Opinia 1
Kiedy większość stojących przed dylematem wyboru nowego wzmocnienia zadaje sobie fundamentalne pytanie odnośnie tego czy szukać konstrukcji zintegrowanej, czy też jednak patrząc nieco bardziej perspektywicznie wybrać rozwiązanie dzielone Kanadyjczycy z Brystona przez kilka ostatnich dekad mieli tylko jedyną i wydawać by się mogło ze wszech miar wyczerpującą odpowiedź – wyłącznie „dzielonka”. Jednak od niedawna ich ortodoksyjne podejście do tematu uległo zauważalnej ewolucji i za sprawą bohatera dzisiejszego spotkania przybrało enigmatyczną postać „tak”. No ale jak? Przecież chodzi o wybór pomiędzy dwiema w dość oczywisty sposób wykluczającymi się opcjami, a więc to decyzja tzw. pojedynczego wyboru – albo/albo. Jak się jednak okazuje zgodnie z wyznawaną m.in. przez pocieszne Minionki filozofią nawet jak czegoś nie wolno, ale bardzo się chce, to … można. I właśnie ucieleśnieniem owej idei jest … powstały z zespolenia preampu BP-19 i stereofonicznej końcówki mocy 3B³ wzmacniacz zintegrowany Bryston BI-200, który dzięki uprzejmości białostockiego Rafko mieliśmy okazję przez kilka ostatnich tygodni u siebie gościć.
Zgodnie z moim wybitnie subiektywnym osądem oraz mam nadzieję również i powyższą galerią BI-200 stanowi nader udane połączenie dotychczasowej, minimalistycznej estetyki końcówek mocy z bynajmniej nie bezlikiem przycisków znanym z najnowszego przedwzmacniacza BR-20, a wskazanym jako „dawca” organów interfejsem BP-19. Wystarczyło tylko dodać kilka podfrezowań dzielących masywny aluminiowy płat frontu na stosowne, przypisane pełnionym funkcjom sekcje i voilà – mamy 200-kę jak się patrzy. A tak już na spokojnie i trzymając się faktów, to lewą flankę udostępniono niewielkiemu wyświetlaczowi, gniazdu słuchawkowemu 6,3mm (które napędza sekcja niewiele ustępująca BHA-1) i czujnikowi IR. Centrum to już królestwo firmowego logotypu oraz sześciu przycisków odpowiedzialnych za wybór źródła a prawicę reprezentuje masywna gałka regulacji głośności (i nawigacji po menu), para przycisków do ustawiania balansu, oraz kolejny duet pozwalający na wyciszenie, wy/włączenie urządzenia. Mniej więcej 2/3 długości ścian bocznych zajmują pióra radiatorów a płytę górną pokrywa gęsta perforacja, które nie są li tylko ozdobą, lecz mają co robić, by skutecznie odprowadzić generowane w trzewiach pracującego w klasie A/B wzmacniacza ciepło.
Na plecach również panuje wzorowy porządek. Górny pas przeznaczono na interfejsy we/wyjściowe w postaci pary wyjść zbalansowanych i RCA, dwóch par wejść XLR i czterech RCA, zacisku uziemienia, przelotki triggera i złącz umożliwiających integrację 200-ki z domową automatyką. Uwagę zwraca port Ethernet zapewniający poprzez domową sieć komunikację i sterowanie wzmacniaczem, tak jak miało to miejsce w przypadku przedwzmacniacza BR-20, z poziomu dowolnej przeglądarki internetowej (poprzez stronę www). Z koeli dolną sekcję zajmują pojedyncze terminale głośnikowe dwie komory bezpieczników i trójbolcowe gniazdo zasilające IEC. Na wyposażeniu znajduje się również solidny aluminiowy pilot zdalnego sterowania.
Jak łatwo zauważyć nie ma tu jakże popularnych w dzisiejszych realiach „wstawek” cyfrowych, więc próżno szukać sekcji DAC-a bądź streamera. W zamian za to Kanadyjczycy oferują dwie skierowane ku miłośnikom analogu opcje. Otóż za stosowną opłatą mogą na życzenie Klienta doposażyć 200-kę w moduł przedwzmacniacza gramofonowego MM, bądź MM/MC.
Wracając do anatomii naszego gościa, to tak jak zdążyłem nadmienić zarówno we wstępniaku, jak i opisie aparycji mamy do czynienia z zespoleniem w jednym korpusie układów pochodzących z dwóch obecnych w portfolio Brystona komponentów – przedwzmacniacza BP-19 i stereofonicznej końcówki mocy 3B³. Z oczywistych, wynikających z integracji, względów częścią wspólną jest bazujące na dwóch solidnych toroidach zasilanie. Ścieżka sygnału jest w pełni zbalansowana a zdolna oddać po 200W na kanał końcówka ma topologię dual mono.
O ile w przypadku przedwzmacniaczy i przede wszystkim końcówek mocy Bryston nie próbuje zaklinać rzeczywistości i budować sztucznych podziałów tam gdzie de facto ich nie ma stawiając na równi odbiorców z obu (pro i Hi-Fi) segmentów audio dając jedynie możliwość wyboru szerokości frontów do ewentualnego montażu w szafach rack, o tyle BI-200, choć zgodnie z zapewnieniami producenta jest de facto hybrydą preampu BP-19 i końcówki 3B³, to już od pierwszych taktów „Persona” Selah Sue słychać, iż jest to urządzenie na wskroś cywilne i z wyraźnie zredukowanymi „studyjnymi” inklinacjami. Z radością oddaje klubowy klimat albumu i od razu wciąga słuchacza w sam środek zabawy. Czy to źle? O ile tylko nie jesteśmy ortodoksyjnymi wyznawcami „dzielonego” brzmienia Kanadyjczyków to absolutnie nie. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że dla większości niemających do tej pory dłuższego kontaktu z wcześniejszymi „wypustami” ekipy z Dwight (Ontario) jednostek to nawet lepiej. BI-200 gra bowiem niezwykle angażująco, zaskakująco gęsto i analogowo … organicznie z fenomenalnym drajwem i dynamiką. O ile jednak dzielone rodzeństwo zazwyczaj za punkt honoru stawiało sobie znikanie w torze o tyle integra zauważalnie dopala emocjonalnie przekaz i przyjemnie akcentuje przełom niższej średnicy i wyższego basu przez co reprodukowany repertuar zyskuje na żywiołowości i skuteczniej angażuje, łapie za ucho. Bas też nie jest tak punktowy jak z 4B³ czy 14B³, więc o ile spotkałem się z opiniami, iż w ww. konstrukcjach jest go nieco za mało, gdyż odzywa się tylko wtedy, gdy stosowne częstotliwości na materiał źródłowy trafiły, o tyle 200-ka do tematu podchodzi nieco mniej bezkompromisowo i potrafi co nieco z wyższych rejestrów dyskretnie i zarazem udanie „podrasować”. Oczywistymi beneficjentami takiej narracji stają się nazbyt chrupkie i zazwyczaj męczące swą jazgotliwością nagrania, więc jeśli tylko do tej pory nie zawsze było Wam po drodze np. z radosną twórczością wiecznie kontestującego rudzielca udzielającego się pod szyldem Megadeth, to ze zintegrowanym Brystonem w torze sesja terapeutyczna chociażby w ramach „The Sick, The Dying … And The Dead!” powinna przebiec bez przerw potrzebnych na ukojenie skołatanych nerwów. Od razu jednak uprzedzę, że 200-ka nie uspokoi szaleńczych galopad sekcji rytmicznej i obłąkańczych riffów, jednak nada im więcej mięcha i pociągnie kontury nieco grubszą niż starsze rodzeństwo kreską. W rezultacie całość nabierze jeszcze większej mocy i masy, przez co nie tylko zwiększy swoją siłę rażenia, co przede wszystkim zamiast tylko kąsać i pluć jadem nader skutecznie będzie mogła prowadzić działalność wyburzeniową. Będzie ciężej, mocniej, gęściej, a więc de facto lepiej. Nasz dzisiejszy gość z odpowiednią atencją traktuje również wokale, więc Dave nieco mniej skrzeczy i syczy, co również pozwolę sobie uznać za krok w dobrą stronę.
Od razu jednak uprzedzę, że BI-200 daleki jest od zbytniego osładzania i ozłacania przekazu, co mogłoby prowadzić do zbytniego „zgaszenia” i „ulepienia” dźwięku. Nawet dość monotonny i świetnie sprawdzający się w roli niezobowiązującego tła „Second Time Around” Agi Zaryan nie usypia i nie nudzi. Kanadyjska integra potrafi bowiem tak zaaranżować prezentację, że sekcja rytmiczna, choć dyskretnie zlokalizowana w tle na tyle skutecznie akcentuje timing, że nawet przy wolniejszych tempach trudno utrzymać kończyny w bezruchu. Warto również wspomnieć, iż choć pełnię swych możliwości Bryston zwykł był pokazywać na dynamicznych i złożonych kompozycjach z radością biorąc na warsztat również wielkie składy symfoniczne, to jak powyższy przykład kameralnego jazzu wskazuje również i w mniejszych formach potrafi zauroczyć.
Czy rozszerzenie swego portfolio o BI-200 było dobrą decyzją Brystona? Śmiem twierdzić, że jak najbardziej. Ba, na moje oko również mniej dyskusyjną od dołożenia do katalogu D-klasowych końcówek BD-225 i BD-235. Czemu? Cóż, po prostu 200-ka jest niejako uproszczeniem dotychczas proponowanych rozwiązań skierowanym ku nieco mniej ortodoksyjnego odbiorcy, lecz z zachowaniem wszystkiego, z czego Bryston był znany i lubiany, czyli wysokiej mocy, świetnej ergonomii i wieloletniej gwarancji, co w czasach perfidnego pocieniania, postarzania i projektowania/produkowania „na styk” jest nie do przecenienia. Jeśli dodamy do tego nieco „zrobione” – mniej „studyjne” a bardziej atrakcyjne brzmienie BI-200 wydaje się świetną propozycją dla większości melomanów i audiofilów, którzy w prowadzonych odsłuchach szukają przyjemności a nie umartwienia. A jeśli w trakcie jego użytkowanie nastąpi zaostrzenie apetytu i niespodziewany atak audiophilii nervosy wystarczy dołożyć firmową końcówkę (3B³, bądź 4B³) i odkryć potencjał drzemiący w bi-ampingu, bądź praktycznie bezboleśnie przesiąść się na rasową kanadyjską „dzielonkę”. To jednak będzie raczej pieśń (dalekiej) przyszłości, gdyż po kilku tygodniach użytkowania 200-ki we własnym systemie widzę, że poziom „funu” jaki zapewnia daleki jest od tendencji spadkowej, co jak doświadczenie wskazuje jest dobrym prognostykiem. W końcu o cóż, jak nie o frajdę w naszym hobby chodzi …
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nie raz i nie dwa miałem zapytania od znajomych, czy z tytułowej marki Bryston uda mi się zorganizować jakieś zintegrowane wzmocnienie. Jej podstawowa oferta jako pokłosie pochodzenia z rynku pro, a to zazwyczaj zestawy dzielone, co dla wielu jest nie lada problem? Powód? Po pierwsze podzielenie typowego wzmacniacza na pre i końcówkę generuje zbyt wysokie koszty nabycia dwóch pełnoprawnych komponentów. A po drugie co najmniej podwojona, jak nie potrojona w stosunku do zwykłej integry ilość komponentów (pre plus jedna lub dwie końcówki) przegrywa w starciu z możliwością wygospodarowania niezbędnego miejsca na dedykowanym stoliku. Jak widać, problemy są dość prozaiczne, ale nie ma się co oszukiwać, dla sporej grupy melomanów decydujące w kwestii być albo nie być w okowach ich samotni audio. Dlatego byłem bardzo rad, gdy po stosunkowo niedawnej zmianie opiekuna marki na białostockie Rafko, temat testu udało się ogarnąć praktycznie od ręki. Takim to sposobem spełniając prośbę nie tylko znajomych, ale także wszystkich zainteresowanych zapraszam do zapoznania się z moją opinią, co ma marka Bryston ma do powiedzenia w zakresie wzmocnienia zintegrowanego. Wstępniak nie jest miejscem do zdradzania najgłębszych sekretów, ale jedno mogę powiedzieć na pewno, będzie zaskakująco.
Opisywany wzmacniacz w domenie szerokości, głębokości oraz wysokości to typowej wielkości konstrukcja. Co jest dość znamienne dla tego producenta, aparycja BI-200 tak jak reszta rodziny optuje raczej za wizualnym spokojem, aniżeli za zbędnym blichtrem. Nie oznacza to oczywiście całkowitego odejścia od akcentów nadających urządzeniu ciekawego wyglądu, ale w tym przypadku mając na myśli front mówimy jedynie o lekkim ozdobieniu go płynnymi podfrezowaniami, wesołym rozlokowaniu guzików funkcyjnych, gałki wzmocnienia oraz niewielkiego wyświetlacza, zaś w temacie reszty obudowy o wykończonych w czerni radiatorach oraz ażurowanej poprzecznymi otworami także czarnej górnej połaci okalającej trzewia konstrukcji. Nazbyt spokojnie? Bynajmniej, gdyż z jednej strony wygląd urządzania nie angażuje zbędnie naszych zmysłów, ale z drugiej nie jest także nudnym klocem. Zdjęcia tego nie oddają, ale na żywo tak to właśnie wygląda. Jeśli chodzi o możliwości przyłączeniowe naszego bohatera, na rewersie mamy do dyspozycji dość typowy dla tego typu produktów zestaw przyłączy. Mowa oczywiście o terminalach kolumnowych, komplecie wejść i wyjść sygnału analogowego RCA/XLR, zestawie cyfrowych gniazd kontrolnych LAN, USB, RS232, zacisku masy oraz gnieździe zasilania IEC. Naturalnie do kompletu startowego producent dodaje zgrabnego gabarytowo pilota zdalnego sterowania. Wieńcząc opis budowy dodam jeszcze, iż nasz bohater to mocarz, bowiem potrafi oddać 200W przy 8 i 300W mocy przy obciążeniu 4 Ohm, co sprawia, że praktycznie nie ma dla niego kolumn sprawiających jakiekolwiek problemy natury wysterowania.
Co mogę powiedzieć o zintegrowanym Kanadyjczyku? Najważniejsza sprawa to całkowicie inne podejście do dźwięku w stosunku do wersji dzielonych. Tam inżynierowie stawiają na pełną kontrolę przekazu ze wszystkimi tego konsekwencjami typu szaleńczo szybki atak i zwarcie przekazu, co często nie pozwala muzyce pokazać przyjemnych krągłości. I nie dlatego, że nie potrafią zaproponować czegoś innego, tylko z racji pochodzenia chcą tchnąć w rynek konsumencki odrobinę estetyki pro, czyli wyraziste podanej kawy na ławę. Oczywiście ów wynik działań wiedząc z czym to się je da się nieco przearanżować na swoją modłę, ale kto próbował to zrobić wie, że nigdy nie będzie to w dobrym rozumieniu tego słowa kraina mlekiem i miodem płynąca. Będzie krąglej, jednak nadal z nutą żołnierskiej kontroli i wstrzemięźliwości w domenie wyrażania soczystości. Tymczasem tytułowa integra idzie właśnie drogą dotychczas niespotykanej od startu, czyli bez jakichkolwiek dopieszczających dźwięk roszad w systemie muzykalności. Także z dobrą kontrolą wizualizowanych wydarzeń na scenie, ale już z większym, przyjemnie krągłym body. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, wspomniana odmiana wypada tak znakomicie, gdyż nie jest pokłosiem braku zdecydowania wzmacniacza w pokazywaniu mocnego, dobrze określonego w kwestii krawędzi dźwięku w jego dolnych partiach, bo mocy to on ma pod dostatkiem, tylko realizacją zamierzeń konstruktora powołania do życia wzmacniacza od tak zwanego pierwszego strzału wpisującego się w typowe dla rynku konsumenckiego wymagania co do elektroniki – chodzi oczywiście o większy udział plastyki i płynności w malowaniu świata muzyki. Efekt jest na tyle pozytywnie porażający, że w pierwszej chwili zderzenia się z tak płynnym dźwiękiem pomyślałem, iż wzmacniacz polegnie na kontroli dolnego zakresu, gdyż nie ma siły, aby po tak diametralnej zmianie priorytetów udało mu się wyjść z tego starcia z tarczą. Wynik? Nawet nie wiecie, jak bardzo się myliłem. BI-200 nie dość, że brzmiał przyjemnie, dźwięcznie na bardzo długo zawieszając mieniące się milionem odcieni pojedyncze dźwięki, to dodatkowo świetnie kreował nawet najbardziej szaleńcze pasaże zawsze trudnego do wzorowego pokazania kontrabasu. Nie wiem, tylko przypuszczam, ale połączenie tych dwóch aspektów prezentacji najprawdopodobniej było efektem zapewnienia przez wzmacniacz stosownej mocy, której nie tylko na papierze, ale jak się okazało podczas testu nawet w najtrudniejszych momentach zderzenia z muzyką mu nie brakowało.
Do pokazania dotychczas niedostępnego w produktach marki Bryston poziomu magii dźwięku bardzo dobrze posłuży mi najnowszy krążek Charlesa Lloyda „Figure In Blue”. To jak większość jego produkcji materiał balladowy z ciekawymi jak na jego portfolio instrumentarium. Instrumentarium, które przez cały czas bazując na interesującej linii melodycznej – choćby fletu z gitarą – znakomicie pokazuje meandry eteryczności bytu każdego z nich. Być może nie dojrzeliście do takiej opinii, ale w moim odczuciu wbrew pozorom to nie są proste generatory dźwięku, gdyż ich całkowicie inny tembr brzmienia oraz ilość i sposób oddawanej ilości energii bez możliwości pokazania różnorodności w kwestii soczystości, barwy i dosadności impulsu nie osiągnęłyby poziomu bezkresnego wciągnięcia mnie w wir wydarzeń. Na szczęście opisywany wzmacniacz od pierwszych chwil sprawił, że bezwiednie w tej muzie emocjonalnie utonąłem. Nawet nie wiem kiedy, ale fakt jest faktem. Powiem więcej, z sekcją dzieloną nawet przy sporych staraniach konfiguracyjnych osiągnięcie takiego stanu nie byłoby aż takie łatwe, a tutaj wszystko „pykło” praktycznie bez jakichkolwiek ruchów.
Co ciekawe w odniesieniu do sposobu na muzykę według nowego pomysłu z kraju klonowego liścia postawienie na większą krągłość prezentacji nie tylko nie wpłynęło negatywnie na mocne rockowe granie, ale bez naciągania faktów jemu pomogło. Naturalnie w przykładowym materiale grupy Radiohead „In Rainbows” wszytko zabrzmiało bardziej miękko i z większym udziałem nasycenia centrum pasma, ale nie odebrałem tego jako regres, tylko bez dwóch zdań progres w odbiorze tej muzy. Nabrała ogłady i dźwięczności, jednak dzięki dobremu prowadzeniu przez wzmacniacz moich kolumn i przez to bezproblemowe utrzymywanie pełnej kontroli nad dolnymi rejestrami nadal epatowała mocnym akcentowaniem instrumentalnych akordów i ciekawym odcieniem głosu charyzmatycznego frontmena. To było na tyle ciekawe, że bez naciągania faktów jestem w stanie oznajmić, iż znacznie bliższe moim codziennym oczekiwaniom aniżeli bawiąc się niegdyś tą muzą podczas testu sekcji dzielonej. A to dlatego, że wtedy musiałem kombinować z okablowaniem, a i tak nie było to idealne trafienie w punkt, gdy tymczasem tutaj dostałem fajne granie bez dodatkowych zmian w systemie.
Gdzie ulokowałbym tytułowy wzmacniacz zintegrowany Bryston BI-200? Nie będę owijał w bawełnę, tylko powiem bez ogródek, że na tle pełnej oferty tej marki opisana integra jest najłatwiejszą konstrukcją do aplikacji dosłownie w każdym potencjalnym zestawie audio. Od startu zagra na tyle muzykalnie, że bez problemu można z nią żyć bez jakichkolwiek korekt systemu. Jeśli jednak potencjalny nabywca będzie chciał dodatkowo jakiś aspekt podkręcić na swoją modłę, nie będą to ruchy na poziomie trzęsienia ziemi, tylko naprawdę drobne korekty. Wiem, wiem, jeśli ktoś zna możliwości dzielonego Brystona, w pierwszym odruchu pomyśli, iż to zwyczajnie niemożliwe? Zapewniam jednak, sam w ten sposób w pierwszej chwili pomyślałem, ale kilkunastodniowe życie z tym produktem pokazało, że się myliłem. Nie wierzycie? Nic prostszego, wystarczy wziąć wzmacniacz do siebie na test i zweryfikować moje obserwacje na własnym podwórku. Zapewniam, będzie co najmniej ciekawie, a nie zdziwię się, gdy się w nim zakochacie.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Rafko
Producent: Bryston
Cena: 36 995 PLN; 40 995 PLN (z modułem MM); 43 995 PLN (z modułem MM/MC)
Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 200 W / 8Ω; 2 x 300 W / 4Ω
Wejścia: 2 pary XLR, 4 pary XLR, opcjonalnie para RCA (phono MM/MC)
Wyjścia: para XLR, para RCA
Pasmo przenoszenia (20Hz – 20kHz): ± 0.05dB
Odstęp sygnał/szum: 22Hz-22kHz
Zniekształcenia intermodulacyjne: ≤0.0005%
Zniekształcenia THD+N: 20Hz-20kHz @ 200W, 8Ω
Pobór mocy: <0.5W Standby; ≤60W w spoczynku
Dostępne kolory: Srebrny, czarny
Wymiary (S x W x G): 48.3 x 11.6 x 33 cm
Waga: 16.8 kg
Opinia 1
Jestem przekonany, że wielu z Was tak jak ja kojarzy tytułową markę MastersounD z racji obecności na naszym rynku od dobrych kilkunastu lat, oraz solidności oferty brzmieniowej, co moim zdaniem jest właśnie przyczyną tak długiego i oczywiście niezachwianego radzenia sobie w przecież niełatwych realiach mocno nasyconego znakomitymi produktami polskiego grona melomanów. Oczywiście do tej wyliczanki spokojnie można dorzucić również jej pochodzenie ze słonecznej Italii, które zazwyczaj jest gwarantem znakomitego projektu wizualnego i w podobnym duchu jego wykonania. Przesadzam z tymi peanami? Bynajmniej, czego znakomitym dowodem może być temat dzisiejszego spotkania. Spotkania z czymś wyjątkowym, bowiem przyjrzymy się najbardziej rozbudowanemu zestawowi w dziejach brandu, czyli obecnie topowej sekcji wzmocnienia sygnału. O co chodzi? Otóż dzięki niebagatelnemu wysiłkowi logistycznemu stacjonującego w Częstochowie dystrybutora Delta-Audio dostaliśmy do zaopiniowania zestaw pre-power przywołanej na wstępie włoskiej marki złożony z dwóch lampowych monobloków PF 200 Litz wspieranych przez także oparty o szklane bańki, dedykowany tej linii produktowej przedwzmacniacz liniowy Spazio. Nie pytam, czy jesteście zainteresowani, tylko powiem wprost. Jakby na to nie patrzeć, pod względem wymiarów i wagi urządzeń oraz ich brzmienia będzie na bogato i tylko przysłowiowy ignorant nie byłby ciekawy, co z tego wynikło.
Już pierwszy rzut oka jasno daje do zrozumienia, że mierząc się z tytułowymi produktami wkraczamy w świat wizualnego i rozmiarowego szaleństwa na poziomie ekstremalnego High Endu. Jeśli chodzi o monobloki, mamy do czynienia z szerokimi, głębokimi i wysokimi obudowani w typie platformy nośnej dla najważniejszych podzespołów. Oczywiście aby to w jakiś sposób wizualnie zgubić, a jest co, bo samych lamp mocy w 845 jest aż 8 stuk na kanał o reszcie, czyli 6 sterujących pomiędzy nimi oraz pojemnikach dla transformatorów nie wspominając, projektanci sięgnęli po umiejętne okrycie szklanych baniek mocy swoistą płaskorzeźbą z grubej czarnej aluminiowej blachy oraz znakomite wprowadzenie elementów drewna wespół z grubymi płatami czarnego glinu do wizualnego ubogacenia jednak wielkich skrzynek. Gdy pierwszy raz widziałem te końcówki na pokazie w radiowej Trójce, sala koncertowa przez swój rozmiar gabaryty wzmacniaczy udanie niwelowała. Niestety mój pokój to ułamek tamtej kubatury i domniemałem, iż nie będzie łatwo. Na szczęście domniemanie mnie zawiodło, gdyż dopiero po rozpakowaniu ich u siebie przekonałem się, jak znakomitą pracę włożył w projekt inżynier i jak tak naprawdę odbiera to potencjalny nabywca. Jak? Tak jak wspomniałem, na bogato w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Co do wyposażenia końcówek PF 200 tak jak zakres ich działań, temat jest prosty. Na froncie ogranicza się do usadowienia mieniącego się krwistą czerwienią logo marki oraz diody sygnalizującej ich pracę. Natomiast na tylnym panelu zapewnienia podłączenia do nich sygnału analogowego RCA/XLR, umożliwienia podłączenia dwóch typów obciążalności kolumn 4/8 Ohm oraz przyjęcie życiodajnej energii elektrycznej i włączenie urządzania. Wieńcząc opis wspomnę jeszcze o najważniejszej informacji dla każdej sekcji wzmacniającej, jaką jest deklarowane przez producenta oddawanie mocy na poziomie 200W w klasie A przez każdy monoblok przy obciążeniu 8 Ohm, co czyni PF-ki swoistymi dawcami bezkresnej mocy ciągłej dla najbardziej wymagających prądowo zestawów głośnikowych.
Opisując przedwzmacniacz liniowy w pierwszej kolejności spieszę potencjalnych zainteresowanych uspokoić, iż także mały nie jest, ale to już konstrukcja o dość typowych rozmiarach. To ważne, bowiem postawienie monobloków na wspólnym stoliku z resztą elektroniki niestety nie jest możliwe, natomiast Spazio z racji pewnego rodzaju standaryzacji gabarytów jak najbardziej. Jak można się spodziewać, w kwestii ilości lamp elektronowych tutaj mamy także lekkie zatrzęsienie, gdyż zastosowano ich aż 12 sztuk. Czy to dobrze, czy źle, nie mnie wyrokować, ważne, że wizualnie podobnie do wzmacniaczy wraz z resztą osprzętu zostały ładnie obudowane. Jak wygląda jego wyposażenie? Otóż awers o bliźniaczym wyglądzie do monosów w centrum proponuje identyczny wyświetlacz z logo marki, zaś na bokach dwie sporej wielkości gałki – lewa selektor wejść, prawa wzmocnienie. Pisząc zaś o rewersie lista będzie dłuższa. A dlatego, że znajdziemy na mim serię wejść liniowych RCA z wejściem na wewnętrzny phonostage, wejście analogowe XLR, wyjścia sygnału na wzmocnienie RCA/XLR, pokrętło regulatora wyboru obciążenia wkładki gramofonowej, zacisk uziemienia oraz zwyczajowe gniazdo zasilania IEC. Całość projektu znakomicie zamyka piękny, bo drewniany, wyposażony jedynie w dwa guziki – głośniej/ciszej – pilot zdalnego sterowania. Nie wiem, jak odbierzecie go Wy, ale dla mnie to kwintesencja całego projektu spod znaku Spazio & PF 220.
Co mogę powiedzieć o przebytej sesji testowej? Po pierwsze to w dobrym znaczeniu iście lampowe granie. Pełne esencji, barwowej głębi, rozwibrowania i dzięki wszystkim tym aspektom naraz bardzo namacalne. Po drugie zapewniona moim kolumnom moc była na tyle komfortowa, że prowadziła moje wielkie wieże na przysłowiowej smyczy ze wszystkimi najważniejszymi aspektami z zakresu kontroli dolnego zakresu, szybkości ataku i ilości oraz informacyjnej złożoności oddawanej energii. A po trzecie system oferował tak istotny dla mnie aspekt rozmachu wizualizowania świata muzyki bez jakiegokolwiek poczucia siłowego jej podania. Żadnego napadania dźwiękiem, aby w imię wielkiego „łał” nadnaturalną – czytaj nadmuchaną – energią i nieprzewidywalnością jej prezentacji wdeptać słuchacza w fotel. Naturalnie szaleństwo w przekazie było na porządku dziennym, ale tylko gdy wymagał tego materiał, a nie jako element pewnego sposobu na podprogowe przyciągnięcie uwagi melomana. Gdy muza miała mnie muskać, mimo dużego poziomu soczystości i fajnej lampowej krągłości dziwnym trafem brylowała z wielkimi pokładami lotności i niewymuszenia. Owszem, na tle mojego tranzystora w notorycznej estetyce słodyczy i piękna, ale to już konsekwencja technologii w jakiej została skonstruowana sekcja wzmocnienia, a nie jakikolwiek problem. Natomiast w momencie niezbędności wywołania w moim pokoju zaplanowanego przez muzyków trzęsienia ziemi system dostawał pozytywnego rozdwojenia jaźni i bez najmniejszych problemów z idealną kontrolą dolnego zakresu, a tym samym z pełnym pakietem informacji doprowadzał mnie do arytmii serca. W tym przypadku także z nutą zarezerwowaną dla szklanych baniek, czyli mniejszą ostrością krawędzi rysunku każdego wirtualnego bytu, ale zapewniam, bez mdłego zlewania się impulsów w jedną nudną papkę. Po prostu zamiast ołówka o twardości H, kreślarz używał wersji z palety B. Jednak na tyle nieszkodliwe, że po kilku utworach na samym początku słyszane przeze mnie różnice jako całkowicie inna „twardość” dźwięku przestały być odbierane jako potencjalny problem dla piewców krzemu, a zaczęły jawić się jedynie jako inny, ale także ciekawy, a często nawet bardzo pożądany punkt widzenia na muzykę nawet dla nich. Tym bardziej, że jak to u lampy często bywa, wirtualna scena oprócz tego, że była zjawiskowa w 3 wymiarach, to jeszcze preferowała minimalne zbliżenie w kierunku słuchacza pierwszego planu, co dodatkowo podkręcało efekt bycia tam i wtedy podczas nagrywania słuchanej w danym momencie płyty.
Bardzo dobrym przykładem na udowodnienie tezy świetnego radzenia sobie z rozwiewaniem na mojej głowie resztek włosów w pełni kontrolowaną, różnorodnie podaną, ale dosadną w domenie ilości energią zawartą w muzyce była płyta zespołu Metallica „72 Seasons”. To czasem muzyka wręcz trashowa, czyli mocna, szybka i pełna akcentów w postaci błyskawiczności natychmiastowych uderzeń po sobie stopy perkusji. I ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu zestaw MastersounD bez najmniejszego problemu poradził sobie z tą batalią. Nie tylko niemiłosiernie mnie kopał, ale zachowywał za każdym razem efekt czytelnego następowania po obie kolejnych impulsów. A gdy z taką kawalkadą nieprzerwanych uderzeń na sekundę nie miał najmniejszych problemów, chyba nikogo nie zdziwi pozytywne podkreślenie tego sukcesu nadaniem reszcie muzyki nuty płynności i koloru, co w rockowym świecie jest mocno reglamentowane, a gdy jest dobrze podane, dodatkowo podkręca efekt pełnego wejścia w muzykę. Zapewniam, omawiana Metallica wypadł jak nigdy wcześniej. Nieco cieplej od moich codziennych wyborów, ale z równie dużymi pokładami emocji.
Na takim samym, czyli bardzo emocjonalnym poziomie wypadła też pyta z drugiego bieguna energetycznej ekspresji spod znaku A.M. Jopek „Minione”. To jak pewnie się orientujecie, jest dość spokojny repertuar. Jednak pani Ania to audiofilka z krwi i kości i na ile pozwolił mastering, zadbała o pojawienie się w materiale istotnych dla nas smaczków typu rozwibrowanie, lotność oraz pełna witalności homogeniczność każdej zarejestrowanej nuty. Po co o tym wspominam? Otóż jakiekolwiek pogrubienie lub przesłodzenie projekcji tej wymagającej prezentacyjnego wyrafinowania muzyki skończyłoby się spektakularną klapą. Na szczęście jak wspominałem, mimo oferowanych przez testowo skonfigurowany system cech wolnych elektronów zamkniętych w szklanych bańkach przekaz cechował znakomity spokój i swoboda w wypełnianiu mojego pomieszczenia. Dlatego gdy w materiale nawet pojedyncza nuta miała być ta najważniejszą, taka była. Słyszałem ją od momentu inicjacji, potem jej narastania, brzmienia z pełnym rozwibrowaniem po wygaszanie. Jednym słowem czysta poezja dla podobnego do mnie wielbiciela grania tak zwaną ciszą. Ktoś być może pomyśli, że próbuję ratować pokaz takimi audiofilskimi pierdołami? Zapewniam, że niekoniecznie, gdyż to jest właśnie clou zadawania się z urządzeniami z poziomu ekstremalnego High Endu. Łupnąć, trzasnąć i zamilknąć bez większych duchowych emocji potrafi każdy zestaw. Zabawa zaczyna się dopiero, gdy pretendent do laurów potrafi nienachalnie pielęgnować każdy dźwięk – nawet ten brutalny. Niestety do tego potrzebna jest jakość. A, że tę Mastersound za sprawą dobrej aplikacji mocnych lamp 845 dających zakres mocy na poziomie 200 W miał wpisaną w kod DNA, każda muzyka z jego pomocą zabrzmiała zjawiskowo.
Komu zarekomendowałbym tytułowy zestaw pre-power? Z jednym małym „ale” wszystkim. To mocarz nad mocarze i pociągnie nawet przysłowiowe słupy telegraficzne. A najlepsze jest to, że zrobi to nie tylko z gracją zarezerwowaną dla lamp, ale także z kontrolą na poziomie wielu mocnych tranzystorów. Co prawda będzie to ciepłe i przyjemne granie, jednakże nie monotonne, ani nudne. I bez znaczenia jest rodzaj muzyki, bo nawet w najbardziej ekstremalnym metalowym rocku bez problemu potrafi utrzymać rytm. To co to za „ale”? Chodzi o wydzielanie ciepła przez wielkie końcówki. Zastosowana bateria lamp sporo go wytwarza i trzeba brać poprawkę na szybki wzrost temperatury w pomieszczeniu. Tyko tyle? Cóż, gdy rozmawiają dżentelmeni tak. Co mam na myśli? Oczywiście tytułowy zestaw ma także swoje wymagania co do zasobu środków pieniężnych. Ale od samego początku informowałem, iż bawimy się w top topów, dlatego daleki jestem od podnoszenia ceny tego zestawu do poziomu problemu. To naturalna konsekwencja braku ograniczeń podczas projektowania oraz budowania konstrukcji i utyskiwania na skutki takiego podejścia są co najmniej nie na miejscu.
Jacek Pazio
Opinia 2
Kontynuując włoską sagę po niezwykle wymagających pod względem aplikacji łączówkach XLR Omegi przyszła pora na adekwatną im wagowo i gabarytowo elektronikę. W dodatku elektronikę, z którą frywolnie rzecz ujmując mieliśmy już przelotnie przyjemność spotkać się dwukrotnie. Po raz pierwszy w trakcie minionego Audio Video Show a powtórnie, całkiem niedawno, w ramach muzycznej 3-kowej uczty z muzyką Pink Floyd w roli dania głównego. Krótko mówiąc sanatoryjne wieczorki zapoznawcze mieliśmy już za sobą. Jednak co innego obarczone bezlikiem nieprzewidywalnych czynników zewnętrznych nawet nie tyle odsłuchy, co niezobowiązujące rzuty tak okiem, jak i uchem, a co innego niespieszne sesje w domowym zaciszu, gdzie jedyną zmienną staje się tak naprawdę nasz nastrój i wybór jemu odpowiadającej mieszanki aromatycznych kaw. Dlatego też z niekłamaną satysfakcją przystaliśmy na propozycję ekipy częstochowskiej Delty-Audio, by przyjąć pod swój dach wielce urodziwy i nie mniej absorbujący logistycznie włoski, sygnowany przez MastersounD zestaw wzmocnienia pod postacią przedwzmacniacza Spazio oraz monstrualnych monobloków PF 200 litz, na których test serdecznie zapraszamy.
Jak na powyższych zdjęciach doskonale widać obecności MastersounD-ów Spazio i PF 200 litz nie da się nie tylko przeoczyć, co po włączeniu ignorować, gdyż nie dość, że zajmują całkiem pokaźną przestrzeń, więc tak po prawdzie poza przedwzmacniaczem raczej monobloków na stoliku nie upchniemy, to jeszcze generują na tyle zauważalną ilość ciepła, że nawet w mroźne dni, których ostatnimi czasy mamy pod dostatkiem, z powodzeniem mogą pełnić rolę ogrzewania nawet sporych kubatur zastępując tym samym solidny biokominek. Pomijając jednak aspekt energetyczny wszystkie razem i każdy z osobna prezentują się wprost zjawiskowo. Głęboka czerń stalowych korpusów udanie kontrastuje z ciepłem wstawek z (olejowanego?) włoskiego orzecha, które znajdziemy nie tylko w roli dekoracji ścian bocznych wszystkich tytułowych urządzeń, lecz również pod postacią finezyjnej klamry spinającej optycznie nieckę dla lamp w preampie. A skoro o przedwzmacniaczu mowa, to pomimo wspomnianego dosłownie przed chwilą „ulampienia”, prezentuje się on nad wyraz konwencjonalnie. Czerniony front zdobi jedynie centralnie umieszczony rubinowo podświetlony firmowy logotyp a boczne flanki okupują gałki wyboru źródła (lewa) i regulacji głośności (prawa). Same lampy, a warto mieć świadomość, iż mowa o dziewięciu sztukach (6 x ECC82, 3 x ECC83) ulokowano w zajmującej lwią część płyty górnej niecce i zrównano z linią frontu, więc siedząc vis a vis preampu raczej nie będą zbytnio absorbowały naszej uwagi. Niezwykle bogato prezentują się plecy naszego gościa, na których oprócz zintegrowanego z komorą bezpiecznika gniazda zasilającego ulokowano po parze wyjść w standardzie RCA i XLR, parę wejść XLR i prawdziwą baterią przyłączy w standardzie RCA obejmujących trzy pary wejść liniowych, pętlę magnetofonową i dedykowane – osobne wejścia dla wkładek MM i MC ze stosownym, obrotowym wybierakiem optymalnej impedancji obciążenia. Nie zapomniano również o złoconym zacisku uziemienia. Jak już zdążyliśmy w ramach sesji unboxingowej zdradzić na wyposażeniu znajduje się elegancki, acz niezwykle minimalistyczny, drewniany pilot sterowania.
Z kolei monobloki posiadanej, zdolnej oddać po 200 A-klasowych Watów, szklarni chować nie zamierzają i choć biegnące wzdłuż ich boków równe rzędy 845-ek (po 8 na monoblok) i nieco przysłonięte przez frontowy „rondel” dławika trzy pary sterujących 6SN7 chronią finezyjnie ponacinane i powyginane maskownice, to wystarczy je włączyć, by zaczęły kusić i czarować bursztynową poświatą, do której swoje przysłowiowe trzy grosze dorzuca umieszczony na froncie, bliźniaczy z tym z przedwzmacniacza, logotyp.
Rzut oka na ścianę tylną nie przynosi żadnych niespodzianek. Ot wszystko to, co w monoblokach do szczęścia jest potrzebne – po wejściu RCA i XLR, osobne odczepy dla 4 i 8 Ω obciążenia i zintegrowane z komorą bezpiecznika i włącznikiem głównym gniazdo zasilające.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu tytułowego „tercetu egzotycznego” śmiało można byłoby wszystkim tym, którzy w lampowej amplifikacji upatrują słabości i braku kontroli zadedykować sławetny cytat „Lasciate ogne speranza, voi ch’entrate” (dla niewtajemniczonych „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”) z „Boskiej komedii” Dante Alighieriego. Nie ma bowiem co się oszukiwać, tylko po prostu przyjąć do wiadomości, że 200 A-klasowych Watów, jakie jest w stanie oddać każdy z monosów PF 200 litz, to nie są żarty i nawet nasze dyżurne „dwie wieże” nie stanowiły dla nich najmniejszego problemu. I nie piszę tego li tylko na podstawie delektowania się niezobowiązująco jazzującym plumkaniem w stylu „Second Time Around” Agi Zaryan, które oczywiście również po wielokroć gościło na mojej playliście, lecz przede wszystkim ostrej młócki w stylu „Crownshift”, która to de facto dominowała podczas obecności MastersounD-ów w naszych skromnych progach. Niemniej jednak, niezależnie od wartości kalorycznej reprodukowanego materiału włoski zestaw oferował brzmienie uzależniająco gładkie, organiczne i posługując się możliwie lapidarnym a przez to zrozumiałym dla ogółu odbiorców określeniem „muzykalne”. Proszę tylko dobrze mnie zrozumieć. To, iż MastersounD-y były zaprzeczeniem kanciastej, analitycznej detaliczności, gdzie niezależnie od mnogości informacji i wszelakich dźwięków muzyki jest tyle co na lekarstwo, i to takie homeopatyczne, bynajmniej nie oznacza ich upośledzonej rozdzielczości, gdyż akurat pod tym względem wypadają nad wyraz satysfakcjonująco. A to, że nie podkreślają na każdym kroku sybilantów, czy też nie tną zmysłów słuchaczy przeostrzonymi konturami precyzyjnie definiowanych brył pozornych, to już ich zbójeckie prawo. Jeśli dodamy do tego zdolność kreacji dowolnie obszernej i zarazem gęsto zasiedlonej czynnikiem ludzkim sceny, czyli mówiąc wprost swobodę ruchów w nawet najbardziej karkołomnej symfonice, jak daleko nie szukając „Prokofiev: Music from Romeo and Juliet” w wykonaniu San Francisco Symphony pod batutą Esa-Pekka Salonena, to jedynie od naszej fantazji i wyrozumiałości pozostałych domowników i/lub sąsiadów zależeć będzie z jaką regularnością prowadzić będziemy odsłuchy przy głośnościach w pełni odzwierciedlających koncertowe realia. Oczywiście co nieco do powiedzenia w tej materii będą miały również docelowe kolumny, ale bazując na blisko dwumetrowych Gauderach śmiało możemy uznać je za „wystarczająco pełnopasmowe” do oddania realizmu ww. aparatu wykonawczego, co przy braku jakiejkolwiek limitacji w domenie dynamiki włoskiej amplifikacji co i rusz skłaniało nas do delikatnego, acz sukcesywnego zwiększania dawek wypełniających OPOS-a decybeli. Co ważne, nawet w ekstremalnych momentach nie sposób było zauważyć jakichkolwiek oznak przesterowania bądź objawiającej się np. kompresją zadyszki. Nic tylko pełna kontrola, acz nie taka pochodząca od bata i żelaznej ręki a nieco dobroduszna i jedwabiście gładka, jakby MastersounD-y z pobłażliwym uśmiechem patrzyły na nasze poczynania, doskonale zdając sobie sprawę, że np. na „Pro Xristou” Rotting Christ prędzej nam bębenki w uszach rozsadzi a z trzewi zrobi się mięsny shake aniżeli one zbliżą się chociażby w pobliże kresu swoich możliwości.
Spuszczając nieco z tonu i rezygnując z ekstremów na rzecz zdecydowanie mniej dewastujących zmysł słuchu poziomów głośności, oraz zmieniając repertuar na bardziej cywilizowany („Nothing Never Happens” Brii Skonberg) z łatwością można było zauważyć zwinność akomodacji włoskiej dzielonki, która w tzw. okamgnieniu dopasowała się do mniejszego, kameralnego składu a co zatem idzie diametralnie innego sposobu narracji, gdzie skale są głównie mikro a zamiast ściany, bądź nawałnicy dźwięków pojawia się delektowanie pojedynczą nutą, a czasem wręcz gra ciszą. I o ile np. kontrabas Devina Starksa kreślony jest nieco grubszą kreską aniżeli w przypadku redakcyjnego APEX-a, to już trąbce liderki, pomimo natywnej „kremowości” prezentacji nie brakuje odpowiednio blaszanej chropowatości i zadziorności wprost proporcjonalnie zależnej od tego, czy gra z, bądź bez nakładki.
Nie będę ukrywał, że dzielony zestaw MastersounD Spazio & PF 200 litz mi się nie podobał, bo przypadł mi do gustu szalenie. Nie podlega również wątpliwości, iż mające ewentualnie w bliższej bądź dalszej przyszłości pojawić się u nas ich niżej urodzone rodzeństwo będzie miało pod tzw. górkę. Cóż jednak począć z faktem, iż przygodę we własnych czte … znaczy się ośmiu kątach z włoską marką zaczynamy od samego topu? Nie ma jednak co martwić się na zapas, dlatego też z wrodzoną pokorą godzimy się na takie status quo i zarazem niezmiernie cieszymy się z możliwości goszczenia tak „wypasionego zestawu”. A tak już zupełnie na poważnie, to jeśli dysponujecie Państwo przynajmniej 40- 50 metrowym, w dodatku klimatyzowanym, bądź chociaż z natury dość „chłodnym” (południowo-zachodnia ekspozycja raczej wykluczona), pokojem odsłuchowym, macie słabość do lamp a jednocześnie kochacie nieskrępowana moc, to tytułowy set ma całkiem spore szanse stać się Waszym finalnym podejściem na audiofislki Olimp. Nie dość bowiem, że zjawiskowo się prezentuje na żywo, to gra lepiej niż wygląda. A, że w jego wydaniu większość muzyki brzmi jakby z założenia pisana była z wielkiej litery, to nie pozostaje mi nic innego jak tylko pozazdrościć szczęśliwcom mogącym sobie na taką muzyczną rozkosz pozwolić.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Delta-Audio/ Mastersound
Producent: MastersounD
Ceny
MastersounD Spazio: 96 300 PLN
MastersounD PF 200 litz: 433 500 PLN
Dane techniczne
MastersounD Spazio
Wejścia: 4 pary RCA, para XLR, 2 pary RCA Phono MM / MC
Impedancja wejściowa: MM 47 kΩ; MC 40/100/200/400/800 Ω
Wzmocnienie: 60 dB MC / 40 dB MM
Wyjścia: para RCA, para XLR
Impedancja wyjściowa: 200 Ω
Pasmo przenoszenia: 2 Hz – 120 kHz -“ 0 dB”
Zastosowane lampy: 6 x ECC82, 3 x ECC83
Pobór mocy: 37 W
Wymiary (S x W x G): 46.5 x 15 x 41.5 cm
Waga: 11.5 kg
MastersounD PF 200 litz
Moc wyjściowa: 200w class A
Zastosowane lampy: 6 x 6SN7 – 8 x 845
Wejścia: 1 RCA – 1 XLR
Transformatory wyjściowe: MastersounD special in Litz
Automatic bias: TBA
Odczepy głośnikowe: 4 – 8 Ω
Pasmo przenoszenia: TBA
Pobór mocy: TBA
Wymiary: TBA
Waga: TBA
Opinia 1
O tym, że świat w całym swym ogromie został zredukowany do „globalnej wioski” przekonujemy się za każdym razem, gdy zamawiając cokolwiek na popularnych platformach sprzedażowych czas dostawy liczony jest w dniach, bądź wręcz godzinach i tak na dobrą sprawę mało kto zwraca obecnie uwagę na taki drobiazg, jak miejsce/kraj nadania. Liczy się jedynie to, że kliknięty dziś przedmiot dotrze do nas pod same drzwi/do pobliskiego paczkomatu / punktu odbioru jeśli nie jutro, to na przestrzeni kolejnych kilku dni. Jak łatwo się domyślić pojęcie „lokalności” niejako automatycznie zostało przeniesione ze sprzedawcy/sklepu właśnie na ów przysłowiowy paczkomat. O ile jednak sektor przemysłowo-odzieżowy w takim modelu biznesowym świetnie się odnajduje, to już branża audio, poza wszelakiej maści akcesoriami i okablowaniem, nadal pozostaje wierna lokalnym salonom stacjonarnym, gdzie można nie tylko zaczerpnąć porady, bo tego typu konsultacje z powodzeniem można prowadzić online/telefonicznie, co chociażby wstępnie rzucić uchem na interesujące nas urządzenia i dokonać wstępnej selekcji przed dalszymi, już domowymi odsłuchami. Przesadzam? Cóż, jeśli ktoś jest w stanie korespondencyjnie określić brzmienie dowolnego urządzenia i niemalże w ciemno kliknąć „kup teraz” to jego sprawa, jednak z przynajmniej z naszego punktu widzenia przypadkowość konfiguracji i kierowanie się jedynie liczbą gwiazdek, ilością „%” w znanej tylko autorowi skali czy odciskami kończyn, bądź innych narządów finalnemu efektowi brzmieniowemu tak skonfigurowanego systemu niespecjalnie służy. Oczywiście, z reguły zakupiony w ten sposób towar można zwrócić, lecz w tym momencie zasadnym wydaje się pytanie kiedy taka spedycyjna żonglerka nam się znudzi i wyczerpani ciągłym odsyłaniem nietrafionych komponentów zdecydujemy się na coś, czego już wymieniać nie będziemy mieli siły i cierpliwości. Dlatego też, wyjście z własnej strefy komfortu i własnych czterech kątów w ramach „wycieczki krajoznawczej” do (niekoniecznie) pobliskiego salonu audio zazwyczaj okazuje się jedną z najprostszych i zarazem najskuteczniejszych metod na oszczędzenie tak czasu, jak i nerwów oraz rozczarowań. Warto zatem mieć rozeznanie zarówno w lokalizacji takowych przybytków, jak i oferowanego przez nich asortymentu, by planując mniej, bądź bardziej spontaniczną (zazwyczaj warto się z odpowiednim wyprzedzeniem zaanonsować i zdefiniować interesującą nas konfigurację), by nie tłuc kilometrów po próżnicy. I właśnie w ramach swoistego uaktualniania stołecznej mapy „atrakcji turystycznych” i „punktów widokowych” w miniony czwartek udaliśmy się do zlokalizowanego na obrzeżach Warszawy, na ul. Ostródzkiej 273/1 salonu Hi-Fi System, by wiedzeni rozbudzaną przez facebookowy anons ciekawością na własne oczy i uszy przekonać się jak urządziła się tam urzędująca ekipa.
Zanim jednak przejdziemy do dania głównego, które niczym w „’Allo ’Allo!” czekało na nas na pięterku w pokoju odsłuchowym pozwolę sobie jedynie nadmienić, iż parter stołecznego salonu pełni przede wszystkim funkcję ekspozycyjną, gdzie z bezliku kolumn i zajmującej ścienne półki elektroniki można wstępnie wybrać interesujące nas modele. A, że oprócz własnych marek (m.in. Raidho, Scansonic, Trigon) w ofercie ma również reprezentantów wytwórców znajdujących się pod opieką innych dystrybutorów, więc jest w czym wybierać tym bardziej, że począwszy od drobnicy (dedykowanych krasnoludkom Neatów) oferta sięga górnych pułapów High-Endu, czego dowodem są witające od progu wchodzących gości majestatyczne Utopie Focala i nie mniej absorbujące swą posturą niedawno u nas goszczące Raidho TD3.10.
A przechodząc do właściwego rekonesansu i dwudaniowej obiado-kolacji najwyższa pora przenieść się na górną kondygnację i właściwy 30-metrowy, dyskretnie zaadaptowany akustycznie pokój odsłuchowy, gdzie na potrzeby naszej wizyty skonfigurowano system składający się z plikograja EverSolo DMP-A6 Master Edition Gen 2, przetwornika cyfrowo-analogowego Chord Electronics Dave, dzielonej amplifikacji Accuphase – przedwzmacniacza C-2300 i pary pracujących w trybie mono końcówek mocy P-4600 i w pierwszym podejściu zjawiskowych, będących wspomnianymi we wstępniaku bohaterami facebookowego anonsu JBL-ami Summit Makalu Ebony Veneer HGL. O czystość prądu zadbała Shunyata Research. I tu od razu wypada zaznaczyć, iż o ile tak z elektroniką Accuphase’a, jak i Chord-a przynajmniej do pewnego czasu (w przypadku Accu mniej więcej do poprzedniej generacji) kontakty mieliśmy dość regularne a Dave’a nawet u siebie gościliśmy i mniej więcej wiedzieliśmy czego się po nich spodziewać, to już same JBL-e, ilekroć pojawiły się na radarze naszych zainteresowań każdorazowo z przyczyn od nas niezależnych z owego radaru znikały ograniczając nasze wzajemne kontakty do czysto okazjonalnych i dalekich od miarodajności wystawowych rzutów okiem i uchem, czy to w ramach stołecznego Audio Video Show, czy też monachijskich eskapad. Jak jednak niniejszy tekst dowodzi, co się odwlecze …, więc koniec końców, poniekąd dzięki uprzejmości i gościnności ekipy Hi-Fi Systemu, okazja do „wieczorka zapoznawczego” się nadarzyła. I powiem szczerze, że warto było czekać, gdyż biorąc pod uwagę, iż pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, to Makalu od pierwszych reprodukowanych przez siebie dźwięków „kupiły mnie” zarówno fenomenalną stolarką, niebanalną bryłą, jak i przede wszystkim klasą brzmienia. Niby można byłoby powiedzieć, że przy 190 kPLN łaski nie robią, jednak proszę mi wierzyć, że nie raz i nie dwa słyszałem i słuchałem kolumny po wielokroć droższe, które ani aparycją ani właśnie walorami sonicznymi z JBL-ami nie miały za bardzo czym i jak korespondować. Jeśli dodamy do tego swoistą kompaktowość (1102,3 x 464,3 x 393,0 mm) i zdolną do ogarnięcia solo wagę (69,2 kg/szt.) Makalu zaczynają jawić się jako wielce zdroworozsądkowe ucieleśnienie rasowego High-Endu. Jeśli chodzi o technikalia, to mamy do czynienia z konstrukcją trójdrożną, w której górę pasma obsługuje umieszczony w tubie 3” przetwornik kompresyjny D2830K, średnicę 8” kompozytowy (węglowo-celulozowy) JMW200SC a bas również kompozytowy, lecz już 12” woofer JW300SC, które w sumie oferują 88 dB skuteczność przy 4 Ω impedancji. Czyli wydają się całkiem przyjazne dla mającego je obsłużyć wzmacniacza. Czym innym jest jednak nakłonienie ich do wydania jakiegokolwiek dźwięku a czym innym sprawieni, by zagrały na miarę drzemiącego w nich potencjału. I właśnie dlatego napędzająca je para de facto stereofonicznych P-4600 pracowała w trybie zmostkowancych monobloków zdolnych oddać budzące respekt 900 W przy deklarowanych przez JBL-a 4Ω. Rezultat powyższych działań ewidentnie było słychać i powiem szczerze, że jak na salonowe, bądź co bądź niezobowiązujące i li tylko zapoznawcze realia, nie tylko trudno było się do czegokolwiek przyczepić, co w pełni zasłużenie nie skomplementować efektu finalnego. Pełna kontrola basu, swoboda i rozmach prezentacji, wysycona średnica przy jednocześnie fenomenalnie otwartej, rozdzielczej, acz dalekiej od ofensywności górze pasma. Kobiece wokale brzmiały zmysłowo, rock z właściwą sobie zajadłością kąsał zmysły a gdy wymagał tego materiał źródłowy, to basowe pomruki sugestywnie wprawiały w drżenie zajmowaną przez nas kanapę. Jeśli dodamy do tego, iż warunki odsłuchowe Hi-Fi Systemu wyraźnie wykraczają ponad to, co w swoim firmowym, stołecznym salonie ma do zaoferowania np. rodzimy dystrybutor Accuphase, to jasnym staje się, że mając chrapkę na „japońskie szampańskie złotka” pierwsze kroki warto skierować właśnie na Ostródzką a nie Kolejową. Czy można sobie wymarzyć lepszy początek znajomości?
Dyplomatycznie odpowiem, że … to się okaże, bowiem w ramach pokazania drugiego oblicza ww. systemu i zarazem nieco innego pomysłu na dźwięk po krótkiej przerwie technicznej miejsce postawnych Amerykanów zajęły filigranowe Dunki, czyli smukłe i nad wyraz kompaktowe Raidho Acoustics X2.6, gdzie reprodukcję góry pasma powierzono firmowej planarno-magnetycznej wstędze a średnicę i bas parze, również firmowych 6,5” mid-wooferów Ceramix. Jak łatwo się domyślić efekt przesiadki był zauważalny, ale uczciwie trzeba było przyznać, iż daleki od prostego rachunku ekonomicznego (czyli dwukrotnie niższej ceny), oraz trudnej do przeoczenia redukcji gabarytów – przy zbliżonej wysokości (Raidho mają 1065mm) i głębokości (410mm) pozornie niewiele węższy wymiar szerokości (360mm) jest mierzony wraz z rozstawem aluminiowych stóp dalece wykraczających poza obrys zwężających się ku tyłowi korpusów. Nieco mniejszy rozmach i swoboda prezentacji zostały zrekompensowane firmową holografią i całkowitą dematerializacją ww. kolumn na scenie a i szybkość, natychmiastowość transjentów mogły budzić autentyczny podziw. W trakcie odsłuchów wyszło również na jaw, że Raidho wymagają nieco więcej atencji przy optymalnym ustawieniu i o ile bliskość ścian wcale nie jest dla nich tak bardzo krytyczna, to warto poświęcić kilka minut na ich optymalne dogięcie względem miejsca odsłuchowego. Jednak nawet jak na dość niezobowiązujące, czysto rekonesansowe warunki naszej wizyty jasnym było, że i im warto będzie poświęcić dłuższą chwilę w przyszłości.
Na zakończenie chciałbym serdecznie podziękować Gospodarzom za zaproszenie, jak i przygotowanie nad wyraz ciekawego systemu, w dodatku w dwóch odsłonach a wszystkich zainteresowanych wysokiej jakości dźwiękiem zachęcić do odwiedzenia tytułowego salonu. A już zupełnie na marginesie szczerze przyznam, że z utęsknieniem wypatruję pierwszych oznak wiosny, gdyż lokalizacja Hi-Fi Systemu niemalże idealnie pokrywa się z moją dyżurną rowerową trasą wzdłuż Kanału Żerańskiego nad Zalew Zegrzyński, więc coś czuję w kościach, że oprócz standardowego popasu w Wodniku Szuwarku, również i na Ostródzkiej dziwnym zbiegiem okoliczności będzie wypadał mi od czasu do czasu dłuższy postój regeneracyjny. Krótko mówiąc oby do wiosny, choć nie wykluczam, że i przed pierwszymi przebiśniegami do tytułowego przybytku jeszcze zajrzymy …
Marcin Olszewski
Opinia 2
Nie do końca wiem, co było tego przyczyną, ale od jakiegoś czasu podobne do dzisiejszej relacje z porozrzucanych po naszym kraju salonów audio stały się u nas pewnego rodzaju rzadkością. Na szczęście nie oznacza to całkowitej rezygnacji z tego typu przedsięwzięć, co udowadniają ostatnie wizyty w gdańskim salonie Premium Sound, czy deczko wcześniejsza w katowickim RCM-ie, gdyż nie chodzi jedynie o różnego rodzaju elektronikę, tylko całokształt propozycji dla klienta od wielkości salonu, przez przygotowanie akustycznego sal prezentacyjnych, po bogactwo sprzętu na półkach. Wbrew pozorom to są ważne informacje. Jak doskonale zdajecie sobie sprawę nie wszystkiego w każdym miejscu w Polsce da się posłuchać i fajnie jest wiedzieć przed wyjazdem do wybranej mekki naszego hobby, czym nas tak naprawdę ugości. Jaki jest powód tego wprowadzenia? Oczywiście wzmianka o kontynuacji naszych działań na tym polu, z tą tylko różnicą, że tym razem w przybytku audio zlokalizowanym na warszawskim Targówku, a konkretnie bogato uzbrojonym w zabawki od podstawowego poziomu – dla zwykłego Kowalskiego, po najbardziej wymagającego melomana salonie Hi-Fi System.
Nasz bohater pomimo lokalizacji w klasycznym szeregowcu, to wbrew pozorom sporej wielkości salon. Gdy obejrzycie zdjęcia, przekonacie się, że oferuje sporo możliwości tak wystawienniczych dla sprzętu stojącego na półkach, jak i prezentacyjnych pod konkretnego słuchacza. Co prawda to nie nasz problem, niestety od strony logistyki jest nieco problematyczny, gdyż gówna sala odsłuchowa znajduje się na piętrze, na które prowadzą dość wąskie schody. Jednak jak po rozmowie z włodarzami tego miejsca okazało się, iż panowie znakomicie sobie z tym radzą, co udowodnili bezproblemowym przetransportowaniem na górę niedawno testowanych przez nas wielkich kolumn Raidho TD 3.10, czy stojących z boku Sonus Faber Stradivari. Wszystko co jest życzeniem potencjalnego klienta bez ociągania ląduje na piętrze. A paleta pomysłów do realizacji w tym miejscu jest bogata nie tylko od strony ilości urządzeń, ale także w pełnym spektrum cenowym i wyrafinowania konstrukcji. I co ciekawe, nie tylko urządzeń będących na wyposażeniu sklepu jako współpraca z wieloma rodzimymi dystrybutorami, ale także tych będących pod ich opieką. W ostatniej kwestii dużo tego nie ma, ale moim zdaniem wzięte pod ich skrzydła dwie kolumnowe marki w postaci Raidho oraz Scansonic i elektronika spod znaku niemieckiego Trigona to naprawdę bardzo ciekawa oferta. Naturalnie słowem kluczem jest dobra konfiguracja, jednak patrząc na bogactwo na półkach i podłogach salon w tej kwestii daje szeroki wachlarz możliwości.
Na koniec wspomnę o przygotowanej dla nas ciekawostce podczas tego wypadku. Było nią zaproponowanie nam krótkiego zapoznania się z najnowszą odsłoną kolumn JBL versus także nowego modelu ze swojego portfolio kolumn Raidho. Sparing na zasadzie zderzenia dwóch różnych szkół grania. Amerykańskich kolumn typu vintage’owy horn z wiekim basowcem z duńskim Hi Tech-em w postaci smukłych obudów ze zdublowanym małej średnicy niskotonowcem. Jak można było się spodziewać, to dwa inne światy. Jednak co bardzo istotne, każdy z nich w przynależny każdej konstrukcji sposób pokazywał muzykę inaczej, ale za każdym razem ciekawie. JBL-e były dla mnie zaskakująco fajnie przyjazne w oddaniu otwartości górnego zakresu, zaś Raidho z większą łatwością znikały z pomieszczenia. Jak widać, dla każdego coś innego. Dlatego powoli zbliżając się do końca tej opowieści, oczywiście wiedząc z autopsji, że pośród nas są wielbiciele obydwu szkól prezentacji, zanim trafi się chętny i opuści Hi-Fi System z owymi JBL-ami pod pachą powinniście sami się z nimi zapoznać..
Wieńcząc powyższą epistołę dziękuję gospodarzom salonu Hi-Fi System za zaproszenie, miłą atmosferę oraz wieńczący całe przedsięwzięcie międzykontynentalny i technologiczny sparing. Było na tyle ciekawie, że mam nadzieję, iż nie było to nasze ostatnie spotkanie.
Jacek Pazio
Najnowsze komentarze