Monthly Archives: maj 2019


  1. Soundrebels.com
  2. >

Rocznicowy model przedwzmacniacza C70 powstał aby uczcić siedem dekad tworzenia jednych z najlepszych urządzeń audio, jakie kiedykolwiek słyszał świat. Jest to lampowy przedwzmacniacz o całkowicie analogowej konstrukcji i wzornictwie w stylu retro, który wykorzystuje nowoczesne firmowe technologie. Szklany panel przedni utrzymany w typowej dla firmy konwencji wzorniczej, ozdobiono podświetlonym na zielono rocznicowym napisem.

Układ elektroniczny C70 wykorzystuje jedną lampę 12AT7 oraz pięć lamp 12AX7A widocznych poprzez szklaną szybkę zamontowaną w górnej części pokrywy urządzenia. Wszystkie czynności związane z obsługą tego przedwzmacniacza wykonuje się przy pomocy tradycyjnych gałek i przełączników kołyskowych. Nowoczesne wskaźniki wykorzystujące diody LED wskazują wybrane źródło i poziom natężenia głośności. C70 ma w sumie siedem wejść (dwa symetryczne, trzy niesymetryczne, jedno gramofonowe dla wkładek MC i jedno dla wkładek MM). Parametry impedancyjne obydwu wejść gramofonowych można ustawiać w szerokim zakresie regulacyjnym aby idealnie dopasować się do parametrów wkładki. Do dyspozycji są także dwa wyjścia symetryczne XLR i dwa niesymetryczne RCA. Wyjścia mogą być włączane lub wyłączane przełącznikami umieszczonymi na przednim panelu.

Na nim także umieszczono pokrętła regulacji barwy dźwięku (tony niskie oraz tony wysokie), które można dostrajać w krokach co 2 dB lub też całkowicie je wyłączyć. Po prawej stronie znajdują się z kolei dwa pokrętła pozwalające na precyzyjne ustawienie parametrów impedancyjnych obydwu wejść gramofonowych. Natomiast gałka głośności umożliwia również regulację równowagi kanałów. Wyjście słuchawkowe typu jack 1/4 cala zasilane jest przez firmowy wzmacniacz słuchawkowy High Drive i posiada firmowy układ HXD® (Headphone Crossfeed Director), który ma na celu stworzenie iluzji odsłuchu z wykorzystaniem konwencjonalnych kolumn głośnikowych. Zastosowany wzmacniacz słuchawkowy umożliwia optymalne wysterowanie większości dostępnych na rynku słuchawek. Układ HXD® można wyłączyć.

Pięć przełączników kołyskowych służy do kontrolowania następujących funkcji: włączanie/wyłączanie regulacji barwy dźwięku; wybór pomiędzy odsłuchem mono lub stereo; włączanie/ wyłączanie układu HXD®; włączanie/wyłączanie wyjścia 1 i 2.
Przedwzmacniacz obsługuje także funkcje firmowej technologii Power Control za pomocą czterech specjalnych portów umieszczonych na tylnej ściance urządzenia. Umożliwia ona włączanie lub wyłączanie różnych innych urządzeń McIntosha połączonych w jeden system. To rozwiązanie jest szczególnie przydatne, gdy mamy do czynienia z rozbudowanymi systemami audio.
Część obudowy C70 wykonano z pięknie wypolerowanej stali nierdzewnej która idealnie współgra z firmowym szklanym przednim panelem, klasycznymi analogowymi pokrętłami i przełącznikami oraz z podświetlanymi na zielono napisami. Dzięki temu przedwzmacniacz C70 stanowi ozdobę każdego pokoju odsłuchowego.

Dane techniczne C70:
•Zniekształcenia THD: 0.08%
•Pasmo przenoszenia: +0, -0.5dB 20Hz-20.000Hz | +0, -3dB 15Hz-100.000Hz
•Stosunek sygnał/szum: 100dB
•Maksymalne napięcie wyjściowe: 16Vrms XLR | 8Vrms RCA
•Impedancja wejściowa: 44kΩ XLR | 22kΩ RCA
•Phono MM, 50pF, 100pF, 150pF, 200pF, 250pF, 300pF lub 350pF; 47K ohms
•Phono MC, 25, 50, 100, 150, 200, 500 lub 1,000 ohms; 100pF
•Wzmocnienie MM: 40dB
•Wzmocnienie MC: 60dB
•Wzmocnienie na wejściu liniowym: 15dB
•Wymiary SxWxG: 44.5×15.3×45.7 cm
•Masa: 11,3 kg

Cena: 31.500 PLN

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Prosto z monachijskiego High Endu wyruszyliśmy do domu z  jedną z dwóch wyprodukowanych do tej pory sztuk gorącej bułgarskiej nowości, czyli step-upem MC Thrax Trajan. Ne da się ukryć, iż jak na swoje 2kg prezentuje się nad wyraz dostojnie.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Pojawiające się w tym tygodniu na naszych łamach relacje Marcina z zagranicznych wojaży jasno dają do zrozumienia, że mamy za sobą kolejny rok testowych przygód na własnym podwórku i przyszedł czas na zderzenie zdobytego doświadczenia z realiami bodajże największej świecie wystawy w Monachium. To już nasza szósta impreza i jak to zwykle bywa, bez względu na wynik poszczególnych pokojowych potyczek, w formie krótkich opisów pod seriami zdjęć staramy się Wam coś ciekawego na ich temat przekazać. Tak też będzie i tym razem, jednak zanim przejdziemy do clou przypomnę, iż wszelkie odsłuchy są wypadkową wielu czynników: od konkretnej muzyki począwszy, przez moje samopoczucie, po profesjonalizm wystawcy w walce o jak najlepszy wynik soniczny. Dlatego też nawet w momencie mocno dalekiego od pozytywnego wydźwięku któregokolwiek opisu proszę brać poprawkę na wspomniane przed momentem realia. Ostatnim punktem do wyjaśnienia przed głównym tekstem jest lista występujących podmiotów. Otóż z przyczyn logistyczno-wizualnych, czyli zbytniego tłoku w małym pomieszczeniu, a przez to częstym ustawieniu krzeseł tuż przed systemem, czy sprawiającego problemy z wykonaniem odpowiedniej jakości zdjęcia usytuowania zestawu na tle ziejącego białym światłem oka, kilku pokoi nie udało nam się zawrzeć w tej relacji. Trochę szkoda, ale tak bywa i nie ma co kruszyć o to kopii. Zatem jeśli wszystko zostało wyjaśnione, pozwolę sobie popuścić wodzy fantazji i w kilku koloryzowanych akapitach przybliżyć zaliczony w danym pomieszczeniu stan ducha.

1. TOTALDAC, MAGICO
Jak widać na załączonym obrazku, w tym przypadku zaliczyliśmy typową walkę z przeciwnościami losu. Wstawione w kąty spore rozmiarowo kolumny Magico M6 z co prawda solidną, ale jednak niezbyt błyszczącą na górze elektroniką, starały się jak mogły, jednakże nie dały rady wspiąć się na znane mi z innych pokazów poziomy swobody budowania wydarzeń muzycznych. Na szczęście mimo takiego stanu rzeczy, tandem nie zaliczył jakiejś tragicznej wpadki. Było może bez rozmachu, ale za to dobrze w domenie epatowania energią.

2. AUDIO NOTE UK.
Osobiście nie wiem, jaki cel przyświecał tej konkretnej prezentacji. Owszem, oparty o firmowe kolumny set Audio Note bez bliskiego kontaktu z narożnikami lub tylną ścianą nie są w stanie wygenerować odpowiedniej ilości niskich rejestrów, ale w tym przypadku nawet znane wszystkim adeptom sztuki konfigurowania systemów audio tweaki zdały się na nic. Bez basu, wysycenia na środku i uduszonymi wetknięciem kolumn całkiem w narożniki pokoju wysokimi tonami panowie zapodali Rammsteina. Efekt? Nie pytajcie. Dodam jedynie, że nic a nic nie pomogło nawet podkręcenie gałki wzmocnienia, w efekcie intensyfikując stan głębokiej anoreksji. Nie wiem, jak robi to nasz rodzimy dystrybutor, jednak doskonale pamiętam, że jeśli w prezentacji mają pomóc papierowe rolki papieru toaletowego, nawet przez moment nie zawaha się ich użyć. Tutaj według mnie rzucono ręcznik. A to tylko przygrywka do wizualnego odbioru tego przecież uważanego za marzenie każdego melomana angielskiego systemu.

3. FM ACOUSTICS
Na szczęście poprzednią wpadkę z nawiązką zrekompensował mi mistrz od przenoszenia słuchacza na deski czy to opery, czy też najbardziej wymagających koncertów muzyki klasycznej, znany mi z osobistych spotkań testowych szwajcarski brand FM Acoustics. Rozmach, świetna lokalizacja źródeł pozornych, równowaga tonalna i realizowana przy pomocy gramofonu, a przez to w moim odczuciu wyczuwalna od pierwszych chwil prawdomówność tego systemu, zawsze przykuwają mnie do fotela na znacznie dłużej niż zwyczajowe kilka minut.

4. DISTRETTO AUDIO
Cóż. To, że zespoły głośnikowe tego systemu wykorzystywały zazwyczaj więcej niż prawdomówne wstęgi, dowiedziałem się już w momencie przekraczania progu tej sali. O co chodzi? Otóż w momencie otwierania drzwi w CD-ku znajdował się materiał muzyczny z harmonijką ustną w jednej z głównych ról. I jak to w złośliwym życiu bywa, los chciał, żeby akurat podczas naszej wizyty ów instrument dostał swoje pięć solowych minut. Owszem, było zjawiskowo. I z dwojga złego lepiej tak niż miernie, jednak osobiście wolę więcej wypełnienia niż sprawiających grymas na twarzy przenikliwych pisków. Ale zaznaczam. To jest mój punkt widzenia na zastany moment kilkudniowej prezentacji i dla oddania honoru wystawcy dodam, iż w innych aspektach było już tylko lepiej.

5. ACAPELLA
To ewidentny przykład jak skonfigurować zestaw z kolumnami z tubą w jednej z ról, a przy tym nie wyganiać z pokoju miłośnika brzmienia zespołów głośnikowych z rodziny BBC. Owszem, zanotowałem sznyt megafonu, ale w dobrym tego słowa znaczeniu, czyli zaakcentowany rozmach sceny bez przytłaczania słuchacza nadmierną ilością alikwot górnych rejestrów.

6. AKSJA
Ło matko! Tak, tak. W taki sposób, oczywiście pod nosem, zareagowałem na widok tego pochodzącego z planu filmu o lalce Barbie zestawu z zębatym hornem w roli informatora o wydarzeniach w górze pasma. Tymczasem każda spędzona z nim chwila przy muzyce bardzo szybko pokazywała mi, w jakim błędzie byłem. Zjawiskowa, ale daleka od sztuczności, prezentacja witalności muzy była wypadkową dobrego nasycenia średnicy i mocnego, jednakże w pełni kontrolowanego basu. To naprawdę była bardzo pouczająca lekcja, aby nie oceniać czegokolwiek po wyglądzie. Szacun.

7. DIESIS AUDIO
Niestety co innego muszę powiedzieć na temat tej konfiguracji. Może nie w wydźwięku porażki. Jednakże nie mogę przemilczeć sytuacji, w której przy zaskakującym spokoju tuby w oddaniu realiów górnego zakresu, w sporej kubaturze pokoju odgrody nie dawały rady spełnić zapotrzebowania muzyki na nasycenie środka pasma i mocy w dolnych rejestrach. To nie były notoryczne braki, ale czasem oczekiwałem większego uderzenia, co jest nieodzowne w oddaniu realiów muzyki orkiestrowej.

8. KROMA AUDIO
Obydwa zestawienia przygotował ten sam dystrybutor, jednakże każde z nich pokazywało się z dobrej, w moim odbiorze pełniej witalności przy dobrej równowadze tonalnej strony. W jednym źródłem był gramofon Air Force One na przemian z kompaktem marki Metronome, a w drugim posiadany przeze mnie CEC TL0 3.0. Naturalnie obydwa za sprawą kolumn i towarzyszącej elektroniki stawiały na inne niż osobisty wybór w domu akcenty, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, z każdym z tych setów bez problemów mógłbym żyć.

9. JMF AUDIO
Opisując te monstrualne usteczka najnormalniej w świecie mógłbym przekleić informacje skreślone w zeszłym roku. Niestraszna im żadna muzyka. Czy to poważna z jej dynamiką i dokładnością w rozmieszczeniu kilkudziesięciu muzyków na bezkresnej scenie. Czy tak zwany plumkający jazz na bazie zjawiskowo pokazującego prace płuc artysty saksofonu. Dostajemy nielimitowaną energię i niczym nieograniczony pakiet mikro-informacji.

10. KLIMO
Wydawałoby się, że ten przypominający potomka patyczaka gramofon nie będzie w stanie pokazać nic zjawiskowego. Tymczasem przy wsparciu usadowionych przed stolikiem ośmiu niewielkich rozmiarowo komponentów zastana podczas mojej wizyty muzyka aż kipiała od fenomenalnie zawieszonego w eterze saksofonu. Tak, wiem, w ogólnej ocenie wielu miłośników muzyki, to jest przysłowiowa buła z masłem, ale nawet podczas tej wystawy nie raz spotkałem się ze zjawiskową porażką w tym aspekcie.

11. LA ROSITA
Krótko. Typowo papierowe granie. Bez wyczynu na dole i górze pasma, ale za to ciekawy występ podczas słuchania popisów gardłowych, czego idealnym przykładem okazała się być produkcja niestety nieżyjącego już Leonarda Cohena.

12. JEFF ROWLAND, TRENNER&FRIEDL
Nie od dzisiaj wiadomo, że dobrej jakości prezentacja nie musi odbywać się w oparciu o najcięższe działa danego brandu. I z takim podejściem do tematu mieliśmy do czynienia w tym przypadku. A, że w trakcie wizyty w tym pokoju spotkaliśmy konstruktów prezentowanego tam tak wzmocnienia, jak i kolumn, wiadomo było, że wynik będzie zjawiskowy. Po czym to wnosiłem? Popatrzcie. Do dyspozycji był malutki pokój, dlatego wystawca dobrał do niego stosowne zestawienie. Co to dało? Po pierwsze brak problemów z nadmiernym basem. A po drugie zjawiskowe znikanie małych kolumn z pomieszczenia. A że jeden dodać dwa równa się trzy, to przekroczenie progu tej muzycznej mekki pokazywało, jak niewiele potrzeba, aby z przyjemnością obcować z zapisanym na pięciolinii światem dźwięków.

13. FYNE AUDIO
To był kolejny dwupokojowy występ jednego wystawcy, z tą tylko różnicą, że przy użyciu nieco innych modelowo, ale z tej samej stajni kolumn. Jak wypadł? Popatrzcie. Ciasno jak diabli, a mimo to spore kolumny potrafiły zbudować ciekawą głębię. Taki wynik dystrybutor uzyskał przy użyciu mniejszych kolumn. Przy większych paczkach zaś, zamiast z racji podobnej ciasnoty lekkiej degradacji dźwięku, zaobserwowałem dodatkowy zastrzyk swobody reprodukowanych nut. Cuda? Nie wiem, ale raczej postawiłbym na zdolności łatwej akomodacji w zastane warunki wspominanych kolumn głośnikowych i współpracujących z nimi systemów. Naturalnie przy odrobinie złośliwości dałoby się położyć obydwa występy, ale na wystawie nie chodzi o to, aby zniweczyć działania organizatora, tylko znaleźć dobre strony jego wielogodzinnej pracy.

14. SEAWAVE ACOUSTICS
Te błękitne tuby w momencie naszej wizyty dobitnie pokazywały, z jaką energią powinno odtwarzać się materiał japońskiej formacji KODO (panowie grają na wielkich bębnach). Niestety w pakiecie z masowaniem trzewi zaliczyliśmy lekki bunt pomieszczenia, czyli potwierdzenie powiedzenia: „Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”.

15. KORA
Przyznam szczerze. Nie wiem, na ile jest to zasługa elektroniki, a na ile strojenia kolumn Avangarde, ale jedno mogę powiedzieć na pewno. To było dobre tubowe granie ze wszystkimi zarezerwowanymi dla tego typu zespołów głośnikowych cechami.

16. SOUNDKAOS, BAKOON
Fajne, bez napinki, ale przy zachowaniu odpowiedniego poziomu zaangażowania słuchacza prezentacja. Co ciekawe, prawie wszystkie ścianki oprócz podstaw malutkich kolumn SOUNDKAOS zostały uzbrojone w jakiś przetwornik. Do tego bardzo wiotki płaskownik jako stend i jak to przy użyciu produktów tego brandu stało się standardem, mieliśmy spektakl przez duże „S”. Podczas dogłębnej analizy zdjęć z tego pokoju pod ścianami zauważycie jeszcze występujące w zeszłym roku jako główne bohaterki miedziane potworki. Nie wiem, jak wypadały podczas tegorocznej wystawy, ale sięgając pamięcią rok wstecz jestem przekonany, iż podobnie do minimonitorków wyszłyby z tarczą.

17. ARETAI
Podobno to debiutanci. Dodatkowo z niezbyt wyszukaną elektroniką Primare. I żeby było całkiem pod górę, wielkie kolumny w małym pokoju. Dlatego też bez szukania dziury w całym dając fory wystawcy dzisiaj tylko o nim wspominam, a z dogłębniejszą oceną jakości dźwięku poczekam do kolejnej potyczki. Ale zaznaczam, będę o tym kredycie pamiętał.

Tak oto wygląda mój niezobowiązujący miting po będącej jedynie przystawką do dania głównego – imprezy w MOC-u wystawie hifideluxe 2019. Jak wspominałem we wstępniaku, kto się nie załapał, niech nie odbiera tego osobiście. Zwyczajnie tak było mu pisane. Zaś z drugiej strony, gdyby kogoś zabolały moje słowa, jeśli naprawdę nie widzi w tym swojej winy, proszony jest o przefiltrowanie ich przez pryzmat przypadkowości tego typu imprez. Nigdy nie kieruję się złośliwością, a że jestem sobie sterem, żeglarzem i okrętem, o takich wydarzeniach piszę z przyznanym sobie marginesem humoru.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Parafrazując przedstawiciela grupy zawodowej mającej ostatnio najdelikatniej rzecz ujmując tragiczny PR „Jeśli w maju na Lilienthalallee zobaczysz wielki balon, to wiedz, że coś się dzieje”. A dzieje się co roku, oj dzieje, bo do ogromnych hal monachijskiego M.O.C z najodleglejszych zakątków kuli ziemskiej zjeżdżają najgorliwsi akolici reprodukcji dźwięku w najwyższej jakości. Z premedytacją napisałem, iż „zjeżdżają”, gdyż patrząc na ceny co poniektórych prezentowanych w tym roku atrakcji, zasadnym byłoby spodziewać się co najmniej pasa startowego dla prywatnych odrzutowców, bądź przynajmniej lądowiska dla helikopterów. Krótko mówiąc High-End, oczywiście jako segment rynku audio a nie sama wystawa, kompletnie odleciał już nie tyle w kosmos, co wręcz poza naszą galaktykę i patrząc na zainteresowanie tego typu ofertą nad wyraz szerokiego grona nabywców nic nie wskazuje na to, by ów szaleńczy trend miał się w najbliższym czasie skończyć. Dlatego też tym razem w większości przypadków nawet nie próbowaliśmy dociekać co i ile kosztuje a w zamian za to skupiliśmy się na czysto wizualno – towarzyskim aspekcie największej wystawy sprzętu grającego w Europie i tak na dobrą sprawę również na świecie. Dodatkowo mając na koncie już kilka maratonów po ww. powierzchni wystawienniczej nawet przez myśl nam nie przyszło podejmowanie próby bycia wszędzie a tym bardziej uwiecznienia wszystkiego na kartach pamięci. Ot zamiast ganiać po zatłoczonych salach i korytarzach przemierzaliśmy je adekwatnym do naszego (podeszłego?) wieku tempem. A właśnie – wiek. Otóż podczas niezliczonych kuluarowych rozmów i obserwując bądź co bądź dość hermetyczne środowisko recenzenckie wspólnie doszliśmy do wniosku, iż powoli zaczynamy czuć się jakbyśmy żyli w swoistym rezerwacie. Te same, coraz bardziej poorane zmarszczkami twarze, praktycznie zerowy napływ świeżej krwi i tylko miejsca spotkań się zmieniają, de facto zgodnie z ustalonym z góry kalendarzem. Maj – Monachium (High End), Listopad – Warszawa (Audio Video Show), a ewentualnie, w ramach zajęć fakultatywnych wrzesień – Berlin (IFA). Niby jest jeszcze ogrom wystaw i targów odbywających się w Azji, lecz ze względu tak na odległości, jak i nieco bardziej ograniczony zasięg tamtejszych eventów stanowią one z naszego – europejskiego punktu widzenia, swoistą ciekawostkę natury turystycznej.

No dobrze dość marudzenia, bo zdjęcia stygną. W tym roku, nauczeni doświadczeniem z lat minionych, do Monachium dotarliśmy już w środę wczesnym popołudniem, lecz zamiast wykorzystać nadspodziewanie przyjemną aurę na zwiedzanie starówki i innych atrakcji, na które nigdy nie mamy czasu prosto z lotniska pojechaliśmy … od razu do MOC-a. Decyzja ta nie była bynajmniej spowodowana jakąś naszą ułomnością wymuszającą koczowanie przed wystawienniczymi halami na dzień przed ich oficjalnym otwarciem, jakbyśmy próbowali osiągnąć poziom fanatyzmu znany jedynie miłośnikom marki z nadgryzionym jabłkiem w logotypie, dla których coś takiego nie byłoby niczym dziwnym, lecz po prostu otrzymaliśmy od zaprzyjaźnionych dystrybutorów i producentów informacje, iż ich systemy są już praktycznie gotowe i jeśli mielibyśmy ochotę rzucić na nie uchem i okiem to … serdecznie zapraszają. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, iż z takich propozycji nie sposób nie skorzystać, bo monachijska starówka, miejmy cichą nadzieję, do przyszłego roku poczeka, a szansa na praktycznie prywatny odsłuch raczej się nie powtórzy. W związku z powyższym dla nas Munich High End 2019 rozpoczął się praktycznie przed godz. 17-ą w środę 8 maja a co udało nam się uchwycić w kadrze zamieściliśmy poniżej. Niniejszym zapraszam zatem na pierwszą część relacji z tegorocznego święta wszelakiej płci, rasy i wyznania audiofilów.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do sali, w której elektronika Timo Engströma (Engström Arne) i Computer Audio Design (CAD) została ustawiona na jubileuszowych, stworzonych specjalnie z okazji 10-lecia działalności stolikach, podstawkach i platformach Franc Audio Accessories. Całość została okablowana przewodami bibacord a zwieńczeniem toru były kolumny Verity Audio Sarastro IIs. W ramach swoistej ciekawostki warto było zwrócić uwagę, iż najbardziej absorbującym gabarytowo, przynajmniej jeśli chodzi o użytą elektronikę elementem wcale nie był lampowy wzmacniacz zintegrowany Arne, lecz … spoczywający na dedykowanej platformie kondycjoner uziemienia CAD GC-R Reference. A właśnie – rodzime akcesoria Franca w wersjach jubileuszowych wyglądały wprost obłędnie. Połączenie ciemnych fornirów, połyskującego aluminium i carbonu robiły nad wyraz pozytywne wrażenie. Miłym dodatkiem okazały się podstawki pod kable, które po przetarciu szlaków przez Boostery Furutecha na stałe zagościły w audiofilskim elementarzu.

Kolejnym gotowym przed oficjalnym otwarciem wystawy pokojem był zajmowany przez elektronikę Brinkmanna i wspomagane duetem potężnych subwooferów SUB NINE kolumny Seven Mk II Vandersteena. Z nowości pokazano przeuroczy a zarazem kompaktowy, wyposażony w bezprzewodowy sterownik gramofon Taurus i równie zaskakujący niewielkimi gabarytami wzmacniacz zintegrowany Voltair. Jeśli ktoś w tym momencie się zastanawia, czy na tak wyrafinowanym poziomie obecność sub-ów jest usprawiedliwiona, to … powinien kiedyś się pofatygować do Monachium, bądź najbliższego dealera i sam, na własne uszy się przekonać. Warto jednak mieć na uwadze, iż aplikacja wsparcia basowego bynajmniej nie polega na klasycznym plug&play, lecz świadomym i w większości mozolnym dostrajaniu generatorów najniższych częstotliwości zarówno do docelowego systemu, jak i zastanych warunków lokalowych. W środę mieliśmy okazję co nieco podejrzeć z przeprowadzanych przez ekipę zajmującą ww. salę procedurę kalibracyjną i muszę uczciwie przyznać, że chcąc dopiąć wszystko na ostatni guzik panowie musieli się sporo „nachodzić” by okiełznać akustykę oferowaną rzez MOC-a.

Niby set elektroniki Soulution z kolumnami Magico (M6) pojawia się w Monachium dość regularnie, jednak nie wiedzieć czemu nie pozwala pozostawać obojętnym na swoje walory brzmieniowe. Ot kawał porządnego dźwięku ze wzorcową, lecz niepozbawioną muzykalności i barwy kontrolą. Oko przyciągały również gramofony De Baer – zarówno topowy Topas, jak i zdecydowanie bardziej kompaktowy, stojący nieco z boku Saphir.

Jednym z gotowych już w środę wystawców był również system Göbela w którym Oliver Göbel wespół z Louisem Desjardinsem (Kronos) prześcigali się w udowadnianiu zalet zarówno źródeł cyfrowych i analogowych, w czym wielce pomocny kazał się zestaw z potężnymi kolumnami Divin Noblesse i nie mniej wyczynową dzieloną amplifikacją Engström – monoblokami Eric i przedwzmacniaczem Lars. O ile jednak gramofonów Louisa mogliśmy posłuchać już wielokrotnie, o tyle przyjemności z odpowiedzialnymi za tor cyfrowy urządzeniami WADAX raczej bezpośrednio nie mieliśmy. A szkoda, gdyż miniony „długi weekend” dał nam możliwość zasmakowania w ich autorkich rozwiązaniach. Wystarczy jedynie wspomnieć o wyposażonym w majestatycznie pracujący napęd THOR 1.3. multiformatowy (CD, SACD, DVD-Audio, Blu Ray pure Audio disc) transport Atlantis, którego obsługa dostarczała równie wiele radości, co pierwsza kolejka elektryczna w dzieciństwie. Miłym akcentem była obecność rodzimego Gigawatta, dzięki którego kondycjonerom (PC-4EVO+ i PC-3SE EVO+) można było zauważyć, iż różnica pomiędzy oddalonymi od siebie zaledwie o 5 metrów gniazdkami potrafiła wynosić nawet 10V.

Imponujący system przygotował w tym roku Marten, u którego podziwiać można było nie tylko majestatyczne kolumny Mingus Orchestra, lecz również bazujący na rozwiązaniach … Technicsa, powstały wespół z Marciem Gomezem (Swedish Analog Technologies – SAT) gramofon XD1 Record Player System. Nie dało się też przeoczyć potężnego kondycjonera Stormtank , który w wystawowych warunkach był nie tyle fanaberią, co niemalże koniecznością.

A teraz nie lada niespodzianka, czyli system Kharmy, który … wreszcie zachwycał nie tylko bogactwem i perfekcją wykonania, lecz również dźwiękiem, z którym to w latach ubiegłych wcale tak różowo nie było. Intrygujące kolumny Enigma Veyron EV-2 grały bowiem rozdzielczo, lecz zarazem karmelowo słodko i muzykalnie. Spora w tym zasługa nieprzesadzonych poziomów głośności, na jakich operowali prezenterzy, ale o ile do tej pory w autorsko i zarazem kompletnie zaaranżowanym (włącznie z podłogą !!!) pokoju Kharmy ograniczaliśmy się głównie do sesji zdjęciowych licząc w duchu, że nikt nie będzie zbyt intensywnie operował pokrętłem volume, to w tym roku uczciwie przyznam, że słuchałem ww. systemu z dużą przyjemnością i z niekłamanym niedosytem, w dodatku bez najmniejszego zmęczenia opuszczałem ww. pokój po kilku kwadransach.

Podczas tegorocznej wystawy w kilku pomieszczeniach można było zauważyć gramofony The R.E.A.L.® 101.3 marki Merrill-Williams. Sam producent deklaruje, iż proponuje najbardziej dramatyczną poprawę jak amiała miejsce w źródłach analogowych od 30 lat. Ile w tym prawdy nie mi oceniać, jednak musze przyznać, że tam, gdzie 101.3 grały źle nie było. Akurat w tym wypadku jedyny w katalogu ww. marki gramofon uzbrojono w ramiona Tri-Planar.

Dramatycznie zmieniamy klimat i z nieco mrocznych „kazamatów analogu” przenosimy się do lśniącej bieli kanadyjskiego Totema. To dość rześkie i szybkie granie, które w pewnym sensie wydaje się być odpowiednikiem europejskiego Tringle’a.

Bułgarski Thrax z jednej strony rozszerza swoje portfolio (vide step-up Trajan MC1) a z drugiej sukcesywnie udoskonala obecne od dłuższego czasu w katalogu produkty (m.in. DAC). Nie boi się też dość egzotycznych konfiguracji, do których niewątpliwie wypadałoby zaliczyć bazujące na rozwiązaniach Altec Lansing z magnesami Alnico kolumny Hellena MKII Troy Audio. W tym przypadkiem ewolucję dźwięku w przypadku tego systemu można było porównać do dobrego, „starego” wina, które „otwiera” się czasem, po dekantacji. W czwartek rano dźwięk był bowiem dość „megafonowy” i szorstki, by z każdą godziną stawać się coraz bardziej wyrafinowanym i koherentnym, by już w sobotnie przedpołudnie skłaniać do spędzenia z nim długich kwadransów.

W Zellatonie bez zmian – śnieżnobiałe okablowanie, dodatki i fortepianowa czerń, czyli sterylnie i nieco sucho.

Jedną z ciekawszych tegorocznych prezentacji przygotowali specjaliści od wszelakiej maści podstawek antywibracyjnych IsoAcoustics – w trakcie odtwarzania dowolnego utworu można było do woli przełączać się pomiędzy dwiema parami Focali – jedną ustawioną na firmowych kolcach a drugą uzbrojoną w stopy IsoAcoustics Gaia. Cóż mogę powiedzieć? W tym przypadku usłyszeć znaczy uwierzyć, ale różnice bynajmniej nie należały do kosmetycznych.

Van den Hul wespół z dość z oryginalnymi, mającymi swoją premierę na Axponie 2019 kolumnami Credo Cinema LTM pojechał po przysłowiowej bandzie. Każda „zaledwie” trójdrożna kolumna dysponowała bowiem 32 wysokotonowcami o średnicy 22mm , czternastoma 4” średniotowcami i czterema 12” wooferami. Bateria godna nagłośnienia koncertu Metallicy? Możliwe, jednak tym razem nijakiej spektakularności i wgniatającej w fotel dynamiki nie odnotowałem.

Co innego w Audiovectorze, gdzie mniej i normalniej znaczyło po prostu lepiej. Z elektronika Gryphona zarówno goszczące w naszych skromnych progach niemalże topowe R8 Arettè, jak i młodsze rodzeństwo oferowało świetna dynamikę i nieprzesadzoną rozdzielczość pozwalającą na delektowanie się muzyką przez długie kwadranse, z czego z resztą skwapliwie korzystałem, gdyż zamiast łapać oddech w zgiełku i szumie ciągów komunikacyjnych zdecydowanie sensowniejszym rozwiązaniem była półgodzinna regeneracja z aromatycznym espresso w dłoni u przemiłych Duńczyków.

W zagajanym na naszych łamach „polskim pokoju” też było na czym oko i ucho zawiesić, tym bardziej, że ekipa z roku na rok coraz lepiej się brzmieniowo „dociera”, co po prostu słychać.

Nadspodziewanie skromnie zaprezentował się Air Tight, dysponujący podobno jeszcze jednym stanowiskiem w którejś zlokalizowanych na poziomie 0 budek, do której jednak pomimo najszczerszych chęci nie udało mi się dotrzeć.

W Siltechu i Cristal Cable wchodzących w skład IAH (International Audio Holding) zmiany widać było gołym okiem. Wraz z nowym CEO – (od 1 maja stanowisko to pełni Robert Winterhoff) pojawił się dość zaskakujący produkt – Symphony – pięciodrożna i zarazem aktywna (częściowo da się to obejść) referencyjna kolumna głośnikowa. O odsłuchu, z racji obecności jedynie pojedynczej sztuki niestety nie było mowy. Mowę też odbierała spodziewana cena, która za parę skalkulowana została na poziomie … 400,000€.

Audionet wraca do gry – z nową aplikacją, sprawdzonymi pomysłami i przyjemnym połączeniem z najnowszymi Dynaudio.

Pomimo drobnych zawirowań natury personalnej Raidho nadal na powierzchni, co nie ukrywam bardzo mnie cieszy. Jest to bowiem dowód na to, że High End wcale nie musi oznaczać wszechobecnej gigantomanii.

W Vitusie premierowo – światło dzienne ujrzała zaskakująco kompaktowa, oczywiście jak na styl Hansa Olego, superintegra SIA-030, która wespół z Rockportami oferowała ciepłe, acz niezaprzeczalnie rozdzielcze brzmienie.

Nie mniej udaną konfigurację zaproponował syn Hansa Olego – Aleksander i jego Alluxity, gdzie również miała miejsce premiera – nowego, wyposażonego w moduł streamera i phono przedwzmacniacza. Niepozorne kolumienki Joseph Audio PERSPECTIVE2 Graphene też doczekały się dość istotnego tuningu, o czym z resztą świadczy nazwa – ich przetworniki wykonywane są z Grafenu.

Trzytubową nowością pocwalił się również Odeon. Nie da się ukryć, iż design jest najdelikatniej mówiąc odważny. Brzmienie też nie pozwalało na obojętność.

W Steinie było podobnie, lecz na „nieco większą” skalę. Idealna propozycja dla byłych pracowników lotnisk.

Zdecydowanie spokojniej do tematu podszedł Wilson Benesch stawiając wspomagane parą Torusów flagowe Eminence i korzystając z nad wyraz popularnej w tym roku elektroniki CH Precision. z okazji okrągłego – 30 jubileuszu nie zabrakło też stosownego „drobazgu”, czyli prototypowego systemu GMT One w skład którego weszły m.in. transport Omega Drive z zawieszeniem magnetycznym i trzy nowe ramiona – Moment, CTi-30 i Graviton.

Jak widać poniżej nie tylko Kharma dba zarówno o brzmienie, lecz również o aspekt natury czysto estetycznej swoich wyrobów. Wśród producentów przewodów trudno przeoczyć markę Skogrand.

Żarty się skończyły – monoteistyczny system MSB z Magico M3 nie brał jeńców. Pełna kontrola, niszczycielski atak i uzależniająca barwa.

Prawdę powiedziawszy po zeszłorocznym szaleństwie spodziewałem się czegoś więcej aniżeli, tego, co pokazał w tym roku Von Schweikert Audio.

Na wizytę w tym pokoju i możliwość rzucenia okiem i uchem na najnowsze dziecko Duńczyków z Gryphona szykowałem się od momentu, gdy w sieci pojawiły się pierwsze zajawki Ethosa. Niestety za każdym razem, gdy do nich zaglądałem widoczny na zdjęciach system milczał.

Na równie statyczną formę autopromocji, z resztą zgodnie z tradycją postawił również McIntosh a nieukrywaną dumą obsługę ekspozycji napawała możliwość zmiany koloru podświetlenia lamp …

Za to w Silbatone, również zgodnie z tradycją grało jak z bajki a dokładnie, jak ze starego kina. Dynamika, swoboda i rozmach na odpowiednim repertuarze wydawał się niedościgniony dla konkurencji.

Tegoroczny mariaż Nagry z YG Acoustics przypominał zarówno Dr. Jekylla, jak i Mr. Hyde’a. Ze źródeł cyfrowych było szaro, płasko i nieco bez wyrazu, za to taśma wprowadzała ww. system na szczyty wyrafinowania. Warto było tam zaglądać od czasu do czasu, aby w końcu załapać się na „szpulaka”.

Oj pięknie tym razem Cessaro Beta II zagrały. Pomimo zdecydowanie mniej kontrowersyjnego designu i zdecydowanie większej uniwersalności okazały się całkiem sensowną alternatywą dla Silbatone.

Skromnie, ale z klasą, czyli Magico M2, Soulution, MSB i analogowa wieża Kronosa. Chyba nie muszę mówić, że LP grało lepiej niż cyfra.

Borgi Fink Team zagrały całkiem nieźle, choć odniosłem wrażenie, że w Warszawie było nieco lepiej.

Pomimo sporego szumu jaki wywołały w pełni aluminiowe kolumny w tym roku Avid próbował sił z nieco mniej „kuloodpornym” designem nowej linii EVO.

Firmowana i okablowana przez Nordosta misterna układanka w skład której wszedł jubileuszowy – powstały z okazji 40-lecia gramofon VPI HW-40 z ramieniem Fatboy, elektronika Moon-a i kolumny YG sama z siebie już grała niczego sobie. Jednak Amerykanie w tym roku przeszli sami siebie i oprócz obcmokanego przez nas kondycjonowania masy z użyciem akcesoriów QKORE pokazali coś jeszcze bardziej odjechanego – QPOINT, czyli synchronizatory rezonansów. Audio Voodoo w najczystszej postaci? Nie wykluczam, ale działa jak jasna cholera i generalnie robi dobrze czemukolwiek pod czym się znajdzie. Był to jeden z niewielu pokoi do których wracałem z niekłamaną przyjemnością a za możliwość przesłuchania od początku do końca LP Niny Simone przy niemalże pustej „widowni” jestem dozgonnie wdzięczny.

Classé, po jak się okazało chwilowych trudnościach, wraca do gry i robi to z przytupem wprowadzając serię Delta – z monoblokami – MONO, stereofoniczną końcówką STEREO i przedwzmacniaczem PRE. Nomenklatura logiczna , wykonanie z tego co udało nam się zobaczyć, pomacać i posłuchać nie pozostawia niedosytu a świadomość, iż nowe zabawki zamiast w CHRLD powstają w japońskiej Shirakawa Audio Works może znacząco wpłynąć na postrzeganie marki.

Esoteric w tym roku swoje pomieszczenie odsłuchowe ukrył za częścią ekspozycyjną, więc z tego co widziałem docierli do niego jedynie najgorliwsi akolici marki.

Lansche Audio bez większego medialnego szumu wzbogaciło portfolio o wyposażony w plazmowy tweeter model 9.2.

Nieco skromniej, choć równie w dystyngowanej czerni prezentowały się z Peak Consult Phoenix z towarzyszącą im elektroniką Ypsilona. W roli źródła miło było zobaczyć i usłyszeć gramofon Döhmann Helix 1 MKII z ramieniem Schröder i wkładką My Sonic Lab Signature Platinum.

Nic a nic ze skromnością nie miał za to wspólnego system, w którym na honorowym podium spoczął topowy Atlantis Reference DAC WADAX-a a na zakończeniu równie „nieskromnych” przewodów Fono Acustica stanęły znane z początku relacji Kharmy.

Kondo, to Kondo, więc obecność obowiązkowa.

Transrotor po raz kolejny pochwalił się Metropolisem I niejako przy okazji wyciągnął ze swoich przepastnych archiwaliów zdecydowanie starsze modele, jak AC z … 1976r.

Focal i Naim w jednym stali domu … czyli kilka słów o historii, współczesności i planach na przyszłość a przy okazji nowe okleiny, jubileuszowe wspominki pod postacią odświeżonych na tenże okoliczność kolumn Spectral 40th.

Piega i Primare to dość nieoczywiste połączenie a tymczasem grało toto nad wyraz przyjemnie.

Duńczycy z Gato Audio postanowili nieco przeorganizować nie tylko własną stronę www, lecz również tematykę dystrybucji i spróbować szczęścia ze sprzedażą bezpośrednią. Co przyniesie przyszłość czas pokaże, ale trzymamy za nich kciuki, bo ich elektronika i kolumny grają po prostu świetnie.

Ekipa Octave zapowiedziała premierę amplifikacji opartej na 300B I słowa dotrzymała. Jeśli jednak ktoś liczył na coś filigranowego, to … srodze się zawiódł, gdyż nowe 300-ki swą posturą dorównują topowym monosom z serii Jubilee.

Mała powtórka z rozrywki, czyli system TAD-a, który mieliśmy przyjemność już dla Państwa opisywać po ostatnim Audio Video Show.

Dynaudio w tym roku postanowiło uwagę odwiedzających ich ekspozycję skupić na serii Confidence i trzeba przyznać, że spięte z elektroniką Moona 30-ki świetnie się w roli wabika sprawdziły.

Dan D’Agostino, czyli skromnie i tanio już było. Tutaj liczy się iście bizantyjski przepych i zegarmistrzowska precyzja. Nie ma jednak co rozpaczać, jeśli bowiem topowe monosy są poza zasięgiem, to niejako na otarcie łez w ofercie Dana pojawiła się „budżetowa” i w dodatku „usieciowiona” integra z serii Progresion.

W ramach powrotu na Ziemię zaserwowałem sobie kilka minut w towarzystwie kolumienek Dali i elektroniki NAD-a. I wiecie Państwo co? Da się z tym dźwiękiem żyć, tylko szkoda, że wystawcy „zapomnieli” o kolcach, o bas jak to się ładnie mówi nieco się „luzował”.

Śmiało mogę stwierdzić, że High End bez wizyty w „budce” Ayona nie byłby tym samym, c odo tej pory. Nie chcąc więc przerywać wieloletniej tradycji i tym razem zajrzałem do Gerharda i to dwukrotnie, by za drugim podejściem załapać się na pasjonujące opowieści samej Lyn Stanley dotyczące realizacji jej najnowszego albumu.

Do budki Lumina dotarłem w czwartkowe późne popołudnie, czyli w porze, gdy wystawowe alejki open space’a mocno się wyludniły, więc korzystając z okazji mogłem jedynie w towarzystwie obsługi spokojnie posłuchać całego systemu. Systemu, w którym oprócz wiadomej elektroniki zagościły „budżetowe TIDAL-e”, czyli kolumny Vimberg. Bez napinki, bez wyczynowości, ale ze wszystkim co w muzyce niezbędne. Idealne miejsce na dłuższą chwilę wytchnienia.

Wytchnienia, które niestety prysło jak bańka mydlana po wizycie w „kiosku” ESD Acoustic. Doprawdy nie wiem, co im odwiedzający takiego strasznego zrobili, ale po kwadransie z tym systemem bałem się, że pisk w uszach będę słyszał do końca wystawy. Gwałt przez uszy pełną gębą. Gombrowicz byłby kontent jak diabli.

Przesiadka do pokoju Kii podziałała jak prawdziwy balsam. Może to i bardziej lifestyle’owe aniżeli audiofilskie podejście do reprodukcji dźwięku, ale … przynajmniej odsłuch nie boli a i domownicy nie muszą się habilitować z zawiłości obsługi.

Najbardziej nowościami obrodziło chyba w Chordzie, gdyż oprócz wzmacniaczy Ultima 2 i 3 światło dzienne ujrzało wielce intrygujące, dedykowano fanom analogu maleństwo – phonostage MM/MC Huei, którego cena została wstępnie ustalona na całkiem rozsądne 999 £.

AVM postawił na minimalizm, prostotę i oczywiście własny gramofon z przepięknie podświetlonym talerzem. McIntosh ma groźnego rywala ;-)

No dobra, żarty na bok, bo jeśli chodzi o gramofony, to TechDAS wytoczył najcięższe i to dosłownie, bo 400 kg, działo, czyli flagowy i w dodatku limitowany do zaledwie kilkudziesięciu sztuk gramofon Air Force Zero.

Métronome i Kalista to pokrótce kwintesencja francuskiej estetyki dźwięku. Jest rześko, zwiewnie i nieco sterylnie, jednak również niezwykle gładko i swobodnie.

Diametralnie inną stylistykę, tak pod względem wzornictwa, jak i brzmienia można było poznać w pokoju, gdzie stały intrygujące Blumenhofery Gran Goia zasilane monoblokami KR Audio DX 100 a odłam cyfrowy reprezentowały Aqua La Formula xHD DAC wraz z transportem CD La Diva. Niby swobodą i rozdzielczością powyższy set niczym nie ustępował francuskiemu sąsiedztwu, jednak poziom wysycenia i soczystości Blumenhoferów był zdecydowanie bliższy moim prywatnym preferencjom.

W Avantgarde bez zmian – tuby wspierane korzystającymi z dobrodziejstwa DSP modułami basowymi nie wychodzą z mody.

Kef + Hegel to od lat zggrany tandem. Nie inaczej było w tym roku.

Nie inaczej sprawy się miały z Wilson Audio Sasha DAW i elektroniką Spectrala, z tą tylko różnicą, iż ww. set operował na zdecydowanie wyższych pułapach audiofilskich doznań.

Thöress swój system okablował równie undergroundowymi, co jego elektronika przewodami Luna Cables, w roli źródła wykorzystał dwa gramofony 101.3 Merrill-Williams a o adaptację akustyczną zadbał Cezary Woś z acoustic manufacture .

Ustroje acoustic manufacture można było „usłyszeć” również w systemach Gauder Akustik, gdzie Dark-i grały z lampami Westend i legendarnymi Western Electric.

Mag-Lev, czyli zaklinania rzeczywistości i praw fizyki ciąg dalszy. Tym razem pomóc w sprzedaży, bo przecież nie dźwiękowi, pomóc ma biała i czarna limitacja (142 szt.) obsypana kryształkami Swarovski’ego. Krzyżyk na drogę.

Powrotem do normalności okazała się wizyta na stanowisku KECES-a oferującego nie tylko wyśmienite zasilacze i kondycjonery, lecz również operującą na sygnałach audio elektronikę. Moje zainteresowanie wzbudził nowy przedwzmacniacz gramofonowy Ephono, który w cenie 699€ może okazać się trudny do pokonania przez zdecydowanie bardziej utytułowaną konkurencję.

Podobnie korzystną relacją jakości do ceny charakteryzują się fińskie kolumny Amphiona, które nie wiedzieć czemu cały czas nie mogą przebić się na naszym rynku.

Za to najmniejszych problemów z rozpoznawalnością nie ma elektronika Musical Fidelity. Zunifikowany design, brak udziwnień i solidne brzmienie bronią się od lat. Oby tak dalej.

O tym, czy „słychać kable” na własne uszy można było przekonać się w AudioQueście a patrząc na to, że wbicie się do ich pokoju ze względu na pełne obłożenie i zajęło mi bez mała trzy dni świadczy tylko o tym, że chętnych i niedowierzających nie brakowało.

W temacie kabli co nieco do powiedzenia miał również Furutech dopieszczający swe przewody z pomocą NCF Boosterów , również w odmianach Signal-L.

W tegorocznej relacji nie mogło również zabraknąć Estelona, które swoją elegancją i wysublimowaniem potrafią zauroczyć nawet najbardziej nieprzejednaną Panią domu oraz dekoratorów wnętrz.

A na deser, dla najwytrwalszych czytelników bonus w postaci fikuśnego turladełka, czyli kruczoczarnego Bugatti Chiron do którego wstęp był jedynie pod warunkiem pozostawienia na zewnątrz … obuwia. Doprawdy trudno sobie wyobrazić co czuli „opiekunowie” stanowiska po 10-godzinnych inhalacjach w nieco klaustrofobiczny wnętrzu tego bolidu.

Ja w tym momencie dziękuję już za uwagę i przekazuję głos Jackowi, który lada moment podzieli się z Państwem swoimi wrażeniami zarówno z hifideluxe, jak i High Endu. Do zobaczenia w przyszłym roku.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Jak co roku nieopodal głównego, ściągającego z całego świata nieprzebrane rzesze audiofilów show, czyli zlokalizowanego w przestronnych halach MOC High Endu egzystuje sobie jej zdecydowanie skromniejszy w swym wymiarze krewniak – hifideluxe. W dodatku krewniak będący nie tylko swoistym sprawdzianem przed ewentualnym skokiem na głęboką wodę – pełen morderczej konkurencji „akwen” Lilienthalallee, lecz również zdecydowanie bardziej bezpiecznym, przynajmniej pod względem biznesowym, start-upem. Żeby było ciekawiej, pomimo upływu lat, hifideluxe cały czas przypomina swą atmosferą nie tyle to, co można obserwować „u nas” – w listopadzie, w Hotelu Sobieski podczas stołecznego Audio Video Show, lecz zdecydowanie bliżej mu do klimatu jednorazowego warszawskiego wydarzenia wystawienniczego, czyli odbywającej się 15 i 16 czerwca … 2002 r. nomen omen w Hotelu Marriott wystawy Hi-End. To ta sama kameralność połączona z wyczuwalnym w większości pokoi niepokojem, że się uda, że ktoś zajrzy, posłucha i zagłosuje własnym portfelem przedłużając żywot dedykowanej złotouchym efemerydy o kolejny sezon. Nie muszę chyba dodawać, iż nie wszystkim egzotycznym gatunkom daje się przetrwać, część jednak ewoluuje i rozwijając żagle przenosi się na High End, więc i fluktuacja wystawców nader skutecznie zapobiega nudzie i wrażeniu déjà vu. Dlatego też, chcąc złapać oddech, bądź też w ramach swoistej rozgrzewki przed maratonem po halach MOC warto choć na dłuższą chwilę wybrać się na Berliner Straße 93 do Munich Marriott Hotel, by na własne oczy i uszy przekonać się cóż tam ciekawego dzieje się w audiofilskim podziemiu. O słuszności powyższej rady przekonaliśmy się z Jackiem już nie raz, więc nauczeni doświadczeniem również i w tym roku po ekstremalnych doznaniach zebranych podczas zamkniętego dla niezrzeszonych czwartkowego dnia głównej monachijskiej wystawy piątkowe popołudnie poświęciliśmy na hifideluxe.

Klucz na zwiedzanie podwojów Marriotta mamy od lat niezmienny – wchodzimy tylko tam gdzie po pierwsze się da (co nie zawsze jest takie oczywiste), gdzie coś gra i gdzie wystawcom zależy na zaprezentowaniu swojej oferty w stopniu chociażby zbliżonym do naszego zaangażowania w uwiecznienie tego na zdjęciach. Logiczne? Okazuje się, że nie do końca, gdyż np. w tym roku w kilku pokojach spotkaliśmy się nie tylko klasycznymi awariami, które spokojnie można podciągnąć pod wypadki losowe i choroby wieku dziecięcego (zastanawiające, że w 99% dotyczyły źródeł grających z plików), lecz również zaskakującą niefrasobliwością i brakiem jakiejkolwiek aranżacji wynajmowanych pomieszczeń w rezultacie czego ustawiając systemy tuż pod oknami wychodzącymi na południowy zachód fundowali odwiedzającym iście oślepiające doznania. Jakby tego było mało co poniektórzy uznali, że więcej znaczy lepiej i w kilkunastometrowych klitkach ustawiali pierwszy rząd krzeseł w odległości niemalże pół metra od linii kolumn. Jeśli zaś chodzi o tych, którym przez powyższą selekcję udało się przejść to … serdecznie zapraszam na krótki spacer po osiemnastu hotelowych pokojach i jakże odmiennych pomysłach na dźwięk.

Na pierwszy ogień poszedł TOTALDAC, który wbrew swojej nazwie postanowił spróbować sił we wzmacnianiu i przedstawił oprócz streamera d1 i d1-dac-a również przedwzmacniacz d1-driver i wzmacniacz mocy Amp-1 a całość podpiąć, w dość niewielkim pomieszczeniu, podpiąć po ustawionych zaskakująco blisko ściany całkiem pokaźnych Magico M6. Całe szczęście operujący kontrolującą powyższą układankę prezenter najwidoczniej zdawał obie sprawę z karkołomności całego przedsięwzięcia, więc nie przesadzał z głośnością, choć i tak dało się zauważyć, że dół pasma z chęcią zagościłby również i w sąsiednich pokojach.

Co z pewnością mogłoby zapobiec chyba największej „wtopie” tegorocznego hifideluxe, czyli pojawieniu się systemu Audio Note UK. Ustawiona byle jak i na byle czym elektronika z „firmowo” wepchniętymi w rogi pokoju kolumnami AN-E grała bez nawet najmniejszego śladu dynamiki i wypełnienia a wystawcy chcąc powyższe mankamenty rozpaczliwie ratowali się coraz to wyższym poziomem generowanych decybeli. Krótko mówiąc czarna rozpacz.

Całe szczęście kilka metrów dalej, w FM Acoustics, było zgodnie z tradycją rewelacyjnie. Operowe arie w wykonaniu Carlo Bergonzi’ego i potężnego aparatu orkiestrowego zachwycały i przenosiły nas do słonecznej Italii. Dynamika, oddech i swoboda zachwycały przykuwając na długie minuty do hotelowych krzeseł. Spokojnie można uznać, iż warto było wybrać się na hifideluxe jedynie po to, by ww. systemu posłuchać. Tak powinien brzmieć High-End i tak właśnie brzmiał. Jednym słowem rewelacja.

Żeby jednak nie było zbyt różowo, wystarczyło zajrzeć do Distretto Audio, by na własne uszy przekonać się, że nawet z użyciem lampowej elektroniki Angstrom Audio i kolumn Venezia Marco Serri Design z powodzeniem można się … ogolić nie gorzej niż brzytwą. Najwidoczniej jednak tego typu estetyka ekipie z Włoch bardzo pasowała, bo humory im dopisywały. Ostre chłopaki ;-)

I znów jesteśmy w audiofilskiej nirwanie. Niby tuby Acapelli nie wydają się być oczywistym wyborem do rocka a tymczasem koncert Lou Reeda z Berlina zabrzmiał co najmniej uzależniająco.

O ile jednak Acapelle zaskoczyły reprodukowanym repertuarem, to system zupełnie nieznanej mi francuskiej marki Askja wywołał klasyczny opad szczęki połączony ze szczerym niedowierzaniem. Bowiem coś, co wyglądało jakby Pixar zaprojektował dystrybutory paliwa i akcesoria AGD dla któregoś z wielkich amerykańskich koncernów z lat 50-ych ubiegłego wieku. Śmiem twierdzić, iż skojarzenia pistacjowych dziwadeł ze wzornictwem znanych z akcesoriów KitchenAid nie są wcale takie bezzasadne. W dodatku o ile identyfikacja kolumn nie powinna nikomu nastręczać większych problemów, to już z reszt widocznego na powyższych zdjęciach osprzętu wcale nie jest tak łatwo. Co prawda ustawione na stoliku ustrojstwo od biedy da się określić mianem wzmacniacza, jednak warto mieć też świadomość iż posiada ono na swoim pokładzie zaprojektowany przez TOTALDAC-a przetwornik cyfrowo/analogowy. Tuż pod nim, przypominający maszynę do wypiekania chleba moduł jest dedykowanym systemowi Absolute Vector Origin zasilaczem a ustawione w pobliżu kolumn „pufy” to autorskie filtry/zwrotnice. Niekonwencjonalne, przynajmniej jeśli chodzi o design? Bynajmniej, jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, iż stoi za nimi Didier Kwak odpowiedzialny m.in. za efekty specjalne do „The Fifth Element” Luca Besson a futurystyczne kształty (przynajmniej kolumn) wynikają z aerodynamicznych uwarunkowań zaczerpniętych z F1 to zaczyna zamiast śmiesznie robić się ciekawie. Ciekawość ta przerodziła się jednak bardzo szybko w niedowierzanie a następnie nad wyraz pozytywne odczucia natury sonicznej, gdyż ww. system zaoferował niezwykle wyrafinowane a zarazem dynamiczne i koherentne brzmienie. Swoboda i wolumen dźwięku zachwycały swą autentycznością, w czym nawet nie przeszkadzał fakt, iż źródłem był najzwyklejszy notebook z nadgryzionym jabłkiem na klapie. Dźwięk wystawy? Nawet jeśli nie, to było niezwykle blisko.

Diesis Audio – szybko, z wykopem i sporą rozdzielczością. Klasyka wypadła nie mniej intrygująco od ustawionej w sąsiedztwie … szynki.

Kroma Audio – pierwszy z dwóch obecnych na hifideluxe systemów ww. marki a zarazem pierwszy i jeśli pamięć mnie w tej chwili nie myli jedyny set, w którym można było usłyszeć „zerówkę” C.E.C.-a.

Przez ostatnie lata ekipa JMF Audio przyzwyczaiła nas, że gdzie jak gdzie, ale u Nich zawsze gra co najmniej wybitnie. Nie inaczej było i tym razem, lecz zamiast jak dotychczas promować gęste formaty SACD i Blu-ray Pure Audio załapaliśmy się na prezentację poczciwej czarnej płyty z gramofonu i to był przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Czego jak czego ale wielkiej symfoniki z iście apokaliptycznymi partiami chóralnymi jeszcze tak zaprezentowanej nie słyszałem. Chapeau bas!

Drugi system z kolumnami Kroma Audio, lecz tym razem zamiast tranzystorów mamy lampy VAC a zamiast bądź co bądź referencyjnego źródła CD nie mniej wyrafinowany gramofon TechDAS Air Force One. Rezultat? Nad wyraz pozytywny rozdzielczość i spójność dźwięku nie pozostawiały wątpliwości, że z analogu da się naprawdę sporo wycisnąć.

Opuszczając całkiem przestronne sale konferencyjno – balowe w drodze do windy zajrzeliśmy do pokoju Klimo, gdzie w równym rządku ustawiono zaskakującą baterię urządzeń odpowiedzialnych za wzmocnienie sygnału pochodzącego z firmowego, jakże charakterystycznego gramofonu i nie mniej wysublimowanych, smukłych kolumn.

W tym roku La Rosita jakoś niespecjalnie zapadła mi w pamięć. Całość wypadła dość szaro i bez większych emocji.

Co innego elektronika Jeffa Rowlanda, która obsługiwana przez samego jej twórcę zaskakiwała tym, co potrafiła wycisnąć z filigranowych monitorków Trenner&Friedl ART . Jak widać znajomość praw fizyki i świadomy dobór odpowiedniego do kubatury pomieszczenia repertuaru potrafi zaowocować wyśmienitym dźwiękiem.

W tym roku kolumny Fyne Audio usłyszeć można było w bodajże trzech sąsiadujących ze sobą pokojach, z których udało nam się zagościć jedynie w dwóch, co i tak utwierdziło mnie w przekonaniu, że czego jak czego, ale kolumnom tym niezależnie od linii i towarzyszącej im elektroniki wyrafinowania i rozmachu nie sposób odmówić. Świetnie dogadujące się z topową elektroniką Regi F703 grały świetnie, jednak nie miały zbytnich szans przy F1-12 napędzanych współpracującą ze streamerem Cary Audio DMS-600 lampową końcówką Carry Audio CAD-120S MkII.

A teraz mała niespodzianka, czyli polski akcent pod postacią produkowanych w … Kutnie kondensatorów Miflexa, które zobaczyć i przy okazji usłyszeć można było w zwrotnicach koreańskich kolumn SeaWave Plotinus. Szkoda tylko, że dźwięk z trudem „mieścił” się w niewielkim hotelowym pokoiku.

Podobne dolegliwości trapiły system firmowany przez Korę, w którym Avantgarde’y miały najdelikatniej rzecz ujmując nieco przyciasno.

Za to tandem Bakoon / Soundkaos nijakich problemów nie miał i grając z mikroskopijnych kolumienek VOX 3 nad wyraz dobitnie udowadniał, że jednak warto iść na jakość a nie li tylko ilość generowanych decybeli i że nieraz mniej znaczy lepiej.

Bodajże dopiero debiutująca marka Aretai zaprezentowała aspirujące do miana high-endu kolumny 4-drożne, i przyjazne amplifikacji (93dB/ 8Ω) kolumny Contra. Pech jednak chciał, że nie pomógł im nie tylko niewielki hotelowy pokój, co i użyta zaskakująco budżetowa elektronika Primare. Czyżby klasyczny falstart? Poczekamy do przyszłego roku i zobaczymy jak się sprawy będą miały.

Zainteresowanych innym punktem widzenia uprasza się o nieodchodzenie od radioodbiorni … znaczy się komputerów, gdyż na dniach ukaże się również relacja Jacka, na którą serdecznie zapraszam.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: TAD Micro Evolution One (ME1)

Opinia 1

Po listopadowej pogoni podłogowej nowości, czyli modelu Evolution One (TAD-E1TX-K) zwieńczonej wyjazdowym odsłuchem w katowickim Audio Stylu jednogłośnie uznaliśmy z Jackiem, że jeśli tylko nadarzy się okazja i cokolwiek z oferty japońskiego TAD-a pojawi się w naszym zasięgu, to jej (znaczy się okazji) nie zmarnujemy i postaramy się owe coś na testy w naszym redakcyjnym OPOS-ie ugościć. Chwilę to trwało, ale cierpliwość się opłaciła, gdyż koniec końców, z „małą pomocą” Hi-Ton Home of Perfection, zawitały u nas przeurocze i wydawać by się mogło wprost idealne do niewielkich M3/M4 podstawkowe monitory TAD Micro Evolution One (ME1) wraz z dedykowanymi im standami TAD-ST3-S.

Patrząc a następnie obmacując i opukując ME1 nie sposób nie odnieść wrażenia, iż ekipa z Tokyo (tym razem już bez Andrew Jonesa) za punkt honoru postawiła sobie w możliwie niewielkiej bryle zmieścić niemalże wszystko co najlepsze. Mamy zatem nie tylko przepięknie wykonane z brzozowej sklejki i MDFu, perfekcyjnie wykończone korpusy obudów z charakterystycznymi przymocowanymi do boków masywnymi płytami stanowiącymi osłony autorskiego układu bas refleks zapewniające równomierną dyspersję tak na boki, jak i w przód oraz tył, ale przede wszystkim firmowe przetworniki. Średnicę i najwyższe rejestry obsługuje bowiem koaksjalny TAD Coherent Source Transducer z 9 cm stożkową, magnezową sekcją średniotonową i 25 mm berylową kopułką wysokotonową a bas 16 cm przetwornik z membraną z wielowarstwowego kompozytu z włókien aramidowych (MACC). Dzięki powyższym zabiegom bryły nie szpecą żadne brzydko mówiąc dziury tak od frontu, jak i pleców. A właśnie, na ścianie przedniej średnio-wysokotonowiec ukryto za delikatną siateczką a pod wooferem umieszczono elegancką srebrną tabliczkę z logotypem producenta, za to na tylnej znajdziemy elegancko wpuszczony szyld z iście biżuteryjnymi, podwójnymi terminalami głośnikowymi. W ramach niezobowiązującej ciekawostki wspomnę jeszcze o fakcie, że ME1 początkowo oferowane były jedynie w wersji piano black i dopiero w 2017 na Tokyo Audio Show zaprezentowana została srebrno-tytanowa opcja, którą mamy przyjemność u siebie gościć. A tak pół żartem, pół serio można stwierdzić iż otrzymaliśmy 2/3 tego, co mogliśmy podziwiać w TAD-E1TX-K – „brakuje” jednej szesnastki na basie i tyle. I jeszcze jeden drobiazg natury użytkowej, który z pewnością zainteresuje posiadaczy małoletniej progenitury i wszelakiej maści zwierzaków, czyli możliwość przykręcenia kolumn do firmowych standów dzięki odpowiednim, nagwintowanym otworom umieszczonym w ich podstawach.

Rozpoczynając część opisującą nasze zmagania odsłuchowe uczciwie się przyznam, że podchodziłem do nich z pewną niepewnością, bowiem blisko czterdziestometrowy OPOS nie wydaje się naturalnym, dedykowanym środowiskiem dla bądź co bądź niewielkich podstawkowców. Ze starszym rodzeństwem, czyli słuchanymi w Katowicach Compact Evolution One, o flagowych Compact Reference One nawet nie wspominając, takowych obaw bym nie miał, jednak w tym przypadku … Skoro jednak powiedziało się „A”, czyli wyraziliśmy chęć zrecenzowania TAD-ów, to wypada powiedzieć „B” i sprawdzić jak tytułowe maluchy z Kraju Kwitnącej Wiśni poradziły sobie w zastanych warunkach lokalowych. Oczywiście na wszelki wypadek przygotowaliśmy też plan awaryjny i gdyby okazało się, że nasz 38-metrowy oktagon przerasta swą kubaturą możliwości Micrusów, to po prostu wdrapalibyśmy się z nimi „na wieżę” gdzie z powodzeniem sprawdzały się np. zdecydowanie mniejsze aniżeli obiekt niniejszej epistoły Trenner&Friedl ART.
Pełen rozterek umieściłem w napędzie „Cześka” (C.E.C. TL 0 3.0) dość leniwie rozpoczynający się album „Hunt” formacji Amarok i niemalże jak na przysłowiowych szpilkach czekałem na rozwój wypadków. Pierwsze takty „Anonymous” i … Przestrzeń kreowana przez ME1 od razu okazała się iście zjawiskowa. Szczekający psiak wylądował daleko poza bazą wyznaczoną przez rozstaw kolumn a delikatne elektroniczne pasaże rozlały się po całym OPOS-ie. Lokalizacja źródeł pozornych też nie schodziła poniżej high-endowej referencji, co niespecjalnie mnie dziwiło biorąc pod uwagę możliwości podłogowego rodzeństwa. Podobnie było ze średnicą na tyle zespoloną z najwyższymi składowymi, że podobnej homogeniczności próżno byłoby ze świecą szukać nawet na zdecydowanie wyższych pułapach cenowych. Jak widać nie bez kozery reprodukujący ww. pasmo koncentryk otrzymał nazwę Coherent Source Transducer. Ta niezwykle wciągająca mieszanka karmelowej słodyczy, niesamowitej rozdzielczości i trudnej do opisania gładkości nad wyraz udanie odciągała uwagę od najniższych składowych, które choć obecne, a przy tym świetnie kontrolowane, z oczywistych względów nie zapuszczały się w rejony zarezerwowane dla pełnopasmowych konstrukcji. Czy można zatem uznać, że TAD-y grają odchudzonym, bądź wręcz pozbawionym fundamentu basowego dźwiękiem? Absolutnie nie. One po prostu stawiając na jakość a nie ilość reprodukują jedynie to, co mogą zapewnić na najwyższym poziomie, by to, co owych standardów nie spełnia po prostu dyplomatycznie pomijać. Dlatego też bez najmniejszych problemów urzekająco pokażą partie kontrabasu na „Afro Bossa” Duke’a Ellingtona, czy nawet wejście waltorni na „The Battle” z „Gladiatora” Hansa Zimmera , by już po chwili mierząc się z „J.S. Bach: Organ Works” w wykonaniu Masaaki’ego Suzuki nader sugestywnie kierować wzrok słuchaczy ku nieco wyższym podzakresom. Co ciekawe efektu tego nie sposób określić mianem radykalnego odcięcia, lecz delikatnego wycofania a co najlepsze, jeśli tylko znamy i pamiętamy te nagrania z sesji ze zdecydowanie większymi kolumnami to chciał nie chciał nasz umysł sobie to i owo dopowie, bo skoro zawsze zejście na sam dół pasma było, to i tym razem być powinno. Powyższe „anomalie” niespecjalnie wychodzą na pierwszy plan przy mniej zobowiązującym repertuarze. Nawet pulsujący popowo – dance’owym beatem momentami zaskakująco płynnie przechodzącym w klimaty country album „Hurts 2B Human” P!nk nie tylko nie sprawił TAD-om najmniejszych problemów, co zabrzmiał wręcz na tyle soczyście, rozdzielczo i … holograficznie, że był w stanie zawstydzić niejedną bardziej audiofilską realizację. Głos P!nk był niezwykle mocny, głęboki i wysycony, podobnie z resztą jak pojawiających się w duetach z nią Khalidem, czy Chrisem Stapeltonem. ME1 robiły jeszcze jedną rzecz. Otóż w sposób całkowicie bezpardonowy pokazywały gdzie instrumentarium stanowiły naturalne gitary, perkusje itp. a gdzie całość była nazwijmy to „syntetyczna” i gdzie P!nk zaśpiewała pełnią płuc, a gdzie jej głos poddano nie zawsze wychodzącym jej na dobre zabiegom „upiększającym”. Zamiast jednak owe różnice eksponować, czy wręcz piętnować japońskie maluchy ograniczały się li tylko do przekazywania słuchaczom pełnego spectrum informacji końcowy werdykt pozostawiając odbiorcy.

Po kilkutygodniowej obecności TAD-ów Micro Evolution One w naszym, redakcyjnym systemie śmiem twierdzić, że są to konstrukcje wybitne z jednym małym „ale”. Nie naginają bowiem praw fizyki i nie próbują za wszelką cenę grać na przysłowiową „setkę” każdego repertuaru niezależnie od kubatury w jakiej przyjdzie im „występować”. O ile bowiem w np. dwudziestu metrach niezwykle trudno będzie im cokolwiek zarzucić tak pod względem dynamiki, jak i rozciągnięcia (szczególnie w dół) pasma, tak w większych pomieszczeniach (vide nasz 38-metrowy OPOS) jeśli tylko nie będziemy widzieli szans na rezygnację z ich holografii i koherencji to zasadnym będzie rozejrzenie się za równie wyrafinowanym co same ME1 … subwooferem (próby rozpocząłbym co najmniej na poziomie REL-a G1 MkII a najlepiej parki takich SUB-ów). Herezja? Dla dwugłośnikowych ortodoksów może i tak, jednak życie nauczyło mnie, żeby nigdy nie mówić nigdy i właśnie TAD-y Micro Evolution One są tego najlepszym przykładem.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Pamiętacie nasz wyjazdowy reportaż o gorących nowościach z Audio Video Show 2018, czyli japońskich kolumnach TAD Evolution One (E1TX-K)? Jeśli tak, to zapewne wiecie, iż była to subtelna zapowiedź kolejnych spotkań a tym brandem, z tą tylko różnicą, że już na własnym podwórku. Fakt, od tego czasu w królowej polskich rzek zdążyło upłynąć już sporo wody. Jednak w myśl przysłowia: „Co się odwlecze, to nie uciecze”, wreszcie przyszedł czas na kolejny, tym razem w kontrolowanych warunkach, miting z tą w moim odczuciu bezapelacyjną legendą segmentu High End. O czym konkretnie mowa? Otóż miło mi poinformować zainteresowanych, iż na pierwszy ogień zostały wytypowane konstrukcje monitorowe w postaci modelu Micro Evolution One (ME1), za pojawienie się których słowa podziękowania należą się warszawskiemu przedstawicielowi TAD-a – salonowi Hi-Tone Home of Perfection.

Jak przystało na produkt z kraju kwitnącej wiśni, w przypadku monitorów TAD mamy do czynienia z pewnego rodzaju dziełem sztuki użytkowej. Począwszy od nadających spokój wizualny obudowom krągłości każdej krawędzi, przez utrzymanie w tym duchu lekko pochylonych dedykowanych podstawek, dbałość o każdy szczegół osadzonego na tylnej ściance terminala z podwójnymi zaciskami kolumnowymi i firmowego znaczka na froncie, po kolorystykę stonowanego złota jako ostatni designerski szlif, wszystko zdaje się być podporządkowane jednemu celowi: z łatwością odnaleźć się w każdych warunkach lokalowych. Nie wiem, jak Wy, ale ja takie podejście do tematu z marszu kupuję.
Gdy zamknęliśmy temat aparycji, przyszedł czas na kilka informacji technicznych. Analiza zdjęć trochę wprowadza w błąd, gdyż mimo iż na ściance przedniej widzimy dwa przetworniki, co sugerowałoby system dwudrożny, tak naprawdę mamy do czynienia z jednym przetwornikiem koaksjalnym (9.5 cm stożkowy średniak i realizowane przy pomocy berylowej kopułki 2.5 cm wysokie tony) i kompozytową 16 cm stożkową niskotonówką czyniąc z tych maluchów tak naprawdę konstrukcję trójdrożną. Jak wspomniałem kilka zdań wcześniej, zaciski do okablowania znajdziemy na plecach obudów. Natomiast jeśli chodzi o porty bas-reflex, te w częstym dla tej marki stylu zaaplikowano na bocznych ściankach. Jednak myliłby się ten, kto sądziłby, że mamy do czynienia ze zwykłymi dziurami. Otóż Japończycy postanowili pójść własną drogą i pod wykończonymi w ciemniejszym złocie niż reszta obudowy osłonami zastosowali będące ich firmowym rozwiązaniem aerodynamiczne uformowane dwukierunkowe tunele wytłaczanego przez membrany głośników powietrza. Niestety, z braku możliwości rozebrania kolumn na części pierwsze, nic więcej na temat tego rozwiązania nie jestem w stanie powiedzieć. Jednak po kilkunastu dniach zabawy zapewniam potencjalnych malkontentów, iż podczas pracy nawet na wysokich poziomach głośności ani razu nie miałem do czynienia z tak zwanym burczybasem, czy szumem z dużą energią wydmuchiwanego powietrza, tylko cichym wielobarwnym oddaniem najniższych częstotliwości. A to niestety potrafi niewiele konstrukcji konkurencji. Wieńcząc tę część tekstu jestem zobligowany wspomnieć o bardzo ważnych w procesie zakupu informacjach liczbowych typu: waga dochodząca do 20 kg. sztuka, impedancja 4 Ω i niezbyt duża skuteczność 85 dB.

Aplikując tak małe kolumny w moim pokoju zawsze biorę poprawkę na mogące wystąpić problemy z ilością najniższych rejestrów. Jednak z wieloletniej zabawy z podobnymi konstrukcjami wiem, jak często producenci chcą na siłę pokazać, iż nawet ponadnormatywny metraż nie jest im straszny. To naturalnie zazwyczaj kończy się, jeśli nawet sporą ilością, to w wartościach bezwzględnych niestety bardzo monotonną jakością tego zakresu pasma akustycznego. Jak było w tym przypadku? Z przyjemnością uspokajam, iż już po pierwszych chwilach z TAD-ami byłem niezmiernie ukontentowany, że potomkowie samurajów nie ferowali siłowo tej częstotliwości. Co jednak ważne, nawet przy cichych odsłuchach bas zawsze sygnalizował swój byt. Bez nachalności, tylko jako czytelny impuls. Dla kogoś zbyt mało? Zaraz, zaraz. To akurat było dla mnie zaletą, bowiem przekręcenie gałki wzmocnienia w prawo co prawda powodowało naturalne zwiększenie jego ilości, jednak nic a nic nie traciłem z rozdzielczości. Czyli przekładając z polskiego na nasze, dźwięk nie opierał się na niskotonowej magmie, tylko wielowymiarowej wirtuozerii operującego w tym zakresie instrumentarium. To pierwszy bardzo pozytywny podpunkt obcowania z japońskimi kolumnami. Kolejnym była teoretycznie zarezerwowana jedynie dla monitorów, jednak w tym przypadku jakże wyśmienita umiejętność budowania wydarzeń muzycznych w moim pokoju. I nie chodzi mi w tym momencie jedynie o głębokość wirtualnej sceny, ale również sposób zawieszenia źródeł pozornych w wymiarze 3D. Zazwyczaj z racji swoich rozmiarów konstrukcje podstawkowe bronią się jedynie spektakularną głębią nie do końca radząc sobie z wizualizacją jej w odpowiednim rozmiarze i z niezbędną dla utożsamiania się ze słuchaną muzyką namacalnością poszczególnych scenicznych bytów. Dlatego z przyjemnością informuję, iż w tych aspektach Micro Evolution One były fenomenalne. Idźmy dalej. Trzecim pozytywem tego spotkania, za sprawą aplikacji berylowego przetwornika wysokotonowego w centrum średniaka, była zjawiskowa spójność i witalność przekazu muzycznego. Bez względu na odległość fotela od frontu kolumn nie udało mi się uchwycić oderwania się jednego z zakresów pasma akustycznego od linii muzycznej. Tak tak, to jest domena głośników koaksjalnych. Sam z takim kiedyś obcowałem i wiem, że są nie do pobicia. Ok. Wszystko wygląda na fantastyczne. A jak pokazywała to konkretna muzyka? Bardzo dobrze. Naturalnie z poprawką na walkę kolumn z przeciwnością losu w postaci zbyt dużego pomieszczenia. Jednak bez paniki. O dziwo, podczas słuchania muzyki klasycznej w momencie nadania jej bliskiego realiom na żywo wolumenu okazało się, że gdy orkiestra grała tutti, kolumny jak na swoje gabaryty zjawiskowo to oddawały. Był rozmach, szybkość, ale i spora masa orkiestrowego wielogłosu. Po prostu Japonki w fantastyczny sposób naginały prawa fizyki. Ale nie w znany ogólnie sposób jako nieokreślona lawa, tylko naszpikowana informacjami energia niskich rejestrów. Po tym doświadczeniu zmieniłem tematykę muzyczną i na talerzu CD-ka wylądowała muzyka dawna. Dlaczego? Ta zazwyczaj nagrywana jest w wielkich budowlach, co pozwoliło mi sprawdzić, jak tak małym skrzynkom uda się przenieść mnie na odsłuchiwaną sesję nagraniową. I? Tym razem klasę pokazał tandem średnio-wysokotonowy. Rozmach, powietrze i fajna kolorystyka wokalizy i instrumentów dawnych nie pozostawiały złudzeń, ze maluszki również w tym są bardzo dobre. Naturalnie wysyceniem średnicy nie zdołały przebić moich austriackich szaf, ale nawet podczas najbardziej złośliwej analizy nie próbowałbym robić z tego wielkiego szumu. I nawet nie chodzi o wytykanie kontrpartnerom różnicy klas, tylko zwyczajne zdroworozsądkowe dozowanie sił w stosunku do zamiarów. Jednak jeśli miałbym doszukać się jakiś ograniczeń, uwagę potencjalnych zainteresowanych skierowałbym w stronę doboru materiału muzycznego, Mianowicie jedyne z czym Micro One miały lekki problem, to muzyka rockowa i elektronika. I gdy jeszcze przy cichym słuchaniu było całkiem ok., to już wyższe poziomy grania pokazywały, iż nasze bohaterki stworzono do czego innego i nieco mniejszych muzycznych samotni. Jednakże nawet tego nie traktowałbym jako niuans, gdyż żaden myślący meloman nie będzie szukał zemsty na swoich organach słuchu przy użyciu tak wyrafinowanych konstrukcji, tylko sięgnie po inne, rodem z rynku pro, ziejące nienawiścią potwory. Jestem w błędzie? Zapewniam Was. Jeśli ktoś tak myśli, nie za bardzo wie, o co chodzi w zabawie w audio na poziomie High End, do którego opisywane TAD-y niezaprzeczalnie się zaliczają, chodzi.

Cóż. Dla postronnego czytelnika analiza powyższego testu może zalatywać moim oderwaniem się od rzeczywistości. Tymczasem po dogłębnym zapoznaniu się z walorami sonicznymi tytułowych kolumn nie mogłem inaczej tego ująć. Oczywiście po raz kolejny zalecam przyłożenie odpowiedniego filtra w kwestii możliwości w zastanych warunkach lokalowych. Ja chcąc być obiektywnym bez najmniejszego problemu to zrobiłem, czego wynikiem było zwracanie uwagi na mogące Was zaczarować największe zalety w dedykowanych pokojach. I gdy teraz po raz kolejny analizuję moje wnioski, nie zdziwiłbym się, gdyby nawet ciężka muza w sprzyjających warunkach była całkiem ok. Niestety to musicie sprawdzić sami. Ja z ręką na sercu mogę powiedzieć jedno, po aplikacji monitorów TAD Micro Evolution One w swój tor audio zderzycie się z pięknem muzyki w wydaniu mistrzyń w budowaniu realiów wirtualnego świata.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: TAD
Kolumny na testy dostarczył Hi-Ton Home of Perfection
Cena: 55 000 PLN

Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, basrefleks
Przetworniki:
– niskotonowy: 16 cm z membraną MACC (wielowarstwowy kompozyt z włókien aramidowych)
– średnio-wysokotonowy: koaksjalny TAD Coherent Source Transducer z 9 cm stożkową sekcją średniotonową i 25 mm berylową kopułką wysokotonową
Pasmo przenoszenia: 36Hz – 60kHz
Częstotliwości podziału: 420Hz, 2.5kHz
Maksymalna moc wejściowa: 150W
Skuteczność: 85dB (2.83V, 1m)
Impedancja znamionowa: 4Ω
Wymiary (S x W x G):251 × 411 × 402 mm
Waga: 20 kg / szt.
Dostępne warianty kolorystyczne: piano black, titanium silver

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Kontynuując eksplorację zagadnień natury energetycznej w dzisiejszej recenzji pochylimy się nad kolejnym akcesorium niezbędnym do pracy większości urządzeń elektrycznych. Mowa oczywiście o przewodzie zasilającym, lecz nie byle jakim, czyli zwykłym „komputerowym” – dorzucanym do pudełka przez producenta wraz z odtwarzaczem Blu-Ray, TV, czy też innym ustrojstwem, a dedykowanym do zastosowań audio i stworzonym nie tylko na podstawie pomiarów, ale może przede wszystkim odsłuchów. O ile bowiem dla większości nieskażonych audiophilią nervosą przewody można podzielić na takie, które działają i takie, które tego nie robią, to już dla (słyszących i świadomych) wyznawców Hi-Fi i High-Endu sam fakt działania, czyli de facto przewodzenia, nie jest sukcesem samym w sobie a jedynie punktem wyjścia do dalszych poszukiwań i mozolnych eksperymentów. Taką właśnie drogę przebył Hendry Ramli, dzięki któremu to po raz kolejny mogliśmy wziąć na redakcyjny warsztat przedstawiciela indonezyjskiej manufaktury Vermöuth Audio – topowy przewód zasilający Reference Power Cord.

Podobnie jak poprzednio u nas recenzowane, należące do serii Reference interkonekty RCA i XLR również i tytułowy przewód, choć zaprojektowany przez Hendry’ego Ramli – założyciela i na chwilę obecną jednoosobowy podmiot gospodarczy Vermöuth Audio, swój początek ma w firmie Wanlung Taiwan – jednym z czterech producentów przewodników OCC na świecie. A same zaś Reference’y składają się ze skręconych z 39 przewodów OCC o różnej średnicy linek o łącznej średnicy 10 AWG owiniętych wokół rurek PE (Air Tubes) wypełnionych powietrzem. Całość znajduje się w aluminiowo-mylarowym płaszczu i jest dodatkowo chroniona plecionym ekranem, a na który z kolei naciągana jest firmowa biała, opalizująca plecionka PVC z pojedynczą czarną nitką. Wtyki to pochodzące od Furutecha modele FI-28 / FI-38 poddane autorskim modyfikacjom i wyposażone w charakterystyczne korpusy z włókna węglowego. Przewody dostarczane są w eleganckich a zarazem skromnych tekturowych pudełkach a przed trudami podróży mogącymi skończyć się niepotrzebnymi otarciami zabezpiecza je płócienny woreczek. W komplecie nie brakuje też stosownego certyfikatu autentyczności.

Przechodząc do części dotyczącej brzmienia wspomnę jedynie na wstępie, iż otrzymany na testy egzemplarz był fabrycznie nowy, więc przez blisko dwa tygodnie pozwoliłem mu spokojnie zaakomodować się w moim systemie, by dopiero po takiej rozgrzewce zacząć go traktować bez taryfy ulgowej. Jeśli zaś chodzi o konkrety, to Vermöuth Audio Reference Power Cord reprezentuje zaskakujące, acz niewątpliwie nad wyraz udane … paradoksalne połączenie pewnego przyciemnienia przy jednoczesnym wzroście rozdzielczości. Zauważacie Państwo tę oczywistą sprzeczność? Jak to możliwe, że suwak z jasnością wędruje w lewo a ilość zauważalnych niuansów i mikrodetali wzrasta? Cóż w Hi-Fi a w szczególności High-Endzie teoria ma to do siebie, iż nie zawsze idzie w parze nie tylko z praktyką, lecz i rzeczywistością, więc zamiast niepotrzebnie głowić się jak takie zjawisko w ogóle jest możliwe sugeruję po jego doświadczeniu po prostu przejść nad nim do porządku dziennego. W dodatku ów efekt nie jest osiągany na drodze nazwijmy ją w uproszczeniu „noktowizyjnej”, gdzie uzyskany obraz może i pokazuje więcej aniżeli egipskie ciemności, lecz niestety obarczony jest niewątpliwą wadą monochromatyczności. Tymczasem zasilającemu Vermöuth-owi nie sposób zarzucić nawet najmniejszych oznak desaturacji a więc mamy w tym przypadku do czynienia z efektem zbliżonym do zastosowania ultra jasnego szkła i wysokoczułej matrycy a i to też nie do końca. Czemu? Otóż przy pełnym otworze w jasnych obiektywach głębia ostrości jest iście „papierowa” (kilkumilimetrowa) a i matryce na wysokim ISO niestety szumią. Za to indonezyjski przewód charakteryzują nie tylko świetny wgląd w głąb sceny muzycznej i co za tym idzie również z gradacją planów nie ma najmniejszych problemów, co niezwykła precyzja w kreowaniu źródeł pozornych wraz z definicją tkanki je wypełniającej i samych konturów.
Co ciekawe, aby tego doświadczyć wcale nie trzeba przekopywać audiofilskie i wymuskane do granic przyzwoitości katalogi Fonè, czy Fim Records, gdyż nawet „komercyjny” album „Fortress” zaskakująco mało popularnej wśród złotouchych formacji Alter Bridge był w stanie pokazać wszystko to, o czym przed chwilą wspominałem. Bas był niezwykle zwarty i schodził w rejony, gdzie nawet Lucyfer woli nie zapuszczać się bez latarki, jednak nawet na moment nie tracił nic a nic z kontroli i zróżnicowania. W pierwszej chwili może więc wydawać się Państwu, iż jest najniższych składowych nieco mniej niż u konkurencji, lecz już w bezpośrednim porównaniu cała prawda powinna wyjść na jaw. Równie pozytywnie zaskakują misternie tkane z gitarowych riffów górne partie, gdzie blask idzie w parze z rozdzielczością i krystaliczną wręcz czystością.
Oczywiście na nieco bardziej wyrafinowanym a przy tym niezelektryfikowanym repertuarze, jak dajmy na to „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen owe niuanse słychać jeszcze lepiej. Aura otaczająca muzyków da się niemalże kroić, wszechobecny spokój już po kilku taktach udziela się również słuchaczom a soczyste i zarazem chropawe barwy użytych podczas sesji nagraniowej instrumentów zapadają w pamięć równie głęboko, jak pierwsza (udana) randka. Szukając umownych, łatwiej rozpoznawalnych dla szerszego grona odbiorców, kablarskich punktów odniesienia śmiem twierdzić, iż pozorne przyciemnienie Vermöutha wydaje się mieć w sobie sporo gęstości znanej mi z 聖HIJIRI ‘TAKUMI’ MAESTRO, choć już pod względem rozdzielczości bliżej mu do flagowego Furutecha NanoFlux-NCF. Całkiem nobilitujące towarzystwo, nie sądzicie?

Vermöuth Audio Reference Power Cord jest kolejnym przykładem na to, że chcieć znaczy móc i aby zaistnieć na rynku ze stricte high-endowym produktem wystarczy mieć pomysł, wiedzę, by go zrealizować i znaleźć solidnego podwykonawcę dysponującego odpowiednio wyrafinowaną technologią. Warto bowiem pamiętać, iż Vermöuth Audio to tak naprawdę jedynie Hendry Ramli, który uparcie dążąc do wytyczonego sobie celu jest w tym miejscu, w którym jest a o jego przewodach robi się coraz głośniej. Oby więcej takich pasjonatów a High-End po okresie korporacyjnych konsolidacji odzyska nie tylko ludzką twarz, lecz i równie „ludzkie” ceny. Czego zarówno Państwu, jak i sobie szczerze życzę.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Jestem święcie przekonany, że kilka tygodni temu, czyli przed pojawieniem się na naszym portalu recenzji okablowania sygnałowego RCA&XLR  Vermöuth Audio Reference słowo „Indonezja” kojarzyło Wam się jedynie z egzotyczną destynacją wakacyjnych podróży. Tymczasem jak wynika z przywoływanego powyższego mitingu, stacjonuje tam marka oferująca fantastycznie wypadające w relacji cena/jakość okablowanie systemów audio. Genezy początków naszej współpracy z tym egzotycznym z naszego punktu widzenia producentem z racji dokładnego wyjaśnienia w poprzednim teście nie będę dzisiaj po raz kolejny przybliżał, tylko z niekłamaną satysfakcją zapraszam wszystkich zainteresowanych na kilka zdań o właściwościach sonicznych kabla zasilającego Vermöuth Audio Reference Power Cord, który po niemałych akrobacjach natury logistycznej wreszcie zawitał w naszych skromnych progach.

Jak doskonale zdradzają to fotografie, w przypadku kabla zasilającego mamy do czynienia z bardzo podobnym wyglądem do sygnałówek. To oznacza, że pakiet splecionych według własnej specyfikacji cienkich drucików o różnej średnicy i przekroju z miedzi UPOCC ubrano w mieniącą się delikatnie opalizującą bielą, dodatkowo przystrojoną krzyżującym się szarym ściegiem, plecionkę. Zaś kwintesencją podobieństwa wizualnego są stosunkowo długie w odniesieniu do konkurencji, ale za to własnej konstrukcji, oparte o włókno węglowe w konstrukcji korpusów wtyki FI-28 / FI-38 Furutecha. Co w dobie tendencji usztywniania wszelkiego okablowania zewnętrznymi izolatorami wydaje się być ważne, to z racji utrzymania przyzwoitej giętkości Power Corda daje się go zaaplikować w nawet najcięższych warunkach lokalowych, a z autopsji wiem, że taki akcent dla wielu melomanów z przysłowiowego M3 jest nie do przecenienia. Tak prezentujący się kabel ubrany jest w ekologiczny lniany woreczek i wraz z gwarantującym bezpieczeństwo zakupu certyfikatem pakowany jest w zgrabne kartonowe pudełko.

Pewnie sporą grupę z Was zaskoczę, ale według moich obserwacji akapit opisu wpływu na dźwięk opiniowanej konstrukcji w stosunku do drutów sygnałowych postawi na nieco inne aspekty brzmienia. Jednak nie wywróci wcześniejszych dóbr do góry nogami, tylko przy podobnym ogólnym sznycie wprowadzi drobne korekty. Jakie? Otóż po wpięciu Power Corda w mój tor delikatnej przemianie uległ najniższy zakres. Nadal był energetyczny, ale wyraźnie zebrał się w sobie, co przy utrzymaniu dobrego napowietrzenia wirtualnej sceny spowodowało lepszy timing generowanej muzyki. Nie muszę chyba bronić tezy, że bardzo zyskały na tym wszelkiego rodzaju gatunki typu mocny rock spod znaku Percival Schuttenbach, czy free jazz Johna Zorna. Jednak jak to w życiu bywa, zawsze jest coś za coś i może nie niestety, ale jestem zobowiązany wspomnieć, iż wykonturowanie basu bez dotykania środka pasma spowodowało skierowanie brzmienia mojej pokolorowanej układanki w stronę neutralności. Jednakże uspokajam wszystkich wietrzących zdradę stanu użytkowników kabli tej marki, iż to są delikatne, a przez to nieszkodzące ogólnej prezentacji ruchy, czego idealnym potwierdzeniem jest brak efektów ubocznych podczas delektowania się ulubionym repertuarem dla ducha, którego przedstawicielami w moim życiu są wszelcy twórcy muzyki kościelnej z Claudio Monteverdim na czele. Czyli co? Da się pogodzić szybkość i niekończące się wybrzmienia? A jakże. Przynajmniej przy użyciu okablowania Vermöuth Audio. Jak to możliwe? Słowem kluczem jest oddech budowanych między kolumnami wydarzeń. Indonezyjczyk przy dobrym wysyceniu i zwartym basie potrafił utrzymać swobodę zawieszania poszczególnych dźwięków w eterze, co kiedy wymagał tego materiał, przekładało się granie z werwą, ale w momencie stawiania na celebrowanie poszczególnej nuty nie tłamsiło jej ofensywnie nadchodzącym kolejnym akordem. Nie wiem, w jaki sposób udało im się to połączyć, ale tak odbieram te kilkanaście dni zabawy z raz wpiętym w przedwzmacniacz liniowy, a raz w końcówkę mocy, pochodzącym z Indonezji, ziejącym prądem białym wężem Reference Power Cord.

Analiza powyższego tekstu rysuje bardzo jasne wnioski. W przypadku okablowania sieciowego Vermöuth Audio Reference Power Cord mamy do czynienia z nieco innym niż druty sygnałowe, ale nadal w bardzo podobnej estetyce sposobem grania. Konsekwentnie odczuwamy sporo oddechu w dobiegającej do naszych organów przyswajania fonii muzyce, a jedynym wprowadzającym korekty aspektem jest odczuwane jako mniejszy udział środka pasma w przekazie delikatne skrócenie się basu. Jednak jak pokazują wyartykułowane niuanse, subiektywny odbiór nic a nic na tym nie traci. Owszem, delikatnie przesuwa się punkt ciężkości. Jednakże ogólna przyjemność z delektowania się wybrzmieniami przy lepszym timingu całości prezentacji sprawia, że nawet w momencie początkowego odbierania tego jako inny, to w wartościach bezwzględnych okazuje się być znacznie prawdziwszym dla większości melomanów punktem widzenia, a nie siłowym przeciąganiem słuchacza na swoją stronę. Niemożliwe? Niestety ostateczna weryfikacja, do której szczerze zachęcam, należy do Was.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Producent: Vermöuth Audio
Cena: 1 300 $ /1,2 m + 180$ za dodatkowe 30 cm.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Już 9 maja rozpocznie się największe święto dla miłośników sprzętu audio – międzynarodowe pokazy High End w Monachium. Ogromna przestrzeń wystawiennicza, setki marek, nowości, trendy, a przede wszystkim prawdziwy high-end. Wśród wielu globalnych firm i wielkich korporacji także mniejsze manufaktury i ręczna produkcja. Pomiędzy wielkimi budżetami, również te mniejsze, ale nie gorsze, bo tworzone z pasją. Taki właśnie będzie „Polski Pokój”, w którym zagra analogowy system złożony z gramofonu J.Sikora, wzmacniacza lampowego EGG-SHELL, tubowych kolumn głośnikowych hORNS i okablowania Albedo.

Janusz Sikora zaprezentuje gramofon Standard MaxBronze Special Edition wyposażony w dwa ramiona J.Sikora Kevlar® 12″. W skrócie KV12 to absolutna nowość – pierwsze na świecie ramię z rurką wykonaną z włókien aramidowych. Ramiona te dopiero co (1 maja) weszły do oficjalnej oferty producenta.

Firma Encore Seven, twórca marki EGG-SHELL zaprezentuje wprowadzony niedawno do oferty model lampowego wzmacniacza zintegrowanego TanQ, reprezentującego klasę A (Single Ended), który jest obecnie flagowym produktem w ofercie bielskiej firmy. Specjalnie na prezentacje w Monachium, wzmacniacz wyposażony został w kwadrę lamp KT88 czeskiej firmy KR Audio, której ręcznie produkowane lampy elektronowe uznawane są obecnie za jedne z najlepszych na świecie.

Firma hORNS, która w ostatnim czasie dynamicznie rozszerza swoje portfolio produktowe, dołoży do systemu kolumny głośnikowe Symphony. To dwudrożne tubowe kolumny podłogowe, których impedancja 8 Ohm i skuteczność na poziomie 95 dB stwarza doskonałe warunki dla współpracy ze wzmacniaczami lampowymi niewielkiej mocy. Marka hORNS znana jest z ciekawych rozwiązań projektowych i unikalnego wzornictwa i w tym duchu podążają także Symphony wykończone od frontu gładkim kolorem szarym, a po bokach fornirem polakierowanym na wysoki połysk.

Firma Albedo znana z produkcji wysokiej klasy srebrnych przewodów audio zapewni komplet okablowania. Będą to monokrystaliczne przewody głośnikowe Metamorphosis, dedykowane do wzmacniaczy lampowych klasy A przewody sygnałowe Solid i Monolith Reference oraz nowe produkty w ofercie – przewody zasilające Gravity I, Gravity II. Oprócz tego system uzupełnią podstawki antywibracyjne CERMO.

Polski Pokój na High-End w Monachium: Atrium 4.2, F231a.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Cardas Nautilus Power Strip

Opinia 1

Jak wiadomo, bez elektryczności karawana zwana systemem audio nie ma najmniejszych szans na wygenerowanie dźwięku. Ale to nie jedyny około-energetyczny problem każdego miłośnika muzyki, ponieważ pojawienie się życiodajnej energii w pojedynczym gniazdku w przypadku rozbudowanego systemu również nie daje szans na rozwiązanie problemu zasilania. Co wówczas robimy? Ano sięgamy po wielogniazdkowe listwy. Proste? Wydawałoby się, że tak. Jednak jak to zwykle bywa, dla wytrawnego audiofila dopiero wtedy zaczynają się prawdziwe problemy. Jakie? Po prostu życie, czyli wybranie najbardziej przezroczystej sonicznie konstrukcji, co przekładając z polskiego na nasze oznacza przemycenie do dźwięku jak najmniejszego ilości swoich manier. Utopia? Owszem. Jednakże na coś trzeba się zdecydować, w czym mają pomóc takie jak dzisiejszy testy. Co zatem trafiło na redakcyjny tapet? Dla choćby minimalnie zorientowanych melomanów wszytko mówi tytuł dzisiejszego spotkania. Jednakże spełniając wszelkie powinności przypomnę, iż tym razem pochylimy się nad pochodzącą ze Stanów Zjednoczonych listwą sieciową Cardas Nautilus Power Strip, której wizytę w moich czterech kątach zawdzięczamy cieszyńskiemu dystrybutorowi Voice.

W teorii listwy zasilające nie muszą być przesadnie atrakcyjnie wizualnie, gdyż ich żywot skazany jest na zaszafkową banicję. Na szczęście to tylko sztucznie rozgłaszana przez księgowych firm produkujących tego typu akcesoria teza, bowiem z pozytywnym skutkiem dla potencjalnego nabywcy wiele marek, z tytułowym Cardasem włącznie, z premedytacją ignoruje. Co to oznacza? Same pozytywy w postaci przykuwających oko konstrukcji. Jak zatem prezentuje się tytułowy mówiąc kolokwialnie rozgałęziacz Power Strip? W tym przypadku mamy do czynienia z korpusem przypominającym kształt świątecznego makowca z trzema usztywniającymi całość konstrukcji w jej górnej części karbowaniami. Tak przygotowany do osadzenia pięciu mieniących się błękitem firmowych gniazd sieciowych satynowo-czarny moduł z dwóch stron zaślepiono połyskującymi złotem deklami. Naturalną sprawą jest uzbrojenie jednego z nich w gniazdo wejścia sieci do listwy, zaś stabilizację na podłodze powierzono niedużym stopkom. Jeśli chodzi o budowę wewnętrzną, idąc za informacjami producenta mamy do czynienia z montażem punkt – punkt przy użyciu własnego okablowania. Każde z gniazd wykorzystuje firmowe zabezpieczenie RFI/EMI. A konstrukcja prowadzenia sygnału uziemienia typu gwiazda kończy się na solidnej, bo ważącej kilogram miedzianej płytce.

Zastosowanie opisywanego dzisiaj dystrybutora życiodajnej energii w typowy dla każdej nowej zabawki w torze sposób nieco przewartościowało końcowy efekt dźwiękowy karmionego prądem zestawu. Na szczęście nie było to rujnujące moje dotychczasowe zabiegi zamulenie lub zbytnie ożywienie przekazu, tylko drobne przearanżowanie całości na swój sposób. Jaki? Już zdradzam. Po ustabilizowaniu się konglomeratu muzycznego dźwięk stał się nieco bardziej gładki. Jednak nie uduszony, tylko pokazujący wysokie rejestry w delikatnych pastelach, ale nadal bardzo dźwięczny. Ale to nie była jedyna zmiana, bowiem przy takim postawieniu sprawy na górze pasma akustycznego okazało się, że ewaluował również najniższy rejestr. Ten, co ciekawe nie poszedł w stronę rozmydlenia, a ku mojemu zaskoczeniu skrócenia basu, co biorąc pod uwagę bardzo częste problemy wielu melomanów z jego nadmiarem może okazać się zbawiennym w skutkach działaniem. Osobiście nie mam jakiś większych dolegliwości w tej materii, dlatego też u mnie ów aspekt przekuł się w uczucie lepszego zwarcia basu, ale nadal z dobrym wypełnieniem. I gdy wydawało się, że to jedyne dotknięte amerykańskim pomysłem na prąd aspekty dźwiękowe, po kilkudniowym mitingu muzycznym zauważyłem, że dzięki tym zabiegom delikatnie odsunęła się ode mnie wirtualna scena. Problem? Bynajmniej, bowiem w efekcie zwiększył się realizm odbioru płyt nagrywanych w wielkich kubaturach kościelnych, bądź warunkach koncertowych. Ciekawe? Dla mnie owszem, gdyż większość mojej płytoteki to muzyka dawna, a ta za wzmacnianie jej spektakularności odwdzięczała mi się jeszcze większym uczuciem bycia podczas sesji nagraniowej. Ale uspokajam. Taka prezentacja na swój sposób pomagała każdej słuchanej muzie. Czy to koncertowej spod znaku Johna Zorna MASADA „First Live 1993”, czy nawet typowo studyjnej oficyn ECM lub ACT. Zawsze pławiłem się uczuciem dobrego rozmachu wydarzeń, ciekawą motoryką dolnych partii pasma i umiejętnie dotkniętą pastelami warstwą muzyczną. Jak taki sznyt grania widziałem w wartościach bezwzględnych? Powiem tak. Mimo ewidentnego odbierania muzyki w delikatnie zmieniony niż mam na co dzień sposób, traktowałem to jako firmowe spojrzenie na całość, a nie szkodę dla końcowego wyniku. Przecież ja decyzją co do swojej listwy również wybierałem coś za coś, zatem trudno mieć pretensję, że ktoś ma inny pomysł na dźwięk. Ważne, aby go nie popsuł, a zapewniam, takiego stanu przeświadczenia w przypadku użycia listwy Cardas Nautilus Power Strip podczas kilkunastodniowego obcowania ani razu nie zanotowałem.

Analizując powyższe kilkanaście zdań wydaje się być jasnym, iż nasza bohaterka w pierwszej kolejności powinna zawitać w systemach zbyt krzykliwych i otyłych. Jednak po tych kilkunastu dniach zabawy we własnej układance nie zawaham się polecić ją wszystkim melomanom, którzy lubią nutkę spokoju w dźwięku. Dlaczego? Jak wspominałem, Power Strip dodaje przekazowi szczyptę balsamu, a to w ukojeniu nerw sesją muzyczną wydaje się być kluczowym zabiegiem. Co ważne, przy takim sposobie prezentacji nie odczujecie stanu zażycia dawki Pavulonu, co u konkurencji często okazuje się być pierwszym punktem przeciwko zakupowi. Amerykańska konstrukcja dobrze wie, jak czarować, a nie zanudzić nas spokojem w muzyce. Czegóż chcieć więcej?

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Opinia 2

Audiofilów i melomanów podzielić można na tych, co kierują się jedynie tym, co przeczytają i tych, którzy jednak wolą kierować się własnym słuchem. Nie ukrywam, że zdecydowanie bardziej wolę zadawać się z populacją należącą do drugiej grupy, gdyż po pierwsze nikomu nie trzeba udowadniać, że białe jest białe a czarne – czarne, a po drugie prowadzone z nimi dyskusje dotyczą samego faktu usłyszenia i prób opisania tegoż zjawiska a nie dzielenia włosa na czworo czemu coś takiego zaistniało, skoro zaistnieć, zgodnie ze „szkiełkiem i okiem” nie powinno i szukaniu dowodów jemu zaprzeczających. Dlatego też niniejszy test dedykuję przede wszystkim do tym, którzy w drodze do sonicznej nirwany kierują się jednak doznaniami stricte empirycznymi i nie wydają opinii zanim czegoś sami nie usłyszą. Jeśli zastanawiacie się Państwo po co to całe czyszczenie przedpola już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż do naszej redakcji trafiło akcesorium, z którego wpływem na brzmienie większość niesłyszących, lecz doskonale wiedzących, z pewnością się nie zgodzi, choć z drugiej strony nie będą w stanie nie zgodzić się z koniecznością użycia go, bądź czegoś podobnego we własnym systemie. Chodzi bowiem o dostarczoną przez cieszyńskiego Voice’a listwę zasilającą Cardas Nautilus Power Strip.

Jak sami Państwo widzicie amerykański Nautilus bynajmniej nie należy do grona akcesoriów, które ze względu na swoją zgrzebną aparycję wstydliwie należy schować za szafką, bądź stolikiem ze sprzętem. Zamiast iście warsztatowej surowości ekipa z Bandon w Oregonie, gdzie Cardasy są ręcznie składane postawiła na niemalże bizantyjski przepych. Elegancki satynowo-czarny korpus zdobi pięć, otoczonych niebieskimi kołnierzami gniazd a z obu końców w roli brzydko mówiąc zaślepek wykorzystano polerowane miedzianozłote „dekle”. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, że taka estetyka nie każdemu może przypaść do gustu, jednak uczciwie trzeba przyznać, iż w większości przypadków ewentualna decyzja zakupowa będzie zależała nie tylko od walorów sonicznych (o czym dosłownie za chwilę), lecz również od szeroko pojętej akceptacji natury wzorniczej, a tej trudno cokolwiek zarzucić, szczególnie gdy o zdanie zapytamy przedstawicielki płci pięknej.
Jeśli zaś chodzi o zagadnienia niekoniecznie widoczne gołym okiem, to charakterystyczne, przyozdobione firmowymi, granatowymi kołnierzami gniazda to 4181EU (oczywiście w standardzie Schuko umożliwiającym obrót wtyczki) a wewnętrzne okablowanie oparto na przewodach 10 i 11,5 AWG Cardas Ultra Pure Grade 1 Copper. Niewątpliwą zaletą tej konstrukcji jest, przynajmniej zgodnie z deklaracjami producenta, brak jakiejkolwiek limitacji dynamiki pomimo tego, iż każde gniazdo jest chronione przed zakłóceniami RFI/EMI a wszystkich połączeń dokonano w technice punkt-punkt. Nie bez znaczenia jest też fakt, iż wewnątrz listwy znajduje się kilogramowa płyta miedziana pełniąca rolę uziemienia a co takie cudo potrafi zdziałać pokazał nasz niedawny test Nordosta QKORE6.

No dobrze. Mamy zatem nad wyraz atrakcyjny wizualnie produkt znanego wytwórcy o ugruntowanej pozycji na audiofilskim rynku, czyli dwie składowe końcowej oceny są bez wątpienia na plus. A jak z dźwiękiem? W dużym uproszczeniu, szczególnie dla znawców oferty Cardasa, można byłoby powiedzieć, że niespodzianki nie ma i Nautilus wręcz idealnie wpisuje się w firmową sygnaturę. Zdaję sobie jednak sprawę, iż nie wszyscy za punkt honoru postawili sobie przesłuchanie i opisanie, bądź zapamiętanie wszystkiego, co trafia na rynek, więc wypadałoby co nieco chociażby o kilku niuansach co najmniej napomknąć. Dlatego też przechodząc do walorów natury brzmieniowej pół żartem pół serio śmiało można uznać iż sygnatura brzmieniowa listwy Cardasa jest w pełni zgodna z jej wyglądem. Jej wpływ na brzmienie określić bowiem można jako wielce udaną mieszankę dostojności i elegancji, w której jakiekolwiek znamiona krzykliwości nie mają po prostu racji bytu. Całe szczęście efekt ten nie został osiągnięty poprzez narzucenie na przekaz muzyczny przysłowiowego koca, lecz na drodze wysycenia średnicy, delikatnego dosłodzenia najwyższych składowych i obecności solidnego fundamentu basowego. Ponadto wyraźnie zwiększona została perspektywa z jakiej prezentowane są wydarzenia muzyczne, dzięki czemu pojawił się bardzo przyjemny i wręcz pożądany oddech. Zjawiskowo wypadają w takiej estetyce nagrania dysponujące odpowiednim ładunkiem informacji o akustyce, w jakich dokonano realizacji jak np. „Antiphone Blues” Arne Domnérusa, czy też nasz dyżurny „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda. Szeroka i obszerna scena dźwiękowa może pochwalić się zarówno precyzyjnym ogniskowaniem źródeł pozornych, jak i wielce sugestywną gradacją planów. O ile jednak delikatne przyciemnienie przekazu tak w jazzie, jak i przy niewielkich składach kameralnych okazywało się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę, to początkowo nie byłem do końca przekonany, czy równie pozytywnie wpłynie na nieco większe formy artystycznego wyrazu i chcąc już mieć tę fazę testów za sobą postanowiłem od razu rzucić Nautilusa na głęboką wodę, sięgając po „S&M” Metallicy, gdzie czwórce z Los Angeles towarzyszą symfonicy z San Francisco. Pierwsze takty „The Ecstasy of Gold” autorstwa Ennio Morricone a potem uderzenie „The Call Of The Ktulu” i jasnym stało się, że również i w tych symfoniczno – metalowych klimatach sygnatura Cardasa nie tylko się sprawdza, lecz wręcz wyciąga z nagrań wszystko to, co najlepsze. Nawet bas, który schodził zaskakująco nisko nie tracił nic a nic z kontroli, czy zróżnicowania, co przy tak gęstej aranżacji wcale nie jest takie oczywiste. Był rozmach, potęga i świetny wgląd w generujący istną ścianę dźwięku aparat muzyczny. W dodatku nie została przekroczona cienka czerwona linia za którą owa potęga i rozmach przybierają iście karykaturalną postać, gdyż zachodzi efekt sztucznego pompowania poszczególnych źródeł pozornych. Tutaj czegoś takiego nie ma, więc wychodzący przed szereg (fizycznie a nie metaforycznie) James Hetfield nie miał trzech i pół metra, lecz swoje 185 cm wzrostu. Ot klasyczny przykład na to, że wcale nie trzeba zafałszowywać rzeczywistości żeby osiągnąć przysłowiowy efekt Wow!

Cardas Nautilus Power Strip to jakby nie patrzeć reprezentant grupy niezbędnych w większości audiofilskich systemów akcesoriów, które dla jednych są li tylko zwykłym i nic nie wnoszącym do efektu finalnego dodatkiem a dla innych niejako początkiem, źródłem życiodajnego prądu, od którego tak naprawdę zależy to, co i jak zagra. Z naszego punktu widzenia oczywiście skłaniamy się ku drugiej z powyższych opcji i z zadowoleniem stwierdzamy, iż wpływ Nautilusa, choć obarczony własną sygnaturą jest bezdyskusyjnie pozytywny, gdyż z jednej strony Power Strip tonizuje i wysyca brzmienie a z drugiej dyscyplinuje bas i nie pozwala na jego „rozlewanie się” na niższą średnicę.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Dystrybucja: Voice
Cena: 6 990 PLN