Monthly Archives: marzec 2018


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Gdy otaczający nas świat nieustannie przyspiesza a pomimo coraz większej automatyzacji, skracania czasu podróży, wszelakiej maści udogodnieniom i powszechnej unifikacji oraz integracji, wolnego czasu zamiast coraz więcej mamy … coraz mniej. W związku z powyższym jemy, żyjemy i bardzo często również kochamy w biegu, przelocie, byle jak i byle szybciej, by koniec końców w wieku 30-40 lat obudzić się z ręką w … wiadomo czym. Bez stabilnych relacji z bliskimi, o ile w tzw. międzyczasie zdołaliśmy ich przy sobie utrzymać, a bardzo często z cywilizacyjnym „gratisem” w postaci nerwic, czy nawet ataku serca na koncie. Przesadzam? Nie sądzę. Rozejrzyjcie się tylko Państwo wokół siebie i szczerze odpowiedzcie sami sobie na pytanie ile czasu spędzacie wspólnie z rodziną, a ile poświęcacie na nieraz bezsensowną walkę z materią i sobie podobnymi o kolejny, wyższy stołek, większy gabinet, czy nowszy samochód. Jeśli do tej niezbyt optymistycznej wizji dodamy coraz mniejszą trwałość dóbr, którymi z taką lubością się otaczamy i dla których mówiąc wprost i bez ogródek wypruwamy sobie żyły obraz współczesności przybiera mocno apokaliptyczne barwy.
Całe szczęście są jeszcze miejsca, gdzie nadal, ponad zrobotyzowanymi maszynami stawiany jest człowiek, a zamiast ilości liczy się przede wszystkim jakość. Do takich oaz normalności można z pewnością zaliczyć miasto Peterborough w Ontario, gdzie mieści się zarówno siedziba, jak i „fabryka” jednego z najlepiej rozpoznawalnych na audiofilskim rynku kanadyjskiego producenta – Brystona. Nie wierzycie? To co w takim razie powiecie na to, że to właśnie tam cały, trwający (w przypadku przedwzmacniaczy i wzmacniaczy) 30-35 godzin, montaż odbywa się ręcznie, kontrole następują na każdym etapie produkcji, dbałość o perfekcję osiąga iście obsesyjny poziom, a przed wysyłką urządzenia są przez setki godzin poddawane najprzeróżniejszym testom, by trafiając do końcowego klienta być już praktycznie wygrzanymi i gotowymi do pracy? Jeśli dodamy do tego typowe dla rynku profesjonalnego, dalekie od audiofilskich kuriozów, ceny i dwudziestoletnią, tak tak, to nie przejęzyczenie, czy drukarski chochlik – dokładnie 20-letnią gwarancję, sytuacja powinna być jasna – Bryston ani myśli zmieniać idei, jaka przyświecała w 1962 r. jego założycielom i kolejnym właścicielom, by oferować urządzenia zdolne przez długie lata dostarczać radość kolejnym pokoleniom nie tylko melomanów, ale i ludzi traktujących je jako narzędzie swojej pracy.
Dlatego też z niekłamanym entuzjazmem przyjęliśmy, od polskiego dystrybutora marki – warszawskiego MJ Audio Lab, do testów należącą do serii Cubed 300 W stereofoniczną końcówkę mocy 4B³.

Jak mam nadzieję widać na załączonych fotografiach, oraz jak na audiofilskie standardy przystało, tytułowy wzmacniacz prezentuje nad wyraz elegancko i kompaktowo zarazem. Oczywiście nie sposób odmówić mu pewnej charakterystycznych dla kanadyjskiego wytwórcy minimalizmu i surowości, lecz warto mieć też świadomość, iż oprócz dostarczonej do recenzji typowo „cywilnej” 17’’ wersji 4B³ dostępna jest również opcja 19’’ z masywnymi uchwytami i Pro Edition przystosowana do montażu w szafach typu Rack. W porównaniu do testowanego przez nas jakiś czas temu 4B SST2, 4B³ wyraźnie wyładniał, gdyż dość monotonny poprzednio front, wykonany z masywnego płata szczotkowanego aluminium, został wzbogacony przez zgrabnie wkomponowany, centralnie umieszczony prostokątny szyld z wygrawerowanym logotypem marki, oznaczeniem symbolu, dwiema informującymi o stanie pracy urządzenia niewielkimi, zupełnie nieabsorbującymi, diodami, oraz włącznikiem głównym. Konwencjonalne ściany boczne standardowo zastąpiono gęsto użebrowanymi radiatorami, które w procesie oddawania powstającego podczas pracy ciepła wspomaga ażurowa pokrywa górna. Tył wzmacniacza również nie przejawia ambicji ku temu by szokować oryginalnością. W zamian za to stawia na logikę i ergonomię. Wbrew moim wcześniejszym obawom pojedyncze, zalane transparentnym plastikiem gniazda głośnikowe bez najmniejszego problemu akceptują przewody głośnikowe zakonfekcjonowane nawet masywnymi 16 mm widłami a sygnał można dostarczyć zarówno do niezbalansowanych, jak i zbalansowanych wejść liniowych. Ich wybór należy potwierdzić jednym z trzech hebelkowych przełączników, z których pozostałe dwa odpowiedzialne są za dobór wzmocnienia – 23 lub 29 dB (pierwsze zalecane przy korzystaniu z XLR-ów a drugie z RCA) i wybór trybu pracy końcówki –stereo, lub mono (moc po zmostkowaniu wzrasta z 2 x 300W / 8 Ω do 1 x 900W / 8 Ω). Co ciekawe wejścia zbalansowane akceptują nie tylko klasyczne wtyki XLR, lecz również powszechnie stosowane w studiach wtyki TRS – duży jack 6,35 mm. Nie zabrakło też gniazda triggera umożliwiającego „zdalne” wybudzenie wzmacniacza, oraz centralnie umieszczonego gniazda zasilającego IEC i włącznika głównego.
Jak przystało na rasową i zarazem bezkompromisową stereofoniczną końcówkę mocy tak naprawdę 4B³, to dwa monobloki umieszczone w pojedynczej obudowie. Mamy zatem do czynienia z konstrukcją dual mono a podział na lewy i prawy kanał nie dotyczy tylko sekcji wzmacniającej, lecz również i zasilania, gdyż wbrew temu, co można gdzieniegdzie wyczytać, tytułowy wzmacniacz nie posiada pojedynczego, lecz dwa – po jednym dedykowanym każdemu kanałowi potężne toroidy, które też w znacznej mierze odpowiadają za blisko 30 kg wagę końcówki.

No dobrze, obcmokałem mało konsumpcyjne, za to niezwykle pro-klienckie podejście do biznesu i budowę Brystona, więc spokojnie, przynajmniej teoretycznie, moglibyśmy zabierać się za opis jego walorów sonicznych. Problem jednak w tym, że 4B³ okazuje się nad wyraz niewdzięcznym, pod audiofilskim względem, obiektem recenzji, gdyż będąc z krwi i kości urządzeniem z powodzeniem spełniającym profesjonalno – studyjne kryteria do tematu reprodukcji dźwięku podchodzi z diametralnie innej, aniżeli ogólnie przyjęta w Hi-Fi i High-Endzie, strony. Chodzi bowiem o to, że on dźwięku „nie robi” a jedynie go wzmacnia. W czym zatem problem? Ano w tym, że o ile w zatrważającej większości cywilnym sprzętów z powodzeniem możemy mówić o ich własnym, w mniejszym (rzadko), bądź większym (najczęściej) stopniu odciskającym swe piętno na finalnym brzmieniu charakterze, to Bryston takowego charakteru najzwyczajniej w świecie … nie posiada. Po wpięciu kanadyjskiej amplifikacji w tor słyszymy bowiem składające się na ów tor komponenty, czyli od źródła poczynając, poprzez okablowanie, na kolumnach skończywszy, lecz samą końcówkę, jako cokolwiek wnoszącą od siebie, już niekoniecznie. Weźmy na ten przykład bas, bo czego jak czego, ale akurat najniższych składowych po 500 W wzmaku (moje Gaudery są 4 Ω) wypadałoby oczekiwać wręcz atomowych. Tymczasem wykorzystane w roli materiału testowego syntetyczne ścieżki dźwiękowe do „Swordfish” autorstwa Paula Oakenfolda i „300: Rise of an Empire” ukrywającego się pod pseudonimem Junkie XL Duńczyka Antoniusa Toma Holkenborga nijakich nadspodziewanych fajerwerków nie wywołały. Zamiast bowiem wgniatającej w fotel bezkształtnej masy basopodobnej melasy słychać i czuć było każdy, nawet najdrobniejszy niuans pozornie jednorodnych, wygenerowanych na konsolecie dźwięków. Dźwięków, które nadal stanowiły nad wyraz homogeniczny fundament pozostałych podzakresów, lecz również odkrywały przed słuchaczem swoją niezwykle misterną strukturę. Bryston prezentując całość nie ograniczał możliwości naszej percepcji li tylko do samej powierzchni, lecz gdy tylko czuliśmy taką potrzebę, pozwalał niemalże wniknąć w struktury łańcuchów DNA ową strukturę stanowiących i to bez nawet najmniejszych oznak zbytniej analityczności, czy prosektoryjnej antyseptyczności.
Zbyt techniczne i będące zaprzeczeniem szeroko-pojętej muzykalności klimaty? Wręcz przeciwnie, to właśnie takie, na wskroś profesjonalne i rzetelne podejście do tematu, które ową natywną, zapisaną w materiale źródłowym, „muzykalność” przywraca odbiorcy, przy okazji odzierając ją ze sztuczności i taniego efekciarstwa. Nie wierzycie? To posłuchajcie chociażby wydawałoby się przereklamowanego, patetycznego i przesadzonego do granic przyzwoitości kultowego albumu „Amused to Death” Rogera Watersa. Oczywiście wszelakiej maści „sztuczki” ze szczekającym psem, rąbaniem drewna, czy kuligiem jak najbardziej się pojawią, lecz pełnić będą rolę jedynie świadomie użytych środków artystycznego wyrazu, autorskiej ornamentyki, tła do zdecydowanie poważniejszych refleksji Watersa, aniżeli atrakcję samą w sobie. Rozumiecie Państwo o co chodzi? O równowagę i dotarcie do sedna a nie pobieżne, bezrefleksyjne ślizganie się po powierzchni – o słuchanie a nie li tylko słyszenie, o dostrzeganie a nie tępe wpatrywanie się niewidzącym wzrokiem.
Na symfonice sprawy wyglądały podobnie. Niezależnie od tego, czy w odtwarzaczu lądował referencyjny sampler „Bolero!: Orchestral Fireworks” (Minnesota Orchestra), czy zdecydowanie mniej podkręcony na stole mikserskim, za to porażający autentyzmem, „Rhapsodies” Stokowskiego za każdym razem namacalność źródeł pozornych, trójwymiarowość sceny, czy wierność barwie naturalnego instrumentarium były oczywiste i bezdyskusyjnie zgodne z rzeczywistością. O ile jednak przy wielkich składach musieliśmy godzić się na pewnego rodzaju przeskalowanie wynikające z ograniczeń, czy to lokalowych, czy będących pochodną samych kolumn, to przy niewielkich składach jazzowych Bryston bez chwili wahania był w stanie umieścić reprodukowany skład w naszym pokoju, przez co odsłuch takich perełek jak „Contra La Indecisión” Bobo Stenson Trio sprawiał, iż z roli biernego słuchacza srebrnego krążka mogliśmy ewoluować do uczestnika konkretnej sesji nagraniowej. Chociaż może w swych osobistych wynurzeniach posunę się nieco dalej, gdyż takiej bezpośredniości i namacalność perkusjonaliów, czy potęgi fortepianu lidera w swoim mieszkaniu nie byłbym w stanie uzyskać a skoro je usłyszałem i ich doświadczyłem, to wygląda na to, iż kanadyjska końcówka zafundowała mi indywidualną wycieczkę do Auditorio Stelio Molo RSI Studio w Lugano, gdzie nad realizacją wspomnianego krążka czuwał sam Manfred Eicher. Czy trzeba o lepszą rekomendację?

Czyżbyśmy zatem mogli domniemywać, iż Bryston 4B³ jest konstrukcją idealną? Pod względem neutralności, rzetelności i wierności brzmieniu z pewnością tak, lecz warto zdawać sobie też sprawę, iż rynek konsumenckiego audio rządzi się swoimi, nieraz mało racjonalnymi, prawami i coś realnie – obiektywnie lepsze wcale nie zostaje odpowiednio docenione i uhonorowane. Dlatego też nie zdziwcie się Państwo jeśli 4B³ okaże się w oczach co poniektórych odbiorców mniej ciekawą propozycją aniżeli bardziej efektownie, jeśli nie efekciarsko grające urządzenia, a jeśli dodamy do tego fakt jego prawdomówności warto brać poprawkę na tych, którzy ową prawdę o własnych systemach niekoniecznie będą w stanie przełknąć. Jeśli zaś chodzi o moją w pełni indywidualną i do bólu subiektywną opinię, to Bryston 4B³ wydaje się być spełnieniem nie tylko audiofilskich, lecz i recenzenckich marzeń.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Phasemation EA-500
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Końcówka mocy: Copland CTA 506
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; DeVore Fidelity Gibbon 3XL
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Jaka jest różnica pomiędzy dwoma teoretycznie pracującymi w służbie dla miłośników muzyki urządzeniami z tak zwanego rynku „pro” i konsumenckiego? Otóż pomijając z reguły nieco mniej atrakcyjny, bo wymuszony odpornością na ciężką pracę w studiach lub na koncertach, wygląd wywołanych do tablicy konstrukcji, dla branży pro-audio zasadniczym i niestety dla nas – konsumentów, bardzo znamiennym w negatywne skutki aspektem jest widniejąca na metce sprzętu do użytku domowego cena. Oczywiście pojęcie tanio/drogo bardzo często zależy od punktu odniesienia, czyli zasobności posiadanej sakiewki, ale nie oszukujmy się, rynek konsumencki ostatnimi czasy nieco oderwał się od rzeczywistości. Co na to poradzić? Cóż, sposobów jest wiele. Od unikania nowości, po zdroworozsądkowe zejście do będącego bardziej przyjaznym w domenie kosztów sektora środka cennika. Czy to jedyne możliwości? Naturalnie, że nie, gdyż można również skierować swoje żądze ku markom, które bardzo dobrze radzą sobie na dwóch skonfrontowanych ze sobą w pierwszym zdaniu rynkach. Jakie marki mam na myśli? I to jest fantastyczne, idealnie pasujące do naszego dzisiejszego spotkania pytanie, gdyż tym razem zapraszam wszystkich na kilka akapitów o producencie, który mimo głównego z sukcesem okupowanego nurtu swojej działalności jakim jest rynek profesjonalny, nie zapomina również o ostatnim ogniwie w łańcuchu konsumentów, czyli melomanach i audiofilach. Jednak nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie mały, bardzo interesujący nasze grono drobiazg w postaci poszanowania klienta od strony wyceny swoich wyrobów. Zainteresowani? W takim razie zapraszam na spotkanie z kanadyjską marką Bryston, którą w boju z moim Japończykiem będzie reprezentować stereofoniczna końcówka mocy 4B³, a jej wizytę w moich progach zawdzięczam dystrybutorowi MJ Audio Lab.

Już na starcie ogólnej prezentacji Kanadyjczyka wszystkim osobnikom wieszczącym designerką porażkę produktom ze studyjnym rodowodem z niekłamaną satysfakcją wytrącam czasem jedyny argument, jakim jest przypisywanie im aparycji brzydkiego kaczątka. Dlaczego? Proszę spojrzeć na załączoną serię fotografii. Toż to esencja High End-owego minimalizmu. Wykonany z grubego płata aluminium z delikatnie przełamującymi monotonię płaszczyzny podfrezowaniami i skośnie wykończonymi krawędziami front ozdobiono jedynie centralnie umieszczonym prostokątnym włącznikiem z zogniskowanymi nad nim dwoma sygnalizującymi pracę urządzenia diodami i tuż nad nimi wyciętymi oznaczeniami modelu i logo marki. Idźmy dalej. Krocząc ku tylnemu panelowi mijamy naszpikowaną seriami otworów wentylacyjnych górną płaszczyznę obudowy i jej uzbrojone w potężne radiatory boczne ścianki. A gdy spojrzymy na plecy modelu 4B³, okaże się, iż w ofercie przyłączeniowej otrzymujemy jedynie: pojedyncze, typowo studyjne gniazda dla liniowego wejścia zbalansowanego XLR/TRS , pojedyncze wejścia liniowe RCA, trzy hebelki ustalające tryb pracy (wzmocnienie, BRIDGED i wybór wykorzystywanego wejścia), pojedynczy zestaw terminali kolumnowych, włącznik główny i gniazdo zasilające. Przyznacie, że stojąc w kontrze do wyposażonych w miliony ustawień i umożliwiających nieskończoną ilość krzyżowych podłączeń produktów studyjnych, tytułowa końcówka mocy w kwestii oferty zbędnych dla zwykłego konsumenta funkcji na szczęście jest bardzo ascetyczna, co w połączeniu z ogólnym wyglądem pozwala klasyfikować ją jako bardzo przyjazną każdemu melomanowi i audiofilowi z bezproblemowym pozycjonowaniem w segmencie High Endu. Mam rację? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, nie pozostaje Wam nic innego, jak zgłębienie dalszej części tekstu, gdzie przyjrzymy się, jak wypada konfrontacja nietuzinkowego wyglądu i idącego z nim w parze wyposażenia z walorami sonicznymi przedstawianego pieca.

Gdybym miał pokrótce zobrazować sposób prezentacji świata muzyki przez nasz obiekt zainteresowań, jakim jest dumnie prezentująca się na tle mojej elektroniki kanadyjska końcówka mocy, powiedziałbym, że wpinając ją w tor estetyka dźwięku orientuje się wokół neutralności. Bryston proponuje bardzo energetyczny w niskich rejestrach i świeży w górnym zakresie częstotliwości przekaz. Ale bardzo istotnym jest fakt, że raz – owa góra pasma nie popada w nadmierną egzaltację w postaci wyskakiwania przed szereg, a dwa – średnica mimo unikania, przynajmniej według konstruktorów z kraju klonowego liścia, zbędnego podkolorowania nadal jest bardzo przyjemna. Dlaczego napisałem „przyjemna”, a nie fantastyczna? Otóż jej odbiór zależeć będzie od współpracującego z Kanadyjczykiem systemem i gdy w moim przypadku nawet nieco chłodniej niż bym tego oczekiwał wypadającą odsłonę testową mogłem podkręcić barwowo stosownym okablowaniem, to w innym wyjazdowym sparingu podczas słuchania muzyki dawnej niewiele mogłem poradzić i czasem brakowało mi niezbędnej dla tego repertuaru nutki muzykalności. Nie była to porażka, tylko samoczynnie nasuwające się stwierdzenie: „Szkoda, że tak poprawnie technicznie”. Myślicie, że bredzę pisząc takie wnioski? Bynajmniej, gdyż wbrew pozorom to co w rzeczywistości powinniśmy u siebie uzyskać, w warunkach domowych jest niemożliwe i według mnie lepiej jest lekko nagiąć rzeczywistość do swoich preferencji, niż męczyć się wynikiem dalekim od prawdy i dodatkowo negatywnie spotęgowanym odejściem od potrzeb wewnętrznego ducha. Ale jak to w życiu bywa, świat pełen jest męczenników i nie mnie jest rozstrzygać z jaką grupą powinniśmy się utożsamiać. Jak to przełożyło się na poszczególne srebrne krążki? Na starcie wspomnę o materiale będącym wodą na młyn opiniowanej konstrukcji, czyli muzyce elektronicznej spod znaku Massive Attack „Protection” . Efekt? Nieskrępowane pod względem kontroli i oddaniu energii sztucznych pomruków najniższe składowe. Mało tego. W sukurs takiej prezentacji szły również wysokie tony, które swoją otwartością nie pozostawiały niedomówień, o co chodziło komponującym odtwarzane nuty muzykom. To miał być atak bardzo szczegółowo w domenie wyrazistości każdej sztucznie wygenerowanej nuty i tak też przedstawił to testowany piec. Żadnych dróg na skróty, tylko realizacja założeń tak konstruktorów wzmacniacza jak i zapisanych na płycie zapisów na pięciolinii. A jak z innymi nurtami muzycznymi? Tym razem przywołam uczucia zanotowane podczas słuchania kompilacji Adama Bałdycha z Helge Lien Trio „Brothers”. Spokojnie. Co prawda z małym „ale”, jednak wszystko było w jak najlepszym porządku. Począwszy od pracy kontrabasu i perkusji przez fortepian i skrzypce przekaz oferował bardzo ważny dla przeżycia muzyki na wyczynowym poziomie wynik. Pierwsze pracujące w niskich zakresach częstotliwości instrumenty ani razu nie wyskoczyły na bok zwanym brakiem kontroli, a dostojny fortepian i często wprowadzające nutę melancholii w odtwarzanych kompozycjach skrzypce swobodnie oddawały się efektowi spektakularnych wybrzmień. O co więc chodzi z tym „ale”? Otóż ta produkcja była pierwszą, która potwierdzała moją teorię dotyczącą niezbędności szczypty muzykalności nawet w bardzo neutralnym graniu. Niby wszystko ok., ale gdzieś w duchu odczuwałem efekt braku magii, jakim jest gładkość i soczystość grania dwóch ostatnio wymienionych instrumentów (piano i viola). Co prawda zawsze szczerze przyznaję, że jestem niepoprawnym romantykiem i lubię stan uduchowienia muzyki, ale zaznaczam, iż w swej zabawie w testowanie urządzeń kilka razy spotkałem konstrukcje łączące świat magii z neutralnością, dlatego mając w pamięci taki wynik od ocenianych komponentów zawsze tego oczekuję. Jednak na pełnoprawne usprawiedliwienie dzisiejszego bohatera natychmiast dodam, że ową sztukę przenikania się tych realiów prezentowały urządzenia bardzo drogie, a dzisiaj w stosunku do nich rozprawiamy o komponencie dla przysłowiowego Kowalskiego i za to należą się brawa.

Prezentowaną w powyższym teście końcówkę mocy Bryston 4B³ bez najmniejszego naciągania faktów jestem w stanie określić jako wspaniałą okazję poznania bliskiego neutralności grania przez każdego adepta sztuki pochłaniania najwyższej jakości dźwięku. Naturalnie ortodoksyjnie skorelowani na lampy melomani nie znajdą w takim przekazie kochanych przez nich pokładów erotyki, ale jasno trzeba powiedzieć, z punktu widzenia ogólnego postrzegania wzorca dźwięku Bryston kładzie każdego lampiaka na łopatki. Ale przypominam, świat jest tak różnorodny, że co przedstawiciel homo sapiens, to inny wzorzec i będąc tolerancyjnym, a w dodatku sam nieco odchodząc od neutralności nie neguję punktu widzenia ludzi zakochanych w szklanych bańkach, tylko postawiłem ich jako punkt odniesienia dla opiniowanego Kanadyjczyka. Zatem wieńcząc tę opowieść w kwestii rekomendacji nie mogę napisać nic innego, jak zalecenie obowiązkowego poznania jego możliwości na własnym podwórku. Końcowego efektu zderzenia 4B³ z Waszą układanką nie jestem w stanie przewidzieć, ale z pewnością za te pieniądze pośród konkurencji może nie jest niemożliwe, ale z pewnością trudno będzie znaleźć coś tak ciekawego.

Jacek Pazio

Dystrybucja: MJ Audio Lab
Cena: ok. 24 000 PLN brutto (7220 CAD netto)

Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 2 x 300W / 8 Ω, 2 x 500W / 4 Ω, 1 x 900W / 8 Ω(mostek mono)
Wejścia: RCA, XLR
Wybór wzmocnienia: 23 lub 29 dB
Zniekształcenia harmoniczne: <0,005% od 20Hz – 20kHz przy 300W
Szum poniżej pełnej mocy: 110dB (niesymetrycznie), -113dB (symetrycznie)
Szybkość narastania napięcia wyjściowego: <60V/μS
Pasmo przenoszenia: 0,5 Hz -> 100kHz
Współczynnik tłumienia:> 500 przy 20 Hz (8Ω)
Pobór mocy:
Standby:<0.5 W
Idle:≤80 W
300W 8Ω:1000 W
Bridged: 900W 8Ω: 1700 W
Wymiary (S x W x G): 432 x 160 x 411 mm
Waga: 28.5 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Jeśli komuś do tej pory Szwajcaria kojarzyła się głównie z narciarskimi kurortami i czekoladkami, to czym prędzej powinien nadrobić audiofilskie zaległości i w te pędy brać się za odsłuchy.  Co prawda my już co nieco ze szwajcarskich specjałów zdążyliśmy skosztować, ale specjały, które dostarczył warszawski Horn kompletnie przewartościowały nasze podejście do tematu recenzowania kolumn. Od dzisiaj będziemy bowiem szalenie wdzięczni za wstawianie dostarczanych do recenzji urządzeń bezpośrednio do OPOS-a. Czemu? Zapoznajcie się Państwo z unboxingiem ważących blisko 100 kg / szt. kolumn Piega Master Line Source 2 a domyślicie sami, że życie recenzenta to naprawdę ciężka praca ;-)

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Phasemation EA-500

Opinia 1

Analiza ostatnich kilku miesięcy naszych zmagań testowych każdemu parającemu się podobnymi statystykami osobnikowi z pewnością uświadomi jeden bardzo istotny fakt, jakim jest pewnego rodzaju recenzencka ekspansja na nasz portal pochodzącej z kraju kwitnącej wiśni marki Phasemation. Co jest tego przyczyną? Po zapoznaniu się z dotychczasowymi testami według mnie tłumaczenie takiego stanu rzeczy wydaje się być zbędne. Jednak mając na względzie teoretycznie niezbyt często zaglądających na Soundrebels czytelników oznajmiam, iż głównym powodem są co najmniej ciekawie, a pokusiłbym się o stwierdzenie, iż wręcz bardzo dobrze prezentowane, walory soniczne występujących po sobie poszczególnych komponentów. Nie wierzycie? Nic prostszego, wystarczy przeczytać stosowne relacje z odsłuchów. Nie trzeba, bo z każdym z nich zdążyliście zapoznać? Jeśli tak, tym razem mam dla Was małą niespodziankę. Otóż dzisiejszy sparing ma nieco inny od poprzednich wydźwięk, gdyż na opiniotwórczy tapet trafiła nowość, czyli od niedawna zlokalizowany w oficjalnym w cenniku przedwzmacniacz gramofonowy EA-500, którego wizytę w moim muzycznym apartamencie zawdzięczam krakowsko-warszawskiemu dystrybutorowi Nautilus.

Co różni dzisiejszego bohatera od poprzedników występujących w naszych relacjach? W głównej mierze posiłkując się nawet samymi fotografiami, oprócz zmian w układach elektrycznych podejściem do zasilania. To widać gołym okiem, gdyż testowany jako pierwszy EA-1 MKII był pojedynczym pudełkiem, a z kolei EA-1000 w szaleństwie dbałości o eliminację zakłóceń pochodzących od zasilania rozbudowano do czterech skrzynek, na dwa karmione osobnymi zasilaczami kanały lewy i prawy. Będący w kręgu naszych obecnych recenzenckich zainteresowań model EA-500 wykorzystuje pozornie wyglądające na niewielkie, ale postawione obok siebie osiągające szerokość typowego komponentu audio przepięknie prezentujące się dwa moduły. Co to znaczy pięknie? Toż to esencja japońskiego designerskiego High Endu, gdyż każdy z nich wykonano z barwionego na kolor jasnego złota, wykończonego w technice szczotkowania aluminium. Front bez szkodliwego dla wyglądu przeładowania uzbrojono jedynie w opisane ozdobną czcionką patrząc od lewej strony okrągłe włączniki z usytuowanymi nad nimi sygnalizującymi pracę urządzeń niebieskie diody i trzy również okrągłe w podstawie, ale ulegające spłaszczeniu w miejscu współpracy z kończyną użytkownika niewielkie pokrętła (pierwsze obsługuje wynik decyzji w temacie obsługi sygnału Stereo/Mono, drugie inicjuje pracę filtra, trzecie realizuje wybór wejścia dla wkładki). Zaś plecy w lustrzanym odbiciu proponują nam dwa wejścia dla wkładek MC (standard XLR i RCA), jedno MM (standard RCA), jedno wyjście RCA, gniazdo uziemienia i terminal zasilający. Jak można po powyższej wyliczance się zorientować, brak serii hebelków dopasowujących opisywany phonostage do współpracującej z nim wkładki gramofonowej sygnalizuje, iż podobnie do swoich braci, również 500-ka wszelkie optymalne ustawienia dobiera sama. I co jest bardzo ciekawe, biorąc pod uwagę całkowicie inne wkładki w naszych systemach (MM i MC) i co ważne brak porażek w każdym sparingu pokazuje jednoznacznie, iż robi to znakomicie.

Co ciekawego spotka nas w przypadku aplikacji tego modelu przedwzmacniacza japońskiej marki Phasemation? Jak dla mnie samo najlepsze, co oferuje tor analogowy, ale w specyfikacji podążającej drogą topowego modelu, czyli z dobrym wglądem w nagranie przy unikaniu jakichkolwiek wyostrzeń. Jednym słowem fantastyczna zabawa w przeniesienie się do realiów każdego z nagrań bez zbędnie upiększających, a co za tym idzie często uśredniających wydarzenia na wirtualnej scenie muzycznej zabiegów podkolorowywania dźwięku, co często jest domeną sporej części konkurencji. Przypominam, świat analogu nie jest bytem popadającym w nudę nader często zwaną muzykalnością ponad wszystko, tylko pakietem informacji okraszonych przypisaną dla tego nośnika plastyką przekazu. A taki stan rzeczy pokazuje nam tytułowy phonostage. Naturalnie idąc za informacją z początku tego akapitu nasz złoty zawodnik stawia na nieco lżejszy w domenie temperatury przekazu niż mam na co dzień sznyt brzmieniowy, ale przyznam szczerze, przez cały czas trwania testu, biorąc pod uwagę podobnie grający tylko w lepszej rozdzielczości model EA-1000, przez myśli przechodziła mi niebezpieczna myśl: „A może by tak dla odświeżenia spojrzenia na posiadaną płytotekę skierować swe kroki w stronę tego Japończyka?”. Po co to piszę? To proste, po to, aby unaocznić jedynie bardzo ciekawą inność, a nie gorszą jakość takiej prezentacji. A przypominam, że od zawsze jestem zatwardziałym orędownikiem solidnego, czasem graniczącego z dobrym tonem wysycenia generowanej przez posiadany zestaw muzyki, co tylko potwierdza fakt bardzo umiejętnego wyważenia masy ze świeżością muzyki opiniowanego komponentu. I gdy wyartykułowane aspekty zbierzemy w jedną całość, nawet nie śmiem powiedzieć, że można się spodziewać, tylko stwierdzę, iż jesteśmy pewni wręcz książkowej prezentacji tak ważnych dla bliskiego prawdy urealnienia zapisanego w rowku płyty winylowej materiału muzycznego. Jakieś udokumentowanie moich tez? Proszę bardzo. Na początek wydanie z epoki świetności winylu Ralph Towner z Garym Bartonem w kompilacji „Matchbook” . To jest opowieść dwóch bardzo lubianych przeze mnie instrumentów w postaci wibrafonu i gitary. Teoretycznie tak skromne instrumentarium powinno zalatywać nudą, co w wielu przypadkach słabego odtworzenia się urealnia, ale konstruktorzy Pasemation na tyle umiejętnie okrasili swobodą wybrzmiewania przecież bardzo barwny wibrafon i 12 strunowa gitarę, że od pierwszej do ostatniej nuty każdego z generatorów dźwięku bez szans na oderwanie się zostałem przykuty do fotela. Ok., to była produkcja znanej z bardzo solidnego podejścia do masteringu oficyny ECM, a jak z innymi wydawnictwami? W tym przypadku posłużę się produkcją Ray’a Charles’a w duetach ze znanymi wokalistkami i wokalistami spod znaku EMI. Szczerze powiedziawszy, mimo zapisanych na tym krążku wielu znanych osobistości muzycznych podczas słuchania od strony analizy realizacji najczęściej się męczę. Tymczasem oferowany przez nasz złoty duet nadal gładki, ale nieco doświetlony w środku pasma sznyt grania na tyle przewietrzył trochę zaszumioną informacyjnie muzykę, że przy dobrym odbiorze sfery merytorycznej płyty doszedł aspekt swobodnej analizy co w trawie piszczy od strony współpracy ze sobą muzyków w każdym z tracków. Mówiąc kolokwialnie doznałem oczyszczenia zatok bez efektu szkodliwego dla muzykalności rozjaśnienia. I gdy płyta za płytą moje obserwacje w mniejszym lub większym stopniu, się potwierdzały, postanowiłem zmierzyć testową konfigurację z ostrą jazdą firmowaną przez Kena Vandermarka, czyli formację Ensemble i jej koncertową produkcję „Resonance”. Efekt? Szaleństwo kilku przekomarzających się dęciaków wspomaganych kontrabasem, tubą i perkusją pokazało, jak oddać ducha szaleństwa takiej muzy, nie tracąc przy tym ważnych dla każdego z instrumentów znaków szczególnych, jakimi dla saksofonu, czy klarnetu są drewniane stroiki. A wszystko wręcz idealnie rozlokowane na szerokiej i głębokiej w tym przypadku zgrywanej na żywo scenie muzycznej. To był drive, swoboda i zachowanie gradacji energii grania każdego z instrumentów. A co ciekawe, niby lżej w zakresie wysycenia od mojego codziennego zestawienia, a nadal z fantastycznym odbiorem. Oj dobrze, że nie mam już miejsca na stoliku, bo w innym wypadku kto wie, jakie reperkusje zakupowe wywołałby u mnie ten set.

Puentując to opiniotwórcze wydarzenie przyznam, iż byłem ciekawy, czy pomysłodawca modelu EA-500 odejdzie od kreowanego przez znane mi modele sposobu na pokazanie świata muzyki. To jest rysowany nieco ostrzejszą kreską i dodatkowo dobrze doświetlony przekaz, a mimo to ani razu nie złapałem 500-ki na przekroczeniu granicy dobrej analogowej prezentacji. To zaś oznacza, że nawet oscylujące w estetyce neutralnej prezentacji systemy będą czerpać z dobra testowanego produktu pełnymi garściami. A jeśli tak, chyba nie muszę nikogo przekonywać, jak ważne dla ociężałych układanek są opisywane dwie małe skrzynki. Ale to nie wszystkie zalety naszego bohatera. Przecież w dobie ponownego rozkwitu analogu nie możemy nie docenić możliwości podłączenia do niego aż trzech wkładek gramofonowych, co z autopsji wiem, dla wielu zakręconych na punkcie gramofonu audiofilów jest marzeniem ściętej głowy, a co prezentowany model włącznie z obsługą sygnału monofonicznego wręcz potraja. Na koniec nie pozostaje mi nic innego, tylko ostrzec Was, tak ostrzec, że każde, nawet niezobowiązujące spotkanie z dzisiejszym produktem niesie ze sobą niebezpieczeństwo eliminacji z systemu dotychczasowego phonostage’a. Jeśli jednak jesteście na takie zmiany gotowi, ten fantastycznie prezentujący się przedstawiciel działu analogu powinien być pierwszym na liście odsłuchowej.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Opinia 2

Przygodę ze skupioną na analogu i lampach japońską manufakturą Phasemation rozpoczęliśmy ładnych parę lat temu od wysokiego C, bo od modelu przedwzmacniacza gramofonowego EA-1 II, by potem piąć się na szczyt oferty wpinając w nasze systemy zarówno „podstawową”, jak i wzbogaconą o dodatkowy moduł zasilający PS-1000 wersję flagowca EA-1000. Skoro jednak w tzw. międzyczasie nic bardziej ekstremalnego w portfolio analogowych samurajów się nie pojawiło postanowiliśmy najpierw zająć się topową amplifikacją pod postacią zestawu pre-power CA-1000 & MA-2000, by następnie sprawdzić cóż ciekawego dzieje się na nieco łatwiej osiągalnych dla zwykłych śmiertelników pułapach i dzięki uprzejmości dystrybutora marki – krakowsko/warszawskiego Nautilusa udało nam się pozyskać do testów dwumodułowy phonostage EA-500.

Pomimo zauważalnej w stosunku do swojego starszego rodzeństwa redukcji ceny, patrząc na EA-500, trudno zauważyć, poza oczywistym brakiem modułu zasilającego PS-1000, jakieś odstępstwa od iście high-endowego rodowodu. Stanowiący front, anodowany na złoto płat szczotkowanego aluminium nadal ma 12 mm, 2 mm stalową podstawę nadal pokrywa gruba warstwa miedzi a do profilu korpusu również nie żałowano 2mm aluminium.
Na wspomnianych ścianach frontowych zrezygnowano tym razem z ozdobnego szyldu ograniczając się do stosownego napisu, regulację krzywej korekcji ograniczono do dwóch trybów mono (DECCA i Columbia) i jednego stereo – RIAA (brak dedykowanego szelakom), wybór wzmocnienia zastąpiono aktywatorem filtra subsonicznego a pozostawiono w spokoju selektor wejść (dwa MC i pojedyncze MM). Oczywiście wzorem rodzeństwa nie zapomniano o całkowicie bezobsługowym dopasowywaniu nastaw przedwzmacniacza do wymaganych przez podłączane wkładki parametrów. Do użytkownika należy jedynie wybór, czy podpinamy MM-kę, czy MC a o całą resztę możemy się już nie martwić. Istne Plug&Play, co w analogu wcale nie jest takie oczywiste.
Słowem dla 99,9% odbiorców różnice natury funkcjonalnej będą co najwyżej pomijalne, jeśli nie żadne a zaoszczędzone w stosunku do EA-1000 drobne 20 kPLN i nieco miejsca mogą okazać się wystarczającą osłodą ewentualnych kompromisów brzmieniowych. Nie uprzedzajmy jednak faktów i kontynuujmy wątek dotyczący walorów wizualnych. Tylne ścianki 500-ek prezentują się bowiem wybornie. Dedykowane wkładkom MC wejścia zdublowano i oprócz standardowych gniazd RCA zastosowano również XLR a MM-ka musi zadowolić się terminalami RCA. Wyjścia są już tylko RCA. Każdy z monobloków (oznaczenia, który jest lewy a który prawy „zaszyte” są w ich numerach seryjnych) ma własny zacisk uziemienia i zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC. I tutaj mała uwaga, gdyż owe gniazdo od strony „zaplecza” wyposażone jest w filtr TDK-Lambda a cały układ przedwzmacniacza opracowano tak, by pracował zarówno bez globalnego, jak i lokalnych sprzężeń zwrotnych.

Każdorazowo, gdy przygodę z daną marką rozpoczynamy od topowych modeli a potem powoli schodzimy w dół cennika, mamy pewne i jakby nie było całkowicie usprawiedliwione obawy związane z koniecznymi – wynikającymi oczywistych „oszczędności” kompromisami. Nie będę ukrywał, iż podobne wątpliwości pojawiły się w mej głowie przed wpięciem EA-500, lecz jak się miało dosłownie po chwili od uruchomienia okazać były one całkowicie nieuzasadnione. Pięćsetka jest bowiem pełnokrwistym i rodowitym przedstawicielem rodziny Phasemation reprezentującym jasno określoną przez flagowce szkołę brzmieniową stawiającą na przestrzenność i eteryczność przekazu. O ile jednak w przypadku EA-1000 używałem metafor odwołujących się do wykonywanych na jedwabiu, bądź papierze, malowideł kakemono (掛け物)/ kakejiku (掛軸), to tym razem ograniczyłbym się li tylko do jedwabiu, gdyż zwiewność prezentacji była jeszcze silniej zaakcentowana. Źródła pozorne rozwieszone były w przestrzeni niczym zroszona drobnymi kroplami misternie utkana pajęcza sieć. Anna Maria Jopek na swoim tętniącym latynoskimi rytmami albumie „Minione” zabrzmiała zaskakująco przestrzennie i z oddechem, który wreszcie uwolnił ww. album od prób połknięcia mikrofonu przez rodzimą wokalistkę. Wbrew pozorom wspomniana eteryczność i zwiewność dźwięku wcale nie oznaczała jakiegoś drastycznego odchudzenia prezentacji, czy też zaburzenia równowagi tonalnej. Zamiast tego można było mówić o czymś w stylu przejścia na niskotłuszczową dietę opartą na rybach, ryżu i cytrusach, oraz dobrowolnej rezygnacji z zabójczych dla naszego cholesterolu golonek, zapiekanych z boczkiem ziemniaków i innych ociekających tłuszczem specjałów. Mamy zatem świetnie pulsujące rytmiką tanga, bogactwo wybrzmień a jednocześnie całość serwowana jest w wersji nad wyraz trójwymiarowej i gładkiej. Jednak ta gładkość nie polega na spłaszczeniu, czy też zaokrągleniu a jedynie krystalicznej czystości i właśnie jedwabistości.
Fenomenalnie wypadł zazwyczaj nieco chłodny, oraz analityczny album „Vägen” Tingvall Trio, który tym razem nie tracąc niż z natywnego blasku i rozdzielczości mógł się pochwalić nieco bardziej lirycznym obliczem a to, co w jazzie nad wyraz istotne, czyli „gra ciszą” zyskało zupełnie inną jakość stając się równorzędną składową spektaklu. I tutaj dochodzimy do kolejnej, niewątpliwej zalety Phasemation, czyli do zdolności generowania całkowicie czarnego i nieprzeniknionego tła. Jeśli jednak na podstawie powyższych impresji zaczynają się Państwo zastanawiać, czy przypadkiem nie próbuję w możliwie zawoalowany sposób, niemalże podprogowo, przemycić informacji, iż Phasemation gra bardziej cyfrowo, aniżeli analogowo, to spieszę z wyjaśnieniem, że Wasze myśli podążają w zdecydowanie przeciwnym do tego, co oferuje tytułowy phonostage kierunku. Otóż EA-500 może i potrafi pokazać swoje nie tyle analityczne, co rozdzielcze oblicze, lecz cały czas jest ono po ewidentnie analogowej stronie mocy. Trudno bowiem w cyfrze osiągnąć taką homogeniczność i kremową konsystencję materii przy jednoczesnym zachowaniu jej ażurowej koronkowości i eteryczności. Posłuchajcie Państwo tylko rockowych staroci w stylu „Brothers In Arms” Dire Straits, czy „Hotel California” The Eagles a sami dostrzeżecie, że większość, nawet high-endowych odtwarzaczy CD i tzw. plikograjów, nie jest w stanie oddać tak spójnego brzmienia gitar i niuansów związanych z ich propagacją. Z analogu otrzymujemy bardziej „omnipolarny” i wierniejszy naturze dźwięk, przez co tytułowy przedwzmacniacz ewidentnie góruje nad ewentualnymi, operującymi w domenie cyfrowej sparingpartnerami i jedynie jego starsze rodzeństwo pokazuje, że jeśli tylko fundusze na takie szaleństwo pozwalają, to można jeszcze lepiej.

Nie wiem, jak dla Państwa, ale dla mnie po blisko dwutygodniowej eksploatacji Phasemation EA-500 jasnym stało się, że choć prawdopodobnie w zamyśle projektantów 500-ka miała stać się pomostem – łącznikiem pomiędzy kompaktowym EA-300 a topowym EA-1000, to zupełnym mimochodem spokojnie może pełnić rolę alternatywy dla dopiero co wymienionego flagowca. Piszę to z pełną odpowiedzialnością, gdyż mając do wyboru granie na wkładce z przedziału 10-15 kPLN z EA-1000 i wkładce za 20-25 kPLN z Phasemation EA-500 bez chwili wahania wybrałbym opcję nr.2 Oczywiście w świecie idealnym najlepsze rezultaty dałaby lepsza/droższa wkładka z równie kosztownym i referencyjnym phonostagem, lecz czasem lepiej zejść na ziemię i mierzyć siły na zamiary. A Phasemation EA-500 wcale nie jest kompromisem, lecz pełnoprawnym, godnym na miano High-Endu przedwzmacniaczem gramofonowym, a że EA-1000, szczególnie z dwoma modułami zasilającymi potrafi zagrać od niego lepiej, to tylko dowodzi faktu, iż ekipa Phasemation po prostu zna się na rzeczy.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Nautilus
Cena: 34 900 PLN

Dane techniczne:
• Czułość wejściowa:2.5 mV (MM), 0.18 mV (MC)
• Impedancja wejściowa:47 kΩ (MM), 1,5-40 Ω (MC)
• Wzmocnienie: 38 dB (MM), 61 dB (MC)
• Stosunek S/N:-120 dBV (MM), -140 dBV (MC)
• Napięcie wyjściowe:200 mV (1kHz)
• Separacja międzykanałowa: >100 dB
• Pobór mocy:40 W (115 lub 220 V, 50/60 Hz)
• Wymiary (SxWxG):210 x 103 x 347 mm/szt.
• Waga: 4.5 kg/szt.

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; System Audio Pandion 5
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

High-Endowy, wszystko-mający 500W AVM OVATION CS 8.2 i najnowsza odsłona francuskich kolumn Davis Acoustics MV One MK II to propozycja dla lubiących wyzwania …

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

W miniony czwartek, pomimo wcześniej ułożonych, misternych planów przewrotny los postanowił kolejny raz pokazać się od swojej nieobliczalnej strony i jasno dać do zrozumienia, że lepiej spodziewać się niespodziewanego aniżeli sztywno trzymać się „rozkładu jazdy”. O co chodzi? O organizowane w Studiu U22, oczywiście anonsowane z odpowiednim wyprzedzeniem, warsztat Ortofon Nomos Master Class i premierę winylowego debiutu Kompanii Muzycznej LAS – „Zasłona” Kapeli Hanki Wójciak z udziałem samej artystki. Biorąc pod uwagę, iż warsztaty miały rozpocząć się o 12-ej a odsłuch a spotkanie z wokalistką o 19-ej , oraz dość istotny drobiazg, czyli fakt iż czwartek jakby nie było, nie odbiegał dla większości z nas od pozostałych dni roboczych oczywistym było, że z pierwszego eventu będę musiał zrezygnować, za to na zupełnym luzie i jak to zwykle bywa, niemalże do samego końca, będę czynnie uczestniczył w części wieczornej. Tymczasem szereg nieprzewidzianych zdarzeń, z możliwością wcześniejszego wyrwania się z biura, nad wyraz hucznymi obchodami Dnia Kobiet, czego pokłosiem okazał dość poważny paraliż komunikacyjny stolicy powstały na skutek demonstracji przedstawicielek płci pięknej, sprawiły iż całość przebiegła zupełnie inaczej niż miało to wyglądać.

Jednak nie uprzedzając zbytnio faktów pozwolę sobie trzymać się chronologii i zacznę od początku, czyli od warsztatów Ortofon Nomos Master Class, których tytuł uważnie śledzącym rodzimą branżę audio powinien zdradzić główną tematykę czwartkowego spotkania. Jak się Państwo zdążyli domyślić owe popołudnie upłynęło pod znakiem gramofonów wkładek i winyli odmienianych przez wszystkich i przez wszystkie przypadki. Zagłębiając się w szczegóły należy wspomnieć, że o nad wyraz smakowity zestaw wkładek Ortofona zadbał ich dystrybutor – krakowski Mediam a o pozostałe elementy niezwykle misternej układanki stołeczny hegemon rynku vintge – Nomos. A cóż tym razem stanęło na czwartym piętrze kamienicy w Alejach Ujazdowskich? Patrząc (jak logika nakazuje) od lewej na otwierające powyższą galerię zdjęcie, były to przepięknie odrestaurowane kolumny Tannoy KENSINGTON HPD 295 ALNICO, gramofon Lenco L75 by NOMOS z 12″ ramieniem SME i wkładką Ortofon Anna, przedwzmacniacz liniowy SANSUI c-2301 z dedykowanymi gramofonom dwoma transformatorami MC Ortofon ST-80 SE, oraz iście high-endowa, współczesna kontrpropozycja dla napędu Lenco, pod postacią monumentalnego Nottingham Analogue Anna Log uzbrojonego we wkładkę Ortofon Windfeld Ti. Półkę niżej rozgościły się tranzystorowe, 150 W końcówki mocy Luxman B12.
Pierwsza część spotkania, na którą niestety nie dane mi było dotrzeć, obejmowała warsztaty z kalibracji wkładek Ortofon i poprowadzili ją Tomasz Kwiatkowski i Waldemar Łuczkoś (Mediam) a druga (na tj już się pojawiłem), poświęcona była odsłuchom porównawczym i morderczym sparringom ww. gramofonów. A jak owe porównania wypadły? Otóż różnice były na tyle oczywiste, że nikt z zebranych nie musiał się wsłuchiwać, by je usłyszeć. Jeśli natomiast chodzi o to, która konfiguracja wypadła lepiej, to zdania były nie tylko podzielone, co nad wyraz dynamicznie zmieniały się w zależności od reprodukowanego repertuaru. Lenco L75 z Anną oferowało dźwięk gęsty, organicznie dojrzały, na wskroś stereotypowo analogowy. Tutaj nie było miejsca na analizę i przysłowiowe dzielenie włosa na czworo. Muzyka nie tylko grała, co wciągała w wir wydarzeń a przy okazji przynosiła błogie odprężenie. Natomiast Nottingham Analogue Anna Log z Windfeldem Ti prezentował zdecydowanie bardziej współczesne spojrzenie na muzykę. Akcent został położony na aspekt rozdzielczości i podkreślenia skrajów pasma, z bardziej liniowo, aniżeli u sparingpartnera prowadzoną średnicą, lecz i w tym przypadku trudno było zarzucić mu brak gładkości i muzykalności.

Będąc w Studiu U22 ze sporym wyprzedzeniem, przed planowaną oficjalną – wieczorną częścią czwartkowych atrakcji, miałem to szczęście, że gdy tylko Hanka Wójciak postanowiła nieco rozgrzać struny głosowe mogłem spokojnie obserwować jej próbę i niejako przy okazji, w praktycznie pustej sali, na spokojnie posłuchać już komercyjnego wydania recenzowanej przez nas (jeszcze z test-pressa) „Zasłony”. Porównywać w tym momencie „sprzętowej” reprodukcji do wykonania na żywo nie ma najmniejszego sensu, więc robić tego nie zamierzam, chociaż da rozbudzenia ciekawości jedynie nadmienię, iż nawet tak high-endowe źródło jak Nottingham Analogue było w stanie zaoferować jedynie namiastkę brzmienia „live”. Oprócz Artystki na sali pojawił się również tryskający energia i zaraźliwym optymizmem wydawca ww. albumu – Robert Nowak z Kompanii Muzycznej LAS z chęcią dzielący się nad wyraz ambitnymi planami wydawniczymi.

I jeszcze jeden plus wcześniejszej obecności – świeżuteńkie, „domowe” oscypki, do których idealnym towarzystwem okazał się 12-letni Ballantine’s.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Trochę to trwało, ale po integrze CTA 405-A i przetworniku cyfrowo-analogowym DAC 215 wreszcie możemy poznać uroki duńskiego podejścia do dzielonej amplifikacji, czyli lampowego zestawu Copland CTA 305 + CTA 506

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Do sukcesywnie poszerzającej się gamy słuchawek PSB dołącza wokółuszny model M4U 8. To bezprzewodowa konstrukcja zamknięta, której atutem – oprócz łączności Bluetooth® z zaawansowanym kodekiem aptX™ HD – jest także wydajny układ aktywnej redukcji hałasu (ANC). Całości dopełnia łatwa obsługa słuchawek i niezwykle wysoki komfort użytkowania.

PSB M4U 8 to bezprzewodowe, zamknięte słuchawki wokółuszne, które dostarczają niezwykle czysty i szczegółowy dźwięk, gwarantując przy tym emocje dostępne jedynie podczas słuchania muzyki na żywo. Te nieprawdopodobnie rzeczywiste wrażenia to m.in. efekt zastosowania autorskiego systemu RoomFeel™, którego zadaniem jest zwiększenie realizmu brzmienia muzyki.

Zgodnie z założeniami projektantów, RoomFeel™ odwzorowuje „efekt pokoju”, czyli wpływ pomieszczenia odsłuchowego na brzmienie podczas korzystania z kolumn głośnikowych. Autorski system PSB sprawia, że muzyka niemal dosłownie otacza słuchacza, czego efektem jest zachwycające doświadczenie dźwiękowe, przy zachowaniu oryginalnej energii i czystości brzmienia. Opracowany tak, aby można było z niego korzystać zawsze i wszędzie, RoomFeel™ przenosi najprecyzyjniejszy dźwięk wprost do uszu użytkownika M4U 8.

Źródłem emocjonującego brzmienia najnowszych słuchawek PSB są 40-milimetrowe przetworniki dynamiczne. Ich nominalna impedancja wynosi 32 Ω, a maksymalna moc sięga 30 mW. Głośniki pracują wewnątrz zamkniętych obudów, co w znacznym stopniu przyczynia się do uzyskania mocnego, głębokiego basu i dodatkowo chroni użytkownika przed przenikaniem do uszu hałasu z zewnątrz.

Aby niemal całkowicie wyeliminować wpływ szumu otoczenia na odtwarzany dźwięk, projektanci PSB wzbogacili swoje słuchawki o układ aktywnej redukcji hałasu (ANC). Ten niezwykle efektywny system wykorzystuje aż cztery mikrofony (większość konstrukcji używa tylko dwóch) i udostępnia specjalny tryb „Transparency”. Dzięki niemu, po naciśnięciu przycisku regulacji głośności, dźwięk muzyki zostaje ściszony o 30 dB, a użytkownik z łatwością może usłyszeć to, co dzieje się wokół niego. Ponadto wbudowane mikrofony umożliwiają prowadzenie rozmów telefonicznych, zamieniając M4U 8 w zestaw głośnomówiący.

Swój uniwersalny charakter słuchawki PSB zawdzięczają bezprzewodowej łączności Bluetooth®. To ukłon w stronę użytkowników, którzy często słuchają muzyki z przenośnych źródeł, np. smartfonów. Dzięki obsłudze kodeku aptX™ HD model M4U 8 zapewnia przy tym niezwykle wysoką jakość dźwięku bezprzewodowego. Aby móc korzystać z połączenia Bluetooth oraz systemu ANC, do słuchawek dołączane są akumulatory, które po pełnym naładowaniu zapewniają energię na 15 godzin pracy.

Miłośnicy tradycyjnych rozwiązań wciąż mogą korzystać z połączenia przewodowego. Słuchawki M4U 8 dostarczane są wraz z dwoma odłączanymi przewodami. Obydwa mają 1,5 m długości, ale jeden z nich zakończony jest wtykiem mini-jack 3,5 mm, a drugi złączem USB. Kabel z USB pozwala na podłączenie słuchawek do portu USB w komputerze i oprócz przesyłania sygnału audio wykorzystywany jest także do ładowania akumulatora w słuchawkach. Dodatkowo do słuchawek dołączona jest przejściówka na 6,3 mm oraz adapter samolotowy.

Klasę słuchawek potwierdzają wysokiej jakości materiały wykończeniowe i łatwość obsługi. Pałąk pokryty jest skórą, natomiast wokółuszne kołnierze wypełnione są miękką pianką, która zwiększa komfort użytkowania. Nauszniki zawieszone są przy wykorzystaniu żyroskopowego systemu mocowania, który umożliwia optymalne dopasowanie słuchawek do głowy użytkownika. Sterowanie odtwarzaniem muzyki oraz regulację poziomu głośności ułatwiają przyciski wbudowane w słuchawki, a prostotę nawiązywania połączenia bezprzewodowego gwarantuje NFC.

Na polskim rynku słuchawki PSB M4U 8 zadebiutują w drugim kwartale br. Nominalna cena detaliczna modelu wyniesie 1699 zł.

Dystrybucja: Sieć salonów Top HiFi & Video Design

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Nie od dziś wiadomo, że w Hi-Fi i High-Endzie wyścig zbrojeń dotyczy zarówno coraz bardziej „kosmicznych” technologii, jak i nomenklatury, czyli niesamowitej inwencji marketingowców w wynajdowywaniu nazw podkreślających już nie li tylko wyjątkowość, co wręcz „zajebistość” konkretnych konstrukcji. Nikogo już nie dziwią odwołania do skandynawskich, greckich i rzymskich mitologii, astronomii a nawet wszelakiej maści „-ory” i „-axxy”. Doszło nawet do tego, że przeglądając czołówki rankingów można, oczywiście pół żartem pół serio, zacząć się zastanawiać, czy to dalej któryś z nobliwych magazynów o tematyce audio, czy też obsada wysokobudżetowego filmu dla dorosłych. Są jednak marki, którym najwyraźniej sodówka jeszcze nie zdążyła uderzyć do głowy i do tego co robią podchodzą z odpowiednim dystansem, na wrodzonym luzie. W ramach przykładu posłużę się amerykańską i jeszcze niezbyt u nas popularną, manufakturą DeVore Fidelity, której założyciel John DeVore postawił na zdecydowanie mniej patetyczne, pochodzące z fauny inspiracje. Zamiast jednak groźnych kotów drapieżnych, niedźwiedzi i innych jadowitych gadów swoje dwie linie produktowe zadedykował … człekokształtnym, czyli dwóm gatunkom małp – gibonom i orangutanom. O ile jednak z rodziną Orangutanów mieliśmy już okazję spotkać się podczas naszej wizyty w katowickiej delegaturze Sound Clubu, oraz zeszłorocznym AVS, to Gibbony przewijały się li tylko gdzieś tam w tle. Dlatego chcąc na spokojnie i bez związanej z wyjazdowym charakterem odsłuchów przypadkowości empirycznie przekonać się cóż tam udało się za oceanem wykombinować, dzięki uprzejmości wspomnianego dosłownie przed chwilą dystrybutora marki – warszawskiego Sound Clubu przygarnęliśmy na kilka tygodni parkę filigranowych monitorów DeVore Fidelity Gibbon 3XL.

Choć John DeVore oficjalnie do życia DeVore Fidelity powołał pod koniec 2000 r., to pierwsza para Gibbonów powstała już w 1995. Oczywiście był to ewidentnie niekomercyjny i przeznaczony dla jednego z przyjaciół Johna projekt, jednak skoro założyciel marki sam o tym fakcie wspomina, to najwyraźniej coś musi być na rzeczy. I rzeczywiście było, gdyż kolokwialnie mówiąc „siedzący w branży” pan DeVore z rosnącym niezadowoleniem obserwował to, co działo się z kolumnami i w jakim kierunku zmierzało Hi-Fi w latach 90-ych. Naturalne materiały zaczęły być wypierane np. przez aluminium a umowna muzykalność przez kult hi-tech, czyli w pomiarach było zdecydowanie lepiej, za to podczas odsłuchów z reguły co najwyżej … inaczej. Summa summarum imć John zakasał rękawy i wychodząc z nomen omen słusznego założenia, że jeśli sam tego nie zrobi to się nie doczeka, postanowił stworzyć kolumny, których słuchanie znów będzie sprawiało przyjemność.

Wbrew logice i standardowym oznaczeniom rozmiarów Gibbony 3XL nie są największymi, lecz najmniejszymi kolumnami wchodzącymi w skład linii gibbon, gdzie niepodzielnie królują trójdrożne podłogowe Gibbony X, poniżej których znajdziemy nieco ustępujące im gabarytami 2,5-drożne Super Nine i kolejne, filigranowe – już dwudrożne podłogówki 88.
Obudowy 3XL wykonano z dość rzadko spotykanego w branży audio budulca, który przez większość konsumentów uznawany jest za drewno, choć tak naprawdę jest … trawą. Oczywiście chodzi o bambus, czyli trawę o drewniejącej łodydze, a fronty i ściany tylne to z kolei autorski kompozyt. Zdradzając nieco więcej detali warto wspomnieć, że DeVore obudów nie wykonuje sam, lecz zamawia je, w również zlokalizowanej na nowojorskim Brooklynie, stolarni Box Furniture Company a do wewnętrznego okablowania używa przewodów ze srebrzonej miedzi. Celulozowy 5.5″ (140mm) przetwornik średnio-niskotonowy pochodzi od SEASa a 19 mm tekstylna kopułka wysokotonowa to zdecydowanie bardziej tajemniczy projekt niemieckiej manufaktury Dr. Kurt Müller GmbH & Co. KG. Na ścianie tylnej umieszczono wylot kanału bas refleks i pojedyncze, nad wyraz solidne terminale głośnikowe. W komplecie znajdziemy również stosowne, przykrywające niemalże całe fronty tekstylne maskownice.

Jak sami Państwo doskonale wiecie, nieumiejętnie zaimplementowane nawet najdoskonalsze przetworniki będą w najlepszym razem cieniem samych siebie, a w najgorszym totalną porażką. Jednak w przypadku Gibbonów sytuacja wygląda zdecydowanie ciekawiej, gdyż po ich wpięciu w tor praktycznie od pierwszych dźwięków zagadnienia natury technicznej i to, co z czego, oraz po co zostało zrobione nie tyle schodzą na dalszy plan, co ewidentnie przestają się liczyć. Zamiast bowiem analizować zaczynamy docierające do nas, już nie dźwięki a muzykę po prostu absorbować, czyli zaczynamy jej słuchać i to słuchać głównie dla przyjemności.
Tak, tak drodzy Państwo. Nawet mając na uwadze reprezentowany przeze mnie recenzencki punkt widzenia i starając się je traktować jako kolejny obiekt testu każdorazowo łapałem się na tym, że ilekroć zabierałem się za krytyczne odsłuchy to i tak i tak kończyło się prawdziwą muzyczną ucztą. Za taki stan rzeczy odpowiada przede wszystkim ich … pozorna ułomność, która de facto okazuje się najistotniejszą i niezaprzeczalną zaletą, czyli … ewidentny brak neutralności i analityczności. Zaskakujące i sprzeczne z ideą Hi-Fi, czyli „wysokiej wierności odtwarzania”? Otóż nic bardziej mylnego, gdyż tak jak już zdążyłem nadmienić Gibbony nie dokonują analizy reprodukowanego materiału, lecz skupiają się na jego syntezie a zamiast neutralności i laboratoryjnej, antyseptycznej transparentności stawiają na naturalność i homogeniczną organiczność przekazu. Z czymś się taka charakterystyka Państwu kojarzy? Ano właśnie, przecież jeszcze jakiś czas temu za podobnie grające uznawano klasyczne, skupione wokół studiów nagraniowych brytyjskiej BBC i nadal, w mniejszym, bądź większym stopniu kultywujące chlubną tradycję monitory Grahama, Harbetha, Rogersa, Spendora etc. Można wręcz uznać, iż te amerykańskie kolumny oferują tak klasycznie europejskie brzmienie, że z powodzeniem mogłyby starać się o rekomendację wspomnianej rozgłośni, gdyż przynajmniej pod względem stereotypowych skojarzeń, Gibbony grają zdecydowanie bliżej umownego wzorca aniżeli ich sławni „radiowi” konkurenci. W sposób oczywisty faworyzowana jest bowiem średnica a zarówno dolny, jak i górny skraj pasma, choć jak najbardziej obecne, stanowią jedynie jej uzupełnienie. Nie oznacza to jednak, że basu i wysokich jest jak na lekarstwo, bo wcale tak nie jest, lecz ich egzystencja została w sposób całkowicie czytelny podporządkowana głównemu graczowi – właśnie średnicy. Używając bardzo mocnego skrótu myślowego i odwołując się do wspomnień naszych nieco starszych czytelników, jako punktu odniesienia użyłbym w większości przypadków niepodrabialną i wyjątkową eufonię brzmienia dawnych, lampowych (z magicznym zielonym oczkiem) radioodbiorników w stylu Telefunkena Concertino 53 czy Dacapo. Oldschool i vintage? Niekoniecznie. Czysta przyjemność i kwintesencja muzykalności? Jak najbardziej. Nie chcąc jednak już na początku „drukować meczu” zamiast szeroko rozumianej wokalistyki sięgnąłem po bądź co bądź wcale nie taki mały skład Duke Ellington & His Orchestra i niezwykle klimatyczny album „Afro Bossa” a następnie, zachęcony rezultatami, po nieco bardziej współczesny, koncertowy „Charlie Watts Meets The Danish Radio Big Band”. W obu przypadkach, przynajmniej teoretycznie, mając na uwadze moje wcześniejsze uwagi o li tylko niemalże symbolicznej roli najwyższych składowych można byłoby się spodziewać przysłowiowego koca i wycofania partii dęciaków oraz wszelakiej maści perkusjonaliów a tymczasem wszystko rozgrywające się powyżej średnicy było idealnie z nią zszyte i oczywiście na swoim miejscu. Zmiany dotyczyły jedynie aspektu barw, które tym razem zostały nieco przygaszone i rozdzielczości – precyzji w odcięciu konturów źródeł pozornych od aksamitnego, smolisto czarnego tła. Co ciekawe ów zabieg bynajmniej nie wpłynął na głębokość i szerokość sceny dźwiękowej, która okazała się zaskakująco obszerna a jedynie na jej napowietrzenie. Drobnej redukcji uległy bowiem oddech i wymiar wysokości.
Jeśli zaś chodzi o samą średnicę, to napisać o niej, że jest dobrze, jest jak określić Monicę Bellucci i Cindy Crawford (za czasów ich największej świetności) mianem „niebrzydkich”. Najdelikatniej bowiem rzecz ujmując i siląc się na możliwą w tym momencie zachowawczość uczciwie trzeba przyznać, iż na miano zjawiskowej, niezwykle homogenicznej i organicznej zasługuje bezapelacyjnie. To, co dzieje się z namacalnością wokali (posłuchajcie tylko „Harlem Blues” z albumu „MO’ BETTER BLUES” Branforda Marsalisa i Terence’a Blancharda), czy sugestywnością saksofonów i fagotów wymyka się jakimkolwiek ocenom na tym pułapie cenowym. Czuć magiczną analogowość i nasycenie jakimi czarowały stare, dobre, doskonale pamiętające czasy Franco Serblina Sonus fabery. To takie samo spojrzenie na zagadnienie muzykalności, gdzie linia melodyczna i barwy grają pierwsze skrzypce, priorytetem jest hedonistyczna przyjemność odbiorcy a cała reszta stanowi jedynie niezwykle misterny bukiet przypraw sprawiających, iż całość obieramy jako coś skończonego i ewidentnie sprawiającego naszym zmysłom rozkosz.
Na sam koniec zostawiłem najniższe składowe, po których, biorąc od uwagę same gabaryty kolumn, jak i moje wcześniejsze uwagi trudno spodziewać się iście infradźwiękowych pomruków, czy też wgniatającej w fotel ściany dźwięku. W zamian za to otrzymujemy krągły i zarazem dobrze kontrolowany wyższy bas z łagodnym spadkiem tam, gdzie fizyczne możliwości mid-wooferka się po prostu kończą. Całe szczęście nawet podczas odsłuchu soundtracku z „Gladiatora” zamiast niedosytu pojawia się coś na kształt zrozumienia dla zaproponowanego przez producenta kompromisu, gdzie po pierwsze jakość przekładana jest ponad ilość, a po drugie dba się o możliwie spójny i niewysilony przekaz.

Jak mam nadzieję jasno z powyższego tekstu wynika DeVore Fidelity Gibbon 3XL mają jasno określoną sygnaturę brzmienia a tym samym nie starają się przypodobać wszystkim i na każdym repertuarze. Jednak jeśli do tematu nie podejdziemy zbyt restrykcyjnie bardzo szybko okaże się, że nawet twórczość Dream Theater nie powinna być im straszna, a że metalowa progresywność niejako mimochodem i przy okazji nabierze pewnego wysublimowania to już zupełnie inna sprawa. Jeśli zatem poszukujecie Państwo w muzyce ukojenia i odskoczni od codziennego wyścigu szczurów a dziwnym zbiegiem okoliczności Wasz system został ustawiony w niezbyt dużym (tak do 20 metrów kwadratowych) pomieszczeniu choćby z czystej ciekawości powinniście na tytułowe, amerykańskie kolumienki rzucić nie tylko okiem, ale i uchem.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Phasemation EA-500
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; System Audio Pandion 5
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Przyznam szczerze, że jeszcze rok temu usłyszawszy od któregoś dystrybutorów, iż chciałby zaproponować do testu monitory, biorąc pod uwagę kubaturę mojego pomieszczenia, już podczas wstępnych rozmów tak kreowałem naszą konwersację, aby gdzieś podprogowo zepchnąć ten pomysł w czeluści niespełnienia. Oczywiście nie była to żadna złośliwość, tylko obawa przed spektakularną porażką takiego przedsięwzięcia. Jednak jak to w życiu bywa, temat odsłuchu podobnych konstrukcji kilkukrotnie okazał się niemożliwy do odbicia i koniec końców paru minimalistycznym konstrukcjom udało się zagościć na naszych łamach. Czy tego żałuję? Naturalnie, że nie, gdyż dzięki temu nauczyłem się, jak spojrzeć na dany produkt przez pryzmat mierzenia sił na zamiary. I gdy pierwsze starcia, choć starałem się jak mogłem, można było obciążyć pewnymi brakami doświadczenia, to z pochodzącymi z USA malutkimi monitorami DeVore Fidelity Gibbon 3XL podobnych niedociągnięć być już nie powinno. Może są to dość odważne i rzadko padające z moich ust deklaracje, lecz jeśli jednak choćby w minimalnym stopniu Was zaintrygowały, to serdecznie zapraszam na kilka akapitów o zadziwiająco ciekawie wypadających tytułowych maluchach, które w mojej samotni zagościły dzięki dystrybutorowi marki – stołecznemu Sound Clubowi.

Jak prezentują się wspomniane Gibbony? Pewnie się zdziwicie, ale odwrotnie proporcjonalnie do będącej wyznacznikiem rozmiarówki, solidnego w kwestii wielkości przedstawiciela homo sapiens specyfikacji „3XL”, czyli nie są to monitory pokroju stosunkowo niedawno opiniowanych Spendorów SP100R2, tylko mniejsze niż ostatnio recenzowane duńskie pchełki System Audio. Jednak myliłby się ten, kto sądziłby, że to jest już przesada, gdyż coś tak niewielkiego nie ma prawa pokazać się od ciekawej strony. Pozostawiając jednak obronę tej tezy na dalszą część naszego spotkania spieszę przywołać inne bardzo ciekawe od strony konstrukcyjnej fakty, z których najważniejszym wydaje się być materiał wykorzystany do wykonania obudów, czyli w tym przypadku mogący pochwalić się przynależnością do rodziny traw pospolity bambus. Tak, tak, nasze Gibbonki w głównej mierze, czyli wszystkie ścianki boczne wespół z dolną i górną wykonano z bambusa, a jedynym akcentem nowoczesności są wykonane z konglomeratu front i plecy. Banał? Nie sądzę, gdyż nie od dzisiaj wiadomo, że materiał obudowy kolumny zazwyczaj ma bardzo wiele do powiedzenia w jej końcowym efekcie sonicznym, co w dalszej części tekstu postaram się może nie na siłę udowodnić, ale z pewnością nieco przybliżyć.
Przechodząc do bardziej szczegółowych danych na temat 3XL-elek ważną wydaje się być informacja, iż mamy do czynienia ze wspomaganymi bas-refleksem konstrukcjami dwudrożnymi. Pierwszy temat potwierdzają uzbrojone w stosowny port plecy, a drugi ewidentnie unaocznia ubrany w dwa przetworniki front. Wieńcząc serię faktów na temat naszych bohaterek należy przywołać jeszcze lekko zagłębione na tylnym panelu gniazdo z terminalami przyłączeniowymi i będące w pakiecie startowym skromne bo skromne, ale nadające całości elegancji czarne maskownice. Ostatnim, ale patrząc od strony ważności podczas generowania dźwięku bardzo ważnym akcentem opisywanych kolumn są co prawda dostarczane za dodatkową opłatą, ale idealnie współgrające z koncepcją tak wizualną poprzez powielanie krągłości skrzynek, jak i z dużą dozą pewności soniczną firmowe standy.

Prawdopodobnie Was zaskoczę, ale tak dobrze sprawujących się w domenie ogólnego odbioru, w porównaniu do moich ISIS-ów, malutkich kolumienek jeszcze u siebie nie gościłem. Owszem, to jest propozycja dla bardzo świadomych własnych oczekiwań i posiadanego metrażu melomanów, ale o dziwo nawet w moim, wydawałoby się istnym lofcie, dla takich konstrukcji przez cały okres testu nie mogłem złapać Gibbonów 3XL na jakichkolwiek potknięciach. Ale proszę tylko dobre zrozumieć, o co mi chodzi. Nie twierdzę, że jest to dla każdego Święty Graal, tylko wziąwszy pod uwagę zakładane już podczas projektowania konstrukcji możliwości obsługi niezbyt dużego pomieszczenia prezentacja wykreowanego w moim pokoju spektaklu muzycznego opiewała w same pozytywne doznania. I nie chodzi mi w tym momencie o siłowe pisanie laurki, tylko pokazanie, że gdy odetniemy się od oczekiwania niemożliwego do wyprodukowania przez te maluchy niskiego basu, reszta pasma akustycznego jest w stanie pokazać nam, jak powinno się stroić stawiające na emocje w muzyce jazzowej, wokalnej, czy dawnej zespoły głośnikowe. To jest nastawione na piękne zszycie czarującej średnicy z unikającymi specjalnego rozgłosu, ale potrafiącymi pokazać wspaniałą świeżość wydarzenia muzycznego wysokimi tonami granie. Powiem więcej. Kilkukrotnie złapałem się na obserwacji nieco lepiej oddanego niż mam na co dzień pakietu danych o brylujących w centralnym paśmie instrumentach typu kontrabas, gitary, czy instrumenty drewniane. Jak zatem wyglądało to na konkretnych przykładach płytowych? Na początek muzyka sakralna w wykonaniu Johna Pottera z grupą The Dowland Project w kompilacji „Care-charming sleep” . Rozmach w oddaniu kubatury goszczącej muzyków budowli kościelnej bez specjalnego wysilania pokładów wyobraźni pozwalała poczuć panujące podczas nagrywania tego materiału realia. A gdy do tego dodam fantastycznie zaśpiewane przy akompaniamencie instrumentów z epoki frazy wokalne, okaże się, że dzięki tym. wydawałoby się pozbawionym szans na wygenerowanie ściany dźwięku, kolumnom na luzie jesteśmy w stanie co prawda w skali mikro, ale nausznie zaliczyć prawdziwy koncert w kościele. Mało? Proszę bardzo, podobnych spostrzeżeń mam całą masę i z łatwością je skreślę. I nie będę w tym momencie lał wody na młyn podobną temu, stylowi muzyką Jordi Savalla „El Cant de la Sibil.La” – podobny repertuar i realia muzyczne, tylko szybkim krokiem przeskoczę do muzyki jazzowej spod znaku Adama Bałdycha i jego ostatniego krążka „Brothers”. Dlaczego akurat ta pozycja? To proste, gdyż najważniejszym w tym wydarzeniu muzycznym instrumentem są skrzypce, które dzięki swobodzie kreowania fantastycznych realiów dźwiękowych w zakresie ich pracy przez opiniowane kolumny wypadły nad wyraz emocjonująco. Ale, ale, nie samymi skrzypcami meloman żyje i chcę w tym momencie dodać, że może nie z takim monumentalizmem jak potrafią zrobić to moje Austriaczki, ale pięknym wybrzmiewaniem potrafił zaskoczyć mnie fortepian, jak również unikające wychodzenia przed szereg, jednak w pełni błyszczące blachy perkusisty. Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli, przez cały czas opisywane tytuły przepuszczamy przez odpowiedni filtr uznający najniższy bas za symboliczny. W innym wypadku cały mój trud w pokazaniu piękna tytułowych maleństw pójdzie na marne. Dlaczego przypominam o wzięciu poprawki na najniższe składowe? Na ile się da, chcę być w stosunku do Was w porządku. I żeby podkreślić swoją solidność na koniec przywołam repertuar, w którym Gibbony z założenia nie mają najmniejszych szans. gdyż na szczęście w odróżnieniu od konkurencji nie próbują udowadniać, że dźwiękowo są większe niż wskazują na to ich gabaryty i nie pompują bliżej niezidentyfikowanego pomruku przesz niektórych zwanym basem. Po prostu dochodzą do pewnej, pozwalającej zaprezentować bardzo dobry wynik soniczny częstotliwości i szlus. Nie walczą o czeluści najniższych rejestrów skupiając się na jak najlepszym pokazaniu świata w swoim zasięgu, co muzykę elektroniczną z jej sztucznymi sejsmicznymi tąpnięciami skazuje na słuchanie jej w tych frazach jako swoistej ciszy. Naturalnie nie oznacza to całkowitej eliminacji podobnych zasobów muzycznych, ale musimy zadowolić się pewnego rodzaju kompromisem. Ale co ważne, tam gdzie są w stanie pokazać swoje „ja” wiele konstrukcji może mieć problemy z ich dogonieniem.

Zaskoczeni, że mimo dla wielu audiofilów już startowych wad (brak najniższych rejestrów) powyższy tekst jest pieśnią o fantastyczności konstrukcji? Jeśli tak, nie będę kruszył o to kopii, gdyż sam przed testem kreowałem podobne przewidywania. Ale jak wspominałem, po odfiltrowaniu założonych przez pomysłodawców nieosiągalnych poziomów częstotliwościowych temat odbioru tytułowych kolumn od pierwszych fraz kieruje nas w stronę wydawałoby się zarezerwowanego dla angielskiej szkoły brzmienia monitorów radia BBC. Bluźnię? Bynajmniej. Niestety jedyną możliwością skonfrontowania moich spostrzeżeń jest osobiste spotkanie na własnym podwórku, ale jeśli choć trochę mi ufacie, zapewniam, że mimo braku rodowodu wspomnianej przed momentem rozgłośni radiowej, małe DeVore Fidelity Gibbon 3XL idą prawie identyczną drogą. To zaś udowadnia, iż nie trzeba być namaszczonym, aby tak mocno przekonać do siebie wychowanego na Harbethach melomana. Wystarczy wiedzieć, co w duszy gra, co nasze bohaterki bez problemu udowadniały od samego początku testu.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Sound Club
Cena:
DeVore Fidelity Gibbon 3XL: 18 000 PLN
Standy: 3 000 PLN

Dane techniczne
Pasmo przenoszenia: 45 Hz – 40 kHz
Skuteczność: 90 dB/2.83V/m
Impedancja: 8 Ω
Wymiary (W x S x G): 387 x 186 x 276 mm
Waga: 8.2 kg
Dostępne warianty wykończenia: Cherry Bamboo, Mahogany Bamboo, Mink Bamboo

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Przystanek mBank, najnowocześniejszy biurowiec w Łodzi, został uroczyście otwarty w piątek, 12 stycznia. Obiekt mieści się przy ul. Kilińskiego, w pobliżu EC1 Zachód. Budowa biurowca kosztowała ponad 100 mln złotych. Ma 6 kondygnacji i dodatkową podziemną, 25 metrów wysokości i 24 tys. metrów kwadratowych powierzchni biurowej. W Przystanku mBank pracuje ponad 2 tysiące osób, w tym specjaliści do spraw finansów, IT czy call center, którzy wcześniej pracowali w 6 różnych miejscach w Łodzi. Pracownicy mają do dyspozycji 16 sal konferencyjnych, funkcjonalne kuchnie, game roomy, strefy relaksu, a także przestronny taras na dachu. W budynku jest też 80 mkw. ścian pokrytych żywymi porostami i mchem, parking na 140 rowerów, oraz prysznice. Drzwi do pomieszczeń można otwierać smartfonami.

Na uroczystym otwarciu tego nowoczesnego obiektu i na specjalnym, zamkniętym pokazie dla zaproszonych honorowych gości mBanku zaprezentowany został elitarny system audio złożony z elektroniki i rewolucyjnych, omnipolarnych kolumn wstęgowych ORBITAL360 Bi-Stereo firmy Zeta Zero. Za okablowanie odpowiadała firma Audiomica Laboratory z topową serią przewodów Consequence Series. Na pokazie demonstrowano również odświeżoną serię Ultra Reference. Stolik (amortyzowany pneumatycznie) i standy to produkty firmy Primeacoustics. Wszystkie komponenty (poza odtwarzaczem plików i przetwornikami ) pochodziły od polskich producentów. Właściciel marki Zeta Zera Pan Tomasz Rogula prowadził prelekcje. Jak zwykle w jego wydaniu były to pogadanki o demonstrowanym sprzęcie i muzyce (przeplatane bardzo dobrą muzyką). Prezentowane z ogromną pasją i niebanalną wiedzą z tego zakresu. Do dyspozycji na potrzeby tego pokazu mBank udostępnił swą największą świetnie wyposażoną salę szkoleniowo-konferencyjną (ok 200 m kw).
W spotkaniu i demonstracji powyższego systemu wzięli udział zaproszeni na uroczystość otwarcia siedziby banku kluczowi klienci korporacyjni, liczni klienci Private Banking a także dyrekcja mBank. Pokaz audio bardzo przyciągnął uwagę zwiedzających i gości. Trwał do późnych godzin nocnych. Ze względu na ogromne zainteresowanie, zaproszeni podzieleni zostali na parę grup a i tak zabrakło czasu tak wiele tematów i pytań. dotyczących tego systemu było do omówienia. Nowo wynaleziona w Polsce koncepcja odtwarzania BI-Stereo polegająca na emisji dźwięku nagrań stereo (jak i kina domowego) z dwóch kolumn gdzie każda z nich sama w sobie jest stereofoniczną ale też wszechkierunkową i w tej dużej sali znakomicie się sprawdziła, a dźwięk był bardzo wyrównany, selektywny na całej powierzchni i przestrzenny, plastyczny niezależnie od miejsca odsłuchu. Znaczącym dla jakości dźwięku z kolumn było wspomniane okablowanie Audiomica, których najnowsze modele serii Ultra Reference zostały zaprezentowane w specjalnych gablotach. A świetnie amortyzowany powietrzem stolik znakomicie tłumił drgania podłoża od potężnych mocą i skutecznością Orbitali (na foto dwie niepozorne wielkością Orbital360- Slim to moc 2000 Watt RMS/4000 Watt impuls a pasmo od parunastu Hz, zatem tłumienie drgań przenoszonych do elektroniki to niebagatelna kwestia). Całość prezentacji wypadła znakomicie.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Słuchawki Fostex T60RP tym razem skierowane zostały nie tylko na rynek PRO, ale również Hi-Fi. Stąd też zapewne niebanalne, aczkolwiek stylowe wykończenie. Fostex T60RP posiadają piękne drewniane obudowy z afrykańskiego mahoniu oraz wygodne wkładki nauszne o niskim współczynniku odpychania. Pałąk wykonano z miękkiej skóry. W słuchawkach znajdziemy również opcjonalne zbalansowane złącze słuchawkowe, zapewniające jeszcze bardziej efektowną i wyraźną reprodukcję dźwięku.
Producent postawił na wysoki komfort użytkowania oraz maksimum, jeśli chodzi o dźwięk. Przetworniki oferują naturalną przejrzystość oraz są w stanie przyjąć moc rzędu nawet 3W, przez co zapewniają szeroki zakres dynamiki w całym paśmie. Słuchawki wyposażono w zwężane nauszniki, aby stworzyć bardziej wysunięty obraz i scenę dźwiękową.
Konstrukcja Fostex T60RP będzie znana tym, którzy doświadczyli wcześniejszych modeli serii RP, składających się z wyściełanej sprężynowej poprzeczki ze stali, z solidnymi podwójnymi prowadnicami słupkowymi przymocowanymi do czopów w środku obudów nauszników. Fostex T60RP to słuchawki, które są dobrze skonstruowane i dostosowane do rygorów nadużywania w warunkach studyjnych zapewniając jednocześnie wygodę podczas długich godzin pracy. Drewniane obudowy nadają im atrakcyjny wygląd w stylu vintage.
Fostex T60RP to wszystko, czego można oczekiwać od firmy Pro Audio, takiej jak Fostex. Ci, którzy znają poprzednie generacje serii RP lub dowolne z wielu słuchawek na rynku wtórnym, które używają sterownika RP, nie będą zawiedzeni.

Cenę sugerowaną słuchawek Fostex T60RP ustalono na 1399 PLN brutto. Do słuchawek można dokupić opcjonalne kable z różnymi standardami wtyków. Słuchawki Fostex T60RP są już dostępne w wybranych sklepach audio oraz do odsłuchu i testów w sklepach MP3store grupy Audiokracja.

Poniżej najważniejsze cechy słuchawek Fostex T60RP
• Wyposażone w opatentowane przez Fostex membrany RP, wykonane z folii polyimidowej z wytrawianiem folii miedzianej. Magnes neodymowy zapewnia szeroką reprodukcję częstotliwości oraz posiada doskonałe właściwości przejściowe, jak również wysoką tolerancję wejściową do 3000 mW.
• Piękne drewniane obudowy wykonane z mahoniu afrykańskiego pomagają uzyskać jeszcze większą głębię dźwięku membran RP.
• Nowe odłączane złącze typu prostego oferuje nie tylko standardowe połączenie niezbalansowane, ale także różne rodzaje połączeń zbalansowanych dla najnowszych DAP-ów z odpowiednimi złączami, jak również wzmacniaczy słuchawkowych w celu zapewnienia czystej reprodukcji dźwięku bez zakłóceń i wysokiej separacji.
• Standardowe i opcjonalne kable z materiału OFC zapewniają wysoką rozdzielczość i precyzyjny dźwięk w całym zakresie częstotliwości.
• Skórzane pady nauszne z prawdziwej skóry oraz nowe pady wokółuszne zapewniają doskonałe dopasowanie i komfort użytkowania przez długi czas.

Specyfikacja techniczna
• Typ: Półotwarte
• Impedancja: 50 omów
• Czułość: 92 dB / mW
• Maksymalna moc wejściowa: 3,000 mW
• Pasmo przenoszenia: 15 – 35K Hz
• Waga: około. 380 g (bez kabla)
• Akcesoria: ET-RP3.5UB, adapter 3,5 mm do 1/4 „, etui transportowe, naklejka z logo Fostex

Kable opcjonalne
• ET-RP3.5UB, 3,5 mm, niezbalansowany (kabel identyczny z załączonym w zestawie ze słuchawkami)
• ET-RP2.5BL, 2,5 mm, zbalansowany
• ET-RP4.4BL, zbalansowany 4,4 mm
• ET-RPXLR, zbalansowany XLR

Dystrybutor: MIP