Monthly Archives: kwiecień 2022


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Skoro zaledwie dwa tygodnie temu puściliśmy w świat recenzję jeszcze gorącej nowości z Kraju Kwitnącej Wiśni, czyli topowego i zarazem limitowanego przewodu zasilającego Furutech PROJECT-V1 uznaliśmy, że dla równowagi warto byłoby przyjrzeć się nieco dłużej egzystującej na światowych rynkach i operującej na podobnych, iście stratosferycznych, pułapach cenowych konkurencji. W związku z powyższym w tzw. międzyczasie dokonywaliśmy wielce ubogacających naszą wiedzę i poszerzających horyzonty odsłuchów amerykańskiego zawodnika, który już swoją aparycją może wpędzić niejednego chcącego stanąć z nim w szranki śmiałka w niemałe kompleksy. Jeśli bowiem czynnikiem nadrzędnym rywalizacji miało by być pierwsze wrażenie, to właśnie dostarczonemu przez łódzki Audiofast przewodowi Synergistic Research Galileo SX AC śmiało można byłoby przyznać zwycięskie laury. Co prawda pod względem wagi i średnicy Galileo ustępuje nieco rodzimym Bautom, niemniej jednak rzadko kiedy trafia się okazja cumowania do nadbrzeża, znaczy się gniazda ściennego, własnego systemu aż tak imponującymi „warkoczami”. Jeśli zatem zastanawiają się Państwo, czy również w zasilaniu rozmiar ma znaczenie i co tak naprawdę daje ostatnie 1,5m przewodu pomiędzy ściennym gniazdem a elektroniką, nie pozostaje nam nic innego niż zaprosić Was do dalszej lektury naszych wybitnie subiektywnych refleksji.

Nie da się ukryć, iż mieniący się elegancką czernią Synergistic Research Galileo SX AC już od progu formułuje swe stricte high-endowe aspiracje. Jednak zamiast ostentacyjnego epatowania błyskotkami i krzykliwymi dodatkami, mamy do czynienia ze zdecydowanie bardziej wyrafinowanym wzornictwem. Splecione niczym lina okrętowa przewody otulono wspomnianymi opalizującymi czarnymi koszulkami, od strony źródła życiodajnej energii transparentna termokurczka wychodzi poza złocony wtyk na dobre kilkanaście centymetrów, więc warto mieć ten fakt na uwadze, przy próbie aplikacji tytułowego przewodu we własnym systemie. Mniej więcej w trzech czwartych jej (termokurczki) długości umieszczono opaskę stabilizującą terminale dla modułów tłumiąco – tuningowych a jakby tego było mało po chwili nasz wzrok napotyka przywodzący na myśl tłumik (znaczy się akcesorium strzeleckie) tajemniczy carbonowy cylinder, którego rolą pozwolę sobie zająć się dosłownie za moment. Pomimo dość znacznej średnicy Galileo okazuje się nader wdzięczny pod względem układania, choć należy pamiętać o jego nader adekwatnym do gabarytów ciężarze i o ile tylko są ku temu warunki poprowadzić go na zakładam, że dobieranych na słuch podkładkach.
Jak już sama, inspirowana tematyką marynistyczno-baśniową (takielunek Czarnej Perły), aparycja sugeruje również budowa wewnętrzna tytułowego kabliszcza daleka jest od prostoty i banału. Po pierwsze nie da się nie zwrócić uwagi na zlokalizowany w pobliżu wtyku wejściowego masywny carbonowy cylinder. Jest to bowiem szwajcarski aktywny zasilacz / kondycjoner odpowiedzialny za generowanie prądu podkładu dla żył zasilających. Zgodnie z firmową nomenklaturą należy określać go mianem komórki UEF, czyli Active Uniform Energy Field / UEF EM Cell do którego budowy, oprócz wspomnianej carbonowej „skorupy”, użyto również grafemu a w roli dielektryka PTFE. Skoro jednak jesteśmy przy ponadnormatywnych atrakcjach z pewnością zauważyli Państwo obecność trzech terminali umożliwiających wpięcie dwóch zmniejszających poziom szumów modułów aktywnego biasu Galileo Black Active i modelujących finalne brzmienie pasywnych, choć z racji generowanej błękitnej iluminacji zapewniających wielce intrygujące efekty świetlne, modułów tuningowych UEF (Gold lub Silver). Trzy przewodzące wiązki również nie są identyczne. Jedna opisana jako Galileo High Current Silver Matrix zawiera pięć przewodników z monokrystalicznego srebra o miedzianych rdzeniach w dielektryki PTFE i ekranie ze srebrnej siatki poddanej procesowi Quantum Tunneling. Druga składa się z przewodnika Tricon 4 generacji o geometrii Tri-Axial, czyli monokrystalicznego Silver Copper Matrix z osobnym przewodem uziemienia ekranu realizowanego w technologii Ground Plane, dielektryka PTFE a trzecia z trzech żył z monokrystalicznego srebra o czystości 99,9999% w rurkach powietrznych – Silver Air String ekranowanych w technologii UEF Ground Plane. W roli konfekcji wykorzystano firmowe wtyki SR Pure Gold.
Jeśli zaś chodzi o wygrzewanie, to oczywiście po wpięciu w docelowy system audio warto dać Galileo czas na akomodację, jednak jeszcze przed opuszczeniem fabryki przewody nie dość, że są traktowane prądem o napięciem 1 miliona (!) V, to dodatkowo przechodzą dwuetapowemu, pięciodniowemu wygrzewaniu, więc docierając do odbiorcy końcowego mają już co nieco na liczniku.

Skoro walory wizualne naszego gościa wyzwoliły niemalże niekontrolowany strumień szczerych superlatyw, a przy tym na świeżo w pamięci dokonania Furutecha PROJECT-V1, przystępując do krytycznych odsłuchów miałem na tyle wysoko postawioną poprzeczkę, że zanim pierwsze dźwięki oderwały się od kolumn cały czas z tyłu głowy miałem obawy związane ze zbyt wygórowanymi oczekiwaniami. Kiedy jednak w ramach niezobowiązującej rozgrzewki sięgnąłem po niezobowiązującą symfonikę, czyli fenomenalny album „Vienna”, czyli nader lekkostrawną składankę w wykonaniu Chicago Symphony Orchestra pod batutą samego Fritza Reinera wszelkie wątpliwości pękły jak bańka mydlana. Skala i rozmach generowanej sceny nie tyle porażały, co budziły w pełni uzasadnione zdziwienie. Nie dość bowiem, że mój, jakże daleki od ospałości 300W Bryston zaczął grać z taką werwą i drajwem jakby gdzieś z tyłu pojawił się jego brat bliźniak i dzięki temu mógłbym je zmostkować „wyciągając” drobne 900W przy 8 Ω, to jeszcze ogrom rozgrywającego się przede mną spektaklu choć dalece wykraczał poza ramy wyznaczane przez kolumny wprost idealnie wpisywał się w rozmiarówkę właściwą wielkiej symfonice. Co istotne Galileo nie próbował niczego powiększać i rozdmuchiwać, co przy tak licznym składzie mogłoby jedynie doprowadzić do zbytniej gigantomanii i po chwilowym zauroczeniu do przesytu i świadomości sztuczności całego efektu. A tak wszystko było jak należy a efekt swoistego „odetkania” a tak naprawdę redukcji „przeskalowania” oparto na nieograniczonej wręcz dynamice przy jednoczesnym zapewnieniu kontroli poszczególnych składowych. Ponadto nie sposób było zarzucić Synergisticowi tendencji do podkręcania tempa i usilnego szukania ekstremalnych emocji tam gdzie ich nie ma. Dlatego spokojniejsze i cichsze fragmenty wręcz rozleniwiały słuchaczy swą iście karmelową konsystencja, by przy tutti poderwać publikę na równe nogi potężną ścianą dźwięku.
Śmiem twierdzić, iż pod względem równowagi tonalnej i wysycenia nasz dzisiejszy gość z zaaplikowanym modułem UEF Gold wydaje się swoistym rozwinięciem wszystkich tych zalet mojej dyżurnej Gargantui II, z powodu których od wielu lat nie potrafię się z nią rozstać. O ile jednak Acoustic Zen ewidentnie dźwięk na swoją modłę niejako robi, to Galileo jedynie uwalnia drzemiący w nim, czyli dźwięku potencjał tak energetyczny, jak i emocjonalny dbając przy tym, by nie tylko nie popaść w zbytnią przesadę, lecz by również nie być posądzonym o zbytnią zachowawczość. Dlatego też dba nie tylko o właściwy wolumen i proporcje, co przede wszystkim o niezwykłą klarowność przekazu – szczególnie po przesiadce na UEF Silver. Dzięki temu zarówno zarejestrowanym na wspomnianym albumie smyczkom i dęciakom nie brakuje blasku a jednocześnie nie sposób określić ich energię jako osłabioną, bądź konturów jako zaokrąglone. A to, że nie napotykamy przy ich konsumpcji nawet śladowych ilości granulacji i szorstkości powstałej na skutek brudów płynących z sieci a nie de facto wynikających z natywnych cech instrumentarium, to już zupełnie inna bajka i pokłosie skutecznej filtracji. O ile jednak w 99% przypadków wszelakiej maści filtracja w filtrach i kondycjonerach wraz z zanieczyszczeniami zabiera również mniej, bądź bardziej bolesną porcję „audiofilskiego planktonu” i mikrodetali, to tutaj owych składowych nie tracimy, więc zamiast kompromisu gdzie coś jest kosztem czegoś, mamy jak to mawiał klasyk wyłącznie „plusy dodatnie”.
Nastrojowe i zarazem minimalistyczne wydawnictwa dwóch Avishai Cohenów, czyli nagrany we francuskim Studios La Buissonne „Naked Truth” Avishai Cohena – trębacza i zarejestrowany w szwedzkim Ninento Studios „From Darkness” Avishai Cohena – kontrabasisty pokazały, że pomimo pewnej spektakularyzacji przekazu serwowanej przez amerykański przewód również w tak oszczędnych formach Galileo świetnie się odnajduje. Kluczową i zarazem immanentną cechą odciskającą swe największe „piętno” (cudzysłów pojawia się tu nie bez przyczyny, gdyż określa sygnaturę bez jakichkolwiek pejoratywnych skojarzeń) była absolutna wręcz czerń tła. Inaczej rzecz ujmując oprócz wzajemnych interakcji uczestniczących w nagraniach muzyków, ich dźwiękowych dialogów, przenikania się fraz i aury pogłosowej generowanych przez użyte instrumentarium panowała kompletna cisza i właśnie owa czerń. Co ciekawe eliminacja wszelakiej maści pasożytniczych artefaktów i tzw. „szumu tła” wcale nie oznaczały nienaturalnej sterylności i antyseptyczności dźwięku a jedynie jego niesamowitą czystość i nieskalaność. W dodatku możliwość żonglowania modułami UEF pozwalała na pełną dowolność zmiany narracji z bardziej wysyconej i przyprószonej złotem na bardziej rozdzielczą i precyzyjną.
No dobrze, a co jeśli podstawowym środkiem artystycznego przekazu jest właśnie brud, krzyk i przynajmniej dla osób postronnych – nieobeznanych z tematem najzwyklejszy hałas, bądź w najlepszym wypadku kakofonia? Weźmy pod lupę takie arcydzieło jak „All Hope Is Gone” formacji Slipknot , gdzie piekielnie szybka podwójna stopa i opętańcze blasty wespół ze wściekłymi gitarowymi riffami w tzw. okamgnieniu robią krwawą miazgę z naszych trzewi a drący się wniebogłosy (za chwilę wytchnienia można uznać jedynie balladowy „Snuff” i bonusowe „Vermilion Pt. 2″(Bloodstone mix) oraz „Til We Die”) Corey Taylor niemalże wyskakuje z głośników. I? I skłamałbym, gdybym nie uznał właśnie takiego – niezwykle brutalnego i bezpardonowego repertuaru za największego beneficjenta pojawienia się w moim systemie Galileo SX. Dociążenie przekazu, podkręcenie saturacji i krwistość, soczystość góry oraz średnicy sprawiły, że właśnie takie krążki zyskiwały nie tylko druga młodość, co łapiąc wiatr w żagle nader dobitnie pokazywały, że da się z metalu wycisnąć wszystko co najlepsze i wcale nie trzeba zdawać się wyłącznie na lampową amplifikację. Wystarczył tylko założony UEF Gold lub nawet brak elementu tuningującego a nie sposób było oderwać się od dobiegających naszych uszu dźwięków.
W kategoriach bezwzględnych, czyli na tle Furutecha PROJECT-V1 tytułowy Galileo SX AC zarówno w wersji sauté, jak i z założonym modułem UEF Gold wypada nieco ciemniej budując jednocześnie pierwszy plan bliżej a przez to sprawiając, że operujący na nim artyści stają się bardziej namacalni – ich materializacja jest bardziej zauważalna i oczywista. Całe szczęście ma mowy o bezpardonowym pakowaniu się słuchaczom na kolana, co o ile w przypadku udzielającej się przy mikrofonie w formacji Null Positiv niejakiej Elli Berlin nie byłoby takie złe (mówię z własnego punktu widzenia), to już przy Marilyn Mansonie wolałbym zajmować miejsca w dalszych rzędach. Wracając do konkretów oba przewody różnią się również podejściem w kwestii samej perspektywy, gdyż Furutech akcentuje głębię i gradację planów a Synergistic rozstawia muzyków nieco płycej, lecz za to szerzej. Nie są to jakieś diametralnie inne punkty widzenia, lecz na potrzeby niniejszej recenzji pozwoliłem sobie je przywołać, gdyż doskonale zdaję sobie sprawę, iż ile systemów i odbiorców, tyle opinii a każdy i tak i tak wybiera konkretne brzmienie pod własne gusta a dobrze mieś choć blade pojęcie co dany element naszej drogocennej układanki wnosi ze sobą w posagu.

Pomimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie ukryć nie tylko zwykłej sympatii, co przemożnej chęci zatrzymania w swoim systemie Synergistic Research Galileo SX AC, który nader umiejętnie balansował pomiędzy iście hollywoodzkim rozmachem a klasycznym efektem Wow!, z tą tylko różnicą, iż ani razu cienkiej czerwonej linii przedobrzenia i przesytu nie przekraczał. Tak jak zdążyłem już wspomnieć uatrakcyjniał przy tym przekaz w sposób niejako tożsamy z tym, do czego zdążył przyzwyczaić mnie Acoustic Zen Gargantua II, jednak w każdym aspekcie wprowadzanych zmian i upgrade’ów robił to bez porównania lepiej i z większa klasą. Szukając elektronicznych analogii śmiem twierdzić, iż porównanie obu przewodów przypomina sparring Gryphona Diablo 300  z Antileonem – niby i tu, i tu mamy ten sam sznyt, to samo DNA, jednak dopiero wyższy model pokazuje palcem o co tak naprawdę w High-Endzie chodzi. Oczywiście z racji dość mocno drenującej rodzinny budżet ceny nie ma co liczyć, by Synergistic Research Galileo SX AC stał się popularną pozycja na audiofilskich listach zakupowych, jednak jeśli tylko ktoś z Państwa może sobie na niego pozwolić, to gorąco zachęcam do wypożyczenia i odsłuchów we własnych czterech kątach, gdyż jego muzykalność i wręcz zaraźliwa energetyczność powinny być w stanie pobudzić do życia nawet nieco zbyt ospałe systemy, a tam gdzie w poszukiwaniu prawdy ktoś poszedł o krok, bądź dwa za daleko z analitycznością przywrócić właściwe proporcje i sprawić, że zamiast pojedynczych dźwięków wreszcie usłyszycie muzykę.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jedno jest pewne. Zaawansowane podejście do tematyki obcowania z muzyką w najlepszej jakości odtwarzania wymaga umiejętnego doboru okablowania. To bez jakiegokolwiek naginania faktów jest tak zwane abecadło audiomaniaków, bez opanowania którego nie ma szans na pełne wykorzystanie potencjału jakiegokolwiek zestawu. A jeśli tak, naturalną koleją rzeczy jest dbałość producentów o zaoferowanie klientom szerokiej palety jakościowej tego typu atrybutów. Każdy z nich dwoi się i troi, aby spełnić potencjalne oczekiwania na wszelkich pułapach jakościowych od segmentu Hi-Fi po High End. Dobrym przykładem takiego podejścia do tematu jest amerykański Synergistic Research. Co prawda znany jest z różnej maści akcesoriów – przypominam o naszych zmaganiach z podstawkami serii MIG oraz switchem ethernet-owym UEF, jednak trzon jego oferty to wszelakie okablowanie od sygnałów analogowych, przez cyfrowe, po sieciowe. Ów akcent jest na tyle mocny, że gdy jakiś czas temu nasze serca zaskarbiły sobie najpierw przewód Ethernet-owy Galileo SX, a potem z tej samej serii kolumnowy Galileo SX SC, po owocnych rozmowach z łódzkim dystrybutorem AudioFast nie mogliśmy odmówić sobie sprawdzenia, jak tym razem wypadnie kabel sieciowy z tej serii – Galileo SX AC.

Jak to w tej serii jest standardem, mamy do czynienia z konstrukcyjnym szaleństwem w domenie splotu przewodników, ich rodzajów, jakości izolowania i ekranowania. Z tego tez powodu, temat budowy na ile się da, jedynie skrótowo przybliżę. Podobnie do innych kabli tej linii mamy do czynienia z kilkoma wykonanymi w nie tylko według konkretnej specyfikacji splotu, ale również z użyciem różnych przewodników, na koniec skręconymi wokół siebie, naturalnie odpowiednio ekranowanymi i izolowanymi warkoczykami. W skład tak uformowanego przebiegu kabla wchodzi między innymi monokrystaliczne srebro nie tylko jako przewodnik, ale również odpowiednio usytuowany ekran, miedź jako rdzeń w jednej ze skrętek oraz dielektryk PTFE. Oczywiście to nie koniec technologicznych nowinek, gdyż na przebiegu kabla znajdziemy dodatkowo zaaplikowaną aktywną komórkę UEF w postaci otulonego karbonem walca, moduł Galileo Black Activ, a także gniazda do zastosowania pasywnych modułów tuningowych Gold UEF i Silver. Jeśli chodzi o terminację naszego bohatera, ten bazuje na firmowych rozwiązaniach i może pochwalić się od strony gniazda modelem SR G07 Pure Gold, a od strony urządzenia SR Pure Gold IEC. Co bardzo istotne, każdy wykorzystany przewodnik przed trwającym 4,5 godziny ręcznym montażem gotowego kabla sprawdzany jest pod kątem kierunkowości, a przed opuszczeniem fabryki zostaje poddany rozbitemu na dwa procesy, pięciodniowemu okresowi wstępnego wygrzewania. Tak przygotowany produkt do klienta trafia z zgrabnym, wyposażonym w dwa pasywne moduły – gold i silver – kartonowym pudełku.

Czym zaskoczył mnie opiniowany kabel sieciowy? Po pierwsze świetnym wglądem w nagranie. Po drugie swobodą prezentacji. Po trzecie dobrym balansem tonalnym. Po czwarte energią przekazu. Po piąte znakomitą kontrolą niskich rejestrów. Po … Pisać dalej? Spokojnie, nie zamierzam, gdyż nasz bohater nie potrzebuje aż takiego gloryfikowania jego walorów. Wystarczyłyby trzy pierwsze, jednak aby podkreślić jego „fajność”, zamierzenie i mam nadzieję, że zauważyliście, iż z przymrużeniem oka przedłużałem ową, na wskroś tendencyjną wyliczankę. Po prostu po wpięciu Galileo SX AC w tor wszystko zostało pokazane jak na dłoni. I nie chodzi mi jedynie o oddech i rozdzielczość środka pasma, ale również, a jestem skłonny powiedzieć, że przede wszystkim rozciągnięcie basu i często skrywane przez nawet dobrze radzące sobie w tym wycinku charakterystyki produkty konkurencji, faktury basu. Nagle okazało się, że w projekcji muzyki nie chodzi jedynie o dobre ustawienie muzyków na wirtualnej scenie, ich namacalność oraz dobry konsensus wagi i swobody prezentacji, ale również o pokazanie najdrobniejszych niuansów pojedynczej nuty. W teorii góra ma być dźwięczna, pełna wibracji, jednak bez przerysowania. Środek esencjonalny, ba nawet czasem intymnie kapiący wokalnymi artefaktami, ale nigdy nazbyt tłusty. Natomiast niskie rejestry oprócz odpowiednio zebranego kopnięcia, powinny również umieć utrzymać kontrolowaną energię, a przy okazji nie zapominać o oddaniu najdrobniejszych faktur chadzających w tej częstotliwości instrumentów. Przepis na sukces jest jak widać bardzo prosty. Niestety zazwyczaj w wielu przypadkach konkurencji zawsze gdzieś coś jeśli nawet nie kuleje, ale co najmniej pozostawia trochę do życzenia, czego podczas kilkunastodniowej zabawy z Amerykaninem nie zauważyłem. Czy to oznacza, że Jankes jest bez wad i nie da się lepiej? Spokojnie, takie twierdzenie jest zwyczajną utopią z prostego powodu. Mianowicie wiadomym jest, że co system lub potencjalny nabywca, to całkowicie inne oczekiwania i nie ma szans na zaspokojenie wszystkich. Ja tylko twierdzę, że na bazie swoich doświadczeń w znanym mi systemie, Galileo SX AC zagrał na poziomie zarezerwowanym dla najlepszych. Powód? Gdy słuchałem jazzowych projektów z wielkimi kotłami w tle, membrana tak jak powinna, nie kończyła swojej pracy li tylko na zasygnalizowaniu uderzenia w nią, tylko prawie w nieskończoność pokazywała skomplikowanie wygaszania tego impulsu. Natomiast gdy w napędzie wylądowała płyta z damską wokalizą, okazywało się, że oprócz pławienia się w smaczkach kolokwialnie mówiąc pracy jej przełyku, dostawałem świetne wyważenie ilości palca, struny i pudła rezonansowego wtórującego jej kontrabasu. A gdy wybór padł na epatowanie rozmachem i swobodą prezentacji, rozlegający się w budowlach kościelnych saksofon nie tylko, że bardzo czytelnie wypełniał całość kubatury, to fenomenalnemu podpieraniu się wszechobecnym echem nieskończenie trwał. Bez jakiejkolwiek nadinterpretacji, tylko w zgodzie bliskiej prawdziwym realiom. Czy to wystarczy, aby nasz punkt zapalny zaliczyć do najlepszych? W moim odczuciu jak najbardziej. A chciałbym dodatkowo zaznaczyć, że to co przed momentem opisałem, odbywało się w wersji sauté, czyli bez dostarczanych w komplecie pasywnych modułów dostrajających finalne brzmienie kabla. A jeśli tak, to chyba nie muszę nikogo przekonywać, iż mamy do czynienia z czymś bardzo uniwersalnym. Być może nie mogącym spełnić wszystkich oczekiwań, jednak bardzo mocno je ograniczającym ich potencjalny zbiór.

Wieńcząc powyższy opis jestem zobligowany ocenić, czy nasz bohater jest w stanie rozkochać w sobie całość populacji homo sapiens. A jeśli nie, to kogo i dlaczego nie. I wiecie co? Mimo moich – nie oszukujmy się, peanów na jego temat, nie mam dobrych wieści. Wszystkich niestety nie zadowoli. Jednak śmiem twierdzić, że owych oponentów będzie dosłownie promil potencjalnych zainteresowanych. Powód jest banalny. Otóż jedyną wadą opiniowanego dzisiaj kabla sieciowego Synergistic Research Galileo SX AC jest brak oznak nadmiernego dociążania dźwięku, potocznie zwanego kontrolowanym zamuleniem. Niestety nie po to amerykańscy inżynierowie zastosowali w jego budowie pełne spektrum swoich technologicznych nowinek, żeby takimi przyziemnymi, spowodowanymi złą konfiguracją zastanego systemu, zabiegami finalnie zabijał ducha odtwarzanej muzyki. Owszem, przy pomocy dodanego do zestawu złotego modułu rzeczywistość można lekko nagiąć, jednak na brutalne ruchy panowie zza oceanu nie mogli sobie pozwolić.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Synergistic Research
Ceny: 31 370 PLN / 1,5m + 2 610 PLN za dodatkowe 30 cm; 150 PLN dopłata za wtyk C19

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Kiedy na jesieni 2015 roku komplementowaliśmy zestaw Octave Audio Jubilee wydawało nam się, że 250W monobloki są spełnieniem wszelkich marzeń. Najwidoczniej  jednak rezydująca w Karlsbadzie ekipa pod wodzą Andreasa Hofmanna uznała, że jednak można co nieco poprawić i  tym oto sposobem trafił do nas po raz kolejny topowy zestaw Jubilee, lecz już z najnowszymi monoblokami Mono SE, które tym razem mogą pochwalić się 400W/4 Ω.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Bazując na dobiegających do nas informacjach o rozwoju poszczególnych rodzajów nośników muzyki jedno jest jasne – czy tego chcemy, czy nie, posiadanie toru analogowego obecnie jest „trendy”. I nie ma znaczenia, czy z najwyższej, czy rozpoczynającej ofertę półki cenowej, ważne, żeby dawcą informacji była czarna płyta. A jeśli tak, chyba nikogo nie dziwi mnogość ułatwiającej nam życie oferty tego typu akcesoriów od werków, przez ramiona, przedwzmacniacze, po wkładki gramofonowe. I gdy wydawałoby się, że w pewnym sensie mamy z górki, okazuje się, iż owa rozbudowana paleta jest pewnego rodzaju pułapką. Po prostu z braku choćby zdawkowej wiedzy o danym produkcie kolokwialnie mówiąc podczas zakupu często strzelamy w ciemno. Na szczęście jest na to rada. Oczywiście mam na myśli różne periodyki branżowe, które biorąc na tapet czasem całe konglomeraty w stylu ostatnio recenzowanego na naszych łamach gramofonu Well Tempered Lab Simplex Mk2, a czasem jak w dzisiejszym spotkaniu, poszczególne komponenty analogowe, nakreślają zainteresowanym ich ogólne cechy brzmieniowe. To daje pewien ogląd sytuacji i jeśli wiemy, co nam w duszy gra, znacznie łatwiej jest podjąć decyzję. Dlatego też spiesząc z pomocą przyjrzymy się dzisiaj początkowi powstawania sygnału analogowego, czyli wkładce gramofonowej mającej już swoje pierwsze pięć minut we wspomnianym przed momentem teście kompletnego gramofonu. I gdy wydawałoby, że z racji unikania powtórki z rozrywki nie ma o czym rozprawiać, jej intrygujące walory soniczne wręcz zmusiły nas do weryfikacji, jak tytułowy rylec spisze się na innym napędzie. Jak można się spodziewać, powodem takiej decyzji były z jednej strony bardzo prozaiczne, ale z drugiej istotne z punktu widzenia klientów poszukujących samej wkładki pytania typu: „Czy zachowa wcześniejsze cechy? A może całkowicie zmieni front działań? Niestety wstępniak to zbyt wczesne miejsce na odkrywanie kart, dlatego też wszystkich zainteresowanych jak dystrybuowana przez wrocławskie Audio Atelier kanadyjska wkładka Charisma Audio Eco MC tym razem spisała się w nieco zmienionych warunkach sprzętowych, zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Tytułowy model Eco z racji unikania ostrych motywów w kwestii wizualizacji korpusu – front jest zaoblony, a dolne krawędzie bocznych ścianek łagodnie podcinają podstawę – jest bardzo przyjazny dla oka. To co prawda z braku prostopadłego do ścianek bocznych awersu podczas aplikacji na docelowym ramieniu nieco utrudnia ten proces, jednak po osobistym przedtestowym montażu Charismy Eco stwierdzam, iż posiadając choćby minimalną wiedzę na ten temat sprawa usadowienia na ramieniu i finalnej korekcji jej ustawienia jest banalna. Przybliżając kila informacji o technikaliach najważniejszymi są: aluminium jako materiał obudowy, wspornik na bazie białej ceramiki, rodzaj szlifu w postaci super eliptycznego Nude Diamond, cewka wykonana z mariażu czystego żelaza i miedzi OFC oraz zalecany nacisk na poziomie 1.9g. Tak prezentującą się analogową biżuterię usadowiono w wykonanym z przezroczystego akrylu, wyposażonym w stosowne akcesoria montażowe walcu i spakowano w zgrabne kartonowe puzderko.

Oczywiście domyślam się, iż oczekujecie przede wszystkim odpowiedzi na kluczowe pytanie, czy i ewentualnie w którym kierunku ewaluowało ostateczne brzmienie Charismy Eco powieszonej na innym werku. Choćby z uwagi na inny układ rezonansowy napędu i zastosowanego w nim ramienia coś musiało się przecież wydarzyć. Jednak czy na tyle determinująco, że nasza bohaterka zatraciła swoje najciekawsze zalety? Albo była na tyle absorbująca, że zdominowała całkowicie inną konfigurację? Spokojnie, zachowała się jak najlepszy gracz, bowiem udzielenie odpowiedzi na tendencyjnie zdane złośliwe pytania obróci w tak zwaną perzynę. Chodzi mianowicie o jej umiejętne przemycenie fenomenalnej muzykalności mimo sztywniejszego zawieszenia ramienia gramofonu Clearaudio Concept. W pierwszej odsłonie Eco wisiała na ramieniu tłumionym gęstym sylikonem, co w głównej mierze przekładało się na prezentację w estetyce mocnej barwy, plastyki, masy i świetnej kolorystyki. Jednak całość była na tyle zdroworozsądkowo dozowana, że w nawet na najbardziej wymagających utworach nie udało mi się złapać jej na zbytnim spowolnieniu prezentacji. Nie wiem, jak to się działo, ale system trafiał w naturalnie stojący po stronie koloru i nasycenia, ale fajny w odbiorze punkt. Punkt, który z uwagi na różnice w naszych preferencjach naturalną koleją rzeczy może mieć swoich zwolenników i przeciwników, jednak nigdy nie powinien być kojarzony z czymś nieciekawym. Raczej innym, aniżeli posiadającym wady. Natomiast w dzisiaj opisywanej odsłonie niemiecki Concept oferował ramię zawieszone magnetycznie. To zaś powodowało całkowicie inne warunki rezonansowe pracy wkładki. Już bez łożyskowania ramienia w silikonowym, a przez to bezpiecznym dźwiękowo balsamie, tylko w oparciu o coś bardziej sprężystego. Nadal dobrze tłumiącego, jednak zgoła inaczej niwelującego szkodliwe rezonanse w punkcie podparcia ramienia. Jak zatem zachował się tak skonfigurowany set?
Pierwszym ważnym aspektem było wyczuwalne, acz bez odchodzenia od dobrej wagi przekazu, nabranie przez niego szybkości. Zyskał atak i co również dobrze wypadło, nieco wyostrzyła się kreska rysująca wirtualny świat. Jednak to nie jedyne ciekawe zmiany, gdyż w wyniku wspomnianych działań dawniej raczej masywne granie po korekcji szybkości narastania sygnału i dobrze odbieranym zebraniu się w sobie, teraz zaczęło pulsować większą energią. Efekt wydawał się być swoistą zamianą krągłości w wyczuwalny mocniejszy impuls, co z jednej strony nieco zmieniło determinującą odbiór całości żywość grania, ale z drugiej nie odeszło jakoś diametralnie od hołubienia przez zestaw dbałości o dobrą wagę i barwę słuchanej muzyki. Gdybym miał bardzo skrótowo opisać wynik niemiecko-kanadyjskiego mariażu, powiedziałbym, że przy zachowaniu dobrej kolorystyki i namacalności, prezentowany w przestrzeni międzykolumnowej spektakl poprawiając „talię” bez popadania w anoreksję, stal się ostatnimi czasy bardzo modnym „fit”. Czy to dobrze? Naturalnie, gdyż ewidentnie pokazuje, że owszem, wkładka oferuje swój oczekiwany od tego typu akcesoriów esencjonalny sznyt grania, jednak nie stosuje zamordyzmu, czyli tłumacząc z polskiego na nasze nie ustawia zastanej konfiguracji według jednego, powstałego podczas projektowania wzoru. Wnosi do niego swoje trzy grosze, jednak z oczekiwanym umiarem, co czyni ją pewnego rodzaju uniwersalną. Czy na pewno?
Spokojnie, jestem pewien, gdyż według mnie ową uniwersalność znakomicie potwierdziły widniejące na serii fotografii przykładowe płyty. A potwierdzały, gdyż repertuar otwierał Chick Corea, potem przyszła pora na Coldplay, a listę zamykał orkiestrowy materiał Earthy Kitt i mimo to wszystkie gatunki muzyczne zostały obdarowane przez tytułową wkładkę stosownymi, naturalnie odpowiednio wspomagającymi je smaczkami. Raz niezbędne okazywało się wspominane zebranie przekazu w sobie i przyspieszenie ataku prezentacji – mowa o popisach rockmenów, innym razem fajne body podczas projekcji damskiej wokalizy – znakomita E. Kitt, a jeszcze innym oprócz dobrego rysunku instrumentów, odpowiednie ich nasycenie – mowa o Chicku. Co ciekawe, to było na tyle płynne, że nawet przez moment nie zauważyłem, aby opiniowany rylec jakoś nieśmiało drukował mecz. Wszystko obywało się w tak naturalny, a przez to bardzo wciągający sposób, że po dosłownie pierwszym utworze danej krążka kończyło się analizowanie sytuacji sonicznej, a zaczynało bezwarunkowe wchodzenie w kompozycję. A muszę przyznać, że oprócz wyeksponowanych na zdjęciach czarnych placków, na talerzu testowej konfiguracji lądowały także tytuły w stylu free-jazzowego Kena Vandermarka, czarującego akustyczną gitarą Antonio Forcione, czy koncertowego szaleństwa buntowników spod znaku AC/DC. I gdy tak z perspektywy spojrzymy na fajnie odebrany, jak widać bardzo różnorodny repertuar, moja teza o uniwersalności wydaje się być w pełni uzasadniona. Zazwyczaj przy świetnym występie jednego z nurtów, inny nieco cierpi. Tymczasem w tym przypadku za każdym razem było ok. Dla mnie bez dwóch zdań nasza bohaterka wyszła z tego starcia z tak zwaną tarczą.

Do kogo adresowałbym naszą bohaterkę Charisma Audio Eco? Szczerze powiedziawszy w oparciu o jej konsekwentne obracanie się – w zależności od napędu – w różnie akcentowanej estetyce nasycenia i barwy, teoretycznie do każdego. Jednak zdając sobie sprawę z faktu różnych, czasem ekstremalnych gustów, jedynymi potencjalnymi przeciwnikami tego typu prezentacji mogą być – choć nie muszą – wielbiciele ekstremalnej natychmiastowości zmian tempa i pewnego rodzaju agresywności przekazu. Kanadyjska wkładka stawia na inny rodzaj emocji i raczej nie da się skłonić do prób kruszenia szkliwa na zębach. Owszem, po zawieszeniu na odpowiednim gramofonie będzie umiała pokazać pazurki, jednak nie oszukujmy się, na żyletki w eterze nie ma co liczyć. To źle? Nic z tych rzeczy. Po prostu piewcy ekstremalnych, niestety z punktu widzenia przekazu analogowego, często wynaturzonych doznań muszą szukać gdzie indziej. A że takich jest naprawdę znikoma ilość, tak naprawdę to dla marki żadna strata. Z założenia nastawiona jest na melomanów, a nie masochistów. Jeśli zatem utożsamiacie się z pierwszą grupą, kanadyjski produkt powinien bezwarunkowo pojawić się na Waszej potencjalnej liście zakupowej.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Audio Atelier
Producent: Charisma Audio
Cena: 3 990 PLN

Dane techniczne
Charisma Audio Eco – wkładka gramofonowa MC
Waga wkładki: 11 g
Korpus wkładki: aluminium
Wspornik: biała ceramika
Szlif: super eliptyczny Nude Diamond
Kąt śledzenia w pionie: 20 stopni
Cewka: cewka z czystego żelaza z miedzią OFC
Napięcie wyjściowe: 0,38 mV przy 3,54 cm/s.
Impedancja wewnętrzna: 8 omów
Pasmo przenoszenia: 20 – 20 000 Hz ± 1 dB
Balans kanałów: lepszy niż 0,5 dB
Separacja kanałów: lepsza niż 25 dB
Zgodność dynamiczna: 12 μm/mN
Zalecane obciążenie: 100 – 1000 omów
Zalecana siła nacisku / tracking force : 1,9 g ± 0,1 g
Możliwość śledzenia przy 315 Hz / 2 g: 80 uM
Zalecana masa ramienia: średnia
Okres docierania: 30 godzin

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

We mentioned that many times before, that fluctuation of product models in the budget segment was happening in almost seasonal cycles, at least it did before the Covid and war times, in the Hi-Fi upper shelves and High-End, this turnaround happened in a much more relaxed way. Of course there were novelties and changes, but their frequency was in average around five years, what allowed for planned purchases. It also meant, that when we decided to buy something off those higher shelves, then this product will continue to live for a while, and even if something potentially better would come to the market, we would easily find people interested in what we have, should we decide to change for the newer product. And the manufacturer himself might even propose to take older item back, and would end up paying only a reasonable sum for the upgrade. This was also the case with Furutech, where new models appeared only from time to time, and the higher we looked in the catalogue, the quieter and stabler things were. Yet, completely out of the blue, the news came, that the Japanese decided to shock their acolytes with a palace coup, and maybe not dethrone the reigning NanoFlux-NCF, but degrade it a little, by introducing a new flagship model, the crown jewel of their 30 year’s history. But before things came together, once more concrete things started appearing, and not only rumours, we received, in total secrecy, the first cable shipped to Poland, which at that time did not even have a name, and was provided to us courtesy of the Katowice based RCM, the Polish distributor of Furutech. We had a look, we did touch it and listen to it, we told our opinions about it and … silence fell. However the cable returned to us once more weeks later, this time with a package of information directly from Tokyo, an official name and lifted embargo. This meant that we could finally publish our observations. So, if you were wondering what we will be reviewing this time around, I am extremely happy to announce, that we had the privilege of testing the top power cord from Furutech, the PROJECT-V1.

According to logic and simple economic calculation, you could think, that the newer model would utilize an updated, cleaner, better, etc, version of the previously used conductors, and you do not think too much about the used plugs. Especially when the top 50 NCF are a class of their own. Yet, someone with decision power at Furutech thought, that when you are putting a new ruler on the throne, around five years after the previous one (the first version of the NanoFlux appeared in 2015 and the NanoFlux-NCF with better plugs about one year later), then you also want to improve those connectors. This is the reason that the plugs, and the massive sleeves the PROJECT-V1 carries, were designed from scratch. Of course the proprietary anti-static and anti-resonance material NCF was used, combined with special nylon isolation. Seemingly this combination sounds familiar, but this time each carcass was made from four-layered, hybrid unidirectional carbon fiber and NCF, covered with a special hardened, clear, dampening coating. So looking from the outside we have the mentioned hardened, clear coating, below it the hybrid carbon fiber and NCF composite, another layer of NCF, this time combined with unidirectional carbon fiber and finally the internal layer is made from NCF nylon resin. The connectors within the plugs were made from α(Alpha) copper covered with non-magnetic rhodium and mounted in NCF bases. As a result, the carcasses of the plugs for the V1 evolved from the silvery-grey plaid in the NanoFlux-NCF towards a more grey-black, pearl mass, reminding me of a structured plaster of sorts. The external nylon sheath is shiny black, so the whole is at the same time imposing and elegant. Another, quite substantial item, especially in terms of ergonomics and every day usage, is the much higher weight and stiffness of the V1 compared to its predecessor, and this is something you really need to take into account when applying it. Finally another important difference. To date, all Furutech cables arrived in fully cardboard, or cardboard with a viewing port (e.g. The Astoria E & Empire E), then this time the Japanese went all out and the V1 was supplied in an elegant wooden box.

When we look at the conductors used inside our today’s guest, Furutech decided to use a proprietary three layer, coaxial combination of silver plated Alpha-OCC and Alpha-DUCC (Dia Ultra Crystallized Copper) conductors, a combination of the two best conductors the manufacturer has at its disposal. I will just mention, to give credit where it is due, that the supplier of the mentioned wires is Mitsubishi Cable Industries Ltd. The whole cable is double shielded and double isolated, additionally it has a special hybrid polyethylene isolation, enriched with ceramic-carbon dust, which has dampening properties. The external sheath is not only to feast the eyes, it has also the task to minimize tension and resonances of the cable. It has high elasticity and is made from a cross-woven soft (0.02mm) and hard (0.25mm) polypropylene.
Do you think it is complicated? If yes, then now you need to really pay attention, as we are coming to the point and will now vivisect the top Furutech, which can easily be described as the most advanced cable that appeared in the Japanese portfolio. To not get lost in the description I will split the upcoming information into two sections – the first one will be about the conductors themselves, while the second one – about the layers of the cable surrounding those wires. Are you ready? Then let us begin.
The core of each conductor is composed of a bundle of 127 individual wires, rotated right, each with diameter of 0.18mm silver coated α-OCC copper. The intermediate layer is made from 37 α-DUCC (7N) copper wires, rotated left. The outer layer is made from 43 α-DUCC copper wires, rotated right again. This results in a 10AWG cross-section (or 5.267mm2 if you prefer metric). I can see the vicious smile of those big poweramp users amongst you. The whole is wrapped in double isolation with internal layer made from FEP (Fluoropolymer) and the external from high quality polyethylene. The three runs are stabilized by polyester fibers, while the complete set is covered by a paper coat. This whole roll is then surrounded with a layer of PVC with nano-ceramic and carbon dust, and upon that we have the first shield, made from α copper foil. A second shield goes on top, this time made from α copper braid. This is again wrapped in paper, then a flexible nylon sheath and another layer of paper. Next we have special dampening tubes, with a diameter of 4.0mm each. Then we have a layer of cellulose wrap, another layer of PVC with nano-ceramic and carbon dust and finally an external, flexible nylon sheath. And that is it. I wish all the luck to all the copycats, who would like to try to replicate this in a garage.

After the very elaborate, also for me, description of the construction of the tested cable, there is now time to, extremely subjectively, describe its impact on my test system. It is worth noting, that, like mentioned in the introduction, I had the chance to host the V1 twice, so the falsification of the results, by me being very excited to listen to this novelty, is very low, and can be regarded as negligible. You can only make a first impression once, so during a second encounter, only routine matters. This is the reason, that when I was making the assessments, I caught myself on more or less conscious toning down any signs of excitement and enthusiasm, coming from the perceived nuances. But it was very hard to sit down calmly, as each and every time I put the PROJECT-V1 against the brilliant NanoFlux-NCF, it bounced off the latter and showed what it can really do. The definition of the sound stage, the precision of the creation of virtual sources, or the gradation of the planes, gained a completely new quality, but interestingly their evolution was not based on artificial contouring through sharpening, something you achieve in photography using the unsharp mask, or even eye soaring HDR, but by reproducing the proper proportions and realism. This does not mean, that the NanoFlux “created” the sound and only the PROJECT-V1 reproduced the sound, not interfering with its contents, but just that the higher model does it better, in a more natural and refined way. Additionally, the swing and naturality it has, exclude the wow! effect by their nature. Instead, after plugging in the V1, everything becomes more natural, organic and better absorbable by the listener. However if you would only look at the “ingredients” from which both cables were “cooked”, then you might think, that the NanoFlux, due to the gold particles in its bloodstream, would be the more rounded, darker and coherent one. Yet, the PROJECT-V1, using its silver coated copper, turns out to be the darker and seemingly quieter one. And I wrote “quieter” on purpose, as in absolute categories, our today’s hero declasses its predecessor in all aspects, starting from micro and macro dynamics and ending with resolution. And you do not need to reach for the extreme to experience this, as even on the very elegant interpretation of classical music, the album “Vivaldi: Concerti per archi II” and the fresh from the press “Vivaldi 12 Concertos Op.3 ‘Estro Armonico’, Bach Keyboards Arrangements” by Rinaldo Alessandrini and Concerto Italiano the palpability and realism of the performance struck similar to being there in the audience when the pieces were recorded. It is seemingly only a small baroque piece – only a dozen performers on stage – but in this case, both in terms of the ensemble performing and the cable, it is not about the count (people and wires), but about quality. If you sit down in your comfortable listening chair and put on any of the mentioned albums, you will let the vivid pace of music carry you. And if you reach this, very demanded, state during listening, you should be able to easily hear, that the flagship Furutech reproduces the complicated music notation with appropriate tact and refinement, while at the same time being very true to the reality, by which I mean a live event.
When we look at the harpsichord, which, regardless of what you think of it, is quite an ungrateful instrument, as while it has similar size to its sibling, the piano, yet regarding the scale and nobleness of the sounds it generates, it can rather be compared to a … mandolin. It is quite clinking and small sounding, and the more often it sounds, the more irritation it generates. Yet the Italians, and the tested cable, could extract all of the best qualities from this, not overly graceful, instrument, beginning with depth and ending with the mass of sound. Of course you would be searching in vain for expression, which is native to the string instruments accompanying it, but in the role of a baroque rhythmic section it fared so well, that its presence evolved from an annoying necessity, to a fully justified buckle, binding the individual pieces into a logical whole. The wealth of decaying sounds and a certain flow, being the contradiction of the stiff convenances usually associated with classical music, did not allow it to become boring. But the more time I spent with this kind of music, based on natural instruments, the more I became convinced, that the naturality and intensity of the sound provided by the V1, does not result from favoring any of the sound generating contraptions, but rather from allowing them the most comfortable environment to work with, their wellbeing, as it were. This boiled down to eliminating any parasitic artefacts and anomalies, which often not only degrade, but sometimes even distort and change the original sounds.
Comparing the tested Furutech to a similarly extreme competition, it could not be overlooked, that put against the Synergistic Research Galileo SX AC (review coming shortly), the Japanese cable starts to build the stage behind the speakers, and the further planes are going surprising far. This is the reason, the listener gains a phenomenal insight into the recording, while at the same time keeping this a perspective conform with nature – without any artificial blow-ups, close-ups, or more generally speaking, exaggeration.
Changing, and at the same time slightly modernizing, the repertoire by reaching for the prog-rock “Noise Floor” by Spock’s Beard, it became clear, that the denser and more complicated the action on the stage gets, the more at ease the Furutech feels with it. Multiple planes and neck-breaking melodic lines? Orchestrations mixed with guitar riffs, solid drums and percussion (again played by Nick D’Virgilio)? This poses no problem at all, and you can see, that this is not the summit of the Japanese cable’s abilities, but only an innocent warm-up. Even with the prog-metal, and dangerously close to thrash-metal, gallopade (the double kick sounds here like a fast firing, heavy machine gun) “Long Night’s Journey into Day” by Redemption, you could discern absolutely no shortness of breath. Something that cannot go unnoticed is, that there is absolutely no nervousness and no attempt and upping the tempo. Everything is delivered to the point and served as it should be – al dente, what means that the differentiation of the bass goes hand in hand with its ability to reach regions, where instead of hearing the individual frequencies, we just feel them with our whole body, so there is cannot be any talk about thinning or drying it out. The guitars are fiercely stingy, they drill inside our brain like a drilling machine at the dentist, yet they do not fall into being overly offensive. They still carry appropriate weight and punch, so this is not just a metallic clamour, but rather white hot metal, incinerating those, who come too close, while having the mass appropriate for that destruction, and an almost magnetic coherence and velvety smoothness. This is also the proof, that even a disc with heavy music can be recorded and mastered at least good, and eventual issues with reproduction may come not from its deficiency, but from the limitations of the reproducing audio gear. I probably do not need to mention, that the Furutech PROJECT-V1 does not have any such limitations.

Trying to summarize that, what the Furutech PROJECT-V1 presented in my system, with true reluctance, and badly concealed despair, I came to the conclusion, that while its presence was very much to my liking, the time I needed to unplug it, was as traumatic as root canal treatment by a dentist. You cannot fool the human nature. We were programmed in such a way, that we get quickly accustomed to something good, and when we need to lower our flight attitude, we perceive it as a very painful experience. That was the case this time. This is the more telling, that when I removed the PROJECT-V1 from my system, I returned to the, phenomenal on its own, NanoFlux-NCF. The problem was, that the V1 turned out to play in a completely different league. A league, where only a select few have access to. Fortunately enough, thanks to RCM, I had the privilege to host it twice, and gain very valuable experience. At the same time I could again raise the bar of my very private absolute, a perspective I will apply when reviewing other cables that will fall in my hands.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Network player: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Power amplifier: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Speaker cables: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + Silent Angel S28 + Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC; Innuos PhoenixNet
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Opinion 2

I do not know how you see it, but in my opinion, the Japanese brand Furutech escapes the stereotypical view of audio brands existing on the market. I mean with this, that it has two aspects to its products. They carry their own portfolio of ready made products, but at the same time a wealthy palette of half-products, like cables on spools and all kinds of confection dedicated to them. Is this madness? Are they trying to cut the branch they are sitting on? Absolutely not, as this is ongoing for years, and still Furutech is a brand, which is even recognized by my wife, a person completely not interested in our hobby. This is the result of the engineers of the mentioned company are not slacking, but consistently introduce new patents, with the NCF technology being a recent example. And when it would seem, that after this milestone, the research and development department could go on vacation, it turns out, that the Japanese present to the world their newest and, importantly, most technologically complicated product in the company’s history. I am talking about the hero of this test, the Furutech Project-V1, a product not leaving any illusions even when you look at it – as it is substantial in size, provided to us for testing by the Katowice based RCM.

Starting the abbreviated description of the tested cable, let me say this: if the Japanese talk in their company materials, directed to their potential clients, about high complication of the construction, then in case of Furutech, it is like that in one hundred percent. Seemingly we have here only three conductors, but let me assure you, this is only the iceberg summit of the technical advancement of the cable. Let me provide you with a very shortened version of the construction. The conductors are made from silver coated copper Alpha OCC and Alpha DUCC. Upon those a dual-layer isolation was placed, made from fluor-polymer and polyethylene. Next, there this “three-pack” is encased with polyester fibers and a paper tube, that sets its diameter. Another step outwards and we have a nano-ceramic enriched PVC sheath, dampened with carbon powder. This complicated sandwich is again placed in a paper tube, which functions as a soft, antivibration stabilizer of the whole construct. Finally the whole is again dampened with carbon powder and PVC tubes, enriched with nano-ceramic. Of course, the fathers of this model would not be satisfied, if they would not fight for the best signal transfer with appropriate shielding, so the cable has double shields outside of the first dampening layer of carbon particles and nano-ceramic PVC. One layer of the shield is made from copper foil, the second one – from a copper braid. The whole cable is placed inside a nicely looking, opaque black braid sheath. Now you must confess, we are talking about a construction madness. But why do that? Of course, this is all for getting the best results in transmitting lifegiving electric energy. Now about the plugs used to terminate the cable. We have here the most recent models, dedicated to this cable. The cable has two different diameters – in the middle, it is about 1.5 times thicker than its ends, so the manufacturer opted to conceal the places, where the diameter changes with barrels, looking almost identical to the plugs, both visually, as with regard to the used technologies. Finalizing this very short description of the very complicated construction of the V1, I will just mention, that the standard length of the Furutech power cord is 1.8m.

When, after a few listening sessions, which turned out great, I started to think, how to best approach the topic of telling you the most important characteristics of the tested product, I was a bit baffled, and did not really know how to do it, until I received the information about its construction from the company marketing department. Evidently, the cable presented itself very interestingly, in an unexpected way, but in the good meaning of that word, I would even go as far, as calling it phenomenal. But I was not sure, how to phrase all the nuances I heard, and not spoil the test. Should I praise it from the start? Or maybe try to build-up tension gradually? Fortunately, the company materials helped me not only with the description of the cable’s internals, but also in terms of how to describe its sound. Of course, I read that kind of information every time I am testing something, but in most cases, those are just wishful thinking. But fortunately most cases does not mean all cases, so I was glad, that also with this aspect, the tested brand showed, how to care for the reputation it has built during the many years of being on the market. So what were the Japanese writing about?
They wrote about high resolution of the musical spectacle, with special attention not for the treble, but lower and medium ranges. Also about improving projection and palpability of the virtual sound stage by lowering the amount of noise. About coherent and controlled bass. About the energy of the reproduced music. And brilliant dynamics of the presentation, thanks to all the things mentioned before. So how did I perceive it?
You might be surprised, but in the first moment, the perceived “expression” of the sound got pushed back. The sound stopped asking forcefully for applause. But when I read the assumptions of the manufacturer, this push back just turned out to be the result of those. This was an evident case, when the seemingly harmful “less” turns into the expected “more” in the end. The keyword here is resolution – achieved not by the usual upping of tonality or slight thinning of the upper midrange, but by removal of the background noise, which allows the softest bits and pieces of the musical information to come forward. And those are just the first results of resolution improvement, as due to the increased transparency of the lower octaves, those started to reach far more down, the midrange became more readable, as expected, and the treble, which was a bit less intensive at first contact, exploded with a wealth of micro-details. If that would not be enough, the tested Furutech power cord clearly confirmed, that you can convert the effort of cleaning power supplied to your audio system into pure energy, and not into averaging of the sound. The bass and midrange became more dense, but not at all thinned, anorectic or edgy; they became nicely pulsating, with rounded edges, sounding with more energy and brilliantly vibrant.
Up until this test, I thought that I reached the mythical Olympus in that aspect, yet the V1 showed me clearly, how much I was mistaken. And you need to know, that I was using only one piece of it, powering the CD transport. So what would happen, if I would apply this cable, with its multiple isolators and shields, in the DAC or use more than one? Truly? First of all – I had only one cable at my disposal. Secondly – I was afraid to plug it in elsewhere in my system. This fear was caused by the outstanding, and during the test absolutely brilliant, handling of the most demanding genres of music by the system. Against expectations, this genre was not rock madness, ruthless electronics, or even big symphonics, but jazz, exposing the sound of the double bass, like Paul Bley and similar artists, the multi-coloured virtuoso bow work, as well as the phenomenal sound of the viola da gamba, like the one from the Jordi Savall repertoire. What is the reason for that? To verify the resolution of the sound, you just need to find a seemingly monotone playing single instrument, which in capable, virtuoso hands, turns into a phenomenal piece of art, something very difficult to reproduce. Yes, big, symphonic orchestra is also a good example, but if something as simple as the mentioned “blown-up violins” is important for you, then you will easily know, where the phenomenon of the tested cable is. For me this was a knockout. A brutal one. Because it did not happen after desperately searching for positive aspects of it, but just after a few minutes of casual listening after plugging it in. I did not think, that improvement of resolution can influence the projection of energy in the mid and lower range of the sound spectrum that much, with s general explosion of information throughout the whole range – and I need to remind you about the treble being seemingly quieter. The contrabass and the viola started showing the state of their strings each and every millisecond, while having received an injection of vitality, expanding the decay of the notes. Additionally, visible improvement happened to the attack, which became much more condensed and boiling with energy, while not having artificially sharpened edges.
It is difficult for me to express my state of mind, in which I was placed by the tested power cable. However if I would still try to do that, it would be total excitement, a feeling I mostly forgot, because of the quality of my system. This excitement happened not only due to the described resolution per se, although it worked on my brain like narcotics, but through its input in the reproduction of a very palpable and extended in each direction – width, depth and height – musical world, which was visualized, in 3D terms, much better, than usual.
This was so consequential, that I caught myself many times on unconscious focusing on the smallest movements of the bow on the string, and the sonic effect of that movement, instead of looking at the musical piece as a whole. And please do not worry – I did not loose anything during those moments, I know those pieces by heart, but this state of mind was the result of very minute way of showing the musical material. This subconsciously invited me to start searching for the beginning and the end of the vibration of any given string, yet without being choked by the technicalities of the viola and bass players employed to achieve this results. I was still listening to the same recordings. They had the attack, energy, speed of rhythm changes, finesse and unlimited decay of the notes. But in the configuration with the Japanese cable plugged in, the refinement and way of providing information was on a level, that my system did not achieve before. A miracle? Not by any means – just the effect of hard work of the research and development department of Furutech.

So how would I classify our tested hero? Whom would I recommend it? You may be surprised, but I have very trivial responses to both questions. The first response is the argument, that the characteristics presented by the tested cord are unique in every aspect. And I am not thinking about the masterful amount and quality of bass, midrange and treble, but about the brilliant balancing of essence, energy and information carried by those ranges, and all being just means of painting a palpable world of music. Of course it was as real, as current technology of recording music on discs allows it to be. Regarding the second question, the answer is, that anyone should be invited to test it out, regardless of the sound aesthetics achieved by his or hers audio system. This recommendation is based on the splendid resolution of the tested cable, which I described above. This cable was capable of upping my system to the yet unheard levels of quality, while having a dense and dark projection. Do you think, that I am stretching facts now? Try it out for yourself, and you will know. Alas, everything good must come to an end. What do I mean by that? I am not sure what will finally become of that, but initially the Furutech Project-V1 power cable was to be limited to only 40 pieces. And if this is really the case, I urge you to hurry, and borrow it for even a casual listening, and I will not be surprised, when you decide to leave it plugged in your stereo. And that means, that this small pool, distributed around the world, may be exhausted in just weeks. So be warned – in this case not the price, but availability may be your biggest enemy.

Jacek Pazio

System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker Cables: Synergistic Research Galileo SX SC
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
– Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
– Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
Drive: Clearaudio Concept
Cartridge: Essence MC
Step-up: Thrax Trajan
Phonostage: Sensor 2 mk II

Polish distributor: RCM
Manufacturer: Furutech
Price: 8000€ / 1,8m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Stworzona w Japonii przy zachowaniu wszystkich restrykcji dotyczących precyzyjnej kontroli tak samej budowy jak i zachowania i powtarzalności parametrów technicznych, a do tego symbolicznie dotknięta ręką Allana Perkinsa założyciela firmy Spiral Groove, oferuje miłośnikom analogu wszystko, czego mogą oczekiwać od audiofilskiej wkładki z ruchomą cewką. A są to: wyjątkowo szerokie pasmo przenoszenia, wyraźne sopranowe transjenty, oszałamiająca dynamika i niewiarygodnie bogata szczegółowość. Dodatkowo UltraGold MC posiada cechy zgodne ze szkołą MoFi, a nawet je rozwija poprawiając: wierność oryginałowi, realistyczną separację dźwięków, wręcz chirurgiczną dokładność, czyste i precyzyjne śledzenie ścieżki.

Wkładka wyposażona jest w igłę typu Nude o szlifie Shibata zamieszczoną na borowym wsporniku. To przyczynia się do tego, że UltraGold MC potrafi w sposób niemal namacalny odtwarzać najniższe dźwięki, pięknie pokazać wysoką reaktywność sopranowych transjentów i mocną, nasyconą piękną barwą średnicy. Diamentowy profil Shibata został tak dopracowany, aby odtwarzany dźwięk był plastyczny, odznaczał się głębią i wspaniałą przestrzenią.

CECHY:
– Igła typu Nude ze szlifem Shibata, na borowym wsporniku
– Magnes neodymowy i jarzmo permendurowe
– Cewki z miedzi monokrystalicznej wykonane metodą ciągłego odlewania (PCOCC)
– Aluminiowy korpus z gwintowanym mocowaniem
– Wykonana w Japonii

SPECYFIKACJA:
Typ: Stereo podwójna ruchoma cewka (MC)
Igła: Shibata – Nude, wspornik borowy
Napięcie wyjściowe: 0,4mV
Pasmo przenoszenia: 20–35000Hz
Waga: 7,3g
Tracking Force: 1.8–2.2g
Impedancja: ≥ 100kOhm
Zgodność statyczna: 40 x 10e-6/dyne
Zgodność dynamiczna: 10 x 10e-6/dyne
Kolor: Złoty