalny akcent wzorniczy. Same przewody również wyglądają nad wyraz normalnie. Skromna – syntetyczna szaro-grafitowa plecionka peszla, nieabsorbujące waga i przekrój, oraz ułatwiająca aplikację wiotkość stoją niejako w sprzeczności z panującą w High-Endzie modą na gigantomanię co niejako skłania do wniosków, iż ktoś w Audiovectorze po prostu wyszedł z założenia, że potencjalnych nabywców nie charakteryzuje intelekt na poziomie 10 kg worka ziemi do kwiatów i dokonując wyboru kierują się własnym słuchem i rozumem a nie jedynie wzrokowymi bodźcami, czyli nie kupują oczami, co w audio z reguły średnio się sprawdza. Z elementów natury dekoracyjno – użytkowej warto zwrócić uwagę na aluminiowe, cylindryczne splittery, z których wychodzą czarne „-” i czerwone „+” zakończone dość skromnymi złoconymi wtykami bananowymi. Oczywiście przewody są kierunkowe a orientację określamy za pomocą stosownej banderolki, o czym z resztą można przeczytać w dołączanych w komplecie materiałach.
A jak ich walory soniczne? Cóż, nie chcąc już na wstępie psuć zabawy stwierdzę, iż zanim potwierdziłem swoje wstępne obserwacje pozwoliłem Audiovectorom spokojnie się w moim systemie ułożyć i zaakomodować. Po prostu nie znając ich „przebiegu” wolałem nie ryzykować a biorąc pod uwagę, że przez pierwsze kilka dni dość intensywnie eksperymentowałem z ich rodzeństwem, to po wyłonieniu faworyta postanowiłem nieco zwolnić tempo i do krytycznych odsłuchów podejść już ze spokojną głową eliminując przy okazji ewentualne zmiany wynikające z trwającego w tle procesu „wygrzewania” przewodów.
Przechodząc jednak do konkretów uczciwie trzeba przyznać, że ujmując całość w telegraficznym skrócie dostajemy dokładnie to, co już samą nazwą obiecuje producent, czyli „zero kompresji”. Dźwięk jest niezwykle szybki, naładowany adrenaliną i w pewien sposób rześki, lecz bez wyraźnego osuszenia i odchudzenia pasma, dzięki czemu motoryka nagrań przez cały czas utrzymywana jest na najwyższych obrotach a jednocześnie słabsze realizacje nie atakują nas nazbyt podkreślonymi sybilantami, czy zbyt szklistą górą. Koncertowy / akustyczny album „An Acoustic Night At The Theatre” Within Temptation pokazał, że również z oddaniem naturalnej przestrzenności duńskie przewody nie maja najmniejszych problemów a pojawiający się na scenie, obok Sharon den Adel goście byli precyzyjnie pozycjonowani i nic a nic się nie zlewało, pomimo tego, iż ww. wydawnictwu nad wyraz trudno byłoby zarzucić audiofilską dbałość o realizację. Pozostając w kręgach twórczości owej formacji skorzystałem z nadarzającej się okazji i sprawdziłem jak mają się sprawy z nieco bardziej zsyntetyzowanym materiałem i sięgnąłem po krążek „Hydra” na którym nawet duet z Xzibitem („And We Run”) daleki był od nachalnej plastikowości lansowanej przez do szpiku kości skomercjalizowane rozgłośnie radiowe. Jest to ewidentny znak, iż Audiovectorom niespecjalnie zależy na piętnowaniu zbytniej kompresji, czy innych zabiegów realizatorskich sprawiających, że nawet lubujący się w ukochanej przez obecnego prezesa TVP estetyce muzycznej gładkogłowy i wyklęty „rycerz ortalionu” będzie w stanie strawić taką pseudo-rockową pigułkę. Nie po to jednak wysupłuje się blisko czternaście tysięcy PLNów, żeby stwierdzić, że niezbyt wysublimowane realizacje dają się słuchać, bo do tych celów zupełnie wystarczy współczesny odpowiednik boomboxa w postaci mniej, bądź bardziej wypasionego soundbara. Sięgnijmy więc po coś, co jak to się zwykło mówić „robi różnicę”, czyli np. minimalistyczny „Vägen” Tingvall Trio, gdzie każde odstępstwo od neutralności widać, znaczy się słychać, jak na dłoni i nie ma miejsca na żadną ściemę. Dlatego też obecność w torze Avantgarde Arreté po pierwsze była słyszalna a po drugie jej wpływ był łatwy do zdefiniowania. Otóż wspomniane wcześniej werwa i energetyczność nader zgrabnie podkreśliły rolę sekcji rytmicznej i bardzo przyjemnie uwidaczniały gabaryt fortepianu a zarazem delikatnie tonizowały najwyższe rejestry sprawiając, że dominującymi stawały się tam barwy zbliżone do złota. Nie znaczy to jednak, że góra stała się wycofana, bądź zaokrąglona a jedynie to, że przy braku utraty detali udało się ją w pewien sposób uplastycznić. Powyższy zabieg wydaje się celowym działaniem, gdyż podczas wielu spotkań z duńskimi kolumnami zauważyłem, że bardzo często tak przedstawiciele dystrybutora, jak i ich posiadacze przy doborze pozostałych elementów toru, lub nawet samego okablowania, idą w kierunku brzmieniowych krągłości górnych rejestrów. Można również zauważyć, że w tej sytuacji rykoszetem „dostaje” się też przełomowi średnicy i góry, przez co damskie i nieraz nieco matowe wokale w stylu Aurory na „All My Demons Greeting Me As A Friend” już tak nie szeleszczą i syczą a więc dramatycznie wręcz wzrasta przyjemność ich odsłuchu. Mała rzecz a cieszy.
Audiovectory Zero Compression Avantgarde Arreté okazały się niezwykle ciekawym przykładem na to, że nawet nie siedząca w kablach od zarania dziejów firma znana z produkcji kolumn może zaproponować produkt dojrzały brzmieniowo, świetnie wykonany i w dodatku rozsądnie wyceniony. Widać więc, że jak Duńczyk chce, to potrafi. No dobrze żarty na bok. Reasumując – Audiovectory to przewody idealne dla tych, którzy szukając muzykalności ani myślą rezygnować tak z rozdzielczości jak i dynamiki. A o to, że przy okazji duńskim drutom zdarza się nieco upiększać prezentowany świat też raczej nie ma sensu się boczyć – w końcu nawet najpiękniejsza dziewczyna wychodząc z domu lubi co nieco podkreślić pomadką i tuszem do rzęs.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Lumin U1
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– DAC: Cayin iDAC-6
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Devialet Expert 440 Pro
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Thixar Silence Plus
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Nadeszły takie czasy, w dobie których niegdyś parające się bardzo ściśle wyspecjalizowana produkcyjną marki w poszukiwaniu nowych klientów rozpoczynają ekspansję w nieco inne, choć dość mocno związane z głównym nurtem swojej działalności segmenty rynku. Do czego piję? Chyba nie zdradzę wielkiej tajemnicy, gdy powiem, że coraz częściej producenci zajmujący się kolumnami wprowadzają do swojego portfolio sygnowaną swoim logo, czasem własnej produkcji, a czasem tylko rebrandując wykonaną według dokładnej specyfikacji linię okablowania. Przykłady? Choćby wykorzystywany przeze mnie austriacki TRENNER&FRIEDL, czy dzisiejszy bohater duński Audiovector. Co kieruje ich w stronę sektora kablarskiego? Pewności nie mam, ale sądzę, że głównym powodem jest stworzenie pełnej palety idealnie współpracujących ze sobą komponentów, co z jednej strony przyczyni się do zwiększenia zysków, a z drugiej daje dużą szansę na skrócenie poszukiwań potencjalnego klienta w pełni synergicznego połączenia wymarzonych kolumn z resztą zestawu audio. Czy to ma sens? Oczywiście, że tak i to nie tylko patrząc od strony producenta, ale również zainteresowanego melomana. A jak to sprawdzić? To proste, wystarczy przeczytać dzisiejszy tekst i poddać przemyśleniom może nie idealnie do powtórzenia w każdym zestawieniu, ale mniej więcej mogące zaistnieć wyniki ożenku duńskich przewodów kolumnowych Audiovector Zero Compression Avantgarde Arreté ze stacjonującym u mnie japońsko-austriackim konglomeratem audio. Co z tego wynikło? O nie, za wcześnie na podsumowania, zapraszam do lektury.
Jak prezentują się rzeczone druty? Szczerze powiedziawszy nie znajdziemy w nich kapiących złotem i innych, mających jedynie łechtać ego potencjalnego nabywcę dodatków, tylko solidne, spełniające normy dobrego kontaktu w miejscu aplikacji rozwiązania. Prezentowany kabel kolumnowy jest stosunkowo cienki i co dla wielu zmuszonych przez życie audiofilów do dzielenia się miejscem odsłuchowym z resztą rodziny wydaje się być bardzo ważne, dzięki swojej giętkości łatwy do ułożenia za stojąca, zawsze za blisko ściany, szafką ze sprzętem. Dla unikania rzucania się w oczy ubrano go w srebrną plecionkę, a jedyne co przełamuje ogólną powściągliwość wizerunkową projektu, to umożliwiające rozejście się sygnału na osobne połówki dla plusa i minusa, umiejscowione na obydwu jego końcach również w tonacji srebra baryłki. Przybyły na testy model zaterminowano oznaczonymi logo producenta bananami, co po wyjęciu z pudełka w pierwszym momencie poddało w wątpliwość możliwość wpięcia ich w terminale moich kolumn, jednak po lekkiej ekwilibrystyce temat udało się opanować. I gdy dodam, iż w komplecie otrzymujemy dobrze je chroniącą, bardzo schludną drewnianą skrzynkę, okaże się, że omijanie nikomu niepotrzebnego blichtru rokuje ciekawe doświadczenia w domenie przekazywania sygnału ze wzmacniacza do zespołów głośnikowych, które w poniższym tekście postaram się wyłożyć.
Jak większość z Was znakomicie zdaje sobie sprawę, kolumny tytułowego bohatera są ostoją szybkości dźwięku przy obfitości informacji w górnych rejestrach i dobrej kontroli zakresów niskotonowych. Niestety, według opinii wielu stawiających na czasem przesadną muzykalność audiofilów wspomniane niuanse brzmieniowe sprawiają, że w generowanym spektaklu muzycznym brakuje im pozwalającej się zatopić w muzyce magii. I wiecie co? Sądzę, że ruch Audiovectora dotyczący okablowania systemów audio nie jest przypadkiem, gdyż oferuje pakiet koloru i masy w tak ważnej dla naszego ośrodka mózgowego średnicy, co bardzo dobrze uzupełnia się z neutralnie grającymi zespołami głośnikowymi. Ok., najważniejsze informacje zostały wyłożone na stół. Ale taka informacja bez zderzenia wyartykułowanych umiejętności z na przykład gęsto grającymi paczkami prawdę mówiąc nie za wiele wnosi, dlatego też wręcz idealnym poligonem dla duńskiego produktu były moje, napędzane homogenicznie grającą elektroniką, oparte o papier austriackie ISIS-y. I co z tego wynikło?
Na początek w napędzie CD-ka wylądowała bardzo doceniająca dodatkową dawkę barwy Cecilia Bartoli ze swoim materiałem „Sospiri”. To jest kompilacja kilku odrębnych realizacji, ale każdy następujący pop sobie track dla pełnej satysfakcji słuchacza pod względem wypełnienia średnicy jest bardzo wymagający. Jednak startując z tą płytą nurtował mnie inny temat. Przecież mój set już w pakiecie startowym obdarzony jest wszystkim o czym wspomniałem kontekście opiniowanych przewodników sygnału kolumnowego i nieumiejętne wzmocnienie tych artefaktów mogło spowodować szkodliwe przeciążenie dźwięku. Na szczęście mamy do czynienia z producentem wiedzącym, o co w tej zabawie chodzi i owszem, głos artystki nabrał dostojeństwa, ale nie zszedł o tonacje niżej, tylko podkreślił jej wprowadzające mnie w stan oderwania się od codziennego życia umiejętności czarowania wokalem. Było przyjemnie gęsto, śpiewaczka zrobiła mały kroczek do przodu i jak gdyby nigdy nic, zniewalająco odśpiewała zarejestrowane na krążku arie. Kolejnym sparingpartnerem sprawdzającym wynik ożenku ciepłego systemu z gorącymi kablami był nasz eksportowy trębacz Tomasz Stańko ze swoim najnowszym wydawnictwem „December Avenue”. W tym podejściu sprawa dodatkowego przyprawienia soundu przybrała dwa oblicza. Nie, żeby coś bardzo ucierpiało, ale przy ciekawym odbiorze nieco bliższego niż mam na co dzień spektaklu jazzowego, bardzo ważne w tym nurcie muzycznym blachy perkusisty delikatnie oddały pola innym instrumentom. Na szczęście był to co prawda zauważalny, ale bezbolesny akcent. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gdyż na całej tej zamianie ról przy nieco niższej barwie trąbki Tomasza Stańki i solidniejszej wadze strun kontrabasu bardzo mocno skorzystał fortepian. I powiem szczerze, to było na tyle ciekawie podane, że wystarczyło kilka kawałków, aby ów sznyt całkowicie przestał odgrywać jakakolwiek rolę, a to pokazuje, że nie zawsze więcej jest w stanie zaburzyć audiofilski dźwiękowy ekosystem. I wiecie co, na tej propozycji zakończę miting po doświadczeniach z kablami Zero Compression Avantgarde Arreté. Dalsze wywody jedynie potwierdzałyby wyniki dwóch przytoczonych. I nie ma znaczenia, czy miałem do czynienia z muzyka elektroniczną, czy rockową. Tam gdzie ważne były najwyższe rejestry, słychać było ich ukulturalnienie, a wszystko stawiające na masę i barwę zazwyczaj nie przeszkadzało, a czasem w pewnym stopniu zyskiwało. Co ważne, to wzmocnienie podbudowy masy wirtualnego przedstawienia nie powodowało niekontrolowanego rozlewania się basu po podłodze. Owszem, jeśli w materiale było go sporo, potrafił dać o sobie znać, ale nie można mieć pretensji do produktu, który pokazuje, gdzie już samo nagranie ma pewne problemy. A należy dodatkowo wziąć pod uwagę, iż moja układanka sama w sobie już na starcie stwarzała kablom Audiovectora drobny kurs pod górkę. Dlatego też wszelkie moje tezy należy przefiltrować przez pryzmat swoich preferencji nie zapominając przy tym o oczekiwaniach systemu docelowego.
To był od początku bardzo obciążony manierą mojego zestawienia test. Ba, gdybym przed wpięciem kabli w system wiedział, jak „grają”, w przed-odsłuchowych rozważaniach próba skazana byłaby na całkowitą porażkę. Na szczęście temat duńskiego produktu był mi całkowicie obcy, a to pozwoliło zaliczyć bardzo miłe zaskoczenie. Puentując dzisiejsze spotkanie powtórzę, iż mimo pewnych nadających dostojności w środku pasma cech bohaterki testu są bardzo bezpiecznymi w użyciu. Owszem, dźwięk się lekko wzmocni, ale nawet u mnie to nie zaszkodziło, a podczas wizyty u Was może okazać się, że od dawna na taki zastrzyk energii oczekujecie.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Voice
Cena: 13 990 PLN / 2 x 3,15 m
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Po czterech latach od premiery podstawowego odtwarzacza DP-410, Accuphase zastępuje go nowym modelem DP-430. Z wyglądu łatwo będzie go pomylić z poprzednikiem, gdyż inżynierowie skoncentrowali się w tym przypadku na najważniejszym: jak udoskonalić istniejącą konstrukcję i wycisnąć ze starych, dobrych 16 bitów jeszcze lepszą jakość. Zaczęli od podstaw, czyli jeszcze skuteczniejszej eliminacji szkodliwych zjawisk mogących wpłynąć na odczyt danych z płyty, poprawiając właściwości pancernej obudowy transportu – nie tylko pod kątem izolacji mechanicznej i elektromagnetycznej z zewnątrz, ale także mikro-drgań generowanych przez strumień powietrza z wirującej płyty. W tym celu zastosowali ponownie „pływającą” prowadnicę lasera, odizolowaną mechanicznie od reszty za pomocą elastycznych podkładek, poprawiając jednocześnie mechanizm docisku płyty, umieszczony w masywnej pokrywie. Dużo uwagi poświęcili też na przesunięcie punktów rezonansowych stałych i obrotowych komponentów napędu poza nachodzące na siebie pasma. W sekcji cyfrowo-analogowej zastosowali natomiast konwerter innego typu: MDS (Multiple Delta Sigma). Wykorzystuje on cztery kości AK4490EQ produkcji Asahi Kasei, w konfiguracji równoległej. Uzupełnia go bezpośredni filtr symetryczny (DBF) czwartego rzędu, z osobnym torem dla sygnału zbalansowanego i RCA. Zapytacie zapewne: „Dlaczego nie MDS++”? W tym miejscu przechodzimy do kluczowego punktu programu, czyli najnowszego układu wyjściowego z filtrem ANCC (Accuphase Nosie&Distortion Cancelling Circuit). Wykorzystuje on niskoszumowy wzmacniacz operacyjny, który w stosunku do poprzedniego rozwiązania poprawia skuteczność aż o 30 %. Działa on na zasadzie odfiltrowania z wzmocnionego sygnału szumów bezpośrednio po przejściu przez konwerter, za pomocą układu realizującego algorytm odejmowania. Taki dobór modułów konwersji i filtracji sygnału powoduje, że DP-430 niebezpiecznie zbliża się do swoich braci z wyższej półki pod względem takich parametrów, jak np. spadek THD z 0.001 do 0.0008 % i wzrost współczynnika sygnał/szum ze 114 na 117 dB (w porównaniu do DP-410), które wyraźnie przekładają się na dźwięk. Jeśli chodzi o stronę użytkową, przetwornik odtwarzacza zamiast „standardowego” 24/192 jest w stanie przyjąć z zewnątrz pliki PCM do 32 bit / 384 kHz oraz 1-bitowe DSD 11.2896 MHz, na wejściu USB – a kreskowy wyświetlacz oprócz częstotliwości próbkowania pokaże także informację o liczbie bitów. DP-430 dysponuje także wejściem koaksjalnym i optycznym oraz odpowiadającymi gniazdami wyjściowymi z transportu – umożliwiają one wpięcie w tor sygnałowy np. korektora akustyki DG-58.
Tak tak, od zeszłorocznej wystawy minął dokładnie rok. To z jednej strony wydaje się być dość długo, jednak w zderzeniu z pełnym nieoczekiwanych wyzwań ów okres trwa nie dłużej niż mrugnięcie oka. I chyba nie zdziwicie się, że gdy po tych dwunastu miesiącach zasiadłem do pisania dzisiejszej relacji, odniosłem wrażenie, iż bardzo dokładnie pamiętam każdą napisaną niegdyś frazę. To z jednej strony dobrze, gdyż nie lubię się powtarzać i pozwala mi budować nieco inne ciągi literowe, jednak z drugiej wyraźnie przypomina o zatrważająco szybko uciekających latkach zmuszając do cieszenia się każdą wykorzystaną na słuchanie muzyki chwilą. I nie mam na myśli jedynie jakiś wbijających mnie w fotel sesji odsłuchowych, ale również będące solą naszej zabawy w wydobywanie jak najlepszego dźwięku z systemów audio mniejsze lub większe porażki. Dlaczego wrzucam do jednego worka oba bieguny naszych zainteresowań? To chyba jasne. Każda, powtarzam jeszcze raz, każda, czy to opisywana dzisiaj monachijska, czy też rodzima warszawska wystawa w swojej ofercie sonicznej ma lepsze i gorsze prezentacje. Dlatego też próbując określić plan działania podczas dzisiejszego zrzutu obserwacji wystawowych nie nastawiłem się na pokazywanie jedynie pięknie wypadających rodzynków, tylko w miarę zwięźle nakreślić stan ducha podczas wizyty następujących po sobie pokojach. To będzie istny miszmasz, ale tylko w ten sposób jestem w stanie zachęcić Was do przebrnięcia przez cały mój artykuł. Skąd to wiem? Nie uwierzycie, ale co jakiś czas na naszą skrzynkę pocztową przychodzą błagalne maile od czytelników, aby przy każdej części testów widniał tytuł informujący o tematyce danego akapitu. Po co? Po prostu wielu interesuje jedynie końcowa konkluzja i nie ma znaczenia, czy swoją opinię o danym urządzeniu wyrabiałem przy muzyce metalowej, czy barokowej. A to są przecież całkowicie inne, stawiające na inne środki wyrazu światy i trochę dziwię się, że przecież wyedukowany przedstawiciel homo sapiens nie zwraca na to uwagi. Reasumując, macie dwa wyjścia, albo czytacie całość, albo przeznaczacie swój cenny czas na coś z Waszego punktu widzenia znacznie ciekawszego.
Zanim przejdę do clou programu, dodam jedynie, iż każda wizyta obarczona była przypadkowością repertuaru, ilością słuchaczy i niestety bardzo często pochodzącą spod jednej ręki dystrybucyjnej siłową konfiguracją. Niemniej jednak, nawet te wydawałoby się nieciekawie wypadające zestawienia po głębszej analizie wytrawnemu melomanowi i znawcy tematu są w stanie bardzo wiele powiedzieć. I nie ukrywam, że podczas ferowania wyroków liczę właśnie na nieco głębsze przemyślenia, a nie szybkie przyklejanie plakietek zatytułowanych: „zwycięzca” i „przegrany”. Zatem po tym krótkim wprowadzeniu zapraszam na kilkadziesiąt krótkich, kilkuzdaniowych, zobrazowanych fotografiami tekstów, w zawartości których podczas przybliżania zestawienia najczęściej posiłkuję się najbardziej znanymi markami. I nie czuję się winny, że nie zdaję pełnego raportu, gdyż takiego połączenia nawet wybierając się za granicę do siedziby danego wystawcy prawdopodobnie nikt z Was nigdy nie dostąpi. Dlatego też aptekarskie podejście do wyliczanki sprzętowej według mnie mija się z celem.
SILBATONE
Ja wiem, że wielu miłośnikom opery i klasyki taka prezentacja może się podobać, ale bardzo mocno podszyty estetyką drewna, emitowany z monstrualnych tub dźwięk na dłuższą metę wymaga od słuchacza pełnej akceptacji takiego stanu rzeczy. I myliłby się ten, kto sądziłby, że to jego największy mankament. O co chodzi? Popatrzcie na rozmiary tego seta. W dobie zamieszkiwania przez nas tak zwanych „budek dla chomików” mielibyśmy problem z upchnięciem nawet jednej tuby, a co dopiero mówić o pełnym zestawieniu.
TAD
Głośnik koncentryczny zazwyczaj jest mistrzem w kreowaniu fantastycznej sceny 3D, co znakomicie na każdej wystawie potwierdza rzeczony system. I gdy do tego dodamy ciekawie, bo unikający grania bass-refleksową manierą zakres niskich częstotliwości, okaże się, że mamy dźwięk potrafiący zbliżyć się do estetyki grania konstrukcji zamkniętych. A to krótka do droga do serc wymagającego audiofila.
PATHOS
Jak to u Włochów. Design, design i jeszcze raz design. W tym pokoju nie do końca mogłem wyrobić sobie jakiekolwiek wiążącą opinię, gdyż panowie prezenterzy skakali po utworach i stylach muzycznych jak po jarmarku. Jednak co by nie mówić, przy omijającym szerokim łukiem przesadnego rozdmuchania muzyki wszelkie przeszkadzajki może nie w ekspresji kolumn tubowych, ale wypadały bardzo przekonująco.
AUDIO PHYSIC, AURIS
Proszę bardzo – trochę lampy w torze i nawet orędownicy ilości informacji ponad wszystko potrafiły przypomnieć sobie, że muzyka to również muzykalność, a nie tylko raport o zawartości pików dźwiękowych danego repertuaru.
AUDIA FLIGHT, VERITY AUDIO
Kolumny Verity z setem REIMYO zawsze wypadały co najmniej ciekawie, by nie powiedzieć bardzo dobrze. Tym razem zestawiono je ze znaną mi z osobistych spotkań recenzenckich Audią Flight i powiem szczerze, że nawet przy byle jakim materiale muzycznym (tak tak, często i tak bywało) również tym razem było nieźle. Co więcej sprawa przybrała jeszcze więcej rumieńców, gdy zestaw zagrał muzykę jazzową z mocnym akcentem wokalistycznym . Niestety, gdy elektronikę Audii ma w ofercie kilka rodzimych sklepów, to kolumny na chwilę obecną nie mają jeszcze u nas swojego przedstawiciela.
CESSARO, TW-ACUSTIC
To było typowo tubowe granie. Szybkość, rozmach i perfekcyjność w oddaniu nawet najdrobniejszego niuansu brzmieniowego sprawia, że do takiej prezentacji należy dojrzeć emocjonalnie. Te kolumny pokazują świat bez owijania w bawełnę. Niestety jest jeden haczyk, gdy w to wejdziecie, powrotu do kolumn tradycyjnych może już nie być.
MAGICO, SPECTRAL
Ta prezentacja w rozmowach kuluarowych wywoływała małe zamieszanie. I to nie za sprawą potwierdzenia notorycznej na wielu prezentacjach nadpobudliwości dźwięku, tylko spokoju, nutki barwy i w miarę mięsistego basu. Da się? Da.
MARTIN LOGAN, PASS
Grające plastry miodu nigdy do końca mnie nie przekonywały. Tymczasem okazuje się, że stawiający na masę i kolor amerykański piec jest w stanie sprawić, iż w tym pokoju spędziłem zadziwiająco sporo czasu. Owszem, to nadal dla mnie był nieco zbyt zamaszysty przekaz, ale sama jego kultura spokojnie mieściła się w moich codziennych preferencjach.
PARADIGM, ANTHEM, AURENDER
To był typowy przykład, że odpowiednie zestawienie to klucz do sukcesu. Gdy u mnie kolumny przy sporej dawce krawędzi dźwięków potrafiły zbudować ciekawy barwowo przekaz, to w Monachium całość wypadła nieco technicznie, co w efekcie mordowało czar damskiej wokalistyki.
McIntosh
Dźwięk dobywał się zewsząd, tak więc nic o nim nie mogę napisać Jednak wystrój pomieszczenia mówi wszystko, to światowej sławy marka i błądzi ten, kto choćby raz nie spróbuje na własnym podwórku zmierzyć się z jej produktami.
EINSTEIN
Ten znany z produktów lampowych producent pokazał dwa zestawy. Jeden współpracował z wykorzystującymi nieduże przetworniki firmowymi monitorami, a drugi z dwumodułowymi konstrukcjami pełno-pasmowymi. Jeśli chodzi o dźwięk, to gdy maluchy za sprawą ograniczeń częstotliwościowych w dolnych partiach charakterystyki ewidentnie przeznaczone są do małych pomieszczeń, to już pełen pakiet głośników większego seta oferował bardzo ciekawie wypadające wykorzystanie szerokiego zakresu częstotliwościowego. Gdy pojawiała się potrzeba, dostawałem solidny bas, a gdy wymagał tego materiał muzyczny, tandem środka z górą wyraźnie, ale bez przerysowań rysował mi założenia wydającego krążek artysty. Dodatkową, ważną informacją jest fakt, iż większy zestaw miał również szczęście prezentować najnowszą konstrukcję lampowej oferty wzmacniania sygnału audio i zamontowane na gramofonie Air Force III kolejne wcielenie ramienia gramofonowego opisywanej marki.
THE BEAST
W pokoju źródła plikowego ReQuest wzmacnianego elektroniką Absolare zaliczyłem klasyczny przypadek grania z porażającą w dobrym tego sowa znaczeniu swobodą. Muzyka płynęła, a nie była odtwarzana. Powiem szczerze, to chyba jest najbardziej przemawiające do mnie pod względem jakości dźwięku pomieszczenie. Nie było znaczenia, jaki repertuar gramy. Klasyka, jazz, czy wokalistyka, wszystkie gatunki wręcz nie pozwalały wyjść z pokoju. Po prostu muzyka przez duże „M”.
KHARMA
W początkowej fazie wizyty wydawało mi się, że pomieszczenie zostało nieco przetłumione. Z jednej strony wiedziałem, że jest to próba okiełznania żywotności zestawu w tak niewielkiej kubaturze, ale z drugiej bałem się o jakiekolwiek subtelnie wypadające wybrzmienia poszczególnych dźwięków. Co ważne, panowie w temacie akustyki tak mocno się starali, że cała podłoga została wyłożona panelami ze skóry, a boczne ścianki czymś na kształt wojskowych struktur trawo podobnych. Nie powiem, wyglądało to bardzo atrakcyjnie. A jak wypadła fonia? Owszem, krzyku nie było, ale jak przypuszczałem, delikatnie zaginęły krawędzie dźwięków. Werdykt? Odrobina pracy wystawców i okazało się, że Kharmy przestają krzyczeć.
BLUMENHOFER, MASTERSOUND
Ubrane w egzotyczna okleinę niemieckie kolumny napędzane włoskim lampiakiem pokazały nieco świeższy jakościowo niż opisywany na początku set Silbatone „drewnopodobny” dźwięk. Podobnie do kolumn Cessaro szybki przekaz z BH miał swoje zalety, jednak ich notoryczna chęć imponowania swoimi wyczynowymi akcentami sonicznymi nieco studziła zakorzenione gdzieś w zakamarkach przestrzeni mózgowej zapędy ku mimo wszystko fantastycznej prezentacji wszelkich instrumentów w swej budowie wykorzystującej drewno. Powiem tak, było ciekawie, ale przed decyzją należy się mocno zastanowić, czy to nasza bajka.
TechDAS, CH PRECISION, VIVID AUDIO
Gdy sam gramofon pokazał mi, jaka droga w dziedzinie analogu jest jeszcze przede mną, to dotychczasowe doświadczenia z zestawianiem elektroniki CH Precision z kolumnami Vivid nigdy nie były w stanie mnie do siebie przekonać. Zawsze było zbyt dosadnie i szybko. Podobnie było i tym razem. Jednak jedno takiemu zestawieniu muszę oddać, muzyka klasyczna zawsze wypadała fenomenalnie. Może nieco lżejsza barwowo niżbym oczekiwał, ale biorąc moje zwichrowanie na punkcie solidnej dawki muzykalności oddaję tej kompilacji zasłużony pokłon.
ENGSTROM, MARTEN, TOTAL DAC
Po skróceniu nazwy marki produkującej widniejące na fotografiach wielkie końcówki mocy na pojedyncze Engrstrom sam dźwięk na szczęście nic ze swojego czaru nie utracił. W wydaniu opisywanej wystawy z kolumnami Martena rzeczone wzmaczki sterowane elektroniką TechDasa zagrały na tyle ciekawym wolumenem, że pani Mercedes Sosa, a po niej frazy fortepianu na długo pozostawiły mej pamięci bardzo dobre wrażenie.
THRAX
Ten rodem z Bałkanów set miałem u siebie w domu i doskonale wiem co potrafi. Bardzo świeże w odbiorze brzmienie monitorów wspomaganych wyczynowymi tak pod względem wielkości jak i możliwości regulacyjnej modułami basowymi nawet w warunkach wystawowych potwierdziło to, co udało mi się uzyskać w zaciszu domowym. To zaś ewidentnie świadczy, jak duży potencjał wiedzy drzemie w osobie konstruktora i producenta w jednym. Jednak chyba ważniejszym dla chadzających po niższych szczeblach zasobów pieniężnych potencjalnych zainteresowanych był fakt debiutu w bułgarskim portfolio stojącego obok gramofonu wzmacniacza zintegrowanego. Niestety, wszystkie wizyty, a były trzy, nie pozwoliły mi dostąpić zaszczytu posłuchania rzeczonej integry.
EGGELSTON WORKS
Amerykańskie kolumniska napędzane francuską elektroniką lampową i futurystycznymi gramofonami marki Triangle zaprezentowały nieco byt jasny jak na wykorzystane w torze szklane bańki dźwięk. Oczywiście wszelkie dzwoneczki i inne przeszkadzajki były bajeczne, ale tylko na kilka minut. Potem stawiający na magię przekazu człowiek rozumiał, że nie tędy droga.
RAIDHO ACOUSTICS, AAVIK ACOUSTICS
Już maleńkie monitory na naszej wystawie pokazały, iż nie straszne są im prawa natury, to czego można spodziewać się po takich monstrach? Powiem Wam. Bezpośredniego, napowietrzonego, ale bez krztyny natarczywości, pełnego pakietu najdrobniejszych informacji dźwięku. Mało? Wady? Jeśli ktoś nie obcuje na co dzień z wielkim, wielkości miski do kąpieli dzieci basowcem, to ów zestaw wad wydaje się nie mieć.
AMPLIFON, CEC
Nie znam osobiście ani wyrobów polskiego producenta, ani kolumn CEC-a, dlatego nie jestem w stanie wykazać odpowiedzialnego za dziwny brak oddechu w muzyce. To chyba było największe negatywne zaskoczenie tego dnia wystawy.
WILSON BENESCH, CH PRECISION
Szybka elektronika pokazała całkowicie inne niż znam oblicze kolumn WB. Zderzenie z tymi paczkami obfitowało w pełen magii i gęstych nut spektakl, tymczasem w tej konfiguracji nawet gramiak nie był w stanie zbliżyć się do znanych mi wzorców. Jedyne co pozytywnie przemawia za tym połączeniem to feeria fajerwerków i pełne wysterowanie nawet w najniższych rejestrach.
VOXATIV
Kolumny, własna elektronika i SME-g w roli napędu. Fakt, górne pasmo zaskakująco otwarte i z dużą ilością artefaktów, ale dominujący, papierowy nalot przez cały czas przypominał o rodowodzie przetworników. Fajne, ale przypisane dla wiedzących czego chcą od dźwięku melomanów granie. W tej odsłonie zestaw wspomagały firmowe suby i gdy dźwięk mieścił się w pomieszczeniu – o co przy baterii niskotonowców czasem było trudno – prezentacja pokazywała, że coś ciekawego w tej manierze grania jest.
NAGRA, WILSON AUDIO, KRONOS AUDIO
W spokojnym repertuarze wszystko było w jak najlepszym porządku. Jednak drobne podkręcenie tempa i głośności grania pokazywało prawdziwe oblicze amerykańskich demonów, jakimi niewątpliwie są kolumny WA. Góra dźwięczna, środek bliski neutralności, ale już bas nieco ponad miarę, co ewidentnie pokazywał mocno nadmuchany, wielki w swej aparycji kontrabas. Ale jeśli ktoś tak solidnie naładowany energią świat muzyki preferuje, jestem przekonany, że to jest dźwięk na długie lata.
ODEON
O dziwo, zestaw tubowy pozwolił mi usłyszeć bdb budowaną scenę dźwiękową nawet podczas siedzenia w odległości dwóch metrów od kolumn przy dość szerokim, bo pozwalającym słuchać z każdego zakątka pokoju ich rozstawieniu. Reasumując, można zrzucić im wiele, ale nie można odmówić im kreowania ponadprzeciętnego spektaklu muzycznego. Co prawda u siebie słuchałem zdecydowanie mniejszych sióstr, które czasem miały problemy z kontrolą najniższych rejestrów, ale w zaskakujący sposób podczas mojej wizyty uwiecznione na fotografii monstra w pokoju zbudowanym z szyb i cienkich ścianek nie miały z tym najmniejszego problemu.
ALLUXITY, JOSEPH AUDIO
Metalowe głośniki nie wróżyły nic dobrego. Tymczasem nakarmienie ich materiałem muzycznym z lifestylowo wyglądającego, ale za to oferującego spore pokłady barwy zestawu Alluxity skutkowało dobrym rysunkiem i muzykalnością zestawu. Po cichu powiem, że po raz kolejny młode pokolenie rodu Ole Vitusa w równowadze jakościowej prezentowanej muzyki drugi rok z rzędu pokonało mentora.
VITUS AUDIO, GOEBEL
Grające telewizory z Niemiec dzięki produktom duńskiego Vitusa wypadły zdecydowanie lepiej niż na zeszłorocznej wystawie w Warszawie z CH PRECISION. Może nie było to sięgające szczytów High Endu zestawienie (mam na myśli model kolumn), ale należy przyznać, że prezentacja poza nieco zbyt monotonnym basem okazała się być ciekawa.
AUDIOVECTOR, GRYPHON
Te dwa brandy i sukces soniczny? Niemożliwe? A jednak powiem Wam, że wbrew pozorom nie było tak źle, jak można było się spodziewać. Powiem więcej, było na tyle ciekawie, że nie mogłem opuścić tego w mojej relacji. Owszem, szkoły Harbetha nie zdołano osiągnąć, ale przy szybkości i dobrym wysterowaniu dźwięku dzięki okablowaniu Audiovectora udało się osiągnąć pozwalający czerpać wiele dobrego ze słuchania muzy mariaż produktowy. Mariaż, który jak rasowy kameleon: w przykładowej dziedzinie oddania ostrości krawędzi strun gitary bez problemu potrafił rozkochać nawet tak zmanierowanego gęstym graniem malkontenta jak ja, by w zagadnieniu oddania koherencji ludzkiego głosu pokazać się w niezbyt dobrym świetle. Jednak suma summarum, fakt, że prezentacja tkwi w mojej głowie, jest pewnego rodzaju sukcesem.
HORNS, ALBEDO, MY SOUND
Mam przyjemność zaprezentować coroczną oazę polskiej myśli technicznej. Co prawda jej skład w drobnej części czasem się zmienia, ale bez względu na to, cykliczność wystawienniczą wymienionych marek na tak dużej imprezie można nazwać wielkim sukcesem naszych konstruktorów. Dźwięk? Jak to u tub bywa. Otwarty, naładowany pakietem informacji środkowych i górnych rejestrów, a wszystko uzupełnione pochodzącym z pasywnie sterowanego głośnika basem.
AYON, LUMEN WHITE
Poznajecie? Oczywiście, to set w dużej części goszczący na naszym AVS. Mało tego, z mniejszymi kolumnami i innymi monoblokami był również w naszej redakcji. Ale nie to jest najciekawsze. Może wielu wydać się to dziwne, jednak już po wejściu do skleconego z karton-gipsu boxu na wielkiej hali usłyszałem nieco inną niż u siebie w domu prezentację. Co było tego powodem? Jak to co. Wyeliminowanie procesora DSP. To oczywiście nadal było Accutonowe granie, ale już z większą swobodą oddania oddechu muzyki. Czyli jednak moja krucjata przeciw gmeraniu w sygnale nie jest pozbawiona sensu.
GAUDER AKUSTIK, AVM
Z autopsji wiem, co te kolumny potrafią., jednak upodobanie pana prezentującego ów zestaw do naszpikowanej wielkimi składami dęciaków muzyki lat pięćdziesiątych nie pozwoliło mi na głębsze przyjrzenie się tej konfiguracji. Jednak bez względu na to przyznam, że tegoroczna wystawa za sprawą najnowszych monosów AVM-a zrobiła na mnie zdecydowanie lepsze wrażenie niż poprzednia. A co było konkretnym tego powodem? Po zeszłorocznych, dość płaskich dynamicznie występach, w tym roku czuć było ewidentnie lepszą energetyczność dźwięku.
MBL
Cóż. Przygoda z tak zwanymi cebulami w topowym wydaniu dla mnie osobiście prawie zawsze kończy się westchnieniem może „kiedyś”. To był spektakl przez duże „S”. Bez względu czy małe składy, symfonika, plumkanie, czy ostra rockowa jazda, nie potrafiłem złapać Niemców na najmniejszym potknięciu. Fakt, o tak uwielbianym przeze mnie koloryzowaniu muzyki nie było mowy, ale otrzymując tak skrojony przekaz bez ociągania się jestem w stanie oddać nieco z prywatnych preferencji.
KONDO, KAVERO
To był fantastycznie spędzony czas. Spokój, często wietrzona duża kubatura i magicznie kreowana, wydobywająca się z systemu marzeń wielu audiofilów muzyka. Czegóż chcieć więcej? Po czym wnioskuję, że to moja bajka? Podczas wizyty leciał znany mi jak własna kieszeń czarny krążek Luisa Armstronga „Satchmo”. Jakieś pytania?
KRONOS, GOEBEL, CH PRECISION
Wiecie co? Nieco niepochlebnie opisane przeze mnie kilka akapitów wcześniej połączenie CH PRECISION z kolumnami Goebel tym razem po połknięciu sygnału z gramofonu i po zadbaniu wystawcy o akustykę pomieszczenia potrafiło zagrać całkiem urzekająco. Nie wiem, czy to sprawka okablowania, czarnej płyty, czy pomieszczenia, ale szczerze powiedziawszy zaliczyłem rasowy opad szczeki. Ale to nie koniec pozytywnych opinii, gdyż te wielkie kolumniska potrafiły budować zaskakująco rozbudowaną scenę w wektorze głębokości nawet podczas siedzenia dwa metry od nich.
ROCKPORT, SOULUTION
To zestawienie było przykładem, jak znane z nieprzeciętnej muzykalności kolumny zmusić do grania krawędziami dźwięków. To wielu odbiorcom może imponować, gdyż jest bezkompromisowym w domenie wyrazistości przekazu przedsięwzięciem sprzętowym, jednak zapewniam, miłośnicy barwy i gładkości nie mają w nim czego szukać. Przykład? Słuchany podczas wizyty koncertowy album Antonio Forcione sprawił, że już na materiale płyty winylowej w mojej konfiguracji struny gitary były wzorem do naśladowania w zakresie ich czytelności, to po przepuszczeniu przez tytułowy zestaw spokojnie mogłem się nimi golić.
POLPAK, TAGA HARMONY
Ten akapit jest swojego rodzaju organoleptycznym potwierdzeniem międzynarodowych sukcesów jednego z polskich producentów, a konkretnie mówiąc dystrybutora (Polpak) oferującego paletę brantowanych swoim logo komponentów audio dla zwykłego Kowalskiego. Tak tak, chodzi o ostatnio często pojawiającą się na forach internetowych w pochlebnych opiniach markę Taga Harmony, która doczekała się kilku nowych dystrybutorów w skali świata. Jak widać na załączonym obrazku, jeśli tylko jesteśmy wystarczająco zdeterminowani, świat stoi przed nami otworem. Ale to nie koniec ciekawostek, gdyż miła atmosfera w greckiej restauracji za sprawą świetnie prezentującego się podczas koncertu na żywo duetu Anne Bisson i Vincenta Belangera zaowocowała jednogłośnym przyznaniem nagrody roku za brzmienie wystawy tegorocznej relacji. Panowie, zasłużone brawa.
AVANGARDE
Cóż innego, niż dość trywialnie brzmiące zdanie typu: „Rozdający karty na rynku producentów kolumn tubowych producent” można napisać o niemieckim Avangardzie? A powiem Wam, że można. Może nie bardzo rewolucyjnego, ale ciekawego z punktu widzenia zgodności fazowej poszczególnych podzakresów. O co chodzi? Ostatnimi czasy panowie zza naszej zachodniej granicy opracowują moduły basowe z korekcją DSP, a to biorąc pod uwagę często opisywane problemy z nadążaniem basu za resztą pasma może okazać się strzałem w przysłowiowa dziesiątkę, czego im serdecznie życzę.
AUDIOQUEST
Pokój tej znanej kablarskiej marki zaproponował połączenie swoimi wyrobami włącznie z akcesoriami prądowymi elektroniki Sugdena i kolumn B&W. Znam prezentowaną, najnowszą linię wspomnianych zespołów głośnikowych i wiedziałem, że tylko naprawdę bardzo źle dobrane komponenty współpracujące mogą położyć całość prezentacji. Jednak, jak się okazało, wystawca wiedział co robi, dzięki czemu muzyka była pełna energii i bez szkodliwego posmaku odchudzenia. Z przyjemnością posiedziałem tam kilkanaście minut.
MOBILE FIDELITY
Ta wizyta miała jeden, bardzo ważny dla mnie cel. Chodzi mianowicie o chęć zobaczenia na własne oczy nowego pomysłu na działalność na rynku audio, jakim jest wprowadzenie linii gramofonów do odtwarzania tłoczonych przez siebie od dziesięcioleci płyt winylowych. Nie wiem, jak oferta prezentuje się w sferze sonicznej (dystrybutor czeka na pierwsze sztuki), ale jeśli panowie tak dobrze radzili sobie z masteringiem, to może i domenie odczytu swoich w pocie czoła zrealizowanych wydawnictw płytowych staną na wysokości zadania. Jak widać na zdjęciach, marka nie stawia na spektakularny design, ale z tego co wiem, zadbała o osobistą produkcję większości podzespołów z ramionami włącznie i ceny na naszym rynku mają oscylować w rejonach 5 kzł, co stanowi ciekawą alternatywę dla Pro-Jecta , Regi i Thorensa. Przyznacie, że zapowiada się ciekawie.
MOON, WILSON AUDIO
Nieco przewymiarowane kolumny ewidentnie pokazywały, że panowie postawili na wielkość i ilość, a nie na jakość. Jednak ignorując aspekt nadmiaru basu należy oddać im honor, gdyż przyjemna w brzmieniu elektronika potrafiła zadbać o kulturę brzmienia reszty pasma, a przy tym pokazać, jakie pokłady energii drzemią w amerykańskich zespołach głośnikowych. Czyli ewidentne coś za coś.
AUDIODATA, SOULUTION
To było przebiegające w estetyce równowagi tonalnej granie. Bez fajerwerków barwowych, ale również bez większej szkody w dziedzinie ostrości przekazu. A należy zauważyć, iż w torze znalazł się propagator szybkości ponad wszystko.
FINK TEAM, OCTAVE
Niemieckie wzmocnienie i dość futurystycznie wyglądające kolumny zagrały ciekawym, w estetyce papieru obrazem muzycznym. Ciekawostką było nie wychodzenie przed szereg głośnika wysokotonowego, a potwierdzeniem słuszności zastosowania wielkiego basowca dobrze wypadająca stopa perkusji.
NORDOST
W tym roku znany z niedoborów pokładów masy na środku pasma producent kabli zaprezentował najnowsze dzieło, jakim są kondycjonery masy. To było ciekawe doświadczenie. Muszę szczerze przyznać, że użycie wspomnianych poprawiaczy uziemienia dawało wyraźną poprawę oddechu w dźwięku, co w konfrontacji z dotychczasowymi próbami z produktami innych marek stoi w całkowitej opozycji, gdyż w imię poszukiwania muzykalności najczęściej wszystko gaśnie. I co ważne. Tak przed, jak i po zastosowaniu nowości Nordosta system Moon-a z Audiophysicami nie zdradzał oznak nadpobudliwości. Muszę to potwierdzić u siebie.
MEITNER, LANSCHE AUDIO, EMM LABS
Zawsze gdzieś z tyłu głowy mam zakodowane, że Meitner nieco tłumi wybrzmienia. Tymczasem w zestawieniu z kolumnami Lansche Audio i elektroniką Emm Labs pokazał napiętnowane (w dobrym tego słowa znaczeniu) dobrymi krawędziami, ale przy tym gładkie i nasączone barwą granie. Swoboda, oddech i kontrola basu potwierdzały, że wiele przeczytanych gdzieś w sieci niepochlebnych opinii jest wynikiem nieodpowiedniego doboru poszczególnych komponentów.
T&A
Ten zestaw gościłem jakiś czas temu u siebie. W skrócie mogę tylko powiedzieć, że żadnej muzy się nie boi. Może w wymagającej magii muzyce dawnej nie osiąga homogeniczności moich ISIS-ów wespół z Reimyo, ale reszta repertuaru nie jest w stanie zagonić go w kozi róg, gdyż to on rozdaje karty, ups moc.
OCTAVE, BLUMENHOFER
Piecyki Octave dość dobrze zgrały się z kolumnami Blumenhofer, gdyż oprócz typowej dla tub prezentacji nie odnotowałem specjalnych, w jakikolwiek szkodzących muzyce artefaktów. Oczywiście proszę nie odbierać moich przytyków do potomków megafonów zbyt dosłownie, gdyż nie jest to ich wadą tylko specyfiką, a wspominam ten temat tylko po to, aby odnieść się do ich ilości w dźwięku. Nic poza tym.
CHORD
Witamy na planie ukazującego się w czasach komunizmu serialu „Kosmos 1999”. Futurystycznie wyglądające urządzenia pozwalają osiągnąć klientowi jedynie dwa stany. Jeden to nienawiść, a drugi miłość. Ja po dłuższej akomodacji podczas testów optowałbym za tym drugim, ale nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś nie by w stanie pogodzić się z takim odważnym designem. A co z dźwiękiem na wystawie? Leciała trochę nie moja muzyka, ale system dawał wyraźne sygnały, że basu z pewnością mu nie zabraknie.
SILTECH, CRYSTAL CABLE
Nadeszły czasy, gdy wszyscy chcą robić wszystko. Co to oznacza? Ano to, że obie, będące bohaterkami tego akapitu marki kablarskie pchają się w nowe dla siebie rynki. Crystal Cable postawiło na kolumny, a Siltech na elektronikę. I wiecie co, gdy w dziedzinie okablowania holenderski spec od srebra ze swoimi drutami jest dla mnie niezbędnym elementem do otrzymania dobrego brzmienia, to posiłkując się własną elektroniką i kolumnami bratniego kablarskiego współ-wystawcy CC w ogóle mnie nie przekonał. Nie wiem, dokąd to nas zaprowadzi, ale na razie tego nie czuję.
BUGATTI
Te fotografie wykorzystałem jedynie do zobrazowania szaleństwa, jakie ogarnęło rynek audio. O co chodzi? Tak bez specjalnej złośliwości powiem tylko tyle, że gdybym chciał, bardzo szybko znalazłbym niezbyt wyszukany pod względem rozpoznawalności system audio, na zakup którego nie wystarczyłaby kwota żądana za tytułowe Bugatti. I uwierzcie mi, takich setów byłoby kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt, co wyraźnie pokazuje, stopień zatracenia granic przyzwoitości interesującego nas ryku audio. Puentując ów stan rzeczy jestem w stanie powiedzieć, że to przybrało już oznaki choroby, skutki której odbijają się na naszych portfelach. Szkoda.
I tym, mało optymistycznym finansowym akcentem pragnę zakończyć tegoroczną relację. Jednak bez względu na tendencję przeszacowania cen urządzeń audio chcę powiedzieć, że w przeciwieństwie do lat ubiegłych, tym roku miałem więcej pozytywnych spotkań sonicznych. Co mogło być powodem? Co prawda nie liczyłem, ale z tego co udaje mi się przywołać z pamięci, ostatnia impreza oferowała zdecydowanie więcej prezentacji ze źródeł analogowych typu gramofon, czy magnetofon. Owszem, plikograjków również nie brakowało, ale bardzo często dublowano je właśnie gramofonem. Nie wiem, na ile moja opowieść przybliży Wam ducha opisywanej imprezy, ale waśnie dla zobrazowania częstego przeplatania się pozytywnych i negatywnych konfiguracji jechałem z tekstem i zdjęciami jednym ciurkiem. Każde takie przedsięwzięcie jest polem walki wystawców z przeciwnościami losu typu: ilość odwiedzających, pomieszczenie, repertuar i własna oferta, dlatego zalecam ostrożne ocenianie tego co przeczytacie. Zatem w poczuciu spełnienia czekającego na swoją kolej aż dwa tygodnie obowiązku już dzisiaj zapraszam wszystkich na opis przyszłorocznego wydarzenia.
Jacek Pazio
Podobnie jak w zeszłym roku początek czerwca stał się okazją do spotkania w kulturą japońską w ramach, już piątego „pikniku” Matsuri. Zmiana lokalizacji z zamkniętej kubatury hali stołecznego Torwaru na zatopiony w wielkomiejskiej zieleni teren Służewieckiego Domu Kultury i wymarzona wręcz pogoda sprawiły, że wraz z wybiciem południa zarówno dojazdy, jak i drogi prowadzące z pobliskiej stacji metra przypominały trasę do Morskiego Oka w szczycie sezonu urlopowego. Istne ludzkie mrowie spokojnie podążało w wiadomym kierunku, by choć przez chwilę poczuć klimat Kraju Kwitnącej Wiśni.
Tym razem jednak postanowiłem zamiast na typowo „stoiskowej” formie relacji skupiłem się na zdecydowanie bardziej widowiskowych atrakcjach i większość czasu spędziłem w amfiteatrze podpatrując pokazy sztuk walki. Jednak w przeciwieństwie do cieszącej się rosnącą popularnością, do bólu skomercjalizowanej kopaniny w stylu KSW i MMA organizatorzy skupili się na stylach tradycyjnych, w których tężyzna fizyczna idzie w parze z rozwojem duchowym i umysłowym.
Tuż po uroczystości oficjalnego otwarcia na matę weszli przyodziani w czarne stroje i uzbrojeni w bambusowe miecze shinai zawodnicy z Tonbo Kendo. Pełna widownia amfiteatru i oblężone wszelakiej maści pobliskie murki dobitnie świadczyły o tym, że ten niezwykle widowiskowy sport znajduje w Polsce bardzo podatny grunt.
Kolejną dawkę adrenaliny i niezwykle pozytywnych emocji zapewniła sekcja Judo Legii Warszawa „wystawiając” nie tylko świetnie wyszkolonych młodzików, lecz i przeuroczą młodą damę prezentującą, że i płeć piękna potrafi znaleźć w Judo coś dla siebie.
Niejako na deser zostawiłem … Polski Związek Sumo, w którym również świetnie realizują się dziewczęta a stereotypy o koniecznej masie nosorożca niekoniecznie znajdują potwierdzenie w rzeczywistości. Okazuje się bowiem, iż głównie w Sumo tradycyjnym to właśnie masa ma znaczenie, gdyż nie ma kategorii wagowych. Natomiast w Sumo sportowym takowe jak najbardziej występują, więc każdy ma szansę znaleźć odpowiednią dla swojej postury niszę. Z przekazywanych przez zawodników ciekawostek warto przytoczyć np. tę o sędziowaniu w tymże sporcie. Otóż na mocy dekretu Cesarza sędziami sumo w Japonii są przedstawiciele jedynie jednej rodziny i stan ten trwa od ponad trzystu lat i nic nie wskazuje na to, żeby cokolwiek miałoby się w tej materii zmienić a żeby było ciekawiej, sędziowie mają status urzędników państwowych.
Na prezentującej uroki Japonii imprezie nie mogło zabraknąć również czegoś dla złotouchych a biorąc pod uwagę, iż to właśnie Japonia uznawana jest za kolebkę audiofilizmu również i tym razem pojawił się stołeczny Fonnex ze stoiskiem zapełnionym słuchawkami Finala, elektroniką Olasonic i innymi dedykowanymi miłośnikom nauszników oraz systemów desktopowych akcesoriami. Jak widać na załączonych zdjęciach największą popularnością cieszyły się potężne Sonorusy z topowymi X-ami włącznie.
Matsuri to jednak nie tylko sport i prezentacja typowo japońskich marek, lecz również a raczej przede wszystkim występy artystyczne, nad wyraz wysublimowane propozycje kulinarne i okazja do niezobowiązujących spotkań z przedstawicielami branży motoryzacyjnej i elektronicznej.
Do zobaczenia za rok.
Marcin Olszewski
Najnowsze komentarze