Monthly Archives: styczeń 2020


  1. Soundrebels.com
  2. >

M33 jest flagowym modelem NAD, który wyróżnia się bogatym wyposażeniem, wbudowanym systemem multiroom BluOS, ekranem dotykowym ze szkłem Gorilla, 32-bitowym przetwornikiem cyfrowo-analogowym, pełnym dekodowaniem MQA i korekcją akustyki pokoju Dirac.

NAD Electronics, niezwykle ceniony producent wysoko zaawansowanych komponentów audio/wideo, podczas wystawy CES 2020 w Las Vegas zaprezentował nowy i unikatowy model z serii Masters. M33, wzmacniacz/DAC z BluOS™, może pełnić rolę serca referencyjnego domowego systemu. W swojej najprostszej postaci M33 jest ultra-zaawansowanym wzmacniaczem strumieniowym z doskonałym, audiofilskim dźwiękiem. Urządzenie w ramach ekosystemu BluOS można połączyć z innymi bezprzewodowymi odtwarzaczami sieciowymi w całym domu, co pozwala stworzyć zachwycający domowy system audio. M33 będzie dostępny od marca 2020 r.

Dzięki wykorzystaniu nowej technologii amplifikacji HybridDigital Purifi Eigentakt™, M33 kontynuuje długą tradycję NAD w identyfikowaniu i tworzeniu przełomowych technologii wzmocnienia. Z mocą wynoszącą co najmniej 200 W na kanał rezultatem jest niesamowity realizm, potwierdzony ultra-niskim szumem i zniekształceniami. Zmierzona wydajność jest tak niesamowita, że zbliża się do granic nawet najczulszego i najbardziej wyrafinowanego dostępnego obecnie sprzętu testowego.

Jak wyjaśnia Cas Oostvogel, menadżer produktu NAD: „NAD Masters M33 jest prawdziwie najnowocześniejszym audiofilskim wzmacniaczem w tradycyjnym sensie, ale z wyraźną różnicą: jednocześnie w pełni odpowiada na potrzeby nowoczesnego świata, w którym większość muzyki dostarczana jest poprzez Internet, a cały katalog nagrań muzycznych dostępny jest na wyciągnięcie ręki. To oczywiście wspaniała wygoda. Ponadto zdolność M33 do odtwarzania tej muzyki w systemie audio multiroom zapewnia więcej radości, prostoty i wartości”.

Strumieniowanie muzyki high-res BluOS, wszędzie

Niezwykła w odniesieniu do produktów często kojarzonych z bogactwem funkcji jest intuicyjna obsługa M33, którą zapewnia 7-calowy kolorowy wyświetlacz dotykowy w połączeniu z BluOS. NAD uznaje BluOS za najbardziej zaawansowany dostępny system operacyjny do sieciowego strumieniowania i obsługi multiroom.

BluOS, lider innowacji wśród prawdziwie bezprzewodowych systemów high-res multiroom, opracował sukcesywnie rozwijany ekosystem kompatybilnych produktów, ściśle integrując sprzęt i oprogramowanie, aby zapewnić użytkownikowi niesamowite wrażenia.

Oprócz funkcji multiroom kolejnym udogodnieniem BluOS jest możliwość strumieniowania high-res. Ta ostatnia z pełnym wsparciem dekodowania MQA* z lokalnego dysku NAS lub współdzielonego dysku, a także z internetowych serwisów strumieniowych audio. Wśród około 20 wspieranych serwisów, które oferują treści high-res, są Tidal, Deezer, Qobuz, Amazon HD i inne. Serwisy muzyczne takie jak Spotify, Amazon Music, Slacker, TuneIn, nugs.net i wiele innych także są obsługiwane.

Dzięki BluOS M33 zachowuje wszystkie audiofilskie funkcje, a ponadto dodaje szereg udogodnień, które zwiększają możliwości urządzenia przy równoczesnym ułatwieniu obsługi. Kontrolowany za pomocą aplikacji BluOS, dołączonego pilota zdalnego sterowania lub głosowo za pośrednictwem dowolnego urządzenia kompatybilnego z Amazon Alexa lub asystentem Google, nie wymaga korzystania z dotykowego panelu M33. Aby rozszerzyć lokalizacje multiroom, dodanie dodatkowych pokoi jest zarówno łatwe, jak i niedrogie.
*w trakcie certyfikacji M33 MQA

Wbudowana korekcja akustyki pokoju Dirac Live

Eksperci są zgodni, że najsłabszym ogniwem w większości systemów audio jest akustyka pomieszczeń, z odbiciami w pokoju, które pogarszają balans tonalny i dynamikę. Dirac, jeden z najbardziej cenionych dostępnych systemów korekcji akustyki pokoju, nie tylko dostosowuje się do charakterystyki częstotliwościowej, ale w przeciwieństwie do innych tego typu systemów optymalizuje także odpowiedź impulsową. Poprzez optymalizację interfejsu głośnik/pokój muzyka brzmi naturalniej i realistyczniej.
Wraz z M33 dostarczany jest precyzyjny mikrofon do pomiaru charakterystyki akustycznej pomieszczenia w miejscu odsłuchu i wokół niego, dzięki czemu system można precyzyjnie skalibrować pod kątem uzyskania najlepszej jakości dźwięku. Rezultatem jest znacząco udoskonalona scena dźwiękowa, przejrzystość, wyrazistość głosu, a także głębszy i bardziej sprężysty bas.

Każdy z pięciu profili pamięci Dirac może przechowywać unikalny pomiar pomieszczenia (na przykład inną akustykę z zasuniętymi lub odsuniętymi zasłonami bądź inną pozycję odsłuchu) lub różne krzywe docelowej częstotliwości w celu dopasowania do własnego gustu muzycznego lub gatunku. M33 obsługuje również niezależne wyjścia subwooferowe, kompatybilne z zaawansowanym systemem zarządzania basem (Bass Management) Diraca.

Modułowa konstrukcja MDC (Modular Design Construction) zapewnia elastyczność i długotrwałą wartość

W swojej standardowej postaci M33 jest kompletną konstrukcją z szeroką gamą wejść/wyjść, BluOS, Dirac, HDMI i wieloma innymi w pełni zintegrowanymi udogodnieniami. Dzięki temu model ten spełnia oczekiwania nawet najbardziej wymagających użytkowników. Aby zminimalizować ryzyko przedwczesnego postarzenia się, M33 wyposażony jest w dwa sloty MDC, które umożliwiają dalszą rozbudowę urządzenia. NAD wprowadził platformę MDC ponad 10 lat temu i umożliwił aktualizowanie urządzeń o nowe technologie, które były nieosiągalne w momencie wprowadzania produktu.

Połączenie i bezprzewodowa elastyczność

Bez względu na to, czy chcesz podłączyć źródła cyfrowe czy analogowe, M33 jest tak dobrze wyposażony, że umożliwia podłączenie każdego z nich: sześć wejść cyfrowych i trzy wejścia analogowe, wliczając gramofonowe MM/MC.

Na tylnym panelu znajdują się dwa zestawy zacisków wyjść głośnikowych umożliwiających bi-wiring oraz dwa wyjścia subwooferowe z w pełni konfigurowalną cyfrową zwrotnicą. Apple AirPlay 2 i Bluetooth aptX HD umożliwiają bezprzewodowe przesyłanie dźwięku z telefonu lub tabletu.

Wbudowane złącza gramofonowe i słuchawkowe

M33 wyposażony jest w wysokiej jakości przełączalny przedwzmacniacz gramofonowy obsługujący wkładki MM i MC, który z łatwością może konkurować z wyspecjalizowanymi konstrukcjami zewnętrznymi. Precyzyjna korekcja RIAA, wyrafinowany filtr infradźwiękowy z eliminacją fazy i ogromny zapas przeciążenia pozwalają wydobyć z płyt winylowych wszystko co najlepsze.

Z kolei entuzjaści słuchawek docenią jakość dźwięku dyskretnego wzmacniacza słuchawkowego, który potrafi wysterować nawet planarne i studyjne słuchawki o wysokiej impedancji. Z wysokim napięciem i niską impedancją wyjściową słuchawki zabrzmią najlepiej jak potrafią. Z myślą o użytkownikach, którzy chcieliby korzystać ze słuchawek, ale nie ograniczać się przewodem, projektanci zastosowali zintegrowany moduł Bluetooth aptX HD, pozwalający cieszyć się bezprzewodowymi słuchawkami.

Atrakcyjne wzornictwo i wyjątkowa ergonomia

W pełni aluminiowa obudowa jest elegancka i praktyczna. Pojedyncze pokrętło regulacji głośności wspomagane jest przez kolorowy wyświetlacz dotykowy TFT. Sztywne panele wyposażone w magnetyczne, punktowe stopki izolacyjne zapewniają solidną podstawę dla wielowarstwowych płytek drukowanych i skomplikowanej konstrukcji wewnętrznej. M33 urzeczywistnia nowoczesne i świeże spojrzenie na tradycyjny wzmacniacz stereo, ale z funkcjami i jakością dźwięku z przyszłości.

Łatwa integracja z inteligentnym domem

BluOS pozwala na głosowe sterowanie systemem dzięki pełnej integracji z dowolnym urządzeniem zgodnym z Amazon Alexa lub asystentem Google. Natomiast dzięki AirPlay 2 możliwa jest także obsługa poprzez Siri. Wiele uwagi poświęcono temu, aby M33 był w pełni kompatybilny z wszystkimi wiodącymi systemami domu inteligentnego dostarczanymi przez czołowych producentów, takich jak Apple, Crestron, Control4, Lutron, KNX i wielu innych.

Oznacza to, że wraz z oświetleniem, roletami, instalacjami HVAC i systemami bezpieczeństwa, integrator lub użytkownik może z łatwością sterować systemem muzycznym multiroom BluOS za pomocą wspólnego interfejsu. Każda integracja została certyfikowana pod kątem niezawodności działania. Specjalne aplikacje BluOS dla tabletów i smartfonów z iOS lub Android, a także obsługa z poziomu komputera z systemem Windows lub Apple OS oferowane są bezpłatnie i regularnie aktualizowane.

Najważniejsze funkcje NAD Masters M33
• wzmacniacz strumieniujący DAC BluOS
• technologia amplifikacji HybridDigital Purifi Eigentakt™
• moc ciągła: 200 W przy 8/4 Ω
• DAC ESS Sabre
• korekcja akustyki pokoju Dirac Live
• kolorowy wyświetlacz dotykowy TFT
• integracja multiroom BluOS
• 2 sloty MDC do przyszłej rozbudowy urządzenia
• bezprzewodowa obsługa z Apple AirPlay 2 i integracja z Bluetooth aptX HD
• kompleksowa łączność cyfrowa i analogowa, w tym HDMI eARC
• bezproblemowa integracja z wiodącymi systemami do obsługi domu inteligentnego

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Métronome AQWO

Opinia 1

Wbrew co i rusz rozpowszechnianym przez „życzliwych” pogłoskom o rychłej śmierci srebrnych krążków sytuacja na rynku Hi-Fi i High-End wydaje się temu przeczyć. Zamiast bowiem wzorem operującej na budżetowych pułapach hipermarketowej braci zwijać żagle i w owczym pędzie odcinać się od przeszłości grubą kreską, stawiając wszystko na jedną kartę – pliki, większość „wysokopółkowych” graczy nie tylko zachowuje stoicki spokój, co z żelazną konsekwencją rozwija swe portfolio cyfrowych odtwarzaczy fizycznych nośników. Do powyższego grona zalicza się również francuski Métronome, który w maju 2018 r – na monachijskim High Endzie zaprezentował szerszemu gronu swój najnowszy „dyskofon”. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż AQWO, bo tak właśnie został ochrzczony ów odtwarzacz, oprócz standardowych płyt CD, jako pierwszy w historii marki, jest również zdolny poradzić sobie z „gęstymi” krążkami SACD. Rychło w czas, jak na ponad dwadzieścia lat od wprowadzenia praktycznie martwego obecnie formatu, nieprawdaż? Zanim jednak zaczniemy pukać się z politowaniem w czoło, warto zastanowić się do jakiego odbiorcy Métronome kieruje swój najnowszy odtwarzacz. Czy jest nim przeciętny zjadacz chleba zadowalający się darmowym Spotify w dalekiej od naszych wymagań jakości, czy wysmakowany audiofil i meloman uparcie dążący do upragnionej nirwany? Jeśli znacie Państwo odpowiedź na powyższe pytanie, to doskonale wiecie, że takim, w pewnym sensie, dziwakom jak my – audiofile, żadna nisza niestraszna. Przeżyliśmy „upadek” czarnej płyty, odtrącenie taśm, więc i dalsze wymieranie gatunków przetrwamy, a że przy okazji zostaniemy zepchnięci do kolejnej niszy, prawdę powiedziawszy zaskakująco mało nas interesuje. Liczy się za to fakt, że czy to z pomocą tytułowego Métronome AQWO, czy podobnych mu urządzeń mamy wolność wyboru czego – jakiego formatu i w jakiej jakości słuchamy. Jeśli zastanawiacie się zatem cóż też smakowitego wysmażyli francuscy mistrzowie audiofilskiej kuchni molekularnej serdecznie zapraszam na nasze redakcyjne trzy po trzy.

Nie wiem, jak z Państwa punktu widzenia, lecz z mojej perspektywy i przez pryzmat lat spędzonych na odsłuchiwaniu, fotografowaniu a czasem i pożądaniu najprzeróżniejszych urządzeń z segmentu Hi-Fi i High-End już na pierwszy rzut oka Métronome AQWO zdradza swoje pochodzenie. Chodzi bowiem o to, że ma w sobie coś z na swój sposób kultowych odtwarzaczy Micromegi z serii Stage. Oczywiście sam układ frontu, czy nawet typ mechanizmu (top-loader vs zwykła szuflada) wykluczają bliźniacze podobieństwo, ale swoista kanciastość i surowość formy wydają się natywne dla produktów znad Loary. Jeśli jednak ktoś niespecjalnie ma ochotę na audiofilskie ekshumacje dawno zapomnianych przez nowożytnych odbiorców modeli spieszę donieść, że rezydująca nieopodal Tuluzy (Z.A. Garrigue Longue) ekipa R&D przyłożyła się nie tylko do trzewi, lecz również designu tytułowego odtwarzacza. A właśnie – w niniejszej recenzji pozwolę sobie na pewien myślowy skrót i AQWO określać będę mianem odtwarzacza, choć de facto mamy do czynienia z klasycznym przykładem 2w1, gdzie oprócz obsługi srebrnych krążków otrzymujemy pełnoprawny przetwornik D/A, czyli DAC. Jednak ad rem. Front wykonano z masywnego płata anodowanego aluminium, w którego centrum wkomponowano imponujący 6,5” kolorowy, dotykowy wyświetlacz o ultra-panoramicznych, iście kinowych proporcjach 21:9. Jego obecność w sposób totalny, czyli do zera, zredukowała obecność standardowych przycisków. Na płycie górnej znajdziemy za to manualnie przesuwaną pokrywę ukrytego w niewielkiej niecce transportu CD/SACD wykonywanego na zamówienie przez D&M. Na wyposażeniu znajduje się stosowny, stabilizowany siłą niewielkich magnesów docisk z tworzywa Delrin® (Polyoxymethylene POM produkowany przez koncern DuPont). Miłą niespodzianką dla nocnych marków jest błękitna dioda oświetlająca komorę napędu, co szalenie ułatwia operowanie płytami nawet przy pełnym zaciemnieniu pomieszczenia odsłuchowego.
Nad wyraz atrakcyjnie prezentuje się również ściana tylna naszego dzisiejszego gościa, na której oprócz masywnego włącznika głównego i zintegrowanego z bezpiecznikiem gniazda IEC znajdziemy logicznie rozplanowane poszczególne bloki interfejsów. I tak górna linia przypadła w udziale wyjściom cyfrowym – HDMI pełniącemu rolę magistrali I²S dla sygnałów SACD, AES/EBU, koaksjalnemu i Toslink. Poniżej w równym rządku przycupnęły zdublowane gniazda AES/EBU, koaksjal i Toslink wspomagane koniecznym do obsługi najwyższych gęstości sygnałów portem USB. Domenę analogową reprezentują dwa duety gniazd RCA i XLR.
Sercem odtwarzacza jest para przetworników AKM AK4497 z referencyjnej serii Velvet Sound Verita zdolna obsłużyć zarówno sygnały PCM 768 kHz/32-bit, jak i DSD512. Oprócz tego w stopniu wyjściowym może, bo wcale nie musi – po pierwsze jest opcjonalna a po drugie aktywowana z poziomu panelu głównego – poprzez kliknięcie stosownej ikony, para lamp JAN6922. Z dodatków dostępnych po kliknięciu na widocznym na frontowym ekranie logotypie otrzymujemy dostęp do predefiniowanych dla wykorzystywanych przetworników sześciu cyfrowych filtrów: Sharp/Slow/Super-Slow, Short Delay Sharp/Slow i Low Dispersion Short Delay roll-offs. Od razu uprzedzę fakty i zaznaczę, iż jednostki cierpiące na nerwicę natręctw z pewnością mogą popaść w dylematy rodem „osiołkowi w żłobie dano”, lecz większość użytkowników po nausznej weryfikacji na ulubionych nagraniach, powyższego wachlarza charakterystyk z pewnością wybierze swoją ulubioną, ustawi ją i zapomni o temacie. Nie będę nawet zgadywał która z nich przypadnie Państwu najbardziej do gustu, więc powiem – i tak, i tak będziecie musieli sami tę pracę domową odrobić a im szybciej się za nią weźmiecie, tym szybciej przestaniecie zaprzątać sobie nią głowę.

Przejdźmy jednak do meritum, czyli do brzmienia, które jak przystało na rasowy high – endowy multiformatowiec, a za taki z pewnością możemy uznać AQWO, już od pierwszych taktów jasno daje do zrozumienia, że żarty się skończyły i nikt tutaj jeńców brać nie zamierza. Mocny wstęp? I bardzo dobrze, bo taki właśnie miał być, gdyż decydując się na Métronome’a powinniśmy mieć świadomość, że jego rolą nie jest poprawianie, czy też maskowanie zarówno błędów popełnionych przez nas samych – przy konfiguracji systemu, w którym przyszło mu grać, jak i tych mających miejsce w trakcie sesji nagraniowych. Jeśli coś takiego miało miejsce możecie być Państwo pewni, że francuski odtwarzacz nie omieszka Was o tym poinformować.
Jeśli nie wiecie do czego piję pozwolę posłużyć się przykładem opartym na dalekiej od audiofilskich wzorców twórczości formacji Megadeth. Włączmy najpierw „współczesny”, bo datowany zaledwie na 2013 r. album „Super Collider”. I? Nie, to nie Państwa sprzęt się popsuł, ten krążek tak właśnie brzmi – cienko jak zadek węża i płasko jak anorektyczna modelka na wybiegu któregoś projektującego z myślą o wieszakach nienawidzącego kobiet frustrata. Wystarczy jednak zmienić wsad na sygnowany przez MFSL „Countdown To Extinction”, by pozostając w tej samej thrash metalowej estetyce odkryć, iż w tej jakże pozornej kakofonii drzemie oczywista głębia, trójwymiarowość i … wyrafinowanie. Wniosek wydaje się oczywisty – powodem początkowego niesmaku wcale nie był wybór kontrowersyjnego, przynajmniej jak na recenzenckie realia gatunku muzycznego, lecz de facto jakość (a raczej jej brak) samej realizacji. Czy uprawnionym jest zatem obwinianie odtwarzacza za taki a nie inny efekt prezentacji? Oczywiście powyższe pytanie ma charakter czysto merytoryczny, gdyż chociaż już Sofokles w „Antygonie” stwierdził, iż „Nikt nie kocha posłańca, który przynosi złe wieści”, to akurat w naszym przypadku sprawa wydaje się całkowicie jasna i klarowna – otrzymujemy prawdę taką, jaka ona jest. Niezależnie od tego, jaka by ona nie była.
Métronome gra bowiem niezwykle rozdzielczym a jednocześnie czystym, gładkim dźwiękiem, lecz niespecjalnie toleruje sytuacje, gdy serwowana mu strawa sprawia, że nie może powyższych cech przekazać dalej. Wije się wtedy jak piskorz męcząc zarówno się, jak i słuchaczy. Delikatne ukojenie, obydwu stronom, czyli tak odtwarzaczowi, jak i odbiorcom przynosi uaktywnienie lampowego stopnia wyjściowego, choć proszę nie spodziewać się po nim nie wiadomo jakich cudów, bo z próżnego to i AQWO nie naleje. Ot, średnica dostaje lekki zastrzyk saturacji i mięsistości, lecz zarówno krótki, twardy i piekielnie szybko kopiący bas, oraz krystaliczna góra nie tyle pozostają na swoich miejscach, co nigdzie się nie wybierają. Niemniej jednak była to opcja, z której korzystałem nad wyraz często.
Wystarczy jednak sięgnąć po zarejestrowany w belgijskim Galaxy materiał „Ferdinando Fischer: From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna bądź którekolwiek z przewijających się w naszych recenzjach nagrań sygnowanych przez 2L, jak daleko nie szukając diametralnie różne od powyższego „Tomba sonora” Stemmeklang / Kristin Bolstad, by odkryć drugie, zdecydowanie bardziej łaskawe oblicze francuskiego dyskofonu. Métronome zamiast piętnować wady zaczyna skupiać się na eksploracji wszelakiej maści smaczków, detali i niuansów dających wielce namacalne wyobrażenie tak o warunkach akustycznych pomieszczeń, w których konkretnych nagrań dokonano, jak i samej aury otaczającej muzyków i wokalistów. Z niezwykłą swobodą i zaangażowaniem tka misterną pajęczynę dźwięków zawieszonych w smolisto czarnej otchłani sprawiając, że podczas odsłuchu czas nie tyle się zatrzymuje, co płynie całkowicie niezależnie od otaczającego nas bezrefleksyjnego pędu. To muzyka nadaje tempo a nie kolejne deadline’y wyznaczane w globalnych korporacjach.
A właśnie – timing, czyli zagadnienie, które w przypadku Métronome’a wydaje się może nieoczywiste, jednak to właśnie ono jest tutaj kluczowe. Co ciekawe jego sedno wcale nie leży w jakiejś zaraźliwej motoryce niepozwalającej spokojnie usiedzieć w miejscu, co mam niejako na co dzień dzięki obecności w swym dyżurnym torze Ayona CD-35, lecz zagnieżdżone jest na nieco głębszych pokładach wrażliwości. Sięga bowiem mikrodynamiki i to właśnie tam kreuje szkielet, na jakim budowana jest cała narracja przekazu. Jeśli jednak obawiacie się Państwo zbyt „kruchej” struktury, to spieszę Was uspokoić, że zupełnie niepotrzebnie, bowiem nawet power metalowe albumy japońskiej formacji GALNERYUS „Into The Purgatory”, oraz nieco starszy, pochodzący z 2012 r „Angel of Salvation” z epickim czternastominutowym utworem tytułowym z tematem przewodnim opartym na „Koncercie skrzypcowym D-dur op.35” Czajkowskiego w sposób całkowicie jednoznaczny pokazują, iż wszystko jest w jak najlepszym porządku. Po prostu francuski odtwarzacz spektakl buduje od szczegółu do ogółu i jeśli się z tym faktem pogodzimy nie powinniśmy mieć dalszych wątpliwości co do jego umiejętności radzenia sobie nawet w tak ekstremalnych, jak powyższe sytuacjach.

Métronome AQWO to odtwarzacz/DAC grający ze swoimi odbiorcami w otwarte karty. Już od pierwszych taktów jasno daje do zrozumienia, że zdecydowanie bardziej komfortowo czuje się z dobrymi realizacjami i prawdziwymi muzykami z krwi i kości, aniżeli nagraniami popełnionymi byle jak i przez byle kogo. Nie oznacza to bynajmniej, iż powinni się nim zainteresować jedynie legendarni „trzypłytowi audiofile”, gdyż już mój – w pełni świadomy, wybór materiału testowego pokazuje, że i ekstremalne odmiany ciężkiego Rocka mu niestraszne. Jednak mając na uwadze jego bezkompromisowe podejście w dążeniu do prawdy, jaka by ona nie była, warto uwzględnić to przy konfiguracji systemu w jakim przyjdzie mu pracować i z umiarem dozować ukierunkowane na analityczność komponenty.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Choć nasza zabawa w opiniowanie sprzętu audio opiera się o dość swobodny dobór urządzeń, dziwnym trafem jakoś nie po drodze nam z konstrukcjami znad Loary. Co prawda po dogłębnej analizie naszego testowego portfolio, okaże się, iż jednak kilka zderzeń z francuskimi wyrobami spod znaku Triangle’a, Focala, czy Davis Acoustics przez ostatnie sześć lat udało nam się zaliczyć, jednak prawdę mówiąc, pomijając ostatnio oceniany zestaw Jadis, jest to kropla w morzu potencjalnych możliwości. Co jest tego przyczyną niestety nie jestem w stanie zdiagnozować, jednak bez względu na wspomniany trend mam dzisiaj dla Was dobrą informację. Otóż nieco zagęszczając harmonogram testów urządzeń z regionu zamieszkałego przez smakoszy winniczków, mam przyjemność zaprosić wszystkich zainteresowanych na spotkanie z Métronome AQWO – idącym trochę pod prąd obecnej modzie na pliki francuskim 2w1 – odtwarzaczem płyt CD/SACD z funkcją DAC-a. Zaskoczeni, że ktoś nadal oferuje źródła oparte o srebrne krążki? Ja w najmniejszym stopniu nie. Ba, jestem z takiego podejścia do tematu wielce kontent a w celach porządkowych podobnych sobie akolitów fizycznych nośników informuję, iż wspomnianą tytułową zabawkę dystrybuuje i naturalnie dostarczył to testu stacjonujący w Poznaniu Koris.

W przypadku tytułowego odtwarzacza Métronome’a mamy do czynienia z unikającą wizualnego rozgłosu prostotą bryłą. Jednak minimalistyczny design nie wynika z „optymalizacji kosztów własnych”, czyli oszczędnościach w obszarze wzornictwa przemysłowego, lecz jest pochodną jego głównych założeń konstrukcyjnych. Warto bowiem nadmienić, iż AQWO jest klasycznym top loaderem, w którym płyty aplikujemy od góry – do dedykowanej komory, a nie przy pomocy usytuowanej na froncie zwyczajowej szuflady, czy też ostatnimi czasy modnej szczeliny. To zaś przed potencjalnym użytkownikiem stawia wymagania typu: zapewnienie CD-kowi odpowiedniej odległości od znajdującej się nad nim potencjalnej półki z innym komponentem, lub posadowienie go na zazwyczaj będącej najważniejszym miejscem audiofilskiego ołtarza szczytowej platformie nośnej naszego stolika. Idąc dalej tropem technikaliów nie mogę nie wspomnieć o kilku istotnych dla wielu miłośników muzyki zaletach Métronome’a. Otóż oprócz obsługi przywołanych formatów CD i SACD, Francuz oferuje dodatkowo dostęp do wewnętrznego przetwornika cyfrowo-analogowego, możliwość wyboru jednego z sześciu filtrów dekodujących odczytany z płyty cyfrowy sygnał, a także ku zadowoleniu wielu piewców szczypty słodyczy w brzmieniu swoich układanek możliwość wykorzystania podczas słuchania muzyki wariantu wyjścia sygnału analogowego przez stopień lampowy. Tak, tak, jednym ruchem czy to ręki na zlokalizowanym na froncie wielkim wyświetlaczu dotykowym, czy za pomocą dostarczonego w komplecie pilota, jesteśmy w stanie mocno zmienić brzmienie generowanego materiału. To znaczy? O tym za moment. Najpierw wieńcząc akapit techniczny dodam jeszcze, iż powyższe funkcjonalności wymusiły na konstruktorach wygospodarowanie na awersie urządzenia sporej oferty przyłączy. I tak patrząc od lewej strony znajdziemy na nim włącznik główny, gniazdo zasilania, podwojone wejścia cyfrowe: AES/EBU, SPDIF i TOSLINK, pojedyncze wyjścia cyfrowe SACD (HDMI I²S), AES/EBU, SPDIF i TOSLINK, a także pojedyncze wyjścia liniowe XLR i RCA. Tak uzbrojony wielofunkcyjny kombajn posadowiono na trzech zaaplikowanych w celach jak najlepszej eliminacji szkodliwych wibracji podłoża stopach.

Rozpoczynając przybliżanie pomysłu francuskiej myśli technicznej na pokazanie świata muzyki przypomnę, iż AQWO w swych układach elektrycznych oferuje dwa wyjścia sygnału. Tak tak, piję do stopnia lampowego. Otóż na co dzień obcując z dość gęstym systemem audio, na początek nie omieszkałem sprawdzić, czy posmak szklanych baniek w fonii nie spowoduje zbytniej ilości cukru w cukrze. I wiecie co? Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu okazało się, iż owszem, Métronome przesunął sznyt brzmienia mojego zestawu w kierunku lampowej eufonii, jednak zrobił to na tyle umiejętnie, że prawie cały test przebiegł z wykorzystaniem wspomnianego analogowego dodatku. Dlaczego nie cały? O tym za moment. Jak zatem wyglądał przekaz w zdecydowanej większości procesu opiniowania? Znakomicie. Fajna plastyka, która oczywiście delikatnie gładząc ostrość kreski rysującej wirtualne byty, nie powodowała sprawiającego na dłuższą metę zbytniego uśredniania muzycznych opowieści. Było gładko, ale gdy wymagał tego materiał z werwą. Co ciekawe, szczypta lampy powodowała delikatne zaciemnienie na scenie, co w zaskakujący sposób dobrze oddawało jej rozbudowaną głębię. A gdy na koniec dodam, iż dzięki wspomnianej pracy w zakresie nasycenia i barwy odtwarzacz świetnie prezentował się w domenie energii średnicy, okaże się, że w tych korporacyjnych, nastawionych na pęd ku karierze bez oglądania się za siebie czasach, jest jednym z nielicznych urządzeń na rynku naprawdę pozwalających odprężyć się przy ukochanych płytach. W takim duchu wypadała większość testowych pozycji płytowych typu Paul Bley z Garym Peacockiem i Paulem Motianem w kompilacji „When Will The Blues Leave”, czy Buddy Guy z materiałem „Skin Deep”. Świetne oddanie wszelkiego rodzaju opartego o prace w średnim zakresie częstotliwości instrumentarium, czyli monumentalny fortepian, pełen barwy, energii i oczywiście z informacją o strunie i pudle kontrabas, powodowało, że w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało mi wspomniane lekkie zaokrąglenie krawędzi dźwięku z wyjścia lampowego. Po prostu zanurzałem się w tej twórczości bez prób wybierania co lepszych kawałków, tylko słuchałem od przysłowiowej deski do deski. Owszem, atak był lekko kulturalniejszy, jednak na przekór potencjalnym przewidywaniom nie posiadał oznak ospałości. Podobnie zniewalał mnie wywołany do tablicy Buddy Guy. Jednak w tym przypadku muzyk do zaczarowania mojej bardzo wyczulonej na zbytnie uśrednienie przekazu duszy melomana używał swojego głosu. Oczywiście w całej jego muzycznej opowieści niebagatelną rolę odgrywała również obsada instrumentalna, jednak z racji potencjalnego powtarzania pochwał zaczerpniętych z trio Paula Bley’a wspominam tylko o frontmanie.
Naturalnie to są tylko tak na szybko przywołane do tablicy, najlepiej wypadające około jazzowe i bluesowe przykłady, gdyż w podobnym tonie wybrzmiewał również dobrze nagrany rock. Dlaczego tylko dobrze nagrany? I tutaj w mojej ocenie umiejętności sonicznych przedstawiciela Francji dochodzimy do drugiego „ja” testowanego odtwarzacza. Mianowicie w swej złośliwości postanowiłem zderzyć go z materiałem grupy Slayer. Jak wieść gminna niesie, panowie nie przebierając w słowach mają gdzieś jakość realizacji swoich popisów, co często natychmiast okazuje się być jeśli nie niesłuchalne, to przynajmniej zmusza okopanego w postanowieniu przebrnięcia przez lubiany materiał słuchacza, do decyzji walki o jakiekolwiek zrozumienie rozgrywających się w jego pokoju wydarzeń scenicznych. Co mam na myśli? W najprostszych słowach w zdecydowanej większości fan danego zespołu odczytuje intencje artystów z dostarczonej w etui płyty książeczki, lub sam dopowiada sobie wykrzyczane kwestie wokalne i zlane w jedną papkę interwały instrumentalne. I niestety w poprawie odbioru tego typu orgii zazwyczaj nie pomaga nic. Jednak określenie zazwyczaj nie oznacza nigdy, Co mam na myśli? Oczywiście w odruchu ratunku przed bólem uszu postanowiłem zrezygnować z lampowego stopnia wyjściowego. Efekt? No nie, nie zrobiło się bajecznie niczym realizacje rodem z masteringu XRCD24 oficyny JVC, ale ku mojemu zaskoczeniu muzyka nagle zdawała się być zrozumiała i nawet w pewien sposób porywająca. Przy okazji ostrzejsza w brzmieniu, ale przecież w takim duchu powstawała, dlatego nawet jeśli to nie była moja codzienna bajka, z nutką przyjemności, dla potwierdzenia zauważonej poprawy odtwarzania muzyki buntu zapodałem sobie kilka zrealizowanych w podobnym tonie srebrnych krążków. Jednak przypominam, to był margines moich doświadczeń, jednak w momencie takiej odmiany słabo wydanych nagrań nie mogłem o tym nie wspomnieć, a co dla Was może okazać się ważnym elementem procesu zakupu.

Jak się okazuje, mnie najbardziej przypadła do gustu opcja malowania świata nutką lamp próżniowych. Jednak ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu w pierwszym kontakcie zbyt neutralna prezentacja bez szklanych baniek w torze, w obszernym dziale muzycznym – słabo zrealizowany rock – okazała się być, jeśli nie niezbędna, to co najmniej bardzo przydatna. Która twarz Métronome’a AQWO przypadnie Wam do gustu, okaże się podczas osobistych zderzeń. Ja po tych kilkunastu dniach zabawy z francuskim odtwarzaczem mogę powiedzieć jedno. Będące głównym bohaterem testu w dobrym tego słowa znaczeniu dwulicowe źródło, nie dość, że w znakomitej większości pozwoli Wam odprężyć się przy muzyce bez oglądania się na pędzący dookoła świat, w momencie chęci obudzenia się z tego co prawda przyjemnego, to jednak nie mogącego trwać wiecznie letargu, nawet przy użyciu słabego materiału muzycznego zrobi to w dobrym jakościowo stylu. A to potrafią nieliczni.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15. Vitus Audio SL-103
– końcówka mocy: Vitus Audio SS-103
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Koris
Cena: 12 800 € + 1 070 € lampowy stopień wyjściowy

Dane techniczne
Napęd: wykonywany na zamówienie SACD D&M z dociskiem z Delrin®
Rozdzielczość przetwornika: 32 bits / 384 kHz dual mono
Wejścia cyfrowe:
– asynchroniczne USB typ B (32/384)
– S/P DIF 75 Ω RCA x2
– AES-EBU 110 Ω XLR x2
– Optyczne Toslink x2
Wyjścia cyfrowe:
– I²S HDMI
– S/P DIF 75 Ω RCA
– AES-EBU 110 Ω XLR
– Optyczne Toslink
Wyjścia analogowe:
– para RCA: 1.4/2.5/3 V RMS @0dB – 47 kΩ
– para XLR: 1.4/2.5/3 V RMS @0dB – 600 Ω
– opcjonalne wyjście lampowe z dedykowanej płytki
Pobór mocy: 40 VA
Wymiary (S x W x G): 425 x 130 x 415 mm
Waga: 15 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Vitus Audio SL-103 & SS-103

Opinia 1

Być może wyda się to Wam bardzo naciągną teorią, jednak bez zbytniego krygowania się jestem w stanie wygłosić twierdzenie, iż nie ma w naszym kraju zorientowanego audiofilsko osobnika homo sapiens, który nie znałby będącej obiektem dzisiejszego testu duńskiej marki Vitus Audio. Owszem, być może istnieje pacjent odznaczający się brakiem jakiegokolwiek kontaktu z produktem jej szerokiego portfolio na własnym podwórku, jednak nie wyobrażam sobie sytuacji niespotkania się z nią na mocno sygnalizujących ów byt wystawach, czy choćby w konfiguracjach znajomych melomanów, gdyż biorąc pod uwagę częste zakulisowe dyskusje o pokazach omawianej marki jest praktycznie niemożliwe. I bez znaczenia jest, czy należymy do grona jej fanów lub oponentów. Ważne, że Ole Vitus ze swoimi zabawkami znakomicie wpisuje się w panteon rozdających karty nie tylko na naszym rynku, ale również na świecie producentów elektroniki segmentu High End. Zgadzacie się? Choć tak prawdę mówiąc nie ma to znaczenia, bowiem w moim odczuciu nowe posunięcie duńskiego brandu nawet w momencie obecnego wyrównania populacji potencjalnych zwolenników i przeciwników, po osobistym zapoznaniu się najnowszymi odsłonami znanych od lat konstrukcji, znacząco przechyli szalę na korzyść tych pierwszych. Powód? Może nie rewolucyjne z perspektywy całości projektów elektrycznych, ale znaczące w kwestii dźwięku zmiany układów sekcji przedwzmacniaczy i modułów wejściowych końcówek mocy. Czyli? Tego dowiemy się na bazie dostarczonego do testu zestawu przedwzmacniacza liniowego i stereofonicznej końcówki mocy Vitus Audio SL-103 i SS-103, o którego pojawienie się w naszych okowach zadbał katowicki dystrybutor RCM.

Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, aby spostrzec, iż oferta marki Vitus w kwestii szaty wzorniczej swoich produktów jest bardzo zunifikowana. To zawsze są w zależności od zadań danego komponentu, większe lub mniejsze, świetnie eliminujące szkodliwe drgania konstrukcji aluminiowe monolity. Co to oznacza? Po pierwsze są bardzo ciężkie. Jednak nie tylko z racji zastosowania wydajnych, a przez to masywych transformatorów w zasilaniu, ale w dużym stopniu również dzięki pancernej obudowie. I tak rozpoczynając opis testowanych zabawek od przedwzmacniacza liniowego SL-103 mamy do czynienia z pozoru prostą, jednak wykonaną z grubych aluminiowych blach, płaską skrzynką. Front jest wariacją sfokusowanych na jego zewnętrznych flankach dwóch grubych płatów wspomnianego przetworzonego glinu i centralnie umieszczonego, skrywającego w dolnej części wielofunkcyjny wyświetlacz, czernionego akrylu. Jeśli chodzi o temat obsługi, oprócz oferowanego jako opcja pilota, mamy do dyspozycji sposób manualny, który realizowany jest za pomocą wertykalnie ustawionych po trzy w rzędzie na każdym bocznym panelu, okrągłych przycisków. Tylna ścianka przyłączeniowa od pierwszego spojrzenia wyraźnie sugeruje, iż mamy do czynienia z produktem segmentu High End. Nie zauważymy na niej najmniejszych oszczędności, tylko na ile to możliwe, otrzymujemy do dyspozycji bogatą, bo zajmującą praktycznie całą powierzchnię, schodzących się symetrycznie ku centrum paletę wejść i wyjść w standardach RCA i XLR, dla których środkiem symetrii jest zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilania IEC.
Jeśli chodzi o końcówkę mocy SS-103, to idąc tropem wyglądu pre mówiąc kolokwialnie możemy uznać ją, oczywiście z drobnymi zmianami, za jego znacznie nadmuchaną kopię. To znaczy? Panel przedni pozostaje w tej samej estetyce. Natomiast drobnym zmianom poddano wydłużoną górną i dolną część obudowy poza tylną ściankę piecyka. Na bokach wzmacniacza zastosowano masywne radiatory jako wymienniki wytworzonego podczas pracy ciepła. W trosce o wspomniany bezpieczny bilans cieplny na dachu urządzenia zaaplikowano dodatkowo cztery podłużne panele wentylacyjne i równie przeźroczyste termicznie logo marki. Zaś ostatnią odmiennością jest znacznie uboższa z racji jedynie wzmocnienia dostarczonego sygnału audio, oferta przyłączy typu: pojedyncze wejścia liniowe RCA/XLR, również singlowo potraktowane terminale kolumnowe i centralnie zlokalizowane gniazdo zasilania IEC.

Przyznam szczerze, że po może nie pełnym, ale jednak solidnym zapoznaniu się przez ostatnie lata z możliwościami komponentów spod znaku Vitus Audio, zasłyszane od dystrybutora informacje o przeprojektowaniu układów wewnętrznych w kilku najnowszych wcieleniach znanych od lat i zbierających bardzo pozytywne opinie konstrukcji, tak prawdę mówiąc niespecjalnie kierowały moje oczekiwania w jakąkolwiek stronę. Po prostu nie wiedziałem, czego się spodziewać. Dodatkowej energii grania z jeszcze bardziej soczystą prezentacją świata muzyki? Ewentualnego, wówczas trochę zaskakującego w moich oczach odchudzenia kreowanych wirtualnych bytów? Nie miałem najmniejszego pojęcia. Czy w takim razie obawiałem się przekroczenia granicy dobrej, zawsze okraszonej solidną dawką barwy, uderzenia i swobody, prezentacji? Znając osobiście Ole Vitusa raczej nie. Bardziej chodziła mi po głowie myśl, co w starych modelach można było poprawić, aby obronić się przed pytaniami odbiorców odnośnie pojawienia się w cenniku nowych produktów. I? Sam w to nie chciałem uwierzyć, ale efekt soniczny dostarczonych do testu duńskich zabawek był znakomity. Czyli?
Trochę wyprzedzając fakty bez najmniejszych obaw o lobbowanie powiem, iż w dotychczasową, już pełną życia prezentację pomysłodawca i właściciel marki tchnął jeszcze szczyptę świetnie kontrolowanej, powodującej samoczynne machanie nóżką, poprawiającej efekt obcowania z muzyką na żywo energii, ale co zaskakujące, przy znacznym wzroście zjawiskowej rozdzielczości. Co to oznacza po przetłumaczeniu z polskiego na nasze? Otóż po wpięciu w mój tor zestawu SL-103/SS-103 muzyka zaczęła tętnić jeszcze większym, aniżeli dotychczas życiem. Stała się bardziej pulsująca, a przy tym znakomicie doświetlona. Jednak nie prostym zabiegiem rozjaśnienia wyższych rejestrów. Co to, to nie. Nadal było gęsto i sprężyście od samego dołu do wyższej średnicy i ku mojemu zaskoczeniu z jeszcze większym wglądem w najdrobniejsze niuanse brzmieniowe słuchanej muzyki. To natomiast już na starcie spowodowało znaczne powiększenie się w każdym aspekcie wirtualnej sceny, czym mogą pochwalić się tylko najlepsi. Przyznam, szczerze, że nawet teraz, kilka tygodni po okresie testów opisywanego zestawu nie wiem, jak udało się połączyć wodę w postaci nieprzebranych pokładów pełnego kontroli nasycenia, z ogniem, czyli bez wprowadzania sztucznego odchudzania przekazu, tchnąć weń tak niewiarygodną ilość danych. Przykład? Proszę, pierwszy z brzegu. Uwielbiana przeze mnie wokalistka Youn Sun Nah i jej mimiczno-gardłowa wirtuozeria. Nie mogłem nadziwić się sposobowi pokazania barwy, nasycenia i pełni erotyki jej głosu, przy okazji nie szczędząc mi prezentacji najdrobniejszego ruchu jej warg, mimowolnego mlaskania, czy przełknięć śliny. Ja wiem, to ociera się o rasowy seksizm, jednak wspominam o tym jedynie dla podkreślenia jakości oferowanego przez nasz dzisiejszy punkt zainteresowania dźwięku, a nie samczego napawania się pięknem kobiecej wokalizy. Ale żeby nie było, potencjalnych oponentów natychmiast sprowadzam do pionu, bowiem przywołane aspekty nie były celem nadrzędnym tej prezentacji, po kilku utworach stając się wręcz natarczywymi, tylko okazywały być co prawda fantastycznie pokazanymi, jednakże przecież od zawsze zapisanymi na płycie informacjami, brak istnienia których świadczy jedynie o ułomności systemu. Ok.
Muzyka oparta o celebrację głosu ludzkiego była wodą na młyn Duńczyków. Jak zatem poradzili sobie z ciężkimi klimatami? O tym za moment, gdyż zacznę od innego, często problematycznego dla wielu konstrukcji nurtu muzycznego w postaci nastawionego na ocieranie się o sposób grania free, ECM-owskiego jazzu spod znaku trio Paula Bley’a i tym podobnych. Co w tym takiego trudnego? A szaleńcze pasaże kontrabasistów? Nie wiem, jak dla Was, lecz w moim odczuciu najtrudniejszy w oddaniu zamierzonego aspektu brzmienia systemu nie jest fortepian, choć i ten dostojnością i dźwięcznością potrafił pokazać palcem wielu testowanym konstrukcjom, gdzie ich miejsce, nie wypełnienie i energia bardzo rzadko tak dobrze jak z Vitkiem oddawanej stopy perkusji, tylko kontrabas. Tak tak, te przerośnięte skrzypce położyły na łopatki niejeden zestaw. Owszem, w wolnych partiach spora rzesza produktów potrafiła sobie z nimi poradzić. Jednak gdy do głosu dochodziła feeria natychmiast następujących po sobie szarpnięć strun, okazywało się, że nie tylko dany zestaw nie dawał rady z pokazaniem ilości owych szarpnięć, to dodatkowo z braku utrzymania timingu nie był w stanie pokazać ich tonacji i czasu istnienia pojedynczego dźwięku w eterze. Niemożliwe do prawidłowego oddania przez system audio szaleństwo? Bynajmniej, gdyż Vitus wszelkie tego typu produkcje – a z racji uwielbiana tego rodzaju muzyki mam ich kilka, potraktował jak bułkę z masłem. Owszem, było soczyściej, niż mam na co dzień z Reimyo, ale za to znacznie lepiej w domenie kontroli, pulsowania energią i co najważniejsze czytelności ataków, a także samego wybrzmiewania strun. Nie wiem, jak to możliwe, jednak jak widać na przytoczonym przykładzie, niektórzy znają sposób na taką prezentację. A trzeba pamiętać, iż mój zestaw sam w sobie jest już mocno pokolorowany, co tym bardziej podkreśla kunszt produkowania high end-owych komponentów przez Ole Vitusa. Po tych dwóch próbach, chcąc być konsekwentnym, powinienem przybliżyć pozostałe rodzaje muzyki od ciężkiego rocka po elektronikę. Niestety z ręką na sercu przyznam się, iż byłby to jedynie dalszy pochwalny natłok informacji. To zaś z jednej strony mogłoby być odbierane jako drukowanie meczu, czego pochodzące z Danii produkty nie potrzebują. Zaś z drugiej tekst rozciągnąłby się do takich rozmiarów, że nawet wytrwały w redagowaniu moich wydumek Marcin mógłby popełnić rytualne seppuku. A przecież tak mnie, jak i z pewnością Wam nie zleży zamknięciu naszej, mniemam przynoszącej czasem ciekawe informacje działalności. Tak więc wieńcząc ten akapit jedynie dodam, iż biorąc pod uwagę przywołane artefakty kreujące byty muzyczne na wirtualnej scenie, nie spotkałem się z jakimkolwiek problemem nie tylko oddania wrzasku i związanej z nim atmosfery starych rockowych kapel w stylu AC/DC, czy Van Halen, ale również wywoływania mikro trzęsień ziemi w moim pokoju podczas słuchania elektronicznych tworów grupy The Acid z płyty „Liminal”.

Zaskoczeni, że przecież już uważany za wulkan energii duński set pre-power dało się wynieś na wyższy poziom sonicznego wtajemniczenia? Jeśli tak, to z czystym sumieniem stwierdzam, iż ja również. Owszem, byłem pewien umiejętności Ole Vitusa, jednak nie sądziłem, że prawie nie schodząc z obranej dźwiękowej ścieżki da się wycisnąć z jego elektroniki jeszcze tyle dobrego. Tak, dobrego, gdyż przypominam o moim mocno zmanierowanym barwowo zestawie, który nie zrobił na Vitusie najmniejszego wrażenia. Zatem w kim widzę docelowego klienta dla skandynawskiej myśli technicznej? Praktycznie nie ma żadnych ograniczeń, gdyż nie tylko nazbyt lekkie, ale również soczyste zestawy po aplikacji tytułowego tandemu z pewnością przeskoczą na znacznie wyższą niż dotychczas okupowaną poprzeczkę jakości dźwięku. To co, żadnych obwarowań? Wiecie co? Na siłę jednio znajdę. Jakie? A jakże. Jedynym wrogiem usłyszanej u mnie podczas testu prezentacji będzie wielbiciel przekraczającej zdroworozsądkowy punkt neutralności. Ale nie osobnik lubiący atak i szybkość wygaszania dźwięku ponad wszystko, gdyż to jest chlebem powszednim opisywanego Vitusa, tylko rasowy piewca latających w eterze żyletek. Niestety, nie dość, że na takich delikwentów duński duet na chwilę obecną nie ma pomysłu, to pokusiłbym się o tezę, iż nawet nie będzie próbował ich zadowolić. Powód? Nie do końca o to w ogólnym pojmowaniu obcowania z muzyką chodzi.

Jacek Pazio

Opinia 2

Choć z duńską elektroniką sygnowaną logiem Vitus Audio mamy zaskakująco częsty kontakt, czy to z racji odwiedzin w siedzibie dystrybutora – katowickiego RCM-u, czy też wizyt u znajomych, o corocznych relacjach z monachijskiego High Endu, oraz rodzimego Audio Video Show nawet nie wspominając, to tak naprawdę, na tle konkurencji gości ona w naszych skromnych progach niezbyt często. Niby na koncie mamy opisy przedstawicieli podstawowej serii Reference w postaci DAC-a RD-100 i integry RI-100, czy też kilka kombinacji alpejskich z wyższej Signature (SL – 102 & SM – 011, SP-102, MP-S201), w tym „pozakonkursowy” udział monsów SM-102 przydatnych przy okiełznywaniu Trenner & Friedl Duke, jednak moment na to, by spokojnie usiąść i posłuchać „firmowego” zestawu stanowiącego przykład swoistej ewolucji, jaka w ciągu ostatnich lat zaszła w ofercie tej bądź, co bądź niewielkiej rodzinnej manufaktury, nadszedł dopiero teraz. Mowa bowiem o dzielonym zestawie pre/power w skład którego weszły przedwzmacniacz liniowy SL-103 i stereofoniczna końcówka mocy SS-103.

Jak przystało na pełnokrwisty High-End i znając wręcz obsesyjne podejście do tematu precyzji Hansa Ole Vitusa nikogo nie powinno dziwić, że wykonanie obu urządzeń jest wprost obłędne. Korpusy to masywne aluminiowe płyty perfekcyjnie anodowane w wersji podstawowej na czerń i srebro a za dopłatą na biel, złoto, bądź inny kolor z palety RAL. Ich cechą wspólną jest przełamanie monotonii frontów nie tylko obecnością sześciu przycisków funkcyjno-nawigacyjnych, ale i nieco cofniętą taflą czernionego akrylu za którą ukryto bursztynowy wyświetlacz, a oczywistą różnicą zastąpienie w SS-103 konwencjonalnych bocznych ścianek blokami masywnych radiatorów.
Z racji pełnienia jasno określonych funkcji SL-103 może pochwalić się na swojej ścianie tylnej wielce bogatym zestawem symetrycznie rozdzielonych przez centralnie umieszczone gniazdo zasilające interfejsów obejmującym trzy pary zbalansowanych wejść XLR i dwie RCA, oraz po dwie pary, również zdublowanych wyjść wzbogacone o dedykowaną zewnętrznym procesorom przelotkę RCA. Natomiast w SS-103 wejścia obejmują oczywiście standardy RCA i XLR a terminale głośnikowe, choć solidne, są pojedyncze. I jeszcze drobiazg – pomimo imponującej postury oraz słusznych 85 kg wagi, o pracy w klasie A nawet nie wspominając, 103-kę wyposażono w standardowe gniazdo zasilające IEC C14.
Ze swoim protoplastą – pokazanym światu podczas CES w 2004 r. modelem SL-100, będąca obiektem niniejszego testu 103-ka ma na tyle niewiele wspólnego, że śmiało możemy mówić o zupełnie nowej generacji duńskich urządzeń. Co ciekawe powyższa uwaga wydaje się równie trafna w stosunku do SL-101 i SL-102, gdyż kluczowym modyfikacjom poddano sekcję zasilania pod kątem nie tylko obniżenia szumu własnego, oddawanej mocy, lecz również stabilizacji termicznej. W SL-103 wykorzystano firmowe moduły ULN, czyli pozbawione sprzężenia zwrotnego ultra liniowe dyskretne stopnie wzmocnienia. Regulacja głośności odbywa się za pomocą autorskiej drabinki rezystorowej sterowanej przekaźnikami, która w zakresie od -91.5dB do -75dB oferuje kroki co 1.5dB a w zakresie -75db do +18dB co 1dB.
W przypadku końcówki mocy SS-103 zmiany w stosunku do swoich poprzedników nie są aż tak radykalne, ale jednak zauważalne i obejmują modyfikację stopnia wejściowego wzorowaną na MP-M201, upgrade stopnia wyjściowego i dodanie znanych z MP-S201 trybów pracy. Do dyspozycji mamy bowiem oprócz wyboru klasy pracy stopnia wyjściowego (A/AB), również dwa tryby charakterystyki brzmieniowej – „Classic” będący odwzorowaniem „klasycznego” brzmienia sugerowanego przez producenta, oraz nieco bardziej „wyczynowy” i oferujący wychodzący bardziej przed kolumny dźwięk tryb „Rock”. Co do wspomnianej klasy pracy warto doprecyzować, że po wybraniu nastaw definiujących klasę A pierwsze 50 W oddawane są w niej, a następnie końcówka przechodzi w klasę AB, natomiast po wybraniu klasy AB jedynie pierwsze 10W oddawane jest w klasie A. Z dodatków natury dekoracyjno – funkcjonalnej warto zwrócić uwagę na pojawienie się wkomponowanej w znajdujące się na płycie górnej firmowe logo, kratki wentylacyjnej.
Oba urządzenia są oczywiście w pełni zbalansowane i co wydaje się być jedną z cech charakterystycznych dla tego producenta ich sekcje zasilania oparto na transformatorach EI – dwóch w SL-103 i pojedynczym, acz ogromnym w SS-103.

No to najwyższa pora na najważniejsze, czyli brzemienie tytułowej dzielonej amplifikacji, a ono, jak z resztą większość stricte high-endowych propozycji, dość jasno polaryzuje środowisko. Trudno bowiem oczekiwać, by ortodoksyjni wyznawcy magii kilku watowych SET-ów z 2A3 / 300B na pokładzie padli na kolana przed potężnym duńskim duetem. Z drugiej jednak strony zdecydowanie rozsądniejsze podejście reprezentują Ci, dla których technologia wzmocnienia nie jest krytycznym warunkiem osiągnięcia audiofilskiej nirwany a jedynie drogą, narzędziem do niej prowadzącym. I to właśnie dla nich kontakt z duetem 103-ek może stać się upragnionym biletem do owego raju. Wpinając bowiem bohaterów niniejszej epistoły w tor oddajemy im tak naprawdę we władanie, świadomie bądź nie, cały nasz muzyczny świat, a raczej nasze wyobrażenia o nim, które już od pierwszych reprodukowanych przez Vitusy taktów zostają w sposób nieodwracalny i ostateczny zredefiniowane. Po pierwsze dźwięk wydaje się nieco ciemniejszy aniżeli do tej pory, jednak owe (pozorne) przyciemnienie idzie w parze z jego lepszą rozdzielczością i transparentnością przekazu. Nielogiczne? Wręcz przeciwnie, to kwintesencja logiki, jednak nie w swej najprostszej, lapidarnej – dedykowanej bezrefleksyjnemu tłumowi hipermarketowej klienteli formie, lecz zdecydowanie wyżej klasyfikowanej jej parakonsystentnej, czyli dopuszczającej sprzeczności, odmianie. Posługując się fotograficzną analogią obecność 103-ek można porównać do zwiększania rozpiętości tonalnej i dynamiki obrazu, przy jednoczesnym unikaniu tak przepaleń, jak i pasożytniczych zaczernień. Otrzymujemy zatem dźwięk fenomenalnie rozdzielczy, zaskakująco wieloplanowy i obfitujący w niezwykłe bogactwo niuansów w miejscach, w których ich istnienia nawet byśmy się nie spodziewali. Aby jednak powyższy pomysł na dźwięk miał szansę zaistnieć musi dojść do głosu jeszcze jeden konieczny w tej misternej układance element – bezwzględna kontrola nad głośnikami. I nie muszę chyba dodawać, że owa składowa wystąpiła i to w pełni swej apodyktycznej bezwzględności.
Zamiast jednak w roli materiału weryfikującego powyższą zależność użyć czegoś w miarę lekkostrawnego dla złotouchego ogółu sięgnąłem po wielkiej urody power-metalowe dzieło naszych węgierskich bratanków z formacji Wisdom o łatwo wpadającym w ucho tytule „Rise of the Wise”. Szaleńczo wirtuozerskie gitarowe solówki wzbogacone ekstatycznymi poczynaniami perkusisty i epicką warstwą wokalną mogą na pierwszy rzut ucha wydawać się mało optymalną strawą testową, no bo jak oceniać brzmienie iście high-endowej układanki na tak kakofonicznym materiale, jednak sugeruję nieco uchylić klapki na oczach i spojrzeć na zagadnienie szerzej. Może i w większości przypadków użytkownicy systemów za dziesiątki i setki tysięcy PLN-ów w swych płyto i pliko – zbiorach mają same białe kruki barokowej kameralistyki, gdzie bas kończy się na tamburynie a trio to już tłok, jednak bądźmy szczerzy – nie po to kupuje się Dodge’a Challengera SRT 392 Hemi, żeby uprawiać ślamazarny cruising po Saskiej Kępie w drodze na vege-ramen i orzeźwiający koktajl z jarmużu. Tak samo jest z Vitusem – to oferta skierowana do konkretnego odbiorcy, który równie często co po Savalla i Godarda będzie sięgał po Disturbed i Dream Theater, a do kanonów klasyki oprócz Monteverdiego zaliczy pierwsze trzy albumy Metallici oraz „Arise” Sepultury. Mamy zatem transmisję „live” z erupcji wulkanu plującego strumieniami ognistej lawy oferowaną w jakości jeśli nie 8 to przynajmniej 4K. Impet ataku jest taki, że jeśli nie mieliśmy do tej pory do czynienia z duńską elektroniką, która wyszła spod rąk Hansa-Olego możemy doznać ciężkiego szoku i popaść w trudne do zaleczenia stany lękowe. Trzeba bowiem nie tylko oswoić się z faktem, co po prostu przyjąć do wiadomości, że nawet 15” papierowe basowce, jakie dziwnym zbiegiem okoliczności zdobią fronty naszych reakcyjnych Trenner&Friedl ISIS mogą pracować z prędkością godną ultra sztywnych 7” grafenowców w Magico M3. Nie ma tu miejsca na zastanowienie przy rozpoczynaniu, bądź ociągania przy zakończeniu reprodukowanych dźwięków. Jest za to wszechobecny ład i porządek a timingu Vitusy uczyły się chyba na warsztatach dla teamów F1, gdzie walka rozgrywa się na poziomie już nie setnych a tysięcznych części sekundy. To nie jest jednak bezrefleksyjny wyścig z własnym cieniem, gdyż nawet leniwe, słodkie i gęste jak domowy ajerkoniak albumy „Traveling Miles” Cassandry Wilson, czy „Trav’lin’ Light” Queen Latifah wcale nie przyspieszyły i nie nabrały marszowego rytmu, lecz pozostając cały czas w ściśle określonej, natywnej im estetyce, kładły akcent na flow i feeling. Delikatne dopalenie średnicy było tyleż oczywiste, co … oczekiwane, gdyż przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie chce odzierać udzielających się wokalnie przedstawicielek płci pięknej z ich sexapilu. Dlatego też na ww. divy kierowany jest strumień miękkiego, ciepłego światła a towarzyszący im muzycy zajmują miejsca lekko z tyłu, w delikatnym półmroku, który z jednej strony nie odwraca uwagi od pierwszoplanowych bohaterek a z drugiej nawet w najmniejszym stopniu nie przeszkadza w eksploracji usytuowania poszczególnych instrumentów. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by ów porządek dostosować do własnych preferencji i gdy od przekazu oczekujemy większej namacalności i poczucia obecności nie tylko gwiazdy wieczoru, ale i całego towarzyszącego jej składu przestawić SS-103 w tryb Rock i nieco skrócić dystans dzielący nas od sceny.
Są jednak nagrania, przy których kombinować nie tyle nie należy, co wręcz nie wypada. Należy do nich m.in. referencyjny album „Antiphone Blues” Arne Domnérusa, gdzie na pierwszym planie mamy saksofon otoczony niezwykle sugestywna aura pogłosową a dopiero daleko w tle majestatyczne kościelne organy. Duet Vitusów powyższe, dość problematyczne instrumentarium nader zgrabnie prezentuje z perspektywy blisko siedzącego słuchacza, dla którego dystans dzielący oba źródła dźwięków jest oczywisty i choć saksofon jest niemalże na wyciągnięcie ręki, to nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna go za większy od wielorejestrowych organów w Spanga Church, gdyż oprócz wspomnianej perspektywy słuchacza dochodzi do głosu jeszcze punkt odniesienia – przestrzeń w jakiej przyszło im wzajemnie koegzystować a jest nią wnętrze szwedzkiej świątyni.

Jeśli zastanawiacie się Państwo czemu w powyższej epistole nie potraktowałem tematu w sposób standardowy, czyli rozkładając na czynniki pierwsze procentowy udział poszczególnych podzakresów, to chciałbym nieśmiało zaznaczyć, iż poruszamy się na pułapie może jeszcze nie ultra, lecz niezaprzeczalnie zbliżającego się do owego ekstremum high-endu i jakiekolwiek zaburzenie naturalnych, „złotych” proporcji byłoby bezdyskusyjnie dyskwalifikujące. W dodatku na tym poziomie rozdzielczości i transparentności, gdy intensywność doznań powoli zaciera granice pomiędzy reprodukcją a uczestnictwem w konkretnym koncercie /sesji nagraniowej, kluczową rolę zaczyna odgrywać wartość muzyczna i jakość samego materiału źródłowego, które mogą zarówno prowadzić nas do dźwiękowego absolutu, jak i porzucać pośród osnutych duszącą mgłą bagien komercyjnej papki. Dlatego też podczas testów duetu Vitus Audio SL-103 & SS-103 z premedytacją sięgałem po twórczość tych, którzy po prostu potrafili, bądź nadal potrafią grać i śpiewać na przysłowiową setkę, niespecjalnie mając ochotę na bliższy kontakt z wytworami współczesnego marketingu.

A co w ramach finalnego podsumowania można byłoby o duńskiej dzielonce dodać? Chyba tylko to, iż SL-103 w duecie z SS-103 zagrały tak, jak jeszcze żaden set Vitusa w naszym oktagonalnym OPOS-ie nie zagrał. Więcej nie ma sensu pisać, gdyż i tak i tak kluczowym kryterium decydującym o zakupie powinien być odsłuch we własnym systemie, czego szczerze Państwu życzę. Tylko lojalnie ostrzegam – to może być bilet w jedną stronę.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– Odtwarzacz CD: Métronome AQWO
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: RCM
Ceny:
SL-103: 29 000 €
SS-103: 34 000 €

Dane techniczne
SL-103
Regulacja głośności : Drabinka rezystorowa przełączana przekaźnikami
Wejścia : 3 x XLR / 2 x RCA
Impedancja wejściowa : 10 kΩ
Czułość wejściowa : 2/4/8 V RMS
Zniekształcenia THD+N: > 0,01%
Odstęp sygnał/szum: >110dB
Wyjścia : 2 x XLR / 2 x RCA / 1 x BP out
Pilot sterowania : VA RC-010
Pobór mocy: <1W Standby , 50W
Wymiary (W x S x G): 135 x 435 x 402 mm
Waga: 25 kg

SS-103
Wejścia: 1 x XLR / 1 x RCA
Impedancja wejściowa: 10 kΩ
Czułość wejściowa: 0,7 V rms XLR / 1,4 V rms RCA
Odstęp sygnał/szum: >100dB
Zniekształcenia THD+N: > 0,01%
Wyjścia : para terminali głośnikowych
Moc wyjściowa: 2 x 50w rms Klasa A (8Ω) / 150w rms Klasa AB (8Ω) – przełączane
Moc wyjściowa: 2 x 100w rms Klasa A (4Ω) / 300w rms Klasa AB (4Ω) – przełączane
Pobór mocy: <1W Standby, 143W Klasa AB, 285W Klasa A w trybie Clssic i 128W Klasa AB i 305W /klasa A w trybie Rock
Wymiary (W x S x G): 310 x 435 x 610 mm
Waga: 85 kg