Monthly Archives: wrzesień 2018


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Tenor Phono 1

Nie wiem, jak zapatrujecie się na rolę przedwzmacniacza gramofonowego w torze analogowym, ale dla mnie jego istnienie jest równoznaczne z tak ważnym dla zestawów cyfrowych przetwornikiem cyfrowo analogowym. Co prawda DAC pracuje z liczbami, a pre gramofonowe mówiąc kolokwialnie ze zwykłym prądem, ale obydwa komponenty na wyjściu podają „specyficzny” dla siebie sygnał analogowy. Dlaczego użyłem słowa „specyficzny”? Jak to dlaczego. Przecież to jest audiofilski elementarz, który uczy nas, iż każde urządzenie audio ma istotny udział w ostatecznym sznycie brzmienia całej układanki. Zatem jeśli prawię o wiedzy elementarnej, to w ogóle po co o tym wspominam? I tutaj doszliśmy clou naszego spotkania, jakim jest kanadyjski phonostage Tenor Audio. Co to ma do rzeczy? Otóż ma i to bardzo dużo, gdyż ów producent zawsze w swoich układach elektrycznych stosuje tak uwielbiane przez miłośników dobrej jakości muzyki lampy elektronowe, co jasno daje do zrozumienia w jaki świat dźwięków wkraczamy. Czy to oznacza, że przyjrzymy się lepszej stronie medalu? O nie, nie mam zamiaru wdawać się w rozstrzyganie, które święta są ważniejsze. Moje podkreślenie istnienia lamp w trzewiach każdego Tenora miało za zadanie jedynie delikatnie podkręcić towarzyszące recenzjom takich produktów emocje, a nie dzielić miłośników dobrej jakości dźwięku na koszernych i niekoszernych. To jest wybór każdego z nas i nic mi do tego. Koniec kropka. Zatem skoro kości zostały rzucone, miło jest poinformować wszystkich zainteresowanych o punkcie zapalnym naszego spotkania, czyli pochodzącym z kraju klonowego liścia dostojnym przedwzmacniaczu gramofonowym Tenor Phono 1, o którego kilkutygodniową wizytę w moim systemie zadbał warszawski dystrybutor SoundClub.

Jak wygląda phonostage marki Tenor? Jak każde inne urządzenie tego producenta. Może pod względem gabarytów nie dościga topowych końcówek mocy, ale jak na komponent możliwy do zrealizowania aż do postaci maleńkiego układu elektrycznego w wielofunkcyjnych kombajnach, Phono 1 wręcz jest ogromy i piekielnie ciężki. Na szczęście pomysłodawca konstrukcji zadbał, aby jego aparycja zbytnio nie przytłaczała potencjalnego posiadacza i w kwestii projektu obudowy wspomógł się, popularnym w obecnie nastawionych na ekologię czasach, pięknie eksponującym nieregularne usłojenie drewnem frontu i górnych części bocznych ścianek. Ale nie modyfikował tego wyszukanymi odcieniami koloryzujących takie powierzchnie bejcami, czy innymi realizującymi podobne praktyki technikami, tylko wysmakowany wzór wybryków natury wykończył bezbarwną politurą. Przyznacie, że już na fotografiach wygląda to świetnie, a zapewniam, że w kontakcie organoleptycznym temat nabiera dodatkowego smaku. Front Kanadyjczyka jest lekko wyoblony, a jego narożniki w celu uniknięcia zbyt technicznego wyglądu płynnymi łukami delikatnie ścięto. Oczywistym jest, że takie urządzenie trzeba jakoś manualnie okiełznać, dlatego też w centrum awersu wydawałoby się dość odważnie, ale na żywo okazuje się, że wizualnie bardzo delikatnie, ulokowano wielofunkcyjne okrągłe okienko z mieniącym się niebieską poświatą wyświetlaczem i serią ośmiu sterujących phonostagem przycisków. Kierując wzrok ku tylnej ściance i patrząc na konstrukcję z lotu ptaka widzimy czerń boków, oraz naszpikowaną czterema sekcjami poprzecznych nacięć wentylacyjnych płytę górną. Zaś po dotarciu do rewersu okazuje się, iż mamy do dyspozycji zintegrowany z głównym włącznikiem i gniazdem bezpiecznika port prądowy, trzy wyjścia analogowe (dwa RCA i jedno XLR), trzy w podobnej konfiguracji wejścia sygnału z trzech potencjalnych ramion i wkładek, a także zaciski uziemienia i masy na obudowie. Nie wiem, co Wy na to, ale ze swojego doświadczenia z pełną odpowiedzialnością mogę przyznać, w przeciwieństwie do nawet bardzo drogiej konkurencji, oferta przyłączeniowa naszego analogowego bohatera jest przebogata.

Analiza sposobu prezentacji muzyki przez urządzenia oparte o lampy elektronowe zawsze wzbudza we mnie pewnego rodzaju emocje. I nie chodzi mi w tym momencie o obawę o końcowy wynik takiego sparingu, tylko raczej nastawiam się na zrozumienie czasem nie do końca zgodnych z moimi oczekiwaniami sonicznymi decyzji konstruktora w kwestii parafrazując klasyka z filmu „Poszukiwany poszukiwana” ilości lampy w lampie. Tak jest zawsze i prawdę mówiąc gdy kiedyś wywoływało to we mnie coś w rodzaju przedpremierowego ciśnienia, to ostatnimi czasy owo oczekiwanie na wynik stało się bardziej analizą za i przeciw, niż próbą utożsamiania się z nim. Po co o tym wspominam? Otóż nasza dzisiejsza przygoda mimo starcia z „lampiakiem” jest diametralnie inna od zdecydowanej większości jej podobnych, gdyż przed moim audiofilskim ołtarzem wylądował komponent, za który w centrum Warszawy jesteśmy w stanie kupić nieduże, ale ładne mieszkanie. Zaciekawieni? Jeśli tak, to zaczynamy.

Niniejsze zderzenie z ofertą Tenora było dla mnie bardzo pouczające. Dlaczego? Przecież nie od dzisiaj wiadomo, iż cała zabawa wokół gramofonu jest clou mojego audiofilskiego bytu i w momencie ostatecznego wyboru analog kontra cyfra wybrałbym opcję numer jeden. I zaznaczam, owa ewentualna decyzja nie jest jedynie opartym o panujący obecnie trend posiadania gramiaka pochopnym wymysłem, tylko w pełni świadomym wykorzystaniem wiedzy zdobytej przez lata zabawy w opiniowanie drogich urządzeń, która asfaltowo-zerojedynkową wojnę spycha na marginalne porównywanie jakości dźwięku cedując główną decyzję w stronę przyjemności przyswajania muzyki. Zatem gdzie jest to nowe doświadczenie? Dla mnie w nienachalnym sposobie wplecenia sznytu lampy w dobiegające do mych uszu zapisy nutowe. Oczywiście słychać było jej specyfikę, ale w bardzo elastycznym wydaniu. W czym rzecz? Gdy obrabiany przez PHONO 1 zapisany w rowku czarnej płyty materiał emanował spokojem, przekaz był zaskakująco lekki, gładki, eufoniczny i co ważne budujący niekończącą się przestrzeń. Natomiast w przypadku zachcianki typu jazda bez trzymanki, okazało się, że owa gładkość i lekkość w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała mu w oddaniu bojowych nastrojów nawet znanych ze scenicznego szaleństwa free jazzowych muzyków. Zbierając wymienioną przed momentem wyliczankę zalet w jedną myśl powiedziałbym, że szkoła Tenora Phono 1 oferuje witalne, pełne ekspresji wysokie tony, fantastycznie nasyconą średnicę, a także energetyczne i co ważne dobrze zróżnicowane najniższe rejestry. Myślicie, że to niemożliwe? Zapewniam, że na odpowiednio wysokim, idącym w parze z jakością dźwięku poziomie cenowym wszytko jest, co tytułowy Kanadyjczyk udowadniał każdym słuchanym przy jego wykorzystaniu czarnym krążkiem. Jakieś konkrety? Ok. Swą przygodę rozpocząłem od według mojego mniemania wysokiego „c”, bowiem na talerzu SME 30 wylądował tłoczony w epoce świetności winylu krążek Ralpha Townera i Garego Burtona „Matchbook” . To ostatnio jest mój kiler dla udawaczy dobrej fonii. Tymczasem w wydaniu testowym okazało się, że w brzmieniu tych wydawałoby się bardzo dobrze znanych mi instrumentów znalazłem kilka dodatkowych aspektów typu długość i lekkość wybrzmiewania, czy mimo pewnej lampowej krągłości całości prezentacji łatwość oddzielenia ataku pałki w sztabki od będącego konsekwencją jej uderzenia wybrzmienia dźwięku wibrafonu. Zaznaczam przy tym, że za każdym razem, gdy wykorzystuję tę płytę, jest to pierwszy i zarazem najważniejszy punkt takiego testu. I gdy po latach przyglądania się różnym jego aspektom gdzieś w duchu śmiało głosiłem tezę o pozjadaniu wszelkich rozumów w tej dziedzinie, Kanadyjczyk nausznie udowodnił, jak bardzo się myliłem. W podobnym tonie, czyli konsekwentnie przesuwając znane mi dotychczas granice dobrej prezentacji, wypadła wydana na dwóch krążkach z prędkością 45 obrotów na minutę płyta Jacinty „Here’s To Ben”. Wokal wspomnianej divy aż kipiał od erotyki, ale ani przez moment nie poczułem przekroczenia cienkiej granicy przesłodzenia, czy cukierkowatości tej prezentacji. Owszem było soczyście, lotnie, ale z niezbędnym dla tego typu muzy akcentem współpracy artystki z resztą zespołu. To nie był spektakl jednego aktora, tylko pełne równouprawnienie wszystkich zgromadzonych podczas sesji nagraniowej muzyków. Każdy z nich w swoich solowych partiach dostał pełne wsparcie od kanadyjskiego pomysłu na świat dźwięków, co okazywało się występem w obfitym blasku scenicznego światła z oddaniem rzadko spotykanego gabarytowo w wektorach szerokości, głębokości i wysokości wirtualnego bytu. Dawno żaden phonostage nie wzbudził we mnie podczas testów tylu pozytywnych odczuć. Ale nie w stylu fajnie, dobrze, czy ciekawie, tylko coś na kształt słowa wybitnie, A co z tak zwanym nutowym łomotem? Tutaj posłużyłem się wydarzeniem koncertowym North Sea Jazz Festival 87 r. z udziałem Petera Brotzmann’a na saxofonie zatytułowanym „Last Exit”. Wnioski? Tak, muza była nasączona opisanymi wcześniej akcentami gładkości i soczystości, ale również pełna w tym przypadku prawdziwego koncertowego rozmachu. Nic nie zwolniła. Tryskała energią i szaleństwem. Świetne było również to, że tej prezentacji w najmniejszym stopniu nie przeszkodził minimalny sznyt szklanych baniek, co dla ich wielbicieli będzie dodatkowym plusem, a przeciwnikom wytrąci z ręki ewentualny oręż w deprecjonowaniu tego typu urządzeń. Ja ze swojej strony mogę zapewnić, nic a nic nie utraciłem z drapieżności tego stylu grania, a przecież to szaleństwo bazuje na pewnego rodzaju masochizmie słuchacza, czego na własne życzenie w pełni zaznałem. Czegóż chcieć więcej.

Wiem, testowany kanadyjski przedwzmacniacz gramofonowy Phono 1 jest dość drogi. Jednak jeśli na bazie kilkuletnich doświadczeń miałbym określić, czy wart jest żądanej za niego kwoty, z całą stanowczością odpowiadam: „TAK!” Zderzenie z nim dla wielu z Was, nawet w przypadku sporego osłuchania z urządzeniami tranzystorowymi, będzie czymś co najmniej zaskakująco ciekawym. A jeśli jesteście fanami lamp, zapewniam, że już po kilku dniach może nie być powrotu do starej konfiguracji. Każda położona na talerzu gramofonu płyta emanuje swobodą wybrzmiewania, rozmachem prezentacji i co ważne dla tego typu układów elektrycznych jedynie delikatnym sznytem lampy próżniowej. I nie ma znaczenia, czy słuchamy jazzowego plumkania, czy pełnego agresji dźwiękowej free-jazzowego koncertu, zawsze otrzymujemy spektakl na miarę najlepszych światowych konstrukcji. Czy opisywana propozycja Tenor Audio jest dla wszystkich? Szczerze? Nie wiem, jak mocno otyły musiałby być docelowy system, aby zniweczyć oferowaną przez Kanadyjczyka witalność prezentacji. Zatem jeśli czekacie na moją rekomendację, w pełni świadomie stwierdzam: „Nic tylko kupować i pławić się w pięknie muzyki”. Jednak jak wspomniałem na wstępie tego akapitu, High End rządzi się swoimi prawami, a jednym z nich jest spora cena kanadyjskiej analogowej jedynki. Owszem, trochę szkoda, że prawimy o tak wysokim progu cenowym, ale przecież nikt nie powiedział, że w zabawie w audio, a tym bardziej z jego najjaśniej błyszczącymi gwiazdami będzie lekko.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: SoundClub
Cena: 195 000 PLN

Dane techniczne
Układ Dual Mono
Krzywe korekcji: Pasywna RIAA i IEC
Precyzja korekcji RIAA (20 Hz – 20 kHz): +/- 0.1dB
Wzmocnienie napięciowe: 55dB – 70dB (wybierane w krokach co 5 dB)
Max napięcie wyjściowe: 25V rms
Nominalne napięcie wyjściowe: 2V rms
S/N: <-87 dBA @ 70 dB
Separacja kanałów: <-90 dBA
Pasmo przenoszenia: 2-100 kHz
Zniekształcenia THD + N: .< 0.02%
Obciążenie wejściowe: 100 Ω, 200 Ω, 300 Ω, 400 Ω, 500 Ω, HIGH, CUSTOM
Impedancja wyjściowa: 10 Ω RCA / 100 Ω XLR
Globalne sprzężenie zwrotne: zero
Lampy (na kanał): 2 x NOS 8416, 2 x 6n6p
Soft start: 1 minuta 40 sekund
Pobór mocy: 75 W Max, <1 W Standby
Wymiary (S x G x W): 495 x 533 x 241 mm
Waga: 26.5 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Choć na oficjalną premierę „Wasteland” Riverside trzeba poczekać jeszcze dwa tygodnie (do 28 września) w ramach inauguracji nowego sezonu „Piątków z Nową Muzyką” stołeczne Studio U22 postanowiło nieco uchylić rąbka tajemnicy i dla nader licznie przybyłych gości przygotowało prawdziwą muzyczną ucztę. W czwartkowy wieczór, na ostatniej kondygnacji zabytkowej kamienicy, pojawił się bowiem pełen skład Riverside, który w osobie oddelegowanego do mikrofonu Mariusza Dudy w krótkich, żołnierskich słowach dokonał genezy powstania prezentowanych utworów. Żeby jednak dozować emocje zamiast całego albumu z głośników Sveda Audio popłynęły jedynie cztery, specjalnie wybrane na te okazję utwory:
1. The Day After
2. Acid Rain
5. Lament
8. Wasteland

Nawet po tak skromnej próbce śmiem twierdzić, że od strony muzycznej jest wybornie. Z jednej strony mamy niezaprzeczalnie riverside’owa estetykę, czyli prog-rockowe, okołofloydowskie oniryczne pejzaże a z drugiej słychać zupełnie nowe pomysły. Pojawia się gościnnie Michał Jelonek a w liniach melodycznych partii wokalnych zawarto więcej, niż na poprzednich krążkach, słowiańskiej natury, rzewności i odrobiny patosu rodem z utworów tytułowych z „Pana Wołodyjowskiego”, „Prawo i pięść” nawet „Czterech pancernych”. Tak przynajmniej twierdził sam Mariusz Duda, choć po przesłuchaniu „Lamentu” miałem nieco odmienne skojarzenia, gdyż na moje ucho spokojnie można było odnaleźć tam klimat znany z dokonań Blackmore’s Night, czy nawet Loreeny McKennitt. Jednak to na tyle „duży, poetycki, wielowymiarowy i bardzo głęboki album” (Mariusz Duda), że interpretacji, właśnie skojarzeń i trącania strun naszej wrażliwości będzie dokładnie tyle ilu słuchaczy i efekt finalny zależeć będzie również od chęci jego zgłębienia, wniknięcia w wieloplanowe meandry i zacienione zakamarki. Warto też zwrócić uwagę na fakt, iż na tym krążku Mariusz zdecydowanie częściej aniżeli do tej pory zapuszcza się w niskie rejestry, choć i na górze pasma potrafi zaszaleć.

Na osobny akapit zasługuje wątek sprzętowy, gdyż w stosunku do ostatniego – jeszcze przedwakacyjnego, spotkania z Kasią Kowalską Arek Szweda (Sveda Audio) na potężnych Chupacabrach ustawił limitowaną – customową wersję monitorów Blipo Home i jakby tego było mało drugą parę Blipo ulokował pod tylną ścianą a dla uzyskania „przestrzenności” po bokach, na dedykowanych standach przycupnęły niewielkie Svedy Neon. Rolę źródła pełnił odtwarzaczem Marantz SA-10 a centrum zarządzania muzycznym wszechświatem Accuphase C-2120.
Było zatem nad wyraz przestrzennie, chwilami wręcz ambientowo i niezaprzeczalnie, przynajmniej dla większości zgromadzonych, zachwycająco. Pech chciał, iż o ile tego typu eksperymenty traktuję z ciekawością i podziwem dotyczącym samego faktu podjęcia próby pokazania czegoś niekonwencjonalnego, a więc poprzedzonego procesem, cytując klasyka „tentegowania w głowie”, to z uporem maniaka, do nagrań stereofonicznych pozwolę sobie preferować takież – dedykowane systemy. Za to wielokanałowość pozostawię multiplexom lub specom np. z Trinnov Audio. Ale to oczywiście moje prywatne, wybitnie subiektywne zdanie, więc proszę na nie patrzeć przez palce i pryzmat mojej ortodoksyjnej stereofilii.

Kolejnym, a zarazem głównym punktem programu był akustyczny mini koncert, podczas którego usłyszeć można było zarówno najnowsze, jak i te już doskonale znane szerszej publiczności utwory.

Nie zabrakło również odpowiednio zaopatrzonego baru, o którego asortyment ponownie zadbał specjalista od bursztynowych destylatów Ballantine’s.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Przygodę z okablowaniem Tellurium Q rozpoczęliśmy od do niedawna topowych Silver Diamondów , więc logicznym jest, że w momencie pojawienia się na rynku deklasującej je serii Statement czym prędzej pozyskaliśmy odpowiedni set na testy.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Gauder Akustik Darc 100

Opinia 1

Czytaliście moją poprzednią recenzję? Jeśli tak, to z czystym sumieniem mogę wypowiedzieć ogólnie uważaną na banalną frazę „A nie mówiłem?”. O co chodzi? Naprawdę nie kojarzycie? Zatem już wyjaśniam. Przy okazji opiniowania amerykańskich kolumn YG Acoustics Hailey 1.2 wręcz udowadniałem, że aby w dzisiejszych czasach mieć mocna pozycję na rynku zespołów głośnikowych, trzeba zaprzęgnąć do ich wyprodukowania do niedawna uchodzące w tym dziale audio jako ciekawostka, a będące obecnie standardem dla wzmacniaczy, źródeł, czy innych urządzeń audio, aluminium. I nie ma znaczenia, czy mówiąc o danym bycie mamy na myśli beniaminka, czy że tak się wyrażę „starego wyjadacza”. Ostatnimi czasy na pewnym poziomie jakości dźwięku ten budulec uważany jest jako standard i nawet tacy wybitni konstruktorzy jak Roland Gauder nie próbują udowadniać, że jest inaczej, tylko pokazują, jak wiele w sferze generowania dźwięku, przy umiejętnym wykorzystaniu tego materiału, można osiągnąć. Do czego piję? Otóż po jedynie zdawkowych informacjach w formie wyjazdowego reportażu do siedziby katowickiego dystrybutora RCM na temat modelu DARC 5 przyszedł czas na bliższe zderzenie się ze zdecydowanie wyżej stojącym w hierarchii marki modelem DARC 100. To zaś po znanych chyba wszystkim seriach konstrukcji opartych o tworzywa drewnopochodne (Arcona, Berlina) samoczynnie rodzi kilka fundamentalnych pytań typu: „Czy ogólny sznyt podąża dawno wytyczoną drogą? Czy może wykonał karkołomny zwrot w tył?” Jeśli jesteście ciekawi wyniku mojej przygody z aluminiowymi setkami serii DARC, na poznanie wszelkich za i przeciw zapraszam do poniższych kilku akapitów.

Jak gołym okiem widać, opiniowane kolumny zbudowano w oparciu o pomysł wielopoziomowej kanapki, w przekroju poprzecznym przypominającym kształt lutni, złożonej z niezbyt grubych klepek. Naturalnie wszystkie plasterki, oprócz odpowiedniego uszczelnienia płaszczyzn przylegania, są dodatkowo skręcone i dla zapewnienia dobrej stabilizacji na podłożu posadowione na mocno zwiększającej punkty podparcia podstawie. Ale wspomniana platforma nośna nie jest li tylko zwykłą podstawą kolumn z wkręcanymi pospolitymi kolcami, gdy oprócz zadania stabilizacji DARC-ów jest ostoją dla podwójnych terminali kolumnowych, gniazd realizowanego przy pomocy dostarczonych w zestawie zwór, wyboru pracy zakresu niskotonowego, pomagającej w aplikacji całości na podłodze poziomnicy, regulowanych od góry przy pomocy ozdobnych pokręteł stożków i pokazujących poziom ich wykręcenia schodkowych wskaźników. Patrząc na fotografie można odnieść wrażenie, iż mamy do czynienia z konstrukcjami zamkniętymi. Tymczasem prostując takie wnioski informuję, że tytułowe zespoły głośnikowe wykorzystują port bas refleks, który w tym modelu dmuchając w podłogę znajduje się w podstawie i którego oddziaływanie na końcowy efekt soniczny, dzięki wspomnianym regulowanym stożkom, jesteśmy w stanie delikatnie korygować. Mając za sobą opis podstawy i w konsekwencji wykonania z jednego elementu boków i awersu naszych Niemek przyszedł czas na front. Ten delikatnie odchodząc od trendu nowatorskości w stosunku do krawędzi bocznych delikatnie cofnięto i wykonano z wykończonego w technice eliminujących szkodliwe odbicia dźwięku mocnego uwydatniania porów i zamierzonej niedoskonałości w domenie gładkości całej powierzchni MDF-u i czarnego łupka. Jeśli chodzi o kwestię przetworników, ten temat realizuje ulubiona przez Pana Rolanda marka Accuton, czyli w przypadku modelu dostarczonego do testu dwóch czarnych ceramicznych basowców i jednego średniotonowca, które w najwyższym rejestrze wspiera wspaniale prezentujący się diament. Całość opiniowanych konstrukcji wieńczy znajdująca się na froncie tuż nad podstawą, informująca nabywcę o modelu i jego pochodzeniu ozdobna tabliczka znamionowa.

Jestem niemalże pewien, że zdecydowana większość akolitów tytułowej marki nie uwierzy w to co teraz napiszę, ale bez naciągania faktów oświadczam, iż najnowsza seria kolumn o mrocznej nazwie DARC jest orędownikiem bardzo bliskiego swojej nazwie, czyli stosunkowo ciemnego grania. Nie ma tej zarzucanej większości Gauderów natarczywości i rozjaśnienia, tylko otrzymujemy mocny, skierowany na książkowe oddanie energii przekaz muzyczny. Nie wierzycie? Szczerze powiedziawszy ja też przecierałem oczy, a raczej uszy ze zdumienia, że w końcu ta bardzo dobrze znana mi stajnia konstruująca zespoły głośnikowe tchnęła w swoje produkty dodatkową dawkę mięsa. Ale ale, natychmiast ucinam ewentualne podejrzenia co do bułowatości generowanej muzyki. Co to, to nie. W tym pomyśle na świat zorganizowanych dźwięków mamy wszystko. Od mocnego, naładowanego sejsmiczną energią basu, zaskakująco ciemną, a pokusiłbym się nawet o stwierdzenia soczystą, jak na porcelanowe przetworniki, średnicę i za sprawą diamentowej wysokotonówki łechtające moje uszy perliste wysokie tony. Jak to wygląda w starciu z muzyką? Zapewniam, że bardzo ciekawie, ale różnie w zależności od repertuaru. Wszelka stawiająca na bunt i tak zwany wykop muza była bezapelacyjna wodą na młyn prezentowanych setek. Twórczość zespołów Massive Attack i Acid wypadała wręcz fenomenalnie. Gdy muzycy niskimi, syntetycznymi pomrukami zechcieli poprzestawiać mi meble, natychmiast przytrzymywałem przed upadkiem ze stolika zgromadzoną na nim stertę używanych do opiniowania płyt kompaktowych. Zaś w sytuacji wejścia do akcji przerywanej przenikliwymi przesterami i świstami wokalizy raz dostawałem kawał solidnej partii gardłowej, którą natychmiast równoważyło ostre uderzenie bliżej nieokreślonego świstu lub ryku. To była jazda bez trzymanki na miarę dotychczas słuchanych w moim dorobku najlepszych konstrukcji. A co w tym wszystkim najdziwniejsze, po dłuższym czasie głośnego słuchania (przecież tak należy to odtwarzać) nie odbierałem tego jako zmęczenia materiału (w tym przypadku narządu słuchu) z powodu krzyku, czy analityczności, tylko naturalną reakcję organizmu na dobrze zorganizowaną w sferze równowagi tonalnej muzyczną wojnę. Tak tak, słuchając najnowszego dzieła Pana Gaudera nie ma zmiłuj. To nie jest pitu pitu, tylko tak, jak to na koncertach rasowe starcie z muzyką. Owszem, jeśli ktoś zażyczy sobie plumkania w tle, również to osiągnie. Jednak według mnie zmarnuje potencjał tych konstrukcji. Ale z drugiej strony dobrze jest mieć w zanadrzu asa w rękawie i gdy przyjdzie, ochota nie wychodząc z domu udać się na niczym nieograniczony energetyczny koncert. Jest jeden warunek, muszą to tolerować sąsiedzi. Inaczej po kilku minutach zapuka do nas Pan Władza i po koncercie. Podobna sytuacja miała miejsce, gdy w napędzie CD lądował materiał rockowy typu Metallica. Feeria niskich gitarowych riffów, mocnych uderzeń w bębny wręcz masowały moje trzewia, a w tej muzie o to przecież chodzi. Nieco inaczej Niemki wypadały w materiale nastawionym na eteryczność i zawarte w muzyce Baroku emocje. Nie żeby było nudno lub zbyt lekko. Chodzi mi raczej o zbyt dosłowne pokazanie tego świata przez DARC-i 100. Gaudery pokazywały ten rodzaj w domenie iście zero-jedynkowej, czyli jak ma być mocniejsze uderzenie w bęben, czy energiczniejsze szarpnięcie struny gitary barokowej, dostawałem zbyt konkretny strzał w ucho, a to przy całej zamierzonej przez artystów energii miało być lekko rozwleczone w czasie. Oczywiście trudno punktualność i konkretność oddania realiów zapisów nutowych uznać za jakikolwiek problem, ale z autopsji wiem, że jeśli chce się zbyt dobrze, czasem różnie to wychodzi. Niemniej jednak nie traktuję tego jako minus, a jedynie nieco inny punkt widzenia na ten sam aspekt wybrzmiewania przecież nastawionej na uduchowienie przekazu kościelnej muzyki. Zatem, czy znalazłem jakieś minusy? Tak, jeden. Ale nie natury sonicznej, tylko sprzętowej. Otóż goszczących u mnie kolumn nie napędzicie byle czym. Te konstrukcje są bardzo wymagające i jakiekolwiek potraktowanie ich zasilenia po macoszemu może okazać się wielką energetyczną klapą pospolicie zwaną bułą, która nawet w połowie nie pokaże tego, co udało mi się usłyszeć podczas testu. A to już jest bardzo krótka droga do zrzucenia na nasze bohaterki ewentualnej porażki, na co w najmniejszym stopniu nie zasługują.

Jak wynika z powyższego tekstu, przybyłe na testy kolumny Gauder Akustik DARC 100 bez najmniejszego problemu w większości repertuaru wręcz mnie zaczarowały. Kiedy były ku temu przesłanki pokój trząsł się w posadach, a gdy za sprawą sztucznie generowanej muzyki miałem stracić słuch w najwyższych rejestrach, uszy zamierzenie cierpiały. Owszem, w delikatnych nurtach muzycznych pięknie prezentujące się na tle posiadanej przeze mnie japońskiej elektroniki Niemki były zbyt dosłowne, ale zapewniam, nie oznacza to, że docelowo nie potrafią się w nich poruszać. Dlaczego? Weźcie pod uwagę moje muzyczne preferencje i zdecydowanie bardziej dogłębną niż zwykły Kowalski analizę tego typu twórczości, a to wspomniane spostrzeżenia nakazuje traktować z odpowiednim filtrem. Dodatkowo przypominam, iż cały set od źródła po kolumny stroiłem pod taką właśnie muzykę i gdy wpiąłem weń coś tak energicznego jak pochodzące zza naszej zachodniej granicy, uchodzące za wulkany energii Gaudery, zrobiło się zbyt dosadnie. Ale przypominam również, przecież każdy test jest zazwyczaj przypadkową konfiguracją, co natychmiast każe sądzić, iż drobna roszada, czy to w kablach, czy elektronice, jest w stanie zaspokoić nawet moje wyimaginowane potrzeby. Zatem do kogo zaadresowałbym nasze bohaterki? Teoretycznie do wszystkich przedstawicieli homo sapiens z przypomnieniem o zaspokojeniu potrzeb kolumn w odpowiedni sygnał ze wzmacniacza. To nie jest oferta dla napędzających zespoły głośnikowe o wysokiej skuteczności słabeuszy, tylko produkt, który po zapewnieniu odpowiedniego prądu jest w stanie poruszyć przysłowiowe góry, w konsekwencji zmuszając nas do pozostawienia ich w posiadanym systemie na długie lata.

Jacek Pazio

Opinia 2

O ile na poziomie ekstremalnego High-Endu jakiekolwiek kompromisy, przynajmniej oficjalnie, nie powinny mieć miejsca i żaden z będących przy zdrowych zmysłach konstruktorów, po dobroci i sam z siebie, do nich się nie przyzna, to trudno oczekiwać od nabywców, że wszyscy jak jeden mąż będą godzić się na panującą w tym segmencie gigantomanię. W końcu referencja niejedno ma imię i o ile nawet ktoś może pozwolić sobie na zakup strzelistych Dynaudio Evidence Master, bądź rozłożystych Trenner & Friedl Duke, to wcale nie jest równoznaczne, iż właśnie z tak absorbującymi gabarytowo konstrukcjami mu po drodze. Dlatego też wspomniani wytwórcy dwoją się i troją, by również i takim gustom się przypodobać. Dlatego też powstają przeróżnej maści referencyjne monitory począwszy od dopiero co debiutujących Børresen 01, poprzez klasykę gatunku w stylu Franco Serblin Accordo, aż po przeurocze, mikroskopijne podłogówki Lignea tej samej marki. Oczywiście jeśli tylko nie ma takiej potrzeby bez trudu można, ignorując oba skrajne przypadki, wybrać coś, co przy lapidarnie ujmując „normalnych” rozmiarach, również do owego elitarnego grona topowych konstrukcji się zalicza. I właśnie z podobnego założenia wyszedł dr.Roland Gauder, który po zakończeniu prac nad swoją flagową serią Berlina postanowił poświęcić swój czas i wiedzę zupełnie nowemu projektowi, który posiadając wszelkie cechy referencyjnego rodzeństwa, przybierze nieco bardziej kompaktową posturę. I tak właśnie narodziła się linia Darc, której środkowy model, czyli Darc 100 mamy przyjemność w ramach niniejszej recenzji opisać.

Jak już w ramach zdjęciowej zapowiedzi zwanej potocznie zajawką zdążyliśmy Państwu pokazać 100-ki docierają w dość niepozornych, standardowych kartonach. Żadnych drewnianych skrzyń, fligh-case’ów i innych udziwnień. Czysta tektura i zapewniające konieczną stabilizację, wykonane z twardej pianki, przekładki i to by było na tyle. Przynajmniej teoretycznie, gdyż dopiero przy próbie ich przesunięcia okazuje się, że bądź co bądź, dość niewielkie, bo 124 cm kolumny, ważą bagatela po 72 kg (netto) każda. Jakby było tego mało Gaudery na czas transportu powinny znajdować się w pozycji pionowej, więc nici z zapakowania ich nie tylko do rodzinnego kombi, co nawet potężnego SUV-a w stylu Volvo XC-90. Skoro jednak decydujemy się na zakup rzędu 40-50 tysięcy €, to takimi drobiazgami raczej nie powinniśmy się przejmować, gdyż problemy natury logistycznej, to już problem dystrybutora a nie nasz. W naszej gestii będzie jedynie zapewnienie odpowiedniego lokum, które ,co empiryczne doświadczenia zarówno w katowickiej siedzibie RCM-u, jak i nasze – w redakcyjnym OPOS-ie wykazały, dobrze żeby miało przynajmniej 35-40 metrów i charakteryzowało się w miarę neutralną akustyką. Nie, nie chodzi mi w tym momencie, abyśmy próbowali z własnego salonu urządzić komorę bezechową, lecz wskazanym wydaje się zapanowanie nad pasożytniczymi modami danego pokoju.
Jak już zdążyłem wspomnieć Gaudery są dość niewielkimi, smukłymi wręcz, czterogłośnikowymi konstrukcjami trójdrożnymi wentylowanymi do dołu. Swoją ponadnormatywną, przynajmniej przy tym wzroście, wagę zawdzięczają wykorzystanym do ich budowy materiałom, gdyż ich zwężający się ku tyłowi korpus wykonano z aluminiowych, przedzielonych drewnopochodnymi płatami, skręconych w pionie wręg, a front stanowi sandwich MDF-u z 3 mm warstwą łupka. Górę pasma obsługuje ceramiczny, bądź tak jak w dostarczonych egzemplarzach, diamentowy przetwornik Accutona pracujący w zamkniętej komorze w duecie z porcelanowym średniotonowcem. Rezydująca poniżej para bliźniaczo podobnych przetworników niskotonowych otrzymała za to do dyspozycji wydzieloną, 30-litrową przestrzeń .
O stabilność konstrukcji dba zintegrowany cokół, który również dostępny jest w wersji standardowej, czyli wykraczającej poza obrys kolumn jedynie z tyłu, oraz tzw. szerokiej – obecnej w naszych, z rewelacyjnym systemem chowanych kolców, tak z przodu, jak i z tyłu. A właśnie, ponieważ Darci nie dysponują ścianą tylną podwójne terminale głośnikowe WBT-Nextgen przeniesiono właśnie na cokół a tuż obok nich przycupnęły zworki umożliwiające dopasowanie brzmienia kolumn do charakterystyki pomieszczenia w jakim przyjdzie im grać i wielce przydana przy precyzyjnym ustawianiu poziomica.
Każdy z podzakresów otrzymał swoją własną płytkę zwrotnicy, a ona, jak to w Gauderach charakteryzuje się stromością zbocza wynosząca ponad 60 dB/oktawę. Kolejnym znakiem rozpoznawczym kolumn, powstałych pod czujnym okiem dr.Rolanda jest firmowa „wystarczająca” skuteczność i choć w sieci można znaleźć informacje, iż tytułowe kolumny mają całkiem akceptowalne 85,2 dB SPL, to proponowałbym podchodzić do nich (wyników, nie kolumn) z dystansem, gdyż bliższe prawdy wydają się wartości rzędu 80-82 dB. Warto mieć to na uwadze, gdyż przy takiej skuteczności i 4 Ω impedancji do prawidłowego wysterowania Darc-ów przyda się solidna amplifikacja.

Całe szczęście okazało się, że nasza redakcyjna końcówka Reimyo KAP – 777 kolejny raz podołała wyzwaniu, a trzymany w odwodzie potężny A-klasowy Abyssound ASX-2000, spokojnie mógł obserwować bieg wydarzeń nie ruszając się ze swojego miejsca. Pomijając jednak fakt, iż zabierając Gaudery z Katowic wypięliśmy je bezpośrednio z grającego tam systemu, to mając świadomość ich „świeżości” przed krytycznymi odsłuchami przez prawie tydzień daliśmy im czas na komfortowe wygrzanie i ułożenie się w naszym systemie. Jednak nawet spontanicznie, prosto z podróży wpięte w redakcyjny tor pokazały nieco inne, jednak w głównej mierze zbieżne z zaobserwowanym w RCM-ie oblicze. W telegraficznym skrócie można byłoby o nim powiedzieć, że Darc-i 100 są ucieleśnieniem skondensowanej mocy czekającej jedynie na moment oswobodzenia. Niczym baśniowy Dżin z lampy Alladyna są gotowe by uwolnić się z przyciasnego lokum i wreszcie móc zaszaleć z pełną mocą. W pierwszej chwili można wręcz odnieść wrażenie, że skala, wolumen dźwięków generowanych przez setki do nich nie pasuje, gdyż niejako przeczy prawom fizyki. Otrzymujemy bowiem duży, naprawdę duży, spektakl z kolumn, które wydawać by się mogło dedykowane są do 20-25 metrowych pomieszczeń, a tymczasem w naszym niemalże czterdziestometrowym oktagonie przy prog-metalowym „The Astonishing” Dream Theater trzęsło się dosłownie wszystko, z intensywnością zdolną obudzić sejsmografy w odległym o niemalże dwadzieścia kilometrów instytucie PAN. Spora w tym zasługa basu, który zapuszczał się w rejony, gdzie z reguły tylko piekielne trzygłowe cerbery ganiają za czerepami potępieńców rzucanymi im do zabawy przez samego Pana Ciemności. W dodatku, wbrew obiegowym opiniom nie sposób było zarzucić mu suchość, bądź matowość, przypisywane Accutonom przez „życzliwych” oponentów, gdyż ewidentnie operował on po ciemniejszej stronie mocy stawiając akcent w pierwszej kolejności na konsystencję a dopiero w dalszej na kontur. Wszelakiej maści spiętrzenia gitarowych riffów wspomagane perkusyjnymi pasażami i rozbudowanym składem FILMharmonic Orchestra Prague oddawane były z pełnym impetem i dynamiką, jakiej spodziewać można byłoby się po znacznie większych konstrukcjach. Jednak czuć było pewien, delikatny, bo delikatny, ale jednak niedosyt wynikający z faktu „sklejania” materiału studyjnego z aparatem orkiestrowym, czego już nie doświadczyliśmy po przesiadce na dyżurny krążek „S&M” Metallicy, oraz „Wagner Reloaded: Live in Leipzig” Apocalypticy, gdzie scenę otaczał rozwrzeszczany tłum, z którego gardeł co i rusz dobiegał pierwotny ryk.
Równie intrygująco wypadała średnica, która odznaczając się nieco bardziej namacalną, aniżeli w niskich tonach, konturowością świetnie oddawała realizm instrumentów strunowych i partii wokalnych. Z resztą zszycie zarówno z dołem , jak i górą pasma nadawało całości niezwykłej homogeniczności. Wspomniana przed chwilą Apocalyptica to w końcu wiolonczele plus orkiestra (MDR Sinfonieorchester) i wbrew pozorom znacząca część wydarzeń rozgrywa się właśnie na środku pasma. W dodatku, w przeciwieństwie do Metallicy, nie mieliśmy wyraźnego podziału na instrumentarium nazwijmy to ogólnie zelektryfikowane i akustyczne, lecz kilku szarpidrutów operujących dokładnie w tej samej estetyce, co wspomagająca ich orkiestra. Dlatego też precyzja ogniskowania źródeł pozornych i zapanowanie nad nader rozbudowanym aparatem wykonawczym okazała się kluczowa i w pełni pokazała klasę Gauderów. Polifoniczne „Canticum Canticorum” Les Voix Baroques, czyli już nieco mniej rozbuchana a zdecydowanie bardziej nastawiona na skupienie i przysłowiową grę ciszą pozycja, pokazała nieco bardziej liryczne i wyciszone oblicze tytułowych kolumn. Wspomaganie najniższymi składowymi zostało ograniczone do niezbędnego minimum, gdyż zarówno dęciaki, jak i wokale operowały na zdecydowanie wyższych częstotliwościach i o ile basowe tło nadawało całości odpowiedniej dostojności, to bez eterycznie zawieszonego w przestrzeni pierwszego planu i charakterystycznego, długiego pogłosu mielibyśmy jedynie nawet nie tyle namiastkę, co karykaturę tego, co znajduje się w materiale źródłowym, a tak wrażenie bycia tam i teraz jest niezaprzeczalne. Do głosu doszła z kolei referencyjna – diamentowa góra, której rozdzielczość określić można określić mianem wybitnej, wręcz nieosiągalnej dla większości konwencjonalnych przetworników. Wszelakiej maści alikwoty, czy sięgające granicy słyszalności dźwięki, odznaczały się iście krystaliczną czystością, brakiem jakiejkolwiek granulacji i zarazem niepodrabialnym zespoleniem wspominanej rozdzielczości z jedwabistą gładkością. Posłuchajcie tylko Państwo „’Round M: Monteverdi Meets Jazz”, gdzie Roberta Mameli operuje w rejestrach, przy których pękają kryształy a tymczasem na Gauderach albumu tego słucha się wręcz wyśmienicie, a górze, choć jest jej z oczywistych względów niezaprzeczalnie dużo, nie sposób zarzucić jakichkolwiek znamion napastliwości, czy krzykliwości. Jest bowiem referencyjnie precyzyjna, diamentowo czysta i niemalże wwiercając się w naszą mózgoczaszkę dostarcza niewyobrażalną ilość informacji.

Prawdę powiedziawszy Gaudery Darc 100 miały być jedynie wstępem i przygotować przedpole dla czających się tuż za horyzontem Berlin RC9, jednak perfidny los, a tak po prawdzie dr. Roland Gauder, po raz kolejny postanowił nieco pokrzyżować nam plany i co nieco zamieszać w naszych rankingach. Okazało się bowiem, iż te niewielkie, nawet jak na niemieckie realia, kolumny zamiast dać nam jedynie przedsmak tego, co czeka nas w referencyjnej serii, ponadnormatywną dynamiką połączoną z wręcz wybitną rozdzielczością udowodniły, że przysłowiową „audiofilską nirwanę” osiągnąć da się nawet z całkiem akceptowalnych gabarytowo kolumn. Oczywiście warto cały czas mieć z tyłu głowy konieczność posiadania odpowiednio wydajnego tak mocowo, jak i prądowo pieca, ale bądźmy szczerzy – po Gaudery sięgają w większości przypadków osoby nie tylko mające pojęcie o co w tej zabawie chodzi, ale i świadome własnych oczekiwań. Jeśli zatem do tej pory jedynie wodziliście maślanymi oczami za Berlinami RC8, bądź wspomnianymi 9-kami, z racji posiadanego lokum, lub innych przeciwności losu, nie mając szans na ich wstawienie do siebie, to sugeruję czym prędzej umówić się na odsłuch 100-ek, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że może to być strzał w przysłowiową dziesiątkę.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: RCM
Ceny: wersja podstawowa 40 000 €, oceniana para 48 000 €

Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, wentylowana do dołu
Impedancja: 4 Ω
Moc znamionowa: 490 W
Wymiary (W x S x G): 124 x 24 x 35 cm
Waga: 72 kg (szt)

  1. Soundrebels.com
  2. >

W erze niespotykanego dotychczas rozwoju technologicznego wysokiej klasy sprzętu audio Auralic postawił kropkę nad „i” jeśli chodzi o najnowszą linię swoich urządzeń spod znaku G. Umocnił tym samym swoją reputację, jako producenta innowacyjnych urządzeń audio, konstruując jedyny w swoim rodzaju generator zegara referencyjnego LEO GX Reference Master Clock.

Najnowszy produkt firmy Auralic, który swoją premierę miał już podczas tegorocznych tagów Ho-End w Monachium wkrótce pojawi się w sprzedaży w Polsce. Generator zegara LEO GX Reference Master Clock to urządzenie skonstruowane specjalnie w celu zintegrowania go z firmowymi przetwornikami cyfrowo-analogowymi z serii G. Chodzi tutaj zarówno o urządzenia takie, jak VEGA G2 Streaming DAC, jak i także przyszłe modele mające jeszcze wyższe osiągi. Jednocześnie LEO GX jest zupełnie innym rodzajem zegara referencyjnego, aniżeli wszystkie inne zegary audio, które oferują synchronizację ze swoim wewnętrznym zegarem. Auralic LEO GX to w istocie zupełnie nowy rodzaj tego typu urządzeń. Jest on w stanie całkowicie zastąpić układ taktujący w przetworniku i jednocześnie wynieść brzmienie całego systemu w stratosferę.

AURALiC LEO GX – przełom w taktowaniu systemów cyfrowych
W czasach, kiedy formaty muzyczne oraz systemy audio rozwijają się w kierunku wyższej rozdzielczości i większych możliwości, systemy audio hi-end w coraz większym stopniu polegają na precyzji zegarów taktujących. Dzięki precyzyjnemu taktowaniu systemy te mogą zachować odpowiednie parametry przetwarzania sygnału w domenie cyfrowej. W przypadku plików o wysokiej rozdzielczości odtworzenie ich zakresu dynamiki jest możliwe tylko z pomocą zegarów taktujących, które potrafią pracować z częstotliwościami ponad dziesięć razy wyższymi, niż te, jakie były powszechne zaledwie kilka ta temu. Jednakże dzisiejsze zegary o wysokich częstotliwościach, jakie znajdujemy w przetwornikach cyfrowo analogowych są jednocześnie droższe i trudniejsze do skonstruowania, niż kiedykolwiek.

Nawet systemy, które używają tradycyjnych zewnętrznych generatorów zegara (Zegarów 10MHz lub zegarów pracujących z częstotliwością próbkowania) są ograniczone osiągami wewnętrznego zegara w przetworniku DAC. Przetwornik może wtedy wzorować się na zewnętrznym sygnale taktującym aby stworzyć swój własny sygnał zegara używając pętli PLL. Jednakże nigdy nie może zdekodować sygnału dokładniej, aniżeli pozwala mu na to jego własny mechanizm taktujący (zazwyczaj oparty na oscylatorze).

Zegar referencyjny AURALIC LEO GX, działając w połączeniu z przetwornikiem VEGA G2 Streaming DAC, to zupełnie nowe podejście do całej koncepcji taktowania systemu audio. Teraz, po raz pierwszy w historii, hi-endowy przetwornik może pracować bezpośrednio z sygnałem dostarczonym przez zegar referencyjny. Nigdy wcześniej nie było możliwe, aby całkowicie obejść wewnętrzny zegar przetwornika na rzecz najwyższej precyzji dedykowanego zewnętrznego zegara w taki sposób, jak teraz.

Współdziałanie pomiędzy zegarem LEO GX oraz przetwornikiem VEGA G2 to całkowicie nowy, potencjalnie rewolucyjny system taktowania. Co więcej taki, który faktycznie spełnia obietnicę dostarczenia lepszego, niż kiedykolwiek zakresu dynamiki, powiększonego odstępu sygnału od szumu oraz pomijalnych zniekształceń.

LEO GX – zaawansowane rozwiązania konstrukcyjne
AURALiC LEO GX stosuje wszystkie rozwiązania zastosowanie w innych urządzeniach serii G, aby spełnić jedno zadanie: zapewnić perfekcyjne środowisko dla jednego z najbardziej zaawansowanych systemów taktujących dostępnych w high-end audio. LEGO GX to tak naprawdę dwa zegary, każdy kontrolowany temperaturowo dla stabilnego działania. Każdy jest dedykowany, aby zapewnić ekstremalnie precyzyjne częstotliwości taktowania dla sygnałów bazujących na 44.1KHz oraz 48KHz. Dokładnie częstotliwości pracy tych zegarów to odpowiednio 90.3168MHz oraz 98.304Mhz. Są do zadziwiające wartości, które odzwierciedlają poziom osiągów, jaki oferuje LEO GX.

Znana już obudowa Unity Chassis, jaką możemy znaleźć w produktach serii G chroni ten Zegar Referencyjny przed szumem elektromagnetycznym (EMI). Jej specjalnie skonstruowane nóżki tłumią i absorbują wibracje. LEO GX został także zbudowany w oparciu o dwa liniowe zasilacze Purer-Power AURALICa: jeden dla zegarów i jeden dla systemów sterujących. W LEO GX pojawia się także nowa technologia izolacji optycznej. Przesyła ona sygnały kontrolne za pomocą włókna optycznego w celu separacji wewnętrznych modułów oraz aby zminimalizować fizyczne połączenia wewnątrz urządzenia.

Ogromną zaletą LEO GX jest też sama natura jego implementacji. W układzie bezpośredniego dostarczania sygnału zegara nie ma potrzeby stosowania wysoko szumowych pętli PLL w systemie. Ponieważ przetworniki serii G takie, jak VEGA G2 działają bezpośrednio z sygnałem z LEO GX nigdy nie zachodzi potrzeba „namierzenia” jakiegokolwiek sygnału, dlatego też rzuca się w oczy właśnie brak jakichkolwiek pętli PLL.

LEO GX to zegar, który jest tak precyzyjny i działa na tak wysokiej częstotliwości, że nie wszystkie połączenia są w stanie dostarczyć jego sygnał. Aby pomóc użytkownikom w tej kwestii, AURALiC zdecydował się zaoferować LEO GX w dwóch wersjach. LEO GX (Premium) jest dostarczana ze specjalnym kablem opracowanym przez firmę AURALiC, który jest zrobiony z materiałów o militarnej specyfikacji i paśmie 60GHz. Kabel ten jest robiony ręcznie, dokładnie strojony za pomocą precyzyjnych instrumentów pomiarowych. Tak naprawdę dostarczany jest z nim nawet pisemny raport ilustrujący to, że jego specyfikacja jest w stanie spełnić swoje zadanie z nawiązką. LEO GX (Basic) jest z kolei dostarczany ze zwykłym kablem przenoszącym sygnał zegara.

Przy konstrukcji LEO GX zwrócono uwagę na wiele detali. Oznacza to, że stworzono środowisko, które umożliwia generowanie częstotliwości, która jest tak precyzyjna i tak czysta, że standardowe wyznaczniki, takie jak jitter, czy szum fazowy nie są wystarczające do mierzenia osiągów tego zegara.

Nowy sposób opisywania osiągów
Aby zrozumieć poziom precyzji, jaki osiąga LEO GX, musimy wyjść poza tradycyjne metody pomiaru oraz zakresy używane do opisu osiągów zegarów audio. Istniejące wskaźniki nie są po prostu wystarczająco szczegółowe, aby dokładnie opisać rozdzielczość, jaka jest w zasięgu LEO GX. Zamiast tego, używamy odchylenia Allana, które mierząc krótkookresowe zmienności w osiągach zegara oraz szumie fazowym daje wyjątkową precyzję. W przypadku LEO GX, to jakby patrzeć na szum fazowy na tyle z bliska, by móc zobaczyć zmiany w zakresie +/- 1Hz, lub nawet +/- 0.1 Hz.

Odchylenie Allana w przypadku zegara referencyjnego LEO GX Reference Master Clock wynosi 2*10-12 (pryz 1 sekundzie). Jest to porównywalne do rubidowego zegara atomowego 10 MHz z szumem fazowym +/- 1Hz przy -110 dBc/Hz, lub 500 razy niższym jitterem, niż oscylator Femto 82Fs.

LEO GX i urządzenia serii G
AURALiC stworzył LEO GX aby ulepszyć każdy system składający się z komponentów serii G2. Jego unikalna droga sygnału „direct-to-dac” działa na chwilę obecną jedynie z przetwornikiem VEGA G2 Streaming DAC. LEO posiada jednakże oznaczenie „X” ponieważ można go będzie zastosować wraz z przyszłymi urządzeniami serii G. Jeżeli zatem AURALiC wprowadzi modele nowej generacji (lub urządzenia bardziej budżetowe), LEO GX pozostanie kompatybilnymi z każdym zaktualizowanym przetwornikiem serii G.

Zaawansowana technologia kosztuje i tak model Leo GX (Basic) będzie kosztował 30 000 PLN z VAT, natomiast wersja Leo GX (Premium) – 36 999 PLN z VAT.
Urządzenia z serii G AURALiC będzie można kupić w wybranych sklepach oraz do testów w sklepach MP3store grupy Audiokracja.

Dystrybutor: MIP / Auralic

  1. Soundrebels.com
  2. >

W dniach 20-21 lipca br. w Gorlicach odbyła się jubileuszowa XX edycja Międzynarodowych Prezentacji Multimedialnych „Ambient Festival” 2018. Tradycyjna dwudniowa impreza to obowiązkowe święto fanów ambient/elektro, które rok w rok skupia miłośników muzyki eksperymentalnej zarówno z kraju jak i z za granicy. Organizatorzy eventu przyzwyczaili jej uczestników do niesamowitego klimatu, którego brakuje na dużych, znanych komercyjnych festiwalach muzycznych. Wspomniany klimat charakteryzuje od zawsze świetny dobór artystów, a co za tym idzie wspaniałe koncerty oraz mocny audiofilski charakter samej imprezy. Od kilku edycji stałym, prymarnym wystawcą sprzętu audio podczas imprezy jest Polski Klaster Audio na czele z markami takimi jak Audiomica Laboratory, Egg-Shell Audio, AVCON, a od niedawna również Zeta Zero oraz Yayuma Audio.

Co roku Polscy producenci sprzętu audio skupieni w ramach klastra konsekwentnie promują swoje produkty w formie prezentacji kompletnego systemu High End specjalnie przygotowanego na czas wydarzenia – tak było również w tym roku. W składzie konfiguracji systemu znalazły się kolumny głośnikowe Zeta Zero Venus Picolla, wzmacniacz lampowy Egg-Shell Prestige 12WKT wraz z lampowym przedwzmacniaczem gramofonowym Prestige PS5, analogowy procesor dźwięku Yayuma Audio z serii awareness line oraz okablowanie Audiomica Laboratory, które jak zawsze podczas prezentacji Klastra scala i łączy wszystkie jednostki sytemu. Skład wymienionego okablowania tworzyło zestawienie 2 najwyższych serii (Consequence, Ultra Reference), a dopełnieniem wystawy była ścianka ekspozycyjna tuż za sprzętem, która prezentowała promowaną w ostatnim czasie serię Excellence w najnowszej modyfikacji.

Dodatkową atrakcją dla zgromadzonych audiofili była obecność firmy Resonus. W jednych z pokoi Gorlickiego Centrum Kultury swój sprzęt prezentował Krakowski producent urządzeń audio. Prezentowane były niewielkich rozmiarów głośniki podstawkowe (Resonus Studio), wzmacniacz zintegrowany (Resonus Altum) oraz przetwornik cyfrowo analogowy (Resonus Dictum).
W relacjach z drugiego dnia Eventu zaznaczyć należy spotkanie właścicieli firmy Resonus w siedzibie Audiomica Laboratory. W showroomie Gorlickiego producenta przewodów audio miała miejsce sprzętowa fuzja, testy oraz wspólne odsłuchy nowej kompilacji sprzętowej wyżej wymienionych firm.

Kompletnym dopełnieniem wspaniałych koncertów i audiofilskich akcentów imprezy była giełda płyt winylowych / cd. wśród, której można było znaleźć unikalne pozycje płytowe – między innymi za sprawą obecności wydawnictw takich jak Warszawskie Requiem Records.

Za organizację Festiwalu odpowiada Gorlickie Centrum Kultury oraz Wydział Oświaty, Kultury i Spraw Społecznych Urzędu Miejskiego w Gorlicach. Dyrektorem Artystycznym wydarzenia jest Tadeusz Łuczejko.

Wszystkim serdecznie polecamy tę unikalną doroczną imprezę prezentującą ambitną muzykę elektroniczną, która skupia wspaniałych ludzi zarówno po stronie artystycznej jak również wszystkich uczestników, pasjonatów dobrego brzmienia.
Poniżej prezentujemy listę artystów, którzy wystąpili na scenie GCK podczas Jubileuszowej edycji Ambient Festival:
20 lipca /piątek/
• AQUAVOICE
• DARIUSZ KALIŃSKI
• ALEX PATERSON

21 lipca /sobota/
• NEVERENDING DELAYS
• TADEUSZ SUDNIK
• JÓZEF SKRZEK
• QLUSTER

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Do niedawna wydawało nam się, że nawet, jak na ultra high-endowe realia przedwzmacniacz gramofonowy Ypsilon VPS-100 jest nieco przerośnięty i boleśnie drogi. I mieliśmy rację, gdyż … tylko tak nam się wydawało, co bezpardonowo udowadnia  Tenor Phono 1.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Po przyobleczonych w fortepianową biel Berlinach RC8 Gauder Akustik przyszła pora na plasujące się oczko wyżej w firmowej hierarchii kruczoczarne Berliny RC9, które zgodnie z obowiązującymi w Gauder Akustik dogmatami dzielnie bronią się przed promowanymi przez Accutona nowymi przetwornikami. Bo i po co coś zmieniać, skoro dr. Roland Gauder nie od dziś wie jak idealnie zszyć diament z porcelaną.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: YG Acoustics Hailey

Opinia 1

Nie wiem co Wy na to, ale patrząc z perspektywy czasu na rynek audio jestem zdania, że kiedyś konstruktorom zespołów głośnikowych było zdecydowanie łatwiej. Brali na warsztat kawał deski, w późniejszym okresie płyty wiórowej, sklejki, MDF, tudzież różnych innych drewnopodobnych półproduktów i o dziwo, bez problemu, byli w stanie wykreować zaspokajające wyrafinowane gusta muzyczne obudowy. Tak było przez dekady i nagle coś pękło. Nie wiem, czy stety, czy niestety, lecz obecnie, żeby z przytupem wejść na rynek kolumn, już na starcie w swoim pomyśle na biznes trzeba jasno stwierdzić, iż wszystko co pochodzi od poczciwego drewna jest „be”. Przyszedł czas na „nowe”, czyli w tym wypadku używane do wykonania obudów aluminium i aby osiągnąć sukces, nie ma innej możliwości, tylko otworzyć skup metali kolorowych i zaopatrzyć się w obrabiarkę CNC. Przesadzam? Bynajmniej. Spójrzcie na kilka naszych ostatnich recenzji. Przecież aż kipi w nich od aluminiowych konstrukcji. A najśmieszniejsze jest to, że nie po to, aby wykorzystać dobro tego półproduktu w postaci niskiej wagi, tylko wręcz przeciwnie, aby kolumna rzędu 110 centymetrów wysokości ważyła o zgrozo 70-80 kilogramów. Śmieszne? Niestety nie, czego dowodem są nasze dzisiejsze bohaterki zza wielkiej wody, czyli stosunkowo niewielkie gabarytowo, ale za to piekielnie ciężkie amerykańskie kolumny YG Acoustics Hailey. Tak tak, to są starsze siostry opiniowanym już na naszych łamach Carmel 2, które i tym razem, ze sporym wysiłkiem, dostarczył do testu Łódzki dystrybutor CORE trends.

Jak zdążyłem napomknąć we wstępniaku, punktem zapalnym tego podejścia testowego są kolumny, których obudowa w całości wykonana jest z aluminium. Patrząc na nie, można odnieść wrażenie, że konstrukcja podzielona jest na dwie części wzdłuż ciekawie poprowadzonej poniżej sekcji średnio-wysokotonowej linii. Tymczasem dla audiofilów cierpiących na bóle kręgosłupa mam złą wiadomość. Niestety mamy do czynienia z monolitem, a owo podfrezowanie jest tylko mającym nadać konstrukcji delikatnej nuty wyszukanego designu wizualnym zabiegiem. Ale to nie koniec nie tylko ciekawie postrzeganych przez nasz narząd wzroku, ale również sprzyjających sekcji słuchu praktyk. Prowadząc wzrok po linii ścianek bocznych i frontu bez problemu zorientujecie się, że owe płaszczyzny nie są równoległe, tylko mknąc ku podstawie płynnym łukiem delikatnie się rozchodzą i przy okazji fajnego wyglądu spełniają dwa zadania. Po pierwsze tworzą odpowiednio dużą komorę dla przetwornika niskotonowego, a po drugie walczą z falami stojącymi wewnątrz konstrukcji. Jeśli ktoś poddawał pod wątpliwość połączenie piękna z zadaniami sonicznymi przy projektowaniu podobnych produktów, Hailey’e są ewidentnym przykładem, że bez problemu się da. Jednak wyartykułowane dotychczas konstrukcyjno-designerskie zabiegi nie wyczerpują zbioru zawartego w wizytujących moje progi Amerykankach. Spoglądając z bliska łatwo zauważyć, że front wykończony jest polerowanymi na delikatny połysk pionowymi nacięciami, a powierzchnie bocznych ścianek zrealizowano w technice szczotkowania aluminium. Zbędny blichtr? Chyba żartujecie bo na żywo wygląda to obłędnie. Przybliżając kilka informacji technicznych dla wielu melomanów mam same dobre wieści. Kolumny są konstrukcjami zamkniętymi, co ni mniej ni więcej oznacza, iż pozbawione są tak znienawidzonego przez zakręconych na punkcie fenomenalnego dźwięku osobników portu bass-reflex, który w wielu przypadkach robi więcej złego niż dobrego, powodując podkolorowanie lub buczenie najniższego zakresu. W tym przypadku jeśli nie wstawimy naszych bohaterek do zbyt małego pomieszczenia, problem z basem mamy z głowy. Przednia ścianka wyposażona jest w trzy głośniki. Patrząc od podstawy tuż nad podłogą mamy jeden uzbrojony w poprzeczną żerdź niskotonowiec, a w odciętej wspomnianą bruzdą sekcji zestaw ochranianej podobną do basowca poprzeczną belką średniotonówki z zagłębioną w niewielkiej niecce wysokotnówką. Jeśli chodzi o plecy potomkiń Jankesów, te są jedyną pionową płaszczyzną i oferują jedynie umieszczone dość wysoko, bo na 1/3 wysokości podwójne terminale dla kabli głośnikowych. Wieńcząc powyższy opis bohaterek testu mam kolejną dobrą informację. W komplecie startowym otrzymujemy typową audiofilską biżuterię, czyli w tym przypadku nadające całej konstrukcji wizualnej zwiewności, znakomicie prezentujące się kolce ze stosownymi podstawkami i wykonane z aluminium stożkowe przedłużki dla owych kolców. Taka stabilizująca kolumny kanapka nie dość, że poprawia separację od podłoża, to jak wspomniałem, znacząco unosi kolumny nad podłogę, a tym samym potęguje wrażenie ich lekkości. Przyznam szczerze, że przed zmontowaniem tych puzzli miałem mieszane uczucia co do końcowego wyglądu, ale potem z należną konstruktorom pokorą musiałem wszystko odszczekać. Całość robi pozytywne wrażenie i basta. A jak gra? Po uzyskanie odpowiedzi zapraszam do lektury dalszej części tekstu.

Jaki świat muzyki oferują ewentualnemu posiadaczowi kolumny YG Acoustics Hailey 1.2? Jedno jest pewne, swą prezentacją są dalekie od tak zwanych „burczybasów”, czyli kolumn posiłkujących się portem bass-refex. Dzięki przynależności do stosunkowo niewielkiego w udziale w rynku audio obozu OZ, a przez to fenomenalnemu rysowaniu najniższego zakresu nie popadają w jego monotonność, czy uśrednianie przekazu. To zaś gwarantuje, że nawet najbardziej karkołomne wirtuozerskie pasaże kontrabasistów będą oceanem informacji na temat każdego szarpnięcia wzmacnianej przez pudło rezonansowe struny. To naturalnie automatycznie powoduje utratę tak lubianego przez melomanów podkolorowania zwanego muzykalnością przełomu basu i średnicy, ale uwierzcie mi, pakiet pozytywów dobrze zestrojonej konstrukcji zamkniętej znacznie przekracza liczbę ewentualnych powodów do narzekań. Dlatego też bez względu na swoje pozbawione osobistych doświadczeń ewentualne dotychczasowe przekonanie na „nie” skonfrontujcie je z realnym sparingiem, a może okazać się, że dotychczas mocno błądziliście. Ale zaznaczam, to muszą być dobre, typu YG, zespoły głośnikowe, a nie je udające, gdyż w swej zabawie w zaawansowane audio kilkukrotnie spotkałem się z produktami OZ, które dudniły, że aż miło. Ale wracajmy do naszego punktu zainteresowań. Ogólny pomysł na dźwięk według YG Acoustics po przesiadce z kolumn strojonych portem BR wydaje się być nieco rozjaśnionym. Ale natychmiast uspokajam, po dosłownie kilku utworach nasz organ przyswajania muzyki na taki obrót sprawy reaguje bardzo pozytywnie wysyłając do naszego ośrodka zarządzania ciałem informacje o bardzo swobodnym, pełnym oddechu i witalności graniu. Znika uczucie walki z materią, czyli wrażenie siłowego pokazywania co jest zapisane na płycie, jak często prezentują to ogólnie panujące na rynku z dziurą w obudowie kolumny, a w zamian za to zaczynamy pławić się w swobodzie jej prezentacji. Co jest bardzo ważne, początkowy pozorny odbiór muzyki jako nieco lżejszy bardzo szybko okazuje się być tylko zagnieżdżonym przez lata przyzwyczajeniem do jej pogrubiania. Bredzę? Niestety nie. Otóż po serii płyt wiem jedno. Mimo obaw z pozoru trudne do oddania w odpowiedniej esencjonalności wibrafon i gitara z repertuaru Ralpha Townera i Garego Burtona „Matchbook” bez problemu brylowały w przestrzeni międzykolumnowej pokazując przy tym pełnię niesionych przez nie informacji z ich odpowiednią krągłością, soczystością i co ważne wręcz niekończącymi się wybrzmieniami. Podobnie było z klarnetem basowym Johna Surmana na krążku „Invisible Threads”, czy barytonowymi saksofonami na koncertowym materiale Bluiett Baritone Nation „Libation For The Baritone Saxophone Nation”. Idźmy dalej. Wszystkie muzyczne projekty typu muzyka kościelna, czy koncertowa, dzięki zagłębieniu wysokotonówki w niedużej niecce i wspomaganiu jej w pokazaniu witalności świata przez głośnik średniotonowy wypadał również wręcz zjawiskowo. Rozmach kubatur pomieszczeń sakralnych, czy wielkich stadionów oddane były bardzo przekonująco, co dla mnie, wielbiciela twórczości barokowej, jest nie do przecenienia i co z premedytacją wkładając odpowiednie płyty do napędu CD wielokrotnie wykorzystywałem. Gdy artyści stawiali na szybkość lub zwiewność swoich zapisów nutowych, Hailey’e fantastycznie to realizowały. A gdy czasem przychodził moment na małe trzęsienie ziemi, pozornie nieduży głośnik niskotonowy pokazywał, że niestraszne mu nawet największe amplitudy podobnych realiów. Owszem, przekaz nie niósł ze sobą tak lubianej również przeze mnie w dobrym tego słowa znaczeniu delikatnej „łuny” basu, ale patrząc na całość z perspektywy poprawności zwanej neutralnością Amerykanki spodobałyby się zdecydowanej większości audiofilów. Czym to weryfikowałem? Cóż, do tego celu użyłem lekkiego free jazzu spod znaku Johna Zorna w projekcie MASADA „First Live 1993”. Tak, w tej kompilacji nie ma jakiś szczególnych nawałnic najniższych tonów, ale jak w kilku utworach stopa perkusji miała zaznaczyć swój byt, swą energią fantastycznie dominowała nad próbującymi nie dać dojść jej do głosu instrumentami. To były pojedyncze, ale jakże wymowne co potrafią Hailey’e niskotonowe akcenty, co w zderzeniu z rozmiarem kolumn wydawało się niemożliwym do osiągnięcia, a jednak się wydarzyło. Szacun.

Analizując powyższy tekst gołym okiem widać, że mimo codziennego obcowania z kolumnami z bass-refleksem przygoda z amerykańską propozycją zamkniętych konstrukcji YG Hailey była owocna w wiele pozytywnych odczuć. Teoretycznie powinno czegoś mi brakować, jednak w zderzeniu z dobrze zaprezentowanym pozbawionym podkolorowań dźwiękiem okazało się, że fantastyczny w odbiorze przekaz nie musi ocierać się o jego misiowatość. Czy mógłbym z tym żyć? Powiem szczerze, bez najmniejszych problemów tak. Dlaczego? Choćby dlatego, że mimo delikatnego przeniesienia ciężaru grania w górę, prezentacja była nader swobodna, co dla mnie jest jedną z ważniejszych składowych dobrego grania. A czy to jest oferta dla wszystkich? Tutaj mając w głowie gusta wielu moich znajomych lampiarzy głowy nie dam sobie obciąć, ale sądzę, iż nawet najbardziej zatwardziali orędownicy ociekającego kolorem i masą dźwięku nie pogardziliby tak równo podaną jego lżejszą inkarnacją. Zatem jeśli mimo wieloletniego zasiedzenia z zespołami głośnikowymi z BR jesteście otwarci na nieco inną szkołę generowania fal dźwiękowych, szczerze zachęcam do prób z tytułowymi smukłymi Amerykankami. Sądzę, że jeśli tylko Wasz portfel podoła kwestii wysupłania żądanej za nie kwoty, jest bardzo duża szansa na długoletnią weryfikację dotychczasowych upodobań.

Jacek Pazio

Opinia 2

Podobnie, jak bohater naszej poprzedniej recenzji, tak i obiekt naszych dzisiejszych wynurzeń swoich początków nie miał w jakimś zawilgotniałym garażu, rozsypującej się szopie, czy też kuchennym stole, lecz powstał na solidnych podwalinach sztuki inżynierskiej i z udziałem poważnego kapitału. Chociaż, jakby nieco skrupulatniej pogrzebać w życiorysie Yoava Gevy, bez większego trudu można byłoby dowiedzieć się iż w momencie, gdy dorósł do posiadania własnego systemu audio od swojego ojca usłyszał, iż co prawda mógłby sprezentować mu wysokiej klasy kolumny, lecz zdecydowanie ciekawiej będzie, gdy zamiast tego kupi mu książki o budowie i stosowne materiały do ich samodzielnego wykonania. Krótko mówiąc zamiast ryby dał mu wędkę. Ciekawe, czy pan Geva Senior przewidział czym się to wyzwanie skończy, ale jeśli nawet chodziło mu jedynie o znalezienie synowi jakiegoś na tyle absorbującego zajęcia, żeby za przeproszeniem przez jakiś czas nie zawracał mu głowy, to … chwała mu za to. Konstruowanie kolumn musiało panu Yoavowi nie tyle zajść za skórę, co niezwykle przypaść do gustu, gdyż już komercyjnie, pod banderą YG Acoustics, tworząc kolejne modele nazywał je imionami swoich najbliższych. I tak Carmel otrzymał imię Jego syna, Hailey córki, flagowa Sonja żony a wycofana z produkcji konstrukcja Anat też żony, tylko, że … już byłej. Także, próbując namówić Yoava Gevę na nowy model sugerowałbym zachować daleko posuniętą dyplomację, wyczucie i takt. Wróćmy jednak do meritum i zamiast bawić się w serwisy plotkarskie zajmijmy się daniem głównym, którym w dzisiejszej odsłonie jest drugi od dołu model – Hailey 1.2, który zawitał do naszej redakcji dzięki uprzejmości łódzkiego dystrybutor marki – CORE trends.

Co prawda Hailey prezentują się nieco okazalej od swoich dwudrożnych, nad wyraz filigranowych kuzynów, czyli jakiś czas temu recenzowanych na naszych łamach Carmeli, ale nie da się ukryć, iż zarówno na obszar ekstremalnego High-Endu, który jest ich naturalnym środowiskiem, jak i kraj pochodzenia spokojnie możemy je uznać za dość kompaktowe i mało absorbująco gabarytowo konstrukcje. Całe szczęście już ich proces spedycji i unboxingu, którym oczywiście zdążyliśmy się już pochwalić jasno dały do zrozumienia, że warto poświęcić im dłuższą chwilę uwagi. Jak sami Państwo widzicie wraz z kolumnami dostarczane są również dedykowane im dwuczęściowe kolce – po trzy na kolumnę, które nadają całości dodatkowej optycznej lekkości i sprawiają, iż można odnieść złudne wrażenie ich lewitacji.
Same YG prezentują się wprost wybornie i pomimo pozornie, czyli na pierwszy rzut oka, monolitycznej bryły, przy bliższym poznaniu zaczynają ukazywać swoje prawdziwe, nieco bardziej złożone i intrygujące oblicze. Niby czegóż można byłoby się spodziewać po trzygłośnikowych smolisto czarnych aluminiowych obeliskach? Okazuje się jednak, że całkiem sporo. Przykładowo ściany boczne, tylna i obie podstawy wykończono metodą szczotkowania, natomiast front jest w delikatny prążek. Ponadto przetworniki średnio i niskotonowe zamiast standardowych maskownic chronią jedynie ażurowe poprzeczki a wysokotonowe umieszczono w płytkich tubkach. Terminale głośnikowe są podwójne, solidne i co najważniejsze oddalone od siebie na bezpieczną odległość, dzięki czemu zapewniają spokój przy implementacji przewodów zakończonych nawet monstrualnych rozmiarów widłami.
Ewentualną monotonię trapezoidalnych w swej podstawie korpusów przełamuje okalająca obudowy, biegnąca tuż pod sekcją wysoko – średniotonową głęboka bruzda niejako oddzielająca ją od sekcji niskotonowej.
A teraz ciekawostka. Otóż Hailey dostępne są w dwóch wersjach – podstawkowej oznaczonej jako 1.1 i podłogowej, czyli takiej, jak dostarczone do testu 1.2, co samo w sobie nie byłoby takie dziwne, gdyż większość kolumnowych wytwórców na bazie udanych monitorów tworzy ich rozbudowane – podłogowe wersje, lecz fakt, iż praktycznie w każdej chwili istnieje możliwość rozbudowy 1.1 do 1.2 poprzez dołożenie modułu basowego! Krótko mówiąc Hailey może rosnąć wraz z naszymi wymaganiami i pomieszczeniem, w którym finalnie przyjdzie im grać. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to świetny pomysł, szczególnie biorąc pod uwagę, że nie poruszamy się w obrębie budżetówki, lecz wśród high-endowego mainstreamu, gdzie straty przy ewentualnej odsprzedaży są naprawdę bolesne.
Warto też mieć świadomość, iż tytułowe kolumny wyposażono w jedne z najdroższych obudów i przetworników. Wynika to z faktu iż aluminiowe drajwery średnio i niskotonowe nie są wytłaczane, lecz wycinane z większych bloków/walców. Dla uzmysłowienia Państwu skali skomplikowania wspomnę jedynie, iż z 7 kg aluminiowego puca powstaje zaledwie 30 g membrana o grubości 0,2 mm. Natomiast do budowy tweeterów wykorzystywany jest jedwab dostarczany przez niemieckie przedsiębiorstwo Kurt Müller a układ magnetyczny pochodzi z serii illuminator skandynawskiego ScanSpeaka, który już na miejscu jest gruntownie modyfikowany. Z oryginału zostaje tak naprawdę jedynie sześć neodymowych magnesów i … plastikowa obudowa, a cała reszta jest już autorstwa Amerykanów. W rezultacie przetworniki wysokotonowe YG zdolne są pracować aż do 47 kHz a cała, oczywiście opatentowana technologia otrzymała nazwę ForgeCore™. Trudno się zatem dziwić, że wyprodukowanie pary Hailey zajmuje 61 godzin! W dodatku cała produkcja, włącznie z terminalami głośnikowymi, odbywa się na terenie USA – we własnej fabryce w Denver w Kolorado, w procesie wytwarzania większość czynności wymaga wykorzystania obrabiarek CNC, każda para składa się z bagatela … 1640 elementów, których precyzja montażu wynosi 20 mikronów. Dzięki temu Amerykanom udało się stworzyć z aluminium lotniczego obudowy praktycznie nieposiadające rezonansów własnych a same przetworniki pracują z niezwykle płaską charakterystyką generując, przynajmniej zgodnie z materiałami firmowymi niezwykle koherentny a zarazem rozdzielczy dźwięk. A jak to wypada w praktyce pokaże kolejny akapit.

Wydawać by się mogło, że przesiadka ze strzelistych i niemalże dwukrotnie droższych Dynaudio Evidence Master, które gościły u nas przez blisko trzy tygodnie, dla YG będzie najdelikatniej mówiąc pewną komplikacją. Drastycznie mniejsze gabaryty, o ilości obecnych na pokładzie przetworników nawet nie wspominając sprawiały, iż nawet podchodząc do fazy akomodacyjno – rozgrzewkowej amerykańskich kolumienek gdzieś tam z tyłu głowy mieliśmy świadomość, że i my sami powinniśmy zafundować sobie jakiś solidny reset i przed kolejnymi odsłuchami postawić grubą kreskę. Oczywiście to tylko pobożne życzenia i czysta teoria, gdyż w praktyce nie sposób usiedzieć w miejscu i choćby przelotnie nie rzucić uchem, gdy ma się na stanie tak intrygujące, jak Hailey konstrukcje. Skoro bowiem producent za zaskakująco niewielkie trzygłośnikowe kolumienki życzy sobie bagatela ponad 230 tysięcy, to nawet biorąc pod uwagę całkowite oderwanie od rzeczywistości segmentu High-End, trudno założyć, że chodzi li tylko o pozycjonowanie konkretnego wyrobu i tylko poprzez cenę, bez odzwierciedlenia jej w walorach brzmieniowych, czyli ordynarne polowanie na przysłowiowego jelenia. I tak też jest w rzeczywistości, gdyż już po rozgrzewce jasnym stało się, iż wśród wielu cech Hailey wyróżnia się jedna, o której dość rzadko przy opisywaniu recenzowanych urządzeń mam okazję wspominać. Chodzi bowiem o umiejętność cichego grania bez utraty rozdzielczości. To coś, co z reguły pojawia się w systemach opartych na triodowych SET-ach i wysoko skutecznych kolumnach, co jak sami Państwo widzicie w ani nasza redakcyjna konfiguracja, ani Hailey powyższych kryteriów nie spełniają. O owym cichym graniu wspominam na wstępie nie bez kozery, gdyż bardzo często sprzedawcy i prezenterzy/moderatorzy na publicznych pokazach perfidnie i niestety świadomie, próbują oszołomić przybyłych słuchaczy już od samego progu i zamiast na jakość stawiają na ilość decybeli w rezultacie czego, po pierwszych kilu minutach iście koncertowych poziomów głośności zainteresowani są brutalnie mówiąc półgłusi i czegokolwiek by nie usłyszeli, to będzie brzmieć dla nich tak samo (w tym momencie nieistotne, czy tak samo źle, czy dobrze). Dlatego też np. podczas monachijskiego High Endu zamkniętą prezentację Avantgarde’a zostawiam z reguły na ostatni dzień pobytu, gdy już wszystko co najważniejsze mam przesłuchane a jedynie co mi zostaje, to dopstrykanie kilku kadrów z pomieszczeń, gdzie wcześniej nie dane mi było wykonać zadowalających ujęć.
Tymczasem YG nawet na poziomach głośności pozwalających na swobodną, czyli taką bez konieczności podnoszenia głosu, konwersację potrafiły bez najmniejszego zawoalowania, ale też i napastliwości pokazać wszystko to, co w nagraniach najważniejsze, czyli od przestrzeni, po gradację planów, ogniskowanie źródeł pozornych i oczywiście ich konsystencję. Pełen wgląd w nagranie, nawet tak wieloplanowe, jak „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena i to bez najmniejszego wysiłku zdobył nasze najwyższe noty, a jeśli dodamy do tego niezwykłą homogeniczność i koherentność przekazu nagle okaże się, że mamy do czynienia z niewielkimi, ale bądź co bądź jednak podłogówkami, którym zaskakująco blisko do punktowego źródła dźwięku, za jakie z reguły uchodzą referencyjne monitory. Otrzymujemy zatem kompletne spectrum słyszalnego pasma, kolumny, których nie sposób zlokalizować i rozdzielczość spektaklu w pełni zasługującą na miano nie 4 a 8k. Czy do pełni szczęścia trzeba czegoś więcej? Tego akurat nie wiem, lecz YG dorzucają do puli jeszcze natychmiastowość i nieskrępowaną dynamikę. Oczywiście, pod względem wolumenu generowanych dźwięków nie są w stanie równać się ani ze wspominanymi Dynaudio, ani z cierpliwie czekającymi w kolejce na odsłuchy Gauderami Berlina RC9, lecz drobna różnica około 200 tysięcy PLN w cenie i równie znacząca w liczbie przetworników powinna wystarczyć jako wytłumaczenie takiego stanu rzeczy. Abstrahując zatem od ww. ekstremów spokojnie możemy uznać YG za szczyt marzeń 99.9% ludzkiej populacji i przejść do konkretów.
Fenomenalny rock-bluesowy „Danger White Men Dancing” formacji The Hoochie Coochie Men wspomaganej przez gościnnie pojawiającego się na tej płycie Jona Lorda, czyli mówiąc otwartym tekstem repertuar niespecjalnie aspirujący do miana audiofilskiej perełki, zabrzmiał w sposób całkowicie spójny, spontaniczny i niepozwalający na spokojne wysiedzenie w miejscu, czyli dokładnie tak, jak powinien. Jednak to jedynie przedsmak prawdziwego, drzemiącego w amerykańskich potencjału, które łapały wiatr w żagle na zdecydowanie bardziej zagmatwanych aranżacjach. Tym oto sposobem sięgnąłem po dość zabójczy krążek, czyli obfitujący w iście sejsmiczne, syntetyczne pomruki współistniejące z całkowicie naturalnym instrumentarium album „BBNG2” BadBadNotGood. Prawdę powiedziawszy zrobiłem to z czystej ciekawości, gdyż to, co muzycy wyprawiają podczas sesji (nagranie powstało w ciągu dziesięciogodzinnego jam-session) większość konwencjonalnych, czyli wentylowanych kolumn doprowadza najdelikatniej mówić do agonii i niekontrolowanego furkotania. Tymczasem YG niezależnie od poziomu skomplikowania, spiętrzenia, czy głośności reprodukowanych dźwięków cały czas nad tą pozorną kakofonią panowały a co najważniejsze robiły to ze stoickim spokojem i bez najmniejszego wysiłku. Każdy kontur prowadzony był twardą, precyzyjną kreską, wszelakiej maści półtony, czy faktury dźwięków widać było nie tyle jak na dłoni, co niczym w fotograficznym studio, przy utrzymanej w okolicach neutralności temperaturze barwowej. Od razu w tym momencie pragnę uprzedzić tych, którzy już niemalże przez skórę wyczuwają zbytnią analityczność i osuszenie, że są w błędzie. Otóż pomimo fenomenalnej rozdzielczości i braku nawet najmniejszych tendencji do ocieplania, czy zaokrąglania przekazu jego spójność, gładkość i wyrafinowanie sprawiają, że bardzo szybko dochodzimy do wniosku, iż to właśnie YG oferują nam prawdę o nagraniu, za to ich konkurencja mami nas jedynie jej interpretacjami. Generalnie można uznać, iż Hailey są kolumnowym odpowiednikiem referencyjnych, piekielnie mocnych końcówek mocy, które aby oddać pełnię dynamiki czy to death-metalowej kapeli, czy wielkiej orkiestry symfonicznej wcale nie muszą się ratować utratą liniowości pracy stopnia wyjściowego, bo zarówno mocy, jak i prądu mają aż nadto.

Na pierwszy rzut oka można by przypuszczać, iż YG Acoustics Hailey 1.2 są swoistym pomostem pomiędzy filigranowymi Carmelami a potężnym, usytuowanym oczko wyżej w firmowej hierarchii rodzeństwem. To tylko jednak pozory, gdyż tytułowe kolumny potrafią pozytywnie zaskoczyć niezwykle wyrafinowanym połączeniem natywnych cech najlepszych monitorów i konstrukcji podłogowych. Jeśli zatem szukamy swoistego Olimpu, przysłowiowego dojścia do ściany, poszukiwania sugerowałbym rozpocząć właśnie od tych niepozornych Hailey. Nie twierdzę, że będą one zarówno początkiem, jak i końcem Państwa rekonesansu, lecz pułap na jakim powinny ustawić poprzeczkę przeskoczyć będą potrafili jedynie nieliczni.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: CORE trends
Cena: 232 123 PLN

Dane techniczne
Wykorzystane przetworniki: 10.25″ BilletCore basowy, 7,25″ BilletCore średniotonowy, 1″ ForgeCore tweeter
Budowa: trójdrożna, zamknięta
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 40 kHz
Częstotliwość podziału: 65 Hz, 1.75 kHz
Skuteczność: 87dB
Impedancja: 4Ω nominalna, 3Ω minimum
Wymiary Hailey™ 1.2 (W x S x G): 122 x 33 x 54 cm
Waga: 77 kg szt.