Opinia 1
Jeśli myślicie Państwo, że niemalże w połowie kwietnia, a więc jakby nie patrzeć blisko pół roku po zeszłorocznym Audio Video Show zdążyliśmy się już uporać z powystawową kolejką upatrzonych tamże specjałów, to … uprzejmie donoszę, iż jak najbardziej tak. Znaczy się prawie, bo tak naprawdę, jeśli mnie pamięć nie myli a zalegające na biurku notatki nie wywodzą w pole, to właśnie niniejszą recenzją ów cykl wspominkowy kończymy. Nie oznacza to bynajmniej, że od tego momentu już żadne z prezentowanych na AVS urządzeń, czy też akcesoriów, już do nas nie zawita, jednakże kwestię pozyskanych na samej wystawie, bądź bezpośrednio po niej dóbr wszelakich spokojnie możemy uznać za zamkniętą. A co będzie stanowić klamrę spinającą ten blisko półroczny maraton? Otóż będą to dość niepozorne, przynajmniej jak na audiofilskie realia, angielskie przewody głośnikowe Chord Signature XL.
Ponieważ to debiut Chord Company na naszych łamach, w ramach wstępu warto wspomnieć, iż działa ona od … bagatela 35 lat a impulsem do jej powstania była jak to zwykle bywa potrzeba chwili, co w tym przypadku oznaczało pojawienie się popytu na wysokiej jakości przewody sygnałowe DIN-RCA dedykowane urządzeniom … Naim-a. Co ma jednak Naim do Chorda? Okazuje się, że całkiem spoko, bowiem ów popyt wygenerowała grupa amerykańskich dealerów Naim Audio wizytująca macierzystą fabrykę w Sailsbury, która (oczywiście grupa, nie fabryka) swoje oczekiwania, dość nieformalnie, bo podczas obiadu, przedstawiła jednemu z ówczesnych dyrektorów marki – Alanowi Gibbowi, który na owym spotkaniu pojawił się z małżonką – Sally. Od słowa do słowa i koniec końców stanęło na tym, że to właśnie Sally zajmie się zaprojektowaniem i dalszym developementem okablowania, a że w Stanach przewody zwykło się określać jako „cords”, to i nazwa nowego gracza na rynku audio wydała się dość oczywista. Co istotne do dnia dzisiejszego sytuacja nie uległa zbytniej zmianie, gdyż Sally Gibb jest właścicielem i CEO The Chord Company, a jej mąż – Andy Gibb – dyrektorem zarządzającym.
Mając już z głowy pobieżny rys historyczny marki, czyli skąd się Chordy na rynku wzięły spokojnie możemy przejść do meritum. I tutaj już na starcie czeka nas niespodzianka, gdyż choć w nazwie tytułowych głośnikówek mamy dość wyraźne nawiązanie do słusznego rozmiaru, o czym wydawałoby się świadcz dopisek „XL”, to odbierając je od kuriera w pewnym sensie poczułem ulgę, że zamiast skrzyni o gabarytach i wadze świadczących o umieszczeniu wewnątrz kompletnego uzbrojenia grupy szturmowej piechoty morskiej, otrzymałem coś na kształt i zbliżonego ciężarem do złożonego namiotu plażowego. Ot, dość płaską, okrągłą i zapinaną na suwak estetyczną czarną tekstylną torbę, która po wysmyknięciu zawartości zajmować będzie tyle miejsca co nic. Jeśli zaś chodzi o same przewody, to maja one postać dwużyłowych warkoczy dostępnych zarówno w dystyngowanej czerni, jak i zdecydowanie weselszej czarno-czerwonej kombinacji, zakończonych ozdobnymi spinkami z nazwą modelu i w zależności od zamówienia fabrycznie zakonfekcjonowanych bądź to niewielkimi widłami, bądź srebrnymi bananami ChordOhmic. Warto w tym momencie wspomnieć, iż Signature’y to najdłużej, bo od 2004 r. produkowany model Chorda, więc nie ma co się dziwić, iż na przestrzeni piętnastu lat swojego żywota doczekał się kilku udoskonaleń i metamorfoz. O ile od samego początku może pochwalić się koncentryczną budową, której sercem, choć biorąc pod uwagę iż mowa o dwóch przewodach na kanał, więc właściwszą analogią byłoby chyba … płuca a jeszcze lepiej źrenice, są przewodzące właściwe impulsy elektryczne rdzenie ze srebrzonej miedzi, to już zarówno ekran ze srebrzonej plecionki miedzianej, jak i aluminiowa folia pozostają niepodpięte. To jednak swoisty constans i rodowa spuścizna, gdyż zmiany na przestrzeni ostatnich lat dotyczyły głównie materiałów wykorzystywanych do izolacji. I tak początkowo używany spieniony polietylen wyparł PTFE (potocznie zwany Teflonem®), by w niniejszej odsłonie ustąpić miejsca XLPE (usieciowanemu polietylenowi). Warstwę zewnętrzną stanowią półprzezroczyste koszulki z PVC. Przewody mają przekrój AWG 10 i średnicę 2 x 8,5 mm a jeśli chodzi o podstawowe parametry elektryczne, to ich indukcyjność wynosi 0.94 μH/m a rezystancja utrzymuje się na poziomie 5.5 mΩ/m.
Po stosownej do niewiadomego przebiegu, dostarczonego na testy przez Audio Center Poland – dystrybutora marki, okablowania rozgrzewce sprawa używanej przez Chorda nomenklatury wydała się całkowicie logiczna i zrozumiała. Otóż owo „XL” dotyczy nie gabarytów fizycznych a właściwości sonicznych. Chodzi bowiem o to, iż Signature’y grają dźwiękiem o zaskakująco dużym wolumenie, mocy i energetyczności, jednak w nieco innym aniżeli standardowo „amerykańskim” wydaniu. Bowiem zamiast potocznie mówiąc „pompować” źródła pozorne i rozdmuchiwać scenę Chordy idą własną i wydaje się, że bliższą prawdzie, choć niekoniecznie aż tak atrakcyjną, jak zaoceaniczna konkurencja, drogą. Angielskie przewody są bowiem przykładem, że nie reskalując, w tym momencie nieistotne, czy w górę, czy w dół, reprodukowanych poszczególnych składowych wydarzeń muzycznych można być możliwie blisko nich i czuć, że dostajemy dokładnie to, co znalazło się na nagraniu a nie, nazwijmy to delikatnie, „autorską interpretację”. Pomijam fakt, iż do takich wniosków można dojść jedynie przy kontakcie z naturalnym, a nie wygenerowanym na komputerowej klawiaturze, instrumentarium, ale mam cichą nadzieję, że jest to dla Państwa równie oczywiste, co dla mnie, więc jeśli już porównujemy, to lepiej fizyczny, realny gabaryt skrzypiec, kontrabasu, czy perkusji aniżeli oniryczne i „wyczarowane” syntetyczne, muzyczne plamy do tego, co wydobywa się z głośników. Wystarczy bowiem posłuchać zarejestrowanego w belgijskim Galaxy materiał „Ferdinando Fischer: From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna, bądź naszego dyżurnego „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda by autorytatywnie stwierdzić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i nikt nie próbuje poprawiać i upiększać rzeczywistości. Kontury z jednej strony nie są tak ostre jakby wycięto je laserem a u wokalistów nie da się policzyć włosów, co jest w pełni adekwatne do tego jakbyśmy znajdowali się od nich w odległości kilku metrów a jednocześnie nie da się zaobserwować rozmycia ich brył, czy swoistego rozedrgania, co mogłoby wskazywać na problemy z rozdzielczością, bądź poważną wadę wzroku obserwatora. Czy mamy zatem do czynienia z bezwzględną, wypraną z emocji „poprawnością” i sztywnym trzymaniem się faktów sprawiającymi, że odsłuch czegokolwiek niebędącego fonograficzną referencją będzie dla nas równie przyjemnym doznaniem jak leczenie kanałowe zęba? Nic z tych rzeczy. W roli materiału dowodowego posłużę się garażowo-psychodelicznym krążkiem „Darkness Rains” zaskakująco mało u nas popularnej formacji Death Valley Girls, któremu można zarzucić wszystko, tylko nie to, że jest audiofilskim majstersztykiem. Czysto teoretycznie, dość proste linie melodyczne wespół z iście punkową manierą nie tyle śpiewu co swoistej melodeklamacji połączonej z wykrzykiwaniem poszczególnych fraz, powinny zaowocować poważnymi stanami lękowymi i kilkudniową migreną a tymczasem żadnego z powyższych objawów ani u siebie, ani u pozostałych domowników nie zaobserwowałem. Za to radosne podrygiwanie w rytm tej siermiężnej „młócki” już jak najbardziej. Chordom udało się bowiem coś pozornie niemożliwego – zachowując wspomnianą, typowo garażową chropowatość i młodzieńczy bunt jednocześnie nie zniechęcać słuchaczy zbyt napastliwą górą, czy też wywlekaniem wszystkich mankamentów natury technicznej. Zamiast jednak łagodzić, bądź wycofywać górę Signature’y znalazły inne wyjście z pozornie patowej sytuacji – otóż uwolniły potencjał drzemiący w średnicy i dole pasma – vide dynamikę. W rezultacie atakowi góry towarzyszyła pozostała część pasma a całość zyskiwała nie tylko na liniowości, co przede wszystkim na autentyczności. Wgniatała w fotel przekazywanym ładunkiem energetycznym porywając nas w wir wydarzeń i nie dając czasu na jakąkolwiek chłodną analizę.
Jednak z reguły nie po to dopieszczamy własny system przewodami głośnikowymi za niemalże równowartość dwutygodniowego pobytu w pięciogwiazdkowym hotelu w Egipcie, by z ich pomocą ratować kiepskie nagrania. Dlatego też z radością oznajmiam, iż na realizacjach dobrych i bardzo dobrych jest jeszcze lepiej a im cięższy los Chordom zgotujemy, z tym większym entuzjazmem i werwą zabiorą się do pracy. W ramach własnousznej weryfikacji gorąco polecam nad wyraz mało pobłażliwe dla nawet najdelikatniejszych form limitacji albumy „Celebrating John Williams (Live At Walt Disney Concert Hall, Los Angeles / 2019)” (Los Angeles Philharmonic, Gustavo Dudamel) i „The World of Hans Zimmer – A Symphonic Celebration (Live)” (Vienna Radio Symphony Orchestra, Martin Gellner), na których potężny aparat wykonawczy jest w stanie wygenerować ciśnienie akustyczne zdolne kruszyć mury, przy jednoczesnym zachowaniu pełnej kontroli i selektywności. I właśnie na takim repertuarze Chordy rozwijają skrzydła. Wieloplanowość, kreowanie sceny nie tylko w płaszczyźnie poziomej, ale i pionowej, czy też swoboda w zmianie punktu widzenia, czyli przejście od szerokiego kadru po wyłuskaniu konkretnego instrumentu nie stanowi dla nich najmniejszego problemu. Nic się nie zlewa a jednocześnie nie ma sytuacji, gdy mamy wrażenie jakby muzycy grali nie razem, lecz niejako obok siebie, równolegle – dla samych siebie. Słychać bowiem wzajemne interakcje a cały aparat wykonawczy jest nie tylko precyzyjną maszynerią z niezliczonymi trybikami, lecz żywym i zarazem zrośniętym ze sobą organizmem.
Chord Signature XL wydaje się zachowywać idealne proporcje pomiędzy akceptowalnymi dla ogółu ceną, oraz przyjazną naszym lokalowym realiom ergonomią i iście high-endowym brzmieniem. Nie jest bowiem „droższy od pieniędzy”, jego podpięcie nie naraża nawet niewielkich monitorów na ściągnięcie ze standów a co do walorów sonicznych , to pomimo najszczerszych chęci nie znajduję podstaw do tego, by do czegokolwiek się przyczepić. Jak widać zdroworozsądkowe podejście producenta do tematu okazało się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie był to przypadek, lecz świadome działania Sally Gibb, która doskonale zdawała sobie sprawę na jakie stadium audiophilii nervosy mogą pozwolić sobie żonaci melomani i audiofile.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201 & Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
Opinia 2
Z pewnością zgodzicie się ze mną, iż od jakiegoś czasu daje się zauważyć szaleńczy trend powstawania nowych marek kablarskich. To z jednej strony jest dla nas pewnego rodzaju szansą na dobranie idealnego dla siebie sznytu grania, ale z drugiej rodzi zagrożenie wdepnięcia na grząski grunt oszustów jedynie rebrandujących produkty przemysłowe przy pomocy ładnej plecionki ze swoim logo. Oczywiście w teorii każdy może robić co mu się żywnie podoba i zgłębiać tego typu nowalijki, ale przyznacie, w momencie wtopy jest trochę głupio. Dlatego też, gdy pojawia się taka jak dzisiaj okazja spotkania z marką od 35-lat zajmującą się okablowaniem systemów audio, trochę z myślą o Was i trochę z wrodzonej ciekawości chętnie przystajemy na weryfikację jej osiągnięć. Nie rachujemy, co stanie się w momencie wpadki, tylko stawiamy czoło wyzwaniu. Co będzie, to będzie. Nie ma ryzyka, nie ma fun-u. Ale z drugiej strony. Jakie jest ryzyko, gdy rozprawiamy o od lat uznanym na świecie producencie. Tym bardziej o pochodzącym z kraju obok Japonii uważanego za kolebkę audiofilizmu. Wchodzicie w to z nami? Jeśli tak, zatem zapraszam na kilka akapitów o wieloletnim producencie okablowania audio, czyli marce The Chord Company, o której model Signature XL do celów testowych zadbał krakowski dystrybutor Audio Center Poland.
Jak znakomicie obrazują fotografie, rzeczone kabelki nie szukają poklasku na drodze pozbawionej racjonalnych przesłanek, spokojnie mierzącej się z rozmiarem dorosłego pytona średnicy, czy zahaczającej o wschodnią ornamentykę aparycji zewnętrznej otuliny. Co to, to nie. W tym przypadku mamy do czynienia z dwoma dość cienkimi, niezbyt mocno skręconymi ze sobą w luźny warkoczyk żyłami. A jedynym ozdobnym akcentem dostarczonego do testu modelu (na życzenie jest również model w całości czarny) jest kolorystyka opalizujących czerwienią i czernią zewnętrznych mundurków każdej z żył. Naturalnie aby każdy warkoczyk mógł rozejść się na poszczególne sygnały (plus/minus), około 20 centymetrów przed aplikacją konfekcji, jaką w zależności od potrzeb klienta są widły i banany, zaaplikowano owalne sztabki z oznaczeniem kierunkowości kabli i sygnaturą danego modelu. Przyznacie, że to zdrowe podejście do tematu. Jeśli w dany produkt mamy wpompować jakieś wydatki, to niech to będzie wsad merytoryczny w główne zadanie, czyli w tym przypadku w jakość przesyłu sygnału audio do kolumn, a nie łapiący za oko audiofilów zbędny blichtr. Banał? Bynajmniej, co postaram się obronić w dalszej części tekstu. Ale zanim to nastąpi, zdradzę jedynie, że omawiane kable głośnikowe do celów transportowych pakowane są w zgrabne, owalne nieprzemakalne futerały.
Zanim rozpocznę przelewanie swoich doświadczeń z tytułowym produktem marki Chord na klawiaturę, przypomnę, iż bardzo często wszelkiego rodzaju kable są swoistymi korektorami zastanego systemu audio. Jedne stawiają na szybkość i zwartość grania, a te z przeciwległego bieguna, swoją prezentacją idą ze zdwojoną masą i energią każdej nuty. To naturalnie daje nam spore szanse na ratunek źle dobranego zestawu, ale przecież nie powinno się leczyć dżumy cholerą, tylko raczej mając pewien pomysł na dźwięk kroczyć drogą zrównoważonego grania każdego z komponentów. Po co cały ten wywód? Ano jako punkt odniesienia dla dzisiejszego testu, gdyż tytułowy przedstawiciel okablowania kolumnowego wręcz idealnie wpisuje się w wizję równej prezentacji w całym paśmie. Co to oznacza? Chord Signature XL od pierwszych wspólnych chwil proponuje nam nasycony i z ciekawym błyskiem na górze sposób na obcowanie z muzyką. Dostajemy nieodzowny do oddania dostojności fortepianu pakiet masy i wypełnienia, ale przy okazji, dzięki dobremu napowietrzeniu wirtualnej sceny muzycznej możemy cieszyć się ważnym dla naszego odbioru jej oddechem i blaskiem perkusjonaliów. Ciekawe, nie sądzicie? A co to oznacza na konkretnym przykładzie? Otóż mój system w pakiecie startowym jest orędownikiem wysycenia i każdorazowe podłączenie któregoś z przedstawicieli wspomnianych przed momentem skrajnych biegunów sonicznych skazuje mnie na utratę kilku ważnych dla mnie aspektów muzycznych w dolnych lub górnych zakresach częstotliwościowych. Tymczasem XL-ki nie forsując żadnego z podzakresów jedynie podkreśliły od zawsze z dbałością dobieraną przeze mnie estetykę brzmienia posiadanej układanki. Dokładniej? Proszę bardzo. W muzyce barokowej i jazzowej, czyli zazwyczaj dobrze nagranej, a przede wszystkim stawiającej na naturalne instrumenty z mocniejszym niż dotychczas, ale nadal nie przekraczającym granicy przerysowania, końcowych wybrzmień mogłem delektować się nie tylko wielobarwnością, ale również wyraźniejszymi artefaktami pracy palców artystów na strunach gitar, lutni, czy nawet odgłosów wentyli saksofonów. A to wszystko z oddaniem bliskiej prawdzie energii i umiejętności zawieszenia całości wydarzenia w eterze międzykolumnowym. A jeśli już jesteśmy przy temacie wirtualnej sceny. Ta zawsze w momencie odpowiedniego pakietu witalności generowanych dźwięków z dziecinną łatwością osiąga zarezerwowane dla „prawdziwych” realizacji wymiary szerokości i głębokości. I właśnie taki efekt udało mi się osiągnąć w czasie poznawania walorów angielskiego okablowania. A jak w innych gatunkach muzycznych? Otóż z przyjemnością stwierdzam, iż podobnie do muzyki „dla duszy” wypadały kawałki związane z buntem jednostki, czy obozem elektronicznej dekadencji. Wszystko odpowiednio dociążone, ale również może nie przesadnie, ale jednak dobrze doświetlone. Czyli co, żadnych wad? Powiem tak. Wadą z pewnością tego bym nie nazwał, ale założone przez konstruktorów trzymanie w ryzach równości przekazu wysokich tonów w komputerowej muzie czasem powodowało lekkie uśrednienie bywających jej atrybutem pisków i przesterów. Oczywiście nie był to efekt kotary, ale słyszałem kilka testowych nagrań w bardziej bezkompromisowym niszczeniu narządów słuchu. Owszem, szkodliwym dla zdrowia, jednak takie było założenie artystów i prawdę mówiąc takie powinno być oddanie ich pomysłu. Jednakże natychmiast oświadczam. Ja z dwojga przypadków wolę delikatniej niż brutalniej, dlatego też ocenę końcową, czy to jest pozytyw, czy delikatny negatyw, pozostawiam potencjalnemu zainteresowanemu. Dla mnie ok.
Puentując dzisiejsze spotkanie z ręką na sercu przyznaję, że byłem bardzo ciekawy, jak 35-letnie doświadczenie marki wpłynie na końcowy sznyt grania tytułowej konstrukcji. Za sprawą całkowitego braku wcześniejszej styczności z wyrobami tegoż producenta bałem się zbyt mocnego postawienia na jeden z podzakresów (górny lub dolny), co mogłoby spowodować utratę stworzonej przez dobrze zestawione komponenty równowagi tonalnej. Tymczasem po tych kilkunastu dniach z modelem Signature XL wiem jedno. Ożenek z ocenianym modelem najprawdopodobniej jedynie podkreśli, a nie zdeterminuje Waszej, czasem przez lata konfigurowanej, układanki. Skąd to wiem? Przecież ja z premedytacją złożyłem gęsto grający system, a mimo to żadnych szkód typu przegrzanie, czy szkodliwe spowolnienie dźwięku nie zaliczyłem. To zaś świadczy o jednym. Anglicy wiedzą, jak zadbać, by dźwięk był soczysty, a zarazem swobodny, przy okazji nie zmieniając jego startowego „ja”. Mało? Dla mnie wystarczy. A Wy, niestety musicie sprawdzić sami.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Audio Center Poland / Chord Company
Cena:
2 x 2,0 m – 6 479 PLN
2 x 2,5 m – 8 099 PLN
2 x 3,0 m – 9 719 PLN
Franc Audio Accessories obchodzi w tym roku swoje 10-lecie. Z tej okazji firma przygotowała kilka nowości. Pierwszą z nich jest jubileuszowa wersja stolika Wood Block Rack – Wood Block Rack 10th Anniversary, która różni się od regularnej/poprzedniej lakierowanymi elementami wykończeniowymi dolnej półki (wstawkami bocznymi) oraz zmodyfikowanymi nóżkami Cramic Disc Tablette, instalowanymi pod wszystkimi regulowanymi półkami górnymi. Nowe „tabletki” mają zupgrade’owany system centrowania, co pozwala na ich „pływanie” w mniejszym zakresie i powrót zawsze do pozycji wyjściowej – do osi podstawki.
Kolejną nowością jest stolik Wood Block Rack 10th Anniversary Special Edition, który wraz z platformami Wood Block Fat Platforms 10 th Anniversary Special Edition będzie miał swoją światową premierę na tegorocznych targach w Monachium.
Franc Audio Accessories wystawia się na nich w tym roku między innymi ze szwedzkim Engstrom i brytyjskim CAT.
Z tego miejsca serdecznie zaprasza do odwiedzenie pokoju A 4.2 F219.
Na targach będzie miał swa premierę jeszcze jeden produkt-akcesorium, ale o tym dowiemy się dopiero na miejscu.
Na podstawie naszej ostatniej relacji z siedziby Audiofastu, gdzie miło spędziliśmy czas przy dźwiękach, których źródłem był gramofon Grand Prix Audio Parabolica, można byłoby przypuszczać, iż pierwszym urządzeniem jakie zawita w naszej redakcji będzie właśnie gramofon. Życie jednak lubi płatać figle a na dowód tego mamy wcale nie takie małe cyfrowe co nieco, czyli … referencyjny dCS Vivaldi DAC 2.0 z kilkoma „dopieszczającymi” go akcesoriami.
cdn. …
Na razie jeszcze nie wiemy, czy podczas projektowania modeli Reference LS-2404 AIR Pure Silver i Reference LS-4004 AIR Pure Silver ekipa in-akustik słuchała wyłącznie „Fly Me to the Moon” w wykonaniu Franka Sinatry, ale już po wstępnych, czysto akomodacyjnych, odsłuchach śmiało możemy stwierdzić, że jest to totalny odlot. W dodatku wcale nie mamy na myśli wyłącznie godnych iście ekstremalnego High-Endu … cen ;-)
cdn. …
Opinia 1
Pewnie zgodzicie się ze mną, że czasem osobnik homo sapiens robi coś pod wpływem impulsu. I nie ma znaczenia o jakim bodźcu rozprawiamy – złym, czy dobrym, ważna jest potrzeba wykorzystania energii wprawiającej nas w ten stan chwili. Co to ma wspólnego z naszą zabawą? Zapewniam, iż bardzo wiele. Pamiętacie ostatnią recenzję phonostage’a tytułowej marki Gold Note PH-10 & PSU-10? Otóż to za sprawą jego fantastycznego, zbierając wszystkie starcia w jedną całość, już drugiego występu na naszych łamach, zdecydowaliśmy wspólne z dystrybutorem, iż tym razem pojedziemy z wysokiego „C” i na gorąco zapoznamy się z bardziej wyszukanymi produktami tego włoskiego brandu. Takim to sposobem, niesieni falą pozytywnych odczuć, tym razem na recenzenckim tapecie wylądował tak zwany system marzeń, czyli urządzenia od sygnału, przez wzmocnienie, po kolumny, a głównymi rozgrywającymi były: kolumny XS-85, odtwarzacz CD z funkcją DAC-a i przedwzmacniacza CD-1000, przedwzmacniacz liniowy P-1000 i stereofoniczne, oferujące możliwość zmostkowania końcówki mocy PA-1175. Interesujące? Jeśli tak, zatem zapraszam do lektury poniższego tekstu, którego sprawcą jest stacjonujący w Częstochowie dystrybutor Delta-Audio.
Analizując temat wyglądu i wyposażenia opiniowanej elektroniki gołym okiem widać, że poszczególne produkty korzystają z bardzo podobnych stylistycznie i konstrukcyjnie obudów. Za każdym razem mamy do czynienia ze średniej wielkości, w odsłonie testowej czarnymi, wentylowanymi na górnych płaszczyznach blokami nacięć skrzynkami, których znakiem rozpoznawczym jest otulone dwoma pionowymi srebrnymi paskami z lewej strony frontu złote logo marki i tuż pod nim dwie diody informujące nas o stanie urządzenia. Naturalnie każdy z komponentów w zależności od swoich zadań oferuje inny zestaw wejść, wyjść i akcesoriów sterowania, ale główny nurt wzorniczy jest wspólny dla całej rodziny. Rozpoczynając opis od źródła na froncie znajdziemy usytuowaną w centrum szufladę czytnika płyt. Pod nią niezbyt duży, ale za to bardzo czytelny nawet z daleka, mieniący się błękitem wyświetlacz. A lekko z prawej strony sześć okrągłych przycisków. Tylny panel patrząc od lewej flanki ma do zaoferowania zestaw wyjść analogowych RCA/XLR, tuż obok kilka wejść i wyjść cyfrowych COAX, USB, TOSLINK, by całkiem na prawo zaproponować użytkownikowi gniazdo dodatkowego zasilania, terminal EIC i główny włącznik. Sprawa przedwzmacniacza ma się podobnie, z tą tylko różnicą, że awers ma zdecydowanie większy wyświetlacz i wielofunkcyjną gałkę, a rewers sześć wejść liniowych RCA/XLR, dwa wyjścia również w specyfikacji RCA/XLR i podobny do CD-ka zestaw dbający o temat zasilania. Końcówki mocy, z racji prostoty zadań, na froncie oprócz wspomnianej dbałości o exlibris brandu wyposażono jedynie w dwa guziki funkcyjne z prawej strony, a na plecach symetrycznie rozstawione pojedyncze zaciski kolumnowe, wejścia RCA/XLR i centralnie usadowione gniazdo zasilania, główny włącznik i przełącznik ustalający tryb pracy MONO lub STEREO. Tak wyglądają sprawy dotyczące aparycji i kompatybilności z potencjalnymi systemami komponentów elektronicznych. A to oznacza, iż do przybliżenia pozostały kolumny głośnikowe. Te w przeciwieństwie do uderzającego spokojem zestawu dostarczającego do nich sygnał audio są idealnym przykładem włoskiej sztuki designu. O co chodzi? O tym za moment. Na początek wspomnę, iż z powodu wagi jednej kolumny dobrze ponad sto kilogramów mamy do czynienia z budową modułową osobno podstawa, sekcja basowa i średnio-wysokotonowa, którą po wstępnym ustaleniu pozycji w salonie solidnie ze sobą skręcamy. Patrząc na front widzimy pięć przetworników, z czego dwa dolne obsługują niskie tony, a trzy górne w układzie d’Appolito środek i górę. A co z tym designem? Panowie, proszę. Spójrzcie na te piękne Włoszki. Jedyną płaską powierzchnią są tylne ścianki. I prawdopodobnie tylko dlatego, że są ostoją dla wnęk skrywających zwrotnice i tablicy z podwojonymi zaciskami kabli kolumnowych. Reszta jest usadowioną w osi pionowej wariacją wielu zagłębień i uwypukleń. Myślicie, że to przerost formy nad treścią? Zapewniam, że nie. Niestety fotografie tego nie oddają, ale gdy i ja rozpakowując te rzeźby z kartonów pierwsze odczucia miałem bardzo mieszane, to dosłownie na drugi dzień bez problemu zacząłem doceniać owo zamierzone unikanie przez te konstrukcje monotonnych, idących tropem moich Austriaczek równoległych płaszczyzn. Bez dwóch zdań mamy do czynienia z dziełami sztuki i jedyną opcją negowania ich prezencji jest bardzo mocne skażenie naszych ośrodków zarządzania oceną piękna prostolinijną nowoczesnością. Jednak ze swej strony zapewniam. Nawet ortodoksyjny wielbiciel PRL- owskich meblościanek bez problemu zrozumie zamysł Włoskiego producenta, a gdy do tego da się zauroczyć pięknem generowanej muzyki, temat pozostania 85-tek nawet u niego wydaje się być przesądzony.
Rozpoczynając przybliżanie możliwości sonicznych tytułowego zestawu powiem jedno. Naprawdę nie wiedziałem, czego się spodziewać. W duchu zastanawiałem się, czy pójdzie drogą opiniowanego niedawno phonostage’a, a co za tym idzie, zaproponuje pewnego rodzaju fajnie wypadające pod względem muzykalności, ale jednak dążenie do szybkości, czy raczej za sprawą delikatnego ostudzenia zapału do bycia wyczynowcem postawi na piękno muzyki. Przyznacie, że z punktu widzenia orędownika uduchowienia muzyki to są bardzo różne, bardzo brzemienne w skutkach podczas ewentualnych decyzji zakupowych, cechy. Na szczęście gdy popłynęła muzyka, szybko okazało się, że Włosi szukają w niej tego samego co ja, czyli dobrej masy i energii na dole, kolorowej średnicy i nie wyskakujących przed szereg wysokich tonów. Żadnego pospiechu, czy kopania słuchacza stawiającym na atak ponad wszystko, odchudzonym do granic możliwości wyższym basem. Próbując opisać brzmienie punktu zapalnego naszego spotkania przy pomocy przykładów z motoryzacji powiem tak. Oferta Gold Note’a nie mamiła słuchacza męczącym na dłuższą metę jękiem wysokoobrotowych silników rodem z Formuły 1, tylko zapraszała na koncert bulgotu dwunastu cylindrów Maybacha. Czujecie drobną różnicę? Obydwa przykłady mają swoich wielbicieli, ale ich specyfika stawia na całkowicie inne gusta. Ja wolę bulgot i szlus. A jeśli tak, to chyba nie muszę nikogo uświadamiać, jak wypadała wszelkiego rodzaju muzyka dawna i jazzowa z odmianą free włącznie. Czy to aranżacje Claudio Monteverdiego spod znaku Jordi Savalla, czy najnowsza nastrojowa płyta Joe Lovano „Trio Tapestry”, za każdym razem delektowałem się nie tylko nasyceniem i wielobarwnością instrumentów naturalnych, ale również kreowaniem fantastycznie zawieszonej w przestrzeni międzykolumnowej wirtualnej sceny 3D. Każde źródło pozorne było idealnie wyrysowane na dobrze rozciągniętej w wektorach szerokości i głębokości arenie sonicznej, co automatycznie ani razu nie pozwoliło mi na wyjęcie płyty z CD-ka przed jej zakończeniem. Nie wiem, co Wy na to, ale mnie właśnie o taki, w dobrym tego słowa znaczeniu, trochę zniewalający stan, podczas masowania naszych narządów słuchu, chodzi. Dlatego też, jeśli idziecie zbieżną z moją drogą, włoski konglomerat w momencie kreślenia listy odsłuchowej powinien być jednym z pierwszych w kolejce. Ok. A co z mocnymi rytmami? Spokojnie, goście z południa Europy również dają radę. Może niszczenia słuchu podczas napawania się elektronicznymi przesterami nie zaliczycie, ale wstydu z pewnością również nie zaznacie. Będzie jedynie bardziej gładko, ale za to z sokiem i fajną masą, co wielu określi jako wystarczającą rekompensatę minimalnej utraty szybkości i przenikliwości generowanej fonii. A rock? W tym przypadku lepiej niż z elektroniką, bowiem w sukurs słuchaczom przychodzi ogólny sznyt soczystego grania Gold Note’a, a ten przekłada się na przyjemność odbioru wszelkiej wokalizy i lubiących pokazać swoją energię instrumentów typu gitary basowe, czy perkusja. Skąd takie wnioski? Może Was zaskoczę, ale za młodu napawałem się tego typu muzą i wiem, że gitarowe riffy bez odpowiedniego bagażu masy są zwykłymi wydmuszkami, a nie mocnymi akcentami typowo rockowej grupy pokroju Metallica. Ma być energia i masa, co automatycznie przekłada się na efekt końcowy obioru zbuntowanej muzyki. A że ten, dzięki formacji rycerzy w czerni był wyśmienity, tylko pogratulować konstruktorom wiedzy w temacie.
Jak wynika z powyższego tekstu, decydując się na opisywane zestawienie wkraczamy w świat koloru, wybrzmień i napawania się każdą nutą. Niestety to sprawia, że ortodoksyjni wielbiciele dzielenia włosa na czworo powinni skierować swe kroki w inną stronę. Dlaczego tylko ortodoksi? Temat jest bardzo prosty. Otóż po tych kilkunastu dniach zabawy z włoską myślą techniczną jestem w stanie podnieść tezę, że jeśli jesteście otwarci na nowe doznania, nawet lubując się w wyczynowej prezentacji po kilkudniowym odsłuchu znajdziecie u Włochów kilka ciekawych aspektów, których po powrocie do swojego grania na pewno będzie Wam brakować. A jeśli tak się stanie, przed Wami niedaleka droga do najpierw drobnych, a potem odważniejszych, zmian w posiadanym systemie z urządzeniami Gold Note w roli głównej. Nie wierzycie? Spróbujcie. To nic nie kosztuje, a może okazać się długo oczekiwanym przełomem w dotychczasowym postrzeganiu muzyki.
Jacek Pazio
Opinia 2
Nikomu chyba nie trzeba uświadamiać faktu, że gdzie jak gdzie, ale we Włoszech rodzina to rzecz święta, a im więcej się tejże rodziny w danym miejscu pojawi tym lepiej i przede wszystkim weselej. Nie wierzycie Państwo? A kojarzycie toskańską markę Gold Note? Jeśli tak, to powinniście pamiętać, iż na naszych cyfrowych łamach najpierw pojawił się przedwzmacniacz gramofonowy PH-10 w solowej odsłonie, przy kolejnej odsłonie ów phonostage „przyprowadził” zasilacz PSU-10 a dzisiaj mamy przyjemność przedstawić Państwu nasze wrażenia po istnym rodzinnym nalocie co najmniej jednego pokolenia tytułowej włoskiej familii. I nie będą to bynajmniej żadne utyskiwania, lecz najszczersza prawda, gdyż za sprawą częstochowskiej Delty Audio – dystrybutora ww. marki, nasz oktagonalny OPOS nawiedził kompletny „system marzeń” w skład którego weszły – odtwarzacz CD-1000, przedwzmacniacz P-1000, dwie (zmostkowane) końcówki mocy PA-1175 i iście zjawiskowe, modułowe kolumny XS-85.
Podobnie jak w przypadku wspomnianych 10-ek design Gold Note’ów, przynajmniej jeśli skupimy się na elektronice, trudno uznać za typowy, stereotypowo nawiązujący do „włoskiej klasyki gatunku”. Próżno doszukiwać się tu drewnianych dodatków (no może z pewnym drobnym wyjątkiem, o czym dosłownie za chwilę), seksownych krągłości i ogólnie rzecz mówiąc rustykalno – gabinetowej estetyki. W zamian za to otrzymujemy nieco surowe, perfekcyjnie wykonane standardowych rozmiarów urządzenia o korpusach ze szczotkowanego, anodowanego na czarno (dostępne są też srebrne wersje) aluminium. Za jedyne akcenty wzornicze można uznać dwa pionowe srebrne pasy pomiędzy którymi umieszczono niewielki „złoty” medalion z dmącym w róg buccina rzymskim legionistą, a motyw ten – będący logotypem włoskiej manufaktury, powtórzono już w znacząco bardziej pokaźnej formie na płytach górnych. I w tym momencie warto wspomnieć o pewnym, zakładam, że podyktowanym iście atawistycznym sentymentem niuansie. Otóż owe pionowe paski wcale nie muszą być wykonane z aluminium, lecz mogą ustąpić miejsca włoskiemu orzechowi. Do nas, jak z resztą widać, dotarły bardziej „industrialne” wersje.
Dokonując swoistego przeglądu przybyłych gości proponuję zgodnie z logiką i drogą sygnału zacząć od źródła a skończyć na kolumnach. Sam odtwarzacz CD-1000 reprezentuje obowiązujący aktualnie nurt integracji konwencjonalnego odtwarzacza z funkcjonalnością zewnętrznego DACa, oraz budową modułową pozwalającą na jego dalszą rozbudowę zarówno o wewnętrzną sekcję preampu jak i zewnętrzne, lampowe moduły sekcji wyjściowej, zasilanie a nawet dedykowane zegary atomowe. Wróćmy jednak do walorów natury wizualnej. Cienką tackę szuflady i dwuwierszowy czarno-zielony wyświetlacz umieszczono mniej więcej w centrum a sześć przycisków nawigacyjnych po prawej stronie frontu. Ściana tylna kusi nie tylko wyjściami analogowymi, lecz również stosownymi interfejsami cyfrowymi (optyczne, coaxialne, USB) zdolnymi obsłużyć sygnały do 24 bit/192 kHz, czy też terminalami dla zegarów, bądź zewnętrznych zasilaczy. Warto zwrócić uwagę, iż mechanizm transportu pochodzi od cenionego i tak na dobrą sprawę obecnie jedynego producenta na rynku i jest to aluminiowy JPL-2580 Stream-Unlimited a w sekcji cyfrowej zaimplementowano autorski układ Zero-Clock™ circuit współpracujący z trzema różnymi zegarami Master Clock i w pełni symetryczny przetwornik Dual-Mono PCM1792AK. Stopień wyjściowy oparto na układach Burr-Brown OPA2228 a zasilacz na dwóch transformatorach Talemy.
Równie uniwersalny jest A-klasowy, dysponujący pięcioma parami RCA i pięcioma XLR wejściami liniowymi przedwzmacniacz P-1000. Ciekawostką jest możliwość ustawienia go w tryb pracy Mono, zamiana kanałów (lewego z prawym), fazy o 180° i niekiedy przydatna, choć wysoce nieaudiofilska, funkcja podbicia basów Over-Boost. Podobnie jak w przypadku odtwarzacza, dzięki modułowej budowie w dowolnym momencie można go rozbudować o stopnie lampowe TUBE1006/1012 i zasilacze PSU1100/1250. W dodatku poziom głośności można ustawić indywidualnie dla każdego z 10 wejść. Pomimo jednak nad wyraz szerokiego wachlarza wejść i mocno zatłoczonej ściany tylnej, która tak po prawdzie z powodzeniem mogłaby wprawić w kompleksy niejeden amplituner kina domowego front prezentuje się zaskakująco minimalistycznie. Jest to oczywiście zasługa firmowych, sprawdzonych i znanych już z PH-10 rozwiązań, czyli szalenie czytelnego (tym razem już nie TFT a OLED) wyświetlacza i multifunkcyjnego pokrętło – guzika SKC (Single Knob Control).
Stereofoniczne wzmacniacze mocy PA-1175 wyposażono w technologię BTL [Bridge-Tied-Load], dzięki której mogliśmy wykorzystać je w roli monobloków automatycznie zwiększając ich moc ze 175 W na kanał na 350 W w trybie Mono. Miłym dodatkiem jest przełącznik współczynnika tłumienia (250/25 DF) pozwalający dopasować pracę wzmacniacza do charakterystyki obciążenia (np. wysokoskutecznych kolumn). W sekcji zasilania pracują dwa trafa – główny 630VA toroid i 6VA pomocnicze, odpowiedzialne za funkcje pozasygnałowe. A jak z wyglądem? Rzekłbym, że firmowo i minimalistycznie. Na froncie znajdziemy jedynie przycisk wybudzenia i przełącznik współczynnika tłumienia (brawa za ergonomię), boki nie straszą ukrytymi wewnątrz obudowy radiatorami a na ścianie tylnej znajdziemy okupujemy obie flanki pojedyncze terminale głośnikowe, pod którymi przycupnęły wejścia RCA i XLR, oraz centralnie umieszczone gniazdo zasilające z ulokowanym tuż nad nim włącznikiem głównym.
No i najwyższy czas na przysłowiowy gwóźdź, lub wypadałoby raczej napisać gwiazdę programu, czyli zjawiskowej urody kolumny XS-85. Jak mam cichą nadzieję udało się uchwycić na zdjęciach dokumentujących ich unboxing, mamy do czynienia z konstrukcjami modułowymi, gdzie wentylowany do tyłu moduł basowy od sekcji średnio-wysokotonowej oddziela 3 mm laserowo wycinana płyta aluminiowa. Za reprodukcję góry pasma odpowiada 28 milimetrowa, jedwabna kopułka z napędem neodymowym, którą ulokowano pomiędzy dwoma papierowymi 150 mm średniotonowcami NEXTEL. W skład sekcji basowej wchodzą natomiast dwa 220 mm przetworniki NEXTEL z aluminiowymi korektorami fazy. Nad całością czuwa zwrotnica z filtrami drugiego rzędu i częstotliwościami podziału 200 i 2200 Hz, skuteczność ustalono na poziomie 89dB przy impedancji znamionowej 4 Ω. Jednak najciekawsza a zarazem najbardziej rzucająca się w oczy jest sama, lekko odchylona ku tyłowi bryła z intrygującym łódkowatym podcięciem nad górnym średniotonowcem, finezyjnie pofalowanymi ścianami bocznymi i aluminiową płytą ściany tylnej górnej sekcji. Całość usadowiono na masywnych, również aluminiowych cokołach wyposażonych w solidne kolce a szczęśliwy nabywca ma do dyspozycji podwójne terminale głośnikowe.
Przechodząc do części poświęconej walorom brzmieniowym tytułowego zestawu, a dokładnie zasiadając przed nim w celu krytycznego odsłuchu, w pierwszej chwili poczułem się tak, jakby czas nie tylko się zatrzymał, co wręcz cofnął. I to całkiem sporo, bo do … października 2011 r., gdy miałem szczęście znaleźć się w składzie organizowanej przez ówczesnego dystrybutora Akamai (właściciela marek Goldenote i Blacknote) wycieczki do fabryki ww. producenta. Zamiast spodziewanego niewielkiego, rodzinnego zakładu trafiliśmy wtenczas do, jak już zdążyłem nadmienić, prawdziwej fabryki zlokalizowanej w wielce industrialnym otoczeniu – Montespertoli – przemysłowej dzielnicy Florencji. Jednak pomijając detale parku maszynowego i zupełnie nieprzystających do naszych wstępnych oczekiwań, istnych hektarów powierzchni produkcyjno – magazynowych, jednym z najważniejszych aspektów tamtej wyprawy okazał się odsłuch topowego systemu, w którym pierwsze skrzypce grały pokryte naturalną skórą i przypominające zarówno swoimi gabarytami, jak i proporcjami nasze redakcyjne ISIS-y referencyjne monitory o symbolu XS-96.
Tym razem było zaskakująco podobnie. Swoboda i rozmach generowanego przez włoski system dźwięku sprawiały, iż kwestie tak makro, jak i mikro dynamiki niejako od razu odhaczyłem jako zaliczone. Równie zachęcająco przedstawiała się sprawa motoryki, co wydaje się o tyle ciekawe, że bas wcale nie był nadmiernie żylasty, czy punktowy a wręcz sprawiał wrażenie lekko zaokrąglonego, kreślonego nieco grubszą niż wymagałaby tego laboratoryjna dokładność kreską. Jak jednak zdążyłem nadmienić, w tym momencie chodziło o sprawianie wrażenia a nie efekt końcowy, gdyż pomimo tego, iż daleki byłbym od określenia go jako żylastego niczym Bruce Lee mistrza sztuk walki, a raczej ponętną, acz równie zabójczą, wampirzycę graną przez Kate Beckinsale w „Underworld”, to rezultat był dokładnie taki jak należy. Każdy utwór, z choćby śladową motoryką wprost nie pozwalał usiedzieć w miejscu. Całe szczęście owa cecha nie powodowała podkręcania tempa, czy też nerwowości tam, gdzie byłoby to jeśli nie dziwne, to czasem wręcz niestosowne, lecz potrafiła nad wyraz zwinnie dostosować się do konkretnych okoliczności.
Weźmy na ten przykład „Tribute to Tomasz Stańko (feat. Wojciech Niedziela)” formacji Piotr Schmidt Quartet, gdzie sekcja rytmiczna oczywiście jest i robi fenomenalną robotę, lecz to nie jest ani miejsce, ani czas na podrygiwanie, więc i Gold Note’y bez najmniejszych oporów przeszły w tryb kontemplacyjno – melancholijny i skupiły się na dostarczaniu słuchaczom maksymalnej ilości zawartych na srebrnym krążku informacji. Śmiem wręcz twierdzić, iż w owym pietyzmie, z jakim każdy, nawet najdrobniejszy, ukryty w półcieniu detal był dopieszczany, jednakże bez zbędnego, ekshibicjonistycznego wypychania go przed szereg, było coś, co na co dzień obserwuję w swoim Ayonie CD-35. Jakaś wrodzona, całkowicie naturalna a zarazem zupełnie podświadoma nonszalancja w prezentowaniu posiadanych umiejętności. W dodatku nie sposób było zarzucić włoskiemu systemowi nawet najmniejszych oznak wyczynowości, parcia na szkło, czy też grania pod publiczkę. O nie. To byłoby nie na miejscu. A że efekt okazywał się równie zachwycający co toskańskie krajobrazy o lekko mglistym poranku, to już zupełnie inna bajka. Wystarczyła jednak drobna zmiana repertuaru na prog-rockowe „Under the Fragmented Sky” Lunatic Soul, by wolumen dźwięku wręcz wgniatał w fotel a wszelakiej maści elektroniczne stuki, puki, szumy i trzaski odzywały się z najodleglejszych zakamarków niezwykle obszernej sceny dźwiękowej. Nie bez znaczenia jest też delikatne faworyzowanie i uatrakcyjnienie średnicy poprzeć jej dosaturowanie, oraz podkreślenie artykulacji udzielających się tamże wokalistów. I nie ma znaczenia, czy przed mikrofonem stoi Mariusz Duda, czy np. praktycznie zupełnie u nas nieznana Woong San („I’m Alright”). Po prostu zachodzi tzw. materializacja i ustawienie wielce namacalnej postaci niemalże na wyciągnięcie ręki. Pół żartem pół serio mogę wręcz stwierdzić, że takiej estetyki prezentacji w pierwszej kolejności powinni spróbować miłośnicy Franka Sinatry, czy Michaela Bublé, bo Gold Note’y cechuje dokładnie takie samo połączenie wrodzonego wdzięku i rozbrajającej nonszalancji.
Jak mam nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika sygnowany przez Maurizio Aterini’ego system marzeń Gold Note wydaje się być urzeczywistnieniem właśnie nomen omen marzeń wszystkich tych, który w muzyce poszukują piękna, oraz ukojenia a jednocześnie łakną niczym kania dżdżu nieskrępowanej dynamiki i iście epickiego rozmachu. Na powyższy set warto też spojrzeć poprzez pryzmat niewątpliwie okazyjnych cen, gdyż za taką finezję i klasę dźwięku większość konkurencji pozwala sobie na zdecydowanie bardziej bezwzględny drenaż naszych kieszeni.
Marcin Olszewski
System odniesienia:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Delta Audio / Gold Note
Ceny
Gold Note CD-1000: 17 550 PLN
Gold Note P-1000: 25 500 PLN
Gold Note PA-1175: 21 200 PLN
Gold Note XS-85: 168 100 PLN
Gold Note CD-1000
Pasmo przenoszenia: 20Hz-20kHz +/-0.3dB
Zniekształcenia harmoniczne (THD): < 0.001%
Stosunek sygnału do szumu: 128dB
Dynamika: 127dB
Oporność wyjścia: 50 Ω
Charakterystyka fazowa: linearna/odwrócona
Filtr cyfrowy: opatentowany Zero-Clock™ circuit współpracujący z trzema różnymi zegarami (Master Clock)
Mechanika: aluminium JPL-2580 Stream-Unlimited
Wahania prędkości: < 0.0001%
Głośność: sterowanie cyfrowe, skokowo z funkcją On/Off
Wyjścia audio: stereo RCA oraz XLR
Poziom wyjścia: 2V RMS RCA i 4V RMS XLR
Cyfrowe: S/PDIF, 75ohm RCA 24bit
Wejścia cyfrowe: RCA S/PDIF coaxial, TOS-optyczne 24/192, USB 24/192 High Speed 2.0
Wejścia analogowe (opcja): Stereo XLR
Zużycie prądu: 30W
Wymiary (S x W x G): 430 x 135 x 375 mm
Waga: 15 kg
Gold Note P-1000
Pasmo przenoszenia: 2Hz-200kHz @ +/-3dB
Zniekształcenia harmoniczne (THD): <0.001% @ 1kHz
Wzmocnienie: +20dB – 10V
Stosunek sygnału do szumu: -120dB
Separacja kanałów: >118dB
Głośność krokowo: 0.5 dBs
Tryb pracy: Stereo/Mono
Odwracanie fazy: 0°/180°
Zamiana kanałów: Left/Right do Right/Left
Podbicie Overboost: 3 poziomy
Wejścia analogowe: 5 par XLR, 5 par RCA
Wejścia cyfrowe (opcja): TOS lub Coax lub USB DSD i PCM 352.8 kHz
Poziom wejścia: 10Vrms @ RCA
Oporność wejścia: 100 kΩ
Wyjścia audio: para XLR, para RCA
Poziom wyjścia: 16 Vrms/ XLR i 8 Vrms/RCA max.
Oporność wyjścia: <10 Ω
Wymiary (S x W x G): 430 x 130 x 365mm
Waga: 15 kg
Gold Note PA-1175
Moc: 175W/kanał (8Ω) i 350W(8Ω) mono BTL
Pasmo przenoszenia: 1Hz-100kHz +/-1dB
Zniekształcenia harmoniczne THD: <0.01% (20Hz-20kHz)
Stosunek sygnału do szumu: -110dB
Współczynnik tłumienia: przełączany 250 lub 25
Szybkość narastania napięcia (slew rate): 20V/µs
Wejścia audio: stereo RCA, stereo XLR
Czułość wejścia: 1000mV/ RCA i 4000mV/ XLR
Oporność wejścia: 47 kΩ
Wyjścia audio: rodowane termianale głośnikowe Gold Note BP-01 Rhodium Plated Binding Posts
Zużycie prądu: 800W max – < 1 W tryb jałowy
Wymiary (S x W x G): 430 x 135 x 370 mm
Waga: 25 kg
Gold Note XS-85
Pasmo przenoszenia: 30 Hz – 30 000 Hz
Czułość: 89dB SPL (2,83V / 1 m)
Impedancja znamionowa: 4 Ω
Moc: 30W – 300W
Sugerowana minimalna odległość odsłuchu: 1,5 – 2,0 m.
Wykorzystane przetworniki:
– wysokotonowy: 28 mm jedwabna kopułka
– średniotonowe: 2 x 150 mm papierowe przetworniki NEXTEL
– niskotonowe: 2 x 220 mmm przetworniki NEXTEL
Wymiary ( W x S x G ): 1280 x 357 x 665 mm
Waga (para): netto 180 kg, 200 kg brutto (wraz z opakowaniem)
Firma Falcon została założona w 1972 roku (jako Falcon Electronics) przez Malcolma Jones’a, pierwszego pracownika firmy KEF i projektanta takich głośników jak B139, B200, B110, T15, T27. Jones opuścił KEF-a w 1974 po zakończeniu projektu Reference Series 104 i skupił się wyłącznie na pracy we własnej firmie. Pierwotnie profil działalności miał się koncentrować na sprzedaży podzespołów na rynek DIY. Oprócz tego rozwinęły się też pokrewne rodzaje działalności. Opracowano szereg kitów głośnikowych. Na dużą skalę rozwinęła się produkcja cewek na rdzeniu ferrytowym. W latach 1980-tych i 90-tych nawijano setki tysięcy cewek rocznie i sprzedawano je do wielu producentów kolumn. Obecnie Falcon jest największym dostawcą głośników w Wielkiej Brytanii.
Falcon był firmą rodzinną prowadzona przez Valerie i Malcolma Jones. Po śmierci Valerie w 2008 roku Malcolm przeszedł na emeryturę w 2009, a firmę przejął Jerry Bloomfield. Malcolm zachował jednak związek z firmą jako konsultant.
Pierwszym modelem Falcona na naszym rynku jest LS3/5a. Te zestawy głośnikowe są produkowane na licencji BBC przez różne firmy. Falcon Acoustics podkreśla jednak unikalny charakter swojej wersji. Korzystając z doświadczenia Malcolma Jones’a zapewniono, że są to jedyne LS3/5a w pełni zgodne ze specyfikacją z lat 1970-tych, aczkolwiek wykonane precyzyjniej niż dawne oryginały. Pracują w nich produkowane w Wielkiej Brytanii głośniki Falcon B110 oraz Falcon T27, zaprojektowane przez Malcolma Jones’a, który projektował też oryginalne głośniki KEF B110 i KEF T27. Obudowa zamknięta jest wykonana ze sklejki i drewna bukowego. Kolumny mają impedancję nominalną 15Ω, efektywność 83dB/2,83V.
Kolumny Falcon BBC LS3/5a wykończone są w fornirach naturalnych. Warianty standardowe to European Cherry, European Walnut oraz European Elm. Warianty premium to Rosewood, European Yew oraz Butt Burr Walnut.
Cena za LS3/5a w wykończeniu standardowym to 11.990 złotych, a za kolumny w wykończeniu premium 12.490 złotych. Cena dedykowanych podstawek to 4.490 złotych.
Dystrybutor planuje też wprowadzenie na nasz rynek pozostałych modeli kolumn Falcona, trzech należących do serii R.A.M Studio oraz szczytowego modelu Falcon Reference.
Dystrybucją Falcon Acoustics zajmuje się Audio Atelier
Po parze wybornych indonezyjskich interkonektów Vermöuth Audio Reference RCA & XLR przyszła pora na kolejnego przedstawiciela topowej linii, czyli … przewód zasilający. Co prawda zdążyliśmy go dopiero rozpakować, zrobić wstępną sesję i w iście ekspresowym tempie wpiąć w system, by „kabelek” po długiej podróży mógł wreszcie zasmakować życiodajnego prądu, ale już teraz słychać, że … a nie, o tym napiszemy za czas jakiś ;-)
cdn. …
O ile podłogowe Evolution One (TAD-E1TX-K) po ostatnim Audio Video Show goniliśmy aż do Katowic, to już przeurocze monitory TAD Micro Evolution One (ME1) zostały dostarczone na testy praktycznie na sam środek OPOS-a (Oficjalnego Pokoju Odsłuchowego SoundRebels).
cdn. …
Najnowsze komentarze