Monthly Archives: październik 2021


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Meitner Audio MA3

Opinia 1

Historią powstania EMM Labs i Meitner Audio już zdążyłem się z Państwem jakiś czas temu podzielić, więc w ramach niniejszego wstępniaka pozwolę sobie ją pominąć skupiając się na czymś pozornie oczywistym a jednocześnie z racji swej powszechności zastanawiająco nieabsorbującym. Chodzi bowiem o postęp i to postęp, który właśnie w domenie cyfrowej podobno ma największe tempo. Piszę podobno, gdyż o ile w okresie tzw. walki formatów, czy też sukcesywnego zdobywania popularności przez pliki rzeczywiście co i rusz pojawiały się nowe kości a parametry najnowszych formatów szybowały w rejony, gdzie nawet nietoperze już niczego nie słyszały, ów postęp był bezdyskusyjny, to obecnie jakoś nikt nie kwapi się ogłaszać kolejnej rewolucji. Ba, nawet jeśli coś nowego na rynku się pojawia, to u podstaw jego wprowadzenia najczęściej nie leży jakiś milowy krok i przełomowe odkrycie, co konieczność zastąpienia niedostępnej w danej chwili kości układem konkurencyjnym. Tak przynajmniej postępują ci, którzy zdani są na łaskę i niełaskę producentów popularnych a więc stosowanych na masową skalę chipów TI, AKM czy ESS. Całe szczęście nasz dzisiejszy gość, którego personaliów jeszcze nie zdradzę bazuje na własnych – autorskich rozwiązaniach, więc jest sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. O kim mowa? Nieco na okrętkę powiem, że po potężnym EMM Labs DV2 przyszła pora na coś zdecydowanie łatwiej osiągalnego, oczywiście jak na stricte high-endowe realia, czyli obniżamy poprzeczkę pi razy drzwi o 100 kPLN i tym oto sposobem za niespełna 50 kPLN możemy stać się szczęśliwymi posiadaczami … przetwornika Meitner Audio MA3. Oczywiście z tym szczęściem posiadania, to przynajmniej na razie wróżenie z fusów, gdyż nie zdradzając ciągu dalszego, o puencie nawet nie wspominając, w pierwszej kolejności serdecznie zapraszam Państwa na kilka zdań o aparycji dzisiejszego gościa.

Jak sami Państwo widzicie Meitner MA3 prezentuje się nad wyraz skromnie, niepozornie a zarazem elegancko udanie łącząc minimalizm z w miarę zdroworozsądkową ergonomią. Jego korpus wykonano z dość cienkich aluminiowych blach, jednak płyta górna dodatkowo została zaekranowana miedzianą, zajmująca większość jej powierzchni płytą. Z kolei już mile łechce nasze ego gruby płat aluminiowego frontu z laserowo wyciętym firmowym logiem i nazwą modelu w centralnej części przecięty podłużnym oknem niezwykle czytelnego wyświetlacza informującego o statusie pracy, wybranym źródle (stosowny sensor ukryto w lewym dolnym rogu ww. bulaja), parametrach dekodowanego sygnału i sile głosu. A właśnie, warto wspomnieć, iż MA3 dysponuje precyzyjną regulacją sygnału wyjściowego, którą można kontrolować zarówno za pomocą pokaźnego pokrętła ulokowanego na prawej flance ww. displaya, jak i z poziomu równie solidnego, co jednostka główna aluminiowego pilota, bądź uniwersalnej, dostępnej zarówno na platformie Android, jak i iOS apki mConnect Control / mConnect Control HD (wskazanej dla tabletów). Jakichkolwiek innych przycisków i manipulatorów, jeśli nie liczyć schowanego za pleksiglasem okna wyświetlacza sensora umożliwiającego regulację jego iluminacji, brak. Pod spodem urządzenia również, więc w ramach dalszych poszukiwań logika nakazuje udać się na zaplecze. A tam … może na tle ostatnio przez nas recenzowanego Moona 390 szału pozornie nie ma, jednak jest wszystko, co tak naprawdę do szczęścia potrzeba. Do dyspozycji bowiem otrzymujemy sekcję cyfrową z wejściami AES/EBU, koaksjalnym, toslink, dwoma portami USB (typ B-wejście na DACa i typ A -do obsługi pamięci masowych), oraz portem Ethernet (RJ454) z przytulonym gniazdem USB dedykowanym adapterowi do łączności Wi-Fi (dostępny osobno). Poprzez port RS-232 możliwa jest komunikacja z zewnętrznymi systemami domowej inteligencji i sterowanie. Domenę analogową reprezentują para gniazd RCA i analogiczne XLR-y. Włącznik główny zintegrowano z gniazdem zasilającym IEC i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby przedzielono je komorą bezpiecznika. Niestety tym razem z tego zrezygnowano przez co o ile przy użyciu zwykłych „komputerowych” przewodów zasilających dostęp do włącznika jest, choć mówiąc wprost każdorazowe sięganie do niego przy uruchamianiu/wyłączaniu DAC-a do najszczęśliwszych pomysłów nie należy (pilot nie dysponuje opcją usypiania/wybudzania), to przy „audiofilskiej” konfekcji ów dostęp jest po prostu zerowy. Niby nie od dziś wiadomo, że elektronika trzymana pod prądem gra lepiej, jednak taki wybór powinien być dobrowolną decyzją użytkownika a nie poniekąd musem narzucanym przez producenta.

Sercem delikatnie rzecz ujmując niezbyt zatłoczonych trzewi MA3 są pracujące w podwójnej konfiguracji różnicowej autorskie – unikalne, jednobitowe dyskretne moduły MDAC2, do których sygnał trafia z podnoszącego rozdzielczość wszystkich danych wejściowych do 16 x DSD procesora MDAT2 (Meitner Digital Audio Translator). W roli interfejsów użyto dla sygnałów S/PDiF Wolfsona WM8580A a dla USB kości XMOS xCore-200. O jitter też nie musimy się martwić, gdyż nie dość, że zaimplementowano zegar taktujący MCLK2 o bardzo wysokiej stabilności i dokładności lecz również nie zapomniano o asynchronicznym konwerterze częstotliwości próbkowania. Regulację głośności oparto na bezstratnym układzie VControl. Co do modułu odpowiedzialnego za streaming jesteśmy świadkami przysłowiowej powtórki z rozrywki, gdyż mamy do czynienia z transplantacją narządów, których dawcą był nie kto inny, jak znany z wcześniejszych występów EMM Labs NS1. W rezultacie zyskujemy dostęp zarówno do plikozbiorów z naszych lokalnych NAS-ów, jak i najpopularniejszych serwisów streamingowych jak Tidal, Qobuz, Spotify czy Deezer oraz internetowych rozgłośni radiowych przez V-Tuner. Pod względem parametrów jest równie dobrze – oprócz klasycznego PCM (do 24 bitów / 192 kHz) bez problemu nakarmimy Meitnera sygnałami DXD (352 / 384kHz) i DSD (do DSD128) jakby tego było mało uprzejmy Kanadyjczyk nie będzie również grymasił przy MQA. Za dostawy życiodajnej energii odpowiada wielosekcyjny, ekranowany zasilacz impulsowy, o którego kulturę pracy (vide zbytnie nieśmiecenie wokół) dba m.in. filtr sieciowy Schurtera.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu od razu na jej wstępie pozwolę sobie rozwiać ewentualne wątpliwości odnośnie ewentualnych zakusów na zastosowanie półśrodków i optymalizację kosztów własnych poprzez potraktowanie MA3 jako możliwie bliskiej EMM Labs DV2 namiastki. Otóż mili Państwo, nic z tego. O ile bowiem DV2 pomimo dość stonowanego temperamentu i delikatnego przyciemnienia prezentacji oferował wyborną rozdzielczość, dzięki czemu przesiadkę na niego z mojego lampowego Ayona z powodzeniem mogłem potraktować jako ubogacającą i poszerzającą horyzonty wycieczkę w nieco inne, aniżeli najbliższe własnym preferencjom klimaty, to już przełączenie się na MA3 przynajmniej początkowo wcale takiej sielanki nie zapowiadało. Proszę się tylko nie „nakręcać” i oczekiwać nie wiadomo jakiego kataklizmu. Po prostu o ile na co dzień jestem przyzwyczajony do energetycznego i pełnego emocji oraz barw dźwięku, którego oczywistym rozwinięciem jest to, co pokazał niestety znajdujący się poza moim zasięgiem fenomenalny Brinkmann Audio Nyquist mk2, to Meitner MA3 ze swoją stereotypowo studyjną liniowością i emocjonalną zachowawczością, żeby nie napisać upośledzeniem, był zwrotem o niemalże 180 stopni. Zwrotem do którego musiałem się przyzwyczaić, samemu wyzbyć emocji, nabrać dystansu i na chłodno ocenić. Zatem, gdy tylko proces akomodacyjny tak po stronie tytułowego DAC-a, jak i mojej dobiegł końca rad, nie rad zabrałem się za odsłuchy.
Niejako prewencyjnie i poniekąd licząc na cud pierwszą pozycją, po jaką sięgnąłem był gęsty, ciemny i karmelowo słodki „Trav’lin’ Light” Queen Latifah z rozświetloną złotą górą, soczystą, zmysłową średnicą i pulsującym dołem pasma. Jednym słowem album, który z powodzeniem można, jako wystawca, zabierać na wszelakiej maści wystawy mając niemalże 100% pewność, że nasz system wypadnie na nim co najmniej dobrze będąc w stanie na dłużej przykuć uwagę słuchaczy. Tymczasem na Meitnerze ów romantyczny i wręcz zmysłowy przekaz został podporządkowany nadrzędnej liniowości i akuratności. W efekcie wszystko niby było OK i właściwie zaprezentowane, jednak rykoszetem oberwała przy tym spontaniczność i nieprzewidywalność, która w muzyce wydaje się czymś nie tyle pożądanym, co wręcz koniecznym a eliminacja wszelkich odchyłek od z góry założonej normy zamienia sztukę, do której to muzykę pozwolę sobie zaliczać, w swoiste (od)twórcze rzemiosło. Z jednej strony jest bezpiecznie, miło, gładko i przewidywalnie, ale tego typu estetyka, o ile świetnie sprawdza się w windach i foyer eleganckich hoteli, to przynajmniej dla mnie, nie jest tym, do czego dążę i z czym chciałbym kojarzyć Hi-Fi, o High-Endzie nawet nie wspominając. Mówiąc w skrócie, nawet na zaraźliwie spontanicznym i zazwyczaj niepozwalającym na spokojne usiedzenie w miejscu „I’m Gonna Live Till I Die” emocje były jak na grzybobraniu.
Zmiana repertuaru na prog-metalowy „Marrow” Madder Mortem nieco poprawiła sytuację, gdyż nagromadzoną na ww. krążku norweskiej formacji energią z powodzeniem można byłoby obdzielić jeszcze ze dwie kapele, więc było z czego schodzić. I tutaj wspominana liniowość i akuratność Meitnera już tak nie uwierała. Ba śmiem twierdzić, że na swój sposób normalizowała ten trudny do jednoznacznej kwalifikacji materiał i sprawiała, że miał szansę zaistnieć w świadomości zdecydowanie szerszego grona odbiorców. Na pierwszy plan wysunęły się melodyjne partie wokalne charyzmatycznej Agnete M. Kirkevaag a z reguły wywołujące nerwowe reakcje groźny growl i iście potępieńcze krzyki schodziły na dalszy plan. Podobne obserwacje poczyniłem podczas odsłuchu „Pandora’s Piñata” Diablo Swing Orchestra, czyli wydawnictwa które przypomina szaleńczą podróż rollercoasterem po zażyciu iście zabójczego koktajlu złożonego wyłącznie z niekoniecznie znajdujących się na liście leków refundowanych przez NFZ substancji psychoaktywnych. Tymczasem MA3 spiął całość w ściśle zdefiniowane i spełniające jego wymagania ramy ograniczając szaleństwo do niezbędnego minimum a opętańcze pląsy Szwedów przeobrażając w dystyngowany pokaz tańców towarzyskich z wysmarowanymi samoopalaczem tancerkami i ich nażelowanymi partnerami. Nawet zwykle rażące swą bezpardonowością dęciaki rodem z suto zakrapianej meksykańskiej fiesty nabrały gładkości i delikatności, jakby radosna ferajna dokooptowała do swojego grona jeśli nie Chrisa Botti’ego to Kenny’ego G.
Zdolność kreowania przestrzeni określiłbym jako satysfakcjonującą i poprawną, choć bez fajerwerków. Na koncertowym „In Concert with the London Symphony Orchestra” Deep Purple niby „słychać” kubaturę Royal Albert Hall, jednak z autopsji wiem, że z tego materiału można wyciągnąć więcej. I tu ciekawostka. Okazało się bowiem, że MA3 najlepiej sobie z nim radził posiłkując się zaimplementowanym modułem streamera, gdyż sygnał dostarczony na jego wejścia z zewnętrznych źródeł cyfrowych prezentowany był nazbyt zwiewnie i bez odpowiedniego wypełnienia kreślonych cienką linią konturów.

Krótko mówiąc jeśli kardiolog zalecił Państwu dbanie o serce, wystrzeganie się gwałtownych emocji i generalnie egzystencję w warunkach zbliżonych do cieplarnianej krainy łagodności Meitner MA3 wydaje się wręcz idealną propozycją. A tak już zupełnie na serio kanadyjski DAC świetnie sprawdzi się wszędzie tam, gdzie świadomie, czy też nie, ktoś przesadził z wysyceniem i temperaturą przekazu i szuka możliwie bezbolesnego sposobu na jego normalizację. W pozostałych przypadkach przed zakupem sugeruję bezwarunkowe wypożyczenie i kilkudniowy odsłuch.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– DAC/Preamp: Moon 390
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones; Classé Audio Delta Stereo
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable; Synergistic Research Galileo SX SC
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Być może wielu z Was się zdziwi, ale bez względu na fakt, że nasza wyszukiwarka nie będzie w stanie znaleźć jakiejkolwiek informacji na temat tytułowego brandu, nie jest to jego debiutancki występ na naszym portalu. Jak to możliwe? Pamiętacie nasze zmagania z topowym przetwornikiem cyfrowo/analogowym marki EMM Labs DV2? To ten samo podmiot gospodarczy, z tą tylko różnicą, że dedykowany bardziej zasobnej klienteli, dlatego dla wyraźniejszego pozycjonowania pośród światowej oferty egzystujący pod inną nazwą. Czy w kontekście naszego bohatera ma to jakieś znaczenie? Otóż bardzo istotne, bowiem tego typu konotacje rodzinne z czymś bardziej zaawansowanym pozwala mniemać, iż tańszy produkt w pozytywnym tego słowa znaczeniu został zainfekowany rozwiązaniami zastosowanymi u starszego brata. Oczywiście z racji innego budżetu nie jeden do jednego, ale kilka drobnych pomysłów na finalne brzmienie z pewnością zazwyczaj ma szansę trafić pod strzechy. Czy w tym przypadku tak było? Naturalnie to wykaże poniższy test, którego bohaterem dzięki poznańskiemu dystrybutorowi Dwa Kanały tym razem będzie kanadyjski przetwornik D/A z opcją streamera sieciowego z regulowanym sygnałem wyjściowym Meitner Audio MA-3.

Gołym okiem widać, iż wygląd MA-3 nie jest czymś, co ma nas w jakikolwiek sposób poruszyć. Jednak proszę o spokój, bowiem mimo bardzo ascetycznego designu jego aparycja jest przyjemna dla oka. Chodzi mianowicie o fakt ubrania trzewi w prostopadłościenny, typowy w domenie szerokości i głębokości dla tego typu konstrukcji, niezbyt wysoki czarny korpus. Z kolei gruby płat satynowo wykończonego aluminiowego frontu, nie łamiąc wizerunku spokoju oprócz zlokalizowanych na zewnętrznych flankach głęboko wyfrezeowanych fraz nazwy marki i modelu urządzenia, w centrum został obdarzony sporej szerokości doskonale czytelnym nawet z daleka, mieniącym się błękitem na czarnym tle wyświetlaczem z dwoma funkcyjnymi guzikami z lewej i stykającą się z nim czarną gałkę wzmocnienia z prawej strony. Jeśli chodzi o tylny panel, śmiało można powiedzieć, iż wbrew pozorom ogólnego minimalizmu został wyposażony dość bogato. Patrząc nań od lewej strony, w górnej części mamy do dyspozycji rozbudowaną sekcję wejść cyfrowych typu: AES/EBU, COAX, TOSLINK oraz dwa rodzaje USB, tuż obok wejście LAN i wielopinowe złącze diagnostyczne, natomiast pod nią pakiet terminali analogowych RCA/XLR. Oczywistym jest, że tytułowy Meitner MA-3 nie obędzie się bez życiodajnej energii elektrycznej, której dostęp zapewnia osadzone na prawej stronie zintegrowane z włącznikiem gniazdo zasilania IEC. Jeśli chodzi o możliwości sterowania całością, temat realizuje dostarczony zgrabny pilot zdalnego sterowania i/lub dedykowana aplikacja. Przechodząc do technikaliów jestem zobligowany nadmienić, iż nasz bohater oferuje obsługę wielu zależnych od danego wejścia formatów cyfrowych i ich częstotliwości próbkowania od 24 bit/192 kHz dla PCM, DXD 352/384 kHz, DSD 64/128, po MQA. To oczywiście jest to bardzo zgrubna i celowo zawężona paleta danych, gdyż typowym zwyczajem dokładny ich pakiet znajdziecie na końcu poniższego testu, który po zapoznaniu się z moimi wnioskami będziecie mogli na spokojnie sobie przeanalizować. A jeśli taki obrót sprawy przewidujecie, nie pozostaje mi nic innego, jak ową listę możliwości technicznych skonfrontować z konkretnym materiałem muzycznym.

Nie byłbym sobą, gdybym na początku nie przyznał, że potencjalne spotkanie z konstrukcją Meitnera wywoływało u mnie spore zainteresowanie. Ta sama myśl techniczna co wspominany topowy DAC EMM Labs DV2, zatem w duchu liczyłem na sporo sonicznych punktów wspólnych. Oczywiście przepuszczonych przez filtr całkowicie innego budżetu, jednak mimo wszystko według mojej wiedzy w ogólnym postrzeganiu przez wielu melomanów bardzo oczekiwanych. Jakich? Ogólnie nieprzerysowana, czyli daleka od zabijania muzyki plastyka i gładkość dźwięku, przy zachowaniu odpowiedniego oddechu prezentacji i niezbędnego pakietu informacji. To była myśl przewodnia poprzednika, którą miałem nadzieję, powinien kroczyć pobratymca. I wiecie co? Tak też mniej więcej było. Naturalnie z mniejszym akcentowaniem wyrazistości każdej z zalet, jednak jestem dziwnie przekonany, że dla wielu taki przekaz może być uznany za docelowy wzorzec. Tłumacząc to nieco dogłębniej, powiedziałbym, iż naszego bohatera odebrałem jako orędownika bardzo spójnego, bo chadzającego drogą nienachalnego nasycenia z umiejętnie dobraną, stonowaną plastyką i bezpieczną gładkością przekazu muzycznego, grania przez duże „G”. Niby wszystko podane było w light-owy, bez siłowego podkręcania jego barwowych atrakcji z mocną krawędzią włącznie, sposób, a mimo to, po zrozumieniu motta przetwornika, okazywało się być zaskakująco angażującym. Jak to możliwe? Słowo, a tak naprawdę fraza klucz to odpowiednie doprawienie dźwięku raz zwiększeniem jego esencjonalności, a innym razem jego lotności i oddechu. Żadnej magii, tylko praca na rzecz nadrzędnej temu elektronicznemu projektowi, spójności prezentacji.
Dobrym przykładem na obronę tego typu podejścia do malowania świata muzyki była ostatnia kompilacja grupy Marcina Wasilewskiego Trio „En attendant”. Nie było znaczenia, że ten rodzaj zapisów nutowych preferuje raczej nieco bardziej grające skrajami zestawy – chodzi o kontur kontrabasu i lotność blach perkusisty, gdyż Kanadyjczyk tak umiejętnie dozował poziom ich ukulturalniania, aby nie brakowało ani masy nadmuchanym skrzypcom, ani dobrej sygnatury krawędzi iskrom przeszkadzajek bębniarza. Owszem, na co dzień ten temat posiadanym systemem ustawiłem w nieco mocniej konturowy sposób, jednak to, co pokazał testowy egzemplarz, było jedynie innym spojrzeniem na ten sam materiał, a nie jego ułomnym oddaniem. Skąd taka teoria? Z autopsji, którą opieram o wiele wizyt moich znajomych wskazujących dość wyraźny jak na ich preferencje, rysunek moich prezentacji. Po prostu bardziej stawiają na magię fajnie pokolorowanej i muzyki, niż na jej pełny, dla nich robiący coś na kształt wiwisekcji wgląd w nagranie. Błądzą? Nic z tych rzeczy. To zwyczajna wolność Tomku w swoim domku, z czym z uwagi na całkowicie inny odbiór muzyki przez każdego z nas, nigdy nie staram się dyskutować.
Na przekór siewcom złych wróżb w odniesieniu do tego typu prezentacji w podobny, czyli ciekawie zrealizowany sposób reagowała muzyka rockowa spod znaku formacji Metallica z koncertowym materiałem „S&M”. Tak, traciła na agresji, ale za to dzięki wyartykułowanym przed momentem działaniom przetwornika stawała się bardziej przyjazna dla słuchacza. Na swoją obronę nadal kiedy było trzeba, uderzała mnie feerią zamierzonych, często bolesnych dźwiękowych ekstremów, jednakże nigdy nie powodujących wypadania plomb z zębów. Atak, masa i koncertowy rozmach z rozmiarami rozgrywających się wydarzeń były na dobrym poziomie, z tą tylko różnicą, że z tendencją do pokazywania ich w nieco przyjaźniejszy naszym uszom sposób. Ale żeby nie było. Mimo całej Meitner-owej otoczki sonicznej bez jakiegokolwiek naciągania faktów, ów koncert bez problemu zapewnił mi pełen set znanych z innych prezentacji doznań, ze zmęczeniem w końcowej fazie odsłuchów dwóch krążków ciurkiem, włącznie.
Kończąc ten test, wspomnę jeszcze o elektronice. Ta wbrew pozorom również bez najmniejszych problemów epatowała ekspresją, jednakże dla mnie mogłaby być znacznie dosadniejsza w przenikliwości i brzmieniowej twardości. Niestety startowa, czyli pokazująca jeden do jednego działanie danego komponentu na tle posiadanego zestawu, konfiguracja na to nie pozwalała. Dlatego też chcąc sprawdzić, na ile da się te realia zmienić, nie omieszkałem dokonać roszady kablowej. W efekcie temat fajnie ewaluował w oczekiwaną stronę. Co prawda nie w spektakularne ekstremum, ale wynik pozwalał na spokojne uznanie tego podejścia za dobre. Nie wybitne, jednak w pełni satysfakcjonujące. Owszem, zawsze można lepiej, co udowodnił test wspomnianego flagowca EM Labs DV2, wskazując większą energię i rozdzielczość każdego z podzakresów. Niestety będzie to okupione sporymi, często nie do przeskoczenia przez wielu miłośników muzyki kosztami. To niesprawiedliwe? Być może, ale takie jest życie i nic na to nie poradzimy, co chcąc uniknąć konfiguracyjnej wpadki, zmusza nas do określenia swoich preferencji muzycznych.

Kończąc przygodę z ocenianym przetwornikiem D/A, przypomnę, iż nabywając kanadyjską zabawkę, wybieramy drogę przez w znakomitej większości, przyjemny dla ucha świat muzyki. Bez wycieczek w stronę bolesnego ekstremum, jednak po umiejętnej konfiguracji dobrze naświetlający prezentowaną w danym momencie twórczość. Owszem, w stosunku do ciężkiego rocka i elektronicznego szaleństwa ta stawiająca na uduchowienie świata dźwięku będzie miała znacznie większą szansę ocierać się nawet o stan wewnętrznej ekstazy, jednak nie rozpatrywałbym tego jako zło, tylko pewien ważny podczas doboru reszty toru, konfiguracyjny aspekt. Przecież słuchając muzyki z nastawieniem na zamierzone chłonięcie jej niedoskonałości realizatorskiej, nikt nie pokusi się o zakup urządzenia z zapisanym w jego kodzie DNA uprzyjemnieniem projekcji. To jest audio-elementarz i jeśli się do niego nie stosujemy, sami jesteśmy sobie winni. Komu zatem dedykowałbym Meitner-a MA-3? Bez względu na fakt bardzo polaryzujących nasze hobby określeń, oczywiście bez jakichkolwiek wycieczek osobistych, raczej melomanom, aniżeli audiofilom. Zbyt ogólna dedykacja? Spokojnie. Jestem wręcz przekonany, że każdy z Was dokładnie wie, z kim się utożsamia.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Trident II, Gauder Akustik Berlina RC-11
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami””, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Theriaa

Dystrybucja: Dwa kanały
Cena: 47 900 PLN

Dane techniczne
▪ Wejścia cyfrowe:
– AES/EBU, S/PDIF coaxial, TOSLINK (optical) – obsługa do 24 bitów / 192 kHz i DSD
– USB Audio (typ B) obsługa także 2xDSD, DXD (352 / 384kHz) oraz pełne dekodowanie MQA®
– Ethernet (RJ45) obsługa pełnego dekodowania MQA®
▪ Wyjścia analogowe stereo: XLR, RCA
▪ Napięcie wyjściowe: 4.36V (+15.0dBu) XLR, 2.19V (+9.0dBu) RCA
▪ Impedancja wyjściowa: 300 Ω(XLR), 150 Ω(RCA)
▪ Pobór mocy: maks. 50W
▪ Wymiary (S x G x W): 435 x 400 x 92 mm
▪ Waga: 7,43 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Po ponad dwóch latach od wizyty przewodów zasilających Argento Audio Flow Master Reference Extreme Power rodzina duńskich ekstremistów wreszcie pojawiła się u nas w komplecie.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Pełna transparentność analogu w niemieckim wydaniu, czyli zaczynamy wygrzewać gramofon Transrotor Leonardo 40/60 TMD.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: LessLoss C-MARC™ & Firewall

Opinia 1

O tym, iż żyjemy w coraz „głośniejszym” środowisku nikogo uświadamiać wydaje mi się nie trzeba. I to wcale nie chodzi o irytująco wyjące do późnej nocy skutery dostawców internetowych zakupów i fastfoodów, czy sąsiada za ścianą usilnie starającego się wykorzystać ostatnie sekundy przed ciszą nocną na wywiercenie kolejnej dziury swoją nową wiertarką udarową, bądź nawet standardowy ruch uliczny. Ów „hałas środowiskowy” dotyczy również tego, czego tak naprawdę nie widać i pozornie nie słychać, czyli wszelakiej maści zakłóceń wysokoczęstotliwościowych i pasożytniczych artefaktów pochodzących z sieci komórkowych, Wi-Fi, zasilaczy impulsowych i wszelakiej maści technologicznych zdobyczy XXI w. wpływających, czyli de facto zaburzających, pracę naszych wymuskanych i mozolnie przez lata konfigurowanych systemów audio. I choć wydawać by się mogło, że walka z nimi przypominać może li tylko krucjaty na miarę tych uskutecznianych przez imć Don Kichota przeciwko wiatrakom okazuje się, iż są pasjonaci poświęcający własną wiedzę, czas i energię, by coś na owym polu jednak zdziałać. Do tego, bądź co bądź elitarnego grona z pewnością zaliczyć można litewski duet, czyli występujących pod marką LessLoss właściciela Louisa Motka i inżyniera Vilmantasa „Vil”-a Dudę, dla których owa przysłowiowa krucjata od lat stanowi chleb powszedni a ich wspólną obsesją stało się tworzenie i oferowanie rozwiązań pozwalających wszelakiej maści „hałasy środowiskowe” niwelować, jak i zapobiegać ich indukowaniu w miejscach na nie podatnych, do jakich niewątpliwie należą połączenia naszych komponentów audio. I właśnie z ich portfolio, dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora – AVcorp Poland przez ostatnie tygodnie dane nam było zasmakować nie tylko wydawać by się mogło zaskakująco niepozornych, szczególnie patrząc na nie poprzez pryzmat ceny, przewodów głośnikowych C-MARC™(with Entropic Process), jak i zdecydowanie bardziej intrygujących filtrów głośnikowych Firewall for Loudspeakers.

Przewody C-MARC™ wyglądają najdelikatniej mówiąc nad wyraz niezobowiązująco. Ot niepozorne czarne i przy tym zaskakująco wiotkie „sznurówki” otulone czarnym, bawełnianym peszelkiem, uzbrojone w kwalifikujące się do wagi piórkowej bananowe wtyki BFA i przyozdobione jedynie niewielkimi opaskami informującymi o ich kierunkowości i zaliczeniu swoistej ścieżki zdrowia w postaci procesu entropii. Równie nienachalnie prezentuje się opakowanie w jakim są dostarczane, gdyż rolę ochronną pełnią jedynie foliowe torebki strunowe i budżetowe kartonowe pudełka, przywodzące mi na myśl opakowania w jakich swojego czasu masowo dostarczane były słuchawki do wyrastających jak grzyby po deszczu openspejsowych call-center. Najwidoczniej jednak litewscy konstruktorzy wyszli z nomen omen słusznego wniosku, że zamiast wymyślnych a tym samym kosztownych puzderek lepiej maksymalną część środków przeznaczyć na know-how i materiały a co za tym idzie dźwięk a nie zupełnie pomijalne w trakcie odsłuchów opakowania, które koniec końców i tak lądują gdzieś w szafie. Tytułowe C-MARC™-i mają budowę koncentryczną. Ich rdzeń stanowi bawełniana plecionka z 24 czesanych nici. Wokół niego mamy 192 żyłową plecionkę z emaliowanych drutów miedzianych o średnicy 0,125mm każdy w układzie 16 x 12 zaplecionych zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Kolejną warstwą jest bawełniany, skręcony z 96 nagazowanych i uszlachetnionych (merceryzowanych) nici oplot a na nim umieszczono kolejną – bliźniaczą do wcześniejszej, lecz zaplecioną w przeciwnym kierunku, spiralnych „zwojów”, warstwę 192 emaliowanych drutów miedzianych. Ich osłonę zewnętrzną stanowi oczywiście plecionka ze 128 merceryzowanych i nagazowanych nici bawełnianych, na którą z kolei nanizany jest kolejny – identyczny, pleciony ze 128 nici bawełniany peszel. Łączny przekrój wiązek przewodzących wynosi 4,608 mm². Jakby tego było mało dostarczone na testy przewody zostały fabrycznie poddane procesom entropii mającym na celu w pełni kontrolowane „postarzenie” przewodników, zmianę ich wewnętrznej struktury i nadanie im określonej kierunkowości oraz odporności na wibracje.
Z kolei głośnikowe Firewalle prezentują się zdecydowanie bardziej intrygująco. Ich przypominające probówki transparentne, cylindryczne żywiczne korpusy z jednej strony zakończono nagwintowanymi nakrętkami zdolnymi przyjąć dowolnie zakonfekcjonowany przewód głośnikowy a z drugiej (od strony kolumn) krótkimi, kilkunastocentymetrowymi odcinkami przewodów C-MARC™ z widełkami. W każdym z ww. modułów umieszczono po cztery miedziane pręty, które w swym centralnym przebiegu uzbrojono w misternie wykonane w trakcie procesu DMLS (Direct Metal Laser Sintering) – laserowego zgrzewania proszku spiekowego moduły Firewall a następnie zalano żywicą stabilizującą ów intrygujący tak wizualnie, jak i technologicznie układ. Jeśli komuś z Państwa w tym momencie zapaliła się czerwona lampka związana z obawami o elektryczny wpływ Firewalli, czyli mówiąc wprost zaburzenie interakcji amplifikacja-kolumny za oczywistym pośrednictwem przewodów głośnikowych spieszę donieść, iż każde tytułowe akcesorium LessLossa jest widziane przez wzmacniacz jako 16 mm² najzwyklejszego miedzianego drutu, przy czym konieczne jest przestrzeganie zarówno wskazówek dotyczących ich kierunkowości, jak i polaryzacji.

Zamiast od razu rzucać się niczym szczerbaty na suchary na pełen zestaw, bądź chociażby budzące oczywiste zainteresowanie Firewalle uznałem jednak, iż w ramach stopniowania napięcia rozsądniejsza będzie metoda małych kroków. Dlatego też na pierwszy ogień poszły C-MARC™-i w solowej odsłonie i … I śmiem twierdzić, iż zarówno ich aparycja, jak i właściwości fizyczne wydają się idealnie korespondować z oferowanymi przez nie walorami sonicznymi. Chodzi bowiem o to, iż dźwięk oferowany przez LessLossy jest niezwykle plastyczny i na swój sposób przyciemniony. Chociaż to przyciemnienie jest jedynie pozorne i chwilowe – wynikające z pierwszego wrażenia. Okazuje się bowiem, że gdy nasz słuch do nowej estetyki się przyzwyczai to powyższa zmiana okazuje się pochodną absolutnie czarnego tła i równie absolutnej ciszy stanowiącej bazę zawieszonych w niej dźwięków. Efekt aplikacji tytułowych przewodów można porównać do przesiadki na wysokiej klasy „cichy” a więc pozbawiony szumu własnego wzmacniacz w systemie z wysokoskutecznymi kolumnami i nie jest to bynajmniej przesada, lub też mniej bądź bardziej nośna metafora użyta na potrzeby niniejszej epistoły, lecz ewidentny i w pełni namacalny fakt. Posługując się z kolei muzycznymi przykładami, tym razem sięgając po hiperbolę i lekkie przymrużenie oka można posiłkować się analogią zmiany klimatu gwarnego „Jazz at the Pawnshop” Arne Domnérusa na zawieszone w nieprzeniknionej czerni dźwięki lutni na „From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna. Generalnie chodzi o to, że dźwięk z litewskimi przewodami jest bardziej skupiony, czystszy i lepiej zdefiniowany – nieskażony wspominanym szumem. Warto również wspomnieć, iż nie jest przez to mniejszy, gdyż kreowana scena dźwiękowa za każdym razem wiernie odzwierciedla realia nagrania, bądź zamysł ich realizatora. Unikamy dzięki temu zarówno efektu sztucznego rozdmuchania, jak i pomniejszenia – kompresji, gdyż wszystko jest akuratne i zgodne z rzeczywistością. Czy jednak rzeczywiście wszystko jest na tip-top? Poniekąd tak, jednak jedynym małym „ale” na jakie czuję się zwrócić uwagę jest pewne, podskórne uspokojenie przekazu. Tzn. na powyższym, natywnie wyrafinowanym, materiale owa maniera jest praktycznie niezauważalna, gdyż świetnie koresponduje z tego typu estetyką, jednak sięgając po „Ballistic, Sadistic” Annihilatora zwykłem oczekiwać bezpardonowej i brutalnej młócki serwowanej przez pławiących się w smakowicie ognistych thrashowych ekstremach Kanadyjczykach. Tymczasem z C-MARC™-ami ww. krążek zabrzmiał nadspodziewanie może nie tyle delikatnie i kulturalnie, bo do tego trzeba byłoby znaleźć wersję 45RPM i puścić ją na 33 obrotach, co z wyraźnie przypiłowanymi, czy wręcz wymuskanymi u manikiurzystki pazurami. Riffy nieco dosłodzono, stopa już tak bezpardonowo nie tłukła po trzewiach i jeszcze chwila a zastanawiałbym się nad dopisaniem radosnych porykiwań Jeffa Watersa na niedzielną playlistę stanowiącą muzyczne tło rodzinnego obiadu. To oczywiście niewinny żart, jednak jeśli ktoś do tej pory gustował w wysokich modelach japońskich Harmonixów, to i z LessLossami powinien się bardzo szybko zaprzyjaźnić.

A co zmieniły Firewalle? Śmiało a zarazem przewrotnie można stwierdzić, że z jednej strony nic, gdyż litewskie „breloczki” operują w tej samej estetyce co C-MARC™-i a z drugiej wszystko, gdyż intensywność ich wpływu jest nieporównywalnie większa. Uplastycznienie przekazu, zaczernienie i wyciszenie tła idzie jeszcze dalej a homogenizacja struktury źródeł pozornych sięga nawet nie szpiku ich kości, co atomów z jakich zostały zbudowane. Są to jednak zmiany nienaruszające tkanki muzycznej, linii melodycznych, czy samego klimatu nagrań a jedynie usunięcia z nich do tej pory obecnych a zarazem całkowicie pozamuzycznych elementów, czyli de facto właśnie zakłóceń, zniekształceń i mówiąc wprost hałasu. Referencyjny album „Tomba sonora” Stemmeklang / Kristin Bolstad zabrzmiał niczym zrealizowany w bezkresnej otchłani, gdzie czas wygasania poszczególnych dźwięków liczymy w godzinach. I to poniekąd jest fenomen, gdyż cisza pomiędzy poszczególnymi dźwiękami jest kompletna a czerń otaczająca muzyków jak oko wykol a jednocześnie wybrzmienia wcale nie ulegają skróceniu, lecz wręcz przeciwnie – słychać je dokładniej. Co ciekawe, właśnie owe wybrzmienia, czy natywny pogłos katakumb nie są sztucznie wypychane na pierwszy plan, lecz dyskretnie budują klimat nagrania tym samym podkreślając jego realizm. Proszę tylko sięgnąć po „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda a z łatwością określicie Państwo wysokość łukowatych sklepień w Opactwie Noirlac. A jak z cięższym repertuarem, z którego powodu nieco przed chwilą marudziłem? Ukulturalnienie nadal jest obecne, no bo jakże miałoby go nie być, skoro nadal w torze mamy C-MARC™-i, jednak energetyczność przekazu staje się zdecydowanie mniej dyskusyjna. Bas szybciej się zbiera i mocniej kopie, przez co gładkość wysokich rejestrów, gdzie nader często operują gitarowe riffy i komunikatywność średnicy ułatwiają definiowanie rozgrywających się tam wydarzeń. Niejako przy okazji i poniekąd w gratisie dostajemy z całym tym dobrodziejstwem inwentarza możność czerpania radości z nagrań, które do tej pory zbierały przez większą część roku jedynie kurz, gdyż z racji ich niezbyt akceptowalnej realizacji sięgaliśmy po nie nad wyraz okazjonalnie. U mnie taką „zakurzoną półeczkę” okupują m.in. albumy w stylu „Keeper of the Seven Keys, Pts. I & II” Helloween, bądź „Zombie Attack” Tankard a z litewskimi specjałami w torze okazało się, iż da się ich wysłuchać nie tylko od początku do końca, co do tej pory graniczyło z cudem, to jeszcze z niekłamaną przyjemnością, gdyż właśnie owa serwowana przez nie gładkość, koherencja i wysycenie okazały się zaskakująco skutecznym panaceum na ułomności natury realizacyjnej.

W ramach krótkiego podsumowania z powodzeniem można stwierdzić, iż zarówno LessLoss C-MARC™(with Entropic Process), jak i Firewall for Loudspeakers, czy to w firmowym zestawie, czy też występach solowych najogólniej rzecz ujmując robią reprodukowanym przez nasze systemy dźwiękom „dobrze”. Eliminując pasożytnicze artefakty zapewniają dźwięk czystszy, bardziej wyrafinowany i gładszy. Pozwalają też przywrócić równowagę tonalną tam, gdzie nieco brakuje wypełnienia, bądź romantyczności przekazu i jedynie w nazbyt gęstych i ciemnych konfiguracjach mogą przekraczać krytyczną wartość „cukru w cukrze”. Jak to jednak w życiu bywa, nic nie zastąpi odsłuchu dzisiejszych bohaterów we własnym systemie, do czego gorąco Państwa zachęcam.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– DAC/Preamp: Meitner Audio MA3; Moon 390
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones; Classé Audio Delta Stereo
– Wzmacniacz zintegrowany: Pathos Inpol² MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable; Synergistic Research Galileo SX SC
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Pewnie poniższe stwierdzenie wyda się Wam banalnym, jednak dla naprowadzenia na główny punkt dzisiejszego programu przypomnę, iż każda układanka audio – oczywiście z pominięciem tak zwanych produktów „All in one” – jest swoistym zbiorem naczyń połączonych. To zaś tłumacząc jak chłop k…, ni mniej ni więcej oznacza, że ogólne brzmienie wielokomponentowego zestawu bardzo mocno zależy od współpracujących ze sobą elementów. Oczywiście w tym przypadku nie mam na myśli jedynie elektroniki, ale dosłownie każdy, nawet najdrobniejszy element toru z okablowaniem i akcesoriami antywibracyjnymi włącznie, które nie oszukujmy się, służą do jakże ważnego końcowego strojenia jego brzmienia. Myślicie, że ostatni człon poprzedniego zdania to bujda na resorach? Bynajmniej, o czym przekonało się u mnie wielu znajomych z ostatnią lekcją na temat lepszej jakości dźwięku po uruchomieniu odtwarzacza palcem z przedniego panelu odtwarzacza niż pilotem włącznie. Jednak zdając sobie sprawę, że nawet po takiej nauce pośród nas – czytaj miłośników słuchania muzyki w możliwie najwyższej jakości – w postrzeganiu tej materii nadal jest wielu sceptyków, szanując ich zdanie, nie mam zamiaru kruszyć kopii o tak podstawowe zagadnienia. Zrozumieją nasz punkt widzenia, a tak po prawdzie słyszenia – wiele zyskają. Nie? Ich sprawa. Natomiast zmierzając do clou naszej pogadanki, jeśli zabawę w zaawansowane audio traktujecie z równym pietyzmem jak ja, chciałbym zaprosić Was na kilka ciekawych strof o dwuetapowym strojeniu testowej konfiguracji nie tylko tytułowym okablowaniem, ale również akcesoriami kolumnowymi. Zaskoczeni? Jeśli tak i chcecie dowiedzieć się, o czym mowa i co z tego wynikło, wykładając karty na stół dodam, iż dzięki jaworskiemu dystrybutorowi AVcorp tym razem tematem spotkania będzie tandem litewskich kabli kolumnowych LessLoss C-MARC™(with Entropic Process) wespół z ukierunkowującymi końcowy wynik soniczny zestawu, modułami filtrującymi sygnał Firewall.

Jak dobitnie obrazują fotografie, tytułowe druty różnią się od znakomitej większości konkurencji. Mam na myśli ich singlowy przebieg każdej z zaterminowanych w testowej wersji bananami, żył. Zazwyczaj w końcowej fazie produkcji producenci ubierają obydwa przewody w jeden końcowy peszel, jednak według opinii konstruktorów tego modelu opcja pojedynczych przebiegów jest rozwiązaniem bardziej optymalnym brzmieniowo. Jednak to nie jest jego główny wyróżnik, bowiem jego najważniejszą cechą jest użycie tak zwanego drutu Litz i ubranie go w zmniejszające szum własny przewodnika, firmowe rozwiazanie C-MARC™. Z uwagi na spore skomplikowanie tego tematu odsyłając zainteresowanych do źródła na stronie dystrybutora, nie będę sztucznie rozwadniał tekstu, tylko jako ciekawostkę zdradzę, iż kompletny produkt jest efektem nałożenia na siebie aż 6 warstw półproduktów. W ich skład których wchodzą nawinięte na wykonany z czesanego włókna rdzeń kilkunasto-drucikowe wiązki emaliowanego miedzianego przewodnika, kilka przekładek również kilkunasto-nitkowych plecionek nagazowanego i uszlachetnionego włókna naturalnego, ekran z miedzianej Litzz-owanej miedzi itd… . To jest pewnego rodzaju konstrukcyjne szaleństwo, dlatego oprócz próby zrozumienia mojego zawiłego opisu w celach solidniejszego zagłębienia się w temacie, z premedytacją zalecam zainteresowanym zerknąć na stronę producenta. Jednak nie w celu nauczenia się tej produktowej wyliczanki na pamięć, tylko zrozumienia, jak poważnie podchodzi do tego producent.
Jeśli chodzi o moduły filtrujące LessLoss Firewall, opisując serię fotografii, mamy do czynienia z zatopionymi w bezbarwnym akrylowym naboju, przebiegami sygnału przez pewnego rodzaju użebrowane filtry, z których od strony wzmacniacza znajdziemy złocone gniazdo dla konfekcji bananowej, a od kolumny niezbyt długi kabelek zakończony widełkami. Z czym to się je? To dokładnie wie tylko producent, jednak idąc za jego informacjami, owa bezbarwna baryłka dzięki technologii Skill filtering pozwala usunąć z kabla tak zwany szum środowiskowy na poziomie wyższym niż pozwalają na to układy oparte o najlepsze kondensatory i cewki. Niestety więcej dokładniejszych danych na temat Firewall-i nie udało mi się znaleźć, dlatego też wieńcząc opis ich techniczny dodam, iż zastosowana terminacja – wspomniany terminal od strony kabla i widły od kolumn niejako – jest dobrym ruchem producenta, gdyż w pewien sposób wymusza na użytkowniku odpowiednie podłączenie modułu, co wbrew pozorom potencjalnym nabywcom często spędza sen z powiek.

Gdy przebrnęliśmy przez akapit o budowie naszych bohaterów i przyszedł czas na kilka zdań o ich ofercie brzmieniowej, nie będę owijał w bawełnę, tylko już na starcie potwierdzę informacje w odezwie od producenta. Mianowicie piję do fajnego oczyszczania dźwięku z czasem mogących powodować nadpobudliwość systemu wszelkiego rodzaju niechcianych artefaktów typu denerwujące nas sybilanty tudzież zbytnia ofensywność przekazu w górnych rejestrach. Muzyka zostaje ciekawie uplastyczniona, co sprawia, że możemy obcować z nią dowolną ilość czasu bez najmniejszych oznak zmęczenia. Jednak co w tym wszystkim jest najciekawsze, ów brak zmęczenia umiejętnie stroni od wprowadzania do procesu obcowania z muzyką jakichkolwiek objawów znudzenia. Jak to możliwe? Otóż owszem, opiniowane kabelki nadają muzyce przyjemnego posmaku nasycenia i gładkości, jednak mimo odczuwalnego lekkiego cofnięcia najwyższego pasma, nie odbierają jej najważniejszego atutu, jakim jest solidny pakiet informacji. W konsekwencji z jednej strony napawamy się przyjemną barwą i eterycznością dźwięku, a z drugiej nadal brylujemy w świecie pełnym najdrobniejszych niuansów sonicznych. Ale to nie koniec dobrych wieści. Być może w to nie uwierzycie, ale podczas mojego starcia z litewskimi drutami system nie zgłaszał oznak nadmiernego pompowania niskich rejestrów, co w mojej ocenie wręcz książkowo odzwierciedlało zawarte w materiałach promocyjnych zalety okablowania jako oczyszczanie, a nie szkodliwe zagęszczanie sygnału. OK., to było starcie z kablami saute. A co wydarzyło się po aplikacji modułów Firewall? Nic nadzwyczajnego. Zwyczajnie proces ukulturalniania dźwięku został pogłębiony. Jednak myliłby się ten, kto sądziłby, że uduszony. Owszem, jawił się jako spokojniejszy, ale przecież nikt nie namawia do stosowania obydwu produktów w jednej systemowej konfiguracji. A jeśli nawet, to u mnie nadal wynik był daleki od projekcji świata dźwięków jak po zażyciu pavulonu. I może się zdziwicie, ale znając sporo konfiguracji moich znajomych, w kilu z nich bez najmniejszych pobaw o dobry wynik spróbowałbym wpiąć pełen testowy set marki LessLoss, gdyż jego wpływ jest naprawdę umiejętnie dozowany. Jaka byłaby ich ostateczna decyzja, nie wiem, ale przypuszczam, iż byłoby bardzo intrygująco.
Jak całość wypadała w starciu z muzyką? Moim zdaniem w wielu przypadkach przyjemnie kojąco, a przez to zaskakująco ciekawie nawet gdy była bardziej intymna niż mam na co dzień. Chodzi oczywiście o wycyzelowany jazz i muzykę dawną, które w moim systemie już na starcie były trafione w punkt. Owszem, podczas testowej próby pokazały się z jeszcze bardziej natchnionej strony i w pierwszym momencie umysł szukał powodów takiego stanu rzeczy. Jednak dosłownie po kilku taktach okazywało się, że ta przecież mająca ukoić moje zmysły muza przez przefiltrowanie tytułowymi kablami oferowała jeszcze większe, ku mojemu zaskoczeniu przyjemnie przyswajalne pokłady dobrego ducha, co powodowało natychmiastową, co istotne, całkowicie zrozumiałą akomodację z pewnego rodzaju sonicznym novum.
Jeśli chodzi zaś o resztę stanów moich półek z CD-kami, muza typu rock po takim zastrzyku plastycznego dobra, aż kipiała radością od zbawiennego wpływu nie tylko C-MARC-a, ale również dodatkowych filtrów Firewall. Przecież wiadomym jest, jak marnie, zazwyczaj krzykliwie jest zrealizowana, dlatego dwuskładnikowe clou tej epistoły w naturalny sposób okazało się być oczekiwanym panaceum na nieroztropność producentów tego typu zapisów nutowych.
Nieco inaczej widziałem temat w przypadku elektroniki. Ta z racji wpisanego w kod DNA szaleństwa dosłownie każdej nuty podobnych zabiegów raczej nie potrzebuje, Dlatego też walka z zamierzonym przez kable uprzyjemnianiem przekazu nie była dla niej najlepszym czasem. Spokojnie, nie umarła, jednak nie nosiła cech oczekiwanego ADHD, tylko coś na kształt utrzymania zasad kindersztuby na pierwszym obiedzie u teściów. Ale nie zdziwię się, jeśli i taka wersja twórczości przy pomocy sztucznej inteligencji znajdzie swojego wielbiciela. Kto to taki? Oczywiście posiadacz systemu z cechami krzykliwości, których pośród audiofilskiej braci wbrew pozorom jest całkiem sporo.

Mam nadzieję, że powyższy opis dał Wam jasną odpowiedź, czego można spodziewać się po zabawkach z Litwy. Po pierwsze – fajnie kolorują, ale nie zabijają dźwięku. Po drugie – robią to nadzwyczaj delikatnie, co udowodniła ciekawie wypadająca próba z obydwoma komponentami w torze na raz. Zaś po trzecie – obydwa produkty mniej więcej działają tak samo, czyli potencjalny nabywca w celu skorzystania z dobra marki LessLoss nie musi od razu zmieniać kabli, tylko na początek może spróbować działania samych modułów. Kto jest owym potencjalnym nabywcą? To wyartykułowałem już na początku akapitu o brzmieniu systemu testowego. Pewniakami są melomani mierzący się z problemami nadinterpretacji swoich zestawów. Natomiast bez najmniejszych problemów mogącymi spróbować przyjemnego świata muzyki według C-MARC™(with Entropic Process) & Firewall for Loudspeakers jest cała reszta posiadaczy układanek bez oznak otyłości. Nawet ci już z fajnie malującymi świat muzyki. Jeśli nawet nic z tego nie wyjdzie, będą bogatsi o nowe, w mojej opinii cenne doświadczenia.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Wzmacniacz zintegrowany: Pilium Audio Odysseus
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Trident II, Gauder Akustik Berlina RC-11
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Theriaa

Dystrybucja: AVcorp Poland
Ceny
LessLoss C-MARC™(with Entropic Process): 12 790 PLN / 2 x 2m; 15 290 PLN / 2 x 2,5m; 17 790 PLN / 2 x 3m; 20 290 PLN / 2 x 3,5m … 27 790 PLN / 2 x 5m
LessLoss Firewall for Loudspeakers: 7 990,00 PLN / 4 szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Wkładki z serii Ortofon Exclusives, uznawane są powszechnie za jedne z najlepszych wkładek MC na rynku. By zaoferować miłośnikom muzyki jeszcze więcej najwyższej jakości, precyzji i dynamiki w odtwarzanym dźwięku, została powiększona o nową referencyjną wkładkę MC Verismo.

Najnowszy produkt Ortofona – MC Verismo – został opracowany w oparciu o rozległą wiedzę na temat wibracji, rezonansów, kształtów i właściwości materiałów. Niezastąpiona okazała się także znajomość zasad magnetyzmu, doświadczenie w projektowaniu i umiejętności techniczne.

Historia kryjąca się za nazwą „Verismo”

Nazwa pochodzi od włoskiego „vero” czyli „prawda”, a „Verismo” oznacza „realizm”. Słowem „Verismo” określano postromantyczny gatunek operowy, wywodzącym się z włoskiego ruchu literackiego panującego pod koniec XIX i na początku XX wieku. Tradycja operowa „Verismo” związana jest z włoskimi kompozytorami, takimi jak Pietro Mascagni, Ruggero Leoncavallo, Umberto Giordano, Francesco Cilea i Giacomo Puccini, którzy starali się przedstawiać świat z jak największym realizmem.

Celem firmy Ortofon jest ciągłe podnoszenie poprzeczki w zakresie prawdziwej, wiernej i dokładnej reprodukcji nagranego dźwięku. Ma to dostarczyć słuchaczowi, dzięki połączenie innowacji i wiedzy technicznej, unikalnych wartości związanych z ujawnieniem wewnętrznych emocji niesionych przez muzykę.

Elementy designu i materiały najwyższej klasy

Obudowa wkładki Verismo wykonana jest z tytanu w technice Selective Laser Melting (SLM), której pionierem jest firma Ortofon. Technika ta pozwala na precyzyjną kontrolę gęstości materiału z którego zbudowany jest korpus, gwarantując tym samym ekstremalnie wysokie tłumienie wewnętrzne. Obudowa powstaje warstwowo ze spiekanego sproszkowanego metalu.

MC Verismo wykorzystuje diament Replicant 100. Igła typu Line Contact wyróżnia się wąską i długą powierzchnią styku, przez co jest bardzo zbliżona do kształtu rysika wycinającego rowek w płycie matce. Zapewnia to najdokładniejsze odwzorowanie sygnału, najniższe zniekształcenia i rozszerzony zakres reprodukowanych częstotliwości.

Dodanie diamentowego wspornika zapewnia, ze względu na jego twardość i krystaliczną strukturę, najlepsze możliwe połączenie igły z twornikiem. Ulepszenia wspornika „Diamond” na nowo zdefiniowały granice reprodukcji analogowej, pozwalając, jak nigdy dotąd, na prezentację większej ilości szczegółów, różnych subtelności muzyki, a także ukazanie jej prawdziwej głębi.

W MC Verismo kontakt wkładki z ramieniem odbywa się poprzez trzy dobrze zdefiniowane punkty. Oznacza to, że mechaniczna integracja wkładki i ramienia jest zawsze absolutnie perfekcyjna i da w efekcie znaczący i zapierający dech w piersiach wzrost dynamiki, rozdzielczości i bogactwo detali.

Dzięki zoptymalizowanej wadze i umiarkowanej podatności, pasującej do większości nowoczesnych ramion gramofonowych, wkładka MC Verismo jest kompatybilna z wielką gamą nowoczesnych gramofonów high-end.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Aby uczcić 70. rocznicę powstania, firma Cabasse wprowadziła na rynek nowe arcydzieło, kwintesencję swojej wiedzy w dziedzinie akustyki i najnowszych technologii: kolumny PEARL PELEGRINA.

Już w 2013 roku, wraz z pojawieniem się plików o wysokiej rozdzielczości, Cabasse był liderem w tworzeniu i rozwoju kolumn połączonych z internetem i miał misję polegającą na zaoferowaniu flagowego systemu high-endowego typu, na wzór kultowego modelu SPHERE, aktywnych kolumn, które pojawiły się w 2006 roku.

15 lat później, aby uczcić 70. rocznicę istnienia marki, Cabasse prezentuje THE PEARL PELEGRINA. Ten luksusowy, nowoczesny i kompaktowy system jest centralnym elementem gamy głośników, która łączy w sobie najlepsze brzmienie i technologie Cabasse, gwarantujących wyjątkowe wrażenia przy zachowaniu precyzji, czystości i niezrównanej dynamiki.

Pojawienie się THE PEARL PELEGRINA wyznacza kluczową datę w historii Cabasse: 70. rocznicę jej powstania. Ta 70-letnia przygoda to długa i piękna opowieść o pasji do muzyki i rozwiązań akustycznych, ale także o marce, która się unowocześniała i ewoluowała, aby wykorzystać rosnące możliwości technologii cyfrowej do rozwoju swoich głośników.

THE PEARL COLLECTION to najszersza gama high-endowych głośników z łączem internetowym na rynku. THE PEARL PELEGRINA swoją nazwę zawdzięcza rzadkiej 55-karatowej perle, która została odkryta w 1913 roku i nazwana „Incomparable” („Nieporównywalna”). Każda z 70 par głośników w tej ekskluzywnej serii będzie opatrzona numerowaną tabliczką.

Podobnie jak SPHERE, tak i THE PEARL PELEGRINA zadowoli najbardziej wymagających melomanów, audiofilów pragnących najczystszego dźwięku, łatwego dostępu do muzyki cyfrowej oraz najnowszych innowacji technologicznych, pozwalających doświadczyć realizmu i gwarantujących przyjemność płynącą z słuchania muzyki w swoich domach , każdego dnia, jakby muzycy stali tuż przed nimi. Ich właściciele będą mieli również przywilej cieszyć się rzadkim i wyjątkowym dziełem!

THE PEARL PELEGRINA – fakty:

Najlepsze technologie:

• Słynny koncentryczny, trójdrożny głośnik TCA obecny w systemach THE SPHERE i Baltic V – zbudowany z głośników wysokotonowego, średniotonowego i nisko-średniotonowego
• Kompaktowe technologie: kula o średnicy zaledwie 42 cm, zapewniająca najwyższy poziom jakości dźwięku
• Kulminacja ponad 20 lat badań Cabasse w zakresie przetwarzania sygnału cyfrowego
• Ewoluujące technologie przesyłania strumieniowego dzięki wbudowanemu oprogramowaniu
• CRCS (system automatycznej korekty pomieszczenia). Kalibracja za pomocą wbudowanego mikrofonu, umożliwiająca optymalizację dźwięku w zależności od pomieszczenia odsłuchowego

Najlepsze w dźwięku o wysokiej rozdzielczości:

• Ekstremalna dynamika dzięki nowemu 30 cm, opatentowanemu przetwornikowi HELD zasilanemu mocą 1850 W RMS. 4 oddzielne wzmacniacze o łącznej mocy 3700 W RMS napędzają ten pierwszy model kolumn w systemie czterodrożnym, koaksjalnym w katalogu Cabasse.
• Najwyższa precyzja i wierność barw dzięki TCA (trójkoncentryczny przetwornik aramidowy) opracowanemu oryginalnie dla THE SPHERE, który został dodatkowo poprawiony przez najnowsze opracowania w dziedzinie DSP (Digital Signal Processing). Wyjątkowa reprodukcja dźwięku pozwalająca doświadczyć całkowitego zanurzenia się w jego sercu z wysoką precyzją i czystością oraz imponującą dynamiką (134 dB: to dynamika odpowiadająca dźwiękowi samolotu podczas startu). Cała moc i realizm występu na żywo w Twoim salonie!

Niezwykły głośnik z limitowanej edycji, zaprojektowany z okazji 70. rocznicy Cabasse!

THE PEARL PELEGRINA to kolumny wykonane z ekskluzywnych materiałów w luksusowym wykończeniu, które zapewniają niesamowite wrażenia muzyczne.

Nowe arcydzieło Cabasse może się również pochwalić niezwykłym designem, który został wymyślony i wykonany na zamówienie przez zespół marki w Bretanii (północno-zachodnia Francja). Kolumny są kompaktowe, ponieważ mają niecałe 130 cm wysokości, a ich kula i podstawa mają średnicę 48 cm.

Koneserzy marki z pewnością rozpoznają podstawę Lissajous, nazwaną na cześć słynnego fizyka, który sprawił, że „dźwięk stał się widoczny”, oraz logo, które towarzyszy Cabasse od samego początku. Podobnie jak wszystkie głośniki z kolekcji THE PEARL COLLECTION, THE PEARL PELEGRINA wyróżnia się specjalnie wyciętym, polerowanym na wysoki połysk metalową obręczą, która otacza jego sferę, aby jeszcze bardziej podkreślić detale wykończenia sprawiające, że to wyjątkowo ekskluzywny głośnik.

Kolumny te, sprzedawane w parach, zostały wymyślone, zaprojektowane i wyprodukowane we Francji, a każdy z nich został przetestowany z największą starannością w warsztatach Cabasse. Elektronika jest niewidoczna dzięki niewielkim rozmiarom i temu, że ukryto ją w podstawie. Każda para ma numerowane tabliczki identyfikujące tę specjalną limitowaną edycję. Powstanie tylko 70 par THE PEARL PELEGRINA, aby uczcić 70 lat istnienia Cabasse.

Cena detaliczna 25 000 €

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Pathos Inpol² mkII

Opinia 1

Mówiąc Włochy i myśląc o kolumnach skojarzenie może być tylko jedno – Sonus faber, a co do elektroniki, to nie wiem jak u Państwa, ale u mnie myśli automatycznie podążają bynajmniej nie ku np. Gold Note’owi, w którego poprzedniej siedzibie i fabryce miałem okazję gościć, czy Audii Flight, z której to portfolio duet Strumento N°1 & N°4 nader miło wspominam, lecz ku marce, której design jest tyleż charakterystyczny, co ponadczasowy i im więcej lat ma na karku, tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że jeśli coś zrobi się raz i porządnie, a ponadto będąc wiernym własnym przekonaniom, czyli wkładając w to całe serce, to będzie cieszyć oko i ucho niemalże wielopokoleniowo. O kim mowa? O włoskiej manufakturze Pathos Acoustics, z której to katalogu, dzięki uprzejmości dystrybutora – Sieci Salonów Top HiFi & Video Design udało nam się pozyskać na testy urządzenie, które raz zobaczone odzobaczyć się nijak nie chce. Panie i Panowie, jeśli tylko macie dość zgrzebnych i do bólu tej części ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, prostopadłościennych i nudnych jak przemówienia Gomółki prostopadłościennych skrzynek oto coś, czym z nudą i sztampą nie ma absolutnie nic a nic wspólnego – najnowsza odsłona hybrydowej integry Pathos Inpol² mkII.

W porównaniu z poprzednią inkarnacją zmiany na pierwszy rzut oka są niemalże kosmetyczne, jednak gdy się z ich listą zapoznamy śmiało można uznać je za zgoła zasadnicze. Tytuł najbardziej istotnej z pewnością przypadnie zastąpieniu zasilania impulsowego konwencjonalnymi trafami – po jednym na kanał, co poniekąd jest powrotem do korzeni i mówiąc wprost do normalności. Wzrosła też z 3 do 4 szt. liczebność pyszniących się lubieżną czerwienią 22 mF kondensatorów. Ponadto z drobiazgów natury użytkowej nie można pominąć innego rozstawu terminali głośnikowych, które tym razem zostały ulokowane skośnie, więc nawet przy bi-wiringu można zaaplikować dwie pary uzbrojonych w widły drutów, choć nie da się ukryć, iż dostęp do umieszczonych pod nimi we/wyjść zbalansowanych stanie się mocno utrudniony.
Jednak po kolei, czyli najpierw co nieco o wyglądzie Inpola, który co tu dużo mówić jest po prostu zjawiskowy, i to nawet w dostarczonej na testy najskromniejszej czarno-srebrnej wersji (dostępna jest również opcja ze wstawką z satynowo lakierowanego litego drewna padouk). Właśnie na owym dekoracyjnym elemencie centralnie osadzono firmowe pokrętło głośności z centrycznie umieszczonym czerwonym wyświetlaczem informującym o sile głosu i wybranym wejściu. Zamiast jednak standardowego potencjometru, bądź ogólnodostępnych układów scalonych regulację głośności oparto na autorskim module z przekaźników i rezystorów ulokowanym pomiędzy selektorem wejść a stopniem wzmocnienia lampowego. Z kolei ww. selektor źródeł przybrał postać jednego z dwóch (dolnego, gdyż górny jest wy/włącznikiem) chromowanych przycisków idealnie wkomponowanych w łezkowate zagłębienia z prawej strony głównej, wykonanej z grubego płata aluminium, płyty głównej. Elegancko, jednak to tak naprawdę dopiero preludium do dania głównego za jakie można uznać przecinający bryłę wzmacniacza „kanion”, na którego wejściu mamy chronione ozdobnymi koszyczkami cztery niewielkie podwójne triody 12AU7/ECC82 produkcji Electro-Harmonix i Tung Sola (po parze na kanał). Jakby tego było mało otaczające i zbiegające się ku tyłowi pionowe zbocza ww. kanionu są lustrzane, więc optycznie zwielokrotniają całą szklarnię a i dalej jest równie ciekawie, gdyż za oko łapie czerwienią wspomniana wcześniej kwadra potężnych kondensatorów. Podzielona z oczywistych względów na dwa segmenty płyta górna jest solidnie ponacinana, dzięki czemu nie tylko zapewnia grawitacyjną cyrkulację powietrza przepływającego przez trzewia, lecz również zdradza co nieco z dobroci jakie producent raczył był uprzejmy tamże zaimplementować. Zanim jednak dokonamy czysto wirtualnej wiwisekcji nie sposób przeoczyć jeden z rozpoznawczych znaków Pathosa, czyli zjawiskowych, stanowiących ściany boczne radiatorów o piórach ukształtowanych tak, by tworzyły nazwę marki. Podobny zabieg estetyczny z wizytujących nasze skromne progi widzieliśmy również w końcówce YBA Passion A650, jednak o ile pamięć mnie nie myli, to jednak Włochom należy się palma pierwszeństwa jeśli chodzi o rozpropagowanie tegoż rozwiązania. Warto również podkreślić, że o ile walory natury estetycznej są bezdyskusyjne, to w tym przypadku owe radiatory nie stanowią li tylko ozdoby, lecz wręcz konieczny i zarazem skuteczny element konstrukcyjny, gdyż zarówno sekcja przedwzmacniacza, jak i stopień końcowy pracują w klasie A, a ta jak wiadomo, przyprawiając o stany lękowe proekologocznie zorientowanych odbiorców, generuje niezwykle mile widziane zimą i nieco mniej latem trudne do przeoczenia ilości ciepła. No i jeszcze pewien dość istotny drobiazg. Otóż owe radiatory nie są zbyt wygodne do łapania, więc przenoszenie i ustawianie dzisiejszego bohatera w pojedynkę przypomina nieco manewrowanie 35 kg zwojem drutu kolczastego, więc na bazie własnych doświadczeń empirycznych zalecam domową logistykę przeprowadzać w dwuosobowej drużynie i zapobiegliwie zaopatrzyć się w rękawiczki.
Rzut oka na ścianę tylną i … śmiem twierdzić, że jeśli Inpola zaprezentowałoby się zadkiem do słuchaczy, to też mało kto miałby pretekst do marudzenia. Zamiast bowiem wyjść z założenia, że „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal” zastosować zwykły lakierowany profil, bądź nawet odpowiednio solidną blachę, konstruktorzy po raz kolejny wystawili na próbę cierpliwość księgowych i pojechali po przysłowiowej bandzie decydując się na klasyczną czerń metalowej bazy, lecz z dodatkiem potęgującej jej głębię i elegancję szklanej tafli. Zdublowane gniazda głośnikowe okupują obie górne flanki, natomiast część centralną skrzętnie zagospodarowały interfejsy analogowe pod postacią czterech par RCA i cyfrowe, w testowym egzemplarzu pełniące rolę wyłącznie dekoracyjnych zaślepek, lecz po dokupieniu opcjonalnego modułu HiDac Mk2 oferujących dwa wejścia USB, optyczne i koaksjalne. Lewy dolny narożnik przypadł w udziale gniazdu zasilającemu IEC (warto zwrócić uwagę na zalecaną polaryzację), hebelkowemu włącznikowi głównemu i parze regulowanych wyjść XLR z sekcji przedwzmacniacza, np. na zewnętrzną końcówkę / monobloki mocy, jeśli dla kogoś oferowane przez Inpola 45W przy 8 Ω i 75 W przy 4 Ω okazałyby się niewystarczające.
Z kolei zapuszczenie żurawia do wnętrza naszego gościa od razu daje nam odpowiedź na pytanie co u licha tyle w nim waży. Okazuje się bowiem, iż Inpol² mkII jest konstrukcją dual mono i to taką prawdziwą a nie pozorowaną, więc w każdym kanale znajdziemy nie tylko słusznych rozmiarów toroidalny transformator zasilający, lecz również w niczym nie ustępujący im gabarytami monstrualne cewki rdzeniowe. O zbalansowanej lampowej sekcji przedwzmacniacza wspominałem, wiec dla porządku tylko dodam, że stopień wyjściowy zrealizowano na sześciu MOSFET-ach IRFP240 na kanał pracujących w klasie A. W dodatku z racji zastosowania technologii Inpol rola tranzystorowego stopnia wyjściowego jest poniekąd … pomocnicza, gdyż główny ciężar obsługi (wzmocnienia) spada na preamp a tranzystory zapewniają jedynie obsługę niskich impedancji. Nie dziwi zatem nieznacznie przekraczające 1 wzmocnienie napięciowe końcówki. Aby jednak ów misterny układ działał niejako transparentnie dla użytkownika końcowego Włosi sięgnęli po tzw. „rezerwuar” energii w postaci ww. potężnych cewek i nie mniej imponujących kondensatorów. Mamy zatem nader intrygujące rozwiązanie, w którym to pozornie eteryczne lampki odpowiadają za efekt finalny a zazwyczaj odpowiedzialne za realne osiągi tranzystory pełnia rolę co najwyżej asekuracyjną nie mając praktycznie żadnego, bądź co najwyżej znikomy wpływ na brzmienie tytułowej konstrukcji.

Przewrotnie napiszę, iż Inpol² MkII, pomimo podprogowo przemycanych w materiałach promocyjnych informacji odnośnie lampowej „muzykalności, bogactwa i ciepła” gra zupełnie inaczej aniżeli sugerowałby powyższy cytat a zarazem na swój autorski sposób zjawiskowo. W ten mocno zagmatwany i niejednoznaczny sposób pragnę jedynie na wstępie zasygnalizować, iż na naszego dzisiejszego bohatera lepiej nie patrzeć ani przez pryzmat ani lampowych, ani A-klasowo-tranzystorowych stereotypów. O ile bowiem lekkie zaokrąglenie bez trudu odnajdziemy w dole pasma, to już średnica i góra mają więcej wspólnego z transparentnością i rześką słodyczą znaną np. z … tranzystorowej końcówki single-ended Tellurium Q Iridium 20 II. Przez co na „I Fall in Love Too Easily” Katharine McPhee kontrabas i perkusja są przyjemnie zaokrąglone, a z kolei na średnicy i górze próżno szukać złagodzenia sybilantów, stonowania perlistości blach i wycofania naturalnej ekspresji dęciaków. Jeśli jakaś fraza ma się wwiercić w naszą mózgownicę, jak np. partie trąbki w utworze tytułowym, to mogą mieć Państwo pewność, że tak się stanie, ale będzie to „wwiercanie” niezwykle realistyczne – naturalne w swej intensywności a więc nieprzesadzone i nieskalane nawet najmniejszą granulacją, czy przybrudzeniem. Podobnie sprawy mają się ze wspomnianym odwzorowaniem warstwy wokalnej – głos artystki pozostając zjawiskowo zdefiniowanym i prawidłowo zawieszonym w przestrzeni nie cierpi na zbytnie wysycenie, lecz też nie ma tendencji do męczącej na dłuższą metę analityczności, więc śmiało możemy określić go mianem na wskroś naturalnego. A że Katharine’a lubi sobie od czasu do czasu syknąć, to skoro przechodzimy do porządku dziennego nad tego typu artykulacją w przypadku naszej rodaczki Anny Marii Jopek, to nie widzę powodu, by z tego samego powodu punktować przedstawicielkę amerykańskiej sceny.
Przy nieco bardziej dynamicznym repertuarze charakter brzmienia włoskiej integry pozostaje poniekąd bez zmian, co z jednej strony zapewnia uroczą nonszalancję w kwestii kurczowego trzymania się metronomowej punktualności, która o ile na doomowo-goth-metalowym wydawnictwie „Grave Image” Deathwhite początkowo nadaje całości niemalże jazz-rockowe flow, to już przy podwójnej stopie i ekstatycznych partiach perkusji otwierających „In Eclipse”, bądź „Further from Salvation” może zostać odebrane jako swoiste novum i zarazem zabieg celowo spowalniający zazwyczaj szaleńcze tempo. Trzeba jednak szczerze powiedzieć, że Pathos jakoś nigdy specjalnie nie wykazywał aspiracji do produkowania urządzeń będących urzeczywistnieniem przysłowiowego drutu ze wzmocnieniem, więc trudno było spodziewać się, że przy tej inkarnacji jednego ze swoich znaków rozpoznawczych coś w tej materii mu się odwidziało. Nie sposób za to Inpolowi odmówić koherencji i iście kremowej spójności przekazu a zarazem konsekwencji w dążeniu do z góry ustalonego celu. Niezależnie bowiem od reprodukowanego materiału mamy wspomnianą dystyngowanie prowadzoną linię basu, realistycznie namacalną średnicę i odważną a zarazem krystalicznie czystą górę procentującą miłą uszom przestrzennością kreowanej sceny i swobodą prezentacji. Pathos z łatwością unika ograniczeń wynikających z rozstawu kolumn oferując po wielokroć bardziej obszerne realia sceniczne, tak jeśli chodzi o szerokość, jak i głębokość aniżeli można byłoby się po nawet komercyjnych nagraniach spodziewać. Co ciekawe, nawet zazwyczaj suchy i techniczny „The Man-Machine” Kraftwerk zyskał na masie i wypełnieniu przy jednoczesnym zachowaniu odpowiednio równoważącej dół pasma górze, co całkiem nieźle rokuje na zachowanie włoskiej integry podczas eksploracji nie zawsze najwyższych lotów (pod względem technicznym) realizacji.

W ramach zwyczajowego podsumowania będącego próbą odpowiedzi na pytanie, czy testowane urządzenie, w tym momencie hybrydowy wzmacniacz zintegrowany Pathos Inpol² MkII jest dla każdego z premedytacją jestem skłonny stwierdzić, że … niekoniecznie. Jest za to wręcz idealną propozycją dla wszystkich tych z Państwa, którzy szukają w ulubionej muzyce emocji, zaangażowania i pewnego rodzaju aktorskiego spojrzenia na wydawać by się mogło oklepane do bólu kanony i wzorce. Pathos zamiast wydeptanych i zatłoczonych duktów wybiera własne ścieżki zabierając nas w podróż po teoretycznie znanych rewirach, lecz pokazanych z nieco innej aniżeli zazwyczaj perspektywy. Czy takiej, która przypadnie Wam do gustu to już zupełnie inna bajka, ale bez odsłuchu we własnym systemie lepiej nie wyrokować a i z zakupem w ciemno też bym nie ryzykował. Jedno jednak jest pewne – z najnowszą inkarnacją Impola nie sposób się nudzić.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– DAC/Preamp: Meitner Audio MA3; Moon 390
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones; Classé Audio Delta Stereo
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable; Synergistic Research Galileo SX SC
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Być może zdam głupie pytanie, ale aby jakoś ciekawie rozpocząć dzisiejsze spotkanie a jednocześnie mając świadomość, że znacie odpowiedź, z premedytacją je zadam. Jakie? Proszę bardzo. Z czym kojarzy się Wam fraza „Pathos”? Oczywiście z uwagi na fakt zadania pytania z gatunku retorycznych sam przypomnę, iż w środowisku audio może pochwalić się co najmniej trzema synonimami. Po pierwsze – jest marką audio pochodzącą z pięknej Italii. Po drugie – z racji genetycznej konotacji całej populacji tego landu z wysokich lotów sztuką dla wielu jest niedoścignioną w kwestii designu i jakości wykonania. Zaś po trzecie – w lwiej części swojej oferty może pochwalić się łączącymi starą i nową szkołę budowania układów elektrycznych (lampa / tranzystor), tak zwanymi konstrukcjami hybrydowymi. Zgadzacie się ze mną? Spokojnie, wiem, że inaczej być nie może, dlatego z niekłamaną przyjemnością zdradzę, iż tym razem dzięki Sieci Salonów Top HiFi & Video Design na nasz recenzencki tapet trafił zintegrowany wzmacniacz Inpol² MkII i jeśli mimo szaleńczego tempa naszego życia dysponujecie chwilą wolnego czasu, serdecznie zapraszam Was do rzucenia okiem na kilka poniższych akapitów o jego osiągach sonicznych.

Opisując walory wizualne, nie muszę specjalnie niczego udowadniać, bowiem gołym okiem widać, iż rzeczony hybrydowy piecyk bez dwóch zdań kroczy przed lata obraną przez markę drogą wdrażania w życie najczystszej postaci sztuki wzorniczej. Jego sporej wielkości czarno-srebrna bryła w górnej połaci została przecięta biegnącym przez całą głębokość urządzenia zwężającym się ku tyłowi klifem z tworzącymi ciekawe refleksy wizualne chromowanymi zboczami. Jednak ów klif nie znalazł się tam przypadkowo, bowiem w konsekwencji konstrukcji wzmacniacza jest ostoją dla zlokalizowanych przy froncie lamp elektronowych i stacjonujących tuż za nimi w szeregu czterech mieniących się żywą czerwienią sporych rozmiarów kondensatorów. Oczywistym zabiegiem w tego typu konstrukcjach jest wentylacja urządzenia. Ta zaś oprócz niezbędnych otworów w na górnych połaciach bocznych naw zmyślnie przeciętej obudowy zrealizowana jest w fenomenalny, rzekłbym nawet, iście włoski sposób. Chodzi mianowicie o potężne, dodatkowo udanie kontrastujące srebrem aluminium z czernią reszty obudowy, wykonane jako pionowe odlewy potrojonego na każdym z boków, logo marki. Nie wiem, jak to obrazują fotografie, ale na żywo jest to niezaprzeczalny majstersztyk. Po opisaniu spektakularnego sposobu chłodzenia Inpol-a, w drugim rzucie okiem przyjrzymy się jego frontowi. Ten jest wykonaną z aluminium łukowatą płaszczyzną, która niezbędnym wycięciem dała początek przywołanemu przed momentem centralnie usadowionemu tunelowi. Oprócz tego awers został wzbogacony w poziomo zorientowany czarny prostopadłościan jako miejsce lokalizacji ciekawej, bo wielofunkcyjnej gałki oraz lekko z jego prawej strony, dwa zagłębione w poprzecznych wydrążeniach guziki funkcyjne. Jeśli chodzi o wspomnianą gałkę, nie tylko pozwala operować poziomem wzmocnienia, ale dodatkowo za sprawą centralnie umieszczonego w niej wyświetlacza oprócz weryfikacji jego poziomu, informuje również użytkownika o wykorzystywanym w danym momencie wejściu. Powiem szczerze, że zaraz po zmyślnych radiatorach jest to kolejny świetny designerski tweak włoskich inżynierów. Na koniec opisu budowy został nam panel przyłączeniowy. Ten bez pogoni za szaleństwem – w wersji testowej czynne były jedynie wejścia analogowe – okazał się być zaskakująco dobrze wyposażony., gdyż oprócz czterech wejść RCA, mógł pochwalić się zdublowanymi terminalami XLR, jedną przelotką pre-out w wersji XLR, podwójną sekcją zacisków kolumnowych, hebelkowym włącznikiem głównym oraz gniazdem bezpiecznikowym. Oczywiście to nie koniec oferty przyłączy, gdyż za stosowną dopłatą producent uzupełnia urządzenie o dodatkowy moduł i w ten sposób uruchamia znajdujące się również na plechach wzmacniacza terminale cyfrowe – 2 x USB, LAN, SPDIF. Jeśli chodzi o technikalia, chyba najważniejszym jest oddawana moc, która osiąga wartość 45W przy 8 i 75W przy obciążeniu 4 Ω. Zaś temat w miarę zgrubnego opisu wzmacniacza zatytułowanego Inpol² MkII wieńczy informacja o znajdującym się w zestawie zgrabnym, oczywiście aluminiowym pilocie zdalnego sterowania.

Czym, jeżeli w ogóle, zaskoczył mnie tytułowy Włoch? Otóż przyznam się bez bicia, iż owszem zaskoczył i to bardzo pozytywnie, mimo nieco innego podejścia do ogólnej prezentacji dźwięku niż jestem na co dzień przyzwyczajony. Powodem jest tylko jemu znany sposób z jednej strony – mocnego akcentowania poszczególnych zakresów częstotliwościowych, a z drugiej – uniknięcia chadzania każdego z nich swoim torem. Czy to bas – energetyczny, mocny, ale bez przysłowiowej buły, gęsta średnica – ewidentnie lekko pchnięta w stronę esencjonalnej wyczynowości, czy też góra pasma – wyrazista i bogata w detale, ale bez ostrości, każdy wycinek pasma zdawał się być fajnie podkręcony. Jednak na tyle zdroworozsądkowo, że gdy przestawałem analizować dźwięk i skupiłem się na przekazie muzyków, nic a nic nie sugerowało jego rozwarstwienia. Bas kiedy powinien, trząsł pokojem, środek w odpowiednim repertuarze czarował, a wysokie tony przez cały czas nadawały lotności muzyce. W teorii to nie powinno się udać, a jednak się wydarzyło, za każdym razem serwując mi muzykę pełną radości.
Jako rozgrzewa poszła jubileuszowa, dwupłytowa kompilacja Nirvany „Nevermind”. Ten grunge’owy materiał aż kipiał różnego rodzaju mającymi w dobrym tego słowa znaczeniu, podnieść mi muzyczne ciśnienie sonicznymi fajerwerkami. Raz kopał mocną grą bębniarza, innym razem rzęził gęstymi riffami gitarowymi, a jeszcze innym kalał moje uszy przeraźliwym, wręcz krzykliwym głosem Kurta Cobaina. To była zaplanowana przez muzyków istna rzeźnia, której co oczywiste, nie tylko oczekiwałem, ale z pełną wyrazistością dosłownie każdej nuty dostałem. Oczywiście słowem a właściwie frazą kluczem było wspomniane przed momentem „ciekawe podkręcenie każdego wycinka pasma”. Tylko tyle i aż tyle, gdyż nie zanotowałem przy tym żadnego przekroczenia zaplanowanej agresji, tylko radość swobodnego wyrzucenia z siebie nadmiaru energii.
Kolejną pozycją płytową było wydanie XRCD Isao Suzuki „Blow Up”. Powód? To jest mocno operująca wyrazistością instrumentów realizacja i chciałem sprawdzić, czy wyartykułowana przeze mnie cecha brzmienia materiału muzycznego wespół z podobnymi zakusami wzmacniacza nie przekuje wyniku w jeden większy lub mniejszy jazgot. O dziwo nic takiego się nie stało. Przeszkadzajki perkusisty w pierwszym, zazwyczaj na wszelkich prezentacjach jedynym słuchanym utworze mimo sporego wigoru nie przekroczyły poziomu dobrego smaku, nisko grające kontrabas i wiolonczela w iście sejsmicznych pasażach smyczkowo-strunowych nie zburzyły mi domu, a środek nie zalał pokoju ciężkostrawną magmą, Tak, poszczególne aspekty były ewidentnie nieco mocniej wycyzelowane, ale całościowo znakomicie zjawiskowe. A przecież w tej, wydanej w formacie XRCD realizacji o to chodzi i zostało jedynie dodatkowo muśnięte prezentacyjną energią. I co istotne, ja nie widziałem w tym najmniejszego problemu, gdyż odbierałem to jako bardziej podrasowaną wersję tego lubianego przez znacząca większość z nas krążka.
Na koniec Melody Gardot w pościelowym materiale „Sunset In The Blue”. Czy z racji „maniery” wzmacniacza nadmiernie nie posykiwała, a przez to nie pozwalała zatopić się w swoich melodyjnych opowieściach? Czy akompaniujący jej zespół nie przejął pałeczki, jawiąc się jako banda brutalnie lekceważących swoje miejsce w szyku nadprogramowych solistów? I na koniec, czy w tym bardzo melodyjnym wydarzeniu nie dało się zbytnio we znaki obdarzenie dodatkowymi atutami zjawiskowości prezentacji poszczególnych zakresów jako odczuwalny zlepek poszczególnych dźwięków? Spokojnie, nic takiego nie miało miejsca. Owszem, przekaz nie ustrzegł się efektu żwawszej prezentacji, jednak odznaczało się to jedynie mocniejszym akcentowaniem krawędzi dźwięku, jednak bez bolesnej nadinterpretacji. To zaś sprawiło, że nie znając tej płyty z takiej, skądinąd radosnej strony, zaliczyłem ją od przysłowiowej dechy do dechy. I powiem Wam, było warto.

Jak wynika z powyższego testu, włoski ogier Pathos Inpol² MkII raczej nie jest jednym z wielu odchodzących w niepamięć wzmacniaczy. Jest jakiś, co pozwala sądzić, że jeśli się z nim zwiążecie na dłużej, owo dłużej w konsekwencji umiejętnego podkręcenia poszczególnych zakresów może okazać się wieloma latami. To zaś oznacza same plusy. Jakie? Niby same banały, ale jakże istotne w naszym obcowaniu z muzyką. Po pierwsze – oszczędności środków płatniczych z racji braku nawrotów Audiophilii Nervosy. Po drugie – permanentne skupienie się na muzyce, a nie poszukiwaniach nowego sprzętowego Graal-a. Zaś po trzecie – wynikający z dwóch powyższych plusów ogólny spokój ducha melomana. Czegóż chcieć więcej. Czy to oznacza, że to jest wzmacniacz dla każdego? Jak starałem się wykazać w powyższej epistole, jego radość prezentacji muzyki bez zbytniego kroczenia w którąś ze stron typu nasycenie lub transparentność, pozwala domniemywać, iż wielu z Was ma szansę go pokochać. Jest tylko jeden warunek. Musicie zaprosić go do siebie na muzyczne spotkanie integracyjne. Innej drogi nie ma.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Wzmacniacz zintegrowany: Pilium Audio Odysseus
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Trident II, Gauder Akustik Berlina RC-11
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Theriaa

Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Cena: 45 999 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 45 W RMS @ 8 Ω, 2 x 75 W RMS@ 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 8 Hz – 65 kHz
Czułość wejściowa: 480 mV RMS
Impedancja wejściowa: 17 kΩ
Max. sygnał wejściowy: 10 V RMS
Zniekształcenia THD: 0,004 %
Odstęp sygnał/szum: > 97 dB
Wzmocnienie: 32 dB (RCA), 26 dB (XLR)
Impedancja wyjściowa: < 0,45 Ω
Współczynnik tłumienia:> 18
Sprzężenie zwrotne: 0 dB szt.
Polaryzacja: odwrócona
Wejścia: 2 pary XRL, 4 pary RCA
Wyjścia: Para XLR (Pre out)
Wymiary (S x G x W): 420 x 555 x 205mm
Waga: 35kg