Na polskim rynku debiutuje seria nowoczesnych streamerów Plato. Mówiąc „streamery” drastycznie upraszczamy temat, gdyż urządzenia brytyjskiej firmy Convert AV zaskakują uniwersalnością znaną z najlepszych sieciowych rozwiązań audio-video, uzupełnioną rasowym dźwiękiem. W serii Plato znajdziemy cztery modele: Lite, Pre, Class B i Class A, zbudowane z komponentów pierwszorzędnej klasy. Odtwarzają one formaty dźwiękowe włącznie z nieskompresowanymi plikami 24/192, a także zawartość video. Jeśli dodamy do tego konfigurację w sieci domowej – a więc odczyt danych z zewnętrznych urządzeń UPnP i DLNA oraz streamowanie do odbiorników znajdujących się w tej sieci, okaże się, że Plato to nie tylko high-endowe źródło dźwięku i obrazu, ale także wielostrefowy streamer A/V, zdolny do obsłużenia nawet rozbudowanych systemów multiroom. W wersji podstawowej każdy z modeli – włącznie z najtańszym – dysponuje wbudowanym dyskiem, umożliwiającym magazynowanie plików, zarządzanie zawartością i konwersję formatów audio, a także podłączanym po USB zewnętrznym napędem DVD. bardzo istotne jest że oprócz płyt cyfrowych na dysk Plato można zgrać także dźwięk ze źródeł analogowych – w tym winylu. Zripowane dane zostają wtedy zapisane w postaci plików hi-res, a ich zawartość zidentyfikowana i otagowana dzięki połączeniu online z bazą danych GraceNote. Oprócz tej unikalnej funkcji Plato umożliwia skorzystanie z radia internetowego oraz serwisów streamingowych. Na pokładzie każdego modelu znajdziemy przedwzmacniacz liniowy, a także komplet złącz analogowych i cyfrowych. Trzy droższe modele dysponują wysokiej klasy przedwzmacniaczem gramofonowym MM/MC z rozbudowanymi ustawieniami parametrów, a dwa z nich – plasujące się najwyżej w hierarchii – to samowystarczalne „wszystko w jednym”, wyposażone w końcówki mocy oraz pozłacane terminale głośnikowe. Wzmacniacz topowego Plato Class A dysponuje unikalnym rozwiązaniem, pracując w opatentowanej przez producenta „chwilowej” klasie A. Układy dokonują pomiaru sygnału wejściowego czasie rzeczywistym i dopasowują prąd podkładu do poziomu wysterowania, dzięki czemu ograniczone zostaje zużycie mocy w trybie „jałowym” oraz przy niższych poziomach sygnału. Elegancka, dyskretna skrzynka o designerskim zacięciu i zwartych gabarytach wygląda identycznie w przypadku każdego modelu i jest wyposażona w wyświetlacz dotykowy, który umożliwia swobodne korzystanie z urządzenia bez konieczności sterowania ze smartfona lub tabletu z zainstalowaną aplikacją. Ta ostatnia jest napisana źródłowo dla platformy Android, a dla iOS występuje w wersji nieco uproszczonej, lecz producent deklaruje, że ta druga zostanie wkrótce zaktualizowana do pełnej funkcjonalności. Plato oferowane są standardowo w białej lub czarnej satynowej wersji obudowy z czarną płytą górną, a także w rozszerzonej palecie kolorystycznej dostępnej na specjalne zamówienie.
Ceny wersji podstawowych z dyskiem HDD o pojemności 1 TB przedstawiają się następująco: najprostszy streamer-serwer Plato Lite kosztuje 12 900 zł, Plato Pre (z wbudowanym phonostage’m): 16 900 PLN, Plato Class B (phonostage i wzmacniacz w klasie B): 19 900 PLN, natomiast topowy Plato Class A (phonostage i wzmacniacz w klasie A, o mocy 25 W przy 8 ohmach): 24 900 zł.
Prezentację urządzeń Plato można obejrzeć tutaj.
Cennik detaliczny
Dystrybucja: Nautilus
Jakiś czas temu, a dokładnie w kwietniu, miałem niewątpliwą przyjemność skreślić kilka strof na temat komponentu audio, który mimo kilku, co najmniej ciekawych występów na jesiennej warszawskiej wystawie AVS dziwnym zbiegiem okoliczności niespecjalnie może przebić się do panteonu producentów o natychmiastowej rozpoznawalności. Jak ten temat rozwinął się od mojej ostatniej rozmowy z dystrybutorem niestety nie mam pojęcia, ale bez względu na to sądzę, że przyczyny bardzo trudnego wspinania się po drabince uznania pośród klienteli leżą w bardzo spokojnej i w dobie szaleństwa rozmiarowego niewielkiej gabarytowo aparycji rzeczonych urządzeń. Niestety, w obecnych czasach ludzie kupują oczami i jeśli konstruktorzy w swej uczciwości wobec nabywcy unikając zbędnego wydawania środków na designerski wygląd postawią na samo brzmienie, próżność naszego ego spycha podobne komponenty na margines zainteresowań, mimo, że w starciu z najważniejszym aspektem bytu danego wzmacniacza, czy odtwarzacza – czytaj: jakością dźwięku – jest to nieuprawnione. Dlatego też bardzo się cieszę, że w tak krótkim odstępie czasu po raz kolejny mogę zaproponować Wam wycieczkę po możliwościach sonicznych japońskiej marki Soul Note. Jednak tym razem w uzupełnieniu informacji o wycinku port folio tego brandu przyjrzymy się odtwarzaczowi kompaktowemu SC710, którego dystrybucją na naszym rynku zajmuje się warszawski Audiopunkt. Zatem, jeśli ktoś jest zdziwiony, dlaczego rodowity Japończyk w naszym kraju ma problemy z wypłynięciem na szerokie wody, zapraszam do lektury poniższego tekstu. Nie obiecuję wyjaśnienia przyczyn takiego stanu rzeczy, ale postaram się opowiedzieć jak na spowiedzi, co dobrego jest w nam w stanie zaoferować.
Akapit wizualny natychmiast ukazuje pierwszą przyczynę wymienionych we wstępniaku problemów tytułowej marki. Chodzi mianowicie o tak banalny temat, jak gabaryty jej produktów. Niestety, na tle konkurencji do otulenia zaprojektowanych układów elektrycznych wykorzystuje stosunkowo niewielkie obudowy, a już będący dzisiejszym bohaterem kompakt osiąga szczyt minimalizmu rozmiarowego i jego głębokość sięga ledwie dwóch trzecich bardzo znanego, również japońskiego odtwarzacza marki CEC CD3. Wiadomym jest, że rozbudowane wektory szerokości i głębokości nie są wykładnią brzmienia, ale przyznam szczerze, gdy rozpakowałem i stawiałem na dedykowanym do testów stoliku opisywane „maleństwo”, mimo ogólnej otwartości na nowe doświadczenia bez wcześniejszego spotkania ze wzmacniaczem tej marki rokowania byłyby bardzo słabe. Jednak abstrahując od osobistych przemyśleń nasz bohater pod względem wyglądu i kompatybilności z resztą systemu prezentuje się następująco. Jak wspomniałem, przy dość typowej dla tego zakresu cenowego szerokości i wysokości jest niezbyt głęboki. Przyznam szczerze, nie sprawdzałem, jak wygląda temat nagrzewania się urządzenia, ale coś musi być na rzeczy, gdyż niewielki rozmiar obudowy wymusił zastosowanie na jej górnej płaszczyźnie dwóch modułów z otworami wentylacyjnymi. Oczywiście nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gdyż patrząc na manewr gabarytowy od strony wiecznie narzekających na brak miejsca na szafce ze sprzętem audiofilów temat nabiera pozytywnego wydźwięku. Zatem, moje rodzące brak zainteresowania marką przypuszczenia nie do końca mogą być jedynie obowiązującymi. Idąc dalej tropem obudowy jej front wykonany został z grubego, dość bogato zagospodarowanego, płata drapanego aluminium. W jego centrum znajdziemy szufladę napędu dla płyt kompaktowych, a pod nią tłoczone z grubego aluminium logo marki. Na bokach zaś, zaczynając od lewej przyciski sterujące (Power, przewijanie w lewo i prawo) plus dwie diody sygnalizacyjne (działanie urządzenia i funkcję Repeat), a kończąc na prawej trzy przyciski funkcyjne (Eject, Play i Stop) wraz z czytelnym, ciemnoczerwonym wyświetlaczem. Przerzucając wzrok na rewers 710-ki naszym oczom ukaże się pakiet wyjść analogowych w standardzie RCA i XLR, wyjście cyfrowe COAXIAL i gniazdo zasilające. Przyznacie, że może i skromnie to wygląda, ale biorąc pod uwagę wyjście na zewnętrzny przetwornik cyfrowo-analogowy oferta jest zdecydowanie ciekawsza, a dla wielu zainteresowanych dalszym upgradem systemu nawet bardzo kusząca.
Gdybym na starcie tego testu miał zgrubnie określić, jak nasz niepozorny bohater radzi sobie w tematyce odtwarzania dźwięku, spokojnie powiedziałbym, iż sercem do grania stoi w całkowitej opozycji do swojej aparycji. Ja wiem, utarło się, że małe rzeczy nie mogą wynieść się ponad przeciętność danego segmentu wizerunkowego, ale jak to zwykle bywa, wyjątki potwierdzają regułę, co fantastycznie zdaje się realizować japoński maluch. A co takiego mnie ujęło? Sądzę, że większość z Was doskonale wie, iż w poszukiwaniu Świętego Graala stawiam na szerokorozumianą muzykalność. Oczywiście na posiadanym pułapie cenowym oprócz dawki eufonii w przekazie muzycznym musi znaleźć się odpowiedni pakiet informacji, ale bez względu na niezbędny konsensus pomiędzy wspomnianymi dwoma aksjomatami czasem jestem w stanie oddać nieco rozdzielczości – naturalnie w tym momencie mówię o zdecydowanie niższych pułapach cenowych – ze cenę sprawiającej wiele przyjemności w odbiorze muzyki barwy. I właśnie idąc tropem moich wyborów CD-ek Soul Note’a w głównej mierze stawia na pakiet koloru w dźwięku. Nie, nie zapomina o przekazaniu zapisów nutowych w odpowiedniej witalności, ale to z racji półki cenowej dla zwykłego Kowalskiego nie jest już tak wyczynowe. Jest muzykalnie, z nastawieniem na odpowiednią masę i różnorodność odcieni każdego z dźwięków, jednak nie stara się na siłę pokazywać nie do końca idealnie opanowaną przez siebie rozdzielczość wysokich rejestrów. Góra nie jest przesadnie eksponowana, ale nie dlatego, że konstruktorzy z Japonii nie wiedzieli, jak to się robi, tylko gdy w kwestii wysycenia dźwięku powiedzieli „a”, uzupełniając pasmo w górnym skraju konsekwentnie powiedzieli również ”b” i nie puścili go samopas. I właśnie za to należą się duże brawa, gdyż jeśli komuś wysokich tonów będzie zbyt mało (przypominam o moich już w standardzie dość ciemnych, uzbrojonych w papierowe przetworniki kolumnach), skonfiguruje 710 albo z bardzo szczupłymi paczkami, albo zepnie wszystko szybkimi drutami. Dlatego też tak bardzo drążę temat spójności prezentowanego przez japoński kompakt przekazu muzycznego w domenie pozytywności. To naturalnie nie jest dźwięk dla wszystkich, ale sądzę, że bez względu na poziom naszego zaangażowania w zbliżaniu się do neutralności dźwięku tylko niewielka grupa melomanów stwierdzi, iż dostaje za dużo cukru w cukrze, a domniemam, iż zdecydowana większość jednak będzie zachwycona. Gdy karty zostały rozdane, nie będę sztucznie rozpisywał się o brzmieniu na przykładzie konkretnych propozycji płytowych, tylko w dość ogólnych strofach skreślę, czego w jakiej muzie możemy się spodziewać. Rozpoczynając od pozytywów przywołam muzykę dawną i wykorzystujący ciszę w swym wsadzie merytorycznym ECM-owski jazz. To są nurty, które bez względu na Wasze twarde stanowiska w sprawie unikania sztucznych podkolorowań za każdym razem będą beneficjentami Soul Note’owego postawienia sprawy. Każda fraza będzie otrzymywać niezbędną do emocjonalnego wejścia w muzykę dawkę intymności, a jak wiemy o to we wspomnianej muzyce chodzi. Co ważne, propozycja z kraju kwitnącej wiśni nie zapomni przy tym o odpowiednim oddaniu informacji o kubaturach goszczących muzyków czy to sal koncertowych, czy obiektów sakralnych z dobrą lokalizacją w głąb i w szerz poszczególnych źródeł pozornych. To co prawda będzie umiejętnie wyważone, ale z pewnością nie odczujecie w tym aspekcie dyskomfortu. Jednym zdaniem, testowany odtwarzacz kompaktowy jest dla tego typu twórczości wręcz idealnym partnerem. No dobrze, a co z innymi gatunkami muzycznymi? Szczerze? Również bez specjalnego narzekania zdecydowanie cięższa dynamicznie muzyka rockowa włącznie z metalem i folk-metalem zagra bardzo energetycznie. Dlaczego”? Te wydarzenia sceniczne zazwyczaj są nieco gorzej zrealizowane, co przy możliwościach Soul Note’a ubierania świata muzyki w kolorowe szaty z dobrym wykończeniem górnych rejestrów daje się łatwo podrasować. Dlatego też, tylko oczekujący spektaklu Live, z jego bezpośredniością drażnienia naszych narządów słuchu audiofile mogą czasem pokręcić nosem. Jeśli jednak swój spędzony z muzyką czas dzielicie po równo na każdy z wymieniowych gatunków muzycznych, nie wiedzę specjalnych powodów do szukania dziury w całym. Na koniec zostawiłem czerpiącą największe dobro z przenikliwości przesterów, pisków i syków muzykę elektroniczną. I chyba to jest jedyny punkt programu, który w zestawie z moimi kolumnami mógłbym zrecenzować jako tylko ciekawy. Owszem, teoretycznie było wszystko, ale Japończyk był za bardzo zachowawczy. To jest propozycja dla ludzi czerpiących przyjemność ze słuchania muzyki przez duże „M”, a nie osobników homo sapiens utożsamiających się z młodzieńczym buntem. Całość podana gładko i barwnie, a w muzyce z komputera nie o to do końca chodzi. Dlatego też, wielbiciele sztucznie generowanej muzyki podczas decyzji zakupowej muszą dobrze się zastanowić, czy to ich bajka. Ale trochę broniąc 710-kę nie zdziwiłbym się, gdyby po dłuższym pobycie z naszym bohaterem okazało się, iż zwyczajnie się czepiam, czego potencjalnym nabywcom serdecznie życzę.
Nie mogę inaczej zakończyć tego testu, niż bardzo mocno zachęcić Was do zdobycia wiedzy o możliwościach sonicznych tytułowego Soul Note’a SC710 podczas zmierzenia się z nim we własnym systemie. Fakt, jego wygląd biorąc pod uwagę skrupulatne zabiegi konkurencji w tej materii w pierwszym kontakcie nie napawa optymizmem. Jednak zapewniam, iż na tle owych kontrpropozycji, to na czym konstruktorzy teoretycznie zaoszczędzili – czytaj unikanie implementacji zbędnych poprawiaczy wyglądu, z całą pewnością włożone zostało w myśl techniczną układów wewnętrznych. Owszem, kompakt ma swój sznyt grania, ale naprawdę trzeba dysponować bardzo gęsto grającym zestawieniem, aby mariaż z ocenianym Japończykiem okazał się porażką. Przecież zawsze przypominam, iż mój codzienny zestaw sam w sobie jest bardzo muzykalny, a jak można wywnioskować po artykułowanych wnioskach, oprócz muzyki elektronicznej, ani razu nie zgłaszałem problemu ze zbyt dużym wysyceniem przekazu. Zatem nie pozostaje nic innego, jak przełamać wewnętrzny opór przed zbyt skromną szatą i sprawdzić, czy po drodze Wam z bogatym w aspekty muzykalności japońskim źródłem. Nie wiem, czy jego wizyta zakończy się ożenkiem na dłużej, ale jedno mogę powiedzieć na pewno, będzie co najmniej ciekawie, a to dla poszukiwaczy nirwany dźwiękowej powinno być już pewną rekomendacją.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Audiopunkt
Cena: 13 500 PLN
Dane techniczne:
Pasmo przenoszenia: 8 Hz-20 kHz (+/- 0,3 dB)
Stosunek S/N: 105 dB
Zakres dynamiki: 100 dB lub więcej
Całkowite zniekształcenia harmoniczne: 0,003% (8 Hz ~ 20 kHz)
Separacja kanałów: 100 dB (8 Hz ~ 20 kHz)
Wyjście analogowe:
XLR 5,0 Vrms
RCA 2,5 Vrms
Wyjście cyfrowe: coaxial 75 Ω
Pobór mocy: 21 W
Wymiary (S x W x G): 420 x 98 x 221 mm
Waga: 6,2 kg
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Yamaha, największy na świecie producent urządzeń audio-wideo, przedstawia flagowe kolumny głośnikowe. NS-5000 są kolejną konstrukcją w bogatej historii produktów firmy, które kształtowały sposób słuchania dźwięku hi-fi, i jednocześnie wyznaczają poziom odniesienia dla referencyjnych modeli głośników.
Wykorzystując swoje wielodekadowe doświadczenie w projektowaniu konstrukcji, które ukształtowały historię hi-fi, Yamaha z dumą prezentuje flagowe kolumny głośnikowe NS-5000. Model ten nawiązując do złotej ery hi-fi, za pomocą najnowocześniejszej technologii i wzornictwa wprowadza nas do przyszłości. Prezentując długo wyczekiwany model NS-5000 Yamaha idzie w ślad za legendarnymi NS-1000M, czego dowodem jest zastosowanie rewolucyjnej konstrukcji głośnika i wyznaczenie referencyjnego poziomu odniesienia dla innych modeli hi-fi.
Zrywając z konwencjonalnymi zasadami, rozwój NS-5000 rozpoczął się od wyboru nowego materiału membran przetworników. Zylon® to syntetyczny polimer, który znacząco odróżnia się swoją charakterystyką akustyczną od jakiegokolwiek innego materiału. O jego wyborze zadecydowaly m.in. niezwykle wysoka wytrzymałość na rozciąganie i szybkość akustyczna. Zaletą jest również możliwość odwzorowania dźwięku porównywalna z potencjałem berylu, ale przy jednoczesnym ograniczeniu rezonansu nieodłącznego w przypadku tak twardego materiału. Efektem jest niesamowicie liniowa odpowiedź częstotliwościowa, wyrównana charakterystyka barwowa i akustyczna szybkość w całym zakresie odtwarzanych częstotliwości. Gwarantuje to komfortowy odsłuch i zapewnia precyzyjne, doskonałe odwzorowanie dźwięku.
W modelu NS-5000 Zylon® użyty został do przygotowania membran każdego z trzech przetworników wysokotonowego, średniotonowego i niskotonowego. Yamaha rozpoczęła prace z Zylonem jako materiałem membrany w 2008 r. i za pomocą modelu NS-5000 wprowadza pierwszą na świecie konstrukcję, w której wszystkie głośniki mają membrany wykonane z tego materiału. Na szczególną uwagę zasługuje potężny głośnik niskotonowy o średnicy aż 300 milimetrów. NS-5000 jest 3-drożną kolumną z systemem bass-reflex. Tunel wentylacyjny wyprowadzony został na tylnej ściance i wykorzystuje autorskie rozwiązanie Yamahy – Twisted Flare Port.
Projektując najnowszą kolumnę głośnikową konstruktorzy podeszli w nowatorski sposób do sposobu rozpraszania niepożądanego rezonansu tubowego pojawiającego się za głośnikami wysoko- i średniotonowym. Specjalnie opracowana komora R.S. Chamber (Resonance Suppression Chamber), wykorzystując autorską analizę akustyczną, pozwala wyeliminować rezonans tubowy i uzyskać wyższą rozdzielczość odtwarzanego dźwięku dzięki ograniczeniu potrzeby stosowania dużej ilości materiałów dźwiękochłonnych wewnątrz obudowy. Ponadto konstruktorzy zastosowali nowy akustyczny tłumik drgań, zaprojektowany specjalnie dla NS-5000. Jego zadaniem jest złagodzenie fal stojących bez potrzeby wykorzystywania dużej ilości materiału wytłumiającego.
Szukając optymalnego materiału na samą obudowę projektanci sięgnęli po laminowane panele z białej brzozy z wyspy Hokkaido. Drewno to zostało wybrane ze względu na swoją mechaniczną wytrzymałość i właściwości akustyczne. Wykorzystując niezrównane doświadczenie Yamahy w pracy z drewnem konstruktorzy zagwarantowali najwyższą jakość struktury obudowy. Potwierdzeniem klasy produktu jest luksusowe wykończenie fortepianowe, które powstało przy użyciu takiej samej farby, podkładu i procesu polerowania jak w przypadku światowej klasy fortepianów Yamaha.
NS-5000 dostarczane są wraz ze specjalnie opracowanymi dla tego modelu podstawkami SPS-5000. Wyposażone w wytrzymałe nogi z aluminium zapewniają kolumnom niesamowitą stabilność i pozwalają uzyskać optymalne brzmienie. Nogi mają lekko zakrzywioną powierzchnię i są zamocowane pod kątem 42 stopni w stosunku do górnej płyty. Pozwala to skutecznie minimalizować efekt odbicia dźwięku od głośnika. Każda z podstawek waży 8 kg i wyposażona jest w stalowe kolce umożliwiające regulację wysokości. W miejsce kolców użytkownik może zastosować gumowe nóżki.
Kolumny głośnikowe NS-5000 już są dostępne w sprzedaży. Poglądowa cena detaliczna modelu wynosi 67 500 zł za komplet (dwie kolumny głośnikowe i dwie podstawki).
Dystrybucja: Audio Klan
Opinion 1
Frankly speaking I was not really counting on receiving for testing the phonostage PH-10 from the Italian company Gold Note, which was announced on the beginning of November last year. Although we exchanged some emails with Maurizio Aterini – the founder and owner of the brand, but when we tried to fixed a date we just heard – please wait till Munich. However the wait turned out to be worth the while, as during the High End Show we could finally speak face-to-face, and this approach brought us the desired result, as you can see on the pictures. It turned out, that in the meantime, after the distribution in Poland was stopped for some time, Gold Note returned to our market with new portfolio but also with a new distributor – the Częstochowa based Delta-Audio. So if you are curious, what the team in Tuscany has created for you during the time of absence, please read on.
The PH-10, coming from the sunny Tuscany, or being more precise from the area of Florence – the small city of Montespertoli, looks nothing like the usual Italian, slightly rustic external design. Although we have here aluminum, yet there is not a trace of exotic wood or natural leather. Instead there is a chassis made from one, thick rectangular brushed aluminum profile, available in one of the four colors: standard black and silver, as well as red and gold. Well, you should not define a device by just looking at it, but is a fact, that in this case the looks might have a positive influence on what your wife or girlfriend will think about purchasing it and allowing you to leave the audio salon with the phonostage carried in your hands. It is similar with the front of the Gold Note, where instead of a smooth fascia with just one LED or a multitude of knobs and buttons, with which the competition tempts/deters (delete unnecessary) the customer, we have a very well thought through combination of modern approach and ergonomics. I would even say more. Looking at the front of the PH-10, when it is powered off, we could mistake it for a streamer similar to the Bryston BDP-π. But this is just the looks, and although the golden logo of the company contrasts with the 2.8” color display, instead of the covers of files stored somewhere on our NAS we will see one of the correction curves chosen by the knob placed to the right, or other parameters chosen to match our cartridge. Yes, this means the end of having to pull the phonostage from the cabinet to reach the back of it, or God forgive, having to dismantle the unit, to reach a set of tiny dip-switches to set the desired parameters, when you change the cartridge. Thanks to the SKC technology (Single Knob Control) we make all adjustments just turning and pressing the single knob. Does this solution remind you of something? Of course it does, or at least it should. The predecessor of such solutions was the Danish Thule Audio. It is enough to select the parameter you want to change, push the knob, select the value and push the knob again to confirm the change. It does not get simpler as that. And if someone does not like the lighting of the display – it can be turned off.
The chassis is milled on the edges with classic holes, which allow the innards to work in thermal comfort. The only backdraft is that those holes have sharp edges, so you have to be careful when moving the unit around. On the top plate there is a big circular logo, displaying a roman legionary blowing a buccina horn.
But the true debauch is on the back, where besides two pairs of golden RCA inputs (with dedicated grounding terminals for each of them), allowing to connect two cartridges to the unit at the same time, we find doubled outputs in the RCA and XLR format. But this is not all. The tested phonostage has a modular structure, so we have also multi-pin sockets for an external PSU as well as a proprietary GN port. Talking about modularity – we have a few optional items to choose from: an external power supply, a module increasing the available amount of correction curves, an A-class tube output stage and an amplification section “improver”. It is worth mentioning, that full control over the functionality of the unit is maintained by a microprocessor, and all settings are written on a micro SD card placed next to it, on a very crowded PCB. Monitoring, diagnostics and firmware upgrades can be done using a USB port also placed on the back of the unit.
All right. As even a child can manage the setup and daily usage of the 10, the question rises, how does all this translate into the sound of the tested phonostage. After allowing it to accommodate to the system, a few discs played in the background and … no mercy, so we start to have critical listening. From the first notes of “Extreme II – Pornograffitti” Extreme you could hear, the Italian phono does not hold back. Surprisingly powerful and energetic sound after the sounds of a thunderstorm opening the album and the lyrical synthesizer prelude press you deeper in your listening chair. Additionally, the juicy and monumental riffs strengthened with energetic drums do not have a trace of lethargic bulkiness, because their contours, as well as the precision of placing on the stage, show clearly, that the price of the PH-10 does not correspond with the class of the device itself. Here you can find nothing from the sound of devices costing between 5 and 6 thousand Zlotys, where we can say, that they start sounding good, but we always know, that there was always an exchange of something for something else, and the quality of sound will depend on how the elements were treated, which was more compromised that another. Yet looking at the Gold Note not only through the perspective of its price, but also when it would be doubled, I would claim, that there were no such compromises. Setting aside the hard-rock clatter, the 10 finds its way in the more lyrical climates. The minimalist, ballad “More Than Words” sounded almost audiophile-like – the guitar and vocals were reproduced with great resolution, also the reverberation present in the recording got this treatment. I will not hide, that you can go further than that, much further, but if we do not have the money expected by the sellers for, for example, the recently tested McIntosh MP1100 or our Theriaa, the please believe me, you should better step down, and tackle something much more down to earth. True magic started happening with “You Want It Darker” Leonard Cohen, where the voice of the late Canadian singer was very suggestively, albeit with restraint, saturated and “emotionalized” what made it a tad stronger and more palpable – also served closer to us. And I will emphasize – it was just by a tad, there is nothing like any rough pushing out the first plane to the front, placing the vocalist on the lap of the listener, but only the distance to the performer was shortened, and a more intimate atmosphere was created. But when you read what I write and expect, that the music was presented nicely but dull, where detail stand down for the so called “musicality”, or mudding, then you can be completely disappointed. Instead of a mud pool the palpability of the sound, the here and now, were based on an unwavering balance between selectiveness – resolution and juiciness – saturation. So we have the low, deep and close voice of Cohen, but at the same time the PH-10 makes sure, that the listener is aware of the age and vocal abilities of the late singer. Sibilants are clear, hard and present, and they do not become rounded. The structure of the vocals is rough, painfully truthful, bare, and we know that it is not always beautiful. At this moment I think it is worth mentioning, that the lighting of the midrange-treble turn, as well as treble itself, was perfect. In this iteration the treble provides an incredible insight into the recording as well as provide the multitude of information written on the vinyl disc without falling into irritating offensiveness.
On the reference album “Moonlight Serenade” Ray Brown and Laurindo Almeida, the differentiation of the sizes of the guitar and contrabass was not only obvious, but so clear, that you could see immediately, that the volume of the sounds generated by both instruments is also conform with nature. Now we came to the next, and I must say very surprising on this price level, characteristic of the Gold Note – the truthfulness of reproducing the scale of the sounds, as well as the real size of the recorded instruments. There is no scaling up or down of the whole, so only the rest of our audio set will be responsible for keeping this the same way, or if we modify this behavior. A symphonic orchestra is a big reproduction apparatus, so it would be hard to fit it in our room, so with such repertoire we just become the spectator of an event, sitting on our listening couch, which was surprisingly placed in one of the lodges of the theatre. But the most important aspect is, that the changes of the viewing point happen completely naturally, every new disc means a new environment, and nobody should be surprised, that the Italian preamplifier takes us for a new, magical journey. Can we blame it for this? I do not know about you, but I am absolutely addicted to such voyages, and I do not want to cure those, and the Gold Note only made me even more addicted.
Starting to summarize, I tried very much to constrain my emotions. We tested a fairly inexpensive, and that even for Polish reality, not “western reality” – preamplifier and not a top – exotic state of the art, occupying the top of the rankings like the Audio Tekne TEA-9501B or Tenor Phono 1. Yet it turned out that buying it is not only a good deal, but pure dumping, which was made to annihilate the competition, which does not expect anything. So if you are looking for a phonostage costing around 10000 zlotys, please listen to the Gold Note PH-10 first, and it may turn out, that the surplus money you can spend on a better cartridge. I fear to think, what this Tuscany can deliver after the power supply is upgraded.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Digital player: Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD 10
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Integrated amplifier: Electrocompaniet ECI5; Boulder 865
– Pre-amplifier: Gato Audio PRD-3S
– Power monoblocks: Gato Audio PWR-222
– Loudspeakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall Socket: Furutech FT-SWS(R)
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinion 2
Today I will have a closer look at a brand, which has a certain recognition on our market, yet was escaping us, so that we could not have the chance of reviewing any of its products. Well, we managed to hear some of the units in some configurations during visits at shows and audiophile homes, but were never able to have a true test conducted. So I am happy to announce, that the moment came, that the Italian brand Gold Note has taken our testing gauntlet. Interesting? I must say, it was interesting for me. But this is not the end of good news, as the product we received for testing was the MM and MC phonostage, named PH-10. So there is not much more for me, than to thank the Częstochowa based distributor of the brand, Delta-Audio, for supplying the device for our tests, as well as invite you for an interesting meeting with the mentioned Italian.
The tested representative of the amplification of the signals of a phono cartridge, is not very big, but you cannot say, that the constructors were trying to get everything into a box as small as possible, to save costs. We just get a medium sized product, with interesting external design. How does it look like, and what does it offer? A short description cannot forgo the information, that brushed aluminum was used for the whole chassis. Besides the fascia, which is a thick, aluminum slab, the rest of the enclosure is a close massive profile, and the material used for it, as well as the design of it, allow the product to gain nobleness worth the Italian nation. Looking at the front, we can see a very readable display, which informs us about the settings used for a given cartridge: the used correction curve, gain or resistance. When we look to the sides of the display, then on the right there is a multi-functional knob allowing us to select all the desired settings, while to the left, a golden logo of the company. Moving to the back, we see on both sides oblique ventilation holes milled in the cover and a much bigger logo engraved on the top. The back plate houses two separate inputs for two cartridges, two grounding terminals, line outputs in the XLR and RCA standards, a multipin socket for the accessory, external power supply, a servicing socket (USB) and an IEC power socket. You must agree, that despite not being too much blown out, the collection of sockets is quite extensive, and I say from my experience, that having two separate cartridge inputs can be very desired.
So how does the tested Italian fare sonically? Probably many of you will be surprised, as Italian brands have accustomed us to putting timbre above everything else, and yet the 10 sounds with ease and loaded with information. But not in the destructive, hyperactive way. It is just that the virtual sources are drawn with a quite sharp line and the treble is zesty. But I note, that this is very refined, there is no feeling of being overwhelmed with superfluous information, music is just presented in a very vital way. Important is, that all this openness does not influence the middle of the sound spectrum. Due to the upper registers it is appropriately lighted, but at the same time it is well saturated. And when we collect all those items together, we could think, the tested amplifier has no flaws. Is this true or not? Honestly? On this price level, I would say it has not. But why am I setting my thesis related to the price? Unfortunately price defines the amount of refinement of the individual components, which in this case result in the music not having as much magic as from more expensive units. But I would also like to remind you, that I am able to define this, as I am using a much more expensive product on a daily basis. But I am not mentioning this, because I want to brag with my system, but to allow the potential buyer of the PH-10 to know, that always there is something that was exchanged for something else, and that in case of the tested preamplifier you will get good sound, but still not being the top achievement from world manufacturers. Ok. So we know the Italian sounds well. But how does this translate into concrete albums? Let me tell you. To start I will propose the newest disc from Diana Krall “Turn Up The Quiet” signed by Verve. Effect? The very pleasant voice of the vocalist introduces so many positive artefacts, that the effect of extra lighting we got from the device, was rather a way of introducing extra joy from listening to music, and not superfluous claptrap. Looking at the aspect of creating the virtual musical stage, we must give to the Italian, that he does it very well, as the spectacle happening before me used up the whole width and a solid depth of the space between the loudspeakers. And if I would have to cavil to something, then I would only say, that the amount and forcibility of sibilants revealed the approach to music by this phonostage from Italy. No, it was not at all a negative aspect, but mentioning all pros and cons, it had to be mentioned. Another disc from my experience with the tested construction was ancient music in the adaptation of Jacob Obrecht from Harmonia Mundi. This issue, similar to Ms. Krall, was a spectacle, emphasizing on joy, with full reproduction of the information about the size of the church housing the artists. But, while in case of the jazz artist this was very convincing, in this repertoire, you could hear, that you could have some extra dose of intimacy added to the singing of the church notes. But also here, measuring the strengths against the purposes, I am not attacking the tested device, but only describing its behavior against expectations confirmed by my experience. Concluding this very interesting sonic sparring, I would like to write a few words about the device fed with free jazz. In this aspect I chose Ken Vandenmark and his compilation of concerts performed in the Krakow club Alchemia called “The Vandenmark 5 – Four Sides To The Story”. How did I perceive that? Without pulling facts it was very good. Speed, energy, strong placement in bass and good air in the club stage showed this recording in a way I always expect from it. Of course, I could have some more magic, given by a small club room, but when I recalled the amount of money asked for the tested preamplifier, all grumbling just faded away, and allowed me to transpose into the event recorded. In one word – it was surprisingly engaging, and I wish this to happen to all people interested in buying the tested device.
I must confess, that unpacking the phonostge and looking at the LCD display, I had not too many positive impressions. That was of course a premature and unauthorized judgment, but I feel a bit justified based on the current trends of implementation of technological novelties in all kinds of gear. Fortunately the constructors of the Gold Note know what they are doing, and despite the slightly extravagant, for such an old technology like the analog, application of a mini TV, were not carried away with the current, spectacularly bloated musical sessions. They designed the innards in such a way, that with a minimal dose of nonchalance in creating the sharpness of sound, keep its tonal balanced. Yes, yes, tonal balance, as all my complaints never saw it as a problem, but only underlined it as a kind of sound aspect, and that is a completely different story. You know not from today, that every device, regardless of its position in the catalog, has its recipe for music, and only its refinement positions it in the hierarchy of requested price. And when we look at the price tag of the Gold Note PH-10, it will turn out, that we have a phono preamplifier, which fares very well in the analog field. And if this is not enough, I remind you of the capability of handling two cartridges at the same time, what is something not to be overestimated for people, who want to use a mono setup at home.
Jacek Pazio
Dystributor: Delta-Audio
Producer: Gold Note
Price: 5 550 PLN
Technical details:
Subsonic filter: 10Hz/36dB octave
Frequency response: 2 Hz – 200 kHz @ +/- 0.3dB
THD (Total Harmonic Distortion): <0,002% MAX
Signal to noise ratio: -102dB
Input sensitivity: 0.1mV MC; 7.0mV MM
Input impedance: 9 selectable options 10Ω, 22Ω, 47Ω, 100Ω, 220Ω, 470Ω, 1000Ω, 22KΩ, 47KΩ
Gain: 65dB MC – 45dB MM with 4 different selectable GAIN levels [-3dB, 0dB, +3dB, +6dB]
Dynamic response: 122dB
Output impedance: 500Ω
Power consumption: 30 W
Dimensions (W x H x D): 220mm x 80mm x 260 mm
Weight: 4 kg
Finishes: Black, Silver, Gold, Red
System used in this test:
– CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V; Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA
Na zakończonej w maju wystawie HighEnd w Monachium firma Astell&Kern zaprezentowała swoje nowe produkty. Znalazł się wśród nich odtwarzacz Astell&Kern A&ultima SP1000. Jest to pierwszy model z nowej serii odtwarzaczy Astell&Kern, która jest uosobieniem najnowocześniejszych technologii oraz high-endowej jakości dźwięku.
Odtwarzacz A&ultima SP1000
A&ultima SP1000 jest najnowszym odtwarzaczem Astell&Kern. Posiada ulepszony chipset DAC oraz jeszcze szybszy procesor CPU octa-core. Rozwiązania te mają gwarantować słuchaczom najlepszą jakość dźwięku. Chipset DAC AK4497EQ wyprodukowany został przez japońską firmę Asahi Kasei. Osobny, dedykowany niezależnie lewemu i prawemu kanałowi DAC, ma zapewnić szerszą scenę i lepszą separację stereo.
Dzięki 8-rdzeniowemu procesorowi, A&ultima SP1000 nie tylko uruchamia się szybciej, ale jest w stanie przetwarzać pliki bez zbędnych opóźnień lub pogorszenia jakości dźwięku. Zapewnione są więc wrażenia dźwiękowe najwyższych lotów, zostawiając resztę dostępnych na rynku odtwarzaczy w tyle. Zaawansowane projekty audio oraz technologie zarządzania sygnałami dźwiękowymi od Astell&Kern zastosowane w A&ultima SP1000 zapewniają większą moc i jednocześnie zachowują mniejszy poziom szumu oraz minimalne zniekształcenia.
Poprawiono nieco ergonomię odtwarzacza. Wyposażony w bezramkową obudowę, zapewnia ekranowi HD o przekątnej 5 cali więcej miejsca na wyświetlanie informacje. Przeprojektowany interfejs GUI posiada intuicyjne menu. Obsługa USB 3.0 typu C umożliwia dwukrotnie szybszą niż w innych odtwarzaczach Astell&Kern transmisję danych. A&ultima Akumulator SP1000 zapewnia 12 godzin odtwarzania muzyki oraz funkcję szybkiego ładowania. Inspiracją projektu A&ultima SP1000 są drogocenne, poddawane dokładnemu cięciu i perfekcyjnemu szlifowi, kamienie szlachetne. Nowy, wielofunkcyjny pierścień obraca się w celu regulacji głośności lub służy jako wyłącznik. A&ultima SP1000 będzie dostępny w wersjach ze stali nierdzewnej oraz miedzi. Oba modele: ze stali nierdzewnej (Stainless Steel) oraz w obudowie Copper dostępne są w cenie 16.998 złotych brutto.
James Lee, dyrektor generalny IRIVER, powiedział:
„Astell&Kern zawsze stara się dostarczać naszym klientom najnowszych i najlepszych doznań muzycznych. Wprowadzając A&ultima SP1000, firma Astell&Kern po raz kolejny stworzyła prawdziwie high-endowy odtwarzacz audio, który zapewnia miłośnikom muzyki obcowanie z dźwiękiem na najwyższym poziomie”.
Astell&Kern A&ultima SP1000
• Procesor: Octa-Core CPU.
• Wyświetlacz LCD: 5” (720 x 1280).
• DAC: AKM AK4497 X2 (podwójny).
• Obsługa plików: 32-Bit/384 kHz, natywne DSD 11.2 MHz.
• Poziom wyjściowy: 2.2 VRMS (niezbalansowany).
• Poziom wyjściowy: 3.9 VRMS (zbalansowany, bez obciążenia).
• S/N (@1 kHz): 122 dB (zbalansowany), 120 dB niezbalansowany.
• THD+N (@1 kHz): 0,0008% (zbalansowany), 0,0005% (niezbalansowany).
• Czas ładowania/odtwarzania: 2/12 godzin.
• Kolory: Copper/Stainless Steel.
• CENA: 16998 zł brutto
W naszej ofercie dostępne są także inne modele odtwarzaczy Astell&Kern, w tym najpopularniejszego ostatnio Astell&Kern KANN. To zgrabne połączenie idei nowoczesnego plikowca ze wzmacniaczem okazało przysłowiowym strzałem w “10”. Za cenę 5000 złotych otrzymujemy doskonały DAP z możliwością odtwarzania plików DSD, dwoma slotami kart pamięci i możliwością obsługi torów zbalansowanych. Dzięki temu wszystkiemu KANN może byś śmiało stosowany jako główne źródło sygnału w najbardziej zaawansowanych systemach audio.
Przewody Crystal Cable
W trakcie wystawy High-End 2017 Astell&Kern poinformował także o podjęciu współpracy z holenderskim specjalistą w produkcji akcesoriów audio – firmą Crystal Cable.
Wkrótce dostępne będą cztery różne typy przewodów słuchawkowych/IEM, w tym kable MMCX i kable 2-pinowe. Będą one dostępne zarówno w wersjach zbalansowanej 3,5 mm, jak i niezbalansowanej 2,5 mm. Nowa linia przewodów Astell&Kern dostępna będzie w lipcu 2017 roku.
Dystrybutor: MIP
Opinia 1
W dobie permanentnej przenaszalności, wszechobecnego outsourcingu i pracy zdalnej decydując się na tzw. system desktopowy klasy premium warto mieć na uwadze kilka zagadnień. Z resztą owe reguły, o których już dosłownie za chwilę, równie dobrze sprawdzają się i w warunkach domowych, gdzie chcąc mieć chwilę spokoju i odciąć się od szumu otoczenia, bądź właśnie owemu otoczeniu dać odetchnąć od mało akceptowalnych a przez nas umiłowanych nurtów muzycznych. W tym momencie nie ma sensu zaklinać otaczającej nas rzeczywistości i pogodzić się z faktem, iż w większości przypadków głównym źródłem sygnału stają się bądź to wszelakiej maści streamery, bądź komputery a kontent pozyskiwany jest zarówno z naszych coraz bardziej przepastnych plikotek zlegających na domowych NASach, jak i z serwisów stramingowych. Oczywiście w takiej sytuacji należy skupić się na odpowiednim bogactwie interfejsów cyfrowych, choć i obecność analogowych wejść liniowych będzie mile widziana. Mowa oczywiście o stosownym, bogato wyposażonym DACu zdolnym podołać nawet wymagającym słuchawkom, które to z kolei wypadałoby, żeby były możliwie komfortowe i … zamknięte (aspekt izolacji). Tym oto sposobem dotarliśmy do bohaterów dzisiejszej recenzji, czyli firmowego, sygnowanego przez japońskiego Fostexa zestawu w składzie wzmacniacza słuchawkowego będącego również przetwornikiem cyfrowo-analogowym HP-A8mk2 i słuchawek TH900mk2.
Fostex HP-A8mk2 to urządzenie nie dość, że całkiem kompaktowe i dające się bez większych problemów ustawić nawet na nieco zabałaganionym biurku to jeszcze na swój minimalistyczny sposób eleganckie. Wśród dominującej w projekcie plastycznym czerni warto wyróżnić wyraźny kontrast pomiędzy akrylowym frontem i nieco bardziej utylitarną szorstkością płyt korpusu. Wróćmy jednak do owego frontu, gdzie centralne miejsce zajmuje niewielki dwuwierszowy wyświetlacz, poniżej którego ulokowano włącznik główny, selektor wyjść, podwójne gniazda słuchawkowe i kolejny selektor – tym razem wejść, tuż obok którego przycupnęła masywna gałka regulacji głośności.
Ściana tylna prezentuje się równie atrakcyjnie. Sekcja wejść obejmuje zarówno parę analogowych gniazd RCA, jak i zestaw dwóch optycznych, pojedyncze koaksjalne, AES/EBU i nieodzowne w dzisiejszych czasach USB, oraz dość rzadko spotykany w urządzzeiachh stacjonarnych slot na karty SD (SDHC). Interfejsy wyjściowe, oprócz pary analogowych RCA reprezentują pojedynczy optyk i koaksjal. Wyliczankę zamyka trójbolcowe gniazdo zasilania IEC.
Na odnotowanie zasługują również dostępne tak z poziomu frontu, jak i niewielkiego pilota funkcje zmiany upsamplingu (x1, x2, x4), wzmocnienia (0-20dB w 0,5dB krokach), filtrów cyfrowych, master-clocka i multum innych typowo użytkowych nastaw włącznie z zapamiętywaniem ostatniego źródła, czy wyłączaniem wyświetlacza. Jednak to nie czas i nie miejsce na tego typu dyrdymały, więc wszystkich zainteresowanych odsyłam w tym momencie do obszernej i szczegółowej instrukcji obsługi.
Sercem 8-ki jest kość przetwornika AK4490 zdolna obsłużyć nie tylko sygnały 24 Bit /192 kHz, lecz również DSD i to do 11,2 MHz włącznie. Współpracuje ona z odbiornikami AK4118 (dla sygnałów S/PDIF) oraz Texas Instruments TM320C55 (dla USB) i dwoma oscylatorami kwarcowymi – dedykowanymi częstotliwościom 44,1 oraz 48 kHz i ich krotnościom. Za sterowanie głośnością odpowiada układ JRC Muses72320 i Muses8920. W stopniu wyjściowym znajdziemy za to tranzystory 2SA1930/2SC5171 a o zasilanie dba niewielki toroid z kilkoma kondensatorami Nichicon Muse i Elna. Wraz z DACzkiem producent oferuje własny odtwarzacz programowy ułatwiający odtwarzanie gęstych plików.
I tutaj drobna uwaga natury użytkowej. Okazało się bowiem, że podczas testów sprawdziły się obawy producenta zawarte w formie oficjalnego ostrzeżenia na stronie produktu. Otóż na jednym z moich komputerów z zainstalowanym Windows 10 w wersji Creators Update każdorazowa próba instalacji dedykowanych sterowników kończyła się fiaskiem i jedyną szansą na sprawdzenie, jak słuchawko-DACzek z Kraju Kwitnącej Wiśni radzi sobie z sygnałami dostarczanymi mu po USB okazało się użycie drugiego komputera, również z 10-ka na pokładzie, lecz jeszcze przed ww. nieszczęsnym updatem.
Nie ukrywam, że największe wrażenie robią lakierowane na metaliczny burgund – „Urushi”, obudowy z drewna Brzozy grabolistnej (Japanese Cherry Birch – Betula grossa) ozdobione srebrzystymi firmowymi napisami z … platynowej folii słuhawki. To jednak zaledwie jeden z wielu elementów wyróżniających TH900mk2, gdyż zagłębiając się w niuanse natury konstrukcyjnej odkryjemy więcej intrygujących rozwiązań. Weźmy na ten przykład skóropodobne nausznice, które na pozór wyglądają jak dziesiątki, jak nie setki im podobnych padów dostępnych na rynku. Tymczasem okazuje się, iż wykonano je z tzw. skóry białkowej (proteine leather), której jednym z głównych składników są membrany kurzych skorup. Podobnie jest w części dynamicznej, gdzie 50 mm diafragmy wykonano z biocelulozy („Biodyny”) a autorski neodymowy układ magnetyczny może pochwalić się indukcją magnetyczną na poziomie 1,5 Tesli. Do standardowego wyposażenia należy niezbalansowany miedziany (czystość 7N OFC) przewód ET-H3.0N7UB, który z powodzeniem można zastąpić opcjonalnym, zbalansowanym już odpowiednikiem ET-H3.0N7BL. I jeszcze jeden, niezwykle miły „drobiazg”. Otóż w pokaźnych rozmiarach kartonowym pudle wraz ze słuchawkami znajdziemy firmowy stojak.
A jak tytułowa para wypada brzmieniowo? Po dogłębnym i gruntownym wygrzaniu śmiem twierdzić, że Japończykom udało się połączyć iście studyjną rzetelność i prawdomówność z typowo audiofilskim wysublimowaniem i czarem. Mamy zatem idealnie wręcz skomponowany miks rozdzielczości i detaliczności z niezwykłą gładkością i umiarkowaną słodyczą. W dodatku całość okraszono tak sugestywną przestrzennością, że w początkowej fazie odsłuchów musiałem kilkukrotnie się upewniać, że mam do czynienia z konwencjonalnymi konstrukcjami dynamicznymi a nie z którymś z modeli planarnych. Dla lepszego zobrazowania tego aspektu jedynie dodam, iż Fostexy w niczym nie ustępowały nie tak dawno recenzowanym przez nas MrSpeakers Ether Flow. Robi się ciekawie? Ano właśnie. A przecież to dopiero początek. Zagłębiając się bardziej w szczegóły okazuje się bowiem, iż HP-A8mk2 wespół TH900mk2 stanowią na tyle zgrany duet, że trudno jest je czymkolwiek zaskoczyć i przyłapać na jakiś ewidentnych niedociągnięciach. W roli materiału testowego świetnie sprawdziła się ścieżka dźwiękowa „Allied” autorstwa Alana Silvestri, gdyż niemalże senne i leniwe fragmenty pozwalające ukoić skołatane nerwy przeplatają się tam ze zrealizowanymi z typowo hollywoodzkim rozmachem fragmentami symfonicznych tutti. Warto w tym momencie podkreślić nad wyraz wyborną selektywność pozwalającą z łatwością śledzić nie tylko pierwszoplanowe popisy, ale i dalsze rzędy zajmowane przez muzyków. Czuć było tak rozmach, jak i swobodę wielkiego aparatu wykonawczego a jeśli dodamy do tego zdolność oddania naturalnej barwy dęciaków (np. w „The Sheik of Araby”) okaże się, że w takich klimatach Fostexy będą trudne do pobicia.
Zmieńmy jednak nieco repertuar i sięgnijmy po dość depresyjną i chropawą elektronikę czyli „Abyss” Chelsea Wolfe. Niemalże apokaliptyczno subsoniczne intro okraszone głosem wokalistki serwowane bezpośrednio do uszu wywołuje prawdziwie piorunujące wrażenie. Bas schodzi piekielnie nisko, lecz jest cały czas świetnie kontrolowany i próżno doszukiwać się tu jakichkolwiek znamion poluzowania. Podobnie bezkompromisowo prezentuje się przeciwległy skraj pasma, który ani myśli cokolwiek łagodzić, czy powlekać cyfrowe chropowatości poprawiającą przyjemność konsumpcji warstwą lukru. Nic z tych rzeczy, gdyż właśnie tutaj odzywa się wspominana na wstępie studyjna wierność reprodukowanemu materiałowi i najoględniej rzecz ujmując prawdomówność. Jeśli mamy usłyszeć przester, to go usłyszymy z całym dobrodziejstwem inwentarza. Zostanie bowiem podany z pełnią palety kakofonicznych doznań i jeśli tylko nie upilnujemy pokrętła głośności, to często również na granicy bólu. Ale właśnie – głośność. Zarówno słuchawki, jak i DAC-o wzmacniacz nie mają pod tym względem żadnych kompleksów i pomimo najszczerszych chęci nie udało mi się doprowadzić ich ani do kompresji, ani chociażby do przesterowania. Oczywiście możemy czysto hipotetycznie założyć, iż stan taki są w stanie osiągnąć, lecz ze względu na dość oczywiste przywiązanie do własnego słuchu niespecjalnie chciałem nausznie się o tym fakcie przekonać, gdyż ze sporą dozą prawdopodobieństwa byłaby to moja ostatnia recenzja.
Na koniec wspomnę o jeszcze jednym aspekcie, który podczas testowych odsłuchów przykuł moją uwagę. Otóż Fostexy pomimo tego, że niespecjalnie starają się zjednać sympatię zmanierowanych słuchaczy przesłodzoną i wypchniętą średnicą nie mają bynajmniej tendencji do jej ochładzania, zmatawiania, czy wycofywania. Po prostu wszystko jest na swoim miejscu a zarówno wspomniana wcześniej Chelsea Wolfe, jak i Hannah Reid („If You Wait (Deluxe Version)” London Grammar) pomimo tego, że charakteryzowały się dość „stonowanym” spektrum barwowym potrafiły zabrzmieć pięknie, namacalnie i co najważniejsze naturalnie. Japońska elektronika nie dość, że potrafiła to uszanować, czyli nie majstrować przy saturacji, to jeszcze poprzez ową naturalność pokazywała, że piękno ma różne oblicza i tylko od nas zależy czy zdołamy je dostrzec.
Choć tytułowy duet Fostexa nie należy do najtańszych propozycji na naszym rynku, to uczciwie trzeba przyznać, że HP-A8mk2 z TH900mk2 oferują ponadprzeciętną transparentność brzmieniową i uniwersalność repertuarową. Dzięki temu powinny sprawdzić się w praktycznie dowolnych konfiguracjach sprzętowych i jedyną rzeczą o jakiej warto pamiętać jest lekka nieprzewidywalność jeśli chodzi o kompatybilność sterowników USB z najnowszymi update’ami dedykowanymi Windows 10. Miejmy jednak nadzieję, że ww. niedogodności zostaną możliwie szybko usunięte bądź to po stronie Japończyków, bądź kolejną łatką dla popularnych „okienek” a powyższy akapit będzie można uznać za niebyły.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35; Musical Fidelity Nu-Vista CD
– DAC: Cayin iDAC-6
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXC-50
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz słuchawkowy: Leben CS-300F; Cayin iHA-6
– Słuchawki: Meze 99 Classics Gold; Audeze LCD-4; MrSpeakers Ether Flow
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Thixar Silence Plus
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Śledząc typowe dla klimatu umiarkowanego dynamiczne zmiany aury – na przemian upał i następujące po spektakularnych burzach znaczne spadki temperatur – z pewnością łatwo jest się domyślić, iż nastał tak zwany „sezon ogórkowy”, czyli potocznie mówiąc wakacje. To zaś z punktu widzenia wielu osobników homo sapiens oznacza ni mniej ni więcej, jak naturalne spowolnienie codziennego trybu życia. I powiem Wam, że owszem, w pewnych aspektach mojej egzystencji coś bliskiego takiemu postawieniu sprawy udało mi się zaliczyć. Jednak nasz portal bez względu na następujące po sobie, kreowane przez szkolnictwo, powszechne okresy nie może beztrosko dać ponieść się chwili błogiego lenistwa, dlatego też nie zwalniając tempa (no może minimalnie) na początek tego dość istotnego z punktu widzenia podróży okresu zdecydowaliśmy o publikacji recenzji zestawu słuchawkowego. Co prawda prezentowany dzisiaj set nie jest typowym niezbędnikiem globtrotera, ale bez względu na to, bardzo miło jest mi poinformować, iż na recenzencki warsztat trafił firmowy set słuchawek i dedykowanego wzmacniacza japońskiej marki Fostex TH 900 plus HPA8 mk2, których dystrybucją na naszym rynku zajmuje się warszawski MIP.
Opis dzisiejszych bohaterów rozpocznę od słuchawek. Jak zdradzają załączone fotografie, mamy do czynienia z konstrukcją zamkniętą. Dokładniejsza inspekcja wykazuje, iż ten model nie jest jakimś przykładem hołdowania błyskotkom. Ot, wysubimowane wizualnie ciemno-czerwone, okrągłe muszle, bardzo szeroki, a przez to wygodnie sadowiący się na głowie pałąk, przyjemne w dotyku otaczające narządy słuchu pady i stanowiąca komplet zbawienna podczas przerw w słuchaniu podstawka. Jak widać, do testów trafił bardzo wyważony designersko produkt, co może delikatnie sugerować, iż cała konstruktorska para poszła nie w wygląd, tylko walory soniczne. Kontynuując opis naszych bohaterów skreślę kilka słów na temat wspomnianego wzmacniacza słuchawkowego. I tutaj mała niespodzianka, gdyż ten skromny gabarytowo piecyk jest wyposażony w przetwornik cyfrowo-analogowy, co w dobie słuchania z plików bardzo ułatwia temat zasilania go różnorodnymi sygnałami od analogowych po cyfrowe. A patrząc na tył urządzenia jest w czym wybierać, gdyż w pakiecie interfejsów dostajemy: po jednym coaxialu (na wejściu i wyjściu), potrojone optyczne (dwa wejścia, jedno wyjście), jedno AES/EBU, jedno USB, slot na kartę SD i po parze wejść i wyjść analogowych. Tak prezentuje się lista walorów tylnego panelu, a gdy swój wzrok przerzucimy na front, okażę się, że jest równie ciekawy jak plecy. A jak to wygląda? Z punktu widzenia użytkownika ważną informacją wydaje się być ozdobny front-panel z czernionego akrylu. W górnej parceli jego centralnej części zaimplementowano czytelny wyświetlacz, a pod nim podwójne gniazda słuchawkowe. Jeśli chodzi o pozostałe akcesoria funkcyjne, trzeba dodać, iż na lewej stronie znalazł się włącznik i selektor wyjść, a na prawej wybór gniazd wejściowych i gałka wzmocnienia. Myślicie, że skromnie to wygląda? Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo się mylicie, gdyż w kontakcie organoleptycznym całość projektu znacznie zyskuje.
Rozpoczynając opis brzmienia tytułowego zestawienia zwrócę jedynie uwagę, iż podczas całego testu wzmacniacz pracował w funkcji wykorzystującej wewnętrzny przetwornik cyfrowo-analogowy. To było celowe działanie, gdyż w dobie wszechobecnych plików temat źródła bardzo często załatwia najzwyklejszy komputer, dlatego też idąc tropem „nowego” nie bawiłem się w przedpotopowe karmienie HPA-8 ki przez wielu uznawanym jako odchodzący do lamusa sygnałem analogowym. A jak pakiet Fostexa prezentuje świat muzyki? Przyznam, że bardzo ciekawie. Ciekawie, gdyż otrzymujemy dobrze osadzony w masie i energii środka pasma dźwięk. To zaś wielu opartym o intymność przekazu nurtom muzycznym pomaga przybliżyć nas do zamierzeń artystów. Ale to nie koniec ciekawostek, gdyż w sukurs masie dźwięku idą dźwięczne, ale mające swoją grubość blachy perkusisty i będące areną dla wydarzeń muzycznych mocno zaznaczone czarne tło. Oczywiście, jak to zwykle bywa, znajdą się tacy, którzy wymienione przed momentem aspekty odbiorą w domenie lekkich problemów, ale właśnie dlatego każda marka ma w swojej ofercie kilka modeli każdego z produktów, aby w zależności od wymagań potencjalnego zainteresowanego dać mu to, czego potrzebuje. A jeśli mnie znacie, z pewnością wiecie, iż ja w swej walce o ciekawy dla mnie dźwięk stawiam na barwę, ale nie zapominam przy tym o tak ważnym dla swobodnego wybrzmiewania poszczególnych dźwięków oddechu przekazu. I wiecie co, tak patrząc przekrojowo, przy całościowym dobrym odbiorze realizowanych przez tandem z Japonii w moim ośrodku mózgowym wydarzeń muzycznych brakowało mi jedynie większej dawki swobody. Nie, żebym narzekał, ale szczypta witalności byłaby przysłowiowym akcentem wieńczącym dzieło. Dobrym przykładem na wyartykułowane tej teorii jest płyta Gary Peacock Trio „Now This”. Majestatyczny i dźwięczny fortepian, solidnie podbudowany, z informacjami o pudle i strunach kontrabas i materializujące się na czarnym tle blachy perkusji pokazały, że japońskie nauszniki potrafią bardzo wiele. Jednak odnosząc się do utyskiwania na oddech w muzyce, trzeba powiedzieć, że ta kompilacja jest dość ciemną aranżacją i zbyt nasycona czernią aura wydarzenia czasem sprawiała wrażenie lekkiej ospałości przenikających mnie dźwięków. Oczywiście trochę naciągam fakty, ale jedynie dla lepszego ukazania pewnego sznytu grania naszych bohaterów, a nie ich deprecjonowania. Ale nie panikujcie zbyt szybko, gdyż jak to zwykle bywa, końcowy efekt brzmieniowy bardzo często zależy od materiału muzycznego, czego idealnym przykładem jest Cassandra Wilson z krążkiem „Blue Light 'Til Dawn”. W tym przypadku mamy do czynienia z bardzo dobrze podrasowaną, a nawet rzekłbym, że trochę przerysowaną realizacją i wszelkie marudzenia na temat braku doświetlenia, czy witalności sceny muzycznej możemy włożyć między bajki. Reprodukowane przez Fostexy partie wokalne pomagały w bardzo łatwym zorientowaniu się, iż mamy do czynienia z czarna artystką. To naturalnie była zasługa wysycenia dźwięku, ale od razu dodam, że na tej manierze grania o dziwo w najmniejszym stopniu nie cierpiała mająca swoje do powiedzenia gitara. Przekazała soczysty pakiet informacji o strunach, ale na przekór zbyt dosłownym potraktowaniu czerni tła również z ich atakiem i wybrzmieniach. Zatem czegóż chcieć więcej? Mało tego. Ta kompilacja pokazała również, że rozgrywane wydarzenie muzyczne jawiło się w realiach dobrej separacji każdego ze źródeł pozornych, co sprawiało, iż nawet najbardziej rozbudowane przebiegi nutowe nie zlewały się w jedną ciężkostrawną papkę. Na zakończenie naszej przygody z burgundowymi nausznikami z kraju kwitnącej wiśni przywołam sparing z grupą Radiohead „Hall To The Thief”. I? No cóż. Muzyka rockowa rządzi się swoimi prawami i podczas relacji z tego podejścia testowego mam jedynie dobre wiadomości. Tytułowy zestaw jest idealnym partnerem do takiej muzy. Stopa perkusji to stopa perkusji, wszelkie instrumentarium miało swoją odpowiednią masę, a wokalista energię głosu. Co ważne, nic się nie zlewało, a jedynie pokazywało, że każdy instrument ma całkowicie inną, przypisaną do siebie energię wybrzmiewania. Nie ma tak, że czy słuchamy gitary lub perkusji, nasza głowa ma przeżyć małe trzęsienie ziemi. Od tego są bębny, a reszta co prawda również nie może być anorektyczna, ale z pakietem swoich walorów masowo-barwowych nie może dorównywać atrybutom perkusisty. I właśnie w tym japoński tandem okazał się być bardzo przekonujący, co wespół z dobrym radzeniem sobie w muzyce około-jazzowej stawia Japończyka w ciekawym świetle.
Gdy tytułowe słuchawki i wzmacniacz wylądowały na będącym miejscem kaźni stoliku, mierząc ich siły przez pryzmat bardzo spokojnego designu nie liczyłem na tak dobry występ. Dlatego jestem bardzo rad z tak miłego zaskoczenia. Owszem, w całej swej dobroci dla wielu gatunków muzycznych w ECM-owskim jazzie były trochę zbyt zachowawcze. Ale raz – nie było źle, tylko nieco mniej swobodnie w stosunku do zdecydowanie droższych konkurentów, a dwa – należy wziąć pod uwagę moje codzienne obcowanie z bardzo drogim zestawem z kolumnami pełno-pasmowymi, co mimo nastawienia na bezstronność prawdopodobnie bezwiednie podnosiło porzeczkę oczekiwań. Puentując dzisiejsze spotkanie i oceniając bohaterów powiedziałbym, że jeśli ktoś nie nastawia się na ponadprzeciętną wyczynowość w przecież bardzo trudnym do oddania, bo często grającym ciszą jazzu spod znaku ECM, nie powinien zaniechać posłuchania, a wręcz zalecam zapoznanie się z opisywanym duetem Fostexa. To jest dobrze skrojony w masie, kolorze i separacji źródeł pozornych set i jeśli obcujecie z inną muzą, temat sprzętu do jej pochłaniania zamkniecie na długie lata. A gdy na koniec przypomnę o będącej dodatkowym atutem wielofunkcyjności wzmacniacza, dla wielu potencjalnych nabywców sprawa wydaje się być przesądzona.
Jacek Pazio
Dystrybucja: MIP
Ceny:
Fostex HP-A8mk2: 4 999 PLN
Fostex TH900mk2: 5 699 PLN
Dane techniczne:
Fostex HP-A8mk2
Wejścia cyfrowe:
– USB: PCM 16-24 Bit /44,1-192 kHz; DSD 2,8 – 11,2 MHz
– Optyczne: PCM 16-24 Bit /44,1-192 kHz
– Koaksjalne: PCM 16-24 Bit /44,1-192 kHz
– AES/EBU: PCM 16-24 Bit /44,1-192 kHz
– Karta SD: PCM 16-24 Bit /44,1-192 kHz; DSD 2,8 MHz (DSF/ WAV / AIFF)
Wejścia analogowe: para RCA
Wyjścia:
Słuchawkowe
Złącze: Jack 6,3mm
Max moc wyjściowa: 700 mW (32 Ω)
Impedancja obciążenia: 6 – 600 Ω
THD: <0.002% (dla 1kHz, 32ohm, 1Vrms wyjście)
Zakres częstotliwości: 10 Hz – 80 kHz +-3dB
Analogowe
Złącze: RCA
Impedancja obciążenia: <10 kΩ
THD: < 0,002%
Zakres częstotliwości: 10 Hz – 80 kHz +-3dB
Cyfrowe:
– Optyczne: PCM 16-24 Bit /44,1-192 kHz
– Koaksjalne: PCM 16-24 Bit /44,1-192 kHz
Pobór mocy: 24W
Wymiary (S x W x G): 213 x 78 x 315 mm
Waga: 3,8kg
Fostex TH900mk2
Przetwornik: Dynamiczny
Typ obudowy: Zamknięty
Impedancja: 25 Ω
Czułość: 100dB (dla 1kHz, 1mW)
Zakres częstotliwości: 5Hz – 45kHz
Max moc wejściowa: 1,800 mW
Długość kabla: 3m
Wtyk: Jack stereo 6,3mm
Wtyk słuchawkowy: Rodowany 2 pinowy
Waga kabla: 120g
Waga słuchawek: 390g (bez kabla)
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Najnowsza wizja kompaktowych tub w wykonaniu Avantgarde Acoustic jest rozwinięciem wprowadzonych w 2013 roku konstrukcji, które mogły przywodzić na myśl pamiętny monolit z filmowej adaptacji „Odysei kosmicznej”, niż dotychczasowe, modułowe konstrukcje firmy z wyraźnie wyeksponowanymi tubami. Wprowadzone wtedy całkowicie aktywne Zero 1 wyewoluowały w wersję XD, umożliwiającą korekcję charakterystyki częstotliwościowej w całym paśmie za pomocą komputera z zainstalowanym oprogramowaniem. W przypadku najnowszych Zero TA XD Avantgarde powraca do tradycyjnej koncepcji półaktywnej, znanej z modeli Uno, Duo i Trio – informują o tym literki „TA” w nazwie, będące skrótem od Teil Aktiv (czyli w luźnym przekładzie: Trochę Aktywne). XD natomiast to informacja, że moduł basowy i elektronika nim sterująca działają na takiej samej zasadzie jak w pozostałych modelach: znajdziemy tu zaawansowane układy DSP, dzięki którym użytkownik może dokonać dokładnych ustawień głośników w zakresie od 20 do 500 Hz. Odbywa się to po zainstalowaniu firmowego oprogramowania i podłączeniu do komputera głośników za pomocą kabli USB typu B. Dzięki temu można praktycznie dowolnie ukształtować przebieg częstotliwościowy modułu basowego, skorzystać z dużej liczby defaultowych filtracji, a także skorygować parametry takie jak kompresja dynamiczna i opóźnienie, idealnie dopasowując brzmienie głośników do uciążliwych pomieszczeń o nietypowych rozmiarach, a także własnych upodobań brzmieniowych. W odróżnieniu od całkowicie aktywnych, droższych Zero 1 XD, Teil Aktiv dają możliwość podłączenia do dowolnego wzmacniacza za pomocą klasycznych przewodów głośnikowych. Z zacisków sygnał trafia bezpośrednio do tuby wysokotonowej z minimalistyczną zwrotnicą w postaci kondensatora, średniotonowej bez elementów elektrycznych w torze (głośnik jest tu filtrowany tylko i wyłącznie w sposób akustyczny, za pomocą odpowiednio ukształtowanej komory powietrznej CDC), no i oczywiście modułu basowego. Można więc powiedzieć, że najnowszym modelem Avantgarde powraca do klasyki, w której nie ma potrzeby martwić się o moc wzmacniacza – zamiast tego warto zadbać o jego jak najlepszą jakość. Resztą zajmą się tuby średnio- i wysokotonowa o efektywności 104 dB i impedancji 8 ohm oraz aktywny moduł basowy o mocy 500 W na kanał, dzięki czemu kolumny zagrają napędzane przysłowiowym 1 watem.
Zero TA XD jest obecnie najtańszym modelem w ofercie firmy Avantgarde, a jego cena w Polsce wynosi 45 900 zł.
Opinia 1
Jeśli wydaje się Państwu, że początek wakacji jest równoznaczny ze startem przysłowiowego sezonu ogórkowego na rynku audio, to muszę Was rozczarować, gdyż owa prawidłowość od jakiegoś czasu wydaje się być mocno zdewaluowana. Nie dość, że tak naprawdę dopiero teraz zaczynają spływać finalne wersje prototypowych nowości pokazanych w Monachium, to i sami zainteresowani, czyli potencjalni klienci, mają więcej czasu by korzystając z okazji wysłania progenitury na letnia kanikułę na spokojnie wypożyczyć i w zaciszu domowego ogniska posłuchać konkretnych urządzeń. Powyższe działania znajdują również odzwierciedlenie w aktywności dystrybutorów, którzy zamiast zwyczajowo narzekać na brak ruchu dwoją się i troją, by sprostać oczekiwaniom nabywców, nadążyć z rozsyłaniem spływających do nich z głównych kwater znajdujących się w ich portfolio marek newsów i na czas dostarczyć do przetrzebionych urlopami redakcji jeszcze pachnące fabryką obiekty audiofilskich westchnień. Nie inaczej było w przypadku topowej – dzielonej amplifikacji Gato Audio, czyli przedwzmacniacza PRD-3S i monobloków PWR-222, które dzięki uprzejmości warszawskiego Audio Klanu gościły w naszych systemach przez ostatnie tygodnie. Skoro zatem nadarzyła się okazja do zrecenzowania duńskiego seta za blisko 80 000 PLN, to nie pozostaje nam nic innego jak zaprosić Państwa do lektury naszych, jak to mamy w zwyczaju, wybitnie subiektywnych opinii.
Ponieważ o genezie powstania i ludziach stojących za marką Gato zdążyłem już co nieco napisać przy okazji recenzji odtwarzacza, trzymając się firmowej terminologii przetwornika z transportem, CDD-1 tym razem wątek historyczny możemy sobie odpuścić a ze swojej strony jedynie nadmienię, że jak na stosunkowo młody (raptem 7 lat) byt na rynku Hi-Fi/High-End to Duńczycy całkiem skutecznie zadbali o szeroko rozumianą rozpoznawalność własnych wyrobów. Świadomie wspominam o tym fakcie, gdyż przy prawdziwym bezliku konkurencyjnych urządzeń możliwość złapania potencjalnego nabywcy najpierw za oko, a dopiero później za portfel ma niebagatelne znaczenie. Chodzi bowiem o to, że Gato są po prostu „ładne” i to urodą z gatunku tych nieprzemijających i niechcących się znudzić. Sekretem tego stanu rzeczy wydaje się bowiem jej, tejże urody, unikalność będąca w permanentnej opozycji do zmieniających się w tzw. międzyczasie trendów i mód. Zamiast bowiem podążać za kaprysami zmanierowanych trendsetterów Duńczycy postawili na niezwykle udane połączenie miłych naszym oczom krągłości, ekskluzywnych – politurowanych drewnianych elementów dekoracyjnych i typowo skandynawskiej, minimalistycznej surowości i tego się trzymają. Mamy zatem do czynienia z pełną unifikacją korpusów z jedynie drobnymi, aczkolwiek oczywistymi – wynikającymi z różnic funkcjonalnych, odstępstwami od typowo jednojajowego bliźniactwa. Chociaż i w tej materii warto podkreślić inwencję projektantów, którym udało się np. nader zgrabnie wykorzystać znany ze wspomnianego top-loadera CDD-1 górny bulaj pokrywy napędu do celów wentylacyjnych w końcówkach PWR-222. Oczywiście w całym portfolio obowiązuje 100% zgodność dostępnych wykończeń, które obejmują trzy warianty – klasyczną czerń i biel – w obu przypadkach lakierowane na wysoki połysk, oraz najbliższą memu poczuciu piękna okleinę orzechową, również pokrytą powłoką lakierniczą wypolerowaną do stadium typowo fortepianowej połyskliwości.
Przejdźmy jednak do detali. Przypominający swoim kształtem biszkopt a szukając mniej spożywczych porównań przydatne np. podczas długich podróży lotniczych „sleep maski” masywny aluminiowy front przedwzmacniacza PRD-3S zdobi centralnie umieszczone masywne, toczone pokrętło głośności, które wtopione w czarno-biały wyświetlacz LED dot matrix dzieli go na dwie połowy, lewą – wyświetlającą głośność i prawą – informująca o wybranym źródle a w przypadku odtwarzania sygnałów cyfrowych również częstotliwości ich próbkowania. Jeśli zaś chodzi o typową dla przedwzmacniaczy klawiszologię to … tym razem mamy do dyspozycji jedynie przycisk standby i równie samotny – bliźniaczy sekwencyjny selektor źródeł. Lekko wklęsła, udekorowana filigranową tarczą z firmowym logotypem, szlachetnie wykończona płyta górna wyraźnie kontrastuje z surowością wzdłużnych użebrowań zaokrąglonych boków. Ową surowość przeniesiono również na ścianę tylną, gdzie na płycie ze szczotkowanego aluminium umieszczono, patrząc od lewej, włącznik główny, zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo IEC (z oznaczeniem prawidłowej polaryzacji) sekcję wejść cyfrowych w składzie USB, coax i toslink wspomaganych usytułowaną nieco wyżej anteną do transmisji Bluetooth, sekcję interfejsów analogowych – dwie pary wejść RCA, parę XLRów i wyjście liniowe zarówno w postaci pary RCA, jak i dwóch par w standardzie XLR. Z drugoplanowych drobiazgów wypada jeszcze wspomnieć o gnieździe triggera i przycisku wygaszającym wyświetlacz. W komplecie znaleźć można również poręcznego pilota i płytę CD-ROM ze sterownikami USB. Jeśli zaś chodzi o trzewia to sekcję przetwornika oparto na kości Burr-Brown PCM1794, która wespół z konwerterem częstotliwości próbkowania SRC4392 zapewniają zdolność obsługi sygnałów 24bit/192kHz a w stopniu wyjściowym pracują układy OPA1612A.
W przypadku monobloków PWR-222 sprawa aparycji jest jeszcze prostsza, gdyż w centrum frontów umieszczono znane z wcześniejszych modeli okrągłe, tym razem zaczernione, okno z podświetloną na błękitno wskazówką informującą bądź o oddawanej mocy, bądź o temperaturze urządzenia oraz ulokowane po obu jego stronach przyciski Standby i odpowiedzialny za zmianę „kontentu” displaya. O okrągłym, imitującym wieko napędu otworze wentylacyjnym na płycie górnej już pisałem w poprzednim akapicie, więc nie będę się powtarzał i od razu przejdę na ścianę tylną, gdzie oprócz włącznika głównego i gniazda IEC do dyspozycji mamy pojedyncze terminale głośnikowe WBT NextGen, wejścia RCA/XLR ze stosownym przełącznikiem hebelkowym i gniazdo triggera. Każda z końcówek może ponadto pochwalić się 700 W toroidowymi trafami, pochodzącymi od Rify pojemnościami filtrującymi rzędu 44 000 µF i pracującymi w stopniach wyjściowych dwoma 500 A Mos-Fetami SOT227.
Dziwnym zrządzeniem losu wymuskana duńska „trojka” pojawiła się w moich skromnych progach bezpośrednio po nad wyraz udanej i ultra high-endowej amerykańskiej integrze Boulder 865, więc nie muszę chyba dodawać, że poprzeczka moich oczekiwań znajdowała się na iście olimpijskim pułapie. Uznałem jednak, że skoro i tak obracamy się w niezaprzeczalnie bolesnych dla zwykłego śmiertelnika rewirach cenowych, to nie ma sensu tracić czasu, tylko kuć żelazo puki gorące i nie obniżać lotów. Oczywiście jeszcze przed podłączeniem i chociażby czysto wstępnym – jeszcze niezobowiązującym, odsłuchem były to jedynie czysto teoretyczne gdybania, gdyż do tej pory mieliśmy okazję wyrobić sobie opinię o duńskiej manufakturze jedynie na podstawie źródła, czyli wspominanego już CDD-1 i wzmacniacza zintegrowanego AMP-150, co raczej trudno uznać za miarodajne, a tym razem wkraczaliśmy na zdecydowanie wyższą półkę, więc i wymagania stawały się bardziej wyżyłowane. Do odważnych jednak świat należy i po szybkim wpięciu końcówek i przedwzmacniacza w mój system pełen pozytywnego nastawienia uruchomiłem całą maszynerię, która bez zbędnych ceregieli i marudzenia od razu wzięła się ostro do roboty. O ich zapale do pracy najdobitniej świadczyła temperatura jaką po około trzech kwadransach osiągnęły 222-ki i równie zauważalne ustabilizowanie się dobiegających z moich dyżurnych Gauderów dźwięków. Wspominam o tym już na wstępie, gdyż takie obserwacje powtarzały się praktycznie każdorazowo po wybudzeniu Gato z trybu standby, więc warto powyższą zasadę wdrożyć w codzienną procedurę użytkowania by każdorazowo cieszyć się pełnią możliwości sonicznych wzmacniaczy. A czymże się ona objawia? Otóż pragnę z niekłamaną radością Państwa poinformować, iż PRD-3S z towarzysząca mu parą PWR-22 grają lepiej niż wyglądają a jak sami widzicie wyglądają nie tyle dobrze, co wręcz wspaniale. Śmiem wręcz twierdzić, że pomimo typowo lifestyle’owej aparycji reprezentują rasowy High-End. Nie dość, że lansowany przez nie przepis na muzykę bazuje na świetnie zespolonej ze sobą mieszance rozdzielczości i nasycenia okraszonych potężną dawką dynamiki, to trudno zarzucić im usilną chęć zwrócenia na siebie uwagi. Nic z tych rzeczy, gdyż choć bezdyskusyjnie duńskie wzmocnienie zauważalnie podkręca drive reprodukowanej muzyki, to samo, jako takie, stara się odsunąć w cień i nie absorbować niepotrzebnie uwagi słuchaczy pozwalając pierwsze skrzypce grać … muzyce.
W rezultacie nawet zazwyczaj leniwie sączące się ostatnie wydawnictwo Diany Krall „Turn Up The Quiet” zabrzmiało na tyle angażująco, że bez jakichkolwiek przejawów ewentualnego znudzenia można było całość przesłuchać nie tylko raz, lecz i dwa razy pod rząd. Poprawie poddany został bowiem aspekt motoryczności a sekcja rytmiczna z taką werwą zaangażowała się w swoje partie, że nie sposób było powstrzymać podrygujących w takt dobiegających z kolumn dźwięków kończyn. To było jednak jedynie preludium do istnego, w dodatku wielce pożądanego w takich klimatach, Armagedonu jaki rozpętał się podczas odtwarzania „Hydrograd” – najnowszego krążka Stone Sour. O ile jednak do tej pory Corey Taylor starał się zachowywać równowagę pomiędzy agresją a melodyjnością, to tym razem poszedł na całość i zgotował swoim fanom iście piekielną i ciężką jak diabli zabójczą miksturę pełną szaleńczych riffów, ogłuszających partii perkusji i niemalże agonalnych wokaliz. No dobrze, uczciwie przyznaję, że nieco mnie poniosło, gdyż „Song #3” już potrafi przemknąć przez eter rockowych rozgłośni, co jednak nie zmienia faktu, że trudno będzie większość z kawałków zawartych na tym krążku zanucić sobie od niechcenia przy goleniu. Całe szczęście surowe, niemalże garażowe brzmienie Stone Sour nadal wyznacza poziom jakościowy dla większości konkurencji i nawet zaaplikowane eleganckiemu tercetowi Gato potrafi bardzo mile zaskoczyć, tak samo z resztą, jak sama duńska elektronika, która w takich klimatach najwyraźniej czuła się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Zwykło się bowiem uważać, ze im wyższej klasy system, bądź poszczególne komponenty posiadamy, tym ilość nie tyle możliwej do słuchania, co dającej z kontaktu ze sobą czystą przyjemność muzyki drastycznie maleje. Tymczasem PRD-3S wraz z PWR-222 bez cienia zawahania, czy próby uporządkowania tego pozornie kakofonicznego galimatiasu z dziką radością oddało agresję i potęgę progresywno-thrashowych klimatów ocenę materiału pozostawiając odbiorcy. Jeśli tylko nie zrażą Państwa pierwsze dźwięki proszę jednak wsłuchać się w zawarte na tym albumie niuanse i złożoność poszczególnych partii instrumentalnych. To nie jest bezmyślna łupanka, lecz misternie utkany, choć niekoniecznie strawny przez wszystkich melomanów wielowątkowy majstersztyk, który w sprzyjających warunkach potrafi w pełni przykuć naszą uwagę. A tytułowa elektronika takie warunki właśnie mu gwarantuje. Niezwykle nisko schodzący bas jest bowiem świetnie trzymany w ryzach, charakteryzuje się wyśmienitą konturowością i w pewni zasługuje na określenie go mianem „żylastego”, lecz z właściwą sobie masą, wolumenem i impetem. Podobnie sprawy się mają ze średnicą, która aż tętni soczystością żywej tkanki a jednocześnie nie sposób odmówić jej wręcz wzorcowej precyzji i łatwości z jaką jest w stanie zaprezentować samą „fakturę” dźwięków a nie tylko ich obrys i barwę.
Niejako na deser zostawiłem najwyższe składowe, które o ile w przypadku Stone Sour potrafią otrzeć się o próg bólu, szczególnie jak się „nieco” przesadzi z głośnością, a nie ukrywam, że PWR-222 same do tego zachęcają, gdyż trzymają nawet trudne do wysterowania głośniki w stalowych kleszczach i ani myślą dać im chociażby milimetr luzu, to o klasie i krystalicznej wręcz czystości ww. rejestrów świadczy umiejętność reprodukcji ludzkiego głosu, czyli moje dyżurne „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” z Robertą Mameli i „Vivaldi: Nisi Dominus, Stabat Mater” Philippe’a Jaroussky’ego. To diametralnie inna stylistyka, całkowicie inny rodzaj doznań gdzie klimat tworzy cisza a nie hałas. Zachodziła więc obawa, że brylujące na polu dynamiki i drajwu Gato również i tutaj spróbują narzucić swoja lekko szaleńczą i naładowaną adrenaliną manierę. Nic jednak bardziej mylnego. Bowiem zaobserwowany wcześniej pociąg do szaleńczych temp i bezlitosnej kontroli nad całością pasma w barokowych trelach przerodził się w sumienność, precyzję i tak naprawdę w czysto artystyczną wirtuozerię skupioną na oddaniu każdego, nawet najdrobniejszego niuansu zarejestrowanego na materiale źródłowym. Każdy pogłos, szmer, czy oddech miały swoje jasno określone czas i miejsce. Na podkreślenie zasługuje również fenomenalna przestrzenność i doświetlenie aury pogłosowej otaczającej tak wokalistów, jak i instrumentalistów. Proszę się jednak nie obawiać zbytniej sterylności, gdyż zamiast beznamiętnej laboratoryjnej antyseptyczności Gato serwują nam spektakl w rozdzielczości co najmniej 4K wyświetlany na ekranie najnowszej generacji na którym reprodukowany obraz potrafi wypaść bardziej realistycznie aniżeli w rzeczywistości.
I na koniec jeszcze jedna uwaga. Patrząc zarówno na funkcjonalność, jak i plecy PRD-3S można było mieć uzasadnione przypuszczenia, iż dołożenie układów przetwornika cyfrowo-analogowego jest nuczy innym, tylko wymuszoną przez rynek kurtuazją. Całe szczęście osoby odpowiedzialne za R&D stanęły na wysokości zadania i opracowały układ zapewniający wysokiej klasy brzmienie. Oczywiście zaimplementowana wewnątrz tytułowego pre płytka DACa nie była w stanie konkurować z Ayonem CD-35, lecz świetnie sprawdzała się w roli uszlachetniacza sygnałów z mniej audiofilskich źródeł cyfrowych w stylu konsoli do gier, czy dekodera satelitarnego. Nawet z podłączonym komputerem potrafiła zagrać na całkiem akceptowalnym poziomie, choć akurat w tym przypadku sporą poprawę wnosiło zadbanie o odpowiednio wysokiej klasy przewód USB. Jeśli zaś chodzi o transmisję Bluetooth to pozwolę sobie jedynie fakt jej obecności stwierdzić, gdyż trudno uznać ją za poważnego sparingpartnera dla połączeń przewodowych.
Abstrahując, przynajmniej na razie, od kwot w jakich się obracamy od czasu do czasu spotykamy się z pytaniami i prośbami o radę jaki kompletny, czyli w pełni jednorodny jeśli chodzi o markę system moglibyśmy polecić. Nie ukrywam, że tego typu podejście do tematu z jednej strony ułatwia sprawę zakupu, bo odpadają mozolne wędrówki i wojaże po różnych salonach i kompletowanie, nieraz zupełnie przypadkowych, tak pod względem brzmieniowym, jak i przede wszystkim wzorniczym zestawów, lecz z drugiej obarczone jest pewnym ryzykiem kompromisu na jaki musimy się godzić wybierając pomiędzy specjalistami od wzmocnienia lub źródeł. Całe szczęście trafiają się takie perełki jak tytułowe Gato, które nie dość, że wypuściło na rynek iście high-endowy zestaw pre-power w postaci PRD-3S i PWR-222, to jeszcze ma w portfolio idealnie pasujący tak brzmieniem, jak i designem CDD-1, co w sumie daje nam klasyczny system marzeń za „drobne” 100 000 PLN z małym „ogonkiem”. Jeśli zatem dysponują Państwo stosowną kwotą i poszukują niebanalnego wzornictwa połączonego z wybornym brzmieniem, to … wybór wydaje się oczywisty. A co do kolumn, to … proszę się nie ograniczać, gdyż wzmacniacze Gato są w stanie podołać naprawdę trudnym obciążeniom więc i nawet Gaudery z serii Berlina nie są im straszne, co z resztą udowodniły podczas tegorocznego High Endu.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD 10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Octave V 110 SE + Super Black box; Boulder 865
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Gdybym chcąc nieco inaczej niż zazwyczaj rozpocząć nasze spotkanie powiedział, iż dzisiejszy bohater pochodzi z Danii, zbiór potencjalnych propozycji testowych byłby na tyle duży, że chyba nikt z Was nie podjąłby się dokładnego wytypowania bohatera. Mało tego, sądzę, że przy sporej rozpoznawalności pośród szerokiej rzeszy audiofilskiej braci również dokładna nazwa Gato Audio w temacie wizualizacji tych urządzeń wielu miłośnikom dobrego dźwięku nie byłaby w stanie rozwiać wszelkich wątpliwości. Jednak gdybym rzekł, iż wykorzystywany dla całej linii produktów kształt przypomina biszkoptowe ciasteczko, nawet początkujący meloman z dziecinną łatwością materializuje ów brand oczami wyobraźni. I wiecie co? Mam dla wszystkich – tych kojarzących temat i tych nadal mających problemy z jego ogarnięciem – dobrą wiadomość, gdyż dzisiejszy odcinek testowy poświęcony będzie rzeczonemu ciasteczku, czyli duńskiej marce Gato Audio i ukrywającemu się pod oznaczeniami PRD-3S i PWR-222 jej topowemu zestawowi pre-power. Gdy zadacie sobie trud sprawdzenia w portalowej wyszukiwarce, okaże się, iż jakiś czas temu mieliśmy już przyjemność z bardzo pozytywnymi skutkami zmierzyć się z produktami tej marki, dlatego biorąc poprzednie starcie za dobrą kartę zapraszam wszystkich na kilka zdań o najnowszym dziecku przywołanego producenta, którego opieką dystrybucyjną na naszym rynku otoczył warszawski Audio Klan.
Jak wyglądają urządzenia z Danii? Trochę obawiam się o podejrzenie lekceważenia czytelników, ale dla jasności powiem, że jeśli ktoś z jakiś powodów nigdy w życiu nie jadł bardo smacznych, przypominających znak nieskończoności smakołyków (czytaj biszkoptów), aby uzmysłowić sobie zgrubny kształt rzeczonej elektroniki, musi przewrócić w myślach liczbę osiem na bok i otrzyma prawie idealny synonim tego, co po ewentualnym zakupie zawita na jego stoliku ze sprzętem audio. Oczywiście trochę upraszczam sprawę, ale sądzę, że bez względu na poziom uogólnienia sprawa jest łatwa do wyobrażenia. Idąc dalej topem wyglądu seria fotografii uzmysławia nam, iż cała linia tytułowej marki wykorzystuje prawie takie same obudowy nieco modyfikując w zależności od funkcji danego komponentu ich górną płaszczyznę. Bardzo istotnym dla potencjalnego nabywcy jest jawiący się wyszukanym designem i kompozycją użytych do budowy korpusów komponentów projekt plastyczny. Wykonanie frontu i bocznych, poprzecznie użebrowanych radiatorów z drapanego aluminium fenomenalnie współgra pod względem nowoczesnego zderzenia metalu i lakierowanego na wysoki połysk egzotycznego drewna dachu urządzenia. To według mnie jest majstersztyk godny włoskich mistrzów, a przecież marka pochodzi z teoretycznie odbieranej jako dość zimny land Danii, co wyraźnie pokazuje, iż w tej materii mieszkańcy Półwyspu Apenińskiego nie mają już monopolu. Ale wracajmy do naszych bohaterów. Po pakiecie informacji o ogólnej aparycji przyszedł czas na przybliżenie danych o ich kompatybilności i funkcjonalności. Rozpoczynając od frontu przedwzmacniacza zauważamy poprzeczny, szeroki i zaokrąglony na bokach, bardzo czytelny piktogramowy wyświetlacz. Ale to nie koniec ciekawostek, gdyż owo czarne okienko umieszczonym w jego środkowej części pokrętłem funkcyjnym podzielono na dwie parcele, z której lewa pokazuje poziom głośności, a prawa wykorzystywane w danym czasie wejście liniowe. Uzupełniając dane omawianego panelu należy dodać jeszcze byt dwóch, będących lustrzanym odbiciem względem osi pokrętła okrągłych przycisków, z których pomocą wprowadzamy urządzenie w tryb czuwania (lewy) lub wybieramy konkretne wejście (prawy). Zmierzając ku tylnej ściance bez zbędnego przełamywania wyrafinowanego spokoju projektu widzimy jedynie w przedniej części pięknego usłojenia górnego panelu obudowy dyskretne logo marki. Po dotarciu do pleców przedwzmacniacza ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu okazuje się, iż mimo niewielkich rozmiarów oferują całkiem sporo możliwości przyłączeniowych. Mamy prawie wszystko, czego dusza zapragnie. Począwszy od cyfrowych wejść na wewnętrzny przetwornik cyfrowo-analogowy w standardach: COAX, USB, TOSLINK i o dziwo BT, przez zestaw wejść liniowych: dwa RCA i jedno XLR, po wyjścia: jedno RCA i dwa XLR. Całość oferty gniazd uzupełniają terminal zasilający i włącznik główny. Dochodząc z opisem do wyposażenia końcówek mocy i po raz kolejny rozpoczynając od frontu miło mi poinformować, iż konstruktorzy pomyśleli o łechtaniu naszej próżności w dziedzinie błyskotek i w jego centrum zaproponowali bardzo oryginalny w swym wyglądzie wskaźnik oddawanej mocy. Co prawda unikający powielania znanych pomysłów, ale przyznam szczerze, że skacząca po kruczoczarnej tarczy wskazówka robi bardzo dobre wrażenie. Drobną kontynuacją spójności wizualnej końcówek mocy z pre liniowym są podobnie umieszczone dwa przyciski (lewy również jako funkcja STANDBY, prawy zaś w tym przypadku obsługuje opcję pracy display’a). Rzut okiem z lotu ptaka na opisywany piecyk ujawnia nam wspomnianą nieco wcześniej, wymaganą zapotrzebowaniem na wentylację wnętrza urządzenia modyfikację dachu, czyli wykonanie w srebrnej otoczce, zabezpieczone drobną kratką okno dla nagrzewającego się sporych rozmiarów transformatora. Krótki research panelu przyłączeniowego zdradza typową dla ostatniego elementu wzmacniającego dźwięk ofertę pojedynczego zestawu zacisków kolumnowych, po jednym wejściu RCA i XLR, hebelkowego przełącznika pomiędzy wspomnianymi wejściami, gniazda zasilającego i włącznika głównego. Tak w reporterskim skrócie przedstawia się owoc pracy designerów i elektroników spod znaku Gato Audio. Jeśli zaś nurtuje Was pytanie : ”Jak to się przekłada na wartości soniczne”, odpowiedź znajdziecie w poniższym, w miarę strawnie skreślonym tekście.
Nie wiem, czy Marcin wspomni w swoim teście, ale tytułowy Duńczyk z punktu rozważań przed-testowych miał wydawałoby się niefortunną przyjemność występowania po bardzo dobrze odebranym przez nas amerykańskim wzmacniaczu zintegrowanym marki Boluder. Na szczęście życie bardzo często pozytywnie nas zaskakuje i pozornie ciężka do osiągnięcia poprzeczka jakości generowanego dźwięku według mnie została co najmniej zrównana, jeśli w pewnych aspektach nawet nie przeskoczona. Niemożliwe? A ja Wam mówię, że nie ma rzeczy niemożliwych, co fantastycznie udowodnił zestaw pre-power Gato Audio. A co takiego pokazały oceniane trzy ciasteczka? Powiem tak. Gdy Amerykanin okazał się wulkanem niespożytej energii w pełni kontrolowanych, a przez to twardych niskich rejestrów i bardzo dobrze wypadającym piewcą swobody całości przekazu, w moim odczuciu był trochę chłodny i zbyt konturowy. To oczywiście nie były wady, tylko pewien nastawiony na neutralność spektaklu muzycznego sznyt grania, ale przez cały czas gdzieś w zakamarkach moich przemyśleń tliła się myśl, co byłoby, gdyby do tego wszystkiego dodać nieco więcej barwy i masy w środku pasma. I wiecie co? Moje wewnętrzne dywagacje zostały spełnione, gdyż set PRD-3S i PWR-222 zdawał się wprowadzać do dźwięku brakujące mi wtedy artefakty. Efekt? Owszem, muzyka nieco zwolniła i stała się jakby bardziej dostojna, ale przecież tego szukałem, a gdy to dostałem trudno mieć pretensję, że zadziałała stara zasada „ zawsze coś za coś”. To było wręcz nieuniknione, ale w końcowym rozrachunku, gdy podczas ożenku z Boulderem musiałbym uprawiać doprecyzowującą moje oczekiwania kabelkologię, w tym przypadku całość prezentacji już na starcie była mi bardzo bliska. A jak bliska, spróbuję wyłożyć na podstawie kilku przywołanych materiałów płytowych. Przekrój wartości dźwiękowych trój-paku biszkoptów rozpocznę od ostrej jazdy, jakim jest free jazz spod znaku Johna Zorna i jego koncertu „ MASADA LIVE IN SEVILLA 2000”. W początkowej fazie mając przed oczami starcie z szybkim gościem zza wielkiej wody wydawało mi się, że muzyka nieco straciła na impecie. Jednak po kilku szybkich pasażach kontrabasu okazało się, że właśnie na to czekałem. Dostałem pudło i strunę, a szybkość narastania dźwięków nawet jeśli była nieco wolniejsza, to dla jakości materiału muzycznego wypadała lepiej. Dlaczego? Nie chodzi tylko o sam kontrabas, ale o masę dęciaków z saksofonem front mena na czelne i perkusję z dobrze osadzoną w wektorze energii mocną stopą. Zgadzam się, że to ma być szaleństwo w najczystszej postaci w każdym aspekcie, ale gdy nie dostaniemy wymienionych przed momentem składowych każdego z instrumentów, nawet najlepiej pod względem szybkości wypadający koncert będzie trochę okaleczony, a na to konstruktorzy z Danii nie mieli zamiaru pozwolić. To miało być dobrze zaprezentowane w realiach masy, barwy i ataku koncertowe wydarzenie i takie tez było. Kolejnym przykładem sonicznym będzie Pan Accardo w interpretacji twórczości Paganiniego zatytułowanej „Diabolus In Musica”. Jakie odczucia? Bardzo podobne do Masady, z tą tylko różnicą, że przy całej maestrii pokazania fantastycznej rozmowy skrzypiec z trójkątem w trzecim tracku, trochę brakowało ataku bijącej od tutti całego składu orkiestry energii. Wszelkie aspekty brzmieniowe spełniały założenia przyjemnego, wysokiej jakości spektaklu, ale z autopsji wiem, iż ten punkt programu można oddać bardziej żywiołowo. To oczywiście jest pewnego rodzaju czepianie się, ale przecież nie mogę napisać laurki, ale tak będąc do końca szczerym nawet ja, nastawiony na spory pakiet koloru i wysycenia po ewentualnym zakupie goszczących moje progi Duńczyków próbowałbym to poprawić. Jednak przypominam , to był nie do końca pasujący mi niuans, a problem czystej postaci. Na koniec zostawiłem sobie lekkostrawną Cassandrę Wilson z jej materiałem „Blue Light Til Dawn”. To będzie tylko formalność, ale zagaję, iż dzięki dawce koloru zestawu z Danii artystka zaczarowała mnie fantastycznym, pełnym intymności, czarnym głosem, za sprawą swobody w górnych rejestrach bardzo obfitym pakietem mimicznych ruchów narządu generującego frazy wokalne, a dzięki wrodzonej gładkości zestawu bardzo delikatnie podanymi wszędobylskimi sybilantami. To było na tyle przyjemne, że płytę odsłuchałem od deski do deski, by na koniec zmierzyć się z jej rywalką Dianą Krall. Przyznam szczerze, dawno podczas sesji testowych nie maiłem tyle radości z żonglowania płytami, gdyż było to poznawanie nowych wrażeń, a nie szukanie ratunku dla testowanej konstrukcji.
Te niepozorne z perspektywy rozmiarów, za to fantastyczne z wyglądu urządzenia pozwoliły mi uwierzyć, że nie tylko wielcy tego świata są w stanie zaproponować coś tak bardzo wciągającego dźwiękowo. Owszem, dla niewtajemniczonych pierwszy kontakt wzrokowy może być bardzo mylny, bo przecież cos tak małego nie może dobrze zagrać. Dlatego też właśnie po to powstają wszelkiego rodzaju portale internetowe i podobne im periodyki branżowe, aby wstępnie przybliżyć czytelnikom nie do końca rozpoznawalne przez wszystkich marki. Ale jak to zwykle bywa, to co napisał recenzent, jest jedynie wskazówką, którą zawsze należy osobiście zweryfikować, gdyż pewne tematy bardzo mocno determinuje zastany zestaw audio. Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że co meloman, to inne środowisko sprzętowe i lokalowe. Jednak próbując nieco ukierunkować docelowość implementacji tytułowej trójki powiedziałbym, iż potencjalna grupa docelowa nie jest obwarowana jakimiś szczególnymi zaleceniami. Wystarczy być otwartym na osadzony w barwie, swobodny, z dobrą kontrolą niskich rejestrów dźwięk. I jeśli tylko reszta zestawu nie cierpi na nadmierną otyłość, jest duża szansa, że nawet niezobowiązująca próba może zakończyć się wystukaniem pinu karty kredytowej na czytniku zaprzyjaźnionego salonu audio. A zaznaczam, że dotychczas mówiłem tylko dźwięku, gdyż walory wizualne z pewnością tę czynność jedynie przyspieszą.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Audio Klan
Ceny:
PRD-3S: 16 199 PLN
PWR-222: 31 499 PLN szt.
Dane techniczne:
Gato Audio PRD-3S
Pasmo przenoszenia: 20 Hz-100 kHz – 0.5 dB
Odstęp sygnał/szum: > 110 dB
Max. napięcie wyjściowe: 13 V XLR, 6,5 V RCA
Całkowite zniekształcenia THD: < 0,001 %
Impedancja wejściowa: 20 kΩ RCA; 40 kΩ XLR
Impedancja wyjściowa: 75 Ω
Wzmocnienie: 10 dB
Wejścia analogowe: 1 para złoconych XLR Neutrik; 2 pary złoconych RCA
Wejścia cyfrowe: : 1 USB typ B, 1 Toslink, 1 RCA coax, 1 Bluetooth
Wyjścia analogowe: 2 pary złoconych XLR Neutrik; 1 para złoconych RCA
Trigger, 12 V: 1 mini jack
Pobór mocy (stdb/idle/max): < 1W/14W/30W
Wymiary (SxWxG): 325 x 105 x 420 mm
Waga: 7 kg
Gato Audio PWR-222
Moc wyjściowa: 1x 250 W RMS 8 Ω / 1x 450 W RMS 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 20 Hz-20 kHz – 0.1 dB, 2 Hz-100 kHz – 3 dB
Całkowite zniekształcenia THD: < 0,003%
Odstęp sygnał/szum: > 115 dB
Impedancja wejściowa: 100 kΩ
Wzmocnienie: 26 dB
Zalecana impedancja głośników: 4 -16 Ω
Wejścia audio: XLR Neutrik; RCA
Terminale głośnikowe: para WBT NextGen
Trigger, 12 V: 1 mini jack
Pobór mocy (stdb/idle/max): < 1W/55W/800W
Wymiary (SxWxG): 325 x 105 x 400 mm
Waga: 16 kg
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Mocno analogowo zaczynają się nam wakacje. Po McIntoshu MP1100 i Gold Note PH-10 przyszła bowiem pora na kolejny przedwzmacniacz gramofonowy – VTL TP2.5 Series II.
cdn. …
Najnowsze komentarze