Monthly Archives: lipiec 2017


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Gold Note PH-10

Opinia 1

Prawdę powiedziawszy niespecjalnie liczyłem na to, że zaanonsowany na początku listopada zeszłego roku topowy przedwzmacniacz gramofonowy PH-10 włoskiej manufaktury Gold Note zawita w końcu do nas na testy. Niby wymiana korespondencji z Maurizio Aterinim – założycielem i właścicielem ww. marki dawała jakiś cień szansy, ale każdorazowo, gdy tylko próbowaliśmy przejść do konkretów słyszeliśmy enigmatyczne „poczekajcie do Monachium”. Okazało się jednak, że warto było uzbroić się w cierpliwość, gdyż bezpośrednie rozmowy podczas High Endu przyniosły wielce ciekawe i jak widać na załączonych zdjęciach całkiem namacalne rezultaty. Okazało się bowiem, że w tzw. międzyczasie, po chwilowym zawieszeniu oficjalnej polskiej dystrybucji, Gold Note powrócił na nasz rynek nie tylko z odświeżonym portfolio, lecz i pod nowymi skrzydłami – tym razem pod opieką częstochowskiej Delty-Audio. Jeśli zatem jesteście Państwo ciekawi nad czym, w pocie czoła, przez ostatnich kilka miesięcy pracował toskański zespół inżynierów nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do dalszej lektury.

Pochodzący z malowniczej, pełnej słońca Toskanii a dokładnie z okolic Florencji – niewielkiej miejscowości Montespertoli PH-10 swoją aparycją niespecjalnie wpisuje się w stereotypową, nieco rustykalną włoską estetykę. Niby mamy do czynienia z aluminium, lecz próżno szukać tu choćby najmniejszych śladów drewna, czy naturalnej skóry. W zamian za to wykonany z jednego grubego, prostopadłościennego profilu szczotkowanego aluminiowy korpus dostępny jest w czterech kolorach, wśród których oprócz standardowej czerni i srebra pyszni się zmysłowa czerwień i królewskie złoto. Niby nie ocenia się książki po okładce, ale … fakt, iż akurat w tym przypadku szanse na to, że właśnie takim niekonwencjonalnym umaszczeniem 10-ka obłaskawi towarzyszącą nam płeć piękną a tym samym drastycznie zwiększy szanse na wyjście z salonu audio z nowym phonostagem pod pachą wydają się wartym podkreślenia aspektem. Podobnie sprawy mają się z frontem Gold Note’a, gdzie zamiast gładkiej, okraszonej pojedynczą diodą, bądź bezlikiem zagadkowych dla laika pokręteł i przełączników jakimi kusi/odstręcza (niepotrzebne skreślić) konkurencja mamy nad wyraz przemyślane połączenie nowoczesności z ergonomią użytkowania. Powiem nawet więcej. Patrząc bowiem na front wyłączonej PH-10 można by sądzić, że mamy do czynienia z jakimś streamerem, czy też innym plikograjem w stylu Brystona BDP-π. To jednak tylko pozory i choć umieszczony w lewym górnym rogu złoty medalion z logotypem wdzięcznie kontrastuje z 2,8″ kolorowym wyświetlaczem TFT, to na jego ekranie zamiast spodziewanych okładek płyt i zbioru katalogów składających się na naszą plikotekę ujrzymy jedną z wybranych z pomocą ulokowanego tuż obok wielofunkcyjnego pokrętła krzywych korekcji i odpowiadające naszym preferencjom, czyli parametrom wkładki, nastawy. Tak, tak drodzy Państwo. Koniec z każdorazowym wyciąganiem phonostage’a z półki, nurkowaniem za szafką, aby dostać się do jego „pleców”, bądź nie daj Bóg koniecznością rozkręcania przy testach, zmianach wkładki. Dzięki technologii SKC (Single Knob Control) wszystkich regulacji dokonamy wduszając i kręcąc wspomnianą, pojedynczą gałką. Coś Wam to rozwiązanie przypomina? Oczywiście, że tak, a przynajmniej powinno, bowiem prekursorem tego typu rozwiązań w branży audio było duńskie Thule Audio. Wystarczy najechać na konkretny parametr, wcisnąć gałkę, dokonać stosownej zmiany i ponownie wciskając ją zatwierdzić. Prościej się nie da a jeśli tylko komuś przeszkadza dyskretna iluminacja displaya nic nie szkodzi na przeszkodzie, żeby go wygasić.
Korpus jest ponacinany na swoich krawędziach w klasyczną „jodełkę” dzięki czemu skrywane w jego wnętrzu trzewia nie dość, że mają zapewniony komfort termiczny, to w dodatku nie wymagają żadnego wiatraczka wymuszającego cyrkulację powietrza. Jedyne na co warto zwrócić uwagę, to ostre krawędzie nacięć, więc nie ma co pchać w nie opuszków palców podczas przenoszenia urządzenia. Na płycie górnej nie zabrakło precyzyjnie wyfrezowanej obręczy z dużym, firmowym, utrzymanym w kolorystyce całości, logotypem przedstawiającym starożytnego rzymskiego legionistę dmącego w róg buccina.
Jednak prawdziwa rozpusta czeka na nas dopiero na ścianie tylnej, gdzie oprócz dwóch par złoconych wejść RCA (z własnymi – dedykowanymi zaciskami uziemienia) umożliwiających podpięcie dwóch różnych wkładek znajdziemy zdublowane, również złocone, wyjścia liniowe w postaci pary terminali RCA i XLR. To jednak nie wszystko, gdyż biorąc pod uwagę iż tytułowe phono pochwalić się może konstrukcją modułową nie zabrakło wielopinowych gniazd GN Port i dla zewnętrznego zasilacza (PSU). A właśnie, skoro jesteśmy przy modułowości. Jako opcja dostępne są bowiem wspomniany zewnętrzny moduł zasilający, dodatkowy moduł zwiększający ilość krzywych korekcji, pracujący w klasie A lampowy stopień wyjściowy i „poprawiacz” sekcji wzmocnienia. Warto również nadmienić, że pełną kontrolę nad poprawną pracą układów sprawuje mikroprocesor a wszelkie ustawienia zapisywane są na karcie micro SD umieszczonej tuż koło niego na zaskakująco gęsto zasiedlonej płytce drukowanej. Monitoring, diagnostykę, jak i wgrywanie nowych wersji oprogramowania dokonuje się poprzez port USB zlokalizowany na tylnej ściance przedwzmacniacza.

No dobrze. Skoro z ustawieniami i codzienną obsługą 10-ki poradzi sobie nawet dziecko pojawia się pytanie jak te wszystkie udogodnienia natury ergonomicznej przekładają się na brzmienie tytułowego phonostage’a. Kurtuazyjna akomodacja w nowym środowisku, kilka niezobowiązujących odtworzeń całkowicie przypadkowych płyt i … dość uprzejmości, czyli bierzemy się za krytyczne odsłuchy. Już od pierwszych taktów „Extreme II – Pornograffitti” Extreme słychać, że włoskie phono ani myśli brać jeńców. Zaskakująco potężne i energetyczne brzmienie po otwierających album odgłosach burzy i lirycznym syntezatorowym preludium wgniata w fotel. W dodatku soczyste i wręcz monumentalne riffy wzmocnione energetycznymi partiami perkusji nie mają w sobie nic a nic z ospałej zwalistości, bowiem tak ich kontury, jak i precyzja rozmieszczenia na scenie jasno dają do zrozumienia, że cena PH-10 ani trochę nie oddaje klasy samego urządzenia. Tutaj nie ma bowiem nic a nic z brzmienia urządzeń, których cena oscyluje w granicach 5-6 kPLN, gdzie można powiedzieć, że jest już nieźle/dobrze, ale cały czas mamy świadomość, iż zawsze coś jest za coś i trafność wyboru zależeć będzie od tego który z elementów składowych został potraktowany bardziej kompromisowo a który mniej. Tymczasem patrząc na Gold Note’a nie tylko przez pryzmat jego ceny, ale i jej dwukrotności, śmiem twierdzić, że takowych kompromisów w tym przypadku nie ma. Pomijając hard-rockowe porykiwania również w bardziej lirycznych klimatach 10-ka roztacza swój niezaprzeczalny urok. Minimalistyczny, balladowy „More Than Words” zabrzmiał wręcz „audiofilsko” – z niezwykłą rozdzielczością oddane zostały tak gra na gitarze, jak i warstwa wokalna, oraz obecna w nagraniu aura pogłosowa. Nie ukrywam, że oczywiście można w tej materii pójść dalej, o wiele dalej, lecz jeśli nie dysponujemy kwotą, jakiej oczekują sprzedawcy np. za niedawno przez nas testowanego McIntosha MP1100 czy naszą dyżurną Therię to proszę mi wierzyć na słowo i lepiej zejść na ziemię mierząc siły na zamiary. Prawdziwe czary dziać się jednak zaczęły dopiero na „You Want It Darker” Leonarda Cohena, gdzie głos nieodżałowanego kanadyjskiego barda został sugestywnie, acz z umiarem, dosaturowany i „dopalony” emocjonalnie przez co stał się odrobinę silniejszy a przez to bardziej namacalny – podany bliżej. Podkreślam – „nieco”, gdyż nie mamy w tym momencie ordynarnego wypchnięcia pierwszego planu przed szereg i wpakowania wokalisty na kolana słuchacza, lecz jedynie zmniejszenie dzielącego ich dystansu i nadanie całości bardziej kameralnej, intymnej atmosfery. Jeśli jednak liczycie Państwo w tym momencie na ładne, bądź wręcz mdłe rozmemłanie przekazu, gdzie detale ustępują pola szeroko pojętej „muzykalności”, czyli zawoalowanemu zamuleniu, to spieszę z wyjaśnieniami, że możecie się srodze zawieźć. Zamiast bowiem przysłowiowej „buły” namacalność przekazu i poczucie dziania się wszystkiego w kategoriach „tu i teraz” opierają się na niezachwianej równowadze pomiędzy selektywnością – rozdzielczością a soczystością i nasyceniem. Mamy zatem niski, głęboki i blisko podany głos Cohena, lecz jednocześnie PH-10 cały czas dba o to, by słuchacz, uczestnik spektaklu miał świadomość tak wieku, jak i zdolności wokalno – emisyjnych sędziwego wokalisty. Sybilanty są wyraźne, twarde, obecne i ani myślą popadać w zbytnie, asekuranckie zaokrąglenie. Z resztą faktura wokalu jest chropawa, szorstka, do bólu prawdziwa a prawda, szczególnie naga, jak doskonale wiemy nie zawsze jest piękna. W tym momencie warto wspomnieć o wzorcowym doświetleniu tak przełomu średnicy i góry, jak i samych najwyższych składowych, które w tym wydaniu zapewniają jedynie świetny wgląd w nagranie i dostarczają bezlik informacji zapisanych na winylowych krążkach bez jednoczesnego popadania w irytującą ofensywność.
Na referencyjnym albumie „Moonlight Serenade” Raya Browna i Laurindo Almeidy różnicowanie gabarytów gitary i kontrabasu nie dość, że oczywiste jest po prostu widoczne jak na dłoni a wolumeny generowanych przez oba instrumenty dźwięków również są w pełni zgodne z naturą. W tym sposobem dochodzimy do kolejnej, nie ukrywam, że niezwykle mile zaskakującej i niespodziewanej na tych pułapach cenowych cechy Gold Note’a – właśnie do wierności odwzorowywania tak skali dźwięków, jak i realnych rozmiarów zarejestrowanego instrumentarium. Nie ma bowiem mowy o przeskalowywaniu całości, tak w górę, jak i w dół, więc tylko od reszty toru zależeć będzie, czy stan taki utrzymamy, czy też go świadomie, bądź nie zmodyfikujemy. Orkiestra symfoniczna jest potężnym aparatem wykonawczym, więc trudno spodziewać abyśmy zdołali wcisnąć ja do własnego pokoju, dlatego też przy takim repertuarze stajemy się widzami, obserwatorami całego widowiska zajmującymi wygodne miejsce na własnej kanapie, którą to z kolei dobrzy ludzie wstawili do którejś z teatralnych/operowych lóż. Najważniejsze jest jednak to, że zmiany punktu widzenia – siedzenia odbywają się w sposób całkowicie naturalny – nowa płyta, nowe nagranie oznaczają inne otoczenie i nikogo to nie dziwi, bądź dziwić nie powinno a że włoski przedwzmacniacz za każdym razem zabiera nas w magiczną podróż to już zupełnie inna sprawa. Czy można mieć zatem do niego o to pretensję? Nie wiem jak Państwo, ale ja od takich muzycznych wojaży jestem poważnie uzależniony i co gorsza ani mi w głowie się z tej słabości leczyć a Gold Note tylko ten stan pogłębił.

Zabierając się do napisania podsumowania bardzo starałem się trzymać emocje na wodzy. W końcu na testach mieliśmy stosunkowo niedrogi i to uwzględniając nasze polskie a nie ogólnoświatowe – audiofilskie realia przedwzmacniacz a nie topowy – egzotyczny cud techniki marek uparcie okupujących olimp rankingów w stylu Audio Tekne TEA-9501B, czy Tenora Pjhono 1. Tymczasem wychodzi na to, że jego zakup to nie jest okazja, lecz najzwyklejszy dumping mający na celu anihilację niczego niespodziewającej się konkurencji, więc jeśli tylko rozglądacie się za phonostagem z okolic … 10 000 PLN, to w pierwszej kolejności posłuchajcie Gold Note PH-10 a może się okazać, że zaoszczędzone środki będziecie mogli przeznaczyć np. na upgrade wkładki. Aż strach pomyśleć, czego będzie w stanie dokonać ten niepozorny Toskańczyk po dołożeniu zewnętrznego zasilania.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD 10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Boulder 865
– Przedwzmacniacz liniowy: Gato Audio PRD-3S
– Wzmacniacze mocy: Gato Audio PWR-222
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

W dzisiejszym starciu postaram przyjrzeć się marce, która przy sporej rozpoznawalności na naszym rynku wykonywała na tyle skuteczne uniki, że mimo wiedzy o jej ciekawej ofercie produktowej jako portal nie mieliśmy szczęścia skrzyżować z nią naszych audiofilskich ścieżek. Owszem, zdawkowo gdzieś w niezobowiązujących konfiguracjach udawało nam się co nieco posłuchać, ale jak dotąd oficjalny sparing recenzencki nie miał swojego precedensu. Dlatego też miło jest mi wszystkich zainteresowanych poinformować, iż w końcu nadszedł moment, w którym włoska marka Gold Note z podniesioną głową podjęła testową rękawicę. Interesujące? Powiem szczerze, dla mnie tak. Ale to nie koniec świetnych informacji, gdyż pikanterii temu zdarzeniu, w dobrym tego słowa znaczeniu, dodaje wystawiony do oceny produkt, jakim jest oznaczony symbolem PH-10 phonostage dla wkładek MM i MC. Zatem, gdy karty zostały rozdane, nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować częstochowskiemu dystrybutorowi Delta-Audio za dostarczenie urządzenia do redakcji, a Was zaprosić na ciekawy miting po możliwościach sonicznych wspomnianego Włocha.

Tytułowy przedstawiciel działu obróbki sygnałów z wkładki gramofonowej nie jest specjalnie duży, ale nie można również powiedzieć, że konstruktorzy w dobie oszczędności na wszystkim gdzie się da upychali układy wewnętrzne do jak najmniejszego pudełka. Ot, otrzymujemy średniej wielkości, ciekawy stylistycznie produkt. Jak wygląda i co oferuje? Krótki opis wizualny nie może pominąć faktu informującego nas o użyciu drapanego aluminium do wykonania całej obudowy. Oczywiście oprócz przedniego, dość grubego panelu reszta korpusu jest zamkniętym, masywnym profilem a zaproponowany design i budulec nadają produktowi odpowiedniej dla włoskiej nacji dostojności. Patrząc na front łatwo zauważyć, iż oferuje bardzo czytelny wyświetlacz informujący nas o specyfikacji używanego w danym momencie rylca z pełnią niezbędnych dla konkretnego modelu danych typu: użyta krzywa korekcyjna, wzmocnienie, czy oporność. Rzucając okiem na obie flanki przedniej ścianki z jej prawej strony znajdziemy dodatkowo umożliwiające wybór wspomnianych wartości dla wkładki multi funkcyjne pokrętło, a na lewej mieniące się delikatnym złotem exlibrisowe logo marki. Podążając ku tyłowi mijamy równie ciekawy wizualnie, bo z wykonanymi skośnie na obydwu bokach podłużnymi otworami wentylacyjnymi i wygrawerowanym z tyłu zdecydowanie większym niż na froncie znakiem rozpoznawczym marki dach urządzenia. Docierając zaś do pleców z przyjemnością odbieramy fakt istnienia dwóch par wejść dla wkładek, dwóch zacisków masy, wyjść liniowych w standardach RCA i XLR, wielopinowego gniazda dla dodatkowego zasilacza, terminalu serwisowego i gniazda zasilającego. Przyznacie, że mimo ewidentnego unikania nadmiernego rozdmuchania konstrukcji oferta przyłączeniowa jest bardzo bogata, a ze swoich osobistych doświadczeń wiem, że obsługa dwóch wkładek bardzo pożądana.

Jak sonicznie spisuje się tytułowy Włoch? Prawdopodobnie wielu z Was się zdziwi, gdyż wbrew stwarzanym przez włoskie marki pozorom oscylowania w barwie ponad wszystko tytułowa 10-ka zdradza bardzo dużą ochotę do swobodnego, naładowanego informacjami grania. Jednak nie w szkodliwej odmianie nadpobudliwości, tylko dość ostrej kreski rysującej byt źródeł pozornych i świeżym wysokim tonom. Ale zaznaczam, to jest bardzo wysmakowane, zatem nie ma uczucia napadania słuchacza zbędnym pakietem informacji, tylko podanie świata muzyki w bardzo witalny sposób. Co ważne, przy całym namaszczeniu przez konstruktorów sznytem otwartości nie cierpi na tym sfera środka pasma. Owszem, za sprawą górnych rejestrów jest doświetlona, ale przy tym odpowiednio wysycona. I gdy zbierzemy w całość wszelkie wymienione aspekty, nasuwa się refleksja, jakoby opisywany przedwzmacniacz nie posiadał wad. Prawda to, czy nie? Szczerze? Na tym pułapie cenowym jestem bliski twierdzenia, że nie. A dlaczego stawiam moją tezę w świetle ceny? Niestety ta określa jakość wyrafinowania poszczególnych składowych, która w tym przypadku w stosunku do droższych konstrukcji w głównej mierze odnosi się do zbyt małej magii generowanej przez opisywane phono muzyki. Ale przypominam, takie postawienie sprawy umożliwia mi codzienne obcowanie z kilkukrotnie droższą konstrukcją, a wspominam o tej zależności nie dlatego, aby się pochwalić, tylko żeby potencjalny nabywca PH-10 wiedział, iż zawsze jest cos za coś, a w tym przypadku niższa cena, to bardzo dobry, ale nie będący szczytem możliwości światowych producentów dźwięk. Ok. Wiemy, że włoski ogier gra dobrze. A jak to przekłada się na konkretne propozycje płytowe? Proszę bardzo. Na niezobowiązujący początek zaproponuję najnowsze wydawnictwo Diany Krall „Turn Up The Quiet” sygnowane przez Verve. Efekt? Bardzo przyjemny głos wokalistki wprowadzał tyle pozytywnych artefaktów, że wspominana kilka linijek wcześniej ochota do doświetlania otaczającego nas świata była raczej czynnikiem wprowadzającym dodatkową dawkę radości ze słuchania muzyki, a nie nadmiernego efekciarstwa. Rozpatrując temat budowania wirtualnej sceny muzycznej trzeba oddać Włochowi sprawiedliwość, że zrobił to bardzo dobrze, gdyż odbywający się przede mną spektakl wykorzystywał całą szerokość i solidną głębokość przestrzeni pomiędzy kolumnami. I gdybym miał się do czegoś przyczepić, powiedziałbym, że jedynie ilość i dobitność oddania występujących w tym materiale sybilantów zdradzała sposób na muzykę według phono z Półwyspu Apenińskiego. Nie, w najmniejszym stopniu nie był to szkodliwy aspekt, ale artykułując wszelkie za i przeciw musiał wypłynąć jako byt sam w sobie. Kolejnym czarnym krążkiem mojej przygody z testowaną konstrukcją była muzyka dawna w adaptacji Jacoba Obrechta z oficyny Harmonia Mundi. To wydawnictwo podobnie do pani Krall jawiło się jako widowisko stawiające na radość z pełnym oddaniem zakresu informacji o wielkości goszczącej artystów kubatury kościelnej. Jednak, gdy w przypadku artystki około-jazzowej wypadało to bardzo przekonująco, w tym repertuarze słychać było, że pewna doza intymności podczas śpiewania kościelnych zapisów nutowych z pewnością by nie zaszkodziła. Niemniej jednak mierząc siły na zamiary również w tutaj nie atakuję bohatera, tylko opisuję jego zachowanie na tle potwierdzonych sporym doświadczeniem oczekiwań. Puentując ten jakże ciekawy w wyniki soniczne sparing chciałbym skreślić kilka strof o wyniku nakarmienia seta gramofonowego rasowym free jazzem. W tej roli wystąpił Ken Vandermark i jego kompilacja koncertów w krakowskim klubie Alchemia zatytułowana „The Vandermark 5 – Four Sides To The Story”. Jak to odebrałem? Powiem bez naciągania faktów, bardzo dobrze. Szybkość, energia, mocne osadzenie w basie i dobre napowietrzenie klubowej sceny pokazały to wydawnictwo w sposób, którego zawsze oczekuję. Naturalnie, przydałoby się trochę więcej nadawanej przez małe pomieszczenia klubu magii, ale gdy w myślach przywołałem żądaną za testowany przedwzmacniacz gramofonowy kwotę, wszelkie utyskiwanie odeszło w niebyt pozwalając mi tym sposobem przenieść się w te zarejestrowane niegdyś wydarzenia. Jednym słowem było zaskakująco angażująco, czego zaznania życzę wszystkim potencjalnym zainteresowanym kupnem testowanej konstrukcji.

Przyznam szczerze, rozpakowując rzeczonego phonostage’a i spoglądając na ciekłokrystaliczny wyświetlacz osobiste przed-odsłuchowe notowania nie wypadały najlepiej. To oczywiście był przedwczesny i trochę nieuprawniony osąd, ale na tle najnowszych trendów siłowej implementacji technologicznych nowinek gdzie się da czuję się trochę usprawiedliwiony. Na szczęście konstruktorzy Gold Note’a wiedzą co robią i mimo trochę ekstrawaganckiej, jak na stareńką technikę analogową aplikacji mini telewizorka nie dali ponieść się podmuchom współczesnych, spektakularnie napompowanych rozmachem sesji muzycznych. Tak umiejętnie zaprojektowali układy wewnętrzne, aby przy minimalnej dawce nonszalancji w kreowaniu ostrości przekazu zachować jego równowagę tonalną. Tak tak, równowagę tonalną, gdyż wszystkie moje narzekania ani razu tego aspektu nie wynosiły do skali problemu, tylko przy zwracaniu uwagi na jego byt określały go jako pewnego rodzaju sznyt grania, a to już jest inna para kaloszy. Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że każde urządzenie bez względu na pozycję w cenniku ma swój przepis na muzykę i tylko jego wyrafinowanie pozycjonuje je w hierarchii żądanej za nie kwoty. I gdy spojrzymy na tą proponowaną do zapłacenia za PH-10 Gold Note’a, okaże się, że mamy do czynienia z bardzo dobrze radzącym sobie na analogowym polu przedwzmacniaczem gramofonowym. A jakby tego było mało, przypominam o obsłudze dwóch wkładek w jednym czasie, co dla zakręconych w tej materii audio maniaków w momencie korzystania z dodatkowego seta monofonicznego jest nie do przecenienia.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Delta-Audio
Cena: 5 550 PLN

Dane techniczne:
Pasmo przenoszenia: 2 Hz – 200 kHz +/- 0.3dB @
Zniekształcenia THD : <0,002% MAX
Stosunek sygnał/ szum: -102dB
Czułość wejściowa: 0.1mV MC; 7.0mV MM
Impedancja wejściowa: 10Ω, 22Ω, 47Ω, 100Ω, 220Ω, 470Ω, 1000Ω, 22KΩ, 47KΩ
Wzmocnienie: 65dB MC – 45dB MM z 4 pziomami regulacji [-3dB, 0dB, +3dB, +6dB]
Dynamika: 122dB
Impedancja wyjściowa: 500Ω
Zużycie mocy: 30 W
Wymiary (S x W x G): 220mm x 80mm x 260 mm
Waga: 4 kg
Dostępne kolory: czarny, srebrny, czerwony, złoty

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): McIntosh MP1100

Opinion 1

Before we noticed, from the last test of a phonostage, which was described during the test of a turntable (Electrocompaniet ECG 1 + ECP 2) , three months have passed, and since a phonostage only test (Audio Flight FL Phono) even half a year. So we decided that it is time to catch up and have a look at something that arrived on the market during this time. As usual in such case, we were not sure from which price segment we should take the device for testing. On one hand we have never hidden, that we have most fun with extreme High-End devices like Ypsilon or Audio Tekne, but on the other, we are painfully aware, that reality bites, and we will be choosing between the RCM Sensor 2, Trilogy 906 or Tellurium Q Iridium. Fortunately this is only a hobby, and audio products are difficult to be treated as necessities, so having something interesting in our system, and trying to develop further, we do not need to hurry. It is much better to approach this with a clear mind, and think a few times over, if we really need this, and what could we need in the future. And here we touch the essence of things, as functionality and user friendliness should accompany good sound, and not only be a marginal item. So what am I talking about? I do not know, how you perceive it, but I noticed in myself, that I have a kind of sloth, which makes me reluctant to unscrew a device (like the Octave Phono Module), plug it out of the system, or other actions required to change the settings of the phonostage. In addition I am very happy if a device is able to handle at least two turntables/cartridges, what makes the life of a reviewer much easier, as it allows comparisons without the need for re-plugging cables and pauses, negatively influencing comparisons. Applying the criteria above would make probably only the Phasemation EA-1000 pass the test, from the devices we tested, so we have placed the threshold really on a high level. However also this time we were lucky – we found the newest proposal from McIntosh, the top, but modestly priced, for a high-end product, MP1100 phonostage.

While on more or less budget level phonostages are often characterized by small dimensions, when we move to the higher quality and price level, then the size increases, and in High-End it often reaches really imposing figures. Fortunately McIntosh kept common sense and it fits within one item of the full-size Hi-Fi limit. As usual for this American legend, the front panel is made of glass and has aluminum sidings, and has the company, a bit old-school looks. So we have a centrally placed, green lit logo and model name, on both sides we have the familiar VU meters for the left and right channel. Just below those there are two classic knobs, from which the left selects the inputs, while the right sets their load. Between those and the two line display we have the mute and standby/reset buttons. But if you want to know more about the functionality I refer you to the user manual.
Through a window in the top panel we can see four 12AX7A (two per channel) placed in a special trough and also lighted green. However, I have good news for all people not being fond of the neon aesthetics, the lighting can be switched off through the menu of the device.

The MP1100 is the first, in the history of the American manufacturer, fully symmetrical phono preamplifier, and considering the fact, that McIntosh itself describes it as reference, the project received appropriate attention. The construction is dual mono, and the channels were separated not only electrically but also mechanically. Also, the power supplies were electrically separated. But this is only a prelude to the attractions awaiting us on the outside. Looking at the back panel we can initially think we deal here with an integrated amplifier and not a phonostage, and that because at the bottom there are four ground terminals, which very much resemble loudspeaker terminals. As we deal here with a balanced device, it should not come as a surprise, that all the sockets are located at the back accordingly. So, the input terminals are going towards center from the extremes, following the middle line of symmetry. So we have doubled line outputs in XLR and RCA format, line inputs in the same assortment and phono inputs one balanced and three RCA ones. One level lower besides the four ground terminals I already mentioned, there is an IEC power socket, trigger ports, external IR input and … three digital outputs – coaxial, optical and USB. Why? Most probably someone from R&D decided, that it would be worth connecting the analog with the digital world and implemented in the MP1100 the ADC functionality (a reverse DAC) which allows to digitize the vinyls you own to 24 bit/96 or 192 kHz digital files. You can also download a dedicated software from the manufacturer’s web pages. But going back to the analog, on all inputs you can precisely define the load for each used cartridge. At our disposal are 8 capacitance settings, 7 resistance settings, not even mentioning the MM/MC choice, as this is obvious. There are also presets available for the company turntables MT10 and MT15. But you can also create your own presets and store them in one of five empty slots. You can also select a mono profile and choose from different correction curves – RIAA, LP, NAB and 78. But this is not all, the unit also has two filters available, Rumble and Scratch, where the first eliminates the noise of the LP, while the latter minimizes the clicks and ticks you might hear if the vinyl is scratched. The device is also equipped with a remote controller, which allows you to set almost all settings from your comfort chair, if you have eagle sight or have some binoculars handy, as the display is absolutely not readable from a distance of a few meters. When you come closer things are different, of course, and using the remote you do not leave fingerprints on the fascia.

So until now, you could see the MP1100 as an audiophile equivalent of a classic American road cruiser, where emphasis was put on the comfort of the trip, meaning here user friendliness and intuitiveness. But what is the impression when you turn the ignition key, I mean, awaken the phonostage from standby? In short, it does not come far from the elegant design and the stereotypical master of the American sound, although with a slight correction to the latter. I mean the McIntosh sounds big and energetic, but without any traces of sluggishness and bulky sound sometimes associated with that kind of sound. Here we do not have too much of the slow and thick, because we cannot say a bad word about timing as well as control of the whole, including the lowest notes. In addition I base my observations not on the anorectic, in terms of the bass support, baroque trill, but on really heavy metal sound, like “Hardwired … To Self-Destruct” Metallica or “Das Seelenbrechen” Ihsahn. What was interesting, even in the climatic moments, the cacophonic madness did not escape control even by a millimeter, and the whole had some tube-like boost and saturation. Due to this delicate reclaim the shrillness was somewhat tempered, and the result of that was a little less offensive character of the sulfur and hellish fire exhaling repertoire. Interestingly the guitar riffs and percussive passages did not lose anything from their rage, and the slight shift of the gravity point down even increased their power and intensity. It is also worth mentioning, that the McIntosh was very generous in handling their mastering, which is far from being audiophile grade, not branding it, but only showing a shallow stage, on which the long-haired musicians growled their lugs out.
But to notice this fact, we should have some comparison with better recorded discs. If our musical interests do not reach beyond hard’n’heavy genre, then the case of flat sound stage is a non-issue and we can feel like being in seventh heaven, I mean behind the seventh ring of hell, or … wherever one likes to be. But let us rest this topic. I mentioned about some better recordings and I would like to have a closer look at that topic. Leaving the clatter aside, let us turn to the more sublime musical themes served by the Tingvall Trio on the album “Vagen” http://tidal.com/album/7358963 , where besides the sounds of the instruments we can hear what we call playing with silence, which makes a splendid job here. Only here we can truly appreciate the breath and the idea for the unconstrained, natural sound implemented in the MP1100. Maybe the contours are not as precise, as some solid state devices are able to draw, but let us be frank – we are not deciding to buy a tube product to have our senses attacked by sounds split in analytical particles, instead of having a homogenous spectacle.
As a kind of desert I left the typically Hollywood-like approach to symphonics, the soundtrack to „Star Wars: The Force Awakens” John Williams, where the dense and pompous arrangement comes together with above average musicality. It turned out very quickly, that the dark, full of subcutaneous unrest, climate ideally fitted the McIntosh, which could finally show what it is capable of, showing its devotion to momentum and playing with a wide and deep sound stage, reaching far beyond the line of speakers, with a very realistic performing apparatus placed on it. Really great.

After the almost two weeks of using the MP1100 I must confess, that I regretted having to plug it out of my system. Not only that McIntosh introduced to market a phonostage capable of reproducing an orchestral tutti easily, as well as the brutality of the heavy metal hell, yet the contact with it was wonderfully spoiling. It made playing vinyl resemble an incredibly comfortable ride with an American limousine. Everything was there for touching, there was nothing we needed to reach down for, replug, unplug, as we can make every setting not even having to leave our listening chair, and the green light can make us feel like little explorers, reading the comic books with Superman and his “allergy” to kryptonite. But those are just insignificant add-ons to the company design and classy, tube sound, which does not leave us inert. You can only love it or hate it. I think I do not need to mention, that I am fully part of the first of the two mentioned groups of people. And You?

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Digital player: Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Integrated amplifier: Electrocompaniet ECI5; Devialet Expert 440 Pro
– Loudspeakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall Socket: Furutech FT-SWS(R)
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinion 2

Maybe it will sound strange, but when I started to write this paragraph, I could only think – finally! Why did I decide to open our meeting with this optimistic phrase? Please look at the list of our latest reviews and meetings. For an analog lover, like myself, such long abstinence from any review of such devices is like being exiled to Siberia. And you probably know, how big the devastation of psyche can be, when you are devoted for so long from something that brings you joy, in this case the turntable. Well, of course, I always have my reference point available for me, but as it often happens, there is always a burning need to explore further, to search for new products, which approach the world of the vinyl disc in a different way. So I waited, and waited, but finally my patients was rewarded. So what did put me in a state of bliss? A very interesting, as it is made based on electron tubes, phonostage coming from a very renowned and recognizable manufacturer from United States – McIntosh. So when I revealed my hand of cards for today’s test, I can only add, that this product is named MP1100 and was supplied for testing by the Warsaw based Hi-Fi Club.

Describing the looks of McIntosh products is not very rewarding. Not that I would lack the appropriate words, but each approach to the very unified design is a kind of acrobatics. However I need to do this somehow, so I will just remind you about the general looks and concentrate on the functionality of the tested device. Starting from the front we see a fascia which is typical for all McIntosh components, a panel from darkened glass, held in place by aluminum sidings. On this plate, resembling a TV screen, we have two VU meters, scaled in dB, with the company logo and model name placed between them. But this is not all, as on the lower part, we have, looking from left, a knob for input selection, mute button, a multifunctional display, allowing us to find out in which mode the preamplifier operates currently, a standby button and a second knob, which is used to set the appropriate load for the used cartridges. Moving to the back, on the top plate we have three rectangular holes used for venting the electron tubes placed below. And when you think, the most important parts are already described, the back panel tells you wrong. The constructors from behind the ocean placed there a wealth of various analog and digital inputs and outputs, making the unit a real centerpiece of a system. To my surprise, besides the various inputs for the cartridges and line outputs, in XLR and RCA standards, we have a set of digital outputs (USB, Optical and RCA), what means, that the MP1100 can be used as a device to turn your vinyls into digital files. Please allow me not to comment on that, so that I keep my mental balance untouched, and just add, that there is a battery of four grounding terminals available and there is also an IEC power socket. So this is how our tested unit looks like, in short. So if you are not offended by the digital connections, please proceed to read about how the unit fared in my test.

So what can you expect from a device, which uses hot, glowing tubes in its construction? Well, nothing else than vividness of the sound. Yes, I met some tube amplifiers, which tried to imitate solid state, but you will find nothing like in the American construction. You do not apply the amber glowing attributes of an old radio in your product to later claim, they have no influence on the final sound. McIntosh engeneers are very consistent in claiming the final sonic result by applying the tube technology. This means, that in the continuation of this review we will be revolving around the aesthetics related to vacuum tubes. However before I start digging further, there is one item I need to mention before. The device has a built-in “eco” functionality, which powers it off, when there is no signal present at input for some time. This goes against our typical approach of warming up our gear before listening. But I would say this is the only negative thing that I noticed during the dozen or so days I used it in my system. It was a bit different presentation, than I have on a daily basis, but you cannot blame the product, that it sounds in the aesthetics of the used circuitry. Going closer to the specifics and supplementing the knowledge abou the sound of the MP1100 we must mention the proper reproduction of the virtual sound stage, in terms of width and depth. Looking at the mentioned vividness we need to see, that it calls upon homogeneity, what results in slight rounding off the edges of the virtual sources. No, it was not anything similar to drawing contours with a thick marker, but it was not a thin scriber but rather a thicker, soft pencil, but we can hear this from the first moment. After listening to a few discs, this becomes an indispensable part of the sound, but when you switch over from the solid state Theriia to the tubed McIntosh, then you can clearly hear the difference in the intimacy of the generated music. And when we add to the list the slightly darker presentation of the world of sounds, then we have an almost ideal recipe for a device allowing us to draw most pleasure from the interaction with the beloved music, and not analyze the individual sub-ranges. To show you the results of my testing, I will use three disc examples. The first one was Andreas Vollenweider with “Caverna Magica”. The effect? This was probably the only part of the test, which showed, that smoothness and homogeneity of the sound, placed above everything else, is not always the ideal partner to all music. Unfortunately, electronic music has its own rules, and while it was not at all bad, I missed sometimes God’s spark in some of the critical moments. But I would not scratch the tested phonostage from the list of potential listening candidates, because you need to take into the equation my system, which is directed to musicality by itself. And it is widely known, that building a synergistic system is based on the consequences of the choices of the individual elements, and the tested counterproposition to the Theriaa was only tested here, and not evaluated for keeping. This is the reason, that small shortcomings in the reproduction of the acuity of the treble, are only an indication, where to watch out for, where to plug-in the 1100, and not a problem in itself. To visualize the assets of the American preamplifier, in the next step I tasted the disc “Missa Fortuna Desperata” Jacob Olbrecht from the catalog of the Harmonia Mundi label, pressed during the best years of the analog. That resulted in only positive impressions. Vocals supported by instruments from the age seemed to be created to cooperate with products carrying tubes in their innards. The fantastic balance between saturation and the reproduction of resolution of the individual vocal parties allowed to reproduce the different timbres of the vocalists perfectly, what translated into their very good separation and localization between the speakers. And not only that, the veil of the treble not being fully lighted disappeared, I did not feel even the shortest moment of loosing the presence of the musicians in the church. When the whole ensemble sung, it got really dense, when a single solist was singing, then you could hear the echo of the church filling in the void. Trying to describe this with only once sentence, I would say this was a sonic masterpiece. True, this was still within the tube aesthetics, but worth every penny spent for this preamplifier. The last disc I played was the concert disc from Antonio Forcione, issued by the Naim Label. In this case you could also hear the influence of the tubes, but it had no effect on the energy of the sound of the guitar opening this double album. It was a bit warmer, a bit more saturated, but when the musician wanted also energetic and predatory. Even more, from this approach profited the contrabass, which provided a touch more sound from its body, but not too much. Also other instruments present on the recording benefited from the McIntosh touch – the flute, cello or even the drums. Of course, when confronting this presentation with my master, I must confess, that it had clear signs of the used construction, but in contrast to electronic music, it was just another point of view, and not a too soft idea for reproducing the reality of the musical event. And I must say, that if I would not have my current, well configured set, I would be able to live with this kind of presentation for years. Of course I would try to change some cables here and there, but those would be just a final touch to the sound, and not a try to make brutal influences on the musical presentation.

I am happy, that despite the fact of having my system receive additional amount of warmth, saturation and smoothness, I still perceived the tested device in such positive aura. Naturally this is a completely different way of sounding, than I have in my current system, but due to the general sonic abilities and the engagement of the listener in the musical events presented, it will catch a lot of people, who will become its fervent supporters. I had already a very sonically dense system to start with, and before this test I was very reluctant to try out products carrying electron tubes. Yet this test clearly showed, that as long as the manufacturer has an idea of what our game is about, he can balance the final sound, so that even most musical genres can profit from it. Approaching the end of our meeting and concluding this test I warmly encourage you to try out for yourselves what McIntosh can bring into your system, especially their phonostage MP1100. This is really a very interesting proposal, and even if it would not convince you with the wealth of functions, then it for sure will do that with the sound it produces.

Jacek Pazio

Distributor: Hi-Fi Club
Price: 37 600 PLN

Technical details:
Total Harmonic Distortion: Phono: 0.02% (Phono), 0.005% (Line In)
Frequency Response: +/-0.2dB @ 20Hz – 20,000Hz; +0.2, -3dB @ 10Hz – 50,000Hz
Maximum Voltage Output: 20/10 V RMS
Input Impedance:
– Resistance: 25, 50, 100, 200, 400, 1k or 47 kΩ
– Capacitance: 50, 100, 150, 200, 250, 300, 350 or 400 pF
– Line In: 100 kΩ (XLR) / 50 kΩ (RCA)
Phono Voltage Gain: 40dB, 46dB, 52dB, 58dB or 64dB
Signal To Noise Ratio (A-Weighted):
– MC: 80 dB
– MM: 84 dB
– Line In: 118 dB
Maximum Input Signal: 10mV (MC), 100 mV (MM), 20V (XLR), 10V (RCA)
Sensitivity (for rated output): 1,25 mV (MC), 10 mV (MM), 4V ( XLR), 2V (RCA)
Rated Output: 4V (XLR), 2V (RCA)
Output Impedance: 200 Ω (XLR), 100 Ω(RCA)
Digital Output Sample Rate:
Optical: PCM – 24-bit/96kHz or 192kHz
Coaxial: PCM – 24-bit/96kHz or 192kHz
USB: PCM – 24-bit/96kHz or 192kHz
Vacuum Tube: 4 x 12AX7A
Power Consumption (On): 50 W
Dimensions (W x H x D): 44,5 x 15,2 x 45,7 cm
Weight: 11,8 kg

System used in this test:
– CD: ReimyoCDT – 777 + ReimyoDAP – 999 EX Limited
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Speaker Cables: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V; Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Ledwo zdążył opaść kurz po ubiegłotygodniowej premierze winylowego wydania ścieżki dźwiękowej do gry „Kholat” a warszawska delegatura Nautilusa stała się areną kolejnego, wielce intrygującego wydarzenia. Otóż do stolicy zawitały z wizytą, po raz pierwszy pokazywane w Polsce, przewody zasilające Siltech Triple Crown oraz topowe modele Crystal Cable z serii Ultimate Dream a wraz z nimi Gabi i Edvin Rijnveld. Jeśli komuś owe audiofilskie specjały nic nie mówią a właśnie wymieniona para wydaje się całkowicie obca, to nie owijając w bawełnę, śmiem twierdzić, że o audio z najwyższej półki ma pojęcie równie blade jak miłościwie nam panująca „dobra zmiana” (jeden z najbardziej kuriozalnych oksymoronów ostatnich lat) o czymś tak oczywistym jak kultura polityczna. Czego by bowiem o ww. markach nie mówić, to nieznajomość Siltecha przy deklarowanym zainteresowaniu rynkiem Hi-Fi i High-End porównać można jedynie do nieświadomości istnienia takich legend motoryzacji jak Ferrari, Bugatti, czy Maserati uważając się jednocześnie za fana czterech kółek. Jeśli natomiast ktoś dopiero wkracza w odmęty audiofilskich doznań to pragnę jedynie nadmienić, że ww. holenderskie wyroby metalurgiczne od lat uparcie okupują szczyty wszelakiej maści kablarskich rankingów i wywołują przyspieszone bicie serc złotouchych przedstawicieli populacji homo sapiens.

Nie inaczej było i tym razem, choć nad wyraz kapryśna ostatnimi czasy pogoda zgotowała spragnionym doświadczenia kablarskiego absolutu istny Armagedon fundując w godzinach szczytu spektakularne oberwanie chmury. Czymże jednak jest letnia ulewa wobec możliwości chociażby wstępnego i biorąc poprawkę na salonowe warunki czysto niezobowiązującego odsłuchu niedawno wprowadzonych do firmowych katalogów referencyjnych modeli okablowania, jak i oczywiście rozmów z ich twórcami. Nie ukrywam, że z Państwem Rijnveld okazję do rozmów mam praktycznie co roku w trakcie monachijskiego High Endu, lecz skala, rozmach i wszechobecny pęd niemieckiej wystawy rzadko kiedy daje szansę na chwilę spokoju i swobodną wymianę własnych refleksji. Tymczasem w zlokalizowanym przy ul. Kolejowej 45 salonie Nautilusa w niemalże domowej atmosferze i przy lampce wybornego wina można było rozmawiać i indagować przybyłych gości do woli. Zanim jednak przejdę do części poświęconej przygotowanej na potrzeby przybyłych przedstawicieli prasy prelekcji Edvin Rijnvelda pozwolę sobie pokrótce wymienić udostępnione przez gospodarzy i sprawców całego zamieszania dwa z trzech grających w piątkowe popołudnie systemów.

W skład głównego i witającego już od progu przybyłych gości zestawu wchodziła elektronika Accphase’a reprezentowana przez odtwarzacz DP-720, przedwzmacniacz C-3850 i końcówkę mocy A-65, które wraz z kolumnami Avantgarde Acoustic Duo XD okablowano Siltechami Triple Crown dyskretnie eksponując elektryzujące nowości, czyli należące do najwyższej z królewskich odmian przewody zasilające.

Natomiast w mniejszej salce można było posłuchać uzbrojonego we wkładkę My Sonic Lab Hyper Eminent Transrotora Tourbillon FMD, przedwzmacniacza gramofonowego Phasemation EA-300, odtwarzacza Accuphase DP-560 , wzmacniacza zintegrowanego Accuphase E-370, oraz kolumn podstawkowych Crystal Arabesque Minissimo a całość spięto przewodami Crystal Cable z serii Ultimate Dream.

To były jednak jedynie elementy natury dekoracyjnej mające cieszyć tak oczy, jak i uszy gości, gdyż clue piątkowego spotkania okazała się mała prezentacja – wykład dotyczący zagadnień natury czysto teoretycznej, zjawisk fizycznych zachodzących podczas przesyłu sygnałów audio, zasilania elektroniki użytkowej oraz podstaw metalurgii bez których zrozumienie fenomenu holenderskich przewodów byłoby nie tyle niepełne, co wręcz niemożliwe. Całe szczęście prowadzący krótką prezentację Edvin Rijnveld starał się w możliwie przystępny sposób wyjaśnić trapiące producentów okablowania i elektroniki problemy i zarazem przedstawić własne rozwiązania mające na celu możliwie skuteczną ich eliminację. Oczywiście nie obyło się bez pytań opartych na własnych doświadczeniach z Siltechami – np. co jest powodem, że Holenderskie kable „grają głośniej” od większości konkurencji. Powód okazał się dość prozaiczny – niemalże pomijalne wartości parametrów elektrycznych wpływających na obniżenie poziomu przesyłanych sygnałów połączone z wyeliminowaniem degradujących je zakłóceń zewnętrznych dają właśnie taki efekt. A jak już jesteśmy przy zakłóceniach, to warto pamiętać o wszechobecnych w naszym hobby polach elektromagnetycznych i wzajemnych interferencjach pomiędzy przewodami. Co to oznacza? Ni mniej ni więcej tylko to, że sprzęt sprzętem ale i samo ułożenie wykorzystywanego okablowania, czy nawet usytuowanie listwy zasilającej ma niebagatelne znaczenie. Dlatego też warto, jeśli tylko istnieją ku temu warunki zadbać, by przewody zasilające znajdowały się co najmniej pół metra od sygnałowych. Jednak finalne brzmienie systemu okablowanego holenderskim srebrem można modelować jeszcze w mniej ekwilibrystyczny sposób a mianowicie poprzez odpowiednie ustawienie przełączników ekranowania w tryb „Ground” lub „Flow”, przy czym tutaj nie ma jednej złotej recepty – trzeba usiąść i samemu posłuchać, gdyż nie dość, że każde urządzenie reaguje inaczej to jeszcze każdy z nas ma własne preferencje brzmieniowe i to właśnie do nich dpasowuje swój system.
Podobnie sprawy mają się w przypadku samej konfekcji i dlatego też w przewodach sygnałowych serii Triple Crown wtyki wykonywane są przez szwajcarskiej manufakturze zegarmistrzowskiej a jedynie w zasilających zaufano topowym, aczkolwiek modyfikowanym zgodnie z wytycznymi Edvina, Furutechom NCF. Za to Crystal Cable w serii Ultimate Dream zdecydował się na użycie konkurencyjnych wtyków Oyaide M1/F1, co również okazało się okazją do interesującej dyskusji z Gabi Rijnveld o zaletach korzystania z usług mniejszych, bardziej wyspecjalizowanych poddostawców, dzięki czemu łatwiej zapanować zarówno nad kontrolą jakości, jak i w krótszym czasie dokonać stosownych modyfikacji.

Oprócz potężnej dawki informacji nie zabrakło również strawy typowo cielesnej …

Serdecznie dziękując za zaproszenie od razu zapisujemy się na społeczną listę oczekujących do odsłuchu nie tylko samych „trzech koron”, ale i wyrobów Crystal Cable ze szczególnym akcentem na CCI, czyli uroczy wzmacniacz zintegrowany.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Miniony piątkowy wieczór (30.06.2017r.) bez względu na fakt przejścia przez stolicę jak nazwał ją mój znajomy epickiej burzy, był dla mnie bardzo owocnym w pozytywne doświadczenia czasem. Dlaczego? Powiem tak. Pewnie się zdziwicie, ale mimo początku weekendu, opisywana pora dnia nie nosiła aż tak mocnego bagażu doniosłości. Mało tego, podobnym zaczynem do radości również nie jawiły się rozpoczynające się na dobre, upragnione przez dzieci wakacje. Zatem co? Dla zwykłego Kowalskiego może to być śmieszne, ale dla czerpiącego radość z obcowania z odtwarzaną w dobrej jakości muzyką jest wodą na młyn audiofilskości, czyli skorzystanie ze zorganizowanego przez warszawsko-krakowskiego dystrybutora Nautilus zaproszenia na osobiste spotkanie z właścicielami zaliczanych do śmietanki producentów produktów High End-owych marek. O kim mowa? Zapewniam, że znacie, ale dla wprowadzenia Was w temat zdradzę, że głównym powodem był ostatni element układanki zatytułowanej Triple Crown marki Siltech, poczciwy kabel zasilający. Oczywiście nie występował solo, tylko w towarzystwie mającej zdecydowanie wcześniej swój debiut reszty rodziny z tej linii, co bezsprzecznie skutkowało znaczną poprawą jakości brzmienia spinanych nimi systemów. Jednak w nie kierunku rozprawy o dźwięku tego wieczoru mam zamiar rozwijać ten tekst, gdyż oprócz wspomnianego Siltecha swój głośny głos zabrała będąca rozwinięciem rodzinnego pomysłu na biznes marka Crystal Cable. Ta zaś, oprócz kilku biżuteryjnie wykonanych propozycji kablowych zaproponowała również z pozoru skromne gabarytowo, ale charakteryzujące się wielkim duchem do grania, wykończone w nasyconej pomarańczy monitory. Niestety szybko mijający, ale przyjemnie spędzony czas nie pozwolił na bliższe zapoznanie się z przygotowanymi przez gospodarza systemami, jednak proszę o spokój, gdyż wespół z Marcinem już stanęliśmy w kolejce testowej do prezentowanych tego dnia nowości. Co okazało się owym pożeraczem czasu? Dla internetowych hejterów można by powiedzieć, że typowy wykład audio-voodoo, a dla nas, zainteresowanych zastosowaną w produkowanych komponentach techniką dający pogląd na daną tematykę wykład właścicieli obydwu brandów w osobach Pana Edvina Rijnvelda (Siltech) i jego żony – Pani Gabi Rijnveld (Crystal Cable). Nie wiem, czy uda się komuś rozszyfrować, ale kilka czysto technicznych niuansów z jakimi należy zmierzyć się podczas projektowania wszelkiej maści okablowania, jest rozrysowanych na uwieńczonej na fotografiach tablicy. Jednak bez oglądania się na tę ściągawkę jedno mogę powiedzieć na pewno – „goście” wiedzą o czym mówią. I wierzcie, albo nie wierzcie, ale wszystkie artykułowane przez nich problemy w moim odczuciu zdają się rozwiązywać oferowane przez ich marki produkty. Naturalnie każdy w ilości adekwatnej od zaawansowania technicznego poszczególnych pozycji cennika, ale nikt nie powiedział, że w ekstremalnym High Endzie będzie łatwo i tanio. Ja z racji pozycji recenzenta miałem okazję spojrzeć na możliwości większości oferty Siltecha, ale wiem również, że spora grupa z Was mimo pewnego rodzaju trudności kaucyjno-wypożyczeniowych ma swoje bardzo dobre opinie na ten temat. Niestety, mnogość przekazywanych przez prelegentów informacji spowodowałaby rozrost mojego tekstu do niestrawnych rozmiarów, dlatego też bez wdawania się w szczegółowe opisy w kwestii łatwości poruszania się w tym temacie przez ciało konstruktorskie musicie uwierzyć mi na słowo lub sami zmierzyć się z Holenderską ofertą. Ja mogę powiedzieć tylko jedno, jestem umówiony na odsłuch seta we własnej układance, ale nie do celów recenzenckich, tylko zakupowych, co oczywiście nie musi, jednak dla wielu może wydawać się być pewnego rodzaju rekomendacją.

Puentując ten relacjonujący ostatni piątek czerwca tekst chciałbym podziękować gospodarzom za zaproszenie, miłą atmosferę i smaczny poczęstunek, przybyłym z kraju tulipanów gościom za przekazany w bardzo miłej rozmowie pakiet nieograniczonych klauzulą tajemniczości informacji, a Was czytelników zaprosić na jesienna wystawę, na której wspomniane małżeństwo zapowiedziało swój udział. Zatem do listopada.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Słuchawki Meze Audio 99 Clessic Gold wywołały spore zamieszanie na światowych rynkach i zyskały w pełni zasłużone uznanie wśród miłośników audiofilskich nauszników.  Tym razem rumuńska manufaktura rozszerza swoje portfolio o model nieco bardziej stonowany wzorniczo, lecz oparty na takich samych przetwornikach – 99 Neo, a my właśnie zaczynamy je wygrzewać …

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

 

Długo, bardzo długo, bo aż trzynaście lat  trzeba było czekać na „ekshumację” jednego z ciekawszych projektów prog-rockowej polskiej sceny muzycznej. Mowa oczywiście o Amaroku – formacji Michała Wojtasa, która po nagraniu trzech albumów na początku nowego millenium („Amarok” – 2001, „Neo Way” – 2003, „Metanoia” – 2004) zniknęła w otchłani niebytu ustępując pola m.in. Riverside, czy Lunatic Soul. Całe szczęście z owego niebytu wychynął twór bardziej dojrzały, doskonalszy, z lepiej dopracowaną nie tylko warstwą tekstową, co przede wszystkim brzmieniem, któremu trudno cokolwiek zarzucić. Ba, jest to jak najbardziej namacalny dowód na to, że w chwili obecnej podział na światową i naszą – rodzimą jakość nagrań powoli traci sens, gdyż zarówno wśród polskich, jak i zagranicznych wydawnictw zdarzają się tak perełki, jak i ewidentne buble. „Hunt” w każdym bądź razie bublem nie jest a o jego sile świadczy nad wyraz umiejętne połączenie klasycznie prog-rockowej melodyjności i złożoności z nieco bardziej skomercjalizowanymi odmianami elektroniki. To tak jakby lansowaną na ostatnich krążkach estetykę Pink Floyd połączyć z klimatami czy to Depeche Mode, lub Massive Attack.

A czym taki muzyczny koktajl objawia się w naturze? W telegraficznym skrócie pewną, jak najbardziej oczekiwaną, idealnie wpisującą się we współczesne trendy prog i art. rocka konwencją a zarazem własnym – charakterystycznym brzmieniem. Otwierający album „Anonymous” to prawdziwie eklektyczna mieszanka, niejako preludium do dalszych, zapisanych na „Hunt” doznań a zarazem niezła „zmyłka”, co do estetyki dalszych utworów. Pierwsze kilka sekund to pozorna cisza z której niespiesznie wyłania się pulsujący bas, do którego dołączają wokal i nadające całości pierwiastek magiczności niemalże stuletnie indyjskie harmonium tworząc po chwili rockowo – transowe misterium Zgodnie z zapewnieniami artysty utwór ten porusza problem anonimowości w sieci i iluzoryczności większości nawiązanych tamże, powierzchownych, ulotnych kontaktów.
„Idyll” jest jeszcze lepszy. To oldfieldowsko – floydowski majstersztyk z Mariuszem Dudą (Riverside, Lunatic Soul) na wokalu i wyraźnym nawiązaniem do jego solowej twórczości(Lunatic Soul) przyprawionym firmowym sosem serwowanym przez autora projektu – Michała Wojtasa. Bardzo ciekawym pomysłem okazało się dołączenie do instrumentarium młota. Tym razem w warstwie tekstowej obracamy się wokół dylematów dotyczących naszego rozwoju i decyzji przez nas podejmowanych – czy powinniśmy kierować się sercem, czy rozumem.
„Distorted Soul” również nie pozostaje w tyle pod względem wykorzystywanych podczas nagrania instrumentów, gdyż możemy w nim usłyszeć nie tylko theremin i flet low whistle, lecz tak „performerskie” akcesoria jak spreparowane przedmioty codziennego/publicznego użytku, do których niewątpliwie należy np. skrzynka hydrantu. Tutaj tematyka sięga jeszcze głębiej – zahacza o dwoistą naturę człowieka, jego yin i yang, czy kierowanie się tak rozumem, jak i sercem.
„Two Sides” to chyba najbardziej baśniowy, tajemniczy utwór. Niesamowite brzmienie ormiańskiego duduka, na którym gra Sebastian Wielądek, fortepian i syntetyczne tło sprawiają, że całość wydaje się całkowicie odrealniona. Do tej pory podobny poziom doznań był mmi w stanie zagwarantować jedynie Arild Andersen.
„Winding Stairs” – po wysłuchaniu go na żywo, w Studiu U22 dość długo musiałem “oswajać” się z jego wersją płytową. Niestety niezależnie od klasy posiadanego sprzętu live pozostaje niedoścignionym ideałem i nic nie wskazuje na to, żeby stan ten miał ulec zmianie. Inspiracją do powstania „Winding Stairs” stały się kręte, drewniane schody w jednym ze starych pensjonatów w Wolimierzu, których następnie użyto w roli metafory do drogi, jaką pokonujemy poznając samych siebie.
„In Closeness” – beat niczym z Timbalanda, czy Depeche Mode, robotycznie brzmiąca, przepuszczona przez ring modulator gitara i kojący wokal dopełniają dzieła.
„Unreal” – prawdziwe mistrzostwo świata w typowo Gilmoure’owskim stylu. Gościnny udział Michała Ściwiarskiego, przepięknie „zdjęta”, płaczliwa gitara i mamy przebój idealnie nawiązujący do ostatniego wydawnictwa Pink Floyd – „The Endless River”.
„Nuke” – tego wokalu nie da się ani pomylić, ani zapomnieć. Colin Bass („Camel”) matowością swojego głosu przypomina nieco Rogera Watersa, lecz mając już na koncie odsłuch „Is This The Life We Really Want?” śmiem twierdzić, że Colin wypada o wiele lepiej.
No i tytułowy „Hunt” mający w swojej pierwotnej wersji 90 min, który w „skomercjalizowanej” formie został skondensowany do 18 minutowej suity o technologicznych zagrożeniach czyhających w świecie cyfrowych mediów, sieci społecznościowych i sztucznej inteligencji. Rolę narratora powierzono Johnowi Englandowi a warstwa muzyczna łączy w sobie oldfieldowską gładkość syntezatorów z chropawą, niemalże garażową siermiężnością. Nie zabrakło też wilczych odgłosów, co jakby jasno daje do zrozumienia, że Amarok – gigantyczny wilk samotnik z mitologii Inuitów rusza na łowy.

A jak oceniam samą jakość brzmienia? Na pewno nie gorzej od warstwy muzycznej, z tą tylko różnicą, że pomimo wyśmienitej rozdzielczości i niezwykle sugestywnych efektów przestrzennych wyraźnie trzeba zaznaczyć, iż „Hunt” jest albumem do emocjonalnego słuchania a nie beznamiętnej analizy. Próżno doszukiwać się w nim samplerowych wodotrysków, czy krawędzi źródeł pozornych tak ostrych, że można byłoby się nimi ogolić. Nic z tych rzeczy. Za to wykraczająca daleko poza obrys kolumn scena, spójność masteringu i dbałość zarówno o namacalność nie zawsze pierwszoplanowego wokalu, jak i prawidłową gradację planów zasługują na pochwałę. Kawał dobrej roboty. Pytanie tylko jak tytułowy album rozgłośne radiowe i czy uda mu się przebić w nieco szerszym aniżeli tylko zagorzała grupa fanów gronie. Mam jednak cichą nadzieję, że Amarok w końcu na stałe zagości na radiowych playlistach i jeśli tylko nie zniknie tak jak poprzednio z muzycznej sceny, to stanie się naszym kolejnym „produktem eksportowym” zdolnym przyciągnąć rzesze słuchaczy nie tylko w Polsce, lecz i na całym świecie.

Marcin Olszewski

Lista utworów:
1. Anonymous
2. Idyll
3. Distorted Soul
4. Two Sides
5. Winding Stairs
6. In Closeness
7. Unreal
8. Nuke
9. Hunt

Skład:
Michał Wojtas (wokal, utwory: 1, 3, 5, 6, 9/ gitary/ fisharmonia/ theremin/ instr. klawiszowe/ instr. perkusyjne/ perkusja elektroniczna/ sample)
Paweł Kowalski (perkusja, utwory: 1-3, 5, 6, 8/ bas, track 2)
Marta Wojtas (wavedrum, utwory: 1, 2, 6, 9)
Colin Bass (utwory, utwór 8)
Mariusz Duda (wokal, utwór 2)
Michał Ściwiarski (instr. klawiszowe, utwór 7)
Konrad Pajek (wokal, utwór 2)
John England (lektor, utwór 9)
Sebastian Wielądek (duduk, utwór 4)