O tym, że jak mawiał Alfred Hitchcock dobry „film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć” wiedziałem od dawna, ale że podobna reguła dotyczy bądź co bądź służbowych podróży przekonałem się na własnej skórze dopiero we właśnie mijającym tygodniu. Jak bowiem inaczej opisać sytuację, gdy dotarłszy w środę, chwilę przed szóstą rano na stołeczne lotnisko zastałem zamkniętą większość bramek a po przejściu dostępnej w starej części Okęcia moją uwagę zwrócił zastanawiający tłum w hali odlotów oraz tablice odlotów z wszystkimi rejsami oznaczonymi jako … opóźnione. Chwila konsternacji, szybki rzut oka na serwisy informacyjne i wszystko jasne – zamknięcie znacznej części rodzimej przestrzeni powietrznej na skutek wielokrotnego naruszenia polskich granic przez rosyjskie drony. Krótko mówiąc czekam, podobnie do setek innych podróżnych. Całe szczęście mój planowany na 8-ą lot doszedł do skutku z około godzinnym poślizgiem, więc nieświadomy czekających mnie dalszych „atrakcji” wygodnie rozsiadłem się w zaskakująco pustym Embraerze 170, by po nieco ponad trzech kwadransach zaobserwować przez iluminator potężny słup czarnego dymu unoszący się nad znajdującą się w pobliżu wileńskiego lotniska stacją tankowania gazu skroplonego w Wace Trockiej. Jak się później miało okazać płonęło osiem zawierających ów jakże łatwopalny specyfik wagonów Orlen Lietuva. Szybki remanent spakowanych na litewski wypad akcesoriów dość szybko wykazał, iż na liście brakuje zarówno survivalowego wyposażenia, a i o kamizelce kuloodpornej też nie pomyślałem. No nic, takie mamy czasy i jakoś trzeba sobie radzić.
Całe szczęście po wylądowaniu na nie wiedzieć czemu przypominającym … dworzec kolejowy wileńskim lotnisku wszystko wróciło do normalności. Telefon działał, otaczający mnie ludzie ze względnym spokojem zajęci byli swoimi sprawami a dosłownie po chwili na pobliskim parkingu pojawił się Gediminas Gaidelis – założyciel, właściciel i główny projektant marki AudioSolutions, czyli de facto sprawca całego zamieszania i mój przewodnik w trakcie tzw. „factory tour”, co po naszemu oznacza klasyczną, znaną jeszcze z czasów słusznie minionych „wizytację zakładu pracy”, na którą serdecznie zapraszam.
A właśnie, skoro o historii mowa, to zanim przejdziemy do teraźniejszości naszym Czytelnikom należy się krótka retrospekcja i zarazem geneza powstania litewskiej manufaktury. W tym celu należy się cofnąć do 2002 r. do podwileńskiej miejscowości Grigiškės, kiedy to 16-letni wówczas Gediminas powołuje do życia swój pierwszy „komercyjny” projekt, czyli markę GSP wytwarzającą i sprzedającą bezpośrednio lokalnym pasjonatom kolumny głośnikowe. Oczywiście ów projekt biznesowy nie był efektem gwałtownego objawienia, lecz logicznym następstwem wcześniejszych eksperymentów inspirowanych zamiłowaniem do elektroniki ojca i stolarskimi umiejętnościami dziadka. Po pierwszych próbach w domowym zaciszu (znaczy się mieszkaniu w bloku, przed którym Gedyminas załapał się na pamiątkowe zdjęcie) „zakład produkcyjny” trafił do wynajętego i zaadaptowanego na potrzeby GSP, widocznego na powyższych zdjęciach garażu (to ten z czerwonymi drzwiami), praca popołudniami i nocami zaowocowały na tyle stabilnym gronem odbiorców, że Gedyminas postanowił nieco bardziej skomercjalizować własną działalność i rozpoczął poszukiwania lokalnych salonów, które zdjęłyby z jego barków część promocyjno/marketingowo/sprzedażowych obowiązków. Chciał bowiem całkowicie poświęcić się temu, co lubił najbardziej, czyli produkcją kolumn. Jak się jednak okazało sukces bliźniego miał być solą w oku lokalnych „sklepikarzy”, którzy uznali, iż zamiast promować „sąsiada” lepiej zapobiegliwie go uziemić a tym samym zapewnić sobie błogostan wynikający ze skupienia się na importowanych dobrach. W następstwie owych, opartych głównie na „czarnym PR-ze” działań, po niemalże 10 latach działalności GSP Gedyminas postawił wszystko na jedną kartę i jesienią 2011 r., po trzymiesięcznej nieprzerwanej pracy, „zadebiutował” na litewskiej wystawie audio z nową marką … AudioSolutions i dwoma modelami kolumn – Rhapsody 80 oraz mającymi u nas swoje przysłowiowe pięć minut … Rhapsody 130. Tyle historii, gdyż obecnie AudioSolutions ma swoją główną siedzibę w oddalonej od swojego pierwotnego lokum o zaledwie 35km miejscowości Grigaičiai i choć obie nazwy wydają się do siebie podobne, to dzielą je 15 lat doświadczeń i zupełnie inne pozycjonowanie w ogólnoświatowej świadomości.
Najwyższa pora na teraźniejszość, czyli wyjście z podziemia i jak na globalne realia przystało prowadzenie stricte butikowej manufaktury o ambicjach bycia audiofilskim odpowiednikiem … Porsche. I bynajmniej nie chodzi tu o „sławę i kultowość” niemieckich turladełek, co podejście do ich budowy, gdzie większość elementów jest łatwo wymienialnych i zdroworozsądkowo wycenionych, czyli zamiast przy niewielkim uszkodzeniu wymieniać niemalże ćwierć samochodu wystarczy dokonać naprawy/wymiany konkretnego, niewielkiego modułu. Dlatego też obecnie produkowane modele AudioSolutions zaprojektowane są zgodnie z powyższą ideą a z racji wprowadzenia znanego już m.in. z recenzji Figaro L2 konfiguratora każda ze sprzedanych par ma swój unikalny „paszport” na podstawie którego z łatwością można dojść nie tylko co w niej siedzi, co wręcz wykonać jej „klony”. Wróćmy jednak do meritum, czyli nieco skrótowo prześledźmy proces produkcyjny, który rozpoczyna się w zaprzyjaźnionej, wyposażonej w kilka obrabiarek numerycznych (CNC) stolarni świadczącej usługi nie tylko na potrzeby AudioSolutions, ale i innych lokalnych odbiorców.
Wykonane tamże formatki trafiają już pod dach siedziby tytułowej marki, gdzie są dodatkowo szlifowane, gruntowane, malowane i przez zaledwie 4-osobową ekipę doprowadzane do postaci znanej finalnym odbiorcom. I choć na papierze wygląda to dość prosto i niewinnie, to praktyka (po części również powyższa galeria) pokazuje, jak skomplikowany i czasochłonny jest to proces. Mozolne składanie obudów, montaż wewnętrznych wzmocnień i oczywiście autorskiego „Cabinet-In-a-Cabinet”, czyli dublowania obudów – stosowania schowanej wewnątrz zewnętrznej „skorupy” drugiej, wewnętrznej obudowy. Nie dziwi zatem fakt, iż AudioSolutions bynajmniej nie aspiruje do bycie jednym z największych producentów kolumn, lecz oczkiem w głowie jej założyciela jest zapewnienie możliwie najwyższej jakości oferowanych modeli, gdzie liczy się przede wszystkim właśnie jakość a nie ilość. Dlatego też produkcja na poziomie 300+ par rocznie jedynie okazjonalnie jest zwiększana i zazwyczaj wynika z długoterminowych kontraktów dla największych odbiorców. Przy takiej skali produkcji na uwagę zasługuje fakt, iż większość (jeśli nie wszystkie) plastikowe elementy, jak i grawerunki wykonywane są na miejscu z użyciem widocznych na powyższych zdjęciach drukarek 3D, oraz laserowej grawerki. Dzięki temu czas od pomysłu do wyprodukowania prototypu i jego testów liczony jest praktycznie w godzinach a nie dniach, bądź nawet tygodniach. Jak z pewnością większość z Państwa zdążyła zauważyć w zajmowanych przez litewską markę przestrzeniach próżno szukać wielkopowierzchniowych magazynów wysokiego składowania, bowiem dzięki pełnej elastyczności produkcji oraz takiej samej sprawności ww. stolarni większość zamówień realizowana jest natychmiast po ich wpłynięciu. Znaczy się po „kliknięciu” zamówienia przez Klienta ekipa wytwórcy doskonale wie co robić i z dostępnych, wstępnie przygotowanych profili, rozpoczyna montaż konkretnej pary, który w zależności od modelu i wybranego wykończenia zajmuje nieco ponad tydzień. Sam proces produkcji jest jednak tak zaplanowany, iż istnieje możliwość wykonywania kilku par równolegle, które finalnie pakowane są w kartony, bądź masywne skrzynie i ustawiane w pobliżu rampy, z której jadą w świat.
Wspomniane modyfikacje i prototypowe egzemplarze po pomiarach odwiedzają przylegającą do części biurowo-projektowej przestrzeń „odsłuchową” gdzie odbywa się wstępna – tym razem już nie parametryczna a „nauszna” ocena zasadności wprowadzenia danego rozwiązania z użyciem m.in. doskonale znanej elektroniki Vitus Audio. Nie ma ona postaci poniekąd komercyjnego pokoju demonstracyjnego, gdzie odbywają się m.in. spotkania i prezentacje przeznaczone dla obecnych i potencjalnych dystrybutorów, gdyż z tego, co zdradził mi Gedyminas w ciągu najbliższych 2-3 lat planuje przeprowadzkę produkcji do nowego, większego budynku, gdzie takowe, już dopieszczone lokum się znajdzie, więc na razie jedynie traktuje ów „kącik” jako poligon doświadczalny, gdzie mając na podorędziu cały park maszynowy może niejako w czasie rzeczywistym, na gorąco, odsłuchiwać rodzące się w jego głowie pomysły.
Jak jednak wszem i wobec wiadomo nie samą pracą człowiek żyje i czasem, żeby coś ciekawego wymyślić trzeba oczyścić z codziennych trosk głowę. Do tego właśnie służy skrzętnie zagospodarowany na potrzeby Gedyminasa i jego zakręconych na punkcie motoryzacji znajomych kącik z imponującą makietą toru wyścigowego z serii Carrera DIGITAL i niezwykle rozbudowany system monitorowania osiągnięć biorących udział w zmaganiach śmiałków. Kiedy dopisuje pogoda Gedyminas zamiast dusić kontroler w murach swej fabryki woli jednak wsiąść do swojego 500-konnego, już pełnowymiarowego, Porsche GT4 RS o umaszczeniu zupełnie (nie)przypadkowo przypominającym znane z goszczących u nas po zeszłorocznym monachijskim High Endzie strzelistych Figaro XL2. Dziwnym zbiegiem okoliczności podczas mojej wizyty aura okazała się nad wyraz łaskawa, więc dane mi było zakosztować potężnej dawki moto-adrenaliny rodem ze Stuttgartu. Kręte nitki wijących się wśród okolicznych jezior i lasów dróg okazały się idealną okazją do doświadczenia na własnych trzewiach możliwości ww. turladełka, które nawet w najostrzejszych zakrętach zachowywało się niczym przyklejone do asfaltu. Dzięki uprzejmości Gedyminasa w ramach pokonania blisko 200km miałem okazję również rzucić okiem na niezwykle malowniczą i zarazem dziewiczą dolinę Wilii, zamek w Trokach, czy też udanie odrestaurowany Pałac Tyszkiewiczów w Wace Trockiej.
Serdecznie dziękując Gediminasowi Gaidelisowi za gościnę i poświęcony czas, którego jak wiem permanentnie mu brakuje, oraz rodzimemu dystrybutorowi – trójmiejskiemu Premium Sound-owi za organizację niniejszej eskapady, gorąco zachęcam wszystkich zainteresowanych do zapoznania się z litewskimi specjałami z portfolio AudioSolutions, gdyż podobnie do tamtejszej kuchni potrafią zapewnić istne rozkosze zmysłów. Nie ma jednak sensu prowadzić czysto akademickich dyskusji, tylko zakasać rękawy i brać się za słuchanie. Tym bardziej, że chodzą słuchy, iż w niedalekiej przyszłości podstawową linię Overture czeka podobny do ich starszego rodzeństwa lifting, a tym samym firmowe brzmienie znane m.in., z drugiej odsłony Figaro będzie miało szansę pojawić się na zdecydowanie bardziej przystępnych pułapach cenowych. I tym optymistycznym akcentem pragnę zakończyć litewską relację odliczając dni nie tylko do najbliższego Audio Video Show, lecz i otwarcia nowej siedziby Premium Sound, podczas których nie tylko wiadomych kolumn, jak i samego ich twórcy (jedynie podczas AVS) zabraknąć nie powinno.
Marcin Olszewski
Opinia 1
Norweskiego Electrocompanieta zna w Polsce każdy adept zabawy w poszukiwanie jak najlepszego dźwięku. To zawsze jest ostoja muzyki przez duże „M”, a jedyną różnicą pomiędzy poszczególnymi komponentami jest poziom płynności prezentacji. Temat jest na tyle znamienny dla tego podmiotu, że gdy kochamy spędzać przy muzyce wiele godzin, rzeczony ECI jest zazwyczaj pierwszym i zazwyczaj ostatecznym wyborem. I gdy wydawałoby się, że mamy tak zwanego Świętego Grala w procesie obcowania z uwielbianymi wykonawcami, czasem wspomniane dobro w postaci plastyki i płynności w zderzeniu z oczekiwaniami niektórych melomanów lub ich konfiguracji sprzętowej w pewnych aspektach okazuje się być niewystarczającym. Do czego piję? Otóż chodzi o to, że przecież samym miodem i mlekiem w obcowaniu z muzyką meloman żyje. Przecież nierzadko posiadany system jest już piewcą takiego stanu i kolokwialnie mówiąc trzeba poszukać dla niego kopniaka nie tylko skomasowaną, ale także dobrze kontrolowaną energią. To oczywiście tytułowy ECI także potrafi, ale przez wielu jego wieloletnich użytkowników ten temat był zbyt łagodnie traktowany. Na szczęście do czasu. Co mam na myśli? O nie, wstępniak nie jest miejscem do odkrywanie kart i jedyne co mogę w tym akapicie zrobić, to zaprosić zainteresowanych rozwikłaniem zagadki z poprzedniego zdania do lektury kolejnych akapitów, bowiem dzięki wymagającym sporo siły działaniom logistycznym warszawskiego Hi-Fi Clube w naszej redakcji wylądowały monumentalne, jeszcze pachnące nowością monobloki Electrocompaniet AW 800 M.
Jak wyglądają wszelkiego rodzaju konstrukcje spod znaku Electrocompanieta wiemy wszyscy. To zawsze jest czarna, na bocznych ściankach i górnych połaciach wentylowana blokami prostokątnych otworów, wykonana z aluminium obudowa, której awers także zawsze jest ozdobionym złotymi opisami oraz przymocowanym w narożnikach do metalowej części skrzynki złotymi śrubami grubym płatem czernionego szkła. Wszystkie wymienione zabiegi są standardem, od którego jedynym odejściem jest jedynie rozmiar i wyposażenie tak frontu, jak i tylnego panelu przyłączeniowego w zależności od spełnianych przez dany komponent zadań. Naturalnie tytułowe końcówki mocy z racji bycia flagowymi konstrukcjami z najwyższą oddawaną mocą są największe i najcięższe całej rodziny, dlatego mogą pochwalić się 41 cm szerokości, 30 cm wysokości oraz 49 cm głębokości, co wespół z wykorzystanymi wewnątrz ciężkimi transformatorami daje wynik 55 kg każdej z nich. Przyznacie, jest co dźwignąć, czego z dbałości o kręgosłup samemu robić nie polecam. Jak 800-ki prezentują się od strony manualnej, czyli wyposażenia obsługowo-przyłączeniowego? Naturalnie na przednim panelu z racji bycia końcówką mocy, a tak naprawdę za pomocą stosownych przełączników „zbrydżowaną” w monoblok końcówką stereofoniczną oprócz wspomnianych złotych akcentów w postaci śrub i nazwy marki opisanej złotą farbą, w dolnej części znajdziemy okalany również złotą obrączką okrągły włącznik inicjujący pracę urządzenia, a w samym centrum frontu będące kolorystyczną kontrą, mieniące się błękitem logo marki. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, znajdziemy na nim zestaw wejść pozwalających spełniać dwie funkcje – możliwość zastosowania ich jako końcówki stereo lub monoblok, których uniwersalność użytkową podnosi dodatkowe wypuszczenie z nich sygnału do kolejnego wzmacniacza. To sprawia, że mamy do dyspozycji wejścia i wyjścia sygnału w wersji XLR dla opcji stereo i jeden zestaw dla mono, podwojone zaciski kolumnowe w zależności od wyboru pracy wzmacniacza dla jednego lub dla dwóch kanałów, zacisk uziemienia, gniazdo zasilania IEC i tuż obok niego główny włącznik. Tak monstrualnie zbudowane piece według producenta są w stanie oddać 300W przy obciążeniu 8 Ohm oraz 600W przy 4 Ohmach w trybie stereo lub 800W/8Ohm i 1500W/4Ohm w trybie mono. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to szaleństwo. Oczywiście sugerowały to wcześniej podawane wymiary i waga, ale co by nie mówić, jak na dotychczasowe działania marki ewidentnie widać, że tytułowymi produktami postanowiła zawalczyć o najbardziej wymagającego klienta. A jak to wyszło, postaram się opisać w kolejnej części testu.
Co ciekawego zaproponowały największe i najmocniejsze w historii marki końcówki mocy AW 800 M? Powiem bez ogródek, na tle dotychczasowych osiągnięć to w dobrym znaczeniu tego słowa czyste szaleństwo. Nadal mamy do czynienia z rasowym Electrocompanientem, jednak jego moc pozwala mu na nieosiągalne wcześniej zabawy z dźwiękiem i to bez względu na napędzane kolumny. Naturalnie ta ostatnia informacja jest pokłosiem zderzenia ich z moimi wielkimi Niemkami, które były prowadzone na smyczy bez względu na poziom głośności. Ogólnie przekaz nadal cechowała magia lekko posłodzonego brzmienia muzyki, ale po pierwsze nie było często wytkanego przez przeciwników tej marki „lukru”, a po drugie bas schodził nie tylko do czeluści Hadesu, ale był w pełni kontrolowany i dobrze definiowany w domenie impulsu. Co prawda końcówki jego krawędzi nie były jakoś przesadnie cięte skalpelem, tylko delikatnie zaokrąglone, ale nie było mowy o utracie zawartych w tym pasmie informacji. Takie postawienie sprawy pokazało, że Norwegowie znaleźli sposób, aby nie utracić od lat rozpoznawalnej cechy swoich produktów, jaką jest wzmagająca namacalność rozgrywanych na wirtualnej scenie wydarzeń esencjonalność i plastyka dźwięku, ale jednak zaproponować dotychczas niezdecydowanym na ożenek z tym brandem osobnikom kochającym muzykę wulkan kontrolowanej i jeśli włożymy do źródła odpowiedni materiał muzyczny przestawiającej ściany pokoju energii. Moim zdaniem cale przedsięwzięcie wyszło im znakomicie.
A weryfikowałem to nie byle jakim materiałem, bowiem do sprawdzenia pełnej kontroli oddawanej mocy posłużyłem się dobrze znaną mi i często prezentowaną znajomym podczas wizyt ścieżką dźwiękową filmu „Blade Runner 2049” . Użyłem jej z premedytacją, gdyż uderzenia mocnym i soczystym impulsem oraz modulowane, nisko-schodzące przebiegi masowych pomruków niejeden pyszniący się wielką mocą wzmacniacz w najlepszym wypadku przywołały do pionu, jeśli kolokwialnie mówiąc nie rozłożyły na łopatki. Norweskie piecyki zaś, nie dość, że utrzymały wszystko w odpowiednim timingu, to jeszcze, gdy w materiale pojawiały się sejsmiczne modulacje basu, czuć było ich inicjację i pełną kontrolę skomasowanej, a nie rozlazłej w czasie energii. Nic, tylko przesłuchać cały album od dechy do dechy, co naturalnie z przyjemnością uczyniłem napawając się co prawda nieco płynniej zaprezentowanym niż mam na co dzień, ale tak jak sam film pełnym ekspresji wydarzeniem artystycznym.
Oczywiście zdając sobie sprawę, że wielu z nas lubi muzykę z innej strony barykady, czyli raczej stonowaną czy to jazzową, czy barokową, nie omieszkałem posłuchać również takiej. W tej roli wystąpiła najnowsza produkcja naszego trio Marcina Wasilewskiego z Joe Lovano „Homage” oraz nie raz wykorzystywana przeze mnie interpretacja twórczości Claudio Monteverdiego „A Trace Of Grace” Michela Godarda. Z uwagi na fakt wręcz idealnego wpisania się brzmienia testowanego wzmocnienia w oczekiwania tego rodzaju muzyki nie będę ich rozbijał na osobne epizody. A to dlatego, że operowanie barwą, do tego stosownie do potrzeb ocieplanie przekazu oraz dzięki dobrej mikro-dynamice czarujące rozwibrowanie dźwięku pozwalały każdej płycie wznieść się na wyżyny prezentacji. Jazz brylował w oddaniu energii i kontroli pracy fortepianu oraz kontrabasu w niskich zakresach swojego brzmienia, co świetnie dopinał czarujący posmakiem drewna saksofon zagranicznego artysty, a muzyka barokowa epatowała bajeczną kolorystyką nietypowego instrumentarium – pierwszym z brzegu przykładem niech będzie choćby obsługiwany przez frontmena serpent – wspieranego w docieraniu do najgłębszych zakamarków duszy przez bardzo naturalnie prezentowane, bo będące wynikiem pełnej kontroli kolumn przez wzmocnienie i brak rozmycia szkodliwego ostrości przekazu, a przez to czytelnie prezentowane wszechobecne echo. W obydwu przypadkach Norweski pomysł na zbudowanie mocnych wzmacniaczy dobitnie pokazywał, że podjęte przez markę działania konstrukcyjno-produkcyjne były po stokroć słuszne.
To chyba jasne, jak zakończę ten test. Nie mogę bowiem nie zachęcić wszystkich zainteresowanych zmianą warty w sekcji wzmocnienia do porób z tytułowymi Skandynawami. Tak jak wspominałem, szkoła Electrocompanieta jest jakże pożądanym przez wielu melomanów wilkiem w owczej skórze. To oznacza, że nie tracąc najważniejszych cech kojarzonych z tym podmiotem w postaci zjawiskowej muzykalności dostajemy moc pozwalająca wysterować każde kolumny z niezbędnym dla danej muzyki pazurem i pakietem kontrolowanej energii. Do niedawna taka sytuacja jawiła się jedynie jako pobożne życzenia, tymczasem dzięki monoblokom AW 800 M okazało się, że jest dostępna od ręki. Nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki niemożliwe stało się możliwe. I to w jakim wydaniu.
Jacek Pazio
Opinia 2
Skoro o fakcie, że apatyt rośnie w miarę jedzenia raczej nie trzeba komukolwiek przypominać, to jedynie z czysto kronikarskiego obowiązku wspomnę, iż przygodę z „norweskimi spawarkami” rozpoczęliśmy dość skromnie, bowiem od niepozornych monobloków AW180. Jednak zauroczeni zarówno ponadprzeciętną urodą, jak i walorami sonicznymi kruczoczarnych maluchów postanowiliśmy kuć żelazo póki gorące, w rezultacie czego po kilku miesiącach mogliśmy delektować się brzmieniem ich zdecydowanie poważniejszego rodzeństwa, czyli legendarnych AW 600 NEMO. Minęło jednak kilka lat, podczas których ekipa z Tau (nieopodal biegnie Ryfylketunnelen) nie próżnowała, a tym samym postanowiła dokonać dość poważnych przetasowań ma szczycie swego portfolio wspomniane 600-ki zastępując jeszcze potężniejszymi końcówkami mocy. Tym oto sposobem, zarówno dzięki ww. roszadom, jak i uprzejmości ekipy stołecznego Hi-Fi Clubu udało się nam pozyskać na testy parkę majestatycznych Electrocompanietów AW 800 M, na których test serdecznie zapraszamy.
Jak już sesja unboxingowa zdążyła unaocznić, nieco odmiennie aniżeli dotychczas, tym razem zamiast mniej bądź bardziej rozbudowanego zestawu otrzymaliśmy same końcówki mocy. I od razu spieszę z wyjaśnieniami, iż bynajmniej nie odczuwaliśmy z tego powodu nawet śladowego niedosytu, gdyż jak widać posturę 800-ki mają nader absorbującą, więc i aspekt natury logistycznej związany z ich dołożeniem do naszej redakcyjnej układanki dość boleśnie przypomniał nam, że nie mamy po 20-30 (40-ci z resztą też) lat. Mówiąc wprost AW 800 M są duże, ciężkie i … czarne, przy czym czerń aluminiowych korpusów i potężnych radiatorów jest satynowa a przykrytych akrylowymi płatami frontów jedwabiście połyskliwa. To z resztą znak rozpoznawczy Norwegów, podobnie jak złote napisy z nazwą marki i centralnie umieszczony błękitny, podświetlony logotyp, który co prawda można wyłączyć, choć jeśli mnie pamięć nie myli nie znam nikogo, kto by się do takowego zubożenia designu przyznał. Tuż przy dolnej krawędzi, w niewielkiej mosiężnej tubce przycupnął włącznik, który również w trakcie pracy łapie za oko błękitem a w spoczynku (standby) czerwienią iluminacji. O pokrytych gęstym użebrowaniem radiatorów bokach wspominałem, więc od razu przejdę na plecy naszych gości, na których, jak na przypisaną urządzeniom rolę, dzieje się zaskakująco dużo. Albowiem z racji możliwości wykorzystywania 800-ek zarówno w trybie mono, jak i stereofonicznym wyposażono, je w osobne wejścia, oraz … wyjścia. W dodatku owe we/wyjścia są wyłącznie w postaci XLR-ów, więc jeśli kogoś naszłaby trudna do zrozumienia chęć spięcia 800-ek ze źródłem/preampem po RCA, to z pomocą przychodzą stosowne przejściówki (ECP5XLR). Jak jednak wspomniałem, nie jest to zbyt sensowne rozwiązanie, bowiem tytułowe monosy są konstrukcjami w pełni zbalansowanymi. Wystarczy bowiem choćby pobieżny rzut oka do trzewi, by zorientować się, iż tak po prawdzie każdy monoblok składa się z pary praktycznie niezależnych końcówek mocy, które de facto łączy ze sobą, oprócz wspólnej obudowy i we/wyjść monofonicznych jedynie … pojedyncze gniazdo zasilania. Zanim jednak zaczniemy bardziej dogłębną wiwisekcję pozwolę sobie jeszcze przez chwilę na zewnątrz pozostać. Chodzi bowiem o to, iż do dyspozycji mamy po parze we/wyjść dla obu kanałów w trybie stereo oraz osobną parę we/wyjść dla mono wraz z zarządzającym całą konfiguracją trzy-pozycyjnym (mono, stereo, bi-amp) hebelkowym przełącznikiem. A właśnie, ów niewielki dynks niejako wyjaśnia powód ww. wyjść sygnałowych, czyli możliwość grania z dwóch 800-ek nie tylko w trybie monobloków, lecz również dwóch pracujących w trybie bi-amp stereofonicznych końcówek. Terminale głośnikowe są podwójne i na tyle czytelnie opisane, że nie powinno być problemu z kabelkologią w żadnej z możliwych konfiguracji. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by jednostki niepewnie czujące się na tym gruncie posiłkowały się niezwykle szczegółową instrukcją obsługi, gdzie każda z możliwych konfiguracji jest precyzyjnie rozrysowana. A co do anatomii każdy z monobloków może pochwalić się imponującą baterią osiemnastu kondensatorów o łącznej pojemności 210 000 μF zasilanych przez dwa … 800VA magnetycznie i elektrostatycznie ekranowane toroidy. Z kolei w stopniu wyjściowym znajdziemy 32 tranzystorów zdolnych oddać 2 x 300 W przy 8Ω a po przełączeniu w tryb mono 800 W przy takim samym obciążeniu. Jak łatwo się domyślić moc wraz ze spadkiem impedancji wzrasta, by przy 2Ω osiągnąć imponujące 1 000W w trybie stereo i 2 200W w mono. Niezależnie jednak od powyższych osiągów pierwszych 10W oddawanych jest klasie A.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu tytułowego duetu profilaktycznie tylko wspomnę, iż nie znając faktycznego przebiegu dostarczonych egzemplarzy daliśmy im kilka dni na akomodację i rozprostowanie kości i dopiero po takiej rozgrzewce przystąpiliśmy do krytycznych odsłuchów. Ponadto bazując na poczynionych w trakcie ww. działań przygotowawczych obserwacji przyjęliśmy zasadę każdorazowej, przynajmniej 1,5h „rozbiegówki”, bowiem od uruchomienia monosy potrzebowały mniej więcej tyle czasu na pełną stabilizację brzmieniową. Nie oznacza to bynajmniej, że po wybudzeniu ze standby grać nie chciały, bo robiły to bez najmniejszego grymasu, lecz grały aż za bardzo … „electrocompanietowo”. Już wyjaśniam o co chodzi. Otóż wbrew stereotypowej skandynawskiej oszczędności formy, zachowawczości i pewnego braku wylewności (legendarny wręcz social distancing) większość powstającej tamże elektroniki (daleko nie szukając rezydujące u mnie Vitusy, czy też Gryphony Jacka) charakteryzuje niejednokrotnie deklasująca włoską, a więc również stereotypowo romantycznie muzykalną konkurencję autorska mieszanka organicznego wysycenia i zniewalającej naturalności. I takiż też obóz reprezentują AW 800 M, z tą tylko klauzulą, iż od razu po włączeniu w swej gęstości i przymilności są na swój sposób wręcz onieśmielająco wylewne. Mówiąc wprost, niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na czarującego Franka Sinatrę („My Way”), czy drącą się wniebogłosy Alissę White-Gluz („Blood Dynasty” Arch Enemy) podczas pierwszych 90 min serwowany przez 800-ki dźwięk będzie się ze wszystkich sił chciał swą kremowością i aksamitnością nas otulić, ukołysać i dopieścić niczym wata cukrowa rodzinę Muminków. Zero kanciastości, ostrych kątów i nawet najmniejszych oznak szorstkości. Istny pokój bez klamek w równie bezpiecznych pastelowych barwach. Całe szczęście wraz z upływem czasu wszystko wraca do normy i oprócz tego, że reprodukowany materiał brzmiał nie dość, że „ładnie” to przede wszystkim prawdziwie. Wszechobecne wcześniej czekoladowa gładkość, zgaszona pastelowość i obłość brył ewoluują w perfekcyjnie precyzyjny obraz zachwycający tak głębią, jak nasyceniem barw niczym widok na Alpy we wczesne letnie popołudnie. Mamy bowiem pełne spektrum soczystości idealnie zespolone z wieloplanową gradacją rozgrywających się na bezkresnej scenie wydarzeń, lecz zarazem rozdzielczość jest naturalna a nie sztucznie podbita, przez co główne skrzypce gra koherencja całości a dopiero od zaangażowania słuchacza zależeć będzie jak głęboko w strukturę nagrania wniknie i jak blisko radośnie brzęczących pszczółek oraz szczebioczącego ptactwa podejdzie. Kluczową kwestią jest jednak adekwatny do ww. alpejskiej metafory wolumen i skala generowanego dźwięku, które są niejako adekwatne trudnej do ominięcia posturze samej amplifikacji. Electrocompaniety grają bowiem kiedy tylko mogą dźwiękiem dużym i obszernym, z fascynującym rozmachem i trudną do zlekceważenia potęgą jakże pożądaną we wszelkich odmianach ciężkiego rocka, czy wielkiej symfonice, dzięki czemu zarówno kipiący energią „Seeing Red” STATE OF MINE, jak i iście epicki „Beethoven: Symphonies Nos. 5 & 7” w wykonaniu Wiener Philharmoniker pod batutą Carlosa Kleibera po prostu nie tylko wgniatają w fotel, co kruszą mury. Niby nic nie stoi na przeszkodzie, by słuchać ich na czysto niezobowiązujących poziomach głośności, jednak brak jakichkolwiek ograniczeń tak mocowych, jak i wydajnościowych przy fenomenalnie zaczernionym tle i braku jakichkolwiek słyszalnych szumów czy zniekształceń sprawia, że do typowo koncertowych poziomów głośności przyzwyczajają się nie tylko domownicy, ale i … sąsiedzi.
Myliłby się jednak ten, co po przeczytaniu powyższych peanów na temat spektakularności i rozmachu oferowanych przez tytułowy duet wyszedłby z założenia, że i mniejsze formy norweskie piece będą traktowały z podobną, iście hollywoodzką pompą. Nic z tych rzeczy. Wystarczy bowiem sięgnąć po niezwykle eteryczny album „1000 Years” Allmana Browna, czy uroczą EP-kę „California Airport Love” formacji Amason, by na własne uszy przekonać się, że AW 800 M nie mają najmniejszych problemów ze stworzeniem kameralnego spektaklu w stylu przedstawienia/koncertu dla jednego widza z blisko podanym pierwszym planem, jasno zdefiniowanym rozmiarem sceny i precyzyjnie zlokalizowanymi źródłami pozornymi o zgodnej z realiami rozmiarówce. Jakby tego było mało do głosu dochodzi jeszcze natywne, zaszyte w DNA norweskich pieców uzależniające wysycenie średnicy i delikatne obniżenie jaskrawości przekazu przez co wszystko zaczyna brzmieć bardziej zmysłowo i znów posługując się słowem-kluczem „analogowo”. Co ciekawe, choć całkiem logiczny i zrozumiały byłby związany powyższym zredukowaniem doświetlenia spadek rozdzielczości, to ta, dziwnym zrządzeniem losu i ze znanych chyba tylko konstruktorom 800-ek przyczyn uparcie pozostaje na stricte high-endowym pułapie dając pełen wgląd w nagranie i dostęp do najdrobniejszych pyłków audiofilskiego planktonu unoszącego się pomiędzy wykonawcami. O zdolności oddania właściwej aury pogłosowej na naszym dyżurnym „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda nawet nie wspominam, bo to oczywista oczywistość, aczkolwiek nie będę ściemniał, tylko uczciwie się przyznam, iż pomimo ogrania ww. albumu nie odmówiłem sobie przyjemności kilkukrotnego jego przesłuchania w towarzystwie tytułowego duetu. I to nie dlatego, by usilnie starać się na jakimś, nawet najmniejszym potknięciu, go przyłapać, lecz właśnie dla czysto hedonistycznej przyjemności. Bo Electrocompaniety były w stanie nie tylko dotrzeć, lecz i pokazać pełne spektrum drzemiącego w tych starych zapisach ponadczasowego nutowych piękna.
W ramach podsumowania napiszę tylko tyle, że jeśli tylko miałbym miejsce na wstawienie pary Electrocompanietów AW 800 M do swojego pokoju odsłuchowego, to pewnie stanąłbym na głowie i je po niniejszym teście zostawił. Dlatego też, jeśli szukacie Państwo końcówek mocy zdolnych rozruszać przysłowiowy stół bilardowy a jednocześnie dalekich od epatowania swoją praktycznie nieograniczoną mocą, dla których muzykalność i piękno w muzyce zaklęte są priorytetem, to gorąco zachęcam do zaproszenia tytułowych „norweskich bestii” do siebie na najlepiej długi weekend i przekonanie się, co oznacza audiofilski bilet w jedną stronę.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Kuzma XL DC
– wkładka My Sonic Lab Eminent EX
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: Electrocompaniet
Cena: 99 900 PLN / szt.
Dane techniczne
Moc wyjściowa
– stereo: 2 x 300 W / 8Ω; 2 x 600 W / 4Ω; 2 x 1000 W / 2Ω
– mono: 800 W / 8Ω; 1500 W / 4Ω; 2200 W / 2Ω
Impedancja wejściowa: 330 kΩ
Pasmo przenoszenia: 0.5 – 220 kHz (z załączonym filtrem wejściowym); 0.5 – 1.1 MHz (bez filtra na wejściu)
Wzmocnienie: 35 dB (mono, XLR), 29 dB (stereo, XLR)
Szum wejściowy (20-20kHz): < 2 μV
Odstęp sygnał szum (przy pełnej mocy, 20-20 kHz): 122 dB
Zniekształcenia THD+N: 0.0006 %
Zniekształcenia intermodulacyjne: 0.001 %
Współczynnik tłumienia (przy obciążeniu 8Ω): > 1000
Pobór mocy: < 0.5W (standby)
Wymiary (S x G x H): 406 x 488 x 292 mm
Waga: 55 kg
Z dużą dozą pewności większość podobnych do mnie analogowych fraków nie raz i nie dwa w dobrym słowa znaczeniu toczyła zażarte dyskusje dotyczące sposobu przetwarzania sygnału z wkładek gramofonowych MC. To jak wiadomo zazwyczaj niskoprądowe rylce, które w przeciwieństwie do ich mniej zaawansowanych technicznie sióstr MM we wspomnianym temacie można potraktować w dwójnasób. O co chodzi? Już zdradzam. Choć w różnych miejscach naszego kraju określa się to różnie, akurat w aglomeracji warszawskiej mawia się, że szkoły są dwie: falenicka i otwocka. Pierwsza swoimi codziennymi wyborami głosuje za zastosowaniem układów elektronicznych, czyli typowym phonostage-m, zaś druga radzi zastosowanie teoretycznie prostszego konstrukcyjnie, bo opartego o transformator podnoszący poziom sygnału Step-Upa. Można by zapytać, jaki jest problem, jeśli każda ze wspomnianych opcji spełnia swoje zadania? Bierzesz, co masz pod ręką i temat zamknięty. Cóż, jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach, jakimi są plusy i minusy każdej z nich. Jakie i w którym przypadku? Nie będę się rozpisywał, bo to temat rzeka, ale w żołnierskim skrócie w oparciu o moje doświadczenia wygląda to tak. W typowych przedwzmacniaczach gramofonowych MC chodzi o stoczenie ciężkiego, nie zawsze zakończonego wyjściem z tarczą boju ze wzrostem zniekształceń podczas wzmacniania głównego sygnału, natomiast będący substytutem phonostage’a SUT często powoduje pewnego rodzaju uśrednienie dźwięku. A przypominam, że owe problemy i ich skutki wraz ze wzrostem jakości urządzeń tylko się pogłębiają. Jak widać, zabawa z gramofonem – przynajmniej na najwyższym poziomie jakości – nie jest bułką z masłem. Niestety chcąc w to wejść temat trzeba jakoś ogarnąć, dlatego z pewnego rodzaju pomocą ma szansę przyjść Wam dzisiejszy test. Jaki? Otóż będzie to ocena soniczna alternatywy dla używanego przeze mnie typowego przedwzmacniacza gramofonowego, czyli transformatorowy Step Up. Jednak nie byle jaki, gdyż to produkt opisywanego jakiś czas temu na naszych łamach specjalisty od układów analogowych z lampami w tle Zikra Audio – piję do znakomitego przedwzmacniacza liniowego, z portfolio, którego olsztyński dystrybutor Prestige Audio dostarczył do naszej redakcji flagową konstrukcję duńskiej marki Zikra Audio – MC Transformer.
Gdy spojrzycie na serię fotografii, zderzając w wyobraźni naszego bohatera z moim phonostage-m nawet laik zauważy, że jeśli ktoś wybrał będące tematem dzisiejszej recenzji rozwiązanie transformatorowe, oprócz satysfakcjonującej go jakości z automatu dostaje gratis. Chodzi oczywiście o gabaryty obydwu konstrukcji. SUT zawsze jest kompaktowy, zaś naszpikowane skomplikowaną elektroniką przedwzmacniacze gramofonowe w stylu mojego często potrafią wykorzystywać dwie wielkie skrzynki po bagatela 20 kg. każda. Przyznacie, że jest o co powalczyć. Jak zatem prezentuje się duński Step-Up? To jak widać nieduża, wykonana z polerowanej stali skrzynka. Jednak niech nie zmyli kogoś ten fakt, bowiem solidność zastosowanych wewnątrz komponentów sprawia, że ten mały prostopadłościan przekracza wagą 5 kg. Ze swojej strony dodam, iż to bez dwóch zdań bardzo estetycznie wyglądający prostopadłościan, gdyż wszelkie informacje tak w kwestii nazwy marki i urządzenia na awersie oraz opisu przyłączy w tylnej części jej górnej połaci są wytrawione lub wygrawerowane płynną, jedynie delikatnie sygnalizującą swój byt kursywą. Efekt jest taki, że na pierwszy rzut oka na połyskującej powierzchni niczego nie widać, a wszelkie karty Zikra MC Transformer odkrywa dopiero po osiągnięciu odpowiedniej perspektywy spojrzenia. Uwierzcie mi, choć wydaje się to zbędnym zabiegiem, finalnie jest świetne w odbiorze podczas codziennego użytkowania. Gdy ogólną wizję na ubranie trzewi urządzenia mamy opisaną, nie pozostaje nic innego, jak przejście do zaplecza obudowy, aby przybliżyć jego kompatybilność z systemem analogowym. A znajdziemy tam 6 wejść RCA oraz zorientowany centralnie zacisk uziemienia. Dlaczego aż 6? Już objaśniam. Sześć dlatego, że najpierw musimy doprowadzić sygnał z ramienia, co realizują gniazda tuż przy śrubie masy. Następnie wyprowadzić sygnał po stosownym przetrawieniu go przez wewnętrzny transformator gniazdami na zewnętrznych flankach. I jeśli dana wkładka potrzebuje korekty obciążenia w zderzeniu z wewnętrznym trafem – powyżej 100 Ohm temat jest pomijalny, po kontakcie z producentem i zamówieniu czegoś w rodzaju „bitów„ RCA o niezbędnej wartości implementujemy je w wejścia pomiędzy Input, a Output oznaczone jako Load. Przyznacie, że obsługa jest bardzo prosta i jedynym drobnym problemem do rozwiązania jest określenie wartości wtyku dopasowującego fabryczne wartości wkładki do pracy Step-Upa. Tyle ode mnie o ogólnym wyglądzie i procesie dopasowywania urządzenia do pracy w danym środowisku. A jeśli tak, doszliśmy do momentu wspomnienia o jego trzewiach. Te jak bardzo rzadko kiedy z uwagi na unikanie przez producenta zwyczajowego lania wody i zbytniego gloryfikowania swoich dokonań przedstawię Wam w formie przeklejonej z mailingu, bardzo strawnie opisującej budowę wewnętrzną urządzenia odezwy.
„Transformator Step Up.
Ogólnie Zikra utrzymuje w tajemnicy, kto wykonuje transformatory, ale możemy zdradzić, że celem od samego początku było stworzenie step up-a, który dźwiękowo pokona jego referencję w postaci flagowego Kondo, czy Allnic Audio. Transformator dostarczony do testów, to wersja nawijana srebrem – dostępna jest także wersja na bazie miedzi. Obie wersje cechuje specjalny rodzaj nawijania, który sprawia, że są transformatorami Bifilarnymi. Według nas to najlepsze rozwiązanie w transformatorach step-up do gramofonów z wkładką MC. Zastosowanie uzwojenia bifilarnego ma szczególne znaczenie, ponieważ pozwala na maksymalnie czyste i wierne przeniesienie bardzo niskonapięciowego sygnału. Prowadzenie przewodów w sposób bifilarny zapewnia znakomite sprzężenie magnetyczne i minimalizuje indukcyjność, co przekłada się na szersze pasmo przenoszenia, zarówno w zakresie głębokiego basu, jak i subtelnych wysokich tonów. Taka konstrukcja redukuje szumy własne oraz zakłócenia elektromagnetyczne, dzięki czemu sygnał pozostaje wyjątkowo klarowny i naturalny. Dodatkowo uzyskuje się wysoką symetrię uzwojeń, co skutkuje lepszą równowagą kanałów i stabilniejszą sceną stereo. W efekcie transformator z bifilarnym nawinięciem nie tylko poprawia dynamikę i przejrzystość brzmienia, ale także zachowuje spójność fazową dźwięku, co jest kluczowe dla prawdziwie audiofilskiego odsłuchu. Istotną informacją jest również fakt, że przewymiarowany rdzeń robionych na zamówienie transformatorów to czysty Permaloj. Same trafa są w potrójnym ekranowaniu, gdzie dwa pierwsze ekrany to elementy nu-metaliczne, a na końcu jest kapsuła z miedzi”.
Mało, dużo informacji? Moim zdaniem najważniejsze cechy konstrukcji są przywołane, zatem temat potraktowany solidnie i możemy przejść do clou spotkania, czyli opisu brzmienia skandynawskiego MC Transformera.
Zanim przejdę do drobiazgowego opisu przetwarzania sygnału przez SUT Zikry, kilka zdań o moich doświadczeniach z tego typu konstrukcjami. Faktem niezaprzeczalnym jest, że ich podłączenie sprawiało wrażenie osiągania większej spójności brzmienia systemu. Podkręcona dawka energii oraz jakby mniej zbędnych artefaktów w dźwięku w efekcie konsolidacji przekazu dawały poczucie wzrostu namacalności rozgrywających się wydarzeń na wirtualnej scenie. Bez zbytniego wgryzania się w szczegóły, tylko skupienie na emocjach niesionych przez muzykę. Tak było zawsze i za każdym razem pozytywnie to odbierałem, co sprawiło, że nawet kilka lat sam w ten sposób spędzałem czas przy muzyce na bazie czarnej płyty. Niestety do czasu. O co chodzi? Oczywiście o moment, gdy w moim wnętrzu zaczynała odzywać się niestety mocno zdewaluowana przez rozczarowanych swoimi niezbyt udanymi wyborami w dziedzinie konfigurowania idealnego pod każdym względem systemu osobników nazywających siebie melomanami, dusza audiofila. To ona pokazywała wręcz palcem, gdzie coś nie iskrzy. Owszem, było fajnie, ale jeśli chcesz wejść z nagranie bez opamiętania z dwoma wersjami swojego alter ego, fajnie to za mało. Dlatego obecnie używam typowego phonostage’a. Aby spełnił moje wysokie wymagania jakościowe odnośnie dźwięku bardzo rozbudowanego – w samym zasilaniu zastosowano trafa o mocy 200W na kanał, jednak jak to mówią: „cel uświęca środki”. Ale zaznaczam, aby przeskoczyć nawet nie najlepszy, ale choćby dobry Step-Up, trzeba znaleźć bardzo dobre phono, co jak widać na moim przykładzie, mimo końcowego sukcesu nie jest łatwe. A gdy po latach poszukiwań wreszcie mi się udało dobiec do przysłowiowej mety, aby jakiekolwiek urządzenie testowe z tego działu naprawdę dobrze wypadło i przy okazji chciało konkurować z moimi wymaganiami, musi wspiąć się na Olimp. Jak zatem na tle mitycznej góry wypadł duński Step-Up? Czy zagrał dobrze pokonując jedynie kawałek dystansu na szczyt dając dużo frajdy ze słuchania muzyki? Czy może ja pokonał?
Cóż, nie wiem, czy to słabość do tego producenta za znakomite konstrukcje na bazie omijanych przeze mnie obecnie z prozaicznych przyczyn użytkowych lamp elektronowych, ale kolejny raz marka Zikra Audio pozytywnie mnie zaskoczyła. To tak naprawdę manufaktura, jakich wiele miałem u siebie, jednakże za każdym razem jej oferta wymyka się przewidywanym przeze mnie wynikom zostawiając wielu znakomitych producentów z tyłu, co także wydarzyło się i tym razem. Co prawda delikatnie prze-aranżowała estetykę odbioru muzyki w stosunku do mojej codziennej wersji, ale zrobiła to w na tyle ciekawy i nieinwazyjny sposób, że po pierwszym dniu zabawy z tym niepozornym pudełeczkiem zadzwoniłem z tą informacją do także zakręconego na punkcie gramofonów znajomego. Jaki był ów efekt? Pierwszą i najważniejszą obserwacją było pozostawienie oddechu i pełnego rozmachu prezentowanej muzyki na dotychczasowym poziomie. To bardzo ważne, gdyż kolejnym wychwyconym niuansem było minimalne, acz wyraźnie odczuwalne zebranie się dźwięku w efekcie proponując wzrost w pełni kontrolowanej energii. Na szczęście taki ruch w żaden sposób nie wpłynął na szybkość reakcji systemu na zmieniającą się sytuację sceniczną. Zazwyczaj takie działanie ma swoje reperkusje w postaci skrócenia wybrzmień i w ten sposób ściśnięcie się oraz delikatne zaokrąglenie krawędzi dźwięku limitując jego rozwibrowanie oraz wielkość wirtualnego świata w wymiarach szerokości, głębokości i oczywiście, a według mnie przede wszystkim jego wysokości. Nie bez znaczenia jest także częsta w takich sytuacjach utrata efektu niezbędnej do wciągnięcia słuchacza w wir wydarzeń eteryczności kreowanej w przestrzeni pomiędzy kolumnami sceny. Oczywiście Zikra Audio z uwagi na wiedzę jak budować dobre urządzenia znakomicie sobie z tym poradził i rzeczone problemy nie miały racji bytu. A zrobił to na tyle udanie, że w efekcie jego pracy dostałem znakomity drive, który ani krzty nie zaszkodził zapewnieniu muzyce nie tylko pakietu informacji o drzemiącej w niej radości, ale także złożoności tak strony pracy artystów, jak i oddania brzmienia ich atrybutów. Tak tak, nie bez przyczyny złożoność projekcji rozbijam na dwie sfery, gdyż będąc zadeklarowanym audiofilem nie potrafię inaczej, co niestety dla wielu często goszczonych w moim progach konstrukcji jest sporym problemem. Chodzi oczywiście o stawianie na muzykalność przekazu, ale nierzadko kosztem oddania różnorodności energii generowanej przez instrument solo, o pokazaniu kilku na raz z należytą każdemu ekspresją nie wspominając.
Fajnym przykładem jest ogólnie twórczość, ale na potrzeby testu położona na talerz płyta Kena Vandermarka wydana po serii koncertów w krakowskim klubie Alchemia „The Vandermark 5”. I nie chodzi mi o oddanie będącego znakiem szczególnym free-jazzu szaleńczego tempa oraz uderzenia dźwiękiem, bo to potrafi każdy dobry MC Transformer, a ja szukam wybitnego. Po pierwsze chodzi o zróżnicowanie wytwarzanej energii oraz barwy czasem następujących po sobie, a czasem grających razem instrumentów. Mam na myśli różnorodny impuls raz z jego twardością, innym razem miękkością oraz długością i szybkością narastania oraz wygaszania. A po drugie ich specyficzny tembr pozwalający odróżnić je od siebie nawet podczas emitowania identycznego tonalnie dźwięku w tym samym czasie. Zapewniam, poradzenie sobie z tymi aspektami na poziomie bliskim prawdy jest najwyższą sztuką przetwarzania sygnału z wkładki gramofonowej. Jestem przekonany, iż większość pobratymców naszego bohatera taki materiał zagra ładnie, bo barwnie i z energią. Jednak cały problem polega na tym, że gdy przyjrzymy się takiej projekcji bliżej, nagle okaże się, że to ładnie, na dłuższą metę jest właśnie wspominanym przeze mnie na samym początku, oczywiście przyjemnym dla ucha, ale niestety uśrednieniem przekazu. A dobrze skonfigurowany gramofon nie powinien oferować słuchaczowi żadnych ograniczeń. Owszem, wielu w ten sposób, czyli jako dawcę miłego grania go traktuje, ale to nie ma nic wspólnego tym, co nie tylko może, ale powinien prezentować topowy system, do bycia pełnoprawnym uczestnikiem którego tytułowy Skandynaw aspiruje. Na szczęście mocodawca marki Zikra znakomicie to rozumie i w moim odczuciu przy wsparciu doświadczeniem wieloletniej zabawy z tą technologią zaproponował nam w pełni oddający wypisane przed momentem założenia brzmieniowe MC Transformer. Bez problemu radzący sobie z szybkością narastania sygnału, utrzymaniem odpowiedniej barwy dźwięku, ale także, a dla mnie przede wszystkim zróżnicowaniem impulsu każdego instrumentu biorącego udział w danej muzycznej chwili. Jak to mniej więcej wyglądało? Wyobraźcie sobie dwa grające w jednym momencie w innej tonacji saksofony, do tego dodajcie wściekle krzykliwą, bo spierającą się z nimi muzycznie trąbkę, a wszytko w dolnych partiach niech atakuje silna stopa perkusji. Przyznacie, że aby dobrze oddać to szaleństwo, do wykonania jest sporo solidnej pracy z rozdzielczością podania całości na czele. A to nie wszystko, gdyż często w różnych projektach płytowych w ten cały bez rytmu i przewodniej melodii rozgardiasz wtrąca się jeszcze sprężysty i solidnie podbudowany najgrubszymi strunami kontrabas. Też uderza nas energią, jednak inną niż perkusja i dobry set powinien pokazać, że w ogóle pojawił się kontrabas – to raz i, że mimo operowania mocnym uderzeniem robi to w innym zakresie częstotliwościowym i z odmienną specyfiką ataku oraz czasem trwania niż bębniarz ze swoim kotłem – to dwa. Jakieś sugestie? Spokojnie, powiem Wam co zazwyczaj się dzieje. Naturalnie zderzamy się ze ścianą chaotycznego i całkowicie nieczytelnego dźwięku, co dostający baty każdy konstruktor zazwyczaj zwala na słabo zrealizowany materiał. Tymczasem bardzo często tak nie jest, tylko dane urządzenie przyglądając się jego pracy bardzo drobiazgowo pozwala na w najlepszym wypadku pokazanie tego szaleństwa jako miłe, jeśli właśnie nie słabe od strony projekcji. Zikra naturalnie bez najmniejszych problemów wyszedł z wielu takich prób rzucania kłód pod nogi z przysłowiową tarczą. Na tyle przekonująco, że jeśli nie byłbym w posiadaniu obecnego phono, test z pewnością zakończyłby się rozmową o pozostawieniu tytułowego SUT-a na stałe w moim systemie. Jaki jest powód rezygnacji z rozmowy? Czy to oznacza, że można lepiej? Parafrazując klasyka to chyba jasne, że zawsze znajdzie się większa ryba. Jednak uspokajam, różnice pomiędzy tym co mam obecnie, a tym co proponuje Duńczyk są bardzo dyskretne i zamykają się jedynie w innym spojrzeniu na mikrodynamikę dźwięku na jego krańcach. Na tle mojego przedwzmacniacza gramofonowego w tym aspekcie Zikra pokazuje jakby mniej luzu, co przy pełnej kontroli systemu czasem odbierałem jako lekką spinkę przekazu. Ale jak napisałem, to niuanse i jestem świecie przekonany, że jeśli nawet podczas prób byście to wychwycili, biorąc pod uwagę czterokrotność różnicy w cenie obu urządzeń na korzyść Skandynawa, nawet przez moment nie zastanawialibyście się, co wybrać.
Jak widać po ilości tekstu, wyszedł mi zarezerwowany dla targających moimi uczuciami, czyli zjawiskowych konstrukcji długi monolog. Monolog, który mam nadzieję, jasno pokazuje, jak powinien radzić sobie bezkompromisowy Step-Up i co w stu procentach zaprezentował tytułowy Zikra Audio MC Transformer. Czy w takim razie to oferta dla każdego? Moim zdaniem bez najmniejszego naciągania faktów tak. Naturalnie, jeśli udźwigniecie będącą wynikiem unikania kompromisów w procesie powoływania go do życia cenę. Przyznaję, że tanio nie jest. Jednak z drugiej strony, aby typowe, czyli oparte na rozwiązaniach elektronicznych phono zagrało z takim luzem i na ile się da wiernym oddaniem realizmu każdego aspektu muzyki, nie dość, że trzeba długo takiego szukać, to jeszcze z pewnością sporo więcej niż na naszego bohatera zapłacić o rozmiarach obydwu wzmacniaczy sygnału z wkładki gramofonowej nie wspominając. Przekonałem Was? Jeśli jeszcze nie, pozostaje mi tylko jedno, czyli zaprosić zainteresowanych do osobistego starcia z Zikrą. Jednak lojalnie ostrzegam, jeśli jesteście mentalnie przygotowani na zmiany, powrotu do konfiguracji toru analogowego sprzed próby prawdopodobnie nie będzie.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Kuzma XL DC
– wkładka My Sonic Lab Eminent EX
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Prestige Audio
Producent: Zikra Audio
Cena: 10 750 €
Dane techniczne
Rekomendowana impedancja wkładek: < 10Ω
Gain (@1kHz): 20dB
Pasmo przenoszenia: 10Hz-100kHz (-2.5dB, +0.5dB)
Waga: 5.1kg
Opinia 1
Zgodnie z opublikowanym w serwisie Otomoto (dostęp 15/08/2025) raportem „Kolor ma znaczenie” z 2023 r. „Czerwone samochody są najszybsze, żółte tracą najmniej na wartości, a srebrne się nie brudzą”, co niejako jest odzwierciedleniem powszechnych opinii i stereotypów miłośników czterech kółek. Jak się jednak okazuje umaszczenie wpływa nie tylko na postrzegane osiągi, lecz również … cenę, gdyż zazwyczaj mocniejsze wersje silnikowe i lepiej wyposażone wybierane są przez nabywców w odważniejszych aniżeli zachowawcze szarości i czernie kolorach jak właśnie wspomniany czerwony, żółty czy niebieski. A jak jest w Hi-Fi i High-Endzie? Cóż, co do szybkości, to różnie bywa, natomiast jeśli chodzi o aparycję, to nie da się ukryć, iż odstępstwa od asekuracyjnych czerni i naturalnego srebra aluminium/stali bynajmniej nie są może powszechne, choć też nie należą do jakichś ekstremalnych ekstrawagancji. Oczywiście zdarzają się wyjątki, jak np. wściekle różowy wzmacniacz mocy English Acoustics 21C wykonany dla redakcji Hifi Pig, nieco bardziej stonowany, zaprezentowany m.in. podczas Audio Show 2004 (w Hotelu Bristol) „strażacko” czerwony rodzimy RCM Bonasus, czy też goszczące w naszych skromnych progach uroczo pomarańczowe Extraudio XP5 & XP-A1500. Zazwyczaj jednak bardziej ekstrawaganckie opcje są właśnie dostępne na zamówienie, więc wyrwanie ich na testy graniczy z cudem. Jak się jednak okazuje cuda takowe się zdarzają i właśnie jeden z takowych nastąpił, bowiem dzięki uprzejmości katowickiego RCM-u trafił do nas na testy wzmacniacz zintegrowany Vitus Audio RI-101 MkII w kolorze … Midnight Blue. Zaraz, zaraz, czyżby customowe wykończenie było wystarczającym pretekstem do „odgrzania kotleta” nie tylko już raz (na jesieni 2020 r.) opisywanego, lecz od kilku lat, na co dzień przeze mnie użytkowanego? Bynajmniej, bowiem umaszczenie jest tylko miłym oczom bonusem do głównego powodu swoistej ekshumacji – wyposażenia testowanego egzemplarza w opcjonalną, najnowszą, będącą Roon Ready wersję sekcji DAC/Streamer.
Już w ramach sesji unboxingowej można było zauważyć, iż dostarczona do nas sztuka znacząco różni się od prezentowanych chociażby na stronie producenta opcji, bowiem poza zmianą kolorystyki płyty frontowej limitowane malowanie objęło również blaszany korpus (z wyjątkiem pleców). Ponadto, skoro o plecach mowa opisy gniazd we/wyjściowych dla prawego kanału wykonano podobnie jak i lewego w postaci białych a nie jak to było dotychczas czerwonych nadruków. Zmiany swym zasięgiem objęły również „ujemne” terminale głośnikowe, które zamiast czarnego „ebonitu” otrzymały błękitne nakrętki. O wypełnieniu dotychczas jedynie zaślepionych okien interfejsami opcjonalnych kart rozszerzeń nawet nie wspominam, bo to oczywista oczywistość a wszystkich zainteresowanych opisem topologii poszczególnych przyłączy odsyłam do naszych wcześniejszych wynurzeń. Jeśli jednak ktoś potrzebuje jedynie pobieżnie zapoznać się z możliwościami naszego gościa pragnę jedynie przypomnieć, iż dysponuje on całkiem pokaźną mocą 300 W na kanał przy 8 Ω i 600 W przy 4 Ω obciążeniu z których pierwsze 8 W przy 8 Ω i 16 W przy 4 Ω oddawane jest w klacie A. Natomiast za regulację głośności odpowiada drabinka rezystorowa pracująca w zakresie od -80dB do +8dB o kroku 1dB, więc przy zmianie ww. nastaw słychać charakterystyczne kliknięcia.
Przejdźmy jednak do głównej przyczyny naszej dzisiejszej pozornej powtórki z rozrywki, czyli modułu streamera/przetwornika, który pod względem interfejsów podzielono na dwie zlokalizowane na przeciwległych flankach sekcje, patrząc od tyłu – lewą streamera z portem Ethernet RJ45 i gniazdem USB do wpięcia dongle’a Wi-Fi, oraz prawą DAC-a z AES/EBU i Coaxialem. Jak łatwo zauważyć brak jest spodziewanego i wydawać by się mogło oczywistego w dzisiejszych czasach USB B (do połączenia z transportem / komputerem). Owo „niedopatrzenie” nie jest jednak przypadkowe, gdyż warto mieć na uwadze, iż w swym portfolio Vitus ma przecież pełnowymiarowe przetworniki, w tym przypisany do serii Reference RD-101 MkII a tym samym Duńczykom niekoniecznie byłaby na rękę jeśli nie kanibalizacja, to przynajmniej kompetencyjny konflikt pomiędzy koegzystującymi obok siebie urządzeniami. Tym bardziej, że zarówno ww. wolnostojący DAC jak i zaimplementowany w RI-101 MkII moduł DAC/Streamer bazują na tej samej, 8-kanałowej kości ESS Sabre ES9038PRO. Wracając do meritum nie sposób nie wspomnieć o fakcie, iż o ile konwencjonalne wejścia DAC-a (AES/EBU i coax) z pewnością zainteresują posiadaczy klasycznych transportów CD, bądź też przykują uwagę chętnych na możliwie najbardziej intuicyjny upgrade brzmienia posiadanego odbiornika TV, o tyle miłośnicy grania z popularnych serwisów i posiadanych plikozbiorów zdani będą na przewodową, lub kabli pozbawioną komunikację z sekcją streamera. I tu opcji jest kilka, bowiem poza certyfikowaną kompatybilnością z Roon Ready Vitus może pochwalić się wsparciem dla Spotify/Tidal Connect (zakładam, że w przyszłości i Qobuz Connect trafi na tę listę), a do bezkosztowej eksploatacji własnych plikoznbiorów producent poleca darmową aplikację MConnect i jej podobne, obsługujące UPnP/DLNA, twory.
Za swoiste novum wypada również uznać obecność systemowego pilota zdalnego sterowania, który nie dość, że bije na głowę swą wszechstronnością dotychczasowy apple’owski model, to jeszcze kusi gabarytami i masywnością aluminiowego korpusu adekwatnymi do postury samego wzmacniacza.
O ile czysto kosmetyczne zmiany rozmiarówki i wagi aktualnego wypustu najtańszej integry Duńczyków można było zrzucić na karb limitowanej wersji kolorystycznej i aplikacji opcjonalnej sekcji cyfrowej, o tyle zmniejszenie impedancji wejściowej z 22 na 16 kΩ idące w parze ze wzrostem czułości wejść z 0,7V RMS (RCA) / 1,4V RMS (XLR) na 2V RMS sugerują jakieś niekoniecznie zasługujące na zawirowania natury nomenklaturowej modyfikacje anatomiczne. Jak się jednak miało okazać, choć rzeczywiście bezpośrednie porównanie z moim dyżurnym egzemplarzem wykazało pewne różnice finalnej sygnatury dotyczące delikatnie lżejszego, bardziej zwiewnego sposobu prezentacji serwowanego przez tytułową wersję wsadu muzycznego, to warto wziąć pod uwagę po pierwsze fakt bez porównania mniejszego przebiegu testowanej sztuki, która dotarła do nas niemalże bezpośrednio z fabryki – z jedynie krótkim przystankiem w Katowicach, a po drugie doposażenia / bezinwazyjnego tuningu redakcyjnej 101-ki bezpiecznikiem QSA Violet. Chodzą też słuchy, że producent po prostu dokonał globalnego audytu swojej strony internetowej i po prostu zaktualizował dotychczas dziedziczone po starszych wersjach tabelki. Niemniej jednak niezmiernie cieszy mnie fakt kultywowania „nowej świeckiej tradycji”, czyli nad wyraz udanego połączenia transparentności i precyzji z muzykalnością, dynamiką i wyrafinowaną soczystością. Dlatego też z zaskakującą regularnością podczas obecności tytułowej integry sięgałem po najnowszy album Tingvall Trio „Pax”, gdzie klimat budowany jest na poziomie mikro-dynamiki i gry ciszą a nie apokaliptycznych spiętrzeń dźwięków, gdzie liczy się z reguły ilość a nie jakość poszczególnych składowych. A tu z naturalnością barw, brył i ekspresją artykulacji każdego z instrumentów 101-ka trafiała w przysłowiowy punkt operując na poziomie niemalże studyjnej wierności. Oczywiście nic nie stało na przeszkodzie, by z jej pomocą od czasu do czasu rozpętać istne piekło, gdzie krzyki i wrzaski okraszone kakofonicznym death-metalowym łomotem w stylu „Survival of the Sickest” Bloodbath u nieobeznanych z tak intensywną eksploatacją środków artystycznego wyrazu słuchaczy wywołują ciężkie stany lękowe. Wwiercające się w synapsy bezpardonowe smagnięcia ognistymi riffami, dewastujące słuch i trzewia kanonady perkusyjnych blastów to najdelikatniej rzecz ujmując niezbyt często obecny na oficjalnych prezentacjach materiał, a szkoda, bo właśnie na nim wykłada się najwięcej systemów i urządzeń. A dla Vitusa to była woda na młyn, bo ani mocy, ani drajwu mu nie brakowało, więc trzymając moje 75kg AudioSolutions Figaro L2 na niezwykle krótkiej smyczy oddawał pełne spektrum zawartej w reprodukowanym materiale agresji.
Natomiast co do brzmienia opcjonalnej sekcji cyfrowej, to jeśli ktoś aspirując do grona Januszy biznesu (o co oczywiście naszych wiernych czytelników nie śmiałbym nawet podejrzewać) zastanawiał się, czy przypadkiem nie da się „zoptymalizować kosztów własnych” i zamiast min. 15 250 € na RD-101 MkII wysupłać z domowego budżetu „jedynie” 4 500 € na DAC/Streamer Board mk.II spieszę z wyjaśnieniami, że musiałby naprawdę mocno poćwiczyć myślenie życzeniowe i nagiąć rzeczywistość do własnych oczekiwań, chociażby dłubiąc gwoździem w uchu, by iść w zaparte i twierdzić, że oba rozwiązania są tożsame, bądź li tylko zbliżone do siebie pod względem sonicznym. Bo, mówiąc zupełnie wprost i nie owijając w bawełnę … nie są. Nie są tym samym ekwiwalentem bazującego na parze kości Analog Devices AD1955 firmowego odtwarzacza CD/DAC-a SCD-025 Mk.II. Ba, śmiem twierdzić, iż dystans je dzielący jedynie się powiększył. Czy to źle? Nie, jedynie logiczne, bowiem cyfrowe interfejsy DAC/Streamer Board mk.II idą, jeśli nie o krok, to przynajmniej pół kroku dalej w kierunku akcentowania konturowości i pewnej, nieprzesadzonej analityczności aniżeli wspomniany RD-101 MkII. Pociąga to za sobą niezwykle wyraziste różnicowanie jakości reprodukowanego materiału, więc referencyjne „TARTINI Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen jak i „Tomba sonora” Stemmeklang & Kristin Bolstad porażają holograficzną trójwymiarowością i realizmem, by przesiadka na „Rust In Peace” Megadeth, bądź „Agent Orange” Sodom oznaczała równie intensywny, choć już daleki od jakiejkolwiek przyjemności, szok natury poznawczej. O ile bowiem wcześniej przestrzeń – scena na jakiej rozgrywały się wydarzenia była w pełni definiowalna i jak już zdążyłem wspomnieć realistyczna a operujące na niej źródła pozorne precyzyjnie zawieszone w trójwymiarowej siatce współrzędnych, o tyle thrashowe klasyki brzmiały płasko niczym stolnica o iście papierowej głębi ostrości, czyli to, co rozgrywało się poza pierwszym planem ginęło w kakofonicznym jazgocie tła boleśnie zubażając przekaz. Po raz kolejny jednak zaznaczę, że nie jest to ułomność samej sekcji streamera/przetwornika a … wierność oryginałowi, który nader często, jak daleko nie szukając w obu ww. przypadkach jest cienki jak zadek węża. I tu dochodzimy do sedna będącej sprawcą dzisiejszego zamieszania funkcjonalności, gdyż bezpośrednia implementacja sekcji DAC-a/streamera w trzewiach 101-ki pozbawiła docelowych użytkowników możliwości czarowania i modelowania brzmienia za pomocą stosownego, analogowego okablowania, które zazwyczaj ma wyraźniejszą, bardziej intensywną sygnaturę aniżeli jego cyfrowe rodzeństwo, więc i pole manewru jest mniejsze. Słuchamy zatem mniej „skalanego” naszą ingerencją materiału i albo na takie skrócenie ścieżki się godzimy, albo powinniśmy do tematu podejść na poważnie i pomyśleć o wspomnianych wcześniej pełnowymiarowych, wolnostojących propozycjach Duńczyków. Nic nie stoi również na przeszkodzie, by opcjonalną sekcję DAC-a/Streamera w RI-101 MkII wykorzystywać w roli codziennych interfejsów cyfrowych (w tym uszlachetniania sygnału z TV) a ewentualne krytyczne odsłuchy prowadzić via RD-101 MkII.
Choć z jednej strony opcję rozbudowy Vitus RI-101 MkII o moduł DAC/Streamer Board mk.II można rozważać właśnie w kategoriach opcjonalnego upgrade’u duńskiej „podstawki”, to z drugiej jest to w pełni zrozumiały ruch producenta otwierający 101-ce możliwość nawiązania równorzędnej walki z podobnie bogato wyposażonymi konkurencyjnymi super-integrami. Pikanterii dodaje fakt, iż tak naprawdę 101-ka to przecież najniższy rangą wzmacniacz zintegrowany w portfolio Vitus Audio, więc to zaledwie początek a nie szczyt możliwości Skandynawów z AVA Group A/S.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Od pierwszego kontaktu z będącą tematem tej rozprawy konstrukcją wzmacniającą sygnał audio tytułowego, skądinąd bardzo uznanego i z uwagi na pochodzenie z uważanej za kolebkę High Endu Danii znakomicie rozpoznawalnego producenta Vitus Audio minęło bez mała pięć lat. Nie wiem, jak widzicie to Wy, ale dla mnie to szmat czasu. Jednak co ciekawe czas, z racji solidności rzeczonej integry nie wpłynął na kolokwialnie mówiąc jej osiągi techniczne, które nadal są takie same, a mimo to postanowiliśmy przyjrzeć się jej kolejny raz. Jaki zatem jest powód drugiego podejścia do tematu? Z jednej strony banalny, a z drugiej istotny, gdyż będący odpowiedzią na szybko zmieniające się potrzeby rynku. Chodzi oczywiście od dodatkowe wyposażenie, które w tym przypadku opiewa na dozbrojenie niegdyś bardzo dobrze odebranego, dystrybuowanego przez katowicki RCM wzmacniacza zintegrowanego Vitus Audio RI-101 MkII w przetwornik cyfrowo analogowy i streamer plików. Zainteresowani? Nie odpowiadajcie, tylko jeśli jesteście zdeterminowani dowiedzieć się, co wynikło z doposażenia startowej w cenniku marki integry w istotne w tych czasach funkcje DAC-a i streamera, nie krygujcie się, tylko poświęćcie kilka minut na lekturę poniższego tekstu, bo warto.
Tytułowy wzmacniacz zintegrowany Vitus Audio RI 101 MkII z funkcjami DAC/Streamer jak zwykle produkty tej stajni jest nie tylko sporych rozmiarów, ale także może pochwalić się niebagatelną wagą. To naturalnie pokłosie bezkompromisowego podejścia do kwestii zasilania, które będąc na najwyższym poziomie wykorzystuje wielkie gabarytowo i przez to wydajne prądowo transformatory, co automatycznie zmusza konstruktora do zastosowania dużej obudowy. Ta zaś będąc wykonaną z grubych płatów aluminium naturalnie musi swoje ważyć, co dodatkowo za sprawą minimalizacji szkodliwych wibracji wpływa na poprawę jakości brzmienia wzmacniacza. Przypominając kilka informacji o ogólnej aparycji zacznę od awersu. Ten idąc tropem całej rodziny Vitusów wykonano z dwóch pionowych połaci grubego aluminium, pomiędzy którymi wstawiono czerniony akryl w dolnej części skrywający bursztynowy wyświetlacz. Naturalnie jak każdym urządzeniem tego producenta oprócz sterowania obecnie wykonanym z aluminium pilotem dostarczanym w komplecie, możemy zawiadywać przy pomocy serii 6 przycisków, które rozlokowano po trzy w pionie na każdym bocznym bloku aluminium. Rozstawiono je symetrycznie na wysokości wyświetlacza, co dodatkowo daje poczucie dbałości projektanta o elegancki wygląd. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, ten z naturalnych względów większej uniwersalności wzmacniacza na tle poprzednika jest bogatszy w opcje. Te oczywiście opiewają na standardowe wejścia liniowe 3 x XLR i 2 x RCA, jedno wyjście prę out XLR, zacisk uziemienia, rozlokowane na zewnętrznych flankach zaciski kolumnowe, zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo IEC i oczywiście w odpowiedzi na zastosowanie streamera wejścia USB (dla adaptera Bluetooth) oraz LAN, zaś do nakarmienia sygnałem przetwornika D/A terminale AES/EBU i SPDiF. A to nie koniec ciekawostek, gdyż co prawda w ofercie temat był obecny już od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz rodzimy dystrybutor dojrzał do tematu zaproponowania klientowi produktu innego od standardowego srebrnego lub czarnego i zamówił na magazyn i teraz dostarczył do nas jego mieniącą się błękitem wersję. Zdjęcia tego nie oddają, ale na żywo naprawdę wygląda to znakomicie. Na koniec nie mogę pominąć informacji istotnej dla osobników obcujących z muzyką na bazie plików, a najważniejszą z nich jest obsługa sygnału PCM do poziomu 32/384 kHz, DSD 128, zaś wejście SPDIF pozwala obsłużyć protokół PCM do 24/192, ale bez możliwości grania DSD. Co do oferowanej mocy przez RI-101 MkII, ta nie zmieniła się od czasu powołania do życia tego modelu i wynosi 300W przy 8 oraz 600W przy 4 Ohmach. Jak widać, jest moc i wielofunkcyjność, co w obecnych czasach jest bardzo dużym plusem. Jak ów plus przełożył się na finalny dźwięk? O tym opowiem w kolejnym akapicie.
Jak zagrał wzmacniacz w swej głównej roli? Typowo dla tego przedstawiciela duńskiej myśli technicznej, czyli z pełną i przy okazji dobrze kontrolowaną energią dolnego zakresu, esencjonalną, ale pełną informacji średnicą, a wszystko w odpowiedni sposób, czyli bez nadinterpretacji, jednakże z nadaniem dźwiękowi rozmachu i swobody dopieszczają pełne życia wysokie tony. Ta szkoła naturalnie jakościowo w zależności od ceny urządzenia, ale jest tożsama dla całej linii produktowej tego podmiotu i już pierwsze dźwięki naszych ulubionych płyt z Vitusem w systemie jasno dają do zrozumienia, że będzie w dobrym tego słowa znaczeniu ogień. W przypadku naszej RI 101 MkII było na tyle z jednej strony ekspresyjny, a z drugiej umiejętnie dozowany, że każdy rodzaj muzyki bez problemu pokazywał skryte w sposobie grania zamierzenia artystów.
Rock smagał mocnymi kopniakami popisów perkusistów i częstymi gitarowymi, pełnymi energii przebiegami szarpaniami strun, które mimo wysokiego poziomu decybeli oraz zjawiskowych skoków energetycznych impulsów zawsze były podkładem dla czytelnego zaistnienia na scenie charyzmatycznego frontmena. Po co to piszę? Chodzi o to, że Vitus nie fundował jednostajnej ściany bliżej nieokreślonego, pozornie artystycznego, ale jednak finalnie nieładu, tylko to zazwyczaj będące clou tego rodzaju twórczości szaleństwo potrafił umiejętnie „rozczłonkować” w służbie pokazania danego źródła pozornego w odpowiednim dla danej sytuacji świetle. Przykładowo z szerokiej gamy twórczości zespołu Metallica raz dawał szaleństwo pełnej formacji – tytułowy utwór płyty „Master of Puppets”, by za moment w innym kawału pokazać się od strony romantyka w oczywiście nadal w estetyce ciężkiego brzmienia, ale już z niezbędną nutą nostalgii – projekt „Nothing Else Matters” z krążka „Metallica” .
Jeśli zaś chodzi o muzykę stawiającą na emocje związane z celebrowaniem czy to eteryczności, czy też mocno nasyconej wielobarwności, tytułowa 101-ka także znakomicie sobie z tym radziła. W zabawie w granie ciszą w kompilacjach zespołu RGG z płyty „Szymanowski” bez problemu potrafiła zawiesić prawie w nieskończoność najdelikatniejszy dźwięk talerza bębniarza lub uderzenia fortepianu pokazując swobodę operowania lotnością dźwięku, natomiast podczas odtwarzania muzyki barokowej w interpretacji Jordi Savalla materiału z płyty „Istanbul” pozwalała napawać się dla naszej nacji nieco obcym w brzmieniu, ale jakże ciekawym od strony kolorystyki i różnorodnej esencjonalności pochodzących z tego landu instrumentarium. W obydwu przypadkach wszytko podane było zgodnie ze sztuką każdej produkcji, co pokazywało, że popularny Vitek mimo grania barwą i energią jest daleki od monotonnego uśredniania przekazu.
Jak można się spodziewać, po przypominającej brzmienie wzmacniacza serii nagrań z wykorzystaniem mojego źródła kolejnym krokiem było wykorzystanie wewnętrznego przetwornika D/A. Jaki był efekt? Bardzo ciekawy, gdyż przekaz utrzymał ten sam stopień nasycenia, a jedyną różnicą był jedynie minimalnie mniejszy jego poziom. Nadal było różnorodnie w zależności od tego co włożyłem do transportu CD, z tą tylko różnicą, że lżej w kwestii tak wagi, jak i energii dźwięku. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, to byłą li tylko kosmetyka, która zapewne była wynikiem zastosowania innego rodzaju kabla. Przecież zamiast analogowego, użyłem cyfrowy, co z automatu może być przyczyną korekt sonicznych, a i tak bez naciągania faktów mogę powiedzieć, iż było to to samo granie, z jedynie innym naciskiem na ilość muzyki w muzyce, co przez wielu może być nawet bardzo pożądane.
Na koniec pobawiłem się streamerem. Ta konfiguracja zabrzmiała jeszcze inaczej i powiedziałbym, że mocniej zauważalnie. Także podryfowała w stronę korekty masy, ale gdy wcześniej nie było to jakieś trzęsienie ziemi, to tym razem było jasne, że przekaz stawia na inne aspekty. A były nimi delikatne odchudzenie dźwięku, co naturalną koleją rzeczy spowodowało jego większą jego lotność i fajne przyspieszenie. Nadal daleko było do tak zwanej anoreksji, za to muzyka brzmiała jakby żywiej. Rock nabrał większego rozmachu i szaleństwa, a zabawa w czarowanie słuchacza cyzelowanymi nutami została podkręcona w domenie rozwibrowania. Efekt fajny, a najważniejsze, że mimo innego podejścia do muzyki tylko inny, a nie gorszy. A jeśli tak, dla kogoś będącego na rozstaju dróg w rozumieniu konsekwentnego pozostania przy odtwarzaczu płyt kompaktowych lub przejście na pliki to Vitus-owe rozdanie może być kropką nad „i” w procesie decyzyjnym. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Otóż mimo wspomnianego delikatnego przesunięcia poziomu wagi dźwięku w górę, choć nieco lżejsze, to nadal jest granie w typowej estetyce marki Vitus Audio, czyli barwa i uderzenie skondensowana energią. Inaczej skonfigurowaną wagowo, ale jednak wyraźnie odczuwalną.
Gdzie widzę naszego bohatera? Tak jak w pierwszym podejściu testowym wszędzie tam, gdzie dla odbiorcy istotnym udziałem w muzyce jest esencjonalność i kontrolowana energia. To jest wpisane w kod DNA tej marki i od lat się nie zmienia. A czy moja dedykacja odnosi się także do kwestii brzmienia dodatkowych opcji tego wzmacniacza? Otóż jak najbardziej. Owszem, każde doposażenie brzmi nieco inaczej, ale są to zmiany kosmetyczne, a nie wywracające stolik do góry nogami. To nadal rasowy Vitus, a jedynie w lekko skorygowanej odsłonie. Odsłonie, którą naturalnie zawsze można przeciągnąć na swoją stronę za pomocą stosownego okablowania tak w przypadku podłączenia przetwornika, jak i okablowania LAN wraz ze switchem w przypadku streamera. Nie wierzycie? Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić Was do osobistych prób. Bez których niestety nic dobrego lub złego w Waszych systemach się nie wydarzy. A znając Vitusa, raczej dobrego.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: RCM
Producent: AVA Group A/S (Vitus Audio)
Ceny
Vitus Audio RI-101 MkII: 18 250 € (Standard Color: Jet Black, Pure White, Warm Silver); 21 750 € (Unique Color – m.in. Titanium Orange, Dark Champagne, Titanium Grey; Midnight Blue)
DAC/Streamer Board mk.II: 4 500 €
Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2×300 W rms @ 8Ω, 2×600 W rms @ 4Ω
Wejścia nanalogowe: 3 pary XLR, 2 pary RCA
Wejścia cyfrowe (wersja DAC/Streamer): RJ45 (PCM 384kHz / 32bit; DSD128; 384MQA) Roon Ready; Koaksjalne, AES/EBU (PCM 192 kHz/24bit)
Pasmo przenoszenia: DC – 800KHz
Odstęp sygnał/szum: >100dB
Zniekształcenia THD+N: 0.04% @ 100W / 1kHz
Impedancja wejściowa: 16kΩ
Czułość wejściowa: 2V RMS
Wyjścia: pojedyncze głośnikowe, pre-out (XLR)
Impedancja wyjściowa: 33Ω
Pobór mocy: <1W (Standby); 90W (bez sygnału wersja podstawowa); 120W (bez sygnału wersja DAC/Streamer)
Wymiary (W x S x G): 182 x 435 x 470 mm
Waga: 38 kg (wersja podstawowa – bez modułu DAC/Streamer)
Choć Extraudio kojarzy się przede wszystkim z elektroniką, to warto mieć świadomość, iż Niderlandczycy mają w swym portfolio zaskakująco bogatą ofertę okablowania. Dlatego też po podstawowej łączówce USB na redakcyjny tapet wzięliśmy jego głośnikowe rodzeństwo – Extraudio Speaker One.
cdn. …
W związku z pojawieniem się rodzimego dystrybutora (SoundAlchemy) postanowiliśmy przyjrzeć się i przysłuchać co potrafią włoskie przewody HiDiamond z serii Top Silver.
cdn. …
Najnowsze komentarze